Wymiary winy - H.S. Chandler - ebook + audiobook + książka

Wymiary winy ebook i audiobook

Chandler H.S.

4,1

Opis

'Wciągający thriller prawniczy. Uwielbiam go!'

Katerina Diamond, autorka bestsellerów Sunday Timesa

'Na czasie, wzbudza gniew. Naprawdę mocny przekaz – ta powieść jest doskonała.'

Harriet Tyce, autorka bestsellerowego thrillera Krwawa pomarańcza

Czytając tę książkę, założysz, że znasz każdy zwrot akcji.

Maria została oskarżona o usiłowanie zabójstwa.

Przyznała się do winy. Chciała, aby jej mąż zginął.

Lottie na ławie przysięgłych ma zdecydować o jej przyszłości.

Wdała się w potajemny romans z nieznajomym, a jej mąż nie może się o tym dowiedzieć.

Uznasz, że wiesz, kto jest winny, a kto nie.

Będziesz w błędzie.

Wciągająca, seksowna, zawiła powieść dla czytelników, którzy pochłonęli "Anatomię skandalu", "Mroczny zaułek" czy "Kłamał. Kłamała".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 498

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 11 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,1 (53 oceny)
21
20
8
4
0

Popularność




Tytuł oryginału DEGREES OF GUILT

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaMaria Wichrowska

KorektaMirosława Kostrzyńska

Copyright © HS Chandler 2019 First published by Trapeze, an imprint of The Orion Publishing Group, London Copyright © for the Polish translation by Marcin Sieduszewski, 2020

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces

Dystrybucja: Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9795-7

Skład wersji elektronicznej

Dla Evangeline   Zawsze masz wybór, zawsze masz głos. Nigdy nie zadowalaj się czymś, co nie jest Ciebie warte.

1

Edward Bloxham leżał na kuchennej posadzce z twarzą w zalanej słońcem kałuży krwi. Od kilku minut nie poruszył się ani nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Maria wpatrywała się w jego ciało, składając pozostawioną na stole gazetę, którą następnie umieściła w kuble na śmieci do recyklingu. Niespiesznie przecierając ścierką wnętrze kubka, zastanawiała się, w jaki sposób wywabi plamy z jasnej fugi. Włożyła kubek do zlewu, podniosła nogę krzesła leżącą na głowie Edwarda i wetknęła palec wskazujący w plątaninę tkanek skłębionych wokół metalowej śruby. Solidne drewno wyśmienicie sprawdziło się jako improwizowana broń. Nawet nie mając wykształcenia medycznego, bez trudu można było zidentyfikować szaroburą galaretę mózgu wyrwaną z czaszki jej męża. Pionowa wyrwa w tylnej części jego głowy miała dziesięć centymetrów długości i sączyła się z niej na szyję spieniona strużka krwi. Była już pora zadzwonić po władze, ale skąpany w popołudniowym słońcu ogród za oknem sprawiał tak sielskie wrażenie, że Marii trudno było znaleźć motywację. Wykonała w myśli szybki rachunek. Liczba nadających się do uprawy miesięcy w roku – osiem, przy dobrej pogodzie – czyli dwadzieścia dni oporządzania ogrodu miesięcznie, cztery godziny dziennie. Pomnożone przez piętnaście lat, które upłynęły, od kiedy odeszła z pracy, dały Marii jakieś dziesięć tysięcy godzin narzucania ziemi swojej woli, jedyne źródło koloru i piękna w jej życiu. A teraz wszystko to pójdzie na marne. Z drugiej strony może było to najstosowniejsze zakończenie. Mąż nie żyje. Kwiaty uschły. Przewidywalność pór roku w jej życiu zaniknie.

Maria przesunęła najpierw jedną, potem drugą dłonią po nodze krzesła, sycąc się uczuciem przepływania między palcami życiodajnych komórek Edwarda. Przez niemal dwie dekady to on był dominującą siłą w jej życiu. Teraz, tydzień przed swoimi czterdziestymi urodzinami, doprowadziła do jego śmierci i niebawem będzie świętować tę okazję w pojedynkę. Najprawdopodobniej za kratkami, ale przynajmniej sama.

Na podłodze panował straszny bałagan. Przycisnęła ścierkę do rany, zrobiła krok nad ciałem męża i delikatnym ruchem łokcia zamknęła drzwi spiżarni, by przejść do przedpokoju, gdzie na wieszaku wisiała kurtka Edwarda. Wsadziła lepką dłoń do wewnętrznej kieszeni i wyciągnęła z niej komórkę, dziwiąc się, jaka była zgrabna w porównaniu z tandetnym plastikowym klockiem, który sama trzymała w ukryciu. Nie było konieczności siłowania się z zabezpieczeniami. Edward nigdy ich nie potrzebował. W domu przebywał tylko z Marią, a w pracy – z sekretarką. Prosta, przewidywalna rutyna. Taki właśnie świat lubi. Lubił, poprawiła się, a następnie wykręciła 999.

– O jaką usługę chodzi? – spytała operatorka.

Dziwacznie było myśleć o tym, co nadchodziło, jako o usłudze. Słowo to sugerowało przecież jakiś rodzaj pomocy czy użyteczności. A na to było już za późno.

– Zabiłam męża – odparła Maria. – Więc zdam się na pani zdanie.

Kobieta w słuchawce nawet się nie zająknęła – trzeba jej to przyznać. Zapisała nazwisko i adres Marii, a następnie zaczęła zadawać pytania dotyczące aktualnego stanu Edwarda.

– Leży na podłodze całkiem nieruchomo – opisała Maria. – Od tamtej pory go nie ruszałam. Leży twarzą do ziemi.

– Oddycha? – spytała operatorka.

– Rozwaliłam mu głowę – wyjaśniła Maria. – Więc nie, nie oddycha.

– Policja i ambulans są już w drodze. Niech się pani upewni, czy drzwi są odblokowane. Czy w domu są jakieś psy?

Maria westchnęła. Nie, psów nie było. Ani niczego innego, co wymagałoby od niej miłości czy czasu. Niczego, co mogłoby jej miłość odwzajemnić.

– Jestem sama – powiedziała, przechodząc do drzwi wejściowych, by otworzyć je na oścież. Rozproszył ją śpiew ptaków i zapach świeżo skoszonej trawy. Widziała, jak mewy pikują w stronę wybrzeża i uśmiechnęła się na myśl, że jej mąż już nigdy nie będzie narzekał, że niszczą lakier na jego volvo. W oddali syreny zaczęły śpiewać pieśń złożoną z dwóch nut, towarzysząc policjantom przemierzającym uliczki prowadzące do jej domu. Maria zastanawiała się, gdzie powinna stanąć. Czekanie nad zwłokami męża wydawało się niewłaściwe, a salon był za daleko; bezdusznie byłoby wylegiwać się w fotelu, gdy wokół rozgrywa się dramat. O wiele logiczniejszy wydawał się podjazd. Wyszła więc przed dom, nie przejmując się sąsiadami. Żywopłot z cyprysowca od dawna zapewniał prywatność z obu stron, a pokaźny rozmiar działki, na której stał ich pięciopokojowy dom jak z obrazka, sprawiał, że nigdy nie słyszeli ani nie widzieli mieszkających obok ludzi.

Brama. Zapomniała o niej. Maria wróciła do hallu i wcisnęła guzik. Edward miał własny kontroler do bramy przypięty do kluczy, ale te znajdowały się pewnie w kieszeni jego spodni, a ona nie była gotowa, by tam myszkować. Po powrocie na podjazd patrzyła, jak podwoje bramy pokonują resztę drogi. W końcu otwarły się w pełni, demonstrując imponujące żelazne zawijasy, z których Edward był taki dumny. Maria pamiętała dzień, gdy zainstalowano bramę. Zajmujący się tym człowiek z radością przekazał jej elektroniczny brelok, pozwalając, by zamknęła ją jako pierwsza. Oba skrzydła przesunęły się nad żwirem podjazdu z szelestem, idealnie zsynchronizowane.

– Już jest pani bezpieczna – oznajmił mężczyzna.

Jej klatka zamknęła się jak gdyby nigdy nic. Naturalnie wciąż była w stanie zobaczyć to, co na zewnątrz. Za bramą nadal ciągnęła się szosa. Domy sąsiadów w dalszym ciągu stały pośród zadbanych trawników. Po niebie latały ptaki i zakładały gniazda gdzie popadnie. Nic się nie zmieniło oprócz tego, że jej świat skurczył się niepostrzeżenie, a ona zaczęła jeszcze bardziej nienawidzić swojego życia.

Na podjazd wjechał z impetem radiowóz. Kolejny zatrzymał się przed bramą, a zaraz za nim ambulans. Maria patrzyła, jak z najbliższego samochodu wysiada policjantka i idzie w jej stronę ostrożnym krokiem.

– Pani Bloxham? – zawołała.

– Tak, dzień dobry – odparła Maria.

– Proszę odłożyć to, co pani trzyma – poinstruowała ją policjantka, zachowując dystans.

Maria uniosła rękę. Przed jej twarzą pojawiła się noga krzesła, jakby przytwierdzona do dłoni. Kilka włosów Edwarda zatańczyło na wietrze.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie zdawałam sobie sprawy, że ciągle ją trzymam.

Delikatnie położyła nogę na żwirze.

– Edward jest w kuchni.

U boku policjantki pojawił się inny funkcjonariusz i razem ruszyli w jej kierunku, potem z karetki wysiadło dwóch sanitariuszy.

– Jestem posterunkowa Mull – przedstawiła się kobieta. – Musimy wejść do środka, żeby dostać się do pani męża. Może pani potwierdzić, że w domu nie ma nikogo innego?

– Jestem sama – rzekła Maria.

– Czy ma pani jakąś inną broń, o której powinniśmy wiedzieć? – spytała posterunkowa Mull.

Maria przechyliła głowę. Nie wpadła na to, że to może być broń. Policjantka miała rzecz jasna na myśli nogę krzesła. Jeszcze niedawno był to po prostu element zepsutego mebla oczekujący na naprawę. Teraz przyświecał mu jednak nowy cel. Cóż za dramatyczna przemiana, uznała Maria. Zupełnie jak jej własna. Z gospodyni domowej w morderczynię – tak ochrzczą ja gazety, gdy tylko zwietrzą sensację – szybko i nieodwołalnie. Potem pojawi się nekrolog Edwarda. Wybitny ekolog, ekspert do spraw zmian klimatycznych, znawca brytyjskiej fauny oraz ptactwa – lista zasług będzie ciągnąć się bez końca – pisarz, radiowiec, lokalny bohater. Napiszą, że został zatłuczony na śmierć we własnym domu. Zatłuczony. Cóż za onomatopeiczne słowo. Dopóki nie usłyszała dźwięku drewna uderzającego w czaszkę, nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała.

– Pani Bloxham? – przynagliła policjantka, robiąc krok do przodu.

– Absolutnie nie – odparła Maria. – Nie mam żadnych innych broni.

– Dobrze. Poproszę teraz, żeby podniosła pani ręce. I proszę się nie ruszać, gdy do pani podejdę.

Słowa posterunkowej Mull nie były niegrzeczne, stanowiły jednak rozkaz. Maria nie miała co do tego wątpliwości. Wolno unosząc dłonie, dostrzegła ich szkarłatne wnętrza i zdała sobie sprawę, że wygląda przerażająco. Posterunkowa Mull podeszła bliżej, żeby ją zrewidować. Uznawszy, że pod ubraniem Marii nic się nie kryło, skinęła głową do sanitariuszy, którzy szybko weszli do domu w towarzystwie funkcjonariusza z zaparkowanego za bramą radiowozu.

– Dziękuję. A teraz proszę, żeby złączyła pani ręce za plecami. Chcę pani założyć kajdanki. Mają być ciasne, ale niech pani powie, jeśli będą sprawiać ból.

Zważywszy na to, do czego się przyznała, byli dla niej niezwykle grzeczni, pomyślała Maria. Na podłodze w jej kuchni leżał martwy mężczyzna, a do niej wciąż zwracano się z szacunkiem per „pani Bloxham”. Długo to jednak nie potrwa. Niech tylko zobaczą ciało.

– Teraz poproszę, żeby pani tu zaczekała, a ja wejdę do środka. Zostanie z panią mój kolega, posterunkowy McTavish. Muszę panią poinstruować: niech się pani nie rusza. Czy to jest jasne? – spytała posterunkowa Mull.

– Tak – potwierdziła Maria.

Gdy posterunkowy McTavish ujął Marię za skute ręce, pojawił się kolejny samochód, tym razem nieoznaczony. Wysiadł z niego mężczyzna w stroju równie nieokreślonym jak pojazd, którym przyjechał. Nałożył rękawiczki i rozejrzał się na lewo i prawo – zupełnie jakby węszył, przyszło do głowy Marii. Jakby próbował wyniuchać zapach krwi. Mężczyzna otworzył tylne drzwi auta, wziął z siedzenia torbę i podszedł do Marii i posterunkowego, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Pochylił się nad ziemią, żeby przyjrzeć się nodze krzesła.

– Zrób zdjęcia – zwrócił się do kobiety, która wysiadła z samochodu zaraz po nim. Stąpając ciężko, z zawieszonym na szyi aparatem obijającym się o pierś, kobieta przemierzyła podjazd i zrobiła, co jej kazano. Po około dziesięciu zdjęciach, wydający komendy mężczyzna podniósł nogę krzesła i schował ją do torby.

– Oznacz ją i zacznij pisać protokół dowodowy – powiedział, podając torbę fotografce, która wróciła do samochodu.

Śledczemu nie spieszyło się, by zarejestrować obecność Marii. Najpierw spojrzał na zegarek, a potem przywitał się z policjantem, który jej pilnował.

– Sir – odezwał się z szacunkiem posterunkowy McTavish.

– Dzień dobry, McTavish. – Starszy stopniem funkcjonariusz kiwnął głową. – Stawiała opór?

– Na razie nie – odparł posterunkowy.

Maria starała się nie parsknąć śmiechem. Świadomość, że postrzega się ją jako kogoś niebezpiecznego, była zarazem absurdalna i zaskakująco przyjemna.

– Jestem komisarz Anton. To pani nas wezwała?

– Tak – odparła Maria. – Co się teraz stanie?

– Przeprowadzimy oględziny – wyjaśnił.

– Gdzie zostanę zabrana?

Anton wbił w nią wzrok. Musiała pochylić głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Miał jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, uznała, zastanawiając się, czy niższy niż przeciętny wzrost utrudniał mu awans w policyjnej hierarchii. Dziwnie na nią patrzył. Maria odwróciła twarz.

– Pani Bloxham, powiedziała pani operatorce pogotowia, że zabiła pani męża. Zgadza się?

– Zgadza – potwierdziła Maria.

Komisarz zrobił pauzę.

– Wydaje się pani bardzo spokojna – zauważył.

– Naprawdę? – spytała, ponownie patrząc mu w oczy.

– Może się pani obrócić? – poprosił.

Posterunkowy McTavish puścił ją, żeby mogła spełnić prośbę. Obróciła się, zauważając po drodze, że róże rosnące wzdłuż podjazdu trzeba przyciąć. Teraz nie będzie już miała jak. Nikt nie zatroszczy się o nie tak jak ona. Jeśli nie przytnie się ich wystarczająco dokładnie, na przyszłą wiosnę będzie mniej kwiatów. Poczuła, jak rośnie w niej ciężar żalu, a oczy niespodziewanie wypełniły się łzami.

– Posterunkowa Cooksley, proszę zabezpieczyć ręce podejrzanej – poinstruował Anton fotografkę, gdy ta znów się pojawiła. Cooksley wyciągnęła z kieszeni dwie plastikowe torebki, nasadziła je na dłonie Marii i zamocowała taśmą.

– Chronimy w ten sposób materiał dowodowy, pani Bloxham, na wypadek gdyby miała pani jakieś rany obronne albo resztki pod paznokciami. Odniosła pani obrażenia, którymi powinni zająć się sanitariusze?

Komisarz Anton próbował ją podejść. W jego głosie nie było śladu troski.

– Nie – odparła Maria. – Nie jestem ranna.

W drzwiach wejściowych pojawiła się ponownie posterunkowa Mull i zawołała Antona. Oboje zniknęli we wnętrzu domu. Marii było wszystko jedno, co policjanci zrobią w środku. To była dla niej tylko sterta cegieł połączonych zaprawą, wygodne schronienie przed żywiołami pozbawione wartości sentymentalnej. Bez żalu mogłaby teraz wyjechać i nigdy więcej nie postawić w środku stopy. Bez względu na piękną architekturę czy liczbę pokoi. To nie puchate dywany czy okna z potrójnymi szybami decydowały o tym, gdzie był jej dom. Pokaźny metraż przydawał jej tylko przestrzeni do czyszczenia oraz ścian, w które wbijała wzrok.

Po jej policzku od skraju lewej brwi zbiegła perełka potu, pozostawiając lśniący ślad. Maria odczekała, aż dotrze do szczęki, po czym uniosła bark, żeby ją otrzeć. Komisarz Anton z pewnością ucieszyłby się na widok jej potu. Wpisałaby się we wszystkie stereotypowe zachowania kryminalistów – poczucie winy, lęk przed zdemaskowaniem, podświadome pragnienie wyznania swych zbrodni. Maria oszczędzi im melodramatu. Nie miała zamiaru powiedzieć nic ponadto, że to ona zabiła Edwarda. I to z premedytacją.

Znów pojawił się komisarz Anton i stanął tuż przed nią.

– Pani Bloxham, jest pani aresztowana. Zostanie pani przewieziona na komisariat, gdzie będzie pani miała okazję skonsultować się z prawnikiem, a następnie zostanie pani przesłuchana w związku z atakiem na męża.

– Powiedziałam już przez telefon, co zrobiłam – odparła Maria. – Prawnik nie będzie mi chyba potrzebny.

– Ostrzegam, niech mnie pani dobrze wysłucha. – Anton nieznacznie podniósł głos. Najwyraźniej nie lubił, gdy mu się przerywa. – Za kilka minut dom opuszczą sanitariusze. Do tego czasu musimy panią stąd wywieźć. Czy bierze pani jakieś leki, które znajdują się w środku? Nie potrafię powiedzieć, kiedy będzie pani tam mogła wrócić.

– Nie – odpowiedziała. – Nie potrzebuję niczego ze środka. Mam dosyć tego miejsca.

– A pani mąż? Czy cierpi na jakieś choroby, o których powinniśmy wiedzieć?

– Do dzisiaj cieszył się świetnym zdrowiem. Jestem pewna, że jego lekarz to potwierdzi.

– Sir – zawołał od drzwi jeden z funkcjonariuszy. – Helikopter będzie tu za trzy minuty. Szukają miejsca do lądowania.

– Dobrze, czas na nas, pani Bloxham. Proszę iść do radiowozu stojącego za bramą – polecił Anton.

– To koroner leci helikopterem? – spytała Maria. – Zastanawiałam się, kiedy się pojawi.

– Koroner? – Anton zmarszczył czoło. – To helikopter pogotowia, pani Bloxham.

– Zważywszy na okoliczności, to lekka strata czasu.

– Pewnie wolałaby pani, żebyśmy się nie spieszyli – skomentował Anton, zerkając na zegarek. – Musimy już jechać. Jest pani aresztowana pod zarzutem usiłowania zabójstwa.

– Co takiego? – zdziwiła się Maria.

– Pani Bloxham, niech pani natychmiast zacznie iść w kierunku radiowozu – rozkazał Anton.

– Powiedział pan: usiłowania zabójstwa – zauważyła.

Pod wsuniętymi w kapcie stopami czuła każdy kawałek żwiru. Dzień nagle stał się upalny.

Komisarz uniósł brwi.

– Przepraszam, najwyraźniej nie wyraziłem się wystarczająco jasno. Pani mąż wciąż żyje, pani Bloxham, chociaż po zobaczeniu rany jestem w stanie zrozumieć, dlaczego myślała pani inaczej. Zespół chirurgów już na niego czeka.

Maria potrząsnęła głową, próbując się czegoś uchwycić, ale sprawiła tylko, że kajdanki zacisnęły się mocniej na dłoniach.

– Nie… – szepnęła, a jej kolana zapomniały, jak utrzymuje się pozycję pionową. Anton dał znak drugiemu policjantowi, by pomógł mu ją złapać. Maria poczuła, jak przechwytują jej ciało, zanim zdołało runąć na ziemię.

– Błagam, przyjedźcie za późno… – mruknęła, a potem pochłonęła ją ciemność.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Na początek muszę się zwrócić do prawników. Podczas pisania tej książki pozmieniałem trochę obowiązujące procedury sądowe i proszę państwa o wybaczenie. Jak wiadomo, z większością procesów nie wiąże się zbyt wiele zaskoczeń, a to z kolei nie przekłada się na pełną napięcia prozę. Z góry przepraszam więc za nieścisłości i apeluję, by traktować tę książkę jak powieść, a nie protokół sądowy. Pragnę też dodać, że państwa praca jest niezmiernie doceniana – zwłaszcza gdy sądy radzić sobie muszą z kiepskimi warunkami finansowymi i ogromną presją czasową. To dzięki państwa staraniom nasze ulice są bezpieczne, a sprawiedliwość nie musi iść na żadne kompromisy. Nocne zmiany cztery czy pięć razy w tygodniu oraz nieodpłatna w połowie praca może zniechęcać. Jednak gdyby nie moja wybitna agentka Caroline Hardman, wciąż należałbym do waszego grona: przemierzając co dzień niezliczone mile, nigdy nie zdążałbym powiedzieć dzieciom dobranoc przed snem i poświęcałbym weekendy na czytanie dokumentów, które nigdy nie zostaną wykorzystane. Caroline, jestem ci dozgonnie wdzięczny (i zawsze gotowy postawić ci drinka) za to, że umożliwiłaś mi rozpoczęcie drugiej kariery i napisanie tej książki.

Ta opowieść to tak naprawdę dziecko Sam Eades. To wydawnictwo Trapeze dało mi bowiem zielone światło na opisanie niezwykle delikatnych tematów, wspierając mnie i książkę w czasach ruchu #MeToo. Sam należy do redaktorów, których nieposkromiony entuzjazm potrafi rozpalić wyobraźnię każdego, komu opowie ona o danej książce. Czuję się zaszczycony, że miałem okazję współpracować z tobą nad tym tytułem, Sam. Twoje wnikliwe uwagi, niezawodny instynkt oraz intelekt nie mają sobie równych.

Wydanie książki to jednak zasługa całego zespołu, pragnę więc podziękować asom branży wydawniczej, dzięki którym Wymiary winy trafiły do druku, a potem do księgarni oraz w ręce czytelników. Jen Breslin, zajmujący się marketingiem, Claire Keep z działu produkcji, obdarzona świętą cierpliwością Sophie Wilson – moja korektorka i adiustatorka, Debbie Holmes zajmująca się projektowaniem, Susan Howe wraz z całym działem praw oraz Paul Stark z działu audiobooków – to dzięki wam cały proces wydawał się niezwykle prosty.

*

Chciałbym też podziękować przemiłemu Matthew Scottowi (znanemu na Twitterze jako @Barristerblog), który już na samym początku zaoferował mi wielce przydatne rady (wszystkie popełnione błędy są wyłącznie moją winą) i który nieprzerwanie wspierał moją pisarską pasję. Wyrazy uznania należą się również pracownikom bristolskiego sądu koronnego, którzy czynią z niego miejsce przyjazne i idealne do pracy – każdego dnia sprawiacie, że wasze trudne rzemiosło wydaje się łatwe i przyjemne. Na koniec zaś dziękuję Davidowi, który musiał sobie ze mną radzić, jeszcze gdy byłem prawnikiem, i który sądził, że gdy przestanę, życie stanie się prostsze – a ja zacząłem się utrzymywać z pisania książek. Nie trać nadziei! Jestem przekonany, że pewnego dnia nasze wspólne życie stanie się w końcu normalne.