Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W czasach, gdy milczenie bywało bezpieczniejsze niż prawda, każdy wybór miał swoją cenę.
Rok 1965, Szczecin. Marek, licealista stojący u progu dorosłości, przypadkiem poznaje Teofila Świadka, emerytowanego cenzora, człowieka, który przez lata decydował o tym, co wolno powiedzieć, a co musi zostać przemilczane. Ich rozmowy stają się dla chłopca lekcją rzeczywistości, w której lojalność jest walutą, a decyzje podejmowane w cieniu mogą z czasem zaważyć na losach wielu osób.
Równolegle śledzimy historię Louise Meissner, bohaterki znanej czytelnikom z powieści „Jazda na rydwanie”. Kobieta, dotąd poruszająca się w świecie wielkich pieniędzy, wpływów i międzynarodowych interesów, zostaje wciągnięta w rozgrywkę wykraczającą daleko poza finanse i osobiste ambicje. W narastającym napięciu politycznym pojawia się plan wymierzony w brytyjską infrastrukturę atomową, a stawką staje się bezpieczeństwo całego kraju oraz równowaga Europy. Widmo katastrofy, której skutki mogłyby na pokolenia zmienić bieg historii, przestaje być jedynie odległym zagrożeniem.
„Wahadło” to epicka, pełna napięcia opowieść o dojrzewaniu, miłości i odpowiedzialności za podjęte decyzje. O bohaterach, którzy próbują pozostać wierni sobie w świecie chwiejącym się między skrajnościami. I o tym, że historia nigdy nie jest abstrakcją, lecz zawsze dotyka konkretnych istnień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1080
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszelkie podobieństwo do osób czy zdarzeń rzeczywistych jest niezamierzone i przypadkowe. Postaci historyczne, ich wypowiedzi i charakterystyki oraz zdarzenia historyczne zostały przedstawione w sposób fikcyjny. Stojące za nimi siły nie są jednak fikcyjne. Poglądy polityczne bohaterów nie są tożsame z poglądami autora.
Wrzesień 1965, Szczecin
Rozpoczął się rok szkolny. Choć było pochmurno, po raz pierwszy od kilku dni nie padało – więc wybrali się na wagary. Cała ich paczka. Trzech chłopców i trzy dziewczyny. Chodzili do drugiej klasy liceum. Trzymali się razem od podstawówki.
Pojechali rozklekotanym tramwajem nad Głębokie, małe jezioro położone za miastem. Doskonałe miejsce na taki wypad. Tramwaj, początkowo zatłoczony, powoli pustoszał. Po jednej stronie torowiska rozciągał się Las Arkoński, a po drugiej imponujące, poniemieckie koszary. Trzy przystanki przed końcowym w wagonie oprócz nich pozostały dwie wiekowe kobieciny. Wracały do swoich podmiejskich przysiółków z torbami pełnymi zakupów. Podstawowe produkty – jedynie na takie było je stać. Przydomowe ogródki uzupełniały skromną dietę. Jedna zajęła kolejkę wieczorem i spędziła w niej noc, druga dołączyła rano. Taka to była siermiężna rzeczywistość. Niepisane kolejkowe prawo zezwalało zająć miejsce dla jednej osoby. Przywykły, jak większość Polaków, i nie potrafiły już sobie wyobrazić innego życia. Stanie w kolejce miało swoje zalety. Takie „odstane” towary wydawały się cenniejsze, a ich „zdobycie” nadawało sens bezbarwnej egzystencji tych, którzy nie mieli innego zajęcia. Czuli się wtedy przydatni, jak myśliwi z epoki paleolitu, którzy przydźwigali do obozowiska udziec mamuta.
Matura nie miała już takiego prestiżu jak przed wojną, nadal się jednak liczyła. W latach sześćdziesiątych zdawało egzamin dojrzałości zaledwie kilka procent młodzieży. Liceum nr 2 im. Henryka Pobożnego, „Pobożniak”, było jedną z najlepszych szkół w mieście. Można powiedzieć, że szóstka licealistów zaliczała się do elity. Większość ich koleżanek i kolegów uczyła się w szkołach zawodowych i już za rok miała rozpocząć dorosłe życie, zwykle monotonną i wyczerpującą pracę w fabrykach. Tak zwane normy pracy były nieustannie śrubowane, co wywoływało konflikty z dyrekcją, a nawet przerwy w pracy. Nie były to jeszcze strajki, trwały zwykle kilka godzin, zwiastowały jednak poważniejsze zaburzenia społeczne.
Miejsc pracy nie brakowało. Pospiesznie industrializujące się państwo funkcjonowało jak gigantyczna ssawka zaspokajająca niewyczerpane zapotrzebowanie przemysłu na robotników. Bezrobocie pojawiało się wyłącznie w tekstach propagandowych o niedoli, jakiej doświadcza człowiek pracy w kapitalizmie. Propaganda sukcesu, którego próżno było szukać w twardych realiach życia, przeżywała rozkwit.
Wagarowicze dojechali do końcowego przystanku. Szli leśnym duktem ciągnącym się wzdłuż jeziora, którego pomarszczoną toń smagały gałązki wierzb. Wygłupiali się, pokrzykiwali, bawili w berka, popychali. Zachowywali się jak wypuszczone na wybieg źrebaki. Spłoszone wrony podrywały się niechętnie do lotu i mszcząc się za zakłócenie spokoju, wykrakiwały złowróżbne przepowiednie. Wiewiórki smyrgały pomiędzy drzewami, pracowicie gromadząc zapasy na zimę. Dotarli do niewielkiej, osłoniętej lasem dzikiej plaży. Samotny wędkarz na ich widok zaklął pod nosem i zwinął sprzęt. Wystraszyli wszystkie ryby, których w tym jeziorze i tak było jak na lekarstwo. Kilka niewielkich krąpi, które złowił od rana, wystarczy na skromną kolację dla dwojga starszych ludzi.
Rozłożyli koce, wyciągnęli kanapki, które przygotowały mamy, i zjedli z apetytem. Oprócz kanapek mieli wino. Po butelce na głowę. Najtańsze, robione z jabłek. Ulubiony trunek mętów i studentów, zwane J-23, od pseudonimu bohatera popularnego spektaklu teatru telewizji. Tyle akurat kosztowało, a scenarzyści wykazali się poczuciem humoru, bo „J” stało za „jabcok”, jak nazywano te wina. Potem pluskali się i pływali. Woda była ciepła. Choć niebo zasnuwały chmury, nie czuło się chłodu. Narzucili na grzbiety koszule i przeszli do głównego punktu programu. Otworzyli pierwszą butelkę i puścili w obieg.
Dobra wróżka Alkione od pokoleń wsłuchiwała się w młodzieńcze marzenia, wiedziała więc, jak rzadko się spełniają. Zdarzały się lata, kiedy wokół widziała tylko przedwczesną, brutalną śmierć. Tak było z chłopcami urodzonymi pod koniec XIX wieku. W la Belle Époque. Co za parszywa ironia. Zaiste dla nich piękna! Pełni życia, szczęśliwi, z nadzieją wkraczali w życie, a wkrótce stosy umazanych gliną trupów na zabłoconych polach bitew. Młodzi chłopcy, nad którymi tylko matki zapłakały. Taka była pierwsza wojna światowa, która miała zmienić wszystko. Wysłuchiwała ich marzeń, wiedząc, że nitka młodego życia wkrótce zostanie przecięta przez beznamiętne Parki.
Alkione niechętnie odwiedzała Polskę, ponieważ oczekiwania, choć skromne, krojone na miarę możliwości, miały niewielką szansę powodzenia w tym smutnym kraju. Natura nie jest sprawiedliwa. Nie przychodzimy na świat z równymi szansami. Dla jednych jest nadmiernie szczodra, innym już na starcie skąpi talentów, pieniędzy, urody, czyli wszystkiego, co pomaga w osiągnięciu sukcesu.
Marek poznał Teofila Świadka przez przypadek. Starszy pan znosił węgiel do piwnicy. Kiedy Marek go mijał, potknął się i upuścił wypełnione do połowy wiadro. Pełnego by nie udźwignął. Węgiel wysypał się na chodnik. Wozak zrzucił przydziałowe dwie i pół tony na ulicę i trzeba je było znieść do piwnicy, żeby nie blokować przejścia. A w nocy ktoś mógł uszczknąć kilka wiader cennego opału.
Mieszkający w sąsiedniej bramie pan Teofil wyglądał na swoje lata. Średniego wzrostu, przysadzisty, z niewielkim brzuchem, miał zmierzwione szpakowate włosy, a na twarzy pierwsze starcze plamy. Jego przenikliwe oczy spoglądały na świat przez okulary w czarnej oprawie. Był emerytem, co powinno oznaczać, że klepie biedę. Ubierał się jednak przyzwoicie, choć konserwatywnie, i nie sprawiał wrażenia przymierającego głodem. Na tym sąsiedzka wiedza się kończyła. Pan Teofil niechętnie wdawał się w pogawędki. Było zagadką, czym się zajmował, zanim przeszedł na emeryturę. Marek przypomniał sobie ostatnią umoralniającą lekturę i zaproponował, że zniesie węgiel.
– Dziękuję za pomoc, Marku. Zapraszam na herbatę, jak ci się nie spieszy – zaproponował pan Teofil, kiedy ostatnie wiadro znikło w piwnicy.
Wyrósł już z podwórka, na którym spędzały czas dzieci, dlatego chętnie przystał na zaproszenie.
Mieszkanie było jednopokojowe. Jednej osobie należał się jeden pokój. Takie były przepisy. Dwóm osobom też należał się jeden, więc samotni byli poniekąd uprzywilejowani. Dla rodzin z jednym dzieckiem brakowało mieszkań dwupokojowych. Dopiero drugie dziecko zwiększało szansę na przydział dwupokojowego z kwaterunku, choć nadal pozostawała ona iluzoryczna.
Pokój był duży i elegancko umeblowany. Nie były to tandetne meblościanki, w jakich gustowali Polacy gotowi odstać w kolejce dwie doby, żeby taką „zdobyć”. „Zdobywano” nawet papier toaletowy. Kiedy „rzucili” jakikolwiek towar, przed sklepami pojawiały się tasiemcowe kolejki, pełznące do przodu z prędkością ślimaka.
Czekając, aż pan Teofil zaparzy herbatę, przeglądał zawartość półek. Zauważył wiele tomów literatury klasycznej. Chętnie by się z nimi zapoznał. Pan Teofil postawił na stole czajnik z herbatą, talerzyk z kruchymi ciasteczkami i filiżanki. Z gdańskiej szafy z kryształowymi szybami wyjął butelkę wiśniówki i nalał do miniaturowych kieliszków.
– Urodziłem się trzeciego stycznia tysiąc dziewięćsetnego roku, więc nazwisko do mnie pasuje, jestem świadkiem historii dwudziestego wieku. Pochodzę z inteligenckiej rodziny, od pokoleń zasiedziałej w Galicji. Przed wojną doświadczałem uroków beztroskiej młodości. W sierpniu tysiąc dziewięćset czternastego zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda położyło kres Belle Époque i rozpętało tragiczny ciąg zdarzeń, które dopiero niedawno uległy pewnemu ucywilizowaniu. Przeżywałem osobiście wszystkie te dramaty. Pamiętam, pamiętam jak dziś, cała maturalna klasa naszego liceum, osiemnastoletni młodzieńcy, o pęczniejących z dumy pryszczatych twarzach, podjudzeni patriotycznymi frazesami cynicznego belfra, z młodzieńczym entuzjazmem zaciągnęli się do wojska. Wmawiano im, że zwyciężą i na święta wrócą do domu. Przemaszerują triumfalnie ulicami, obrzucani kwiatami przez omdlewające na ich widok dziewczęta. Przeżyło dwóch, może trzech. Miałem to szczęście, że byłem za młody, aby mnie wysłać do okopów.
Widzę, że interesują cię książki. Podczas repatriacji z Wilna straciłem niemal całą bibliotekę. Szkoda, bo było w niej wiele białych kruków.
– Trochę książek jednak zostało. Zresztą w tym pokoju nie zmieści się więcej. Tym bardziej że pan dokupuje. Widzę sporo nowości.
– Trzeba przyznać, że władze dbają o rynek wydawniczy. Obecnych nakładów nie da się porównać z przedwojennymi. Po prostu się nie da. Jakby przed wojną Polskę zamieszkiwało plemię analfabetów. Biorę do ręki bardzo dobrą, trudną powieść i co widzę? Nakład: pięćdziesiąt tysięcy!
– Co z tego, skoro wielu książek nie da się kupić. I to tych najciekawszych. Są sprzedawane spod lady. – Wszyscy o tym wiedzieli.
– Zgadza się. Nakłady bywają różne. Pewnie chciałbyś wiedzieć, kim byłem przed przejściem na emeryturę?
– Nie ukrywam, że mnie to ciekawi.
– Byłem cenzorem. Nie bardzo ci się podoba ten zawód, prawda?
– No cóż. Chyba nikt nie lubi, żeby mu ktoś dyktował, co może czytać.
– Przed wojną byłem dziennikarzem. Pisałem w wileńskim „Słowie”. Wtedy ten zawód coś znaczył. Nie było telewizji, radio miało ograniczony zasięg. Prasa kształtowała opinie, znanego dziennikarza słuchano jak wyroczni. Należałem wprawdzie do partii, jednak sympatyzowałem z Narodową Demokracją. To była partia prawicowa, ukierunkowana na współpracę z Rosją, wroga żywiołowi germańskiemu. Jej założyciel i przywódca, Dmowski, był rusofilem i to się nie zmieniło nawet po wojnie z bolszewikami.
Kiedy dostałem powołanie do wojska, miałem dwadzieścia lat. Służyłem w Dziewiątej Dywizji. Goniliśmy się z bolszewikami tam i z powrotem. My ich nad Dniestr, oni nas nad Wisłę, to my ich znowu nad Dniestr.
– Na historii o tej wojnie za wiele nie mówili. Tylko, że to była awanturnicza polityka Piłsudskiego.
– Powiem ci coś, czego nie usłyszysz od osób z mojego pokolenia, wychowanych w kulcie Marszałka. Była awanturnicza i bezsensowna. Wyjaśnię ci to kiedy indziej. Podczas ostatniej wojny należałem do AK. Na Wileńszczyźnie toczyły się krwawe walki. Dochodziło do okrutnych mordów. Nie spieszyło mi się do partyzantki, bałem się jak diabli, jednak tak wtedy należało postąpić. Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Pan Teofil zdjął okulary i w zamyśleniu przecierał je szmatką.
– Biedna wieś położona daleko od szosy. Weszliśmy do niej w poszukiwaniu schronienia, Niemcy ścigali nas od wielu dni i padaliśmy ze zmęczenia. Zaiste, znaleźliśmy schronienie. Pośród trupów. Wszyscy wymordowani. Stałem bez ruchu, nie wiem jak długo, i patrzyłem na zwłoki całej rodziny rozrzucone na podwórku, jakby to były bierki rzucone ręką niecierpliwego gracza. Czwórka dzieci, dwie dziewczynki, dwóch chłopców, drobiazg jeszcze. I wiesz, co wtedy pomyślałem? Że i ja przyłożyłem rękę do tej zbrodni. Bo myśmy z rozmysłem szczuli Polaków na Niemców. Endecja była antyniemiecka. I między innymi z tego szczucia Polska prowadziła samobójczą politykę, której skutkiem był wrzesień trzydziestego dziewiątego, a potem okupacja niemiecka i sowiecki ucisk. Oni na nas napadli, a nie musieliby, gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Nie musieliby. Z tym naszym szczuciem szliśmy na rękę Sowietom. Dmowski spotykał się potajemnie z ich ambasadorem1. Niedawno historycy dotarli do dokumentów.
– Coś podobnego! – Marek nie miał wprawdzie pojęcia, jakimi meandrami podążały polityczne intrygi Drugiej Rzeczpospolitej, ale takie potajemne spotkania wydały mu się podejrzane.
– Słyszałeś może o Bolesławie Piaseckim? Był przywódcą Falangi, najbardziej radykalnego skrzydła endecji. To był już niemal faszyzm. Poznaliśmy się w partyzantce, walczyliśmy w jednym zgrupowaniu, choć w różnych oddziałach. Po wojnie został aresztowany. Z jego życiorysem czapa murowana. Skontaktował się ze Sierowem… Też nie wiesz, kim był? Zastępcą Berii.
– O nim już kiedyś słyszałem.
– Ci, co o nim słyszeli więcej, mogli tej wiedzy nie przeżyć. No więc Piasecki przekonał Sierowa, generała Sierowa, że on coś im, znaczy NKWD, ma do zaoferowania. Będzie podkopywał Kościół od wewnątrz. A musisz wiedzieć, że przed wojną endecja i Kościół to była bliska współpraca. Widocznie Sierow pamiętał, że się dogadywali z Dmowskim, więc na to poszedł. Nadążasz?
– Na razie owszem.
– Ja też siedziałem. Sowieci zwinęli całe wileńskie AK. Bałem się potwornie. Już po mnie, myślałem. W najlepszym razie wywiozą na Syberię i tam zdechnę. Przyszedł do mnie, do celi Piasecki i mówi:
„Przyłącz się do mnie, Teofil, a wyjdziesz. Pójdziesz do cenzury. Byłeś dziennikarzem, nadajesz się, a im brakuje ludzi z wykształceniem i doświadczeniem dziennikarskim. Ci, co przed wojną pisali w komunistycznych gazetach, nie żyją albo mają ważniejsze zadania. Są redaktorami naczelnymi, ministrami, a do cenzury ktoś iść musi. Tekst propagandowy byle głupek napisze, a w cenzurze potrzeba ludzi myślących”.
Początkowo odmawiałem. „To niepatriotyczne”, mówiłem, ale mnie przekonał. No i chciałem żyć. Więc się zgodziłem.
I rzeczywiście, potrzeba było ludzi myślących. Bo tekst po cenzurze musiał wyglądać, jakby tej ingerencji nie było. Autor nie zawsze potrafił przerobić albo mu nie zależało, więc kiedy coś trzeba było jednak napisać, zadanie spadało na cenzora. Musiał podpowiedzieć, co i jak zmienić, żeby się czytelnik nie połapał, że zniknął fragment artykułu. A przede wszystkim, co zniknęło.
Niektórzy autorzy mieli nas za durniów. Uważali, że jeżeli użyją prymitywnej aluzji, my się nie połapiemy. Potem dojrzeli, zrozumieli, że nie tędy droga. Zamiast nas przechytrzać, zaczęli dyskutować, próbowali przekonywać. I oni, i my mieliśmy swoje racje. Dla cenzora to była nie lada satysfakcja, kiedy usłyszał: „Właściwie to ma pan rację, lepiej tego nie pisać, bo ciemny naród opacznie zrozumie. A mądrzy i tak pojmą, o co chodzi”. Inteligentnemu czytelnikowi wystarczy zasygnalizować temat i on resztę sobie dośpiewa. Zdarzali się, wprawdzie nieczęsto, zdarzali się jednak spryciarze, którzy potrafili wyprowadzić cenzurę w pole. W nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy wydano „Sztukę kochania” Owidiusza, a tam taka perełka. Cytuję: „Ludzie źli, okrutni, dzicy, no po prostu bolszewicy”.
– Ale numer ktoś wywinął! Ma pan może ten egzemplarz?
– Niestety, nie udało mi się go zdobyć. Jest taki rosyjski piosenkarz, Włodzimierz Wysocki. Pisze teksty i śpiewa, a cenzura na to zezwala, bo Rosjanie go uwielbiają. To jego piosenka: Moskwa – Odessa2. Moja ulubiona.
Pan Teofil włączył imponujących rozmiarów magnetofon szpulowy. Marek po raz pierwszy widział taki cud techniki.
Raz któryś lecę z Moskwy do Odessy
I znowu, psiakrew, odwołali lot
Wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
Majestatycznej jak Aerofłot
Kolejny komunikat zabrzmiał znów
Że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere
Przyjmuje Kijów Kiszyniów i Lwów
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę
– Rozumiesz, taka metafora. Nie możemy robić tego, co chcemy. I cała Rosja śpiewa piosenki Wysockiego. Gdyby żył Stalin, to by go rozwalili, jednak reżim zmiękł, więc śpiewa, co mu w duszy zagra, i nikt go nie rusza.
Choć zawód cenzora wzbudzał instynktowną niechęć, Marek polubił te rozmowy. Chłonął wiedzę, jaką mu przekazywał pan Teofil. Nie dotyczyła ona niestety tematu, który go interesował najbardziej, czyli dziewczyn; po starszym panu widać było, że niewiele potrafi o płci pięknej powiedzieć, ale rekompensował te braki dogłębną znajomością wszystkiego, co się działo w Polsce i na świecie przez ostatnie półwiecze. A przede wszystkim znajomością mechanizmów, jakie te działania uruchamiały. Dzięki tym rozmowom Marek zaczynał lepiej rozumieć otaczającą go rzeczywistość.
– Szkoda, że dopiero teraz pojąłem, jak kręci się świat – zwierzał się pan Teofil. – Gdybym wiedział wcześniej… No właśnie, co mógłbym zrobić? Co mógłbym w swoim życiu zmienić?… Chyba nic – odpowiedział sam sobie po dłuższym zastanowieniu. – Może wyemigrować do Argentyny, jak Gombrowicz? Taka emigracja jest dobra dla człowieka czynu. Inżyniera, robotnika. Intelektualiście szczęścia nie przyniesie. Ciekawe pytanie. Co mógłbym zrobić inaczej? Na pewno nie pisałbym do endeckiej prasy artykułów podjudzających do wojny z Niemcami. Może należało, przewidując, co się wydarzy, wstąpić do partii komunistycznej?
– I nie przyjmować zaproszenia z Moskwy. Podobno Stalin wykończył wszystkich polskich komunistów.
– Wszystkich to przesada, niektórych to on nawet lubił. Ale większość rzeczywiście źle wtedy skończyła. Jak się było komunistą, to do Moskwy należało wyjechać dopiero po siedemnastym września. O ile zaprosili. Równie dobrze mogli wysłać do pracy w Kazachstanie. Dopiero jak formowali Dywizję Kościuszkowską, to wszystkich ideowych do niej ściągali. Było ryzyko śmierci, jednak ci z frontu ideologicznego na ogół przeżyli. „Komisarzy się kule nie imają”, mawiano.
A co dalej? Trzy lata wojny domowej. Cenzura dopiero się organizowała i jeszcze wszystkiego nie ogarniała. Potem pięć lat stalinowskich porządków. To były ciężkie czasy. Również dla komunistów. Należało się trzymać z boku. Jakieś bezpieczne stanowisko partyjne na przeczekanie. I gdzie bym wybrał? Dokładnie tam, gdzie byłem. Bo w cenzurze, wbrew temu, co się wszystkim wydaje, można zdziałać coś dobrego. Niewiele, ale jednak. Wybronić wartościowe utwory. Skłonić autora rozsądnymi argumentami, żeby poszedł na kompromis. Tak się działo. Poeci, pisarze, malarze tworzyli dzieła opiewające partię, Stalina i mieli potem wolną rękę, bezpieka się od nich odchrzaniała. Już poza polityką tworzyli utwory wybitne. Władzy pokazali, że są swoi, że można im ufać. Wkupywali się zaangażowanymi utworami. Tak postępowali: Gałczyński, Tuwim, Ważyk, Przyboś, Tadeusz Borowski, znakomici malarze. Nie mówię o ideowych komunistach, lecz o artystach, którzy poszli na układ i dzięki temu zamiast cierpieć prześladowania, mogli tworzyć dla dobra nas wszystkich, z pewnymi ograniczeniami, które sami sobie nakładali albo my im pomagaliśmy je zakreślić.
Najbardziej cierpiałem z powodu własnej niemocy twórczej. Próbowałem pisać wiersze, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłem. Przed wojną zapowiadałem się na niezłego poetę. Wydałem tomik wierszy, z którego byłem bardzo dumny. Wprawdzie nakładem własnym, bo tak się wtedy wydawało, ale zawsze to książka na półce. Mogłem dać w prezencie, pochwalić się przed znajomymi. Inaczej wtedy na mnie patrzyli. Słowo „poeta” dodawało splendoru. Kiedy zasiadłem za biurkiem cenzorskim, wena bezpowrotnie przeminęła. Zmienił się sposób myślenia, umysł przestał być wolny.
– Więc twierdzi pan, że cenzura może przynieść coś dobrego całemu społeczeństwu?
– Co by się stało, gdyby zniesiono cenzurę? Bohaterom spektakli telewizyjnych lepiej by się powodziło. Autorzy scenariuszy nie oparliby się pokusie, żeby pokazać, jak się żyje na Zachodzie. Dzisiaj zły jest prywaciarz. Nawet epitety dla niego wymyślają obraźliwe. Nowomowa, jak z Orwella. Spekulant! Badylarz! Pelisiarz! To od pelis z futra. Działacz z Wydziału Propagandy KC, który to wymyślił, dostał pewnie premię. Że taki czujny ideowo. Jedz, jedz te ciasteczka. Z piekarni na Krasińskiego. Prywatnej, ma się rozumieć. Jakby tu piekarza przerobić na geszefciarza? – zastanawiają się spece od propagandy.
Gdyby Polakom pokazać, jak się żyje na Zachodzie, też by tak chcieli. Pragnienie dobrobytu niemożliwe do zaspokojenia jest niezwykle destrukcyjne dla państwa. Gomułka rozumie, że Polacy nie mogą żyć na takim poziomie jak na Zachodzie, więc im tego nie należy pokazywać. Nie pozwala na zadłużanie kraju, zdając sobie sprawę, że kredyty trzeba spłacać, a przemysł ciężki obciążony produkcją zbrojeniową nie dostarcza surowców niezbędnych dla przemysłu lekkiego. Mogę kontynuować? Nie zanudzam cię przypadkiem?
– Nie, nie, proszę mówić. To ciekawe, co pan opowiada, nigdy o takich sprawach nie myślałem.
– Nie ty jeden. Znakomita większość Polaków nie ogarnia podstawowych zasad ekonomii. Ich oczekiwania sprowadzają się do niższych norm, tańszej wódki i kiełbasy. I to natychmiast! Taki mają horyzont myślowy.
– A po wojnie? Jak było po wojnie? – dopytywał Marek.
– A jak miało być? Kraj zrujnowany. Panował głód, nie było się gdzie podziać, bo w wielu miastach większość domów została zburzona. Na wsi nielepiej. Niemcy palili całe wioski. Trzeba było odbudowywać z ruin domy i fabryki, rozminowywać, uprawiać ziemię. Potrzebna była jakaś forma sprawiedliwości, solidarności społecznej, tu było poparcie zdecydowanej większości narodu. Choć wojna się skończyła, w gospodarce nadal obowiązywały wojenne zasady. Znacjonalizowano przemysł, przeprowadzono reformę rolną, parcelując większe majątki. Skonfiskowaną ziemię przydzielano biedocie wiejskiej albo zakładano PGR-y. Bez tych reform naród cierpiałby jeszcze większą biedę. Po kilku latach, po ilu dokładnie to kwestia do dyskusji, ten komunizm wojenny zaczął przynosić więcej szkody niż pożytku. Bo ja uważam, że nawet kilka lat po wojnie komunistyczna gospodarka równoważyła korzyści z niewątpliwymi szkodami. Dopiero później zaczęły się schody. Cenzura broniła tych reform. Ziemiaństwu wywłaszczenie nie mogło się podobać. To się poniekądwiązało z wojną domową. Tylko bezsilną wściekłością po utracie majątku, który należał do rodziny od pokoleń, można tłumaczyć bezsensowny opór. Cyniczni statyści potrafili wciągnąć do tej krwawej rozgrywki naiwną, patriotyczną młodzież.
Problem obecnej ekipy polega na tym, że przyszło jej się zmierzyć z kilkoma wyzwaniami jednocześnie. Po pierwsze, mamy niespotykany wyż demograficzny. Potrzeba szkół, wyższych uczelni, miejsc pracy i mieszkań. W tej właśnie kolejności. Pamiętasz tę akcję za Gomułki: Tysiąc szkół na tysiąclecie? Gdyby w tym czasie nie produkowano tysięcy czołgów, byłoby łatwiej. Miejsca pracy – kolejne wyzwanie. Szczecin jest miastem szczególnym. Większość fabryk została zburzona, a to, co pozostało, rozszabrowała Armia Czerwona. Wszystko, co się dało, demontowali i wywozili jako reparacje wojenne. Dla nich to było mienie poniemieckie. Łatwiej jest jednak odbudować zdewastowany zakład niż budować od podstaw. Dlatego na Ziemiach Zachodnich miejsc pracy nigdy nie brakowało. Oficjalna propaganda przeprowadzkę na zachód przedstawiała jako romantyczne osadnictwo, jak z westernu. Władzom zależało na tworzeniu faktów dokonanych, żeby Polska nad Odrą mocno postawiła stopę.
Inaczej się miała sytuacja w Polsce wschodniej. To był od wieków najbardziej zacofany region. Zabobonni katolicy obarczeni wszelkimi przywarami naszej nacji. Przede wszystkim chciwość i zawiść. W takim kraju trudno budować od podstaw. Nadal jest jak w Monachomachii:
W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście – gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda –
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
W tej zawołanej ziemiańskiej stolicy
Wielebne głupstwo od wieków siedziało;
Pod starożytnej schronieniem świątnicy
Prawych czcicielów swoich utuczało.
Zbiegał się wierny lud; a w okolicy
Wszystko odgłosem uwielbienia brzmiało3.
Do odbudowy niezbędny był przemysł ciężki produkujący stal i cement. Jednak żeby uruchomić zrujnowane fabryki, potrzebne były ogromne inwestycje. Kredyty na dogodnych warunkach mogliśmy uzyskać od Amerykanów z Planu Marshalla. Niestety ZSRR ze względów ideowych nakazał z nich zrezygnować. Oszczędności krajowych nie było, zarekwirowali je okupanci, zresztą przed wojną też były niewielkie. Pozostawało jedno wyjście: zaoszczędzić na płacach. Nie dało się wyciskać z obywateli środków na finansowanie przemysłu ciężkiego i lekkiego. Albo-albo. Dylemat został rozstrzygnięty kosztem przemysłu lekkiego, który wytwarza produkty przydatne ludziom. Ograniczenie płac dawało podwójną korzyść. Państwo zyskiwało środki na inwestycje, a Polaków za ich nędzne pensje stać było jedynie na zakup podstawowych produktów, więc mizeria przemysłu lekkiego nie skutkowała inflacją. Polska komunistyczna okazała się skuteczna w odbudowie zniszczeń, zapewnieniu dachu nad głową i wyżywieniu wszystkich obywateli, czyli zaspokojeniu podstawowych potrzeb. Kiedy najgorsze minęło, zniszczenia zostały usunięte i jakoś to przeżyliśmy, z punktu widzenia propagandy było już tylko gorzej. Cenzura musiała bronić niepopularnych decyzji. Polakom trudno było zrozumieć, że muszą się zbroić, żeby odeprzeć agresję z Zachodu, który uważali za sojusznika i wzór do naśladowania. Jednak PZPR, wykonując polecenia z Kremla, zakazała wszelkich dywagacji na ten temat. „Zachód jest naszym wrogiem. Koniec dyskusji!”
Poświęcenie całego narodu doprowadziło do uprzemysłowienia. Uwarunkowania międzynarodowe, zimna wojna, spowodowały, że produkcja przemysłu ciężkiego zamiast na potrzeby przemysłu lekkiego, czyli nas wszystkich, idzie na czołgi i armaty, a można by z niej walcować blachy, które przemysł lekki przerobi na pralki, lodówki, samochody, a nawet takie cuda techniki jak zmywarki do naczyń, które u nich, na Zachodzie, można już podobno kupić. Nie wspominając o stali niezbędnej do budowy mieszkań. Zamiast dobrobytu mamy sto siedemnasty pułk czołgów. Jeżeli się nie da żyć jak na Zachodzie, to lepiej tego nie pokazywać, bo w ten sposób Polaków wpędzimy w depresję. A nawet tak się wkurzą, że zaczną myśleć o zmianie systemu. Na razie jeszcze nie ustroju, bo do takiego myślenia nie dojrzeliśmy, ale do zmiany systemu. Inaczej mówiąc: o reformach. Zaczadzimy umysły marzeniami, jakich nie da się spełnić.
– Czyli to zbrojenia odpowiadają za biedę? Czy musimy się aż tak zbroić?
– Zaczyna się od zatrutych słów. One nic nie kosztują. Tak się przynajmniej wydaje tym, którzy nimi bezmyślnie szafują. „Jak świat światem, Niemiec Polakowi nigdy bratem”. Trudno o bardziej kłamliwy slogan. Przez dwieście pięćdziesiąt lat, czyli do rozbiorów, granica pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Polską się nie zmieniła. Ostatnia wojna z Zakonem Krzyżackim zakończyła się w tysiąc pięćset dwudziestym pierwszym roku. Następna była we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, bo rozbiory odbyły się praktycznie bez jednego wystrzału. Świat nie zna drugiego takiego przypadku. W tym czasie pomiędzy Francją a jej zachodnimi sąsiadami: Monarchią Habsburgów, Zjednoczonymi Prowincjami, czyli Holandią, Brabancją i nieistniejącą już Burgundią, wojny toczyły się nieustannie z krótkimi przerwami na złapanie oddechu przed kolejną batalią.
Opluć sąsiadów i nazwać zdrajcami wszystkich, którzy się sprzeciwiają. Pośród nienawistnej wrzawy propaganda ciężko pracowała, by wydobyć to archaiczne uczucie z głębi podświadomości. Obrzydliwy, niestety sprawdzający się w polityce mechanizm. Ci, którzy go uruchamiają, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Zbrodniarzom wojennym zdarzało się niekiedy zasiąść na ławie oskarżonych. Ale tym, którzy do wojny szczuli? Nigdy! Oni pozostają bezkarni.
– Przecież bez przerwy obrzuca się błotem Zachód, a cenzura na to zezwala. Czy to nie jest szczucie?
– Masz rację, ale takie są dyrektywy sowieckie, na które nie mamy wpływu. Musimy się im podporządkować.
– Pana słowa są takie przygnębiające, jakbym słuchał hymnu na cześć ludzkiej głupoty.
– Zastanawiałeś się może nad Sienkiewiczem? Wielki pisarz, laureat Nagrody Nobla… Praca w cenzurze miała swoje zalety. We Wrocławiu w czterdziestym ósmym roku odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju4. Słyszałeś o tej imprezie?
Pan Świadek lubił wdawać się w długie i zawiłe dygresje.
– Coś mi się obiło o uszy.
– O uszy ci się obiło? Wielka, propagandowa impreza i co ciekawe, rzeczywiście międzynarodowa. Do Wrocławia przyjechali najwybitniejsi intelektualiści z całego świata. Wprawdzie delegacja radziecka puściła na sali obrad takiego bąka, że smród się rozniósł po całym świecie, ale ogólnie biorąc, Kongres był sukcesem władz PRL. Delegatem oczywiście nie byłem, choć do Wrocławia pojechałem. Przedwojenny inteligent, znam angielski i francuski. Władze potrzebowały kogoś takiego w kuluarach, do nieoficjalnych rozmów. Więc rozmawiałem, rozmawiałem – rozmarzył się pan Teofil. – Pewnego razu brałem udział w pasjonującej dyskusji. Przy stoliku w Piwnicy Świdnickiej5 siedzieliśmy w trójkę. Graham Greene, Słonimski i ja. Rozmawialiśmy, a jakże, o literaturze. Rozmowa zeszła na noblistów. I wiesz, co Graham wtedy powiedział?
– Nie mam pojęcia – przyznał Marek, nie próbując zgadywać.
– Nie spotkałem drugiego pisarza tak złaknionego krwi jak wasz Sienkiewicz. U niego opisy okrutnych mordów są ucztą literacką. Zachłystuje się rozlewem krwi. On to okrutne wbijanie na pal „czerni” kozackiej wielbi całą duszą6.
– Owszem, masz rację, ale jak to jest napisane! – odpowiedział Antoni.
– I w tym leży sedno. Nieważne, jaka jest prawda, liczy się interpretacja. Wtedy to zrozumiałem, co pozwoliło mi znaleźć satysfakcję w pracy cenzora. A co do Sienkiewicza, to kiedy został strącony z piedestału, na którym go postawił naród, przyszła mi do głowy obrazoburcza myśl: A Wołodyjowski? Przecież nie musiał się zabijać, mógł wysadzić twierdzę, podpalając lont, i uciec. Ale nie, on wybrał śmierć samobójczą, która jest grzechem śmiertelnym. I taki grzesznik ma być symbolem miłości do ojczyzny? Kościół znalazł rozwiązanie tego paradoksu. Nie nazywać samobójstwa samobójstwem, lecz aktem poświęcenia dla ojczyzny! Zapomnieli tylko wyjaśnić, jaką to korzyść odniosła Rzeczpospolita z tego aktu poświęcenia. Jeżeli już, to stratę, bo mógł jeszcze długo służyć ojczyźnie. Bronić jej, płodzić i wychowywać dzieci, a może ulżyć doli swoich niewolników. Nic to. Nic to.
– Jakich znowu niewolników? – zdziwił się Marek.
– Chłop pańszczyźniany był wyzyskiwany wprost nieprawdopodobnie. Żyło mu się często gorzej niż niewolnikowi w starożytnym Rzymie. Czy wiesz, że „karą”, jaką ponosił dziedzic za zabicie chłopa, był miesiąc aresztu i odbycie pokuty nakazanej przez księdza?
– Pewnie zbrodniarz nawet nie musiał odsiadywać kary.
– Na pewno. Szlachta, panowie bracia, jak siebie nazywali, krzywdy by sobie nie zrobili. Przecież brat nie skrzywdzi brata… Wystarczy na dzisiaj. Do pańszczyzny jeszcze kiedyś powrócimy, bo to był rak, który zżerał tkankę państwa, doprowadzając do jego upadku.
Jeszcze długo ponosiliśmy konsekwencje pańszczyzny. Kiedy wybuchła wojna z Bolszewikami, chłopi unikali poboru, a nawet dezerterowali. Sytuację uzdrowiło dopiero powołanie na premiera Wincentego Witosa. Witos, sam chłop, rozumiał wieś, która mu ufała. Po jego odezwie nastawienie chłopów do wojny się zmieniło.
Na zakończenie rozmowy pan Teofil wyszedł z pewną propozycją.
– Mam dla ciebie ofertę. Raz w tygodniu przyniesiesz węgiel na cały tydzień. Kupiłem nawet brytfannę, w której się zmieści kilka wiader. Narąbiesz drewna na podpałkę. Zrobisz zakupy. Takie produkty, które można kupić w Samie bez wystawania w kolejce. Mąka, cukier, chleb, proszek do prania. Wychodzi kilka kilogramów, a ja mam problemy z kręgosłupem. Będę ci płacił. Pięćdziesiąt złotych.
– To dużo pieniędzy. Więcej niż moje kieszonkowe.
– Mam przyzwoitą emeryturę – rozwiał wątpliwości Marka starszy pan. – Możesz zostać na kolacji. Przygotuję wtedy coś smakowitego. Ja będę bronił cenzury, wyjaśniał, dlaczego jest potrzebna, a ty wytkniesz błędy w moim rozumowaniu.
Pan Teofil poważnie podszedł do swojego zadania. W każdy poniedziałek po lekcjach Marek zaczynał od wyniesienia wiadra popiołu i przyniesienia pięciu wiader węgla. W znajdującym się w pokoju dużym piecu kaflowym pan Teofil palił codziennie, a w niewielkim bojlerze, w którym podgrzewał wodę do kąpieli, raz na kilka dni. Jako jeden z nielicznych w składającym się z sześciu kamienic bloku zamienił żeliwny piec węglowy w kuchni na elektryczny z piekarnikiem. Miał lodówkę „Śnieżka” i pralkę półautomatyczną, popularną „Franię”. W oczach Marka mieszkanie było komfortowe i znakomicie wyposażone.
Brał kartkę z wypisanymi zakupami i szedł do Samu. Potem odwiedzał rynek przy Placu Kilińskiego, gdzie uzupełniał zakupy o świeże warzywa, których zawsze było pod dostatkiem. Wśród krajów komunistycznych jedynie w Polsce były dostępne w wielkiej obfitości i po przystępnych cenach. Zdrowe odżywianie Polacy zawdzięczali wyszydzanemu powszechnie Gomułce, który obronił przed zakusami Moskwy polskich rolników i nie dopuścił do pełnej kolektywizacji. Większość gruntów rolnych pozostała w prywatnych rękach. Państwowe gospodarstwa rolne zakładano głównie na Ziemiach Odzyskanych, czyli odebranych Niemcom, więc nie zachodziła potrzeba wywłaszczania rolników. Przypadki zmuszania do kolektywizacji były ograniczone do stosunkowo niewielkiego areału, co nie umniejszało krzywdy rolników dotkniętych tym nieszczęściem7.
Podczas kolacji zaczynała się ożywiona dyskusja. Pan Teofil wprowadzał Marka w skomplikowane reguły, jakie rządzą światem, prowokując dyskusje, nieraz poprzez kontrowersyjne i obrazoburcze stwierdzenia. Szkoła nie dbała o kształtowanie charakterów młodych Polaków. Liczyła się wiedza sprowadzająca się do bezmyślnego opanowania szeregu reguł, wzorów, dat oraz definicji, które w znakomitej większości do niczego się w życiu nie przydawały. Nielicznymi wyjątkami były kółka zainteresowań prowadzone przez pasjonatów.
Tego dnia rozmowa zeszła na komunizm, co było nieuchronne. Nie da się żyć w tym ustroju, nie zastanawiając się nad jego wadami – licznymi – i zaletami – nielicznymi.
– Niełatwo jest jednoznacznie ocenić komunizm. W oczach wielu ma same wady. Nie da się zaprzeczyć, że to ustrój opresyjny, w którym ludziom żyje się źle. Jedynie nieliczna grupa aparatczyków ma się całkiem nieźle. Jednak to nie cała prawda. W pewnych obszarach ten ustrój ma sukcesy.
Zmiana stosunków społecznych w Polsce nastąpiła w wyjątkowo korzystnym dla komunistów okresie. Zbrodnie popełniane przez Trzecią Rzeszę skończyły się za sprawą Armii Czerwonej. Gdzie dzisiaj bylibyśmy, gdyby to Trzecia Rzesza wygrała wojnę? Połowa Polaków by tego zwycięstwa nie przeżyła. Hitler to jasno wyłożył w Mein Kampf. Ta prostsza, niewykształcona część narodu doskonale to rozumiała. Niestety elity szukały wszelkich wykrętów, byle nie przyznać, że to wysiłkowi zbrojnemu ZSRR nasz naród zawdzięczał przetrwanie. Polska nie jest taka, jakiej byśmy pragnęli, niepodległa i bogata, ale jest i spora w tym zasługa polskich komunistów, którzy potrafili się porozumieć ze Stalinem, co nie było łatwe ani bezpieczne. Jedno nieopatrznie wypowiedziane zdanie i człowiek znikał na zawsze.
We wtorek pan Teofil postanowił wygłosić wykład na temat ekonomii komunizmu. Rozpoczął od deklaracji:
– Obowiązuje dogmat, że tylko państwo może być właścicielem zakładów pracy, a najlepiej jeszcze ziemi rolnej. Komuniści nie potrafią sobie z tym problemem poradzić, bo państwowa własność środków produkcji się nie sprawdza. Wszędzie tam, gdzie właścicielem jest państwo, zakłady produkują wyroby, które znajdują nabywców tylko dlatego, że nasz rynek jest zamknięty na konkurencję z Zachodu, nie wspominając o zaporowej cenie dolara. Wystarczy przekazać taki zakład osobie prywatnej, nawet dotychczasowemu dyrektorowi, a staje się cud. Są liczne przypadki z Jugosławii, gdzie częściowo sprywatyzowano produkcję. Również w ZSRR był okres, nazywany NEP, Nowaja Ekonomiczeskaja Politika, kiedy zezwolono na prywatną własność. Gospodarka z dnia na dzień rozkwitła. Komuniści pospiesznie zakończyli ten eksperyment.
– Dlaczego? Skoro przynosił dobre rezultaty?
– Nie domyślasz się? Właśnie dlatego! Przecież to był niepodważalny dowód, że cała ta szemrana teoria o wyższości społecznej własności środków produkcji to totalna bzdura. Im nie chodziło o to, żeby ludziom żyło się lepiej, tylko żeby zachować władzę.
– Czy nie mogli pozwolić na prywatne fabryki, nie tracąc przy okazji władzy?
– Dobre pytanie. Może nie próbowali? Ten, kto wymyśli sposób na pogodzenie kapitalizmu z dyktaturą partii komunistycznej, moim zdaniem osiągnie sukces. To by stanowiło w terminologii marksistowskiej oderwanie bazy, czyli własności środków produkcji, od nadbudowy, czyli systemu monopartyjnego. Jak się zastanowić, to demokracja oznacza ogromny bałagan i marnotrawstwo. Walka polityczna pomiędzy partiami jest bezlitosna. Czy monarchia, czy partia komunistyczna, nie ma większego znaczenia, jeżeli nie będą się wtrącać do gospodarki i zadowolą władzę polityczną. Przez tysiące lat wszelkiej maści dyktatorom to wystarczało, co najwyżej sami się przy okazji wzbogacali, aż pojawili się komuniści, zawłaszczyli gospodarkę, doprowadzając do jej chronicznej niewydolności.
Samotność dręczyła pana Teofila. Nie miał z kim porozmawiać. Przed sąsiadami się nie otwierał, z obawy, że go potępią. Cenzura nie była w PRL lubiana. Zresztą byli to prości ludzie,z którymi nie znajdował wspólnych tematów. Tak zwana inteligencja pracująca, klasa społeczna wymyślona na potrzebę teorii, pozostawała stosunkowo nieliczna. Spotkania towarzyskie były wydarzeniami kameralnymi, w zamkniętym gronie. Obawiano się donosicielstwa. Wprawdzie donos nie groził już poważnymi konsekwencjami, jak w czasach stalinowskich, lecz życia z pewnością nie ułatwiał.
Zaszufladkowany jako człowiek reżimu były pracownik cenzury mógł się spodziewać, że znajomi i sąsiedzi będą go unikali. Nie należało ich za to winić. Niejedna kariera załamała się z powodu niebacznie wypowiedzianych słów. Dlatego znajomość z Markiem była dla pana Teofila taka cenna. Za kieszonkowe dostawał drobne przysługi, ale przede wszystkim zyskiwał partnera do rozmów. Mógł przy okazji przekazywać Markowi swoją rozległą wiedzę. Był mądrym człowiekiem, któremu przyszło żyć w czasach takim jak on wybitnie niesprzyjających.
– Świat się zmienia na naszych oczach. Te zmiany następują coraz szybciej. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Najważniejsze jednak, żeby ponownie nie pogrążył się w otchłani wojny. Przeżyłem trzy, na dwóch zabijałem i próbowano mnie zabić. To, że żyję, że mogę z tobą rozmawiać, jest wyłącznie kwestią szczęścia. Na wojnie nie ma znaczenia, czyś bohater, czy tchórz. O przeżyciu decyduje ślepy los.
– Skąd może nadejść trzecia wojna światowa?
– Byliśmy dwukrotnie o krok od wojny atomowej. Podczas wojny koreańskiej i stosunkowo niedawno, bo w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim podczas kryzysu kubańskiego. Miejmy nadzieję, że taka sytuacja już się nie powtórzy.
– Kiedy pan wspomniał kryzys kubański, uświadomiłem sobie, jak niedawno to się zdarzyło. Byłem dzieckiem, a śniła mi się kilka razy wojna atomowa. Widziałem przez okno grzyb atomowy wyrastający na horyzoncie. To były przerażające sny.
– Nie byłeś wyjątkiem, wielu miało podobne sny. Strach to zaraźliwa choroba, która przenosi się z człowieka na człowieka szybciej niż grypa.
– Czy naprawdę byliśmy wtedy bliscy zagłady?
– Podczas wojny koreańskiej głównodowodzący wojskami amerykańskimi generał McArthur domagał się zrzucenia bomb atomowych na chińskie miasta. Pomijając aspekt moralny zbrodni popełnionej na milionach cywilów, takie postępowanie mogło doprowadzić do wybuchu wojny światowej, dlatego prezydent Truman usunął pozbawionego zasad moralnych awanturnika ze stanowiska.
– A kryzys kubański?
– Też trudna odpowiedź z gatunku: „Co by było gdyby?”. Nikt, nawet uczestnicy tamtych zdarzeń, nie odpowie jednoznacznie, co się mogło zdarzyć. Choć było blisko. Diabelnie blisko. Załogi okrętów amerykańskich, które ustanowiły blokadę Kuby, i statków rosyjskich wiozących na wyspę broń atomową nawiązały już kontakt wzrokowy. Podczas kryzysu kubańskiego zdarzenia mogły się wymknąć spod kontroli i eskalować w dramatyczny sposób.
Na kolację pan Teofil podał kotlety schabowe. Prawdziwy rarytas. Nawet w tych lepszych restauracjach pod szyldem schabowego serwowano kotlety z żylastej karkówki. Tak okradano klientów. Marek podejrzewał, że starszy pan zaopatruje się w mięso u tak zwanej baby, która przywoziła ze wsi atrakcyjnekąskizaufanym klientom. Taki pokątny handel był zakazany pod karą grzywny. Przed kilku laty za nielegalny handel groziło więzienie.
– Bywało ciężko – westchnął pan Teofil, kiedy Marek pochłaniał z apetytem trzeci kotlet. – Pod koniec lat czterdziestych pojawili się nadgorliwi prostacy. Pokolenie ZMP8. Polowali na teksty przepuszczane przez kolegów i starali się wykazać ich pobłażliwość. Podejrzaną pobłażliwość. Słowo „podejrzany” robiło zawrotną karierę. Od podejrzanego do imperialistycznego agenta wiodła prosta droga. Posługiwali się wszelkimi metodami. To nawet nie była kwestia czasów, w jakich przyszło nam żyć. Myślę, że jest pewien typ człowieka, który dla własnej korzyści zrobi wszystko. Tacy znajdą się w każdym miejscu i w każdym czasie.
Jak pająki w pajęczynie, czyhali na błędy kolegów, żeby ich pogrążyć. W jednych miejscach było to trudniejsze, w innych łatwiejsze, jak w cenzurze. W fabryce jak ktoś wyrabiał normy, nie wdawał się w dyskusje polityczne i nie miał wujka w Ameryce, to mu mogli nagwizdać. Najniebezpieczniej było w latach czterdzieści dziewięć do pięćdziesiąt trzy. Stalinizm w pełnym rozkwicie. Wszędzie tropiono szpiegów i zdrajców. Było niebezpiecznie. Przyszło nam się mierzyć z najniższymi instynktami. Taaak… Zdarzali się dziennikarze, niemało ich było, którzy donosili na kolegów. Wskazywali teksty, akapity na czerwono z wykrzyknikami, że niby cenzor celowo przepuścił trefny tekst. Były donosy, a jakże. Nie chodziło o szkodliwe treści, lecz o zniszczenie kolegi. Takie życie… Lepiej, żebyś się dowiedział ode mnie, bo przebudzenie bywa bolesne.
Najgorzej jest, kiedy ma się do czynienia ze słowem, które można dowolnie zinterpretować. Byli tacy, którzy zawsze potrafili dowalić. Znaleźć coś niepoprawnego. Osiągali w tym mistrzostwo. Na szczęście istniały zapisy cenzorskie, które ograniczały dowolność ingerencji. Co nie było w zapisie, pozostawało dozwolone. My je znaliśmy, więc trudno nas było zakapować, jeżeli się ich ściśle trzymaliśmy. Te zapisy nieraz mnie ratowały. Jednak autorzy ich nie znali, to były tajne materiały.
Ja to czytałem w jego oczach. Jak taki gnojek ze mną rozmawiał, oczy go zdradzały. Że szuka czegoś, jakiegoś haka, żeby donieść. Dziwnie tak patrzył. A ja się robiłem pryncypialny i grzmiałem, jak z trybuny. