Ruchome cele - Margaret Atwood - ebook
NOWOŚĆ

Ruchome cele ebook

Margaret Atwood

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Atwood jest mistrzynią formy i wielowymiarowości. Dała się poznać jako autorka poezji, polemik politycznych, scenariuszy filmowych, a nade wszystko zróżnicowanej i wyrafinowanej prozy: od powieści, przez teksty science fiction, sagi historyczne po powieści graficzne, teksty krytycznoliterackie i filmowe. Jedno, czego nie napisała, to autobiografia. I to właśnie zbiór esejów Ruchome cele możemy nazwać przewrotną i symboliczną autobiografią. Dla wytrawnych czytelników Atwood ta książka będzie wspaniałą zagadką intelektualną.

Autorka daje tu niebywały popis erudycji, wszechstronności i jednocześnie skłonności do literackich gier, dystansu i ironii. A wszystko jest inkrustowane historiami z jej pisarskiej drogi. „Nie jestem naukowczynią ani historyczką, lecz pisarką i poetką, a tacy ludzie jak ja słyną z tego, że do lektury podchodzą subiektywnie” – pisze Margaret Atwood i tym samym przekazuje czytelnikom klucz do swojej twórczej wyobraźni. Trudno lepiej poznać autora niż przez pryzmat lektur – sama bowiem zaznacza, że pisanie bierze się z czytania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Mojej rodzinie

Wstęp do wydania z 2019 roku

Niektórzy pisarze są specjalistami, inni biorą się do wszystkiego. Ci pierwsi z koncentracją neurochirurga skupiają się na opanowaniu jednej formy czy gatunku i szlifują rzemiosło, osiągając perfekcję w ramach jednej umiejętności kosztem szerokości gamy. Ci mistrzowie cyzelowania pozostają w kontraście do, jak możemy ich nazwać, lekarzy rodzinnych literatury, którzy mają do swojego powołania podejście bardziej holistyczne i próbują sił w różnorodnych przedsięwzięciach.

Nie ulega wątpliwości, do którego z tych obozów należy Margaret Atwood – jest pisarką wielowymiarową, która celuje w oszałamiającej mnogości form. Dostaliśmy od niej wiersze, różnoraką prozę (powieści realistyczne, lecz również science fiction, sagi historyczne i opowieści grozy), powieści graficzne, książki dla dzieci, teksty krytycznoliterackie, krytykę filmową, polemikę polityczną, libretto, scenariusze telewizyjne oraz dramat, by uwzględnić zaledwie kilka najważniejszych punktów bibliografii, która stale się powiększa.

W ciągu blisko sześciu płodnych dziesięcioleci pracy ze słowem jednego dotychczas nie napisała – autobiografii. Myśl o autobiografii Atwood jest kusząca, może jednak taki utwór wcale nie musi powstać. Jestem przekonany, że w tekstach niebeletrystycznych, których solidny wybór przedstawia tom Ruchome cele (opublikowany jako Moving Targets w 2004 roku), Atwood odmalowuje autoportret bogatszy i bardziej zniuansowany niż ten, jaki moglibyśmy znaleźć w wielu, przypuszczalnie konfesyjnych, książkach biograficznych.

Ruchome cele to na pozór zbiór recenzji i esejów, w których Atwood przygląda się swoim współczesnym, na przykład Toni Morrison czy Gabrielowi Garcíi Márquezowi, oddaje hołd przyjaciołom, między innymi Mordecaiowi Richlerowi czy Carol Shields, entuzjazmuje się filmami, takimi jak Noc myśliwego czy Atanarjuat, biegacz, oraz mierzy się z palącymi kwestiami politycznymi, jak choćby walka o środowisko czy polityka zagraniczna USA. Krótko mówiąc, jest to książka, w której Atwood pisze nie o sobie, lecz o innych ludziach i sprawach. Zważywszy na to, że autorka jest jak zawsze dowcipna, doskonale zorientowana i operuje językiem jak brzytwą, nie ma powodu, by nie delektować się lekturą na tym właśnie poziomie.

Ruchome cele można jednak czytać również w inny sposób: jako książkę, w której Atwood porusza tematy niedotyczące jej samej, lecz odkrywa przy tym siebie. Pisarstwo non-fiction nie stanowi dla niej, jak dla niektórych naukowców i dziennikarzy, okazji do włożenia maski bezosobowego obiektywizmu. Według niej wartość jej opinii i myśli jest nieodłączna od unikalnego osobniczego doświadczenia, dzięki którym powstały. Jest to zatem zbiór esejów bardzo osobistych.

Podczas lektury przesuwają nam się przed oczami zdjęcia autorki na różnych etapach życia: jako pięciolatka oznajmia rodzinie, że zostanie pisarką, i z rodzinnych opowieści matki chłonie lekcje snucia historii; jako dziewięciolatka burzy się na niesprawiedliwość przedstawioną w Folwarku zwierzęcym George’a Orwella – nie jest świadoma, że autor stworzył alegorię, lecz wyczuwa, że miał taki zamiar („...poznajemy schemat opowiadania, nim dotrze do nas jego znaczenie, a schemat Folwarku zwierzęcego jest bardzo czytelny”); jako uczennica liceum fascynuje się innym dziełem Orwella, Rokiem 1984, i zbiera różne koncepcje dystopii; jako młoda pisarka, czerpiąc otuchę od rówieśniczek, na przykład Margaret Laurence i Gwendolyn MacEwen, trudzi się nad maszyną do pisania w okresie pionierskim dla literatury kanadyjskiej, kiedy redakcją jej tekstów zajmuje się Dennis Lee, ona sama zaś redaguje teksty Matta Cohena; jako podróżniczka, której podyktowany impulsem pobyt w 1978 roku w Afganistanie, kraju, gdzie niebawem miała nastąpić inwazja i wojna, zasiał w umyśle refleksje o codziennej rzeczywistości życia w patriarchacie teokratycznym. Te migawki istotnych zapamiętanych chwil składają się na opowieść – opowieść o tym, jak Margaret Atwood została pisarką.

Pisarzy kształtują nie wyłącznie doświadczenia, lecz także, w równym stopniu, doświadczenia lekturowe. Jak zauważył kiedyś Saul Bellow, „pisarz to czytelnik, którego coś pchnęło do naśladownictwa”. Ruchome cele to zapis czytelniczego życia Atwood, ukazujący nie tylko to, jacy pisarze byli i są dla niej ważni, ale również jej lekturowe nawyki: to, że ma szerokie spektrum zainteresowań, czyta namiętnie i z całkowitym zaangażowaniem. Gdy recenzuje jakąś książkę, prawie zawsze można odnieść wrażenie, że ma w pamięci całą twórczość danego autora czy autorki, a erudycja ta nie jest owocem mozolnej pracy, lecz wynika z miłości do literatury.

Poza tym, jeśli czyta danego pisarza, to interesuje się wszystkim, co zostało opublikowane, sięga po wiele gatunków i tematów. Wspominając lata licealne, pisze: „Czytałam również Jane Austen i Emily Brontë, a także wyjątkowo drastyczne dzieło science fiction pod tytułem Donovan’s Brain [Mózg Donovana]. Czytałam wszystko i zostało mi to do dzisiaj – gdy nie mam dostępu do niczego innego, czytam magazyny wydawane przez linie lotnicze i muszę przyznać, że męczą mnie już artykuły o biznesmenach, którzy dorobili się miliardów”.

Wnioskując z materiału dowodowego, jaki stanowią Ruchome cele, Atwood wcale nie przesadza, gdy mówi, że czyta dosłownie wszystko. Nie wykazuje ani krzty snobizmu w kwestii literatury gatunkowej, a jej uznanie dla Dashiella Hammetta czy Elmore’a Leonarda świadczy o fachowej znajomości pełnokrwistych kryminałów, podobnie jak pean na cześć Ursuli K. Le Guin dowodzi swobodnego poruszania się w świecie literatury science fiction i fantasy.

Eklektyczne nawyki lekturowe są jednym ze źródeł jej prometejskiej kreatywności – Margaret Atwood tworzy w wielu formach i gatunkach, ponieważ zachłannie czyta różne rodzaje literatury. Jednym z wyróżników jej pisarskiej kariery jest to, że przyczyniła się do obalenia bariery między literaturą głównego nurtu (która zwykle miała charakter realistyczny czy mimetyczny) a tak zwaną literaturą gatunkową (która często karmiła się tym, co fantastyczne lub nieprawdopodobne). Mur między tymi postawami wobec pisania wyrósł na początku dwudziestego wieku, gdy w opozycji do literatury gatunkowej wyłonił się modernizm; jego symbolem był słynny spór H.G. Wellsa z Henrym Jamesem. Atwood pokazała, że ten podział jest niepotrzebny – pisarz czy pisarka może, jeśli chce, czerpać zarówno z Wellsowskiego harmidru wyobraźni, jak i z Jamesowskiego taktownego wyczucia psychologii.

W jednej z najwnikliwszych opinii o współczesnym sobie autorze Atwood pisze: „Nie sposób czytać sporej części twórczości Matta Cohena i nie dojść do oczywistego wniosku: Cohen nie jest literackim realistą w każdej chwili, w której pisze. W samym centrum jego wyobraźni – choć nie zawsze na jej powierzchni – znajduje się dziedzina baśni”. Słowa dotyczące Cohena w równej mierze odnoszą się do jej własnej twórczości. Nawet gdy powierzchnia wydaje się realistyczna, silny prąd ściąga nas w kierunku baśni. Gotycka wyobraźnia Atwood uwidoczniła się już w Edible Woman (1969, wyd. pol. Kobieta do zjedzenia) i Surfacing [Wynurzanie się] (1972), nie wspominając o poezji wydanej w zbiorze Speeches for Doctor Frankenstein [Mowy dla doktora Frankensteina] (1966). Prawdę mówiąc, Atwood od zawsze stoi jedną nogą w literaturze fantastycznej, a drugą w prozie realistycznej.

Bynajmniej nie najpośledniejszą z przyjemności, jakich dostarcza lektura Ruchomych celów, jest to, jak wyraźnie widać, że wybitny literacki dorobek Atwood wykarmił się miłością do literatury wszelkiego rodzaju.

Jeet Heer – kanadyjski pisarz, krytyk komiksowy i literacki, dziennikarz. Współpracuje z tygodnikiem „The Nation”, publikował m.in. na łamach pism „New Republic”, „National Post”, „Paris Review” oraz „New Yorker”.

Wstęp

Ruchome cele to tom dopełniający wobec Second Words [Drugie słowa], wyboru moich esejów i prób dziennikarskich z 1982 roku. Miałam wtedy czterdzieści dwa lata – uważałam się za osobę dość zaawansowaną wiekiem. Od tamtej pory minęły dwadzieścia dwa lata i wciąż tak o sobie myślę, choć – paradoksalnie – dużo rzadziej. Istotna różnica między przeszłością a teraźniejszością polega na tym, że teraz znam już większą część fabuły mojego życia. Podejrzewam, jak całość się skończy, ale jeśli czas będzie biegł zgodnie ze swoją naturą, czeka mnie jeszcze kilka niespodzianek.

Niniejszy zbiór, tak jak tom Second Words, składa się z tekstów okazjonalnych, to znaczy napisanych na konkretne okazje. W wypadku Second Words było to na przykład wydanie książki przez kogoś innego, z czego rodziła się recenzja (moja), bądź zgromadzenie publiczne, z którego wynikała konieczność wygłoszenia przemowy, czy antologia lub zbiór „ku czci”, do którego miałam wnieść wkład w postaci własnych spostrzeżeń. Ten wzór powtarza się w Ruchomych celach. Niektóre z zawartych w tym tomie esejów pełniły specjalną misję: przyczyniały się do zbiórki pieniędzy, bywały bandażami na zbożne cele, odpowiednikami zabijania smoków czy wywijania magiczną różdżką. Ponieważ w młodym wieku charakter złamała mi przynależność do Brownies i Girl Guides, organizacji typu harcerskiego, trudno mi odmawiać, gdy ktoś zwraca się do mnie z tego rodzaju prośbą o pomoc.

Osoba, która ma zaszczyt należeć do Brownies, zawsze słucha starszych, nigdy nie słucha siebie; nieuchronnie jednak nadchodzi taki dzień, gdy patrzy w zaczarowane lusterko i zdaje sobie sprawę, że teraz sama zalicza się do owych starszych, gdyż większość osób, które legalnie rościły sobie prawa do tego tytułu, pożegnała już grono żywych. To nie przypadek, że w Second Words znajdował się tylko jeden tekst pokroju nekrologu, w Ruchomych celach jest ich zaś – niestety – zdecydowanie więcej.

Bycie starszym ma jednak swoje plusy. Człowiek nie przejmuje się już tak bardzo tym, że zepsuje sobie reputację, bo na to jest od dawna za późno. Nie przejmuje się też, że podpadnie temu czy innemu recenzentowi – wszystko złe, co dało się o nim powiedzieć, zostało już powiedziane, i to nie raz. Wie już, że sława to zdobycz niejednoznacznie pozytywna, ponieważ na każdy pomnik czcigodnego obywatela, jakim podobno się stał, przypada co najmniej sto gołębi, które wiją gniazda na jego głowie. Dobrze wie również, że z punktu widzenia młodszych pokoleń – a jakże liczne wydają się te młodsze pokolenia! – już w pewnym sensie nie żyje, bo czyż nie jest tak, że każdy, kto trafia do podręczników dla szkoły średniej, w pewnym sensie już nie żyje?

Mogę też jednak zaznać traktowania ulgowego – to, za co nazwano by mnie wredną, niebezpieczną, radykalną, żądną krwi suką, gdy miałam lat trzydzieści, teraz może zostać uznane za odklejoną od rzeczywistości wypowiedź uroczej staruszki. Nie jestem jeszcze w tym miejscu, ale już widzę zjazd na drogę, która do niego prowadzi.

Co jeszcze się zmieniło? Gdy zaczęłam pisać recenzje, był rok 1960, studiowałam na uniwersytecie i publikowałam w uczelnianym piśmie. Po pewnym czasie przeniosłam się na łamy niszowych pism literackich – pisywałam wówczas sporo o poezji – a z czasem doszłam do publikacji w dużych tytułach, takich jak „Globe and Mail”, „New York Times” i „Washington Post”. Na tym zamknął się tom Second Words – był rok 1982, ruch na rzecz praw kobiet przebrnął przez ekscytujący, lecz wyczerpujący etap, jakim były lata siedemdziesiąte, i chwilowo pauzował, kanadyjski nacjonalizm kulturowy osiągnął wiele ze stawianych sobie celów, w krytyce literackiej słowami wytrychami były „postmodernizm” i „dekonstrukcja”, świtała już era internetu, niewiele osób miało faksy czy komputery stacjonarne, nie było telefonów komórkowych. Byłam matką sześciolatki, o czym dobitnie świadczyły wieczne sterty prania. Miałam na swoim koncie pięć powieści i kilka książek poetyckich, nie byłam jednak pisarką światowej sławy. Jak mawiał Mordecai Richler, byłam „pisarką o światowej sławie w Kanadzie” i z tego statusu, samego w sobie wątpliwego, wynikały dla mnie różne rzeczy.

Co się nie zmieniło? Przeglądając teksty w obu tomach, widzę, że moje zainteresowania pozostały właściwie te same, choć chciałabym sobie schlebić, że ich zakres się nieco poszerzył. Pewne kwestie, które zajmowały mnie dość wcześnie – na przykład troska o środowisko – uważane były za peryferyjne wariactwo, gdy pierwszy raz wypowiedziałam się na ich temat, jednak z czasem znalazły się w głównym nurcie szeroko omawianych kwestii publicznych. Nie lubię pisać w tak zwanej słusznej sprawie – nie jest to nic przyjemnego, bo problemy, które rodzą potrzebę pisania o nich, nie są przyjemne – mimo to czułam się w obowiązku, by od czasu do czasu tego rodzaju tekst napisać. Skutki nie zawsze są miłe w odbiorze, ponieważ to, co jednemu wydaje się zdrowym rozsądkiem, ktoś inny może odebrać jako irytującą polemikę.

Wciąż mam trudności z przemowami; wciąż odkładam pisanie ich na ostatnią chwilę; wciąż mam poczucie, że w moim wykonaniu zamiast oracji wychodzą niezborne wprawki. Prześladuje mnie metafora z opowiadania Edith Wharton The Pelican, gdzie publiczna mowa prelegentki porównana zostaje do sztuczki, w której magik wyciąga sobie z ust niekończące się wstęgi pustego białego papieru. Wciąż mam kłopot z recenzowaniem książek – to zajęcie bardzo przypomina odrabianie pracy domowej, a poza tym zmusza do wyrobienia sobie zdania, nie pozwala tkwić w zdolności negatywnej, która jest o wiele bardziej lekkostrawna. Mimo to podejmuję się pisania recenzji, ponieważ ci, którzy są recenzowani, sami także muszą recenzować, bo inaczej łamaliby zasadę wzajemności.

Istnieje jednak jeszcze inny powód – recenzowanie utworów innych pisarzy wymusza dogłębną analizę własnych gustów etycznych i estetycznych. Co mamy na myśli, mówiąc, że coś w danej książce jest „dobre”? Jakie cechy uważamy za „złe” i dlaczego? Czy nie istnieją właściwie dwa rodzaje recenzji, o dwóch różnych rodowodach? Z jednej strony mamy recenzję gazetową, która wywodzi się z plotek przy wioskowej studni (ona wyglądała świetnie, on fatalnie, ona nie powinna nosić się na czerwono, ale czego się spodziewać po kimś z takiej rodziny, i czy widziałyście, jakie miała koszmarne buty?). Drugi rodzaj to recenzja „akademicka”, wywodząca się z egzegezy Biblii i innych tradycji, które kładły nacisk na pietystyczną analizę tekstów świętych. Recenzja tego rodzaju wciąż po kryjomu wierzy w to, że pewne teksty są świętsze od innych oraz że zastosowanie szkła powiększającego czy soku z cytryny i ognia świecy wydobędzie na jaw ukryte znaczenia. Pisywałam i jedne, i drugie.

Nadal nie zgodzę się recenzować książki, która mi się nie podoba, choć podjęcie się takiego zadania niewątpliwie sprawiłoby frajdę części mnie, będącej odpowiednikiem pana Hyde’a, a lektura dostarczyłaby rozrywki co złośliwszym czytelnikom. Jednak albo książka naprawdę jest zła, a wtedy w ogóle nie powinno się jej recenzować, albo jest dobra, ale mnie nie jest z nią po drodze, a w takim wypadku powinien ją zrecenzować kto inny. To wielki luksus nie pisać recenzji zawodowo w pełnym wymiarze godzin – mogę zamknąć i odłożyć na zawsze książkę, która mnie nie porwie. Z biegiem czasu coraz bardziej interesuje mnie historia, w tym historia wojskowości, jak również biografie. Jeśli chodzi o beletrystykę, wyszły na światło dzienne niektóre moje niezbyt wyrafinowane czytelnicze preferencje (kryminały, science fiction).

Skoro o nich mowa, warto wspomnieć o wzorze, który powtarza się w niniejszej książce. Jak zauważyła jedna z jej pierwszych czytelniczek, mam w zwyczaju zaczynać omówienie książki, autora czy grupy książek od wyznania, że czytałam ją (czy też jego, czy je) w piwnicy jako nastolatka albo natknęłam się na nią na regale w domu rodzinnym, albo wpadła mi w ręce na wakacjach, albo wypożyczyłam ją z biblioteki. Gdyby te stwierdzenia były przenośniami, usunęłabym wszystkie z wyjątkiem jednego; ale są po prostu wycinkami mojej historii lekturowej. Za usprawiedliwienie informacji, gdzie i kiedy po raz pierwszy czytałam daną książkę, niech posłuży to, że moim zdaniem wrażenie, jakie wywołuje książka, często wiąże się z wiekiem czytelnika i okolicznościami towarzyszącymi lekturze, a miłość do książek, które uwielbiało się w młodości, pozostaje z człowiekiem przez całe życie.

Tom Second Words był podzielony na trzy części i taki sam podział chronologiczny wprowadziłam w Ruchomych celach. Część I obejmuje lata osiemdziesiąte, kiedy to napisałam i wydałam Opowieść Podręcznej, która ze wszystkich moich powieści najczęściej figuruje na uniwersyteckich listach lektur. Awansowałam wówczas z bycia „pisarką o światowej sławie w Kanadzie” do prawdziwej światowej sławy, oczywiście na taką skalę, o jakiej można mówić w wypadku pisarzy. (Umówmy się, nie jest to skala Stonesów). Część I kończy się na roku 1989, roku upadku muru berlińskiego. Część II zawiera teksty z lat dziewięćdziesiątych i kończy się na roku 2000, początku dwudziestego pierwszego stulecia. W części III znajdują się teksty pisane od roku 2001 – roku ataku jedenastego września – do dzisiaj. Nic dziwnego, że w tym ostatnim okresie o kwestiach politycznych pisałam więcej niż wcześniej.

Dlaczego Ruchome cele? Jako tytuł, znaczy. Po angielsku słowo moving ma dwa znaczenia, z których jedno odnosi się do emocji: moving to taki, który porusza. Języka nie sposób oddzielić od uczuć, stanowi on bowiem zapis tego, jak my jako ludzie reagujemy na świat, nie tylko intelektualnie, lecz również za pomocą tego, co zwykło nazywać się sercem. Nie potrafię pisać na temat, który nie budzi we mnie żadnych uczuć.

Drugie znaczenie jest bardziej oczywiste: poruszać się. Ruchome cele się poruszają. Moje teksty mierzą do jakichś celów, lecz te cele bynajmniej nie pozostają w bezruchu. Przypominają raczej mechaniczne kaczki w parku rozrywki, które wprawdzie widać gołym okiem, ale mimo to trudno je ustrzelić. Są zanurzone w czasie, płyną z jego nurtem, zmieniają się pod jego wpływem, dlatego to, co można o nich powiedzieć – tak jak to, co można powiedzieć o kształcie ameby – może być jedynie przybliżeniem. Przeglądając niektóre z tych esejów – esejów, czyli prób – miałam poczucie, że gdybym pisała je dzisiaj, pewnie napisałabym je inaczej. Ale oczywiście nie pisałabym ich dzisiaj, ponieważ obecnie cele są inne.

Wyobraźcie sobie ślad, jaki zostawia w powietrzu wypuszczona z łuku strzała. Można go opisać za pomocą definicji słowa „trajektoria”: droga dowolnego obiektu poruszającego się pod wpływem działania danych sił.

Oto więc moje Ruchome cele: zbiór trajektorii.

Margaret Atwood, 2004

Część I

1982–1989

1982–1989

Ośmioletni okres między rokiem 1982 a 1989 był w moim życiu wypełniony działaniem, a dla świata okazał się ważki. Początkowo Związek Radziecki sprawiał wrażenie, że mocno się trzyma i że jeszcze długo pociągnie. Ale już wtedy był uwikłany w kosztowną i drenującą siły wojnę w Afganistanie, a w 1989 roku upadł mur berliński. To niesłychane, jak szybko rozpadają się niektóre gmachy władzy, gdy usunie się kamień węgielny. W roku 1982 jednak nikt nie przewidywał takiego rozwoju wydarzeń.

Początek tego okresu był w miarę spokojny. Usiłowałam, bezskutecznie i po raz drugi, napisać książkę, z której później – dużo później – wyszło Kocie oko, a także dużo myślałam o Opowieści Podręcznej, choć pracy nad nią unikałam, jak tylko mogłam: zadanie, jakie przed sobą postawiłam, wydawało mi się zbyt beznadziejne, a koncepcja książki tak dziwna, że nie do przyjęcia.

Mieszkałam z rodziną w chińskiej dzielnicy Toronto, w domu szeregowym, który uwspółcześniono, usuwając wiele drzwi wewnętrznych. Nie mogłam tam pisać, bo było za głośno, wsiadałam więc na rower i jeździłam do dzielnicy portugalskiej, leżącej dalej na zachód, gdzie pisałam na drugim piętrze innego domu szeregowego. Dopiero co skończyłam redagować The New Oxford Book of Canadian Verse in English i wydruki leżały na wszystkich płaskich powierzchniach. Praca nad tą antologią była aktywnością retrospektywną; taki charakter ma również pierwszy tekst w tomie Ruchome cele. Jest to przeznaczona do druku w księdze pamiątkowej sylwetka Dennisa Lee, którego poznałam i z którym współpracowałam na początku mojej pisarskiej drogi.

Jesienią 1983 roku pojechałam z najbliższą rodziną do Anglii, do hrabstwa Norfolk, gdzie wynajęliśmy plebanię, w której podobno straszyło – w salonie ukazywały się zakonnice, w jadalni dziarski kawaler, a w kuchni kobieta bez głowy. Żadnego z tych trojga nie widzieliśmy, lecz z pubu nieopodal przywędrował kiedyś pewien dziarski kawaler w poszukiwaniu toalety. Łączność telefoniczną zapewniał automat na monety, a budka, w której się znajdował, służyła równocześnie za składzik na ziemniaki i musiałam przełazić przez ich hałdy, by móc omawiać poprawki do – na przykład – zawartej w niniejszym tomie recenzji powieści Updike’a.

Pisałam w osobnym budynku – chatce rybackiej przekształconej w domek letniskowy – gdzie zmagałam się w równej mierze z piecykiem co z powieścią, którą właśnie zaczęłam pisać. Nabawiłam się wtedy pierwszego w życiu odmrożenia, a z powieścią musiałam dać sobie spokój, gdy zaplątałam się w chronologii i nie widziałam drogi wyjścia.

Bezpośrednio potem pojechaliśmy do Berlina Zachodniego, gdzie, w roku 1984, zaczęłam Opowieść Podręcznej. Zorganizowaliśmy sobie stamtąd wypady do Polski, do NRD i do Czechosłowacji, co niewątpliwie przysłużyło się atmosferze książki – w dyktaturach totalitarnych, niezależnie od przebrań, w jakich występują, panuje podobny klimat milczenia i strachu.

Ukończyłam powieść wiosną 1985 roku, gdy byłam profesorem wizytującym na Uniwersytecie Alabamy w Tuscaloosa. Była to ostatnia książka, jaką napisałam na elektrycznej maszynie do pisania. Gotowe rozdziały wysyłałam faksem mojej maszynistce w Toronto, by je przepisała, i pamiętam, jak zachwycała mnie magia natychmiastowego przesyłania tekstu. Książka ukazała się w Kanadzie w 1985 roku, a w Anglii i w Stanach Zjednoczonych rok później. Obok innych form rwetesu, jaki wywołała, została finalistką Nagrody Bookera. Na uroczystą galę kupiłam sobie czarną kreację.

Część roku 1987 spędziliśmy w Australii, gdzie wreszcie udało mi się pokonać trudności związane z Kocim okiem. Najbardziej zimowe sceny powieści pisałam podczas ciepłych wiosennych dni w Sydney, przy wrzasku kukabur, które na werandzie kłóciły się o hamburgera. Książka została wydana w roku 1988 w Kanadzie, w 1989 w Stanach Zjednoczonych i w Anglii, gdzie także znalazła się w finale Nagrody Bookera. Musiałam sobie sprawić kolejną czarną kreację. Wkrótce potem nałożono fatwę na Salmana Rushdiego. Kto mógł się spodziewać, że był to pierwszy podmuch czegoś, co miało się przerodzić nawet nie w wichurę, lecz w prawdziwy huragan?

Tymczasem Opowieść Podręcznej przechodziła powoli przez trzewia przemysłu filmowego. Aż wreszcie ukazał się produkt końcowy: film ze scenariuszem Harolda Pintera, w reżyserii Volkera Schlöndorffa. Premiera odbyła się w Berlinie Zachodnim i Wschodnim w 1989 roku, zaraz po upadku muru – można było kupić odłamki, przy czym takie z kolorową farbą były droższe. Uczestniczyłam w związanych z premierą uroczystościach. Widziałam takich samych wschodnioniemieckich strażników granicznych jak w 1984 roku, tyle że wtedy byli zimni, teraz zaś uśmiechali się od ucha do ucha i wymieniali z turystami cygara. Widownia w Berlinie Wschodnim lepiej przyjęła film. „Tak wyglądało nasze życie”, zniżonym głosem powiedziała mi po projekcji pewna kobieta.

W 1989 roku rozsadzała nas euforia, przez krótki czas. Byliśmy oszołomieni, widząc na własne oczy, jak coś, co zdawało się niemożliwe, staje się rzeczywistością. Ale jakże się myliliśmy co do nowego wspaniałego świata, który miał się przed nami otworzyć.

1

Dennis – spojrzenie wstecz

Kiedy poproszono mnie o napisanie krótkiego tekstu o Dennisie Lee, najpierw policzyłam, od ilu lat go znam. Przeżyłam wstrząs, gdy sobie uświadomiłam, że od ponad dwudziestu. Poznałam go, absurdalnie, na balu pierwszoroczniaków Victoria College na Uniwersytecie Toronto, jesienią 1957 roku. Budził we mnie lekki strach, połączony z podziwem, ponieważ wiedziałam, tak jak wszyscy, że uzyskał stypendium księcia Walii za najlepsze oceny w trzynastej klasie w całej prowincji Ontario; niemniej jednak krążyliśmy we dwoje po parkiecie, a on mówił, że zamierza zostać kapłanem Kościoła unitariańskiego. Ja z kolei byłam już całkowicie przeświadczona o tym, że zostanę pisarką, choć liche miałam wyobrażenie, jak mogłabym tego celu dopiąć. Pomyślałam wtedy, z charakterystycznym dla studentki pierwszego roku brakiem tolerancji, że poezja i religia – a w szczególności religia Kościoła unitariańskiego – nie idą ze sobą w parze. Wspólny taniec dobiegł końca.

Później nastąpiła przerwa, ponieważ Dennis studiował literaturę angielską, a ja przeniosłam się na filozofię z literaturą angielską, niemądrze rojąc sobie, że poszerzy to moje horyzonty. Logika i poezja również jednak nie idą w parze i na drugim roku wróciłam do pierwotnego kierunku, bezpowrotnie tracąc kurs z bibliografii. Po pewnym czasie zaprzyjaźniliśmy się z Dennisem i zaczęliśmy współpracować. Chyba było to nieuniknione. Pod koniec lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku w Toronto, w Victoria College, sztuka, żadna dziedzina sztuki, nie była najbardziej pasjonującym tematem, a ci z nas, którzy podejmowali ryzyko zyskania pejoratywnej etykiety „typa artystycznego”, słuchali instynktu stadnego i ubierali się defensywnie. Wydawaliśmy razem pismo literackie „Acta Victoriana”, pisaliśmy teksty do corocznej rewii satyrycznej i w niej występowaliśmy. W pewnym momencie Dennis i ja wymyśliliśmy wspólny pseudonim do podpisywania parodii literackich, który stanowił amalgamat naszych nazwisk i utrzymał się jeszcze po moim i jego odejściu z pisma: Shakesbeat Latweed. Imię Shakesbeat dlatego, że naszym pierwszym utworem był wiersz pod tytułem Sprattire, wariacje na temat pierwszych czterech wersów dziecięcej rymowanki Jack Spratt, naśladujące styl różnych luminarzy literatury, od Szekspira po bitników. Jak wspominała moja matka, dużo się śmialiśmy, pisząc ten tekst. Dennis miał już wówczas nieco ekstrawaganckie poczucie humoru, skrywane pod zwykle zafrasowaną miną.

Na czwartym roku Dennis zrobił sobie roczną przerwę w studiach i pojechał do Niemiec, dzięki czemu zdobyłam stypendium imienia Woodrowa Wilsona (gdyby został na miejscu, on by je otrzymał). Później z kolei mnie nie było w Toronto przez dziesięć lat. Dlatego pewnie listownie, a może podczas jednej z moich nieczęstych wizyt (pamiętam chyba teatr Hart House i antrakt, ale w jakiej sztuce?), zwrócił się do mnie w sprawie wydawnictwa Anansi. Kilka osób zakłada wydawnictwo, powiedział, i chcieliby wznowić mój tomik poetycki The Circle Game [Zabawa w kole], który został w tamtym roku uhonorowany Nagrodą Gubernatora Generalnego, ale jego nakład się wyczerpał. Dennis oznajmił, że chcą wydrukować dwa tysiące egzemplarzy. Pomyślałam: szaleńcy. Zakładanie wydawnictwa też zakrawało na szaleństwo – był dopiero 1967 rok. W tym czasie jednak zarówno Dennis, jak i ja byliśmy już swego rodzaju kulturowymi nacjonalistami, choć doszliśmy do tej postawy w różny sposób. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że istniejące oficyny wydawnicze bojaźliwie podchodzą do nowej literatury, przede wszystkim do prozy, choć w pewnym zakresie również do poezji. Nie istniał jeszcze slogan „mentalność kolonijna”, ale wkrótce miał się narodzić. Pierwszych czworo autorów wydanych przez Anansi otrzymało z Canada Council skromne granty, których lwią część wpompowaliśmy z powrotem w wydawnictwo. Dziś zdumiewa mnie to, jak mało pieniędzy wystarczyło, by założyć Anansi. Znacznie więcej trzeba było włożyć w to przedsięwzięcie krwi i jaj; w dużej mierze dostarczał ich Dennis.

Pod koniec lat sześćdziesiątych – w okresie szybkiego rozwoju Anansi i ustalenia się reputacji Dennisa jako redaktora – mieszkałam w Bostonie, potem w Montrealu, potem w Edmonton, więc kontaktowaliśmy się wyłącznie listownie. Pracowałam z Dennisem nad trzema książkami, które ukazały się nakładem Anansi: The Gangs of Kosmos George’a Boweringa, Noboby owns th earth billa bissetta oraz, mniej intensywnie, The Collected Works of Billy the Kid Michaela Ondaatjego. Gdy moja książka Power Politics [Polityka władzy] nabrała takiego kształtu, że można było ją komuś pokazać, miałam poczucie, że powinna wyjść w Anansi, i wysłałam ją Dennisowi. W 1971 roku wróciłam z Anglii, dołączyłam do zarządu Anansi i pracowałam z różnymi pisarzami (czasami wspólnie z Dennisem, czasami solo), wśród których byli między innymi Paulette Jiles, Eli Mandel, Terrence Heath, P.K. Page, John Thompson i Patrick Lane; a także sam Dennis, któremu redagowałam drugie wydanie Civil Elegies [Elegie obywatelskie]. Najbardziej absorbującą naszą ówczesną współpracą była jego redakcja mojego tekstu krytycznego pod tytułem Survival [Przetrwanie]. Był dla tej książki nieodzowny i prezentował najwyższą redaktorską formę: szybki, wnikliwy, podsuwał pomocne rozwiązania, a pod koniec okazał się równie wykończony jak ja.

Prowadzenie małego wydawnictwa to działalność wysysająca z człowieka całą energię, co mogą potwierdzić wszyscy, którzy mają takie doświadczenie na koncie. W roku 1973 Dennis ostatecznie wycofał się z Anansi, a niedługo po nim i ja.

Jeśli się nie mylę, to chyba latem 1974 roku Dennis przeczytał pierwszą wersję mojej Pani Wyroczni, a jego uwagi jak zwykle okazały się pomocne. Konsultacja redakcyjna odbyła się na płocie, co było typowe dla jego stylu pracy, którego nigdy nie można by nazwać oficjalnym. Mając wybór, czy usiąść do pracy przy stole w jadalni, czy w kuchni pełnej brudnych naczyń, kurzych kości i kocich kuwet, Dennis zawsze wybierał kuchnię.

Dodam w tym miejscu słowo o nim jako o redaktorze. W pełni zasłużył na swoją opinię. Gdy jest w formie, potrafi nie tylko dać drugiemu pisarzowi szczodre wsparcie moralne, lecz również przekazać wnikliwą, klarowną wizję, w jakim kierunku książka powinna pójść. Zwykle nie komunikuje tego wyłącznie w rozmowie, ale wyjaśnia też na licznych, gęsto zapisanych stronicach, pełnych szczegółowych uwag i poprawek do nich. Nigdy nie pracowałam z redaktorem, który wnosiłby tak dużo w tak skondensowany sposób. Jego gotowość do całkowitego zanurzenia się w źródłach energii książki, nad którą pracował, sprawiała, że ponadprzeciętnie narażał się na zawłaszczenie przez autora i roszczenia wybujałego pisarskiego ego. Na pewnym etapie swojego życia zbyt wielu ludziom służył nie tylko za zastępczą akuszerkę, lecz także za zastępczego psychoterapeutę i spowiednika. Nic dziwnego, że od czasu do czasu uciekał od redagowania. Nic dziwnego również, że czasem nudził go lub niecierpliwił kostium superredaktora – jest przecież także pisarzem. Zarówno jego czas, jak i uwaga oraz uznanie ze strony innych często poświęcane były jego działalności redaktorskiej, gdy mogły bądź powinny być poświęcone pisarstwu. Twórczość własną Dennis stawia na pierwszym miejscu. Pisanie jest dla niego również, jak sądzę, najtrudniejszym tematem do rozmowy i najtrudniejszym zajęciem.

Gdy próbuję przypomnieć sobie, jak Dennis wygląda, najpierw widzę zmarszczki zatroskania na jego czole, jak uśmiech Kota z Cheshire. Następnie dochodzi fajka, którą stale pykał, lub czasami cygaro. Potem pojawia się reszta: człowiek zagoniony, wymięty, nękany przez niewidzialne demony, napędzany mroczną energią, lekko roztargniony, czasem skonsternowany, ale mimo tego wszystkiego pełen jak najlepszych intencji i dobroci, którą okazywał z pewnym wahaniem i zażenowaniem. Kiedy rozmawia o czymś ważnym, usilnie stara się wyrazić dokładnie – nie dla samej precyzji wypowiedzi, lecz by jak najtrafniej przemówić do słuchacza – to, co chce powiedzieć, a co zwykle nie bywa proste. Czasami bywa prostszy, na przykład po kilku drinkach i gdy gra na pianinie lub gdy wpada na jakąś okropną grę słów. Ta maniakalna strona jego osobowości najwyraźniej daje o sobie znać w Alligator Pie [Placek z aligatorem] i kolejnych częściach cyklu – i prawdopodobnie dzięki niej Dennis zachowuje zdrowie psychiczne; jowialny wujek Dennis to jednak oczywiście nie cała historia.

Nie dysponuję całą historią i po dwudziestu kilku latach doskonale rozumiem, że raczej nigdy nie będę nią dysponować. Dennis nie jest osobą, którą można by nazwać przystępną. Tak czy owak, „cała historia” jeszcze nie istnieje. Ona wciąż się pisze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuMOVING TARGETS
Tłumaczeniewstępy oraz eseje numer 1–42 i podziękowania – Agnieszka Pokojska 43, 44 – Dorota Konowrocka-Sawa 45 – Katarzyna Makaruk 46, 50, 51 – Olga Dziedzic 47, 48, 49 – Wiesław Marcysiak
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Ilustracja na okładceChloe Cushman
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaAnna Jutta-Walenko
KorektaAnna Burger Teresa Zielińska
Copyright © 2004 O. W. Toad Ltd.Introduction copyright © 2019 Jeet Heer Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Pokojska, 2021 Copyright © for the Polish translation George Orwell: Some Personal Connections and Arguing Against Ice Cream by Dorota Konowrocka-Sawa, 2021 Copyright © for the Polish translation Foreword: Victory Gardens by Katarzyna Makaruk, 2021 Copyright © for the Polish translation Carol Shields, To Beechy Island and Mortification by Olga Dziedzic, 2021 Copyright © for the Polish translation Resisting the Veil, Introduction to The Complete Stories, volume 4, He Springs Eternal by Wiesław Marcysiak, 2021 Copyright © for the Polish edytion by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-684-2
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.