Wróżby to rzecz zimowa - Kuzniecowa Eugenia - ebook + audiobook + książka

Wróżby to rzecz zimowa ebook

Kuzniecowa Eugenia

0,0
46,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wszystko co mamy, to te dni. Może zapamiętamy je jako szczęśliwe.

Jana, etnolożka z Kijowa, przyjeżdża w rodzinne strony, by badać ludowe wróżby. Z dala od YouTube’a i Tindera szybko zostaje wciągnięta w szalone życie wsi. Najbliżsi sąsiedzi stają się dla niej jak rodzina, a tajemniczy Maksym przyciąga Janę z niewytłumaczalną siłą. Czy to wpływ wiary w magiczną moc maku rozsypanego na progu, czy niepewnych czasów?

Wróżby to rzecz zimowa to opowieść o kruchości i sile życia. O niepewności, która sprawia, że stajemy się bardziej prawdziwi. I o tym, że gdy kończy się świat, kochamy najmocniej.

Kuzniecowa pisze pięknie i mądrze. Pełna nadziei, ciepła, nieoczywista, do głębi ludzka powieść o tym, że wróżymy dalej, nawet kiedy wróżby się nie sprawdzają. Maciej Marcisz

Przeczytałam tę książkę w jeden dzień, a w nocy śnili mi się bohaterowie: poszukująca inspiracji etnograficznych Jana, szalony lekarz Roman, jego syn artysta Maksym i ich bliscy. Siedziałam z nimi przy stole, uczestniczyłam w ich rozmowach i czułam to ciepło, jakie mogą dać tylko inni w ludzie – gdy świat pogrążony jest w mroku i mrozie, generator prądu nie działa, a wojna podchodzi pod okna. Wróżby to rzecz zimowa Eugenii Kuzniecowej to kameralna opowieść o trwaniu, przemijaniu i niepoddawalności, pełna abstrakcyjnego poczucia humoru.

Sabina Jakubowska, autorka Akuszerek

Rodziny, jak i narodu, się nie wybiera, ale poczucie silnej więzi – bez względu na różnice – pomaga udźwignąć każdą sytuację i daje nadzieję na lepszą przyszłość. Nawet jeśli ta nadzieja jest podszyta magicznym myśleniem. Może to sposób Kuzniecowej na przetrwanie. Rozsypać mak wokół domu, jak to robi przesądna Luba, i głośno się śmiać, by zagłuszyć lęki czające się na każdym rogu.

Maria Fredro-Smoleńska, „Vogue Polska”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 226

Data ważności licencji: 1/2/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Вівці цілі

© Eugenia Kuznetsova, 2024

Originally published in Ukrainian language under the title «Вівці цілі» by Vydavnytstvo Staroho Leva (The Old Lion Publishing House), Lviv, Ukraine.

Projekt okładki:

Oksana Shmygol

Redaktorka inicjująca

Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca

Justyna Skalska

Promocja

Karina Caban

Konsultacja przekładu

Olena Prysyazhnyuk

Opieka redakcyjna i adiustacja

Katarzyna Mach

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Aleksandra Kiełczykowska

Copyright © for the translation by Iwona Boruszkowska

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025

ISBN 978-83-8427-089-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2025.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Nawet gdy się zdaje, że zamiera czas, a ziemia przestaje się kręcić, nadchodzi Boże Narodzenie. Szarzeje niebo, bez ustanku sypie śnieg, szeleszczą na wietrze wyschnięte trawy, a girlandy światełek migoczą w rytm jednostajnego buczenia generatorów – bardziej dla światła niż dla świątecznej atmosfery. Ludzie żyją podczas wojny, jak potrafią, dokonując wyborów, na jakie ich stać: puścić coś w niepamięć, machnąć na coś ręką, aby tylko bliscy byli cali. Czy w ponurej godzinie serce znajdzie jeszcze miejsce na miłość?

Wśród zaśnieżonych oczeretów Dniepru, na opustoszałych zimowych ulicach wsi wijących się ze wzgórz ku szosie na Kijów, w ciemnych izbach, gdzie próg posypuje się makiem, by odgonić złe moce, a dusze zmarłych zasiadają do wigilijnych stołów, Jana przechodzi przez dziurę w płocie i wplątuje się w konflikty, wobec których nie ma ani właściwych pytań, ani odpowiedzi. Ale jest Maksym, niepewność, miłość i owce.

Romana

Pod stołem wierciły się stopy w skarpetkach z rudymi lisami. Starszy mężczyzna miał na czole ciemne plamy, dość bujną jak na swój szacowny wiek czuprynę, żółtą koszulę, niebieskie spodnie dresowe z sylwetką pumy przy kieszeni i biały, starannie wyprasowany fartuch zarzucony na ramiona.

– No, opowiadajcie, co wam dolega – powiedział i znów zaszurał nogami.

Naprzeciwko siedziała młoda kobieta z włosami związanymi niemal na czubku głowy. Miała lekko zaróżowione policzki i ciemne, jakby nieco spierzchnięte usta. Jedno pasmo włosów, lekko zakręcone na końcu, wysunęło się z kucyka i opadało przy uchu. Była w ocieplanych adidasach, pod którymi zbierała się woda kapiąca z podeszew, oraz w płaszczu wyglądającym, jakby zdjęła go z ramion postawnego mężczyzny. Spod płaszcza na plecy opadał ciemnoniebieski kaptur. Kobieta zerknęła na drzwi. W progu stała korpulentna pani z poszarzałymi oczami. W jednej ręce trzymała bułeczkę z wiśniami, w drugiej teczkę. Uniosła brwi w wyczekującym geście, jak nauczycielka czekająca na odpowiedź ucznia, po czym od progu zwróciła się do młodej pacjentki:

– Bóle głowy są?

– Ymmm – przeciągnęła dziewczyna. – Tak, głowa boli.

– Jak często? – zapytał starzec w białym fartuchu.

– No, raz w tygodniu, może dwa.

– Który obszar boli?

– Tutaj z tyłu. – Dziewczyna dotknęła miejsca nad karkiem, na który spływały włosy. Jej drobna, jasna dłoń kontrastowała z obszernym, wiszącym na niej płaszczem.

– Gorycz w ustach jest? – zapytał lekarz.

Dziewczyna rzuciła okiem na stojącą w drzwiach kobietę, która kiwnęła głową. Pacjentka też niepewnie skinęła.

– Woreczek żółciowy może dawać takie objawy. Były badania na kamienie?

Dziewczyna bezradnie rozłożyła ręce.

– Czas najwyższy – westchnął lekarz. – Na razie przepiszę lek żółciopędny. Zaraz wypiszę receptę – mruknął, szeleszcząc w szufladzie w poszukiwaniu długopisu. – Lubo, podaj bloczek!

Korpulentna kobieta przyskoczyła z teczką i wyjęła kartkę. Staruszek znalazł długopis, po czym nabazgrał kilka nieczytelnych słów i podał dziewczynie.

– Masz. Przyjdź za tydzień. Lubo, powiedz Myronowyczowi, żeby we wtorek wezwał specjalistkę od USG. A ty na czczo przyjdź!

Dziewczyna kiwnęła głową, wzięła kartkę i wstała.

– Romanie Juchymowyczu – odezwała się korpulentna kobieta – na dzisiaj już koniec, prądu nie ma.

Równocześnie wskazała dziewczynie drzwi. Gdy staruszek, mamrocząc pod nosem „dotarliśmy”, człapał w stronę łóżka stojącego w jego prowizorycznym gabinecie pod oknem, dziewczyna wymknęła się za plecami Luby.

Do pokoju przez okno wciąż wpadały ostatnie promienie zimowego słońca, ale na korytarzu panowała już zupełna ciemność. W tej ciemności Jana dostrzeg­ła tylko twarz Maksyma podświetloną ekranem telefonu. Podszedł do niej szybko, ujął ją za łokieć i wyszeptał: „Dziękuję”.

Na zewnątrz, gdy przeszedł do niej przez dziurę w płocie i poprosił, by z nim poszła, nie zwróciła uwagi na jego zapach – cytrusowy, drzewny, z nutą dymu. W ciasnej przestrzeni gabinetu wszystkie te aromaty stały się czyste i wyraźne. Z bliska dostrzegła na uchu towarzysza ślad po kolczyku i zauważyła, że jego krótko ostrzyżone włosy układały się naprzemiennie – ciemne, siwe, ciemne, siwe – jakby każdy kosmyk odgrywał swoją rolę w tej harmonijnej kompozycji.

– Przepraszam – powiedział Maksym, wychodząc już na werandę, gdzie światło wpadało przez okna. Na jego granatowym swetrze widniały sanie ciągnięte przez białe renifery. – Skoro już tu pani jest, to pewnie zostanie naszą pacjentką, bo my z Lubą wyleczyliśmy się już ze wszystkiego.

– I tak codziennie? – spytała Jana.

– Bywa różnie. Dziś dzień przyjęć, to się nie uspokoi, póki kogoś nie zbada.

– A jak mam wracać? – spytała Jana. – Przez dziurę w płocie czy normalnie?

– Przez dziurę to właśnie normalnie. Ale dokąd pani idzie? – Maksym wyciągnął rękę, jakby chciał wziąć ją pod łokieć, ale się powstrzymał. – Mamy tu bułeczki z wiśniami. Prądu i tak nie ma. A pani wróci do pustego, zimnego domu.

– To ja już pójdę – powiedziała Jana, patrząc na swoje buty, spod których nadal ciekła woda. Wbity w podeszwę śnieg powoli topniał.

– Nie chcę pani zatrzymywać, żeby sobie pani czegoś nie pomyślała, ale prądu nie będzie do dziesiątej, a pani ma elektryczny piec.

Jana spojrzała pytająco na sąsiada.

– Wiem – powiedział Maksym – bo bywałem u pani ojca. Wieczny odpoczynek jego duszy.

Janie zrobiło się głupio.

Po co ona tu przyjechała? Żeby teraz obcy ludzie musieli się martwić jej codziennym życiem?

– Mamy generator – powiedział Maksym. – W razie czego.

Spojrzała jeszcze raz na sąsiada, na jego dżinsy, dłonie z pojedynczymi włoskami na każdym palcu, na renifery na swetrze i już chwytała za klamkę drzwi wejściowych, gdy nagle drzwi gabinetu lekarskiego zaskrzypiały, a w korytarzu pojawiła się Luba.

– Córcia, a ty dokąd? Będziemy jeść kolację. Maksym zaraz uruchomi generator, obejrzymy film. Teraz takie czasy, że nie można być samemu. Napiekłam trochę, a Maksym nie bardzo je, boi się przytyć.

Maksym się uśmiechnął. Jego uśmiech był otwarty, a wokół oczu rozświetliły się drobne pajęczynki zmarszczek.

– Późno już, Luba – powiedział.

– Jestem od niego starsza o dwanaście lat, już mi wszystko jedno, ale on, widzisz, dba o figurę.

– A jaki film? – spytała Jana.

– Serial o królowej – odparła Luba, nalewając wodę do czajnika. – Diana zaraz umrze. Już z tym Dodikiem są w Paryżu.

Zatrzymała się, spojrzała na Maksyma i niby zaczęła mówić sama do siebie:

– A może to jednak bez sensu? Benzyna droga, ojciec zasnął, a ten generator będzie tylko warczeć. Płacić za benzynę, żeby obejrzeć, jak Diana umiera? Może nie trzeba? Tak posiedzimy, co? Ona i bez nas umrze…

– To absolutnie nieuniknione – zgodził się Maksym.

– Tutaj ja decyduję – ciągnęła Luba. – Trzeba nalać wody do czajnika, póki jeszcze jest. I nie spłukiwać toa­lety, zrozumiano? Jak coś, na zewnątrz!

Zanim poszła po czajnik, popchnęła Janę w stronę stołu.

– Jako nowej osobie – powiedział Maksym – przydałoby się pani, Jano, zapisać do lokalnej grupy. Tam jest grafik przerw w dostawach prądu, jeśli wszystko idzie dobrze. To znaczy, jeśli strzelają raz na tydzień. My nie jesteśmy na pierwszej linii. – Chwycił Janę za ramię. – No, proszę zdjąć płaszcz, dość już tych ceregieli. U nas wszystko proste: dwie godziny prądu w południe i dwie wieczorem.

Jana odłożyła płaszcz na krzesło przy wejściu i usiadła przy stole. Maksym stawiał filiżanki.

– Przywiozłam parmezan – powiedziała Jana.

– Wspaniale – odparł Maksym. – Nasze miasteczko też nie bez parmezanu, ale benzyna to teraz cenny skarb, więc na pewno się nie obrazimy. Prawda, Luba?

Luba pocierała zapałki przy kuchence gazowej.

– To przynieść? – spytała Jana.

– Mogę panią odprowadzić przez dziurę w płocie – zaproponował Maksym.

– Trafię sama – odpowiedziała Jana. – Zostały ślady na śniegu.

Szła w ślad za śladem. Zatrzymali się w sadzie. Wokół wszystko już poszarzało. Oba domy – Maksyma i Jany – stały obok siebie na wzgórzu, a ogrody opadały ku rzece. Za rzeką widać było jeszcze jedno wzniesienie, na grzbiecie którego wiła się uliczka – to było „centrum”. Kiedyś i tutaj na obrzeżach znajdowała się ulica, ale z trzech domów zostały tylko kamienie i studnie, zauważalne jedynie dla tych, którzy wiedzieli, gdzie kiedyś stały. Maksym wiedział. Jana nie.

W domu czuła się nieswojo. Po śmierci ojca matka „wyjałowiła” przestrzeń, nie zostawiając żadnych śladów jego obecności. Nawet książki ocalały tylko te, których ojciec na pewno nie dotykał – coś o japońskim designie, samopoznaniu i zasadach Marie Kondo. Jana i jej siostra planowały wynajmować dom przez Airbnb ekoturystom. W zeszłe Boże Narodzenie przyjechała nawet grupa gości, którzy żądali przejażdżek konnych, a z braku koni pytali, czy można przewieźć dziecko na krowie. We wsi długo o nich opowiadano. Teraz nie było mowy o turystyce. Dom, ozdobiony pobielonymi ścianami, instagramowymi firankami, ikeowskimi materacami, dziecięcym krzesełkiem, identycznymi ręcznikami i kompletami pościeli, białą zastawą i karykaturalnym dzbankiem, stał jakby obcy. Niby wystrojony na przyjęcie, na które nikt go nie zaprosił – i został w wieczorowym stroju, jedząc na kanapie kanapki z masłem i kiełbasą.

Jana poszła do kuchni, również białej, z nowiutkimi patelniami. Na stole leżała torba z jedzeniem, ­które przywiozła. Nie było sensu chować go do lodówki – w domu zimno, prądu i tak nie ma. Wyciągnęła parmezan i słoik oliwek. Sad już pogrążył się w ciemności, ale zapamiętała miejsce, gdzie była dziura w płocie – godzinę temu pojawił się w niej Maksym, prosząc, by została pacjentką jego ojca.

– Widzi pani – powiedział, siedząc przy stole z kieliszkiem wina, gdy Jana wróciła od siebie – nauczyła się pani już korzystać z dziury, a jak pierwszy raz przez nią wlazłem, to aż podskoczyła pani ze strachu. Ja tamtędy przechodziłem, wie pani, ile razy? Tysiące. W domu, który ostatecznie kupił pani ojciec, mieszkał mój najlepszy przyjaciel. Miał na imię Wadik. Ta dziura była dla nas jak autostrada. A potem – Maksym zatrzymał się, unosząc butelkę wina nad kieliszkiem Jany – Wadik okazał się dupkiem.

– A pani nie pije? – spytała Jana, unosząc kieliszek do ust.

Luba siedziała, wpatrując się w ekran telefonu, który trzymała na odległość, zsuwając okulary na czubek nosa.

– Ja, córcia, jestem w pracy – odparła. – Poza tym takiego kwaśnego nie mogę pić. Zgaga mnie pali, potem spać nie mogę.

Maksym uniósł kieliszek.

– Za spotkanie – powiedział, patrząc Janie prosto w oczy, jak to mają w zwyczaju Niemcy.

*

Jeśli dom Jany był sterylny, to Maksyma był eklektyczny – jak przystało na dom, w którym mieszkało kilka pokoleń różnych ludzi. W kącie ikony, obok afrykańska maska z wytrzeszczonymi oczami, portret Szewczenki w rusznykach[*], egipski turystyczny sfinks, japońska mata i dywanik pleciony z gałganków. Na werandzie w rogu stał aksamitny purpurowy fotel jak z ­teatru, a obok półki zawalone przeczytanymi (co zawsze widać) książkami, bukietami suchych kwiatów, papierami, lampionami, paczkami świec, biżuterią i różnymi drobiazgami, które można by po prostu uznać za śmieci. Między ścianą a półką tkwiła wbita sosnowa gałązka. Zwisał z niej srebrzysty łańcuch świąteczny – wyglądało to tak, jakby dziecko próbowało ją ozdobić, podskakując.

Cała ściana nad fotelem obwieszona była obrazami: ludowy pejzaż, jak te sprzedawane na Andrijewskim Zjeździe w Kijowie, piękna martwa natura z jabłkami, piórami i zieloną szklaną butelką, a także rodzinny portret namalowany dziecięcą ręką. Na obrazie widniała cała rodzina, włącznie – jak się zdawało – ze zmarłymi, bo ci z szerokimi uśmiechami unosili się nad postaciami pierwszego planu. Wśród żyjących Jana rozpoznała ojca Maksyma – miał na sobie biały kitel. Jedna z namalowanych postaci była uzbrojona, a inna miała na oku piracką opaskę.

– Jest pan tu piratem czy żołnierzem? – zapytała Jana, wskazując wzrokiem na rysunek.

– Piratem – odpowiedział Maksym.

Światło na werandzie pochodziło już tylko ze szklanej kuli, w której na saniach rozsiadł się pingwin, oraz z girlandy z grubawymi bałwankami obramowującymi okno wychodzące na zewnątrz. Za oknem nie było już widać nic – ani światełka, ani gwiazdy, ani najmniejszego blasku. Po prostu czarna, zimowa noc.

– No i właśnie – odezwała się Luba. – Mówią, że teraz będą włączać światło rano na trzy godziny. Trzeba iść kupić mak na kutię.

– Przecież już kupiłem – przypomniał Maksym.

– Synku, ja już tym makiem obsypałam kąty przy domu. Nie chcę o tym mówić na noc, ale z okna gabinetu Juchymowycza różne strachy mi się jawią, jak nocą tamtędy przechodzę. A to jakby kobieta stała pod wiśnią. To znowu przebiegło coś jak biały łoś. Może i nie trzeba, jak po dobremu przyszło, to mak nie zaszkodzi. A złego nie wpuści…

– Też racja – powiedział Maksym spokojnie.

– I zauważyłeś, że Juchymowycz ostatnie trzy dni jest spokojniejszy i jest bardziej sobą?

– Mhm – mruknął Maksym. – Zauważyłem.

Z korytarza dobiegły ciężkie kroki. „Łoś!” – przemk­nęło przez głowę Jany. Ale to był Juchymowycz. Szło mu się ciężko, jakby nogi nie chciały po prostu iść, lecz próbowały biec, a on je powstrzymywał, szukając rękoma oparcia.

– Usiądź, tato. – Maksym odsunął krzesło dla ojca.

Ten usiadł, kurczowo chwytając się krawędzi stołu i nerwowo przebierając nieposłusznymi nogami. Maksym nie był do niego podobny. Juchymowycz miał potargane siwe brwi, które zwisały groźnie nad głęboko osadzonymi oczyma, nieco skrzywiony duży nos i głębokie zmarszczki, które w półmroku zdawały się niemal czarne. Popielate włosy układały się po drzemce w zmierzwione fale. Był w tej samej żółtej koszuli, ale już bez białego fartucha.

– Zimno? – zapytał Juchymowycz.

– Minus osiem – odpowiedział Maksym, sprawdzając pogodę na telefonie. – Na rano zapowiadają minus jedenaście.

– Włącz kocioł, jak dadzą prąd.

– Sam się włączy.

– Ale sprawdź, bo technika to kapryśna rzecz. Ufaj, ale sprawdzaj. Nie będziesz odpalać generatora?

– Kierowniczka mówi, że nie trzeba – odparł Maksym.

Juchymowycz spojrzał na Lubę.

– Dziś środa – westchnęła Luba. – Prawie tydzień. Jak będą strzelać, to może prądu w ogóle nie włączą. Wtedy trzeba będzie w środku nocy rozpalać, bo zmarzniemy.

– Jakoś to będzie – odchrząknął Juchymowycz. – Haniu – zwrócił się do Jany – nakarmiłaś koty?

Jana spojrzała na Maksyma. Ten tylko uniósł brwi i wzruszył ramionami.

– Nakarmiliśmy, nakarmiliśmy koty, wszystkie śpią w salonie – wtrąciła się Luba.

– Białego też nakarmcie, on jest głuchy, mógł nie przyjść.

– Biały się najadł – powiedział flegmatycznie Maksym.

– Haniu, zaparz mi herbaty – poprosił Juchymowycz. – Idę do siebie.

Jana niepewnie skinęła głową. Luba zerwała się z miejsca i pomogła ojcu wstać.

– Zaświecę wam, żebyście się nie potknęli – powiedziała, zakładając czołówkę na głowę niczym speleolog.

Gdy Juchymowycz z Lubą zniknęli w korytarzu, Jana zapytała Maksyma:

– To gdzie te koty?

– Hania to moja siostra – odpowiedział Maksym, jakby przewidział pytanie, które wisiało w powietrzu. – Od czterdziestu lat mieszka w jakimś Wołgodońsku[*]. Jeszcze z „razpriedielienia”[*] – dodał i spojrzał na Janę. – A koty śpią w salonie. Ściana jest tam ciepła od pieca. Chociaż nie jestem pewien, czy pani wie, co to „nakaz pracy”.

– Całkiem nieźle znam historię – odparła Jana.

Maksym spojrzał na nią uważnie i zapytał:

– Pokazać pani koty? – Potem sięgnął po latarkę z półki, założył ją na głowę i powiedział: – Chodźmy.

Przeszli przez ciemny korytarz, cały obwieszony lustrami. Światło latarki Maksyma odbijało się od wszystkich ścian jak błyskające iskry. W końcu otworzył drzwi do salonu. W środku panowała całkowita ciemność. Jana widziała tylko krąg światła na ścianie. W jego zasięgu zalśnił zegar z kukułką i wahadłem.

– Nie patrzę na panią, żeby nie oślepiać – powiedział Maksym. – Dlatego proponuję, żeby śledziła pani ruchy mojej głowy. – Obrócił głowę w prawo. – Murka jest nasza, a reszta kociarni przywędrowała.

Maksym powoli przesuwał światłem latarki po leżących kotach. Niektóre spały, inne mrużyły oczy porażone światłem. Jeden ziewał i przeciągał się. Wszystkie, oprócz Murki, były czarne jak noc.

– Osiem sztuk – powiedział z dumą Maksym. – Ludzie wyjechali, a koty nie. Teraz są nasze. Chociaż nie do końca nasze, dopóki ściana jest ciepła, to nasze, ale jak wystygnie, koty radzą sobie same.

– A gdzie jest ten biały, którego pana ojciec kazał nakarmić? – spytała Jana.

– Biały umarł, jak miałem siedemnaście lat.

Z korytarza błysnęło światło – to Luba szła do gabinetu ojca. Jej latarka omiotła ścianę, plecy Maksyma i Jany, po czym zniknęła za drzwiami.

– Jak głowa? – Maksym zapytał Janę.

– Jak u każdej normalnej osoby po trzydziestce. Jadę na ibuprofenie.

– Ma pani trzydzieści lat?

– Tak.

– To dobrze – zamyślił się Maksym. – Dobry wiek. To po pierwsze, a po drugie, chyba jestem za młody, żeby być pani ojcem.

Zdjął latarkę z głowy i podał ją Janie.

– Proszę świecić przed siebie i iść za mną.

Wyszli na korytarz. W ciemności wieszak z ubraniami wyglądał jak jakieś kudłate monstrum. Coś śmignęło im pod nogami, a Jana krzyknęła.

– To któryś z kotów – powiedział Maksym. – Albo mysz. Jeśli zbyt dobrze karmisz człowieka albo kota, to wyrasta na pacyfistę.

Korytarz wydawał się dłuższy niż o zmierzchu. Janie majaczyły jakieś odgałęzienia w różne strony. Otarła dłonią coś pokrytego gładkim futrem, odskoczyła, opuszczając latarkę.

– To płaszcz Luby – uspokoił ją Maksym i delikatnie dotknął jej pleców, kierując ją w stronę drzwi.

Kuchnia również była bezkresna i chaotyczna: krzesła ustawione w każdym kącie i pośrodku, stoły i stoliczki, półki, patelnie na ścianach, bukiety suchych kwiatów albo przypraw – a w końcu, za tym wszystkim, wyłaniał się stół i jedyne źródło światła: girlanda.

– To co? – zapytał Maksym, napełniając kieliszki. – Dopijamy wino, by zakończyć kolejny dzień? Żyjemy jak dawniej – kontynuował. – Słońce się kładzie spać, to i my z nim. Nie ma zasięgu, nadajnik nie działa, ani się z nikim nie pokłócisz, ani w nikim nie zakochasz. Żyjesz sobie po prostu od wschodu do zachodu słońca. Coś w tym jest, prawda? – spojrzał na Janę. – Inaczej po co by się pani tu zjawiła?

– Przyjechałam do pracy – wyjaśniła ona. Jedna strona jej twarzy była zielona. Girlanda zmieniła kolor, a bałwanki zaczęły migotać. – Będę rozmawiać z ludźmi, zbierać materiał.

– Coś o wojnie? – spytał Maksym. – Bo tutaj wojny raczej nie słychać.

– Nie, piszę doktorat z etnografii.

– Na jaki temat?

Jana nie przepadała za rozmowami o swojej pracy poza uczelnią, więc do końca miała nadzieję, że Maksym nie zapyta. Ale zapytał. Dlatego przełknęła kolejny łyk wina i wyznała z lekkim uśmiechem:

– Zajmuję się wróżbami.

Spojrzała na niego, oczekując najczęstszej reakcji: „Powróżysz mi?”. Ale Maksym niczego takiego nie powiedział.

– No tak, wróżby to rzecz zimowa – odparł. – Latem nie ma na to czasu. A teraz jest idealny moment. Nie tylko materiał można zbierać, ale i poczuć się jak rozmówcy. Wieczory długie, prądu nie ma, internetu też, są świece. Można wróżyć do woli.

Śniegowe bałwanki na girlandzie przestały migać i zapaliły się spokojnym, żółtym światłem.

– Mieszka pan tu na stałe? – spytała Jana. – Byłam tu dawno temu, jeszcze za życia ojca. Nie pamiętam pana.

– Pomagam ojcu przetrwać zimę. Sam ledwo daje radę, a tu jeszcze to światło, drony i cały ten ­chaos… – Maksym chwilę się zawahał. – Więc osiadłem tu w oczeretach jak kot.

– Trzcinowe koty żyją w Azji – zauważyła Jana.

– Tutaj też, tylko się nie pokazują. Jedzą dzikie kaczątka i polują na ryby.

Jana zmrużyła oczy, uważnie mu się przyglądając.

– Znałem trochę pani ojca – dodał Maksym. – Wypiliśmy razem kilka butelek czerwonego wytrawnego. Był interesującym człowiekiem, niech spoczywa w poko­ju. Taki… ekscentryk.

Jana zamyśliła się. Jakie to trafne – jedno słowo, a opisało jej ojca idealnie.

– Chyba jestem do niego podobna. – Uśmiechnęła się lekko.

Z głębi ciemnego korytarza dobiegł szelest.

– Proszę się nie bać – powiedział Maksym – to pewnie Luba. Albo koty. Te zwyczajne, bo trzcinowe polują w dzień, a w nocy śpią. Wiedziała pani? A może to nawet ten biały, nieżyjący kot. Niektórzy wierzą, że zwierzęta nigdy nie opuszczają obejścia. Nawet te zabite przez ludzi. Wszystkie krowy, świnie, kury zostają z nami jako cienie. Nie mówiąc już o ludziach. Może pani zapytać o to swoich rozmówców.

Jana wpatrywała się w ciemność. Znów coś zaszeleściło. Wino się kończyło, robiło się ciepło i całkiem wesoło.

– Przecież nie jest pani teraz w pracy, prawda? – spytał Maksym i wstał. – Mam jeszcze jedno wino, którego musimy spróbować. Rumuńskie. Dostałem w prezencie. – Odkorkował butelkę. – Proszę zobaczyć – nalał Janie dwa łyki – najpierw powąchać, potem trochę siorbnąć i pomlaskać, a dopiero potem pić…

Jana niecierpliwie machnęła ręką:

– Po prostu proszę już nalać.

Maksym nalał również sobie, z powagą powąchał, pociągnął łyk, pomlaskał i skrzywił się:

– Smakuje jak… no, nie wiem co.

– Wiem, jak to uratować – rzuciła Jana. – Proszę dać garnek.

Maksym nałożył czołówkę na głowę i zaczął grzebać w dolnych szufladach szafki przy piecu.

– Nie hałasujcie! – Luba pojawiła się w drzwiach z wyrzutem. – Obudzicie ojca, dopiero co zasnął po lekarstwie.

Maksym wyprostował się, trzymając w rękach czerwony garnek.

– Już więcej nie będę – oznajmił poważnym tonem.

– Co wy tu, gotować zamierzacie? – spytała zdziwiona Luba.

– Zagrzeję wino – powiedziała Jana z błyskiem w oczach.

Miała zarumienione policzki, ręce lekko drętwiały po pierwszej butelce, a w głowie kręciło się przyjemnie. Świat wydawał się zabawny bez wyraźnego powodu.

– W środku nocy wino grzać?! – fuknęła Luba z oburzeniem i zniknęła za drzwiami toalety. Już zza nich dało się usłyszeć jej komentarz: – Co za różnica, surowe czy grzane, i tak kwaśne!

Maksym podał Janie karton z przyprawami pełen skarbów – od szafranu po orzeszki piniowe.

Gaz płonął spokojnym płomieniem, a wino zaczęło bulgotać przy brzegach garnka. Jana sypała przyprawy na oko, nie bacząc na miary.

– Mam jeszcze mrożone wiśnie – zaproponował Maksym.

– Dajemy! – roześmiała się Jana.

– A może powróżymy?

Para unosiła się znad parujących kubków.

– Jano, jest pani wiedźmą! – Maksym zaglądał do kipiącego garnka z udawaną trwogą. – Nic mi po tym nie będzie?

Uśmiechnął się szeroko, a w kurzych łapkach wokół jego oczu zatańczyły cienie.

– Dziś raczej nie – odpowiedziała Jana z błyskiem w oku.

Włożyła do ust mrożoną wiśnię i popiła gorącym winem. Wiśnia prysnęła zimnym sokiem i momentalnie zmiękła.

– Może suchej kiełbasy? – zapytał Maksym.

– Poproszę!

– A śledzia?

– Tylko jeśli małosolny.

Niestety był właśnie taki. Jana sięgnęła po kromkę białego chleba, posmarowała cienką warstwą masła i ułożyła na niej kilka plasterków filetowanej ryby. Ugryzła, po czym otarła kącik ust dłonią.

– Jano – powiedział Maksym – widzę, że lubi pani drobne przyjemności.

– Proszę dać wiśnie.

Podał jej talerz z nieco już rozmrożonymi wiśniami. Sam też sięgnął po kilka owoców. Wiśnie, nagle wybudzone z lodowego snu, pryskały sokiem, jakby dopiero co kołysały się beztrosko na gałęzi. Garnek rozgrzał się do połowy – z wiśni zostały same pestki.

– Ma się wrażenie, że zimy nie ma wcale – powiedział Maksym, przymykając oczy. – Jano, słyszy pani? Czy to brzęczą chrabąszcze?

Maksym podszedł do drzwi, otworzył je szeroko na zimowy mrok i powiedział:

– Słyszy pani? Chrabąszcze?

Jana wychyliła się zza jego ramienia. Mroźne powietrze uderzyło ją w twarz. Nasłuchiwała ciemności.

– Słyszę! – odparła z uśmiechem.

– To generator za stawem – wyjaśnił Maksym. – Ale jeśli sobie wyobrazić, że prąd wytwarzają nie te monstra, tylko wielkie, porządne chrabąszcze…

– A karmi się je nie benzyną, tylko zamrożonymi z pełni lata wiśniami – dopowiedziała Jana.

– Wrzucisz dwie wiśnie i huczy…

– Na lato niech odlatują na kwietne łąki, a na zimę wracają do pracy – zaśmiała się Jana.

– Kto tu napuścił zimna?! – rozległ się głos z ciemnego korytarza. – Pozamykajcie drzwi! – krzyknęła Luba, wychodząc w świetle lampionów przypominających bałwanki szczelnie owinięta szlafrokiem. – Najpierw wino w garnku grzeją, teraz na oścież otwarte i stoją jak słupy!

Jana odskoczyła od drzwi jak dziecko przyłapane na psocie.

– Interesują panią wszystkie wróżby? – zapytał Maksym, gdy Luba zniknęła w ciemnościach korytarza.

– Wszystkie zimowe.

– A może powróżyć pani z ręki?

Ujął jej dłoń. Była ciepła i wilgotna, końcówki palców poplamione sokiem z wiśni.

– Widzę długą linię życia, dwa psy, kota, trzy hektary ziemi, traktor…

Nie zdążył dokończyć, bo nagle rozbłysło światło. W jego blasku cała scena stała się widoczna: rozrzucone na stole przyprawy, nieład w kuchni i błyszczące od wina oczy.

– Odprowadzę panią do dziury w płocie – powiedział Maksym. – Czas włączyć bojler i podładować telefony.

* Rusznyk – haftowany ręcznik (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

* Miasto w Rosji, nad Donem.

* Praca „z nakazu”; proces obowiązkowego, zorganizowanego i gwarantowanego zatrudniania absolwentów szkół wyższych i średnich specjalnych.

Kateryny

Jana obudziła się z zimna. Miała wrażenie, że ktoś ją wcześniej rozgrzał i zmusił do otwarcia się tylko po to, by teraz odczuła bolesny chłód. Tym „kimś” najpewniej był piec, który włączył się rano, gdy znów pojawił się prąd. Ale szybko się wyłączył, gdy prąd zniknął kolejny raz. Wszystko zostało przecież zaplanowane racjonalnie: małe, eleganckie grzejniki, piękny ekonomiczny piec. Kto jednak mógł przewidzieć blackouty?

Jana chciała nakryć się kołdrą po same uszy, ale szybko zrozumiała, że im dłużej będzie zwlekać, tym zimniej się zrobi. Postanowiła więc wstać, choć głowa była ciężka, a w ustach sucho.

– Boże drogi – jęknęła do siebie. – Napić się już pierwszego dnia! „Zrobię panu grzańca”… Co za koszmar. Co za wstyd. I jeszcze nagadałam jakichś bzdur. Gdybym mogła spojrzeć na siebie z boku…

Mamrocząc, spojrzała na swoje odbicie w lustrze.

– Oto twarz kobiety, która popijała śledzia grzańcem – szepnęła, zbliżając głowę do lustra. – Dość tego, czas do roboty! – skarciła samą siebie. – Przyjechałaś na ekstremalną ekspedycję, działaczko kultury, cholera jasna! Marsz po notatnik i włóż te kaszmirowe spodnie kupione latem na wyprzedaży.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Andrija

Dostępne w wersji pełnej

Mikołaja

Dostępne w wersji pełnej

Swiatweczir

Dostępne w wersji pełnej

Małanka

Dostępne w wersji pełnej

Święto Jordanu

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Wróżby to rzecz zimowa, Eugenia Kuzniecowa

Karta redakcyjna

Romana

Kateryny

Andrija

Mikołaja

Swiatweczir[*]

Małanka[*]

Święto Jordanu