Wspomnienia gdanskiego bowki. T3 - Brunon Zwarra - ebook

Wspomnienia gdanskiego bowki. T3 ebook

Brunon Zwarra

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

"Wspomnienia gdańskiego bówki" I i II zaprezentowały Czytelnikowi dzieciństwo i młodość autora spędzone w Wolnym Mieście Gdańsku w okresie międzywojennym oraz jego aresztowanie w 1939 roku i pobyt w nieludzkich warunkach obozów koncentracyjnych Stutthof i Sachenhausen do wyzwolenia Gdańska. Samego wyzwolenia nie oglądamy, gdyż Autor schronił się na te tragiczne dla miasta dni na wsi kaszubskiej u krewnych. Jednakże świadectwo jego o życiu codziennym w Gdańsku podczas wojny jest ważne, gdyż właściwie nie ma innych. Widzimy smutny obraz miasta w okresie panowania niemieckich porządków, całkowicie podporządkowanych potrzebom wojennym. Odczuwamy grozę położenia miejscowych Polaków - więzionych, deportowanych, zubożonych, zmuszonych do podpisywania niemieckich list narodowościowych, przemocą wcielanych do Wehrmachtu. Jesteśmy świadkami wreszcie stopniowego upadku machiny hitlerowskiej w tym mieście.
Wspomnienia Zwarry są świadectwem historycznym.
[Opis] 

 

/Wspomnienia gdańskiego bówki. Tom 3, Brunon Zwarra, 1985 rok, ISBN 8321582818, wydanie I, Wydawnictwo Morskie/ 

 

Książka dostępna w zasobach:  
Ośrodek Kultury, Sztuki i Biblioteki Publicznej Gminy Pruszcz Gdański / Biblioteka Publiczna w Cieplewie 

Ośrodek Kultury, Sztuki i Biblioteki Publicznej Gminy Pruszcz Gdański / Biblioteka Publiczna filia Mediateka w Straszynie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim  
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 334

Rok wydania: 1986

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wspomnienia gdańskiego bówki

 

Wydawnictwo Morskie

Gdańsk 1986

 

Brunon Zwarra

Wspomnienia gdańskiego bówki

Tom 3

 

Okładkę i stroną tytułową projektował

Kazimierz Mroczkowski

 

Redaktor

Maria Aldona Kozłowska

Redaktor techniczny

Barbara Bukowska

Korektor

Hanna Krzyżanowska

 

© Copyright by Brunon Zwarra, Gdańsk 1986

 

ISBN 83-215-8281-8

I

Pociąg berlińskiej Stadtbahn (S-Bahn) pędził ku centrum stolicy Rzeszy. W wagonie, w którym siedziała nasza czwórka byłych więźniów obozu koncentracyjnego Sachsenhausen w Oranienburgu, nie było wielu ludzi. Chociaż dwaj zwolnieni Niemcy zaczęli od razu jeść łapczywie otrzymane na pożegnanie grube pajdy chleba, ludzie na nas wcale nie zwracali uwagi. Spoglądałem z politowaniem na tych dwóch jedzących naprzeciwko mnie zmizerowanych robotników rolnych i oddałem im swoją porcję. Byłem zbyt spięty w sobie, by myśleć o jedzeniu. Tkwiła we mnie nadal wyniesiona z obozu niepewność i wiedziałem, że dopiero wtedy, gdy będę w Gdańsku, zdołam coś przegryźć.

Dla mnie najważniejszy był ten niepozorny świstek papieru o tak ważnym dla mnie znaczeniu. Widniał na nim rzucający się w oczy tłustym drukiem napis „Entlassungsschein”1, a wynikało z niego, że przebywałem w obozie Sachsenhausen dokładnie dwadzieścia sześć miesięcy. Na ironię zakrawała uwaga, wobec tego co tam przeżyłem, iż moje zachowanie było zadowalające.

Jednak nie było to wtedy istotne. Najważniejsze było, że z każdą sekundą, każdą minutą oddalałem się od tego miejsca, gdzie doznałem tyle upokorzeń i cierpień, gdzie pozostał mój ojciec oraz tak wielu zmarłych i jeszcze żywych kolegów i znajomych. Mimo swej zmienionej sytuacji nie byłem w stanie się radować i nawet w pełni pojąć, że jestem rzeczywiście wolny. Tkwił we mnie ciągle jeszcze ten baczny na wszystko, co się wokół działo, i nader ostrożny heftling.

A miałem wówczas dopiero 22 i pół roku! Gdy inni w tym wieku stawali się powoli ludźmi dorosłymi, ja wracałem z ziemskiego piekła, jakim był obóz Sachsenhausen, z tak niesamowitym bagażem doznań. Nie byłem tam uznawany za człowieka, liczył się tylko mój numer. Słyszałem to ludzkie odezwanie, jakim jest imię i nazwisko, wyłącznie wśród swoich.

To co przed wojną wyczytałem na temat ludzi będących w niewoli, okazało się mdłymi opowiastkami w porównaniu z ogromem własnych dramatycznych przeżyć. Chciano mnie moralnie złamać i fizycznie zniszczyć. Chociaż byłem tam na tak małym terenie wśród ogromnej masy ludzkiej zawsze sam, sam ze swoimi myślami, ze swoją wiarą i coraz bardziej uśpioną nadzieją, zdołałem przetrwać. Byłem wszakże jeszcze zbyt młody, by w całej pełni zrozumieć tę wyjątkową podłość, jakiej zostaliśmy poddani, to wyjątkowe poniżenie ludzkiej istoty.

Teraz wszystko nagle się zmieniło. Było jednakże oczywiste, że mimo mojej niezłej kondycji fizycznej tkwiła we mnie nadal psychoza prześladowanego stworzenia. Czy miało tak pozostać lub jak długo to miało trwać, o tym miałem się dopiero przekonać. Wiedziałem, że zależeć to będzie od tego, jacy będą wobec mnie ludzie, a przede wszystkim Niemcy.

Tymczasem starszy wiekiem Holender przeszukiwał zawartość swego pękatego plecaka i co chwila głośno wypowiadał uwagi, jakoby został okradziony. Ponieważ już od stacji naszego odjazdu spostrzegłem, że nie opodal usiadł jakiś podoficer z obozowej załogi SS i nas obserwował, postanowiłem się z tego towarzystwa usunąć. Gdy więc weszło na następnym przystanku sporo podróżnych, wykorzystałem to i niepostrzeżenie przesiadłem się do innego wagonu.

Pociąg dojechał do nie istniejącego dzisiaj dworca Stettiner Bahnhof. Zgodnie z otrzymanym w Politische Abteilung obozu poleceniem udałem się od razu do kasy biletowej, gdzie pokazałem upoważnienie na wydanie mi bezpłatnego biletu na powrót do Gdańska. Gdy się dowiedziałem, że trasa wiedzie przez Szczecin i będę u celu dopiero po północy, prosiłem o skierowanie mnie inną trasą do Gdańska, gdyż wydawało mi się to zbyt późno. Był pociąg, który szedł przez Piłę do Królewca, tak że po przesiadce w Tczewie byłbym w Gdańsku przed godziną dziesiątą wieczorem. Chciałem więc nim pojechać, jednakże kasjerka spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i po cichu powiedziała, bym jechał przez Szczecin, gdyż trasa na Piłę jest niebezpieczna. Byłem tym zupełnie zaskoczony, wszakże po wyrazie twarzy tej młodej kobiety poznałem, że nie żartuje.

Kasjerka wiedziała, co mówi. Było bowiem wtedy głośno o tym, że w nocy z 8 na 9 czerwca 1942 roku dokonano pod Zblewem w pobliżu miejscowości Strych zamachu na pociąg pospieszny idący z Królewca do Berlina. Po wojnie ukazały się na ten temat prasowe publikacje, jedna w czerwcu 1967 roku w „Dzienniku Bałtyckim”, a druga w 1969 roku w nr 5 „Perspektyw”, gdzie w szczegółowy sposób opisano przygotowania i przebieg tego zamachu.

A chodziło o zamach nie byle jaki, bo na osobę samego Hitlera!

Trudno ocenić na podstawie relacji autora tego artykułu w „Perspektywach”, Andrzeja Pielasa, jakim sposobem doszła do polskich partyzantów wieść o tym, że Hitler i jego świta mieli właśnie tym pociągiem przejeżdżać przez stację Zblewo w nocy z 8 na 9 czerwca 1942 roku o godzinie 2.45, gdy podążali z kwatery w Kętrzynie do Berlina. Autor wymienia trzy źródła uzyskania tej informacji, m.in. także od pełniącej wówczas funkcję telefonistki na stacji Kościerzyna Zofii Ryszkowskiej. Nosi ona obecnie nazwisko Kac i jest teściową mej córki Jadwigi. Rozmawiałem z nią przed laty na ten temat i twierdziła, iż udało się jej przeczytać ściśle tajną wiadomość przekazaną dalekopisem, że niemiecka straż kolejowa „Bahnschutz” otrzymała pilny rozkaz o wzmożonym pogotowiu. Natychmiast duża grupa strażników wyjechała drezyną w kierunku Chojnic. Tę wiadomość Ryszkowska przekazała od razu Stanisławowi Lesikowskiemu, który nosił pseudonim „Las” i był inicjatorem tego zamachu.

Akcja się udała, jednakże wykolejony pociąg nie był pociągiem Hitlera! Jak pisze Henry Picker na stronie 370 swej książki „Hitlers Tischgesprache im Führerhauptquartier”2, poprzedniego dnia miało miejsce następujące wydarzenie:

„Der Aufenthalt des Führerzuges war dadurch entstanden, dass Hitler plotzlich Streckenwechsel befohlen hatte. Offenbar hatte ihn wieder einmal sein „sechster Sinn” gewarnt. Wie ich am 9. vormittags von den Militaradiutanten erfuhr, war die ursprunglich festgelegte Strecke an einer Stelle — wie aus einer eben eingehenden Meldung hervorging — aufgerissen.”

(Postój pociągu Hitlera został spowodowany tym, że nakazał on nagle zmianę trasy przejazdu. Ostrzegł go prawdopodobnie znowu jego „szósty zmysł”. Jak się przed południem dziewiątego czerwca od wojskowych adiutantów dowiedziałem, trasa przedtem wyznaczona została w pewnym miejscu, jak wynikało z dopiero otrzymanego meldunku, rozerwana.)

Należy jeszcze dodać, iż ów postój nastąpił na jakiejś małej nie wymienionej z nazwy stacji, na której Hitler rozmawiał przez 22 minuty z grupą duńskich ochotników udających się na front wschodni.

Jednym z zamachowców był prawdopodobnie Maksymilian Drobiński, urodzony 1 lipca 1913 roku w Czyczkowie, pow. Chojnice. Wynika to z przytoczonego w tychże „Perspektywach” zdjęcia odpisu pisma, znajdującego się w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Gdańsku, skierowanego w dniu 27 września 1944 roku przez oficera Abwehry do Inspektora Policji i Służby Bezpieczeństwa w Gdańsku Brigadeführera Hellmuta Willicha. Podano w nim, że M. Drobiński był zamachowcem na życie Hitlera i został wyrokiem sądu komendantury wojskowej w Gdańsku w dniu 25 lipca 1944 roku skazany na karę śmierci i dnia 25 sierpnia tego samego roku powieszony.

W posiadanym przeze mnie zbiorze rozkazów tejże komendantury od 1 czerwca 1943 roku do 19 grudnia 1944 roku widnieje jednak w rozkazie nr 39/44 z 19 września komunikat pod poz. 3/7, iż skazano M. Drobińskiego na karę śmierci przez powieszenie, lecz z powodu dezercji (ucieczka ze szpitala) i po czynnym sześciomiesięcznym udziale w dużej grupie partyzanckiej.

Traf chciał, że i tejże nocy mego powrotu z obozu z soboty na niedzielę 21 czerwca 1942 roku partyzanci dokonali sabotażu na tej samej linii kolejowej przy strażnicy położonej na wschodnim skraju czarnowodzkiego kompleksu łąkarskiego „Podlesie” (3 km na wschód od stacji kolejowej Czarna Woda). Jego ofiarą padł transport nr 316 idący ze wschodu w głąb Rzeszy. Jak wynika z przytoczonych w „Dzienniku Bałtyckim” wspomnień Augustyna Brejskiego ze Starogardu, który wówczas mieszkał w owej strażnicy, ruch kolejowy został przerwany na całą dobę.

Nie była to więc rzeczywiście bezpieczna trasa i dobrze uczyniłem, że posłuchałem rady owej kasjerki, która wydała mi bilet na trasę wiodącą przez Szczecin.

Miałem przy sobie dwie marki, więc wysłałem do Witkowskich w Gdańsku telegram zawiadamiający ich o moim przybyciu w nocy. Było około godziny jedenastej przed południem, więc mając do odjazdu pociągu jeszcze trzy godziny czasu, postanowiłem udać się na miasto.

Najbliższe domy nie były uszkodzone. Na ulicach dość pusto. Jednak rychło odechciało mi się spaceru, gdyż nieliczni przechodnie obrzucali mnie albo zdziwionym, albo pogardliwym wzrokiem. Wróciłem znowu pod dworzec i usiadłem na jednej ze stojących wśród krzaków ławek. Mogłem tam znowu po wielu latach nacieszyć się tak bliską zielenią liści, które dotykałem ręką i nawet delikatnie głaskałem.

Zachciało mi się palić. Wyciągnąłem z kieszeni swoje okrągłe blaszane pudełko, w którym zazwyczaj trzymałem skręcane z bibułek papierosy, lecz stwierdziłem, iż pozostała w nim tylko jedna pusta bibułka po papierosie. Źdźbła i okruszyny tytoniu były rozsypane, więc wtykałem je mozolnie do tej bibułki, zakręciłem oba końce i w końcu zapaliłem tego papierosa, pierwszego na wolności. Tyle mi pozostało z tych sześćdziesięciu papierosów, które miałem poprzedniego wieczora.

Pociąg podstawiono już na dwie godziny przed odjazdem. Chociaż byłem jednym z pierwszych pasażerów, nie śmiałem zająć siedzącego miejsca. Stałem na korytarzu pullmanowskiego wagonu i wyglądałem oknem. Mimo panującego wszędzie dużego tłoku było wokół mnie dosyć luźno. Chociaż się nie rozglądałem, wyczuwałem, że stanowiłem dla tych cywilów i licznych żołnierzy obiekt szczególnego zainteresowania. Nie padło wprawdzie przy mnie żadne głośne słowo, za to napotykane od czasu do czasu spojrzenia były nazbyt wymowne. Wiedziałem, że byłem nieco „nieodpowiednio” jak na tą porę roku ubrany. Jednak dopiero w Gdańsku przekonałem się, jak mnie wyprawiono z obozu.

Dziurawy i wyblakły beret na mojej ostrzyżonej głowie byłby może nie zwrócił tyle uwagi, co moja czarna marynarka, w której na plecach widniała duża jak dłoń wypalona żelazkiem dziura. Również moje nieustanne wysiłki, by utrzymać w jako tako równej formie zbyt długie i bardzo wąskie spodnie, zwracały zapewne ogólną uwagę. Gdy zapatrzyłem się bowiem na przesuwające się przede mną szybko widoki, nie powstrzymane niczym spodnie opadły i utworzyły śmieszną harmonijkę.

Nie mogłem się nasycić widokami, które uważamy na ogół za zwyczajny krajobraz. Natura była w pełni rozkwitu. Trawa i drzewa były soczystozielone, a wszędzie na łąkach i polach było pełno dawno nie widzianego, kwiecia. Przypomniała mi się ostatnia zwrotka naszej pieśni więźniarskiej o obozie w Esterwegen:

„Doch auch fur uns kommt mai die Zeit,

Wo aus der Schutzhaft wir befreit!

Dann werden froh wir heimwarts ziehn,

Ganz gleich ob's schneit, ob Rosen blühn!”3

Róż widziałem mało na stacjach, za to bardzo dużo kwiatów polnych. Było także dużo ptaków, których przez te długie trzy lata nie widziałem. Wszystko to było dla mnie tak piękne i ciągle zachwycające, że nie czułem ani głodu, ani zmęczenia. Tylko od czasu do czasu chciało mi się zapalić papierosa.

Na dworze zaczęło się ściemniać. Do wagonu weszła konduktorka, która zaczęła ściągać umocowane przy oknach zaciemniające zasłony, po czym dopiero zapalono światła.

Im dłużej trwała podróż, tym luźniej robiło się w wagonie. Jednak ja stałem nadal na korytarzu. Czułem się jak napiętnowany i raz po raz nachodziła mnie mysi, co mnie też w Gdańsku czeka. Niepokoiło mnie to, że miałem się już w poniedziałek rano zgłosić do placówki Gestapo.

Z rozmyślań wyrwały mnie nagle słowa jakiegoś marynarza:

— Kamerad! Komm zu uns. Hier sind freie Sitzplatze!4

Rozglądał się przy tym bacznie po korytarzu, po czym zamachał do mnie ręką. Gdy wszedłem do przedziału, zauważyłem że siedzi tam jeszcze dwóch bardzo młodych żołnierzy. Marynarz, poczęstował mnie od razu papierosem i zapytał:

— Kommst, von dort?!5 — i poruszył przy tym znacząco głową.

Opowiedziałem skinieniem głowy i zaciągnąłem się głęboko tytoniowym dymem. Marynarz siedział naprzeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oka. Milczał. Był ode mnie nieco starszy i spoglądał na mnie ze współczuciem. Po chwili znowu zapytał:

— Jesteś z Gdańska?

Odpowiedziałem twierdząco, po czym dowiedziałem się, że i on pochodzi z Nowego Portu. Dodał następnie z jakimś dziwnym wyrazem twarzy, że był świadkiem tego, co się tam we wrześniu 1939 roku z Polakami działo.

— A jak tam było? — chciał znowu wiedzieć.

Odpowiedziałem, że o tym nie wolno mi mówić.

Jego twarz stężała. Milcząc podał mi następnego papierosa. Spojrzał na mnie, odwrócił się i zaczął do tych dwóch młodzików, którzy nie odzywali się słowem, coś mówić. Nie pamiętam już jego słów, tylko wiem, że poruszył drwiąco sprawę ich przypuszczalnej chęci zdobycia żelaznego krzyża, dodając, żeby liczyli raczej na zwyczajny krzyż brzozowy. W końcu powiedział do nich podniesionym głosem, by zajrzeli do swoich pękatych plecaków i poczęstowali mnie swoimi smakołykami. Dodał potem ciszej, że gdyby wiedzieli o tym, co ja przeżyłem, odechciałoby im się w ogóle wojaczki.

Żołnierze ci zaczęli się rzeczywiście zabierać do otwierania plecaków. Powiedziałem wtedy, żeby się nie wysilali, gdyż nie będę od nich brał niczego, ponieważ muszę na siebie z jedzeniem-bardzo uważać. Słowa marynarza zrobiły wszakże na nich ogromne wrażenie, gdyż widać było po wyrazie ich twarzy, żęto co usłyszeli, było dla nich nowe i niepojęte.

Zmęczony zasnąłem. Obudził mnie marynarz mówiąc, że jesteśmy już w Gdańsku. Pociąg stanął przy drugim peronie dworca głównego, a dziwny traf chciał, że wysiadając z wagonu stanąłem w tym samym mniej więcej miejscu, skąd wyjechałem w sierpniu 1939 roku.

Miałem nadzieję, że zobaczę kogoś z Witkowskich, jednakże nikt mnie nie oczekiwał. Ponieważ z sąsiedniego wagonu zaczęli wychodzić liczni partyjniacy, zwani urągliwie „Goldfasahnen” („złocistymi bażantami” od złoconych naszywek na mundurach i czapkach), pobiegłem do wyjścia dla pasażerów pociągów podmiejskich. Gdy przystanąłem przed dworcem, spojrzałem krótko na znane mi sylwetki wysokich kamienic po drugiej stronie ulicy i szybko udałem się w stronę swej dzielnicy, Biskupiej Górki.

Odczułem wtedy coś dziwnego. Nie było zbyt ciemno, na ulicach pusto. Chociaż miałem na nogach półbuty o cienkich zelówkach, wydawało mi się, jakbym słyszał czyjeś głośne kroki. Zatrzymałem się dla próby raz i drugi, jednakże nikogo nie zauważyłem. Tylko wysokie tulipany, które rosły przed budynkiem byłego Komisarza Ligi Narodów (dzisiaj skrzyżowanie Hucisko), stały szare i nieruchome.

Było już dawno po północy. Naszła mnie myśl, że dziwny jest ten mój powrót do rodzinnego miasta i dziwnie mnie ono wita — w tej nieruchomej ciszy miałem ciągle wrażenie, że ktoś mnie śledzi. W końcu ruszyłem pełnym biegiem i nie zatrzymując się, dotarłem do naszego dawnego mieszkania. Okna u Witkowskich były ciemne, więc obawiałem się, czy swoim wejściem nie wywołam niepokoju. Zapomniałem o tym, że obowiązuje zaciemnienie. Kiedy po cichu zapukałem do drzwi, od razu się otworzyły.

Czekano na mnie.

Pani Witkowska była bardzo zdziwiona, że przybyłem sam. Powiedziała, że jej synowie Konrad i Brunon wyszli po mnie na dworzec. Gdy obaj po pewnym czasie wrócili, okazało się, że oczekiwali mnie w hallu. Pani Witkowska przygotowała dla mnie sutą kolację. Na stole były smażone jajka, kiełbasa i dawno nie widziane inne artykuły żywnościowe, lecz prawie niczego nie ruszyłem. Wyjaśnienie, że muszę się po tak długim, poście bardzo powoli do normalnego jedzenia znowu przyzwyczajać, nie trafiło Witkowskim jakoś do przekonania. Wiedziałem, że tak muszę postąpić, więc sięgnąłem tylko po skibkę cienko posmarowanego chleba. Także i dla mnie było dziwne, że na widok tylu smakołyków nie miałem na nie wcale chęci.

Witkowskim zabrano kamienicę, a w naszym mieszkaniu mieszkali od czasu aresztowania ojca jacyś hitlerowcy. Dowiedziałem się, że ciocia Maria mieszka na tej samej ulicy, lecz niedaleko kościoła Salwatora, gdzie zajmuje mały pokoik wraz z kuchnią. Nie było jej w tym czasie w Gdańsku, gdyż wyjechała na wieś do Sikorzyna po żywność, przydziały były bowiem niewystarczające.

Ani Witkowscy, ani ciocia Maria nie zostali wniemczeni6. Otrzymywali kartki żywnościowe przysługujące Polakom i od jesieni 1939 roku żyli w ciągłej niepewności co do swojego losu. Na początku czekali nieraz codziennie na wysyłkę do Generalnej Guberni, ostatnio jednak sprawa ta jakoś przycichła.

Przyczyniła się do tego być może przeciągająca się wojna ze Związkiem Radzieckim. A plany z wysiedleniem ogółu Polaków hitlerowcy mieli dalekosiężne. W tłumaczonej przeze mnie w 1973 roku na język niemiecki książce Jerzego Pietruchy pt. „Ludność zachodniej i północnej Polski” podano, że zgodnie z memoriałem z 27 kwietnia 1942 roku, opracowanym przez Ericha Wetzla, kierownika centrali doradczej urzędu dla spraw rasowych NSDAP, zamierzali oni po zwycięskiej dla nich wojnie, gdy granice Rzeszy sięgałyby od jeziora Ładoga aż do Morza Czarnego, wywieźć 80 do 85 procent całej ludności polskiej i osiedlić ją w małych grupach aż na terenie dalekiej zachodniej Syberii.

Następnego ranka poszedłem z Witkowskimi do naszego polskiego kościoła Chrystusa Króla. Udałem się od razu, jak zwykle kiedyś, na chór i usiadłem na przedniej prawej ławce. Byłem sam, gdyż jakiś mężczyzna po chwili stamtąd wyszedł.

Gdy wracam wstecz do owych chwil, które tam przeżyłem, ogarnia mnie zawsze silne wzruszenie. Tych kilkadziesiąt minut było dla mnie ogromnym przeżyciem, które utrwaliło się w mej pamięci na zawsze.

Msza święta była cicha i na dole nie było w ławkach dużo ludzi, tak jak niegdyś, gdy jako dziecko chodziłem na roraty. Jednak tego ranka wszystko wyglądało jakoś inaczej. Inne były malowidła ścian, inny był główny ołtarz, wnętrze kościoła tchnęło jakąś dziwną i niezrozumiałą dla mnie obcością.

W pewnej chwili wstałem nagle z ławki i spojrzałem w dół, na tamto miejsce, gdzie zawsze siedzieli w siódmej ławce po prawej stronie mój ojciec i moja ciocia. Miejsce było puste. Spojrzałem na księdza przy ołtarzu, lecz nie była to znajoma sylwetka księdza Rogaczewskiego czy pochyła nieco postać księdza Muzalewskiego. Na lewo pod amboną, tam gdzie dawniej wysoki wzrostem robotnik Tuszyński pilnował siedzących na przednich ławeczkach niesfornych chłopców, nie było ani krzesła, ani nawet tych ławek. W pierwszej lewej ławce siedział zazwyczaj pan Kazimierz Szymański, ojciec moich kolegów i koleżanek szkolnych. I jego nie było. Nie było w ogóle nikogo, kogo wiązałem w mej pamięci z tym miejscem w tym kościele.

Wtedy zrozumiałem! Jak uderzony obuchem zacząłem się chwiać, łzy wypływały mi z oczu i nagle osunąłem się na kolana. Nie byłem w stanie pohamować szlochu. Jakby z daleka szałem stuk zamykanych drzwi, więc chciałem się wziąć w garść. Daremnie! Te łzy, których mi zabrakło w obozie, gdy spoglądałem na zwłoki ojca, nie dały się teraz powstrzymać. Jakby nie minęły od tamtego dnia całe dwa długie lata ukazała mi się znowu wykrzywiona cierpieniem i umazana węglem drzewnym twarz ojca. Ujrzałem znowu przed sobą wyraźnie rychło zapomniane wśród obozowego piekła liczne twarze moich kolegów i rodaków. Zrozumiałem, że oni wszyscy już nigdy tu nie wrócą, bo zostali gdzieś zakopani lub spaleni w krematoriach.

Po jakimś czasie oprzytomniałem zaskoczony zupełną ciszą w kościele. Było już po mszy świętej. Wytarłem twarz i gdy się nieco uspokoiłem, wyszedłem z kościoła. Witkowscy czekali przed wejściem, a za nimi stało kilka osób. Byli to zapewne Polacy, którzy spoglądali na mnie z niemym pytaniem w oczach. Nie byłem w stanie do nich podejść i z nimi porozmawiać. Skinąłem im tylko przyjaźnie głową i szybko poszedłem dalej. Wydaje mi się dzisiaj, jakby mi było wtedy przed tymi ludźmi wstyd, że wyszedłem z obozu żywy, kiedy być może oni stracili już swoich bliskich albo jeszcze tam kogoś mieli.

Dzisiaj wiem, że przeżyłem wtedy w kościele bardzo gwałtowną reakcję po napięciach i dramatycznych przeżyciach obozowych. Mówi się, że ludzie widzą niekiedy podczas groźnych sytuacji w błyskawicznym skrócie całe dotychczasowe swoje życie. Ja wtedy widziałem tylko te twarze... Tych zabiedzonych ze Stutthofu, kuzyna Alego i innych... Tych w pasiakach z Sachsenhausen, a przede wszystkim mego ojca, także listonosza Edmunda Podjackiego, Henryka Szafarkiewicza, profesora Konrada Wojanowskiego i wielu, wielu innych...

Miałem później jeszcze sporo dramatycznych przejść, jednak czegoś podobnego już nie przeżyłem. I nie chciałbym po raz drugi tego przeżyć.

Jeżeli sądziłem, iż pozbyłem się ciążącego mi nieustannie napięcia, to się srodze pomyliłem. Czekało mnie przecież nazajutrz stawiennictwo w Gestapo! Może wydaje się to dzisiaj śmieszne, ale problemem tego niedzielnego przedpołudnia było, w jakim stroju mani się tam pokazać. Moje ubranie sprzed wojny zostało schowane z powodu niepewnej sytuacji u znajomej, Matyldy Seinwill, która mieszkała w dalekiej kolonii ogródków działkowych, gdzie była przed wojną naszą sąsiadką. Ubranie to było dobrze zalakowane. Chciałem wpierw stawić się na Neugarten 27 (ul. Gen. Świerczewskiego) w tym ubiorze, w jakim mnie wypuszczono z obozu, jednak po namyśle postanowiłem ubrać się porządnie. Niemieckie przysłowie mówi bowiem: „Kleider machen Leute!” — ubiór świadczy o człowieku. Jak się potem okazało, biorąc garnitur, który był w dobrym stanie, zrobiłem słusznie.

Gdy wszedłem do budynku Gestapo, w którym przed wojną mieścił się Komisariat Generalny RP, sam byłem zdziwiony, że nie odczuwam jakiejkolwiek obawy. Miałem uczucie, jakbym szedł do jakiejś placówki obozowej. Znałem wnętrze tego gmachu i idąc pod górę, przypomniałem sobie dnie, gdy chodziłem tu na kurs żeglarski lub potem załatwiałem różne sprawy. Teraz nie miałem pojęcia, co się za tymi wszystkimi drzwiami kryło.

W pokoju, do którego wszedłem, zastałem tęgawego urzędnika oraz siedzącą pod oknem przy maszynie kobietę. Urzędnikiem był, jak wynika z podpisu na odwrocie mego zwolnienia z obozu, sekretarz kryminalny Walter Jahr. Na jego biurku leżała cienka teczka z widniejącym na wierzchu moim nazwiskiem. Gdy gestapowiec ją odwrócił, zobaczyłem na jej tylnej stronie drukowane podłużne kratki. Jedenaście było przekreślonych, co oznaczało tyle kwartałów mego więźniarskiego stanu.

