Włoski happy end - Leonie Mack - ebook

Włoski happy end ebook

Leonie Mack

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ucieknij do skąpanej w słońcu Italii w tej pełnej ciepła i absolutnie wciągającej historii…

Lou, dziennikarka telewizyjna, wciąż próbuje pozbierać się po rozwodzie. Kiedy pojawia się możliwość wyjazdu z córką Edie na miesięczny obóz muzyczny we Włoszech, Lou bez wahania korzysta z okazji. Nowe miejsce, nowi ludzie i nowe doświadczenia wydają się dokładnie tym, czego potrzebuje, a letnie słońce nad malowniczym jeziorem Garda powoli przywraca ją do życia.

Nick Romano, nauczyciel muzyki Edie, uwielbia wracać do rodzinnych Włoch, choć przygotowywanie uczniów do koncertu w Mediolanie budzi w nim trudne wspomnienia. Znajomość z Lou staje się dla niego miłą odmianą od trosk codzienności, choć byłoby im z pewnością łatwiej gdyby członkowie licznej rodziny Nicka nie wściubiali ciągle nosów w nie swoje sprawy…

Mijające lato pełne jest słońca, zapierających dech widoków, lodów gelato i pysznego włoskiego jedzenia. Lou i Nick z każdym dniem stają się sobie coraz bliżsi. Ale gdy nadchodzi czas pożegnania, oboje muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zostawią swoje uczucia pod włoskim niebem, czy może wakacyjna miłość może trwać całe życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 357

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Italy Ever After

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Leonie Mack, 2021 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Agata Olszak, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-66-8

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla moich Lucy:

Lucy Mor­ris (Flat­man) i Lucy Keeling.

Napi­sa­łam Lou dla nas w 2020 roku…

Rozdział 1

Niech go szlag. Phil wygry­wał tę potyczkę. Patrzył na nią z pobła­ża­niem a w jego oczach malo­wało się cie­pło, nie­mal czu­łość. Lou prze­gry­wała. Zaci­skała szczękę tak mocno, że poczuła się jak nabur­mu­szony dzie­ciak z apa­ra­tem na zębach. Wygła­dziła dło­nią po dopa­so­waną spód­nicę. Kon­fron­ta­cja z nim w służ­bo­wym stroju miała utwier­dzić ją w prze­ko­na­niu, że stać ją na doro­słe podej­ście. A tym­cza­sem naj­chęt­niej ucie­kłaby do domu i prze­brała się w dres, jak robiła to zwy­kle po pracy.

– Ma jede­na­ście lat, Lou. To jej ostat­nie waka­cje przed nową szkołą. Nie możesz tro­chę odpu­ścić?

Mało tego – był gło­sem roz­sądku. Phil ni­gdy nie pod­no­sił głosu, bo nie musiał. Był z tych męż­czyzn, któ­rzy coś mówią – i sprawa jest zała­twiona. Do tego wciąż był przy­stojny – nawet teraz, w wieku czter­dzie­stu czte­rech lat – więc ni­gdy nie był sin­glem zbyt długo. Nie mogła winić kobiety, która została jego dziew­czyną zale­d­wie kilka mie­sięcy po ich roz­sta­niu… choć wła­ści­wie mogła. I zamie­rzała. To chyba prawo nie­mal już byłej żony, prawda?

– Jedyne, czego pra­gnie Edie, to muzyka. Eli­tarne kore­pe­ty­cje i próby orkie­stry są dla niej rajem. Do niczego jej nie zmu­szam.

Kącik jego ust drgnął.

– A kilka tygo­dni we wło­skim słońcu to dla cie­bie wizja miłych, dar­mo­wych waka­cji?

Pierw­sze tra­fie­nie. Byłaby nawet zado­wo­lona, gdyby zacho­wy­wał się jak nie­doj­rzały były mąż, tyle że on po mistrzow­sku potra­fił ude­rzać w jej nad­wraż­liwy punkt: głę­boko zako­rze­nione poczu­cie niskiej war­to­ści.

– To nie są dla mnie waka­cje. Jadę jako opie­kunka i sama za wszystko płacę. Zgło­si­łam się tylko dla­tego, że Edie jest jedną z naj­młod­szych uczest­ni­czek. Więk­szość rodzi­ców cie­szy się na trzy tygo­dnie wol­nego od dzieci przed kon­kur­sem.

– Zawsze możesz wysłać ją do nas. Wiesz o tym. Nie musisz robić z sie­bie męczen­nicy.

Lou zakrztu­siła się jego współ­czu­ciem, życząc mu tego samego. Wzięła głę­boki oddech. Powinna już była pogo­dzić się z tym, że Phil ni­gdy się nie zmieni – przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o nią.

– Możemy wró­cić do sedna? Edie chce jechać, a to wyjąt­kowa oka­zja. Ten festi­wal mło­dzie­żowy odbywa się tylko co cztery lata. Zagra w orkie­strze pod batutą pro­fe­sjo­nal­nego dyry­genta i weź­mie udział w kon­kur­sie.

Phil uniósł rękę.

– Prze­czy­ta­łem infor­ma­cje, które mi wysła­łaś. Na­dal jed­nak nie rozu­miem, dla­czego nasza jede­na­sto­latka musi brać udział w bar­dzo dro­gim kon­kur­sie. Już i tak posta­wi­łaś mnie pod ścianą przy wybo­rze szkoły. Powie­dział­bym, że w tej chwili twój kre­dyt zaufa­nia u mnie jest na wyczer­pa­niu.

Lou cof­nęła się, jakby ją ude­rzył. Potrze­bo­wała „kre­dytu”, żeby Phil w ogóle roz­wa­żył jej zda­nie w spra­wie ich córki? Jak była żona ma niby na taki kre­dyt zapra­co­wać? Nie dość, że musiała z kamien­nym spo­ko­jem igno­ro­wać codzienne trud­no­ści samot­nego wycho­wy­wa­nia dziecka, to jesz­cze powinna „zarzą­dzać” Phi­lem, żeby razem podej­mo­wali naj­lep­sze decy­zje dla Edie. Boże, jakie to było przy­gnę­bia­jące.

Phil patrzył na nią z nie­na­ganną fry­zurą i cie­płymi oczami, w któ­rych drobne zmarszczki doda­wały mu uroku – u niej nazwano by je kurzymi łap­kami. Nic dziw­nego, że rzu­ciła się na niego dwa­na­ście lat temu, kiedy była młodą, naiwną absol­wentką z mar­nym roze­zna­niem w świe­cie – i jesz­cze gor­szym podej­ściem do anty­kon­cep­cji. Znacz­nie trud­niej­sze było to, jak ma sobie z nim radzić teraz.

– Wiesz, jak bar­dzo kocha grać na skrzyp­cach.

– Wiem. Nie­wiele poza tym robi.

U Phila Edie ćwi­czyła szcze­gól­nie pil­nie – bo ozna­czało to mniej czasu spę­dzo­nego z jego prze­sad­nie miłą part­nerką.

– Na­dal nie jestem prze­ko­nany, czy powin­ni­śmy wspie­rać tę jej obse­sję.

– W takim razie ucie­szy cię wia­do­mość, że pro­gram obozu to uwzględ­nia. Ow­szem, mają codzienne próby, ale jest też czas na zaję­cia na świe­żym powie­trzu i warsz­taty budo­wa­nia wła­snej war­to­ści. Chyba oboje się zgo­dzimy, że dobrze by było, gdyby Edie nabrała pew­no­ści sie­bie także poza muzyką.

Led­wie dostrze­galny błysk w jego oczach zdra­dzał, że czuje pre­sję. Ale Phil ni­gdy się nie cofał. Zamiast tego spo­koj­nie prze­szedł do kontr­ataku.

– Czyli pla­nu­jesz zmu­sić Edie do wspi­naczki na linach, pod­czas gdy sama będziesz sie­dzieć w słońcu w Sir­mione, popi­ja­jąc Ape­rol Spritz?

Lou z tru­dem prze­łknęła odru­chową, obronną odpo­wiedź. Musiała spra­wić, żeby Phil myślał, że decy­zja należy do niego – a jed­no­cze­śnie dopro­wa­dzić go do punktu, z któ­rego nie będzie mógł się wyco­fać. Jeśli trzeba, zma­ni­pu­luje go, żeby się zgo­dził.

Dla­czego nie wpa­dła na to jesz­cze wtedy, gdy byli mał­żeń­stwem?

– Widzisz, to nie będą dla mnie waka­cje. Muszę poma­gać przy nad­zo­rze w parku lino­wym, czym­kol­wiek to w prak­tyce jest.

W jego spoj­rze­niu coś drgnęło.

– Nie jestem pewien, czy dzieci będą bez­pieczne pod twoją opieką.

Ona też nie była, ale miała wra­że­nie, że to aku­rat nie ma więk­szego zna­cze­nia.

– Wyjazd orga­ni­zuje nauczy­ciel muzyki ze szkoły. Przy­jadą dzieci z całej Wiel­kiej Bry­ta­nii i nie będę jedyną opie­kunką.

– Zda­jesz sobie sprawę, że miała spę­dzić tydzień waka­cji z nami.

– Dla­tego pytam z pię­cio­mie­sięcz­nym wyprze­dze­niem. Tak naprawdę chcia­łaby, żebyś przy­je­chał na kon­kurs do Medio­lanu po obo­zie.

Ugry­zła się w język, zanim dodała coś zło­śli­wego w rodzaju: skoro od naszego roz­sta­nia nie poja­wi­łeś się na żad­nym jej kon­cer­cie.

– Jeśli to nie­moż­liwe, to zostaje tydzień waka­cji przed albo po. Nie pró­buję ci jej zabie­rać.

Phil wes­tchnął, a ona w duchu prze­wró­ciła oczami. Zaraz miał zaser­wo­wać jej solidną por­cję poczu­cia winy i cisnąć nią pro­sto w nią, choć pew­nie potem i tak wyrazi zgodę. To wes­tchnie­nie było wystar­cza­jącą zapo­wie­dzią.

– Lou, powiedz mi szcze­rze… nie naci­skasz na nią przez wła­sne pro­blemy?

Lou znie­ru­cho­miała. Uprze­dze­nie nie pomo­gło. Tra­fił dokład­nie tam, gdzie wie­dział, że zaboli.

– Jakie pro­blemy?

– No cóż… nie jesteś szcze­gól­nie muzy­kalna…

– Wiem. Na­dal nie mam poję­cia, skąd Edie wzięła swój talent, ale poko­chała muzykę, odkąd w pierw­szej kla­sie dostała flet. To nie ma nic wspól­nego ze mną.

– Zga­dzam się, że muzyka to dobre zaję­cie, zwłasz­cza że ma w sobie tyle samo zapału do sportu, co ty. Ale dzieci w jej wieku bawią się z rówie­śni­kami. Nie chcę, żeby stra­ciła dzie­ciń­stwo tylko dla­tego, że boisz się, iż wyro­śnie na kogoś takiego jak ty, zwy­czaj­nego i bez talentu.

Lou zachwiała się lekko. Bóg jeden wie­dział, że miał rację – ale to nie dawało mu prawa mówić tego na głos.

– Nie naci­skam na nią.

Czy naprawdę nie? Nie­na­wi­dziła tego, jak Phil – ema­nu­jący tą swoją męską pew­no­ścią sie­bie – potra­fił zasiać w niej wąt­pli­wość i zmie­szać ją z bło­tem, nawet jeśli wcale nie miał takiego zamiaru.

Znał ją lepiej niż kto­kol­wiek inny – i ta myśl była nie­mal nie do znie­sie­nia. Wie­dział, że ma tę pracę tylko dla­tego, że pocią­gnął za odpo­wied­nie sznurki w sta­cji tele­wi­zyj­nej, kiedy była gotowa wró­cić do pracy po roz­po­czę­ciu przez Edie przed­szkola. Wie­dział też, co inni pro­du­cenci mówili o niej za jej ple­cami, kiedy ze względu na nie­pełny etat nie było jej w redak­cji. Wie­dział, że pod maską pro­fe­sjo­na­li­zmu chowa się kobieta pełna wąt­pli­wo­ści, czy rze­czy­wi­ście powinna z taką pew­no­ścią sie­bie pre­zen­to­wać fakty przed wie­rzą­cymi w jej słowa widzami.

Skrzy­żo­wał ramiona i przyj­rzał się jej uważ­nie. Pró­bo­wała wzbu­dzić w sobie obu­rze­nie na jego pro­tek­cjo­nalną wyż­szość, lecz w gar­dle dła­wiły ją wąt­pli­wo­ści i żal.

– Dobrze – powie­dział nagle.

– Co?

– Powie­dzia­łem: dobrze. Wygra­łaś. Może jechać na ten obóz. Nie obie­cuję, że ja i Winny przy­je­dziemy na kon­kurs, ale spró­bu­jemy.

Wygra­łaś… Jasne. Ale Edie będzie zachwy­cona. Uwiel­biała swo­jego nauczy­ciela i, kiedy Lou powie­działa jej, że będzie musiała popro­sić Phila o pokry­cie kosz­tów, bar­dzo się mar­twiła, że się nie zgo­dzi.

– Świet­nie – odparła z wymu­szo­nym uśmie­chem. – Dam znać nauczy­cie­lowi i ode­zwę się, kiedy będzie trzeba wpła­cić pierw­szą ratę. Pod­pi­szesz zgodę?

Zaczęła grze­bać w torebce i wycią­gnęła pognie­cioną kartkę. Rok wcze­śniej nie przy­szłoby jej do głowy, ile doku­men­tów wymaga pod­pi­sów obojga rodzi­ców – ani ile bólu może kosz­to­wać zdo­by­cie jed­nego pod­pisu.

Phil oparł się o biurko i zama­szy­ście pod­pi­sał for­mu­larz, po czym oddał jej go z uśmie­chem, który kie­dyś nazy­wała „cza­ru­ją­cym”.

– Wła­ści­wie, skoro już tu jesteś, możemy odha­czyć jesz­cze jedną rzecz z listy.

Jego głos był łagodny i uprzejmy – jak zawsze – dla­tego nie była przy­go­to­wana na to, co nastą­piło, gdy wycią­gnął z szu­flady biurka ofi­cjal­nie wyglą­da­jącą kopertę.

– Zobacz, co przy­szło dziś rano. Oszczę­dzi mi to wysy­ła­nia tego do two­jego praw­nika. Zatwier­dze­nie przez sąd to pew­nie tylko for­mal­ność. Skła­dasz wnio­sek o orze­cze­nie roz­wodu, czy mam to zro­bić ja?

Wzięła doku­ment drżą­cymi pal­cami, czu­jąc, jak wszystko się w niej spina.

Tak bar­dzo się spie­szę, żeby się z tobą roz­wieść, że mogę zała­twić tę całą paskudną papie­ro­lo­gię, jeśli chcesz. Skoro jesteś taka zwy­czajna i bez talentu, a ja jestem w siód­mym nie­bie ze szczu­płą Winny, to może od razu podejmę kroki, żeby się od cie­bie uwol­nić – razem z córką, któ­rej ni­gdy nie chcia­łem, ale którą teraz będę łaska­wie współ­wy­cho­wy­wał, dzię­kuję bar­dzo?

Lou skrzy­wiła się lekko. Zbyt dobrze potra­fiła odtwa­rzać w gło­wie jego gładki, raniący ton.

– Ja się tym zajmę.

Uniósł brew.

– Na pewno? Tak długo zajęło ci skon­tak­to­wa­nie się z praw­ni­kiem w spra­wie ugody. Mogę zająć się resztą.

Poczuła, jak policzki oble­wają się rumień­cem. Musiał myśleć, że zwleka z fina­li­za­cją roz­wodu. Sama nie była pewna, dla­czego tak ocią­gała się z usta­le­niami finan­so­wymi. Gdy prze­brnęła przez upo­ko­rze­nie, jakim było okre­śle­nie rela­cji z Winny mia­nem „zdrady mał­żeń­skiej” w pozwie roz­wo­do­wym, czuła, że wyczer­pała już limit wytrzy­ma­ło­ści na tę całą potworną bata­lię. No i co z tego, że on poczuł się wolny od chwili ich roz­sta­nia i zna­lazł sobie dziew­czynę w ciągu kilku mie­sięcy? Powinna się raczej cie­szyć, że dzięki temu nie musieli cze­kać peł­nych dwóch lat, żeby roz­wieść się z powodu sepa­ra­cji.

– Dobrze – powie­działa. – Dam ci znać, kiedy sąd zatwier­dzi ugodę, i wtedy możesz zło­żyć wnio­sek.

– Świet­nie. Cie­szę się, że mamy to zała­twione.

No pew­nie, że się cie­szysz.

Pochy­lił się, żeby poca­ło­wać ją w poli­czek na poże­gna­nie, a ona zmu­siła się, by się nie cof­nąć. Czy naprawdę tak mało go to obcho­dziło, że potra­fił tak po pro­stu ją poca­ło­wać – po roz­pa­dzie nie­mal dwu­na­sto­let­niego mał­żeń­stwa?

Ruszyła w stronę drzwi, uwa­ża­jąc, żeby w szpil­kach poru­szać się powoli i pew­nie. Przy samym wyj­ściu przy­po­mniała sobie, że to jesz­cze nie koniec.

– Masz w kalen­da­rzu wio­senny kon­cert Edie?

– Tak, oczy­wi­ście.

– Kupi­łam już bilety.

– Trzeba kupo­wać bilety?

– Tak, to na rzecz rady rodzi­ców. Chcą kupić nowy sprzęt spor­towy.

– Na­dal jesteś w komi­te­cie?

Zaci­snęła usta. Jak wyobra­żał sobie, że mia­łaby cho­dzić na zebra­nia, skoro co wie­czór musi być w domu z Edie?

– Nie – zawa­hała się chwilę. – Kon­cert jest w teatrze przy liceum.

– Tak, pamię­tam.

Miał świa­do­mość, że nie było go na jej dwóch poprzed­nich wystę­pach, lecz nie dał jej dojść do słowa, by nie mogła mu tego wytknąć.

– To do zoba­cze­nia.

Wyszła, zanim któ­re­kol­wiek z nich zdą­żyło poru­szyć kolejny z wielu tema­tów, o któ­rych wciąż nie wolno było wspo­mi­nać. Miała go zoba­czyć tuż przed Wiel­ka­nocą – jako zwy­czajna, pozba­wiona talentu kobieta, już po ofi­cjal­nym roz­wo­dzie.

* * *

Zmysł orga­ni­za­cyjny Lou, który i tak ni­gdy nie był jej mocną stroną, zawiódł cał­ko­wi­cie w chwili, gdy tylko zajęła miej­sce za kie­row­nicą. Tego ranka przy­je­chała do pracy autem – i zapła­ciła hor­ren­dalną kwotę za par­king – żeby mieć czas spo­tkać się z Phi­lem w jego biu­rze, a potem wró­cić po Edie do szkoły.

Umó­wiła się – bo naj­wy­raź­niej trzeba się uma­wiać, żeby zoba­czyć ojca wła­snego dziecka – na czwar­tek, ponie­waż Edie miała próby chóru do czwar­tej, co dawało Lou wię­cej czasu na powrót. Plan był pro­sty: zało­żyć maskę pre­zen­terki wia­do­mo­ści, przez pół godziny uda­wać, że wie, co dzieje się na świe­cie, w trak­cie połu­dnio­wego ser­wisu, któ­rego i tak nikt nie oglą­dał, potem poje­chać do biura Phila i wyjść stam­tąd pew­nym, zwy­cię­skim kro­kiem. Może wła­śnie tu popeł­niła błąd. Lou nawet w naj­lep­sze dni nie potra­fiła cho­dzić pew­nie w szpil­kach, a to zde­cy­do­wa­nie nie był jeden z tych dni.

Kiedy w końcu prze­brnęła przez to spo­tka­nie, oka­zało się, że jakimś cudem ucie­kło jej pół godziny. Sie­działa za kie­row­nicą swo­jego małego samo­chodu, uwię­ziona mię­dzy doku­men­tem ozna­cza­ją­cym koniec ich mał­żeń­stwa a sło­wami „zwy­czajna” i „bez talentu”. Domy­ślała się, że wypła­kała z sie­bie połowę zapa­sów wody i soli; jej twarz pło­nęła, a oczy wciąż były mokre, kiedy wresz­cie wyrwała się z odrę­twie­nia, zaklęła pod nosem i gwał­tow­nie wrzu­ciła bieg.

Jak Phil śmiał zarzu­cać jej, że naci­ska na Edie przez wła­sne kom­pleksy? To on zwią­zał się z jakąś cho­lerną balet­nicą. Jakie dzie­ciń­stwo miała ta święta Winny? Naj­wy­raź­niej Phil uznał, że jej poświę­ce­nie dla sztuki były tego warte, skoro była o tyle bar­dziej pożą­dana niż jego była żona „bez talentu”. Co on wła­ści­wie chciał prze­ka­zać swo­jej córce?

Lou daleko było do dosko­na­ło­ści, ale przy­naj­mniej wie­działa, co jest w życiu ważne – mimo że w tej chwili zawo­dziła wła­śnie tam, gdzie zale­żało jej naj­bar­dziej. Zatrzy­mała się pod szkołą dzie­sięć minut po czwar­tej, z ulgą zauwa­ża­jąc, że nie ma już innych rodzi­ców, któ­rzy mogliby ją zoba­czyć w stroju poważ­nej dzien­ni­karki, którą uda­wała przez dwa­dzie­ścia godzin tygo­dniowo. Jedna z nauczy­cie­lek wła­śnie wycho­dziła, więc Lou prze­mknęła za nią przez bramkę, wdzięczna, że omi­nie ją dodat­kowe upo­ko­rze­nie w postaci dzwo­nie­nia do pokoju nauczy­ciel­skiego, żeby ktoś ją wpu­ścił.

Pobie­gła rampą do sali muzycz­nej – tej czę­ści szkoły, którą znała naj­le­piej – i wpa­dła do środka.

– Prze­pra­szam, że się spóź­ni­łam!

Uśmiech Edie – cie­pły, ale lekko zakło­po­tany – ści­snął Lou żołą­dek dziwną mie­szanką ulgi, dumy i nie­po­koju. Dziew­czynka sie­działa na stołku przy pia­ni­nie, macha­jąc nogami i ści­ska­jąc nuty chóru. Lou wycią­gnęła rękę, a Edie natych­miast pod­bie­gła i wtu­liła się w jej bok – przy­wra­ca­jąc jej świat do porządku. To był cud, któ­rym Lou ni­gdy nie prze­stała się zachwy­cać.

Dopiero wtedy mogła wziąć głę­boki oddech i sta­wić czoła muzyce… a kon­kret­nie nauczy­cie­lowi muzyki. Przy­kle­iła do twa­rzy uśmiech. Patrzył na nią, co samo w sobie było dziwne. Pan Romano zwy­kle obda­rzał rodzi­ców swo­ich uczniów uprzej­mym, zdy­stan­so­wa­nym uśmie­chem i w sub­telny spo­sób uci­nał dal­szą roz­mowę. Ale tego popo­łu­dnia, kiedy patrzył na nią zza czar­nych opra­wek, a jego dłoń powę­dro­wała do krę­co­nych, czar­nych wło­sów, Lou nie­zręcz­nie przy­po­mniała sobie, że wśród bar­dziej roz­ga­da­nych mam ucho­dził za „naj­przy­stoj­niej­szego nauczy­ciela”.

– Eee… pro­szę się nie mar­twić. Edie poma­gała mi upo­rząd­ko­wać nuty na przy­szły tydzień.

To miało ją uspo­koić, ale wciąż patrzył na nią tak, jakby coś było nie w porządku. Czy nagle zaczęła bić od niej łuna z napi­sem „prze­grana”, którą mógł dostrzec każdy, a nie tylko Phil?

Rany, miał takie ładne oczy – w kolo­rze osiem­dzie­się­cio­pro­cen­to­wej gorz­kiej cze­ko­lady, obra­mo­wane gęstymi, czar­nymi rzę­sami. Ale Lou była raczej typem dziew­czyny lubią­cej mleczną cze­ko­ladę Cad­bury. Pan Romano ze swo­imi sty­lo­wymi czar­nymi oku­la­rami, sze­ro­kimi ramio­nami i szla­chet­nym, cze­ko­la­do­wym spoj­rze­niem wyda­wał się zbyt wyra­fi­no­wany nawet dla jej nie­przy­zwo­itych myśli.

Dla­czego więc na­dal się na nią patrzył?

– Następ­nym razem będę punk­tu­al­nie – mruk­nęła, odwra­ca­jąc wzrok.

– Naprawdę nic się nie stało. Wszy­scy mamy… życie.

Spoj­rzała na niego i zoba­czyła, że patrzy na jej buty. Uśmiech­nęła się z ulgą. Zwy­kle nie odbie­rała Edie w stroju do pracy. Fakt, że porzu­ciła swój codzienny strój, zło­żony z luź­nych dre­sów i sne­aker­sów, z pew­no­ścią wpra­wił go w zdzi­wie­nie.

Wypro­sto­wała się i unio­sła stopę, poka­zu­jąc lakie­ro­waną szpilkę.

– Ładne, co? Nie wiem tylko, czy robią takie w pana roz­mia­rze.

Jego spoj­rze­nie natych­miast wró­ciło do jej twa­rzy, a w oczach poja­wiło się coś na kształt zakło­po­ta­nia. To uczu­cie szybko udzie­liło się i jej. W duchu skar­ciła się za jedną rzecz, w któ­rej naprawdę była dobra: robie­nie kiep­skich żar­tów w naj­gor­szym momen­cie.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łam suge­ro­wać… cho­ciaż to nic złego, jeśli pan… Pew­nie wyglą­dałby pan dobrze…

Ugry­zła się w język.

Prze­łknął ślinę, a ona zauwa­żyła ruch jego jabłka Adama.

– W prze­bra­niu? – dokoń­czył z nie­do­wie­rza­niem.

Zamru­gała. Edie patrzyła na nich oboje z nie­po­ko­jem. Czy go obra­ziła? Jaka roz­wie­dziona matka roz­ma­wia w ten spo­sób z przy­stoj­nym nauczy­cie­lem? Zwy­czajna, bez talentu. Już miała zacząć prze­pra­szać, kiedy na jego twa­rzy poja­wił się lekko zdez­o­rien­to­wany uśmiech. Wzru­szył ramio­nami i par­sk­nął krót­kim śmie­chem. Naj­wy­raź­niej był zbyt uprzejmy, żeby się obra­zić.

– Pro­szę to potrak­to­wać jako kom­ple­ment – mruk­nęła, a on znów się roze­śmiał.

Wpa­try­wał się w nią, pocie­ra­jąc czoło wierz­chem dłoni i mierz­wiąc przy tym ciemne, krę­cone włosy, które były zbyt dłu­gie, by paso­wać do jego schlud­nego stroju. Ukłon w stronę mody? Czy pan Romano był modny? Zapewne tak. Wyglą­dał, jakby chciał coś powie­dzieć, ale Lou miała już dość przej­mo­wa­nia się tym, co myślą o niej męż­czyźni – i na pewno nie zamie­rzała tłu­ma­czyć, dla­czego jest ubrana jak do pracy. Prze­rzu­ciła torebkę na przód i zaczęła w niej grze­bać.

– Mam dla pana zgodę.

Odgar­nęła włosy z twa­rzy i podała mu kartkę. Edie aż pod­sko­czyła z eks­cy­ta­cji.

– Tata się zgo­dził?

Potak­nęła i rzu­ciła okiem na pana Romano; choć na jego ustach błą­kał się uśmiech, wciąż lustro­wał jej twarz w ten depry­mu­jący spo­sób, jakby miał wgląd we wszyst­kie jej nie­do­sko­na­ło­ści.

Edie objęła ją mocno.

– Dzięki, mamo. Wie­dzia­łam, że go prze­ko­nasz.

Pan Romano szybko odwró­cił wzrok, co tylko zwięk­szyło jej zakło­po­ta­nie. Może to nie była jego sprawa, ale prawda była taka, że musiała nie­mal bła­gać swo­jego byłego męża o zgodę.

– Chodź, Edie.

Popro­wa­dziła córkę do drzwi.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam za spóź­nie­nie.

Ski­nął głową i uniósł rękę.

– Eee… pani Saun­ders?

Lou znie­ru­cho­miała i odwró­ciła się gwał­tow­nie.

– To zna­czy… pani…

Lou spoj­rzała w sufit, szu­ka­jąc resz­tek god­no­ści.

– O Boże, prze­pra­szam – mruk­nął.

Przy­gry­zła wargę, nie­pewna, czy powinna się roze­śmiać, czy roz­pła­kać.

– Chyba lepiej, żeby mówił mi pan Louise.

Pochy­lił głowę z tym samym co wcze­śniej, lekko skon­ster­no­wa­nym uśmie­chem. Jego usta dzia­łały na nią wyjąt­kowo roz­pra­sza­jąco. Co się z nią dzi­siaj działo? Pan Romano był pew­nie młod­szy od niej – a to był dopiero począ­tek listy powo­dów, dla któ­rych był zde­cy­do­wa­nie poza jej zasię­giem.

– Na­dal jest pani zain­te­re­so­wana wyjaz­dem jako opie­kunka?

Lou zaru­mie­niła się aż po nasadę wło­sów, modląc się, żeby tego nie zauwa­żył – albo przy­naj­mniej nie domy­ślił się, dokąd odpły­nęły jej myśli.

– Tak? – odpo­wie­działa zbyt wyso­kim gło­sem.

Zawa­hał się.

– Dobrze – ode­zwał się w końcu. – Ja… yyy… popro­szono mnie o uło­że­nie gra­fiku, ponie­waż… no, mniej­sza z tym, po pro­stu tak wyszło. Przy­da­łaby mi się pomoc przy pro­gra­mie dodat­ko­wym.

Znowu potarł czoło i popra­wił oku­lary. Myśli Lou natych­miast wró­ciły do zło­śli­wej uwagi Phila o tra­sie lino­wej, co ukłuło ją bole­śnie. Uśmiech­nęła się sze­roko.

– Jasne. Chęt­nie pomogę.

– Świet­nie, dzięki.

Wyglą­dał na, jakby mu ulżyło i dopiero po chwili przy­szło jej do głowy, co on wła­ści­wie myśli o tej całej czę­ści spor­to­wej.

– Żaden pro­blem. Pro­szę tylko powie­dzieć, co mogę zro­bić.

– Powiem. Mamy jesz­cze tro­chę czasu. Cie­szę się, że Edie może jechać.

Lou uśmiech­nęła się.

– Nie tak bar­dzo jak Edie – odparła, tuląc córkę do boku. Następ­nie obie ruszyły w stronę wyj­ścia.

– Do widze­nia, panie Romano!

– Do zoba­cze­nia jutro, Edie.

Bli­skość córki spra­wiła, że Lou prze­stała czuć się dziw­nie. Ode­tchnęła z ulgą, gdy obie zapięły pasy, a ona prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce.

– Mamo, co ci się stało z maki­ja­żem?

Rzu­ciła Edie spoj­rze­nie.

– Zosta­łam dłu­żej w pracy, żeby poroz­ma­wiać z twoim tatą.

Wzrok dziew­czynki zła­god­niał i wypeł­nił się czymś w rodzaju współ­czu­cia. Lou posłała jej pyta­jące spoj­rze­nie.

– Nie o to cho­dzi. Masz roz­ma­zany tusz.

Lou znie­ru­cho­miała, opu­ściła lusterko i aż wes­tchnęła, widząc roz­ma­zaną czerń pod oczami i kilka śla­dów roz­wod­nio­nego tuszu na policzku – wyraźny dowód, że pła­kała. Jęk­nęła. Serce jej zamarło, kiedy wresz­cie zro­zu­miała prawdę. Nad jej głową nie świe­cił żaden neon z napi­sem „prze­grana”, ale efekt był wła­ści­wie ten sam.

Rozdział 2

– Na zdro­wie! Za twoją wol­ność! – Zoe unio­sła kie­li­szek.

Ramię Lou było jak z waty, kiedy pod­no­siła swój. Wymu­siła uśmiech i upiła łyk pro­secco. Za dużo bąbel­ków. Tani gin z toni­kiem lepiej paso­wał do jej nastroju, ale przy­ja­ciółki tyle się natru­dziły, żeby wycią­gnąć ją do pubu, że nie zamie­rzała zmar­no­wać alko­holu. Nie tyle sączyła wino z ele­gan­cją, co raczej łap­czy­wie je pochła­niała.

– To jesz­cze nie koniec całej pro­ce­dury – zauwa­żyła. Ale przed nią i tak roz­cią­gała się nowa, nie­zbyt przy­jemna rze­czy­wi­stość.

– Ten etap też można świę­to­wać. Zgo­dził się dać ci pie­nią­dze. Czas na imprezę! – Tina znów unio­sła kie­li­szek i pocią­gnęła długi łyk.

– Pie­nią­dze to nie jest naj­gor­sza część – stwier­dziła Lou. – Albo ina­czej: nie naj-naj-gor-sza – popra­wiła się z gry­ma­sem na twa­rzy.

Nie kłó­cili się o finanse, ale choć Phil był cenio­nym pro­du­cen­tem tele­wi­zyj­nym, w lon­dyń­skich realiach nie był bogaty. A kiedy „nie­bo­gaty” podzie­lić przez dwa gospo­dar­stwa domowe i dorzu­cić do tego jej pracę na pół etatu, to nijak nie dawało się zło­żyć w ich dawny styl życia. Miała szczę­ście, że zna­la­zła tę maleńką wynaj­mo­waną klitkę w East Dul­wich. Edie opo­wia­dała jej o nowym miesz­ka­niu Phila – z otwartą na salon kuch­nią i wido­kiem na West­min­ster – ale on zdą­żył wziąć kre­dyt jesz­cze przed zakoń­cze­niem sprawy roz­wo­do­wej, a do tego nie musiał odwo­zić dziecka do szkoły, więc oczy­wi­ście jemu było łatwiej.

Sarah-Jane ści­snęła jej dłoń.

– Nie jest ci smutno z powodu roz­wodu?

– Nie! – zaprze­czyła natych­miast, gwał­tow­nie krę­cąc głową. Ale czuła smu­tek. Nie z powodu Phila, krzy­żyk na drogę, ale przez… coś innego. – Phil oskar­żył mnie o to, że chcę odwlec roz­wód.

– On bre­dzi. Nie słu­chaj go – stwier­dziła Tina.

Lou chcia­łaby, żeby to było takie pro­ste.

– Ale ma rację.

Przez chwilę nikt się nie ode­zwał.

– Cho­dzi o jego dziew­czynę? – zapy­tała w końcu Zoe.

Lou pokrę­ciła głową.

– Pasują do sie­bie. I nie chcę do niego wra­cać.

– To dla­czego nie chcesz się z nim roz­wieść?

– Chcę – zapro­te­sto­wała słabo. – Wiem. To bez sensu. To tak, jak­bym nie chciała już nosić jego nazwi­ska, ale kiedy je zmie­nię, to jakby dwa­na­ście lat znik­nęło, a do tego córka z innym nazwi­skiem. Nie chcę być z Phi­lem. Ale nie chcę też być roz­wie­dziona z Phi­lem. Nie chcę być „byłą”. Nie chcę za każ­dym razem pro­sić go o zgodę na decy­zje doty­czące mojego życia i życia Edie! Musia­łam wysłu­chać tyle bzdur, żeby zgo­dził się na ten obóz muzyczny.

Znów zapa­dła cisza.

– Phil to palant – mruk­nęła Tina.

– Powie­dział mi, że nie mam talentu – wyrzu­ciła z sie­bie Lou. – Że naci­skam na Edie przez wła­sne braki.

– To nie­prawda, kocha­nie – zapew­niła ją Sarah-Jane.

Ta szczera lojal­ność spra­wiła, że Lou uśmiech­nęła się krzywo.

– Naprawdę? A jaki ja mam talent?

– Jesteś świetną pre­zen­terką – powie­działa od razu Zoe. – Oglą­dam cię codzien­nie.

– Dzięki – odparła słabo Lou – ale tę pracę mam tylko dla­tego, że Phil pocią­gnął za sznurki w sta­cji, a utrzy­ma­łam ją wyłącz­nie dla­tego, że to tak okro­jone sta­no­wi­sko, że nikt inny go nie chce. Poza tym to nie jestem ja. Nie znam się na świe­cie i głu­potą było myśleć, że mogę być dzien­ni­karką. Wszy­scy w redak­cji to wie­dzą, dla­tego dostaję albo lek­kie tematy, albo sam rese­arch.

– Wcale tak nie myślisz – zapew­niła Sarah-Jane.

Lou wzru­szyła ramio­nami i upiła kolejny duży łyk.

– A czemu nie?

– Zbyt­nio przej­mu­jesz się Phi­lem – zauwa­żyła Tina.

– To żadna nowość – odparła sucho.

– Bra­kuje ci jedy­nie wiary we wła­sne siły – pod­su­nęła jej życz­li­wie Zoe.

– To coś jak suple­ment diety?

Tina par­sk­nęła śmie­chem.

– Widzisz? Jesteś zabawna. To też talent.

– Nikt mnie nie zaprosi do „Live at the Apollo” – oznaj­miła Lou, zaci­ska­jąc usta. – Jestem zwy­czajna. Phil też tak uważa.

– Nie jesteś zwy­czajna. Jesteś naszą boha­terką! – oznaj­miła Tina z uśmie­chem. – Kró­lową igno­ro­wa­nia mody.

– Dzięki… chyba – mruk­nęła Lou.

– Mówię poważ­nie – cią­gnęła Tina. – Gdyby nie ty, wszyst­kie myśla­ły­by­śmy, że trzeba się stroić na odpro­wa­dza­nie dzieci do szkoły.

– Nie przy­pi­sy­wa­ła­bym sobie aż takich zasług.

Zoe uśmiech­nęła się.

– Coś w tym jest. I tak ni­gdy bym się porząd­nie nie ubrała. Mię­dzy mężem a czwórką małych roz­ra­bia­ków w moim domu rano jest wystar­cza­jąco dużo prze­kleństw, bez dokła­da­nia do tego walki z tuszem do rzęs. Ale miło wie­dzieć, że nie jestem sama.

Lou prze­łknęła ślinę – samo wspo­mnie­nie tuszu natych­miast prze­nio­sło ją do wcze­śniej­szej czę­ści dnia.

– I to jest kolejna sprawa. Ni­gdy nie wiem, kiedy prze­stać mówić. Powie­dzia­łam panu Romano, że dobrze by wyglą­dał w dam­skich ciu­chach.

– Co zro­bi­łaś?!

Lou nie była pewna, czy kie­dy­kol­wiek sły­szała Tinę tak gło­śno.

– To długa histo­ria.

Zoe zano­siła się śmie­chem, zakry­wa­jąc usta dło­nią, a jej kie­li­szek pro­secco nie­bez­piecz­nie się prze­chy­lał.

– Wiesz co, pew­nie by tak było. Ten facet wygląda dobrze we wszyst­kim.

Tina zachi­cho­tała.

– Tak! Sukienka z lat pięć­dzie­sią­tych i jedwabna apaszka zawią­zana na szyi… ide­al­nie.

– I żad­nych sztucz­nych piersi, tylko jego wła­sna klatka wysta­jąca z dekoltu. O mój Boże!

– Dziew­czyny, lito­ści! – jęk­nęła Lou. – I bez tych wizji wystar­cza­jąco trudno będzie mi patrzeć mu w oczy przez resztę roku!

– To ty spra­wi­łaś, że zro­biło się tak nie­zręcz­nie z tym przy­stoj­nym nauczy­cie­lem – dro­czyła się Tina.

– To nauczy­ciel naszych dzieci – wes­tchnęła Lou, szu­ka­jąc wspar­cia u Sarah-Jane, ale ta ledwo powstrzy­my­wała śmiech.

– A to nie zna­czy, że nie możemy od czasu do czasu go sobie pooglą­dać – rze­kła Zoe. – A co on wła­ści­wie powie­dział, kiedy stwier­dzi­łaś, że dobrze by wyglą­dał w takim wyda­niu?

Tina znów zachi­cho­tała.

Lou wes­tchnęła ciężko.

– Po pro­stu się uśmiech­nął. Wyszłam pro­sto od Phila. Myśla­łam, że dziwi się, widząc mnie w stroju do pracy, ale nie zauwa­ży­łam, że mam roz­ma­zany tusz i wyglą­dam jak żało­sny szop!

– Założę się, że lubi sek­sowne szopy – zaśmiała się Tina. – Ten to pew­nie ma swoje sekrety.

– Jeśli ma, to na pewno nie doty­czą mnie – powie­działa Lou, marsz­cząc brwi i mając nadzieję, że wygląda sta­now­czo, a nie żało­śnie.

– Ale chcia­ła­byś, żeby doty­czyły, prawda, kocha­nie? – mruk­nęła Tina z prze­sad­nie zmy­sło­wym tonem.

Lou się zaru­mie­niła, ale spró­bo­wała zacho­wać spo­kój. Prze­cież żar­to­wały, prawda? Doku­czały jej, bo nic takiego i tak ni­gdy by się nie wyda­rzyło. Nie potra­fiła spoj­rzeć na pana Romano jak na kogo­kol­wiek innego niż nauczy­ciela – prawda?

Wzięła głę­boki oddech.

– Nie szu­kam młod­szego chło­paka – zapew­niła, licząc, że jej suchy ton ukryje zmie­sza­nie.

– Jedziesz w końcu na ten obóz muzyczny? Phil zgo­dził się zapła­cić Czy to nie jest gdzieś w jakimś uro­kli­wym miej­scu, na przy­kład we Wło­szech? – zapy­tała Sarah-Jane.

Zoe i Tina pod­nio­sły głowy jak dwie sury­katki.

– Jedziesz na obóz?

Lou ski­nęła głową moż­li­wie obo­jęt­nie, zbie­ra­jąc pal­cem kro­ple wody z kie­liszka.

– Kilka tygo­dni we Wło­szech? – dopy­tała Zoe. – Z panem Romano?

Lou spoj­rzała w sufit.

– Tak i tak. Ale to nie roman­tyczne waka­cje z przy­stoj­nym Wło­chem, na litość boską. To obóz muzyczny z trzy­dziestką dzieci!

– I z przy­stoj­nym Wło­chem – dodała Tina pół­gło­sem. – Dokład­nie tego potrze­bu­jesz, Lou. A po roku i tak prze­sta­nie być nauczy­cie­lem Edie.

– Przez czas obozu na­dal będzie jej nauczy­cie­lem. Poza tym to nie jest to, czego „potrze­buję”. Potrze­buję tro­chę dystansu od Phila i spo­koju, żeby ogar­nąć… wszystko.

– Nie sły­sza­łaś „przy­stojny Włoch”? – wtrą­ciła Zoe.

– Daj­cie spo­kój. Poza tym to chyba nie jest tak, że on naprawdę jest Wło­chem, prawda?

– O, jest – rzu­ciła Tina, pochy­la­jąc się do przodu. – Uro­dzony we Wło­szech, mówi po wło­sku, ma wło­ski pasz­port. Praw­dziwy, ory­gi­nalny egzem­plarz.

– No dobrze, ale to niczego nie zmie­nia. Skąd ty w ogóle to wiesz?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Pyta­nie o takie rze­czy nie jest nie­le­galne.

Roz­mowa zaczy­nała wymy­kać się spod kon­troli, a Lou miała wra­że­nie, że razem z nią wymyka się jej god­ność.

– Wyobra­ża­nie sobie romansu z kimś, kto w ogóle nie jest mną zain­te­re­so­wany, zde­cy­do­wa­nie nie jest kolej­nym kro­kiem w ukła­da­niu sobie życia – powie­działa, sta­ra­jąc się zabrzmieć osta­tecz­nie.

– Masz rację – odparła Sarah-Jane. – Ale ten wyjazd i tak może być dokład­nie tym, czego potrze­bu­jesz.

– Cie­szę się, że wyjadę.

– Tylko pamię­taj, żeby zna­leźć też czas dla sie­bie. Odkąd zaczę­łam bie­gać, jestem dużo szczę­śliw­sza.

Lou aż zakrztu­siła się pro­secco.

– Nie wiem, czy jestem gotowa na takie tor­tury.

Skrzy­wiła się, gdy ta myśl przy­po­mniała jej o tych kilku nad­pro­gra­mo­wych fałd­kach, któ­rych doro­biła się w ciągu ostat­nich lat. Ale kiedy pomy­ślała o cza­sie we Wło­szech – o spo­koju, cie­płym słońcu, innej sztuce i archi­tek­tu­rze – nagle zoba­czyła w tym szansę.

– Ale mam pewien pomysł.

Zigno­ro­wała wymienne, pełne nie­po­koju spoj­rze­nie Tiny i Zoe.

– Mam przed sobą kilka tygo­dni poza domem. Znajdę w sobie jakiś talent.

Liczyła na okla­ski i entu­zja­styczne kiwa­nie gło­wami, ale przy­ja­ciółki tylko patrzyły na nią w mil­cze­niu. Tina wycią­gnęła do niej rękę z wyraź­nym współ­czu­ciem.

– Lou…

– Mówię poważ­nie. – Cof­nęła rękę. – Musi być coś, w czym jestem dobra! Będę pró­bo­wać wszyst­kiego, aż to znajdę.

Kobiety spoj­rzały po sobie ponad sto­łem.

– Przy­naj­mniej będzie się przy tym dobrze bawić – powie­działa Sarah-Jane.

Lou się roze­śmiała, wresz­cie zado­wo­lona z pod­ję­tej decy­zji.

– Zoba­czy­cie. Wrócę i będę naj­lep­szą wypla­taczką koszy, jaką w życiu widzia­ły­ście.

– Nie wiem, czy we Wło­szech wyplata się kosze.

Lou uśmiech­nęła się sze­roko.

– Ja też nie wiem. Ale chęt­nie się prze­ko­nam.

* * *

Nick odtrą­cił dłoń matki, kiedy znów się­gnęła w stronę jego kra­wata. Wystar­czyło, że jego koł­nie­rzyk był tak wykroch­ma­lony, że nada­wałby się na pole bitwy. Nie potrze­bo­wał jesz­cze kra­wata, który będzie go dusił jak za cza­sów szkoły śred­niej.

Musi się wypro­wa­dzić. Po pra­wie trzech mie­sią­cach miesz­ka­nia z matką tra­cił resztki god­no­ści przy każ­dym kolej­nym pra­niu. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że opóź­niał jej pla­no­wany powrót do Włoch. Wła­śnie prze­szła na eme­ry­turę i po szes­na­stu latach spę­dzo­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii posta­no­wiła przy­jąć pro­po­zy­cję jego dziad­ków i pomóc w rodzin­nym gospo­dar­stwie. Miał nadzieję, że u pod­staw tej decy­zji leżała także chęć zamiesz­ka­nia w tym samym kraju co jego ojciec, który ni­gdy nie opu­ścił Medio­lanu.

Zamiast jed­nak zaczy­nać nowy etap życia, cofała się – przy­cho­dziła na jego kon­certy i popra­wiała mu kra­wat, jakby znów był nasto­let­nim cudow­nym dziec­kiem, a nie sta­tecz­nym nauczy­cie­lem muzyki.

– To nie Royal Albert Hall, mamo – mruk­nął. – Idź już na swoje miej­sce. Muszę zebrać dzie­ciaki.

Wyj­rzał na scenę, gdzie usta­wiono krze­sła dla zespołu skrzyp­co­wego i pode­sty dla chóru. Tech­nik spraw­dzał oświe­tle­nie i Nick zmru­żył oczy, kiedy świa­tło go ośle­piło. Wes­tchnął i jesz­cze raz popra­wił węzeł kra­wata, wyobra­ża­jąc sobie rzędy sze­roko otwar­tych, prze­ra­żo­nych oczu i kako­fo­nię fał­szy­wych dźwię­ków, pod­czas gdy jego nie­szczę­śni ucznio­wie będą wier­cić się z prze­ję­cia pod cię­ża­rem ocze­ki­wań.

Jedni zniosą to lepiej, dru­dzy gorzej – czego on, rzecz jasna, był w pełni świa­domy.

Zespół skrzyp­cowy w tym roku był wyjąt­kowo słaby. Sta­rał się nie myśleć o tym, że tego wie­czoru będzie nie tylko dyry­go­wał, ale też grał. Od dawna nie wystę­po­wał na sce­nie, ale nie miał wyboru. Jeśli nie pode­prze dru­gich skrzy­piec, zgu­bią się, a ucznio­wie, rodzice, zna­jomi i nauczy­ciele będą ska­zani na roz­stro­jone wycie instru­men­tów w rękach grupy wier­cą­cych się dzie­cia­ków w wieku od dzie­wię­ciu do jede­na­stu lat. Może i tak nie da się tego unik­nąć, ale musiał cho­ciaż spró­bo­wać.

Ode­pchnął od sie­bie trudne wspo­mnie­nia i ruszył do gar­de­roby, gdzie – miejmy nadzieję – rodzice zdą­żyli już odsta­wić wszyst­kie dzieci. I tak pew­nie będzie musiał szu­kać jed­nego czy dwóch.

– Nick?

Zatrzy­mał się gwał­tow­nie, sły­sząc swoje imię przy wej­ściu na scenę. O Boże, tylko nie teraz. Powstrzy­mał wes­tchnie­nie i rozej­rzał się, czy jego matka już poszła.

– Naomi – powie­dział bez entu­zja­zmu.

Pode­szła do niego mięk­kim, nie­pew­nym kro­kiem i unio­sła twarz. Zawa­hał się na uła­mek sekundy, po czym uznał, że musi poca­ło­wać ją w poli­czek. Nawet jej zapach wywo­łał w nim falę mdło­ści – razem z dobrze zna­nym dodat­kiem w postaci poczu­cia winy. To nie była jej wina, że miał za dużo wła­snych pro­ble­mów, by stwo­rzyć nor­malny zwią­zek.

– Mogę tu być? Wciąż mia­łam bilet, więc pomy­śla­łam…

– Jasne – skła­mał, mając nadzieję, że odczyta jego mowę ciała i szybko znik­nie na widowni. Przy jego i tak napię­tych ner­wach i odpo­wie­dzial­no­ści za roz­e­mo­cjo­no­wane dzieci, obec­ność Naomi była ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bo­wał.

To nie była jej wina.

– Wszystko w porządku? – zapy­tała, uno­sząc dłoń, żeby odgar­nąć mu włosy i prze­su­nąć pal­cami po jego czole.

Spró­bo­wał się nie wzdry­gnąć, ale naj­wy­raź­niej mu się nie udało. Jej spoj­rze­nie opa­dło, a usta zaci­snęły się w coś, co u Naomi ucho­dziło za gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Była uoso­bie­niem łagod­no­ści i cie­pła – stwo­rzona, żeby być ulu­bioną nauczy­cielką naj­młod­szych dzieci. A po sze­ściu latach budo­wa­nia bli­sko­ści i wspól­nych pla­nów zosta­wił ją z dnia na dzień. Na­dal nie wie­dział, jak to jej wytłu­ma­czyć – czy w ogóle potrafi to zro­bić.

– Muszę przy­go­to­wać dzieci.

Drzwi pro­wa­dzące na kulisy otwo­rzyły się gwał­tow­nie i do środka wpa­dła Edie, nie­mal poty­ka­jąc się o wła­sny fute­rał na skrzypce. Nie zdzi­wiło go jej spóź­nie­nie, jed­nak gniewny, wręcz pio­ru­nu­jący wyraz jej twa­rzy szcze­rze go zanie­po­koił.

Edie zawsze była zaan­ga­żo­waną i wraż­liwą uczen­nicą, ale pod koniec poprzed­niego roku coś się zmie­niło i Nick nauczył się roz­po­zna­wać jej chwiejne nastroje. Jej gra stała się wręcz obse­syjna, w miarę jak na kolejne lek­cje przy­cho­dziła coraz bar­dziej emo­cjo­nal­nie obna­żona. W końcu dowie­dział się od innych nauczy­cieli o roz­wo­dzie jej rodzi­ców. Choć Edie mil­czała, on czuł wszyst­kie te emo­cje, które prze­le­wała na instru­ment pod­czas gry. Ile razy sam postę­po­wał dokład­nie tak samo jako chło­piec?

Robił, co w jego mocy, by lek­cje muzyki stały się dla niej bez­pieczną przy­sta­nią. Pozwa­lał jej po pro­stu być, nie dając po sobie poznać, że czuj­nie ją obser­wuje, gotów podać jej rękę, gdyby zaczęła się zała­my­wać. Podej­rze­wał jed­nak, że Edie jest sil­niej­sza, niż sama myśli. Jej matka nato­miast…

„Louise” – jak teraz kazała o sobie myśleć – weszła za nią, patrząc bez­rad­nie w ślad za córką. Zawsze wyglą­dała, jakby pędziła przez życie, balan­su­jąc na bom­bie z opóź­nio­nym zapło­nem.

Przez lata, odkąd uczył Edie, celowo nie zwra­cał na nią uwagi. Sku­piał się na dzie­ciach, nie na rodzi­cach. A potem Louise poja­wiła się pod jego salą muzyczną z zapła­kaną twa­rzą i w pognie­cio­nym stroju, a on z prze­ra­że­niem uświa­do­mił sobie, że w tej wła­śnie chwili dzie­lący ich dystans zawo­dowy bez­pow­rot­nie pry­ska.

Ale dziś liczyła się Edie – zwłasz­cza że miała zagrać dwa utwory solowe i wystę­po­wała zarówno w zespole skrzyp­co­wym, jak i w chó­rze. Nie zatrzy­my­wał się na myślach o dłu­gich, ciem­nych wło­sach Louise, które rzadko były uło­żone, ale zawsze wyglą­dały dobrze, ani o jej luź­nym swe­trze, który spra­wiał wra­że­nie nie­dba­łego i… swoj­skiego.

Przy­wi­tał się z Edie, gorącz­kowo szu­ka­jąc na swo­jej twa­rzy pogod­nego wyrazu, który zdo­łałby ją uspo­koić:

– Wszystko w porządku?

Sta­rał się mówić lek­kim tonem. Kiedy jed­nak spró­bo­wała coś powie­dzieć, z jej krtani wydo­był się tylko stłu­miony szloch. Nick zer­k­nął poro­zu­mie­waw­czo na Louise. Posłała mu wymu­szony uśmiech, prze­pra­sza­jąc go samym wzro­kiem. Rzu­ciła Naomi szyb­kie spoj­rze­nie, w któ­rym mimo sta­rań dało się wyczy­tać cie­ka­wość. Kark Nicka zapło­nął żywym ogniem; oczyma wyobraźni widział, jak Louise układa już sobie w gło­wie opi­nię o jego eks.

– Jej tata nie przyj­dzie – mruk­nęła Louise.

Edie znów pocią­gnęła nosem i pobie­gła w stronę gar­de­roby. Nick potrą­cił Louise, gdy oboje ruszyli za nią. Odsu­nęła się gwał­tow­nie i odgar­nęła włosy z twa­rzy gestem, który kom­plet­nie go roz­pro­szył, więc zdo­łał jedy­nie wykrztu­sić ciche prze­pro­siny.

– Zoba­czymy się póź­niej, Nick?

Odwró­cił się do Naomi, zasta­na­wia­jąc się, jak długo wpa­try­wał się w Louise. Skrzy­wił się, widząc jej łagodne spoj­rze­nie.

– Muszę już iść – powie­dział, zbyt ostro ją zby­wa­jąc.

Podą­żył za Louise do foyer, gdzie ude­rzył go szum roz­mów, ogólny nie­po­kój i zna­jomy zapach tremy. Ode­tchnął głę­boko, wal­cząc z wra­że­niem, że ta gęsta atmos­fera zaraz go udusi. Edie stała sztywno, ści­ska­jąc fute­rał skrzy­piec. Jak zwy­kle miała ide­al­nie ucze­sane włosy i nie­na­ganny mun­du­rek, aż po fal­banki przy skar­pet­kach. Pod­szedł bli­żej i usły­szał koń­cówkę ury­wa­nej próby pocie­sze­nia ze strony Louise.

– Następ­nym razem na pewno przyj­dzie.

– Nie obcho­dzi go to – odpo­wie­działa Edie cicho, nie­mal łamią­cym się gło­sem. – To po co mam się sta­rać?

Jej emo­cje udzie­liły mu się, jak zresztą za każ­dym razem. To wła­śnie naj­wspa­nial­sza i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej prze­klęta strona tego zawodu. W końcu uczył szcze­rego, emo­cjo­nal­nego spo­sobu poro­zu­mie­wa­nia się, w któ­rym nie było miej­sca na fałsz.. Nie dało się ogra­ni­czyć do ćwierć­nut i legato. Trzeba było mie­rzyć się z dziećmi prze­ży­wa­ją­cymi swoje stac­cato w życiu, nuty wią­zane, syn­kopy – a cza­sem takie momenty, kiedy nagłe sfo­rzando wywra­cało wszystko do góry nogami.

Ale to nie była próba. To był efekt cięż­kiej pracy i pasji Edie – i nie pozwoli, żeby kto­kol­wiek jej to ode­brał.

Zni­żył się, pró­bu­jąc odna­leźć jej ucie­ka­jące spoj­rze­nie. Na jego twa­rzy wykwitł nikły uśmiech, gdy napo­tkał oczy bła­ga­jące o wyja­śnie­nia, któ­rych nie potra­fił jej udzie­lić.

– Zaczy­namy roz­grzewkę, Edie – oznaj­mił łagod­nie. – Nie ćwi­czy­łaś alle­gra na darmo.

Dostrzegł, że dotarło do niej to, co sta­rał się jej z całą łagod­no­ścią wytłu­ma­czyć. Wie­dział, że gra wła­śnie jedną ze swo­ich uko­cha­nych kom­po­zy­cji. Dosko­nale rozu­miał, jak to jest pozwo­lić pal­com latać nad ostrymi stru­nami i zwy­cię­żać nad poto­kami nut – kon­tro­lo­wać dźwięki, kiedy cały świat wokół wydaje się pozba­wiony sensu.

Przez uła­mek sekundy moc­niej uści­snął jej ramię.

– To, że go tu nie ma, nie ma nic wspól­nego z tobą ani z tym, ile pracy w to wło­ży­łaś. Zawiódł cię, ale wiem, że jeśli tylko chcesz, możesz wyjść na scenę i spra­wić, że Händel byłby z cie­bie dumny.

Uśmiech­nęła się.

– On nie żyje od, no, trzy­stu lat.

Nick się zaśmiał.

– Jesz­cze nie aż trzy­stu. Dopóki nie spra­wisz, że zacznie się prze­wra­cać w gro­bie, wszystko powinno być w porządku.

Przy­tak­nęła mu, moc­niej zaci­snęła dło­nie na skrzyp­cach i skie­ro­wała się tam, gdzie leżały pozo­stałe instru­menty. Kiedy Nick uniósł wzrok, zoba­czył, że Louise wciąż patrzy za Edie, a jej twarz wykrzy­wia wyraz głę­bo­kiego stra­pie­nia.

– Będzie dobrze – zapew­nił ją. – Lepiej nie robić z tego wiel­kiej sprawy. Trema jest czymś natu­ral­nym.

Jej wzrok znów spo­czął na nim, zmą­cony poru­sze­niem, któ­rego nie potra­fiła już ukryć.

– Wiem. Dla niej muzyka jest roz­wią­za­niem, nie pro­ble­mem.

Przy­gry­zła wargę, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. Znów poczuł cie­pło na karku. Naprawdę nie potrze­bo­wał dodat­ko­wego powodu, żeby patrzeć na jej usta. Co się z nim działo? Dotąd trzy­ma­nie dystansu ni­gdy nie było pro­ble­mem.

– Dzię­kuję – mruk­nęła.

Mach­nął ręką, baga­te­li­zu­jąc jej wdzięcz­ność; chciał jedy­nie, by odwró­ciła wzrok i prze­stała go w ten spo­sób świ­dro­wać oczami.

Uśmiech­nęła się.

– No to… powo­dze­nia i tak dalej.

Zamarł, a jego reak­cja musiała być aż nadto widoczna, bo jej uśmiech natych­miast znik­nął.

– Co?

Potrzą­snął lekko głową i zmu­sił się do uśmie­chu.

– Nic.

– O cho­lera! – rzu­ciła, uno­sząc ręce. Mówiła gestami wię­cej niż jego wło­skie bab­cie. – Nie powinno się życzyć powo­dze­nia, prawda?

– To głupi prze­sąd. – Nie­stety wbito mu go do głowy, kiedy był jesz­cze podatny na takie rze­czy. – Ale „cho­lera” działa – dodał.

– Co?

– Możesz powie­dzieć „merde” na szczę­ście. To po fran­cu­sku…

– Wiem. – Znów się uśmie­chała, lecz był to uśmiech deli­kat­niej­szy, nazna­czony szel­mow­skim ogni­kiem. Nick poczuł lekki nie­po­kój, ten wyraz twa­rzy nie­od­par­cie koja­rzył mu się ze szpil­kami i wystę­pami w peł­nym kobie­cym rynsz­tunku. – To jedno z nie­wielu fran­cu­skich słów, jakie znam. Życzę ci więc dużo merde.

Powi­nien ją poże­gnać i wró­cić do pracy, ale odwra­ca­nie uwagi od wła­snych ner­wów też miało swoje zalety – przy­naj­mniej tak sobie wma­wiał.

– Wła­ściwe wyra­że­nie to „in bocca al lupo”.

– To dla mnie czarna magia. – Wzru­szyła ramio­nami.

Uśmiech­nął się.

– Wła­ści­wie to wło­ski.

– Na „cho­lera”?

Roze­śmiał się. W tle roz­legł się prze­cią­gły zgrzyt smycz­ków na stru­nach, ale jesz­cze przez chwilę patrzył na nią z uśmie­chem.

– Nie. To zna­czy coś w rodzaju „w pasz­czę wilka”. To życze­nie powo­dze­nia, szcze­gól­nie dla śpie­wa­ków ope­ro­wych, ale dla orkie­stry też pasuje.

– Czyli rzu­ca­cie się tam na pożar­cie stadu wyją­cych wil­ków?

Opis był bliż­szy prawdy, niż się jej wyda­wało.

– Pła­cą­cych wil­ków – popra­wił. – Wilki, które płacą cze­sne, ku wiel­kiej ucie­sze komi­tetu rodzi­ciel­skiego.

Cof­nęła się nagle i zmie­rzyła go wzro­kiem z uda­wa­nym zdu­mie­niem.

– Panie Romano, nie mia­łam poję­cia, że ma pan poczu­cie humoru!

Wie­dział, że żar­tuje, a mimo to poczuł, jak rumie­niec roz­lewa się od karku aż po policzki. Gło­śny zgrzyt skrzy­piec spra­wił, że drgnął. Uniósł brwi z lek­kim gry­ma­sem.

– Uczę ich. Poczu­cie humoru to wymóg tego zawodu.

– Mówi pan o naszych aniel­skich dzie­ciach?

– O tych, które zaraz rzucę wil­kom, tak.

– No dobrze, to… berokka de lupus czy jak to było. Idę do wil­ków.

– Crepi – odpo­wie­dział odru­chowo.

Kiedy unio­sła pyta­jąco brwi, dodał:

– Niech zdech­nie.

– Wy, muzycy, jeste­ście sza­leni.

Rozdział 3

Lou zna­la­zła swoje miej­sce, czu­jąc się dziw­nie lekka. Jesz­cze nie­dawno kipiała w środku zło­ścią na Phila – tak bar­dzo, że Edie na pewno zauwa­żyła „parę bucha­jącą jej z uszu” – ale teraz już w ogóle o nim nie myślała. Nawet kiedy musiała zde­cy­do­wać, które z trzech miejsc z biletu zająć, nie wró­ciło to przy­tła­cza­jące uczu­cie zawodu i zdrady.

Jej uśmiech stał się nagle tak lekki, jakby pocią­gnęła go w górę chmura balo­nów z helem. Wystar­czyło, że mru­gnęła, a pod powie­kami znów poja­wiały się jego dołeczki i ten ujmu­jący rumie­niec. Nie miała poję­cia, że trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nie matki prze­cho­dzą coś w rodzaju odwró­co­nego okresu nasto­let­niego, gdy tra­fiają na przy­stoj­nych, młod­szych nauczy­cieli. Życie pełne było nie­spo­dzia­nek. Może to było tro­chę nie­wła­ściwe, ale uznała, że należy jej się coś w rodzaju rekom­pen­saty za cały ten roz­wo­dowy kosz­mar ostat­nich mie­sięcy.

I tak nic by z tego nie było. Tina i Zoe się myliły. Jakie­kol­wiek roman­tyczne – czy bar­dziej intymne – rela­cje z męż­czy­znami były poza grą, dopóki nie poukłada sobie w gło­wie roz­wodu – kie­dy­kol­wiek to nastąpi. A ta ładna, młoda kobieta, z którą pan Romano tak żywo roz­ma­wiał, kiedy Lou przy­szła, tylko potwier­dzała, że jej zauro­cze­nie jest cał­ko­wi­cie jed­no­stronne i ni­gdy nie zosta­nie odwza­jem­nione – ani tym bar­dziej zre­ali­zo­wane. Czy to jed­nak odbie­rało jej prawo do zer­k­nię­cia na jego tyłek pod­czas występu?

Na imię miał Nick. Tro­chę zwy­czaj­nie, ale w jakiś spo­sób do niego paso­wało. A gdy dodać do tego „Romano” i jego zdol­ność rzu­ca­nia w jej stronę wło­skich zwro­tów, całość two­rzyła cał­kiem przy­jemne uroz­ma­ice­nie piąt­ko­wego wie­czoru.

Widow­nia pełna rodzi­ców, dziad­ków i rodzeń­stwa wier­ciła się na cia­snych sie­dze­niach. I tak było to lep­sze, niż ści­ska­nie się w szkol­nej sali gim­na­stycz­nej, ale korzy­sta­nie z ele­ganc­kiego teatru w pobli­skiej pry­wat­nej szkole śred­niej kosz­to­wało sporo – i pie­nię­dzy, i wysiłku. Przy­naj­mniej sala była pełna, więc rada rodzi­ców na pewno będzie zado­wo­lona z zebra­nych fun­du­szy.

W przy­szłym roku wszystko się zmieni – Edie pój­dzie do szkoły śred­niej. Uśmiech Lou lekko przy­gasł, więc szybko odsu­nęła od sie­bie myśli o decy­zjach, które razem pod­jęły, i o tym, czy kie­dy­kol­wiek dowie się, czy były słuszne.

Na razie miała plan na lato, a dziś nie ona była naj­waż­niej­sza. Edie była boha­terką.

Świa­tła przy­ga­sły, a publicz­ność uci­chła. Cichy brzęk zwró­cił uwagę Lou na star­szą kobietę obok, która otwie­rała małe pudełko z cukier­kami. Kobieta zła­pała jej spoj­rze­nie i uśmiech­nęła się, pod­su­wa­jąc jej puszkę.

– Dzię­kuję – szep­nęła Lou i się­gnęła po małego, okrą­głego cukierka.

W pół­mroku nie była w sta­nie odczy­tać napisu na opa­ko­wa­niu, więc wrzu­ciła go do ust – i natych­miast się skrzy­wiła. Co to było? Kobieta uśmiech­nęła się i ski­nęła głową, a Lou odwza­jem­niła uśmiech przez gry­mas, zasta­na­wia­jąc się, czy jej język wła­śnie ulega trwa­łemu uszko­dze­niu. Była w tym jakaś cytry­nowa nuta, ale zupeł­nie nie taka jak w zna­nych jej cukier­kach. Bar­dziej gorzka niż słodka, z ostrym, zio­ło­wym posma­kiem, który cał­ko­wi­cie domi­no­wał.

Ssała cukierka tak długo, jak mogła, ale w końcu pod­dała się i roz­gry­zła resztę, żeby mieć to za sobą. Kobieta znów na nią spoj­rzała, więc Lou szybko przy­brała uprzejmy uśmiech.

Na sce­nie zapa­liły się świa­tła i dyrek­torka szkoły wyszła na śro­dek, dzię­ku­jąc wszyst­kim za przy­by­cie i roz­wo­dząc się nad pracą oraz osią­gnię­ciami dzieci. Gdy zapo­wie­działa pana Romano, ten wyszedł na scenę pew­nym kro­kiem, z wymu­szo­nym uśmie­chem na twa­rzy.

Lou pozwo­liła sobie przez chwilę nacie­szyć oczy jego sze­ro­kimi ramio­nami i smu­kłą syl­wetką – szcze­gól­nie dobrze pre­zen­to­wał się w czar­nym gar­ni­tu­rze. Ale kątem oka zauwa­żyła kobietę obok i aż pod­sko­czyła, gdy zorien­to­wała się, że ta wciąż się do niej uśmie­cha. Lou odwza­jem­niła uśmiech i zapa­dła się w fotelu. Przy­ła­pana na gapie­niu się na nauczy­ciela przez bab­cię od obrzy­dli­wych cukier­ków. Przy­naj­mniej naj­gor­szy moment wie­czoru miała już za sobą.

Chór zaczął wcho­dzić na scenę – rząd dzie­cia­ków, z któ­rych każde na wła­sną, odmienną modłę wyda­wało się nie­po­radne i zagu­bione. Edie pro­mie­niała z tyl­nego rzędu. Po każ­dej pró­bie wra­cała do domu tanecz­nym kro­kiem, a wizja dzi­siej­szego krót­kiego występu wpra­wiała ją w praw­dziwą eks­cy­ta­cję. Lou z satys­fak­cją myślała o tym, że letni obóz muzyczny obli­guje wszyst­kich do śpie­wa­nia w chó­rze. Edie kochała skrzypce, ale to wła­śnie chór spra­wiał, że roz­kwi­tała.

Dzieci prze­py­chały się i wier­ciły, aż pan Romano uniósł ręce i jed­nym krót­kim gestem je uspo­koił. Dał znak akom­pa­nia­to­rowi, a potem jed­nym zde­cy­do­wa­nym ruchem oży­wił chór. Lou patrzyła tylko na Edie i pil­no­wała, żeby nie zer­kać na pana Romano, ale gdy utwór zbli­żał się do punktu kul­mi­na­cyj­nego, jego obec­ność znów przy­cią­gnęła jej uwagę. Budo­wał cre­scendo ruchami rąk, a ramio­nami łago­dził dyna­mikę. Pochy­lał się nad uczniami, sku­pia­jąc ich na sobie inten­syw­no­ścią swo­jego spoj­rze­nia.

Kolejny utwór był pio­senką popową – z przy­jemną melo­dią i deli­kat­nym pul­sem rytmu. Pan Romano poru­szał ramio­nami i wydo­by­wał z dzieci mięk­kie brzmie­nie, a uśmie­chy na ich twa­rzach od razu oży­wiły wyko­na­nie. Kiedy odwró­cił się, by dać znak dziew­czynce z szó­stej klasy do par­tii solo­wej, Lou zauwa­żyła, że poru­sza ustami, śpie­wa­jąc razem z nimi.

Lou rozej­rzała się ner­wowo, ale nikt inny nie wyglą­dał na zaru­mie­nio­nego – nawet uśmiech­nięta bab­cia obok, która naj­wy­raź­niej doce­ni­łaby przy­stoj­nego męż­czy­znę rów­nie mocno jak swoje kwa­śne cukierki. Czy tylko Lou zauwa­żała to… fascy­nu­jące dyry­go­wa­nie?

Otrzą­snęła się i sku­piła na Edie – z błysz­czą­cymi oczami, śpie­wa­jącą z całych sił. Gdyby ktoś jede­na­ście lat temu powie­dział jej, że będzie się tak czuła, patrząc na wła­sne dziecko, nie uwie­rzy­łaby. Edie była wraż­liwa, czuła i zabawna – i wszystko to było widać, kiedy wyko­ny­wała muzykę, którą kochała. Serce Lou ści­skało się z zachwytu.

Dzieci nabie­rały pew­no­ści sie­bie z każdą kolejną zwrotką, a pan Romano trzy­mał je w ryzach – wska­zy­wał ręką, kiedy wyprze­dzały tempo, i deli­kat­nymi ruchami pal­ców zachę­cał do lżej­szego brzmie­nia. A potem nagle znów je pod­krę­cił, poru­sza­jąc ramio­nami tak, jakby kon­tro­lo­wał dźwięk jakąś nad­przy­ro­dzoną siłą.

Chór tra­fił w ostatni dźwięk i prze­cią­gnął go, a wszyst­kie oczy były skie­ro­wane na pana Romano. Jed­nym zde­cy­do­wa­nym ruchem ręki dał znak zakoń­cze­nia. Zaci­snął pięść i lekko nią potrzą­snął, pochy­la­jąc się w stronę uczniów, jakby dzie­lił z nimi zwy­cię­stwo. Włosy miał w nie­ła­dzie, a oddech przy­spie­szony.

Lou rozu­miała, dla­czego Edie tak uwiel­bia lek­cje muzyki. Pan Romano spra­wiał, że wszystko oży­wało. Przez chwilę nawet zapra­gnęła być uzdol­niona muzycz­nie, ale dawno już pogo­dziła się z tym, że jej radość z muzyki znacz­nie prze­wyż­sza jej umie­jęt­no­ści. Publicz­ność wybu­chła okla­skami i okrzy­kami, jak to tylko dumni rodzice potra­fią, a pan Romano nagle znów stał się sobą – tro­chę nie­zręczny, sto­jący z boku, rumie­niący się, kiedy wska­zy­wał na uczniów i kla­skał nad głową razem z nimi. Edie zeszła ze sceny wraz z resztą chóru, z pod­nie­sioną głową, ale pan Romano został z boku, z rękami sple­cio­nymi przed sobą i sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami.

Dyrek­torka rów­nież zaczęła kla­skać, sto­jąc przy mikro­fo­nie i cze­ka­jąc, aż okla­ski ucichną.

– Nasz chór jest abso­lut­nie wspa­niały i słu­cha się go z praw­dziwą przy­jem­no­ścią – powie­działa, wywo­łu­jąc kolejną falę braw. – Teraz zapra­szamy kolej­nych uczniów, któ­rzy zapre­zen­tują utwory dosko­na­lone pod­czas indy­wi­du­al­nych lek­cji. Cie­szymy się, że w naszej szkole możemy ofe­ro­wać naukę gry na skrzyp­cach i for­te­pia­nie i że możemy dziś usły­szeć naszych uczniów, nie­za­leż­nie od tego, czy uczą się od sze­ściu mie­sięcy, czy od sze­ściu lat. Jako pierw­sza wystąpi uczen­nica klasy szó­stej, pasjo­natka muzyki, Edie Saun­ders.

Lou się­gnęła do torebki i zaczęła gorącz­kowo szu­kać tele­fonu. Oczy­wi­ście Edie była pierw­sza. Zaklęła pod nosem i upu­ściła tele­fon, gdy Edie weszła na scenę przy uprzej­mych bra­wach. Myśl o wysła­niu nagra­nia Phi­lowi spra­wiła, że ręce jej się trzę­sły, ale musiała to zro­bić. Lou pra­gnęła, by to zoba­czył; czuła potrzebę, by w ten pasywno-agre­sywny spo­sób ska­zać go na wyrzuty sumie­nia za to, że zawiódł ich córkę.

Pan Romano pomógł Edie usta­wić nuty na pul­pi­cie, uśmiech­nął się do niej i usiadł przy pia­ni­nie. Lou ner­wowo stu­kała w ekran tele­fonu, ale zatrzy­mała się, gdy bab­cia obok poło­żyła jej sta­now­czo dłoń na ramie­niu. Lou pod­nio­sła wzrok.

Kobieta ski­nęła głową w stronę tele­fonu.

– Ja nagram. Ty oglą­daj.

Lou spoj­rzała na nią, cze­ka­jąc na jakiś haczyk. Ale tro­skliwy uśmiech i błysk poro­zu­mie­nia w oczach kobiety były nie do odrzu­ce­nia. Lou włą­czyła apa­rat i podała jej tele­fon.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki