Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Oświęcim, ulica Legionów 88. To tutaj mieszkał komendant obozu Auschwitz-Birkenau Rudolf Höss. Osiemdziesiąt lat później pod ten sam adres trafia narrator książki, którego wzywa przyjaciel z lat dziecięcych, zmagający się z niepokojącym stanem. Rozgrywająca się w dwóch płaszczyznach czasowych powieść, skupiająca się na codzienności nazistowskiego zbrodniarza i emocjonalnym rozchwianiu obecnego właściciela willi, ukazuje, w jak przewrotny sposób splatają się losy obu mężczyzn.
Czy można się wyleczyć z międzypokoleniowej traumy? Czy miejsce naznaczone złem wpływa na jego przyszłych mieszkańców? Czy w dwoistej naturze człowieka przeważa dobro, a może zło?
„Willa Hössa” to fascynująca wędrówka po zakamarkach ludzkiej duszy i ilustracja tezy, że historia niestety nie zawsze jest nauczycielką życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 760
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Marcin Mościński, 2026
Redakcja: Maria Pokora
Korekta: Renata Kufirska-Biegajło
Skład: Klara Perepłyś-Pająk
Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © Ksenia Chernaya/Pexels, Magnific
Zdjęcie autora: © Maria Mościńska
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
www.wydawnictwofala.pl
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68817-64-5
Na telefonie wyświetlił się nieznany numer, a gdy odebrałem, usłyszałem nieznajomy głos. Nie widzieliśmy się od ponad dwudziestu lat. Wystarczający czas, aby zapomnieć twarz dawnych miłości, a co dopiero głos przyjaciela z dzieciństwa.
Dzień, w którym Paweł do mnie zadzwonił, zapadł w mojej pamięci na fioletowo. W drodze do pracy zawsze mijałem drzewo magnolii, która wtedy wybuchła gęstą siatką biało-różowych kwiatów. Z niewielkiej odległości mieniły się lekką purpurą, która jednym przypomina królewską szatę, innym grobową ciszę. Pamiętam to światło. Majowe słońce, jak z obrazu Mehoffera, ciepłym blaskiem ogrzewało powierzchnie, które poddawały się mu bezradnie, ale z niejaką rozkoszą — taką, z jaką dzieci biegają po rozgrzanym piasku nad ciepłym brzegiem morza.
Kiedy się przedstawił, moje myśli zaczęły się łączyć w dawne wspomnienia i lokować w czasie wspólne przeżycia. Głos stawał się znajomy, choć wyraźnie zmieniony. Niższy, o lekko szorstkiej barwie, odkrywał jednak znane mi kiedyś akcenty: powolny rytm, monotonną intonację, krótkie pauzy. I chyba ten głos więcej mi przypomniał, niż nazwisko, które podał. Oszczędność w słowach i bezpośredniość Pawła nie zdziwiła mnie wcale. Jego obraz w mojej głowie, stworzony przez kilka lat dziecięcej przyjaźni, zawsze kojarzył się z pewną oziębłością i powściągliwością. Jako uczeń szkoły podstawowej raczej nie znałem tych cech ludzkiego charakteru, ale — z pewnością w sposób instynktowny — na nie reagowałem. Dość szybko zapytał, czy możemy się zobaczyć i pogadać. Prośba swoista, zważywszy na lata dzielące nas od poprzedniego spotkania. Nie zdążyłem policzyć w myślach, ale co najmniej piętnaście. Zaznaczył, że nie lubi rozmawiać przez telefon i stąd przechodzi od razu do rzeczy. Chciał, abym go odwiedził. Podał mi swój adres, ale przecież dobrze pamiętałem, gdzie mieszka. Jak mógłbym zapomnieć to miejsce na mapie Oświęcimia. Pozostał w tym samym rodzinnym domu, dużej dwupiętrowej, przedwojennej willi na obrzeżach Zasola, zaraz za bramą obozu w niedalekiej odległości od Soły, naszej jedynej rzeki, która rozdziela miasto na część wschodnią i zachodnią. Nie był to zwykły, przypadkowy dom, jakich tysiące w mieście. Miał swoją szczególną i tragiczną historię, o ile budynek może nosić w sobie tragizm, będąc jedynie niemym świadkiem cierpienia, a właściwie — czego dowiedziałem się później — raczej sielankowego życia pewnych mieszkańców w czasie wojny (co budzi tym większe zmieszanie, gdy spojrzy się kilka metrów poza teren ogrodu i zrozumie naturę sąsiedztwa owego niewinnego przybytku).
Historii tego miejsca nie znałem, gdy w dzieciństwie odwiedzałem Pawła po wspólnych lekcjach w osiedlowej podstawówce, typowej tysiąclatce z cegłami wymalowanymi bielą i wielkimi oknami ciągnącymi się przez cały korytarz. Dopiero w liceum usłyszałem więcej na historii albo polskim. A może wiedziałem już w dzieciństwie, słysząc pewnie jakieś uwagi rodziców bądź sąsiadów, że w czasie wojny mieszkał tam jakiś esesman, którego nazwisko wtedy nie utkwiło mi w pamięci. Zresztą te informacje niewiele mówiły małemu dziecku. Nawet gdyby ktoś spróbował mi to wytłumaczyć, usiadł ze mną i spokojnym, ale niepozbawionym smutku czy grozy, głosem opowiedział, kim był ów człowiek i czym się zajmował w godzinach pracy, pewnie bym niewiele zrozumiał. Przyjąłbym te słowa niczym okrutną powiastkę, pozbawioną jednak morału, a przez to tym bardziej niezrozumiałą i obcą. Jako dzieci dowiadujemy się przecież, czym jest zło, chociażby z baśni braci Grimm czy Andersena, ale w historii o komendancie i jego pracy nie znajdziemy, typowego dla tej literatury, pocieszenia w finałowym triumfie dobra nad złem. Nie kryje się tam budzący nadzieję morał. Brak bohatera, który wygrawszy, żyje na końcu długo i szczęśliwie. Bo czyż można nazwać zwycięstwem zakończenie wojny, która zostawiła po sobie ślad niemożliwy do zatarcia nawet dziś, przeszło osiemdziesiąt lat później? Dziecku powie się, że źli panowie w czarnych mundurach przegrali, a my wygraliśmy. Ale poznając szczegóły toczącego się życia za drutem kolczastym, który przylegał do domu rodziny Pawła, trudno jest przyjąć symboliczną wygraną ze spokojem ducha, niezmąconym umysłem i cichą akceptacją.
Moi rodzice chyba to rozumieli. Nie pamiętam, aby próbowali mi to tłumaczyć albo podsuwać lektury opisujące, co działo się w tych drewnianych barakach i kto żył w blokach na Pileckiego, do których chodziliśmy, odwiedzając zaprzyjaźnione małżeństwo lekarzy. Pewnie podobnie postępowali rodzice w Oświęcimiu, przywykli do widoku baraków, wieżyczek czy drutu kolczastego. Przyzwyczajeni tak samo jak mieszkańcy innych miast, których doświadczyła historia. Jak Warszawiacy mijający granice getta czy Paryżanie przechodzący po pracy obok Placu Bastylii. Tak myślałem całe życie, w codziennych troskach nie zaprzątając sobie głowy historią i podobnie z pewnością robiła większość mieszkańców Oświęcimia, nauczywszy się wybiórczej ślepoty, która pozwalała im odciąć się od wydarzeń sprzed lat. Ludzie zwyczajnie przymykali oczy na niewygodne sprawy. Czy nie o to właśnie mamy do nich pretensje? Czy w ten sposób nie przyczynili się do udziału w machinie śmierci, która zawładnęła tym miastem i dziesiątkami innych mu podobnych? Ci ludzie musieli przecież nauczyć się nie dostrzegać pewnych spraw, raczej dla własnej wygody, aby nie stracić dobrego mniemania o sobie. My, mieszkańcy, musieliśmy oswoić się z tym faktem, żeby móc normalnie żyć, budować domy, wychowywać dzieci…
Myślałem więc, że tragedia tego miasta nie różni się niczym od tragedii dziesiątek innych miejsc, w których śmierć zbierała swoje żniwo. Nie przyszło mi do głowy wartościować, przedkładać w jakiejś demonicznej hierarchii wydarzenia obozowe nad przypadki innych wojen czy osobiste tragedie. W swej nastoletniej dezynwolturze pozwalałem sobie nawet na stwierdzenie, że to przecież cmentarz jak każdy inny. Więc skąd to jego wyjątkowe znaczenie, ta międzynarodowa uwaga i nabożne pochylenie świata? Czterdziestotysięczne miasto, które — gdyby nie kilka lat wojny — stałoby zapomniane i zaniedbane jak wiele innych miejsc w naszym kraju.
Nie rozumiałem tego, ale coraz mocniej czułem, że obóz miał swoją bolesną specyfikę. Że wydarzyło się wtedy coś, nawet na skali zła, wyjątkowego. Stąd wciąż podejmowane próby rozpatrywania na nowo obozowego doświadczenia. Historia Pawła, w sposób całkowicie ode mnie niezależny, zmusiła mnie do przyjrzenia się losom mojego miasta z innej perspektywy, wcześniej dla mnie niewidocznej. A i dziś nie wiem, czy w pełni zrozumiałem płynący z tych zdarzeń przekaz.
*
Jako dzieci lubiliśmy z Pawłem przebywać w ogrodzie koło jego domu. Pamiętam, że w tamtym czasie było to miejsce dość zaniedbane. Dzika zieleń z gęstą trawą i bujnymi krzewami, rzadko przycinanymi. Kilka drzew owocowych, rosnących głównie na skraju działki, rzucało przyjemny cień w rozgrzane popołudnia. W lecie zbieraliśmy antonówki i gruszki. Przejedzeni szliśmy na pobliską łąkę z wysoką trawą, którą wykaszaliśmy machnięciami kija. Ja kroczyłem z przodu, tnąc szybko i mocno, ugniatając przejście nogą. On podążał za mną niepewnie, czasem mnie stopując, gdy za bardzo się oddalaliśmy. Wtedy zatrzymywaliśmy się i wyrabialiśmy wygodny krąg pośród wybujałej zieleni. Siadaliśmy w jego środku, znikając pod łodygami kupkówki, wyczyńca, stokłosy czy innych wysokich chwastów i ziół. Odgrywaliśmy różne sceny, wymyślaliśmy role lub obrabialiśmy tyłek nauczycielom ze szkoły. Gdy padał deszcz, spędzaliśmy czas na zagraconym, zakurzonym strychu, oglądając poprzez lukarnę ulicę i pobliski wał, po którym ciągnęły wycieczki rowerowe. Czasem przeglądaliśmy rodzinne zdjęcia czy szpargały pochowane w kartonach, ale nie pamiętam, czy coś na dłużej przykuwało naszą uwagę. Pewnie w chwili odkrycia wydawały się skarbami, ale po latach nie przychodzi mi na myśl, by coś z nich było warte choćby spojrzenia skrupulatnego historyka.
Wciągała nas coraz bardziej niewymowna aura budynku przy ulicy Legionów 88, pewne poczucie nierealności, a zarazem podniecające napięcie, które towarzyszy nam w sytuacjach niejasnych i nie do końca bezpiecznych. Sam numer domu po latach wydał mi się upiorną ironią (tak, naprawdę miał dwie ósemki, które symbolizują przecież hasło „Heil Hitler”). Nasze odczucia potęgowały matka i babcia Pawła, które często powtarzały, że to miejsce przyprawia je o dreszcze, choć nie zdradzały nigdy co wzbudzało w nich ten lęk. Przynajmniej nie przy mnie. Pewnie bały się przytoczyć dzieciom szczegóły wydarzeń, których nie dało się w żaden sposób ująć w ramy baśni, gdzie wszystko, nawet zło, ma swoje miejsce i sens. Gdyby chciano napisać baśń, która miałaby zawierać obozowe doświadczenia, nie mogłaby ona spełnić swojej rozwojowej roli. To jest tragedia, z której ciężko uczynić żywotny mit, odnaleźć głębsze znaczenie, pokazać walkę dobra ze złem, dwóch przeciwnych pierwiastków w ramach uniwersalnej wizji i zakończyć nadzieją. Choćby najbardziej gorzką. Nawet bohaterowie obecni w naszej wyobraźni — pewien święty czy rotmistrz — na końcu giną, a dziecku trudno wytłumaczyć moralne zwycięstwo, gdy przestaje bić serce i zamykają się oczy.
Choć nie rozumiałem tego, tak jak dziś, bogatszy o psychoanalityczne teorie Bettelheima, musiałem już czuć jakąś naturalną ludzką wrażliwością, że zbyt wczesny kontakt niedojrzałego umysłu z nieupudrowaną naturą świata może go pozbawić naiwności i optymizmu. Zdusić szczenięcą ufność i ciekawość, zastępując je apatią i przerażeniem. Być może z tego powodu mama i babcia Pawła ograniczały się jedynie do niejasnych uwag o niedobrej aurze i nieszczęśliwej historii domu. Przynajmniej w moim towarzystwie. Z czasem okazało się, że Paweł dowiedział się o wiele więcej, niż było to potrzebne.
On sam, w tamtym czasie, miał o swym domu niewiele do powiedzenia. W nim dorastał i jego wnętrza tworzyły jego chłopięcy świat. Gdy o nim wspominał, zawsze było to na marginesie innych tematów. Dom stanowił jedynie tło, niezbędną scenografię, w jakiej musiał umieścić pewne wydarzenia, żeby nie latały w próżni. Głównie takie miał dla niego znaczenie w dzieciństwie — dach nad głową i cztery ściany do ogrzania w zimne dni. Przypominał sobie, że dla rodziców czy babci dom był niejednokrotnie tematem wywołującym poruszenie, jakiego siły nie pojmował. Nieraz zwierzał się, że słyszał, jak mama namawiała ojca do wyprowadzki, ale ten uparcie odmawiał, dodając często, że jest niemądra. Być może ojciec mówił jeszcze coś innego, nazywał ją ostrzej, znając jego porywczy temperament, ale Paweł oszczędzał mi szczegółów rodzinnych waśni. Zbyt często o nich słyszałem, aby się nie domyślać, że bardzo je przeżywa, choć usilnie starał się to ukrywać.
Jego rodziców spotykałem rzadko. Popołudniami zwykle pracowali i do wieczora nie było ich w domu, a wtedy pieczę nad Pawłem oraz Anką sprawowała babcia. To ona stanowiła nieodłączny element każdej mojej wizyty. Zawsze na miejscu, niezmienna, uparta piastunka domowego ogniska. Jadwiga Kulig, babcia od strony matki, musiała mieć wtedy około siedemdziesięciu lat. W wiosenne i letnie dni zawsze długo przesiadywała w ogrodzie. Niby marmurowy posąg zastygała na długie godziny w wiklinowym krześle. W swojej perkalowej sukni w kolorowe kwiaty, odrobinę za dużej i luźno wiszącej, sprawiała wrażenie wiotkiej trzciny. Ale zazwyczaj widziałem ją siedzącą na fotelu, z nogami przykrytymi grubym, wełnianym kocem, spod którego wystawały jedynie czubki kapci. Zawsze wychudzona, nie szczupła, ale jakby ciągle niedożywiona, choć pozbawiona uczucia głodu. Być może było to piętno obozowego dzieciństwa. Gdy wyrasta się w głodzie, apetyt staje się wrogiem, impulsem, na który patrzymy z nieufnością, bo może nas zdradzić i rozczarować. Nawet rzadkie posiłki spożywała z delikatnością pensjonariusza sanatorium. Na przykład gdy jadła jabłko, kroiła je na malutkie kawałki wielkości paznokcia. Obierała skórkę, ale nie z całego owocu, tylko właśnie z tych małych kawałeczków. Panicznie bała się zadławić. Żuła długo, zamieniając jedzenie w ustach w papkę, minimalizując możliwość połknięcia twardej części. Na nas patrzyła z równą ostrożnością. Kiedy braliśmy z leżącego na stole talerzyka kawałki ciasta lub owoców, groźnie powtarzała, żeby jeść powoli i kazała nam stać przy sobie, bo musiała mieć na nas baczenie. Zamieraliśmy wtedy niby dwa potulne jagnięcia. Czasem musieliśmy otwierać usta, aby pokazać, że pokarm zmienił się w nieokreśloną masę i jest już bezpieczny do połknięcia. Anka, siostra Pawła, była już wtedy nastolatką i prośby babci ignorowała, zarzucając jej, że przesadza. Kuligowa widząc, że z dziewczyną nic nie wskóra, czepiała się nas jeszcze bardziej, a my, mali i oszołomieni jej dziwactwami, grzecznie przystawaliśmy na te wymogi.
Ojciec pracował na zmiany, a gdy był w domu, zwykle odsypiał nockę. W takich sytuacjach musieliśmy zachowywać się cicho i spokojnie, o czym uparcie przypominała nam babcia Pawła, przykładając palec do ust przy naszych głośnych śmiechach. Rodzice kazali jej mieć nas na oku, kiedy wspinaliśmy się na wysokie jabłonie czy grusze i strofowała nas, jak przekraczaliśmy niewidoczną barierę bezpieczeństwa. Krzyczała wtedy na nas swoim papuzim głosem, który brzmiał trochę jak pisk opony, a my potulnie schodziliśmy niżej lub zastygaliśmy na gałęzi, obserwując okolicę. Zwykle ta niewidzialna granica zatrzymywała nas na wysokości pierwszego piętra, zaraz naprzeciwko okien. To był kolejny powód mojej częstej obecności w domu rodziny Orzołów.
Jak już mówiłem, Paweł miał o kilka lat starszą siostrę Ankę. Czasem przychodziła do nich kuzynka Łucja, młodsza o parę lat, ale ją pamiętam słabiej, pewnie dlatego, że dla dzieci liczą się jedynie starsi, jako figury adoracji lub strachu. Młodszych odbieramy jako nieznośne zwierzaki pałętające się nam między nogami. Ania w mojej pamięci utkwiła jako dorastająca dziewczyna, nieledwie kobieta, obiekt westchnięć i uwielbienia. Znałem ją, od kiedy skończyłem trzy lata, ona może wtedy miała osiem lub dziewięć. Niemniej ślad w moim życiu zostawiła dopiero, kiedy zaczęła rozkwitać. To przez nią w czwartej lub piątej klasie po raz pierwszy poczułem, czym jest ukłucie niedojrzałego erotyzmu. Działo się to w trakcie owych letnich dni, gdy nuda podsuwała nam różne pomysły, a ograniczenia wynikały jedynie z nieprzekraczalnych praw fizyki. Najpierw na drzewa wspinałem się w poszukiwaniu najsmaczniejszych, najlepiej wyglądających jabłek, śliwek lub gruszek. Ale gdy stara Kuligowa swoim pomrukiwaniem hamowała moje zapędy pięcia się ku górze, podczas długich postojów w koronie drzew miałem okazję poczuć rodzące się we mnie męskie instynkty. Pokój Anki był przeszklony dwiema kwaterami okien. W południe słońce ogrzewało boczną elewację domu, umożliwiając dobry widok na wnętrze zachodniej ściany. Wtedy zwykle okna pozostawały otwarte. Anka ten czas spędzała dość leniwie, leżąc na łóżku z czerwonym walkmanem Sanyo na uszach, czasem tańcząc przed lustrem, a nieraz przebierając się i przymierzając nowe stylizacje. Przyznam szczerze, że na te chwile czekałem. Czułem się jak Justyn z „Pani Bovary” obserwujący z ukrycia tytułową bohaterkę podczas porannej toalety. Zastygałem nieruchomo w niewygodnej pozycji pomiędzy dwiema krzyżującymi się gałęziami leciwej wierzby, ale widok dziewczęcego ciała, który dla chłopaka wchodzącego w nastoletni wiek był doświadczeniem nieomal inicjacyjnym, łagodził ból skrzywionych pleców.
Niewinność kończyła się dla mnie na tym starym drzewie, na wysokości trzech metrów. Zacząłem dostrzegać, że świat ma mi do zaoferowania dużo więcej niż szkoła, treningi koszykówki, zajęcia karate czy gry na Amidze. Nie bardzo jeszcze wtedy pojmowałem, co się ze mną dzieje w tej gęstwinie liści, ale czułem, że podglądając rodzącą się kobietę, pozwalałem narodzić się mężczyźnie we mnie. Żegnając powoli dziecko, żegnałem również wiek niewinności, zwalniając miejsce nowym wrażeniom i rozczarowaniom.
Anka oczywiście mnie widziała. Nie sposób było mnie nie zauważyć z odległości kilku metrów w jaskrawym ubraniu wybijającym się mocno na tle złamanej zieleni. Mimo to nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Dziewczyny w tym wieku nie czują wstydu przed młodszymi chłopakami, bo sądzą, że nie są oni jeszcze zdolni do namiętnych przeżyć. A więc teraz ona była jak Emma nieczuła na uwielbienie młodziutkiego parobka. Bardzo chciałem zatrzymać jej wzrok na sobie choć raz, żeby była świadoma, że potrafię na nią patrzeć jak zakochani w niej rówieśnicy. Na nic się to jednak zdało. Rzucała przelotne spojrzenie w moją stronę, nie zatrzymując się dłużej niż nad tarczą zegarka. Nigdy nie wiedziałem, czy jej to pochlebiało, czy raczej budziło odrazę.
Czasem koło mnie siedział również Paweł i miałem wrażenie, że przygląda się siostrze z równym mojemu zainteresowaniem. Peszyło mnie to i przywracało do rzeczywistości. Zagajałem więc żywo, aby wejść wyżej, jeżeli babcia nie patrzy lub zejść i zająć się czymś innym. Paweł przystawał na to. Zawsze ulegał silniejszemu entuzjazmowi innych ludzi.
Wspominałem, że babcia Pawła nie lubiła domu. Gdy temperatura pozwalała na to, cały wolny czas spędzała na zewnątrz, w ogrodzie lub na spacerach. Czasem miałem wrażenie, że ucieka z tych czterech ścian gnana jakimś nieokreślonym niepokojem.
*
Gdy w 1947 roku Orzołowie, czyli rodzina Pawła, osiedlili się na Legionów 88, najpierw zajmując pokoje na parterze, a z biegiem lat przenosząc się na kolejne piętro, zastali dom w stanie dziwnego zawieszenia. Choć realny upływ czasu można było dostrzec w grubej warstwie kurzu, miało się wrażenie, jakby dosłownie przed chwilą ktoś właśnie wyszedł. Żółte firany zasłaniały do połowy szerokie okna wychodzące na ogród z małym stawem ledwie widocznym wśród bujnej trawy. Jasny, drewniany parkiet w rozległym salonie skrzypiał pod stopami.
Pradziadkowie Pawła wprowadzili się, gdy władze miasta zaoferowały byłym więźniom mieszkania po niemieckiej administracji. Niektórzy odebrali to jako uśmiech losu, bo kamienice na Pileckiego, na północ od bramy obozu lub w barakach administracji, były komfortowe. Innym trudno było zaakceptować, że będą musieli teraz spać w tym samym łóżku co esesmani, jeść w ich kuchni i nazywać tę przestrzeń swoim domem. Większość jednak, umęczona obozowym życiem, przyjęła ten ciężar z desperackim przekonaniem, że dzięki temu odczaruje niejako te miejsca, naprawi zaprzeszłe zło, wyganiając je z czterech ścian nową nadzieją, nowym początkiem. I wielu pewnie udała się ta sztuka. Ludziom odpornym, zaciekłym, a może po prostu niepodatnym na działania sił, których nie rozumieli lub nie dostrzegali.
Rodzina Pawła zajmowała parter — babcia ze swoim rodzeństwem i rodzicami. Mieszkanie wyżej przyznano innym ludziom zasłużonym w Armii Ludowej. Był to adres bardzo atrakcyjny, dom zachował w sobie mieszczański sznyt, który mu nadał poprzedni właściciel. Po czterdziestym piątym mniejsze znaczenie miało, kto mieszkał tu w posępnych latach wojny, a bardziej to, co dane miejsce miało do zaoferowania. Nie przejmowano się więc, przynajmniej na początku, że to posiadłość komendanta obozu Rudolfa Hössa, ale cieszono z komfortu, który ten adres wyposzczonym wojennym ubóstwem ofiarom zapewniał.
*
Komendant rzeczywiście się postarał. Już w pierwszym roku urzędowania kazał sobie sprowadzić dębowe, gdańskie meble, czarne niczym ciemna skóra esesmańskich butów. Sekretarzyk i komodę ustawił w salonie, szafa wypełniała ciasną przestrzeń sypialni. Ściany salonu ozdobił dziełami sztuki odebranymi więźniom, na specjalne życzenie przywożono mu obrazy i rzeźby zarekwirowane podczas rewizji w getcie w Krakowie. Swoje życzenia kierował jedynie do zaufanych dowódców, zachowując ostrożność, aby owe osobiste prośby nie znalazły przypadkiem swojego śladu na papierze. Wykraczałoby to znacznie poza skrzętnie budowany wizerunek oddanego potrzebom kraju patrioty, chowającego głęboko własne, przyziemne potrzeby. Poza tym spełniał w ten sposób zachcianki swojej żony, Hedwig, która umościwszy się w nowym mieszkaniu, przyjęła na siebie rolę dekoratora wnętrz.
Na rampie w Brzezince więźniom odbierano walizki z dobytkiem, który Höss oglądał później skwapliwie, szukając czegoś interesującego. Często towarzyszyła mu Hedwig. Miała lepszy gust niż on. Rudolf gustował w typowym biedermeierze. Lubił obrazy przedstawiające mężczyzn przy pracy w gabinetach lub podczas rodzinnych obiadów, sceny militarne i sielskie widoki wsi. W malarstwie szukał znajomych przestrzeni — spokojnych, wytapetowanych wnętrz lub jeźdźców w końskim truchcie — ach, jeźdźców uwielbiał! — ale tylko w przedstawieniu realistycznym lub romantycznym. Nie dopuszczał żadnej awangardy. Interesowały go książki oprawione w skórę czy zielone, wzorzyste tapety. Nie cenił wysoko barokowego przepychu, zdobnictwo miało być umiarkowane, liczyła się użyteczność. Krzesła czy fotele powinny być wygodne, nie ekstrawaganckie, toteż szybko odesłał secesyjne meble, które kiedyś przyszły w transporcie z Wiednia. Kwadratowe siedziska sprawiały, że bolały go plecy i uda. Na szerokiej, ciężkiej komodzie w salonie stawiał zdjęcia rodzinne oprawione w srebrne ramki, niektóre oparte na maleńkich, drewnianych sztalugach. Wśród wijących się, gęstych liściastych zdobień umieszczał portrety swojej żony i piątki dzieci, jak również zdjęcie teściów, które zabrali ze sobą specjalnie przed wyjazdem do Polski, nie wiedząc, jak długo potrwa rozstanie ze względu na zlecenie wschodnie. Poczesne miejsce wśród tej domowej wystawy zajmowało wspomnienie z dnia ślubu — młody Rudolf, szczupły, wręcz chudy szczawik o kościstej twarzy i młodsza od niego Hedwig, w lokach, w sztywnej, białej sukni. To zdjęcie komendant szczególnie lubił i często na nie patrzył, a ową sympatię z czasem podzieliła również najstarsza ich córka Ingebrigitt, która po wojnie, mieszkając w Ameryce i posługując się imieniem Brigitte, będzie miała je nad swoim łóżkiem, wspominając z czułością dobrego ojczulka. Potem doszły jeszcze dwie fotografie Himmlera, nie tylko głównego zwierzchnika komendanta, ale i przyjaciela rodziny, który przed obiektywem aparatu sadzał na kolanach najmłodsze dzieci i z cienkim uśmiechem wyzierał spośród czarno-białych portretów. Na szafce w salonie komendant umieścił zegar. Jego pozłacana tarcza otoczona figurami łabędzi i palmowych liści spoczywała na mahoniowym fryzie wspieranym przez sześć korynckich kolumn o czarnych kapitelach. Wybijał godziny pełne i połówki. Wśród największych zdobyczy można było jeszcze dostrzec srebrne świeczniki, bogato inkrustowane puzderka na biżuterię, tace z zastawy. Komendant ceniony był przez wszystkich przyjaciół i współpracowników ze względu na swoją schludność nie tylko w ubiorze, ale również we własnym otoczeniu. Starał się nie zapełniać przestrzeni rzeczami niepotrzebnymi, na widoku pozostawiając jedynie sentymentalne souveniry lub przedmioty codziennego użytku. A sentymentalny bywał. Z wielką pieczołowitością przechowywał pamiątki z czasów Wielkiej Wojny, z walk w Bagdadzie i Palestynie: kindżał, nabój wyciągnięty z pierwszej rany postrzałowej i medal za waleczność. Trzymał je za oszklonymi drzwiczkami dębowego kredensu.
Hedwig miała gust bardziej różnorodny, można powiedzieć, kosmopolityczny. Rudolf nie był zadowolony z jej upodobań, uważał, że są niewystarczająco niemieckie i ulegają wpływom zepsutej, przedwojennej dekadencji. W Niemczech, przynajmniej w przestrzeni publicznej, większość zdegenerowanej sztuki uległa skutecznej likwidacji, ale gdzieniegdzie ostały się jeszcze ostatnie szańce zepsutego smaku. Komendant bardzo się dziwił, kiedy w sytuacjach mniej formalnych odkrywał, jak duże zainteresowanie budzi europejska awangarda wśród wielu oficerów i ich żon. To, z czym tak skutecznie walczyli Führer i Speer, było zażarcie bronione za zamkniętymi drzwiami kameralnych przyjęć. Słabość do nowych nurtów plastycznych miały przede wszystkim kobiety, ucieleśnienie nadmiernego współczucia, egzaltacji i braku stanowczości. Być może dlatego tak trudno było całkowicie wyplenić miazmaty secesji, kubizmu czy dadaizmu. Komendant kochał żonę, która dała mu przecież piątkę wspaniałych, aryjskich dzieci i swoją rolę odgrywała wzorowo. Tak więc łatwo ulegał jej namowom, gdy wśród przeglądanych łupów sięgała po coś, co on od razu by wyrzucił. I tak do jego mieszkania trafiły dwa obrazy Oskara Kokoschki, zarekwirowane wiedeńskim Żydom, które Hedwig powiesiła w sypialni, jedynym miejscu niedostępnym dla gości. Zgodził się oglądać co rano to, jak mawiał, szkaradztwo, jeśli tylko wzrok odwiedzających ich osób na tych bohomazach nie spocznie. Dość szybko jednak nauczył się ich nie zauważać, jakby w jego polu widzenia te obrazy w ogóle nie zaistniały. Można powiedzieć, że miał wprawę w selektywnym postrzeganiu rzeczywistości.
*
Wszystko to po wojnie zniknęło, spakowane w czterech wagonach i odesłane do Niemiec w trakcie ewakuacji Auschwitz. W mieszkaniu pozostała jedynie część mebli. Kiedy babcia Pawła wprowadziła się, zobaczyła prawie puste ściany. Zostało jedynie parę szafek w kuchni czy stolik w salonie. Resztę drogocennych rzeczy i pamiątek zabrał Höss. Babcia pamiętała jednak doskonale ten wystrój. W trakcie wojny, będąc więźniarką obozu kobiecego, pracowała u komendanta jako krawcowa.
Tak po latach wyobrażałem sobie tego oświęcimskiego satrapę. Obraz zrodzony z urywanych rozmów z ludźmi z pokolenia moich dziadków, pobieżnych lektur czy filmów dokumentalnych. Wizerunek na poły historyczny, na poły fantastyczny. Prawdy mogłem się jedynie domyślać i z czasem zacząłem snuć własną wizję, zainspirowany częściowo osobą Pawła, który okazał się dzielić z Hössem pewne charakterystyczne rysy. Był oczywiście wolny od jego moralnej zgnilizny, nigdy nie splamił sobie rąk ludzką krwią, tym samym zestawienie ich obok siebie może budzić niesmak i oburzenie. Sam czuję się z tym nieswojo. Niemniej kiedy w końcu to zobaczyłem — było to gdzieś w połowie naszej odnowionej znajomości, gdy stan Pawła zaczął budzić raczej moje przerażenie niż troskę — nie mogłem pozbyć się wrażenia, że pewne typy charakteru na przestrzeni lat się powtarzają. Że warunki i języki mogą być zgoła inne, a kultury ledwie podobne, ale człowiek pozostaje właściwie ten sam. Targają nim zbliżone emocje, dotykają go podobne konflikty, wypełniają jednakowe pragnienia. Jedynie wyniki tej wewnętrznej walki bywają różne. Niemniej punkt wyjścia często bywa podobny. A co nim jest? Ludzki charakter i jego odwieczne sposoby radzenia sobie z życiem, często nieuświadomione wybory, aby z czymś się mierzyć lub odpuścić, coś zauważyć i poddać refleksji lub zignorować i liczyć, że nigdy nie wróci. Ale to coś zwykle powraca, w tej samej lub zmienionej, pokracznej formie, dobijając się uparcie do naszej świadomości.
Co naprowadziło mnie do szukania podobieństw między Pawłem a osobą, wydawałoby się, tak odległą od niego jak komendant obozu? Był to poniekąd przypadek, mimowolne skojarzenie, które swoją sugestywnością nie chciało mnie opuścić i domagało się gruntownego zastanowienia. Uderzyła mnie pewna wzmianka w tekście Antoniego Kępińskiego w „Przeglądzie Lekarskim” o skarlałych ludziach. Nieco enigmatyczna, metaforyczna, gdzieś pod koniec wywodu rzucona opinia, że niektórym całe życie przebiega w sposób skarłowaciały. Ludzie ci nie mają możliwości swobodnego rozwoju, karłowacieją jak drzewko osadzone w doniczce. Idą przez życie skarlali, jakby ich ludzka część nie mogła się w pełni wykształcić i narodzić. Los ich przeraża swoją monotonią i jałowością. Żyją życiem niepełnym, ograniczonym, niejako „z drugiej ręki”. Nie są w stanie stworzyć swojej osobowości i żyją w cieniu autorytetu, odgrywając rolę lub przybierając pozę, jakie sobie sami stworzą. Jest to życie tłumione, zamknięte w ciasnych obręczach rozkazów, wewnętrznych nakazów, sztywnego sumienia i emocjonalnej nieporadności. Chciałem zrozumieć lepiej, jak to jest iść tak przez życie, będąc zamkniętym na pewną ogromną, człowieczą część, jakby ludzka kondycja dotykała nas jedynie w niewielkim stopniu.
*
Kiedy spotkałem się z Pawłem po wielu latach, wciąż mieszkał w domu na Legionów 88. Zajmował z żoną i dziećmi pierwsze piętro, parter należał do jego mamy i babci. Poprosił, abym przyjechał rano, kiedy żona, Monika, odwiezie już dzieci do szkoły, a sama pójdzie do pracy. Chętnie przyjąłem taką propozycję, czując, że dyskomfort pierwszego spotkania od czasów dzieciństwa mógłby być tylko spotęgowany obecnością obcych mi, skądinąd, ludzi. Paweł opowiedział mi o żonie i dzieciach zdawkowo w czasie pierwszej rozmowy telefonicznej, gdy z kurtuazji dzieliliśmy się informacjami na temat głównych zmian w naszym życiu po skończeniu piętnastu lat.
Stanąłem samochodem na małym parkingu obok domu. Płot posesji przylegał do narożnej ściany obozu zaraz przy budynku dawnej komendantury. W stronę tego muru z szarych, betonowych bloków, wysokiego prawie na dwa metry, kopaliśmy w dzieciństwie piłkę lub korzystając z drabiny, wspinaliśmy się na jego szczyt, podsłuchując międzynarodowe wycieczki szumiące we wszystkich językach świata. W tamtym czasie zwiedzających było zdecydowanie mniej niż dziś, jednak wciąż stanowili atrakcję w małym miasteczku, odgrodzonym od świata najpierw polityką, a potem ekonomiczną konsekwencją owej polityki.
Klatka schodowa przylegała do bocznej ściany domu, prawie całe schody prowadzące na górę były oświetlone dziennym światłem poprzez wąskie okno z sześcioma podłużnymi kwaterami. Przypomniałem sobie, że kiedyś to światło było inne. W miejscu okien znajdowało się kilka wysokich kolumn luksferów o kraciastym wzorze, które nawet południową jaskrawość rozpraszały w platynową siatkę cieni. Paweł przywitał mnie na progu i zaprosił do środka. Ucieszył się na mój widok i trochę niezręcznie przytulił, poklepując równocześnie po plecach. Zaskoczył mnie ten objaw czułości. Poczułem zarazem pewną obcość jego ciała, które zdawało się sztywne i toporne. Można się było domyślić, że kieruje się raczej konwenansami niż odruchem serca.
Miałem okazję bliżej mu się przyjrzeć i zauważyć zmiany, jakie poczynił czas. Zawsze wydawał mi się znacznie mniejszy, ale lata wyciągnęły go w górę. Choć był niższy ode mnie o kilka centymetrów, z pewnej odległości sprawiał wrażenie wyższego. Może wynikało to z jego chudej postury. Miał kruczoczarne włosy, które gdzieniegdzie, głównie nad uszami, zaczynały siwieć. Starannie zaczesane na bok tworzyły na głowie małą poduszkę. Jego wąska szyja kojarzyła się z ptasią. Kościste, ostre policzki były starannie ogolone. Drobne, brązowe oczy świeciły nad długim, ostrym nosem z wyraźnie zarysowanymi nozdrzami. Mówił monotonnie niskim i chrapliwym głosem. Miał wysokie czoło pokryte poprzecznymi zmarszczkami, przez które wydawał się znacznie starszy, niż był. Jego skóra była blada, sucha i napięta. Wydawał się znacząco starszy, a fakt, że jesteśmy w tym samym wieku, mógłby zdziwić wielu stojących obok. Ogólnie sprawiał wrażenie człowieka żylastego, w którym drobne mięśnie twardo przylegają do kości. Ubrany w czarne, sztruksowe spodnie i ciemnozieloną koszulę wciśniętą za pas sprawiał wrażenie schludnego, ale widoczne przy bliższym spojrzeniu plamy i porwane szwy rękawa koszuli świadczyły o czymś innym. Widząc, że sięgam do sznurowadeł, powiedział, abym nie ściągał butów i zaprosił mnie do kuchni. Na środku dość obszernego pomieszczenia stał prostokątny, drewniany stół przykryty jasnym obrusem. Po zakończonym w pośpiechu śniadaniu zostały trzy talerze z resztkami jajecznicy i szklanki z pomidorowym sokiem. Przez okno wpadało jasne, majowe światło rozproszone w koronie drzewa orzecha włoskiego.
— Nie będę cię oprowadzał po mieszkaniu. Byłeś tu nieraz. Niewiele się zmieniło od tamtego czasu — powiedział.
— Pomimo tylu lat całkiem dobrze pamiętam to miejsce. Tam, naprzeciwko wejścia, był chyba twój pokój, co nie? — odpowiedziałem, wskazując drewniane drzwi z szybą. Z niepewnością w głosie, bo nie ufałem własnej pamięci, choć wystrój mieszkania wydawał mi się pozostawać w niezmienionym stanie. Nawet po latach rozpoznałem ten zatęchły zapach wilgotnego parkietu, przeszklone drzwi, z których odpadała jasna farba emaliowa czy białe klosze lamp z ciemnymi paskami kurzu.
— Tak, dobrze pamiętasz. Teraz to też właściwie jest mój pokój. Można powiedzieć, gabinet, choć rzadko tam pracuję, jedynie jak szef pozwalał mi na zdalną pracę.
— A właściwie to czym się zajmujesz, sorry, ale zapomniałem o to zapytać — wtrąciłem zainteresowany. — Ty już miałeś okazję poznać mój zawód, znalazłeś w końcu mój numer na stronie. — To prawda. Jakiś czas temu usłyszałem, już nie wiem od kogo, że jesteś psychologiem, więc pewnie gdzieś się ogłaszasz ze swoimi usługami.
Przez większość czasu od mojego przyjścia raczej na mnie nie patrzył, ale w tym momencie nawiązał krótki kontakt wzrokowy. Dostrzegłem jego lekkie zmieszanie i niepewność. Pomyślałem, że być może żałuje naszego spotkania, które od początku, zdawało mi się, było dla niego doświadczeniem niezręcznym. Jego zmieszanie stawało się zaraźliwe i sam zacząłem powoli odczuwać dyskomfort.
— Obecnie mam przerwę w pracy — spochmurniał, przyciszając głos. — Nie pracuję od kilku miesięcy. Musiałem to zostawić, za bardzo się męczyłem. Przez lata pracowałem jako inżynier w Grupie Kęty.
— Z twoim zawodem nie będziesz miał problemów ze znalezieniem nowej pracy — wyskoczyłem ze szczerym przekonaniem, starając się zarazem odpowiedzieć na jego nieme oczekiwanie pocieszenia.
— Być może, ale na razie nie szukam pracy. Nie wiem, kiedy będę gotowy, żeby wrócić do ludzi.
Jego odpowiedź zaskoczyła mnie. Nie zatrzymałem się nad tym zbyt długo, bo Paweł szybko przeszedł do zdawkowych pytań o moje życie osobiste. Nie słuchał z zainteresowaniem, raczej z uprzejmości. Toteż pominął milczeniem imiona mojej żony i dzieci.
*
Dziś spisuję te wydarzenia po dłuższym czasie i mogę inaczej spojrzeć na pewne sprawy. Komfort oddalenia pozwala lepiej przyjrzeć się niektórym sytuacjom i dostrzec ich znaczenie, nieuchwytne w pierwszym odruchu. Niesie to z sobą również rozżalenie, które jest jedynie o krok od poczucia winy, i nie bardzo wiem, co daje mi siłę, pomimo przekroczenia tej granicy, nie gościć tam zbyt długo. Bo przecież trudno odgonić od siebie nieznośny ciężar wyrzutów sumienia z powodu braku uważności. To już jest jednak moje własne brzemię i postaram się podążać dalej w swej relacji, nie obciążając czytelnika własnymi rozterkami.
Wypowiedzi Pawła długo jeszcze nie wydawały mi się niepokojące. To znaczy, czasami budziły moje zdziwienie, ale dość szybko, wręcz automatycznie, nadawałem im niegroźny ton. Traktowałem je trochę jak frustracje mężczyzny zdążającego powoli do mitycznego kryzysu wieku średniego; narzekania faceta, którego nie stać było na łatwe pocieszenie w postaci sportowego wozu albo młodej kochanki. Czasem mam w ogóle wrażenie, że mężczyźni w tym wieku, wchodzący w smugę cienia, przeżywają rozterki podobne do wieku nastoletniego.
Wczesna dorosłość okazuje się czasem utraconych nadziei, pomylonych ambicji, niespełnionych oczekiwań i nieustannych zawodów. Znika niewinność i beztroska, która niosła nas przed osiągnięciem pełnoletniości. I tak jak nastolatek nagle odkrywa, że jest sam i życie nie ma sensu, dorosły mężczyzna dochodzi w gruncie rzeczy do tego samego wniosku. Czuje, że nikt nie jest w stanie pomóc mu spełnić ambicji, ponieważ cel jest poza jego zasięgiem. Podobnie nastolatek frustruje się, że nie może w pełni o sobie decydować, ograniczają go przecież decyzje dorosłych. Gdyby nie oni, zawojowałby przecież cały świat. Miota się więc pomiędzy uporczywym podporządkowaniem i błogą niezawisłością, a kiedy już uwolni się od dorosłych, z czasem odkrywa własną zależność od reszty świata. Zderza się wtedy z własną niemocą, nieznanymi wcześniej ograniczeniami, ogołaca się z iluzji i pozostaje sam, słaby, zalękniony i rozgoryczony. Nie odsłania się przed nikim, często nawet przed samym sobą. Szuka pozornych rozwiązań lub zastyga w gnuśności.
Wydawało mi się, że Paweł jest na początku tej drogi. Z czasem zrozumiałem, że gdy do mnie zadzwonił tego majowego dnia, w okresie kwitnących magnolii, był już po podjęciu decyzji. Niemniej wtedy myślałem, może raczej łudziłem się, że szuka dla siebie jakiegoś nowego pomysłu na życie. A jak się okazało, potrzebował jedynie świadka ostatniego kawała drogi. Nieraz przy nim wchodziłem w rolę, której tak bardzo starałem się unikać — Wujka Dobrej Rady. Podsuwałem mu kolejne możliwości, powołując się na własne doświadczenie zawodowe i życiowe.
— Może poszukasz pracy trochę innej niż poprzednia. Żebyś poczuł coś świeżego, poznał nowych ludzi, sprawdził się w nowych wyzwaniach — podsuwałem, podejrzewając, że wypalenie zawodowe jest jednym z czynników jego postępującego marazmu. Gryzłem się nieraz w język z powodu banalności zaleceń, co nie zmieniało faktu, że przy kolejnej okazji wychodziłem z równie chybionymi receptami.
Słuchając o tym, że żona go nie rozumie, polecałem terapie małżeńskie w najlepszych ośrodkach w Katowicach lub w Krakowie, u specjalistów, za których ręczyłem głową. Widząc z kolei obniżony nastrój, starałem się namówić go na wizytę u lekarza psychiatry, mojego dobrego kolegi, który z pewnością okazałby mu pełne zrozumienie. Posunąłem się nawet do tego, że zdradziłem mu szczegóły z życia osobistego tego kumpla, wspominając o jego rozwodzie z żoną. Wszystko to z nadzieją, że lekarz stanie mu się bliższy ze względu na własne niedoskonałości, co przełamie może w Pawle trudną decyzję zwrócenia się o pomoc. Konwencjonalne pomysły, jakie podsuwała mi etyka zawodowa, powoli się wyczerpywały. Zaproponowałem więc daleką, długą podróż, najlepiej samotne wakacje, aby mógł odpocząć od codziennych trosk i spojrzeć na wszystko z dystansu. Czując narastającą we mnie niemoc, zachęcałem go nawet do wizyt w burdelu. Wszystkie moje koncepcje przyjmował z chłodem i wzgardą, jakbym nie potrafił słuchać tego, czego nie mówi, o czym tak umiejętnie milczy, a w tej kawalkadzie dobrych rad odpowiadał jedynie na własną bezsilność. Na niewiele się to zdało, zarówno dla niego, jak i dla mnie.
Bywały takie dni, gdy komendant wracał do domu bardzo zamyślony. Ciemne, wojskowe buty wycierał starannie z brunatnej ziemi, która zaschniętymi płatami oklejała czarną, wyglansowaną skórę. Czasem pomagał sobie palcami, rozłupując błoto na czubkach butów i obcasach. Zelówki miał zdarte i poszarpane, wymieniane co jakiś czas z powodu zużycia.
Zawsze witał się z żoną krótkim, treściwym: Guten Tag, meine Liebe Mutz i pocałunkiem w policzek, posłuszny codziennym rytuałom, ale w te dni nie bawił się już dalej w prozaiczne rozmowy. Oddalał się do swojego gabinetu, zasiadał przy biurku i spisywał raport. Zwykle robił to na koniec dnia w komendanturze obozu, jednak gdy jakieś wydarzenia w pracy „szczególnie go poruszyły”, wolał opuścić wcześniej swój posterunek i dokończyć zadania w zaciszu domu.
Nie był z tego zadowolony. Można by powiedzieć, że nawet miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Obwiniał się, że nie wykonuje swoich obowiązków należycie, poddaje się słabościom, które zakłócają mu niezmącony tok myśli. Jak przystało na Niemca z dziada pradziada, swoją pracę traktował bardzo poważnie. Choć rodzina widziała w nim przyszłego pastora, on wyłamał się z tych oczekiwań i wybrał zawód żołnierza. Było to dla niego o tyle trudne, że pamiętał dokładnie słowa matki z ostatnich chwil jej życia, kiedy prosiła, aby nie sprzeciwiał się woli ojca, który zmarł kilka lat wcześniej z nadzieją, że syn obierzę drogę duchową. Choć wybrał inaczej i sprzeciwił się woli rodziny, pozostał wierny żarliwej pracowitości swojego rodzica.
Być może niczego w życiu nie traktował z taką powagą jak obowiązków zawodowych. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną nielojalność. Nie odstawał wcale w swej postawie od reszty współpracowników, zarówno podwładnych, jak i zwierzchników w Berlinie. Częścią tego etosu było również oddzielenie pracy od życia domowego. Polecenia służbowe należało wykonywać w przeznaczonym do tego gabinecie. Niewygoda czy uciążliwość powinny być znoszone cierpliwie i z godnością. Naturalne było, że codzienne pensum może nie być wystarczające w sytuacjach kryzysowych, właściwych dla wytężonej pracy obozu. Nadgodziny były więc czymś naturalnym i przyjmowanym z akceptacją. Dopóki jednak ograniczało się to do przedłużającej się pracy w biurze, gdzie zza ściany słychać było stukot maszyny do pisania sekretarki, a za oknem przemykające patrole i powracające z pracy komanda w rytmie obozowej orkiestry. Komendanta nachodziło jednak rozdrażnienie, gdy musiał ślęczeć nad skrupulatną buchalterią.
Zmęczenie nie było dla niego niczym nowym i niepokojącym. Z równie wymagającą pracą spotykał się wcześniej w Dachau czy na roli w Związku Artamanów. Tak więc to nie znużenie przedłużającą się do późnych godzin wieczornych administracją było dla komendanta uciążliwe. Być może on sam nie potrafił nazwać dyskomfortu, jaki czasem nachodził go w trakcie pracy. Czuł jedynie, że musi się pozbyć tego nieznośnego, kłującego uczucia. Gdy na początku je w sobie odkrył, był prawdziwie zaskoczony, niczym mały chłopiec pierwszymi oznakami erekcji. Niepokoiła go utrata kontroli, jakby nowe dla niego wrażenie, niepozornie, ale uporczywie w nim osiadało i nie dawało się odgonić wysiłkiem woli. Próbował się z nim oswoić podczas samotnych refleksji w domowym gabinecie. W obozowym biurze uczucie jedynie się nasilało, stając się już momentami doprawdy nieznośne. Azyl domowego ogniska miał działać kojąco na komendanta. Cenił sobie towarzystwo Hedwig, która była dla niego prawdziwym wsparciem. Patrzyła ze zrozumieniem i trzymając jego dłoń, mówiła mu:
— Świetnie sobie radzisz, mój drogi. Jestem pewna, że robisz wszystko, co w twojej mocy, aby obóz pracował jak najlepiej. Pohl, Himmler i Führer na pewno doceniają twoje poświęcenie. Z pewnością wiedzą, jak trudnego zadania się podjąłeś i w jak ciężkich warunkach przyszło ci odbywać służbę.
Nie lubiła rozmawiać z nim o pracy. Nigdy nie pytała, co dokładnie się wydarzyło i co go tak trapi. Słowa otuchy wychodziły z niej lekko, jednak za zwiewnością grzecznościowych formułek nie kryła się troska, a uległość wobec niewypowiedzianego oczekiwania męża. Komendant ani myślał dzielić się z nią swymi odczuciami, za co była mu wdzięczna. Mogła w niewzruszonym nastroju powrócić do codziennych obowiązków i małych przyjemności, którymi chętnie wypełniała sobie wieczór. Przyjmował jej słowa z niewielką ulgą. Był jej jednak wdzięczny za zainteresowanie i w oszczędnych słowach to okazywał. Mimo wszystko prosił żonę, by zostawiła go samego i zajęła się swoimi sprawami — szyciem, haftowaniem i upiększaniem ich nowego domu.
Sam z kolei udawał się do stajni mieszczącej się na terenie willi. Zwykle nie musiał się przebierać. Nie chciał rezygnować z munduru, który nawet w wolnych chwilach przypominał mu o odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa — wobec Niemiec, Führera, rodziny, a na końcu również wobec samego siebie. Nie potrafił stwierdzić, która powinność była dla niego najważniejsza.
Stajnia na tyłach ogrodu została zbudowana na jego polecenie w pierwszym miesiącu jego pobytu w Oświęcimiu. Grupka więźniów pracowała przez kilka dni w upale, zbijając deski, które zostały po stawianiu obozowych baraków. Od lat nie miał już swojego własnego konia, ale starał się jeździć najczęściej jak się dało. Przed objęciem komendantury korzystał z uprzejmości swoich bogatych przyjaciół z SS, którzy w swych prywatnych stajniach zawsze mieli odpowiednie okazy dla gości. Zanim przyjechał do miasta, wystosował wiele poleceń co do urządzenia domu, jak również znalezienia odpowiedniego wierzchowca. Miał nie być w pełni ułożony, lekko narowisty, choć przyzwyczajony do ciężaru człowieka. Komendant chciał zwierzę krnąbrne, które sam mógłby ułożyć, jednak z uwagi na nawał pracy wiedział, że nie będzie w stanie poświęcić mu zbyt dużo czasu, jak miało to miejsce, gdy pracował na roli. Żartował przy współpracownikach, że to taki jego „zgniły kompromis”. Szybko jednak ujarzmił zwierzę, dzięki czemu często oddawał się jednej ze swych największych przyjemności.
Tego dnia wybrał się wzdłuż Soły, w górę rzeki, mijając Rajsko, Grojec aż do Bielan. Krótka trasa, która wolnym kłusem zajmowała około godziny w obie strony. To był czas, na który komendant sobie pozwalał bez wyrzutów sumienia, że marnuje cenne godziny pracy.
Jeździł sam, nie bał się o swoje bezpieczeństwo, nigdy nawet nie myślał o ochronie. Sytuacja w kraju była ustabilizowana, ludność tubylcza nie wykazywała tendencji do aktywnego oporu czy buntu — pisał w jednym z raportów. Napawało to optymizmem w kwestii zarządzania obozem, minimalizowało pewne trudy i oszczędzało dodatkowej brutalności. Czasami się dziwił, że mimo wszystko więźniowie tak potulnie znoszą swój los. Cieszył się, że nie utrudniają mu, już i tak wielce niełatwego, zadania. Jego spokój był jednak pozorny. Wyzwanie, przed którym stał, nastręczało nie lada problemów. Miał już wszakże wcześniejsze doświadczenie w pracy w obozie w Dachau i Sachsenhausen, nie przygotowało go to jednak w pełni do przedsięwzięcia, jakim był KL Auschwitz. Wielu rzeczy musiał nauczyć się na nowo. Niektóre wymagały od niego nowatorskich działań. Nawet jeżeli korzystał z doświadczeń innych komendantów, przede wszystkim Eickego, skala jego przedsięwzięcia była znacznie większa, co tworzyło niespotykane wcześniej uciążliwości.
Wracając z Rajska wzdłuż wału na Sole, sprawdzał jakość ogrodzenia z drutu. Nie miał zaufania do pracowników, nie tyle więźniów, co oczywiste, ale do strażników. Wielokrotnie zawiódł się na ich dyletanctwie i niedbałości. Czuł się w obowiązku sprawdzać po nich najmniejsze sprawy. Tak jak teraz. Kiedy nie był pewny szczelności ogrodzenia, podjeżdżał bliżej, aby przyjrzeć się dokładnie wykonanej pracy. Czasem zsiadał z konia, butami odgarniał wysoką trawę, kucał przy betonowych słupach, po czym sprawdzał dłonią, zabezpieczoną skórzaną rękawiczką, naciąg drutu. Rzadko kiedy znajdował rażące niedociągnięcia, co nie przeszkadzało mu po powrocie do komendantury zwracać uwagę odpowiedzialnym osobom, że coś nie jest wykonane w wystarczającym stopniu. Tym razem był zadowolony ze swojej kontroli. Wszystko szło w ustalonym rytmie. Nawet w budkach lęgowych w drzewach nad Sołą słychać było świergot ptaków. Poczuł, że przejażdżka pozwoliła mu uspokoić myśli i znaleźć odprężenie.
Czuł się rozgrzany czerwcowym słońcem i miłym mu wysiłkiem konnej jazdy. Jego ostry wzrok wypatrzył w dalszej odległości ożywioną scenę. Niespodziewany ruch zawsze przyjmował z niepokojem. Dwóch jeńców radzieckich kłóciło się w swym niezrozumiałym dla niego, jęczącym narzeczu. Jeden mniejszy, wychudzony, w brązowym drelichu siedział w kucki pod ścianą baraku, przyciskając do brzucha jakiś przedmiot. Drugi, również nieduży, ale sprawiający wrażenie znacznie silniejszego, szarpał go mocno za gęste, czarne włosy. Komendant nie musiał znać ich języka, aby domyślić się, że usiłuje on zabrać rzecz trzymaną zawzięcie przez siedzącego. Chciał na nich krzyknąć, ale coś go powstrzymało. Przyglądał się im chwilę z ciekawością, ale i w napięciu, jakby skojarzył, że ta scena z dwojgiem wygłodniałych mężczyzn walczących o jedzenie, jest wstępem do odległych wspomnień, które nie nachodziły go od wielu lat. Nie miał jednak ochoty oddawać się dalszej refleksji, widząc, że obowiązki służbowe go wzywają. Choć słońce nie oświetlało wyraźnie kłócących się więźniów, zauważył jak stojąca postać pochyla się i sięga po coś ciężkiego leżącego na ziemi. Był to niewielki kamień, mógł ważyć raptem parę kilo, ale wygiął i spowolnił ciało atakującego mężczyzny tak, że ten drugi, gdyby chciał, mógłby spokojnie uniknąć ciosu, odskakując lub turlając się. Nie zrobił tego jednak i po chwili padł z roztrzaskaną głową, wypuszczając z rąk duży kawałek chleba. Komendant krzyknął. Więzień, nie wiedząc, skąd dochodzi głos, nawet się nie rozejrzał, podniósł z ziemi chleb i puścił się biegiem pomiędzy baraki. Komendant szybkim ruchem dosiadł wierzchowca, popędził wzdłuż południowej części obozu, mijając trzy wieże strażnicze i zaskoczonych żołnierzy, po czym wjechał pędem przez główną bramę na plac. Nie tłumacząc zbyt wiele, kazał najbliższemu esesmanowi przytrzymać konia, a sam udał się w stronę baraków, między którymi siedzieli radzieccy jeńcy. Przyglądał się ich zmizerniałym twarzom i skurczonym ciałom, ale zrozumiał, że nie ma to większego sensu, ponieważ był wtedy za daleko, żeby zauważyć cokolwiek charakterystycznego. Jeszcze raz obejrzał w przelocie kilkadziesiąt przestraszonych postaci, z przymrużonymi od słońca oczami i zapadniętymi policzkami, wpatrzonych w jego gwałtowny chód. Wszedł do baraku, ale smród zatrzymał go w drzwiach. Kazał wszystkim więźniom wyjść na plac i nie zdradzając, czego szuka, zaczął chodzić bez celu. Liczył, że skoro nie pamięta twarzy mężczyzny, to może chociaż rozpozna go po kroku albo skojarzy obrys chudej postury. Krążył wokół kilka minut, czasem przystawał i szpicrutą uderzał rytmicznie w cholewę buta. Twarz miał napiętą w skupieniu. Kiedy zrezygnował z poszukiwań winowajcy, dostrzegając bezsens swych działań, odszedł po prostu bez słowa. Kierując się wzdłuż głównej drogi do bramy, odebrał lejce od żołnierza, rzucając pod nosem poirytowany:
— Niezłą tu macie dyscyplinę. Na pewno to nie może tak zostać. Takie sytuacje nie mogą mieć więcej miejsca. Nie możemy pozwolić, aby więźniowie sami się zabijali. To wpływa na ich morale.
Jego niezadowolenie powoli mijało, ale pozostawała refleksja, że trudności w zarządzaniu obozem dopiero się zaczynają i mogą się piętrzyć z każdym dniem. Był 1940 rok, jego pierwsze miesiące na stanowisku Głównego Komendanta KL Auschwitz.
— Pewnie się zastanawiasz, czemu do ciebie w ogóle zadzwoniłem? — Paweł siedział rozłożony w fotelu, wyprostowane nogi oparł na wzorzystym dywanie. Deszcz uderzał o blaszany parapet. Szarość dnia wlewała się do pokoju, rozmywając kontury przedmiotów.
— Skłamałbym, mówiąc, że mnie to nie zdziwiło. W końcu to tyle lat — odpowiedziałem siedząc przy okrągłym, drewnianym stole.
— Dwadzieścia jeden dokładnie, liczyłem. Oczko. — Ostatnie słowo wypowiedział tonem nieśmiałego triumfu, niczym uczeń uzupełniający wykład nauczyciela.
— Możliwe. Długi czas, choć szybko minęło. Zaskoczył mnie twój telefon, ale i ucieszył. Czasem miło zobaczyć przyjaciół sprzed lat. Ale nie od razu poznałem twój głos.
— Twój też brzmiał inaczej — stwierdził z pewną zadumą. Dłonie trzymał skrzyżowane na lekko wypukłym brzuchu, ręce wciśnięte pomiędzy podłokietniki. Uderzyło mnie jego nieporuszenie, to, że przez długi czas potrafił nie zmieniać pozycji. Ja zawsze się wierciłem.
— Pewnie dlatego, że ostatni raz widzieliśmy się przed moją mutacją. Wcześniej miałem chyba bardziej skrzekliwy głos. Nie żebym teraz władał aktorskim basem… — uśmiechnąłem się niepewnie. — Ty dorastałeś szybciej. Zawsze wydawałeś mi się starszy ode mnie. Chyba przez tę swoją powagę i spokój. Tak, pamiętam, że wydawałeś mi się taki poważny.
— Możliwe. Poza tym ty zwykle byłeś głośniejszy i bardziej upierdliwy. Przynajmniej tak twierdziły nauczycielki. A u mnie szybko pojawił się zarost, choć dziś jest pusto. — Kciukiem i palcem wskazującym pogładził policzki. — A potem też pierwsze pryszcze. Anka nie dawała mi z tego powodu spokoju. Docinała mi na każdym kroku. Aż cud, że nie nabawiłem się jakichś kompleksów.
— Dorastanie to ciężki okres, a rodzeństwo bywa wtedy okrutne — odpowiedziałem, bezwiednie formułując kulawą maksymę. — Sam też w tym czasie ciągle się czegoś wstydziłem… Dobrze, że to już daleko za nami. A jak już wspomniałeś o Ance, to gdzie ona teraz jest?
— Czyżby ci nie przeszło zauroczenie nią? — uśmiechnął się nieśmiało, topornie. Mówił ponurym, zmęczonym głosem, w którym słychać było rezygnację.
— Nie, skąd — udałem oburzenie. — Z tego na pewno się wyleczyłem. Nie przypominam sobie, żebym zdradzał się przed tobą ze swoich uczuć. Aż tak było to widać?
— Nietrudno jest rozpoznać napalonego nastolatka.
— Pewnie masz rację. Nawet się nie starałem tego ukryć. Zresztą, chyba nie dałbym rady. Ale dziś mogę cię zapewnić, że nie myślę o innych kobietach, nawet starych miłościach. Ożeniłem się kilka lat temu. Mamy dwoje dzieci. Miłosz trochę choruje, co przysparza nam zmartwień, ale Oliwia na szczęście zdrowa i radosna.
— Daj spokój, nie musisz się tłumaczyć. Nawet bym się ucieszył, gdybyś się nią zainteresował. Dobrze by było, gdyby związała się z kimś normalnym. Nie miała szczęścia do facetów. — Przez chwilę miałem wrażenie, że chce zrobić pauzę, zawiesić głos, jednak był to tylko krótki moment zawahania. Szybko kontynuował: — Obecnie mieszka w Holandii, ma tam jakąś pracę. Nawet nie wiem jaką, bo często je zmienia. Igor, jej syn, mieszka z ojcem na osiedlu niedaleko technikum. Chłopak ma piętnaście lat. Chyba jest sama. Rzadko z nią rozmawiam. Mama czasem mi opowiada, co u niej, sam raczej nie dopytuję. Wiem jedynie, że nie bardzo może ułożyć sobie życie. Zdaje się, że nie ona jedyna w naszej rodzinie…
— Co przez to rozumiesz? — spytałem, a moja ciekawość jak niepowstrzymany impuls wyskoczyła przed myśl.
Paweł przez większość rozmowy na mnie nie patrzył. Fotel, na którym siedział, ustawił bokiem do stołu. Również ja przyjąłem pozycję boczną, jakby bezpośredniość spojrzenia była dla nas zbyt niewygodna. Raczej uciekaliśmy od siebie wzrokiem — ja rozglądałem się niespokojnie po pokoju, on wpatrywał się w zamknięte, drewniane drzwi lub pastelowe plamy na obrazie. Teraz jednak spojrzał na mnie, mrużąc oczy, i zapytał:
— Chodzi ci o nią czy o resztę rodziny?
— W sumie nie musisz odpowiadać. Wybacz mi to pytanie. Nie chcę być wścibski — speszyłem się. Dopiero teraz uświadomiłem sobie niedyskretny charakter moich pytań.
— Nie szkodzi. W końcu sam o tym zacząłem. Ojciec zmarł już lata temu — zawiesił głos i utkwił wzrok w obrazie na ścianie przedstawiającym lilie w kremowym wazonie. — Chociaż nie wiem, czy „zmarł” to dobre określenie.
— Tak, wiem. Słyszałem o tym — odpowiedziałem krótko, dając znać, że nie musi ciągnąć tematu.
— Słyszałeś? A skąd? — spojrzał na mnie zdziwiony, po czym kontynuował już pewniejszy siebie. — Chociaż nie powinno mnie to dziwić. To przecież małe miasto. Małe i okrutne. Zbyt małe, żeby dało się ukryć pewne rzeczy i zbyt okrutne, żeby się łudzić, że nie zostaną wypomniane. Znasz dziesięć osób, które znają kolejne dziesięć osób, które znają kolejne dziesięć osób i tak możesz uzyskać informacje o wszystkich mieszkańcach. To jak w teorii sześciu uścisków dłoni. Może słyszałeś?
— Chyba nie, a o co chodzi?
— Ponoć tyle, najwyżej pięć osób, dzieli nas od dowolnej osoby na świecie. A więc przy dobrych staraniach szósty uścisk dłoni mógłby być na przykład z samym papieżem. — Pociągnął łyk ciemnej herbaty ze szklanki, która stała na stoliku obok. — Pewnie wiesz, co było powodem śmierci?
— Tak, dlatego o tym w ogóle usłyszałem…
— Racja. Sensacja szybko się rozchodzi. Wiesz, że to stało się tu?
— W domu?
— Na poddaszu. — Wstał i odszedł w kąt pokoju. Stanął przy starej, dwuskrzydłowej szafie i małym ikeowskim stoliku z wazonem sztucznych kwiatów. Spojrzał w górę, zawieszając wzrok na białym suficie — gdzieś tu, nad nami.
Pozostał tam chwilę z zadartą głową, sprawiając wrażenie, jakby nie widział tego samego, co ja, czyli białej, tynkowanej powierzchni, tylko jakiś inny obraz, skryty za barierą z belek stropowych i cementu. Przez chwilę obaj wpatrywaliśmy się w ten sam punkt, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że mój widok jest zgoła inny. Mnie ograniczały zmysły, a wyobraźnia niczego nie podpowiadała. Przypuszczałem, że jemu sufit przywoływał pamięć dawnych wydarzeń. Czasem takie wspomnienia stają się żywsze niż rzeczywistość. Kiedy nachodzą człowieka, z zewnątrz sprawia wrażenie dziwacznego i nieobecnego, jakby w tej wspólnej rzeczywistości coś pozostawało niedostępne, ukryte dla ubogiego wzroku. Gdy w końcu opuścił głowę na normalną wysokość, poczułem, jak niedostępny mi obraz się rozpierzcha. Ulatuje tak samo nagle i niepostrzeżenie, jak się pojawił. Nigdy nie wiedząc, czy w takich momentach lepiej jest milczeć, czy coś powiedzieć, powstrzymałem się od słów współczucia.
— Anka bardzo to przeżyła — wrócił do przerwanego wątku, kierując się w stronę swojego fotela. — Była z tatą chyba najbardziej związana. Co mnie, mimo wszystko, dziwi, bo nie było tego widać. Mało rozmawiali ze sobą, ale po jego śmierci naprawdę się załamała. Ale też nie od razu. Przez kilka lat się trzymała. Potem coś w niej pękło. Powiedziała, że nie wytrzyma już dłużej w tym cholernym domu i musi wyjechać. Igor tydzień był tutaj u niej, tydzień u swojego ojca. Chciała wyjechać jak najdalej, najlepiej za granicę, mówiła. Chłopaka oddała ojcu na wychowanie. Miał osiem lat, a to w sumie dobry wiek dla chłopca na oderwanie się od matki, która za bardzo go rozpieszcza. Zdziwiło mnie, że jest w stanie się z nim rozstać. Wydawało się, że są nierozerwalni. We wszystkim go wyręczała, wszędzie zabierała ze sobą. Samotna matka już chyba tak ma. Chłopak i jego ojciec nie byli zadowoleni z tego pomysłu. Jakimś cudem jednak udało się jej ich obu przekonać. Sąd też na to przystał. Pozbawił ją alimentów, ale nawet się tym nie przejęła. Najważniejsze to stąd wyjechać, powtarzała. Chciała nawet zabrać ze sobą babcię, która sama zachęcała ją do wyjazdu. Też chętnie by wyjechała, gdyby była młodsza, tak jej mówiła.
Anka nawet przez chwilę poważnie rozważała możliwość wyjazdu z babcią, o czym dowiedziałem się znacznie później od Moniki, żony Pawła. Jak na swój wiek stara Kuligowa była wciąż całkiem sprawna, mogłaby jej pomóc w wielu obowiązkach domowych. Ale Jarecki, jej kardiolog, stanowczo odradził jej zmianę środowiska. To ją zabije, powiedział poirytowany w czasie kolejnej wizyty, w której Anka z babcią poruszały ten temat. Rzeczowe, medyczne argumenty dotyczące ciśnienia w komorach czy stężenia tlenu we krwi nie bardzo trafiały do dwóch zdeterminowanych kobiet. Jednej, trzydziestoparoletniej samotnej matki na rozdrożu życiowym, która swym neurotycznym zachowaniem budziła coraz większe obawy u rozmówców, i drugiej, starej już kobiety około dziewięćdziesiątki, wciąż zaskakująco bystrej i żywiołowej, mówiącej z takim samym temperamentem jak w młodości, przypominającej zasuszony kwiat, który choć z zewnątrz pomarszczony, dalej utrzymuje trwałą, nienaruszoną strukturę, wrzącą niespokojnym wigorem pod kruchą, bladą nawierzchnią. I z tym kobiecym uporem musiał się mierzyć ten flegmatyczny, niejako zobojętniały lekarz, który przywykł, że pacjenci słuchają go w milczeniu i z namaszczeniem. Nie podważają diagnoz i stosują się skrupulatnie do zaleceń, dopytując jedynie o szczegóły dawkowania leków i perspektywy poprawy. Tak też było wcześniej ze starą Kuligową, która w gabinecie zabiegowym na drugim piętrze prywatnego ośrodka zdrowia (gdzie leczyła się od lat, sfrustrowana publiczną służbą zdrowia i czasem oczekiwania na wizytę), zwykle siedziała w milczeniu, starając się zapamiętać każde słowo, które wychodziło spod lekko posiwiałego wąsa doktora Jareckiego. Przekładała w ręce receptę, spoglądając na niewyraźnie zapisane nazwy, pytając o ceny leków i możliwości refundacji. On skrupulatnie, lecz zdawkowo udzielał jej odpowiedzi, w zniecierpliwieniu pocierając srebrny, kulkowy długopis, po czym wystukiwał na kasie fiskalnej koszt wizyty, wskazującym palcem naciskając ostrożnie kolejne cyfry. Gdy po raz pierwszy Anka pojawiła się u niego z babcią, aby poruszyć temat wyjazdu, nie potraktował go z należytą uwagą. Stąd jego wymijające odpowiedzi w stylu: nie jest to wskazane w pani wieku, raczej nie zalecałbym dłuższych wyjazdów czy to zbyt duży stres dla organizmu. Jego dyplomacja odniosła jednak skutek odwrotny do zamierzonego. Choć nie bardzo wiadomo jakiego też skutku oczekiwał, poza kurtuazyjnym oddaleniem niewygodnych pytań. Jego niezdecydowanie jedynie podsycało nadzieje dwóch kobiet. W końcu jednak postanowił wykrztusić z siebie dosadne stwierdzenia, niepozostawiające przestrzeni na jakiekolwiek dylematy. No, może poza dylematem etycznym, przed jakim stanęła Anka — zabiera ze sobą babcię w długą, wyczerpującą podróż, w obce miejsce, z dala od rodziny i języka, ale w niedługiej perspektywie może ją czekać śmierć. Doktor Jarecki wiedział, że jedynym sposobem na przełamanie, jego zdaniem, chwilowego szaleństwa, będzie wzbudzenie wyrzutów sumienia — tych psów łańcuchowych, które z niespożytą determinacją bronią dostępu do nowych wrażeń, pomysłów czy marzeń, ujadając przy każdym niespokojnym poszumie dolatującym z oddali. Tym razem przyniosło to oczekiwany skutek. Choć nie od razu. Anka jeszcze przez kilka dni biła się z myślami, czy powinna brać ze sobą babcię. Ona z kolei cały czas ją zachęcała, mając świadomość konsekwencji, ale nie bardzo się nimi przejmując. Jestem już stara — mówiła — i nie ma znaczenia, czy umrę tu, czy na obczyźnie. A może nawet wolałabym umrzeć poza tym domem — dodawała po chwili namysłu swym aksamitnym głosem, w którym więcej już było rezygnacji niż nadziei. Anka zdecydowała za nią, a właściwie zdecydowała dla siebie, pozwalając, by psy na łańcuchu ostudziły wreszcie swe nieznośne ujadanie.
— Anka miała jechać z babcią? — zapytałem zdziwiony. — To ona jeszcze żyje? — Zmieszałem się. — Przepraszam, to było niestosowne.
— Nie szkodzi — Paweł zaśmiał się lekko, wcale niespeszony — też się temu nieraz dziwię. Żyje, ma dziewięćdziesiąt pięć lat. Kiedy ojciec się zabił, powiedziała, że teraz czas na nią, ale z jakimś nieprzepartym uporem trzyma się tego życia. Przez chwilę myślałem, że strata zięcia ją wykończy, ale wciąż jest w dobrej formie. Chociaż, właściwe dlaczego miałoby ją to wykończyć, raczej przynieść ulgę, nie znosili się przecież. Źle to brzmi, bo przecież cieszę się, że cały czas jest z nami. Po prostu dziwi mnie jej zawziętość. Wygląda, jakby się bardzo męczyła, ale nie fizycznie. Ma końskie zdrowie, tylko po schodach czasem trudno jej wejść.
— To musiało być dla was wszystkich dużym wstrząsem, ta śmierć… — spróbowałem jakoś poruszyć ten temat.
— Może to zabrzmi bezdusznie, ale nie. Wcale nie. Przynajmniej dla mnie. Spodziewałem się tego. Ojciec kilka razy wspominał, że nie ma już siły tego ciągnąć. Kobiety to bagatelizowały. Mówiły, że to pijackie majaczenia. Czułem, że ojciec dorasta do jakiejś decyzji. — Zamyślił się, zawieszając na chwilę głos. Po chwili dodał: — Nie poznałeś jeszcze mojej żony. — Wstał i otworzył drzwi, nasłuchując odgłosów z korytarza. — Jeszcze jej nie ma, ale ma wrócić niedługo z dziećmi ze szkoły. Mam nadzieję, że zostaniesz na obiad.
— To zależy, co macie.
— Widzę, że jesteś dość wybredny. Chyba jakieś spaghetti.
— To chętnie zjem. Wybredny nie jestem, raczej łatwo mnie zadowolić w tej kwestii.
Komendant objął stanowisko w Auschwitz w maju. Dość szybko zrozumiał, jakie niełatwe zadanie przed nim stoi. Polecono mu stworzyć obóz przejściowy dla dziesięciu tysięcy więźniów, najszybciej jak to możliwe, co było zawoalowanym określeniem dużej presji czasowej. Nie zaczynał całkiem od zera. Na miejscu zastał kompleks budynków należących wcześniej do Polskiego Monopolu Tytoniowego i część dawnych koszar wojskowych. Dobrze zachowane pod względem budowlanym, ale całkowicie zaniedbane i rojące się od robactwa. Komendantowi mocno doskwierał brak materiałów budowlanych. Drewno, cegłę i kamień pozyskiwano więc z pobliskich zabudowań, które więźniowie rozbierali często własnymi rękami, bez pomocy jakiegokolwiek sprzętu. Drut kolczasty skradziono ze składów budowlanych, a stare bunkry obdarto z płyt zbrojeniowych. Pod względem higienicznym obozowe baraki nie spełniały najmniejszych norm, co w krótkiej perspektywie oznaczało częste epidemie i przewlekłe choroby. Takie warunki znacznie obniżały potencjalną efektywność więźniów. Komendant, obierając to ambitne zadanie, wiedział, że musi świecić przykładem, aby zmotywować swoich pracowników do wytężonej pracy. Kiedy budzono esesmanów, wstawał także i on. Był już w ruchu, zanim oni rozpoczęli swą służbę, a dopiero późnym wieczorem udawał się na spoczynek. Od więźniów wymagał równie wytężonej pracy. Jeżeli mieli spełnić jego wysokie wymagania (praca po dziesięć godzin, początkowo każdego dnia, z czasem pojawiły się wolne niedziele na odpoczynek), musieli wykazywać się wystarczającą wytrzymałością. A do tego niezbędne było regularne, wartościowe wyżywienie dla kilku tysięcy osób. Usilnie domagał się pomocy ze strony przełożonych, zarówno w Inspektoracie Obozów Koncentracyjnych, jak i u samego Reichsführera SS, Heinricha Himmlera, który kilkukrotnie osobiście wizytował obóz. Zwykle spotykał się z dyplomatyczną odmową połączoną z wymówkami o braku środków i większym zapotrzebowaniu na innych odcinkach frontu. Zachęcano jednak komendanta, aby z trudnościami starał się sobie radzić samodzielnie. Tam, w Polsce, mówił Glücks, jest wszystko, czego w Rzeszy brakuje od lat. Musisz się postarać poradzić sobie sam. Komendant nie podzielał jego optymizmu. Pewnie dlatego, że na co dzień zmagał się z niedoborami i widział osobiście realne trudności, których oddalony setki kilometrów nie był w stanie zrozumieć. Z czasem zauważył, że kraj, do którego został wysłany, rzeczywiście jest w stanie zaspokoić większość potrzeb. Wymagało to jednak dodatkowego trudu i poszukiwań, a od tego komendant nigdy nie stronił.
Pierwsze miesiące funkcjonowania obozu spędzał głównie poza jego granicami. Uważał, że większość personelu na wszystkich stopniach służbowych nie miała kwalifikacji do załatwiania bieżących spraw. Uruchomienie obozu wymagało regularnego wyżywienia, prowadził więc częste narady z urzędami gospodarczymi, ze starostą i prezydentem rejencji. Zgodnie z przepisami konferencje z załogą w sprawie wyżywienia powinien prowadzić jego zastępca, jednak uważał go za skończonego głupca. Osobiście przekazywał wytyczne oraz informacje swojej załodze i więźniom funkcyjnym na temat kolejnych dostaw chleba, mięsa czy ziemniaków. Spotkania odbywały się w sali komendantury obozu. Stał wtedy przy dużym stole, opierając się ręką o blat i monotonnym, acz donośnym głosem podawał kolejne fakty — daty i miejsca dostawy, wagę i rodzaj surowców. Następnie wyznaczał osoby odpowiedzialne za przyjęcie dostaw i dalsze rozporządzanie jedzeniem.
Większość czasu w ciągu dnia komendant spędzał na pracy, ale niekoniecznie oznaczało to jego obecność w obozie. Często wyjeżdżał do pobliskich wsi czy miasteczek, gdzie pewne rzeczy można było wymusić groźbą od tubylczej ludności, np. pszenicę, mięso i kaszę. Nie lubił jednak tych metod, bo za bardzo przypominały prymitywne szabrownictwo, które wzbudzało w nim odrazę. Wolał postarać się o potrzebne materiały drogą formalną i urzędową. Wysyłał więc oficjalne prośby do Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych, po czym irytował się zdawkowymi odpowiedziami Glücksa, w których ten oddawał mu całą odpowiedzialność za działanie obozu. Przyjąwszy powierzoną mu rolę, komendant musiał niekiedy naginać swoje zasady, aby osiągnąć zamierzony cel. Pomijając pośrednie szczeble, co było przekroczeniem wewnętrznych zasad SS, kierował swe prośby bezpośrednio do Berlina, czasem do samego Martina Bormanna, wobec którego w latach młodości wykazał się niezwykłą lojalnością, gdy w trakcie wspólnego procesu uchronił go przed karą więzienia. Posiłkując się ową znajomością, udało się komendantowi wyłudzić kilka samochodów osobowych i ciężarowych.
Służbowe auto, niebieski Opel Admiral, było w częstym użyciu. Listy i telefony do jednostek i organów na całym południu Polski, były codziennością komendanta. Kiedy dostawał informację o dostępności danego materiału, nie wahał się długo i zabierał się w trasę. Jego szofer pozostawał w ciągłej gotowości, spędzając próżny czas wyczekiwania na flircie z sekretarkami obozu bądź w kantynie. Były to miejsca najbardziej żywotne i ruchliwe. Panowały w nich gwar rozmów, stukot maszyn do pisania, kłęby papierosowego dymu i atmosfera pośpiechu oraz napięcia.
*
Komendant, wychodząc ze swego gabinetu, poinformował sekretarkę o kolejnym wyjeździe, a skinieniem głowy przywołał szofera do odpalenia auta. W drodze do auta poczuł słodki zapach białego bzu, który rósł przy oknach komendantury. Zatrzymał się przy drzwiach i wydał polecenie strażnikowi:
