Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Cztery przyjaciółki z dzieciństwa – Parker, Emmy, Laurel i Mac – wspólnie stworzyły jedną z najlepszych firm zajmujących się planowaniem ślubów w Connecticut.
Zabawę w organizowanie ślubów zaczynały jeszcze jako dziewczynki w przydomowym ogrodzie. Dziś kwiaty, zdjęcia, słodkie stoły i dopracowane w najmniejszym szczególe ceremonie to ich codzienność – i przepis na idealny dzień, który zostaje w pamięci na całe życie.
Mackensie „Mac” Elliot najlepiej czuje się za obiektywem. To tam może uchwycić chwile szczęścia, których sama nie miała okazji w pełni doświadczyć w dzieciństwie. Jej ojciec odszedł do nowej rodziny, a matka, wciąż wikłająca się w kolejne związki, nie przestaje zabiegać o uwagę i pieniądze córki. Tuż przed ważnym spotkaniem z klientami Mac wpada na brata przyszłej panny młodej – i to przypadkowe spotkanie wywraca jej świat do góry nogami.
Carter Maguire zupełnie nie pasuje do jej dotychczasowych wyborów: jest spokojny, przewidywalny, uczy angielskiego w ich dawnej szkole. A jednak coś w nim sprawia, że Mac zaczyna myśleć o niewinnej przygodzie, która pozwoliłaby jej na chwilę odetchnąć od wymagających klientek i rodzinnych problemów. Tyle że taka przygoda potrafi niespodziewanie przerodzić się w coś więcej.
Przy wsparciu trzech najbliższych przyjaciółek Mac będzie musiała nauczyć się, jak zawalczyć o własne szczęście.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Vision in White
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Paulina Kostrzyńska Redakcja: Elżbieta Kobusińska Korekta: Katarzyna Zimna
Copyright © for the Polish translation by Anna Zielińska, 2026 Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68921-87-8
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Dana i Stacie.
Dla Jasona i Kat.
Za wszystkie chwile
Uwiedź mój umysł, a oddam ci ciało.
Dotknij mojej duszy, a będę twoja na zawsze.
– Anonim
Nie samo podobieństwo jest cenne… lecz więź i poczucie bliskości, które w tym się kryją… sam fakt, że cień tej osoby został na zawsze utrwalony w czasie.
– Elizabeth Barrett Browning
Zanim Mackensie Elliot skończyła osiem lat, brała ślub trzynaście razy. Poślubiła każdą z trzech przyjaciółek, zarówno w roli panny młodej jak i pana młodego, brata przyjaciółki (chociaż zapierał się rękami i nogami), dwa psy, trzy koty i królika.
Brała też udział w niezliczonych innych ślubach jako druhna, drużba, świadek czy nawet osoba udzielająca ślubu. Każde z tych małżeństw trwało co najwyżej do popołudnia i w zasadzie kończyło się bezkonfliktowo. Przemijający charakter małżeństwa nie był dla Mac niczym dziwnym, bo jej rodzice mieli już na koncie po dwa związki… jak dotąd.
Może nie tyle podobała jej się sama zabawa w Dzień Ślubu, co możliwość wcielania się w rolę księdza, pastora czy urzędnika stanu cywilnego. A po bar micwie bratanka drugiej żony ojca, również rabina.
Oczywiście wielkim plusem była musująca lemoniada i babeczki albo pyszne ciasteczka, które zawsze pojawiały się na ślubnych przyjęciach.
Natomiast Parker uwielbiała zabawę w Dzień Ślubu. Zawsze zawierano je w Brown Estate, posiadłości z rozległym ogrodem, z urokliwymi zagajnikami i ze srebrzystym stawem. W mroźne zimy Connecticut ceremonie ślubne mogły się odbywać przed którymś z płonących kominków w dużym domu.
Śluby były skromne albo wystawne. Zdarzały się też królewskie zaślubiny, romantyczne ucieczki zakochanych, ceremonie w cyrku albo na pokładzie pirackich statków. Wszystkie pomysły traktowano poważnie i poddawano głosowaniu, a żaden temat ani strój nie wydawał się zbyt szalony.
Mimo wszystko po trzynastu ślubach na koncie Mac zaczęła trochę nużyć ta zabawa.
Do czasu, gdy nastąpił tamten przełomowy moment.
Na ósme urodziny Mackensie jej uroczy i przeważnie nieobecny ojciec przysłał aparat fotograficzny firmy Nikon. Ona nigdy nie przejawiała zainteresowania fotografią i z początku odłożyła to cacko do innych dziwnych prezentów, które ojciec jej dawał albo przysyłał od czasu rozwodu. Matka Mac powiedziała o aparacie swojej matce, a babcia, krytykując lekkomyślnego, bezużytecznego Geoffrey’a Elliota, bąknęła, że aparat fotograficzny to nieodpowiedni prezent dla małej dziewczynki i bardziej pasowałaby lalka Barbie.
Mac dla zasady zazwyczaj nie zgadzała się z babcią, toteż zainteresowanie dziewczynki aparatem natychmiast wzrosło. Aby jeszcze bardziej zirytować babcię, która spędzała lato u nich, zamiast siedzieć w swojej emeryckiej społeczności w Scottsdale, gdzie zdaniem Mac było jej miejsce, zaczęła wszędzie chodzić z Nikonem. Bawiła się nim, eksperymentowała. Robiła zdjęcia swojego pokoju, swoich stóp, przyjaciółek. Zdjęcia wychodziły albo nieostre, albo ciemne, albo rozmyte i blade. Przy braku sukcesów, a także z powodu zbliżającego się rozwodu matki z ojczymem zainteresowanie Mac Nikonem zaczęło słabnąć. Nawet po latach nie umiała powiedzieć, co ją skłoniło, aby pewnego pięknego letniego popołudnia zabrać aparat do Parker na Dzień Ślubu.
Wszystkie szczegóły tradycyjnego ślubu w ogrodzie zostały starannie zaplanowane. Emmaline jako panna młoda i Laurel w roli pana młodego mają złożyć przysięgę małżeńską pod różaną pergolą. Emma będzie miała welon i tren uszyte ze starego obrusa przez mamę Parker, a Harold, leciwy, poczciwy golden retriever poprowadzi pannę młodą do pana młodego ścieżką ogrodową. Szpaler gości wzdłuż ścieżki składał się z Barbie, Kenów, laleczek Cabbage Patch Kids i z najróżniejszych pluszaków.
– To bardzo prywatna ceremonia – instruowała Parker, upinając welon Emmie. – Ze skromnym przyjęciem na patio. A gdzie jest drużba?
Laurel, ze świeżo otartymi kolanami, przepchnęła się pomiędzy trzema krzewami hortensji.
– Uciekł i wspiął się na drzewo za wiewiórką. Nie mogę go stamtąd ściągnąć.
Parker przewróciła oczami.
– Ja po niego pójdę. Ty nie powinnaś widzieć panny młodej przed ślubem. To przynosi pecha. Mac, upnij welon Emmie i zrób dla niej bukiet. A ja z Laurel ściągniemy Pana Fisha z drzewa.
– Wolałabym pójść popływać – oznajmiła Mac, z roztargnieniem pociągając za welon Emmy.
– Możemy popływać po ślubie.
– Pewnie tak. Nie masz już dość tych wszystkich ślubów?
– E tam, mnie to nie przeszkadza. A tutaj tak pięknie pachnie. I wszystko jest takie ładne.
Mac podała Emmie bukiecik z mleczy i dzikich fiołków, które wolno im było zrywać.
– Ładnie wyglądasz.
Szczera prawda. Ciemne, lśniące włosy Emmy opadały faliście pod białą koronką. Jej ciemnobrązowe oczy błyszczały, gdy wąchała bukiecik chwastów. Emma była śniada, miała taką złotawą opaleniznę i Mac z niechęcią pomyślała o swojej białej jak mleko cerze.
To klątwa rudzielców, mawiała jej matka, bo sama odziedziczyła marchewkowe włosy po ojcu. Mac była bardzo wysoka jak na ośmiolatkę, chuda jak patyk, no i nosiła ten znienawidzony aparat ortodontyczny.
Pomyślała, że Emmaline wygląda przy niej jak cygańska księżniczka.
Parker i Laurel wróciły, chichocząc z kocim drużbą w objęciach.
– Niech wszyscy zajmą swoje miejsca. – Parker podała kota Laurel. – Mac, musisz się przebrać! Emmo…
– Nie chcę być druhną. – Mac popatrzyła na bufiastą sukienkę Kopciuszka przerzuconą przez oparcie ławki. – Ten materiał drapie i jest za gorąco. Dlaczego Pan Fish nie może być druhną, a ja drużbą?
– Bo tak zostało ustalone. Wszyscy się denerwują przed ślubem. – Parker odrzuciła do tyłu długie brązowe kucyki, wzięła sukienkę i sprawdziła czy nie ma na niej rozdarć i plam. Zadowolona, podała ją Mac. – W porządku. To będzie piękna ceremonia, ślub z miłości, a potem „żyli długo i szczęśliwie”.
– Moja mama mówi, że „żyli długo i szczęśliwie” to jedna wielka bzdura.
Po stwierdzeniu Mac na chwilę zapadła cisza. W powietrzu zawisło niewypowiedziane słowo; „rozwód”.
– Nie sądzę, że tak musi być. – Parker ze współczuciem w oczach wyciągnęła rękę i pogładziła Mac po nagim ramieniu.
– Nie chcę włożyć tej sukienki. Nie chcę być druhną. Ja…
– Dobrze. W porządku. Możemy mieć udawaną druhnę. W takim razie spróbuj porobić zdjęcia.
Mac spojrzała na aparat wiszący na szyi. Zupełnie o nim zapomniała.
– Nigdy porządnie nie wychodzą.
– Może tym razem się uda. Będzie zabawa. A ty zostaniesz oficjalną ślubną fotografką.
– Pstryknij mi fotkę z Panem Fishem – zażądała Laurel, przytulając twarz do kociego pyszczka. – No, dalej, Mac!
Mac bez większego entuzjazmu uniosła aparat i nacisnęła spust migawki.
– Powinnyśmy wcześniej o tym pomyśleć! – zawołała Parker. – Możesz zrobić oficjalne portrety panny młodej i pana młodego, a potem kilka zdjęć z ceremonii. – Pochłonięta nowym pomysłem, rzuciła sukienkę Kopciuszka na krzew hortensji. – Będzie fajnie. Będzie zabawnie. Musisz iść ścieżką razem z panną młodą i z Haroldem. Spróbuj zrobić kilka ciekawych ujęć. Ja poczekam, później puszczę muzykę. Chodźmy!
Będą babeczki i lemoniada, przypomniała sobie Mac, oraz pływanie i zabawa. Nie szkodzi, że zdjęcia wyjdą głupie, nieważne, że babcia miała rację i ona jest za mała na aparat fotograficzny.
Nie ma znaczenia, że jej matka znowu się rozwodzi i że ojczym, który w sumie był całkiem w porządku, już się wyprowadził. Nieważne, że „żyli długo i szczęśliwie” to jedna wielka bzdura, bo przecież to wszystko jest tylko na niby.
Zaczęła robić zdjęcia Emmie i karnemu Haroldowi, choć już widziała ten moment, gdy odbierze wywołany film i jak zawsze zobaczy rozmazane sylwetki i odciski swojego kciuka.
Kiedy Parker puściła muzykę, zrobiło jej się przykro, że nie włożyła drapiącej sukienki i nie została druhną Emmy tylko dlatego, że mama i babcia popsuły jej humor.
Stanęła z boku i skoncentrowała się na zrobieniu ładnego zdjęcia Harolda prowadzącego Emmę ścieżką. W obiektywie wszystko wygląda inaczej, pomyślała. Mogła się skupić na twarzy przyjaciółki, na welonie układającym się na jej włosach. I na słońcu tak ślicznie prześwitującym przez koronkę.
Zrobiła jeszcze kilka zdjęć, gdy Parker, jako wielebny Whistledown, zaczęła przemowę od „najmilsi, zebraliśmy się”, Emma i Laurel wzięły się za ręce, a Harold zaczął pochrapywać, zwinięty w kłębek u ich stóp.
Widziała, jakie jasne są włosy Laurel, jak słońce rozświetla pasma wystające spod jej wysokiego czarnego kapelusza pana młodego. Jak drgają wąsy Pana Fisha, kiedy ziewa.
To wszystko działo się w Mac i wokół niej. Trzy przyjaciółki stały razem pod łukiem pergoli obrośniętym białymi różami; uroczy tercet podrastających dziewczynek. Mac instynktownie odrobinę się przesunęła i przechyliła aparat. Nie wiedziała jeszcze, że tworzy kompozycję; po prostu w obiektywie wszystko ładniej wyglądało.
Modry motyl przefrunął w jej polu widzenia i przysiadł na żółtym jak masło mleczu w bukieciku Emmy. Zaskoczenie i zachwyt niemal równocześnie pojawiły się na twarzach trójki pod białymi różami.
Mac nacisnęła spust migawki.
Wiedziała, naprawdę wiedziała, że to zdjęcie nie będzie rozmazane, ciemne czy nieostre. Kciuk nie zasłoni obiektywu. Uświadomiła sobie, jak to zdjęcie będzie wyglądać i że babcia nie miała racji.
Być może „żyli długo i szczęśliwie” to jedna wielka bzdura, ale ona już wiedziała, że chce robić więcej zdjęć szczęśliwych chwil. Zatrzymać je na zawsze.
Pierwszego stycznia Mac przetoczyła się na kanapie, żeby pacnąć budzik, i wylądowała twarzą w dół na podłodze studia.
– Cholera. Szczęśliwego Nowego Roku.
Oszołomiona i zdezorientowana, dopiero po chwili przypomniała sobie, że nie dotarła na górę do łóżka, a ten alarm to zegar w komputerze ustawiony na dwunastą w południe. Dźwignęła się z podłogi i chwiejnie podreptała do kuchni w stronę ekspresu do kawy.
Dlaczego ludzie musieli się pobierać w Sylwestra? Dlaczego urządzali formalny rytuał w święto przeznaczone na alkoholiczny maraton i często przygodny seks? I jeszcze angażowali w to rodzinę i przyjaciół, nie wspominając już o fotografach ślubnych.
Oczywiście, kiedy o drugiej nad ranem przyjęcie wreszcie się skończyło, mogła pójść spać jak normalny człowiek, zamiast przez trzy godziny przeglądać zdjęcia ze ślubu Hinesów-Mayersów.
Kurde, musiała przyznać, że niektóre wyszły naprawdę dobre. A kilka znakomitych.
A może były do chrzanu i oceniła je w euforycznym zamroczeniu.
Nie, naprawdę były udane.
Wsypała trzy łyżeczki cukru do czarnej kawy i piła ją przy oknie, zapatrzona na przykryte śniegiem trawniki i ogród Brown Estate.
Świetnie sobie poradziły z tym ślubem, pomyślała. Może Bob Hines i Vicky Mayers wezmą z nich przykład i równie dobrze poradzą sobie w małżeństwie.
Tak czy owak wspomnienia z tego dnia nie znikną. Ważne i błahe momenty zostały uwiecznione. Dopracuje te zdjęcia, wyostrzy je i wydrukuje. Dzięki nim Bob i Vicky będą mogli wracać wspomnieniem do tego dnia za tydzień czy za sześćdziesiąt lat.
Ta myśl była równie pobudzająca jak słodka czarna kawa w mroźny, zimowy dzień.
Otworzyła szafkę, wyjęła pudełko z ciastkami Pop-Tarts i żując jedno na stojąco, przejrzała rozpiskę zadań na dziś.
Ślub Clay-McFearson (Rod i Alison) o osiemnastej. A więc panna młoda z druhnami zjawia się przed piętnastą, pan młody i jego grupa przed szesnastą. O czternastej przedślubna narada w głównym domu.
Dość czasu, żeby wziąć prysznic, ubrać się, przejrzeć notatki i dokładnie sprawdzić sprzęt. Według ostatniej prognozy dzień miał być słoneczny, a temperatura około zera. Powinna wyjść seria pięknych ujęć z przygotowań w naturalnym świetle, może nawet uda jej się namówić Alison, jeżeli dziewczyna lubi wyzwania, na portret panny młodej na balkonie ze śnieżną scenerią w tle.
Matka panny młodej, Dorothy, (mów mi Dottie), jak zapamiętała, należała do osób aroganckich i wymagających, ale poradzi sobie z nią. Jeżeli nie, to naśle na nią Parker. Ona radzi sobie ze wszystkim i wszystkimi.
Dzięki talentowi i determinacji Parker agencja Przysięgi w ciągu zaledwie pięciu lat stała się jedną z najlepszych organizujących śluby i przyjęcia w całym stanie. Gdy przyjaciółka otrząsnęła się po tragedii, jaką była śmierć rodziców, i wykrzesała w sobie energię do działania, zmieniła wspaniałą wiktoriańską rezydencję i oszałamiające tereny Brown Estate w kwitnący biznes.
Ona też miała swój udział w tym sukcesie, pomyślała Mac, przełykając ostatni kęs ciastka.
Przeszła przez studio i kierując się na schody do sypialni i łazienki, przystanęła przed jedną ze swoich ulubionych fotografii. Rozpromieniona panna młoda z twarzą uniesioną ku górze, z rozpostartymi ramionami i otwartymi dłońmi, stała w deszczu wirujących różowych płatków róż. To okładka z „Today’s Bride”. Po prostu jestem dobra, uznała.
W grubych skarpetach, we flanelowych spodniach i dresowej bluzie wspięła się na piętro, żeby przemienić się ze zmęczonej, uzależnionej od ciastek Pop-Tart’s dziewczyny w elegancką, profesjonalną fotografkę ślubów.
Zignorowała pomiętą pościel, bo po co ją składać, skoro wieczorem i tak ją rozgrzebie, oraz ogólny bałagan w sypialni. Gorący prysznic w połączeniu z dawką kofeiny i cukru rozwiał resztki porannego odrętwienia i wreszcie mogła skupić się na dzisiejszej pracy.
Miała pannę młodą otwartą na kreatywne pomysły, jej pasywno-agresywną matkę, osobę w swoim mniemaniu wszechwiedzącą i nieomylną, oraz zakochanego po uszy pana młodego, który świata nie widział poza swoją wybranką. Oboje młodzi okazali się wyjątkowo fotogeniczni.
Ten ostatni fakt sprawiał, że praca, która zawsze stanowiła wyzwanie, w ich przypadku będzie też przyjemnością. Jak dokonać tego, aby klienci dostawali fotograficzną opowieść o swoim dniu, która jednocześnie byłaby spektakularna i niepowtarzalnie ich własna?
Gdy pod prysznicem myła krótkie, nieco niesforne, rude włosy, zastanawiała się nad kolorystyką oprawy panny młodej, przeglądając swoje mentalne kartoteki. Srebro i złoto. Elegancko i efektownie.
Obejrzała już kwiaty i tort – dzisiaj ostatnie szlify. Widziała upominki dla gości, obrusy, stroje druhen i drużbów, nakrycia głowy. Miała kopię repertuaru zespołu z zaznaczonym pierwszym tańcem; matki z synem i ojca z córką.
Tak więc przez kilka najbliższych godzin jej świat będzie się kręcił wokół Alison i Roda.
Wybrała strój i biżuterię, zrobiła staranny makijaż. Dbała o te sprawy niemal tak samo jak o swój sprzęt. Obładowana wyszła na dwór, żeby pokonać nieduży odcinek drogi dzielący domek przy basenie od głównego domu.
Śnieg skrzył się niczym diamenty pokruszone na futrze gronostaja, powietrze było zimne i przejrzyste jak lód. Koniecznie musi za dnia i wieczorem zrobić kilka zdjęć na zewnątrz. Zimowy ślub, biały ślub, ziemia przykryta śniegiem, oblodzone gałęzie drzew, śnieżne czapy zsuwające się z ogołoconych witek wierzb nad stawem. I fantazyjny wiktoriański dom z licznymi krzywiznami dachu, z łukowymi i okrągłymi oknami, miękko niebieski na tle twardej powłoki szarego nieba. Tarasy i szeroki portyk witały tę porę roku girlandami ze światełek i z zielonych gałązek.
Przyglądała się domowi za każdym razem, gdy chodziła po odśnieżonych ścieżkach. Uwielbiała jego linie i kąty, subtelne akcenty z jasnej żółci i kremowej bieli na tle delikatnego błękitu.
To miejsce było dla niej takim samym domem jak ten, w którym dorastała. A często nawet lepszym, przyznała, bo w jej własnym rządziły kapryśne humory matki. Rodzice Parker byli ciepli, gościnni, kochający i… jak teraz przyszło jej na myśl, przewidywalni. To tutaj znalazła bezpieczną przystań w swoim burzliwym dzieciństwie.
Kiedy oboje zginęli przed niemal siedmiu laty, przeżyła ich śmierć tak samo jak przyjaciółka.
Teraz Brown Estate było jej domem. Jej firmą. Jej życiem. Jej miejscem na ziemi pod każdym względem. Czy można chcieć czegoś więcej, jeżeli robi się to, co się kocha, i to z przyjaciółkami od serca?
Weszła do środka przez tylne wejście, zostawiła okrycie w przedpokoju i poszła zajrzeć do królestwa Laurel.
Przyjaciółka i partnerka w interesach stała na stołku, starannie dodając srebrne kalie do pięciu pięter weselnego tortu. Każdy z kwiatów rozkwitał u podstawy złotego liścia akantu, co dawało lśniący, elegancki efekt.
– Prawdziwe arcydzieło, McBane.
Laurel ręką pewną jak u chirurga dokładała kolejną kalię. Jasne włosy miała zwinięte w luźny kok, który bardzo pasował do jej pociągłej, trójkątnej twarzy. Pracując, mrużyła w skupieniu chabrowe oczy.
– Jestem zadowolona, że zdecydowali się na kompozycję z kalii na szczycie, zamiast figurek pani i pana młodego. To właśnie nadaje charakter temu projektowi. Poczekaj, aż przeniesiemy tort do sali balowej i uzupełnimy dekorację.
Mac sięgnęła po aparat.
– Cyknę fotkę na naszą stronę internetową. Mogę?
– Jasne. Pospałaś trochę?
– Położyłam się dopiero około piątej, ale wylegiwałam się do południa. A ty?
– Padłam o wpół do trzeciej. Jednak o siódmej już byłam na nogach, żeby dokończyć tort pana młodego, desery i takie tam różności. Cholernie się cieszę, że do następnego ślubu mamy dwa tygodnie. – Obejrzała się przez ramię. – Tylko nie zdradź Parker, że to powiedziałam.
– Ona pewnie już wstała.
– Dwa razy zdążyła tu zajrzeć. Prawdopodobnie wszystko już dwukrotnie obleciała. Chyba słyszałam, jak weszła Emma. Mogą teraz siedzieć w biurze.
– Pójdę tam. Dołączysz do nas?
– Za dziesięć minut. Przyjdę na czas.
– W świecie Parker na czas oznacza spóźnienie – zażartowała Mac z dobrodusznym uśmiechem. – Postaram się czymś ją zająć.
– Po prostu jej powiedz, że pewnym rzeczom pośpiech szkodzi. A matka panny młodej zbierze tyle komplementów za ten tort, że wreszcie przestanie szukać dziur w całym.
– Oby.
Mac przeszła korytarzem do holu wejściowego i zlustrowała Salę Kominkową, w której miała się odbyć ceremonia ślubna. Emmaline i jej elfy zdążyły pozdejmować dekoracje po ostatnim weselu i na nowo ją przystrajały. Każda panna młoda miała swoją wizję, a dzisiejsza zażyczyła sobie mnóstwa złotych i srebrnych szarf oraz girland, zamiast liliowo-kremowego wystroju sylwestrowej nocy.
Bierwiona ułożone w kominku czekały, żeby je rozpalić, zanim zaczną zjeżdżać się goście. Srebrzyste kokardy zdobiły rzędy krzeseł w białych pokrowcach. Emma już ustawiła na gzymsie kominka złote świece w srebrnych lichtarzach. W holu w wysokim szklanym wazonie pysznił się ogromny bukiet białych kalii, ulubionych kwiatów panny młodej.
Mac przyjrzała się oświetleniu i dekoracjom, odnotowała w myślach swoje uwagi, po czym wspięła się po schodach na drugie piętro.
Tak jak się spodziewała, znalazła Parker w salce konferencyjnej sąsiadującej z biurem. Siedziała obłożona laptopem, tabletem BlackBerry, teczkami, telefonem komórkowym i zestawami słuchawkowymi. Gęste, brązowe włosy miała zebrane w długi, prosty kucyk. To uczesanie współgrało ze spodnium w stonowanej gołębiej szarości, które idealnie wtopi się w tło, podbijając kreację panny młodej.
Parker nie umykały żadne szczegóły.
Nie odrywając wzroku od laptopa, zakręciła palcem w powietrzu. Mac, znając ten gest, podeszła do kawiarki i nalała dla nich kawy. Postawiła kubki na stole, położyła swoją teczkę i otworzyła notebook.
Parker wyprostowała się, uśmiechnęła się do Mac i podniosła kubek.
– To będzie udany ślub.
– Na pewno.
– Drogi czyste, dobra pogoda. Panna młoda już wstała, zjadła śniadanie i była na masażu. Pan młody zaliczył trening na siłowni i popływał. Catering działa zgodnie z planem. Wszyscy weselnicy potwierdzili obecność. – Spojrzała na zegarek. – Gdzie Emma i Laurel?
– Laurel kończy ozdabiać tort. Jest niesamowity. Na Emmę nie natrafiłam, ale widziałam, że zaczęła dekorować sale na wieczór. Ładnie to wygląda. Zamierzam zrobić kilka zdjęć na zewnątrz. Przed ceremonią i po.
– Nie trzymaj za długo panny młodej na dworze. Nie chcemy jej pociągającej czerwonym nosem.
– A ty postaraj się trzymać matkę panny młodej z daleka ode mnie.
– Zanotowano.
Emma szybkim krokiem weszła do salki z dietetyczną colą w jednej ręce i teczką w drugiej.
– Tink nie przyszła, bo ma kaca, więc brakuje mi jednej osoby. Uwińmy się z tym, dobrze? – rzuciła, siadając przy stole. Jej czarne kręcone włosy opadały na ramiona dresowej bluzy.
– Apartament Panny Młodej i Sala Kominkowa są już gotowe. Hol i klatka schodowa na ukończeniu. Bukieciki, kotyliony i poszetki sprawdzone. Zaczęliśmy prace w Wielkiej Sali i w Sali Balowej. Muszę tam zaraz wracać.
– Dziewczynka sypiąca kwiatki?
– Dostanie pomander z białych róż ze srebrnymi i złotymi wstążkami. Wianek z róż i gipsówki czeka na fryzjerkę. Jest uroczy. Mac, potrzebuję kilku zdjęć tych kompozycji. Jeśli nie dasz rady wcisnąć je w plan, sama je cyknę.
– Zajmę się tym.
– Dzięki. Teraz… matka panny młodej.
– Biorę ją na siebie – zdecydowała Parker.
– Potrzebuję… – Emma urwała, bo do salki weszła Laurel.
– Nie jestem spóźniona – zaznaczyła.
– Tink nie przyszła – powiadomiła ją Parker. – Emmie brakuje rąk do pracy.
– Mogę pomóc. Muszę jeszcze ustawić centralną dekorację na torcie i dokończyć desery, ale teraz mam czas.
– Przejrzyjmy harmonogram.
– Zaczekaj. – Emma uniosła puszkę z dietetyczną colą. – Najpierw toast. Szczęśliwego Nowego Roku dla nas, czterech niesamowitych superlasek. Najlepszych przyjaciółek pod słońcem.
– I do tego bystrych i nie do zdarcia. – Laurel uniosła butelkę z wodą. – Za przyjaciółki i wspólniczki.
– Za nas – dodała Mac. – Za przyjaźń i mózg w czterech częściach oraz za absolutną zajebistość całości, którą tworzymy w Przysięgach.
– I za dwa tysiące dziewiąty rok. – Parker podniosła filiżankę z kawą. – My, wspaniałe, niesamowite, piękne, mądre i twarde dziewczyny przeżyjemy swój najlepszy rok.
– No jasne. – Mac stuknęła się z nimi kubkiem. – Za śluby – wtedy, teraz i zawsze.
– Wtedy, teraz i zawsze – powtórzyła po niej Parker. – A teraz… harmonogram?
– Towarzyszę pannie młodej – zaczęła Mac – od jej przyjazdu, potem biorę pod skrzydła pana młodego. Ujęcia reporterskie podczas przygotowań, w razie potrzeby pozowane. Oficjalne portrety wewnątrz i na zewnątrz. Teraz obfotografuję tort i dekoracje, przygotuję sprzęt. Rodzinne i grupowe zdjęcia przed ceremonią. Po uroczystości potrzebuję tylko czterdziestu pięciu minut na zdjęcia rodziny, wszystkich gości razem, panny młodej i pana młodego.
– Aranżacje kwiatowe w apartamentach państwa młodych skończone do piętnastej. Kwiaty w holu, w salonie, na schodach, w Wielkiej Sali i w Sali Balowej do siedemnastej. – Parker zerknęła na Emmę.
– Będą gotowe.
– Wpół do szóstej przyjeżdża operator wideo. Goście zaczną się zjeżdżać między siedemnastą a siedemnastą trzydzieści. Kwartet smyczkowy zaczyna grać o siedemnastej czterdzieści. Zespół muzyczny czeka w Sali Balowej od osiemnastej trzydzieści. Matka pana młodego w towarzystwie syna, wejdzie za dziesięć szósta. Zaraz po nich pojawia się matka panny młodej w asyście zięcia. Pan młody i drużbowie zajmują miejsca o osiemnastej. – Parker czyta rozpiskę. – Ojciec panny młodej, ona sama i orszak ustawiają się o osiemnastej. Zejście po schodach i przejście przez salę. Czas trwania ceremonii dwadzieścia trzy minuty. Przerwa i chwila dla rodziny. Goście są wprowadzani do Wielkiej Sali dwadzieścia pięć minut po osiemnastej.
– Bar otwarty – uzupełniła Laurel. – Muzyka, tace z przekąskami.
– Od osiemnastej dwadzieścia pięć do dziewiętnastej czas na zdjęcia. Kwadrans po dziewiętnastej mowy, prezentacja członków rodzin, orszaku ślubnego i nowożeńców.
– Kolacja, toasty – dorzuciła Emma. – Mamy to, Parks.
– Chcę, żebyśmy przeszli do Sali Balowej najpóźniej kwadrans po dwudziestej – kontynuowała Parker. – Pannie młodej zależy, aby babcia była obecna przy pierwszym tańcu i żeby jej tata zatańczył ze swoją mamą, po tańcu ojca z córką i matki z synem. Babcia ma dziewięćdziesiąt lat i może szybko się znużyć. Jeżeli uda nam się zorganizować krojenie tortu o dwudziestej pierwszej trzydzieści, starsza pani powinna jeszcze też to zobaczyć.
– Urocza staruszka – zauważyła Mac. – Na próbie zrobiłam jej kilka ładnych zdjęć z Alison. Dziś również postaram się je razem sfotografować. Osobiście uważam, że starsza pani zostanie do końca.
– Mam taką nadzieję. Tort i desery będą podawane w trakcie dalszych tańców.
Rzucenie bukietu kwadrans po dwudziestej drugiej.
– Rzut bukietem ustawiony – zameldowała Emma.
– Rzucenie podwiązki, tańce trwają dalej. Ostatni taniec o dwudziestej drugiej pięćdziesiąt, puszczanie baniek, odjazd nowożeńców. Dwudziesta trzecia, koniec imprezy. – Parker ponownie spojrzała na zegarek. – To mniej więcej tyle. Emma i Laurel muszą się przebrać. Wszystkie pamiętajcie o zestawach słuchawkowych. – Telefon Parker zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. – Matka panny młodej. Znowu. Czwarty telefon od rana.
– Miłej zabawy – rzuciła Mac i czym prędzej się zmyła.
Zaglądała po kolei do wszystkich pomieszczeń, trzymając się z daleka od Emmy i jej elfów, które niczym rój pszczół rozprzestrzeniły się po całym domu z kwiatami, wstążkami i draperiami. Zrobiła zdjęcia tortu Laurel i kompozycji Emmy. W myślach układała kolejne, wieczorne ujęcia.
To był taki jej prywatny rytuał i bardzo uważała, żeby przypadkiem nie zmienił się w rutynę. Wiedziała, że jeżeli fotografowanie stanie się automatyczne, zacznie tracić ciekawe ujęcia i okazje, ugrzęźnie w sztampie, zamiast szukać świeżych pomysłów. Ilekroć czuła, że traci ostrość spojrzenia, przywoływała w myślach obraz tamtego modrego motyla na żółtym kwiatku mlecza.
W pomieszczeniach unosił się zapach róż i lilii, wszędzie rozbrzmiewały głosy i stukot pospiesznych kroków. Światło wpadające przez wysokie okna kładło na podłodze jasne smugi i mieniło się na złotych i srebrnych wstążkach.
– Słuchawki, Mac! – Parker zbiegła głównymi schodami. – Nadjeżdża młoda.
Pognała witać pannę młodą, a Mac wbiegła na górę. Nie zważając na ziąb, wyszła na frontowy taras, skąd miała najlepszy widok na sunącą podjazdem białą limuzynę. Kiedy auto miękko zahamowało, Mac zajęła pozycję, ustawiła aparat i czekała.
Pierwsza wyłoniła się druhna honorowa, a za nią matka panny młodej.
– Przesuńcie się odrobinę – mruknęła pod nosem Mac.
Wreszcie wysiadła Alison. Była w dżinsach, w znoszonej zamszowej kurtce i w śniegowcach. Szyję miała owiniętą jaskrawoczerwonym szalikiem. Mac ustawiła zoom, wyregulowała ostrość.
– Hej, Alison! – zawołała.
Dziewczyna spojrzała w górę. Wyraz zaskoczenia na jej twarzy zastąpiło rozbawienie i ku zadowoleniu Mac, uniosła ramiona i śmiejąc się, odrzuciła głowę do tyłu.
Oto zaczyna się nasza wspólna podróż, pomyślała Mac, uwieczniając ten moment.
Dziesięć minut później w Apartamencie Panny Młodej, dawnej sypialni Parker, zapanowało radosne zamieszanie. Dwie fryzjerki, demonstrując swój kunszt, uwijały się z różnymi przyrządami, kręcąc, prostując i upinając włosy, a wizażystki z zestawami pędzli i paletami zajęły się makijażem pań.
Kobiece klimaty, myślała Mac, poruszając się dyskretnie po apartamencie, te zapachy, czynności, odgłosy.
Oczywiście najwięcej uwagi skupiała na sobie panna młoda i jak oceniła Mac, Alison wcale się nie denerwowała. Była wyluzowana, promienna i trajkotała jak katarynka.
Natomiast matka panny młodej zachowywała się zupełnie na odwrót.
– Masz takie piękne włosy. Nie uważasz, że powinnaś zostawić je rozpuszczone? Przynajmniej częściowo. Może…
– Upięte lepiej pasują do welonu. Spokojnie, mamo.
– Tu jest za gorąco. Tak, zdecydowanie za duszno. A Mandy powinna położyć się na drzemkę. Bo potem będzie grymasić.
– Wytrzyma. – Alison spojrzała w stronę dziewczynki sypiącej kwiatki.
– Naprawdę uważam…
– Drogie panie! – Parker wtoczyła stolik na kółkach z szampanem i tacą serów i owoców. – Panowie są w drodze. Alison, fryzura wygląda idealnie. Jest boska. – Nalała szampana do kieliszka i podała go pannie młodej.
– Uważam, że nie powinnaś pić przed ceremonią. Prawie nic nie jadłaś i…
– Ach, pani McFearson, jak dobrze, że pani już jest gotowa. Cudownie pani wygląda. Chciałabym panią porwać na chwilę, zajrzyjmy razem do Sali Kominkowej. Chcemy się upewnić, że wszystko wygląda idealnie. – Parker wsunęła kieliszek w dłoń matki panny młodej i taktownie wyprowadziła ją z apartamentu.
– Uff. – Alison westchnęła i parsknęła śmiechem.
Następną godzinę Mac kursowała między apartamentami państwa młodych. Między perfumami i tiulami, spinkami do mankietów, muszkami i pasami do smokingów. Potem wróciła do królestwa panny młodej i omijając druhny, które się ubierały, wzajemnie sobie pomagając, zobaczyła Alison stojącą samotnie przed swoją suknią ślubną.
Mac dyskretnie uchwyciła w kadrze całe piękno tej chwili; zachwyt, radość i ledwo dostrzegalny cień smutku. Gdy nacisnęła spust migawki, Alison akurat wyciągnęła rękę, aby musnąć palcami połyskliwy gorset sukni.
Mac wiedziała, że to jedyny taki moment, gdy na twarzy kobiety odbijają się wszystkie emocje.
Moment przeminął i Alison obejrzała się na Mac.
– Nie przypuszczałam, że coś takiego będę czuła. Jestem taka szczęśliwa. Kocham Roda, chcę za niego wyjść. Ale gdzieś tutaj czuję lekki ucisk. – Dotknęła palcami miejsca tuż nad sercem. To coś innego niż nerwy.
– Odrobina smutku. Kończy się jeden etap w twoim życiu. Masz prawo pożegnać go ze smutkiem. Wiem, czego ci potrzeba. Zaraz wrócę.
Chwilę później Mac przyprowadziła babcię Alison i taktownie się wycofała.
Młodość i starość, pomyślała. Początek i koniec. Powiązania i ciągłość. No i miłość.
Zrobiła zdjęcie, gdy kobiety się objęły, ale wiedziała, że nie to było najważniejsze. Uchwyciła lśnienie łez i nadal nie była zadowolona. Poczuła satysfakcję, dopiero gdy Alison z drżącym uśmiechem przycisnęła czoło do czoła babci i po jej policzku stoczyła się pojedyncza łza. Suknia wisząca za ich plecami mieniła się i połyskiwała niczym tło stworzone specjalnie dla tej chwili.
Idealnie. Modry motyl…
Zrobiła niepozowane zdjęcia ubierającej się panny młodej, a potem oficjalny portret w korzystnym świetle dziennym. Alison mimo przenikliwego zimna odważnie pozowała na tarasie.
Zignorowała głos Parker w słuchawce i pobiegła do Apartamentu Pana Młodego, żeby zrobić identyczną sesję zdjęciową Rodowi.
Minęła się z Parker na korytarzu, gdy pędziła z powrotem do panny młodej.
– Pan młody i świadkowie muszą jak najszybciej znaleźć się na dole. Mamy dwie minuty opóźnienia.
– O mój Boże! – jęknęła Mac z udawanym przerażeniem, znikając w Apartamencie Panny Młodej.
– Goście już zajęli miejsca – odezwał się głos Parker w jej słuchawce. Pan młody i drużbowie gotowi. Emmo, zbierz druhny.
– Się robi.
Mac zbiegła po schodach i czekała u ich podnóża, gdy Emma ustawiała druhny.
– Druhny gotowe. Puść muzykę na wejście panny młodej.
– Włączam muzykę – zameldowała Parker. – Niech ruszają.
Dziewczynka od kwiatków spokojnie wytrzyma bez drzemki, stwierdziła Mac, gdy mała wystrojona w sukienkę księżniczki niemal tanecznym krokiem schodziła po schodach. Na znak Laurel przystanęła niczym dobrze ułożony psiak, po czym z godnością ruszyła przez hol do Sali Kominkowej i dalej szerokim przejściem między rzędami krzeseł.
Za nią szły druhny w srebrzyście połyskujących sukniach, a pochód zamykała druhna honorowa ubrana na złoto.
Gdy na szczycie schodów ukazała się panna młoda z ojcem trzymającym ją pod rękę, Mac przykucnęła z gotowym aparatem. Gdy muzyka głośniej rozbrzmiała, ojciec uniósł dłoń Alison do ust, a potem pocałował ją w policzek.
Mac, naciskając spust migawki, poczuła, jak oczy zachodzą jej łzami. A gdzie był jej ojciec? Na Jamajce, w Szwajcarii czy może w Kairze?
Czym prędzej odsunęła tę budzącą żal myśl i skupiła się na pracy. W blasku świec ustawionych przez Emmę uwieczniała radość i łzy. Utrwalała wspomnienia. Sama postronna i niewidzialna.
Pracowała w nocy, bo dzień miała zapchany umówionymi spotkaniami. Poza tym lubiła pracować po nocach; sama w swojej przestrzeni i w swoim tempie. Poranki były na kawę, pierwszy mocny zastrzyk kofeiny, a dni często wypełniały spotkania z klientami, sesje zdjęciowe i zebrania.
W nocy sama w studio mogła w pełni się skupić na zdjęciach. Zdecydować, które wybrać, jak je poprawić, jak osiągnąć perfekcję. Używała niemal wyłącznie aparatów cyfrowych, ale gdy tworzyła odbitki, myślała w sposób typowy dla pracy w ciemni fotograficznej. Nakładała warstwy, podbijała światło, pogłębiała cienie, usuwała skazy i prześwietlenia, tworząc podstawę idealnego zdjęcia. Następnie dopracowywała poszczególne fragmenty, zmieniając gęstość, dodając kontrast. Krok po kroku kształtowała obraz, wyostrzała go lub łagodziła w zależności od nastroju chwili zatrzymanej w obiektywie. Sama musiała poczuć to coś, co, jak miała nadzieję, poczuje również jej klient.
Jak niemal każdego ranka, w ciepłej flanelowej piżamie, w grubych skarpetach, ze zmierzwionymi rudymi włosami usiadła przy komputerze z kubkiem kawy, żeby przejrzeć miniaturki zdjęć i sprawdzić, czy ta poranna Mac współgra z tamtą z nocy. Napawała się ciszą. Na weselach otaczali ją ludzie, panował gwar, grały w niej emocje. Blokowała je albo wykorzystywała do uchwycenia odpowiedniego kąta, właściwego tonu, najlepszego momentu.
Tutaj była sama ze swoimi zdjęciami i mogła je doskonalić. Popijając kawę, schrupała jabłko w ramach zadośćuczynienia za ciastko z wczorajszego poranka i przejrzała setki zdjęć z poprzedniego dnia, w tym dziesiątki tych dopracowanych podczas nocnej sesji.
Poranna Mac pogratulowała tamtej nocnej dobrze wykonanej roboty. Jeszcze musiała to i owo dopieścić, a gdy już wyselekcjonuje najlepsze z najlepszych ujęć, umówi się z nowożeńcami na pokaz slajdów. Niech sami dokonają wyboru.
Ale to zadanie na inny dzień. Na wszelki wypadek, żeby przypadkiem coś jej nie umknęło, sprawdziła w kalendarzu rozpiskę na dziś. Potem poszła na górę, wzięła prysznic i ubrała się na pierwsze spotkanie.
Na sesję w studiu wystarczyłyby dżinsy i sweter, ale później musiałaby się przebrać na zaplanowane na południe spotkanie konsultacyjne w Dużym Domu. Według zasad ustalonych w Przysięgach na spotkania konsultacyjne z klientami wszystkie przychodziły w strojach biznesowych.
Przekopała szafę w poszukiwaniu czarnych spodni i czarnej koszuli. Wystarczy, że po sesji zdjęciowej nałoży marynarkę, żeby spełnić wymogi dress codu. Pogrzebała w szkatułce z biżuterią i w końcu znalazła coś, co pasowało do jej nastroju. Zrobiła lekki makijaż i uznała, że jest gotowa do pracy.
Według Mac odpowiednia aranżacja studia wymagała większej uwagi niż osoba fotografa.
Elizabeth i Charles, powtórzyła w myślach, rozpoczynając przygotowania. Sesja zaręczynowa. Pamiętała, że podczas konsultacji mieli bardzo konkretne wymagania. Miało być oficjalnie, prosto, bez udziwnień.
Zastanawiała się, dlaczego nie poprosili któregoś z przyjaciół ze zwykłym aparatem o zrobienie takich zdjęć. I kto wie, czy nie zadałaby tego pytania, pomyślała teraz z kpiącym uśmiechem, gdyby Parker, czytając w myślach przyjaciółki, nie zamknęła jej ust ostrzegawczym spojrzeniem.
– Klient nasz pan – mruknęła pod nosem, aranżując tło. – Chcą nudno? Bardzo proszę, mówisz i masz.
Przyciągnęła lampy, ustawiła dyfuzor; niech te nudne, przynajmniej będą ładne. Wyciągnęła statyw, bo przeczucie jej mówiło, że akurat tym klientom spodoba się widok profesjonalnego sprzętu. Akurat gdy wybrała obiektyw, sprawdziła oświetlenie i udrapowała tkaninę na stołku, klienci zapukali do drzwi.
– Dziękuje za punktualność – powiedziała, zamykając za nimi drzwi i odcinając podmuch lodowatego wiatru. – Fatalna pogoda. Pozwólcie państwo, że powieszę wasze okrycia.
Wyglądają idealnie, oceniła ich w myślach. Barbie i Ken w wersji dla wyższych sfer. Ona, chłodna blondynka bez jednego luźnego pasemka włosów, on przystojny, nienagannie ubrany i odprasowany. Mac korciło, żeby jej choć odrobinę potargać włosy, a jemu lekko przekrzywić krawat. Może wtedy staliby się bardziej ludzcy.
– Napiją się państwo kawy?
– Och nie, dziękujemy. – Elizabeth obdarzyła Mac uprzejmym uśmiechem. – Chcemy jak najszybciej się z tym uporać. Czeka nas mnóstwo spraw do załatwienia. – Kiedy Mac odwieszała ich płaszcze, Elizabeth rozejrzała się po studiu. – Wcześniej był to domek przy basenie?
– Zgadza się.
– Ciekawe… Spodziewałam się czegoś bardziej okazałego. Ale cóż… – Podeszła do ściany, żeby przyjrzeć się wiszącym tam fotografiom oprawionym w ramy. – W listopadzie kuzynka Charlesa miała tutaj ślub. Było naprawdę cudownie, nie może się pań nachwalić. Prawda, Charlesie?
– Tak. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę agencję.
– W najbliższych miesiącach będę ściśle współpracować z Przysięgami. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie mogłabym się odświeżyć, zanim zaczniemy? – chciała wiedzieć Elizabeth.
– Naturalnie. – Mac zaprowadziła ją do toalety dla gości przy studiu, zastanawiając się, jak właściwie ta kobieta chce się odświeżyć.
– A zatem – zwróciła się do Charlesa, poluzowując w myślach idealny windsorski węzeł jego krawata. – Co dzisiaj państwo załatwiacie?
– Mamy spotkanie z pozostałymi partnerkami z Przysiąg i chcemy dopełnić niezbędne formalności. Potem Elizabeth jedzie na spotkanie z dwoma projektantkami, które poleciła pani wspólniczka, żeby omówić fason sukni.
– Ekscytujące. – Chłopie, pomyślała, wydajesz się tak podekscytowany jak przed kontrolną wizytą u dentysty.
– Mnóstwo różnych kwestii wymaga rozwiązania. Ale zakładam, że agencja jest z tym oswojona.
– Każdy ślub jest dla nas tym pierwszym – odparła Mac. – Czy zechciałby pan stanąć za tamtym stołkiem, żebym mogła sprawdzić światło i ostrość, zanim wróci pani Elizabeth?
Posłusznie obszedł stołek i stanął wyprostowany jak struna.
– Proszę się odprężyć – poprosiła. – To wszystko odbędzie się szybciej i łatwiej, niż pan myśli. Jaką muzykę pan lubi?
– Muzykę?
– Tak. Włączymy coś. – Podeszła do odtwarzacza kompaktów, wybrała CD. – Ballady Natalie Cole. Romantyczna klasyka. Pasuje?
– Tak. Może być.
Mac zauważyła, że zerknął na zegarek, kiedy wróciła do statywu, udając, że ustawia aparat. – Zdecydowaliście państwo, gdzie spędzicie miesiąc miodowy?
– Nastawiamy się na Paryż.
– Znacie francuski?
Pierwszy raz swobodnie się uśmiechnął.
– Ani słowa.
– No to przed państwem wielka przygoda – zauważyła, akurat gdy Elizabeth wyłoniła się z toalety, wyglądając tak samo nieskazitelnie, jak przedtem.
Miała na sobie idealnie skrojony kostium, najpewniej od Armaniego. Odcień indygo pasował do jej typu urody i jak Mac podejrzewała, celowo wybrała dla Charlesa grafitowy garnitur, bo te kolory ładnie ze sobą współgrały.
– Myślę, że zaczniemy od pani. Proszę usiąść, a pan stanie z tyłu. Dobrze, odrobinę w lewo, a teraz pani odchyli się lekko w stronę okna i oprze się o pana. Proszę poczuć się swobodnie. Niech pan położy dłoń na lewym ramieniu narzeczonej, a pani nakryje ją swoją dłonią. W ten sposób wyeksponujemy piękny pierścionek zaręczynowy.
Zrobiła kilka zdjęć, żeby pomóc im się rozluźnić i przełamać początkowe sztywne uśmiechy.
– Proszę przechylić głowę – zwróciła się do Charlesa. – I przenieść ciężar ciała na cofniętą nogę. Ramiona nieco wyżej.
Facet jest nieśmiały, oceniła go Mac. Onieśmiela go i aparat, i ludzie. A ona z kolei, wydaje się potwornie skrępowana. Przeraża ją myśl, że mogłaby nie wypaść idealnie.
Mac próbowała pomóc im choć trochę się rozluźnić, pytając, jak się poznali, gdzie się zaręczyli. Już raz zadała im te pytania, gdy umawiali się na sesję fotograficzną, i teraz usłyszała dokładnie te same odpowiedzi.
Nie potrafiła się przebić przez ich pancerze. Właściwe mogła przestać się wysilać i dać im dokładnie to, czego, jak im się wydawało, chcieli. Ale to wcale nie było tym, czego naprawdę potrzebowali.
Cofnęła się od statywu, a wtedy oni jakby znormalnieli. Elizabeth zadarła głowę i uśmiechnęła się do Charlesa, on puścił do niej oko.
No proszę, pomyślała Mac, jednak pod tą sztywną powłoką kryją się normalni ludzie.
– Mam już kilka naprawdę udanych oficjalnych zdjęć. Wiem, że właśnie na takich państwu zależy, ale zastanawiam się, czy zgodzilibyście się zrobić coś dla mnie?
– Naprawdę mamy napięty grafik – odezwał się Charles.
– To nie zajmie nawet pięciu minut. Elizabeth, proszę wstać. – Mac odsunęła stołek na bok i zdjęła aparat ze statywu. – A teraz… może się obejmiecie?
– Ja nie… – zaczął Charles.
– Przytulanie się jest legalne w Connecticut, nawet bez ślubu – przerwała mu Mac z uśmiechem. – Taki mały eksperyment – dodała. – Za dwie minuty będziecie państwo wolni. – Wzięła światłomierz, sprawdziła ustawienie, wprowadziła drobną korektę.
– Niech pani oprze policzek na piersi narzeczonego, lekko zwracając twarz w moją stronę – tłumaczyła. – Właśnie tak. A pan pochyli głowę ku narzeczonej, ale podbródek skieruje do mnie. Proszę wziąć głęboki oddech… i go wypuścić. Po prostu się zrelaksować. Trzyma pan w ramionach osobę, którą pan kocha, prawda? Sprawia to panu radość. A teraz, proszę, oczy na mnie, tylko na mnie… i proszę pomyśleć, co pan czuł, kiedy pierwszy raz się pocałowaliście.
– Mamy to! – zawołała ucieszona.
Ich uśmiechy były krótkie, spontaniczne. Jej ciepły, a jego zachwycony i nawet nieco szelmowski.
– Jeszcze jedno takie samo ujęcie – oznajmiła i zrobiła trzy, zanim z powrotem się usztywnili. – Gotowe. – Wersje do akceptacji pokażę przed…
– Może teraz zerkniemy na zdjęcia, to aparat cyfrowy, prawda? – zasugerowała Elizabeth tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Tak żeby mieć ogólne wyobrażenie.
– Bardzo proszę. – Mac podeszła z aparatem do komputera. – Zdjęcia są surowe, ale można je z grubsza ocenić.
– Tak. – Elizabeth ze ściągniętymi brwiami wpatrywała się w ekran, gdy Mac rozpoczęła powolny pokaz slajdów. – Owszem, ładne.
Mac zatrzymała jedno z oficjalnych ujęć.
– A to?
– Właśnie o coś takiego mi chodziło. Oboje dobrze wyglądamy, sposób ujęcia mi odpowiada. – Chyba przy tym zostaniemy.
– Zaznaczę je. Dla pewności możemy przejrzeć resztę. – Mac puściła slajdy.
– Tak, są naprawdę dobre. Bardzo dobre. Myślę, że to, które wybrałam jest… – zamilkła, bo na ekranie pojawiło się zdjęcie, na którym stoją objęci. – Och, śliczne. Naprawdę ładnie wyszliśmy, prawda?
– Mojej matce spodoba się tamto pierwsze, które wybrałaś. – Stojący za Elizabeth Charles pogładził ją po ramionach.
– Na pewno. Damy je oprawić, zanim dostanie je na pamiątkę. Ale… – Przeniosła spojrzenie na Mac. – Miała pani rację, a ja się myliłam. Właśnie to ostatnie ujęcie chcę na nasz portret zaręczynowy. I proszę mi przypomnieć, że to powiedziałam, we wrześniu, jeśli znowu będę próbowała ingerować w pani pracę.
– Przypomnę. I przyznam, że ja też się myliłam. Myślę, że będzie nam się razem przyjemnie pracowało.
Elizabeth zajęło chwilę, zanim się roześmiała.
Mac skierowała ich do Parker, uznając, że teraz przyjaciółka ma u niej dług. Przekazała jej klientów, którzy, przynajmniej na razie, byli bardziej otwarci na pomysły i sugestie niż jeszcze przed godziną.
Usiadła przy biurku i zajęła się kompletowaniem pakietów dla klientów. Jeden zawierał próbki do oceny, a drugi finalne zdjęcia starannie zaprezentowane w albumach. Dla państwa młodych, dla matki panny młodej, dla matki pana młodego i plik dodatkowych zdjęć dla rodziny i gości z wesela.
Kiedy popakowała pakiety do pudełek, stwierdziła, że ma akurat tyle czasu, żeby dojeść resztkę wczorajszej sałatki makaronowej, zanim przejdzie z paczkami do wysyłki do Dużego Domu. Stanęła z miseczką nad zlewem. Zaczarowana lodowa kraina, pomyślała, patrząc przez okno na biały, nieruchomy krajobraz. Sięgnęła po szklankę z dietetyczną colą i przechyliła ją do ust. W tej samej chwili rozpędzony kardynał odbił się od szyby. Drgnęła zaskoczona stuknięciem kłębka karmazynowej czerwieni w okno i oblała colą przód koszuli. Z sercem bijącym w gardle odprowadziła wzrokiem spłoszonego ptaka i spojrzała na koszulę.
– Cholera.
Zdjęła ją i rzuciła na pokrywę pralko-suszarki w pomieszczeniu gospodarczym za kuchnią. W staniku i w czarnych spodniach starła colę z blatu. Zirytowana podniosła dzwoniącą komórkę. Wyświetliła się Parker.
– Co tam? – warknęła rozdrażniona.
– Patty Baker przyszła po swoje albumy.
– Dwadzieścia minut przed czasem. Przyjdę punktualnie. Zajmij ją czymś – poradziła, kierując się do studia. – I nie zawracaj mi głowy. – Rozłączyła się.
Odwróciła się i zamarła na widok mężczyzny stojącego w studiu.
Intruz zrobił wielkie oczy i oblał się rumieńcem.
– O Boże – wykrztusił i odwrócił się gwałtownie, przez co wpadł na framugę z hukiem podobnym do strzału z pistoletu.
– Jezu! Nic się panu nie stało? – Mac rzuciła telefon i podbiegła do mężczyzny, gdy ten zataczając się, próbował utrzymać równowagę.
– Nie. Wszystko w porządku. Przepraszam.
– Pan krwawi. Rany, naprawdę nieźle rąbnął pan głową. Może lepiej niech pan usiądzie.
– Może. – Skierował w dół zamglone, lekko nieprzytomne oczy i zsunął się po ścianie na podłogę.
Mac przykucnęła przy nim. Odgarnęła mu z czoła ciemnobrązowe włosy i odsłoniła krwawiące otarcie, które już zmieniało się w imponujący guz.
– Nie tak źle. Skóra nie jest rozcięta. Obędzie się bez szwów. Solidnie się pan uderzył. Ten odgłos był jak walnięcie młotkiem. Może trzeba przyłożyć lód, a potem…
– Proszę wybaczyć. Nie wiem, czy pani się orientuje… tylko się zastanawiam, czy pani nie powinna… – Skupiona na udzielaniu pierwszej pomocy, automatycznie podążyła za jego spojrzeniem. Dopiero teraz zauważyła, że jej piersi zakryte skąpym biustonoszem znajdowały się niebezpiecznie blisko jego twarzy.
– Ups! Nie pomyślałam. Proszę tutaj siedzieć i się nie ruszać. – Zerwała się i wybiegła ze studia.
On wcale nie był pewien, czy w ogóle jest w stanie się ruszyć. Oszołomiony i zdezorientowany, siedział na podłodze oparty plecami o ścianę, ale mimo mroczków przed oczami, stwierdził, że widział bardzo apetyczny biust. Jakimś cudem to akurat mu nie umknęło.
Nie miał pojęcia, co w tej sytuacji powinien powiedzieć czy zrobić, uznał więc, że po prostu będzie siedzieć tak, jak mu kazała.
Kiedy wróciła z workiem lodu, miała na sobie koszulę. Zapewne krótkie ukłucie rozczarowania nie było tym, co powinien poczuć. Znów przed nim przykucnęła. Dopiero teraz, pozbawiony widoku powabnych piersi, zauważył jej długie nogi.
– To powinno pomóc. – Podała mu worek z lodem i przycisnęła jego dłoń do pulsującego czoła. Kucała na piętach jak łapacz za bazą. Jej oczy miały odcień zieleni magicznego morza.
– Kim pan jest? – zapytała.
– Co?
– Hmm. – Ile pan widzi palców? – podniosła dwa.
– Dwanaście.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. W jej policzkach pojawiły się dołeczki, a jego serce wykonało mały taniec.
– Nieprawda. Spróbujmy inaczej. Co ty, człowieku, robisz w moim studiu albo raczej co robiłeś, zanim doznałeś wstrząśnienia mózgu na widok mojego biustu.
– Aha. Mam umówione spotkanie. A właściwe Sherry je ma. Sherry Maguire.
Jej uśmiech jakby trochę przybladł, a dołeczki zniknęły.
– Okej, nie to miejsce. Chodzi o Główny Dom. Jestem Mackensie Elliot, fotografka agencji.
– Wiem. Znaczy wiem, kim jesteś. Sherry swoim zwyczajem okazała się mało konkretna, gdy podawała mi miejsce.
– I porę. Jest umówiona na czternastą.
– Powiedziała, że chyba na trzynastą trzydzieści, co w jej przypadku oznacza czternastą. Powinienem kierować się „czasem Sherry” albo zadzwonić, żeby sprawdzić termin. Jeszcze raz przepraszam.
– Nic się nie stało. – Przechyliła głowę. Jego budzące sympatię oczy już patrzyły bystro.
– Skąd mnie znasz?
– Och, chodziłem do szkoły z Delaneyem, Delaneyem Brownem, no i z Parker. Ona była parę klas niżej. I ty zdaje się też.
Przyjrzała mu się uważnie. Według utartych standardów jego gęstym, potarganym, brązowym włosom przydałoby się porządne podcięcie i uczesanie. Objęła spojrzeniem pogodne niebieskie oczy obramowane długimi rzęsami, prosty nos i ładnie wykrojone usta w raczej pociągłej twarzy. Mac miała dobrą pamięć do twarzy. W takim razie dlaczego go nie kojarzyła?
– Chyba znałam większość kumpli Dela.
– Och, nie obracaliśmy się w tych samych kręgach. Raz mu pomagałem, kiedy przerabialiśmy Henryka Piątego.
W końcu zaskoczyła. – Carter – powiedziała, celując w niego palcem. – Carter Maguire. Chyba nie żenisz się z siostrą?
– No co ty! Przyszedłem w zastępstwie Nicka. Sherry nie chciała sama uczestniczyć w rozmowie, a Nicka coś zatrzymało. Ja… Kurczę, sam nie wiem, co tu robię.
– Jesteś po prostu dobrym bratem. – Poklepała go po kolanie. – Myślisz, że dasz radę wstać?
– Tak.
Podniosła się i wyciągnęła do niego rękę. Kiedy ich dłonie się zetknęły, serce znowu mu przyspieszyło. A gdy się dźwignął do pionu, pulsowanie w głowie dołączyło do serca w tym samym rytmie.
– Au! – syknął.
– Boli? Chcesz aspirynę?
– Och, jeśli mogę prosić.
– Zaraz przyniosę. A ty do tego czasu posiedź na czymś innym niż podłoga.
Kiedy poszła do kuchni, chciał podejść do krzesła, ale zatrzymał się na widok fotografii na ścianach. Między innymi były tam zdjęcia z magazynów branżowych, a więc założył, że to wszystko jej prace. Piękne panny młode, wyrafinowane panny młode, seksowne, roześmiane. Niektóre w kolorze, inne w nastrojowej czerni i bieli, a także kilka z wykorzystaniem dziwnego, a jednocześnie fascynującego efektu komputerowego, gdy na czarno-białe zdjęcie nakłada się jakiś akcent o intensywnej barwie.
Obejrzał się, gdy wróciła, i nieoczekiwanie przez głowę przebiegła mu myśl, że jej włosy są właśnie takim intensywnym akcentem.
– Fotografujesz coś poza ślubami?
– Tak. – Podała mu trzy tabletki i szklankę wody. – Jednak to panny młode są głównym atutem i źródłem kasy w ślubnym biznesie.
– Te zdjęcia są fenomenalne. Kreatywne i niepowtarzalne. Ale najlepsze ze wszystkich jest to. – Przeszedł kawałek wzdłuż ściany i wskazał oprawione w ramy zdjęcie trzech dziewczynek i modrego motyla na żółtym mleczu.
– Dlaczego tak sądzisz?
– Bo jest w nim coś magicznego.
Przyglądała mu się przez chwilę, która jemu zdawała się trwać wieczność.
– Masz rację, Carterze Maguire. No cóż, pójdę po płaszcz, przejdziemy do Głównego Domu i skupimy się na konsultacji.
Wyjęła mu z ręki woreczek z na wpół roztopionym lodem. – Dostaniesz świeży w Głównym Domu.
Fajny jest, pomyślała, idąc po płaszcz i szalik. Bardzo fajny. Jakoś go nie zauważyła w liceum. Może wtedy nie był fajny i dopiero później przepoczwarzył się w naprawdę przystojnego faceta. W pierwszej chwili, gdy go zobaczyła, przeszło jej przez myśl, że to przyszły pan młody i poczuła ukłucie rozczarowania.
A tymczasem to brat panny młodej, a to inna para kaloszy.
Oczywiście, gdyby była zainteresowana.
Włożyła płaszcz, owinęła szyję szalikiem i przypominając sobie tamten zjadliwy podmuch wiatru, naciągnęła czapkę na głowę. Gdy zeszła na dół, Carter jak grzeczny chłopczyk wstawiał szklankę po wodzie do zlewu.
Podniosła przepastną płócienną torbę z albumami.
– Proszę – powiedziała, podając ją Carterowi. – Poniesiesz? Sporo waży.
– Jasne, oczywiście.
– Ja wezmę tę. – Wzięła drugą, mniejszą torbę. – Jedna panna młoda przyjdzie po albumy, a druga ma się zjawić po próbki. Kierunek, Główny Dom. Tak jak na konsultacje.
– Słuchaj, chcę cię przeprosić, że tak po prostu wszedłem. Pukałem, ale nikt nie odpowiadał. Słyszałem muzykę, więc otworzyłem drzwi… a potem…
– Resztę znamy.
– Tak.
– Aha, nie wyłączysz odtwarzacza?
– Racja. Przestałam słyszeć muzykę. – Podniosła pilota, wyłączyła CD i rzuciła pilota na stolik. Kiedy skierowali się do wyjścia, Carter ją wyprzedził i otworzył przed nią drzwi.
– Nadal mieszkasz w Greenwich? – zaczęła, zanim smagnięcie lodowatego powietrza zaparło jej dech.
– Hmm, raczej znowu. Przez jakiś czas mieszkałem w New Haven.
– Yale?
– Tak. Robiłem studia podyplomowe i prowadziłem zajęcia ze studentami.
– Na Yale?
– Tak.
Przyjrzała mu się spod zmrużonych powiek, kiedy ruszyli ścieżką.
– Poważnie?
– No tak. Ludzie pracują na Yale. Wielce rekomendowana uczelnia dla studentów.
– Czyli jesteś profesorem.
– Tak jakby, a teraz uczę w Winterfield Academy.
– Wróciłeś, żeby uczyć w liceum, w swojej dawnej szkole? To słodkie.
– Tęskniłem za domem. No i ciekawie się pracuje z nastolatkami.
Pomyślała, że pewnie trudniej niż ze studentami, ale może i ciekawiej.
– Czego uczysz?
– Literatury i kreatywnego pisania.
– Henryk Piąty.
– No właśnie. Pani Brown zaprosiła mnie tutaj kilka razy, kiedy pomagałem Delowi. Było mi bardzo przykro, gdy usłyszałem o wypadku. To była niesamowita kobieta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
