34,99 zł
Można skutecznie podbijać kolejne ziemie, ale bez magicznej mocy ostateczne zwycięstwo jest tylko mrzonką...
Welimowie zagarniają coraz więcej terenów państwa Elfów, zostawiając po sobie zgliszcza i jęk tych, którym udało się ujść z życiem. W tej wojnie bardziej niż walka wręcz liczą się unikalne umiejętności. Podczas gdy Dann przyzwyczaja się do życia w siedzibie Zwiastuna, Tariro wyrusza wraz ze swoją drużyną na poszukiwania kolejnych kryształów o nadprzyrodzonych mocach...
Trzecia księga z cyklu Czternaście. Epic fantasy, które przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom widowiskowych pojedynków oraz rozbudowanych światów.
Czternaście
Dwanaścioro czarodziejów stworzyło trzynaście kryształów o magicznych właściwościach, które miały zapewnić pokój i dobrobyt na kontynencie. Setki lat później pamięć o nich ożywa, a świat trawią wojny i konflikty.
Dagmara Lorenc – polska autorka fantasy, z wykształcenia anglistka ze znajomością języka chińskiego oraz lingwistka. Przez lata zajmowała się tłumaczeniami, by w końcu zrealizować marzenie o napisaniu własnej powieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 462
Dagmara Lorenc
Saga
Widzący i niewidzialni. Czternaście. Tom 2. Księga 3
Korekta: Elwira Zapałowska (www.nad-wyraz.pl)
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2025 Dagmara Lorenc i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727280769
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Mojemu Ojcu,po którym odziedziczyłam pracowitość,wytrwałość (upór?) i trudny charakter.
Ziemia, powietrze, ogień, woda.
Suchy, wilgotny, ciepły, zimny.
To, co rozdzielone, Mędrzec mocą swej Mądrości scala.
Oto ujrzałem Dziewicę przepięknego oblicza, o piersiach ciężkich od miodu i mleka, jak wychodzi mi na spotkanie, a nędza i śmierć pierzchają sprzed jej stóp. Kruk i łabędź poprzedzają jej kroki, śladem postępuje ognista salamandra. W dłoni kielich złoty, na skroniach wieniec z żywego kwiecia, na piersi naszyjnik z gwiazd i planet. W jednym Jej oku tarcza słoneczna, w drugim sierp księżyca.
Czarny, biały, żółty, czerwony.
Kalcynacja, destylacja, sublimacja, putrefakcja.
„Szukałem Cię, a Ty wołałaś do mnie. Wołałaś do mnie, a ja przyszedłem. Upadłem w popiół i odrodziłem się w ogniu”.
Pęka Jajo, wykluwa się Tajemnica. Blask jej przyćmiewa ziemską chwałę, oto Doskonałość wyrosła ze Sztuki.
W kielichu złotym – pył czerwony, nim to naznacza Królowa me czoło.
Biały ferment – Księżyc, czerwony ferment – Słońce.
Zasiej ziarno w płynnym srebrze, w miękkiej skale złóż nasienie.
Oto dopełnia się Dzieło. Oto następuje zjednoczenie; i nie ma już wielu, ale jest jedno.
Dorunin Po Trzykroć Oświecony, Pisma zebrane (482)
Popatrz, na jakie skarby można natrafić w najbardziej zakurzonych kątach biblioteki. Wiem, że jesteś sceptyczny, ale sam pomyśl: w zbyt wielu pismach przewijają się te same symbole, zbyt wiele wybitnych i zasłużonych figur czyni aluzje do Kamienia Filozofów i Eliksiru Życia. Płynne srebro to rtęć, miękka skała – ołów. Wystarczy niewielka ilość owego legendarnego proszku, aby dokonała się ich transmutacja w srebro (Księżyc), a nawet złoto (Słońce). Istotom żywym zaś daje nieśmiertelność. Te kilka rzeczy udało mi się ustalić ponad wszelką wątpliwość, lecz jakże wiele pozostaje do odszyfrowania, do odkrycia i zrozumienia! Gdybyś wraz ze mną pozbierał te okruchy, które rzucają nam w swych przekazach starożytni (jakże ostrożni – i jakże słusznie!), gdybyś tylko poświęcił kilka chwil na odkrycie klucza do tej wielkiej tajemnicy – jestem przekonany, że z Twoim geniuszem osiągnęlibyśmy to, co od stuleci nie udało się nikomu.
L.
Wiesz co, w Twoim wieku to już naprawdę wstyd. Ile razy mam Ci to powtarzać? Nie ma w tym żadnej starożytnej mądrości, są tylko wizje zbzikowanych nieszczęśników, którzy niezrozumiałym bełkotem maskowali niewiedzę i zawiedzioną miłość własną. Nudzi Ci się? Nie masz co robić? Chętnie odstąpię Ci jakiegoś adepta.
D.
Były podporucznik lestyjskiego wywiadu, Dann, momentami Latulte, rozpoczynał nowe – już któreś z kolei – życie.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po swoim głośnym pożegnaniu z Lestią, było wyniesienie na podwórze kadłuba mężczyzny, który dolną część ciała zostawił w Vorgii. Einar spalił ten zewłok magicznym ogniem, a popiół rozdmuchał magicznym wiatrem.
Drugą rzeczą było wyczyszczenie dywanu z krwi. Moczył szczotkę w wiadrze i szorował, dopóki Einar nie był zadowolony. Potem zdał mu długą i szczegółową relację z całego tego feralnego dnia, począwszy od liściku Gimariego, poprzez rozmowę ze wschodzącą gwiazdą wywiadu, niejakim Renierem, aż po swoją ucieczkę przez miasto i krwawą jatkę, która rozegrała się w jego wynajmowanym pokoju na Winnicznej. Einar ponarzekał na wścibstwo wywiadu i przymusowy pośpiech, przez który Zwiastun dostarcza tym sępom pożywki, wbrew swoim usilnym staraniom.
– To taki mój odwieczny dylemat – poskarżył się. – Czy eliminować skurczybyków i zachęcać ich w ten sposób do drążenia tematu, czy może pozwolić im węszyć, potencjalnie ze szkodą dla naszych planów.
Potem Calbach oprowadził Danna po domu. Zdążył już obmyć łapska z krwi i oblec chude, białe ciało w długi płaszcz. Wyglądał w nim jak jakaś obelżywa parodia dwunożnej istoty, z tą swoją łysą czaszką, szczelinami zamiast nosa i kłami sterczącymi z ustopodobnego rozcięcia w skórze. Poruszał się na ten swój pokrzywiony, nietoperzy sposób, a Dann posłusznie dreptał za nim, zachowując nakazany wstrętem dystans.
Do Zwiastuna dołączył sześć lat temu, a w jego tajemniczej siedzibie bywał dziesiątki razy, ale dopiero teraz pokazano mu coś więcej niż ta jedna izba z kominkiem. Okazało się, że dowództwo dążącej do władzy nad światem konfraterni gnieździ się w zwykłym dworku z drewnianych bali, czymś w rodzaju myśliwskiej rezydencji, otoczonej ze wszystkich stron gęstymi lasami. Na parterze, oprócz znanego mu już salonu, znajdowały się również kuchnia, łaźnia i przestronny gabinet. Na piętrze – cztery duże sypialnie, wszystkie zajęte na stałe przez Einara, Nizzi, Maurę i Maunusa. Poddasze mieściło kilka skromnych pokoików, zapewne przewidzianych dla służby, której na razie nigdzie nie dostrzegał. Jedna z tych klitek dostała się jemu. Jak za starych dobrych czasów, z tym że w Prescerze nie mieszkał przez ścianę z wampirem.
– Calbach – powiedział, kiedy wrócili pod drzwi salonu.
Zawołany przystanął i zwrócił ku niemu szkaradne oblicze. Dann przełknął ślinę.
– Uratowałeś mi dzisiaj skórę. Pomogłeś mi, choć wcale nie musiałeś. Dziękuję ci za to.
Tamten długo wpatrywał się w niego zamkniętymi powiekami, po czym zionął pojedynczym słowem:
– Taaak.
To powiedziawszy, stał jak stał. Wykręcał głowę na boki i zasysał powietrze w nozdrza, jakby chłonął go węchem. Dann odchrząknął, zawiercił się nerwowo, aż wreszcie pękł. Wyminął wampira i pierwszy wślizgnął się do salonu.
Einar siedział na dalekim krańcu stołu, obserwując ścianę na prawo od kominka. Wisiała tam ogromna czarna płachta, na której ponaszywane były setki siateczkowych kieszonek mieszczących przywoływacze. Dann już wcześniej odnalazł ten, który wyglądał dokładnie jak jego własny kamień. Podpis pod nim głosił: „D.L.War.”. Z dumą odnotował, że zajmuje całkiem prominentne miejsce, mniej więcej w połowie rozstawienia.
– Nie zauważyłem żadnej służby – zagadał, rozsiadając się naprzeciw kominka.
Einar poświęcił mu jedno krótkie spojrzenie.
– Działamy w pełnej konspiracji – przypomniał. – Każdego służącego musielibyśmy związać przysięgą, a my nie szastamy demonami na prawo i lewo.
– Czyli robicie wszystko sami? Pierzecie, gotujecie? Sprzątacie?
– Na to by wychodziło, prawda?
Dann wyobraził sobie Einara w czepku i fartuszku, biegającego ze szmatką i ścierającego kurze. Potrząsnął głową, tak absurdalny był to obraz.
– Ten dom ma w sobie coś elfickiego – stwierdził, bacznie obserwując jego reakcję. – Ale te lasy dookoła wyglądają mało południowo. Jesteśmy w Rottormie?
Mężczyzna skrzywił się, jakby uznawał to pytanie za gruby nietakt.
– Niech ci będzie, że w Rottormie.
– Gdzie dokładnie? Chyba zostanę tu na dłużej, więc wolałbym wiedzieć, gdzie mam się szukać na mapie.
– W okolicach Galunes. Szeroko rozumianych. Tyle ci w zupełności wystarczy.
Dann zerkał już nerwowo na lewo, bo Calbach niepostrzeżenie przemienił się w nietoperza, a teraz cicho popiskiwał, wygrzebując się z opustoszałego płaszcza. Chwilę później wzleciał nad kominek, uczepił się powały i zawisł głową w dół. W tej postaci i z tej odległości byłby całkiem milutki, gdyby nie ta wionąca od niego rozpacz, zasnuwająca całą izbę niczym dym z kadzidła.
– Przyzwyczaisz się – mruknął Einar, jakby czytał w jego myślach. – To dla ciebie. – Dźgnął palcem leżącą na stole fiolkę. – Na opuchliznę i siniaki. Jutro powinieneś wyglądać jak człowiek.
Dann łyknął eliksir i klapnął z powrotem na krzesło.
– I co teraz? – bąknął. – Będziemy sobie tutaj tak siedzieć?
– A i owszem. Całkiem przyjemnie, nieprawdaż? Rodzinnie wręcz.
– Sielankowo – zgodził się Dann. – Ten ogień na kominku, ten wampir u powały… A gdzie Nizzi? Myślałem, że tutaj mieszka.
– Nizzi ćwiczy – odparł mężczyzna, jakby to wszystko wyjaśniało. – Kiedy wróci, zastąpi mnie przy przywoływaczach. Ciebie też wpiszemy do kolejki, począwszy od jutra.
– Widzę, że nie sposób się tutaj nudzić – mruknął z przekąsem, spoglądając na jego warsztat pracy. – Aż wióry lecą.
– Nie jesteś głodny? – Pytanie, a zabrzmiało jak rozkaz.
– Jestem, i to jak wilk.
– To na co czekasz? Idź do kuchni i zrób sobie kolację.
W kuchni znalazł tylko chleb i biały ser. Pochłonął posiłek w samotności, na stojąco, bo jego nowa rodzina mocno go krępowała. Upewnił się, że Einar niczego już od niego nie chce, i poszedł do swojego nowego pokoju.
Łóżko było wąskie jak w Dibrasie, ale miękkie jak w Byrwydo. Dann rozebrał się do rosołu i wskoczył pod koc. Zasnął natychmiast, z ulgą zostawiając ten burzliwy dzień za sobą. Jedynie w ostatnim przebłysku świadomości mignął mu pod powiekami obraz Mili.
Rano dziewczyna była jego pierwszą myślą. Już pomijając fakt, że musi być wstrząśnięta i zrozpaczona, to czy może jej coś grozić? Jej i Pierowi? Wszak wywiad dokładnie przeszukał ich dom, zapewne podejrzewając, że są w to wszystko jakoś zamieszani, albo przynajmniej posiadają jakąś istotną wiedzę.
Zaklął i wygramolił się spod koca. Narzucił na siebie ubranie i wypadł na schody, chcąc jak najszybciej porozmawiać z Einarem. Na piętrze zatrzymał go jednak kobiecy głos.
– Proszę, proszę, a cóż to za ranny ptaszek? Gdzie tak pędzisz, ptaszyno?
Odwrócił się przez ramię. To była Nizzi, właśnie zamykała drzwi do swojego pokoju. Uśmiechnął się głupio, bo nie po raz pierwszy pomyślał, że jest bardzo ładna. Wysoka i szczupła, ale mocno zbudowana. Jak na brązową elfkę przystało, miała brązowe włosy i brązowe oczy, szeroką twarz o ostrych kościach policzkowych i śniadą cerę. Nosek miała uroczo upstrzony piegami, a w oczach ten łobuzerski błysk, który zawsze mu się podobał. Mina jednak szybko mu zrzedła, bo przed oczami stanęła mu morda Freya, a zaraz potem to jego przerośnięte cielsko. Otrzymał jego ostrzeżenie bardzo dawno temu, ale wiedział, że wciąż obowiązuje.
Tak, ta jego morda odejmowała Nizzi sporo z jej atrakcyjności.
Tymczasem elfka wzięła się pod boki i sunęła ku niemu rozkołysanym krokiem, z ustami rozciągniętymi w zawadiackim uśmiechu. Stanęła na tyle blisko, że mogła postukać go palcem w pierś.
– Co tam, przystojniaku? – zagadała, przechylając kokieteryjnie główkę. – Przyszedłeś zwiedzić moją sypialnię?
Osłupiał, oczy rozszerzyły mu się z przerażenia. Odruchowo łypnął na boki, jakby mógł się spodziewać Freya wyłażącego ze ściany. Nizzi odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.
– Mój ty biedaku! Nie mów, że cię przestraszyłam.
– Ciekawe dlaczego – mruknął ponuro.
– Oj, wygłupiam się przecież – zaszczebiotała i przyjacielsko trąciła go w ramię. Zabolało. – Nudzi mi się, to co mam robić. A co to takiego? – zdziwiła się, spostrzegając plamy na jego koszuli. – Czy to jest krew?
– Między innymi – odparł, zadowolony ze zmiany tematu.
– Nie możesz tak chodzić po domu – oznajmiła stanowczo. – Nie masz nic na zmianę, prawda?
– Nie było czasu na pakowanie.
Chwyciła się w zamyśleniu pod brodę.
– Ubrania Einara będą na ciebie za małe. Może pożyczymy coś od Maunusa?
Oczami wyobraźni Dann ujrzał siebie w tej długiej, czarnej szacie, która zdawała się tworzyć z czarodziejem nierozerwalny zestaw. Jego siostra nosiła zresztą identyczną, bezkształtną kreację; podejrzewał, że gdyby nie różnica w rozmiarach, mogliby się nimi swobodnie wymieniać.
– Wolałbym już coś twojego – burknął.
Roześmiała się, znów zarzucając głową, i trwała tak przez chwilę, klepiąc go po ramieniu. Uśmiechnął się półgębkiem, ale wzrok utkwił w powale. Sięgnął do pamięci po mordę Freya i mocno się jej trzymał.
– Bez obaw, nie zrobiłabym ci tego – uspokoiła go, kiedy już naśmiała się do syta. – To byłoby marnotrawstwo dobrej sylwetki. Chodź, pożyczę ci coś od Freya.
– Że jak?!
Nizzi zmierzała już z powrotem w głąb korytarza.
– No chodź, co tak stoisz?
– To chyba nie jest najlepszy pomysł – wybąkał, wchodząc za nią do pokoju.
– Nie dramatyzuj – napomniała go surowo, otwierając jeden z kufrów pod ścianą. – Frey ma mnóstwo ubrań, w których nigdy nie chodzi. Masz, przymierz to.
Rzuciła w niego zieloną tuniką z poszerzanymi rękawami. Dann rozłożył ją przed sobą i skrzywił się bardzo, ale to bardzo boleśnie, tak jakby elf już teraz rozkwaszał mu nos.
– No dalej, przecież się nie pogniewa – zapewniła dziewczyna. – Wszystko mu wytłumaczę.
Westchnął i zaczął rozpinać koszulę. Ku jego konsternacji, Nizzi splotła ręce na piersi i bezwstydnie mu się przyglądała. Kiedy wreszcie odsłonił tors, uśmiechnęła się zalotnie i poruszyła sugestywnie brwiami.
– Możesz przestać? – zaburczał, czując, że się rumieni.
Buchnęła śmiechem.
– Biedactwo! – zawołała, ale zaraz wróciła do swojego uwodzicielskiego spojrzenia. – Może byłoby ci łatwiej, gdybym ja też się rozbierała?
Psyknął i pokazał jej plecy.
– Nie rozmawiam z tobą.
Wyśmiała go, oczywiście. Potem odebrała mu brudną koszulę i cisnęła w kąt.
– Pójdzie na szmaty. A teraz chodź, dostaniesz jakieś śniadanie.
Na schodach przypomniał sobie, że tuż po przebudzeniu bardzo mu się śpieszyło, zupełnie jakby miał coś pilnego do załatwienia. Wytężył pamięć. Ach, tak. Mila.
– Najpierw muszę porozmawiać z Einarem – oznajmił.
– W porządku, coś dla ciebie przyszykuję! – obiecała, znikając w kuchni.
On sam obrał najbliższe drzwi po lewej. Einar trwał na swoim stanowisku, przechadzał się wzdłuż stołu, nie spuszczając oczu ze ściany.
– Możemy pogadać?
Mężczyzna skinął przyzwalająco głową.
– Możemy. Ale niech to będzie ostatni raz, kiedy wchodzisz do tego pokoju bez pukania. Przyjmujemy tutaj różnych gości, często bez zapowiedzi, a ty nie musisz widzieć ich twarzy. Ani słyszeć, o czym rozmawiamy.
– Jasne. Przepraszam.
Wszedł głębiej i oparł się plecami o kominek, tak aby nie zasłaniać Einarowi przywoływaczy, a zarazem móc łatwo przechwycić jego spojrzenie.
– Myślałem dzisiaj o moich gospodarzach – zaczął prosto z mostu. – O tych z Winnicznej. Ojciec i córka…
– Tak, wiem. Chyba byłeś z nimi dość blisko, prawda? Zwłaszcza z córką.
– Zastanawiam się, czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo ze strony wywiadu. Przewrócili ich dom do góry nogami, więc możliwe, że będą chcieli ich przesłuchać. A przesłuchania wyglądają różnie, z naciskiem na brutalnie.
– Aha – skwitował beznamiętnie Einar. – A przyszedłeś z tym do mnie, bo…?
– Bo chciałbym, żebyś pomógł mi to sprawdzić.
– Rozumiem. A jeśli okaże się, że miałeś rację? Że zgarnął ich wywiad, trzyma w lochach i torturuje? Co wtedy?
– Wtedy… – zaczął i nie dokończył, bo wiedział, że jego pomysł nie spotka się z aprobatą.
Mężczyzna parsknął kpiąco, nie odrywając wzroku od ściany. – Zamierzasz wskoczyć na konia i pognać do Vorgii? Nie, zaczekaj, niech zgadnę. Chcesz, żebym to ja coś z tym zrobił.
– Coś w tym rodzaju – bąknął z przepraszającym uśmiechem.
– Zapomnij. Wybij to sobie z głowy.
– Mówiłeś, że masz tam ludzi.
– Może i mam. Ale nie będę ich mobilizował dla ratowania jakiegoś dziewczęcia, które tobie wydało się powabne.
Dann łypnął na niego spod zmarszczonego czoła, mimowolnie wysuwając szczękę. To nie była odpowiedź, na którą mógł się zgodzić. Nie w tym przypadku.
– Nie mieli z tym nic wspólnego – przypomniał. – Nie powinni odpowiadać za moje ciemne sprawki. Nasze ciemne sprawki.
– Być może, ale to już nie moja wina, prawda? To ty urządziłeś sobie wszystko w ten sposób. Mogłeś zamieszkać u Gimariego albo wynająć pokój gdzie indziej, albo jeszcze lepiej: trzymać łapy przy sobie. Gdybyś nie zaangażował się emocjonalnie, ta dziewczyna nic by cię nie obchodziła i nie przeżywałbyś teraz całego tego niepokoju.
Dann zmierzył go otwarcie złym spojrzeniem.
– Należę do Zwiastuna od sześciu lat – wycedził. – Robicie ze mną, co chcecie, a ja wywiązuję się z każdej waszej zachcianki. Chyba zasłużyłem na drobną przysługę.
– To nie jest drobna przysługa. Poza tym zapominasz, kto tu komu ile zawdzięcza. Kojarzysz ten moment, kiedy mogliśmy cię zamęczyć w piwnicy, ale darowaliśmy ci życie?
– Raczej spętaliście przysięgą. To zwykłe niewolnictwo, tyle że wy nazywacie to członkostwem.
Einar niemrawo zaklaskał w dłonie.
– Sam bym tego lepiej nie ujął. W takich momentach żałuję, że nie prowadzę kajeciku ze złotymi myślami. Coś jeszcze, czy mogę się już zająć naprawdę ważnymi sprawami?
Dann zacisnął pięści. Miał tylko jeden pomysł, jak zmienić ton tej rozmowy. Postąpił dwa kroki do przodu, ale to było wszystko, na co mógł sobie pozwolić. Nawet ta niejasna intencja sprawiła, że poczuł ostre ukłucie w sercu. Stanął jak wryty.
Tak, dla demona mężczyzna naprzeciw był nietykalny.
Einar psyknął z rozbawieniem.
– Jeśli chcesz, nie ma problemu. Powiedz słowo i załatwimy to po męsku. I tak masz niewiele do roboty, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś poleżał sobie tydzień w łóżku.
– Nie trzeba – wycedził Dann. – Już ochłonąłem. Masz bardzo przekonujących obrońców.
– To prawda, że potrzebuję ich ochrony. Ale wierz mi, nie przed kimś takim jak ty.
Dann zgrzytnął zębami i przez chwilę poważnie zastanawiał się, czy nie skorzystać z udzielonego mu przyzwolenia. Potem przypomniał sobie, po co była ta cała rozmowa.
– Niech tak będzie – powiedział, siląc się na spokój. – Rozumiem, że nie możesz nic dla nich zrobić. Ale chcę przynajmniej wiedzieć. Wystarczyłoby, gdyby Calbach zajrzał do nich przez okno…
– Ale po co ci ta wiedza? – przerwał mu niecierpliwie Einar. – Jeśli ci powiem, że wszystko z nimi w porządku, pewnie mi nie uwierzysz. A jeśli powiem coś dokładnie przeciwnego, będziesz się tylko niepotrzebnie zadręczał.
– Chcę wiedzieć – powtórzył stanowczo, choć wcale nie był o tym przekonany. – Mogę sam poprosić o to Calbacha, a jeżeli się zgodzi, wystarczy, że otworzysz dla niego portal. To chyba nie jest dla ciebie jakaś wielka fatyga?
Einar milczał przez dłuższą chwilę.
– Calbacha teraz nie ma – powiedział w końcu. – Wieczorem poproszę go, żeby zajrzał na Winniczną. Potem sam ci opowie, co zobaczył. Ja nie chcę już o tym słyszeć.
Dann nie spuszczał z niego oczu, wypatrując oznak fałszu, ale twarz mężczyzny była jak z kamienia. Skinął głową, bo przecież mógł liczyć tylko na jego słowo.
– Dziękuję.
Była późna noc, kiedy Einar wysłuchał ostatniego meldunku Calbacha. Już wcześniej upewnił się, że są sami, ale teraz na wszelki wypadek podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz. Żadnych sentymentalnych głupców. Doskonale.
– Mam dla ciebie dodatkowe zadanie – powiedział do wampira, wracając na swoje miejsce naprzeciw przywoływaczy. – Latulte martwi się o byłych gospodarzy. Nie chcę się z nim użerać, dlatego wolę go uspokoić. Złapiesz go jutro w dowolnym momencie i powiesz, że z samego rana byłeś na Winnicznej. Zapewnisz, że oboje mają się doskonale, po całym tym bałaganie nie ma ani śladu, a życie toczy się dalej, jak gdyby nigdy nic. Możesz dodać jakieś dziewczęce łzy albo zatroskane ojcowskie oblicze, to już pozostawiam twojej inwencji.
Calbach wysłuchał, po czym powoli skinął głową. Einar westchnął i rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie.
– I właśnie dlatego miłość jest niebezpieczna – stwierdził z przekąsem. – Mnóstwo obaw, mnóstwo straconej energii i zmarnowanego czasu… A wszystko dla uczucia pojedynczej osoby, która w ostatecznym rozrachunku nie znaczy nic, może tyle, co ziarnko piasku na plaży. Tak, miłość to najniebezpieczniejsza rzecz na świecie. Miłość, a zaraz po niej pożądanie, zresztą niedaleko pada jedno od drugiego. Wielcy rozpraszacze uwagi, wielcy wypaczyciele priorytetów… Trzeba się ich za wszelką cenę wystrzegać. – Odetchnął. – Dobrze, że my nie mamy tego problemu.
Wampir zacharczał na znak, że zamierza przemówić.
– Wolał…bym…
– Ty to w ogóle masz szczęście. W tej postaci żadna miłość ci niegroźna.
Calbach milczał przez dłuższą chwilę, po czym zachrypiał:
– To… było… okrutne.
Einar wzruszył ramionami.
– Raczej szczere. To o szczęściu również – uprzedził wątpliwości. – Sam pomyśl. Jesteś wspaniały taki, jaki jesteś. Wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Na co ci coś takiego jak miłość? Albo powszechnie rozumiane piękno?
– Zamienił…byś… się…?
Einar prychnął pod nosem i uniósł nieznacznie kącik ust.
– Punkt dla ciebie – przyznał. – Ale tylko dlatego, że ja też jestem wspaniały.
Danna obudził dziwny niepokój. W powietrzu wisiała groza, czuł to całym sobą. Serce wyprzedziło rozum i gonione strachem, pompowało krew ze zdwojoną prędkością. Usiadł na łóżku, spojrzał przed siebie i wrzasnął.
W następnej chwili ze wstydem opadł na poduszki.
– Calbach – zasapał, rozcierając oczy. – Słyszałeś kiedyś o czymś takim jak pukanie?
Wampir, który tkwił nieruchomo u stóp łóżka, zassał głośno powietrze.
– Za-pu…ka-łem – usprawiedliwił się.
– Wiesz, pukanie to tylko część rytuału. Trzeba jeszcze poczekać na zaproszenie…
– Byłem… na… Win-ni…cznej.
Dann momentalnie stulił gębę i dźwignął się na łokcie.
– I co? – zapytał z napięciem w głosie.
– Ojciec – zachrypiał wampir – siedział… przy… stole. Drewno… w rękach. Dziew-czyny… Nie… wi…działem. Two-ja… okienni-ca… zam…knięta.
Dann przełknął ślinę, zmusił się, żeby patrzeć mu w twarz.
– Jak tam wyglądało? Jakiś bałagan, jakieś połamane meble?
Wampir zarzęził, zacharczał, wreszcie rozdziawił swój ustopodobny otwór, aby nabrać powietrza.
– Chyba… nor-malnie. Skrzynie… wystawione… przed… dom.
Dann pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Piero często wystawiał kilka pokazowych kuferków na ławie pod oknem, żeby kusiły przechodniów; oczywiście przybijał je do ławy gwoździami, żeby przy okazji nie kusiły złodziejów.
– Czy Piero wydawał się… zaniepokojony? – dopytał jeszcze.
– Twa-rzy – zaświszczał wampir – nie wi…dzia-łem.
Dann powoli skinął głową.
– Dziękuję ci. To wiele dla mnie znaczy.
Calbach odwrócił się i wyszedł bez słowa, plaskając nagimi stopami o drewno. Dann odetchnął i opadł na poduszkę.
Wiedział, że nie może mu wierzyć, a jednak odczuwał wdzięczność. Cieszył się, że to usłyszał.
Teraz przynajmniej mógł sobie powiedzieć, że zrobił wszystko, co w jego mocy.
Vigo siedział w swoim gabinecie, zaciskając dłonie na poręczach fotela. To był ten sam fotel, na którym siedział on, zanim ponownie zniknął z jego życia, tym razem pewnie już na zawsze. Miał stąd dobry widok na okno, co bardzo mu odpowiadało. Niby jesień, a pogoda dopisywała. Sucho, ciepło, słonecznie. Tak jakby niebo chciało mu pokazać, że życie toczy się dalej.
Powoli zaczynał w to wierzyć. Patrzył na to rozsłonecznione okno i parskał śmiechem. Jak długo można karmić i pielęgnować uczucie, które powinno się leczyć jak chorobę, wyciąć jak guz? Pięć, dziesięć lat? Na pewno nie dwadzieścia. Po takim czasie nawet skończony idiota rozpoznałby w marzeniu mrzonkę, urojenie, które nie ma szans się ziścić.
A jednak trudno było mu się z tym marzeniem pożegnać. Nie potrafił odmówić tym wszystkim obrazom, które przechowywał w sercu i tworzył w głowie. Prawdziwe i wymyślone wspomnienia. Wyobrażenia dotyku, słów, oddechów, upajające, pomimo swej nierzeczywistości. Przepełniały go bolesną rozkoszą, rzeczywistą i uzależniającą. Jak mógłby je porzucić? Nie potrafił i nie chciał. Tak bardzo nie chciał.
Tylko dlaczego? Dlaczego jeszcze go nie znienawidził?
Pukanie do drzwi. Ciche, dyskretne. Vigo odetchnął i zacisnął powieki. „To już czas”, pomyślał. „To jest ten moment, kiedy musisz się ocknąć. Inaczej życie przecieknie ci między palcami i umrzesz pusty, z wnętrznościami wyjedzonymi przez to niewydarzone uczucie, tę absurdalną obsesję”.
Pukanie się powtórzyło, a po chwili zza drzwi dobiegł głos Felo, dziwnie niski i wysoki zarazem. Oślizgły, znienawidzony.
– Wiem, że nie chcesz, żeby ktoś ci teraz przeszkadzał… Ale przed chwilą była u nas ta dziewczynka z kwiatami…
Zerknął tęsknie na okno, słoneczne jak sama Prescera. Potem podciągnął się w fotelu i założył nogę na nogę.
– Wejdź.
Felo wślizgnął się do środka, a stąpał tak cicho, jakby nie chciał zakłócać żałoby. Starannie unikając jego wzroku, podał mu zwitek papieru i natychmiast wrócił pod drzwi.
Vigo bez zapału rozwinął rulonik. Wiadomość pochodziła oczywiście od jednego z tych przekupnych łajdaków, którym płacił za tajne informacje. „Myślę, że to może Wielmożnego Pana zainteresować”, tak brzmiała pierwsza linijka. Vigo niecierpliwie przeszedł do właściwej treści. W miarę czytania bezwiednie przesuwał się ku krawędzi siedziska, a potem wstał, zanim zdążył o tym pomyśleć.
– Skurczybyk ma rację – wycedził. – Zainteresowało mnie to.
Bez dalszych wyjaśnień ruszył do drzwi. Służący uskoczył na bok, jakby jego chlebodawca był chodzącą pochodnią.
– Co się stało? – zapytał z niepokojem, wypadając za nim na korytarz.
– Mają Piero i Milę, przesłuchują ich w piwnicach na Nadrzecznej. Zatrzymali też jakiegoś piekarza i oberżystę, ale tych już nie znam.
– Zamierzasz coś z tym zrobić? – bąknął chłopak, a nie mogąc się doczekać odpowiedzi, dodał głośniej: – Przygotować dla pana płaszcz? A może podstawić powóz?
– Nie trzeba.
– Pójść… z panem?
– Nie. Zostań tutaj.
Droga była daleka, ale wściekłość sprawiła, że nogi same go niosły.
Nadrzeczna jak zwykle cuchnęła dymem i ściekami. Mężczyźni w przepoconych łachmanach wodzili za nim ponurym wzrokiem, kiedy przemierzał bulwar w swoich błyszczących butach i czerwonym kaftanie wyszywanym złotą nicią. Vigo odwzajemniał ich spojrzenia bez strachu, wręcz sam je wyszukiwał. Musiał mieć naprawdę brzydką minę, bo nikt go nie zaczepił, a większość prędko odwracała głowy.
Bez trudu odnalazł właściwą kamienicę, był już przecież w jej piwnicach. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miał nadzieję na odzyskanie przyjaciela. Tylko tyle i aż tyle. Teraz wmawiał sobie, że wszelką nadzieję porzucił.
Wspiął się po schodkach i zabębnił pięścią w drzwi, aż posypały się płaty starej farby. Zgrzytnęła zasuwa.
– Kogo niesie?! – burknął strażnik, wpasowując nalaną gębę w małe okienko.
– Szukam Reniera. Dobrze trafiłem?
Mężczyzna zmierzył uważnym spojrzeniem jego twarz, a następnie haftowany kaftan połyskujący złotymi blaszkami.
– To zależy – orzekł wreszcie. – A kto pyta?
– Hrabicz Vigo Gimari. Powiedz mu, że mam nowe informacje w sprawie.
Strażnik wybąkał pod nosem coś niezrozumiałego i wycofał głowę do środka. Po krótkim wahaniu posłał mu przepraszające spojrzenie i przymknął za sobą okienko.
Czekając, Vigo spoglądał beznamiętnie w górę i dół ulicy. Na drugim brzegu para chłopców czerpała wodę z rzeki, kręcąc kołowrotem. Środkiem nurtu płynęła barka wyładowana skrzyniami winogron. Od prawej nadchodziła dziewczyna z koszem bielizny. Na widok Vigo zwolniła, zakręciła się przy nabrzeżnej barierce. Postawiła kosz na zapiaszczonym deptaku, odgarnęła włosy z czoła i wzięła się pod boki, rzucając mu powłóczyste spojrzenie. Była młoda, bardzo młoda, jak pączek, który dopiero zaczął rozkwitać. Vigo uciekł wzrokiem na dachy przeciwległych ruder, a potem odwrócił się plecami do rzeki.
Wkrótce strażnik zaprosił go do środka. Vigo nie czekał, aż wskaże mu drogę, sam zaprowadził się do lochów. Korytarzem zmierzał już ku niemu szczupły mężczyzna o krótkich, ciemnych włosach, w czarnym dublecie zapinanym na srebrne haftki. Szyję miał szczelnie obwiązaną czarną chustką.
– To ty jesteś Renier?!
Spotkali się u stóp schodów. Mężczyzna zmierzył go spojrzeniem i skłonił głowę, nie kryjąc drwiącego uśmieszku.
– Hrabicz Vigo Gimari – zachrypiał. – Sądziłem, że przyjdzie mi pukać do drzwi wielmożnego pana, tymczasem to wielmożny pan odnalazł mnie pierwszy. Czy mam postrzegać tę wizytę jako gest dobrej woli?
– Wręcz przeciwnie. Przyszedłem tu po pewną dziewczynę i jej ojca. Moje źródełka zaszemrały, że przetrzymujecie ich w tym paskudnym miejscu, nie mając ku temu żadnych podstaw.
– Podstawy mamy nienaruszalne – zapewnił spokojnie mężczyzna zwany Renierem. – Weźmy na przykład bliskie relacje podejrzanych z jeszcze bardziej podejrzanym Dannem Latulte. Albo, dajmy na to, moją decyzję.
Vigo pozostał niewzruszony.
– Decyzję odwołasz – oświadczył chłodno. – A podejrzanych znajdziesz sobie innych. Ta dziewczyna dość już przeszła, a ja zapewniam, że o grzechach naszego wspólnego znajomego nic nie może wiedzieć. Znam go trochę i wiem, że nic by jej nie powiedział. Byli dla niego tylko gospodarzami.
– O tym się jeszcze przekonamy – zapowiedział złowieszczo Renier. – Swoją drogą, czy nie powinieneś raczej martwić się o siebie? Domyślasz się chyba, że jesteś następny na mojej liście.
– Kiedykolwiek – odparł beznamiętnie. – Nie mam nic do ukrycia. Latulte nigdy mi o niczym nie mówił, a ja niczego nie podejrzewałem.
Mężczyzna uniósł brwi w ostentacyjnym zdziwieniu.
– Tak blisko, a tak daleko?
Vigo zmarszczył czoło, ale nie domagał się wyjaśnień.
– Chcę z nią porozmawiać – zażądał. – W tym momencie.
Renier zaśmiał się, cicho, szyderczo, ale szybko umilkł. Zmrużył oczy i wygiął usta w przebiegłym uśmieszku.
– Ależ proszę – zamruczał, rozkładając szeroko ramiona. – Chętnie usłyszę, co hrabicz Gimari ma temu dziewczęciu do powiedzenia.
Weszli w jakieś drzwi po lewej, do zimnego, obskurnego pomieszczenia o murach zdobionych draperiami zacieków. Przez wąskie okno, umiejscowione pod samym sufitem, wpadała do niego odrobina światła. Na środku stało krzesło zajmowane przez drobną postać, w której Vigo natychmiast rozpoznał Milę. Ręce miała wykręcone do tyłu, a głowę spuszczoną, tak że włosy przesłaniały jej twarz. Na odgłos kroków drgnęła nerwowo i próbowała skulić się jeszcze bardziej.
– Ja nic nie wiem! – zachlipała żałośnie. – Nic nie wiem…
Vigo prędko znalazł się przy dziewczynie. Uklęknął na jedno kolano i położył dłoń na jej ramieniu.
– Mila, to ja, Vigo.
Zadarła głowę i obrzuciła go nierozumiejącym spojrzeniem. – P-p-pan… G-gi… – wykrztusiła, po czym wygięła usta w podkówkę i uderzyła w jeszcze głośniejszy płacz.
– Cichutko. Przyszedłem, żeby cię stąd wyciągnąć. Obiecuję, że wyjdziesz stąd jeszcze dzisiaj.
Nie przejął się złośliwym parsknięciem, które rozległo się gdzieś za jego plecami. Ujął dziewczynę pod brodę i przyjrzał się jej twarzy. Pod lewym okiem puchnął fioletowy krwiak, rozwichrzone włosy kleiły się do mokrych policzków. Dziewczyna miała bose stopy, a skórę powyżej kostek obtartą od szorstkiego sznura. Drżała z zimna i ze strachu.
– Ja nic nie wiem – chlipała uparcie. – On… po prostu… zniknął… Zostaaa-awił mnie…
Zawyła rozdzierająco, dławiąc się własnym szlochem. Vigo sięgnął do kieszeni po chustkę. Szepcząc uspokajające słowa, osuszył oczy i policzki dziewczyny, wytarł zasmarkane usta i brodę. Wodziła wzrokiem po jego twarzy, haustami łapiąc powietrze.
– Nie wiem, jak mógł mi to zrobić – wykrztusiła. – Nie wiem, co z tatkiem, nie wiem, co z naszym domem… Nie wiem, kim on jest! – Głos jej się załamał. – Myślałam, że jest… po prostu… sobą…
– Wszyscy tak myśleli – odparł ze smutkiem Vigo. – Wierz mi, nie tylko ciebie zaskoczył. Nie tylko ciebie rozczarował. – Otarł palcem kolejne łzy, które potoczyły się po jej policzkach. – Nie płacz już – poprosił. – Ktoś taki nie zasługuje, żeby po nim płakać. Wiem, że to niewiele – uśmiechnął się łagodnie – ale jeśli jestem czegoś pewien, to tego, że mu na tobie zależało. Wiem, że gdyby mógł, nigdy nie pozwoliłby, żeby spotkało cię coś takiego.
Słowa płynęły z jego ust tak miękko, jakby szczerze w nie wierzył. W oczach dziewczyny błysnęła nadzieja. Patrzyła na niego z wdzięcznością, ale i wyczekiwaniem. Zmarszczył czoło, bo tego jednego na pewno nie chciał.
Nie chciał, żeby czekała.
– To już koniec, Mila – dodał szorstko. – Nie możesz o nim myśleć, nie możesz go rozpamiętywać. Musimy zrozumieć, że był kimś innym. Musimy zapomnieć. Im szybciej, tym lepiej.
Pogładził z czułością jej włosy. Widział w jej oczach dogłębny smutek i czuł go całym sobą, bo to był również jego smutek.
– Zapomnij – poprosił szeptem. Oderwał kolano od posadzki i złożył na jej czole delikatny pocałunek. – Wytrzymaj jeszcze trochę, dobrze? Obiecuję, że jeszcze przed nocą będziecie w domu.
Odwrócił się i z miejsca napotkał szyderczy grymas Reniera.
– Hojna to obietnica, zaiste. Szkoda, że bez pokrycia.
– Wyjdźmy na korytarz.
Zaczekał, aż śledczy przekręci klucz w zamku i stanie z nim twarzą w twarz.
– Ta dziewczyna jest niewinna – stwierdził sucho. – To chyba widać na pierwszy rzut oka.
– Krzyki, szlochy i zapewnienia to nie jest w tych piwnicach nic niezwykłego.
– Aż tak bardzo potrzebujesz podejrzanych? Jeśli koniecznie chcesz z kimś rozmawiać, rozmawiaj ze mną.
– Ale dlaczego miałbym wybierać?
Vigo zignorował zaczepkę.
– Sam słyszałeś, że coś jej obiecałem – ciągnął, zniżając głos. – Już twoja w tym głowa, żeby tak właśnie się stało.
– Moja?! – parsknął Renier. – Bo jak nie, to co?
Przewiercił go wyzywającym spojrzeniem, ale wystarczyło, aby Vigo drgnął, a przyłożył dłoń do krtani i zaskrzeczał:
– Tylko nie gardło!
Vigo rozluźnił zaciśnięte pięści.
– Lubisz swoje życie? – zapytał spokojnie. – A co z jego poszczególnymi składowymi, takimi jak stanowisko, majątek? Zęby, kończyny?
– Działam w imieniu i na rzecz wywiadu – odparł hardo śledczy. – Atak na moją osobę to atak na wywiad, a więc pośrednio również na całe królestwo.
– Atak na mnie to zwykła głupota. Podobnie jak niespełnienie mojej usilnej prośby.
Renier prychnął kpiąco, choć strzegącej gardła ręki nie opuścił.
– Gimari nie mają już takich wpływów jak kiedyś.
– Wystarczy, żeby zmiażdżyć kogoś takiego jak ty. – Vigo podszedł jeszcze trochę bliżej, zmuszając go do wciśnięcia się plecami w ścianę. – Teraz stąd wyjdę – powiedział powoli – a ty wypuścisz i ojca, i córkę, oficjalnie oczyszczając ich z wszelkich podejrzeń. Gdy tylko wrócę do domu, wyślę na Winniczną swojego osobistego lekarza. Lekarz wyruszy natychmiast, a jeśli nie zastanie ich na miejscu… będziesz skończony.
Odepchnął się ręką od ściany i ruszył ku schodom, ale Renier prędko odzyskał rezon.
– Skoro tak się o nią troszczysz – zawołał, a jego głos ociekał jadem – to dlaczego nie powiesz jej prawdy?!
Zatrzymał się, a potem powoli odwrócił przez ramię.
– Jakiej prawdy?
– O tobie i podporuczniku Latulte – zasyczał z dziką satysfakcją śledczy. – O tym, co was łączyło. Czy ona wie, że gzicie się ze sobą jak psy, i to od zamierzchłych czasów? Och, nie udawaj! – prychnął, widząc oszołomienie na jego twarzy. – Sam się do tego przyznał, powiedział mi to wprost.
– Latulte tak powiedział? – bąknął Vigo, kompletnie skołowany.
– Dlaczego miałby to ukrywać? Podobno wszyscy o tym wiedzą.
– Kto o tym wie? – zapytał, nagle zdjęty strachem, i ruszył z powrotem w głąb korytarza.
– Wszyscy! – zaskrzeczał Renier, który cofał się teraz z rękoma na krtani, ale nie gubił zjadliwego uśmieszku. – Wszyscy od zawsze wiedzieli! Nie mów, że się nie domyślałeś!
Vigo pchnął go w pierś i przycisnął do ściany.
– Jak mogli wiedzieć o czymś, czego nigdy nie było? – wycedził, kładąc dłoń na jego dłoniach i lekko naciskając.
Śledczy przyglądał mu się równie badawczo jak on jemu, a wydawał się przy tym podobnie skonsternowany.
– Który z was pije więcej? – zapytał ostrożnie.
Vigo nie dociekał.
– To, z kim się gżę, to wyłącznie moja sprawa – podkreślił dla pewności. – Wbij to sobie dobrze do głowy, bo jeśli kiedykolwiek dojdą mnie jakieś pogłoski na ten temat, będę wiedział, komu to zawdzięczam.
Po twarzy Reniera przemknął złośliwy grymas.
– A zatem przyznajesz, że to prawda?
Chwilę później rozdziawił usta i zacharczał, bo Vigo zmienił dłoń na ramię i z całej siły naparł na jego czuły punkt.
– Chcesz poczuć prawdę we własnej dupie?
Przerażony Renier pokręcił głową.
– Tak właśnie sądziłem – sapnął Vigo, zwalniając chwyt i odstępując na dwa kroki. – Przynajmniej teraz rozumiesz, jaka jest stawka.
Mężczyzna zgiął się wpół i zakaszlał, badając palcami krtań. Vigo rzucił mu ostatnie ostrzegawcze spojrzenie i ponownie ruszył ku schodom. Ledwo postawił nogę na pierwszym stopniu, kiedy śledczy odzyskał głos.
– Noż kurwa, i jak ja mam pracować?! – wybuchnął z goryczą. – Najlepiej szybko! Ostrzegam, że tempo mam raźne, a mojemu lekarzowi będzie się bardzo śpieszyć.
Strażnik otworzył mu drzwi, nie zadając pytań. Vigo opuścił budynek sprężystym krokiem, z wysoko uniesioną głową. Na ulicy najpierw zwolnił, a potem dla odmiany rzucił się biegiem. Biegł i biegł, aż do utraty tchu, jakby goniła go cała przeszłość.
„To już naprawdę koniec”, pomyślał, przystając na moście i łapiąc oddech. Przysłonił oczy dłonią, bo oślepiało go zachodzące słońce. Co to on powiedział Mili, przywiązanej do krzesła i łykającej własne smarki? Ach, tak. Że ma zapomnieć.
Zapomnieć.
– Skurwysyn – wycedził i splunął do rzeki.
I wcale nie miał na myśli Reniera.
Pierwszy dzień swojej wolności Vala spędziła w łóżku. Wzięła dwie kąpiele, zjadła lekki obiad, a potem od razu zagrzebała się w pościeli i spała, jakby się opiła wywaru z biadliczki. Następnego dnia Tariro nie mogła jej dobudzić nawet w południe. Wiedźma otworzyła oczy tylko po to, aby wysyczeć kilka jadowitych słów i przegonić ją z pokoju.
Dopiero pod wieczór, kiedy Tariro mocno nią potrząsnęła, raczyła zwlec się z łóżka. W pierwszych słowach zażądała kolacji, obowiązkowo z kieliszkiem wina. Potem spisała listę eliksirów, które Tariro miała dla niej zamówić u alchemików. Były to głównie mikstury przyśpieszające porost włosów i poprawiające kondycję skóry, mieszanki ziół, pachnące olejki i inne cuda-niewidy. Alchemicy byli wyraźnie skonsternowani, bo nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby Tariro Tildered zamawiała u nich tego rodzaju specyfiki. Zażenowana czarodziejka musiała dodać, że to zlecenie o najwyższym priorytecie.
Następnie wiedźma kazała wezwać do siebie najlepszego lekarza. Tariro postanowiła zaprosić Dusana, po części z egoistycznych pobudek: chciała zobaczyć, jak pod wpływem strasznego widoku pęka jego skorupa dystansu i obojętności. Z premedytacją nie ostrzegła go, że pacjentką będzie chuda, wyłysiała, przeraźliwie blada istota, która na dodatek będzie Valą. Rzeczywiście, zaraz po wejściu do pokoju czarodziej stanął jak wryty i Tariro z satysfakcją obserwowała, jak na jego twarzy zrozumienie ustępuje niedowierzaniu, a potem przerażeniu. Był to jednak zaledwie krótki epizod: Dusan powrócił do swego oschłego profesjonalizmu tak błyskawicznie, że ostatecznie to on wprawił ją w zdumienie.
Kolejnym priorytetem na liście Vali był balwierz. Tariro postanowiła powierzyć tę rolę tej samej służącej, którą Merlester wyznaczył do obsługiwania wiedźmy. Kobieta opiekowała się wcześniej jego synami, a jej ciotka niańczyła samego Merlestera, toteż król darzył ją pełnym zaufaniem. Zobowiązali ją oczywiście do pełnej dyskrecji, podobnie jak Dusana. Wiedzieli, że nie utrzymają uwolnienia Vali w tajemnicy, ale bynajmniej nie zamierzali tego faktu rozgłaszać. Woleli, aby plotki rozchodziły się powoli.
Vala pozbyła się obrzydliwych resztek włosów, goląc głowę na łyso. Tariro odwiedziła ją po kolacji i o mało nie zemdlała, kiedy zobaczyła jej połyskliwy, biały czerep chwiejący się na cienkiej szyi. Wiedźma siedziała na łóżku, z nogami dyndającymi nad podłogą, i chyba już przysypiała. W oczach Tariro, która nie mogła jej postrzegać inaczej niż przez pryzmat dawnej potęgi, wyglądała wręcz absurdalnie. Chude ciało wprost tonęło w koszuli nocnej, która wzdymała się na tułowiu jak żagiel. Skulone ramiona, wiotka szyja i zapadłe policzki upodabniały wiedźmę do żółwia albo jakiegoś fantastycznego stworzenia rodem ze świątynnych płaskorzeźb. Zielone oczy wydawały się ogromne na tle kościstej twarzy. Tariro aż podskoczyła, kiedy ów cudaczny, zabiedzony stwór, dla którego zdążyła już przecież poczuć litość, zaczął skrzeczeć, że kolacja była za ciężka na jego wrażliwy żołądek.
Zaciskała zęby ze złości, ale posłusznie wykonywała kolejne polecenia. Merlester nie był równie wyrozumiały. Co kilka godzin wzywał czarodziejkę, aby donosiła o postępach, których nie było. Również Pyrriven zasypywał ją pytaniami, aż w końcu musiała obu postawić do pionu. Choć bynajmniej nie udawała irytacji, to rozumiała ich doskonale: na całym kontynencie po dworach i twierdzach zapanowała nerwowość, bo Welimowie posuwali się na wschód w zastraszającym tempie, codziennie zagarniając jakieś miasto, codziennie wyrzynając kilka wiosek. Elfy ani myślały ustąpić, niezmiennie stawiały opór, równie dzielnie, co bezskutecznie. Welimska magia czaiła się w lasach, spadała znienacka na fortece, wdzierała się za mury miast, okrutna i niepowstrzymana, a za nią podążali wojownicy w skórach, uzbrojeni w topory i noże. Coraz częściej słyszało się, że tym razem upadnie i Cynedin, że to już koniec tysiącletniej historii Nunavatu, a może nawet koniec Aerwynów – jedynego w historii rodu, w któ-rym czarodziejstwo było dziedziczne. Tariro nadal żywiła nadzie-ję, że Alberich Elgan Aerwyn jeszcze nie pokazał wszystkiego, co potrafi; czuła się jednak w tej nadziei coraz bardziej odosobniona.
Na południu elfy padały jak muchy, zabierając ze sobą tylu barbarzyńców, ilu zdołały, tymczasem na północy Vala „dbała o siebie” i co rusz wydawała nowe rozkazy. Potrafiła zażyczyć sobie kąpie-li w środku dnia albo miodowych ciastek, za którymi jej biedna służąca musiała biegać po całym mieście. Na polecenie czarownicy sprowadzono do zamku najlepszego kamanteryjskiego krawca, który szył wyłącznie dla arystokracji. Pyrriven oniemiał, kiedy zobaczył kosztorys zamówienia na suknie i bieliznę, do realizacji w trybie natychmiastowym.
Z kolei Tariro zaczęła dokuczać bezsenność i jakaś dziwna nerwowość. Nie mogła przywyknąć do obecności Vali, nieustannie towarzyszyła jej świadomość, że wiedźma jest tuż obok. Często łapała się na obserwowaniu dzielącej je ściany albo zgadywaniu, o czym tamta może właśnie myśleć. Wyobrażała sobie, że cała jej gorycz, wszystkie nienawistne intencje kłębią się nad jej głową niczym trujące opary, które wyciekają wszystkimi możliwymi szczelinami, aby odszukać drogę do jej własnej komnaty i kłaść się cieniem na jej myślach. Wkrótce zaczęło jej się wydawać, że ktoś ją obserwuje, choć wiedziała, że to całkiem niedorzeczne.
Na dodatek nie miała nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Vira przestała traktować ją chłodno, ale za nic nie chciała słyszeć
o wiedźmie. Vincent do tej pory nie zasugerował, aby przenieść jego żerdź na stare miejsce, to znaczy do sypialni Tariro.
Pewnego ranka czarodziejka uznała, że nie może dłużej wystawiać królewskiej cierpliwości na próbę. Odwiedziła wiedźmę w jej pokoju, jak zwykle bardzo jasnym i ciepłym. Vala siedziała przy toaletce, zgodnie z jej życzeniem pozbawionej lustra, a zastawionej najróżniejszymi słoiczkami i buteleczkami. Chrupała plastry marchewki, nie zwracając na gościa najmniejszej uwagi.
Tariro bez skrępowania zlustrowała ją wzrokiem. Wiedźma siedziała zgarbiona, z łokciami na blacie i zwieszoną głową, jakby jej mięśnie były zbyt słabe, aby mogła trzymać się prosto. Nadal wyglądała jak straszydło, choć dało się dostrzec pewną poprawę. Nie była już taka blada i chyba nabrała trochę ciała. Jej skóra przestała przypominać zmięty pergamin, a na czaszce pojawiła się króciuteńka, ciemna szczecina.
Tariro dała służącej znak, aby zostawiła je same, a kiedy szczęknęły zamykane drzwi, przycupnęła na skraju łóżka.
– Siedzisz tutaj od pół miesiąca – stwierdziła chłodno.– Najwyższy czas, abyś zaczęła wypełniać swoje zobowiązania. Jeszcze trochę, a Merlester oszaleje z wściekłości.
– Chyba nie oczekujesz, że pokażę mu się w takim stanie? Nie mogę dać mu tej satysfakcji.
– Nikogo nie interesuje twój wygląd.
– Mnie interesuje. Bez mojej urody nie jestem tą samą Valą. Brakuje mi pewności siebie.
– Słucham?! – Tariro parsknęła śmiechem. – Musisz do tego dobrze wyglądać? Rozczarowujesz mnie.
– Jestem kobietą, to chyba normalne? – Vala przekręciła się na krześle, żeby na nią spojrzeć. – Kobieta powinna o siebie dbać. Uroda może być potężną bronią.
Tariro uniosła sceptycznie brwi.
– Nie chciałabym polegać na swoim wyglądzie.
– Nie musisz na nim polegać. Po prostu nie zapominaj, że to również może być twój atut. W końcu całkiem urocze z ciebie dziewczątko.
– Dziękuję, babciu – sarknęła.
Vala wzruszyła ramionami i znów pokazała jej plecy.
– Jak tam sobie chcesz.
Wróciła do pogryzania marchewki. Tariro wygięła usta w cierpkim grymasie. W życiu nie spodziewałaby się, że będzie dostawać rady od Vali. Ani na moment nie zapomniała jednak, po co do niej przyszła.
– A zatem – podniosła głos – kiedy zamierzasz wychynąć ze swojej pieczary? Nie będziemy przecież czekać w nieskończoność.
Wiedźma westchnęła.
– Spójrz na mnie. Nadal jestem słaba. Wszystko sprawia mi trudność, nawet mówienie.
– Wiesz, nie musimy czekać, aż będziesz zdolna do wygłoszenia płomiennego przemówienia. Możesz nam opowiedzieć wszystko po trochu, nawet bez wychodzenia z tego pokoju.
– Nie ma mowy – warknęła Vala. – Nie pozwolę, aby ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie. Poza tym nie mogę się już doczekać, aż stanę przed Merlesterem i spojrzę mu w oczy, wolna i groźniejsza…
– Nie taka znowu wolna…
– …groźniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Chcę zobaczyć w jego oczach strach, strach i nienawiść – obwieściła głosem, który przywodził na myśl syczenie kwasu. – A wtedy ja odpowiem jeszcze większą nienawiścią, tak że wyczyta w mojej twarzy całą swoją przyszłość… Ale do tego muszę wyglądać jak Vala – dodała rzeczowo – a nie jej śmieszna karykatura.
Tariro słuchała tego z uniesionymi brwiami, a teraz prychnęła lekceważąco.
– To może potrwać – zauważyła sceptycznie.
– Nic wam się nie stanie, jeśli trochę poczekacie.
– Doprawdy? Tak się składa, że owszem, zależy nam na czasie, a ciebie wiąże przysięga. „Jak najszybciej”, mówią ci coś te słowa?
Vala rzuciła jej wściekłe spojrzenie.
– Na szczęście wiem, że w obecnej sytuacji te kilka dni nie zrobi wam żadnej różnicy – wycedziła. – A ponieważ wyglądam i czuję się jak chodzący trup, to korzystam ze swojej „wolności osobistej”. Mówią ci coś te słowa?
Mierzyły się spojrzeniami niczym walczący szermierze, między którymi migoczą klingi i szczęka stal.
– Kiedy? – powtórzyła niewzruszona Tariro.
– Daj mi czas do jutra. Sama do ciebie przyjdę.
– Trzymam cię za słowo, i to jak – odparła chłodno. – Mocniej niż w imadle. Chyba nie zapomniałaś jeszcze, jak było w lochach? Zakładam, że nie chcesz od razu tam wrócić. A do tego wystarczy, żebym „uznała”.
Odpowiedziało jej tylko głośniejsze chrupanie.
Vala dotrzymała słowa i nazajutrz sama zapukała do jej drzwi. Stała na korytarzu w prostej, ciepłej sukni z wysokim kołnierzem. Tariro zdumiała się, jaka jest malutka – czubkiem głowy ledwo sięgała jej do brody. Takie to małe, a takie wredne.
– Proszę, proszę! A jednak się doczekaliśmy – zakpiła, opierając się o framugę.
– Powiedzmy, że jestem gotowa do działania – oznajmiła z wielkopańska Vala. – Ale najpierw muszę jeszcze odwiedzić mój zamek. Potrzebuję dwóch, trzech dni…
– Że co?!
– …na uporządkowanie swoich rzeczy i odnalezienie kilku cennych drobiazgów.
– Jak cennych? Tak cennych, że to nie może poczekać?! No, chyba że ma to związek z naszymi poszukiwaniami.
– Wszystko ma związek ze wszystkim – odparła wymijająco wiedźma. – Zapewne obłożyliście zamek jakimiś pieczęciami, więc lepiej, żebyśmy wybrały się tam razem. Nie czuję się na siłach, żeby przełamywać cudze zabezpieczenia.
– Niech będzie – mruknęła niechętnie Tariro. Przekonała się już, że kłótnia z Valą może zająć więcej czasu niż spełnienie jej zachcianki.
– Zresztą to będzie moja pierwsza teleportacja – dodała tamta. – Nie do wiary, ale trochę się boję. Kto by pomyślał, że wystarczy dziesięć lat więzienia…
Nie dokończyła myśli, zamiast tego pchnęła drzwi i wślizgnęła się do pokoju.
– Nie zapraszałam cię do środka – zawarczała Tariro.
– A co, chowasz tu jakiegoś mężczyznę? – Wiedźma obrzuciła wnętrze krótkim spojrzeniem. – Nie obchodzą mnie twoi mężczyźni. Szukam lustra.
W odległym kącie, niemal naprzeciw drzwi, stało wysokie zwierciadło w miedzianej ramie. Wiedźma spostrzegła je od razu, ale uciekła wzrokiem, zupełnie jak podlotek przyłapany na zezowaniu na przystojnego gościa. Dopiero po chwili przemogła się, aby ruszyć naprzód. Dopadła do niskiej komody i przylgnęła do niej całym bokiem, jakby szukała w niej oparcia. Stąpała powoli, sunąc dłonią po szczycie mebla; można by pomyśleć, że sprawdza, kiedy go ostatnio odkurzono. Tariro z rezygnacją obserwowała jej przygarbione plecy. Nie ulegało wątpliwości, że dla Vali to wielki moment.
– Ładny – powiedziała nagle, przystając i biorąc coś do ręki. – Prosty, ale elegancki.
Uniosła w górę kościany grzebień w drewnianej oprawie, jakby chciała pokazać go czarodziejce, po czym pochyliła głowę i długo mu się przyglądała. Od tyłu wyglądało to wręcz, jakby tuliła go do piersi. Tariro zrozumiała, że wiedźma odwleka moment zerknięcia w lustro, i sapnęła niecierpliwie.
– No, już! Nie mam wieczności.
Wiedźma odetchnęła głęboko, odłożyła grzebień na miejsce i z ociąganiem stanęła przed zwierciadłem. Tariro nie mogła się powstrzymać i podeszła bliżej, ciekawa jej reakcji. Vala długo patrzyła na swoje odbicie, ale jej twarz nie wyrażała niczego poza umiarkowaną nostalgią.
– No tak… – westchnęła. – Zgubiłam te kilka latek.
Obróciła się w miejscu, żeby obejrzeć się z każdej strony. Zniecierpliwiona czarodziejka skrzyżowała ręce na piersi i wymownie przechyliła głowę, a po chwili dołączyła do tego tupanie nogą. Wiedźma była na te znaki ślepa i głucha.
– Przybyło mi zmarszczek, oj, tak… Choć pewnie byłoby jeszcze gorzej, gdybym w pewnym momencie po prostu nie straciła nadziei… Wyobrażasz to sobie? Przestałam rozpaczać, zobojętniałam zupełnie i czekałam już tylko na śmierć… Nie do wiary, co?
– Nie do wiary – potwierdziła zirytowana Tariro.
– Ech, dziesięć lat temu byłam olśniewającą pięknością…
– Chyba we własnym mniemaniu.
– Piękne, gęste, kasztanowe włosy… Gładka cera… Apetyczne krągłości…
– Dość już tego! – fuknęła Tariro. – Nie mam ochoty słuchać tych starczych farmazonów. – Wymownie wskazała ręką na korytarz, ale na wiedźmie nie zrobiło to wrażenia. Nachyliła się ku zwierciadłu i obciągnęła kołnierz, aby przyjrzeć się swojej szyi, po czym zaczęła wodzić palcami po skórze wokół oczu.
– A co z moim zamkiem? – rzuciła od niechcenia.
– Tyle paplasz, że zdążyłam już o tym zapomnieć – burknęła Tariro. – Jeśli chcesz, możemy się tam udać nawet teraz.
– Idealnie – odparła półprzytomnie wiedźma, gładząc zmarszczki na czole. – Ale chyba wolałabym, żebyś otworzyła dla mnie tunel.
– Wszystko, co zechcesz, bylebyś tylko sobie stąd poszła.
Vala uwiła swoje gniazdko na południu Kamantery, w pobliżu granicy z Lestią i wschodnich zboczy gór Redrysen, za którymi rozciągała się już Wielka Ziemia Martwa. Zdaniem Tariro lokalizacja nie należała do szczególnie atrakcyjnych: mało żyzne, kamieniste gleby sprawiały, że był to słabo zaludniony region, słynący z jednostajnego krajobrazu, w którym dominowały na wpół dzikie łąki. Miejscowi żyli przede wszystkim z wypasu bydła i kóz, a niektórzy nadal prowadzili koczowniczy tryb życia. Możliwe, że wiedźma wybrała to miejsce, bo znalazła tutaj wymarzoną rezydencję. Czarodzieje od zawsze lubowali się w starych, opuszczonych fortyfikacjach, które przy odrobinie wysiłku dało się przywrócić do stanu używalności i zamienić w siedzibę godną kogoś władającego magiczną mocą.
Co prawda Vala lubiła nazywać swój dom „zamkiem”, było to jednak nieco zbyt szumne określenie na budowlę, przed którą stanęły, wyłoniwszy się z portalu. Był to raczej rozbudowany, ufortyfikowany dwór, zaledwie dwukondygnacyjny, z trzema skrzydłami otaczającymi wąski dziedziniec i niską basztą przylegającą do skrzydła frontowego, na lewo od głównego wejścia. Majątku nie otaczał żaden mur ani nawet płot, bo Vali nie zależało na funkcji obronnej, zresztą sama jej obecność działała lepiej niż najsilniejsze umocnienia. Kiedy wiedźma zamieszkała tutaj jakieś dwie dekady temu, najbliższe wsie opustoszały w ciągu kilku miesięcy, a dalej położone miasteczko skurczyło się i podupadło. Łąki zarosły, bo nikt nie ryzykował wypasania tutaj zwierząt, i nawet teraz, po dziesięciu latach jej nieobecności, wybujałe trawska ciągnęły się jak okiem sięgnąć.
Sam dwór trzymał się nieźle, Tariro powiedziałaby wręcz, że nic a nic się nie zmienił. Po uwięzieniu Vali wszystkie okna i drzwi zabito deskami i zabezpieczono pieczęciami, które pomimo braku nadzoru wyglądały na nienaruszone; zapewne pomogła im zła sława właścicielki majątku. Tariro nieźle się napociła, zanim przełamała wszystkie pieczęcie na głównych wrotach, a wiedźma bynajmniej nie ułatwiała jej zadania. Uważnie obserwowała jej pracę, niczym królowa pochylona nad pracującą służącą, i co chwila narzekała na tempo. Kiedy drzwi nareszcie stanęły otworem, pierwsza przepchnęła się do środka, dumnie zadzierając głowę. Brakowało tylko korony i długiego dywanu.
Za progiem uderzył je zaduch i mdlący zapach kurzu. Znalazły się w wąskim przedpokoju, a Tariro zdumiała się, nie po raz pierwszy zresztą, jak zwyczajnie, wręcz swojsko wygląda to wnętrze. W kącie przy drzwiach stał rogaty wieszak, ściany zdobiły urokliwe obrazki. Na przykrytym koronkami kredensie stał mosiężny wazon. Tak mogłaby wyglądać sień w dworku średniozamożnej szlachty, w którym toczyło się normalne życie wiejskiej rodziny.
Drzwi po obu stronach korytarza były uchylone albo otwarte na oścież, a za nimi kotłowała się gęsta ciemność. Obie posłały w powietrze kilka ogników. Wiedźma zniknęła w salonie, podczas gdy Tariro weszła do kuchni. Kamienne ściany obwieszone patelniami, wysoka szafa, solidny stół. Wchodząc do budynku, spodziewała się, że będzie brodzić po kostki w szkieletach gryzoni, rozgarniając ramionami pajęczyny, jednak wnętrze okazało się dobrze zakonserwowane. Kurz pokrył wszystko równą warstewką, a na podłodze walały się mysie bobki, ale poza tym panował względny porządek.
Wróciła na korytarz i zajrzała do salonu, skąd dobiegały jakieś dziwne dźwięki, skrzypienie desek i coś jakby szuranie. Od razu pożałowała swojej ciekawości. Vala, która jeszcze przed chwilą przytrzymywała się komody, teraz wirowała wzdłuż długiego stołu, zupełnie jakby sunęła przez rozświetloną salę balową. Muskała zakurzone oparcia krzeseł niczym wyciągnięte dłonie młodzieńców. Na jej twarzy malował się taki zachwyt, że na krótką chwilę czarodziejce stanęła przed oczami wystrojona pannica, przed którą otwiera się właśnie bajeczny świat uczt i bali, muzyki i tańca, powłóczystych spojrzeń i cichych westchnień.
Tylko ta łysa czacha psuła nieco efekt. I jeszcze te ruchy, którym daleko było do młodzieńczej żywiołowości. Wiedźma stawiała drobne kroczki, a obracała się powoli i ostrożnie. Tak mógłby tańczyć ożywiony strach na wróble. Gdyby Tariro miała dopasować do tych pląsów jakąś muzykę, byłoby to trzeszczenie drewnianego mostu, żałosnymi jękami ostrzegającego przed bliskim zawaleniem.
– Co to ma być, bal żywych trupów?
Vala zauważyła ją dopiero teraz, ale bynajmniej nie wyglądała na zażenowaną.
– Nareszcie w domu – westchnęła, niby od niechcenia, a przecież nie bez kropli jadu.
– Na pewno trzyma się lepiej niż ty – stwierdziła okrutnie Tariro. – Po co właściwie chciałaś tu przyjść?
– To mój dom, dziwisz mi się?
Tariro łypnęła na nią podejrzliwie, ale zaraz zdusiła wątpliwości. Vala była związana przysięgą i nie mogła działać na ich niekorzyść.
Tymczasem wiedźma wykręciła ostatni piruet, sapnęła ciężko i oparła się łokciami o stół.
– Uff, przesadziłam!
Tariro prychnęła z pogardą.
– To co, wracamy?
Wiedźma zdecydowanie pokręciła głową. Wystarczyło kilka świszczących oddechów, a już naprostowała plecy i powlekła się prosto na nią. Tariro odskoczyła do tyłu, wzdrygając się na samą myśl, że czarownica mogłaby się o nią otrzeć w przejściu.
Kiedy wspinały się po schodach, Tariro z niepokojem obserwowała jej rozdygotane ręce i niepewnie stawiane stopy. Nie, żeby dobro tej starej jędzy jakoś szczególnie leżało jej na sercu, ale, psiakrew, jeśli spadnie i złamie kark, to cały plan weźmie w łeb.
Vala radziła sobie jednak o wiele lepiej niż tamtego dnia, kiedy opuszczała twierdzę Kurikum. Na szczycie schodów stanęła dumnie wyprostowana i ruszyła ku pierwszym drzwiom po lewej. Ledwo je otworzyła, ledwo posłała przodem kilka małych światełek, a już rozległo się jej oburzone skrzeczenie.
– Co to jest?! Co to ma być?!
Tariro weszła za nią do pokoju, który zapamiętała jako mały gabinet czy też bibliotekę. Wiedźma pochylała się nad stołem zawalonym stosami ksiąg, które niegdyś zapełniały stojące pod ścianami regały. Teraz z regałów zwieszały się pęki ziół, które zapewne rozpadłyby się w pył przy najlżejszym dotknięciu, a także coś, co wyglądało jak halka i pończochy. Tuż za progiem walały się fragmenty szkła. Tariro przypomniała sobie, że Vira stłukła tutaj wielki baniak z winem.
– Widzę, że trochę tutaj pozmienialiście – sapnęła z ironią wiedźma, przekładając tomiszcza z jednego na drugie, jakby chciała sprawdzić, czy niczego nie brakuje.
– Musieliśmy wszystko przejrzeć – odparła Tariro, opierając się ramieniem o futrynę.
– Nieładnie jest grzebać w cudzych rzeczach.
– Wierz mi, nie mieliśmy na to najmniejszej ochoty, po prostu tak nakazywał rozsądek. Zachowaliśmy kilka co cenniejszych znalezisk, na przykład twoje zaprawy. – Poklepała się znacząco w okolicach mostka. – Ale można by to policzyć na palcach jednej ręki, bo Merlester kazał zostawić wszystko na miejscu. Chyba uważa, że wszystko, co z tobą powiązane, jest przeklęte, czy jakoś tak.
– To jest miejsce tych ksiąg?! Albo tej zastawy?!
Tariro dopiero teraz zauważyła, że pod stołem majaczą jakieś białe kształty. Uniosła znacząco brwi.
– Ujmijmy to w ten sposób: niemal wszystko zostało w zamku. Ale tak, mogliśmy tu zrobić trochę bałaganu.
– A biżuteria?! – sapnęła Vala. – Co zrobiliście z biżuterią?
Tariro skrzywiła się, nieomal rozczarowana.
– Biżuteria? Ze wszystkich rzeczy, na tym zależy ci najbardziej?
– Na niewielu rzeczach naprawdę mi zależy – wycedziła czarownica. – Ale akurat do mojej biżuterii jestem bardzo przywiązana.
Czarodziejka wzruszyła ramionami.
– Myślisz, że pamiętam takie szczegóły? Minęło dziesięć lat. Ale to tylko trzy skrzydła, właściwie dwa, a to nie więcej jak trzydzieści pokoi… Dla chcącego nic trudnego.
Wiedźma zaklęła, a Tariro zrobiło się ciepło na sercu, bo miło było widzieć ją autentycznie zirytowaną.
– Ale mnie to już nie dotyczy – stwierdziła, prostując się i przeciągając. – Zostawiam cię tu samą. Uważaj, żeby się nie połamać, bo to byłaby dla nas niepowetowana strata. Mam po ciebie wrócić, czy już sobie poradzisz? – dodała, nie kryjąc złośliwości.
Vala posłała jej wściekłe spojrzenie.
– Poradzę sobie. Nie martw się, odzyskam siły szybciej, niż mogłabyś sobie życzyć.
– W takim razie śpieszę cieszyć się życiem. – Obdarzyła ją przesłodzonym uśmiechem. – Owocnych poszukiwań.
Królowa ostentacyjnie pokazała jej plecy.
Vala zwlekała jeszcze przez jakiś czas, lecz wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień: król, arcymag i dwie czarodziejki mieli się zgromadzić w jednej sali, aby poznać najpilniej strzeżone sekrety wiedźmy. Na godzinę przed zaplanowanym spotkaniem Tariro udała się do Rottormu, aby zabrać Ciani do pałacu w Kamantery. Elfka otworzyła jej osobiście, tak szybko, jakby czekała przy drzwiach.
– Och, jesteś. Ależ się denerwuję. Wiem, to trochę śmieszne…
