Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
23 osoby interesują się tą książką
Diana, żona detektywa Iksa, zostaje porwana. Iks nie ma wątpliwości, że to zemsta. Przez lata pracy nadepnął na odciski ludziom, którzy nie wybaczają. Teraz ktoś postanowił uderzyć w jego najsłabszy punkt.
Detektyw właśnie rozpoczął najtrudniejszą sprawę w swoim życiu, a czas zdecydowanie nie jest jego sprzymierzeńcem. Zrozpaczony rusza tropem porywaczy, a każda godzina może oznaczać śmierć Diany. A kiedy wreszcie udaje mu się namierzyć porywaczy i wydaje się, że najgorsze już minęło, Iks odkrywa, jak bardzo się mylił.
Czy zdoła odnaleźć i uratować żonę, zanim będzie za późno? Czy porywaczom naprawdę chodzi o zemstę? A może za kulisami czai się ktoś jeszcze, ktoś, kto od początku pociąga za wszystkie sznurki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Drzwi zamknęły się za mną z łoskotem. Echo kilkakrotnie odbiło ten dźwięk od szarych ścian, zanim pozwoliło mu ucichnąć. Mój wzrok powędrował za nim i bezradnie utknął w jednym punkcie. Z odrętwienia wyrwał mnie dopiero odgłos kroków dobiegający zza pleców.
Odwróciłem głowę. Spojrzenie zatrzymało się na krępej sylwetce strażnika. Mężczyzna, który chwilę wcześniej wpuścił mnie do środka, ruszył wzdłuż ściany marszem odmierzanym uderzeniami obcasów. Uchwycił moje spojrzenie i znacząco skinął głową. To był sygnał, żebym się pospieszył.
Ponaglony tym gestem, uważnie rozejrzałem się po pomieszczeniu, które od razu wydało mi się surowe. Nie wiedziałem, czy odpowiadał za to kolor ścian, kiedyś białych, dziś zszarzałych od czasu i zużycia, czy może identyczne szare płytki, wydające metaliczny dźwięk pod obcasami strażnika. A jeśli nie jedno i nie drugie, winne musiały być jarzeniówki wbite w sufit, sączące blade, martwe światło jak w więziennej celi.
Bo w gruncie rzeczy była to więzienna cela.
Do moich uszu dotarło skrzypnięcie odsuwanego krzesła. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na rząd boksów zajmujących całą jedną ścianę pomieszczenia. Każde stanowisko stanowiło niewielką wnękę, oddzieloną od następnej przegrodą dającą złudne poczucie intymności. Na środku każdej wnęki znajdowała się gruba szyba, sięgająca od blatu aż po sufit. Przed nią stał prosty stolik.
Nie zdążyłem przyjrzeć się twarzy osoby, która właśnie mnie minęła. Poczułem jedynie podmuch powietrza na policzku. Kilka sekund później kroki strażnika za moimi plecami zmieniły rytm i kierunek. Drzwi znów załomotały o framugę, a obcasy wróciły do swojego jednostajnego marszu wzdłuż ściany.
Zostaliśmy tylko we dwóch.
Za chwilę pojawi się jeszcze jedna osoba.
Usiadłem na krześle przy jednym ze stanowisk. Oparłem łokcie o blat, który okazał się metalowy i przeraźliwie zimny. Siadając, przypadkowo dotknąłem czarnego więziennego telefonu zwieńczonego spiralnym kablem. Wzdrygnąłem się, bo natychmiast wyobraziłem sobie siebie siedzącego po drugiej stronie szyby, brudnej i lekko porysowanej, jakby nosiła blizny po wielu bolesnych rozmowach.
Uniosłem głowę i spojrzałem w oko kamery skierowanej na stanowiska. Za mną, wzdłuż ściany, strażnik nieprzerwanie wybijał rytm obcasami. Zdenerwowany obejrzałem się przez ramię. Najpierw zobaczyłem jego sylwetkę, potem mój wzrok powędrował wyżej, ku punktowi obserwacyjnemu, w którego okienku mignęła postać dyżurnego nadzorującego całą salę.
Wróciłem do poprzedniej pozycji. Czekałem w napięciu na to, co miało się wydarzyć.
Nie usłyszałem, kiedy weszła, bo szyba była na tyle gruba, że nie przepuszczała żadnego dźwięku. Po prostu w pewnej chwili ją zobaczyłem. Gdybym nie był przygotowany na jej pojawienie się, mógłbym jej nie poznać. Miała na sobie prostą szarą bluzę, luźne dresowe spodnie i sportowe buty.
Kiedy usiadła po drugiej stronie szyby i mogłem przyjrzeć się jej twarzy z bliska, uderzyło mnie, jak bardzo się zmieniła. Wyglądała na swoje czterdzieści lat. Spod brunatnych włosów związanych w kucyk prześwitywały pasma siwizny. Opalenizna ustąpiła trupiej bladości, a brak makijażu obnażał głębokie cienie pod oczami. Tylko oczy pozostały te same. Nawet przez porysowaną, brudną szybę, lekko odbijającą światło, widziałem, że patrzą na mnie z niechęcią.
Zorientowałem się, że jej pozbawione szminki usta się poruszają. Siedziała wyprostowana, z łokciem opartym o blat. W jednej dłoni trzymała słuchawkę, drugą nerwowo bawiła się kablem.
Sięgnąłem po telefon. Słuchawka o mało nie wypadła mi z drżących palców i nie spadła na kolana. Przycisnąłem ją do ucha tak mocno, że aż poczułem ból.
– Cześć, Iks – usłyszałem dobrze znany głos Danieli, która zwróciła się do mnie moją starą ksywką. – Co cię sprowadza do oddziału kobiecego zakładu karnego w Grudziądzu?
Zobaczyłem to wszystko jeszcze raz. Danielę otoczoną przez policjantów, z walizką w dłoni, wypchaną pieniędzmi pochodzącymi z łapówki. Wtedy jej oczy były szeroko otwarte ze strachu i zaskoczenia. Obraz się zmienił i ujrzałem ją ponownie, tym razem stojącą na ławie oskarżonych obok ludzi ze swojego gangu i urzędników, którzy maczali palce w ustawieniu przetargu na budowę szpitala na Kaszubach.
Nawet teraz potrafiłem przywołać tamten wzrok, pełen wściekłości, którym przeszukiwała miejsca przeznaczone dla publiczności. A gdy mnie znalazła, niemal fizycznie poczułem nienawiść, jaką we mnie rzuciła. Wtedy siedział obok mnie mój teść, właściciel firmy budowlanej wykorzystanej jako przynęta w policyjnej prowokacji.
Dziś siedziałem naprzeciwko niej sam. Jej nienawiść jednak już nie płonęła. Zgasła, ustępując miejsca chłodnej niechęci.
– Diana, moja żona – zacząłem. – Ktoś próbował ją porwać.
1
Wybiła dwunasta. Kelnerka przekręciła zamek, a potem pchnęła drzwi, by upewnić się, że są otwarte. Ustąpiły pod naporem jej ciała, wpuszczając do środka podmuch powietrza zmieszanego z odorem spalin. Ruch samochodów na ulicy Władysława IV nigdy nie ustawał, a osiadająca sadza warstwa po warstwie przykrywała szyby włoskiej restauracji.
Kelnerka z głośnym bulgotaniem wciągnęła wydzielinę z płuc do ust, po czym splunęła na chodnik. Dałaby sobie głowę uciąć, że w pieniącej się na płycie chodnikowej plamie wilgoci dostrzegła drobinki sadzy. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Już miała zatrzasnąć się z powrotem w bezpiecznym wnętrzu restauracji, gdy nagle czyjaś dłoń zacisnęła się na drzwiach.
Dłoń o długich, kościstych palcach przechodziła w rękę równie wątłą i szczupłą, co zdradzał fragment ciała widoczny spod rękawa. Podążając wzrokiem dalej, kelnerka dostrzegła szpiczaste barki, na których spoczywała głowa zdająca się składać wyłącznie z ostrych kątów. Trójkątna broda jakby wierciła dziurę w kołnierzu kurtki. Ostro zakończony nos rozcinał powietrze niczym dziób łodzi, a kwadratowa czaszka była jedynie postumentem dla kępy rzadkich włosów, nie wiadomo, czy jeszcze blond, czy już siwych.
– Czy jest już otwarte? – zapytał.
Kelnerka puściła drzwi i zaczęła się wycofywać. Nie była pewna, czy robi to z gościnności właściwej dla obsługi restauracji, z zaskoczenia nagłym pojawieniem się gościa, czy może z przestrachu wywołanego jego głosem, chłodnym i metalicznym.
Gość o blond włosach, nie doczekawszy się odpowiedzi, przekroczył próg, zmuszając ją do dalszego cofania się. Dopiero wtedy zauważyła, że w drugiej ręce trzyma duży niebieski segregator wypchany papierami. W tej samej chwili zrozumiała źródło swojego niepokoju. To musiał być komornik, którego od dawna się spodziewali.
– Co się tu dzieje? – usłyszała nagle kolejny głos, dobiegający zza jej pleców.
Znajomy ton należący do właściciela restauracji przyniósł jej ulgę. Od tej chwili nie była już w tej sytuacji sama.
– Chciałem zapytać, czy można już wejść? – powtórzył gość, tym razem zwracając się do właściciela.
– Właśnie otworzyliśmy – odpowiedział właściciel, marszcząc brwi z niedowierzaniem, jakby wciąż nie potrafił odnaleźć się w sytuacji. Dopiero gdy jego wzrok natrafił na niebieski segregator w ręku gościa, brwi uniosły mu się w wyrazie niemiłego zaskoczenia. – A pan czego tutaj szuka? – dodał, lecz jego głos brzmiał już mniej pewnie niż chwilę wcześniej.
– Umówiłem się ze znajomym na obiad – wyjaśnił gość.
Właściciel skinął głową, lecz w spojrzeniu wbitym w niezwykłego przybysza nadal czaiła się podejrzliwość. Najwyraźniej słowa gościa nie wystarczyły, by rozwiać niepokój budzony przez wypchany dokumentami segregator.
– Proszę za mną – powiedział w końcu restaurator, po czym zaprowadził podejrzanego gościa do samotnego stolika ustawionego pod oknem.
Blondyn zaakceptował wybór lekkim skinieniem głowy. Położył segregator na blacie, a potem, nie patrząc na właściciela, podszedł do wieszaków wiszących na ścianie. Odwrócony plecami, zaczął powoli zdejmować kurtkę z wątłych ramion.
Właściciel nie zmarnował tej okazji. Otworzył segregator, by rzucić okiem na zgromadzone w nim papiery. Plastikowa okładka zgrzytnęła ostrzegawczo, jakby zdradzała swoją tajemnicę.
Blondyn powiesił kurtkę na wieszaku, po czym powoli obrócił się w stronę zajmowanego stolika. Zauważył, że restaurator gwałtownie odskoczył od blatu, a na jego twarz wypełzł rumieniec. Uśmiechnął się do niego, licząc, że rozładuje w ten sposób niezręczną sytuację. Zdziwił się jednak, gdy zawstydzenie nie zniknęło z oblicza właściciela.
Zrobił kilka kroków w stronę stolika i ze zdumieniem spostrzegł, że na każdy jego ruch restaurator odpowiada cofnięciem się. Kiedy w końcu usiadł na jednym z krzeseł, tamten stał już obok kelnerki, na drugim końcu sali. Oboje trwali tam nieruchomo, nie spuszczając z niego wzroku.
Wreszcie restaurator odzyskał panowanie nad sobą. Nachylił się do ucha kelnerki i coś jej wyszeptał. Dziewczyna, z widocznym wahaniem, chwyciła plik kart z listą dań i po chwili znalazła się przy stoliku blondyna. Nie patrząc na niego, rzuciła nerwowo menu na blat i natychmiast się wycofała, zatrzymując się dopiero przy swoim szefie, gdzie najwyraźniej czuła się najbezpieczniej.
Blondyn skwitował to wszystko niedowierzającym zmarszczeniem brwi. Oderwał wzrok od stojących sztywno postaci i przeniósł go na segregator. Jego okładka była lekko odgięta. Delikatnie docisnął ją dłonią, zamykając papiery w środku, po czym odłożył segregator na parapet pobliskiego okna. Tam będzie bezpieczny.
Przez chwilę obserwował twarze przechodniów za szybą. Nigdzie nie dostrzegł kolegi ze szkoły. Czy przyjdzie? Wiele spodziewał się po tym spotkaniu.
Oderwał wzrok od okna i rozejrzał się po restauracji. Wnętrze utrzymane było w ciepłych, pastelowych barwach. Przy stolikach z jasnego drewna stały proste krzesła w tym samym odcieniu, z różowym, wygodnym obiciem. Nad nimi zwisały lekkie żółte lampiony, zalewające salę łagodnym światłem.
W tym świetle nie było już ani restauratora, ani kelnerki. Zniknęli.
Blondyn pokręcił głową, po czym pochylił się nad kartą dań. Odczytując kolejne kulinarne propozycje, nie zauważył, kiedy do restauracji wszedł kolejny gość. Dopiero gdy rzucany przez niego cień utrudnił dalszą lekturę, podniósł wzrok. Zatrzymał go na pełnej twarzy z wyraźnymi policzkami, które nadawały jej młodzieńczy wygląd. Niebieskie oczy, obramowane cienkimi brwiami, wyglądały pogodnie jak u osoby pewnej siebie i swobodnej w kontaktach. Pod średnim, proporcjonalnym do twarzy nosem rysowały się wąskie usta z lekkim uśmieszkiem. Uwagę zwracały też włosy: brunatne, krótkie, z wyraźnymi zakolami, sugerującymi postępujące łysienie.
Na jego widok blondyn zerwał się z miejsca, o mało nie przewracając stolika. Pojawienie się kolegi sprawiło mu wyraźną satysfakcję. Wyściskali się serdecznie. Kiedy jednak pierwsza radość minęła, brunet odsunął go nieco od siebie, chcąc mu się przypatrzyć. Robił to długo i uważnie, aż uśmiech spełzł mu z twarzy.
– Słabo wyglądasz – odezwał się wreszcie przygnębionym głosem.
W odpowiedzi blondyn spuścił wzrok. Spodziewał się takiej opinii. Zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu.
– Wciąż zdarza mi się nie spać po kilka dni z rzędu – wyjaśnił, gdy usiedli naprzeciw siebie. – W takiej sytuacji trudno wyglądać świeżo.
– To przez ten uraz pleców? Nadal czujesz ból? – dopytywał brunet, przyglądając mu się z troską.
– Nie mogę się od niego uwolnić. On jest częścią mnie. Nawet gdy czasami udaje mi się go stłumić, czuję, że tylko przyczaił się gdzieś na chwilę, by w odpowiedniej chwili wybuchnąć – odpowiedział blondyn, nerwowo pocierając czoło, jakby właśnie tam znajdowało się źródło przewlekłego bólu.
– Bierzesz leki?
– Biorę rozluźniające mięśnie i uspokajające. One też są już częścią mnie. Poza tym kosztują fortunę – wyjaśnił blondyn, dyskretnie obserwując bruneta spod palców. Na jego twarzy dostrzegł troskę i zaniepokojenie.
– A co na to twoja rodzina? Wspierają cię w tej sytuacji? – dopytywał brunet, jakby próbował odgadnąć, po co został tu zaproszony.
– Dziewczyna ode mnie odeszła. Nie dziwię się jej. Musiałem porzucić wszystkie plany. Nie dokończyłem nawet studiów. A ojciec? Daje mi pieniądze, ale nie starcza nam na wszystko. Stracił mandat radnego. Wygryzł go taki przedsiębiorca budowlany. Znasz go, pracowałeś przy remoncie jego domu.
Brunet pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Pracowałem tam z nowym facetem twojej matki. Piękna chata na Kaszubach. Bardzo bogaty przedsiębiorca, ale niezbyt uczciwy. Nie chciał nam zapłacić umówionej sumy za robotę – przypomniał sobie brunet.
– Wiem o nim znacznie więcej złych rzeczy. Ojciec mi opowiadał. W dziwny sposób wygrywa wszystkie przetargi w okolicy. – Blondyn chciał dodać coś jeszcze, ale uniemożliwiło mu to nagłe pojawienie się kelnerki.
Ich rozmowa urwała się na czas składania zamówień. Dopiero gdy blondyn zobaczył plecy kelnerki znikające w głębi restauracji, zdecydował się wrócić do przerwanego wątku.
– Ale nie gadajmy cały czas o mnie. Dawno się nie widzieliśmy. Mów, co u ciebie.
Pogodna twarz bruneta ponownie pociemniała.
– Niedawno się ożeniłem – wyznał.
Blondyna zaskoczył kontrast między tą wiadomością a ponurym wyrazem twarzy rozmówcy.
– Moje gratulacje! Powinieneś się cieszyć – powiedział, delikatnie zachęcając kolegę ze szkoły do wyjawienia powodu smutku.
– No tak, ale wiesz, jak to jest. Młode małżeństwo potrzebuje gotówki. Chcielibyśmy się wreszcie gdzieś urządzić, zamiast mieszkać u teściów. A pieniędzy nie ma. Pracuję tylko dorywczo na budowach. Martwię się. Nie tak to wszystko miało wyglądać.
Blondyn słuchał go uważnie. Gdyby mógł zobaczyć własne odbicie, dostrzegłby pod ostrym nosem ledwie zauważalny uśmiech zadowolenia.
– Nie martw się, coś wymyślimy – odpowiedział uspokajająco, kładąc dłoń na rękawie bruneta.
– Doceniam to, ale nie wiem, w jaki sposób mógłbyś mi pomóc. Sam przecież potrzebujesz pomocy. – W głosie kolegi pobrzmiewał sceptycyzm.
– Znalazłem pracę. Dla nas obu.
– Jaką pracę? – Podniecony ton zdradzał, że w sercu bruneta nagle zapłonęła nadzieja.
Blondyn wstrzymał się z odpowiedzią, bo właśnie pojawiła się kelnerka z zamówionymi daniami. Obaj mężczyźni odsunęli się nieco, by mogła postawić talerze na stole. Blondyn zerkał ukradkiem to na kelnerkę, konsekwentnie unikającą jego wzroku, to na bruneta, który z trudem ukrywał rosnącą ciekawość.
– Co to za praca? – powtórzył brunet, nie przejmując się obecnością osoby postronnej.
– Powiem ci po jedzeniu. A teraz życzę smacznego! – odpowiedział blondyn tajemniczo.
Skupił się na swoim daniu, którym okazały się pierożki ravioli faszerowane kaczką. Było ich osiem, ale tylko tyle był w stanie w tej chwili przełknąć. Nadział jednego na widelec i włożył do ust. Odczekał moment, aż palone masło zacznie powoli spływać mu do gardła, po czym ostrożnie przełknął. Próba udała się znakomicie. Dawno nie czuł z jedzenia takiej przyjemności jak teraz.
Przy kolejnym ravioli zerknął na siedzącego naprzeciwko kolegę. Brunet jadł swój makaron pośpiesznie i nerwowo. Było widać, że chce jak najszybciej skończyć, by wrócić do przerwanej rozmowy.
Blondyn uśmiechnął się z zadowoleniem. Sam nie wiedział, czy powodem była rosnąca nadzieja, że kolega zaaprobuje jego plan, czy może palone masło przyjemnie masujące podniebienie.
W końcu skończyli. Brunet otarł tłuste wargi wierzchem dłoni i spojrzał na blondyna wyczekująco. Ten skinął na kelnerkę, która najpierw zabrała brudne naczynia, by po chwili wrócić z winem.
Zapadła kolejna, przeciągająca się chwila niepewności.
Blondyn nalał koledze wina ręką drżącą pod ciężarem jego niecierpliwego spojrzenia.
– Stary, doczekam się wreszcie odpowiedzi? – Nie wytrzymał brunet.
– Spójrz na to – odparł blondyn, ściągając segregator z parapetu. – To jest mój biznesplan.
Położył go na stoliku i otworzył. W środku znajdowały się luźne kartki zapisane odręcznie, wycinki prasowe oraz strony wyrwane z książek. Brunet nachylił się nad segregatorem, po czym wziął do ręki jedną z zadrukowanych stron.
Blondyn obserwował go z rosnącym niepokojem. Gdzieś głęboko w jego płucach zagnieździło się duszące napięcie. Nie mógł mieć pewności, jak brunet zareaguje na to, co przeczyta.
Kolega podniósł wzrok znad kartki i spojrzał na blondyna z czystym niedowierzaniem.
– Porwanie syna Charlesa Lindbergha? Co to ma znaczyć? – zapytał, marszcząc czoło. – Uprowadzenie piętnastoletniego Bohdana Piaseckiego? – Przeglądał dalej papiery, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Uwięzienie Hannsa Martina Schleyera?
Brunet wypuścił dokumenty z rąk, tak że bezładnie wpadły do wnętrza segregatora. Podniósł wzrok na swojego rozmówcę, a na jego okrągłej, szczerej twarzy malowało się niezrozumienie.
– Powiesz mi, po co ci te materiały? – Po raz kolejny domagał się wyjaśnień.
Blondyn poczuł nieprzyjemne mrowienie rozlewające się po całym ciele. Spodziewał się, że będzie musiał odpowiedzieć na podobne pytania. Zdziwienie kolegi było naturalne. Długo przygotowywał się do tej rozmowy, ale teraz nie mógł już uciec przed odpowiedzią. Musiał podzielić się z nim swoim planem. Nadchodzące chwile miały pokazać, czy jego argumentacja okaże się skuteczna i czy kolega przyjmie jego punkt widzenia. Jeśli usłyszy sprzeciw, zamiast zyskać sprzymierzeńca, będzie miał wroga.
Wiedział, że balansuje na bardzo cienkiej linii, dlatego zanim udało mu się dobyć z siebie głos, musiał głośno przełknąć ślinę.
– To biznesplan – wyjaśnił. – Zbierałem te materiały przez kilka tygodni. Chodziłem do biblioteki, czytałem artykuły o porwaniach sięgających czasów biblijnych. Chciałem wiedzieć, gdzie inni popełnili błędy. Wszystkie teksty, do których udało mi się dokopać, znajdziesz w tym segregatorze.
Mówiąc, nie odrywał wzroku od okrągłej twarzy bruneta. Wydawało mu się, że zdołał wzbudzić w nim zaciekawienie. A gdy opowiadał o swoich żmudnych poszukiwaniach w bibliotece, na twarzy kolegi przemknął nawet cień podziwu.
– Ale nie ma tam wyłącznie artykułów o najsłynniejszych porwaniach znanych z historii, bo wtedy nie nazywałbym zawartości tego segregatora biznesplanem – kontynuował wyjaśnienia, wyciągając równocześnie dłonie w stronę rozmówcy, jakby w ten symboliczny sposób starał się przyciągnąć jego uwagę. – Bo to przede wszystkim jest biznesplan. Są tutaj szczegółowo opisane wszystkie moje pomysły i źródła finansowania. Wszystko dokładnie sprawdziłem, opisałem i policzyłem.
– Biznesplan – powtórzył wolno brunet, a potem pokiwał z uznaniem głową. – Chyba przypomniały ci się studia. Co planujesz?
Blondyn nachylił się w stronę rozmówcy. Nieprzyjemne mrowienie na całym ciele i ciężar w płucach były już tylko niewyraźnym wspomnieniem. Skupiając się na odpowiedniej argumentacji, starał się jednocześnie rozluźnić, żeby kolega nie zauważył jego napięcia. Plan miał zabrzmieć pewnie, klarownie i bezpiecznie.
– Zainwestujemy w starannie dobrane akcje i fundusze. Ich listę masz w segregatorze. Przyniosą nam maksymalne zyski i raz na zawsze rozwiążą nasze problemy finansowe.
Brunet, słysząc to, odchylił się na krześle i spojrzał błagalnie w sufit. Jego wpółotwarte usta wyrażały rozczarowanie. Potem znowu skierował wzrok na blondyna, po czym wywrócił kieszenie spodni na drugą stronę, by pokazać mu, że są puste.
– Brzmi świetnie. Wierzę, że dobrze wybrałeś fundusze. Problem w tym, że nie mam kapitału, który mógłbym ci pożyczyć. Sam potrzebuję pieniędzy – wytłumaczył brunet łagodnie.
Brunet myślał, że szkolny kolega ściągnął go tutaj, żeby prosić o pożyczkę. Blondyn nagle poczuł, że zaczyna tracić jego zainteresowanie. Musiał wyjawić najważniejszy punkt planu, jeśli chciał uratować swój projekt.
Mimo całej siły woli delikatne mrowienie znów zaczynało przechodzić przez jego ciało.
– Chcę, żebyś był moim wspólnikiem, ale nie potrzebuję twojego wkładu kapitałowego – wyjaśnił, starannie akcentując każde słowo. Widział, że brunet w odpowiedzi rozdziawił usta ze zdziwienia. – Wkład kapitałowy dostarczy nam ten dżentelmen.
Zanurzył kościste palce w segregatorze i po krótkiej chwili wyłowił ze zbiorowiska papierów wycinek z gazety. Podsunął go rozmówcy pod nos. Ten nachylił się nad nim, gwałtownie uderzając nogami krzesła o podłogę. W miarę czytania jego brwi wędrowały coraz wyżej, aż dotarły niemal do połowy czoła.
Blondyn obserwował go w napięciu. Mrowienie wykonywało na całej powierzchni jego pleców opętańczy taniec.
Nagle brunet odchylił się na krześle. Śmiech, który dobył się z głębi jego zaokrąglonego brzucha, zdawał się odrzucać całą jego postać do tyłu.
– Ten człowiek nie pożyczy ci ani grosza! – wydusił, krztusząc się ze śmiechu. – To kawał cwaniaka. Do tego skąpiec. Prawdziwy Kaszub. Mówiłem ci, że nie chciał nam zapłacić za robotę!
Blondyn sięgnął po fragment gazety palcami, które teraz lekko drżały ze zdenerwowania. Wycinek przedstawiał część artykułu opisującego ostatnie lokalne wybory, w których przegrał jego ojciec. Zwycięski konkurent, bogaty przedsiębiorca budowlany, prężył się z dumą na zdjęciu.
– Nie chodzi mi o pożyczkę – wybełkotał blondyn w zdenerwowaniu, przełykając ślinę utrudniającą mu mówienie. – On wyłoży na to pieniądze, ale to nie będzie pożyczka. Ja nazywam to wkładem kapitałowym. Inni nazwaliby okupem.
Śmiech zamarł w ustach bruneta, jakby ktoś odciął mu dopływ powietrza. Słowo wypowiedziane przez blondyna zawisło między nimi niczym groźba, ciężkie i nieodwołalne. Przez krótką chwilę obaj mieli wrażenie, że świat wokół nich wstrzymał oddech: w kuchni za ścianą ucichł brzęk naczyń, sznur samochodów za oknem nagle się urwał, a słońce skryło się za chmurą, gasząc ciepłe światło w sali. Istnieli tylko oni dwaj – brunet i blondyn – oraz to jedno słowo, które ciążyło nad nimi jak wyrok.
Rzeczywistość wróciła dopiero wtedy, gdy brunet ochłonął na tyle, by zebrać myśli i zdobyć się na odpowiedź.
– Oszalałeś.
– Nie, to jest po prostu coś, co musimy zrobić. Nie mamy innego wyjścia – odpowiedział blondyn głosem, w który włożył tyle pewności, na ile było go w tym momencie stać.
– Ale to przestępstwo.
– Może z jednego punktu widzenia jest to przestępstwo. Ale z innego to racjonalna, akceptowalna umowa.
– Umowa między kim?
– Między nami a nim. Wybrałem kilka inwestycji, w które ulokujemy jego pieniądze. Osiągniemy szybki zwrot, z którego go spłacimy, a przy okazji wypełnimy sobie kieszenie. Czy to nie brzmi jak dozwolona umowa?
– To dlaczego mówisz o okupie? – Brunet wciąż nie wyglądał na przekonanego, lecz jego dezaprobata powoli zaczynała słabnąć.
– Bo dokonamy porwania – wyjaśnił blondyn, gestykulując przy tym rękami. – Ale tak naprawdę nie będzie to porwanie. Zrobimy to tylko dlatego, że potrzebujemy pieniędzy na inwestycje. Ten okup będzie właściwie wkładem porwanego w nasze przedsięwzięcie. Po wszystkim rozliczymy się z nim co do grosza. Nadal uważasz, że zwariowałem?
– Kogo planujesz porwać? Tego skąpego biznesmena? Myślisz, że się z nim dogadasz?
– Nie, jego córkę. Wtedy będzie bardziej skłonny do ustępstw.
Ponownie sięgnął do papierów zgromadzonych w segregatorze. Ręka nie drżała mu już tak mocno jak przed chwilą. Brunet wciąż nie wydawał się przekonany do jego planu, ale zadawał pytania i najwyraźniej nie przekreślał wszystkiego z góry.
W dłoni blondyna znalazł się kolejny wycinek z lokalnej prasy. Na zdjęciu widniał ten sam biznesmen, tym razem w otoczeniu rodziny. U jego boku stała wysoka młoda kobieta o blond włosach tak pięknych, że przypominały perukę lalki. Pobieżne porównanie rysów twarzy wystarczyło, by rozpoznać w niej jego córkę.
– Fajna rodzinka – skomentował brunet.
– To porwanie jeszcze bardziej ich do siebie zbliży.
Brunet najpierw zerknął na niego zaskoczony, by chwilę później wybuchnąć śmiechem.
– Wariat z ciebie! – odpowiedział, dusząc się ze śmiechu, a potem klepnął blondyna w ramię.
Blondyn poczuł, że razem z tym przyjacielskim klepnięciem do jego serca wlewa się fala nadziei. Postanowił wykorzystać dobry humor kolegi. Przytrzymał jego rękę.
– Ten facet zalazł ci za skórę. Czy jest w tym coś moralnie złego, żeby przez kilka godzin pomartwił się o córkę? – ciągnął blondyn, wpatrując się w półprzymknięte od śmiechu oczy rozmówcy. Szukał w nich potwierdzenia tego, co brunet naprawdę myśli o całej sprawie.
– Nie ma w tym niczego złego! – odparł brunet, wyszarpnął rękaw z dłoni blondyna, a potem dla podkreślenia wagi swoich słów uderzył dłonią o stolik. – Ja też się martwiłem o siebie i o żonę, kiedy nie chciał mi zapłacić za robotę!
– Widzisz? – podchwycił blondyn. – Teraz niech on się trochę spoci. Wtedy będziecie kwita!
Jego rozmówca uspokoił się: przestał wymachiwać rękami, a kolejne spazmy śmiechu już nim nie wstrząsały. Oddychał głęboko, przepona unosiła mu się delikatnie z każdym wdechem i wydechem. Wpatrywał się w punkt zawieszony wysoko nad stolikiem. Roześmiane oczy i szeroko rozwarte usta wciąż świadczyły o niedawnym ataku wesołości. Szeptał coś do siebie, kręcąc przy tym głową.
Blondyn obserwował go w milczeniu, pozwalając mu zebrać myśli. Wyłożył przed nim swój plan. Zrobił wszystko, co możliwe, żeby go do tego przekonać. Teraz czekał na decyzję. Napięcie wbijało mu cieniutkie igiełki w skórę pleców, od nasady kręgosłupa aż po kark. Jeśli brunet odmówi, trudno mu będzie znaleźć na jego miejsce innego zaufanego wspólnika. Istniało też ryzyko, że pomylił się co do jego lojalności, a wtedy o planie mógł się dowiedzieć ktoś niepowołany. Ale jeśli naprawdę zależało mu na tych pieniądzach, musiał podjąć ryzyko ujawnienia planu.
– Nie spodziewałem się, że zaproponujesz mi tego rodzaju pracę – powiedział brunet, gdy na dobre ochłonął.
Wraz z tymi słowami skierował na niego swoje pogodne, ufne oczy. Blondyn wpatrywał się w nie, szukając tam rozwiązania wszystkich swoich problemów.
– Uwierz mi, ten biznesmen będzie bardziej zaskoczony niż ty.
Brunet parsknął w odpowiedzi. Jego wzrok znów uleciał gdzieś w przestrzeń, a uśmiech błąkał się po twarzy. Wyglądało na to, że pomysł zrobienia psikusa niedawnemu pracodawcy budził w nim przyjemne myśli.
Po chwili ich oczy ponownie się spotkały.
– Nie mogę się zdecydować – wyznał brunet. – Z jednej strony odbieram to jako dobry żart. Ale z drugiej… Co powiem żonie, jeśli mnie złapią?
Tym razem to blondyn parsknął śmiechem, chyba po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy.
– Ona się nigdy o tym nie dowie – odpowiedział, wciąż trzęsąc się ze śmiechu.
Nie mógł uwierzyć, że ze wszystkich zagrożeń związanych z tym planem kolega najbardziej obawiał się reakcji żony.
– Nie powiesz jej? – Brunet mrugnął do niego okiem, jakby zdawał sobie sprawę, że jego obawy wydały się koledze śmieszne.
– Wszystko dobrze przemyślałem. Nikt nigdy się nie dowie, kto porwał córkę biznesmena. Twoja żona też nie.
– Nie boję się innych ludzi, ale żony już tak. Nawet trochę mi szkoda, że nikt się o nas nie dowie. Chciałbym zobaczyć swoje imię w gazetach.
Roześmieli się w tym samym czasie. To było jak fizyczny znak łączącego ich porozumienia. Po prostu siedzieli naprzeciw siebie i poddawali się kolejnym wstrząsom śmiechu.
– To będzie kozacki wyczyn – zapewnił blondyn, wpatrując się z radością w oczy wspólnika, iskrzące od wesołości.
Bo był już pewien, że zyskał w nim wspólnika.
– I nikt się o tym nie dowie, tylko my dwaj. Wielka szkoda – odpowiedział brunet, kręcąc głową i tłumiąc kolejne ataki wesołości.
– Tak właściwie to jest nas trzech.
Oczy bruneta nagle zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
– Kim jest ten trzeci? Będziemy się dzielić chwałą i pieniędzmi z kimś jeszcze?
– Ten nowy facet mojej matki. Pracowaliście razem na budowie.
– On, podobnie jak ja, nie zmartwi się, gdy ten Kaszub przez kilka godzin nie będzie mógł się spokojnie wysikać – skomentował brunet. – Wiedziałeś, do kogo uderzyć.
– Myślę, że zmontowałem świetną ekipę.
– To na co czekamy? Wypite, zjedzone, czas się zbierać.
– On czeka na nas w swoim mieszkaniu. Tam omówimy szczegóły.
Mężczyźni podnieśli się z krzeseł. Blondyna zaskoczyło, jak bardzo zesztywniał. Wyglądało to tak, jakby podczas długiego siedzenia krew odpłynęła mu z nóg w inne części ciała. A może należało to przypisać działaniu stresu? W każdym razie wykonał kilka kroków, żeby się rozruszać. Zdawał sobie sprawę, że musiały wyglądać niezgrabnie i sztywno.
– Wszystko w porządku? – zainteresował się jego kolega. – Idziesz, jakbyś zaraz miał się przewrócić.
– Zesztywniałem na tym krześle! – rzucił blondyn tonem, który miał zabrzmieć dziarsko. – Pójdę zapłacić, to się rozruszam!
Brunet nie protestował, gdy jego wspólnik ruszył, kuśtykając, w stronę baru po przeciwległej stronie sali. Nim doszedł do lady, której prawie nie było widać zza rzędów butelek i kieliszków, na spotkanie wyszedł mu restaurator.
Blondyn przypomniał sobie o jego zagadkowym niepokoju, gdy znów zobaczył jego twarz. Oczy restauratora zdradzały, że nie miał go za zwykłego klienta.
Miał rację, ale nie powinien o tym wiedzieć.
– Coś nie tak? Szuka pan toalety? – Właściciel restauracji odezwał się pierwszy.
Blondyn zawahał się na moment. Zastanowiło go, dlaczego restaurator wyszedł z taką propozycją.
Dopiero po chwili przypomniał sobie, że kolega w podobny sposób zaniepokoił się jego wyglądem.
– Po prostu nie mogę za długo usiedzieć na miejscu – usprawiedliwił swój niezgrabny sposób poruszania się. – A u pana wszystko dobrze?
Skierował na twarz restauratora pytający wzrok. Ten odruchowo się cofnął, jakby chciał ukryć się przed jego spojrzeniem. Po chwili najwyraźniej zreflektował się, że jego zachowanie musi wydawać się gościowi dziwne. Wykonał znowu krok do przodu, nachylił się nad ladą, jakby chciał lepiej przyjrzeć się rozmówcy, a na koniec westchnął, bo to, co miał za chwilę powiedzieć, musiało nie przychodzić mu łatwo.
– Przepraszam, ale czy pan nazywa się Zakrzewski? – wydusił z siebie po dłuższej walce.
Zaskoczony blondyn nie odpowiedział, ale restaurator musiał odczytać odpowiedź z wyrazu jego twarzy.
– Przepraszam, ale wygląda pan zupełnie jak on: wyraz twarzy, mimika, gesty – dodał głosem rozedrganym z emocji.
– Kim jest Zakrzewski? – zapytał blondyn, gdy udało mu się przezwyciężyć zdziwienie.
Restaurator w odpowiedzi machnął nerwowo rękami.
– To komornik sądowy – rozległ się kobiecy głos.
Blondyn zwrócił wzrok na kelnerkę, która stanęła za ladą obok swojego szefa.
– Walentyna! – zganił ją restaurator ostrym głosem.
Blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Mam nadzieję, że was nie odwiedzi – powiedział uspokajająco, a potem położył na ladzie kilka banknotów. – Reszty nie trzeba. Niedługo będzie mi się dobrze powodzić.
Odwrócił się plecami do lady, a potem ruszył w stronę kolegi czekającego przy wyjściu.
– Znasz Zakrzewskiego? – rzucił w jego stronę, gdy brunet przepuścił go w drzwiach.
– Nasz czwarty wspólnik? – zapytał brunet, wychodząc za nim na ulicę.
– Być może. – Blondyn wzruszył ramionami.
– Nie za dużo nas do podziału łupu? Potrzebujemy czwartego wspólnika? – zaniepokoił się jego kolega.
– Na razie potrzebujemy kogoś, kto zawiezie nas do konkubenta mojej matki – uciął blondyn. – Zadzwonisz po taksówkę?
Wbił dłonie w kieszenie spodni i oparł się o ścianę budynku, słuchając, jak jego wspólnik zamawia taksówkę. Po chwili odgłos jego słów zlał się w głowie blondyna z szumem myśli, pędzących wściekle jak samochody ulicą Władysława IV, na której właśnie się znajdowali. Wsłuchiwał się w nie, jakby nie należały do niego. Wyglądało to tak, jakby siedział na wykładzie i słuchał głosów dyskutantów. Jeden wyrażał zadowolenie, że trafnie wytypował kandydata na wspólnika: kolegę ze szkoły, którego znał od lat i który znajdował się w trudnej sytuacji finansowej. Drugi podawał w wątpliwość jego przydatność do tej akcji. Pytał, czy na pewno ma odpowiedni charakter i czy będzie można na nim polegać, gdy coś nie pójdzie zgodnie z planem. Czy nie traktuje tego wszystkiego jak dobrej zabawy? Jak się zachowa, gdy zabawa się skończy i zrobi się naprawdę niebezpiecznie?
Potem odezwał się trzeci głos, który zagłuszył poprzednie. Powiedział, że przecież wszystko starannie zaplanował. Przewidział wszystkie warianty i dokładnie je opracował. Przecież jest ostrożny i nie pozostawia niczego przypadkowi. Co w takiej sytuacji może pójść nie tak?
– Proszę pana! – Kolejny głos, kobiecy, pełen niepokoju, rozbrzmiewający nie w jego głowie, ale jakby gdzieś w oddali.
Nagle się ocknął. Zobaczył chodnik, warczący sznur różnokolorowych samochodów, a gdy skoncentrował wzrok, dostrzegł też sylwetkę swojego kolegi ze szkoły.
Ale to nie głos bruneta go zbudził.
Zdał sobie sprawę, że wciąż stoi oparty o ścianę. Przez jego plecy przepływały fale bólu, jakby ktoś smagał je wściekle biczem. Zrozumiał, że wcześniejsze mrowienie, a potem dziwna sztywność, były zapowiedzią napadu bólu.
Skrzywił się. Zakrył twarz dłonią, nie chcąc, żeby ktokolwiek był świadkiem jego słabości. Wnętrze dłoni wypełniło się potem. Jednym szybkim ruchem strząsnął go z czoła na chodnik.
Ten głos.
Przed nim stała kelnerka Walentyna. W dłoni trzymała znajomo wyglądający niebieski segregator.
Przez jego głowę przeszła fala gorąca.
– Zapomniał pan segregatora!
„Przecież jest taki ostrożny”.
Odebrał go z rąk kelnerki. Zrobił to zbyt obcesowo, ale nie potrafił inaczej. Zdenerwowanie wzięło nad nim górę.
– Zaglądała pani do środka?
Walentyna cofnęła się o kilka kroków pod wpływem wściekłości widocznej na jego twarzy i słyszalnej w głosie.
– Nie! – odkrzyknęła przerażona. – Gdy tylko go zobaczyłam, złapałam i panu przyniosłam!
– Na pewno?
W tym momencie poczuł czyjąś rękę na ramieniu.
– Zobacz, przyjechała nasza taksówka! – usłyszał głos wspólnika.
Nie zdążył powiedzieć kelnerce nic więcej, bo skorzystała z okazji i zniknęła we wnętrzu restauracji. Chciał ruszyć za nią, ale dłoń kolegi pociągnęła go w stronę zaparkowanej taksówki na tyle silnie, że nie mógł się oprzeć. Zresztą plecy zbyt mocno płakały z bólu, by miał siłę przeciwstawić się zdrowemu mężczyźnie.
Dał się posadzić na tylnym siedzeniu BMW. Położył segregator na kolanach. Nie czekając, aż kolega zdąży usiąść z drugiej strony, pośpiesznie wyciągnął z kieszeni małe plastikowe pudełko. Ze środka wypadła podłużna biała tabletka prosto na jego spoconą dłoń. Wepchnął ją sobie do ust. Poczuł na języku gorzki, nieprzyjemny smak. Przełknął ją z obrzydzeniem.
Ułożył się wygodnie na siedzeniu w nadziei, że fale bólu zalewające jego plecy nagle ustaną.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę ze wzroku taksówkarza skierowanego na niego za pośrednictwem lusterka.
– Wszystko gra? – Ich oczy spotkały się w lusterku, więc za spojrzeniem poszło pytanie.
Odpowiedź przerwało mu pojawienie się wspólnika, który usiadł obok niego na tylnym siedzeniu.
– Świetna ta beemwica! – pochwalił brunet. – Skąd pan ją wytrzasnął?
W oczach kierowcy, widocznych w lusterku, zapłonął błysk dumy.
– Panie, siadaj wygodnie, bo to nie jest zwykłe BMW. To perełka! Z Niemiec sprowadzone. Od pierwszego właściciela. Starszy pan, rocznik czterdziesty dziewiąty, tylko do kościoła jeździł. No i do lekarza. Okulisty. Autostrady nigdy nie widziało. Panie! Tylko sto osiemdziesiąt tysięcy przebiegu – dodał, uderzając dłonią w deskę rozdzielczą.
– Bezwypadkowe? – dopytywał brunet, jakby był zainteresowany kupnem.
– No był mały incydent – przyznał taksówkarz niechętnie. – W Niemczech to oni byle rysę jako „Unfall” wpisują. A to nic takiego, zwykła parkingówka. Zderzak poszedł, błotnik, lampa delikatnie muśnięta. Ale zrobione lepiej niż w fabryce! Kolega szwagra ściągał, a on się na tym zna. Handluje autami od lat.
– Ile pali?
– Panie, jak się jedzie dynamicznie, to musi swoje spalić. Dwanaście litrów w mieście to nie jest dużo przy takiej mocy. Ale jak delikatnie się jedzie, to i do ośmiu zejdzie. Ja, jak klientów wożę, to tylko ekonomicznie. No, zapinać pasy, ruszamy! Tylko drzwi proszę mocniej domknąć, bo od tego wypadku coś z zamkiem… To znaczy niemiecka precyzja, trzeba z wyczuciem zamykać!
Brunet zaśmiał się w odpowiedzi, a potem raz jeszcze trzasnął drzwiami.
– Po robocie też sobie takie kupię – powiedział do kolegi.
Blondyn wzdrygnął się. Spojrzał w lusterko, ale taksówkarz zdawał się puścić tę uwagę mimo uszu.
BMW oderwało się od krawężnika, a potem włączyło do ruchu.
– Dobry ma pan gust. – Znów usłyszeli głos kierowcy. – Dokąd jedziemy?
– Na Chylonię – odpowiedział blondyn, wściekły na nieostrożnego kolegę. – Ulica Gniewska.
Podał taksówkarzowi dokładny adres, a potem rozłożył się wygodnie na siedzeniu, zadowolony, że ból powoli zaczyna ustępować. Odprężał się, poddając działaniu leków rozluźniających. Wyjrzał za okno i wpatrzył się w uspokajającą, różnobarwną mozaikę aut, budynków i ulic. Lubił podróżować jako pasażer, bo mógł obserwować zmieniający się krajobraz, nie musząc skupiać się na prowadzeniu samochodu.
Dalsza droga na Chylonię wyglądałaby właśnie tak: spokojnie, monotonnie i bez stresu, gdyby nie niecierpliwość bruneta.
– Miałeś dobry pomysł z tym facetem – przerwał milczenie, zwracając się do siedzącego obok blondyna. – Obserwowałem go, gdy razem pracowaliśmy. Jest dużo starszy od nas. Ale to prawdziwy twardziel. Nie da sobie niczego wmówić. Wiadomo, weteran z Iraku. Naprawdę twardy facet. Na pewno potrafi zdecydowanie rozmawiać przez telefon. A jeśli chcesz z kimś rozmawiać o okupie, musisz umieć mówić twardo.
Blondyn poczuł, że przez plecy przepływa mu gwałtowna fala dreszczy.
– Człowieku, zamknij się! – warknął dużo głośniej, niż powinien.
Brunet zacisnął wargi urażony, a jego kolega rzucił szybkie spojrzenie w lusterko. Nie natrafił w nim na wzrok kierowcy, więc jeśli ten zrozumiał coś z ich rozmowy, nie dawał tego po sobie poznać.
– Pogadamy u niego w domu! – Dla podkreślenia swoich słów wbił paznokcie w jego ramię.
Brunet spojrzał na niego z urazą, ale nie odpowiedział.
W milczeniu dojechali na Gniewską. Taksówka uderzyła w krawężnik tuż przed blokiem ustawionym wzdłuż ulicy, który zdawał się ciągnąć bez końca. Mimo że został odmalowany, i tak prezentował się nędznie.
Taksówkarz odwrócił się w ich stronę, opierając łokieć o oparcie fotela pasażera. Podał kwotę za kurs, a blondyn w odpowiedzi wcisnął mu do ręki garść banknotów. Kierowca zacisnął je w dłoni i skinął głową w podziękowaniu.
– Gdyby się panu poszczęściło i szukał pan BMW po dobrej cenie, niech pan się do mnie zgłosi – rzucił za wychodzącym brunetem.
– Może być pan tego pewien!
– Takich klientów lubię!
Dwaj mężczyźni zatrzasnęli drzwi auta, zostawiając go samego. Obserwował, jak wchodzą na krawężnik, a potem depczą trawnik rozciągnięty przed budynkiem jak dywan. Czekał, żeby sprawdzić, do której klatki schodowej wejdą. Mruknął do siebie z zadowoleniem, gdy zatrzymali się przed tą, którą mógł ze swojego miejsca wygodnie obserwować. Z tej odległości mógł dokładnie wypatrzyć, pod jaki numer mieszkania dzwonią. Po krótkiej chwili oczekiwania zniknęli we wnętrzu budynku, a wtedy ze złośliwym uśmiechem wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy.
Redakcja: Mariusz BartnikKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Piotr Bolc 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-69-2
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
1
