Wilczy zew - Paweł Leśniak - ebook

Wilczy zew ebook

Paweł Leśniak

0,0
34,99 zł

lub
Opis

Świat umarłych stoi przed tobą otworem...

Max dochodzi do siebie po tragicznych wydarzeniach w szpitalu, w których stracił mamę i brata. Żyje spokojnie w domu Carla, który obiecał Taylorowi zaopiekować się nim podczas jego nieobecności.

Nad ranem niespodziewanie odwiedza ich kobieta w białej sukience o indiańskiej urodzie, którą Max kojarzy z wydarzeń w szpitalu. Wraz z nią przychodzi Sara, dziewczynka w wieku Maxa, której rodzina została tej nocy brutalnie zamordowana, a ona sama od tego czasu nękana jest przez czarną postać czającą się i szepczącą do niej z mroku. Ku zdziwieniu domowników wizyta dotyczy tajemniczej księgi, która jest związana z martwym bratem Maxa.

Tajemnicze plemię nadciąga, by odzyskać księgę. Czego tak naprawdę chcą oraz co łączy księgę i tajemnicze dziewczyny z martwym Taylorem? Co ma się wydarzyć o północy? Pragnąc uzyskać odpowiedzi Max będzie musiał otworzyć drzwi do świata umarłych, które przysiągł bratu już nigdy nie przekraczać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 411

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Redakcja: Robert Cichowlas
Korekta: Zuzanna Leśniak
Projekt okładki: Tomasz Zarucki
Skład i łamanie: Marek Jadczak
Rysunki: Paweł Leśniak
Wydanie pierwsze
Copyright by Paweł Leśniak 2021 Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Nocą, Warszawa 2021
ISBN 978-83-959399-4-5
WYDAWNICTWO NOCĄ ul. Filipiny Płaskowickiej 46/89 02-778 Warszawa NiP: 9512496374www.wydawnictwonoca.pl e-mail: [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Kochanej żonie i córce

PROLOG

Szuranie sandałów o twardą, ubitą i suchą ziemię unosiło w powietrze kłęby piachu. Zgromadzeni patrzyli, jak idzie przez środek indiańskiej wioski, podpierając się drewnianą laską. Ozdoby z kości na jego szyi oraz pasie, zmieszane z piórami szeleszczącymi na wietrze, grały niepokojące melodie, idealnie pasujące do tego, co miało nadejść. Nikt w wiosce nie myślał dziś o niczym innym. Ciałem byli tutaj, ale w głowach piętrzyły się najgorsze myśli. Wiedzieli, co nadciąga, a mogli jedynie patrzeć.

Mężczyzna zatrzymał się na moment przed namiotem z wyrytymi znakami na podtrzymujących go żerdziach. Następnie wszedł do środka.

Panował tam półmrok. Linie złotego światła przebijały się przez niewielkie dziury w materiale, znacząc kropki na posadzce wyłożonej skórami bizonów, zszytymi grubą nicią. Powietrze zmącone było dymem palących się mieszanek ziół, ułożonych na małych półmiskach, rozstawionych w różnych punktach. Kości, niczym trofea obwieszone prezentacyjnie po całym namiocie, stukały samoistnie zwiastując nowoprzybyłego gościa. W akompaniamencie słychać było muchy latające nad stołem, gdzie leżał świeżo wypatroszony, mały zwierz.

– Wołałem cię – zaczął mężczyzna – jednak ty nie przybyłeś.

Z najciemniejszego kąta wyszedł mieszkaniec namiotu. Odziany był w ciemną skórzaną narzutę, zdobioną kamieniami i malowidłami. Kaptur zakrywał jego twarz, światło ujawniało jedynie pełną blizn brodę. Gospodarz podszedł do swego gościa i stanął dokładnie naprzeciwko niego.

– Rozpoczął nawoływania – oznajmił i zerwał jedną z wiszących w namiocie kości. – Słyszysz go? Ja tak. Ten dźwięk odbija się echem we wszystkim, co istnieje. W ziemi, w wodzie, w wietrze. – Sięgnął po sakwę z drewnianego stolika, a zawartość wrzucił do gotującego się kotła na środku namiotu. – Słyszę go nawet w tym namiocie. Teraz, tak jak stoimy – dorzucił zerwaną wcześniej kość.

Woda zabulgotała mocniej, odrobina się rozlała. Mężczyzna podszedł do swego gościa i wyjął jedno z piór w jego pióropuszu.

– Czas ma się ku końcowi, a my wciąż nie jesteśmy gotowi. Setki lat pracy, przygotowań. Musimy liczyć się z konsekwencjami.

– Ach... kwestionujesz swój wybór. Wątpisz, czy postąpiłeś właściwie. – Gospodarz ostrożnie położył pióro na gotującym się wywarze. – Miej wiarę, słuchaj, co świat ma ci do powiedzenia, a usłyszysz wskazówkę.

Mężczyzna odwrócił głowę; nie był zadowolony z odpowiedzi. Ruszył w stronę wyjścia.

– Rytuał za wszelką cenę musi się powieść. Więc jeżeli osoba, na barkach której położyłeś ten ciężar jednak zawiedzie.... – Mówiąc to mężczyzna z bliznami zatrzymał swego gościa. Po chwili złapał za długie włosy wystające z wywaru i pociągnął chlapiąc szeroko wrzątkiem. Wyciągnął w stronę mężczyzny parującą ludzką głowę z zaszytymi oczami i ustami.

– ...sięgniemy tam, gdzie inni baliby się choćby pomyśleć.

ROZDZIAŁ 1

Jedna chwila

Noc była chłodna. Lato żegnało się wolno obdarowując na pocieszenie kilkoma ostatnimi, ciepłymi godzinami w ciągu dnia. Sierpowaty kształt jasnego księżyca oświetlał kontur zbierających się ciężkich chmur. Przez uchylone okno wdzierał się ukradkiem zapach wilgotnej trawy, pachniał bluszcz wspinający się po domu i kwiaty posadzone pod oknem. Pchane wiatrem gałęzie drzewa uderzały o dach budząc czternastoletnią dziewczynę o imieniu Sara. Przetarła oczy, czując suchość w gardle, jaką wywołało zimne powietrze. Przełykając ślinę poczuła piekący przełyk. Podciągnęła kołdrę, nie chcąc wychodzić spod ciepłej pierzyny. Sięgnęła po telefon na półce, mając wrażenie, jakby wsadziła rękę do lodówki.

Przymrużonymi oczami spojrzała na rażący do bólu ekran, aby sprawdzić godzinę. Było niewiele po trzeciej w nocy. Wiedziała, że do rana nie wytrzyma w takiej zimnicy. Wstała i podeszła do okna, aby je zamknąć, licząc na to, że zagłuszy to odgłosy walących o dach gałęzi. Jednak w momencie, gdy stanęła przy oknie zauważyła, że noc, mimo iż zimna i wyjątkowo ciemna, była bezwietrzna. Chmury przemieszczały się, ale korony drzew oraz krzaki, ledwo kołysały.

Do jej uszu dobiegł kolejny odgłos. Zrozumiała, że dźwięki, jakie ją zbudziły nie pochodziły spoza domu, lecz z jego środka. Niepokój i przeczucie czegoś złego zniwelowało odczucie zimna, serce zabiło mocniej i przyspieszyło. Z szafki nocnej zabrała swoją ulubioną opaskę, bez której nie ruszała się na krok, założyła ją na swoje szatynowe włosy i wolno skierowała ku drzwiom. Wyjrzała na ciemny korytarz, gdzie stała jej opiekunka – nocowała tej nocy w domu z uwagi, że rodzice dziewczyny mieli wrócić późno.

Młoda niania miała na sobie krótkie, czerwone spodenki opinające krągłe biodra, eksponowały również umięśnione i opalone nogi. Do kompletu koszulka na ramiączkach, idealnie leżąca na wysportowanej sylwetce. Matka natura nie była jednak szczodra względem piersi, których ta nie posiadała wcale. Brązowe włosy opadały na plecy, a wąski, szpiczasty nos wraz z całuśnymi, brzoskwiniowymi ustami wystawał zza linii włosów. Nastolatka miała ją za osobę pragmatyczną, była nie tylko jej przyjaciółką, ale również wzorem do naśladowania.

– Emma, co się dzieje? – spytała szepcząc i wychylając się zza drzwi.

Przestraszona opiekunka w sekundzie odwróciła się w stronę dobiegającego pytania. Ze strachu przyłożyła dłonie do klatki piersiowej i wypuściła oddech.

– Sara, czemu nie śpisz? – zwróciła się do dziewczynki – Wracaj do łóżka. Zaraz do ciebie przyjdę.

– Obudziły mnie hałasy. Co to za dźwięki?

– Idę sprawdzić. Zostań w pokoju. – Emma spojrzała badawczo wzdłuż korytarza.

– Rodzice już wrócili? – spytała Sara.

Uniósł się kolejny odgłos, podobny do przesuwania mebli.

– Tak. Spałaś wtedy. Bądźmy już cicho, zamknij drzwi i nie otwieraj nikomu, jeżeli nie będziesz pewna, kto puka.

– Boję się.

Emma puściła do niej oko i uśmiechnęła się subtelnie, chcąc podnieść ją na duchu. Jednak Sara po raz pierwszy w życiu zobaczyła strach w oczach opiekunki, osoby, którą uważała za najodważniejszą. Wybiegła z pokoju i pochwyciła ją za dłoń dając do zrozumienia, że jej samej nie zostawi. Obie wolały być teraz razem. Emma spojrzała na schody, a Sara zauważyła świeżo wytatuowaną wilczą łapę na jej szyi, tuż pod uchem. Kierowały się w stronę schodów, ostrożnie stawiając gołe stopy na wykładzinie.

Odgłosy przybierały na sile, równomiernie do siły, z jaką dziewczynka zaciskała dłoń opiekunki. Mijane, wiszące na ścianach obrazy ważnych historycznych osób, spoglądały teraz na nie. Dziewczyny znalazły się przy drewnianej balustradzie. Łuna zapalonego światła wewnątrz domu padała na drzwi wejściowe, ale z tego miejsca nie było widać salonu, skąd dochodziło światło.

– Postradałeś rozum!

Głośny krzyk zmroził Emmę i Sarę, które przywarły do siebie jeszcze mocniej.

– Nigdy jej nie dotkniesz!

Sara rozpoznała głos ojca. Krzyczał na kogoś. Do ostrych słów dołączyły odgłosy walki, trzaskających mebli oraz tłuczonego szkła. Dziewczynka wydała z siebie pisk, ale Emma zakryła jej usta i pokręciła głową, dając do zrozumienia, by ta była cicho. Wskazała palcem jej pokój, dając wyraźny sygnał, aby do niego wróciła. Opiekunka pocałowała Sarę w głowę, a następnie zbiegła po schodach, chcąc pomóc rodzicom nastolatki. Gdy tylko postawiła stopę na parterze poczuła jak mała dłoń łapie ją za rękę. Sara patrzyła na nią błagalnym wzrokiem, zbyt przerażona by zostać sama.

Rozległ się charakterystyczny trzask łamanej kości. Hałasy ustały, zgasło światło. Po paru sekundach matka dziewczynki wrzasnęła pełnym gardłem, niczym postać z horroru. Patrzyły nieruchomo w głąb nieoświetlonego salonu, doszukując się tam kogokolwiek. Wreszcie wyłoniła się z niego zakrwawiona matka, biegnąca wprost na nie.

– Uciekajcie! – krzyknęła do nich.

– Mamo, co się dzieje!?

Złapała obie za ręce, plamiąc je krwią.

– Zabierz ją stąd!

Zapłakana pchnęła dziewczyny w stronę schodów. Emma bez zastanowienia wzięła na ręce zastygniętą ze strachu dziewczynkę i wbiegła na górę. Matka Sary stanęła w połowie, barykadując napastnikowi przejście. Chciała kupić im więcej czasu. Mężczyzna rzucił się na nią i oboje runęli na schody. Odgłosy walki, stękanie i przezwiska zalewały uszy dziewczyny. Emma poleciła Sarze zostać w miejscu, w którym spotkały się tej nocy. Chciała wrócić, by pomóc jej matce, ale nie mogła się wyrwać z uścisku dziewczyny. Sara jak zahipnotyzowana przyglądała się oświetlonym przez światło księżyca konturom szarpiących się na schodach sylwetek. Wiedziała, że jej mama walczy o życie, ale była zbyt przestraszona, by zareagować. Opiekunka wyszarpnęła się jakoś nastolatce i dobiegła do schodów. Błysnął stalowy nóż, odbijając światło, po czym zatonął w brzuchu walczącej kobiety.

Emma się spóźniła. Świat jakby stanął w miejscu. Słychać było tylko dławiącą się krwią mamę Sary, która złapała za poręcz, wciąż uniemożliwiając mordercy przedostanie się na piętro. Napastnik zadał jeszcze kilka szybkich ciosów. Ta padła w końcu na schody.

Emmę zamurowało. Bez słowa patrzyła teraz na kobietę, leżącą w zakrwawionej koszuli nocnej. Matka uniosła wzrok, by po raz ostatni spojrzeć na córeczkę przyglądającą się jej z piętra. A potem wydała ostatnie tchnienie.

– Ucie... kajcie... – wysapała jeszcze i znieruchomiała.

– Mamo! Nie!

Mężczyzna w czarnej kominiarce szarpnął ręką wyciągając agresywnie nóż z martwego ciała. Obie zauważyły świeżą, przetartą skórę na jego prawej pięści, ciągnącą się od kciuka do nadgarstka. Zwiotczałe ciało matki sturlało się po schodach na sam dół. Napastnik ruszył biegiem do góry. Emma złapała Sarę za rękę i uciekły do pokoju, w którym nocowała opiekunka. Zatrzymała się osłupiona widząc kogoś stojącego na środku czarnego pokoju. Rzuciła szybkim spojrzeniem na pędzącego mordercę i gdy wróciła do pokoju, postać zniknęła. Włączyła światło – nikogo tam nie było. Nie mając czasu na zastanowienie w ostatniej chwili zamknęły drzwi na klucz, aby sekundę później usłyszeć jak rozpędzony mężczyzna zatrzymuje się na nich ciężko. Otworzyła okno, a zimne powietrze uderzyło wprost na nie. Emma wspięła się sprawnie na parapet, poganiana ciągłym waleniem w drzwi. Wyciągnęła rękę po Sarę.

– Nie chcę! – krzyknęła przerażona. – A co z mamą i tatą!?

– Chodź! On zaraz tu wejdzie!

Sięgnęła po nią, ale dziewczyna cofnęła rękę. Kolejne trzaśnięcie niosło za sobą pęknięcie drewna.

– Nie idę bez nich!

Opiekunka spojrzała na drzwi – framuga zaczęła odpadać od ściany. Emma nie miała wyjścia, zeskoczyła z okna i siłą zaciągnęła Sarę na parapet. Trzymając mocno za rękę opuszczała ją w dół, ile mogła.

– Skacz!

– Boję się! – Sara krzyknęła przez płacz. – Nie chcę!

– Posłuchaj mnie, masz być silna, rozumiesz!? Musisz przeżyć, dla mamy!

Drzwi do pokoju zostały wywarzone z trzaskiem. Napastnik zgasił światło, by nie przykuwać uwagi z ulicy. Emma wyszarpała się z uścisku dziewczyny trzymającej się jej z całej siły. Sara spadła na krzaki mocno się tłukąc i wielokrotnie raniąc skórę. Wygrzebała się od razu na trawnik i spojrzała w górę.

– Pospiesz się! – krzyczała nastolatka.

Opiekunka wspinała się już na parapet, a wtem napastnik pochwycił ją za włosy i pociągnął mocno w tył. Dziewczyna złapała się framugi okna, nie dając mu się wciągnąć do środka.

– Uciekaj! – krzyknęła jeszcze do Sary.

Mężczyzna zdzielił ją czymś ciężkim w głowę i upadła na podłogę. Zadając kolejny cios, napastnik również zniknął z pola widzenia dziewczynki. Stała teraz pod domem zapłakana i przerażona. Poczuła, jak ogarniają ją mdłości, a jej policzki zaczynają płonąć. Groza przedzierała się do szpiku kości, dotkliwiej niż ziąb. Błagała w duchu, by Emma przeżyła. Niestety, osobą, która pojawiła się w oknie, okazał się być morderca. Sara wbiegła na chodnik i zaczęła uciekać. Pędziła, ile sił w nogach krzycząc w głos i wołając o pomoc. Gdy spojrzała za siebie widziała, że napastnika w oknie już nie było. W ułamku sekundy jej rodzina, jej życie, jej dom – przepadły na dobre. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że już nigdy nie wróci do tego miejsca. Nie rozumiała, dlaczego to spotkało właśnie ją.

Podczas gdy ona oddalała się od domu, opiekunka leżała bezwładnie na zimnej podłodze w pokoju. Zachowała przytomność. Widziała, jak mężczyzna wybiegł z domu. Bała się, że ruszył za Sarą. Modliła się w duchu, aby się jej udało, aby zdołała znaleźć pomoc zanim ten ją złapie. Krew wylewała się z ciała Emmy, plamiąc czerwoną piżamę. Kobieta była świadoma, że wraz z opuszczającą ją krwią, opuszczało ją życie. Zrobiło się jej zimniej, wszystko nagle stało się nieważne. Oczy zamknęły się same, a ona odpłynęła.

Coś się zmieniło. Zrobiło się cicho, bez przeciągu, bez atmosfery. Gdy otworzyła oczy zobaczyła, niby to samo miejsce, ale jednak inne. Pokój był pokryty oranżową poświatą, a jego ściany zarośnięte dziwnymi korzeniami. Usiadła, a każdy ruch wydawał stłumiony dźwięk, jakby była pod wodą. Złapała się za pękniętą czaszkę na potylicy, lecz nie wyczuła rany. Spojrzała na swoje czyste dłonie. Głowa nie krwawiła, a to oznaczało, że jest cała.

Wstała do okna i zwróciła uwagę, że grawitacja jest inna, czuła się lżejsza. Za oknem widziała pustą ulicę, oświetloną ostrym, pomarańczowym światłem, jakby ktoś postawił na ulicy ogromny reflektor. Cienie, jakie rzucał były nienaturalnie czarne i długie. Miała wrażenie, że jeden z nich się dymił. Nigdzie nie widziała dziewczynki ani napastnika. Muszę uciec, pomyślała i kaszlnęła. Powietrze było ciężkie i ostre, pachniało czymś kwaśnym i przegniłym, uniemożliwiając swobodne oddychanie. Zauważyła, że korony drzew, kwiaty i krzaki stały w bezruchu jak monolity. Co to za miejsce? – zastanawiała się. Słysząc czyiś oddech odwróciła się przestraszona. W ciemnym kącie pokoju stał mężczyzna, tej samej postury, jak ten, którego miała wrażenie widzieć, przed zapaleniem światła.

Oboje stali wpatrzeni w siebie, czekając na ruch drugiego.

* * *

Od tragicznych wydarzeń minęła godzina, a Sara siedziała zakrwawiona w poczekalni na komisariacie policji. Dobiegła tam boso, była wycieńczona. Podczas gdy próbowała ogrzać się kocem zarzuconym na jej ramiona i kubkiem gorącej herbaty, policjanci, straż oraz karetka byli już w jej domu. Chciała z nimi jechać, ale biorąc pod uwagę tragedię, jaka ją spotkała, nakazano jej pozostać na komendzie. Siedziała na krześle i cierpliwie czekała ze złączonymi, trzęsącymi się nogami. Przyglądała się swojemu odbiciu w parującej herbacie. Szatynka, z zaciągniętą niebieską opaską nad czołem, z dużym wysiłkiem powstrzymywała się od płaczu. Pragnęła być silna, tak jak jej nakazała Emma.

Na komisariacie panował spokój. Funkcjonariusze siedzieli przy swoich biurkach ze znudzonymi minami, co chwilę któryś przecierał zmęczone oczy. Stukot uderzanych palców o klawiaturę unosił się niczym marsz miniaturowej armii, maszerującej między biurkami. Zapach świeżo zaparzonej kawy przez starszego policjanta w recepcji, kłócił się z trzymaną przez dziewczynkę herbatą.

W jej głowie przewijał się obraz mordowanej rodziny. Pojawiały się setki pytań, na żadne nie było odpowiedzi. Kim był ten człowiek? Czy będzie ją ścigał? Czy ktoś z jej rodziny przeżył? Nikt nie potrafił odpowiedzieć.

Dodatkowo nie opuszczało ją wrażenie, że nie była jedyną osobą wybiegającą z domu. Biegnąc już chodnikiem zobaczyła kogoś jeszcze. Kogoś, kto nie odstępował jej na krok. Był teraz z nią na komisariacie, siedział w ciemnym kącie w otwartej przestrzeni biurowej, tuż obok stojącego w donicy dużego kwiatu. To miejsce przyciągało jej wzrok, ktoś bądź coś czającego się w cieniu. Nawet gdy nie patrzyła, czuła z jakim zainteresowaniem się jej przygląda. Jedna z białych lamp na suficie wydawała frustrujący dźwięk, jakby miała się zaraz przepalić. Stresowało ją to. Skoro to, co za nią podąża lubi ciemność, wolała siedzieć pod działającą lampą. Nie planowała przenosić się w inne miejsce, bo nie chciała nikomu o tym mówić. Wzięliby ją za wariatkę, mówiąc, że boi się potwora czyhającego w ciemności. Zaciskała kubek coraz mocniej. Po czym zerknęła jeszcze raz.

Czerń zgęstniała, poruszyła się, zmieniła pozycję na bardziej bojową. Sara rozszerzyła oczy i cała się spięła.

Do komisariatu z hukiem wpadło dwóch policjantów prowadzących pijanego mężczyznę. Miał sklejone, krótkie włosy opadające na czoło oraz kilkumiesięczny tłusty zarost, który szedł w parze z odzieniem. Brudne na kolanach dżinsy, czarny podkoszulek, na który zarzucona była wyblakła czerwona koszula w kratę. Policjant z recepcji, widząc zatrzymanego, wywrócił oczami i odłożył kawę dosuwając się do biurka z teatralnym westchnięciem.

– Igor, do jasnej cholery, poważnie!? Nie znudziło ci się jeszcze nocowanie w celi? – spytał.

– Gdybyście się zajmowali prawdziwymi przestępcami, a nie czepiali się porządnych obywateli, nie musiałbym... – beknął, omal nie puszczając pawia – spać w tej dziurze! Moja dziewczyna nie żyje, a jej syn został brutalnie zamordowany w więzieniu przez kogoś innego niż ja. Gnój dostał za swoje – splunął, a policjant go szarpnął.

– No co!? Niech się smaży w piekle! – splunął ponownie.

– Ej! – krzykną jeden z funkcjonariuszy – Jeszcze raz, a pożałujesz!

– No chodź, jak jesteś taki mądry!

– Igor przestań pajacować, wszyscy mają tu po dziurki w nosie tych teatrzyków – wtrącił spokojnym tonem mężczyzna za biurkiem. – Inaczej będę zmuszony ponownie cię zamknąć.

– Jesteś zwykłą mendą – warknął zatrzymany. – Gdzie jest mój brat!? Odpowiedz mi! Szukacie go w ogóle!? Siedzicie tutaj i udajecie, że pracujecie! Jesteście gorsi od tych, których tutaj sprowadzacie! Żrecie za nasze podatki! To wy jesteście dla nas, a nie odwrotnie, kurwa mać!

– Zabierzcie go – powiedział policjant, nie kryjąc zawodu w głosie. Pokręcił jeszcze głową patrząc na zatrzymanego i uniósł bezsilnie ramiona.

Funkcjonariusze zaczęli go prowadzić do celi, a ten rzucał się, szarpał i wyzywał wszystkich dokoła. Sara widziała, jak staruszek odprowadza wzrokiem zatrzymanego z gniewem malującym się na twarzy. Następnie jego palce powędrowały na klawiaturę. Kątem oka zauważył siedzącą na krześle dziewczynę, która była świadkiem całego zajścia. Spuściła głowę, jak ten tylko na nią spojrzał.

– Nie bój się, tacy dużo krzyczą, ale nie są groźni.

Uśmiechnął się do niej półgębkiem, ale nie uniosła głowy. Policjant był tuż przed emeryturą, tęgawy, siwe włosy z łysym gniazdem na czubku głowy, długi wąs zakrywający górną wargę i dziadkowe okulary.

– Za ile przyjdzie mój wujek? – zapytała.

– Oby jak najszybciej, ma dzisiaj nockę, a jakoś go jeszcze nie widziałem – westchnął rozczarowany. – Podobno jest w drodze. Chcesz czegoś ciepłego? Herbaty?

Wychylił się do przodu z dziwną miną, wyczekując odpowiedzi. Zmieszana dziewczyna po niezręcznej ciszy uniosła kubek nieco wyżej. Widząc go policjant wpadł w oparcie, po czym machnął rękami, jakby przeganiał muchy.

– Stary jestem, już nie widzę. Pij sobie spokojnie, a jakbyś chciała dolewki to daj mi znać.

Na komisariat weszły teraz dwie osoby. Sara odwróciła głowę z nadzieją, ale przybyłymi okazała się być jakaś para. Kobieta miała na sobie długi beżowy i znoszony płaszcz, zapięty szerokim pasem, czarne buty na koturnie i również czarne rajstopy. Węglowe włosy spięła w kok. Miała wyjątkowo zapadnięte oczy i zaniedbaną cerę. Nadrabiała jedynie ładną linią twarzy. Gnała przez hol stukając koturnami, a w ślad za nią z trudem nadążał mężczyzna wyglądający na jej asystenta, ubrany w zbyt duży garnitur. Kobieta minęła dziewczynkę, jakby jej tam nie było. Stanęła przed recepcją i z uniesioną brodą czekała bez słowa.

Policjant oparł się na łokciu i palcem zsunął swoje okulary.

– W czymś mogę pomóc? – mruknął.

– Ja tu jestem od pomocy – wycedziła szybko. – Gdzie dziewczynka?

– Momencik – policjant zajrzał w ekran monitora.

– Pani godność?

– Dzwonił pan do mnie. Powinien pan wiedzieć, z kim pan rozmawiał.

– Może dzwoniłem ja, może nie ja... dużo się tu dzieje.

Zaczął wklepywać coś w klawiaturę.

– Niewiarygodne – wywróciła oczami. – Nazywam się...

– Momencik – wszedł jej w słowo, a ta rzuciła wzrokiem na asystenta. – Proszę teraz.

– Nazywam się Lauren Speraw i jestem dziecięcym psychologiem pracującym dla domu dziecka w Chicago. Poinformowano mnie przez telefon o tym, co zaszło. Przyjechałam najszybciej jak mogłam. Muszę natychmiast porozmawiać z dzieckiem. Gdzie ją trzymacie?

Wskazał na nią palcem, co nie umknęło Sarze.

– Ta młoda dama czeka na swojego wujka. On pracuje na tym komisariacie. Radzę poczekać.

– Wykonuję swoją pracę, proszę pana. Rady niech pan zostawi dla siebie. – Kobieta podeszła do Sary, siedzącej w bezruchu ze spuszczonym wzrokiem. Kucnęła przed nią.

– Hej, nie bój się, jesteś już bezpieczna. Może pójdziemy w bardziej przytulne miejsce i porozmawiamy?

Dziewczyna pokręciła głową przecząco.

– Nie musimy siedzieć na korytarzu, tu jest zimno. W głębi komisariatu jest cieplej, może tam pójdziemy? Chcesz?

Nie widząc reakcji, psycholog usiadła obok niej. Dało się odczuć, że kobiecie się spieszyło, chciała mieć to za sobą. Sara zerkała na nią kątem oka. Lauren wyciągnęła do niej rękę chcąc złapać ją za dłoń, ale dziewczynka się odsunęła rozlewając odrobinę herbaty na podłogę. Policjant wychylił się zza biurka posyłając kobiecie w płaszczu karcące spojrzenie.

– Przepraszam – powiedziała Sara.

– Nie musisz przepraszać, to nie twoja wina. Niepotrzebnie wystawiłam rękę. Jeżeli chcesz mogę przynieść ci nową herbatę. Co ty na to? Thomas! – Krzyknęła rozkazująco na asystenta, a ten nerwowo zaczął rozglądać się w poszukiwaniu napoju. Ostatecznie zrezygnował po tym, jak dziewczyna po raz kolejny pokręciła głową na znak, że nie chce herbaty.

– Po prostu czekam na wujka – oznajmiła cicho i spojrzała na starszego mężczyznę w recepcji licząc, że pomoże jej wyjść z tej sytuacji, ale ten wzruszył jedynie ramionami i wykręcił numer do jej krewnego. Ten jednak nie odebrał. Nie umknęło to uwadze natrętnej psycholog, która rozpięła płaszcz i stanęła przed asystentem. Szeptali pod ścianą. Mężczyzna co chwilę zerkał wymownie na Sarę. Adrenalina zaczynała opadać, a jej miejsce zajmował żal oraz poczucie bezsilności. Dziewczyna odłożyła kubek na krzesełko obok i podciągnęła nogi. Owinęła je kocem, który był za krótki, by objąć również bose stopy. Łzy polały się po jej policzkach, mimo iż twarz nie zdradzała żadnych emocji. Nie umiała wyobrazić sobie jak będzie teraz wyglądało jej życie. Dokąd pójdzie? Gdzie będzie spać? Pytania się mnożyły, a odpowiedzi były bezlitosne.

Sara wyłoniła głowę spod kolan i spojrzała na policjanta przestraszonymi i mokrymi oczami. Psycholog kucnęła przed nią i złapała ją za dłoń. Tym razem dziewczynka jej nie cofnęła.

– Chodźmy z tego korytarza, znajdziemy ci jakieś ładne buty.

Nastolatka nie zareagowała.

– Może ci się zdawać, że powinnaś tu czekać, ale tak nie jest. Obiecuję, że poczujesz się lepiej, gdy stąd pójdziemy. Co ty na to?

Sara nie chciała z nią iść. Zamierzała czekać na wujka, który powinien zjawić się lada moment. Spojrzała na drzwi do komisariatu, ale nikt nie wchodził, a Lauren ciągnęła ją za dłoń, chcąc wymusić na niej, by wstała. Nie minęła nawet godzina od momentu, gdy jej rodzina została zamordowana na jej oczach, a ona była targana przez obcą osobę. Miała ochotę krzyczeć. Nie mogła się przemóc, ale jedyne, co chciała teraz z siebie wydobyć to...

– Nie dotykaj jej!

Gruby, dźwięczny głos uniósł się po całym komisariacie. W drzwiach wejściowych stał Paul, wujek Sary. Miał na sobie czarne dżinsy z paskiem o srebrnej klamrze i białą koszulę. Wyróżniał go krzywy nos po wielokrotnych złamaniach oraz blond włosy zarzucone na prawą stronę czoła.

Dziewczyna wyrwała się spod ręki kobiety i wbiegła mu w ramiona.

– Kochana, tak mi przykro – wyszeptał jej do ucha. – Już jestem. Już jestem. Dzięki Bogu nic ci nie jest.

Spojrzał na jej zapłakaną twarz, ubrudzoną zaschniętą krwią. Sara, obejmowana przez wujka, dała upust emocjom. Wyła w głos, a brat jej ojca ściskał ją mocno, głaszcząc po głowie.

– Chodź, obmyjemy cię.

Pocałował ją w głowę i ruszyli w głąb komisariatu. Każdy tam obecny porzucił na moment swoje obowiązki, przyglądali się całemu zdarzeniu, wzruszeni.

Paul i Sara zbliżyli się do zachodzącej im drogę psycholog.

– Przepraszam, zostałam tutaj wezwana, by zająć się tym dzieckiem, nie może pan...

Wujek zignorował ją, omal jej nie taranując. Zdenerwowana szła za nim, ale zatrzymała się widząc starca, który wyszedł zza recepcji, by ją zatrzymać.

– Co pan robi? – spytała oburzona. – Poniesie pan konsekwencje.

Odwróciła się i zaczęła dzwonić inscenizacyjnie, tak by mężczyzna to wyraźnie widział. Policjant uśmiechnął się tylko do jej kompana i spokojnie wrócił za biurko.

* * *

Trzydzieści minut wcześniej

Noc była spokojna, pomiędzy chmurami widać było gwiazdy rozsypane przypadkowo, niczym cukier. Koniec lata przyniósł pierwszy chłód, asfalt stawał się zimniejszy, zwierzęta zaczęły szukać schronienia. W miejscowości oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Chicago grupka nastolatków znalazła swój sposób na ogrzanie się przez alkohol. Emocjom towarzyszył fakt, że udało im się go kupić posługując się sfałszowanym dowodem osobistym. Słuchając muzyki z telefonu opuścili stację omal nie pękając z dumy i satysfakcji z wykonanej misji. Powędrowali na pobliskie ławki. Nie było tam latarni, idealne miejsce, by nie zwracać na siebie uwagi. Wyciągnęli telefony, świecąc nimi jak latarkami.

– Na pewno nas wpuszczą? – spytał jeden z nich.

– Ty dalej o tym? Tłumaczyłem ci, że mój kuzyn stoi tam na bramce i wpuści nas, tylko nie możemy rzucać się w oczy. – Spojrzał na kumpla drwiącym wzrokiem – Wyluzuj.

– Ty z tym ryjem nie dasz rady! – rzucił ktoś z grupki i rzucił puszką od piwa daleko za siebie.

– Co robisz, idioto? Chcesz tu ściągnąć gliny? – odkrzyknął inny chłopak.

– Nie pękaj. Napij się. Tylko wrzeszczysz.

– A co mam robić? Wkurzasz mnie.

– Dobra, wypijmy jeszcze po piwku i jedźmy stąd. Zimno jak cholera.

– Zaraz się rozgrzejesz. – Rozległ się dźwięk otwieranej puszki z piwem. – dojeżdża tu taxi?

– Dlaczego ja to noszę? – zbuntował się najniższy z chłopaków, który dzierżył w ręku siatkę z alkoholem.

– Chłopaki, zobaczcie, gruby nie lubi jak się rzuca puszkami! – krzyknął ktoś inny i celowo potrącił siatkę, która rozdarła się i puszki wylądowały na ziemi.

– Kurwa, chyba żartujesz – jęknął ten niski i krępy.

– Jasne! Mam ubaw po pachy! – żartowniś sięgnął po piwo i rzucił je do najdalej wysuniętego z ekipy, ale ten go nie złapał. Puszka uderzyła o asfalt i poturlała się w kierunku dalszych ławeczek. Ten, do którego był rzut pobiegł z wyciągniętą ręką, ale piwo doturlało się pod ostatnią ławkę w szeregu. By pomóc sobie w szukaniu trunku, oświetlał drogę latarką w telefonie.

– Kurwa! – krzyknął nagle przestraszony i odskoczył. – Chłopaki! Chodźcie tu szybko!

Reszta z miejsca podbiegła, słysząc powagę w jego głosie. Świecili telefonami na leżącą pod nimi dziewczynę. Ciemnowłosa, w białej sukience i czarnej kurtce skórzanej wyglądała jakby leżała tak już jakiś czas. Ciszę przerwał ten z piwem.

– Żyje?

– Poczekaj, daj zobaczyć.

– Ale się schlała! – ktoś wybuchł śmiechem. – To ta twoja dziewczyna, która niby istnieje, a nikt jej nigdy nie widział?

– Debilu, nie żartuj sobie. Ta laska wygląda tak, jakby była martwa.

Na sekundę zapadła cisza, aż wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Obudź ją – powiedział najniższy otwierając puszkę piwa. – Pewnie ją suszy.

Kumpel zrobił dokładnie co pierwszy kazał, ale dziewczyna ani drgnęła. Ciało było zimne i wiotkie, nie reagowało na ich zaczepki.

– Ona nie żyje! – odskoczył spanikowany.

– Ej, nie rób sobie jaj!

– Wkręcasz?

– Pewny jesteś?

Każdy zaczął zadawać pytania.

– Może ci się wydaje.

– Przecież ty nie wiesz, jak sprawdzić puls!

– Jest zimna!

– Bo leży na asfalcie!

– To sam sprawdź.

Chłopak znajdujący się najbliżej dziewczyny cofnął się o dwa kroki.

– Nie, bo zostawię odciski palców i będzie, że to ja ją zabiłem.

– Kurwa, teraz mi to mówisz!? Czemu nie wspomniałeś, gdy podchodziłem!?

– Przecież wtedy nie wiedzieliśmy, że nie żyje – wziął łyka.

– Chłopie!

Spanikowana wymiana zdań trwała kilkanaście sekund, po czym znów zapadła cisza. Stali i patrzyli. – Zadzwońmy na policję... – ktoś zaproponował.

– I co powiemy!? Że piliśmy sobie alkohol kupiony na lewym dowodzie, bo jesteśmy nieletni i przypadkiem wpadliśmy na martwą laskę? Super plan.

– Przecież dokładnie tak było.

– Nie chodzi o to, jak było, tylko czy ci uwierzą.– Ale nie możemy jej przecież tak tutaj zostawić...

Ich burzę mózgów przerwała puszka piwa, która turlając się uderzyła lekko w but pierwszego z nastolatków. Zamilkli nie rozumiejąc skąd się tu wzięła i poświecili w kierunku rzekomo martwej dziewczyny, stojącej teraz przed nimi i spoglądającej drapieżnie. Rzucili się do ucieczki, potykając jeden o drugiego, krzycząc i klnąc głośno. Kobieta sięgnęła po plecak schowany pod jedną z ławek i zarzucając go sobie na ramie pospiesznym krokiem ruszyła przed siebie. Grupka nastolatków zatrzymała się kilkanaście metrów dalej i przyglądała się jak odchodzi.

– Czyli nie pójdę siedzieć – stwierdził z ulgą niski chłopak.

Zaśmiali się i wrócili do picia. Widać było, że każdy z nich jest zdenerwowany, ale przynajmniej nikt już nie panikował.

Dziewczyna podążała ubitym poboczem wzdłuż ulicy. Mokry piach i ziemia kleiła jej się do butów. Zapięła skórzaną kurtkę pod szyję i spojrzała na skostniałe dłonie, którymi z trudem i bólem mogła poruszyć. Włożyła je do kieszeni i od razu ją zapiekły od cieplejszego powietrza. Spojrzała w niebo – po pozycji księżyca umiała stwierdzić, że noc była młoda. Mimo to czas się kończył. Samochód mijający ją z naprzeciwka raził po oczach światłem reflektorów, wystawiła kciuk, ale się nie zatrzymał. Żołądek ściśnięty z głodu przytulał się do kręgosłupa, ale nie mogła się teraz zatrzymać. Chciała desperacko naprawić to, do czego doprowadziła.

Poczuła wibracje w plecaku i sięgnęła po telefon. Dostrzegła ponad dwadzieścia nieodebranych połączeń z tego samego numeru. Wciąż skostniałym kciukiem, z niemałym wysiłkiem przesunęła palcem po ekranie.

– Przepraszam, byłam – krzyczący głos w słuchawce nie dał jej dokończyć zdania. – Tak... tak... jutro do północy. Tak, jestem świadoma konsekwe... tak, jeszcze raz prze...

Połączenie zostało przerwane. Spojrzała na zegarek. Miała niecałą dobę, aby wywiązać się ze swej obietnicy. Z głośnym dźwiękiem klaksonu minął ją stary autokar. Zatrzymał się na przystanku oddalonym zaledwie kilkadziesiąt kroków od niej. Pobiegła co sił i w ostatniej chwili wskoczyła do środka. Autobus był pusty. Usiadła przy oknie i złapała się za głowę, wyraźnie zmartwiona. Przeszukała plecak i znalazła w nim mocno dojrzałego, ciemnego banana. Oparła się o skrzypiące ze starości oparcie i gdy już miała wziąć gryza jej wzrok powędrował na starszą kobietę, siedzącą dwa fotele dalej. Nie zauważyła jej wcześniej. Wszystkie toboły ustawione obok staruszki sprawiały wrażenie, jakby kobiecina miała ze sobą swój cały lichy dobytek. Patrzyła na banana, lecz odwróciła wzrok, zmieszana, gdy zauważyła, że dziewczyna to widzi.

Indiańskiej urody kobieta oderwała sobie połowę i zjadła. Drugie pół podarowała staruszce.

– Naprawdę? – spytała tamta ze szczerą wdzięcznością.

– Nikt nie powinien chodzić głodny.

Odparła ciepło i wróciła na swoje miejsce. Objęła się rękoma, a dodatkowe grzanie zapewniał może i niepachnący najlepiej, ale ciepły nawiew rozklekotanego autobusu. Godzinę później wysiadła na dworcu na obrzeżach Chicago. Udała się do pobliskiego lasu. Przez panujące wokół ciemności z trudem przedarła się przez zarośla, ale musiała być pewna, że tym razem nikt jej nie przeszkodzi.

Odgłos przejeżdżających w pobliżu samochodów był ledwo słyszalny, a ich światła niewidoczne. Wśród gęstwiny gałęzi i korzeni panowało wilgotne, chłodne, potęgowane ulatniającym się w atmosferze zapachem mokrej ziemi, traw i chwastów powietrze. Znalazła odpowiednie miejsce pod dużym drzewem. Rozejrzała się jeszcze upewniając, że jest sama i wyjęła z plecaka mapę miasta oraz małą, zaostrzoną na jednym końcu kość. Wbiła ją w ziemię, a następnie wyrysowała znak na mapie używając czegoś w rodzaju wyschniętego, kruszącego się kamienia. Kość wyjęła i położyła na środku mapy bardzo starannie i dokładnie. Nabrała do płuc powietrza i zamknęła oczy, koncentrując całą uwagę na tym, co ją otacza.

Miasto niosło odległy i stłumiony dźwięk syren strażackich i gwaru ulicznego. Pachniało wilgocią i mokrym drewnem. Co chwila do jej uszu docierały odgłosy lasu. Ziemia, na której siedziała była miękka, ale dzięki małym gałęziom, łamanym cicho pod jej ciężarem, nie ubrudziła sobie sukienki. Wiatr lekko poruszał jej włosami, muskając ją po twarzy. Nie bała się tego miejsca, wiedziała co kryje mrok.

Telefon zaczął wibrować wybijając ją z rytmu. Na ekranie dostrzegła ten sam numer co poprzednio. Odrzuciła połączenie, a telefon zakryła plecakiem tak, by jej nie rozpraszał, po czym znów się rozluźniła.

– Nie teraz – wymamrotała.

Zamknęła oczy, a po kilku sekundach je otworzyła. Wiatr zniknął, a wraz z nim wszystkie odgłosy. Powietrze stało się ciężkie i cuchnące. Przyzwyczajona do tej atmosfery, ograniczyła się jedynie do krótkich oddechów. Las spowijał pomarańczowy blask ostrego słońca. Dziewczyna rozejrzała się niespiesznie, zmierzyła wzrokiem każdy pobliski cień, a następnie powędrowała wzrokiem na mapę. Wzięła do ręki kostkę i objęła ją dłońmi przykładając sobie do ust. Zamknęła oczy i wyszeptała słowa w zapomnianym dla ludzi języku, po czym rzuciła kość na mapę.

Nie otwierając oczu, wciąż powtarzała tę samą regułkę. Kość leżała i nie ruszała się, ale dziewczyna była cierpliwa. Tutaj, w świecie cienia czas płynął inaczej. Ostatnim razem mogła czekać, czas tak nie naglił. Otworzyła oczy, ale kość wciąż leżała w bezruchu. Poprawiła się i powtórzyła wszystko od nowa – zamknięte oczy, wypowiadana regułka. Znów nic. Brak rezultatów zaczynał ją stresować, tykający zegar w jej głowie spinał nerwy. Wreszcie poczuła drgania, głuchy stukot kości po papierowej mapie niósł przyjemny dla jej uszu odgłos i ulgę. Jeszcze sekunda, pocieszała się.

Kość ustała, wróciła cisza Umbry. Miała otworzyć oczy i ujrzeć kierunek swej dalszej drogi, gdy w eterze uniósł się wyraźny głos syreny, jakby cały świat zalał jeden długi dźwięk. Dziewczyna zerwała się przestraszona i trąciła mapę wraz z kością, która sturlała się metr dalej. Nie zdążyła zobaczyć lokalizacji, ale nie mogła zostać w świecie cienia ani sekundy dłużej. Spanikowana złapała za mapę omal jej nie uszkadzając, a kość schowała do kieszeni. Zauważyła ruchy w ciemnych punktach lasu. Upiory gromadziły się dookoła niej, przywołane głośnym dźwiękiem. Stała w miejscu trzymając w objęciach mapę. Zamknęła oczy, lecz nie mogła wrócić, była zbyt zdenerwowana. Syrena nabierała na sile, cienie podchodziły coraz bliżej, otaczając ją z każdej strony. Dziewczyna ledwo słyszała własne myśli. Dawała z siebie wszystko, ale jednocześnie czuła narastający niepokój, wręcz panikę.

Wiatr zawiał nieprzyjemnie, wróciły odgłosy zwierząt i tańczących krzaków. Będąc pewna, że wróciła do świata materialnego, wzięła gwałtownie chełst powietrza, jakby wypłynęła nagle spod wody. Padła na plecy spocona i zdyszana, z nerwów trzęsły jej się dłonie. Gdy doszła do siebie, usiadła i wyrównała oddech. Zawiedziona spojrzała na mapę. Nie miała punktu zaczepienia. Zaczęła ją składać i poczuła, że ta jest nagrzana. Rozłożyła ją ponownie; w jednym punkcie papier był delikatnie wypalony precyzyjnie, niczym małym laserem. Poświeciła latarką z telefonu i zobaczyła, że zaznaczone miejsce wskazywało komisariat policji na obrzeżach miasta.

To właśnie tam znajdował się jej cel i to właśnie tam się udała.

* * *

Teraz. Komisariat policji

Woda w kranie lała się już od dłuższej chwili. Wyłożona płytkami podłoga była całkiem schlapana. Sara stała przed umywalką w towarzystwie policjantki, bliskiej znajomej jej wujka. Obmywała ją z zaschniętej krwi w damskiej toalecie. Rany po upadku okazały się niegroźne. Kilka zadrapań i płytkich ran, zaklejenie ich plastrami wydawało się być przesadą. Funkcjonariuszka i tak to zrobiła, chcąc dać dziewczynie poczucie pewności, że trafiła w dobre ręce.

Zmoczona szmatka była ciepła, przyjemna. Policjantka wyprostowała się z uśmiechem po ostatnim machnięciu policzka. Sara spojrzała w dół, zawiesiła wzrok na sportowych, niebieskich, za dużych butach na swoich stopach i na zaciągnięte prawie do kolana skarpetki. Z zadumy wyrwało ją pukanie do łazienki, a po chwili zza drzwi wychylił się wujek.

– Wszystko gra? – spytał.

– Właśnie skończyłyśmy – odparła policjantka, wyciskając szmatkę nad umywalką. – Silna dziewczyna, nic jej nie jest.

– Dziękuję. Sara, skarbie, jestem cały czas za drzwiami. Wyjdź, gdy będziesz gotowa, spiszemy zeznania i pojedziemy do mnie odpocząć. Okay?

Dziewczyna przytaknęła. Wujek wraz z funkcjonariuszką wymienili się badawczymi spojrzeniami. Sara nie czekała, złapała kobietę za rękę i razem podeszły do stanowiska, przy którym pracował brat ojca. Usiadła na fotelu przy biurku.

– Zostawię cię teraz z wujkiem, dobrze? W razie czego jestem niedaleko – wskazała palcem na swoje stanowisko.

Sara przytaknęła. Poprawiła się na krześle i zacisnęła pięści na koszuli nocnej.

– Skarbie, wiem, że nie chcesz, ale nie wypuszczą nas stąd, dopóki tego nie spiszemy. – Wujek otworzył dokument w komputerze. – Okay, zacznijmy od początku. Kiedy zauważyłaś, że coś się dzieje? Nie musisz się spieszyć, idź swoim tempem.

Brat ojca zaczął do niej mówić, ale ta szybko przestała go słuchać. Patrzyła w róg sali, gdzie stał duży krzak. Postać kryjącą się pod osłoną cienia, otulającego sporą powierzchnię, wciąż do niej szeptała. Miała wrażenie, że słyszy słowa. Czarna jak smoła dłoń wolno wyłaniała się zza ściany, prostując długie i suche jak gałęzie palce.

– Sara!? – Paul nieomal krzyknął, pstrykając jej przed twarzą palcami wyciągną ją z własnych myśli. Zerknęła jeszcze raz, ale dłoni już nie było. Roślina zdobiła surowy i zużyty budynek w samotności.

– Przepraszam – odparła w końcu.

– Nic się nie dzieje, odpłynęłaś mi na chwilę. Cieszę się, że się wreszcie odezwałaś, bo naprawdę się bałem, że zamkniesz się w sobie na dobre. To bardzo ważne, byśmy do tego nie dopuścili.

Policjantka przyniosła gorący kubek z czekoladą, który położyła na biurku.

– Twoja gorąca czekolada – Paul dosunął dziewczynie kubek. – Uważaj, nie poparz się.

Sara złapała kubek obiema dłońmi i powoli, nader ostrożnie upiła nieduży łyk.

– Musisz się teraz skoncentrować. Ja naprawdę chcę złapać tego skurwiela. Każdy szczegół może mieć znaczenie. Kolor oczu, akcent, włosy, może miał jakieś tatuaże? Mów wszystko, co sobie przypomnisz.

– Obudził mnie hałas. Na początku myślałam, że to gałęzie drzewa uderzają o dach – zaczęła niespiesznie i bardzo cicho. – Ale szybko okazało się, że odgłosy docierały z salonu. Kiedy wyszłam na korytarz, Emma, moja opiekunka już tam była. Zeszłyśmy na dół, aby sprawdzić, co się dzieje i zobaczyłyśmy jak mama do nas biegnie. Była we krwi i... – Głos się na moment załamał. – i kazała nam uciekać. Walczyła z nim, ale on ją zabił. A potem zabił Emmę, gdy pomagała mi uciec z domu. Nie miałam telefonu, więc pobiegłam prosto tutaj. Ale ciebie nie było i... i... to moja wina... to przeze mnie nie żyją...

– Nie mów tak. Nawet tak nie myśl.

– Gdybym robiła, co mi każe... Gdybym słuchała Emmy... Ona chciała pomóc mamie, chciała razem ze mną uciec przez okno. Gdyby nie ja, może obie by teraz żyły. To moja wina.

Sara rozpłakała się na dobre, a wujek mocno ją przytulił.

– To nie twoja wina, skarbie – szepnął. – Powiedz, myślisz, że ktoś go widział? Był jakiś świadek? Sąsiad? Przejeżdżający samochód? Ktokolwiek?

Dziewczyna pokręciła niepewnie głową.

– Zastanów się, Saro. To bardzo istotne. Był tam ktoś, kto mógł coś widzieć?

– Nie – przetarła mokre policzki i oparła się o fotel.

– Jesteś pewna? Musisz być pewna na sto procent – naciskał.

– Jestem pewna, nikogo nie było.

– Dobrze – uśmiechnął się i pocałował ją w czoło, po czym okrył ją swoją kurtką policyjną. – Pij czekoladę, ona cię rozgrzeje. Ja tymczasem spróbuje dowiedzieć się jak wygląda sytuacja w twoim domu, może coś znaleźli.

Przytaknęła, a wujek wstał i podszedł do pomocnej i miłej policjantki. Dziewczynka przyglądała się im, kiedy rozmawiali. Wyglądali na bardzo przejętych. Kobieta przekazała mu dokumenty, a gdy wujek po nie sięgnął Sara zamarła. Cały świat nagle się zatrzymał, a żołądek podszedł jej do gardła.

Na prawej dłoni wujka zobaczyła coś, co widziała już tej nocy. Świeżą, przetartą skórę, ciągnącą się od kciuka do nadgarstka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki