Wesele stu tysięcy barbarzyńców - Altino do Tojal - ebook

Wesele stu tysięcy barbarzyńców ebook

Altino do Tojal

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 8308003850

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 64

Rok wydania: 1980

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



4

AltinodoTojal

Defilada

Uwiezienie

AltinodoTojal

WESELE STU TYSIĘCY BARBARZYŃCÓW

BiDiioteKa Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie

5714x0x0x1/MK

18-010922-00-0

Część pierwsza

Figulus

Czy wiecie, że na Wzgórzu Awentyńskim w Rzymie znajdowała się świątynia wzniesiona ku czci Diany, bogini Księżyca, której święto przypadało na Idy sierpniowe? Otóż tam właśnie, w złotym półmroku, przy blasku świec wotywnych Westalka powiła pięcioro szczeniąt; patrzała na to okiem dobrotliwym bogini, okiem zaś nieprzychylnym (biedne zwierzę!) Figulus, dla którego wydarzenie to było przestępstwem.

— Będziesz dowodził legionami — objawił swego czasu Figulusowi pewien astrolog egipski, czytający w firmamencie.

Figulus promieniał, nieświadom jeszcze, iż wspomniana wyżej zbrodnia nie tylko potwierdzi horoskop, ale i rozwiąże jedyny problem, który mógłby przysporzyć kłopotów Imperium.

Przestępstwa takie bardzo częste są w gminach, gdzie wałęsają się psy; jeśli wszakże sędzia jedną trzecią swego czasu spędza na wyrywaniu włosków z nozdrzy i wydłubywaniu woszczyny z uszu, drugą — na przetrząsaniu Rzymu, gotów do wyprucia flaków szczekającym czworonogom, a resztę na rojeniach o rzeczach wielkich — to — stop! — zakładając, że wykroczenia owe są nader poważne — karą za nie musiało być zawsze wrzucenie w głębiny Tybru.

Z jakiegoś tajemniczego powodu Figulus nienawidził psów. Wymykał się nawet z walk gladiatorów, tej radości ludu, aby mordować psy ciosami włóczni. I taką w tym wykazywał gorliwość, że — słuchajcie! — w owym czasie błąkał się po Rzymie już tylko jeden pies, a raczej szczenna suka — Westalka.

W noc porodu (Luna przemyka wśród chmur) Figulus wypada ze świątyni Diany z włócznią w dłoni i workiem z nowo narodzonymi szczeniętami na plecach; sunąc po krętych uliczkach triumfalnie przyzywa rzekę. Krew mu cieknie z rany po ukąszeniu, sądził bowiem, że będzie miał do czynienia ze zwyczajną suką, a musiał stawić czoło matce. Otóż i ona — smutna wlecze się z trudem w ślad za nim, krwawiąc obficie z licznych ran od włóczni; w jej oczach niemal już pozbawionych blasku odbijają się wizerunki dzieci...

—    Biedaczka — mruczy Figulus z fałszywym współczuciem. — Po cóż jej było rodzić te stworzonka już oddane wodzie, po cóż jej było!

Niechby jeszcze głos kota, sowy, kanarka, świerszcza, nawet słonia; ale głos psa... Westalka na szczęście konała. Od chwili gdy utonie jej potomstwo, żadne wycie nie będzie już spowijać omroką rzymskich nocy.

Narasta pojękiwanie osi, żagwie miotają blaski. I cóż to widzi Figulus, chyboczącego się powoli na nierównych płytach, pomiędzy ciasnymi ścianami? To wóz zaprzężony w woły, w}dadowany eukaliptusem; wlecze się po ziemi jego listowie.

—    Drzewo dla boskiego Sarcasticusa — oznajmia najstarszy spośród wieśniaków, unosząc żagiew ponad zestrachane pyski; jest niespokojny, bo złoczyńcy rabują i mordują każdego, kto nie jest człowiekiem imperatora, Figulus zaś niewielkie wzbudza zaufanie. Czyż twarzy nie wykrzywia mu złość, a jego włócznia nie jest skrwawiona? Czyż lędźwi nie obija mu jakiś worek?

Wóz staje. Zgięty Figulus uśmiecha się: czuje, jak

pieski szamocą się w worku. Do uszu jego dochodzi głos słonia.

—    Słuchaj... — rozkazuje najstarszemu spośród wieśniaków. — To słonie. Biedne zwierzęta! Łakną sławy. Stary niewolniku, wróg przeniknął do miasta: jego imię to gnuśność! Czy legioniści nadal próżnują? Powinni walczyć z nim! Ach, gdybyś ich widział!... Zniewieśc.iali, otyli, czkają sobie łagodnie po tawernach... Co powiesz, niewolniku?

—    Boski Sarcasticus to nawet płacze — informuje wieśniak.

—    Płacze?!

—    Płacze. — Wieśniak przybliża się, zniża głos: — Mówią, że już całkiem skapcaniał...

—    Co mi powiadasz?!

Wieśniak przytyka palec do czoła:

—    Mówią, że imperator jest coś nie tego. Słyszałem to od Sporusa, syna Artysty.

Oczy Figulusa zabłysły:

—    Znasz Artystę?

—    Mieszkam w pobliżu jego chatki. Wszyscy go poważają. Żywi się chlebem, miodem, serem i morwami. Mieszka daleko, w lesie sosnowym, ale gdyby zechciał, mógłby zamieszkać w pałacu imperatora i jeść mięso.

Nadal błyszczą oczy Figulusa.

—    Znam go o wiele lepiej niż ty, niewolniku. Pewnego dnia oglądałem go przy pracy. Jakież to było cudowne! Stoją tam wszystkie znakomitości Rzymu, w marmurze i brązie... Boski, Liwia... Wczoraj omal nie zginąłem zmiażdżony kołami wozu Liwii. Czy wiesz, jakie to nowe cudo zaczęło tworzyć dłuto Artysty?

Wieśniak odpowiada:

—    Sukę. Sporus będzie..;

Figulus podskakuje:

—    Psa?! Artysta rzeźbi teraz psa?!

Tak. Sukę. Sporus będzie wkrótce zaślubiony Klaudii, córce Rufina, i Artysta chce, żeby jego wnuki wiedziały...

Figulus natychmiast:

—    Że niegdyś w Rzymie były psy.

—    Właśnie.

Figulus pyta gorączkowo:

—    A model? Gdzie Artysta znalazł psa, który mu służy za model? Nie ma już psów. Ostatni zdycha tam, w tyle; jego młode niosę do rzeki.

Wieśniak spogląda nań z przerażeniem:

—    Tyś jest Figulus!

—    Jestem, jestem. Odpowiadaj na moje pytanie: gdzie Artysta znalazł psa?

—    Nie znalazł, Figulusie. Artysta uczniom swoim polecił szukać psów, ale nie znaleźli żadnego. Szukał ich sam, a także syn jego, Sporus. Znajdywali tylko koty. Artysta gardzi tobą, Figulusie. Wiesz, jak Artysta szanuje psy. Suka, którą odtwarza z pamięci w marmurze, długo wyła na płycie grobowca jego żony Silvii, na pustyni, daleko stąd. Wyła, aż zdechła. Dlatego Artysta pragnie uwiecznić ową sukę w marmurze. A teraz pozwól mi, bardzo cię proszę, zawieźć to drzewo do pałacu imperatora. Jest noc, nadciąga nawałnica. Przepuść nas. Oby bogowie chronili cię, Figulusie, stosownie do twoich zasług. Ja też nie lubię psów. Czynisz dobrze zabijając je. Gdybym miał czas...

Podczas gdy pojękiwanie wozu zaprzężonego w woły ginie z wolna wśród nocy brzemiennej teraz ulewą i błyskawicami, Figulus podejmuje swą wędrówkę w kierunku rzeki, badając dłonią wodne zasłony zwieszające się z popękanych ścian. Wyczuwa niebezpieczeństwo w potokach ulewy. Nigdy jeszcze tak gniewna noc nie chłostała Rzymu. Był w tym niechybnie gniew bogów; należało go czym prędzej przebłagać. Czym? Ofiarą z psów. Trakowie — ci to umieli współżyć z bogami; gdyby zaś imperator postarał się o psy na ofiarę — tuziny psów — może przestałby się martwić próżniactwem legionistów; nareszcie mielibyśmy wojnę!

Biegnąca wśród obłoków Luna posyła szybkie, kosę spojrzenie w stronę tego niewiarygodnego skrawka świata.

—    Wieczna Diano! — sarka Figulus, sieczony ulewą. — Kiedyż będę mógł zasypiać na poduszkach z łabędziego puchu, licząc upływające dni roku według imion mych niewolnic? Kiedyż będę mógł pić wyborne wina ze złotych kielichów i jeść pieczoną wieprzowinę nadziewaną świeżymi figami? Kiedyż nieść mnie będą w lektyce pośród tłumów zginających karki i słyszeć będę: ,,Salve, Figulusie, pogromco barbarzyńców, chwało Rzymu!”

Za nim wlecze swoje wnętrzności Westalka i wyje, prosząc o dzieci. Przejmująca to skarga, zdolna rozczulić kaktus — rozpaczliwy skowyt obrabowanej matki. Słysząc go, mruga porozumiewawczo do pomykającej ukradkiem Luny i rechocze z dzikiej uciechy. Gdyby nawet Westalka nie była śmiertelnie ranna, gdyby zdołała znaleźć towarzysza, to egzekucja nowo narodzonych dzieci wystarczyłaby, aby zniechęcić ją do następnych godów.

—    Godów... podłych Gotów, okrutnych wojowników!... Barbarzyńcy!...

A jeśli...

Biegnie schronić się w jakimś portyku, wspominając z upodobaniem dawne cierpienia, aby tym lepiej nacieszyć się spodziewaną chwałą. I natychmiast wizja promieniejącego radością imperatora przysłania inną, uka-żującą go przybitego faktem, że zabrakło barbarzyńców, z którymi można by walczyć.

— Niech żyje Mars! — wykrzykuje, pijany dumą. — Będę dowodził legionami!

Nie zrzucając z ramion worka — to jego fortuna —-Figulus z trudem zapala papierosa (czynność nader ważna), nawet nie rozglądając się ukradkiem na boki.

Już widzi się w toku kampanii. Siedemnaście słoni dźwigających wieżyczki bojowe trąbiąc stąpa ciężko przed frontem legionów. Za nimi maszerują łucznicy kreteńscy i procarze balearscy, otoczeni po bokach przez sześciuset kawalerzy stów Glaucusa. Jako siła uderzeniowa kawalerzyści nawet nie umywają się do piechoty, ale Glaucus to mądry trybun, więc może uda się zdobyć jeszcze sześciuset jeźdźców numidzkich, zręcznie władających bronią pociskową. A gdyby użyć także wozów bojowych?.,. Ma ich siedemdziesiąt — są lekkie, zwinne... Zaprzężone w chyże konie, jeżą się ostrzami kos; oto mkną czyniąc zgiełk, są równie ważne jak słonie, skutecznością ustępują jedynie legionom — wielkiej potędze Rzymu. Legiony!... Czterdzieści tysięcy ludzi pochylonych pod brzemieniem ciężkiego sprzętu, lśniących metalem i potem, maszerujących na spotkanie nieprzyjaciela po tych równinach i wzgórzach!... I to zbrojne mrowie jest tak ogromne, że kłębi się od jednego krańca horyzontu po drugi (sztandary łopoczą na wietrze, skrzą się złotem orły); tak ogromne, że kurz, wzbijający się spod nóg słoni, kół wozów bojowych i kopyt jazdy tam na przedzie, opadnie, zanim z drugiego końca oddali nadleci zawodzące skrzypienie pierwszych wózków kucharzy. Figulus weźmie z sobą pisarza, aby utrwalał historię działań wojennych. Obozować będzie w pobliżu rzek i strumieni. Pomiędzy namiotami produkować się będą, zabawiając wojsko, magicy i żonglerzy, komiczne karły

Itiw«nr«iuinrtin Min ■ iiiiinnimwM^HaMMMfca—м<мшиявимияМ1

51

-Л- ^

-•7 ^\ /7—^

O

,/V ÿ'I'V 5$ /*¡¿h A^Cv'v^-x-í'AV ^Г u > «,£ Uc\i ' */ -r'T^^OKw 4 i/UW* "U\ /147U;>

i olbrzymy połykające ogień. Należy zabrać tyle dziewcząt, aby nie mógł próżnować nawet najnędzniejszy z lekkozbrojnych, kiedy on, Figulus, najwyższy dowódca legionów, każe trąbić ze swego namiotu sygnał do orgii. Oczywiście sportretują go w marmurze — w tym samym bloku marumru, z którego Artysta wydobywa kształt suki, co zdechła na płycie grobowej Silvii. Figulus pragnie być wyrzeźbiony razem z nią — jak przebija ją włócznią na wylot. Włócznia ma być z brązu. Dzieło to współzawodniczyć będzie z najbardziej podziwianymi rzeźbami. Pomnik wojownika, jedyny w Rzymie: FIGULUS TĘPI-CIEL BARBARZYŃCÓW. Jakaż chwała!...

—    Mam cię, Figulusie, ty małpo! Umrzesz na krzyżu!

Papieros wypada z ust Figulusa i znika w potokach ulewy. Latarnia nocnej straży!...

Ale Figulus szybko odzyskuje panowanie nad sobą.