Kruchy lód - Krzysztof Bochus - ebook
BESTSELLER

Kruchy lód ebook

Krzysztof Bochus

4,6

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Od warszawskiej Pragi po berliński Kreuzberg. Od Bieszczad po Zanzibar i Pembę we wschodniej Afryce. Wciągająca od pierwszej do ostatniej strony powieść kryminalno-sensacyjna z wielką egzotyką w tle. Rok 2018. Na Dworcu Wschodnim w Warszawie w biały dzień znika dziewiętnastoletnia Karolina. Przepada bez śladu, mimo wysiłków rodziny i policji nigdy nie zostaje odnaleziona. Rok 2023. Siostra zaginionej, Agnieszka, partnerka życiowa Marka Smugi, odbiera zaskakującego maila ze zdjęciem Karoliny i jej wołaniem o ratunek. Zwraca się do Smugi z prośbą o pomoc w odnalezieniu siostry. Detektyw podejmuje wyzwanie. Dochodzenie doprowadza go do piekła, które – jak się okazuje – może być wszędzie. A trafić do niego może każdy – zwłaszcza jeśli na to nie zasługuje… „Kruchy lód” to pasjonująca opowieść o tajemnicy dewastującej życie wielu ludzi. O miłości, traumie i ludzkim szaleństwie. O stracie, odkupieniu i walce dobra ze złem. O Afryce: urzekającej, ale też pełnej własnych sekretów. Wreszcie o straszliwej cenie, jaką trzeba zapłacić, aby dotrzeć do prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (209 ocen)
139
52
14
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ajka1976

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra powieść sensacyjna. Egzotyczna, pełna zwrotów akcji i wciągająca od pierwszych stron.
00
Malgosiac84

Z braku laku…

Przeczytałam prawie wszystkie książki tego autora i tę uważam za najsłabszą.
00
kdmybooknow

Nie oderwiesz się od lektury

✨Recenzja “Dwa słowa, dwanaście liter. To jakiś żart? Kretyński, bezmyślny wygłup kogoś, kto wiedział? Osłupiałym wzrokiem wpatrywała się w ekran, z którego krzyczała wiadomość: “SIOSTRO, RATUJ!” Czuła, jak mocno wali jej serce. Zrobiło się jej nagle zimno, otuliła się kocem. Załącznik, jest załącznik.” Całkiem niedawno pisałam wam o pierwszym tomie, który znalazłam na Legimi. Stąd moja współpraca przy tomie drugim tej serii, ponieważ Krzysztof Bachus zaintrygował mnie swoim introwertycznym detektywem, który boryka się z nawracającą depresją. W tomie drugim autor podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej, przedstawiając nam historię, która przyprawia o dreszcze i uniemożliwia odłożenie jej na później. W stu procentach muszę się zgodzić z wydawcą, że autor serwuje brawurową i inteligentną intrygę z nieoczywistym zakończeniem. Agnieszka, partnerka Marka, dostaje tajemniczy e-mail od zaginionej przed pięcioma laty siostry. Czy to możliwe? Dziewczyna przepadła bez śladu, a tu pojawia się wiadomo...
00
AnnaC1998

Nie oderwiesz się od lektury

pierwsza byla lepsza ale druga tez nie najgorsza :)
00
Waldemar-Cybulski

Dobrze spędzony czas

Ciekawa intryga... ale trochę przesadzone zakończenie. Dlatego 4 gwiazdki
00

Popularność




Re­dak­cjaAnna Tom­czak
Ko­rektaBo­żena Si­gi­smundJa­nusz Si­gi­smund
Skład i ła­ma­nieAgnieszka Kie­lak
Pro­jekt gra­ficzny okładkiAnna Slo­torsz
Zdję­cia wy­ko­rzy­stane na okładce©Ado­be­Stock
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2024 © Co­py­ri­ght by Krzysz­tof Bo­chus, War­szawa 2024
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83293-95-0
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
.

Ta książka to fik­cja li­te­racka i wy­twór wy­obraźni au­tora. Wszel­kie po­do­bień­stwo do re­al­nych osób oraz zda­rzeń jest nie­za­mie­rzone i cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe. Au­tor, ko­rzy­sta­jąc ze swo­jej li­cen­tia po­etica, sta­rał się od­dać re­alia opi­sy­wa­nych miejsc, ale tylko w ta­kim za­kre­sie, na jaki po­zwa­lała fa­buła po­wie­ści.

Mo­jej wy­ro­zu­mia­łej ro­dzi­nie

po­świę­cam

MOTTO

Ty, który wcho­dzisz, że­gnaj się z na­dzieją.

Dante Ali­ghieri, Bo­ska ko­me­dia,Wy­daw­nic­two Zie­lona Sowa, 2009.

Fakt, że w ja­kiejś po­wie­ści giną lu­dzie,nie prze­są­dza o jej ga­tunku.

An­drzej Wy­drzyń­ski, Ciu­dad Tru­jillo,Wy­daw­nic­two Książka i Wie­dza, 1988.

Roz­dział I

Wa­taha

Oko­lice Sme­reka – Biesz­czady, War­szawa, kwie­cień 2023

1.

Wadera miała żółte oczy. Uważ­nym spoj­rze­niem omia­tała co chwilę swoje szcze­nięta: pięć ma­łych wilcz­ków, które po raz pierw­szy opu­ściły jamę. Smuga cze­kał na ten mo­ment od ty­go­dnia. Każ­dego dnia czoł­gał się na szczyt wznie­sie­nia, skąd miał wi­dok na pła­ską po­lanę z prze­ci­na­ją­cym ją stru­mie­niem. Woda spły­wała z po­bli­skich gór, drą­żąc ka­nały w wil­got­nej ziemi i me­an­dru­jąc w dół ku la­sowi, roz­po­ście­ra­ją­cemu się aż po ho­ry­zont. Znad opa­rów i po­ran­nej mgły wy­zie­rał czu­bek Bu­ko­wego Berda.

Wy­re­gu­lo­wał ostrość wi­zjera w lor­netce. Wi­dział te­raz wy­raź­nie pysk wa­dery: siwy i długi, za­koń­czony spi­cza­stymi uszami. Unio­sła łeb ku gó­rze. Jej noz­drza fa­lo­wały, wy­chwy­tu­jąc za­pa­chy do­la­tu­jące z lasu. Stary To­biasz uprze­dzał go, że musi być ostrożny, bo wilki po­sia­dają nie­zwy­kły węch.

– Mają nie­sa­mo­wity dar – mó­wił, po­głę­bia­jąc przy tym marsa na czole. – Po­tra­fią te za­pa­chy prze­wi­jać do tyłu, od­twa­rza­jąc ich hi­sto­rię. Wie­dzą na ten przy­kład, że cztery dni wcze­śniej by­łeś na wzgó­rzu. I że po­ja­wi­łeś się dwa dni póź­niej z bro­nią, za­pa­mię­tują za­pach me­talu.

– Nie no­szę broni – za­pro­te­sto­wał Smuga.

– No to z lor­netką. W każ­dym ra­zie nie je­steś nie­wi­doczny. Ob­ser­wują cię, na pewno wie­dzą o to­bie wię­cej niż ty o nich. To wa­taha kró­luje w tym le­sie, ty je­steś tylko in­tru­zem.

To była jego je­dyna roz­rywka, oprócz spo­tkań raz na ty­dzień z To­bia­szem w go­spo­dzie. Naj­pierw za­uwa­żył wa­tahę, sto­jąc wy­soko na grani. Z tej wy­so­ko­ści wy­glą­dała jak czarne ko­rale roz­sy­pane na śniegu. Po­cząt­kowo śle­dził jej prze­mar­sze z du­żej od­le­gło­ści. Stado li­czyło sześć sztuk. To­biasz był nie­oce­nio­nym źró­dłem wie­dzy o wil­kach. Ten stary Łemko był nie­od­łączną czę­ścią tego pier­wot­nego świata, który – zgod­nie z jego wi­zją – Bóg po­da­ro­wał naj­pierw zwie­rzę­tom. Do­piero póź­niej po­ja­wili się lu­dzie i jak za­wsze, za­częli wszystko psuć i sta­wiać na gło­wie.

Dzięki niemu wie­dział już, że wa­tahę pro­wa­dził ba­sior albo wa­dera. Na­stęp­nie kro­czyły młode wilki z po­przed­niego miotu. Po­chód za­my­kał sa­miec beta, za­wsze po­zo­sta­jący w pew­nej od­le­gło­ści od stada, to­le­ro­wany, ale od­ga­niany od wspól­nej uczty po upo­lo­wa­niu je­le­nia. Stop­niowo po­zna­wał trasy prze­mar­szu wil­ków, wi­dział, jak mo­czem zna­czą swoje te­ry­to­rium. Wy­brał kilka sta­łych punk­tów, skąd z du­żej od­le­gło­ści przez lor­netkę mógł ob­ser­wo­wać ich za­bawy i zwy­czaje.

Pew­nego dnia pod­jął de­cy­zję. Śli­zga­jąc się po roz­mo­kłym, ka­mie­ni­stym zbo­czu, zszedł wolno do do­linki, na trasę prze­mar­szu wil­ków. Prze­po­ła­wiał ją gór­ski stru­mień. Do­my­ślił się, że stado tu wła­śnie cza­sami za­spo­kaja pra­gnie­nie. Pod­mo­kła zie­mia wo­kół stru­mie­nia usiana była od­ci­skami wil­czych łap, szcząt­kami ko­ści i po­wro­zów. Tego dnia wa­taha się nie po­ja­wiła.

Pierw­szego wilka zo­ba­czył po trzech dniach ocze­ki­wa­nia. To był ba­sior, przy­wódca stada. Ostroż­nie ob­szedł stru­mień, wy­ła­pu­jąc no­sem wszyst­kie moż­liwe za­pa­chy. Smuga nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że wilk wie o jego obec­no­ści. Co chwila pod­no­sił głowę i strzy­gąc uszami, wpa­try­wał się w szczyt wznie­sie­nia. Dzie­liło ich po­nad sto me­trów i było pod wiatr, a jed­nak Smuga wy­co­fał się jesz­cze o metr i roz­płasz­czył na ziemi, tak aby unik­nąć kon­taktu wzro­ko­wego z sam­cem alfa i nie zdra­dzić swo­jej obec­no­ści.

Na­stęp­nie uka­zała się wa­dera, nie­zgrabna te­raz i ocię­żała. Roz­wią­za­nie mu­siało być bli­sko. To­biasz twier­dził, że wil­czyce naj­czę­ściej szcze­nią się na prze­ło­mie marca i kwiet­nia. Cze­kał więc przez na­stępne dni, ob­ser­wu­jąc wil­cze za­bawy nad stru­mie­niem, po­le­ga­jące głów­nie na prze­cią­ga­niu ka­wałka sznurka, wy­wle­czo­nego za­pewne z któ­re­goś z ludz­kich śmiet­ni­ków.

Aż wresz­cie się do­cze­kał. Le­żał te­raz na roz­mo­kłej ziemi i sły­szał, jak mocno bije mu serce. Po­now­nie spoj­rzał w lor­netkę. Wil­czyca czule po­py­chała no­sem ku wo­dzie swoje szcze­nięta. Te nie prze­ja­wiały zbyt­niej ochoty na wę­drówkę ku prze­ra­ża­ją­cej ka­łuży. Wa­dera po­de­szła do stru­mie­nia jako pierw­sza. Wolno upiła kilka ły­ków i ob­ró­ciła łeb do tyłu. Te­raz wa­sza ko­lej, zda­wała się na­ma­wiać szcze­nięta.

Smuga śle­dził za­fa­scy­no­wany ten spek­takl, tę nie­zwy­kłą sym­biozę dzi­kich zwie­rząt z ota­cza­jącą ich na­turą. Prze­su­nął lor­netkę w bok, pró­bu­jąc od­na­leźć ostat­nie z wil­cząt. Na­gle drgnął. W oku­la­rach lor­netki uka­zał mu się łeb ba­siora. Wilk znaj­do­wał się do­bre dzie­sięć me­trów bli­żej wzgó­rza. Naj­wy­raź­niej od­da­lił się od stru­mie­nia. Wpa­try­wał się nie­ru­chomo w szczyt, na któ­rym ukryty był czło­wiek. Jego fos­fo­ry­zu­jące, dzi­kie śle­pia wy­peł­niały wi­zjer. Smuga wstrzy­mał od­dech i roz­płasz­czył się na ziemi. Czuł jej zgniły za­pach. Znowu za­czy­nało mżyć. Za­po­wia­dał się ko­lejny mo­kry i długi dzień.

2.

Scho­dził czer­wo­nym szla­kiem z po­ło­niny po stro­mych stop­niach, zo­sta­wia­jąc za sobą oba szczyty Sme­reka. Po go­dzi­nie był w swo­jej cha­cie, drew­nia­nej cha­łu­pie z prze­cie­ka­ją­cym da­chem, którą wy­na­jął od To­bia­sza. Wszy­scy inni we wsi mu od­mó­wili.

– Tam się nie da miesz­kać – po­wie­dział stary. – Przez dziury w da­chu leje się na łeb.

– Dam radę. Wy­re­pe­ruję, co trzeba. Nie mam du­żych wy­ma­gań – od­po­wie­dział.

– Jak chcesz. Dla­czego ucie­kłeś z War­szawy?

– To dłuż­sza hi­sto­ria.

– Je­steś ja­kimś ćpu­nem czy kimś ta­kim? – To­biasz zmarsz­czył swoje krza­cza­ste brwi. Przy­po­mi­nał mu Wie­sława My­śliw­skiego, pi­sa­rza uho­no­ro­wa­nego na­grodą Nike, tylko zęby żółte od ty­to­niu psuły to wra­że­nie. Cza­sami za­sta­na­wiał się, ile Łemko ma lat. Sta­rzec pa­mię­tał rze­czy z od­le­głej prze­szło­ści, snuł barwne opo­wie­ści z cza­sów, gdy nad tą kra­iną spra­wo­wał wła­dzę ce­sarz z Wied­nia. Mu­siałby mieć po­nad sto lat, a prze­cież było to nie­moż­liwe.

– Nie w ta­kim sen­sie, o ja­kim my­ślisz – od­po­wie­dział Smuga.

– W ogóle o to­bie nie my­ślę. To nie mia­łoby sensu. My tu­taj nie za­da­jemy zbyt wielu py­tań.

– Nie lu­bię py­tań.

– Nikt nie lubi. To nic nie daje, ist­nieje zbyt wiele od­po­wie­dzi.

– Jesz­cze jedno. Dla­czego ci we wsi nie chcieli ze mną ga­dać?

– To prze­cież pro­ste. Nie bu­dzisz za­ufa­nia.

– Jak to?

– Je­steś obcy.

– Nic o mnie nie wie­dzą – ob­ru­szył się.

– A po co im ta wie­dza?

No i zo­stał na tym za­du­piu, gdzie wrony za­wra­cają i sły­chać było no­cami głu­che wy­cie wil­ków. Wszedł do cha­łupy i ob­rzu­cił kry­tycz­nym spoj­rze­niem po­szy­cie da­chu. Udało mu się za­ła­tać naj­więk­sze szpary rolką papy, ku­pio­nej w skle­pie w We­tli­nie. Nie miał jed­nak pew­no­ści, czy dach prze­trzyma więk­szą ulewę, a o taką w Biesz­cza­dach było nie­trudno. Zwłasz­cza w ostat­nich dniach, gdy niebo roz­darło się nad gó­rami, za­le­wa­jąc świat apo­ka­lip­tycz­nymi stru­mie­niami wody.

W lep­szym sta­nie była sama izba. Drew­niane bier­wiona, pro­sty so­snowy stół, zbita z de­sek pry­cza i ikona na ścia­nie, do­peł­nia­jąca ca­ło­ści. Miał tu że­liwną kozę, w któ­rej pa­lił drew­nem, przy­no­szo­nym z po­bli­skiego za­gaj­nika i prąd, który biegł po słu­pach przez całą do­linę. To­biasz do­wiózł mu pat­chwor­kową koł­drę, po­duszkę i dwa koce, któ­rymi otu­lał się zwłasz­cza ran­kami, kiedy prze­ni­kliwe zimno scho­dziło z gór i szro­niło po­ło­ninę. Wodę z prze­cie­ka­ją­cego da­chu zbie­rał do sta­rej beczki po oleju z na­pi­sem „Sa­mo­po­moc Chłop­ska”, którą zna­lazł w dole za cha­łupą. Mył się w że­liw­nej ba­lii, po­le­wa­jąc się za­go­to­waną wodą z przed­po­to­po­wego garnka.

Wy­szedł na ze­wnątrz i zszedł do po­bli­skiego stru­mie­nia. Mgła cze­piała się jesz­cze kra­wę­dzi góry, pło­żąc się nad skal­nym go­ło­bo­rzem. Zrzu­cił z sie­bie ubra­nie. Woda był zimna, za­nu­rzył w niej ciało, czu­jąc jak prze­nika go chłód, zmra­ża­jący naj­pierw pisz­czele, a po­tem wę­dru­jący ku gó­rze. Jed­nym ru­chem za­nu­rzył głowę z pul­su­ją­cymi skro­niami.

Kry­zys znowu się zbli­żał, za­po­wia­dały to ta­jemne sy­gnały, które wy­sy­łał mu jego naj­więk­szy wróg – wła­sne ciało. Ta po­pier­do­lona ste­row­nia, zde­fek­to­wana i pod­stępna, którą no­sił we wła­snej gło­wie. Spo­tka­nie z wa­tahą dzia­łało na niego ko­jąco i go uspo­ko­iło, ale tylko na chwilę.

Wy­tarł ciało szorst­kim ręcz­ni­kiem i za­ło­żył gruby swe­ter. Truch­tem do­tarł do domu. Dwa­dzie­ścia pom­pek, po­tem druga se­ria. Te­raz czas na siłkę. Po­ło­żył się na ziemi i wy­ci­skał raz z jedną, a raz z drugą ręką w gó­rze. Ogromny czaj­nik, wy­peł­niony wodą, je­dyny sprawny przed­miot za­stany w cha­cie, słu­żył mu za od­waż­nik. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Dzie­siąta. Do­brze, za­słu­żył na her­batę. Sta­rał się prze­strze­gać usta­lo­nego har­mo­no­gramu dnia, to były te stałe zwy­czaje, które miały trzy­mać go w ry­zach.

Pod­szedł do skrzyni i otwo­rzył wieko. Trzy­mał tu­taj naj­cen­niej­sze rze­czy. Lap­topa, któ­rego wrzu­cił tu pierw­szego dnia po przy­jeź­dzie w Biesz­czady i jesz­cze do niego nie zaj­rzał. Glocka, wy­glą­da­ją­cego te­raz jak tan­detna za­bawka z in­nej bajki. A przede wszyst­kim sa­szetkę z le­kami.

Uło­żył ta­bletki w rów­nym rzę­dzie na de­sce ku­chen­nej. Wy­rów­nał od­le­gło­ści po­mię­dzy nimi, żeby było tak jak lu­bił, tak jak trzeba. Agnieszka mó­wiła, że ma pier­dolca na tym punk­cie. Agnieszka... To imię też brzmiało jak z in­nej bajki.

