Wendeta - Damian Śwircz - ebook
NOWOŚĆ

Wendeta ebook

Damian Śwircz

5,0

Opis

Najtrudniejsza walka to ta, którą toczysz z samym sobą

Dom rodzinny nigdy nie był dla Zbyszka bezpiecznym miejscem. Dorastał u boku agresywnego ojca, który zamienił jego dzieciństwo w koszmar. Dziś opiekuje się sparaliżowanym bratem i jest przekonany, że nic dobrego już go nie czeka.

Praca w osiedlowym markecie miała być szansą na nowy początek. Właśnie tam poznaje Andżelikę, która do złudzenia przypomina mu zmarłą siostrę. Gdy kobieta ginie podczas napadu, po raz kolejny traci grunt pod nogami. Sytuację wykorzystuje właściciel sklepu. Wręcza Zbyszkowi broń i wciąga go w brutalne porachunki lokalnego półświatka.

Od tej chwili w jego głowie nieustannie rozbrzmiewa głos zmarłej Andżeliki. Granica między rzeczywistością a tym, co podpowiada mu umysł, zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Z czasem przestaje odróżniać prawdziwych wrogów od własnych lęków...

A w świecie, w którym nikt nie wybacza błędów, nawet jedna zła decyzja może kosztować życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kurak1966

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Prolog

Sta­łem i przy­glą­da­łem się. Z każ­dą ko­lej­ną wol­no ska­pu­ją­cą se­kun­dą na­ra­sta­ło we mnie roz­kosz­ne uczu­cie bło­go­sta­nu. Na mo­jej twa­rzy bez­wied­nie ma­lo­wał się co­raz szer­szy uśmiech po­gar­dy. Kwi­tła we mnie duma, gdy ob­ser­wo­wa­łem jego wy­krzy­wio­ną w śmier­tel­nym gry­ma­sie szka­rad­ną gębę. Z jego ust wy­do­by­wa­ła się ciem­no­czer­wo­na pia­na (po­dob­na do tej, któ­ra kie­dyś w trak­cie go­to­wa­nia bu­ra­ków ki­pia­ła ma­mie z po­obi­ja­ne­go garn­ka), biał­ka oczu pod­cho­dzi­ły krwi­stym za­bar­wie­niem, a ich mo­dry błę­kit z wol­na ukry­wał się za mgłą. Po­marsz­czo­ne dło­nie z za­żół­co­ny­mi pa­znok­cia­mi, pod­ry­wa­ne ostat­ni­mi im­pul­sa­mi tego plu­ga­we­go ciel­ska, drża­ły jesz­cze lek­ko, a z kro­cza prze­sią­kał smród od­cho­dów. Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­łem, jak śle­pym, już pra­wie mar­twym wzro­kiem błą­dził po su­fi­cie. Z ką­ci­ków jego oczu po­cie­kły po­je­dyn­cze, już chy­ba ostat­nie łzy.

– No i co, ta­tu­siu, nę­dzo obrzy­dli­wa? – Gu­mo­wy­mi rę­ka­wicz­ka­mi zła­pa­łem go za czo­ło i ob­ró­ci­łem jego gło­wę w moją stro­nę. – Wresz­cie twój par­szy­wy ży­wot do­bie­ga koń­ca. Już ni­g­dy wię­cej nas nie zra­nisz. – Splu­ną­łem na nie­go. – Wiesz, cze­go te­raz naj­bar­dziej ża­łu­ję, pa­trząc na cie­bie, śmier­dzą­cy skur­wy­sy­nu? – Przy­bli­ży­łem swo­ją twarz do jego. – Że za­bi­jam cię do­pie­ro dziś – wy­sy­cza­łem. – Mo­głem to zro­bić już parę lat temu, może wte­dy nie był­bym taki ze­psu­ty. Mo­głem to zro­bić, gdy tyl­ko doj­rza­łem, a wte­dy Agniesz­ka by żyła, To­mek nie tkwił­by w łóż­ku jak mar­chew­ka w zie­mi. Za chwi­lę tu spło­niesz i mam na­dzie­ję, że zro­bisz to jesz­cze żyw­cem. Świat o to­bie szyb­ko za­po­mni, bo o ta­kich skur­wy­sy­nach jak ty nie moż­na pa­mię­tać – wy­rzu­ci­łem z sie­bie jak z ka­ra­bi­nu i od­sze­dłem od nie­go, a na mo­jej twa­rzy ma­lo­wał się lek­ki uśmiech.

Jego od­dech zmie­nił się w char­cze­nie, te­raz już wie­dzia­łem, jak brzmi grze­chot­ka śmier­ci. Mia­łem świa­do­mość, że ten stan nie po­trwa dłu­go. Wzią­łem ze sto­ją­ce­go obok sta­re­go drew­nia­ne­go sto­łu bu­tel­kę wód­ki i roz­la­łem po jego cie­le, a pu­stą rzu­ci­łem na wer­sal­kę, któ­ra sta­ła nie­opo­dal. Prze­sze­dłem do kuch­ni, od­krę­ci­łem ku­rek ku­chen­ki za­si­la­nej ga­zem pro­pan bu­tan z bu­tli i wró­ci­łem do łóż­ka, na któ­rym umie­rał.

– To tyle. Wie­rzę, że tam, do­kąd tra­fisz, bę­dziesz do­świad­czał znacz­nie gor­sze­go pie­kła od tego, któ­re zgo­to­wa­łeś nam we wła­snym domu – po­wie­dzia­łem bez­na­mięt­nie, po czym zo­sta­wi­łem na ka­na­pie od­pa­lo­ne­go przez nie­go parę chwil wcze­śniej pa­pie­ro­sa. – A owoc spra­wie­dli­wo­ści jest sia­ny w po­ko­ju przez tych, któ­rzy czy­nią po­kój. Amen, by­dla­ku! – krzyk­ną­łem, od­cho­dząc od ko­na­ją­ce­go cia­ła.

Sze­dłem pew­nie przed sie­bie, zo­sta­wia­jąc z tyłu opusz­czo­ny drew­nia­ny dom jego mat­ki, w któ­rym ostat­ni­mi cza­sy tak bar­dzo lu­bił wle­wać w sie­bie wód­kę. Za­mkną­łem za sobą drzwi, na­stęp­nie furt­kę i po­sze­dłem do za­par­ko­wa­ne­go dwie­ście me­trów da­lej, na skra­ju lasu, sta­re­go Opla Astry. Opar­łem się o tył auta, zdją­łem z dło­ni gra­na­to­we ni­try­lo­we rę­ka­wicz­ki, po czym wy­ją­łem z kie­sze­ni zmię­tą pacz­kę pa­pie­ro­sów i za­pal­nicz­kę. Od­pa­li­łem jed­ne­go i nie­spiesz­nie zer­ka­łem w stro­nę domu, chcąc się upew­nić, czy w cią­gu kil­ku mi­nut zo­ba­czę uno­szą­ce się z nie­go kłę­by dymu. Kie­dy bra­łem ostat­nie­go bu­cha, w od­da­li po­ja­wi­ły się pierw­sze czar­ne ob­ło­ki, a za­raz po tym usły­sza­łem gło­śny wy­buch bu­tli ga­zo­wej. Zga­si­łem bu­tem nie­do­pa­łek, wsia­dłem do auta i od­je­cha­łem do swo­je­go smut­ne­go, po­nu­re­go mia­sta. Tam­te­go dnia na­praw­dę wie­rzy­łem, że ży­cie bez oso­by, któ­ra spra­wi­ła nam tyle obrzy­dli­we­go bólu, bę­dzie już tyl­ko lep­sze.

Rozdział 1

– Pro­szę wejść, pa­nie Zbysz­ku – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, kie­dy nie­pew­nie za­pu­ka­łem do drzwi.

– Dzień do­bry pani – od­po­wie­dzia­łem, ostroż­nie wcho­dząc do ga­bi­ne­tu.

Jego wnę­trze ro­bi­ło po­nu­re wra­że­nie. Ścia­ny, któ­re za­pew­ne kie­dyś były bia­łe, te­raz za­cho­dzi­ły grzy­bem i sza­ro­ścią mi­nio­nych lat. Na środ­ku sta­ło brą­zo­we biur­ko, któ­re­go wy­dra­pa­ne ple­cy były pierw­szym, co zwra­ca­ło uwa­gę wcho­dzą­cych. Bez wąt­pie­nia sia­da­li przy nim tacy jak ja. Oprócz spra­co­wa­ne­go me­bla cze­ka­ło na nich też wy­słu­żo­ne ciem­no­zie­lo­ne krze­sło. Z dru­giej stro­ny biur­ka sie­dzia­ła ko­bie­ta. Trud­no było okre­ślić jej wiek. Mo­gła mieć pięć­dzie­siąt lat, a może sześć­dzie­siąt. Wy­glą­da­ła tak samo po­nu­ro i bez­na­mięt­nie jak całe to po­miesz­cze­nie. Krót­ko ob­cię­te si­wie­ją­ce wło­sy, pod­krą­żo­ne oczy, uwi­docz­nio­ne ko­ści po­licz­ko­we i usta, któ­re ra­czej już od daw­na się nie uśmie­cha­ły. Na czar­ną ko­szul­kę mia­ła za­ło­żo­ny bor­do­wy swe­ter. Za jej ple­ca­mi znaj­do­wa­ło się okno za­sło­nię­te ża­lu­zja­mi usta­wio­ny­mi tak, by wpusz­cza­ły tyl­ko odro­bi­nę świa­tła ze­wnętrz­ne­go. W pra­wym rogu sta­ła sta­ra juka, z któ­rej zwi­sa­ło kil­ka su­chych li­ści. Po­kój wy­peł­nio­ny był za­pa­chem ta­nie­go od­świe­ża­cza po­wie­trza, któ­ry nie­udol­nie ma­sko­wał pa­pie­ro­so­wy smród.

– Jak się pan dziś czu­je? Nie wi­dzie­li­śmy się bli­sko trzy mie­sią­ce. Może opo­wie pan, co w tym cza­sie pana spo­tka­ło, co pan czuł? – za­gad­nę­ła, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie. – Może uda­ło się panu prze­pra­co­wać ja­kiś pro­blem?

– A jak ja się mogę czuć? Tkwię w po­czu­ciu bez ce­lo­we­go ist­nie­nia w tym pier­dzi­sze­wie, jak ro­bak na wy­sy­pi­sku śmie­ci. Bo czym in­nym my niby je­ste­śmy, co? Na­le­żę do spo­łe­czeń­stwa, jak w su­mie każ­dy, cho­dzę po tych smut­nych, sza­rych uli­cach, kie­dy trze­ba, to wy­mu­szam z sie­bie uśmiech, a jak in­nym ra­zem wy­pa­da, to po­wiem dzię­ku­ję lub do wi­dze­nia. Jem śnia­da­nie, mniej piję, ale za to nie palę wca­le, ka­to­lik ze mnie mar­ny, kie­dyś może wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy, a dziś po pro­stu bę­dą­cy. Tkwię w tym po­wta­rza­ją­cym się cy­klu ży­cia, sta­ra­jąc się, na ile mogę, ukryć swo­ją twarz, swo­ją złość i fru­stra­cję. Po czę­ści dla­te­go je­stem dziś u pani. Nie przy­sze­dłem dla­te­go, że chcia­łem. Je­stem tu, bo tak wy­pa­da, bo wiem, za ja­kie­go wa­ria­ta mnie pani ma. – Nie­pew­nie spoj­rza­łem na le­kar­kę, jed­nak ona nie za­re­ago­wa­ła w ża­den spo­sób. No­to­wa­ła coś skru­pu­lat­nie, a ja za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy w ogó­le mnie słu­cha. – Ale po­wiem pani coś jesz­cze – kon­ty­nu­owa­łem, chy­ba bar­dziej dla sie­bie niż dla niej – cały ten po­pie­przo­ny świat jest wa­ria­tem. My wszy­scy je­ste­śmy wa­ria­ta­mi i pani rów­nież, i na­wet swo­imi le­ka­mi pani tego nie zmie­ni. – Smut­no opu­ści­łem gło­wę i za­czą­łem dra­pać ob­dra­pa­ne już wcze­śniej ple­cy biur­ka.

– Nie po­wi­nien pan tak my­śleć – od­po­wie­dzia­ła jak­by me­cha­nicz­nie. – A czy przyj­mu­je pan leki, któ­re prze­pi­sa­łam na ostat­niej wi­zy­cie? – Spoj­rza­ła na ze­gar wi­szą­cy tuż nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi za mo­imi ple­ca­mi.

– Te, po któ­rych czu­łem się jak żuk gno­jow­nik na jesz­cze bar­dziej śmier­dzą­cym wy­sy­pi­sku? – Za­śmia­łem się smut­no, cał­kiem za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go pseu­do­po­etyc­kie­go po­rów­na­nia. – Nie, nie przyj­mu­ję ich. Nic nie zmie­nia­ły, a je­dy­nie mnie usy­pia­ły, cięż­ko było mi po nich nor­mal­nie – po­ka­za­łem pal­ca­mi gest cu­dzy­sło­wu – funk­cjo­no­wać. – Dra­pa­łem da­lej me­bel.

– No tak… – wes­tchnę­ła gło­śno, po czym się­gnę­ła po ra­żą­co żół­ty ku­bek z kawą i na­pi­ła się. W ga­bi­ne­cie za­pa­dło mil­cze­nie.

– Czy to już ko­niec wi­zy­ty? Chy­ba w ogó­le nie­po­trzeb­nie tu przy­cho­dzi­łem – za­py­ta­łem po chwi­li. Prze­sta­łem skro­bać biur­ko. Ukry­łem dło­nie we wło­sach, ma­su­jąc gło­wę.

– Nie, pa­nie Zbysz­ku, jesz­cze nie koń­czy­my. My­ślę nad tym, co mogę panu za­pro­po­no­wać. Nie będę ukry­wać, że naj­chęt­niej skie­ro­wa­ła­bym pana do sie­bie na od­dział, tam mie­li­by­śmy naj­lep­szy wpływ na le­cze­nie, prze­szedł­by pan wresz­cie te­ra­pię.

– Wy­klu­czo­ne – wark­ną­łem. – Prze­cież wie pani, że nie mogę zo­sta­wić bra­ta sa­me­go w domu, on nie ma ni­ko­go poza mną.

– Wiem i póki co to jest je­dy­na rzecz, któ­ra trzy­ma pana poza szpi­ta­lem. Pro­szę mi opo­wie­dzieć o swo­ich kon­tak­tach spo­łecz­nych. Może tu coś się zmie­ni­ło? – Spoj­rza­ła na mnie z na­dzie­ją zmie­sza­ną z ża­lem.

– Nie lu­bię lu­dzi, to pani do­sko­na­le wie, nie ak­cep­tu­ję ich za­cho­wań, tego ich ubó­stwia­ne­go ego­izmu przy­kry­te­go chę­cią pseu­do­po­mo­cy i eg­zal­to­wa­nej wia­ry. Ale wie pani co? – Po­pa­trzy­łem na nią, mru­żąc oczy. – Los naj­praw­do­po­dob­niej chciał ze mnie za­drwić, po­nie­waż od nie­daw­na pra­cu­ję jako ochro­niarz w dys­kon­cie i kil­ka­na­ście dni temu coś się zmie­ni­ło. – Ką­cik ust drgnął mi lek­ko, ukła­da­jąc usta w lek­ki uśmiech. – Szef przy­jął nową ka­sjer­kę, sta­ra wresz­cie po­szła na eme­ry­tu­rę. Ma na imię An­dże­li­ka, mło­da dziew­czy­na. Chce pani wie­dzieć, co jest w niej ta­kie­go wy­jąt­ko­we­go, że przy niej czu­ję się le­piej, że inni lu­dzie w tym cza­sie mi nie prze­szka­dza­ją?

– Po­wiedz, pro­szę. – Zło­ży­ła dło­nie na biur­ku. Chy­ba pierw­szy raz zwró­ci­ła się do mnie bez­po­śred­nio i ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Moja sio­stra zmar­ła pra­wie dzie­sięć lat temu. Nie wiem, jak wy­glą­da­ła­by dziś, ale An­dże­li­ka jest jak jej sio­stra bliź­niacz­ka. Ma iden­tycz­ny uśmiech, ko­lor oczu i wło­sów, to tro­chę tak, jak­by ist­nia­ła ludz­ka kse­ro­ko­piar­ka. Na­wet uro­dzi­ła się w tym sa­mym roku. – Psy­chia­tra przy­glą­da­ła mi się uważ­nie. – Mam wra­że­nie, że mnie lubi, w prze­ci­wień­stwie do in­nych nie trak­tu­je mnie jak po­wie­trze, jak dzi­wa­ka, któ­ry krę­ci się bez celu po tym cho­ler­nym skle­pie. Wita się ze mną, roz­ma­wia­my, cza­sem opo­wie mi, jak mi­nął jej po­przed­ni dzień. – Na chwi­lę się za­my­śli­łem. – Kie­dy nie pa­trzy, ob­ser­wu­ję ją. Czu­ję, jak­by była w niej Agniesz­ka.

– Ro­zu­miem. – Psy­chia­tra wy­da­wa­ła się lek­ko za­sko­czo­na moim zwie­rze­niem. – To bar­dzo waż­ne, że po­zna­łeś ko­goś ta­kie­go, ale pa­mię­taj, że ona nie jest two­ją sio­strą. Może zo­stać two­ją przy­ja­ciół­ką, ale nie po­wi­nie­neś jej trak­to­wać jak sio­stry. Pa­mię­taj też, żeby nie wy­wie­rać na nią na­ci­sku. Ciesz się tą re­la­cją i dbaj, by była ona zdro­wa. – Po chwi­li spoj­rza­ła mi pro­sto w oczy. – Po­do­ba ci się?

– Jest bar­dzo ład­na, ale tu nie o to cho­dzi. – Za­wsty­dzo­ny lek­ko spu­ści­łem wzrok. – Ja po pro­stu czu­ję się przy niej le­piej, spo­koj­niej. Jest lep­sza niż te wszyst­kie dur­ne leki i pu­ste zda­nia, któ­re od pani do­sta­łem.

– A poza pra­cą i An­dże­li­ką? Jak wy­glą­da­ją two­je re­la­cje z in­ny­mi? – Pa­trzy­ła na mnie, jak­by chcia­ła czy­tać z mo­ich ru­chów. Ta wi­zy­ta za­czy­na­ła mnie już mę­czyć, mia­łem ocho­tę trza­snąć drzwia­mi i wró­cić do domu.

– Do­brze – prych­ną­łem. – Jak niby mają wy­glą­dać, kie­dy więk­szość ma mnie w du­pie? Lu­bię ro­bić za­ku­py w swo­im ma­łym osie­dlo­wym skle­pi­ku, pro­wa­dzi go prze­mi­ła pani Ela. Poza tym do Tom­ka przy­cho­dzi fi­zjo­te­ra­peu­ta, do­ga­du­je­my się, cza­sem nam po­ma­ga. Mo­że­my już koń­czyć? – Za­czą­łem się nie­cier­pli­wić. – Chy­ba nie mam nic wię­cej do po­wie­dze­nia. – Po­now­nie za­czą­łem dra­pać ple­cy biur­ka.

– W po­rząd­ku – wes­tchnę­ła. – Prze­pi­szę ci jesz­cze leki, tym ra­zem inne. Wy­kup je i, pro­szę, przyj­muj sys­te­ma­tycz­nie cho­ciaż przez mie­siąc. Wte­dy po­wi­nie­neś po­czuć róż­ni­cę. Pa­mię­taj, że gdy­byś zmie­nił zda­nie co do szpi­ta­la, to je­stem otwar­ta oraz na­dal moc­no na­ma­wiam cię do roz­po­czę­cia te­ra­pii. Jest wie­le moż­li­wo­ści jej po­pro­wa­dze­nia. Na­praw­dę ży­czę ci od­na­le­zie­nia spo­ko­ju i nie pod­da­waj się w sta­ra­niach. Two­je ży­cie jest bar­dzo cen­ne. – Le­kar­ka pró­bo­wa­ła się uśmie­chać. Ewi­dent­nie chcia­ła, żeby te wy­tar­te fra­ze­sy za­brzmia­ły prze­ko­nu­ją­co, ale jej nie wy­szło.

– Do wi­dze­nia. – Wy­sze­dłem szyb­ko, moc­no za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Zbie­głem scho­da­mi na par­ter i po­spiesz­nie wy­sze­dłem z bu­dyn­ku, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na in­nych. Na ze­wnątrz było zim­no, na­wet przy­jem­nie zim­no, co było do­brym im­pul­sem do wy­ci­sze­nia mo­je­go gnie­wu. Łap­czy­wie na­bra­łem chłod­ne­go po­wie­trza w płu­ca, żeby po­zbyć się uczu­cia du­sze­nia.

Rozdział 2

Dziś, w ten prze­klę­ty brud­ny po­nie­dzia­łek, mija dzie­sięć lat od sa­mo­bój­czej śmier­ci mo­jej ko­cha­nej sio­strzycz­ki Agniesz­ki i pięć od upra­gnio­nej śmier­ci tego sta­re­go skur­wy­sy­na, zwa­ne­go oj­cem. On zmarł śmier­cią, na jaką za­słu­żył, w prze­ci­wień­stwie do pięć lat młod­szej ode mnie Agniesz­ki. Po­wie­si­ła się w par­ku tuż za na­szym blo­kiem, mia­ła za­le­d­wie czter­na­ście lat. Do­pie­ro po czte­rech la­tach przy­pad­kiem do­wie­dzia­łem się o pie­kle, ja­kie zgo­to­wał jej ta­tuś ra­zem ze swo­im ko­le­gą, któ­ry swój ży­wot skoń­czył po­dob­nie do nie­go, tyl­ko znacz­nie wcze­śniej, bo za­raz po tym, jak od­kry­łem, co ci dwaj ro­bi­li Agniesz­ce. Sto­ję wła­śnie nad jej gro­bem, jak co roku o tej mar­twej po­rze, kie­dy przez wy­peł­nia­ją­cy at­mos­fe­rę smog bra­ku­je słoń­ca i po­wie­trza. Przez te wszyst­kie lata nie mo­głem po­zbyć się wy­rzu­tów su­mie­nia, że nie za­dba­łem o nią wy­star­cza­ją­co, że tam­te­go dnia, kie­dy chcia­ła ze mną po­roz­ma­wiać, mnie za­bra­kło. Wte­dy nie wie­dzia­łem, z jak wiel­ki­mi de­mo­na­mi się zma­ga­ła. Była skry­ta, nie lu­bi­ła mó­wić o swo­ich pro­ble­mach, a mi trud­no było się prze­bić przez mur, któ­ry zbu­do­wa­ła wo­kół swo­je­go dra­ma­tu. Ow­szem, nie była ra­do­sną dziew­czy­ną jak jej ró­wie­śnicz­ki, nie bie­ga­ła z nimi za chło­pa­ka­mi, ale by­łem prze­ko­na­ny, że ro­zu­miem, dla­cze­go tak się za­cho­wu­je… Prze­cież wy­cho­wa­ła się bez mat­ki, w domu peł­nym smut­ku i wód­ki.

– Prze­pra­szam cię, sio­strzycz­ko. Ni­g­dy so­bie nie wy­ba­czę, że cię zo­sta­wi­łem tam­te­go dnia. Tak bar­dzo chciał­bym cof­nąć czas i cię ochro­nić. Dziś nie boję się śmier­ci, je­stem sil­niej­szy, zdep­tał­bym wszyst­kie te gni­dy, by tyl­ko cię od­zy­skać – mó­wi­łem do sie­bie ci­cho, sto­jąc nad gro­bem i pa­trząc na jej zdję­cie przy­bi­te do drew­nia­ne­go krzy­ża.

Czu­łem, jak moje dło­nie drżą, a po kar­ku prze­cho­dzi mi całe mro­wi­sko ką­sa­ją­cych mró­wek. Od­pa­li­łem gli­nia­ny znicz, obok któ­re­go po­ło­ży­łem czer­wo­ną różę, i od­sze­dłem. Wra­ca­jąc do auta, prze­sze­dłem na tył cmen­ta­rza, gdzie za­ko­pa­ny zo­stał oj­ciec. Nie miał gro­bow­ca jak inni. W miej­scu po­chów­ku ro­sły same chwa­sty, któ­re prze­ko­pa­łem tu z wy­sy­pi­ska cmen­tar­nych śmie­ci. Kuc­ną­łem przed resz­tą wbi­te­go w zie­mię krzy­ża, z któ­re­go za­czę­ła już scho­dzić far­ba, i roz­sy­pa­łem ze­bra­ne od­cho­dy mo­jej Per­ły.

– Gnij da­lej, sta­ry skur­wy­sy­nu – po­wie­dzia­łem, po czym splu­ną­łem, a na­stęp­nie skie­ro­wa­łem się do auta, któ­re mimo upły­wa­ją­ce­go cza­su i po­chła­nia­ją­cej je rdzy ja­kimś cu­dem jesz­cze słu­ży­ło.

By­łem już przy drzwiach swo­je­go rum­pla, kie­dy tuż obok za­par­ko­wa­ła An­dże­li­ka. Przy­je­cha­ła ja­kimś ma­łym czer­wo­nym mo­de­lem Ci­tro­ena. Wy­sia­dła szyb­ko i mach­nę­ła do mnie ręką. Z gło­śni­ków ucie­kło po­wta­rza­ne przez Korę kil­ka razy „chcę Ci po­wie­dzieć coś”. Wy­glą­da­ła, jak­by wró­ci­ła z wa­ka­cji. Do­oko­ła sza­ro, brud­no i po­nu­ro, a ona w lek­kim płasz­czu w ja­sno­zie­lo­ne li­ście i w czer­wo­nych spodniach, z błę­kit­ną bejs­bo­lów­ką Adi­da­sa na wło­sach.

– Cześć, Zby­szek! – krzyk­nę­ła ra­do­śnie.

– Hej, An­dże­li­ka, co tu ro­bisz? – za­py­ta­łem au­to­ma­tycz­nie i od razu, jak tyl­ko usły­sza­łem swo­je sło­wa, zro­bi­ło mi się wstyd. Rany, co za py­ta­nie!

– Przy­szłam w od­wie­dzi­ny do bra­ta. – Nie tra­ci­ła po­czu­cia hu­mo­ru.

– Słu­cham? Miesz­ka tu?

– Moż­na tak po­wie­dzieć, sek­tor G, rząd 12. – Pu­ści­ła mi oczko.

– Jezu, prze­pra­szam, przy­kro mi. – Na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas nie­zręcz­no­ści.

– Nic się nie sta­ło. To już w su­mie sta­ra spra­wa, kie­dyś nie mo­głam so­bie z tym po­ra­dzić. By­łam wście­kła na cały świat, ob­wi­nia­łam wszyst­kich, szu­ka­łam ze­msty. Dziś po pro­stu lu­bię go od­wie­dzać.

– Ro­zu­miem – skła­ma­łem. – Ja przy­cho­dzę do sio­stry. – O ojcu nie za­mie­rza­łem wspo­mi­nać. – Ale mimo upły­wu lat nie po­tra­fię so­bie po­ra­dzić ze stra­tą. – Spu­ści­łem wzrok.

– Przy­kro mi. – Było wi­dać, że mówi to szcze­rze.

– Jak zmarł? – wy­pa­li­łem, nie wie­dzieć cze­mu. Mia­łem wra­że­nie, że strze­lam jed­ną gafę za dru­gą.

– Nie po­wiem, za­sko­czy­łeś mnie swo­ją bez­po­śred­nio­ścią. – Za­śmia­ła się de­li­kat­nie i ner­wo­wo od­gar­nę­ła wło­sy z twa­rzy, jed­nak jej mięk­kie pu­kle nie chcia­ły zo­stać z tyłu i wra­ca­ły wciąż, mio­ta­ne wia­trem. – Dzie­sięć lat temu za­gi­nął bez śla­du. Zo­stał zna­le­zio­ny przez psa, któ­ry ze­rwał się ze smy­czy kil­ka ty­go­dni póź­niej. Po­ćwiar­to­wa­ny, spa­ko­wa­ny w wor­ki po ziem­nia­kach, za­ko­pa­ny w le­sie. Po­li­cji nie uda­ło się nic usta­lić – wy­re­cy­to­wa­ła jed­nym tchem. Wi­dzia­łem, jak jej oczy za­le­wa smu­tek.

– Bar­dzo mi przy­kro. Nie będę cię już za­trzy­my­wał, miło było cię spo­tkać – po­wie­dzia­łem i otwo­rzy­łem drzwi swo­je­go auta, ma­jąc na­dzie­ję, że nie za­li­czę już żad­nej wpad­ki.

– Mnie rów­nież. Może kie­dyś uda nam się spo­tkać w in­nym miej­scu niż cmen­tarz lub mar­ket. – Uśmiech­nę­ła się, po­ma­cha­ła ręką i ode­szła.

– Chciał­bym… jak­by-sio­stro – wes­tchną­łem sam do sie­bie, wsia­da­jąc do bor­do­wej Astry.

Od­pa­le­nie sta­re­go Opla za­wsze było nie­wia­do­mą. Sta­ra nie­miec­ka pre­cy­zja dla ludu spra­wia­ła, że ni­g­dy nie wie­dzia­łem, czy w sil­nik tego sub­sty­tu­tu sa­mo­cho­du wstą­pi ży­cie za pierw­szym czy za pią­tym ra­zem. Już kil­ka razy obie­cy­wa­łem mu ze­zło­mo­wa­nie, jed­nak kie­dy prze­li­czy­łem so­bie, ile mo­jej cie­cio­wej pen­sji idzie na utrzy­ma­nie mnie i opie­kę nad moim spa­ra­li­żo­wa­nym bra­tem, wie­dzia­łem, że mu­si­my się da­lej ja­koś do­ga­dy­wać. Za­le­tę miał taką, że jego na­pra­wy były ta­nie i pro­ste, a by je­chać przed sie­bie, nie po­trze­bo­wał hek­to­li­trów pa­li­wa.

Rozdział 3

Sza­ry i bury li­sto­pad do­bit­nie pod­kre­ślał styl eg­zy­sten­cji w na­szym smut­nym i ni­ja­kim mie­ście. Wsta­łem rano, wyj­rza­łem przez okno po­ko­ju na czwar­tym pię­trze na­sze­go blo­ku i, jak co ra­nek, zo­ba­czy­łem ten sam po­nu­ry ob­ra­zek. Nie był to Lu­blin, nie był to Kra­ków, So­pot, War­sza­wa, a na­wet nie był to Ra­dom czy Zwo­leń. Sza­re blo­ki, w brzu­chach któ­rych ukry­te były ludz­kie ży­wo­ty, la­tar­nie roz­świe­tla­ją­ce dziu­ra­we uli­ce, drze­wa, z któ­rych już daw­no spa­dły li­ście, nie­co w od­da­li ró­żo­wy neon dys­kon­tu, w któ­rym pra­co­wa­łem i któ­ry w mgli­sty i desz­czo­wy po­ra­nek swo­ją po­świa­tą spra­wiał wra­że­nie, jak­by­śmy wszy­scy miesz­ka­li w wiel­kim bur­de­lu. Nie­na­wi­dzi­łem tego brud­ne­go mia­sta, miej­sca, w któ­rym mu­sia­łem miesz­kać, oraz tego obok, w któ­rym pra­co­wa­łem. Nie mo­głem znieść lu­dzi, któ­rzy z po­czu­ciem wyż­szo­ści ro­bi­li tam za­ku­py.

Nie­ste­ty od ja­kie­goś cza­su ta ro­bo­ta była dla mnie i Tom­ka głów­nym źró­dłem do­cho­du. Ow­szem, on do­sta­wał ren­tę, ale ta była obrzy­dli­wie po­ni­ża­ją­ca. Opie­ko­wa­łem się nim naj­le­piej, jak tyl­ko umia­łem, cho­ciaż czę­sto było to cho­ler­nie trud­ne. O od­da­niu bra­ta do domu opie­ki nie było mowy, a na sta­łą opie­kę pie­lę­gniar­ską nie było nas stać. Co dru­gi dzień przy­cho­dził do nie­go re­ha­bi­li­tant z fun­da­cji, któ­ra za­opie­ko­wa­ła się nim za­raz po wy­pad­ku, a raz w ty­go­dniu za­glą­da­ła do nas opie­kun­ka so­cjal­na, któ­rej po­moc była nie­ste­ty cał­ko­wi­cie nie­od­czu­wal­na. To­mek był ode mnie młod­szy o trzy lata, a w obec­nym sta­nie znaj­do­wał się od sied­miu lat. Le­ka­rze po ura­zie rdze­nia krę­go­we­go na po­zio­mie C4 i wy­stą­pie­niu sta­łej te­tra­ple­gii da­wa­li mu góra rok ży­cia.

– Da­aaj miii wo­oody­yy. – Z za­my­śle­nia i wpa­try­wa­nia się w ró­żo­wy neon wy­rwał mnie znie­kształ­co­ny i roz­cią­gnię­ty głos Tom­ka.

Od­wró­ci­łem się, pod­sze­dłem do jego łóż­ka. Pod­wyż­szy­łem opar­cie, a na­stęp­nie po­da­łem mu ku­bek z pla­sti­ko­wą słom­ką.

– Cześć, brat, na­pij się i śpij da­lej. Jest wcze­śnie, do­pie­ro pią­ta – po­wie­dzia­łem, jed­ną ręką trzy­ma­jąc na­czy­nie, a dru­gą przy­trzy­mu­jąc mu gło­wę. – Wyj­dę za chwi­lę do osie­dla­ka po pie­czy­wo i co tam bę­dzie nam jesz­cze po­trzeb­ne i za­raz do cie­bie wra­cam – do­da­łem.

Jak każ­de­go dnia rano wy­sze­dłem z miesz­ka­nia do osie­dlo­we­go skle­pi­ku, któ­ry był ni­czym we­hi­kuł cza­su prze­no­szą­cy czło­wie­ka dwa­dzie­ścia, a może na­wet trzy­dzie­ści lat wstecz. Wzią­łem ze sobą Per­łę, mo­je­go brą­zo­we­go kun­del­ka, któ­re­go zna­la­złem po­nad mie­siąc temu przy­wią­za­ne­go koło wej­ścia do dys­kon­tu. Skoń­czy­łem wte­dy zmia­nę, sklep był już za­mknię­ty, a w po­bli­żu bied­ne­go, mo­kre­go i pła­czą­ce­go psa ni­ko­go nie było. Wy­ją­łem z ple­ca­ka buł­kę z szyn­ką, któ­rej nie zja­dłem w pra­cy, i wę­dli­ną po­czę­sto­wa­łem zwie­rza­ka. Rzu­cił się na nią łap­czy­wie, po­my­śla­łem więc, że musi tu być od wie­lu go­dzin. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, od­wią­za­łem smycz i za­bra­łem psa ze sobą. Imię Per­ła za­wdzię­cza­ła pusz­kom po pi­wie, któ­re le­ża­ły obok niej. Nikt ni­g­dy w skle­pie nie za­py­tał o nią, więc zo­sta­ła ze mną na sta­łe. Poza tym na­wet gdy­by ktoś py­tał, to wąt­pi­łem, czy bym ją od­dał. W moim miesz­ka­niu szyb­ko na­bra­ła sił, jej sierść zro­bi­ła się przy­jem­nie po­ły­sku­ją­ca. Była drob­na, nie się­ga­ła mi na­wet ko­lan, i nie­mal­że cała brą­zo­wa – je­dy­nie pra­we ucho mia­ła czar­ne, dzię­ki cze­mu zy­ski­wa­ła na uro­ku. Bar­dzo szyb­ko się do sie­bie przy­wią­za­li­śmy, sta­ła się moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. Cho­dzi­li­śmy ze sobą nie­mal wszę­dzie, poza moją pra­cą, oczy­wi­ście. Kie­dy nie było mnie w domu, lu­bi­ła wska­ki­wać do Tom­ka na łóż­ko i naj­czę­ściej tam za­sy­pia­ła. Jemu jej obec­ność też do­brze zro­bi­ła.

Kie­dy wy­sze­dłem z klat­ki, moją uwa­gę zwró­cił pla­kat wi­szą­cy na drzwiach. Nie wie­rzę – prze­szło mi przez gło­wę. Sta­łem i pa­trzy­łem na re­kla­mę na­sze­go po­żal się Boże mar­ke­ci­ku, w któ­rym pra­co­wa­łem, a w za­sa­dzie na zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce wiel­ki ka­wał szyn­ki, kieł­ba­sę i pa­rów­ki z uwiel­bia­nej tu przez więk­szość ma­sar­ni „Od te­ścio­wej”. Nad wszyst­kim kró­lo­wał wiel­ki na­pis „pro­mo­cja”. Ja pier­do­lę, gów­no ta­kie, że psy i koty tego nie chcą jeść, a i tak całe osie­dle się rzu­ci, jak­by płat­ki zło­ta z tym mie­sza­li – po­my­śla­łem. Kie­dy ja mar­no­wa­łem czas, roz­my­śla­jąc o che­micz­nych wy­ro­bach z ko­ści, skór i pew­nie kar­to­nu, Per­ła od razu po­bie­gła pod naj­bliż­szą thu­ję, żeby za­ła­twić po­ran­ne po­trze­by, a na­stęp­nie po­szli­śmy do skle­pu. Wy­star­czy­ło, że zbli­ży­li­śmy się do nie­go na kil­ka me­trów, a ona już wście­kle war­cza­ła. Po­dob­nie jak ja nie­na­wi­dzi­ła wy­sta­ją­cych tam od sa­me­go rana do póź­ne­go wie­czo­ra al­ko­ho­li­ków. Za­wsze, gdy tyl­ko się do nich zbli­ża­li­śmy, szcze­ka­ła gło­śno i ska­ka­ła w ich stro­nę, szcze­rząc kły.

– Mó­wi­łem ci, że­byś tu z nią nie przy­cho­dził, bo jak mnie któ­re­goś dnia dziab­nie, to jej ten pu­sty łeb ukrę­cę, zro­zu­miesz to wresz­cie?! – wy­krzy­czał je­den z męż­czyzn.

Zna­łem go bar­dzo do­brze, chlał, co po­pa­dło, od­kąd pa­mię­ta­łem. Miał kie­dyś żonę i dziec­ko, ale bę­dzie już z pięć lat, jak od nie­go ucie­kli. Od tam­tej pory ta łaj­za prak­tycz­nie za­miesz­ka­ła pod skle­pem, za­cze­pia­jąc pra­wie wszyst­kich klien­tów. Chy­ba za­wsze był w tych sa­mych śmier­dzą­cych i brud­nych ciu­chach, na któ­rych, poza pla­ma­mi, przy­by­wa­ło tyl­ko dziur. Twarz opuch­nię­ta, oszpe­co­na bli­zna­mi i ra­na­mi, siwe, dłu­gie i po­plą­ta­ne wło­sy, po­dob­na do nich bro­da. Dło­nie brud­ne, buty dziu­ra­we. Po­dob­no kie­dyś pra­co­wał jako kon­ser­wa­tor w po­bli­skiej szko­le pod­sta­wo­wej, ale wy­rzu­ci­li go za na­pa­sto­wa­nie na­uczy­cie­lek.

– Wiesz co, Ja­ro­sław? Prze­proś ją le­piej, bo pew­ne­go dnia to twój kark może zo­stać skrę­co­ny, śmier­dzą­cy pi­ju­sie. Za mało jesz­cze w ży­ciu stra­ci­łeś, co? – Od­sze­dłem, nie wda­jąc się w nie­po­trzeb­ne dys­ku­sje, któ­re i tak nic by nie zmie­ni­ły.

Wzią­łem Per­łę na ręce i we­szli­śmy ra­zem do skle­pu, któ­ry swo­im wy­glą­dem i usy­tu­owa­niem za­wsze przy­po­mi­nał mi dom Car­la ze zna­nej di­sne­jow­skiej ani­ma­cji. Ten, któ­rym sta­ry męż­czy­zna od­le­ciał w po­szu­ki­wa­niu speł­nie­nia ma­rze­nia.

Sklep znaj­do­wał się w sta­rym drew­nia­nym domu, ostat­nim, któ­ry ja­kimś cu­dem nie zo­stał zbu­rzo­ny i te­raz stał sa­mot­nie po­mię­dzy blo­ka­mi. W przed­niej, mniej­szej czę­ści bu­dyn­ku znaj­do­wa­ły się dwa po­miesz­cze­nia prze­zna­czo­ne na pro­wa­dze­nie sprze­da­ży. W więk­szym był sklep, a tuż obok nie­go – małe za­ple­cze. Resz­ta sta­no­wi­ła dom Elż­bie­ty Mar­kow­skiej, wła­ści­ciel­ki tego in­te­re­su.

Za­raz po otwo­rze­niu drzwi do noz­drzy do­sta­wał się cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach sta­re­go drew­na, a tuż po nim aro­mat wa­rzyw, któ­re po­ukła­da­ne były na ma­łym re­ga­li­ku pod ścia­ną, za­raz za drzwia­mi. Woń zie­le­ni­ny po chwi­li mie­sza­ła się ze świe­żym pie­czy­wem, wy­ło­żo­nym tuż obok. Wcho­dząc głę­biej, moż­na było zna­leźć, i nie­kie­dy też po­czuć, przy­pra­wy, zio­ła, sosy, ma­ka­ro­ny i inne tego typu pro­duk­ty, do któ­rych co­raz moc­niej do­łą­czał się za­pach che­mii umiesz­czo­nej w rogu po­miesz­cze­nia. Po dru­giej stro­nie sta­ła lo­dów­ka z na­po­ja­mi, a obok niej, na ma­łym re­ga­li­ku, wy­ło­żo­ne były po­je­dyn­cze pi­sma dla ko­biet, szu­ka­ją­ce tan­det­nych sen­sa­cji ta­blo­idy i pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, któ­re wśród star­szych miesz­ka­nek mia­sta da­lej cie­szy­ły się ogrom­nym po­wo­dze­niem. Pod nimi uło­żo­ne były jesz­cze ko­lo­ro­wan­ki i cza­so­pi­sma dzie­cię­ce. To, co mnie naj­bar­dziej cie­szy­ło u pani Eli, to brak ogrom­nej tę­czo­wej wi­try­ny na całą ścia­nę, na któ­rej pie­czo­ło­wi­cie usta­wio­ne by­ło­by al­ko­ho­lo­we gów­no. Tu, za­miast tego, była mała pół­ka z do­słow­nie kil­ko­ma bu­tel­ka­mi wód­ki, pusz­ka­mi piwa i dwo­ma ro­dza­ja­mi wina. Wła­ści­ciel­ka skle­pu wo­la­ła pie­lę­gno­wać pięk­ną ścia­nę kwia­tów do­nicz­ko­wych. Były to ro­śli­ny pro­ste, któ­re w więk­szo­ści spo­tka­li­by­śmy w pra­wie każ­dym po­bli­skim miesz­ka­niu. Zaj­mo­wa­ła się nimi hob­by­stycz­nie, ale je­śli któ­raś wpa­dła ko­muś w oko, mógł ją od­ku­pić za do­wol­ną kwo­tę, a na­wet wziąć za dar­mo. Do­strze­głem tam dwa kak­tu­sy i alo­es, fi­ku­sy, kil­ka pa­pro­ci, ja­kiś nie­zna­ny mi kwia­tek z du­ży­mi zie­lo­ny­mi li­ść­mi, jukę i trzy gar­de­nie, a na koń­cu drzew­ko cy­try­no­we.

– Dzień do­bry, pa­nie Zbysz­ku i na­sza pięk­na Pe­reł­ko! Zo­bacz, co cio­cia ma dla cie­bie! – po­wi­ta­ła nas jak za­wsze prze­słod­ko skle­po­wa, wy­cią­ga­jąc spod lady za­pa­ko­wa­ne sta­ran­nie w pa­pier skraw­ki wę­dli­ny i mięs, któ­re, nie wiem cze­mu, zwy­kła nam da­wać za dar­mo.

– Dzień do­bry, pani Elu. Jak za­wsze ser­decz­nie dzię­ku­je­my. – Uśmiech­ną­łem się do niej w ge­ście wdzięcz­no­ści. Lu­bi­łem tę ko­bie­tę. Nie mia­ła w ży­ciu ła­two, a mimo to nie stra­ci­ła swo­jej po­god­nej i życz­li­wej du­szy.

– Oj, pa­nie Zbysz­ku. Pan wie naj­le­piej, że do­brym lu­dziom to za­wsze trze­ba po­ma­gać, w prze­ci­wień­stwie do tych szu­mo­win, co to tam cały dzień wy­sta­ją. – Mach­nę­ła za­ci­śnię­tą pię­ścią w stro­nę wyj­ścia, w po­bli­żu któ­re­go sta­li męż­czyź­ni. Moż­na było za­uwa­żyć, jak za­ci­ska zęby ze zło­ści.

– Pani też do­ku­cza­ją? – za­py­ta­łem szcze­rze za­in­te­re­so­wa­ny i zde­ner­wo­wa­ny, opie­ra­jąc za­ci­śnię­tą pięść na la­dzie.

– Bo mało to razy któ­ryś na­si­kał mi na ścia­nę? Ba­ła­gan cały czas zo­sta­wia­ją, bu­tel­ki tłu­ką. Po po­li­cję dzwo­ni­łam nie­raz, ale oni się po­li­cji nie boją, bo man­da­tów i tak nie za­pła­cą, a na doł­ku jesz­cze się prze­śpią albo po­je­dzą. Za to póź­niej się tyl­ko na­słu­cham, jaka to ja kon­fi­dent­ka je­stem. – Ko­bie­ta, mó­wiąc te sło­wa, zro­bi­ła się cała czer­wo­na na twa­rzy. Mia­łem wra­że­nie, że gdzieś w jej oczach po­ja­wi­ły się ma­lut­kie łzy bez­rad­no­ści.

– Przy­kro mi. Jak pani chce, to może spró­bu­ję ich prze­go­nić. – Szcze­rze wąt­pi­łem, by co­kol­wiek to dało, ale wie­dzia­łem, że pro­po­zy­cja wspar­cia ko­bie­ty bę­dzie mile ode­bra­na. – Szko­da, że pod dys­kon­tem nie są tacy cwa­ni. Ile by­ło­by z nich po­żyt­ku, gdy­by cho­ciaż raz w ty­go­dniu po­sprzą­ta­li po so­bie, ale prze­cież dla ta­kich jak oni to już za cięż­ka pra­ca – do­rzu­ci­łem.

– Ko­cha­ny pan jest, pa­nie Zbysz­ku, ale nie trze­ba, niech się le­piej pan swo­im zdro­wiem zaj­mie, za­miast tra­cić czas na tę pa­to­lo­gię. – Krę­ci­ła gło­wą zre­zy­gno­wa­na.

– Pani zdro­wie tak samo waż­ne. – Uśmiech­ną­łem się do niej.

Ko­bie­ta mia­ła na oko sześć­dzie­siąt lat, od oko­ło dwu­dzie­stu była wdo­wą, nie mia­ła dzie­ci. Ca­łym jej świa­tem był jej sklep i jego klien­ci. Co­dzien­nie od lat sta­ła za ladą, nie­zmien­nie w tym sa­mym gra­na­to­wym far­tu­chu w czer­wo­ne maki. Po­dob­nie czer­wo­ne były jej krót­ko ob­cię­te wło­sy. Twarz zdą­ży­ła się już moc­no po­marsz­czyć, a cia­ło okrop­nie wy­chu­dzić przez na­ło­go­wo pa­lo­ne pa­pie­ro­sy. W uszach no­si­ła lek­kie kol­czy­ki z ru­skie­go zło­ta, na pra­wym nad­garst­ku ze­ga­rek na czer­wo­nym pa­sku. Sta­ła tu tro­chę jak di­no­zaur. Kie­dy do­oko­ła, jak prze­rzu­ty raka, wy­ra­sta­ły róż­ne po­pu­lar­ne dys­kon­ty, a na­wet wiel­ki hi­per­mar­ket, inne po­dob­ne skle­pi­ki sys­te­ma­tycz­nie upa­da­ły, prze­gry­wa­jąc wal­kę o klien­ta z więk­szy­mi, ku­szą­cy­mi cią­gły­mi pro­mo­cja­mi mo­lo­cha­mi. Spo­żyw­czak pani Eli jako je­dy­ny trwał. Nie mia­łem po­ję­cia, czy ona ma z nie­go ja­kie­kol­wiek zy­ski, ale je­śli mia­łem iść na ja­kie­kol­wiek za­ku­py, to tyl­ko do niej. Ni­g­dy nie zro­bi­łem ich w miej­scu, gdzie pra­co­wa­łem. Mia­łem wra­że­nie, że wszyst­kie pro­duk­ty prze­sią­kły pod­ło­ścią lu­dzi, któ­rzy ro­bi­li tam za­ku­py i tych, któ­rzy chcie­li za­ro­bić na nich swo­ją chci­wo­ścią.

– Pani Elu, co mi dziś pani po­ra­dzi na śnia­da­nie? – za­py­ta­łem z uśmie­chem, chcąc zmie­nić te­mat zwią­za­ny z pa­so­ży­ta­mi de­lek­tu­ją­cy­mi się na ze­wnątrz ta­nią go­rzał­ką czy in­ny­mi si­ka­mi.

– Może ja­jecz­ni­ca z ja­jek od Strze­lec­kiej? Do tego szczy­pio­rek, po­mi­dor, kieł­ba­ska i praw­dzi­we ma­sło. Oczy­wi­ście do tego wszyst­kie­go bu­łecz­ki, któ­re być może będą jesz­cze cie­płe – za­pro­po­no­wa­ła, pro­mie­nie­jąc.

– I to jest plan na ide­al­ny po­ra­nek. To do tego wszyst­kie­go we­zmę jesz­cze ziem­nia­ki oraz krzy­żów­ki. – Uśmiech­ną­łem się i po­sze­dłem spa­ko­wać wa­rzy­wa, a ko­bie­ta w tym cza­sie za­czę­ła szy­ko­wać resz­tę pro­duk­tów. Na bla­cie obok resz­tek dla psa po­ło­ży­ła jesz­cze ze­szyt z krzy­żów­ka­mi.

– Osiem­dzie­siąt czte­ry pięć­dzie­siąt po­pro­szę, pa­nie Zbysz­ku.

Po­da­łem ko­bie­cie bank­not stu­zło­to­wy, spa­ko­wa­łem za­ku­py w swo­ją ma­te­ria­ło­wą tor­bę w sto­krot­ki i ode­bra­łem resz­tę.

– Do wi­dze­nia i mi­łe­go dnia. Dzię­ku­je­my za pa­ku­nek dla Per­ły.

Wy­cho­dząc ze skle­pu, po­ma­cha­łem wła­ści­ciel­ce, a za ple­ca­mi usły­sza­łem ser­decz­ne po­zdro­wie­nia.

Za­mkną­łem za sobą drzwi i sta­ną­łem przed nimi, w jed­nym ręku trzy­ma­jąc swo­ją sucz­kę, a w dru­gim – to­reb­kę z za­ku­pa­mi. Ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu uciąż­li­wych i nie­chcia­nych go­ści. Nie mu­sia­łem ich dłu­go wy­pa­try­wać. Czte­rech bu­me­lan­tów ku­ca­ło, opie­ra­jąc się o ścia­nę bu­dyn­ku. Wszy­scy trzy­ma­li w jed­nym ręku bu­tel­kę z al­ko­ho­lem, a w dru­gim od­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. Z tego, co sły­sza­łem, roz­ma­wia­li in­ten­syw­nie o żo­nie jed­ne­go z nich, któ­ra nie ro­zu­mia­ła, jak trud­no zna­leźć mu pra­cę w obec­nych cza­sach. Czu­łem, jak fala zło­ści roz­le­wa się po moim cie­le. Zna­łem tę men­dę. Bie­da­kiem nie­ro­zu­mia­nym przez żonę był Wal­dek Ja­rec­ki. Cho­dzi­łem z nim do pod­sta­wów­ki, któ­rej on ni­g­dy nie skoń­czył. Miał piąt­kę dzie­ci w wie­ku od trzech do dzie­się­ciu lat. Żyli głów­nie z za­sił­ków, bo Wal­dek dziw­nym tra­fem gdzie nie za­czął pra­co­wać, tam zda­rzał się za­wsze ja­kiś wy­pa­dek, po któ­rym zni­kał. Jego żona, Anna, któ­ra kie­dyś sza­le­nie się w nim ko­cha­ła, dziś szcze­rze go nie­na­wi­dzi­ła, jed­nak nie mia­ła na tyle od­wa­gi, by go wy­rzu­cić z domu. Je­dy­ne, co go ra­to­wa­ło i trzy­ma­ło na tym świe­cie, to to, że chy­ba ni­g­dy nie pod­niósł ręki na swo­je dzie­ci. Przy­naj­mniej tak są­dzi­łem. Gdy­by zro­bił to cho­ciaż raz, a ja za­uwa­żył­bym na cie­le któ­re­goś z nich ja­kie­go­kol­wiek si­nia­ka, to nie sie­dział­by te­raz pod tym skle­pem.

Fakt pro­wa­dze­nia prze­ze mnie ob­ser­wa­cji wy­rwał na­gle wy­glą­da­ją­ce­go na naj­więk­sze­go z nich i je­dy­ne­go nie­zna­ne­go mi męż­czy­znę z udzia­łu w roz­mo­wie. Fa­cet z ca­łej ich czwór­ki pre­zen­to­wał się naj­le­piej. Był do­brze zbu­do­wa­ny, miał czy­ste ubra­nie, wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu i uło­żo­ne na żel. Jako je­dy­ny po pro­stu nie śmier­dział. Pew­ne było jed­no: on nie był z ich baj­ki.

– A ty cze­go się ga­pisz, mor­da, e? Nie mamy drob­nych, żeby ci dać, a bu­tel­ki też nie od­da­my. – Za­re­cho­tał, po­ka­zu­jąc przy tym ubyt­ki w uzę­bie­niu, któ­rych wcze­śniej nie za­uwa­ży­łem. – Więc jak mo­żesz, to spier­da­laj z tym kun­dlem, bo nie po­trze­bu­je­my tu do­dat­ko­we­go kom­pa­na.

– Po­wiem krót­ko i nie będę wam tego po­wta­rzał w ko­lej­nych dniach. Ser­decz­nie sza­now­nych klien­tów pro­szę o usza­no­wa­nie tego miej­sca i oka­zy­wa­nie sza­cun­ku pani Elż­bie­cie. – Sta­ra­łem się mak­sy­mal­nie nad sobą za­pa­no­wać, ma­jąc na uwa­dze trzy­ma­ną na rę­kach Per­łę i cze­ka­ją­ce­go w domu Tom­ka. Za­sta­na­wia­łem się, jaki in­te­res miał ten obcy typ do tych pi­ja­ków.

– Trzy­maj­cie mnie, bo nie wy­trzy­mam. Prze­pra­sza­my, pa­nie ad­wo­ka­cie skle­pi­ko­wej. – Po­chy­lił się, oparł wiel­kie dło­nie na ko­la­nach. Śmiał się gło­śno.

– Zo­staw go, Bo­rys, to nasz osie­dlo­wy nie­szko­dli­wy świr, idio­ta cho­ler­ny – po­wie­dział spo­koj­nie je­den z męż­czyzn opar­tych o sklep, jed­nak przez wiel­kie­go Bo­ry­sa nie za­uwa­ży­łem któ­ry.

Bo­rys zbli­żył się do mnie na od­le­głość oko­ło trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów. Per­ła za­czę­ła war­czeć i wy­ry­wać się z rąk.

– Idź­cie już do domu, zrób so­bie śnia­da­nie i nie wpier­da­laj się nam do to­wa­rzy­stwa. Te­raz ja grzecz­nie pro­szę, e. – Po­chy­lił się nie­co w moją stro­nę i zni­żył głos. – Nie chciał­byś mieć ze mną do czy­nie­nia, uwierz mi, pro­szę, to może skoń­czysz zdro­wy – wy­ce­dził wprost do mo­je­go ucha. Te­raz upew­ni­łem się, że z jego ust nie było czuć al­ko­ho­lu. Poza tym na szyi za­uwa­ży­łem frag­ment ja­kie­goś dziw­ne­go ta­tu­ażu, przy­po­mi­na­ją­ce­go pa­ję­czy­nę i frag­ment czasz­ki.

– Ja­sne, już idzie­my. Pro­szę je­dy­nie, aby pana ko­le­dzy dba­li o po­rzą­dek w tym miej­scu, to wszyst­ko – od­po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się wciąż brzmieć pew­nie, i od­sze­dłem, nie da­jąc Bo­ry­so­wi szan­sy na re­ak­cję.

Po kil­ku mi­nu­tach wsze­dłem do swo­je­go miesz­ka­nia na czwar­tym pię­trze. Pod­sze­dłem do okna, z któ­re­go wi­dać było frag­ment skle­pu, otwo­rzy­łem je i wy­chy­li­łem się moc­no, by doj­rzeć szem­ra­ne to­wa­rzy­stwo. Sie­dzie­li w tych sa­mych po­zy­cjach, w któ­rych ich za­sta­łem, nie było już jed­nak z nimi fa­ce­ta zwa­ne­go Bo­ry­sem. Nie mo­głem prze­stać o nim my­śleć, bu­dził we mnie nie­przy­jem­ne uczu­cie lęku. Na pew­no nie był jed­nym z nich.

Wró­ci­łem do kuch­ni, wy­pa­ko­wa­łem za­ku­py, na­kar­mi­łem Per­łę i zo­rien­to­wa­łem się, że zo­sta­ło mi tyl­ko pół go­dzi­ny do roz­po­czę­cia mo­jej nie­szczę­snej ro­bo­ty, w któ­rej w go­dzi­nach po­ran­nych moje głów­ne obo­wiąz­ki po­le­ga­ły na pil­no­wa­niu klien­tów, żeby nie kra­dli świe­żych bu­łek i szkla­nych mał­pek. Wy­rzu­ci­łem z gło­wy sy­tu­ację sprzed pa­ru­na­stu mi­nut i po­sta­no­wi­łem szyb­ko przy­go­to­wać śnia­da­nie dla bra­ta, żeby zdą­żyć go jesz­cze na­kar­mić przed wyj­ściem. Wy­ją­łem z szaf­ki nad bla­tem ku­chen­nym płat­ki owsia­ne, któ­re wsy­pa­łem do gar­nusz­ka, za­la­łem je wodą, po czym wsta­wi­łem na ku­chen­kę ga­zo­wą. Z lo­dów­ki wy­ją­łem jego ulu­bio­ny se­rek ho­mo­ge­ni­zo­wa­ny o sma­ku tru­skaw­ko­wym z krów­ką na wiecz­ku, a z ko­sza z owo­ca­mi wzią­łem doj­rza­łe­go ba­na­na, któ­re­go roz­gnio­tłem wi­del­cem i zmie­sza­łem z po­zo­sta­ły­mi skład­ni­ka­mi. Wziąw­szy jesz­cze z szaf­ki ścier­kę z mi­kro­fi­bry, po­sze­dłem do bra­ta. Dziś ja­jecz­ni­cę mu­sia­łem od­pu­ścić.

Usia­dłem przy me­dycz­nym łóż­ku, na któ­rym le­żał To­mek, pod­nio­słem opar­cie do po­zy­cji pół­sie­dzą­cej, a pod bro­dą roz­ło­ży­łem mu ście­recz­kę. Za­nim za­czą­łem go kar­mić, włą­czy­łem jesz­cze sta­ry ra­dio­ma­gne­to­fon, w któ­re­go kie­sze­ni tkwi­ła moc­no już zu­ży­ta ka­se­ta ze­spo­łu U2. Ra­zem po­zwo­li­li­śmy, by Bono wraz z po­zo­sta­ły­mi mu­zy­ka­mi kon­ty­nu­owa­li pio­sen­kę With or wi­tho­ut You, któ­rej nie uda­ło mu się skoń­czyć wczo­raj. Z szaf­ki obok łóż­ka wzią­łem na­szy­ko­wa­ne wcze­śniej ta­blet­ki i ra­zem ze śnia­da­niem po­da­łem je bra­tu.

– Prze­my­śla­łeś wresz­cie moją proś­bę, bra­aat? – ode­zwał się do mnie, kie­dy skoń­czył jeść. – Bła­gam cię, po­móż mi – do­dał, pa­trząc cier­pią­cy­mi ocza­mi pro­sto na mnie. Mia­łem wra­że­nie, że Bono usły­szał jego py­ta­nie i zszo­ko­wa­ny prze­stał śpie­wać, jed­nak po chwi­li, jak­by dla żar­tu albo kpi­ny z na­szej sy­tu­acji, za­in­to­no­wał pio­sen­kę Be­au­ti­ful Day.

– Kur­wa, To­mek! Zwa­rio­wa­łeś do resz­ty? Co jak co, ale gło­wę to ty po­dob­no masz względ­nie zdro­wą – wście­kłem się na nie­go. – Zo­sta­łeś mi tyl­ko ty! Jak mam ci niby po­zwo­lić odejść, co? Mat­ko je­dy­na, o co ty mnie pro­sisz, ja pier­do­lę?! Tyle lat nie mogę so­bie wy­ba­czyć, że nie uda­ło mi się po­móc Agniesz­ce. – Rzu­ci­łem łyż­ką o ścia­nę i wy­sze­dłem do kuch­ni.

– Pro­szę cię o ra­tu­nek. Mam już dość tego je­ba­ne­go łóż­ka, tej śmier­dzą­cej i nic nie­zna­czą­cej eg­zy­sten­cji. Tych pie­lę­gnia­rek, któ­re przy­cho­dzą tu je­dy­nie z przy­mu­su. – Sły­sza­łem wciąż jego głos, choć lek­ko nie­wy­raź­nie. Po­czu­łem, jak mię­śnie ra­mion spi­na­ją mi się moc­no, a ser­ce przy­spie­szy­ło swo­ją pra­cę ni­czym lo­ko­mo­ty­wa, któ­rej do­rzu­co­no wę­gla do pie­ca. – Zby­szek, bła­gam… Dziś zno­wu śni­łem o jeź­dzie ro­we­rem, ja już dłu­żej tak nie chcę.

– Na ra­zie prze­stań wał­ko­wać te głu­po­ty, ni­g­dzie się nie wy­bie­rasz. Da­waj dupę, bo mu­szę ci za­ło­żyć świe­że­go pam­per­sa i wy­cho­dzę do pra­cy. – Wró­ci­łem do jego łóż­ka i wy­ją­łem spod spodu pie­lu­chy, mo­kre chu­s­tecz­ki i pian­kę do to­a­le­ty.

– Zby­szek, pro­szę cię, jak ty byś się czuł, gdy­bym ja to­bie mył dupę od sied­miu lat? Wiem, że się sta­rasz, je­steś naj­lep­szym bra­tem, ja­kie­go mo­głem mieć, ale ja na­praw­dę chcę już umrzeć. Pro­szę cię, zro­zum mnie! Gdy­bym mógł, to zro­bił­bym to sam, ale wi­dzisz, że poza sra­niem pod sie­bie to ja nie­wie­le mogę. Nie boję się śmier­ci, nie boję się jej! Cze­kam na nią każ­de­go dnia! Przy­nieś mi ulgę! – Na jego po­licz­kach po­ja­wi­ły się łzy.

– To­mek… – Za­mil­kłem na chwi­lę, my­śląc, jak mu mą­drze od­po­wie­dzieć. Pod­ło­ży­łem pod nie­go czy­stą pie­lu­chę, za­pią­łem ją, po czym na­cią­gną­łem spodnie. – To­mek, może…

– Tyl­ko mi nie pieprz, że za­mó­wisz mi ko­lej­ne­go psy­chia­trę do domu. Oni tu nie po­mo­gą, ich leki też. Zresz­tą tak jak i to­bie. My­ślisz, że nie wiem? – prze­rwał mi, co­raz bar­dziej po­bu­dzo­ny, jego twarz zro­bi­ła się czer­wo­na ze zło­ści.

– Przy­kro mi, brat. Nie po­mo­gę ci, nie w ten spo­sób. Zni­kam do pra­cy, po­sta­ram się zaj­rzeć do cie­bie w prze­rwie – rzu­ci­łem i sta­ra­łem się jak naj­szyb­ciej wyjść z domu, by uciec od tej roz­mo­wy.

Wy­sze­dłem z klat­ki i pierw­sze, co po­czu­łem, to ude­rza­ją­cy zim­ny po­wiew po­wie­trza, któ­re­go wcze­śniej nie od­no­to­wa­łem. Drze­wa były już gołe, stra­szy­ły te­raz swo­imi ły­sy­mi ga­łę­zia­mi, na ze­wnątrz było nie­przy­jem­nie ciem­no i po­nu­ro. Za­po­wia­dał się ko­lej­ny pa­skud­ny dzień. Idąc do pra­cy, wy­bra­łem nie­co dłuż­szą dro­gę, chcąc zo­ba­czyć, czy pod skle­pem pani Eli na­dal ster­czy pi­jac­ka eki­pa. Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu było tam pu­sto. Za skle­pem skrę­ci­łem w osie­dlo­wą alej­kę po pra­wej stro­nie, skąd mo­głem już do­strzec cha­rak­te­ry­stycz­ną po­świa­tę neo­nu mar­ke­tu. Moje miej­sce pra­cy, poza wie­lo­ma mi­nu­sa­mi, mia­ło dwa plu­sy, któ­re w mo­jej obec­nej sy­tu­acji prze­wa­ża­ły: bli­skość miesz­ka­nia i fakt, że kie­row­nik, któ­ry do­brze znał moją sy­tu­ację, przy­my­kał oko na moje kil­ku­na­sto­mi­nu­to­we znik­nię­cia ze skle­pu. Za­zwy­czaj na zmia­nie dwa, trzy razy wy­my­ka­łem się do Tom­ka, by zo­ba­czyć, czy wszyst­ko u nie­go w po­rząd­ku, na­kar­mić go i wy­ko­nać to­a­le­tę.

– Dzień do­bry, pa­nie Zby­niu. – Usły­sza­łem po dro­dze zna­jo­my skrze­kli­wy głos jed­nej z ka­sje­rek. – A co to się sta­ło, że dziś pan jest o cza­sie? – Za­śmia­ła się ko­bie­ta.

– Czy do­bry, to się jesz­cze oka­że, ale wi­tam ser­decz­nie, pani Ka­siu – od­po­wie­dzia­łem jej z lek­kim sar­ka­zmem.

Ka­sia Kwiat­kow­ska była dziw­ną ko­bie­tą. Na oko czter­dzie­sto-lat­ka, w rze­czy­wi­sto­ści mia­ła le­d­wo trzy­dziest­kę. Była nie­umie­jęt­nie far­bo­wa­ną blon­dyn­ką z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi do ra­mion, srebr­nym kol­czy­kiem z uda­wa­nym bry­lan­tem w no­sie i cha­rak­te­ry­stycz­nym od­sta­ją­cym pie­przy­kiem na szyi. Na jej te­mat krą­ży­ło wie­le plo­tek. Jed­ni mó­wi­li, że czas wol­ny w domu po­świę­ca na pi­cie wina i pa­le­nie fa­jek. Kie­dyś sły­sza­łem, jak jed­na z klien­tek twier­dzi­ła, że w mło­do­ści była dziw­ką uza­leż­nio­ną od bia­łe­go prosz­ku. A któ­raś z jej są­sia­dek w blo­ku twier­dzi­ła, że sprze­da­je swo­je dzie­ci za­raz po uro­dze­niu. Czę­sto mnie iry­to­wa­ła swo­im pi­skli­wym gło­sem i trud­ny­mi do znie­sie­nia zdrob­nie­nia­mi na­wet do nie­zna­jo­mych, ale mimo to biło od niej cie­pło i żad­na z tych dziw­nych plo­tek do niej nie pa­so­wa­ła. Była za­prze­cze­niem ich wszyst­kich, mimo że ży­cie ewi­dent­nie nie­jed­no­krot­nie ją do­świad­czy­ło.

Kie­dy by­li­śmy już pod skle­pem, za­uwa­ży­łem par­ku­ją­ce auto na­sze­go dy­rek­to­ra. Luk­su­so­wy czar­ny Mer­ce­des za­wsze sta­wał na miej­scu dla osób nie­peł­no­spraw­nych.

– Skur­wy­syn je­ba­ny, ka­le­ka umy­sło­wa – wy­sy­cza­łem sam do sie­bie.

– Do mnie pan coś szep­tał? – za­py­ta­ła zdzi­wio­na ka­sjer­ka.

– Mat­ko je­dy­na prze­naj­święt­sza, Ky­rie ele­ison! Mu­szę to za­pi­sać w moim ka­len­da­rzu. Hej, Mer­ce­des, za­pisz, że nasz pan Zby­szek przy­szedł do pra­cy na czas! – Za­śmiał się prze­ko­na­ny o swo­jej do­sko­na­ło­ści i bły­sko­tli­wo­ści umy­słu Zię­biń­ski.

– Przy­kro mi, nie mogę te­raz speł­nić two­jej proś­by – od­po­wie­dział mu me­ta­licz­ny dam­ski głos z gło­śni­ków.

– Pie­przo­na tech­no­lo­gia – rzu­cił, wy­sia­da­jąc z auta. – To co, mam ro­zu­mieć, że ko­le­dze wresz­cie za­czę­ło za­le­żeć na pra­cy? – Wy­szcze­rzył swo­je bia­łe jak świe­ży śnieg zęby.

– Po two­im tru­pie, mą­dra­lo – po­wie­dzia­łem ci­cho do sie­bie, po czym we trój­kę ru­szy­li­śmy w stro­nę bu­dyn­ku. Po chwi­li za ple­ca­mi usły­sza­łem wo­ła­nie:

– Hej! Po­cze­kaj­cie na mnie! – Od­wró­ci­łem się i uj­rza­łem zbli­ża­ją­cą się do nas bie­giem, lek­ko za­sa­pa­ną An­dże­li­kę.

– Da­waj, da­waj, ko­cha­niu­nia! – krzyk­nę­ła pi­skli­wie Ka­sia.

– Oj, dzię­ki. Czo­łem, moja ulu­bio­na zmia­no i miły pa­nie kie­row­ni­ku – przy­wi­ta­ła nas ra­do­śnie, wle­wa­jąc na twarz każ­de­go z nas odro­bi­nę uśmie­chu.

Rozdział 4

Kwie­cień 2001 r.

To był pięk­ny kwiet­nio­wy po­ra­nek. Unio­sła gło­wę i spoj­rza­ła nad drzwi dy­żur­ki. Na ze­ga­rze było pięt­na­ście mi­nut po szó­stej rano. Wsta­ła z fo­te­la, wsta­wi­ła wodę w czaj­ni­ku, a do kub­ka na­sy­pa­ła ły­żecz­kę cu­kru i dwie ły­żecz­ki kawy roz­pusz­czal­nej, któ­rą do­sta­ły od pa­cjen­ta. Na od­dzia­le więk­szość cho­rych wła­śnie się bu­dzi­ła. Nie była to dla niej spo­koj­na noc, głów­nie z po­wo­du pa­cjen­ta z pią­te­go łóż­ka, któ­re­go ser­ce chwi­lę po pół­no­cy prze­sta­ło pra­co­wać. Re­ani­ma­cja trwa­ła pra­wie dwie go­dzi­ny, osta­tecz­nie ze­spół przy­wró­cił pra­wi­dło­wy rytm, jed­nak za­nim uda­ło się póź­niej po­sprzą­tać, spo­rzą­dzić do­ku­men­ta­cję, roz­pi­sać i uzu­peł­nić zu­ży­te leki oraz sprzęt, zbli­ża­ła się już go­dzi­na czwar­ta. Ko­le­żan­ka, z któ­rą dzie­li­ła dy­żur, za­pro­po­no­wa­ła jej, by po­szła od­po­cząć, wie­dząc, że w domu będą na nią cze­ka­ły trój­ka dzie­ci i mnó­stwo obo­wiąz­ków. Uda­ło się jej zdrzem­nąć bli­sko dwie go­dzi­ny. Nie wpły­nę­ło to od­czu­wal­nie na wzrost sił, ale ener­gii do­da­ło jej po­ran­ne wio­sen­ne słoń­ce. Uwiel­bia­ła wio­snę, kie­dy wszyst­ko wko­ło bu­dzi­ło się do ży­cia. Eks­plo­du­ją­ca pa­le­ta ży­wych barw, któ­ra wresz­cie prze­ga­nia­ła sza­ro­ści po zi­mie, była dla niej ni­czym woda dla spra­gnio­ne­go wę­drow­ca. Sta­ła z kub­kiem kawy w ręku przed uchy­lo­nym oknem na pią­tym pię­trze swo­je­go od­dzia­łu. Mia­sto bu­dzi­ło się do ży­cia, ale to, co naj­bar­dziej jej się po­do­ba­ło, to wi­dzia­ny z góry las za­raz za ogro­dze­niem. Wy­chy­li­ła się, żeby ze śpie­wu pta­ków i po­wie­wu rześ­kie­go po­wie­trza czer­pać siłę na bez­li­to­śnie cze­ka­ją­cy na nią dzień. Za­wsze, kie­dy wra­ca­ła po noc­ce do domu, uwiel­bia­ła wśli­zgi­wać się do łóż­ka, gdzie jesz­cze spa­ły jej dzie­ci. Mo­gła każ­de z nich przy­tu­lić i uca­ło­wać. Była ich trój­ka: ma­leń­ka Agniesz­ka, na któ­rą lu­bi­ła mó­wić Agnes, śred­niak To­ma­szek i naj­star­szy Zby­nio. So­bo­ty da­rzy­ła szcze­gól­ną es­ty­mą, po­nie­waż mie­li tego dnia swój mały ro­dzin­ny ry­tu­ał, ja­kim było wspól­ne sma­że­nie na­le­śni­ków. Chłop­cy naj­pierw po­ma­ga­li w szy­ko­wa­niu cia­sta, ro­biąc przy tym okrop­ny ba­ła­gan, a na­stęp­nie czym prę­dzej zja­da­li jesz­cze cie­płe plac­ki. Za­wsze kłó­ci­li się o to, któ­ry z nich ma do­stać pierw­sze­go, mimo że naj­czę­ściej – jak to zwy­kle bywa przy na­le­śni­kach – każ­dy pierw­szy nada­wał się do wy­rzu­ce­nia. Sma­ro­wa­li je do­mo­wej ro­bo­ty dże­mem tru­skaw­ko­wym lub twa­ro­giem z ma­li­na­mi.

Ten so­bot­ni po­ra­nek był przy­jem­ny jak każ­dy inny. Po wyj­ściu z łóż­ka od razu ru­szy­li do kuch­ni, by po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­oko­ła sto­łu bie­li­ła się roz­sy­pa­na mąka, a na sto­le czer­wie­nił roz­pać­ka­ny dżem. Kie­dy na­le­śni­ki były już usma­żo­ne i w więk­szo­ści zje­dzo­ne, To­mek i Zby­szek po­bie­gli myć rącz­ki i bu­zie. Do­ro­ta w tym cza­sie bra­ła na ręce swo­ją małą Agnes, przy­sta­wia­ła ją do pier­si i kie­dy mała za­sy­sa­ła mle­ko, ona gła­ska­ła ją czu­le po gło­wie. Po kil­ku mi­nu­tach na­je­dzo­na có­recz­ka le­ża­ła w le­ci­wym wóz­ku, a mama szyb­ko sprzą­ta­ła kuch­nię, piła dru­gą kawę i szy­ko­wa­ła się na za­ku­py.

– A co to za małe ośmior­ni­ce za­la­ły pół ła­zien­ki? – Usły­sza­ła ra­do­sne po­krzy­ki­wa­nie męża i śmiech chłop­ców do­bie­ga­ją­ce z ła­zien­ki.

Do­ro­ta, jak w każ­dą so­bo­tę po śnia­da­niu, wy­bie­ra­ła się na targ, któ­ry był głów­nym miej­scem spra­wun­ków, ale tak­że plo­tek i han­dlo­wych ro­man­sów. Spa­ko­wa­ła do ple­ca­ka kil­ka ma­te­ria­ło­wych to­re­bek, port­fel i pacz­kę lan­dry­nek, bez któ­rych mało gdzie się ru­sza­ła.

– Adam, wy­cho­dzę na za­ku­py, wró­cę pew­nie za ja­kieś dwie go­dzi­ny. Za­raz mam au­to­bus, więc mu­szę się tro­chę po­spie­szyć. Pa­mię­taj dać ma­łej mle­ko, jest ścią­gnię­te w bu­tel­ce – mó­wi­ła, za­kła­da­jąc dżin­so­wą kurt­kę i skó­rza­ne buty. – Ośmior­nicz­ki moje ko­cha­ne, pro­szę nie za­mę­czyć taty i szyb­ko ma­sze­ro­wać się ubrać, nie­dłu­go do was wró­cę. Pa­mię­taj­cie, że bar­dzo was ko­cham – do­koń­czy­ła, za­kła­da­jąc ple­cak, uca­ło­wa­ła każ­de­go i wy­szła z domu.

Żeby dojść na przy­sta­nek, po­trze­bo­wa­ła oko­ło pię­ciu mi­nut szyb­kim mar­szem, a au­to­bus miał być za czte­ry, dla­te­go za­czę­ła truch­tać. Do­tar­ła o cza­sie, w prze­ci­wień­stwie do sta­re­go Jel­cza li­nii osiem, któ­ry przy­je­chał prze­peł­nio­ny i spóź­nio­ny o pięć mi­nut. Wci­snę­ła się ja­koś do wnę­trza i prze­ci­snę­ła do ka­sow­ni­ka, żeby ska­so­wać bi­let. Mimo nie­prze­spa­nej nocy była peł­na ener­gii. Pod­skór­nie czu­ła, że to bę­dzie jej ko­lej­na cu­dow­na so­bo­ta, tym bar­dziej że za­po­wia­da­ła się ona wy­jąt­ko­wo pięk­nie, wio­sen­nie.

– Cześć, Do­rot­ka, czyż­by wol­na so­bo­ta peł­na pra­cy? […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Wen­de­ta

isbn: 978-83-8423-739-7

© Da­mian Śwircz i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­ria Bick­mann-Dę­biń­ska

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Kry­stian Że­la­zo

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.