Orient - Maciej Siembieda - ebook + audiobook
BESTSELLER

Orient ebook i audiobook

Maciej Siembieda

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

65 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowe, zdumiewające śledztwo Jakuba Kani zaprowadzi go do Chin – państwa wielkich pieniędzy i ambicji, wielkiej mafii i... wielkich zagadek

W Terespolu przed kolekturą lotto omdlewa człowiek, a z jego rąk wypada kupon z sześcioma zwycięskimi liczbami. W tym samym czasie siedem tysięcy osiemset trzydzieści kilometrów dalej pewien mężczyzna opracowuje plan, który ma przynieść miliardowe zyski i zmienić układ sił w jednym z najważniejszych państw Europy.

Co w tym czasie robi były prokurator IPN-u Jakub Kania? Właśnie dostał nową pracę i misję, a ta zawiedzie go do Szanghaju i wplącze w śmiertelnie niebezpieczną intrygę, w której ważną rolę odegrają chińskie triady, polskie służby specjalne i… zbieracze złomu spod Terespola. Najważniejsza jest jednak zagadka zaginięcia gdzieś między Polską a Chinami najsłynniejszego pociągu na świecie. Warto dodać, że śladami Kani wyrusza jego dobra znajoma kapitan Teresa Barska.

Siembieda w pełnej rozmachu powieści, jak zwykle mistrzowsko łącząc fakty i fikcję, ujawnia tajemnice chińskiej mafii i jej powiązania z komunistycznym państwem, zdradza sekrety wywiadów orazz wyjątkowym poczuciem humorubranży złomiarskiej. Prowadzi przy tym błyskotliwą rozprawę o hazardzie, lojalności, zemście, przeznaczeniu oraz… depresji.

W jaki sposób uwielbiany przez czytelników Jakub Kaniamężczyzna z wybaczalną nadwagą i unikalnym talentem do rozwiązywania historycznych zagadekwybrnie z kłopotów i uniknie pułapek, które zastawiają na niego najniebezpieczniejsi ludzie na świecie? Tak jak zawsze: inteligentnie i brawurowo, a przede wszystkim w zupełnie niespodziewany dla czytelników sposób.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 3 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
4,7 (176 ocen)
137
32
5
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Inky_xd

Dobrze spędzony czas

Nie rozumiem, dlaczego Pan Siembieda nie jest jednym z najpopularniejszych polskich pisarzy... Zasługuje na to niezaprzeczalnie! Kolejna przemyślana i wspaniale skonstruowana powieść. Baardzo polecam całą serię!
20
katarzynaolgaleskow

Nie oderwiesz się od lektury

Brak mi słów żeby opisać jaka to przyjemność słuchać tej historii. To trzecia książka pana Macieja, którą przesłuchałam, po każdej myślę sobie, że już osiągnął szczyt, już nie da rady lepiej...Zresztą sami się przekonajcie. No i nie sposób, nie wspomnieć o Mariuszu Bonaszewskim, dla mnie absolutny mistrz, jego głos i interpretacja- klasa.
20
spacerek

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała czekam na następne
10
terbek

Nie oderwiesz się od lektury

Siembieda, Bonaszewski to petarda
10
PLIWWAL

Nie oderwiesz się od lektury

jak zwykle...żal,że juz sie skończyło słuchać...
10

Popularność




Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

© copyright by Agora SA, 2023

© copyright by Maciej Siembieda, 2023

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2023

ISBN: 978-83-268-4425-6

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Kto ogląda niebo w wodzie, widzi ryby na drzewach

Przysłowie chińskie

PROLOG
Jesień 1933 roku

Szatański plan – pomyślała sympatyczna Angielka po czterdziestce siedząca przy stoliku Café Orient w Kairze i studiująca papiery rozłożone na blacie.

Były na nich przestrzenne szkice czegoś, co przypominało szufladę, oraz pierścieni pokrytych cyframi. Zarówno rysunki, jak i ich objaśnienia musiał wykonać ktoś, kto przez wiele lat pilnie uczył się kaligrafii.

Angielka spojrzała na nie raz jeszcze i uśmiechnęła się do swoich myśli.

Człowiek, który właśnie przysłał szkice pocztą z Genewy, był jej wielką fascynacją. Poznali się kilka lat temu w podróży do Konstantynopola, który teraz nosił nazwę Stambuł i Angielce kojarzył się z ludzkim mrowiskiem. Najbardziej w życiu nie znosiła tłumu, hałasu, podniesionych głosów, dżemu pomarańczowego i mleka, zwłaszcza gdy się gotowało i kipiało jak to cholerne miasto.

Towarzysz podróży do Stambułu potrafił ją wyciszyć. Słuchanie go było jak balsam dla duszy.

Miał siedemdziesiąt kilka lat, długie białe włosy i wąską brodę w tym samym kolorze, która trochę upodabniała go do kozy. Był Chińczykiem urodzonym w Szanghaju, mieszkającym w Szwajcarii i robiącym w Europie jakieś kolosalne interesy. Przez niezwykłe zielone oczy Angielka na swój użytek nazywała go Nefrytowym Starcem.

Pojawiał się w jej podróżach na Wschód jak duch, który przybywa wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. Pomógł pokonać kilka życiowych wiraży, pozbyć się nieprzyjaciół i bronić swego. Był skuteczny, niezawodny i bezwzględny. Lubiła tak wyraziste postacie. Orzeźwiająca odmiana po poznanych w podróży znudzonych brytyjskich arystokratach, ich pretensjonalnych żonach i zblazowanych lokajach zapełniających przedziały pociągów i kajuty statków.

Ostatni raz widzieli się kilka tygodni temu w tej samej kafejce niedaleko koptyjskiego kościoła Świętego Sergiusza w Starym Kairze. Angielka, ubrana tak jak dziś w spódnicę do kostek i kolonialną bluzę z tenisu z naszywanymi kieszeniami, była rozdrażniona. Kilka dni wcześniej otrzymała list od pewnego klubu w Londynie, który wykluczył ją z członkostwa, posądzając o skłonność do uznawania sił nadprzyrodzonych.

– Cholerni dranie – poskarżyła się Nefrytowemu Starcowi. – Jeszcze mnie popamiętają.

Chińczyk zamilkł i przymknął powieki. Musiała chrząknąć po kilku minutach, aby wydobyć go z ciszy i bezruchu.

– Chcesz wymierzyć sprawiedliwość? – spytał, otwierając oczy.

– Bardzo.

– Pomogę ci – odpowiedział. – Ale według mojego planu.

W takich momentach robił się zimny i twardy jak metal pozostawiony na mrozie.

– Co miałabym zrobić? – spytała, odczuwając lekki dreszczyk.

– To, co umiesz najlepiej. Zgromadź wszystko, o co cię oskarżają. Niczego nie pomiń. A potem uderz w to z całą siłą.

– W jaki sposób?

Objaśnił jej swój plan ze szczegółami. Był bardzo dobry, tak dobry, że nagle przestraszyła się, że może się nie udać.

– Uda się – powiedział, jakby czytał w jej myślach. – Jak ty skończysz swoje, wkroczę ja.

– I co zrobisz?

– Zamienię to w grę.

– W chińczyka? – uśmiechnęła się.

– Grę przegraną przez ludzi, którzy cię skrzywdzili. Będą tego gorzko żałować, gdy zobaczą, jak świat kibicuje tobie, a nie im.

Sięgnął po serwetkę, narysował na niej pierścień z cyframi. I objaśnił jego działanie.

Przyjrzała się rysunkowi.

– O czymś zapomniałeś – Angielka była bardzo spostrzegawcza. – Tu brakuje cyfry...

Chińczyk położył palec na ustach.

– Nie wymawiaj tego słowa. Oznacza śmierć. Na tym będą oparte reguły gry.

– Naprawdę chcesz to zrobić i zaprosić do gry cały świat?

Przymknął powieki na znak potwierdzenia.

Przypomniała sobie rozmowę sprzed paru tygodni, zerkając na szczegółowe plany i opis, które przysłał wczoraj do jej hotelu. Odkroiła widelczykiem kawałek kunafy i pozwoliła, aby egipski deser wypełnił jej usta słodyczą. Gra wkrótce się rozpocznie – ucieszyła się i dodała do tego osobistą refleksję, że jeśli diabeł istnieje, to z pewnością ma skośne oczy.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Lato 2014 — wiosna 2015 roku
ROZDZIAŁ 1.

Biało-różowa karteczka z logotypem lotto, rzędem sześciu liczb oraz datą i numerem losowania wypadła z dłoni przeraźliwie chudego mężczyzny, lądując w kałuży wczorajszego deszczu.

Człowiek, który ją upuścił, kilkanaście sekund wcześniej wyszedł z kolektury przy ulicy Wojska Polskiego w Terespolu, spojrzał na wydrukowany wynik i czytał go zachłannie, nie wierząc własnym oczom. Na kilka sekund uniósł wzrok do nieba, po czym wrócił do papierka, starając się utrzymać go w coraz bardziej drżących rękach. Nie udało się. Własne nerwy wyszarpały mu wydruk z dłoni, jak silny wiatr wyrywa dziecku latawiec.

W tej samej chwili chudy mężczyzna osunął się na kolana i chwycił rękami za głowę.

Kamera monitoringu, której zapis przejrzano wiele dni później, gdy sprawa zrobiła się głośna, zarejestrowała, że zareagowały trzy osoby. Wyrostek z kolorowymi włosami wyciągnął z tylnej kieszeni modnie podartych dżinsów telefon komórkowy i zrobił klęczącemu kilka zdjęć, które z miejsca zaczął wysyłać do znajomych. Starsza kobieta, oburzona obojętnością przechodniów, pochyliła się i pewnie pytała, czy trzeba wezwać pomoc, ale chudy przecząco pokręcił głową, nie odrywając od niej rąk.

Trzeciej osoby nawet nie zauważył.

Była nią mała dziewczynka, która wyszła ze sklepu spożywczego, zobaczyła, co się stało, podniosła biało-różowy prostokąt papieru powoli nasiąkający wodą i nieświadoma tego, co trzyma w dłoni, usiłowała podać go chudemu człowiekowi. Nie przyjął. Wtedy, podobnie jak staruszka, pomyślała zapewne, że pan, który upuścił karteczkę, jest bardzo chory, i ostrożnie położyła ją na suchym chodniku tuż przed nim. Po czym uciekła tak szybko, jak szybko ucieka się przed bezradnością.

W głowie klęczącego przed kolekturą na Wojska Polskiego szalał huragan emocji, który zagłuszał i zasłaniał cały świat. W tej chwili chyba nie pamiętał nawet, jak się nazywa.

Terespol też tego nie pamiętał. W miasteczku, z racji wyglądu, nazywano chudego „Pająkiem”. Z puzzli plotek dało się ułożyć tyle, że ma na imię Heniek, jest po pięćdziesiątce, odumarła go żona, był ślusarzem, ale stracił robotę i się zapuścił, o czym świadczyły brudne klapki, podniszczone spodnie od dresu i nieświeży T-shirt, w których klęczał pod kolekturą.

Od kilku lat regularnie grał tu w każdą środę w lotto za pieniądze ze zbiórki złomu. Zawsze jeden zakład. Zawsze ten sam zestaw liczb.

Był czwartek. Dziewiąta dwadzieścia pięć.

Dokładnie w tym samym czasie siedem tysięcy osiemset trzydzieści kilometrów na wschód, licząc w linii powietrznej, przed budynek Shimao International Plaza w Szanghaju podjechał szafirowy jaguar XJ8 Vanden Plas. Model przeznaczony dla dyplomatów i rodzin królewskich, z białą skórą i taką ilością drewnianych okładzin, że trzeba było na nie ściąć dorodne drzewo orzechowe.

Zanim koła zdążyły zatrzymać się na dobre, z fotela obok kierowcy wyskoczył wysportowany młodzieniec w kusej marynarce, energicznym krokiem obszedł auto i otworzył tylne drzwi. Jak na filmach: najpierw pojawił się w nich elegancki but, potem nogawka spodni pochodzących pewnie z którejś z pracowni przy londyńskiej Savile Row, wreszcie reszta wytwornego garnituru, a w nim sześćdziesięciolatek o wąskich oczach i ostrych rysach twarzy. Nienaganny w każdym calu. Od długości sznurowadeł po oprawki okularów korespondujące z kolorem krawata.

Nazywał się Chen Rao i był jednym z najpotężniejszych ludzi w państwie. Absolwent Oksfordu, w świecie kapitalistycznym trafiłby na okładkę „Forbesa” jako właściciel niebotycznie bogatej korporacji rozciągającej się od kosmosu po podziemne złoża surowców w Afryce. Tylko że kapitalizm nie był Rao do niczego potrzebny. Chiny, wbrew własnej konstytucji, hołubią własność prywatną bardziej niż Stany Zjednoczone, a to, że ziemia i wszystko, co się na niej znajduje, teoretycznie należy do państwa, nikogo nie niepokoi.

Dlatego pasażer tylnego siedzenia szafirowego jaguara był krezusem i lubił się pławić w luksusie. Gwarantował to jego nieprzeciętny mózg i nieograniczone zaufanie, jakim darzył Rao nowy przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej, rządzący państwem od ponad roku. Przywódca, którego ten sam „Forbes” uzna wkrótce za najbardziej wpływowego człowieka na świecie.

Chen Rao zerknął na złotego patka philippe’a, którego wskazówki z uwagi na strefę czasową były przesunięte o sześć godzin dalej niż w Polsce, wszedł do holu i ruszył w stronę nieoznakowanej windy. Dojeżdżała do dyskretnego apartamentu w Shimao, drugim pod względem wysokości wieżowcu w mieście.

Asystent w kusej marynarce wykonał niemal niezauważalny ruch głową i stojąca przy windzie piękna dziewczyna, wyższa niż dziewięćdziesiąt procent Chinek, nacisnęła guzik otwierający drzwi kabiny. Miała na sobie niebieską liberię ze złotym szamerunkiem, a pod nią wąskie spodnie w tym samym kolorze. Jej ruchy były automatyczne, twarz nieruchoma, a oczy wbite w przeciwległą ścianę. Wyglądała jak mechaniczna lalka do naciskania przycisków. Kolejnym wysłała gości w górę.

Cichobieżna winda wyłożona mahoniową boazerią dojechała na piętro, które nie miało numeracji. Mogło być czterdzieste szóste albo pięćdziesiąte dziewiąte. W kabinie nie było żadnych guzików ani wyświetlacza z informacją o mijanych kondygnacjach. Takie urządzenia montuje się w demokratycznych windach samoobsługowych, w których każdy pasażer może sobie wybrać przeznaczenie. Tu nie.

Asystent wyszedł pierwszy i spojrzał w obydwie strony korytarza jak przedszkolanka, która zamierza przeprowadzić dzieci przez ruchliwą ulicę. Na piętrze nie było nikogo.

Odwrócił się i uprzejmie skinął głową, a wtedy Rao opuścił kabinę. Ruszyli do dwuskrzydłowych drzwi z kolonialnego drewna. Asystent otworzył je i puścił szefa przodem.

Wewnątrz siedziało kilkunastu mężczyzn. Przypominali manekiny. W tym samym ułamku sekundy wstali na znak szacunku i w tym samym usiedli. Żaden się nie uśmiechnął, nie chrząknął ani się nie odezwał. Czekali na Rao od pół godziny w absolutnej ciszy. Nikt nie zadawał pytań w stylu: „nie wiecie, po co nas wezwano?”, ani nie próbował zgadywać, jaki będzie temat spotkania, wróżąc z funkcji zaproszonych na nie urzędników. Zebrani wiedzieli doskonale, że sala naszpikowana jest aparaturą rejestrującą tej klasy, że czujniki niemal czytają w myślach. Dlatego trzydzieści minut temu wysocy funkcjonariusze Komunistycznej Partii Chin, zwołani przez Rao, przypomnieli sobie, że są potomkami cywilizacji, która wymyśliła filozofię zen, i trwali w milczeniu, kontrolując umysły i niemal nie oddychając.

W chwili gdy dostojnik zajął fotel u szczytu stołu, jego asystent wsunął przenośny dysk do gniazdka laptopa połączonego z rzutnikiem i na ekranie ukazał się pierwszy slajd. Pusty.

– Zostaliście wybrani do wielkiego dzieła – powiedział Rao, ale żaden z manekinów nie zareagował. Przez chwilę trwała trudna cisza, którą przerwało następne oświadczenie gospodarza spotkania:

– Dzięki genialnemu pomysłowi przewodniczącego Chiny rozpoczynają odbudowę Jedwabnego Szlaku.

Manekiny ani drgnęły.

– Eksport naszych towarów drogą morską trwa zbyt długo – kontynuował Rao – a powietrzną – jest zbyt drogi. Dlatego jako pierwsi poznajecie dziś nowe hasło przewodniczącego: „Jeden pas, jedna droga”. Nasz handel ruszy na Zachód szlakiem lądowym. Jak przed wiekami.

Mówca uniósł podbródek i spojrzał na zebranych z łaskawością, która zezwalała na reakcję.

– Jesteście najlepszymi w Chinach ekspertami od logistyki – zachęcił zebranych. – Co o tym myślicie?

Manekiny wypełniły salę burzą braw, które Rao uciął jednym gestem. Spojrzał na asystenta, a ten wyświetlił drugi slajd. Mapę Europy.

– To nasz pierwszy cel – oznajmił Rao. – Dalej.

Na trzecim slajdzie pojawiła się Polska. I tego też nie skomentował.

– Dalej.

Na czwartym i ostatnim slajdzie, zbliżeniu na fragment poprzedniego, widać już było nazwy jakichś miejscowości, których nikt nie podjąłby się wymówić.

Chen Rao podniósł długopis ze wskaźnikiem laserowym, który leżał przed nim na stole.

– Sukces Nowego Jedwabnego Szlaku zależy od tego niewielkiego kawałka ziemi w Europie – powiedział i poruszył wskaźnikiem tak, że czerwona kropka zatańczyła gdzieś na niewielkiej polskiej równinie. – To brama, przez którą trzeba przejść, aby opanować ich świat i podporządkować go Chinom – dodał z patosem, a potem wyjaśnił dlaczego. Manekiny trwały w bezruchu.

– Teraz rozumiecie? – spytał na koniec. – To musi być nasze – zmrużył oczy tak, że zamieniły się w paromilimetrowe szczeliny, i zatrzymał kropkę dziewięć kilometrów od miejsca, w którym Heniek „Pająk” nadal siedział przed kolekturą lotto, nie mogąc wyjść z szoku.

Lewa noga mężczyzny leżącego na metalowym stole prosektorium wyglądała, jakby pokąsało ją dzikie zwierzę.

Chociaż skóra została umyta, a rany zaszyte, widok nadal robił upiorne wrażenie. Tym bardziej że na pozostałych częściach ciała zmarłego nie było nawet zadrapania. Idealnie gładka głowa, klatka piersiowa, brzuch, obie ręce, prawa noga. I tylko makabrycznie okaleczona lewa.

Jakub Kania, którego do Zakładu Medycyny Sądowej przywiodła zagadka lewej nogi, napatrzył się na trupy. Najpierw w prokuraturze, kiedy jeździł do morderstw, samobójstw i wypadków drogowych z ofiarami śmiertelnymi; potem w IPN-ie, gdzie z reguły miał do czynienia z czymś, co kiedyś było człowiekiem.

Ale coś takiego widział po raz pierwszy.

Przyglądał się poharatanej kończynie na ekranie smartfona, przybliżając obraz opuszkami palców. Telefon nowej generacji nie tylko robił i przechowywał zdjęcia, ale pozwalał oglądać je jak pod lupą. Przy maksymalnym zoomie widać było strukturę naskórka denata oraz węzły grubych nici chirurgicznych założonych byle jak. Krzywo i paskudnie. Prosektorium to nie gabinet medycyny estetycznej. Tu od szwów wymaga się tylko tego, aby wytrzymały podróż z lodówki do trumny.

Tylko że ta noga była kiedyś skarbem narodowym.

Należała do gwiazdy futbolu, która rozbłysła kilka lat temu światłem tak jasnym, że oślepiła wszystkich. Chłopak był jak wiatr. Na boisku żaden z przeciwników nie był w stanie go doścignąć, a nikt z obrońców zastopować. No i ta lewa noga. Trafiała w okienka bramki w sposób zaprzeczający prawom fizyki. Przy każdej prędkości, z dowolnej odległości i w najtrudniejszej sytuacji, w której strzał wydawał się niemożliwy. Zawsze tak, że bramkarzowi wyprężonemu jak struna brakowało paru centymetrów, aby dotknąć piłki czubkami palców.

Właścicielowi nogi wróżono światową karierę, ale nie wzięto pod uwagę jednego. Był za młody na sławę. Flesze, kamery, okładki magazynów i powszechne uwielbienie to nie są używki odpowiednie dla osiemnastolatka. Za szybko pojawiły się szybkie pieniądze, a za nie jeszcze szybsze auto. I ciąg dalszy jak w moralitecie: dyskoteka, w której faceci klepali go po plecach, a dziewczynom oczy zachodziły mgłą zachwytu. Brawurowy powrót do domu z jedną z nich, pierwszy śnieg, drybling auta na śliskiej nawierzchni. Uderzenie w betonowy słupek bokiem od strony kierowcy przy takiej prędkości można uznać za łaskawość losu.

Przód auta nie został nawet zarysowany. Dziewczyna wyszła z niewielką raną na czole od pękniętego lusterka, które otworzyła pół minuty wcześniej. Kierowca nie miał na twarzy choćby kropelki krwi. Pasy bezpieczeństwa ocaliły mu kark i żebra. Nie ucierpiały ręce ani prawa noga, którą rozpaczliwie wciskał hamulec. Ale lewa została niemal zmiażdżona.

Patomorfolog siedzący po drugiej stronie metalowego biurka wyciągnął dłoń i przejął od Jakuba Kani swój nowoczesny telefon.

– Musieli go operować wybitni specjaliści – stwierdził, zerkając na ekran. – Jakieś dwadzieścia lat temu. Biorąc pod uwagę stan ówczesnej ortopedii, to – powiem panu szczerze – gdyby przywieziono zwykłego pacjenta z ulicy, skończyłoby się amputacją. Ale kto wziąłby odpowiedzialność za obcięcie nogi nadziei polskiego piłkarstwa? Dlatego pewnie zwołano kilku najlepszych chirurgów, a oni dokonali cudu. To była jubilerska robota. Dosłownie i w przenośni – puścił do Kuby oko i zanurzył w kubku z kawą herbatnika, którego za moment przeniósł do ust.

Kania poczuł mdłości wywołane konfrontacją łakoci ze słodkawym zapachem śmierci. Przełknął ślinę.

– Kto pana poprosił o... – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – ...autopsję tej nogi? – spytał.

– Brat zmarłego – lekarz oblizał wargi po herbatniku i sięgnął po następnego. – Miał prawo. Rodzina.

– Nie chciał pełnej sekcji? W sensie całych zwłok.

– A po co? – patomorfolog wzruszył ramionami. – Gość długo chorował i zmarł na raka trzustki. Nie potrzeba było go kroić, aby to stwierdzić.

– Nie zastanowiło pana, że brata interesowała tylko noga?

– Pewnie, że zastanowiło – lekarz zaklął paskudnie, bo tym razem przytrzymał herbatnika o sekundę za długo i jego znaczna część utonęła w kawie. – Dlatego zrobiłem te zdjęcia.

– To nie jest standardowa dokumentacja?

– Jest. Ale te zdjęcia, które mam w telefonie, mają charakter prywatny.

– Co pana do tego skłoniło?

Patomorfolog zatrzymał dłoń w połowie drogi po herbatnika, uniósł palec wskazujący i dotknął nim nosa.

– Intuicja, proszę szanownego pana. Czułem, że będzie z tego grubsza afera. Nie pomyliłem się, prawda?

– Nie – potwierdził Kuba. – Nie pomylił się pan. Bardzo mi pan pomógł. Dziękuję. Niestety, obawiam się, że dostanie pan wezwanie do sądu jako najważniejszy świadek oskarżenia.

Patomorfolog machnął dłonią, w której nie wiadomo kiedy znalazł się kolejny herbatnik. Jeszcze suchy.

– Nasz wspólny przyjaciel z wydziału zabójstw, który dzwonił, żebym panu pomógł, wspomniał, że był pan prokuratorem. Długo?

– W rejonówce bardzo krótko, w IPN-ie dłużej. Ale tam byłem kimś w rodzaju detektywa, nie oskarżyciela – odparł Kuba.

– To ile lat spędził pan na sali sądowej?

Kania policzył w myślach.

– Ze dwa.

– No widzi pan, a ja trzydzieści. Wyszlifowałem własnym tyłkiem niejedną ławkę dla świadków – lekarz nawilżył kawą kolejne ciastko i pochłonął je. – Taka robota. Mówię prawdę, gdy oni – kiwnął głową w stronę lodówek – już jej nie powiedzą. Jestem głosem umarłych – oświadczył, może trochę zbyt teatralnie. – Kumpel z zabójstw wyraził się o panu, że pan też jest taki harcerzyk jak ja. W sensie po trupach do prawdy – zarechotał i sięgnął do pudełka z herbatnikami, ale było już puste.

Kilka dni później Karol Filip Rozborski zaparkował czarnego range rovera w podziemnym garażu, ustawiając koła równolegle do białych linii, między którymi widniał jego numer rejestracyjny. Kolosalny SUV nie był najlepszym pojazdem na miasto i ciasne parkingi biurowców, ale książęta korporacji nie tolerowali już limuzyn. Mercedesy klasy S, bmw serii 7 i audi A8 były passé. Mogli nimi jeździć podstarzali prezesi z nadwagą, którzy mieli własnych kierowców i zajmowali siedzenia z tyłu za fotelem pasażera, udając, że czytają „Financial Timesa”. Ale nie młodzi, piękni i proteinowi szefowie firm, pijący koktajle z pietruszki, chodzący na fitness w sneakersach po pięćset dolarów i jadający selery naciowe gotowane na parze, muśnięte sosem z czarnych trufli.

Rozborski był ikoną Mordoru.

Słynną od Wołoskiej po Domaniewską i Cybernetyki. Podziwianą, podglądaną i naśladowaną. Kopiowaną jak torebki Louisa Vuittona. Gdyby dla żartu przyszedł kiedyś do pracy w turkusowym krawacie z bazaru, następnego dnia identyczne paski materiału ścisnęłyby kołnierzyki przynajmniej kilkunastu orków z biurowców Mokotowa.

Wyłączył silnik i spojrzał w lusterko wsteczne, poprawiając włosy, nad którymi jeden z topowych warszawskich fryzjerów spędził wczoraj ponad dwie godziny. Dotknął palcami kosmyka nad czołem, uznając, że mistrz użył kosmetyków o zbyt małej zawartości emolientów, ale postanowił wrócić do tego później. Wpisał temat odżywki do notatek w tablecie i zerknął na zegar samochodu, który wyraźnie sugerował, że musi zagęścić ruchy.

Za dziesięć minut miał spotkanie z grubą rybą z zarządu towarzystwa ubezpieczeniowego Hathor Group w Genewie, a Szwajcarzy nie po to robią najlepsze zegarki na świecie, żeby jakiś Rozborski spóźniał się na spotkanie.

Gość już czekał.

Był szczupłym mężczyzną o sztywnej sylwetce i wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Miał wąskie, bezbarwne usta, bladoróżową cerę i wypukłe oczy płaza o czerwonych źrenicach, na wpół przykryte ciężkimi powiekami. Surowości dodawały mu stalowe oprawki okularów oraz gładko ogolona czaszka. Skończył siedemdziesiąt lat i był właścicielem takiego pakietu akcji Hathor Group, że mógłby spędzić resztę życia w willi nad ciepłym morzem, z jachtem długości Wall Street i prywatnym odrzutowcem większym od Air Force One. Ale był Szwajcarem. Człowiekiem, który w środku nocy dzwoni na policję, bo właśnie zauważył, że sąsiad, wjeżdżając na swój podjazd, nie włączył migacza, więc albo lekceważy przepisy, albo ma spaloną żarówkę w samochodzie, czyli w obu przypadkach stwarza zagrożenie dla ruchu drogowego.

„Albinos” pełnił w zarządzie Hathoru funkcję strażnika finansów i mimo chorego kręgosłupa zawsze gotów był schylić się po leżącą na ziemi monetę jednogroszową. Z Rozborskim przywitał się bez entuzjazmu.

Usiedli przy niewielkim stole konferencyjnym w jego gabinecie.

– Pewnie zastanawiasz się, co jest powodem mojej wizyty? – spytał Szwajcar nienaganną francuszczyzną i nie czekając na odpowiedź, oznajmił:

– Mamy problem, Karolu.

Na twarzy Rozborskiego automatycznie pojawiła się mina wyrażająca troskę i zaangażowanie.

– Jak mogę pomóc, panie prezesie?

„Albinos” spojrzał na niego uważnie, a potem przeniósł wzrok na przeciwległą ścianę udekorowaną osiągnięciami Rozborskiego jak pierś rosyjskiego generała medalami. Zaczął od świadectwa ukończenia prestiżowego liceum w Genewie z drugą lokatą, obejrzał dyplom Sorbony i certyfikat MBA London Business School. Dotarł do srebrnej ramki z tytułem „Manager Doskonały” przyznanym Rozborskiemu przez zarząd w dziesięciolecie jego pracy i westchnął.

– Hathor jakiś czas temu, kiedy jeszcze z nami nie pracowałeś, zawarł pewną umowę ubezpieczenia – powiedział „Albinos” z grymasem niezadowolenia. – Jedną z tych dyskretnych – dodał wymownie.

– Czego dotyczyła? – spytał Karol.

Szwajcar sięgnął do skórzanej aktówki firmy Montblanc leżącej na krześle, wyjął prostokątne zdjęcie formatu przeciętej wzdłuż kartki A4 i przesunął je po blacie stołu.

Rozborski spojrzał i zaniemówił.

– Obiekt objęty był polisą zawartą na terenie Polski – wyjaśnił „Albinos”.

– I co się stało?

– Zaginął.

Karol spojrzał z niedowierzaniem.

– Czy to jest to, o czym myślę? – spytał, choć z wrażenia zaschło mu w gardle.

– Dokładnie tak.

– Więc jakim cudem mógł zaginąć?

– Po prostu. Zaginął. Od ośmiu lat nikt nie wie, gdzie jest.

Źrenice Rozborskiego rozszerzyły się ze zdumienia.

– Czy to jakiś żart?

– A czy ja wyglądam na komika? – w głosie Szwajcara zabrzmiała irytacja.

– Ale jak to się mogło stać? – Karol ciągle nie wierzył. – Przecież to jedna z najsławniejszych rzeczy na świecie. No i ogromnych rozmiarów. Nie da się tego po prostu ukraść i schować.

– Dość – uciął „Albinos”. – Nie przeleciałem połowy Europy, żeby rozprawiać z tobą o tym, czy to możliwe, czy nie. Zarząd oczekuje, że zajmiesz się tą sprawą. Niezwłocznie. Masz otwarty budżet. Jeśli tego nie odnajdziesz – położył otwartą dłoń na zdjęciu – zapłacimy kilkanaście milionów dolarów z tytułu polisy, która lada chwila trafi do sądu. Ale jeśli uda ci się uniknąć odszkodowania – zawiesił głos – dostaniesz fotel dyrektora w Genewie. Na samej górze.

Rozborski stracił nagle pewność siebie. Uważał się za sprawnego menedżera, obytego w sprawach ubezpieczeń, ale z tak dużym tematem jeszcze nie miał do czynienia. Poczuł się jak taternik, któremu zaproponowano wyprawę w Himalaje bez przygotowania. Wpatrywał się w Szwajcara, nie potrafiąc ukryć zakłopotania.

– Co na to prawnicy firmy? – spytał.

– Nie zasłaniaj się prawnikami – „Albinos” ponownie się skrzywił. – Oni szykują się do procesu w sądzie, a nie do poszukiwania przedmiotu sporu. Polisa jest z twojego terenu i ty musisz to załatwić. Rozumiesz? Zarząd udaje, że nie ma tematu, bo boi się kompromitacji. Jeśli to się nie uda, zwalą wszystko na ciebie. Nie potrzebujesz kancelarii prawnej, ale agencji detektywistycznej – stwierdził. – Bardzo dobrej agencji.

Szwajcar spojrzał na zegarek.

– Zjedzmy dziś razem kolację – postanowił. – Tam gdzie zawsze. O dziewiętnastej. Mam nadzieję, że poprawisz mi apetyt, przedstawiając agendę swoich działań w tej sprawie.

„Albinos” wstał, zgarnął ze stołu aktówkę i przez moment się zawahał, czy zabrać także zdjęcie leżące na blacie jak wyrzut sumienia.

– To ci zostawiam, Karolu – zdecydował.

Rozborski odprowadził gościa do drzwi, a ledwo te zdążyły się za nim domknąć, niemal biegiem wrócił za biurko i zrobił to, co robią zdezorientowani ludzie w drugim dwudziestoleciu XXI wieku – wezwał na pomoc wyszukiwarkę internetową. Pierwszą deskę ratunku wszystkich, którzy nie wiedzą, kim był patron ich ulicy, czym wywabić plamę z lakieru do paznokci, o której zamykają pizzerię, czy swędzenie w lewym uchu jest objawem udaru i jak się pisze „na pewno”.

Zostawił na ekranie tabletu setki odcisków palców, ale wyszukiwarka, która wiedziała wszystko, tym razem okazała się bezradna.

Obiekt, który był przedmiotem jego poszukiwań, rozpłynął się we mgle.

Do 2008 roku był dumą Europy. Słyszał o nim cały świat, a wyszukiwarka dosłownie zatykała się od informacji i zdjęć. Potem nagle ślad się urwał. Kamień w wodę. Ze stron polskojęzycznych Rozborski przeszedł na francuskie i angielskie, o wiele lepiej wyposażone w wiedzę, ale tu również niczego nie znalazł. Brak informacji był jak otchłań. Czarna dziura. Ale czy mogło zniknąć w niej coś tak znanego i olbrzymiego zarazem?

Znalazł parametry techniczne i szybko podliczył, że w chwili zaginięcia poszukiwany obiekt ważył minimum pięćset ton.

Po raz pierwszy od czasu matury Karol Rozborski poczuł, że pocą mu się dłonie.

Recepcjonista warszawskiego hotelu Sofitel obsługiwał grupę Japończyków przekonanych, że mówią po angielsku, gdy jego zawodowe oko wyłowiło dżentelmena o przezroczystej twarzy wysiadającego z taksówki na podjeździe. Nie przestając udawać, że rozumie gości z Tokio, sięgnął do szuflady po przygotowany wcześniej elektroniczny klucz do pokoju i kiedy Szwajcar podszedł do jego stanowiska, zerkając z dezaprobatą na Azjatów, położył przed nim plastikowy prostokąt wielkości karty kredytowej.

„Albinos” spojrzał i z uznaniem kiwnął głową.

Złożył podpis na karcie meldunkowej, sięgnął do portfela i starannie ułożył na ladzie recepcji banknot o nominalne dziesięciu franków szwajcarskich.

Nigdy nie dawał napiwków. Uważał je za podwójne wynagrodzenie za pracę, która zawsze powinna być wykonana na najwyższym poziomie, bez konieczności nagród i motywacji. Recepcjoniście płacił za przestrzeganie ustalonego przez siebie porządku: dopilnowanie, aby zawsze dostawał ten sam pokój z oknem wychodzącym na Ogród Saski, i za to, żeby niezawodnie były w nim co najmniej trzy pary hotelowych kapci. W swojej willi nad Jeziorem Genewskim „Albinos” nosił tylko takie.

Wziął prysznic, po czym wyciągnął się na łóżku i zdrzemnął przez piętnaście minut. Dzięki opanowaniu pewnej techniki relaksacyjnej potrafił przywołać sen w czasie krótszym niż trzydzieści sekund. Budził się równo po kwadransie.

Nałożył świeżą koszulę, miękki klubowy blezer, szare flanelowe spodnie i mokasyny w tym samym co marynarka odcieniu granatu. Narzucił na to krótki, lekki płaszcz i udał się spacerem do tajskiej restauracji w gmachu Teatru Wielkiego.

Kolejny rytuał. Ten sam stolik, niezmiennie karkówka suszona na słońcu ze słodkim chili i warzywa z woka. „Albinos” był przewidywalny jak wschody i zachody słońca. Dlatego, kiedy tego potrzebował, zawsze skutecznie zaskakiwał ludzi, którym wydawało się, że potrafią przewidzieć jego ruchy.

Usiadł, podziękował wzrokiem kelnerowi za kieliszek ulubionego gewürztraminera i zwilżył usta winem, dając do zrozumienia Rozborskiemu, zajmującemu krzesło naprzeciwko, że gotów jest go wysłuchać.

– Nie znalazłem agencji detektywistycznej – Karol odpowiedział na pytanie, które nie padło, ale dało się je przewidzieć. „Albinos” lubił, gdy podwładni nadążali za jego myślami i mówili to, co w tej chwili było najistotniejsze.

Szwajcar pytająco uniósł brwi.

– Mam lepszy pomysł – wyjaśnił Rozborski.

– To się okaże – zastrzegł „Albinos”. – Słucham.

Szef polskiego Hathoru nabrał powietrza.

– Niedawno wzmocniłem nasz zespół antyfraudowy – oznajmił. – Zatrudniłem znakomitego fachowca. Byłego prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej.

– A cóż to takiego?

– Polska instytucja od śledztw historycznych – wyjaśnił Rozborski. – Człowiek, którego stamtąd pozyskałem, to doświadczony detektyw. Nazywa się Jakub Kania. Rozwiązał bardzo wiele spraw, zwłaszcza z czasów wojny.

Przez moment miał wrażenie, że Szwajcar się zaniepokoił.

– Zrekrutowali go jacyś łowcy głów? – spytał.

– Nie – Rozborski zrobił zagadkową minę. – Proszę sobie wyobrazić, że miał wypadek drogowy. Wjechał w niego kierowca, który był naszym klientem. Zgodnie z przepisami szkoda powinna zostać pokryta z polisy sprawcy, ale rzeczoznawca Hathoru mocno przesadził i zaproponował bardzo niską kwotę na naprawę samochodu poszkodowanego.

„Albinos” uśmiechnął się w myślach z uznaniem dla rzeczoznawcy, który zachował się tak jak trzeba: dbał o interes towarzystwa ubezpieczeniowego, a nie klienta.

– Pan Kania otrzymał propozycję wyceny szkody i odwołał się do mnie – kontynuował Rozborski. – Gdy przeczytałem jego pismo, zrozumiałem, że mam do czynienia z wytrawnym prawnikiem, który nie zawaha się pójść do sądu. Zaprosiłem go na rozmowę. Ale najpierw wygooglowałem i starannie sprawdziłem. Okazało się, że to prawdziwy mistrz dochodzeń.

– Historycznych – dodał cierpko „Albinos”. – Naprawdę wierzysz, Karolu, że jakiś polski Indiana Jones sprawdzi się w zapobieganiu przestępstwom ubezpieczeniowym?

– Już się sprawdził.

– Zamieniam się w słuch – Szwajcar świdrował go wzrokiem płaza wyczekującego najlepszego momentu do ukąszenia.

– Osiem lat temu Hathor, już pod moim kierownictwem, ubezpieczył na życie kilkunastu topowych polskich piłkarzy. Jednemu z nich wróżono wielką światową karierę, ale chłopak spowodował wypadek i doszczętnie połamał lewą nogę. Akurat tę, którą strzelał fenomenalne bramki. Noga kwalifikowała się do amputacji, ale ją ocalono, drobiazgowo łącząc pogruchotane kości blaszkami i drutami. Zamierzano użyć tytanu, ale chyba w tym przypadku byłby zbyt twardy, dlatego zastosowano platynę. Razem prawie siedem uncji wartych wtedy trochę ponad dziesięć tysięcy dolarów. Drobiazg. Zwłaszcza że za platynę zapłacił bogaty klub, w którym grała nadzieja polskiego futbolu.

„Albinos” milczał.

– Nogę uratowano, ale chłopak nie był już w stanie wrócić na boisko – kontynuował Rozborski. – Nie pogodził się z tym, wpadł w depresję. Zaczął pić. Zachorował na raka trzustki. Zmarł w tym roku. Oczywiście wypłaciliśmy uposażonym należność z tytułu polisy i nie byłoby tematu, gdyby nie fakt, że miesiąc po pogrzebie rodzina zmarłego dostała list. Jego nadawcą był klub piłkarski, który zażądał zwrotu platyny lub jej równowartości rynkowej. Jak się okazało, taki był warunek porozumienia zawartego siedem lat temu przed operacją nogi.

Szwajcar westchnął.

– I rodzina próbowała zwalić to na ubezpieczyciela? – spytał, znając odpowiedź.

– Oczywiście. Uznali, że powinno to zostać pokryte z naszej polisy – potwierdził Rozborski. – Zleciłem to prawnikom, ale akurat w tym samym czasie pojawił się Jakub Kania. Załatwiłem problem z jego szkodą komunikacyjną od ręki, a przy okazji pogawędziliśmy. Sporo opowiadał o swoich śledztwach i w trakcie tej rozmowy spytałem, czy byłby zainteresowany pracą u nas. Okazało się, że trafiłem na idealny moment. Instytut Pamięci Narodowej fatalnie go potraktował i pan Jakub podjął decyzję bez specjalnego wahania. Postanowiłem, że go przetestuję, i od razu dałem mu sprawę piłkarza.

„Albinos” masował podbródek.

– I co? Twój Indiana Jones wyposażony w latarkę i łopatę odkopał po północy jego trumnę i odzyskał platynę? – spytał.

– W pewnym sensie – odparł Rozborski, puszczając ironię mimo uszu. – Kania zaczął od zakładu pogrzebowego, w którym dowiedział się, że ciało piłkarza zostało spalone i trafiło do grobu w trzylitrowej urnie.

Szwajcar spojrzał na niego uważnie.

– Kremacja zwłok – podkreślił Karol – odbywa się w temperaturze od ośmiuset do tysiąca dwustu stopni. Maksymalnie. Platyna, aby się stopić, potrzebuje ponad pięciuset stopni więcej. Gdyby znalazła się w piecu razem z piłkarzem, bez trudu udałoby się odnaleźć ją w popiele.

– Czyli padła łupem pracowników krematorium – orzekł „Albinos”.

– Kania pomyślał tak samo – stwierdził Rozborski. – Ale żeby postawić im zarzut, potrzebował dowodu. Wykorzystał swoje kontakty w policji i dotarł do lekarza sądowego, który przyjmował ciało piłkarza do prosektorium. Okazało się, że z powodu ewidentnej przyczyny śmierci nie przeprowadzono sekcji zwłok, ale brat zmarłego zażyczył sobie... autopsji lewej nogi. Drań wiedział o platynie i warunkach porozumienia z klubem, dlatego postanowił wykorzystać sytuację. Lekarz wyjął cenny metal, a on go zabrał, licząc na to, że zwłoki spłoną, a wraz z nimi cała tajemnica. Ale się przeliczył. Kania go zdemaskował i brat piłkarza usłyszy teraz zarzut próby oszustwa na szkodę Hathor Group. Grozi mu parę lat więzienia i tak to się skończy, bo w tej sytuacji sąd dodatkowo orzeknie zbezczeszczenie zwłok brata w celu osiągnięcia korzyści materialnej.

„Albinos” ściągnął wąskie usta.

– I to twoim zdaniem wystarczy, aby powierzyć temu Kani sprawę, o której dzisiaj rozmawialiśmy? Naszą najważniejszą sprawę?

Rozborski z przekonaniem skinął głową.

– Oszalałeś, Karolu? – spytał Szwajcar, patrząc na niego jak na lokaja, który zamiast na srebrnej tacy podał mu bilet wizytowy na szufelce do kominka. – Gra w piłkarzyki – zakręcił palcami – toczyła się o stawkę kilkunastu tysięcy dolarów. Tym razem chodzi o trzy zera więcej. Gdybyś, tak jak ci radziłem, zaangażował agencję detektywistyczną...

– Kania jest lepszy – przerwał Rozborski.

– Gdybyś, tak jak ci radziłem, zaangażował agencję detektywistyczną – powtórzył znacznie bardziej dobitnie – mógłbyś przynajmniej obciążyć ją odpowiedzialnością za ewentualną porażkę. Rozumiesz mnie? Dobrze skonstruowany kontrakt, fee zależne od rezultatu, kary umowne i tak dalej. To byłaby twoja ochrona. Z Kanią nie zawrzesz takiego porozumienia, bo to twój pracownik. Ciekaw jestem, co zamierzasz zrobić, jeśli mu się nie uda? Wiesz?

Rozborski nie odpowiedział.

– Nie wiesz. Ale ja wiem. Nic mu nie zrobisz. Nie zdążysz. Jeśli nadal będziesz się upierał, że chcesz powierzyć poszukiwanie naszego obiektu swojemu Indianie Jonesowi, a nie profesjonalnej agencji, i jeśli to się nie uda – twoja głowa poleci jako pierwsza. Więc?

– Jednak zaryzykuję – uznał szef polskiego Hathoru.

– Polacy... – Szwajcar cmoknął z niesmakiem. – Wy chyba jako jedyni wierzycie, że ryzyko to wyraz odwagi, a nie głupoty. Dobrze. Jak chcesz. Twój temat, twój problem. Ale pamiętaj, że w wypadku niepowodzenia osobiście pociągnę za sznurek gilotyny.

– Jesteśmy umówieni – Rozborski spojrzał na niego z hardością szwoleżera spod Somosierry, chwycił pałeczkami kawałek wędzonego tofu, umoczył go w sosie z trawy cytrynowej i uniósł do ust.

ROZDZIAŁ 2.

Poranny promień słońca znalazł szczelinę między eleganckimi zasłonami i dotknął powiek Heńka „Pająka”. Najpierw próbował zasłonić oczy dłonią, potem przetarł je i otworzył.

Przez dłuższą chwilę zadawał sobie pytanie, czy się wyspał, a kiedy odpowiedź była twierdząca, odsunął puchową kołdrę w jedwabnej poszwie, usiadł na łóżku i stopami wymacał na podłodze miękkie pantofle. Z monogramem. Takim samym, jaki widniał na pościeli i zasłonach. Ziewnął, przeciągnął się, odsłonił okno sypialni i z uczuciem satysfakcji popatrzył na swoje imperium.

Od chwili, gdy podniósł się z klęczek przed kolekturą lotto w Terespolu, minął ponad rok. Myślał, że wtedy umrze z wrażenia. Że nie utrzyma się na własnych nogach, które trzęsły się jak galareta. Odczekał, aż odzyska w nich władzę, a potem powoli, sunąc po chodniku jak narciarz, dotarł do najbliższego sklepu i kupił dwie butelki owocowego wina. Kupiłby i trzy, ale nie miał przy sobie tyle gotówki.

A potem usiadł na trawie za prawosławną kaplicą cmentarną, żeby się rozmówić z Bogiem.

Dziesięć lat wcześniej Heńka odumarła żonka. Zabrało ją jakieś paskudne choróbsko. Lekarze mówili, że rak krwi. Głupoty jakieś. Rak to guz, a niby jak guz na krwi urośnie? Krew płynna przecież. Żonka najpierw co trochę się przeziębiała, potem zrobiła się blada, opuchnięta i przezroczysta jak rybi pęcherz, wreszcie zgasła. Dobra kobieta była, świeć, Panie, nad jej duszą. Cicha i robotna.

Dzień po pogrzebie przyszła do niego w nocy. Niech cię ręka boska broni, żebyś o mnie zapomniał – powiedziała. Pomniczek mi wystaw na mogile. Każ wyryć, że prosi o westchnienie do Boga. I daty. Kiedy urodzona, kiedy zmarła. I o moich urodzinach, Heniuś, pamiętaj, bo za życia nigdy żeś nie pamiętał.

Przestraszył się. Bo niby skąd miał wziąć na ten pomniczek? Z tych paru groszy, co się należały z ZUS-u? No i w czym rzecz z tymi urodzinami? Jak to pamiętać? Raz na rok kwiatków zanieść na cmentarz czy co?

Wyjaśnić to chciał, ale z nieboszczykiem nie ma rozmowy, nawet we śnie.

Obudził się spocony cały i zanim zapalił pierwszego papierosa, odszukał wśród niezapłaconych rachunków na stole akt zgonu. Przyjrzał się dacie urodzin. A potem jeszcze raz. I wtedy do niego dotarło. Dwucyfrowa liczba dnia, dwucyfrowa miesiąca i cztery cyfry składające się na rok. Razem sześć. Jak w dużym lotku.

To był znak.

Heniek już wcześniej grał w totolotka, ale żonka tego nie pochwalała. Kto by w wygraną wierzył, mówiła. Durny chyba. Pieniądze marnujesz. Podatek od głupoty płacisz.

Ale po śmierci musiała zmienić zdanie.

Jak Heniek spojrzał na datę urodzenia na akcie zgonu, tak w tej samej chwili poczuł zimno koło siebie. Ona tu była. Nie widział jej, ale była. Nie słyszał, ale mówiła wyraźnie: graj, Heniuś, w cyferki z moich urodzin, a na wszystko będzie. I na pomniczek dla mnie, i dla ciebie na życie mniej parszywe.

Mało butów wtenczas nie pogubił, lecąc do kolektury na Wojska Polskiego. I tak co środę. Jeden zakład, te same numerki. Przez dziesięć lat. Czasami trójka się trafiła, raz czwórka nawet.

Aż w pewną sierpniową środę przepowiednia spełniła się co do joty.

Pobrał w kolekturze karteczkę z wynikami, wyszedł na ulicę, spojrzał i padł na kolana. Na wydruku widniała data urodzenia nieboszczki: dzień, miesiąc i cztery cyfry dające rok. Pełna szóstka. Parę milionów, albo i lepiej.

Tyle że poprzedniego dnia Heniek „Pająk” po raz pierwszy od dziesięciu lat nie wysłał kuponu.

Miał go w kieszeni. Wypełniony jak zawsze. Ale wczoraj diabeł go poprowadził koło ławki, na której siedziało kilku znajomków. Pijusów zawsze gotowych wysępić coś na krzywy ryj. Opadli go jak szarańcza. „Postaw, Heniu, flakona. Wiemy, gdzie idziesz. Postaw. Pod wygraną. Odmawiać grzech straszny. Babie w ciąży odmówisz, myszy ci wszystko potną. Kolegom w potrzebie – jeszcze gorzej”. „Dobra” – powiedział. „Skoczę do sklepu”. „Oj, ty, ty” – pogrozili mu palcami, a mordy szczeciniaste im się pokrzywiły. „Pójdziesz i tyle cię bedziemy widzieli. Pieniądz na flakona daj. Masz przecież. Wczoraj żeś zasiłek pobrał”.

Dał.

Pierwsza półlitrówka zrobiła kółko i zniknęła szybciej, niżby ją na ziemię wylał. Na drugą się złożyli. Trzecią honorowo przyniósł ktoś, kto do drugiej należał, a składki nie dał. Ta trzecia to był samogon. Białoruski. Walił w łeb jak obuchem.

Heniek parę razy chciał się odłączyć, żeby kupon nadać, ale gdzie tam. Nie dali. Dotrwał do dna bimbru w Tucheniczach pędzonego, w sielsowiecie motykalskim, i ogarnęła go ciemność.

Jak się ocknął na trawniku, kolektura już była zamknięta. W pierwszym odruchu przeraził się, aż nim zatrzęsło, ale białoruski samogon dobry na nerwy. Powlókł się do domu. Wyniki sprawdził dopiero następnego dnia w kolekturze, przekonany, że i tak nic, i tak.

Wtedy ziemia na chwilę się zatrzymała, a Heniek stracił władzę w nogach.

Godzinę później, gdy podniósł się z kolan, choć ciągle szarpała nim rozpacz, wypił za kaplicą dwa wina truskawkowe, od których była zgaga, i spytał Boga: „w czym żem ja ci, Panie na niebiosach, przewinił, żeś mnie tak srodze pokarał?”. Ale Bóg nie odpowiedział. Może był zajęty, a może go nie było?

Wstał i ruszył w stronę domu chwiejnie, jakby buty miał za ciasne. Na ulicy już pokazywali go palcami. „Milioner idzie”.

To było nie do wytrzymania.

Dwa dni później spakował trochę rzeczy w reklamówkę i wyszedł, nawet nie zamykając mieszkania. I tak czekała go eksmisja, bo ostateczne wezwanie do zapłacenia komornego wyrzucił jak wszystkie poprzednie. Z czego miał zapłacić? Z paru złotych, co mu się trafiało zarobić na złomie?

Stanął przed domem, pomyślał chwilę i poszedł na zachód. Na wschodzie była tylko beznadzieja, Bug i Białoruś.

Szedł tak osiem kilometrów. Na początku myślał, że ucieczka mu pomoże, ale z każdym krokiem było coraz gorzej. Oddalał się od Terespola, zbliżał do bezdomności, głodu, poniewierki, żebractwa może. A przecież od trzech dni powinien być milionerem.

Ta myśl targnęła nim tak silnie, że przystanął i poczuł, że żyć mu się odechciało. Skręcił na tory, żeby się rzucić pod pierwszy lepszy pociąg.

Ale akurat żaden nie jechał.

Stawiając niepewne kroki po podkładach kolejowych, doszedł do placu przeładunkowego, gdzie szyny tworzyły rozłożoną na ziemi stalową pajęczynę. Wielką aż po horyzont. Skręcił w lewo i dotarł do bocznic. Dalej był niewielki nasyp z kamieni utytłanych kolejowymi smarami. Aż dziw, że rosły na nich krzaki. Wszedł na wzniesienie, rozgarnął gałęzie i ujrzał raj.

Bóg istniał.

Pokarał go za picie białoruskiego bimbru z Tuchenicz, ale teraz przyprowadził do ziemi obiecanej. Kraina edenu śmierdziała, oblepiał ją brud i nie miała żadnych kolorów, ale była cała z metalu. Dla złomiarza nie ma lepszego miejsca na świecie.

Parę miesięcy później był już jej królem.

Zerkając przez okno swojej rezydencji, Heniek „Pająk” uznał, że jest człowiekiem szczęśliwym. Westchnął, przeszedł do wytwornie urządzonej łazienki, przemył twarz wodą i nie odrywając wzroku od swojego odbicia w kryształowym lustrze, sięgnął po ręcznik z monogramem.

Był wtorek. Godzina siódma piętnaście.

W tym samym momencie, o trzynastej piętnaście czasu lokalnego, w prywatnej klinice masażu w szanghajskiej dzielnicy Pudong domofon zagrał melodyjkę zapowiadającą gościa.

Przechodząca przez hol szczupła brunetka w jedwabnym mundurku przypominającym piżamę zatrzymała się, zrobiła krok w tył i dotknęła przycisku zwalniającego blokadę zamka. Nawet nie spojrzała na ekran domofonu. Salon zapewniał usługi wtajemniczonym i nikt niepowołany nie ośmieliłby się nawet spróbować tu wejść. Brunetka zerknęła w lustro, poprawiła włosy i zastygła w holu, aby przywitać szefa, który w mieście zarządzał rozrywkami dla elit.

Dziś wydawał się spięty.

Nie odpowiedział na powitanie, wnikliwie przejrzał gabinety, dotknął ręczników, rozprostował niewidzialną fałdę na stole do masażu, sprawdził palcem temperaturę ciepłej emulsji do nawilżania skóry i dopiero wówczas jego brzydką twarz wykrzywiło coś, co przy dużej dawce dobrej woli można by uznać za wyraz zadowolenia.

Brunetka tego nie widziała.

Przez cały czas inspekcji stała w holu ze spuszczonymi oczami i rękami złożonymi z tyłu. Dyspozycyjna i pokorna. Tak jak lubił. Pracowała dla niego od dziesięciu lat i znała wiele sekretów, których ujawnienie mogłoby ją kosztować życie, a jednak nigdy nie pozwoliła sobie na najmniejszą poufałość. Zresztą człowiek, który ją zatrudniał, nie miał prywatności. Nie można było zapytać go o zdrowie dzieci ani o to, jak spędził weekend.

W Szanghaju nazywano go „Shì”, identycznie jak figurę w chińskich szachach, ale wolał używać swojego zachodniego pseudonimu – „Laufer”. Miał pięćdziesiąt parę lat, gładko wygoloną czaszkę, zdumiewająco małe oczy pozbawione brwi i cerę jak hamburger, co było efektem ospy przebytej w dzieciństwie, a potem pobytu w kolonii karnej na południu kontynentu, skąd zawracają chmury i gdzie słońce zamienia ziemię w pieprz.

Był bossem Czarnego Państwa, triady działającej pod ochroną partii i policji. Organizacji, która załatwiała sprawy, jakich władzom załatwiać nie wypadało. Proste. Nie chcesz, aby świat potępił cię za dostarczanie broni tym, co nie trzeba – zleć to mafii, którą trzymasz w ręku. Potrzebujesz lewej zachodniej waluty albo kart kredytowych – spraw, aby podrobili je profesjonalni fałszerze, których oficjalnie potępisz w telewizji. Nie życzysz sobie, aby gazety w Brukseli i Waszyngtonie pisały, że w Chinach pozwala się na handel organami – niech oczy i nerki sprzeda twój goniec. Spec od szybkich, zdecydowanych ruchów po przekątnej szachownicy prawa. Laufer.

Jego przestępczy syndykat formalnie nie istniał, podobnie jak on sam. Dla ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i ludowej policji zbrojnej był cieniem, a cieniom nie da się założyć kajdanek.

Właśnie czekał na człowieka, który mu ten status gwarantował.

Chen Rao nacisnął domofon kliniki masażu kilka minut później. Wszedł do holu, wywołując doskonale zsynchronizowany pokłon „Laufra”, masażystki i jej wychowanki – ślicznej osiemnastoletniej Tajki, która uczyła się fachu od dziecka. Żadne z tej trójki nie ośmieliło się spojrzeć w oczy panu Rao ani tym bardziej wyciągnąć ręki na powitanie. Nikt nie powiedział ani słowa.

Szefowa kliniki gestem pełnym szacunku i pokory wskazała dostojnemu gościowi prywatny gabinet, w którym mógł się przygotować.

Rao zaczekał, aż zamknęła za nim drzwi, sprawdził, czy opuszczone żaluzje w oknie dobrze chronią jego prywatność, po czym rozebrał się do naga. Garnitur i koszulę odwiesił do szafy, umieścił na jej półkach bieliznę, buty, skarpetki, zegarek i kilka innych drobiazgów, które miał w kieszeniach. Prężąc się jak kot, który zbyt wiele czasu spędził w pozycji leżącej, przeszedł na drugą stronę pokoju do ratanowego regału. Wziął ręcznik, owinął go wokół bioder, po czym ujął pałeczkę wiszącą na statywie antycznego mosiężnego gongu i uderzył nią w tarczę instrumentu. Pomieszczenie wypełnił ezoteryczny dźwięk pamiętający magów z czasów dynastii Ming.

Nie zdążył przebrzmieć, gdy w pomieszczeniu zjawił się „Laufer”, a wraz z nim masażystka. Ciągle w milczeniu wskazała panu Rao fotel z podnóżkiem, do którego przysunęła niski taboret i naczynie z ciepłą wodą pachnącą ziołami. „Laufer” w białym płaszczu kąpielowym usiadł na leżance.

Kobieta delikatnie obmyła nogi dostojnika gąbką i osuszyła je ręcznikiem, po czym ujęła prawą stopę i przespacerowała się po niej opuszkami palców jak ślepiec czytający alfabet Braille’a. Dwie sekundy później Chen Rao syknął z bólu.

Masażystka rzuciła spojrzenie „Laufrowi”, onieśmielona niepewnością, czy może zwrócić się bezpośrednio do dostojnika, ale ten zrozumiał jej pytający wzrok.

– Mów – powiedział.

– Tu? – spytała masażystka, ostrożnie dotykając punktu niedaleko sklepienia śródstopia. – Tu boli?

Potwierdził.

– Jeśli mam zbadać dokładnie, panie Rao, to – zawahała się – zaboli bardziej.

Dostojnik zdążył się zdenerwować, ale przy „Laufrze” nie chciał wyjść na mięczaka.

– Badaj – syknął.

Masażystka ugniotła śródstopie palcami, jakby przygotowywała ciasto. Rao siedział napięty z zaciśniętymi zębami. Na czoło wystąpiły mu krople potu.

– Bierze pan antybiotyk – stwierdziła.

– Skąd to wiesz? – zaniepokoił się.

– Palce mi powiedziały, panie Rao.

– I co?

– To zły antybiotyk. Na kłopot z pęcherzem moczowym, tak?

Dostojnik spojrzał na „Laufra”, ale ten udał, że nie słyszy.

– Tak – potwierdził cicho.

– Zły – powtórzyła masażystka. – W stopie są wszystkie informacje.

– Bzdura – oburzył się Rao. – Ten lek przepisał mi słynny profesor medycyny.

Masażystka pokornie pochyliła głowę.

– Czcigodny pan profesor – stwierdziła cicho – z pewnością dał panu najlepszy z możliwych antybiotyków, bo to niewątpliwie bardzo mądry człowiek. Ale pańska wątroba, panie Rao, jest mądrzejsza. To, co zabolało, to było ostrzeżenie od niej. Ona nie chce tego antybiotyku. On jej robi krzywdę.

Z dostojnika zeszło powietrze.

– To co teraz?

– Teraz dokończę ucisk stóp, potem przejdziemy do masażu Tui-Na. To pobudzi pana energię Qi, poprawi krążenie, rozluźni mięśnie i przyniesie ulgę. A jak już się pan poczuje lepiej, panie Rao, chętnie zadzwonię do mojego mistrza, który jeszcze dziś wyleczy pęcherz igłami. Jeśli oczywiście pan się zgodzi.

Rao popatrzył na nią badawczo.

– Zastanowię się.

– Ale antybiotyk proszę odstawić.

Nie odpowiedział.

Dziesięć minut później do pokoju weszła młoda Tajka i obie przeprowadziły gości do sąsiedniego gabinetu, którego podstawowe wyposażenie stanowiły dwa stoły do masażu.

„Laufer” zrzucił płaszcz kąpielowy. Był zupełnie nagi, ale wydawało się, że ma na sobie misternie zdobiony trykot. Jego ciało od stóp po szyję pokrywały tatuaże. Złożone z motywów, rysunków i symboli przenikały się nawzajem, tworząc osobliwe dzieło sztuki, a jednocześnie mapę czytelną tylko dla wtajemniczonych. Było to piękne i groźne, jak tygrys na wolności; ale dreszcz przeszedł młodą Tajkę dopiero w chwili, gdy mężczyzna położył się na brzuchu, a na jego plecach poruszył się potężny smok. Symbol siły i brutalności. Olbrzymi od karku po biodra. Straszny. Wił się gotów do ataku, miał pazury jak sztylety i oczy tak przerażające, że lepiej było nie patrzeć. Nogą miażdżył feniksa – chiński znak dobra i piękna.

Masażystki namaściły ciała gości przygotowaną wcześniej emulsją, po czym szefowa kliniki skinęła na swoją tajską asystentkę, wskazując jej drzwi.

– Zostawimy panów teraz – stwierdziła, kłaniając się, choć pacjenci przez okrągłe otwory na twarz u szczytu stołów widzieli jedynie deski podłogi.

Tak było ustalone.

Skóra miała mieć czas na wchłonięcie dobrodziejstw mikstury, a obaj panowie na rozmowę.

– Będę miał dla ciebie ważne zadanie – zaczął Rao, gdy tylko zostali sami. – Być może najważniejsze z dotychczasowych.

– Słucham – odparł „Laufer”, starając się, aby zabrzmiało to z zaangażowaniem.

– Zwiększysz produkcję.

– Jak bardzo? – w głosie gangstera zabrzmiała obawa.

– Maksymalnie. Na ile się da. Jeśli trzeba, dostaniesz dodatkowe środki. Nasi przyjaciele chętnie zrobią składkę w zamian za udział w zyskach.

„Laufer” nie odpowiedział.

– Masz jakieś wątpliwości?

– Tak, panie Rao. Dotyczą sprzedaży.

– Dopiero co słyszałem, że rynki w Europie mogą przyjąć każdą ilość.

– To prawda – potwierdził „Laufer”. – O zbyt się nie martwię. Bardziej o to, jak dostarczyć tam taką masę towaru.

– Zostaw to mnie – stwierdził chełpliwie Rao. – Dam ci takie możliwości przewozu, o jakich ci się nie śniło.

– Więcej statków? – upewnił się „Laufer”.

Dostojnik się roześmiał, co w tej pozycji musiało skończyć się atakiem kaszlu.

– Nie – warknął, gdy go opanował. – Drogą lądową. Jeden transport załatwi więcej, niż jesteśmy w stanie przemycić drogą morską.

– Kolej – domyślił się „Laufer”. – Którędy?

– Przez Polskę.

– Polskę? – gangster wydawał się nie kojarzyć.

– To tam, gdzie Gdynia – uzupełnił Rao.

– Aaaa – „Laufrowi” wróciła pamięć. Czasami korzystał z przemytu ukrytego w kontenerach statków płynących do Gdyni, ale nie utrwalił w pamięci, że to w Polsce. Nazwę miasta w Szanghaju znali wszyscy, kraju niekoniecznie.

Zapadła cisza.

– Nigdy nie przerzucaliśmy naszego towaru koleją – zauważył „Laufer” po dłuższej chwili. – Sam pan zabronił.

Gdyby Chen Rao nie trzymał głowy w otworze stołu do masażu, toby nią skinął.

– To prawda – potwierdził. – Kiedy rok temu Chiny pod moim kierunkiem otwierały Nowy Jedwabny Szlak, rozkazałem wyraźnie: – Tą drogą idą tylko produkty legalne. Żadnej kontrabandy. Magistrala łącząca Azję Wschodnią z Berlinem, Paryżem czy Londynem musiała być czysta. Trzeba było pokazać Unii Europejskiej naszą uczciwość. Uśpić czujność ich policji i celników.

– Udało się? – w pytaniu „Laufra” zabrzmiało powątpiewanie.

– Przez miniony rok trzepali chińskie transporty kolejowe dziesiątki razy i ani razu niczego nie znaleźli. Myślę, że uwierzyli w wiadomości, które rozpowszechniamy, że Chiny nigdy nie skalają honoru Nowego Jedwabnego Szlaku przemytem. Wydajemy fortunę na dezinformacje.

„Laufer” mimowolnie zachichotał.

– Nie śmiej się – Rao udał oburzenie. – To Europejczycy. Najmądrzejszy z nich zawsze będzie bardziej naiwny od najgłupszego Chińczyka.

Roześmiali się obaj.

– W każdym razie – kontynuował Rao – liczba kontroli naszych transportów spadła o połowę.

– Na wszystkich przejściach granicznych?

Dostojnik lekko uniósł głowę, jakby chciał być lepiej słyszany.

– Jest tylko jedno przejście – oświadczył.

– Jak to jedno? – zdziwił się gangster.

Rao odetchnął głęboko.

– Nowy Jedwabny Szlak ma zasadniczą wadę: prowadzi przez Rosję, a tam tory kolejowe są znacznie szersze niż gdzie indziej. Żeby wjechać dalej, w głąb Unii, trzeba zmienić wózki pod wagonami na takie, które pasują do europejskich torów. A magistrala kolejowa Nowego Jedwabnego Szlaku łączącego kontynenty ma tylko jedno miejsce, w którym można dokonać podmiany podwozi.

– Gdzie?

– W Polsce. Na granicy z Białorusią.

„Laufer” się zamyślił.

– I chce pan tamtędy uruchomić przerzut towarów Czarnego Państwa? – spytał.

Chen Rao potwierdził.

– Polacy nam zaufali – oświadczył. – A jeśli ktoś komuś ufa w interesach wartych setki milionów dolarów, to sam jest sobie winien. Po swoich kontrolach są prawie przekonani, że nie puścimy przez to przejście przemytu, więc łatwiej ich będzie oszukać. I ty się tym zajmiesz.

– Kiedy?

– Jeszcze nie teraz. Na razie zwiększysz naszą produkcję, znajdziesz nowe magazyny i je zapełnisz. A jak już będziesz gotowy, uruchomimy pierwszy transport.

– Można by do każdego oficjalnego składu dokładać jeden nasz wagon – podpowiedział „Laufer”.

Rao cmoknął z przekąsem.

– Jesteś generałem potężnej triady, a ciągle myślisz jak drobny rzezimieszek – skarcił go. – Jeśli już, to jeden państwowy wagon będzie doczepiany do naszego składu – roześmiał się. – Ale nie będziemy tak robić.

– A jak?

– Wjedziemy do Europy całymi pociągami, rozumiesz? Trzydzieści, czterdzieści wagonów. Wszystkie z towarem Czarnego Państwa. Legalne będą tylko lokomotywy.

Zamilkli.

– Jest jeszcze coś – dodał dostojnik. – Chcę, abyś pojechał do Polski i wszystkiemu się przyjrzał na miejscu.

„Laufer” przełknął ślinę, co nie było łatwe z uwagi na pozycję, w jakiej leżał.

– Nie lubię opuszczać Chin – odparł.

– Ciągle się boisz swojego dawnego przyjaciela?

– Nie boję się.

– Kłamiesz – zirytował się Rao. – Byłem pewien, że dawno go odnalazłeś i odciąłeś mu łeb.

– To nie takie proste. Wtedy... on zniknął jak duch. Rozpłynął się. Musiał wyjechać z Chin, bo szukali go wszyscy nasi ludzie i nic. Żadnego śladu.

– Myślisz, że czai się na ciebie tuż za granicą i dopadnie, jak tylko ją przekroczysz?

– To człowiek owładnięty obsesją. Jestem pewien, że ma w Chinach swoich informatorów i zna każdy mój krok. Tu nie przyjedzie, bo wydałby na siebie wyrok. Ale gdzieś tam czeka. On to potrafi. Ubzdurał sobie, że jest spadkobiercą mnichów z klasztoru Shaolin.

– Bajki – żachnął się Rao.

– W te bajki wierzy większość triad w Hongkongu i na Tajwanie.

Pod cienką skórą twarzy dostojnika zagrały mięśnie odpowiedzialne za zaciskanie szczęk. Jego cierpliwość była na wyczerpaniu.

– Jeśli się boisz, znajdę kogoś innego – warknął.

– Nie boję się – powtórzył gangster. – Nie o siebie – uzupełnił. – O nasz biznes.

Chen Rao nie odpowiedział.

Klasnął w dłonie i w gabinecie natychmiast pojawiła się masażystka wraz ze swoją tajską asystentką.

Miały prawdziwy dar.

Ich palce bezbłędnie odnajdywały punkty energii Qi, która tworzy Wszechświat. Uciskały je lub głaskały, odblokowując meridiany i kanały energetyczne, dzięki czemu Qi przywraca organizmowi harmonię.

Gdy zabieg dobiegł końca, szefowa kliniki pochyliła się nad uchem dostojnika.

– Czy podjął pan decyzję o akupunkturze, panie Rao? – spytała szeptem.

Uniósł głowę.

– Jeśli ten twój mistrz jest równie dobry jak ty, to skorzystam z jego usług – uznał. – Możesz nas umówić?

– Czeka w pokoju obok – ukłoniła się masażystka.

Rao z uznaniem skinął głową, powoli wstał ze stołu do masażu i wyszedł bez słowa, prowadzony przez swoją przewodniczkę.

„Laufer” uniósł się na łokciach. Mimo odprężenia, jakie przyniósł masaż wykonany przez młodziutką Tajkę, niepokoiła go myśl o wyjeździe za granicę Chin.

Dziewczyna była wyraźnie strapiona jego miną.

– Masaż nie okej? – spytała.

– Okej, okej – odparł i usiadł na stole.

– Problem? – szepnęła.

Pokiwał głową, a wtedy zaczerwieniła się po czubek głowy i spuszczając wzrok, zapytała:

– Happy end?

„Laufer” bez słowa odwiązał ręcznik, rzucił go na podłogę i wygodnie ułożył się na plecach.

[...]