Wdowi las - Margaret Atwood - ebook + audiobook + książka

Wdowi las ebook i audiobook

Margaret Atwood

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Dowcip, inteligencja i nieskończona wyobraźnia. Jak ona to robi? Jak Margaret Atwood nieustannie tworzy tak mądrą, przejmującą, złośliwie zabawną i po prostu piękną prozę? Jak w kilku opowiadaniach potrafi zamknąć cały świat i opisać nasze w nim miejsce? Tym razem wyrusza w sferę dystopii, czarów i zaświatów. Poznajemy Nell i Tiga – urocze małżeństwo, które w czasie długiego wspólnego życia dostało bezcenną lekcję miłości. Kolejni bohaterowie to zdezorientowany ślimak, którego dusza utknęła w ciele pracownicy banku, i Martha Gellhorn – korespondentka wojenna, a może raczej kosmitka przysłana na Ziemię w ramach programu rozwiązywania kryzysów intergalaktycznych. Mamy tu też wspaniałą rozmowę Autorki z George’em Orwellem, pełną gorzkiego absurdu historię matki, córki i zamienionego w krasnala ojca oraz poruszającą relację starożytnej uczonej, Hypatii z Aleksandrii, która ujawnia tajemnicę swojej śmierci. Mimo różnorodności wszystkie opowiadania mają wspólny mianownik. Jak zawsze u Atwood, są nim dowcip, inteligencja, nieskończona wyobraźnia i umiejętność wywracania „normalności” do góry nogami.Cokolwiek nurtuje teraz Margaret Atwood, będzie nurtowało resztę świata za dziesięć lub więcej lat.EZRA KLEIN, „NEW YORK TIMES”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2024

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 34 min

Rok wydania: 2024

Lektor: Maja Ostaszewska

Oceny
3,8 (80 ocen)
31
17
19
7
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jatzek

Z braku laku…

Chyba najsłabsza książka Atwood. Dodatkowo Maja Ostaszewska nie sprawdza się w roli lektora. Trudno wysłuchać do końca.
10
EwelinaV

Nie oderwiesz się od lektury

Dziwię się niskim ocenom. Świetne, dziwne, inteligentne, przejmujące. Zostało we mnie. Dodałabym, że to kobiece pisanie - w sensie że rezonuje z doświadczeniem bycia kobietą.
00
sunako1006

Całkiem niezła

ciekawe pomysly ale chaotyczne
00
krolik1333

Całkiem niezła

Fajne opawiadania
00
werolska

Nie oderwiesz się od lektury

dla mnie doskonały zbior!
00

Popularność




Moim czy­tel­ni­kom

Mo­jej ro­dzi­nie

Moim przy­ja­cio­łom i nie­obec­nym przy­ja­cio­łom

Gra­eme’owi Gib­so­nowi, jak za­wsze

I

Tig i Nell

Pierw­sza po­moc

Pew­nego dnia Nell wró­ciła do domu w po­rze obia­do­wej i za­stała drzwi wej­ściowe otwarte. Nie było sa­mo­chodu. Ślady krwi na scho­dach pro­wa­dziły do środka; we­szła, za­uwa­żyła, że są też na wy­kła­dzi­nie w ko­ry­ta­rzu, i po­dą­żyła za nimi do kuchni. Na de­sce do kro­je­nia le­żał nóż, je­den z ulu­bio­nych Tiga, z ja­poń­skiej stali, wy­jąt­kowo ostry, a obok za­krwa­wiona mar­chewka z od­cię­tym koń­cem. Ni­g­dzie nie było ich córki, wów­czas dzie­wię­cio­let­niej.

Co się mo­gło stać? Wła­mali się ja­cyś ban­dyci. Tig pró­bo­wał bro­nić się przed nimi no­żem (tylko jak wy­ja­śnić mar­chewkę?) i zo­stał ranny. Ban­dyci ucie­kli, po­ry­wa­jąc jego i córkę, za­bie­ra­jąc sa­mo­chód. Nell po­winna za­dzwo­nić na po­li­cję.

Albo Tig go­to­wał, ska­le­czył się no­żem, stwier­dził, że po­trze­buje szwów, i po­je­chał do szpi­tala, za­bie­ra­jąc ze sobą córkę, żeby nie zo­sta­wiać jej sa­mej. Brzmi to bar­dziej praw­do­po­dob­nie. Pew­nie tak się śpie­szył, że nie zo­sta­wił kartki.

Nell wy­cią­gnęła śro­dek do czysz­cze­nia dy­wa­nów i spry­skała krwawe plamy: gdy za­schną, trud­niej bę­dzie je wy­wa­bić. Póź­niej starła krew z pod­łogi w kuchni, a po na­my­śle też z mar­chewki, która była cał­kiem do­bra. Szkoda, by się zmar­no­wała.

Czas mi­jał. Na­pię­cie ro­sło. Wła­śnie miała za­cząć ob­dzwa­niać szpi­tale w oko­licy i roz­py­ty­wać o Tiga, kiedy wró­cił do domu z za­ban­da­żo­waną ręką. Był w we­so­łym na­stroju, po­dob­nie jak córka. Ależ przy­goda im się przy­da­rzyła! Krew się lała, opo­wia­dali Nell. Ścierka, którą Tig owi­nął ska­le­cze­nie, była cała czer­wona! Jazda sa­mo­cho­dem oka­zała się wy­zwa­niem, przy­znał Tig – nie użył słowa „nie­bez­pieczna” – ale kto by tam cze­kał na tak­sówkę! Ja­koś so­bie po­ra­dził jedną ręką, bo drugą mu­siał trzy­mać w gó­rze, krew ście­kała mu po przed­ra­mie­niu; przy­naj­mniej w szpi­talu szybko go po­zszy­wali, bo bali się, że wszystko za­chla­pie, no i pro­szę, już są z po­wro­tem w domu! Na całe szczę­ście nie tra­fił w tęt­nicę, bo nie by­łoby tak za­baw­nie. (Za­baw­nie nie było wcale, gdy Tig opo­wia­dał tę hi­sto­rię póź­niej sa­mej Nell: jego bra­wura oka­zała się uda­wana, nie chciał wy­stra­szyć córki, choć tak na­prawdę cały czas się mar­twił, czy nie ze­mdleje z utraty krwi – i co wtedy?).

– Mu­szę się na­pić – stwier­dził.

– Ja też – po­wie­działa Nell. – Mo­żemy zjeść ja­jecz­nicę. – Co­kol­wiek Tig pla­no­wał przy­rzą­dzić z mar­chewki, ode­szło w nie­pa­mięć.

Ścierka wró­ciła w pla­sti­ko­wej to­rebce. Ja­skra­wo­czer­wona, na brze­gach już za­czy­nała brą­zo­wieć. Nell na­mo­czyła ją w zim­nej wo­dzie, bo to naj­lep­szy spo­sób na wy­wa­bia­nie plam krwi z tka­nin.

Co bym zro­biła, gdy­bym była wtedy w domu? – za­sta­na­wiała się. Pla­ster ra­czej by nie wy­star­czył. Opa­ska uci­skowa? Uczyli ją tego po­bież­nie w har­cer­stwie. Prze­ro­bili też zwich­nię­cia nad­garst­ków. Spe­cja­li­zo­wała się w po­mniej­szych wy­pad­kach, ale już nie w po­waż­niej­szych. Tymi zaj­mo­wał się Tig.

Zda­rzyło się to już ja­kiś czas temu. Wcze­sną wio­sną, je­żeli Nell do­brze pa­mięta, ja­koś pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych. Były już wtedy dzia­ła­jące ospale kom­pu­tery. I dru­karki: wkła­dało się do nich kartki łą­czone z góry i z dołu – po bo­kach miały dziurki, per­fo­ro­wane pa­ski, które na­le­żało ode­rwać. Za to nie było jesz­cze te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, dla­tego nie mo­gła na­pi­sać ani za­dzwo­nić, za­py­tać Tiga, gdzie jest i skąd ta krew.

Ile mu­sie­li­śmy kie­dyś cze­kać, my­śli. I to w nie­świa­do­mo­ści. Tyle pu­stych pól, któ­rych nie po­tra­fi­li­śmy wy­peł­nić, tyle za­ga­dek. Tak mało in­for­ma­cji. Te­raz jest pierw­sza de­kada XXI wieku, cza­so­prze­strzeń się za­gę­ściła, pa­nuje tłok, le­d­wie można się po­ru­szyć, bo wszę­dzie pełno tego i owego. Od lu­dzi nie da się uciec: po­zo­stają w kon­tak­cie, kon­tak­tują się, za­bie­gają o kon­takt. Stale pod ręką. To le­piej czy go­rzej?

Nell wraca my­ślami do sali, w któ­rej są te­raz z Ti­giem. W jed­nym z tych ni­ja­kich wie­żow­ców przy Bloor Street, w po­bliżu wia­duktu. Sie­dzą na krze­słach przy­po­mi­na­ją­cych te w szkole – z przodu jest na­wet biała ta­blica – a wy­kład pro­wa­dzi pan Fo­ote. Słu­chaczki i słu­cha­cze na są­sied­nich krze­słach mu­szą być przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści lat młodsi od Tiga i Nell – nie­któ­rzy może i o czter­dzie­ści. Dzie­ciaki.

– Je­śli zda­rzy się wy­pa­dek mo­to­cy­klowy – mówi pan Fo­ote – to le­piej nie zdej­mo­wać ka­sku, prawda? Ni­gdy nie wia­domo, co tam można za­stać. – Wy­ko­nuje ko­li­sty ruch ręką, jakby wy­cie­rał szybę.

Ra­cja, my­śli Nell. Wy­obraża so­bie uma­zany wi­zjer ka­sku. W środku twarz, która prze­stała być twa­rzą. Krwawa mia­zga.

Pan Fo­ote po­trafi dzia­łać na wy­obraź­nię. Mówi w ob­ra­zowy spo­sób, może dla­tego, że po­cho­dzi z No­wej Fun­dlan­dii. Nie owija w ba­wełnę. Grubo cio­sany: sze­roki tors, nogi jak dwa klocki, ucho i ra­mię dzieli nie­wielka od­le­głość. Równe pro­por­cje z ni­sko po­ło­żo­nym środ­kiem cięż­ko­ści. Pana Fo­ote’a nie da­łoby się ot tak prze­wró­cić. Nell po­dej­rzewa, że ktoś już pró­bo­wał – wy­gląda, jakby już nie raz miał do czy­nie­nia z bi­ja­tyką w ba­rze, ale też jakby ni­gdy nie wda­wał się w bójki, któ­rych nie jest w sta­nie wy­grać. Do­ci­śnięty za mocno, mógłby wy­rzu­cić na­past­nika przez okno, oczy­wi­ście ze spo­ko­jem – „Mu­si­cie za­cho­wać spo­kój”, po­wie­dział już dwu­krot­nie – po czym upew­niłby się, że nie po­ła­mał ni­komu ko­ści. Gdyby tak się jed­nak nie­szczę­śli­wie zło­żyło, to unie­ru­cho­miłby je szyną i jesz­cze opa­trzył ska­le­cze­nia czy otar­cia. Pan Fo­ote ma wszystko w ze­sta­wie. Tak na­prawdę jest ra­tow­ni­kiem me­dycz­nym, ale to wy­cho­dzi na jaw do­piero w dal­szej czę­ści dnia.

W ręku trzyma czarny skó­rzany se­gre­ga­tor, a na so­bie ma za­pi­naną na su­wak bluzę z dłu­gim rę­ka­wem, z logo po­go­to­wia ra­tun­ko­wego Szpi­tala Świę­tego Jana, jakby był tre­ne­rem dru­żyny – wła­ści­wie to jest: uczy ich pierw­szej po­mocy. Pod ko­niec dnia bę­dzie test i każdy do­sta­nie cer­ty­fi­kat. Wszy­scy są na tej sali wła­śnie po to – pra­co­dawcy wy­słali ich na szko­le­nie. Tak samo Nell i Tig. Dzięki zna­jo­mo­ściom ro­dzin­nym Tiga mają po­pro­wa­dzić wy­kłady pod­czas rejsu przy­rod­ni­czego stat­kiem wy­ciecz­ko­wym – on o pta­kach, ona o mo­ty­lach, czyli o swo­ich hobby. Ofi­cjal­nie będą na­le­żeć do za­łogi, a na tym kon­kret­nym statku wszy­scy jej człon­ko­wie mu­szą mieć ten cer­ty­fi­kat. Taki wy­móg, usły­szeli od osoby, z którą kon­tak­to­wali się w spra­wie rejsu.

Prze­mil­czane zo­stało to, że więk­szość pa­sa­że­rów – go­ści, klien­teli – oględ­nie mó­wiąc, nie bę­dzie młoda. Nie­któ­rzy wręcz starsi od Nell i Tiga. Na­prawdę wie­kowi. Po ta­kich lu­dziach na­leży się spo­dzie­wać, że mogą się prze­wró­cić w każ­dej chwili, a wtedy na ra­tu­nek bie­gną „cer­ty­fi­katy”.

Mało praw­do­po­dobne, by ona i Tig mu­sieli ko­goś ra­to­wać: na po­moc rzucą się młodsi, a przy­naj­mniej Nell ma taką na­dzieję. W ra­zie ko­niecz­no­ści uda za­wa­ha­nie i po­wie, że za­po­mniała, jak po­stą­pić, co zresztą bę­dzie prawdą. A Tig? Pew­nie krzyk­nie: „Od­suń­cie się, zrób­cie im miej­sce!”. Coś w tym stylu.

Wia­domo – lub ra­czej ta­kie krążą po­gło­ski – że na tego ro­dzaju stat­kach na wszelki wy­pa­dek za­wsze są do­dat­kowe za­mra­żarki. Nell wy­obraża so­bie prze­strach ko­goś, kto przez po­myłkę otwiera nie­wła­ściwe drzwiczki i musi zmie­rzyć się z obu­rzo­nym, stę­ża­łym spoj­rze­niem ja­kie­goś nie­szczę­snego pa­sa­żera lub pa­sa­żerki, któ­rym ich cer­ty­fi­kat nie przy­niósł żad­nego po­żytku.

Pan Fo­ote stoi z przodu sali, wo­dząc wzro­kiem po dzi­siej­szym na­rybku. Za­cho­wuje neu­tralny wy­raz twa­rzy, może tylko nieco roz­ba­wiony. Banda pu­sto­gło­wych mię­cza­ków, pew­nie tak o nich my­śli. Miesz­czu­chy.

– Są czyn­no­ści, które na­leży wy­ko­nać, i ta­kie, któ­rych ro­bić nie wolno – mówi. – Opo­wiem o jed­nych i dru­gich. Po pierw­sze nie na­leży drzeć się jak kur­czak bez głowy. Na­wet gdyby nasz ko­lega już swoją stra­cił.

Prze­cież bez­głowe kur­czaki nie mogą się wy­dzie­rać, my­śli Nell. Tak przy­naj­mniej za­kłada. Ro­zu­mie jed­nak, o co cho­dzi. W ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa prze­strzega się: nie trać głowy. Pan Fo­ote do­dałby: „Jak da­cie radę, no nie?”. Zde­cy­do­wa­nie chciałby, żeby w ta­kiej sy­tu­acji mieli głowę na karku.

– Wiele pro­ble­mów można roz­wią­zać – cią­gnie. – Ale jak od­pad­nie głowa, to ko­niec. W ta­kim wy­padku nie mam was czego uczyć, no nie?

To chyba ma być żart, ale pan Fo­ote w ża­den spo­sób go nie sy­gna­li­zuje. To ten typ, który żar­tuje z ka­mienną twa­rzą.

– Za­łóżmy, że je­ste­ście w re­stau­ra­cji – po omó­wie­niu wy­pad­ków mo­to­cy­klo­wych pan Fo­ote prze­cho­dzi do as­fik­sji – i ko­lega za­czyna się wam krztu­sić. Py­ta­nie, które mu­si­cie za­dać, to, czy może mó­wić. Za­py­taj­cie, czy mo­że­cie ude­rzyć go w plecy. Je­śli od­po­wie, że tak, to zna­czy, że nie jest źle, bo jesz­cze od­dy­cha, nie? Ale może się też zda­rzyć... bo wiele osób się wsty­dzi, wstaje i co...? Idą do ła­zienki, żeby nie ro­bić za­mie­sza­nia, nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Ale wy mu­si­cie pójść tam za nimi, bo ina­czej mogą tego nie prze­żyć. Wy­kor­ko­wać na pod­ło­dze, ani się obej­rzy­cie. – Kiwa zna­cząco głową, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wi­dy­wał ta­kie przy­padki. Był przy tym. Pa­trzył, gdy to się stało. Nie­stety przy­był za późno.

Pan Fo­ote wie, co mówi, my­śli Nell. Jej sa­mej pra­wie przy­da­rzyło się coś po­dob­nego. Krztu­sze­nie się, wyj­ście do to­a­lety, żeby nie ro­bić wo­kół sie­bie ha­łasu. Wstyd może być śmier­tel­nie nie­bez­pieczny, te­raz to ro­zu­mie. Pan Fo­ote utra­fił w samo sedno.

– Na­stęp­nie mu­si­cie po­chy­lić po­szko­do­wa­nego do przodu – cią­gnie pan Fo­ote. – I grzmot­nąć pięć razy w plecy... po­winno wy­star­czyć, żeby ka­wa­łek mięsa, pie­ro­żek czy ość od razu wy­le­ciały. A jak nie, to sto­su­je­cie ma­newr He­im­li­cha. Kło­pot w tym, że je­śli ofiara nie jest w sta­nie mó­wić, nie może też dać wam zgody, a co, je­śli już si­nieje lub traci przy­tom­ność? Po pro­stu mu­si­cie to zro­bić. Może zła­mie­cie że­bro, ale przy­naj­mniej ten ktoś prze­żyje, no nie? – Szcze­rzy się lekko, albo tak się Nell je­dy­nie wy­daje. Może tylko drgnął mu ką­cik ust. – To się wła­śnie li­czy, nie? Po­szko­do­wany prze­żył!

Oma­wiają ma­newr He­im­li­cha i jak ude­rzyć ko­goś w plecy we wła­ściwy spo­sób. Zda­niem pana Fo­ote’a po­łą­cze­nie tych dwóch me­tod pra­wie za­wsze przy­nosi sku­tek, ale trzeba za­dzia­łać od­po­wied­nio szybko: w pierw­szej po­mocy czas jest na wagę złota.

– Dla­tego mówi się o niej pierwsza, no nie? To nie cho­lerny urząd skar­bowy, że się tak brzydko wy­rażę, który się może ocią­gać, ile wle­zie, wy ma­cie ja­kieś cztery mi­nuty.

Mówi, że te­raz bę­dzie prze­rwa na kawę, po któ­rej omó­wią uto­nię­cia, me­todę usta-usta i jesz­cze hi­po­ter­mię, a po lun­chu za­wały serca i de­fi­bry­la­tory. Sporo jak na je­den dzień.

Uto­nię­cia są dość pro­ste.

– Wpierw trzeba się po­zbyć wody. Sama wy­leci, je­śli po­zwo­li­cie dzia­łać gra­wi­ta­cji. Od­wróć­cie tylko po­szko­do­wa­nego na bok i opróż­nij­cie mu usta, byle szybko.

Pan Fo­ote nie­raz miał do czy­nie­nia z uto­nię­ciami, całe ży­cie miesz­kał w po­bliżu wody. 

– Po­tem prze­łóż­cie go na plecy, żeby oczy­ścić drogi od­de­chowe, sprawdź­cie, czy od­dy­cha i ma wy­czu­walny puls, i upew­nij­cie się, że ktoś za­dzwo­nił po po­go­to­wie. Je­śli po­szko­do­wany nie od­dy­cha, to ko­niecz­nie usta-usta. Przy­rząd, który wła­śnie wam po­ka­zuję, to ma­seczka do sztucz­nego od­dy­cha­nia, bo cza­sami może się zda­rzyć, że ofiara zwy­mio­tuje, a wy nie chce­cie mieć tego w ustach. Poza tym cho­dzi też o za­razki, nie? Za­wsze na­leży no­sić taką ma­seczkę przy so­bie. – Pan Fo­ote ma ich cały za­pas. Można je bę­dzie ku­pić pod ko­niec za­jęć.

Nell stara się za­pa­mię­tać, żeby ko­niecz­nie taką na­być. Jak w ogóle mo­gła do­tąd żyć bez ma­seczki do sztucz­nego od­dy­cha­nia? Co za brak od­po­wie­dzial­no­ści.

Do ćwi­cze­nia me­tody usta-usta do­bie­rają się w pary. Każda para do­staje czer­wony pla­sti­kowy tors za­koń­czony łysą białą głową lekko od­chy­loną do tyłu oraz matę do jogi, na któ­rej bę­dzie klę­czeć, pró­bu­jąc od­ra­to­wać swój tors. Na­leży za­tkać mu nos pal­cami, przy­tknąć usta do jego ust, wdmuch­nąć po­wie­trze pięć razy, aż klatka pier­siowa się unie­sie, a na­stęp­nie uci­skać ją pię­cio­krot­nie. Po­wtó­rzyć. W tym cza­sie druga osoba dzwoni po po­go­to­wie, a po­tem zmie­niają się przy uci­ska­niu klatki pier­sio­wej. Może się to oka­zać mę­czące, szcze­gól­nie dla nad­garst­ków. Pan Fo­ote cho­dzi po sali i spraw­dza, jak so­bie ra­dzą.

– Za­czy­na­cie ku­mać – chwali.

Tig mówi Nell, że bio­rąc pod uwagę stan jego ko­lan, bę­dzie mu­siała za­dzwo­nić po po­go­to­wie, żeby ktoś pod­niósł go z tej maty. Nell chi­cho­cze w pla­sti­kowe usta, przez co par­ta­czy od­dech ra­tun­kowy.

– Mam na­dzieję, że nikt nie za­cznie się to­pić na na­szej zmia­nie – stwier­dza – bo ra­czej go nie od­ra­tu­jemy.

Tig za­uważa, że to po­noć dość bez­bo­le­sna śmierć. Po­dobno sły­szy się dzwony.

Gdy już udaje im się od­ra­to­wać pla­sti­kowe torsy, prze­cho­dzą do oma­wia­nia hi­po­ter­mii i wstrząsu. W obu przy­pad­kach po­trzebny jest koc. Pan Fo­ote opo­wiada nie­zwy­kłą hi­sto­rię czło­wieka, który po­je­chał na narty i wy­szedł z domku, żeby się od­lać, ale za­po­mniał la­tarki, brnął w śniegu po pas, wpadł do dziury pod drze­wem, która zo­stała po roz­to­pach, i nie mógł się wy­do­stać – zna­le­ziono go do­piero rano. Był sztywny jak ko­łek i zimny jak ryba, po­wie­dział pan Fo­ote, nic a nic od­de­chu, a serce mil­czało jak grób. Na szczę­ście ktoś, kto po­je­chał tam z nim, ukoń­czył kurs re­ani­ma­cji i przez sześć go­dzin (sześć go­dzin!) pró­bo­wał od­ra­to­wać ofiarę. I co? Udało się!

– Nie prze­sta­waj­cie. Nie wolno się pod­da­wać – mówi pan Fo­ote. – Bo ni­gdy nic nie wia­domo.

Prze­rwa na lunch. Nell i Tig zna­leźli wło­ską re­stau­ra­cyjkę, ukrytą w jed­nym z tych wie­żow­ców bez wy­razu, za­ma­wiają po kie­liszku czer­wo­nego wina i za­ja­dają cał­kiem nie­złą pizzę. Nell mówi, że bę­dzie no­sić w port­felu kartkę: „W ra­zie wy­padku dzwo­nić do pana Fo­ote’a”, a Tig żar­tuje, że pan Fo­ote po­wi­nien kan­dy­do­wać na pre­miera, żeby re­ani­mo­wać kraj me­todą usta-usta. Uważa, że pan Fo­ote na pewno słu­żył w ma­ry­narce wo­jen­nej. Nell mówi: nie, jest szpie­giem. Tig rzuca, że mógł być pi­ra­tem, ale Nell znów za­prze­cza – bez wąt­pie­nia jest ko­smitą z od­le­głej ga­lak­tyki, a za­wód in­struk­tora pierw­szej po­mocy to tylko po­my­słowa przy­krywka.

Wy­głu­piają się, ale też czują nie­udolni. Nell jest pewna, że gdyby mu­siała się zmie­rzyć z któ­rymś z tych na­głych wy­pad­ków – uto­nię­ciem, wstrzą­sem, za­mar­z­nię­ciem – spa­ni­ko­wa­łaby, a wszyst­kie na­uki pana Fo­ote’a wy­le­cia­łyby jej z głowy.

– Może po­ra­dzi­ła­bym so­bie z uką­sze­niem węża – mówi. – Uczyli nas tego tro­chę w har­cer­stwie.

– Nie są­dzę, by pan Fo­ote to oma­wiał – stwier­dza Tig.

– Na pewno tak, ale tylko na se­sjach pry­wat­nych, bo to zbyt ni­szowe.

Po­po­łu­dnie za­po­wiada się eks­cy­tu­jąco. Do­stają praw­dziwe de­fi­bry­la­tory – elek­trody trzeba z wielką pre­cy­zją przy­ło­żyć do czer­wo­nych pla­sti­ko­wych tor­sów. Każdy ma oka­zję spró­bo­wać. Pan Fo­ote tłu­ma­czy, jak przez przy­pa­dek nie de­fi­bry­lo­wać sa­mego sie­bie, bo w ta­kiej sy­tu­acji serce może się przez po­myłkę za­trzy­mać. Nell mru­czy pod no­sem do Tiga, że śmierć przez sa­mo­de­fi­bry­la­cję nie by­łaby zbyt do­stojna. Ale nie tak bar­dzo, jak przez we­tknię­cie wi­delca w gniazdko, od­mru­kuje Tig. To prawda, my­śli Nell. Trzeba na to uwa­żać, gdy ma się małe dzieci.

W końcu przy­cho­dzi pora na test. Pan Fo­ote pil­nuje, by wszy­scy zdali: stara się pod­po­wia­dać, in­stru­uje, żeby pod­nieść rękę, je­śli nie ro­zu­mie się py­ta­nia. Cer­ty­fi­kat przyj­dzie pocztą, mówi i za­myka swój czarny skó­rzany se­gre­ga­tor – z ulgą, jak się zdaje Nell. Ma z głowy ko­lejną grupę bez­na­dziej­nych przy­pad­ków i niech Bóg da, aby nie mu­sieli brać udziału w praw­dzi­wej ak­cji ra­tun­ko­wej.

Nell ku­puje ma­seczkę ochronną do sztucz­nego od­dy­cha­nia. Chce po­wie­dzieć panu Fo­ote’owi, że po­do­bały jej się hi­sto­rie, które opo­wia­dał, ale może za­brzmia­łoby to nie­po­waż­nie, jakby to była zwy­kła roz­rywka, a ona nie trak­to­wała go se­rio. Mógłby się po­czuć ura­żony. Dla­tego mówi tylko „dzię­kuję”, na co on kiwa głową.

Z po­wro­tem w domu – dzień lub dwa dni póź­niej – Nell przy­po­mina so­bie wszyst­kie gro­żące śmier­cią sy­tu­acje, w ja­kich zna­leźli się z Ti­giem, lub ra­czej sy­tu­acje, co do któ­rych miała ta­kie obawy. Czy była na nie przy­go­to­wana?

Któ­re­goś razu dach się za­pa­lił od ko­mina. Tig wspiął się na pod­da­sze, gdzie nie można się było wy­pro­sto­wać, i w kłę­bach du­szą­cego dymu po­le­wał ogień wia­drami wody. A gdyby na­wdy­chał się wy­zie­wów i stra­cił przy­tom­ność? Po tym zda­rze­niu ku­pił koc ga­śni­czy, a na każ­dym pię­trze każ­dego domu, w któ­rym miesz­kali, mu­siała być też ga­śnica. Mar­twił się rów­nież w ho­te­lach i na wszelki wy­pa­dek za­wsze spraw­dzał, gdzie są schody. I jesz­cze okna: czy się otwie­rają? Ho­te­lowe okna co­raz czę­ściej plom­bo­wano, ale za­wsze można było spró­bo­wać zbić szybę ręką owi­niętą w ręcz­nik. Marna to jed­nak po­cie­cha, je­śli okno znaj­do­wało się zbyt wy­soko.

In­nym ra­zem Tig nie­chcący włą­czył wszyst­kie alarmy prze­ciw­po­ża­rowe w trzy­dzie­sto­pię­tro­wym ho­telu, bo pa­lił cy­garo w ko­ry­ta­rzu pod jed­nym z czuj­ni­ków, a po­tem uda­jąc, że to nie oni spo­wo­do­wali całe za­mie­sza­nie, mu­sieli zejść po scho­dach wiele pię­ter w dół i wyjść przez lobby, w któ­rym ro­iło się od stra­ża­ków. Nie było to zda­rze­nie za­gra­ża­jące ży­ciu. Ani na­wet szcze­gól­nie że­nu­jące, bo nie zo­stali zła­pani.

Jesz­cze in­nym ra­zem na au­to­stra­dzie je­chała przed nimi cię­ża­rówka wio­ząca drewno i na­gle za­częła gu­bić ła­du­nek: de­ski pod­ry­wały się do lotu, fru­nęły chwilę, po czym spa­dały, od­bi­ja­jąc się od as­fal­to­wej na­wierzchni – o włos unik­nęli zde­rze­nia. Na do­kładkę działo się to pod­czas śnie­życy. Zna­jo­mość za­bie­gów re­su­scy­ta­cyj­nych na nie­wiele by się wtedy zdała.

To znów któ­re­goś razu pły­wali ka­na­dyjką po Wiel­kich Je­zio­rach – łódka się prze­wró­ciła, bo obok prze­pły­wał pa­ro­wiec oce­aniczny, który wzbił wy­soką falę. Na szczę­ście nie gro­ziło to śmier­cią: woda była cie­pła, a do brzegu – bli­sko. Zmo­czyło ich, i tyle.

Jesz­cze in­nym ra­zem Tig wró­cił te­re­nówką po­śród ry­ków sil­nika, cią­gnąc za sobą przy­czepkę z drew­nem, które po­ciął wstęp­nie piłą łań­cu­chową. Na gło­wie miał ranę, z któ­rej le­ciała krew, a on na­wet tego nie za­uwa­żył. Ta sy­tu­acja więc nie za­gra­żała ży­ciu.

– Tata ma krew na buzi – po­wie­działa Nell do dzieci, jakby same tego nie wi­działy.

– Jak za­wsze – od­parło jedno z nich, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. Z ich punktu wi­dze­nia był nie­znisz­czalny.

– Pew­nie mam dużo krwi. – On sam zbył to śmie­chem. Czym so­bie roz­ciął głowę? Mniej­sza o to. Po chwili roz­ła­do­wy­wał drewno i za­raz roz­łu­py­wał je na szczapy: było już su­che, bo zbie­rał uschnięte pniaki. Bach, bach, ani się obej­rzeli, jak wrzu­cał szczapy do skrzyni. W tam­tych cza­sach żyli jak na fil­mie oglą­da­nym w przy­śpie­szo­nym tem­pie.

A te pie­sze wę­drówki, na które cho­dzili jesz­cze przed po­ja­wie­niem się te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych? Nie uwa­żali, że to nie­bez­pieczne. Czy cho­ciaż za­bie­rali ze sobą ap­teczkę? Co naj­wy­żej ka­wa­łek pla­stra na pę­che­rze, maść z an­ty­bio­ty­kiem i ja­kieś środki prze­ciw­bó­lowe. Ale co by się stało, gdyby któ­reś z nich skrę­ciło kostkę lub zła­mało nogę? Czy w ogóle mó­wili ko­muś, do­kąd idą?

Na przy­kład tam­tej je­sieni w parku na­ro­do­wym. Pa­skudna po­goda, śnieg spadł wcze­śnie i drogi były ob­lo­dzone.

Ma­sze­ro­wali w le­sie, po­śród żół­tych i zło­tych bu­ków, dźwi­ga­jąc wiel­gachne ple­caki, na­po­tkaw­szy za­mar­z­nięte sa­dzawki, dźgali je kij­kami trek­kin­go­wymi, spraw­dzali szlaki na ma­pach i nie mo­gli się zgo­dzić co do tego, w którą stronę iść. Zja­dali kilka ko­stek cze­ko­lady, a póź­niej za­trzy­my­wali się na lunch: przy­siadł­szy na po­wa­lo­nych drze­wach, pa­ła­szo­wali mi­ni­serki, jajka na twardo, orze­chy i kra­kersy. Po­pi­jali rum z pier­siówki.

Tig miał już wtedy pro­blemy z ko­la­nami, ale nie od­pusz­czał so­bie tych wy­cie­czek. Ob­wią­zy­wał nogi ban­da­nami, tuż nad i pod ko­la­nem. „Jak to moż­liwe, że pan jesz­cze cho­dzi? – za­py­tał go le­karz. – Prze­cież wła­ści­wie nie ma pan ko­lan”. Ale to było znacz­nie póź­niej.

Tam­tego roku krą­żyła miej­ska le­genda o nie­bez­pie­czeń­stwach gro­żą­cych wę­drow­com. Po­noć samce ło­sia w okre­sie rui – a więc je­sie­nią, wła­śnie wtedy gdy wy­brali się na wy­cieczkę – czuły po­ciąg sek­su­alny do volks­wa­ge­nów gar­bu­sów. I rze­komo miały się na nie rzu­cać z urwisk, miaż­dżąc przy tym sa­mo­chód wraz z pa­sa­że­rami. Nell i Tig uwa­żali, że to bzdura, ale na wszelki wy­pa­dek do­da­wali „praw­do­po­dob­nie”, bo prze­cież zda­rzają się różne dziwne rze­czy.

Roz­bili na­miot w od­po­wied­nim miej­scu, upich­cili ko­la­cję na pal­niku tu­ry­stycz­nym, przy­wią­zali torby z je­dze­niem do drzewa w pew­nej od­le­gło­ści od na­miotu (na wy­pa­dek gdyby po­ja­wiły się niedź­wie­dzie), po czym wśli­zgnęli się do lo­do­wa­tych śpi­wo­rów.

Nell nie mo­gła za­snąć, le­żała, roz­my­śla­jąc o tym, że ich ko­puł­ko­waty na­miot przy­po­mina kształ­tem volks­wa­gena gar­busa... Czy w środku nocy zjawi się łoś i na nich wsko­czy? A gdy już od­kryje swoją po­myłkę, to czy się wściek­nie? Samce ło­sia znane są ze swo­ich na­pa­dów zło­ści w okre­sie rui. Mogą wów­czas sta­no­wić po­ważne za­gro­że­nie.

Ale gdy wze­szło słońce, praw­do­po­do­bień­stwo tego, że zo­staną zmiaż­dżeni przez ło­sia, zda­wało się od­le­głe. Tak więc to też nie była sy­tu­acja gro­żąca śmier­cią, może co naj­wy­żej w gło­wie Nell.

Rok póź­niej pewną parę, która wy­brała się na wy­cieczkę tym sa­mym szla­kiem, za­ata­ko­wał w na­mio­cie, za­bił i czę­ściowo zjadł niedź­wiedź. Tig lu­bił po­tem po­wta­rzać, że „le­d­wie uszli z ży­ciem”. Od­tąd na głos czy­ty­wał Nell przed snem frag­menty książki Ataki niedź­wie­dzi. We­dług au­tora dzie­liły się one na dwie ka­te­go­rie: lu­dzi ata­ko­wały albo niedź­wie­dzie głodne, albo niedź­wie­dzice chro­niące młode. W każ­dym z tych przy­pad­ków na­le­żało po­stą­pić ina­czej, lecz nie ist­niał spo­sób, aby je prędko roz­róż­nić. Co mam ro­bić? Kiedy uda­wać trupa, kiedy ostroż­nie wy­co­fać się bo­kiem, a kiedy się bro­nić? Wiele za­le­żało też od tego, czy mó­wimy o niedź­wie­dziu czar­nym, czy o griz­zly. In­struk­cje były zło­żone.

– Nie wy­daje mi się, że po­win­ni­śmy czy­tać o tym przed snem – za­uwa­żyła Nell. Na­tknęli się na opo­wieść o ko­bie­cie, któ­rej niedź­wiedź od­gryzł rękę; w końcu jed­nak wal­nęła go w nos i tym spo­so­bem zdo­łała zwie­rzę prze­pę­dzić.

– Mu­siała mieć nerwy ze stali – stwier­dził Tig.

– Na pewno była w szoku – od­parła Nell. – W ta­kim sta­nie można mieć nad­ludzką moc.

– Przy­naj­mniej prze­żyła! – po­wie­dział Tig.

– Nie dziel skóry na niedź­wie­dziu, że tak po­wiem – skwi­to­wała Nell. – W końcu stra­ciła rękę.

Czy to ich po­wstrzy­mało przed cho­dze­niem na te wy­cieczki bez od­po­wied­niego sprzętu i przy­go­to­wa­nia? Nie. Tig co prawda ku­pił ja­kiś spray na niedź­wie­dzie. Zwy­kle pa­mię­tali, by go za­brać.

Wspo­mi­na­jąc te­raz te wszyst­kie sy­tu­acje – bo po ja­kimś cza­sie, po wielu zda­rze­niach, czło­wiek za­czyna wspo­mi­nać – Nell za­sta­na­wia się, czy na­uki pana Fo­ote’a na coś by się wtedy przy­dały. Może przy po­ża­rze da­chu: gdyby Nell zdo­łała wy­cią­gnąć nie­przy­tom­nego Tiga z ni­skiego pod­da­sza, to mo­głaby mu zro­bić sztuczne od­dy­cha­nie, pod­czas gdy dom by się pa­lił. Ale zje­dze­nie przez niedź­wie­dzia lub zmiaż­dże­nie przez ło­sia? Przed tym by ich nie oca­liły.

Pan Fo­ote miał ra­cję: nie znamy dnia ani go­dziny. Nikt nie wie, jaki bę­dzie osta­teczny wy­nik. Tylko dla­czego na­zywa się to wy­ni­kiem, skoro ko­niec koń­ców nic z tego nie wy­nika? „Nie wyj­dziemy z tego żywi”, ma­wiał Tig żar­tem, choć to wcale nie był żart. A gdy­by­śmy znali dzień i go­dzinę, gdy­by­śmy po­tra­fili je prze­wi­dzieć, czy tak by­łoby le­piej? Nie: przez cały czas ży­li­by­śmy z po­czu­ciem żalu, opła­ku­jąc to, co się jesz­cze nie wy­da­rzyło.

Już le­piej za­cho­wać ilu­zję bez­pie­czeń­stwa. Le­piej im­pro­wi­zo­wać. Ma­sze­ro­wać przez zło­ci­sty je­sienny las, nie­zbyt przy­go­to­wa­nym, dźgać lód kij­kiem trek­kin­go­wym, pod­ja­dać cze­ko­ladę, sie­dząc na oszro­nio­nym pniu, obie­rać jajka na twardo skost­nia­łymi pal­cami i pa­trzeć, jak pró­szy pierw­szy śnieg i za­pada zmrok. Nikt nie wie, gdzie je­steś.

Czy na­prawdę byli tacy nie­ostrożni i ni­czego nie­świa­domi? Tak, na­prawdę. Nie­świa­do­mość do­brze im słu­żyła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Na­kła­dem Wiel­kiej Li­teryuka­zały sięna­stę­pu­jące książki Mar­ga­ret Atwood:

POWIE­ŚCI

Serce umiera ostat­nie

Opo­wieść Pod­ręcz­nej

Pani wy­rocz­nia

Ko­cie oko

Ślepy za­bójca

Te­sta­menty

Zbó­jecka na­rze­czona

Ko­bieta do zje­dze­nia

Oryks i Der­kacz

Rok Po­topu

Mad­dAd­dam

OPO­WIA­DA­NIA

Ka­mienne po­sła­nie

ESEJE

Ru­chome cele

Pa­lące py­ta­nia

Ty­tuł ory­gi­nałuOld Ba­bes in the Wood
Tłu­ma­cze­nieOlga Dzie­dzic
Pro­jekt okładki© Su­zanne Dean
Ilu­stra­cja na okładce© Noma Bar / Dutch Un­cle
Ad­ap­ta­cja okładkiKa­ro­lina Że­la­ziń­ska
Re­dak­tor pro­wa­dzącyBar­tło­miej Ka­ftan
Re­dak­cjaAnna Ko­łat
Ko­rektaEdyta Do­mań­ska Anna Bur­ger
Co­py­ri­ght © 2023 by O. W. Toad, Ltd. Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Olga Dzie­dzic, 2024 Co­py­ri­ght © by Wielka Li­tera Sp. z o.o., 2024
ISBN 978-83-8360-032-1
Wielka Li­tera Sp. z o.o. ul. Wiert­ni­cza 36 02-952 War­szawa
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.