Jak potem czytałem, taką procedurę kontroli kwartalnej stosowano w Rzeszy wobec aresztantów zatrzymanych w areszcie ochronnym „Schutzhaft”. Chociaż hitlerowcy innych obowiązujących przepisów wobec zatrzymanych w obozach koncentracyjnych na ogół nie stosowali, jak na przykład wręczenia w ciągu 24 godzin po aresztowaniu pisemnego nakazu aresztowania z podaniem przyczyny, to w tym wypadku wyglądało na to, iż okresowo sprawdzano możliwość mego zwolnienia. Te zwyczajnie przekreślone kratki stanowiły zadziwiający kontrast z tym, co się za nimi kryło. Tak jak zwyczajne litery „SB” oznaczające skrót słowa „Sonderbehandlung” (traktowanie specjalne) były wyrokiem śmierci dla bardzo wielu Polaków, tak te kratki oznaczały dla mnie i przebywających jeszcze w obozie więźniów wiele potwornych cierpień oraz ciągłą groźbę utraty życia.

Dziwne są praktyki Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Jak wynika z zaświadczenia kombatanckiego No 487030 z dnia 21 listopada 1977 roku, nie uznano czterech miesięcy okresu mojej niewoli od dnia 14 września 1939 roku do dnia 16 stycznia 1940 roku. Jest to żenujący objaw biurokratycznego postępowania.

Gestapowiec Jahr się spieszył. Wertował w tych kilku kartkach wewnątrz teczki, potem rzucił na mnie okiem i uśmiechając się rzekł:

— Sie sehen gut aus7.

Nagle jego ton się zmienił. Ostrymi słowami zaczął mnie wypytywać o przynależność do polskich organizacji przed wojną, a wyliczył ich aż siedem, po czym zagroził, bym przestał myśleć o tym, że Polska jeszcze kiedykolwiek powstanie. Dalszych jego gróźb nie pamiętam, lecz wiem, że w końcu powiedział, bym zgłosił się do mego byłego pracodawcy Johanna Segora do pracy. Na to odpowiedziałem, że nie chciałbym tam wrócić i prosiłem o skierowanie mnie do innego przedsiębiorstwa. Jahr bardzo się tym zdziwił. Gdy mu wyjaśniłem, że znam dobrze starego Segora i wiem, że będę prawdopodobnie z powodu mego pobytu w obozie szykanowany, gestapowiec uśmiechnął się złośliwie, po czym polecił swej sekretarce napisać na kartce numer swego telefonu. Gdyby coś takiego się zdarzyło — powiedział — mam natychmiast do niego zatelefonować, a on już każdego mądralę, który zechciałby mi z tej przyczyny dokuczyć, wyleczy. Dodał z sarkazmem, że wyśle go na kwartał i nawet dłużej do takiego samego obozu.

Następnie Jahr mnie zaskoczył, polecając mi, abym udał się od razu do Zweigstelle der deutschen Volksliste — oddziału urzędu do niemieckich spraw narodowościowych. Instytucja ta mieściła się, ku memu zdziwieniu, w naszej byłej świetlicy Gminy Polskiej Związku Polaków na Langer Markt (Długim Targu) pod numerem 17. Pracowało tam sporo kobiet, a ta, do której mnie skierowano, jakby już na mnie czekała. Przedłożyła mi kilku-stronicowy wypełniony pismem maszynowym formularz i powiedziała, żebym go od razu podpisał, a brakujące zdjęcia potem jej doręczył. Podpisując nie miałem wcale pojęcia, o co tu chodzi, a będąc jeszcze świeżo pod wrażeniem rozmowy w Gestapo, nie miałem możliwości zastanowić się, co należy robić i co podpisać.

Potem udałem się do fotografa „Photomaton” na Kohlenmarkt (Targu Węglowym). Gdy po kilku minutach zobaczyłem swoją pełną twarz, wcale się nie dziwiłem, iż gestapowiec uznał, że dobrze wyglądam.

Zarówno u fotografa, jak i w innych instytucjach, w których potem załatwiałem swoje sprawy, milkły na mój widok rozmowy. Czy to w urzędzie zatrudnienia, czy w ubezpieczalni napotykałem przeważnie współczujące spojrzenia pracujących tam kobiet, chociaż bez nakrycia głowy wyglądałem jak przestępca. Dlatego też mimo panującego gorąca nosiłem przez następne tygodnie na głowie kapelusz.

W końcu udałem się na ulicę Bischofsberg 4a (ul. Biskupia),, gdzie mieściła się placówka partyjna „Ortsgruppe”, by się tam zameldować i odebrać należne kartki żywnościowe i inne. Nie potrzebowałem iść na ^piętro do właściwych biur, gdyż kartki wydawano na parterze w byłym pomieszczeniu sklepowym. Miałem pewne obawy, jak mnie tam przyjmą, lecz otrzymałem bez większych ceregieli swoje kartki z nadrukiem „P”, co było skrótem słowa „Pole” (Polak). Taki sam nadruk widnieje na posiadanej jeszcze przeze mnie karcie przydziałowej na bieliznę, którą wydano mi dopiero w sierpniu.

Jeszcze tego samego dnia udałem się do emalierni. W biurze zastałem starego szefa oraz jego syna Axela, który spojrzał na mnie i udając miłe zdziwienie zawołał:

— Sie sehen aber gut aus! Also kann es dort nich to schlimm sein!8

Odpowiedziałem, że aby się o tym przekonać, powinien się tam zgłosić na ochotnika. Spojrzał na mnie zdziwiony, a stary Segor powiedział, żebym przejął ekspedycję i zabrał się od razu do roboty.

Znalazłem się znowu w tym samym biurowym pomieszczeniu, w którym pracowałem przed wojną. Zauważyłem od razu, że przybyło personelu biurowego. Nawet w drewnianej przybudówce, gdzie siedziały panie z księgowości, pracowano w niezwykłym ścisku. Okazało się, że zakład znacznie się powiększył. Robiono wprawdzie nadal szyldy emaliowane, lecz główną produkcję stanowiły wykonywane z twardych płyt pilśniowych różnego rodzaju znaki drogowe, kolejowe i wiele innych. Właściciel zajął dlatego należącą niegdyś do sąsiedniej wytwórni mydła dużą halę i wybudował przy strudze dodatkowo duży barak.

W biurze zastałem jeszcze mego ucznia sprzed wojny Franka Potrykusa, który zaznajomił mnie z nowym stanem przedsiębiorstwa. Oprowadził mnie po zakładzie i poinformował, że pracuje w nim około 220 ludzi. Przy piecach emalierskich spotkałem Jerzego Piotrowskiego i Jerzego Falowa. Przywitałem się z nimi, ciesząc się, że Piotrowski wyszedł cało ze Stutthofu i że Falow, stary gedanista, także jest na wolności. Następnie spotkałem Edka Rybińskiego, mego młodszego kolegę gimnazjalnego. Mając więc przy sobie polskich kolegów poczułem się od razu raźniej.

Serdeczne było także moje przywitanie z majstrem ślusarni Willy Spechtem. Nie padło wiele słów. Mocny uścisk dłoni i wymowne spojrzenie upewniły mnie, że mogę na tego starszego socjaldemokratę nadal liczyć. Tak też w przyszłości było.

W malarni nie zastałem już ani jednego z moich byłych niemieckich rówieśników. Wśród samych kobiet pracowali tylko starszy wielkiem Alois Peters oraz mistrz Christian Hackenjos. Witając się z nim spodziewałem się nawet, że usłyszę znowu jakieś uszczypliwe słowa, podobne do tych, które stały się przyczyną mojej ostrej reakcji na krótko przed wojną. Byłem jednak niezmiernie zaskoczony, gdy skwapliwie pochwycił moją rękę i mocno ją ściskając cichym głosem powtarzał:

— Sie sind wieder da! Gott sei Dank! Sie sind wieder da!9

Bardzo wzruszyła mnie reakcja drukarza Edmunda Breitfussa. Nie mógł po moim pojawieniu się w drukarni wymówić z wrażenia słowa. Powoli wstał z krzesła i podając mi swoją rękę zaczął płakać.

Przyznam się, że byłem postawą tych Niemców bardzo zaskoczony. Świadomość, iż nie widzą oni we mnie pogardzanego Polaka, lecz uważają nadal jak przed wojną za swojego, pozwoliła mi mieć nadzieję, że z ich strony nie zaznam szykan.

Kierownikiem biura był nadal Paweł Grossmann. Jego sekretarką była młoda i cicha kobieta o nazwisku Grünberg. W księgowości pracowały trzy kobiety: główna księgowa Radomska oraz dwie młodsze panie, Wendt i Ziolkowski. Wszystkie były fanatycznymi Niemkami, a najmłodsza, Ziolkowski, przychodziła często w stroju dziewczęcej organizacji hitlerowskiej. Kiedyś żartem wymówiłem jej nazwisko po polsku: Ziółkowska, na co usłyszałem, że wprawdzie jej dziadek był polskim szlachcicem i znał zaledwie kilka słów niemieckich, lecz ona czuje się Niemką i żąda stanowczo, bym do niej zawsze mówił: Fraulein C-i-olkowski.

W ekspedycji pracowała sama młodzież. Poza Frankiem Potrykusem, który nią kierował, był starszy praktykant Paul Czoske oraz młodsza praktykantka o nazwisku Kreft. Jak się potem okazało, Czoske nie był hitlerowcem i był mi do czasu, swego powołania do wojska przychylnym i pomocnym kolegą. Natomiast Kreft była fanatyczną zwolenniczką Hitlera. Jeszcze większą fanatyczką była niejaka Meister, która się wnet stamtąd zwolniła. Jej ojciec pracował przed wojną jako celnik na stacji towarowej PKP we Wrzeszczu, a chociaż zachowywał się wobec mnie przyzwoicie, był wielkim niemieckim nacjonalistą.

Nie pamiętam, czy już wtedy pracowała w biurze Irena Kwiatkowska, była uczennica Polskiej Szkoły Handlowej w Gdańsku.

Przy pakowaniu licznych skrzyń i paczek byli zatrudnieni trzej gońcy: Rudi Braun oraz Heinz i Helmut, których nazwisk już nie pamiętam. Najmniejszy, lecz najsprytniejszy z tej trójki był Heinz. Rudi Braun był mimo swoich piętnastu lat doskonale zbudowany i bardzo silny. Helmut był powolnym i nieco przy-ciężkim chłopcem, jednak cała trójka była, mimo pewnej, niesforności, przy pracy pomocna.

Bardzo nieprzyjemnym typem był przedstawiciel firmy dla terenu Gdańska, Prus Zachodnich i Poznańskiego, Duńczyk o nazwisku Hedegaard. Nie ukrywał wobec mnie swej wrogości, a ja mu nie pozostawałem dłużny, okazując mu jako zdrajcy swego narodu pogardę.

Z pozostałych pracowników w fabryce zapamiętałem szczególnie Kazika Świtka, który z powodu niezrozumiałych dla mnie przyczyn musiał przy stole natryskowym pracować wyłącznie nocą. Był on jednym z pierwszych polskich olimpijczyków w Paryżu, gdzie występował jako bokser. Był zawsze bardzo spokojny. Jego przeciwieństwo stanowił pracujący również w lakierni niejaki Kollat. Uchodził za Polaka, był bardzo nerwowy, jednak nie utrzymywał z którymkolwiek ze swoich rodaków bliższych kontaktów.

W stolarni pracował niejaki Fularczyk, który nie krył się ze swoją polskością i z którym rozmawiałem często głośno po polsku. Robiliśmy tak na złość majstrowi stolarni Fischowi, który mieszkał przed wojną gdzieś w powiecie morskim i także władał językiem polskim. Był to niebezpieczny typ i przekonałem się potem wiele razy, iż donosił staremu Segorowi. Jak mi powiedzieli koledzy, był jego zaufanym człowiekiem. Mówiono o nim złośliwie, że maszerował za czerwoną flagą już wtedy, gdy nie było na niej jeszcze swastyki.

Jerzy Piotrowski opowiadał, że był świadkiem następującego wydarzenia. Pewnego dnia Fisch zbliżył się do spożywających w kwaszalni posiłek Polaków i głosząc urągliwie, że pokaże im cud, trzymał nad zbiornikiem z kwasem solnym jakiś medalik. Gdy jeszcze coś złośliwego mówił, nagle medalik wysunął mu się z ręki i wpadł do zbiornika, a wypryskująca stamtąd kropla kwasu dostała się do jego oka. Fisch zaczął przeraźliwie krzyczeć, lecz nikt z oburzonych tymi złośliwościami Polaków nie przyszedł mu z pomocą. Za swoje drwiny zapłacił uszkodzonym okiem, jednak swego charakteru nie zmienił. Chociaż miałem z nim dosyć często służbowe kontakty, byłem mimo jego służalczej grzeczności zawsze w swoich wypowiedziach ostrożny.

Był jeszcze inny majster, który jako zatwardziały hitlerowiec nienawidził Polaków i szykanował szczególnie zajadle Edka Rybińskiego. Nazywał się Schwerg i był mistrzem emalierskim. On to kiedyś sromotnie wpadł, gdy chciał pokazać, iż może sobie nie tylko wobec Polaków, lecz nawet wobec niemieckich pracowników na wszystko pozwalać.

Według relacji Piotrowskiego któraś z niemieckich pracownic przyniosła kiedyś do pracy zrobioną przez siebie sałatką i poczęstowała nią jego i Falowa. Gdy potem zawołała do nich z daleka, czy im ta sałatka smakowała, Schwerg, który był przy piecach emalierskich, krzyknął, żeby nie przeszkadzała przy pracy. Na to ona mu pokazała, że ma fioła, co stało się przyczyną, że majster do niej podbiegł i zaczął ją rugać. Padły różne wyzwiska i doszło do szarpaniny. W pewnej chwili spadły Schwergowi okulary, a kobieta to wykorzystała i zaczęła go bić drewnianym trepem po głowie. Wtedy Piotrowski doskoczył do nich, aby ich rozłączyć, lecz Schwerg, który od razu pobiegł ze skargą do starego szefa, oświadczył, jakoby Polak go przytrzymał, by kobieta mogła go pobić. Wezwany do szefa Piotrowski przedstawił właściwy przebieg wydarzenia, wobec czego ów hitlerowiec otrzymał polecenie, by Polaka za to kłamstwo przeprosił.

Jednak na tym sprawa się nie zakończyła. Owa Niemka poszła bowiem do niemieckiego związku zawodowego „Arbeitsfront” i poskarżyła się, że majster chciał ją, żonę walczącego na froncie żołnierza, przy pracy pobić. Majstra spotkała za to dosyć jak na owe warunki surowa kara: musiał wpłacić 1000 marek na pomoc zimową: „Kriegswinterhilfswerk”.

Mimo tej nauczki Schwerg swego zachowania wobec Polaków, a głównie wobec Edka Rybińskiego nie zmienił. Po wojnie zastałem tego Niemca w powożonym obok emalierni małym budynku. Pewnego dnia przybył tam uzbrojony w karabin Rybiński, a gdy się dowiedział, że Schwerg znajduje się tak blisko, chciał go zastrzelić. Zwróciłem mu uwagę, by tego nie czynił, gdyż żona tego Niemca jest umierająca, a przede wszystkim nie wolno mu tak postępować, gdyż jest wierzącym katolikiem i Polakiem. Czekałem dosyć długo na dworze na powrót Edka, a gdy ten wyszedł, miał zapłakaną twarz. Nie był w stanie, gdy umierająca prosiła go o przebaczenie, powiedzieć Schwergowi nawet złego słowa! Ta kobieta wnet zmarła, a stary hitlerowiec pozostał nadal takim, jakim był poprzednio wrednym typem: przed swoim wyjazdem do Niemiec okradł mnie!

Szarą eminencją wśród licznych pracowników emalierni był inżynier Ludwig Bohrandt. Był Niemcem, który żył przedtem na Węgrzech, a kierował w emalierni różnymi sprawami technicznymi. Chociaż robiłem z nim później różne interesy i pomógł mi on nawet w pewnych sprawach, miałem się i przed nim na baczności.

Kierownik lakierni Erich Schunelt chwalił się zawsze tym, że podczas walk o Westerplatte oddał swoje mieszkanie niemieckim żołnierzom, a wymyślał Polakom, iż mu to mieszkanie strzałami z działa rozbili. Okazało się jednak, że była to nieprawda, gdyż mieszkał w oddalonym od miejsca walk Brzeźnie, nazywał się przed wojną Czinowski i był świeżo kreowanym mistrzem malarskim.

Od samego początku zauważyłem, że pomiędzy Segorami panuje dosyć dziwna atmosfera. Człowiekowi z zewnątrz mogło się wydawać, że młody Segor kieruje całym przedsiębiorstwem, lecz było tak tylko pozornie. Występował wprawdzie jako szef zakładu, jednak wszystkim kierował i o wszystkim decydował jego ojciec. Byłem potem często świadkiem, gdy stary robił synowi z różnych powodów wymówki, gdy to czy tamto nie działało tak, jak według jego zdania być powinno.

Fabryka pracowała pełną parą, czego świadectwem były segregatory wypchane zleceniami. Główną przyczyną wielu utarczek była praca w ekspedycji. Nikt nie był w stanie dokładnie stwierdzić, w jakim stadium wykonania były poszczególne zlecenia. Słyszałem nieraz, jak młody szef pieklił się na Franka Potrykusa o to, że nie wie, co wysłano. Po różnych miejscach walały się znaki drogowe i inne tablice, wokół fabryki stały wypełnione szyldami skrzynie, a ze zleceń wynikało, że należy jeszcze ich dużo wyprodukować. Tą produkcją zajmował się właśnie młody szef, a odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarczał Franka Potrykusa, który nie potrafił w powstałym galimatiasie zaprowadzić porządku.

II

Po kilku dniach wprowadziłem się do małego mieszkania, które zajmowała ciocia Maria wraz z nieco ode mnie starszym rodakiem, Alfonsem Ukleją, który trudnił się malarstwem pokojowym. Dom ten, dzisiaj już nie istniejący, stał tuż przy moście nad Radunią przy Grenadiergasse nr 37. Zwano go ze względu na lichy stan i bardzo licznych mieszkańców „Bienenkate”10. Do tej nazwy przyczyniło się także chyba i to, że był pełen robactwa. Chociaż moja krew bardzo smakuje różnym komarom, pchłom i pluskwom, unikałem ich ataków dzięki temu, że spałem pod otwartym oknem na podłodze. W kuchni nie brakowało również karaluchów, a po podwórzu, gdzie stały trzy drewniane ubikacje, przebiegały od czasu do czasu także szczury.

W następnych lipcowych dniach żyłem znowu w nader wielkim napięciu. Nie pamiętam dokładnie dnia, gdy otrzymałem wezwanie do stawienia się w ratuszu Głównego Miasta, gdzie miałem stanąć przed komisją wniemczającą. Nie miałem zupełnie pojęcia co się za tym postępowaniem kryło. Nie wiedziałem, że straszeniem i terrorem wniemczono już na Pomorzu bardzo wiele osób. Nie wiedziałem także, że dalekosiężnymi narodowościowymi planami Rzeszy, do których należało coraz szerzej stosowane wniemczanie Polaków z Pomorza, kierował szef niemieckiej policji i SS Heinrich Himmler. Został już w dniu 7 października 1939 roku wyznaczony przez Hitlera na komisarza Rzeszy dla umocnienia niemieckości na włączonych do Rzeszy terenach11 Jednak liczba wniemczonych do tego czasu Polaków była za mała i dlatego Gauleiter Forster wezwał w dniu 22 lutego 1942 roku tych wszystkich, „którzy poczuwają się do niemieckości i chcą być przyjęci do niemieckiej wspólnoty narodowościowe!” by natychmiast zgłosili się do odpowiednich placówek i jeśli tam odpowiednie podania. Uważał też za stosowne twierdzić, iż władze niemieckie czyniły w ostatnich latach wszystko, by „uratować jak najwięcej krwi niemieckiej”, lecz dodał także, że mogło się zdarzyć, iż niektóre osoby lub nawet całe rodziny zostały „zapomniane”. Gauleiter nie zapomniał oczywiście dołączyć do tych słów groźby wobec tych, którzy nie uczynią zadość jego wezwaniu.

Przedtem jednak, bo w dniu 7 lutego tego roku, Gauleiter był zmuszony w gdańskiej prasie swoim rodakom wyjaśnić cele takiej polityki narodowościowej NSDAP. Odzywały się bowiem liczne głosy sprzeciwu tych, którzy dotychczas zgodnie z jego rozkazami bili, okradali i mordowali Polaków, a teraz mieli nagle z nimi jako nowo kreowanymi, a niepełnymi w prawach „Niemcami” żyć w zgodzie. Znamienne, że Forster musiał przyznać, że został do tego zmuszony, ponieważ Niemcy byli na rządzonym przez niego terenie nadal w mniejszości.

To było też tematem jego rozmowy z Hitlerem w dniu 12 maja 1942 roku. Hitler wtedy przyznał, że błędem rządów pruskich było, iż wysyłały w poprzednim stuleciu na tereny Pomorza, Poznańskiego i Śląska nauczycieli, urzędników i wojskowych głównie w takich wypadkach, gdy ci ludzie stali się w Prusach niewygodni lub naruszyli prawo. Oświadczył, że on tego błędu nie popełni i będzie po dziesięciu latach żądał od Gauleiterów meldunku, że te dotychczas polskie tereny są bez reszty już niemieckie12.

Wyrugowanie polskości z terenu nowo utworzonego w 1939 roku Reichsgau Danzig-Westpreussen było myślą przewodnią artykułu wstępnego Gauleitera Forstera w wydanym w Hamburgu zeszycie „Deutschland” nr 2/3 poświęconemu historii i rozwojowi gospodarczemu i kulturalnemu Pomorza. On sam i dr Eugen Mohr, prezydent Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdańsku, potwierdzili, iż przebywa tam tylko nikły procent ludności niemieckiej, która przeważa głównie w Gdańsku, Elblągu i Kwidzynie. E. Mohr twierdził nawet, iż wyrugowanie polskiej ludności rolniczej i zasiedlenie około 150 000 Niemców na wsi nie byłoby wystarczające dla przeprowadzenia wyznaczonego przez Hitlera planu. Dlatego zamierzano przez uprzemysłowienie ściągnąć z głębi Rzeszy niemieckich robotników. Jednakże największy nacisk E. Mohr kładł na rozwój portów i zastosował po raz pierwszy pojęcie wspólnoty portów Gdańska i Gdyni, nazywając ją „Hafengemeinschaft Danzig-Gotenhafen”. Przyznał, iż taka wspólnota stanowiłaby największy port wywozowy Rzeszy, a w ramach ogólnych obrotów byłaby uważana za drugi zespół portowy po Hamburgu.

Nie wiedziałem także o tym, że pozostali jeszcze w Gdańsku nieliczni rodacy, którzy posiadali przed wojną obywatelstwo gdańskie. Nie otrzymali oni jednak jak niemieccy mieszkańcy Gdańska automatycznie obywatelstwa Rzeszy niemieckiej, lecz zostali uznani za bezpaństwowców.

Sam dziwiłem się, iż w obozie uważano nas gdańszczan za obywateli niemieckich, a teraz miałem stanąć przed komisją, która miała orzec, czy nadaję się na Niemca. Niedługo potem przekonałem się, że była to tylko biurokratyczna formalność, której wnet zaniechano.

Wiedziałem jednakże dobrze, do czego władze hitlerowskie zmierzały: chciały ze mnie zrobić niemieckiego żołnierza! Uważano zapewne, że po moim blisko trzyletnim pobycie w obozach będą mieli ze mną łatwą sprawę. Ja jednak stanąłem wtedy przed straszliwym dylematem: czy znaleźć się w jednym szeregu z mordercami moich rodziców i tych rodaków, których śmierci byłem świadkiem, i stanąć naprzeciwko tych żołnierzy, wśród których byli może nawet moi rodacy, którzy mieli nam przynieść wolność, i do nich strzelać?... czy zdecydować się na odmowę, która grozi mi powrotem do niedawno opuszczonego obozu i ewentualną śmiercią? Z jednej strony wszystko się we mnie buntowało na myśl o tym, że. miałbym wdziać mundur niemiecki, z drugiej wszakże pragnąłem po uzyskaniu wolności pozostać nadal wolnym. Ale nie chciałem tego czynić za cenę zdrady.

Moja obawa, że w razie odmowy znalazłbym się ponownie w obozie i jako „niepoprawny” otrzymałbym przyszytą do kurtki czarną tarczę, nie była bezpodstawna. Jak pisał prof. dr Czesław Pilichowski na s. 26 swej pracy pt. „Plany III Rzeszy wobec Polski, ze szczególnym uwzględnieniem Pomorza Gdańskiego oraz ich realizacja”, osobom, które nie chciały złożyć wniosku o wpis na niemiecką listę narodową, grożono deportacją do obozu koncentracyjnego, co też przeważnie realizowano.

Ciężkie to były dla mnie chwile, gdyż nie miałem przy sobie nikogo komu mógłbym się zwierzyć czy poradzić. W ciągu tych trzech czy czterech dni i nocy, które dzieliły mnie od tej tak trudnej próby szukałem w samotności drogi wyjścia z tego dylematu Autorzy różnych prac, którzy poruszają tę tematykę, przechodzą łatwo nad tym problemem do porządku. Tylko ludzie, którzy jak ja przechodzili te długotrwałe udręki, wiedzą, ile one nas kosztowały zdrowia.

Nadszedł ten niezapomniany dla mnie dzień, gdy stanąłem z rana w Czerwonej Sali gdańskiego ratusza. Było w niej już około 40 do 50 osób. Byłem tak zajęty swoimi myślami, że na nikogo nie baczyłem ani nie spostrzegłem bogatego wystroju sali, tylko czekałem w napięciu na tę chwilę gdy w drzwiach do sąsiedniej Sali Zimowej ukaże się młoda kobieta i wywoła moje nazwisko Byłem, zdaje się, trzeci w kolejce, a gdy tam wszedłem spostrzegłem, że jest w tym pomieszczeniu sporo osób. Pamiętam, że tuż przy wejściu usiadła za maszyną do pisania owa młoda kobieta. Obok niej urzędował jakiś tęgawy partyjniak w brązowym mundurze. Dalej siedział jakiś policjant i jeszcze kilka innych osób.

Wchodząc powiedziałem:

— Guten Tag! — na co usłyszałem gromkie:
— Heil Hitler heisst es hier13! — owego partyjniaka.

Na to odrzekłem:

— Uns wurde es im Lager nicht erlaubt „Heil Hitler” zu sagen14.
— Wir sind hier nicht im Lager, sondern in Danzig, und hier ist der deutsche Gruss Pflicht15!

Odpowiedziałem:

— Aber ich war in den letzten drei Jahren im Umschlungslager und alle dort erhaltenen Lehren sind fur mich und mein Verhalten massgebend16!

Hitlerowiec nie wiedział przez chwilę, co powiedzieć. Po kilku sekundach zapytał mnie:

— Wo ist ihr Vater17?
— Er ist im Lager gestorben18.
— Warum war er, ihrer Meinung nach, im Lager19?

Palnąłem bez namysłu:

— Daruber kann ich ihnen keine Auskunft erteilen20.

Nie wiem, co mnie skłoniło, by dać akurat taką odpowiedź. Tkwił we mnie zarówno ów nakaz obozowy, nawet dla tego hitlerowca oczywisty, by o wszystkim milczeć, jak i obawa, że to pytanie jest podchwytliwe. Nie omyliłem się, gdyż po dłuższym wertowaniu w aktach partyjniak ostrym tonem powiedział:

— Ihr Vater und sie waren polnische Banditen und wurden zu Recht in das Lager eingesperrt. Ich habe vor dem Kriege in der Grenadiergasse gewohnt und kannte ihren Vater gut. Er war ein Erzpollacke21!

To było dla mnie prowokacją. Byłem przygotowany na to, że usłyszę pod swoim adresem różne zarzuty i może nawet wyzwiska. Wszystkiego bym wysłuchał, lecz takie obelgi pod adresem mego ojca?! Nie, nie zdzierżyłem! Zapomniałem o tym, że powinienem się opamiętać, i pełen oburzenia odpowiedziałem:

— Mein Vater war ein anstandiger Mensch und Pole und es ziehmt ihnen nicht ihn zu verunglimpfen22!

Hitlerowiec uniósł się i zaczął krzyczeć:

— Sie waren richtige polnische Banditen! Ihr Vater ist dort zu Recht umgekommen! Sie aber haben, wie ich jetzt sehe, nichts wahrend der drei Jahre gelernt! Ihrem Verhalten nach kann man urteilen, dass sie keine freundschaftlichen Gefiihle flir Grossdeutschland hegen23!

Wyczułem grożące, mi niebezpieczeństwo, więc odpowiedziałem:

— Das soli sich eben jetzt erweisen. Deshalb wurde ich doch aus dem Lager entlassen24!

Moje napięcie sięgnęło zenitu. Wśród panującej groźnej ciszy słychać było sapanie hitlerowca, przerywane tylko szelestem przerzucanych przez niego papierów. Spoglądałem jak urzeczony na tego grubasa, a kątem oka zauważyłem, że skulona za maszyną młoda kobieta z trudem hamuje swój śmiech. Jej było wesoło!

Oczekiwałem dalszych pytań, jednak nadal nie padało żadne słowo. To było groźniejsze niż dotychczasowe krzyki i wyzwiska. Za tą ciszą czaiło się niebezpieczeństwo. Czułem, że w tych sekundach decyduje się mój dalszy los. Moje zaostrzone dotychczasowymi przeżyciami zmysły wyczuwały, że jestem raczej bliżej obozu niż wolności. Jednakże nie byłem w stanie uczynić czegokolwiek, by zmienić zamysł tego fanatycznego hitlerowca. Wydawało mi się, że ta cisza trwa niesamowicie długo, że minęła już minuta, dwie, a to były zapewne tylko sekundy.

Te potworną niepewność przerwał ostry, wojskowy głos:

— Wollen sie deutseher Soldat werden?25

Poderwałem się automatycznie i robiąc w lewo zwrot powiedziałem do siedzącego na końcu sali za ustawionym w poprzek stołem oficera:

— Wenn es sein muss, jawohl26.

Moja odpowiedź brzmiała wówczas prowokacyjnie i mogła spowodować nieprzyjemne dla mnie konsekwencje. Nie byłem jednakże w stanie inaczej odpowiedzieć. Dlatego przyjąłem z dużą ulgą słowa owego oficera:

— Danke, sie konnen gehen!27

Odwróciłem się i wychodząc znowu powiedziałem: