Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Jeśli myślisz, że mam plan, to jesteś w błędzie. Mam tylko żelazny kostur, potężnego kaca i kartę kredytową od samego Diabła.”
Weles, słowiański bóg podziemi, wdepnął w g**no. Dosłownie i w przenośni.
Ktoś poluje na starych bogów. Nie zabija ich dla sportu. On ich "doi". Wysysa z nich esencję, by nakarmić coś, co czeka w Pustce na swoją kolej, by rządzić rzeczywistością.
Aby przetrwać, Weles musi zrobić to, czego nienawidzi najbardziej: przestać uciekać i zacząć działać.
Jego jedynym pewnym sojusznikiem jest Kot– futrzasty, wredny arogant, który patrzy na bogów z wyższością i zdaje się wiedzieć o wszechświecie więcej, niż powinien. Do tego dochodzi Gorgona, która ma dość bycia potworem, i dług u Boruty, który rośnie z każdym dniem.
Podróż przez świat zamienia się w wyścig z czasem, w którym stawką jest przetrwanie mitów, a walutą – dusze.
Poznaj mroczną stronę mitologii. Tutaj nikt nie jest bohaterem. Wszyscy po prostu próbują przeżyć do pierwszego.
Czarnu humor, i sarkazm, jako drugi język urzędowy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 207
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Weles
Tom I
Copyright © by Patryk Olszewski
Copyright for cover © Patryk Olszewski
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autora.
Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją. Zbieżność wydarzeń i nazwisk jest przypadkowa.
Skład i łamanie:
Dorota Bębenek – Literackie Atelier
www.literackieatelier.pl
Wydanie I, 2026
ISBN: 978-83-979373-1-4
Weles
Patryk Olszewski
Tom I serii
Bogowie z Odzysku
Dla Alana.
Żebyś wiedział, że w życiu nie chodzi o to, by być świętym, ale o to, by nie dać się zjeść.
Nie bierz kredytów u diabła i pamiętaj – nawet jak świat się wali, zawsze znajdzie się sposób, żeby wyjść na swoje.
Twój Tata
Pobudka boga
Chicago o tej porze roku śmierdziało jak mokry popielnik. Zaułek, w którym odzyskał przytomność, był tego najlepszym przykładem – cuchnął mieszanką gnijących resztek z chińskiej knajpy, namokniętego kartonu i taniego wina, które ktoś zwrócił na beton dobrą godzinę temu.
Deszcz nie pomagał. Zamiast zmywać ten syf, mieszał go z miejską sadzą i olejem silnikowym, zamieniając ulicę w koryto pełne czarnej, lśniącej brei.
Weles leżał na plecach w samym środku tej kałuży. Lodowata woda powoli, z sadystyczną cierpliwością przesiąkała przez skórzaną kurtkę, drażniąc skórę na łopatkach. Zimne krople bębniły w zamknięte powieki, wybijając rytm narastającego bólu głowy.
Jego stan wskazywał jednoznacznie, że wczorajsza noc nie była po prostu „dobra”. Była katastrofą. Była jedną z tych imprez, o których słowiańscy pieśniarze milczą, bo nawet im byłoby wstyd układać o tym ballady. Pamiętał mgliście jakiś bar na Jackowie, zakład o duszę (czyją? swoją?), a potem już tylko ciemność i smak asfaltu.
Pierwszym sygnałem powrotu do świata żywych nie był jednak pulsujący ból czaszki, przypominający wbijanie gwoździa w potylicę. To było coś znacznie gorszego. Coś fizycznego i upokarzającego. Poczuł ciepły, rytmiczny strumień, który z bezczelną precyzją uderzał w jego mostek. Ciecz wsiąkała w brudną koszulę i rozlewała się nieprzyjemnym gorącem po zziębniętej klatce piersiowej.
Rozkleił jedno oko. Powieka ważyła tonę. Obraz był zamazany, jakby patrzył przez brudną, zaparowaną szybę. Zamrugał kilka razy, walcząc z ostrością. Otworzył drugie.
Nad nim, siedząc mu na piersiach z miną imperatora na tronie, tkwił czarny kot.
Zwierzę patrzyło mu prosto w oczy z absolutnym, niczym niezmąconym spokojem, kończąc opróżniać pęcherz na koszulkę słowiańskiego bóstwa podziemi, magii i przysiąg.
Sierściuch wyglądał tak, jakby to, co właśnie robił – czyli bezczelne sikanie na istotę nadprzyrodzoną – było nie tylko w pełni uzasadnione, ale wręcz konieczne dla zachowania równowagi energetycznej we wszechświecie.
Weles dźwignął się na łokciach, zrzucając zwierzę z siebie gwałtownym ruchem. Przez jego twarz przemknęła kawalkada emocji: od tępego niezrozumienia, przez głębokie obrzydzenie, aż po furię, od której w dawnych czasach usychały plony.
– To ma być ta wasza wielka, boska interwencja?! – ryknął w stronę ołowianego nieba. Jego głos, zazwyczaj głęboki i władczy, teraz zachrypiał jak stary silnik diesla odpalany na mrozie. – Tyle lat służby... Tyle dusz przeprowadzonych na drugą stronę... I co? Obszczany przez pieprzonego dachowca w ślepym zaułku?!
Machnął ręką, chcąc zdzielić zwierzę. W normalnych okolicznościach ten gest posłałby kota na orbitę. Ale Weles był słaby. Jego cios był powolny, pozbawiony gracji. Kot odskoczył z irytującą lekkością, jakby przewidział ten ruch trzy sekundy wcześniej. Wylądował miękko na jedynym suchym fragmencie krawężnika, ani na chwilę nie spuszczając z Welesa wzroku.
W tych żółtych ślepiach było coś nienaturalnego. Nie było tam strachu, który zwykle czują zwierzęta w obecności bóstw. Była tam kpiąca wyższość. Mieszanka złośliwości i znudzenia, jaką można zobaczyć w oczach urzędnika skarbowego, który właśnie znalazł błąd w twoim zeznaniu podatkowym i zamierza cię zniszczyć dla sportu.
Ten cholerny kot wiedział coś, czego Weles nie wiedział. I bawił się tym setnie.
– No idź w cholerę – burknął Weles, z trudem podnosząc się do pionu.
Stawy trzasnęły, protestując przeciwko grawitacji. Błoto cmoknęło głośno, niechętnie puszczając jego przemoczone spodnie. Bóg zachwiał się, opierając rękę o mokrą cegłę ściany. Spróbował pstryknąć palcami, by przywołać choć iskrę, mały płomyk, który wysuszyłby jego ubranie i usunął smród. Skupił wolę. Nic. Zaledwie żałosna iskra, która zgasła, zanim oderwała się od kciuka. Był pusty. Wyczerpany.
– Świetnie – mruknął do siebie. – Po prostu cudownie. Spojrzał na kota. – Znajdź sobie kogoś innego do upokarzania. Może jakiegoś lokalnego pijaczka, co? Tutaj ich pełno.
Kot ani drgnął. Zamiast uciec w popłochu, przeciągnął się leniwie, prezentując każdy kręg kręgosłupa, ziewnął, pokazując różowy język, uniósł ogon niczym sztandar bojowy i ruszył powoli w stronę wyjścia z zaułka. Zatrzymał się jednak po kilku krokach i obejrzał przez ramię.
– Serio? – Weles zatrzymał się, wycierając wierzchem dłoni mokrą twarz. Śmierdział uryną, deszczem i nieszczęściem. – Będziesz mnie teraz śledził?
Zwierzę wydało z siebie krótki, skrzeczący dźwięk. Nie było to słodkie „miau”. Brzmiało to raczej jak chrapliwe: „Ruszaj dupę, nie mam całego dnia”.
Weles stał przez chwilę, ważąc w dłoni niewidzialny ciężar swojej godności. Zostało jej niewiele.
– Wiesz co? Rób, co chcesz – rzucił, poddając się. Nie miał siły na dyskusje z fauną. Głowa pulsowała mu zbyt mocno. – Ale wiedz jedno: jak jeszcze raz spróbujesz mnie oznaczyć jak swoje terytorium, zrobię z ciebie futrzaną czapkę. I będę ją nosił latem. Nawet w Egipcie.
Kot zignorował groźbę z arystokratyczną obojętnością. Po prostu szedł, omijając kałuże, w których przed chwilą tarzał się bóg podziemi, wybierając suchą ścieżkę, której Weles wcześniej nie zauważył.
Wyszli z mrocznego zaułka na główną ulicę. Chicago budziło się do życia, choć dla Jackowa – polskiej dzielnicy – dzień zaczął się już dawno. W oddali wyła syrena karetki, ktoś trąbił na żółtą taksówkę, która zajechała mu drogę. Z piekarni naprzeciwko dolatywał zapach czerstwego chleba i pączków.
Świat toczył się dalej, kompletnie nieświadomy, że w tym brudnym, śmierdzącym zaułku właśnie zawiązał się najbardziej popieprzony sojusz w historii tego wymiaru.
– No dobra – mruknął Weles, wpychając zziębnięte dłonie w kieszenie mokrej kurtki. Wymacał tam tylko pogniecioną paczkę papierosów i zapalniczkę, która prawdopodobnie nie działała. – Zobaczymy, co jeszcze dziś spieprzysz, sierściuchu.
Ruszył przed siebie, a jego cień na mokrym chodniku wydawał się dziwnie krzywy, jakby nawet on miał kaca.
Bar pod Zdechłym Psem
Weles stał przed witryną, która kiedyś mogła być przezroczysta, ale teraz pokrywała ją warstwa tłuszczu i miejskiego osadu, skutecznie chroniąca wnętrze przed wzrokiem ciekawskich i sanepidu. Przejechał dłonią po twarzy, próbując zeskrobać z niej resztki deszczu i upokorzenia. Czuł się jak przeżuty i wypluty kawałek gumy balonowej, który przykleił się do podeszwy przechodnia.
Potrzebował kawy. Czarnej jak jego obecna sytuacja życiowa, gęstej jak smoła i gorącej jak piekło, o którym kaznodzieje wrzeszczą w niedzielne poranki. I może czegoś na ząb, żeby żołądek przestał wywijać akrobatyczne koziołki, domagając się uwagi. A potem whisky. Dużo taniej, podłej whisky, żeby zabić smak porażki i kociego moczu, który wciąż drażnił jego nozdrza.
Pchnął ciężkie drzwi z napisem „Czynne 24h” (litera „h” była dopisana markerem).
Uderzył go zaduch tak gęsty, że można by go kroić nożem i smarować nim chleb. Była to unikalna kompozycja zapachowa: dym z najtańszych fajek bez filtra, zwietrzałe piwo, przypalony olej, na którym smażono frytki prawdopodobnie od zeszłej dekady, i nuta ludzkiego potu. Klasyka gatunku podrzędnych spelun, gdzie nadzieja umiera zaraz po wejściu.
Podłoga kleiła się do butów z każdym krokiem, wydając mlaskające dźwięki, jakby lokal próbował go zjeść. Światło było na tyle przytłumione – kilka mrugających jarzeniówek i neon reklamujący piwo, które wycofano z produkcji w latach dziewięćdziesiątych – by litościwie ukryć brud w kątach i beznadzieję na twarzach bywalców.
Mimo wczesnej pory, przy stolikach siedziało już kilku amatorów porannego klina. Twarze mieli szare, wzrok nieobecny. Weles zignorował ich taksujące spojrzenia, w których ciekawość mieszała się z wrogością, i ruszył prosto do baru.
Kot, niczym czarny cień oderwany od właściciela, wślizgnął się za nim, omijając lepką podłogę skokami po wolnych krzesłach.
– Coś dla pana?
Barman wyglądał, jakby właśnie wyszedł z więzienia o zaostrzonym rygorze albo bardzo chciał tam trafić, żeby odpocząć od żony. Miał kark grubości uda przeciętnego człowieka, tatuaż przedstawiający drut kolczasty na szyi i wzrok seryjnego mordercy, który właśnie wybiera ofiarę.
Weles oparł się o ladę, czując pod łokciami lepkość blatu. – Kawa. Ma być czarna, mocna i nie pytaj mnie o mleko sojowe. I... dobra, polej od razu podwójną. Tą z dolnej półki, co smakuje jak rozpuszczalnik.
Rzucił na blat garść monet. Były lepkie od wilgoci i błota. Barman spojrzał na nie z niesmakiem, ale zgarnął je wielką dłonią, która przypominała łopatę do węgla.
Kot bezszelestnie wskoczył na wysoki stołek barowy, tuż obok miejsca, gdzie siedział wielki jak szafa facet w brudnym podkoszulku typu „żonobijka”. Zwierzę usiadło, owinęło się ogonem i wbiło wzrok w kufel sąsiada.
Weles westchnął ciężko, czekając na swoje zamówienie. Głowa wciąż mu pękała, a obecność kota sprawiała, że czuł się nieswojo. Jakby był obserwowany przez jednoosobowe jury.
Z boku dobiegł go chrapliwy rechot. Osiłek siedzący obok kota obrócił się na stołku. Miał twarz kogoś, kto edukację zakończył na etapie rzucania kamieniami w okna, a jego tatuaże wyglądały jak bazgroły znudzonego przedszkolaka na brudnopisach.
– Patrzcie go, kurna – rzucił głośno do swoich kumpli przy stoliku pod oknem, chcąc zaimponować widowni. – Lalunia przyszła z obstawą.
Kumple zarechotali posłusznie. Osiłek poczuł się pewniej. Nachylił się w stronę Welesa, zionąc przetrawionym alkoholem i cebulą, którą jadł chyba na śniadanie, obiad i kolację.
– Co jest, piękny? – zagadnął, szturchając Welesa w ramię palcem grubym jak serdel. – Żadna kobieta cię nie chciała, to sobie wziąłeś kota do bzykania? Niezła dupa z tego sierściucha, co? W sam raz dla takiego frajera.
Weles zamknął oczy na sekundę. Liczył do trzech. Jeden. Dwa. Trzy. Nie pomogło. Powoli, bardzo powoli obrócił głowę. Jego oczy zwęziły się, a tęczówki na ułamek sekundy pociemniały, przypominając burzowe niebo.
– Może po prostu szukam miejsca, gdzie nikt nie będzie mi truł dupy z samego rana – odpowiedział. Głos miał spokojny, cichy, ale wibrowała w nim nuta, od której pęka szkło w oknach. – A co do twoich fantazji... zachowaj je dla siebie, zanim ktoś cię weźmie za zboczeńca i wezwie policję obyczajową.
W barze zapadła cisza tak głęboka, że słychać było brzęczenie samotnej muchy latającej nad kranem z piwem. Powietrze zgęstniało od testosteronu, głupoty i narastającej agresji.
Osiłek poczerwieniał. Żyła na jego czole napęczniała, grożąc eksplozją. – Uważaj na słowa, cwaniaczku – warknął, prostując się i zrzucając z siebie resztki pozornego spokoju. – Bo zaraz będziesz zbierał zęby z podłogi połamanymi rękami.
Zanim Weles zdążył zareagować – a był wciąż zbyt wolny, zbyt skacowany – kot wkroczył do akcji. Nie zeskoczył. Nie uciekł. Przeszedł pewnie po blacie baru, ignorując krzyki barmana, prosto w stronę kufla pełnego jasnego piwa, który stał przed osiłkiem.
Zatrzymał się. Spojrzał facetowi głęboko w oczy, mrużąc powieki w wyrazie absolutnej pogardy. A potem powoli, z premedytacją godną psychopatycznego mordercy, wyciągnął łapę.
Wysunął jeden pazur. I pchnął szkło.
Kufel poleciał w dół. Czas zwolnił. Szkło roztrzaskało się o podłogę tuż przy butach dryblasa z hukiem, który w ciszy baru brzmiał jak wystrzał armatni. Pienisty płyn ochlapał mu spodnie, buty i łydki.
– Kurwa! – ryknął osiłek, odskakując jak oparzony parą. – Twój zasrany kochanek wylał mi browara!
Weles nie mógł się powstrzymać. Uśmiechnął się kącikiem ust, mimo że wiedział, co nastąpi za chwilę.
– Mówiłem. On ma charakter. I chyba nie lubi twoich butów. Są z zeszłego sezonu.
Osiłek zamachnął się. Jego pięść, wielka jak bochen chleba, przecięła powietrze w miejscu, gdzie ułamek sekundy wcześniej była głowa Welesa. Cios był silny, ale powolny, sygnalizowany całym ciałem. Typowy barowy cep.
Weles zrobił unik, czując, jak wiatr od uderzenia muska go po uchu. Nie był w formie, ale tysiące lat doświadczenia robiły swoje. Chwycił nadgarstek napastnika, wykorzystując jego własny pęd, i pociągnął. Osiłek stracił równowagę i poleciał na sąsiedni stolik.
Drewno trzasnęło z suchym łoskotem, zamieniając się w stertę drzazg.
– Bierz go! – wrzasnął ktoś z tyłu.
Reszta stada ruszyła z odsieczą. Dwóch typów rzuciło się na niego z gracją lodołamacza, który utknął na mieliźnie. Chcieli go po prostu zmiażdżyć masą.
Weles musiał tańczyć. Unik w lewo. Cios w splot słoneczny pierwszego (czuł, jak jego własne knykcie protestują). Kopnięcie w kolano drugiego. Słychać było głuche stęknięcia i nieprzyjemne chrupnięcia łamanych stawów. Bolało. Każdy ruch przypominał mu o wczorajszym pijaństwie, mięśnie paliły, oddech był krótki. To nie była elegancka walka boga. To była brudna szarpanina w barze.
Jeden z napastników wyciągnął nóż. Ostrze błysnęło w półmroku, brudne i wyszczerbione, ale wciąż groźne.
– Potnę cię, frajerze! – syknął.
Weles nie dał mu szansy na monolog. Złapał rękę z nożem, wykręcił ją tak, że staw łokciowy trzasnął jak sucha gałąź. Nóż upadł na lepką podłogę z metalicznym brzękiem.
W tym samym czasie kot kontynuował dzieło zniszczenia, traktując bar jak plac zabaw. Biegał po półkach z alkoholami za plecami barmana, zrzucając butelki jedną po drugiej. Drogie likiery mieszały się z tanią wódką. Kaskada szkła i alkoholu zamieniła podłogę za barem w śmierdzące lodowisko.
Barman próbował go złapać, wymachując ścierką.
– Wynocha, sierściuchu!
Ale poślizgnął się na rozlanym ginie. Nogi wyjechały mu do przodu i wyrżnął potylicą o ladę, osuwając się bez przytomności.
Weles zakończył zabawę solidnym, choć mało finezyjnym kopnięciem w klatkę piersiową ostatniego stojącego przeciwnika. Facet przeleciał przez pół sali, odbił się od ściany i wylądował na starej szafie grającej, która wydała z siebie jęk zdychającej elektroniki, po czym zamilkła na wieki.
Cisza wróciła. Tym razem była ciężka, przerywana tylko chrapliwymi oddechami Welesa i jękami pokonanych, wijących się na podłodze.
Na środku tego pobojowiska, w kałuży piwa, krwi i rozbitych nadziei, leżał pierwszy agresor – ten z tatuażami. Rękę miał wygiętą pod nienaturalnym kątem.
Ale to nie złamana kończyna przykuła uwagę Welesa. Bóg oparł dłonie o kolana, łapiąc oddech. Wzrok mu się wyostrzył. Na palcu nieprzytomnego dryblasa coś błyszczało. Nie było to złoto ani srebro.
Pierścień.
Stary, ciężki, sczerniały metal, na którym wyryto runy. Nie były to jednak runy ozdobne. One pulsowały słabym, trupim światłem, widocznym tylko dla tych, którzy patrzą głębiej.
Weles przykucnął, ignorując ból w plecach i lepkość podłogi. Chwycił dłoń osiłka. Była bezwładna. Zsunął pierścień z palca. Metal był zimny. Nienaturalnie zimny, jakby leżał w śniegu, a nie na ciepłym ciele.
– No proszę, co my tu mamy? – mruknął, obracając znalezisko w palcach.
Czuł bijącą od niego energię. Mroczną, starą i niepokojącą. To nie była błyskotka z lombardu, którą kupuje się za wygraną w bilard. To pachniało dawnymi czasami. Czasami ofiar, krwi i zapomnianych bóstw.
Kot zeskoczył z lady, lądując bezszelestnie obok. Obwąchał pierścień, marszcząc nos, i miauknął przeciągle. W tym dźwięku była aprobata, ale i ostrzeżenie.
– Jeśli przez to gówno wpakuję się w jeszcze większe kłopoty – powiedział Weles do zwierzęcia, chowając przedmiot do kieszeni – to przysięgam, zrobię z ciebie dywanik łazienkowy.
Wstał z trudem. Kostki dłoni miał zdarte, kurtkę jeszcze bardziej brudną. Wyciągnął z portfela ostatni banknot – zmięte dwadzieścia dolarów. Rzucił go barmanowi, który właśnie zaczynał odzyskiwać przytomność i gramolił się zza lady, trzymając się za głowę. Papierek wylądował w kałuży piwa.
– Reszty nie trzeba. Na sprzątanie – rzucił Weles. – I na nową szafę grającą. Ta i tak miała kiepski repertuar.
Kot ruszył do wyjścia pierwszy, z wysoko uniesionym ogonem, stąpając dumnie między odłamkami szkła, jakby właśnie wygrał tę walkę w pojedynkę. Weles poprawił kołnierz kurtki, splunął na podłogę i wyszedł za nim w szary, deszczowy poranek Jackowa.
Guślarz i Dym
Weles nie łudził się, że na tym łez padole istnieje coś takiego jak przypadek. W jego branży przypadki zdarzały się rzadziej niż uczciwi politycy. To, co trzymał w kieszeni, parzyło chłodem przez materiał dżinsów, jakby nosił tam kostkę lodu, która nigdy się nie topi. Pierścień pulsował rytmem, który bóg podziemi znał aż za dobrze – rytmem starej, wrednej i głodnej magii.
Usiadł na krawężniku przed barem, ignorując fakt, że beton był wciąż mokry i zimny. Wyciągnął pierścień na światło dzienne. W szarym, bezlitosnym świetle chicagowskiego poranka runy wydawały się drgać, przypominając robactwo wijące się pod podniesionym kamieniem. Metal nie był szlachetny. Był ciemny, porowaty, jakby wchłonął krew tych, którzy nosili go wcześniej.
– No dobra – mruknął, podrzucając ciężki krążek w dłoni. – Kto cię ukuł, małe cholerstwo? I dlaczego czuję się przy tobie, jakbym stał nad otwartym grobem?
Potrzebował eksperta. Kogoś, kto grzebie w magicznym szambie na tyle głęboko, by rozpoznawać smród poszczególnych gówien, ale jednocześnie na tyle szalonego, by wciąż żyć w tym mieście.
– Aska – rzucił w przestrzeń. – Ten pieprzony konował.
Weles wstał, strzepując nieistniejący popiół z kurtki. Kot siedział obok na hydrancie, intensywnie liżąc łapę, jakby przed chwilą nie zdemolował baru i nie upokorzył lokalnej fauny dresiarskiej.
– Idziemy do Bielika, sierściuchu. – Weles ruszył przed siebie. – Może przy okazji uda mi się doprowadzić go do szału. To zawsze poprawia mi humor, a po tym poranku potrzebuję endorfin.
Droga przez Jackowo była jak podróż w czasie i przestrzeni. Polskie szyldy „Kiełbasa”, „Pierogi”, „Paczki do Polski” mieszały się z amerykańską, brutalną architekturą ceglanych czynszówek. Było tu swojsko, a jednocześnie obco. Zapach bigosu walczył z wonią spalin. Weles mijał ludzi spieszących się do pracy na budowach i w sklepach – rodaków, którzy uciekli za ocean za marzeniami, a znaleźli ciężką harówkę. On ich rozumiał. Też uciekł. Tyle że z Olimpu (no, słowiańskiego odpowiednika), a nie z Podkarpacia.
Po dwudziestu minutach marszu przez obdrapane ulice, gdzie wiatr od jeziora Michigan zacinał złośliwie w twarz, dotarli na miejsce.
Dom Asklepiosa „Aski” Bielika wyglądał jak pomyłka architekta, o której wszyscy chcieli zapomnieć. Wciśnięty między dwa nowoczesne magazyny logistyczne, odrapany budynek z czerwonej cegły przypominał spróchniały ząb w idealnym uśmiechu. Okna na parterze były zabite dechami, a te na piętrze zasłonięte ciężkimi, wojskowymi roletami.
Ale to, co działo się w środku, było znacznie gorsze.
Kiedy Weles pchnął drzwi (zamek ustąpił pod delikatnym naporem woli, klucze były dla amatorów), uderzył go zapach, który mógłby obudzić mumię. Była to gęsta mieszanka formaliny, starych, zwietrzałych ziół, spalonego cukru i czegoś, co niebezpiecznie przypominało gnijące mięso.
Wnętrze wyglądało jak po wybuchu w bibliotece połączonej z gabinetem osobliwości. Wszędzie walały się książki, mapy nieba, słoje z czymś, co kiedyś żyło (i patrzyło na gości mętnymi oczami), oraz zardzewiałe narzędzia chirurgiczne, które Aska nazywał „kolekcjonerskimi”, a które Weles uważał za dowód w sprawie karnej.
– Weles, kurwa mać – dobiegło z głębi pomieszczenia, zza góry woluminów.
Aska siedział w głębokim, skórzanym fotelu, z nosem w grubej księdze oprawionej w coś, co miało podejrzaną fakturę. Nawet nie podniósł wzroku. Był chudy, łysiejący, a na nosie miał okulary o tak grubych szkłach, że jego oczy wyglądały jak dwa rozgotowane jajka.
– Jebie od ciebie na kilometr. To szczyny, tania wóda czy po prostu twój naturalny zapach porażki, który ostatnio ci towarzyszy?
– Też miło cię widzieć, Aśka – odparł Weles z szerokim, fałszywym uśmiechem, wchodząc głębiej w ten labirynt szaleństwa. Wiedział, jak bardzo guślarz i były grecki bóg medycyny (zdegradowany do roli podziemnego lekarza w Chicago) nienawidzi tej formy imienia. – Mam prezent. Coś, co może cię zainteresować, jeśli wyjmiesz kij z dupy i przestaniesz udawać, że czytasz ten sennik dla gospodyń domowych.
Aska westchnął tak ciężko, jakby dźwigał na barkach cały panteon i jeszcze kredyt hipoteczny. Odłożył księgę z namaszczeniem, zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał na gościa wzrokiem, który mógłby zsiadłe mleko zamienić w granit.
– Nie mów do mnie Aśka – warknął, wstając powoli. Jego kitel był poplamiony substancjami o różnych kolorach. – I nie znoś mi tu swoich gówien. Mam dość własnych problemów. Sanepid węszący wokół utylizacji odpadów medycznych to wystarczający ból głowy. Ale skoro już przylazłeś i zatruwasz mi powietrze... pokaż.
Weles podszedł do stołu, zrzucając z niego stertę recept z lat osiemdziesiątych, i rzucił pierścień na blat. Metal zadźwięczał ciężko, nienaturalnie głucho, jakby pochłonął dźwięk zamiast go odbić.
Aska pochylił się. Jego oczy zwęziły się. Sięgnął po długą pęsetę, wyraźnie unikając dotykania przedmiotu gołą skórą. I słusznie.
Gdy tylko stal narzędzia zbliżyła się do pierścienia, runy na metalu rozjarzyły się słabym, trupim światłem. Powietrze wokół stołu ochłodziło się o kilka stopni. Słoiki na półkach zadzwoniły cicho.
– O żesz ty... – szepnął Aska. W jego głosie słychać było mieszankę obrzydzenia i niezdrowej, naukowej podniety. – To gówno aż pulsuje. Skąd to wziąłeś? Z grobu?
– Od jednego martwego idioty w barze. Miał to na palcu i nawet nie wiedział, że to coś wysysa z niego życie. Wygląda na twoją działkę. Co to jest?
– To nie jest zwykła biżuteria, geniuszu. To nie jest amulet ochronny ani sygnet rodowy. – Aska przysunął lampę warsztatową, oświetlając przedmiot ostrym światłem. Cienie run wydłużyły się, tworząc na blacie skomplikowane wzory. – Te znaki... to klucz. Albo pieczęć. Jest w tym historia, ale śmierdzi czymś starym. Bardzo starym. Starszym niż Rzym. Starszym niż my.
Spojrzał na Welesa, krzywiąc się, jakby zapach boga podziemi nagle stał się nie do zniesienia.
– Zanim zacznę w tym grzebać i ryzykować, że coś mi urwie ręce, idź się umyć. Nie mogę się skupić, jak walisz kocim moczem i zwietrzałym browarem. Łazienka tam gdzie zawsze, na końcu korytarza. I nie dotykaj moich skalpeli, ostatnio je ostrzyłem.
Weles nie zamierzał się kłócić. Czuł się brudny nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Skorzystał z okazji.
Łazienka Aski wyglądała jak laboratorium szalonego chemika, który hobbystycznie zajmuje się hydrauliką. Rury były na wierzchu, kafelki odpadały, a w rogu stała wirówka do krwi, która służyła jako stojak na papier toaletowy. Ale woda w kranie była gorąca. To wystarczyło.
Szorował skórę szarym mydłem, zmywając z siebie brud zaułka, smród taniego alkoholu i – co najważniejsze – upokarzający odór kocich szczyn.
Kiedy zakręcił kurek, para osiadła na pękniętym lustrze nad umywalką. Weles oparł dłonie o porcelanę i spojrzał w swoje odbicie. Przetarł taflę dłonią.
Patrzył na niego zmęczony, wymięty bóg.
Jego oczy, stalowoszare i zimne jak listopadowy poranek nad Wisłą, były jedyną rzeczą, która nie zdradzała kaca. Reszta? Cóż. Ciemne, lekko falowane włosy były w nieładzie, a przy skroniach połyskiwało już całkiem sporo siwych nitek. Nieśmiertelność nieśmiertelnością, ale życie w Jackowie, picie podłej wódki i użeranie się z demonami niższego szczebla ryło bruzdy nawet na boskiej facjacie.
Miał cienie pod oczami. Wyglądał na kogoś, kto widział o jeden koniec świata za dużo.
– Wyglądasz jak gówno, stary – mruknął do swojego odbicia. – Jak długo jeszcze pociągniesz na tym paliwie?
Sięgnął po ciuchy, które trzymał u Aski na czarną godzinę – czyli średnio co drugi tydzień, bo jego życie składało się głównie z czarnych godzin.
Wciągnął świeże, ciemne dżinsy, które nie kleiły się do nóg. Do tego czarna bawełniana koszulka z dekoltem w serek, opinająca się na wciąż solidnych barkach. Prosto, mrocznie i bez zbędnego pierdolenia. Na koniec wsunął stopy w swoje ciężkie buty w stylu wojskowym. Były zniszczone, porysowane, ale wygodne.
Zarzucił na ramiona swoją wysłużoną skórzaną kurtkę. Skóra skrzypnęła znajomo, układając się na nim jak druga, twardsza skóra. Kurtka widziała niejedno – bójki w barach, ucieczki przed demonami, upadki z motocykla i z wysokiego konia. Była jak zbroja, tyle że z kieszeniami na fajki.
Wrócił do pokoju. Atmosfera zgęstniała. Aska siedział nad pierścieniem, mamrocząc pod nosem w martwym języku. Obok leżała otwarta wielka księga, której wcześniej nie było. Stara, oprawiona w skórę, która miała pory i drobne włoski.
Nagle tomiszcze drgnęło. Kartki same przewróciły się z szelestem, który brzmiał jak szept tysiąca głosów.
– Co do... – Aska cofnął rękę, jakby poparzył się ogniem.
Pierścień zaczął wibrować. Dźwięk był niski, na granicy słyszalności – basowe buczenie, od którego bolały plomby w zębach. Z powierzchni metalu biło zimno, które szroniło blat stołu, tworząc skomplikowane fraktale lodu. Weles poczuł metaliczny posmak w ustach. Zapach starożytnej bitwy, miedzi, krwi i ozonu.
– Nie mów mi, że to gówno czyta – mruknął Weles, podchodząc bliżej, ale trzymając rękę w pobliżu kieszeni z kastetem.
– Gdyby czytało, mielibyśmy problem, bo wiedza to broń – odparł Aska, ocierając zimny pot z czoła. – Ale to jest gorsze. To rezonuje. To nadaje sygnał. Język w tej księdze... nie znam go. A znam większość martwych języków, łącznie z akadyjskim, sumeryjskim i tymi dialektami, w których demony zamawiają pizzę w siódmym kręgu piekła.
Symbole na kartach wiły się, zmieniając kształty. Były ostre, drapieżne, kanciaste. Nie stworzyła ich ludzka ręka. Wyglądały jak rany zadane rzeczywistości.
– Świetnie – skwitował Weles, opierając się o regał, który zachwiał się niebezpiecznie. – Mamy magiczny pierścionek, który działa jak GPS, i książkę, która do niego gada w języku, którego nikt nie zna. Co teraz? Mam dać ogłoszenie do „Dziennika Związkowego”? „Szukam tłumacza z mrocznego bełkotu, płacę w walucie i duszach”?
Aska zamknął księgę z trzaskiem. Pierścień natychmiast przygasł, jakby ktoś odciął zasilanie.
– Thoth – powiedział krótko guślarz.
– Ten egipski ptaszysko? – Weles uniósł brew. – Myślałem, że siedzi na emeryturze, pisze pamiętniki i karmi gołębie nad Nilem.
– Prowadzi antykwariat w Kairze. Jeśli ktoś w tym wszechświecie zna ten język, to on. On wymyślił pismo, pamiętasz? Ale jest haczyk. Nie ma adresu, nie ma telefonu, nie ma profilu na Facebooku. Znajdują go tylko ci, którzy wiedzą, czego szukać, i ci, których on chce widzieć.
– Czyli wycieczka do Egiptu. Cudownie. – Weles wstał, zapinając kurtkę. – Zawsze marzyłem, żeby pocić się w piasku i targować o cenę wielbłąda.
– Spierdalaj już – mruknął Aska, wracając do swoich notatek i wyraźnie chcąc pozbyć się niebezpiecznego artefaktu ze swojego domu. – I nie wracaj, dopóki nie dowiesz się, co to jest. I weź ten pierścień, bo mi psuje feng shui w laboratorium.
Przed wylotem Weles miał jeszcze jedną, przyziemną sprawę do załatwienia. Pieniądze. Bogowie może i są nieśmiertelni, potrafią naginać wolę śmiertelników i widzieć w ciemności, ale linie lotnicze wymagają twardej waluty. Dolary, euro, cokolwiek. Niestety, „boska charyzma” nie działała na system rezerwacji online.
Zbyszek, stary dłużnik i drobny kanciarz, przesiadywał w barze „U Grubego” na rogu Milwaukee Avenue. Kiedy Weles wszedł do środka, uderzył go zapach, który był kuzynem tego z poprzedniego baru, ale z dodatkiem starej frytury i rozpaczy.
Zbyszek siedział w najciemniejszym kącie, czerwony na twarzy, wpatrzony w dno pustego kufla, jakby szukał tam sensu życia.
Weles podszedł powoli, celebrując każdy krok. Odsunął krzesło naprzeciwko dłużnika z głośnym, przeciągłym zgrzytem, który uciszył rozmowy przy sąsiednich stolikach.
