Oryks i Derkacz - Margaret Atwood - ebook + książka

Oryks i Derkacz ebook

Margaret Atwood

4,3

14 osób interesuje się tą książką

Opis

ZASKAKUJĄCA, WCIĄGAJĄCA I SKŁANIAJĄCA DO REFLEKSJI POWIEŚĆ NOMINOWANA DO ORANGE PRIZE I MAN BOOKER PRIZE

Oryks i Derkacz to poruszająca historia miłosna i zarazem fascynująca wizja przyszłości. Yeti, budząc się po globalnej katastrofie, nie może uwierzyć w śmierć swojego najlepszego przyjaciela Derkacza i ukochanej ich obu — pięknej Oryks. Dlaczego świat się rozpadł? Czy Yeti jest ostatnim żyjącym człowiekiem? Dlaczego przeżyły tylko zielonookie Dzieci Derkacza? Wyczerpany, poszukując schronienia i jedzenia, wyrusza w podróż — do własnej przeszłości i do źródeł katastrofy, która doprowadziła świat do zagłady.

Margaret Atwood przenosi nas do nieodległej przyszłości, która wygląda aż nazbyt znajomo, a zarazem przerasta nasze wyobrażenia. Z charakterystycznym dla siebie dystansem i czarnym humorem konstruuje kolejne ostrzeżenie — igranie z genetyką, brak poszanowania dla otaczającego nas świata i ekologii musi skończyć się źle.

 

 

Nie ustępuje najmocniejszym dystopiom XX wieku — Oryks i Derkacz to wybitna pozycja literatury wizjonerskiej. „The Washington Post”

Mistrzyni Atwood i jej przyprawiająca o dreszcze postapokaliptyczna wizja świata nawiązuje do George’a Orwella, Anthony’ego Burgessa i Aldousa Huxleya... Oryks i Derkacz to jedna z czołowych pozycji literatury wizjonerskiej.
„The Seattle Times”

 

 

– Ile nieszczęścia – powiedział podczas jednego z lunchów Derkacz. Musieli być wtedy tuż po dwudziestce, Derkacz już pracował w Instytucie Watsona-Cricka.

– Ile niepotrzebnej rozpaczy spowodowała seria biologicznych niedopasowań, niedobrane hormony i feromony? W rezultacie ktoś, kogo namiętnie kochasz, nie chce albo nie może odwzajemnić tego uczucia. Pod tym względem jako gatunek jesteśmy żałośni: niedoskonale monogamiczni. Gdybyśmy tylko potrafili łączyć się na całe życie jak gibony albo przestawić na zupełnie beztroski promiskuityzm, nastąpiłby kres seksualnych rozterek. Lepszy plan: zrobić z tego nieuchronny cykl, jak u innych ssaków. Nigdy nie zechcesz kogoś, kogo nie możesz mieć.

 

 

 

 

Margaret Atwood

(ur. 1939 r.) kanadyjska pisarka, poetka i krytyczka literacka. Jest autorką ponad pięćdziesięciu powieści, zbiorów wierszy oraz esejów, a jej książki opublikowano w trzydziestu pięciu krajach. Napisała m.in.: Opowieść Podręcznej i jej kontynuację Testamenty, Panią Wyrocznię, Serce umiera ostatnie, Kobietę do zjedzenia, Kamienne posłanie, Zbójecką narzeczoną, Ruchome cele. Eseje umyślne z lat 1982–2004, Kocie oko nominowane w 1989 r. do Nagrody Bookera, Grace i Grace nagrodzoną kanadyjską Giller Prize oraz włoską Premio Mondello, Palące pytania. Eseje aktualne z lat 2004–2021. Dwukrotnie uhonorowana Nagrodą Bookera: w 2000 r. za powieść Ślepy zabójca i w 2019 r. za Testamenty. Mieszka w Toronto.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 422

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (51 ocen)
29
12
7
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Martax00

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa książka
00
Dinkydiva

Dobrze spędzony czas

Nie jestem fanką stylu Margaret Atwood, ale podziwiam jej wyobraźnię, detaliczną pracę polegającą na konstruowaniu post-apokaliptycznych wizji, które są zarówno spójne, niezwykle szczegółowe ale i przede wszystkim będące ciekawą wizją skłaniającą do refleksji nad stanem ludzkiej kondycji. Tematem tej powieści jest moralność. Rozwój technologii, coraz bardziej zaawansowane eksperymenty genetyczne ukazane w powieści to nie tylko szansa na podtrzymanie gatunku. Za każdym genialnym wynalazkiem może bowiem stać twórca, którego niepohamowane ambicje mogą doprowadzić do jeszcze większej katastrofy. Zacieram rączki przed kolejnymi tomami tej trylogii bo pierwsza część bardzo mnie zaangażowała.
00
bstrdbwn

Nie oderwiesz się od lektury

Przerażająca wizja, opisana ponad 20 lat temu, aktualna jak nigdy. Od razu zabieram się za kolejne części, ogromnie jestem ciekaw co Atwood wymyśliła. Mówiąc krótko - prorocze...
00
Michule

Dobrze spędzony czas

Ciekawa koncepcja, ale po jakimś czasie już nudna przez powtarzalne wydarzenia i brak dynamiki.
00
Malrat

Nie oderwiesz się od lektury

Absolutnie niesamowita fabuła, jak to u Atwood. Trochę przerażająca wizja losow ludzkości, ale niestety możliwa. Książkę czyta się bardzo dobrze, to zasługa wybitnego tłumaczenia.
00

Popularność




Dla mo­jej ro­dziny

OD TŁU­MACZKI

Red-nec­ked crake (Ral­lina tri­co­lor) to po pol­sku ru­do­kurka ogni­sto­głowa. Taki nick brzmiałby hu­mo­ry­stycz­nie w od­nie­sie­niu do głów­nego bo­ha­tera i jego two­rów, więc po­zwo­li­łam so­bie za­mie­nić go na Der­ka­cza (ang. crake, łac. Crex crex), in­nego ptaka z tej sa­mej ro­dziny chru­ścieli.

Mógł­bym, być może, na po­do­bień­stwo in­nych au­to­rów za­sko­czyć Cię nie­praw­do­po­dob­nymi i prze­dziw­nymi przy­go­dami, lecz wo­la­łem ra­czej zdać sprawę z rze­czy zwy­kłych, na­kre­śliw­szy je naj­prost­szym i naj­mniej ozdob­nym sty­lem, gdyż głów­nym mym za­mia­rem było wzbo­ga­ce­nie Twej wie­dzy, a nie Twa roz­rywka.

JONA­THAN SWIFT, Po­dróże do wielu od­le­głych na­ro­dów świata(tłum. Ma­ciej Słom­czyń­ski, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 1979)

Czy nie można uchro­nić się przed nie­bez­pie­czeń­stwem? Na­uczyć się na pa­mięć me­cha­ni­zmu świata? Czy nie ma żad­nych wska­zó­wek, żad­nej ucieczki – tylko wszystko jest cu­dem i sko­kiem ze szczytu wieży w nie­znane?

VIR­GI­NIA WOOLF, Do la­tarni mor­skiej(tłum. Krzysz­tof Klin­ger, Czy­tel­nik, War­szawa 2000)

CZĘŚĆ

1

Mango

Yeti bu­dzi się przed świ­tem. Leży bez ru­chu, na­słu­chuje nad­cią­ga­ją­cego przy­pływu, fali za falą prze­le­wa­ją­cych się nad roz­ma­itymi ba­ry­ka­dami, słabo, sła­biutko, w ryt­mie bi­cia serca. Bar­dzo chciałby wie­rzyć, że na­dal śpi.

Na wscho­dzie po­ja­wia się sza­rawa mgła, te­raz za­bar­wiona mar­twym ró­ża­nym bla­skiem. Dziwne, że ten ko­lor na­dal wy­gląda de­li­kat­nie. Od­ci­nają się od niego ciemne syl­wetki przy­brzeż­nych wież, nie­zwy­kle gó­ru­jąc nad ró­żem i błę­ki­tem la­guny. Krzyki pta­ków, które tam gniaz­dują, i od­le­gły ryk oce­anu na na­mia­stce raf z za­rdze­wia­łych czę­ści sa­mo­cho­dów, po­tłu­czo­nych ce­gieł i in­nego gruzu nie­mal przy­po­mi­nają wa­ka­cyjny gwar.

Z przy­zwy­cza­je­nia spo­gląda na ze­ga­rek – ko­perta z nie­rdzew­nej stali, po­le­ro­wana alu­mi­niowa bran­so­leta; na­dal błysz­czy, choć już nie działa. Te­raz nosi go tylko jako ta­li­zman. Ze­ga­rek po­ka­zuje je­dy­nie pu­stą tar­czę: go­dzinę zero. To go przy­pra­wia o dreszcz prze­ra­że­nia, ten brak ofi­cjal­nego czasu. Nikt ni­g­dzie nie wie, która go­dzina.

– Uspo­kój się – mówi do sie­bie. Bie­rze kilka głę­bo­kich wde­chów, dra­pie rany po uką­sze­niach, ale nie tam, gdzie naj­bar­dziej swę­dzi, nie chce ze­rwać stru­pów: po­socz­nica to ostat­nie, czego mu po­trzeba. Po­tem przy­gląda się ziemi pod sobą w po­szu­ki­wa­niu fauny: wszę­dzie spo­kój, żad­nych łu­sek ani ogo­nów. Lewa ręka, prawa noga, prawa ręka, lewa noga, po­woli scho­dzi z drzewa. Po strzep­nię­ciu ga­łą­zek i kory owija się brud­nym prze­ście­ra­dłem ni­czym togą. Na noc za­wie­sił au­ten­tyczną re­plikę czapki ba­se­bal­lo­wej Red So­xów na ga­łęzi, dla bez­pie­czeń­stwa; za­gląda do środka, wy­trząsa pa­jąka, wkłada czapkę.

Idzie kilka me­trów w lewo, sika w krza­kach.

– Głowy do góry – mówi do ko­ni­ków po­lnych, które z ter­ko­tem od­ska­kują przed mo­czem.

Póź­niej okrąża drzewo i z dala od swo­jego zwy­cza­jo­wego ury­nału, po prze­ciw­nej stro­nie, grze­bie w schowku, który na­prędce zbu­do­wał z kilku be­to­no­wych płyt i owi­nął dru­cianą siatką, by go za­bez­pie­czyć przed my­szami i szczu­rami. Ukrył tam parę mango w pla­sti­ko­wej tor­bie, puszkę Bez­mię­snych Pa­ró­we­czek Kok­taj­lo­wych Smu­klana, cenne pół bu­telki szkoc­kiej – nie, ra­czej jedną trze­cią – i ofo­lio­wany ba­ton ener­ge­tyczny o smaku cze­ko­lady, ścią­gnięty z osie­dla miesz­kal­nych przy­czep, miękki i lepki. Waha się, czy go zjeść – być może już żad­nego nie znaj­dzie. Trzyma tu także otwie­racz do pu­szek i wła­ści­wie nie wia­domo po co szpi­ku­lec do lodu; jesz­cze sześć bu­te­lek po pi­wie, ze wzglę­dów sen­ty­men­tal­nych i jako po­jem­niki na świeżą wodę. A także oku­lary prze­ciw­sło­neczne, za­kłada je te­raz. Bra­kuje jed­nego szkła, ale lep­szy rydz niż nic.

Otwiera pla­sti­kową torbę: to już ostat­nie mango. Dziwne, za­pa­mię­tał, że ma ich wię­cej. Do środka wci­snęły się mrówki, cho­ciaż bar­dzo sta­ran­nie zwią­zał torbę. Już bie­gają mu po ra­mio­nach, te czarne, a także te okropne, małe i żółte. Zdu­mie­wa­jące, jak do­tkli­wie po­tra­fią ką­sać, zwłasz­cza żółte. Strząsa je.

– Ści­słe prze­strze­ga­nie co­dzien­nych ry­tu­ałów umoż­li­wia utrzy­ma­nie wy­so­kiego mo­rale i za­cho­wa­nie zdro­wia psy­chicz­nego – mówi gło­śno.

Ma wra­że­nie, że to cy­tat z książki, ja­kaś za­po­mniana, na­pu­szona wy­tyczna, którą na­pi­sano, by po­móc eu­ro­pej­skim miesz­kań­com ko­lo­nii w pro­wa­dze­niu ta­kich czy in­nych plan­ta­cji. Nie przy­po­mina so­bie, żeby kie­dy­kol­wiek czy­tał coś po­dob­nego, to jed­nak o ni­czym nie świad­czy. W reszt­kach jego mó­zgu kryje się mnó­stwo luk, tam gdzie nie­gdyś była pa­mięć. Plan­ta­cje kau­czuku, plan­ta­cje kawy, plan­ta­cje juty. (Czym była juta?) Ka­zano im no­sić hełmy tro­pi­kalne, prze­bie­rać się na ko­la­cję, nie gwał­cić tu­byl­ców. Nie bra­tać się z miej­sco­wymi ko­bie­tami. Czy też, uj­mu­jąc to ina­czej...

Za­kład, że się bra­tali. Dzie­więć razy na dzie­sięć.

– W świe­tle ła­go­dzą­cych – mówi.

Przy­ła­puje się na tym, że stoi z otwar­tymi ustami i pró­buje so­bie przy­po­mnieć resztę zda­nia. Siada na ziemi i gry­zie mango.

Szczątki

Po bia­łej plaży, peł­nej sprosz­ko­wa­nego ko­ralu i po­ła­ma­nych ko­ści, wę­druje grupa dzieci. Pew­nie pły­wały, na­dal są mo­kre i lśniące. Po­winny bar­dziej uwa­żać – kto wie, od czego się roi na la­gu­nie? Są jed­nak nie­ostrożne, w prze­ci­wień­stwie do Yeti, który nie za­nu­rzy w wo­dzie palca na­wet nocą, gdy słońce nie może go do­paść. Po­prawka: zwłasz­cza nocą.

Przy­gląda im się z za­zdro­ścią, a może to tę­sk­nota? Nie­moż­liwe, w dzie­ciń­stwie ni­gdy nie pły­wał w mo­rzu, ni­gdy nie bie­gał nago po plaży. Dzieci ba­daw­czo lu­strują oko­licę, pod­no­szą ja­kieś szczątki; po krót­kiej de­ba­cie biorą jedne przed­mioty, ci­skają precz inne; ich skarby lą­dują w po­dar­tym worku. Prę­dzej czy póź­niej – bez pu­dła – od­najdą go tam, gdzie sie­dzi opa­tu­lony w stę­chłe prze­ście­ra­dło, obej­mu­jąc łydki i ssąc mango, w cie­niu drzewa ze względu na nie­mi­ło­sierne słońce. Dla dzieci – gru­bo­skór­nych, od­por­nych na pro­mie­nie ul­tra­fio­le­towe – Yeti jest stwo­rze­niem ciem­no­ści, mroku.

Już idą.

– Yeti, o Yeti – in­to­nują.

Ni­gdy nie pod­cho­dzą zbyt bli­sko. Czy to z sza­cunku, czy też dla­tego, że śmier­dzi?

(Fak­tycz­nie śmier­dzi, do­brze o tym wie. Jest obrzy­dliwy, za­la­tuje, cuch­nie jak mors – tłusz­czem, solą, rybą – nie, żeby kie­dy­kol­wiek wą­chał ta­kie stwo­rze­nie. Wi­dział jed­nak zdję­cia).

Otwie­ra­jąc wo­rek, dzieci py­tają chó­rem:

– O Yeti, co zna­leź­li­śmy?

Pod­no­szą przed­mioty, wy­cią­gają przed sie­bie, jakby ofe­ro­wały je na sprze­daż: koł­pak, kla­wisz pia­nina, ka­wa­łek bla­do­zie­lo­nej bu­telki po na­poju ga­zo­wa­nym, wy­po­le­ro­wany przez ocean. Pla­sti­kowy po­jem­nik po ta­blet­kach Bło­go­Plus, ku­be­łek po kur­cza­ki­ści, też pu­sty. Myszka kom­pu­te­rowa, albo ra­czej jej resztki, z dłu­gim dru­cia­nym ogon­kiem.

Yeti ma ochotę wy­buch­nąć pła­czem. Co może im po­wie­dzieć? Nie zdoła wy­ja­śnić, czym są, lub ra­czej były, te ta­jem­ni­cze przed­mioty. Dzieci jed­nak na pewno od­ga­dły, co po­wie, gdyż za­wsze po­wta­rza to samo.

– To przed­mioty z daw­nych cza­sów. – Stara się mó­wić ła­god­nie, lecz z dy­stan­sem. Krzy­żówka pe­da­goga, pro­roka i życz­li­wego wu­jaszka. Ta­kiego tonu po­wi­nien uży­wać.

– Zra­nią nas? – Dzieci cza­sem znaj­dują puszki z ole­jem sil­ni­ko­wym, żrące roz­pusz­czal­niki, pla­sti­kowe bu­telki po wy­bie­la­czach. Mi­ni­pu­łapki z prze­szło­ści. Uwa­żają go za spe­cja­li­stę od po­ten­cjal­nych wy­pad­ków: go­rą­cych pły­nów, szko­dli­wych opa­rów, tru­ją­cego pyłu. Dziw­nych bó­lów.

– Te nie – mówi. – Te są bez­pieczne.

W tym mo­men­cie tracą za­in­te­re­so­wa­nie, wo­rek dynda. Nie od­cho­dzą jed­nak, stoją, ga­pią się. Prze­szu­ki­wa­nie plaży to tylko pre­tekst. Przede wszyst­kim chcą po­pa­trzeć na niego, bo tak bar­dzo różni się od nich. Czę­sto pro­szą, żeby zdjął oku­lary i znowu je za­ło­żył. Pra­gną zo­ba­czyć, czy na­prawdę ma dwoje oczu, czy też troje.

– Yeti, o Yeti – śpie­wają bar­dziej do sie­bie niż do niego.

Dla nich jego imię to tylko dwie sy­laby. Nie wie­dzą, co to jest Yeti, ni­gdy nie wi­działy śniegu.

Jedna z za­sad Der­ka­cza gło­siła, że nie wolno wy­brać imie­nia, je­śli nie ist­nieje jego od­po­wied­nik – choćby wy­pchany, choćby szkie­let. Żad­nych jed­no­roż­ców, żad­nych gry­fów, żad­nych man­ty­kor ani ba­zy­lisz­ków. Te za­sady nie mają już jed­nak za­sto­so­wa­nia i Yeti z gorz­kim za­do­wo­le­niem przy­jął swoje imię. Yeti, Czło­wiek Śniegu – nie wia­domo, czy praw­dziwy, ma­ja­czący gdzieś na obrze­żach śnie­życy, mał­po­kształtny czło­wiek albo człe­ko­kształtna małpa, ta­jem­ni­czy, nie­uchwytny, znany je­dy­nie z plo­tek i od­bi­tych przo­dem do tyłu śla­dów stóp. Po­dobno gór­skie ple­miona tro­piły go i za­bi­jały, gdy tylko nada­rzyła się taka oka­zja. Krą­żyły plotki, że po ugo­to­wa­niu i upie­cze­niu po­da­wano go na wy­staw­nych ucztach; było to tym bar­dziej pod­nie­ca­jące, jak przy­pusz­cza Yeti, że ba­lan­so­wało na kra­wę­dzi ka­ni­ba­li­zmu.

Dla swo­ich obec­nych ce­lów skró­cił imię. Te­raz jest tylko Yeti. Za­trzy­mał Czło­wieka Śniegu dla sie­bie, swoją wła­sną ta­jemną wło­sien­nicę.

Po chwi­lo­wym wa­ha­niu dzieci ku­cają w pół­kolu, dziew­częta i chłopcy ra­zem. Kil­koro młod­szych brzdą­ców na­dal prze­żuwa śnia­da­nie, zie­lony sok spływa im po bro­dach. To okropne, jak nie­chlujni stają się wszy­scy, gdy bra­kuje lu­ster. Mimo to te dzieci są nie­zwy­kle atrak­cyjne, każde na­gie, każde do­sko­nałe, każde o in­nym ko­lo­rze skóry – cze­ko­la­do­wym, ró­żo­wym, be­żo­wym, ma­śla­nym, kre­mo­wym, mio­do­wym – i każde z zie­lo­nymi oczyma. Es­te­tyka Der­ka­cza.

Wpa­trują się py­ta­jąco w Yeti. Pew­nie mają na­dzieję, że do nich prze­mówi, ale dzi­siaj nie jest w na­stroju. W naj­lep­szym wy­padku po­zwoli im z bli­ska obej­rzeć swoje oku­lary albo błysz­czący ze­psuty ze­ga­rek, albo czapkę ba­se­bal­lową. Po­doba im się czapka, lecz nie ro­zu­mieją jej prze­zna­cze­nia – zdej­mo­wane włosy to prze­cież nie włosy – a jesz­cze nie wy­my­ślił sto­sow­nej opo­wiastki.

Przez chwilę mil­czą, ga­pią się, za­sta­na­wiają. W końcu naj­star­sze za­czyna.

– O Yeti, po­wiedz nam, co za mech ro­śnie na two­jej twa­rzy?

Inne dzieci in­to­nują:

– Pro­simy, po­wiedz, pro­simy, po­wiedz! – Bez trą­ca­nia się łok­ciami, bez chi­cho­tów. Py­ta­nie jest po­ważne.

– Pióra – mówi.

Za­dają to py­ta­nie co naj­mniej raz w ty­go­dniu. Za­wsze udziela tej sa­mej od­po­wie­dzi. Na­wet w tak krót­kim cza­sie – ile, dwa mie­siące, trzy? stra­cił ra­chubę – zdo­łali zgro­ma­dzić zbiór le­gend czy też przy­pusz­czeń na jego te­mat: „Yeti był kie­dyś pta­kiem, ale za­po­mniał, jak się lata, i reszta jego piór wy­pa­dła, więc mu zimno i po­trze­buje dru­giej skóry, dla­tego musi się owi­jać. Nie: jest mu zimno, bo jada ryby, a ryby są zimne. Nie: owija się, bo bra­kuje mu jego mę­skiej rze­czy, nie chce, że­by­śmy to zo­ba­czyli. Dla­tego nie pływa. Yeti ma zmarszczki, bo kie­dyś miesz­kał pod wodą i po­marsz­czyła mu się skóra. Yeti jest smutny, bo jego ro­dacy wy­gnali go z mo­rza i zo­stał cał­kiem sam”.

– Ja też chcę mieć skrzy­dła – mówi naj­młod­sze dziecko.

Próżna na­dzieja: lu­dziom, Dzie­ciom Der­ka­cza, nie ro­sną już brody. Sam Der­kacz uwa­żał brody za ir­ra­cjo­nalne; iry­to­wało go też go­le­nie, usu­nął więc taką ko­niecz­ność. Cho­ciaż nie u Yeti, rzecz ja­sna: dla niego już za późno.

Te­raz wszy­scy mó­wią jed­no­cze­śnie.

– Yeti, o Yeti, my też mo­żemy mieć pióra?

– Nie – od­po­wiada.

– Dla­czego nie, dla­czego nie? – śpiewa dwoje naj­mniej­szych.

– Chwi­leczkę, spy­tam Der­ka­cza. – Wy­ciąga ze­ga­rek ku niebu, ob­raca go na prze­gu­bie, a na­stęp­nie przy­kłada ucho do tar­czy, jakby na­słu­chi­wał. Za­fa­scy­no­wane śle­dzą każdy jego ruch. – Nie. Der­kacz się nie zga­dza. Nie bę­dzie skrzy­deł. Wy­no­cha, szczyle.

– Szczyle? Szczyle? – Spo­glą­dają na sie­bie, a po­tem na niego. Po­peł­nił błąd, po­wie­dział coś, czego nie da się wy­tłu­ma­czyć. Nie uwa­żają szcza­nia za nic zdroż­nego. – Co to zna­czy szczyle?

– Odejdź­cie!

Ma­cha na nie prze­ście­ra­dłem, więc się roz­pra­szają, bie­gną po plaży. Na­dal nie wie­dzą, czy się go bać i do ja­kiego stop­nia. Nic nie wia­domo o tym, żeby skrzyw­dził dziecko, ale nie do końca go ro­zu­mieją. Trudno prze­wi­dzieć, jak się za­chowa.

Głos

– Te­raz je­stem cał­kiem sam – mówi gło­śno. – Sam po­zo­sta­łem, sam, sam je­den na wiel­kim wód roz­łogu![1] – Na­stępny frag­ment z pło­ną­cego al­bumu z wy­cin­kami w jego gło­wie.

Po­prawka: sam je­den na brzegu.

Bar­dzo chciałby usły­szeć ludzki głos, praw­dziwy ludzki głos, jak jego wła­sny. Cza­sem śmieje się jak hiena i ry­czy jak lew – jak swoje wy­obra­że­nie hieny, jak swoje wy­obra­że­nie lwa. W dzie­ciń­stwie oglą­dał stare DVD z ta­kimi stwo­rze­niami: filmy przy­rod­ni­cze pre­zen­tu­jące ko­pu­la­cję, war­cze­nie i wnętrz­no­ści, i matki li­żące młode. Dla­czego tak go to krze­piło?

Albo chrząka i pisz­czy jak świ­nion, albo wyje jak wil­kies. Auuu! Auuu! Cza­sem o zmroku biega po pia­sku, ci­ska ka­mie­niami w ocean i wrzesz­czy: „Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa!”. Po tym czuje się le­piej.

Wstaje i wy­ciąga ręce, żeby je roz­pro­sto­wać, prze­ście­ra­dło opada. Z nie­sma­kiem spo­gląda na swoje ciało: brudną po­ką­saną przez owady skórę, po­pie­late kępki wło­sów, zgru­białe żółte pa­znok­cie u stóp. Goły jak w dniu na­ro­dzin, cho­ciaż aku­rat tego nie pa­mięta. Tyle waż­nych spraw roz­grywa się za ple­cami lu­dzi, gdy nie mogą ich ob­ser­wo­wać: na przy­kład na­ro­dziny i śmierć. I chwi­lowe za­po­mnie­nie w sek­sie.

– Na­wet o tym nie myśl – mówi do sie­bie. Seks jest jak drink, nie na­leży o nim roz­my­ślać za dnia.

Kie­dyś o sie­bie dbał – bie­gał, ćwi­czył na si­łowni. Te­raz wi­dzi wła­sne że­bra – nik­nie w oczach. Za mało zwie­rzę­cego białka. W jego uchu roz­lega się piesz­czo­tliwy głos: „Ładne po­śladki!”. To nie Oryks, tylko ja­kaś inna ko­bieta. Oryks nie jest już zbyt roz­mowna.

– Po­wiedz coś – błaga ją. Ona sły­szy, Yeti musi w to wie­rzyć, ale zbywa go mil­cze­niem. – Co mam zro­bić? – pyta ją. – Wiesz, że...

„Och, ładne mu­skuły”, prze­rywa mu szept. „Skar­bie, po­łóż się”. Kto to? Ja­kaś dziwka, którą kie­dyś ku­pił. Po­prawka: spe­cja­listka od usług sek­su­al­nych. Akro­batka, ko­bieta guma, z ce­ki­nami przy­le­pio­nymi do skóry ni­czym łu­ski ryby. Yeti nie­na­wi­dzi tego echa. Dawni święci je sły­szeli, zwa­rio­wani za­wszeni pu­stel­nicy w ja­ski­niach i na pu­styni. Wkrótce za­cznie wi­dy­wać ku­szące de­mony o czer­wo­nych sut­kach i mi­go­czą­cych ró­żo­wych ję­zy­kach, będą ła­sić się do niego i ob­li­zy­wać wargi. Z mo­rza, zza wa­lą­cych się wież, wy­ło­nią się sy­reny, a on usły­szy ich piękny śpiew, po­pły­nie ku nim i zje­dzą go re­kiny. Stwo­rze­nia o gło­wach i pier­siach ko­biet oraz szpo­nach or­łów za­ata­kują go z po­wie­trza, on roz­łoży ra­miona i to bę­dzie ko­niec. Mó­zgo­spiek.

Albo, co gor­sza, ja­kaś dziew­czyna, którą zna lub znał, przyj­dzie do niego spo­śród drzew, ucie­szona jego wi­do­kiem, ale okaże się tylko ułudą. Z ra­do­ścią po­wi­tałby choćby i to, bra­kuje mu to­wa­rzy­stwa.

Osło­nię­tym szkłem okiem uważ­nie wpa­truje się w ho­ry­zont – nic. Mo­rze ma barwę roz­grza­nego me­talu, niebo – wy­pło­wia­łego błę­kitu, poza dziurą wy­pa­loną przez słońce. Wszystko jest ta­kie pu­ste. Woda, pia­sek, niebo, drzewa, frag­menty prze­szło­ści. Nikt go nie sły­szy.

– Der­kacz! – wrzesz­czy. – Dupku! Gów­niany móżdżku!

Na­słu­chuje. Słona woda znowu spływa mu po twa­rzy. To za­wsze nad­cho­dzi znie­nacka, Yeti nie po­trafi tego po­wstrzy­mać. Od­dy­cha z tru­dem, jakby ol­brzy­mia ręka za­ci­skała się na jego klatce pier­sio­wej – ucisk, ulga, ucisk. Bez­sen­sowna pa­nika.

– To przez cie­bie! – krzy­czy do oce­anu.

Brak od­po­wie­dzi, nic dziw­nego. Tylko fale, słabo, sła­biutko. Trze pię­ścią twarz, po­ciera brud i łzy, i smarki, i zmierz­wione wąsy, i lepki sok z mango.

– Yeti, Yeti – mówi. – Weź się w garść.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] Sa­muel Tay­lor Co­le­ridge, Pieśń o sta­rym że­gla­rzu, w: Po­ezje wy­brane, przeł. Zyg­munt Ku­biak, PIW, War­szawa 1987. (Przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).
Ty­tuł ory­gi­nałuORYX AND CRAKE
Tłu­ma­cze­nieMał­go­rzata He­sko-Ko­ło­dziń­ska
Pro­jekt okładkiUla Pą­gow­ska
Re­dak­tor pro­wa­dzącaDo­rota Ja­błoń­ska
Ko­rektaJa­dwiga Pil­ler
Co­py­ri­ght © 2003 by O.W. Toad, Ltd. Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Mał­go­rzata He­sko-Ko­ło­dziń­ska, 2024 Co­py­ri­ght © by Wielka Li­tera Sp. z o.o., War­szawa 2024
ISBN 978-83-8360-026-0
Wielka Li­tera Sp. z o.o. ul. Wiert­ni­cza 36 02-952 War­szawa
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.