Ma­gnez, wi­ta­miny z grupy B oraz ta­bletka xa­naxu 1 mg. Wie­czo­rem weź­mie jesz­cze jedną na do­bry sen. I wresz­cie crème de la crème: ta­bletka esci­ta­lo­pramu. Do nie­dawna brał ci­ta­lo­pram, ale miał wra­że­nie, że nowe pa­stylki, prze­pi­sane mu przez le­ka­rza, są sku­tecz­niej­sze. – Tylko pro­szę pa­mię­tać, pa­nie Marku. Jedna ta­bletka, nie wię­cej! – po­uczał go psy­chia­tra. – To silny lek. Pa­cjent na­ra­żony jest na wy­stą­pie­nie ze­społu se­ro­to­ni­no­wego – to stan, w któ­rym w or­ga­ni­zmie jest za dużo se­ro­to­niny. Jego ob­jawy to: po­bu­dze­nie, drże­nia mię­śni, drgawki, hi­per­ter­mia. A tego nie chcemy, prawda? Ja­sne, kurwa, że nie chcemy.

Po­łknął dwie ta­bletki i po­pił wodą. Po czte­rech go­dzi­nach lek zo­sta­nie wchło­nięty przez krew. Że­la­zna ob­ręcz, ści­ska­jąca po­ty­licę, ze­lżeje. Bę­dzie mógł zejść do wio­ski i pójść mię­dzy lu­dzi. I uda­wać, że jest taki jak oni.

3.

Wiatr po­ru­szył fi­ranką i ten le­d­wie sły­szalny sze­lest spra­wił, że Agnieszka na­tych­miast się wy­bu­dziła. Nie­gdyś mo­men­tal­nie za­sy­piała i spała ka­mien­nym snem do sa­mego rana. Nie można jej było do­bu­dzić. Te­raz wszystko się zmie­niło. Zbli­ża­jący się wie­czór po­wo­do­wał na­ra­sta­nie pod­skór­nego nie­po­koju, lęku przed bez­sen­no­ścią i nie­uchron­nym kosz­ma­rem, jaki cze­kał ją w nocy.

Wie­działa, ja­kie jest pa­na­ceum na to zło. Tylko nikt nie mógł jej wy­sta­wić re­cepty. Się­gnęła po smart­fona. Żad­nej wia­do­mo­ści od Marka. Wy­słała mu wczo­raj SMS-a, jak zwy­kle bez od­zewu. Na po­czątku, za­raz po jego wy­jeź­dzie, te­le­fo­no­wała do niego kilka razy dzien­nie. Ani razu nie ode­brał. Po­tem prze­stała i dla­tego te­le­fon, który na­gle za­dzwo­nił, tak ją za­sko­czył. Rzu­ciła okiem na wy­świe­tlacz.

– Ma­rek? – Nie po­tra­fiła ukryć ra­do­ści.

– Po­słu­chaj, wiem, że dzwo­ni­łaś...

– I to wiele razy... – Bar­dzo się sta­rała, żeby w jej gło­sie nie wy­czuł pre­ten­sji.

– Ale nic się nie zmie­niło.

– To zna­czy?

– Prze­cież wiesz – wes­tchnął. – Mu­sia­łem wy­je­chać. Chcę się z tym upo­rać. Dojść do ładu sam... ze sobą.

– Masz tu w War­sza­wie psy­cho­te­ra­peutę, le­ka­rzy. Nie ro­zu­miem, czego szu­kasz tam, w tej głu­szy.

– Ci­szy. Spo­koju. Je­stem w złej for­mie, nie chcę, że­byś mnie oglą­dała w tym sta­nie.

– Ma­rek, nie je­stem małą dziew­czynką.

– Wiem.

– De­pre­sja to cho­roba. Można ją le­czyć, oswa­jać.

– Już o tym roz­ma­wia­li­śmy.

– Wi­docz­nie za mało. Ra­dzi­łeś so­bie ostat­nio cał­kiem nie­źle. My­śla­łam, że jest ci ze mną do­brze.

– Prze­stań, to nie ma nic wspól­nego z tobą. Mu­szę koń­czyć.

– Mogę do cie­bie pi­sać?

– Tak – za­wa­hał się. – Ale nie zdziw się, że nie za­wsze będę od­pi­sy­wał. Cza­sami nie je­stem w sta­nie zwlec się z łóżka, to trudne...

– Wró­cisz?

Wy­łą­czył się. Wy­lo­go­wał z jej świata. Za­wsze tak ro­bił, gdy TO nad­cho­dziło. Zni­kał, wta­piał się w tło, od­gra­dzał się od świata set­kami ba­rier i ma­sek. Wtedy uświa­da­miała so­bie, że ni­gdy nie miała go na wła­sność, co naj­wy­żej na raty. Gdy na to przy­zwa­lał, gdy cho­roba na chwilę od­pusz­czała, ni­gdy zresztą nie było wia­domo na jak długo. No­cami czy­tała o de­pre­sji, lo­go­wała się na fora dys­ku­syjne lu­dzi, zma­ga­ją­cych się z tym pod­stęp­nym wro­giem. Pró­bo­wała wejść w jego głowę, ma­jąc na­dzieję, że wes­prze go w go­dzi­nie próby. Stała się eks­per­tem w dzie­dzi­nie far­ma­ko­lo­gii i an­ty­de­pre­san­tów. Sama mo­głaby wy­sta­wiać re­cepty.

To było rze­czy­wi­ście trudne. Była młodą dziew­czyną i miała prawo do nor­mal­nej mi­ło­ści: nie­fra­so­bli­wej, ko­lo­ro­wej, cza­sami lek­ko­myśl­nej. Jej ko­le­żanka z roku ra­dziła jej ra­dy­kalne roz­wią­za­nie.

– Daj so­bie z nim spo­kój, Aga. Ze­rwij z nim. To świetny gość, ale nie dla cie­bie. On jest jak gra­nat, prę­dzej czy póź­niej wy­buch­nie.

– Nie po­tra­fi­ła­bym.

– Przy­naj­mniej spró­buj. Na po­czątku bę­dzie ci ciężko, ale prze­trwasz, dasz radę.

Nie po­tra­fiła.

Po­czła­pała do kuchni. Kie­dyś w ogóle nie to­le­ro­wała śnia­dań, ale zwią­zek z Mar­kiem wszystko zmie­nił. Po­lu­biła te po­ranne ce­le­bra­cje, jego wy­mą­drza­nie się o wyż­szo­ści na­paru z ka­wiarki od cie­czy z eks­pre­sów.

– Nic nie za­stąpi ma­łej kawy za­pa­rzo­nej w ka­wiarce. Te wszyst­kie eks­presy to tylko na­cią­ga­nie lu­dzi na grube pie­nią­dze – po­wta­rzał.

Miał swoje dzi­wac­twa. To­le­ro­wał tylko chrupki żyt­nie i nie uzna­wał ja­snego pie­czywa. Ki­lo­gra­mami ja­dał po­mi­dory i sza­rzał na twa­rzy na wi­dok tuń­czyka, któ­rego uzna­wał za „samą che­mię” – na­le­żał do tej sa­mej ka­te­go­rii sza­tań­skich wy­na­laz­ków co eks­presy do kawy. Ob­rzu­ciła wzro­kiem ka­wiarkę. Przy­kry­wał ją cienki na­lot ku­rzu. Bra­ko­wało go tu­taj.

Ci­sza dźwię­czała jej w uszach. Z wy­sił­kiem prze­łknęła to­sta i skosz­to­wała jo­gurtu z lo­dówki. Jezu! Prze­cież była so­bota. Mu­siała się szybko ogar­nąć. O dzie­sią­tej udzie­lała ko­re­pe­ty­cji z fran­cu­skiego Poli, córce me­ce­nasa Re­kluc­kiego. Nie­po­koił ją ten fa­cet, ale po­trze­bo­wała kasy. Zresztą, zo­ba­czy się, czy po­cią­gnie da­lej tę pracę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki