Wizja w bieli - Nora Roberts - ebook + książka

Wizja w bieli ebook

Nora Roberts

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Cztery przyjaciółki z dzieciństwa – Parker, Emmy, Laurel i Mac – wspólnie stworzyły jedną z najlepszych firm zajmujących się planowaniem ślubów w Connecticut.

Zabawę w organizowanie ślubów zaczynały jeszcze jako dziewczynki w przydomowym ogrodzie. Dziś kwiaty, zdjęcia, słodkie stoły i dopracowane w najmniejszym szczególe ceremonie to ich codzienność – i przepis na idealny dzień, który zostaje w pamięci na całe życie.

Mackensie „Mac” Elliot najlepiej czuje się za obiektywem. To tam może uchwycić chwile szczęścia, których sama nie miała okazji w pełni doświadczyć w dzieciństwie. Jej ojciec odszedł do nowej rodziny, a matka, wciąż wikłająca się w kolejne związki, nie przestaje zabiegać o uwagę i pieniądze córki. Tuż przed ważnym spotkaniem z klientami Mac wpada na brata przyszłej panny młodej – i to przypadkowe spotkanie wywraca jej świat do góry nogami.

Carter Maguire zupełnie nie pasuje do jej dotychczasowych wyborów: jest spokojny, przewidywalny, uczy angielskiego w ich dawnej szkole. A jednak coś w nim sprawia, że Mac zaczyna myśleć o niewinnej przygodzie, która pozwoliłaby jej na chwilę odetchnąć od wymagających klientek i rodzinnych problemów. Tyle że taka przygoda potrafi niespodziewanie przerodzić się w coś więcej.

Przy wsparciu trzech najbliższych przyjaciółek Mac będzie musiała nauczyć się, jak zawalczyć o własne szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Piramida40

Dobrze spędzony czas

Polecam.
00



Tytuł ory­gi­nału: Vision in White

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Pau­lina Kostrzyń­ska Redak­cja: Elż­bieta Kobu­siń­ska Korekta: Kata­rzyna Zimna

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Zie­liń­ska, 2026 Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68921-87-8

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Dana i Sta­cie.

Dla Jasona i Kat.

Za wszyst­kie chwile

Uwiedź mój umysł, a oddam ci ciało.

Dotknij mojej duszy, a będę twoja na zawsze.

– Ano­nim

Nie samo podo­bień­stwo jest cenne… lecz więź i poczu­cie bli­sko­ści, które w tym się kryją… sam fakt, że cień tej osoby został na zawsze utrwa­lony w cza­sie.

– Eli­za­beth Bar­rett Brow­ning

Prolog

Zanim Mac­ken­sie Elliot skoń­czyła osiem lat, brała ślub trzy­na­ście razy. Poślu­biła każdą z trzech przy­ja­ció­łek, zarówno w roli panny mło­dej jak i pana mło­dego, brata przy­ja­ciółki (cho­ciaż zapie­rał się rękami i nogami), dwa psy, trzy koty i kró­lika.

Brała też udział w nie­zli­czo­nych innych ślu­bach jako druhna, drużba, świa­dek czy nawet osoba udzie­la­jąca ślubu. Każde z tych mał­żeństw trwało co naj­wy­żej do popo­łu­dnia i w zasa­dzie koń­czyło się bez­kon­flik­towo. Prze­mi­ja­jący cha­rak­ter mał­żeństwa nie był dla Mac niczym dziw­nym, bo jej rodzice mieli już na kon­cie po dwa związki… jak dotąd.

Może nie tyle podo­bała jej się sama zabawa w Dzień Ślubu, co moż­li­wość wcie­la­nia się w rolę księ­dza, pastora czy urzęd­nika stanu cywil­nego. A po bar micwie bra­tanka dru­giej żony ojca, rów­nież rabina.

Oczy­wi­ście wiel­kim plu­sem była musu­jąca lemo­niada i babeczki albo pyszne cia­steczka, które zawsze poja­wiały się na ślub­nych przy­ję­ciach.

Nato­miast Par­ker uwiel­biała zabawę w Dzień Ślubu. Zawsze zawie­rano je w Brown Estate, posia­dło­ści z roz­le­głym ogro­dem, z uro­kli­wymi zagaj­ni­kami i ze sre­brzy­stym sta­wem. W mroźne zimy Con­nec­ti­cut cere­mo­nie ślubne mogły się odby­wać przed któ­rymś z pło­ną­cych komin­ków w dużym domu.

Śluby były skromne albo wystawne. Zda­rzały się też kró­lew­skie zaślu­biny, roman­tyczne ucieczki zako­cha­nych, cere­mo­nie w cyrku albo na pokła­dzie pirac­kich stat­ków. Wszyst­kie pomy­sły trak­to­wano poważ­nie i pod­da­wano gło­so­wa­niu, a żaden temat ani strój nie wyda­wał się zbyt sza­lony.

Mimo wszystko po trzy­na­stu ślu­bach na kon­cie Mac zaczęła tro­chę nużyć ta zabawa.

Do czasu, gdy nastą­pił tam­ten prze­ło­mowy moment.

Na ósme uro­dziny Mac­ken­sie jej uro­czy i prze­waż­nie nie­obecny ojciec przy­słał apa­rat foto­gra­ficzny firmy Nikon. Ona ni­gdy nie prze­ja­wiała zain­te­re­so­wa­nia foto­gra­fią i z początku odło­żyła to cacko do innych dziw­nych pre­zen­tów, które ojciec jej dawał albo przy­sy­łał od czasu roz­wodu. Matka Mac powie­działa o apa­ra­cie swo­jej matce, a bab­cia, kry­ty­ku­jąc lek­ko­myśl­nego, bez­u­ży­tecz­nego Geof­frey’a Elliota, bąk­nęła, że apa­rat foto­gra­ficzny to nie­od­po­wiedni pre­zent dla małej dziew­czynki i bar­dziej paso­wa­łaby lalka Bar­bie.

Mac dla zasady zazwy­czaj nie zga­dzała się z bab­cią, toteż zain­te­re­so­wa­nie dziew­czynki apa­ra­tem natych­miast wzro­sło. Aby jesz­cze bar­dziej ziry­to­wać bab­cię, która spę­dzała lato u nich, zamiast sie­dzieć w swo­jej eme­ryc­kiej spo­łecz­no­ści w Scot­ts­dale, gdzie zda­niem Mac było jej miej­sce, zaczęła wszę­dzie cho­dzić z Niko­nem. Bawiła się nim, eks­pe­ry­men­to­wała. Robiła zdję­cia swo­jego pokoju, swo­ich stóp, przy­ja­ció­łek. Zdję­cia wycho­dziły albo nie­ostre, albo ciemne, albo roz­myte i blade. Przy braku suk­ce­sów, a także z powodu zbli­ża­ją­cego się roz­wodu matki z ojczy­mem zain­te­re­so­wa­nie Mac Niko­nem zaczęło słab­nąć. Nawet po latach nie umiała powie­dzieć, co ją skło­niło, aby pew­nego pięk­nego let­niego popo­łu­dnia zabrać apa­rat do Par­ker na Dzień Ślubu.

Wszyst­kie szcze­góły tra­dy­cyj­nego ślubu w ogro­dzie zostały sta­ran­nie zapla­no­wane. Emma­line jako panna młoda i Lau­rel w roli pana mło­dego mają zło­żyć przy­sięgę mał­żeń­ską pod różaną per­golą. Emma będzie miała welon i tren uszyte ze sta­rego obrusa przez mamę Par­ker, a Harold, leciwy, poczciwy gol­den retrie­ver popro­wa­dzi pannę młodą do pana mło­dego ścieżką ogro­dową. Szpa­ler gości wzdłuż ścieżki skła­dał się z Bar­bie, Kenów, lale­czek Cab­bage Patch Kids i z naj­róż­niej­szych plu­sza­ków.

– To bar­dzo pry­watna cere­mo­nia – instru­owała Par­ker, upi­na­jąc welon Emmie. – Ze skrom­nym przy­ję­ciem na patio. A gdzie jest drużba?

Lau­rel, ze świeżo otar­tymi kola­nami, prze­pchnęła się pomię­dzy trzema krze­wami hor­ten­sji.

– Uciekł i wspiął się na drzewo za wie­wiórką. Nie mogę go stam­tąd ścią­gnąć.

Par­ker prze­wró­ciła oczami.

– Ja po niego pójdę. Ty nie powin­naś widzieć panny mło­dej przed ślu­bem. To przy­nosi pecha. Mac, upnij welon Emmie i zrób dla niej bukiet. A ja z Lau­rel ścią­gniemy Pana Fisha z drzewa.

– Wola­ła­bym pójść popły­wać – oznaj­miła Mac, z roz­tar­gnie­niem pocią­ga­jąc za welon Emmy.

– Możemy popły­wać po ślu­bie.

– Pew­nie tak. Nie masz już dość tych wszyst­kich ślu­bów?

– E tam, mnie to nie prze­szka­dza. A tutaj tak pięk­nie pach­nie. I wszystko jest takie ładne.

Mac podała Emmie bukie­cik z mle­czy i dzi­kich fioł­ków, które wolno im było zry­wać.

– Ład­nie wyglą­dasz.

Szczera prawda. Ciemne, lśniące włosy Emmy opa­dały fali­ście pod białą koronką. Jej ciem­no­brą­zowe oczy błysz­czały, gdy wąchała bukie­cik chwa­stów. Emma była śniada, miała taką zło­tawą opa­le­ni­znę i Mac z nie­chę­cią pomy­ślała o swo­jej bia­łej jak mleko cerze.

To klą­twa rudziel­ców, mawiała jej matka, bo sama odzie­dzi­czyła mar­chew­kowe włosy po ojcu. Mac była bar­dzo wysoka jak na ośmio­latkę, chuda jak patyk, no i nosiła ten znie­na­wi­dzony apa­rat orto­don­tyczny.

Pomy­ślała, że Emma­line wygląda przy niej jak cygań­ska księż­niczka.

Par­ker i Lau­rel wró­ciły, chi­cho­cząc z kocim drużbą w obję­ciach.

– Niech wszy­scy zajmą swoje miej­sca. – Par­ker podała kota Lau­rel. – Mac, musisz się prze­brać! Emmo…

– Nie chcę być druhną. – Mac popa­trzyła na bufia­stą sukienkę Kop­ciuszka prze­rzu­coną przez opar­cie ławki. – Ten mate­riał dra­pie i jest za gorąco. Dla­czego Pan Fish nie może być druhną, a ja drużbą?

– Bo tak zostało usta­lone. Wszy­scy się dener­wują przed ślu­bem. – Par­ker odrzu­ciła do tyłu dłu­gie brą­zowe kucyki, wzięła sukienkę i spraw­dziła czy nie ma na niej roz­darć i plam. Zado­wo­lona, podała ją Mac. – W porządku. To będzie piękna cere­mo­nia, ślub z miło­ści, a potem „żyli długo i szczę­śli­wie”.

– Moja mama mówi, że „żyli długo i szczę­śli­wie” to jedna wielka bzdura.

Po stwier­dze­niu Mac na chwilę zapa­dła cisza. W powie­trzu zawi­sło nie­wy­po­wie­dziane słowo; „roz­wód”.

– Nie sądzę, że tak musi być. – Par­ker ze współ­czu­ciem w oczach wycią­gnęła rękę i pogła­dziła Mac po nagim ramie­niu.

– Nie chcę wło­żyć tej sukienki. Nie chcę być druhną. Ja…

– Dobrze. W porządku. Możemy mieć uda­waną druhnę. W takim razie spró­buj poro­bić zdję­cia.

Mac spoj­rzała na apa­rat wiszący na szyi. Zupeł­nie o nim zapo­mniała.

– Ni­gdy porząd­nie nie wycho­dzą.

– Może tym razem się uda. Będzie zabawa. A ty zosta­niesz ofi­cjalną ślubną foto­grafką.

– Pstryk­nij mi fotkę z Panem Fishem – zażą­dała Lau­rel, przy­tu­la­jąc twarz do kociego pyszczka. – No, dalej, Mac!

Mac bez więk­szego entu­zja­zmu unio­sła apa­rat i naci­snęła spust migawki.

– Powin­ny­śmy wcze­śniej o tym pomy­śleć! – zawo­łała Par­ker. – Możesz zro­bić ofi­cjalne por­trety panny mło­dej i pana mło­dego, a potem kilka zdjęć z cere­mo­nii. – Pochło­nięta nowym pomy­słem, rzu­ciła sukienkę Kop­ciuszka na krzew hor­ten­sji. – Będzie faj­nie. Będzie zabaw­nie. Musisz iść ścieżką razem z panną młodą i z Harol­dem. Spró­buj zro­bić kilka cie­ka­wych ujęć. Ja pocze­kam, póź­niej pusz­czę muzykę. Chodźmy!

Będą babeczki i lemo­niada, przy­po­mniała sobie Mac, oraz pły­wa­nie i zabawa. Nie szko­dzi, że zdję­cia wyjdą głu­pie, nie­ważne, że bab­cia miała rację i ona jest za mała na apa­rat foto­gra­ficzny.

Nie ma zna­cze­nia, że jej matka znowu się roz­wo­dzi i że ojczym, który w sumie był cał­kiem w porządku, już się wypro­wa­dził. Nie­ważne, że „żyli długo i szczę­śli­wie” to jedna wielka bzdura, bo prze­cież to wszystko jest tylko na niby.

Zaczęła robić zdję­cia Emmie i kar­nemu Harol­dowi, choć już widziała ten moment, gdy odbie­rze wywo­łany film i jak zawsze zoba­czy roz­ma­zane syl­wetki i odci­ski swo­jego kciuka.

Kiedy Par­ker puściła muzykę, zro­biło jej się przy­kro, że nie wło­żyła dra­pią­cej sukienki i nie została druhną Emmy tylko dla­tego, że mama i bab­cia popsuły jej humor.

Sta­nęła z boku i skon­cen­tro­wała się na zro­bie­niu ład­nego zdję­cia Harolda pro­wa­dzą­cego Emmę ścieżką. W obiek­ty­wie wszystko wygląda ina­czej, pomy­ślała. Mogła się sku­pić na twa­rzy przy­ja­ciółki, na welo­nie ukła­da­ją­cym się na jej wło­sach. I na słońcu tak ślicz­nie prze­świ­tu­ją­cym przez koronkę.

Zro­biła jesz­cze kilka zdjęć, gdy Par­ker, jako wie­lebny Whi­stle­down, zaczęła prze­mowę od „naj­milsi, zebra­li­śmy się”, Emma i Lau­rel wzięły się za ręce, a Harold zaczął pochra­py­wać, zwi­nięty w kłę­bek u ich stóp.

Widziała, jakie jasne są włosy Lau­rel, jak słońce roz­świe­tla pasma wysta­jące spod jej wyso­kiego czar­nego kape­lu­sza pana mło­dego. Jak drgają wąsy Pana Fisha, kiedy ziewa.

To wszystko działo się w Mac i wokół niej. Trzy przy­ja­ciółki stały razem pod łukiem per­goli obro­śnię­tym bia­łymi różami; uro­czy ter­cet pod­ra­sta­ją­cych dziew­czy­nek. Mac instynk­tow­nie odro­binę się prze­su­nęła i prze­chy­liła apa­rat. Nie wie­działa jesz­cze, że two­rzy kom­po­zy­cję; po pro­stu w obiek­ty­wie wszystko ład­niej wyglą­dało.

Modry motyl prze­fru­nął w jej polu widze­nia i przy­siadł na żół­tym jak masło mle­czu w bukie­ciku Emmy. Zasko­cze­nie i zachwyt nie­mal rów­no­cze­śnie poja­wiły się na twa­rzach trójki pod bia­łymi różami.

Mac naci­snęła spust migawki.

Wie­działa, naprawdę wie­działa, że to zdję­cie nie będzie roz­ma­zane, ciemne czy nie­ostre. Kciuk nie zasłoni obiek­tywu. Uświa­do­miła sobie, jak to zdję­cie będzie wyglą­dać i że bab­cia nie miała racji.

Być może „żyli długo i szczę­śli­wie” to jedna wielka bzdura, ale ona już wie­działa, że chce robić wię­cej zdjęć szczę­śli­wych chwil. Zatrzy­mać je na zawsze.

Rozdział pierwszy

Pierw­szego stycz­nia Mac prze­to­czyła się na kana­pie, żeby pac­nąć budzik, i wylą­do­wała twa­rzą w dół na pod­ło­dze stu­dia.

– Cho­lera. Szczę­śli­wego Nowego Roku.

Oszo­ło­miona i zdez­o­rien­to­wana, dopiero po chwili przy­po­mniała sobie, że nie dotarła na górę do łóżka, a ten alarm to zegar w kom­pu­te­rze usta­wiony na dwu­na­stą w połu­dnie. Dźwi­gnęła się z pod­łogi i chwiej­nie podrep­tała do kuchni w stronę eks­presu do kawy.

Dla­czego ludzie musieli się pobie­rać w Syl­we­stra? Dla­czego urzą­dzali for­malny rytuał w święto prze­zna­czone na alko­ho­liczny mara­ton i czę­sto przy­godny seks? I jesz­cze anga­żo­wali w to rodzinę i przy­ja­ciół, nie wspo­mi­na­jąc już o foto­gra­fach ślub­nych.

Oczy­wi­ście, kiedy o dru­giej nad ranem przy­ję­cie wresz­cie się skoń­czyło, mogła pójść spać jak nor­malny czło­wiek, zamiast przez trzy godziny prze­glą­dać zdję­cia ze ślubu Hine­sów-May­er­sów.

Kurde, musiała przy­znać, że nie­które wyszły naprawdę dobre. A kilka zna­ko­mi­tych.

A może były do chrzanu i oce­niła je w eufo­rycz­nym zamro­cze­niu.

Nie, naprawdę były udane.

Wsy­pała trzy łyżeczki cukru do czar­nej kawy i piła ją przy oknie, zapa­trzona na przy­kryte śnie­giem traw­niki i ogród Brown Estate.

Świet­nie sobie pora­dziły z tym ślu­bem, pomy­ślała. Może Bob Hines i Vicky May­ers wezmą z nich przy­kład i rów­nie dobrze pora­dzą sobie w mał­żeń­stwie.

Tak czy owak wspo­mnie­nia z tego dnia nie znikną. Ważne i błahe momenty zostały uwiecz­nione. Dopra­cuje te zdję­cia, wyostrzy je i wydru­kuje. Dzięki nim Bob i Vicky będą mogli wra­cać wspo­mnie­niem do tego dnia za tydzień czy za sześć­dzie­siąt lat.

Ta myśl była rów­nie pobu­dza­jąca jak słodka czarna kawa w mroźny, zimowy dzień.

Otwo­rzyła szafkę, wyjęła pudełko z ciast­kami Pop-Tarts i żując jedno na sto­jąco, przej­rzała roz­pi­skę zadań na dziś.

Ślub Clay-McFe­ar­son (Rod i Ali­son) o osiem­na­stej. A więc panna młoda z druh­nami zja­wia się przed pięt­na­stą, pan młody i jego grupa przed szes­na­stą. O czter­na­stej przed­ślubna narada w głów­nym domu.

Dość czasu, żeby wziąć prysz­nic, ubrać się, przej­rzeć notatki i dokład­nie spraw­dzić sprzęt. Według ostat­niej pro­gnozy dzień miał być sło­neczny, a tem­pe­ra­tura około zera. Powinna wyjść seria pięk­nych ujęć z przy­go­to­wań w natu­ral­nym świe­tle, może nawet uda jej się namó­wić Ali­son, jeżeli dziew­czyna lubi wyzwa­nia, na por­tret panny mło­dej na bal­ko­nie ze śnieżną sce­ne­rią w tle.

Matka panny mło­dej, Doro­thy, (mów mi Dot­tie), jak zapa­mię­tała, nale­żała do osób aro­ganc­kich i wyma­ga­ją­cych, ale pora­dzi sobie z nią. Jeżeli nie, to naśle na nią Par­ker. Ona radzi sobie ze wszyst­kim i wszyst­kimi.

Dzięki talen­towi i deter­mi­na­cji Par­ker agen­cja Przy­sięgi w ciągu zale­d­wie pię­ciu lat stała się jedną z naj­lep­szych orga­ni­zu­ją­cych śluby i przy­ję­cia w całym sta­nie. Gdy przy­ja­ciółka otrzą­snęła się po tra­ge­dii, jaką była śmierć rodzi­ców, i wykrze­sała w sobie ener­gię do dzia­ła­nia, zmie­niła wspa­niałą wik­to­riań­ską rezy­den­cję i osza­ła­mia­jące tereny Brown Estate w kwit­nący biz­nes.

Ona też miała swój udział w tym suk­ce­sie, pomy­ślała Mac, prze­ły­ka­jąc ostatni kęs ciastka.

Prze­szła przez stu­dio i kie­ru­jąc się na schody do sypialni i łazienki, przy­sta­nęła przed jedną ze swo­ich ulu­bio­nych foto­gra­fii. Roz­pro­mie­niona panna młoda z twa­rzą unie­sioną ku górze, z roz­po­star­tymi ramio­nami i otwar­tymi dłońmi, stała w desz­czu wiru­ją­cych różo­wych płat­ków róż. To okładka z „Today’s Bride”. Po pro­stu jestem dobra, uznała.

W gru­bych skar­pe­tach, we fla­ne­lo­wych spodniach i dre­so­wej blu­zie wspięła się na pię­tro, żeby prze­mie­nić się ze zmę­czo­nej, uza­leż­nio­nej od cia­stek Pop-Tart’s dziew­czyny w ele­gancką, pro­fe­sjo­nalną foto­grafkę ślu­bów.

Zigno­ro­wała pomiętą pościel, bo po co ją skła­dać, skoro wie­czo­rem i tak ją roz­grze­bie, oraz ogólny bała­gan w sypialni. Gorący prysz­nic w połą­cze­niu z dawką kofe­iny i cukru roz­wiał resztki poran­nego odrę­twie­nia i wresz­cie mogła sku­pić się na dzi­siej­szej pracy.

Miała pannę młodą otwartą na kre­atywne pomy­sły, jej pasywno-agre­sywną matkę, osobę w swoim mnie­ma­niu wszech­wie­dzącą i nie­omylną, oraz zako­cha­nego po uszy pana mło­dego, który świata nie widział poza swoją wybranką. Oboje mło­dzi oka­zali się wyjąt­kowo foto­ge­niczni.

Ten ostatni fakt spra­wiał, że praca, która zawsze sta­no­wiła wyzwa­nie, w ich przy­padku będzie też przy­jem­no­ścią. Jak doko­nać tego, aby klienci dosta­wali foto­gra­ficzną opo­wieść o swoim dniu, która jed­no­cze­śnie byłaby spek­ta­ku­larna i nie­po­wta­rzal­nie ich wła­sna?

Gdy pod prysz­ni­cem myła krót­kie, nieco nie­sforne, rude włosy, zasta­na­wiała się nad kolo­ry­styką oprawy panny mło­dej, prze­glą­da­jąc swoje men­talne kar­to­teki. Sre­bro i złoto. Ele­gancko i efek­tow­nie.

Obej­rzała już kwiaty i tort – dzi­siaj ostat­nie szlify. Widziała upo­minki dla gości, obrusy, stroje dru­hen i druż­bów, nakry­cia głowy. Miała kopię reper­tu­aru zespołu z zazna­czo­nym pierw­szym tań­cem; matki z synem i ojca z córką.

Tak więc przez kilka naj­bliż­szych godzin jej świat będzie się krę­cił wokół Ali­son i Roda.

Wybrała strój i biżu­te­rię, zro­biła sta­ranny maki­jaż. Dbała o te sprawy nie­mal tak samo jak o swój sprzęt. Obła­do­wana wyszła na dwór, żeby poko­nać nie­duży odci­nek drogi dzie­lący domek przy base­nie od głów­nego domu.

Śnieg skrzył się niczym dia­menty pokru­szone na futrze gro­no­staja, powie­trze było zimne i przej­rzy­ste jak lód. Koniecz­nie musi za dnia i wie­czo­rem zro­bić kilka zdjęć na zewnątrz. Zimowy ślub, biały ślub, zie­mia przy­kryta śnie­giem, oblo­dzone gałę­zie drzew, śnieżne czapy zsu­wa­jące się z ogo­ło­co­nych witek wierzb nad sta­wem. I fan­ta­zyjny wik­to­riań­ski dom z licz­nymi krzy­wi­znami dachu, z łuko­wymi i okrą­głymi oknami, miękko nie­bie­ski na tle twar­dej powłoki sza­rego nieba. Tarasy i sze­roki por­tyk witały tę porę roku gir­lan­dami ze świa­te­łek i z zie­lo­nych gałą­zek.

Przy­glą­dała się domowi za każ­dym razem, gdy cho­dziła po odśnie­żo­nych ścież­kach. Uwiel­biała jego linie i kąty, sub­telne akcenty z jasnej żółci i kre­mo­wej bieli na tle deli­kat­nego błę­kitu.

To miej­sce było dla niej takim samym domem jak ten, w któ­rym dora­stała. A czę­sto nawet lep­szym, przy­znała, bo w jej wła­snym rzą­dziły kapry­śne humory matki. Rodzice Par­ker byli cie­pli, gościnni, kocha­jący i… jak teraz przy­szło jej na myśl, prze­wi­dy­walni. To tutaj zna­la­zła bez­pieczną przy­stań w swoim burz­li­wym dzie­ciń­stwie.

Kiedy oboje zgi­nęli przed nie­mal sied­miu laty, prze­żyła ich śmierć tak samo jak przy­ja­ciółka.

Teraz Brown Estate było jej domem. Jej firmą. Jej życiem. Jej miej­scem na ziemi pod każ­dym wzglę­dem. Czy można chcieć cze­goś wię­cej, jeżeli robi się to, co się kocha, i to z przy­ja­ciół­kami od serca?

Weszła do środka przez tylne wej­ście, zosta­wiła okry­cie w przed­po­koju i poszła zaj­rzeć do kró­le­stwa Lau­rel.

Przy­ja­ciółka i part­nerka w inte­re­sach stała na stołku, sta­ran­nie doda­jąc srebrne kalie do pię­ciu pię­ter wesel­nego tortu. Każdy z kwia­tów roz­kwi­tał u pod­stawy zło­tego liścia akantu, co dawało lśniący, ele­gancki efekt.

– Praw­dziwe arcy­dzieło, McBane.

Lau­rel ręką pewną jak u chi­rurga dokła­dała kolejną kalię. Jasne włosy miała zwi­nięte w luźny kok, który bar­dzo paso­wał do jej pocią­głej, trój­kąt­nej twa­rzy. Pra­cu­jąc, mru­żyła w sku­pie­niu cha­browe oczy.

– Jestem zado­wo­lona, że zde­cy­do­wali się na kom­po­zy­cję z kalii na szczy­cie, zamiast figu­rek pani i pana mło­dego. To wła­śnie nadaje cha­rak­ter temu pro­jek­towi. Pocze­kaj, aż prze­nie­siemy tort do sali balo­wej i uzu­peł­nimy deko­ra­cję.

Mac się­gnęła po apa­rat.

– Cyknę fotkę na naszą stronę inter­ne­tową. Mogę?

– Jasne. Pospa­łaś tro­chę?

– Poło­ży­łam się dopiero około pią­tej, ale wyle­gi­wa­łam się do połu­dnia. A ty?

– Padłam o wpół do trze­ciej. Jed­nak o siód­mej już byłam na nogach, żeby dokoń­czyć tort pana mło­dego, desery i takie tam róż­no­ści. Cho­ler­nie się cie­szę, że do następ­nego ślubu mamy dwa tygo­dnie. – Obej­rzała się przez ramię. – Tylko nie zdradź Par­ker, że to powie­dzia­łam.

– Ona pew­nie już wstała.

– Dwa razy zdą­żyła tu zaj­rzeć. Praw­do­po­dob­nie wszystko już dwu­krot­nie oble­ciała. Chyba sły­sza­łam, jak weszła Emma. Mogą teraz sie­dzieć w biu­rze.

– Pójdę tam. Dołą­czysz do nas?

– Za dzie­sięć minut. Przyjdę na czas.

– W świe­cie Par­ker na czas ozna­cza spóź­nie­nie – zażar­to­wała Mac z dobro­dusz­nym uśmie­chem. – Posta­ram się czymś ją zająć.

– Po pro­stu jej powiedz, że pew­nym rze­czom pośpiech szko­dzi. A matka panny mło­dej zbie­rze tyle kom­ple­men­tów za ten tort, że wresz­cie prze­sta­nie szu­kać dziur w całym.

– Oby.

Mac prze­szła kory­ta­rzem do holu wej­ścio­wego i zlu­stro­wała Salę Komin­kową, w któ­rej miała się odbyć cere­mo­nia ślubna. Emma­line i jej elfy zdą­żyły pozdej­mo­wać deko­ra­cje po ostat­nim weselu i na nowo ją przy­stra­jały. Każda panna młoda miała swoją wizję, a dzi­siej­sza zaży­czyła sobie mnó­stwa zło­tych i srebr­nych szarf oraz gir­land, zamiast liliowo-kre­mo­wego wystroju syl­we­stro­wej nocy.

Bier­wiona uło­żone w kominku cze­kały, żeby je roz­pa­lić, zanim zaczną zjeż­dżać się goście. Sre­brzy­ste kokardy zdo­biły rzędy krze­seł w bia­łych pokrow­cach. Emma już usta­wiła na gzym­sie kominka złote świece w srebr­nych lich­ta­rzach. W holu w wyso­kim szkla­nym wazo­nie pysz­nił się ogromny bukiet bia­łych kalii, ulu­bio­nych kwia­tów panny mło­dej.

Mac przyj­rzała się oświe­tle­niu i deko­ra­cjom, odno­to­wała w myślach swoje uwagi, po czym wspięła się po scho­dach na dru­gie pię­tro.

Tak jak się spo­dzie­wała, zna­la­zła Par­ker w salce kon­fe­ren­cyj­nej sąsia­du­ją­cej z biu­rem. Sie­działa obło­żona lap­to­pem, table­tem Black­Berry, tecz­kami, tele­fo­nem komór­ko­wym i zesta­wami słu­chaw­ko­wymi. Gęste, brą­zowe włosy miała zebrane w długi, pro­sty kucyk. To ucze­sa­nie współ­grało ze spodnium w sto­no­wa­nej gołę­biej sza­ro­ści, które ide­al­nie wtopi się w tło, pod­bi­ja­jąc kre­ację panny mło­dej.

Par­ker nie umy­kały żadne szcze­góły.

Nie odry­wa­jąc wzroku od lap­topa, zakrę­ciła pal­cem w powie­trzu. Mac, zna­jąc ten gest, pode­szła do kawiarki i nalała dla nich kawy. Posta­wiła kubki na stole, poło­żyła swoją teczkę i otwo­rzyła note­book.

Par­ker wypro­sto­wała się, uśmiech­nęła się do Mac i pod­nio­sła kubek.

– To będzie udany ślub.

– Na pewno.

– Drogi czy­ste, dobra pogoda. Panna młoda już wstała, zja­dła śnia­da­nie i była na masażu. Pan młody zali­czył tre­ning na siłowni i popły­wał. Cate­ring działa zgod­nie z pla­nem. Wszy­scy wesel­nicy potwier­dzili obec­ność. – Spoj­rzała na zega­rek. – Gdzie Emma i Lau­rel?

– Lau­rel koń­czy ozda­biać tort. Jest nie­sa­mo­wity. Na Emmę nie natra­fi­łam, ale widzia­łam, że zaczęła deko­ro­wać sale na wie­czór. Ład­nie to wygląda. Zamie­rzam zro­bić kilka zdjęć na zewnątrz. Przed cere­mo­nią i po.

– Nie trzy­maj za długo panny mło­dej na dwo­rze. Nie chcemy jej pocią­ga­ją­cej czer­wo­nym nosem.

– A ty posta­raj się trzy­mać matkę panny mło­dej z daleka ode mnie.

– Zano­to­wano.

Emma szyb­kim kro­kiem weszła do salki z die­te­tyczną colą w jed­nej ręce i teczką w dru­giej.

– Tink nie przy­szła, bo ma kaca, więc bra­kuje mi jed­nej osoby. Uwińmy się z tym, dobrze? – rzu­ciła, sia­da­jąc przy stole. Jej czarne krę­cone włosy opa­dały na ramiona dre­so­wej bluzy.

– Apar­ta­ment Panny Mło­dej i Sala Komin­kowa są już gotowe. Hol i klatka scho­dowa na ukoń­cze­niu. Bukie­ciki, koty­liony i poszetki spraw­dzone. Zaczę­li­śmy prace w Wiel­kiej Sali i w Sali Balo­wej. Muszę tam zaraz wra­cać.

– Dziew­czynka sypiąca kwiatki?

– Dosta­nie poman­der z bia­łych róż ze srebr­nymi i zło­tymi wstąż­kami. Wia­nek z róż i gip­sówki czeka na fry­zjerkę. Jest uro­czy. Mac, potrze­buję kilku zdjęć tych kom­po­zy­cji. Jeśli nie dasz rady wci­snąć je w plan, sama je cyknę.

– Zajmę się tym.

– Dzięki. Teraz… matka panny mło­dej.

– Biorę ją na sie­bie – zde­cy­do­wała Par­ker.

– Potrze­buję… – Emma urwała, bo do salki weszła Lau­rel.

– Nie jestem spóź­niona – zazna­czyła.

– Tink nie przy­szła – powia­do­miła ją Par­ker. – Emmie bra­kuje rąk do pracy.

– Mogę pomóc. Muszę jesz­cze usta­wić cen­tralną deko­ra­cję na tor­cie i dokoń­czyć desery, ale teraz mam czas.

– Przej­rzyjmy har­mo­no­gram.

– Zacze­kaj. – Emma unio­sła puszkę z die­te­tyczną colą. – Naj­pierw toast. Szczę­śli­wego Nowego Roku dla nas, czte­rech nie­sa­mo­wi­tych super­la­sek. Naj­lep­szych przy­ja­ció­łek pod słoń­cem.

– I do tego bystrych i nie do zdar­cia. – Lau­rel unio­sła butelkę z wodą. – Za przy­ja­ciółki i wspól­niczki.

– Za nas – dodała Mac. – Za przy­jaźń i mózg w czte­rech czę­ściach oraz za abso­lutną zaje­bi­stość cało­ści, którą two­rzymy w Przy­się­gach.

– I za dwa tysiące dzie­wiąty rok. – Par­ker pod­nio­sła fili­żankę z kawą. – My, wspa­niałe, nie­sa­mo­wite, piękne, mądre i twarde dziew­czyny prze­ży­jemy swój naj­lep­szy rok.

– No jasne. – Mac stuk­nęła się z nimi kub­kiem. – Za śluby – wtedy, teraz i zawsze.

– Wtedy, teraz i zawsze – powtó­rzyła po niej Par­ker. – A teraz… har­mo­no­gram?

– Towa­rzy­szę pan­nie mło­dej – zaczęła Mac – od jej przy­jazdu, potem biorę pod skrzy­dła pana mło­dego. Uję­cia repor­ter­skie pod­czas przy­go­to­wań, w razie potrzeby pozo­wane. Ofi­cjalne por­trety wewnątrz i na zewnątrz. Teraz obfo­to­gra­fuję tort i deko­ra­cje, przy­go­tuję sprzęt. Rodzinne i gru­powe zdję­cia przed cere­mo­nią. Po uro­czy­sto­ści potrze­buję tylko czter­dzie­stu pię­ciu minut na zdję­cia rodziny, wszyst­kich gości razem, panny mło­dej i pana mło­dego.

– Aran­ża­cje kwia­towe w apar­ta­men­tach pań­stwa mło­dych skoń­czone do pięt­na­stej. Kwiaty w holu, w salo­nie, na scho­dach, w Wiel­kiej Sali i w Sali Balo­wej do sie­dem­na­stej. – Par­ker zer­k­nęła na Emmę.

– Będą gotowe.

– Wpół do szó­stej przy­jeż­dża ope­ra­tor wideo. Goście zaczną się zjeż­dżać mię­dzy sie­dem­na­stą a sie­dem­na­stą trzy­dzie­ści. Kwar­tet smycz­kowy zaczyna grać o sie­dem­na­stej czter­dzie­ści. Zespół muzyczny czeka w Sali Balo­wej od osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Matka pana mło­dego w towa­rzy­stwie syna, wej­dzie za dzie­sięć szó­sta. Zaraz po nich poja­wia się matka panny mło­dej w asy­ście zię­cia. Pan młody i druż­bo­wie zaj­mują miej­sca o osiem­na­stej. – Par­ker czyta roz­pi­skę. – Ojciec panny mło­dej, ona sama i orszak usta­wiają się o osiem­na­stej. Zej­ście po scho­dach i przej­ście przez salę. Czas trwa­nia cere­mo­nii dwa­dzie­ścia trzy minuty. Prze­rwa i chwila dla rodziny. Goście są wpro­wa­dzani do Wiel­kiej Sali dwa­dzie­ścia pięć minut po osiem­na­stej.

– Bar otwarty – uzu­peł­niła Lau­rel. – Muzyka, tace z prze­ką­skami.

– Od osiem­na­stej dwa­dzie­ścia pięć do dzie­więt­na­stej czas na zdję­cia. Kwa­drans po dzie­więt­na­stej mowy, pre­zen­ta­cja człon­ków rodzin, orszaku ślub­nego i nowo­żeń­ców.

– Kola­cja, toa­sty – dorzu­ciła Emma. – Mamy to, Parks.

– Chcę, żeby­śmy prze­szli do Sali Balo­wej naj­póź­niej kwa­drans po dwu­dzie­stej – kon­ty­nu­owała Par­ker. – Pan­nie mło­dej zależy, aby bab­cia była obecna przy pierw­szym tańcu i żeby jej tata zatań­czył ze swoją mamą, po tańcu ojca z córką i matki z synem. Bab­cia ma dzie­więć­dzie­siąt lat i może szybko się znu­żyć. Jeżeli uda nam się zor­ga­ni­zo­wać kro­je­nie tortu o dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzie­ści, star­sza pani powinna jesz­cze też to zoba­czyć.

– Uro­cza sta­ruszka – zauwa­żyła Mac. – Na pró­bie zro­bi­łam jej kilka ład­nych zdjęć z Ali­son. Dziś rów­nież posta­ram się je razem sfo­to­gra­fo­wać. Oso­bi­ście uwa­żam, że star­sza pani zosta­nie do końca.

– Mam taką nadzieję. Tort i desery będą poda­wane w trak­cie dal­szych tań­ców.

Rzu­ce­nie bukietu kwa­drans po dwu­dzie­stej dru­giej.

– Rzut bukie­tem usta­wiony – zamel­do­wała Emma.

– Rzu­ce­nie pod­wiązki, tańce trwają dalej. Ostatni taniec o dwu­dzie­stej dru­giej pięć­dzie­siąt, pusz­cza­nie baniek, odjazd nowo­żeń­ców. Dwu­dzie­sta trze­cia, koniec imprezy. – Par­ker ponow­nie spoj­rzała na zega­rek. – To mniej wię­cej tyle. Emma i Lau­rel muszą się prze­brać. Wszyst­kie pamię­taj­cie o zesta­wach słu­chaw­ko­wych. – Tele­fon Par­ker zawi­bro­wał. Spoj­rzała na wyświe­tlacz. – Matka panny mło­dej. Znowu. Czwarty tele­fon od rana.

– Miłej zabawy – rzu­ciła Mac i czym prę­dzej się zmyła.

Zaglą­dała po kolei do wszyst­kich pomiesz­czeń, trzy­ma­jąc się z daleka od Emmy i jej elfów, które niczym rój psz­czół roz­prze­strze­niły się po całym domu z kwia­tami, wstąż­kami i dra­pe­riami. Zro­biła zdję­cia tortu Lau­rel i kom­po­zy­cji Emmy. W myślach ukła­dała kolejne, wie­czorne uję­cia.

To był taki jej pry­watny rytuał i bar­dzo uwa­żała, żeby przy­pad­kiem nie zmie­nił się w rutynę. Wie­działa, że jeżeli foto­gra­fo­wa­nie sta­nie się auto­ma­tyczne, zacznie tra­cić cie­kawe uję­cia i oka­zje, ugrzęź­nie w sztam­pie, zamiast szu­kać świe­żych pomy­słów. Ile­kroć czuła, że traci ostrość spoj­rze­nia, przy­wo­ły­wała w myślach obraz tam­tego modrego motyla na żół­tym kwiatku mle­cza.

W pomiesz­cze­niach uno­sił się zapach róż i lilii, wszę­dzie roz­brzmie­wały głosy i stu­kot pospiesz­nych kro­ków. Świa­tło wpa­da­jące przez wyso­kie okna kła­dło na pod­ło­dze jasne smugi i mie­niło się na zło­tych i srebr­nych wstąż­kach.

– Słu­chawki, Mac! – Par­ker zbie­gła głów­nymi scho­dami. – Nad­jeż­dża młoda.

Pognała witać pannę młodą, a Mac wbie­gła na górę. Nie zwa­ża­jąc na ziąb, wyszła na fron­towy taras, skąd miała naj­lep­szy widok na sunącą pod­jaz­dem białą limu­zynę. Kiedy auto miękko zaha­mo­wało, Mac zajęła pozy­cję, usta­wiła apa­rat i cze­kała.

Pierw­sza wyło­niła się druhna hono­rowa, a za nią matka panny mło­dej.

– Prze­suń­cie się odro­binę – mruk­nęła pod nosem Mac.

Wresz­cie wysia­dła Ali­son. Była w dżin­sach, w zno­szo­nej zamszo­wej kurtce i w śnie­gow­cach. Szyję miała owi­niętą jaskra­wo­czer­wo­nym sza­li­kiem. Mac usta­wiła zoom, wyre­gu­lo­wała ostrość.

– Hej, Ali­son! – zawo­łała.

Dziew­czyna spoj­rzała w górę. Wyraz zasko­cze­nia na jej twa­rzy zastą­piło roz­ba­wie­nie i ku zado­wo­le­niu Mac, unio­sła ramiona i śmie­jąc się, odrzu­ciła głowę do tyłu.

Oto zaczyna się nasza wspólna podróż, pomy­ślała Mac, uwiecz­nia­jąc ten moment.

Dzie­sięć minut póź­niej w Apar­ta­men­cie Panny Mło­dej, daw­nej sypialni Par­ker, zapa­no­wało rado­sne zamie­sza­nie. Dwie fry­zjerki, demon­stru­jąc swój kunszt, uwi­jały się z róż­nymi przy­rzą­dami, krę­cąc, pro­stu­jąc i upi­na­jąc włosy, a wiza­żystki z zesta­wami pędzli i pale­tami zajęły się maki­ja­żem pań.

Kobiece kli­maty, myślała Mac, poru­sza­jąc się dys­kret­nie po apar­ta­men­cie, te zapa­chy, czyn­no­ści, odgłosy.

Oczy­wi­ście naj­wię­cej uwagi sku­piała na sobie panna młoda i jak oce­niła Mac, Ali­son wcale się nie dener­wo­wała. Była wylu­zo­wana, pro­mienna i traj­ko­tała jak kata­rynka.

Nato­miast matka panny mło­dej zacho­wy­wała się zupeł­nie na odwrót.

– Masz takie piękne włosy. Nie uwa­żasz, że powin­naś zosta­wić je roz­pusz­czone? Przy­naj­mniej czę­ściowo. Może…

– Upięte lepiej pasują do welonu. Spo­koj­nie, mamo.

– Tu jest za gorąco. Tak, zde­cy­do­wa­nie za duszno. A Mandy powinna poło­żyć się na drzemkę. Bo potem będzie gry­ma­sić.

– Wytrzyma. – Ali­son spoj­rzała w stronę dziew­czynki sypią­cej kwiatki.

– Naprawdę uwa­żam…

– Dro­gie panie! – Par­ker wto­czyła sto­lik na kół­kach z szam­pa­nem i tacą serów i owo­ców. – Pano­wie są w dro­dze. Ali­son, fry­zura wygląda ide­al­nie. Jest boska. – Nalała szam­pana do kie­liszka i podała go pan­nie mło­dej.

– Uwa­żam, że nie powin­naś pić przed cere­mo­nią. Pra­wie nic nie jadłaś i…

– Ach, pani McFe­ar­son, jak dobrze, że pani już jest gotowa. Cudow­nie pani wygląda. Chcia­ła­bym panią porwać na chwilę, zaj­rzyjmy razem do Sali Komin­ko­wej. Chcemy się upew­nić, że wszystko wygląda ide­al­nie. – Par­ker wsu­nęła kie­li­szek w dłoń matki panny mło­dej i tak­tow­nie wypro­wa­dziła ją z apar­ta­mentu.

– Uff. – Ali­son wes­tchnęła i par­sk­nęła śmie­chem.

Następną godzinę Mac kur­so­wała mię­dzy apar­ta­men­tami pań­stwa mło­dych. Mię­dzy per­fu­mami i tiu­lami, spin­kami do man­kie­tów, musz­kami i pasami do smo­kin­gów. Potem wró­ciła do kró­le­stwa panny mło­dej i omi­ja­jąc druhny, które się ubie­rały, wza­jem­nie sobie poma­ga­jąc, zoba­czyła Ali­son sto­jącą samot­nie przed swoją suk­nią ślubną.

Mac dys­kret­nie uchwy­ciła w kadrze całe piękno tej chwili; zachwyt, radość i ledwo dostrze­galny cień smutku. Gdy naci­snęła spust migawki, Ali­son aku­rat wycią­gnęła rękę, aby musnąć pal­cami poły­skliwy gor­set sukni.

Mac wie­działa, że to jedyny taki moment, gdy na twa­rzy kobiety odbi­jają się wszyst­kie emo­cje.

Moment prze­mi­nął i Ali­son obej­rzała się na Mac.

– Nie przy­pusz­cza­łam, że coś takiego będę czuła. Jestem taka szczę­śliwa. Kocham Roda, chcę za niego wyjść. Ale gdzieś tutaj czuję lekki ucisk. – Dotknęła pal­cami miej­sca tuż nad ser­cem. To coś innego niż nerwy.

– Odro­bina smutku. Koń­czy się jeden etap w twoim życiu. Masz prawo poże­gnać go ze smut­kiem. Wiem, czego ci potrzeba. Zaraz wrócę.

Chwilę póź­niej Mac przy­pro­wa­dziła bab­cię Ali­son i tak­tow­nie się wyco­fała.

Mło­dość i sta­rość, pomy­ślała. Począ­tek i koniec. Powią­za­nia i cią­głość. No i miłość.

Zro­biła zdję­cie, gdy kobiety się objęły, ale wie­działa, że nie to było naj­waż­niej­sze. Uchwy­ciła lśnie­nie łez i na­dal nie była zado­wo­lona. Poczuła satys­fak­cję, dopiero gdy Ali­son z drżą­cym uśmie­chem przy­ci­snęła czoło do czoła babci i po jej policzku sto­czyła się poje­dyn­cza łza. Suk­nia wisząca za ich ple­cami mie­niła się i poły­ski­wała niczym tło stwo­rzone spe­cjal­nie dla tej chwili.

Ide­al­nie. Modry motyl…

Zro­biła nie­po­zo­wane zdję­cia ubie­ra­ją­cej się panny mło­dej, a potem ofi­cjalny por­tret w korzyst­nym świe­tle dzien­nym. Ali­son mimo prze­ni­kli­wego zimna odważ­nie pozo­wała na tara­sie.

Zigno­ro­wała głos Par­ker w słu­chawce i pobie­gła do Apar­ta­mentu Pana Mło­dego, żeby zro­bić iden­tyczną sesję zdję­ciową Rodowi.

Minęła się z Par­ker na kory­ta­rzu, gdy pędziła z powro­tem do panny mło­dej.

– Pan młody i świad­ko­wie muszą jak naj­szyb­ciej zna­leźć się na dole. Mamy dwie minuty opóź­nie­nia.

– O mój Boże! – jęk­nęła Mac z uda­wa­nym prze­ra­że­niem, zni­ka­jąc w Apar­ta­men­cie Panny Mło­dej.

– Goście już zajęli miej­sca – ode­zwał się głos Par­ker w jej słu­chawce. Pan młody i druż­bo­wie gotowi. Emmo, zbierz druhny.

– Się robi.

Mac zbie­gła po scho­dach i cze­kała u ich pod­nóża, gdy Emma usta­wiała druhny.

– Druhny gotowe. Puść muzykę na wej­ście panny mło­dej.

– Włą­czam muzykę – zamel­do­wała Par­ker. – Niech ruszają.

Dziew­czynka od kwiat­ków spo­koj­nie wytrzyma bez drzemki, stwier­dziła Mac, gdy mała wystro­jona w sukienkę księż­niczki nie­mal tanecz­nym kro­kiem scho­dziła po scho­dach. Na znak Lau­rel przy­sta­nęła niczym dobrze uło­żony psiak, po czym z god­no­ścią ruszyła przez hol do Sali Komin­ko­wej i dalej sze­ro­kim przej­ściem mię­dzy rzę­dami krze­seł.

Za nią szły druhny w sre­brzy­ście poły­sku­ją­cych suk­niach, a pochód zamy­kała druhna hono­rowa ubrana na złoto.

Gdy na szczy­cie scho­dów uka­zała się panna młoda z ojcem trzy­ma­ją­cym ją pod rękę, Mac przy­kuc­nęła z goto­wym apa­ra­tem. Gdy muzyka gło­śniej roz­brzmiała, ojciec uniósł dłoń Ali­son do ust, a potem poca­ło­wał ją w poli­czek.

Mac, naci­ska­jąc spust migawki, poczuła, jak oczy zacho­dzą jej łzami. A gdzie był jej ojciec? Na Jamajce, w Szwaj­ca­rii czy może w Kairze?

Czym prę­dzej odsu­nęła tę budzącą żal myśl i sku­piła się na pracy. W bla­sku świec usta­wio­nych przez Emmę uwiecz­niała radość i łzy. Utrwa­lała wspo­mnie­nia. Sama postronna i nie­wi­dzialna.

Rozdział drugi

Pra­co­wała w nocy, bo dzień miała zapchany umó­wio­nymi spo­tka­niami. Poza tym lubiła pra­co­wać po nocach; sama w swo­jej prze­strzeni i w swoim tem­pie. Poranki były na kawę, pierw­szy mocny zastrzyk kofe­iny, a dni czę­sto wypeł­niały spo­tka­nia z klien­tami, sesje zdję­ciowe i zebra­nia.

W nocy sama w stu­dio mogła w pełni się sku­pić na zdję­ciach. Zde­cy­do­wać, które wybrać, jak je popra­wić, jak osią­gnąć per­fek­cję. Uży­wała nie­mal wyłącz­nie apa­ra­tów cyfro­wych, ale gdy two­rzyła odbitki, myślała w spo­sób typowy dla pracy w ciemni foto­gra­ficz­nej. Nakła­dała war­stwy, pod­bi­jała świa­tło, pogłę­biała cie­nie, usu­wała skazy i prze­świe­tle­nia, two­rząc pod­stawę ide­al­nego zdję­cia. Następ­nie dopra­co­wy­wała poszcze­gólne frag­menty, zmie­nia­jąc gęstość, doda­jąc kon­trast. Krok po kroku kształ­to­wała obraz, wyostrzała go lub łago­dziła w zależ­no­ści od nastroju chwili zatrzy­ma­nej w obiek­ty­wie. Sama musiała poczuć to coś, co, jak miała nadzieję, poczuje rów­nież jej klient.

Jak nie­mal każ­dego ranka, w cie­płej fla­ne­lo­wej piża­mie, w gru­bych skar­pe­tach, ze zmierz­wio­nymi rudymi wło­sami usia­dła przy kom­pu­te­rze z kub­kiem kawy, żeby przej­rzeć minia­turki zdjęć i spraw­dzić, czy ta poranna Mac współ­gra z tamtą z nocy. Napa­wała się ciszą. Na wese­lach ota­czali ją ludzie, pano­wał gwar, grały w niej emo­cje. Blo­ko­wała je albo wyko­rzy­sty­wała do uchwy­ce­nia odpo­wied­niego kąta, wła­ści­wego tonu, naj­lep­szego momentu.

Tutaj była sama ze swo­imi zdję­ciami i mogła je dosko­na­lić. Popi­ja­jąc kawę, schru­pała jabłko w ramach zadość­uczy­nie­nia za ciastko z wczo­raj­szego poranka i przej­rzała setki zdjęć z poprzed­niego dnia, w tym dzie­siątki tych dopra­co­wa­nych pod­czas noc­nej sesji.

Poranna Mac pogra­tu­lo­wała tam­tej noc­nej dobrze wyko­na­nej roboty. Jesz­cze musiała to i owo dopie­ścić, a gdy już wyse­lek­cjo­nuje naj­lep­sze z naj­lep­szych ujęć, umówi się z nowo­żeń­cami na pokaz slaj­dów. Niech sami doko­nają wyboru.

Ale to zada­nie na inny dzień. Na wszelki wypa­dek, żeby przy­pad­kiem coś jej nie umknęło, spraw­dziła w kalen­da­rzu roz­pi­skę na dziś. Potem poszła na górę, wzięła prysz­nic i ubrała się na pierw­sze spo­tka­nie.

Na sesję w stu­diu wystar­czy­łyby dżinsy i swe­ter, ale póź­niej musia­łaby się prze­brać na zapla­no­wane na połu­dnie spo­tka­nie kon­sul­ta­cyjne w Dużym Domu. Według zasad usta­lo­nych w Przy­się­gach na spo­tka­nia kon­sul­ta­cyjne z klien­tami wszyst­kie przy­cho­dziły w stro­jach biz­ne­so­wych.

Prze­ko­pała szafę w poszu­ki­wa­niu czar­nych spodni i czar­nej koszuli. Wystar­czy, że po sesji zdję­cio­wej nałoży mary­narkę, żeby speł­nić wymogi dress codu. Pogrze­bała w szka­tułce z biżu­te­rią i w końcu zna­la­zła coś, co paso­wało do jej nastroju. Zro­biła lekki maki­jaż i uznała, że jest gotowa do pracy.

Według Mac odpo­wied­nia aran­ża­cja stu­dia wyma­gała więk­szej uwagi niż osoba foto­grafa.

Eli­za­beth i Char­les, powtó­rzyła w myślach, roz­po­czy­na­jąc przy­go­to­wa­nia. Sesja zarę­czy­nowa. Pamię­tała, że pod­czas kon­sul­ta­cji mieli bar­dzo kon­kretne wyma­ga­nia. Miało być ofi­cjal­nie, pro­sto, bez udziw­nień.

Zasta­na­wiała się, dla­czego nie popro­sili któ­re­goś z przy­ja­ciół ze zwy­kłym apa­ra­tem o zro­bie­nie takich zdjęć. I kto wie, czy nie zada­łaby tego pyta­nia, pomy­ślała teraz z kpią­cym uśmie­chem, gdyby Par­ker, czy­ta­jąc w myślach przy­ja­ciółki, nie zamknęła jej ust ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem.

– Klient nasz pan – mruk­nęła pod nosem, aran­żu­jąc tło. – Chcą nudno? Bar­dzo pro­szę, mówisz i masz.

Przy­cią­gnęła lampy, usta­wiła dyfu­zor; niech te nudne, przy­naj­mniej będą ładne. Wycią­gnęła sta­tyw, bo prze­czu­cie jej mówiło, że aku­rat tym klien­tom spodoba się widok pro­fe­sjo­nal­nego sprzętu. Aku­rat gdy wybrała obiek­tyw, spraw­dziła oświe­tle­nie i udra­po­wała tka­ninę na stołku, klienci zapu­kali do drzwi.

– Dzię­kuje za punk­tu­al­ność – powie­działa, zamy­ka­jąc za nimi drzwi i odci­na­jąc podmuch lodo­wa­tego wia­tru. – Fatalna pogoda. Pozwól­cie pań­stwo, że powie­szę wasze okry­cia.

Wyglą­dają ide­al­nie, oce­niła ich w myślach. Bar­bie i Ken w wer­sji dla wyż­szych sfer. Ona, chłodna blon­dynka bez jed­nego luź­nego pasemka wło­sów, on przy­stojny, nie­na­gan­nie ubrany i odpra­so­wany. Mac kor­ciło, żeby jej choć odro­binę potar­gać włosy, a jemu lekko prze­krzy­wić kra­wat. Może wtedy sta­liby się bar­dziej ludzcy.

– Napiją się pań­stwo kawy?

– Och nie, dzię­ku­jemy. – Eli­za­beth obda­rzyła Mac uprzej­mym uśmie­chem. – Chcemy jak naj­szyb­ciej się z tym upo­rać. Czeka nas mnó­stwo spraw do zała­twie­nia. – Kiedy Mac odwie­szała ich płasz­cze, Eli­za­beth rozej­rzała się po stu­diu. – Wcze­śniej był to domek przy base­nie?

– Zga­dza się.

– Cie­kawe… Spo­dzie­wa­łam się cze­goś bar­dziej oka­za­łego. Ale cóż… – Pode­szła do ściany, żeby przyj­rzeć się wiszą­cym tam foto­gra­fiom opra­wio­nym w ramy. – W listo­pa­dzie kuzynka Char­lesa miała tutaj ślub. Było naprawdę cudow­nie, nie może się pań nachwa­lić. Prawda, Char­le­sie?

– Tak. Dla­tego zde­cy­do­wa­li­śmy się na tę agen­cję.

– W naj­bliż­szych mie­sią­cach będę ści­śle współ­pra­co­wać z Przy­się­gami. Czy jest tu jakieś miej­sce, gdzie mogła­bym się odświe­żyć, zanim zaczniemy? – chciała wie­dzieć Eli­za­beth.

– Natu­ral­nie. – Mac zapro­wa­dziła ją do toa­lety dla gości przy stu­diu, zasta­na­wia­jąc się, jak wła­ści­wie ta kobieta chce się odświe­żyć.

– A zatem – zwró­ciła się do Char­lesa, polu­zo­wu­jąc w myślach ide­alny wind­sor­ski węzeł jego kra­wata. – Co dzi­siaj pań­stwo zała­twia­cie?

– Mamy spo­tka­nie z pozo­sta­łymi part­ner­kami z Przy­siąg i chcemy dopeł­nić nie­zbędne for­mal­no­ści. Potem Eli­za­beth jedzie na spo­tka­nie z dwoma pro­jek­tant­kami, które pole­ciła pani wspól­niczka, żeby omó­wić fason sukni.

– Eks­cy­tu­jące. – Chło­pie, pomy­ślała, wyda­jesz się tak pod­eks­cy­to­wany jak przed kon­tro­lną wizytą u den­ty­sty.

– Mnó­stwo róż­nych kwe­stii wymaga roz­wią­za­nia. Ale zakła­dam, że agen­cja jest z tym oswo­jona.

– Każdy ślub jest dla nas tym pierw­szym – odparła Mac. – Czy zechciałby pan sta­nąć za tam­tym stoł­kiem, żebym mogła spraw­dzić świa­tło i ostrość, zanim wróci pani Eli­za­beth?

Posłusz­nie obszedł sto­łek i sta­nął wypro­sto­wany jak struna.

– Pro­szę się odprę­żyć – popro­siła. – To wszystko odbę­dzie się szyb­ciej i łatwiej, niż pan myśli. Jaką muzykę pan lubi?

– Muzykę?

– Tak. Włą­czymy coś. – Pode­szła do odtwa­rza­cza kom­pak­tów, wybrała CD. – Bal­lady Nata­lie Cole. Roman­tyczna kla­syka. Pasuje?

– Tak. Może być.

Mac zauwa­żyła, że zer­k­nął na zega­rek, kiedy wró­ciła do sta­tywu, uda­jąc, że usta­wia apa­rat. – Zde­cy­do­wa­li­ście pań­stwo, gdzie spę­dzi­cie mie­siąc mio­dowy?

– Nasta­wiamy się na Paryż.

– Zna­cie fran­cu­ski?

Pierw­szy raz swo­bod­nie się uśmiech­nął.

– Ani słowa.

– No to przed pań­stwem wielka przy­goda – zauwa­żyła, aku­rat gdy Eli­za­beth wyło­niła się z toa­lety, wyglą­da­jąc tak samo nie­ska­zi­tel­nie, jak przed­tem.

Miała na sobie ide­al­nie skro­jony kostium, naj­pew­niej od Arma­niego. Odcień indygo paso­wał do jej typu urody i jak Mac podej­rze­wała, celowo wybrała dla Char­lesa gra­fi­towy gar­ni­tur, bo te kolory ład­nie ze sobą współ­grały.

– Myślę, że zaczniemy od pani. Pro­szę usiąść, a pan sta­nie z tyłu. Dobrze, odro­binę w lewo, a teraz pani odchyli się lekko w stronę okna i oprze się o pana. Pro­szę poczuć się swo­bod­nie. Niech pan położy dłoń na lewym ramie­niu narze­czo­nej, a pani nakryje ją swoją dło­nią. W ten spo­sób wyeks­po­nu­jemy piękny pier­ścio­nek zarę­czy­nowy.

Zro­biła kilka zdjęć, żeby pomóc im się roz­luź­nić i prze­ła­mać począt­kowe sztywne uśmie­chy.

– Pro­szę prze­chy­lić głowę – zwró­ciła się do Char­lesa. – I prze­nieść cię­żar ciała na cof­niętą nogę. Ramiona nieco wyżej.

Facet jest nie­śmiały, oce­niła go Mac. Onie­śmiela go i apa­rat, i ludzie. A ona z kolei, wydaje się potwor­nie skrę­po­wana. Prze­raża ją myśl, że mogłaby nie wypaść ide­al­nie.

Mac pró­bo­wała pomóc im choć tro­chę się roz­luź­nić, pyta­jąc, jak się poznali, gdzie się zarę­czyli. Już raz zadała im te pyta­nia, gdy uma­wiali się na sesję foto­gra­ficzną, i teraz usły­szała dokład­nie te same odpo­wie­dzi.

Nie potra­fiła się prze­bić przez ich pan­ce­rze. Wła­ściwe mogła prze­stać się wysi­lać i dać im dokład­nie to, czego, jak im się wyda­wało, chcieli. Ale to wcale nie było tym, czego naprawdę potrze­bo­wali.

Cof­nęła się od sta­tywu, a wtedy oni jakby znor­mal­nieli. Eli­za­beth zadarła głowę i uśmiech­nęła się do Char­lesa, on puścił do niej oko.

No pro­szę, pomy­ślała Mac, jed­nak pod tą sztywną powłoką kryją się nor­malni ludzie.

– Mam już kilka naprawdę uda­nych ofi­cjal­nych zdjęć. Wiem, że wła­śnie na takich pań­stwu zależy, ale zasta­na­wiam się, czy zgo­dzi­li­by­ście się zro­bić coś dla mnie?

– Naprawdę mamy napięty gra­fik – ode­zwał się Char­les.

– To nie zaj­mie nawet pię­ciu minut. Eli­za­beth, pro­szę wstać. – Mac odsu­nęła sto­łek na bok i zdjęła apa­rat ze sta­tywu. – A teraz… może się obej­mie­cie?

– Ja nie… – zaczął Char­les.

– Przy­tu­la­nie się jest legalne w Con­nec­ti­cut, nawet bez ślubu – prze­rwała mu Mac z uśmie­chem. – Taki mały eks­pe­ry­ment – dodała. – Za dwie minuty będzie­cie pań­stwo wolni. – Wzięła świa­tło­mierz, spraw­dziła usta­wie­nie, wpro­wa­dziła drobną korektę.

– Niech pani oprze poli­czek na piersi narze­czo­nego, lekko zwra­ca­jąc twarz w moją stronę – tłu­ma­czyła. – Wła­śnie tak. A pan pochyli głowę ku narze­czo­nej, ale pod­bró­dek skie­ruje do mnie. Pro­szę wziąć głę­boki oddech… i go wypu­ścić. Po pro­stu się zre­lak­so­wać. Trzyma pan w ramio­nach osobę, którą pan kocha, prawda? Spra­wia to panu radość. A teraz, pro­szę, oczy na mnie, tylko na mnie… i pro­szę pomy­śleć, co pan czuł, kiedy pierw­szy raz się poca­ło­wa­li­ście.

– Mamy to! – zawo­łała ucie­szona.

Ich uśmie­chy były krót­kie, spon­ta­niczne. Jej cie­pły, a jego zachwy­cony i nawet nieco szel­mow­ski.

– Jesz­cze jedno takie samo uję­cie – oznaj­miła i zro­biła trzy, zanim z powro­tem się usztyw­nili. – Gotowe. – Wer­sje do akcep­ta­cji pokażę przed…

– Może teraz zer­k­niemy na zdję­cia, to apa­rat cyfrowy, prawda? – zasu­ge­ro­wała Eli­za­beth tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu. – Tak żeby mieć ogólne wyobra­że­nie.

– Bar­dzo pro­szę. – Mac pode­szła z apa­ra­tem do kom­pu­tera. – Zdję­cia są surowe, ale można je z grub­sza oce­nić.

– Tak. – Eli­za­beth ze ścią­gnię­tymi brwiami wpa­try­wała się w ekran, gdy Mac roz­po­częła powolny pokaz slaj­dów. – Ow­szem, ładne.

Mac zatrzy­mała jedno z ofi­cjal­nych ujęć.

– A to?

– Wła­śnie o coś takiego mi cho­dziło. Oboje dobrze wyglą­damy, spo­sób uję­cia mi odpo­wiada. – Chyba przy tym zosta­niemy.

– Zazna­czę je. Dla pew­no­ści możemy przej­rzeć resztę. – Mac puściła slajdy.

– Tak, są naprawdę dobre. Bar­dzo dobre. Myślę, że to, które wybra­łam jest… – zamil­kła, bo na ekra­nie poja­wiło się zdję­cie, na któ­rym stoją objęci. – Och, śliczne. Naprawdę ład­nie wyszli­śmy, prawda?

– Mojej matce spodoba się tamto pierw­sze, które wybra­łaś. – Sto­jący za Eli­za­beth Char­les pogła­dził ją po ramio­nach.

– Na pewno. Damy je opra­wić, zanim dosta­nie je na pamiątkę. Ale… – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Mac. – Miała pani rację, a ja się myli­łam. Wła­śnie to ostat­nie uję­cie chcę na nasz por­tret zarę­czy­nowy. I pro­szę mi przy­po­mnieć, że to powie­dzia­łam, we wrze­śniu, jeśli znowu będę pró­bo­wała inge­ro­wać w pani pracę.

– Przy­po­mnę. I przy­znam, że ja też się myli­łam. Myślę, że będzie nam się razem przy­jem­nie pra­co­wało.

Eli­za­beth zajęło chwilę, zanim się roze­śmiała.

Mac skie­ro­wała ich do Par­ker, uzna­jąc, że teraz przy­ja­ciółka ma u niej dług. Prze­ka­zała jej klien­tów, któ­rzy, przy­naj­mniej na razie, byli bar­dziej otwarci na pomy­sły i suge­stie niż jesz­cze przed godziną.

Usia­dła przy biurku i zajęła się kom­ple­to­wa­niem pakie­tów dla klien­tów. Jeden zawie­rał próbki do oceny, a drugi finalne zdję­cia sta­ran­nie zapre­zen­to­wane w albu­mach. Dla pań­stwa mło­dych, dla matki panny mło­dej, dla matki pana mło­dego i plik dodat­ko­wych zdjęć dla rodziny i gości z wesela.

Kiedy popa­ko­wała pakiety do pude­łek, stwier­dziła, że ma aku­rat tyle czasu, żeby dojeść resztkę wczo­raj­szej sałatki maka­ro­no­wej, zanim przej­dzie z pacz­kami do wysyłki do Dużego Domu. Sta­nęła z miseczką nad zle­wem. Zacza­ro­wana lodowa kra­ina, pomy­ślała, patrząc przez okno na biały, nie­ru­chomy kra­jo­braz. Się­gnęła po szklankę z die­te­tyczną colą i prze­chy­liła ją do ust. W tej samej chwili roz­pę­dzony kar­dy­nał odbił się od szyby. Drgnęła zasko­czona stuk­nię­ciem kłębka kar­ma­zy­no­wej czer­wieni w okno i oblała colą przód koszuli. Z ser­cem biją­cym w gar­dle odpro­wa­dziła wzro­kiem spło­szo­nego ptaka i spoj­rzała na koszulę.

– Cho­lera.

Zdjęła ją i rzu­ciła na pokrywę pralko-suszarki w pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym za kuch­nią. W sta­niku i w czar­nych spodniach starła colę z blatu. Ziry­to­wana pod­nio­sła dzwo­niącą komórkę. Wyświe­tliła się Par­ker.

– Co tam? – wark­nęła roz­draż­niona.

– Patty Baker przy­szła po swoje albumy.

– Dwa­dzie­ścia minut przed cza­sem. Przyjdę punk­tu­al­nie. Zaj­mij ją czymś – pora­dziła, kie­ru­jąc się do stu­dia. – I nie zawra­caj mi głowy. – Roz­łą­czyła się.

Odwró­ciła się i zamarła na widok męż­czy­zny sto­ją­cego w stu­diu.

Intruz zro­bił wiel­kie oczy i oblał się rumień­cem.

– O Boże – wykrztu­sił i odwró­cił się gwał­tow­nie, przez co wpadł na fra­mugę z hukiem podob­nym do strzału z pisto­letu.

– Jezu! Nic się panu nie stało? – Mac rzu­ciła tele­fon i pod­bie­gła do męż­czy­zny, gdy ten zata­cza­jąc się, pró­bo­wał utrzy­mać rów­no­wagę.

– Nie. Wszystko w porządku. Prze­pra­szam.

– Pan krwawi. Rany, naprawdę nie­źle rąb­nął pan głową. Może lepiej niech pan usią­dzie.

– Może. – Skie­ro­wał w dół zamglone, lekko nie­przy­tomne oczy i zsu­nął się po ścia­nie na pod­łogę.

Mac przy­kuc­nęła przy nim. Odgar­nęła mu z czoła ciem­no­brą­zowe włosy i odsło­niła krwa­wiące otar­cie, które już zmie­niało się w impo­nu­jący guz.

– Nie tak źle. Skóra nie jest roz­cięta. Obę­dzie się bez szwów. Solid­nie się pan ude­rzył. Ten odgłos był jak wal­nię­cie młot­kiem. Może trzeba przy­ło­żyć lód, a potem…

– Pro­szę wyba­czyć. Nie wiem, czy pani się orien­tuje… tylko się zasta­na­wiam, czy pani nie powinna… – Sku­piona na udzie­la­niu pierw­szej pomocy, auto­ma­tycz­nie podą­żyła za jego spoj­rze­niem. Dopiero teraz zauwa­żyła, że jej piersi zakryte ską­pym biu­sto­no­szem znaj­do­wały się nie­bez­piecz­nie bli­sko jego twa­rzy.

– Ups! Nie pomy­śla­łam. Pro­szę tutaj sie­dzieć i się nie ruszać. – Zerwała się i wybie­gła ze stu­dia.

On wcale nie był pewien, czy w ogóle jest w sta­nie się ruszyć. Oszo­ło­miony i zdez­o­rien­to­wany, sie­dział na pod­ło­dze oparty ple­cami o ścianę, ale mimo mrocz­ków przed oczami, stwier­dził, że widział bar­dzo ape­tyczny biust. Jakimś cudem to aku­rat mu nie umknęło.

Nie miał poję­cia, co w tej sytu­acji powi­nien powie­dzieć czy zro­bić, uznał więc, że po pro­stu będzie sie­dzieć tak, jak mu kazała.

Kiedy wró­ciła z wor­kiem lodu, miała na sobie koszulę. Zapewne krót­kie ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia nie było tym, co powi­nien poczuć. Znów przed nim przy­kuc­nęła. Dopiero teraz, pozba­wiony widoku powab­nych piersi, zauwa­żył jej dłu­gie nogi.

– To powinno pomóc. – Podała mu worek z lodem i przy­ci­snęła jego dłoń do pul­su­ją­cego czoła. Kucała na pię­tach jak łapacz za bazą. Jej oczy miały odcień zie­leni magicz­nego morza.

– Kim pan jest? – zapy­tała.

– Co?

– Hmm. – Ile pan widzi pal­ców? – pod­nio­sła dwa.

– Dwa­na­ście.

Uśmiech­nęła się w odpo­wie­dzi. W jej policz­kach poja­wiły się dołeczki, a jego serce wyko­nało mały taniec.

– Nie­prawda. Spró­bujmy ina­czej. Co ty, czło­wieku, robisz w moim stu­diu albo raczej co robi­łeś, zanim dozna­łeś wstrzą­śnie­nia mózgu na widok mojego biu­stu.

– Aha. Mam umó­wione spo­tka­nie. A wła­ściwe Sherry je ma. Sherry Magu­ire.

Jej uśmiech jakby tro­chę przy­bladł, a dołeczki znik­nęły.

– Okej, nie to miej­sce. Cho­dzi o Główny Dom. Jestem Mac­ken­sie Elliot, foto­grafka agen­cji.

– Wiem. Zna­czy wiem, kim jesteś. Sherry swoim zwy­cza­jem oka­zała się mało kon­kretna, gdy poda­wała mi miej­sce.

– I porę. Jest umó­wiona na czter­na­stą.

– Powie­działa, że chyba na trzy­na­stą trzy­dzie­ści, co w jej przy­padku ozna­cza czter­na­stą. Powi­nie­nem kie­ro­wać się „cza­sem Sherry” albo zadzwo­nić, żeby spraw­dzić ter­min. Jesz­cze raz prze­pra­szam.

– Nic się nie stało. – Prze­chy­liła głowę. Jego budzące sym­pa­tię oczy już patrzyły bystro.

– Skąd mnie znasz?

– Och, cho­dzi­łem do szkoły z Dela­neyem, Dela­neyem Brow­nem, no i z Par­ker. Ona była parę klas niżej. I ty zdaje się też.

Przyj­rzała mu się uważ­nie. Według utar­tych stan­dar­dów jego gęstym, potar­ga­nym, brą­zo­wym wło­som przy­da­łoby się porządne pod­cię­cie i ucze­sa­nie. Objęła spoj­rze­niem pogodne nie­bie­skie oczy obra­mo­wane dłu­gimi rzę­sami, pro­sty nos i ład­nie wykro­jone usta w raczej pocią­głej twa­rzy. Mac miała dobrą pamięć do twa­rzy. W takim razie dla­czego go nie koja­rzyła?

– Chyba zna­łam więk­szość kum­pli Dela.

– Och, nie obra­ca­li­śmy się w tych samych krę­gach. Raz mu poma­ga­łem, kiedy prze­ra­bia­li­śmy Hen­ryka Pią­tego.

W końcu zasko­czyła. – Car­ter – powie­działa, celu­jąc w niego pal­cem. – Car­ter Magu­ire. Chyba nie żenisz się z sio­strą?

– No co ty! Przy­sze­dłem w zastęp­stwie Nicka. Sherry nie chciała sama uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, a Nicka coś zatrzy­mało. Ja… Kur­czę, sam nie wiem, co tu robię.

– Jesteś po pro­stu dobrym bra­tem. – Pokle­pała go po kola­nie. – Myślisz, że dasz radę wstać?

– Tak.

Pod­nio­sła się i wycią­gnęła do niego rękę. Kiedy ich dło­nie się zetknęły, serce znowu mu przy­spie­szyło. A gdy się dźwi­gnął do pionu, pul­so­wa­nie w gło­wie dołą­czyło do serca w tym samym ryt­mie.

– Au! – syk­nął.

– Boli? Chcesz aspi­rynę?

– Och, jeśli mogę pro­sić.

– Zaraz przy­niosę. A ty do tego czasu posiedź na czymś innym niż pod­łoga.

Kiedy poszła do kuchni, chciał podejść do krze­sła, ale zatrzy­mał się na widok foto­gra­fii na ścia­nach. Mię­dzy innymi były tam zdję­cia z maga­zy­nów bran­żo­wych, a więc zało­żył, że to wszystko jej prace. Piękne panny młode, wyra­fi­no­wane panny młode, sek­sowne, roze­śmiane. Nie­które w kolo­rze, inne w nastro­jo­wej czerni i bieli, a także kilka z wyko­rzy­sta­niem dziw­nego, a jed­no­cze­śnie fascy­nu­ją­cego efektu kom­pu­te­ro­wego, gdy na czarno-białe zdję­cie nakłada się jakiś akcent o inten­syw­nej bar­wie.

Obej­rzał się, gdy wró­ciła, i nie­ocze­ki­wa­nie przez głowę prze­bie­gła mu myśl, że jej włosy są wła­śnie takim inten­syw­nym akcen­tem.

– Foto­gra­fu­jesz coś poza ślu­bami?

– Tak. – Podała mu trzy tabletki i szklankę wody. – Jed­nak to panny młode są głów­nym atu­tem i źró­dłem kasy w ślub­nym biz­ne­sie.

– Te zdję­cia są feno­me­nalne. Kre­atywne i nie­po­wta­rzalne. Ale naj­lep­sze ze wszyst­kich jest to. – Prze­szedł kawa­łek wzdłuż ściany i wska­zał opra­wione w ramy zdję­cie trzech dziew­czy­nek i modrego motyla na żół­tym mle­czu.

– Dla­czego tak sądzisz?

– Bo jest w nim coś magicz­nego.

Przy­glą­dała mu się przez chwilę, która jemu zda­wała się trwać wiecz­ność.

– Masz rację, Car­te­rze Magu­ire. No cóż, pójdę po płaszcz, przej­dziemy do Głów­nego Domu i sku­pimy się na kon­sul­ta­cji.

Wyjęła mu z ręki wore­czek z na wpół roz­to­pio­nym lodem. – Dosta­niesz świeży w Głów­nym Domu.

Fajny jest, pomy­ślała, idąc po płaszcz i sza­lik. Bar­dzo fajny. Jakoś go nie zauwa­żyła w liceum. Może wtedy nie był fajny i dopiero póź­niej prze­po­czwa­rzył się w naprawdę przy­stoj­nego faceta. W pierw­szej chwili, gdy go zoba­czyła, prze­szło jej przez myśl, że to przy­szły pan młody i poczuła ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia.

A tym­cza­sem to brat panny mło­dej, a to inna para kalo­szy.

Oczy­wi­ście, gdyby była zain­te­re­so­wana.

Wło­żyła płaszcz, owi­nęła szyję sza­li­kiem i przy­po­mi­na­jąc sobie tam­ten zja­dliwy podmuch wia­tru, nacią­gnęła czapkę na głowę. Gdy zeszła na dół, Car­ter jak grzeczny chłop­czyk wsta­wiał szklankę po wodzie do zlewu.

Pod­nio­sła prze­pastną płó­cienną torbę z albu­mami.

– Pro­szę – powie­działa, poda­jąc ją Car­te­rowi. – Ponie­siesz? Sporo waży.

– Jasne, oczy­wi­ście.

– Ja wezmę tę. – Wzięła drugą, mniej­szą torbę. – Jedna panna młoda przyj­dzie po albumy, a druga ma się zja­wić po próbki. Kie­ru­nek, Główny Dom. Tak jak na kon­sul­ta­cje.

– Słu­chaj, chcę cię prze­pro­sić, że tak po pro­stu wsze­dłem. Puka­łem, ale nikt nie odpo­wia­dał. Sły­sza­łem muzykę, więc otwo­rzy­łem drzwi… a potem…

– Resztę znamy.

– Tak.

– Aha, nie wyłą­czysz odtwa­rza­cza?

– Racja. Prze­sta­łam sły­szeć muzykę. – Pod­nio­sła pilota, wyłą­czyła CD i rzu­ciła pilota na sto­lik. Kiedy skie­ro­wali się do wyj­ścia, Car­ter ją wyprze­dził i otwo­rzył przed nią drzwi.

– Na­dal miesz­kasz w Gre­en­wich? – zaczęła, zanim sma­gnię­cie lodo­wa­tego powie­trza zaparło jej dech.

– Hmm, raczej znowu. Przez jakiś czas miesz­ka­łem w New Haven.

– Yale?

– Tak. Robi­łem stu­dia pody­plo­mowe i pro­wa­dzi­łem zaję­cia ze stu­den­tami.

– Na Yale?

– Tak.

Przyj­rzała mu się spod zmru­żo­nych powiek, kiedy ruszyli ścieżką.

– Poważ­nie?

– No tak. Ludzie pra­cują na Yale. Wielce reko­men­do­wana uczel­nia dla stu­den­tów.

– Czyli jesteś pro­fe­so­rem.

– Tak jakby, a teraz uczę w Win­ter­field Aca­demy.

– Wró­ci­łeś, żeby uczyć w liceum, w swo­jej daw­nej szkole? To słod­kie.

– Tęsk­ni­łem za domem. No i cie­ka­wie się pra­cuje z nasto­lat­kami.

Pomy­ślała, że pew­nie trud­niej niż ze stu­den­tami, ale może i cie­ka­wiej.

– Czego uczysz?

– Lite­ra­tury i kre­atyw­nego pisa­nia.

– Hen­ryk Piąty.

– No wła­śnie. Pani Brown zapro­siła mnie tutaj kilka razy, kiedy poma­ga­łem Delowi. Było mi bar­dzo przy­kro, gdy usły­sza­łem o wypadku. To była nie­sa­mo­wita kobieta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki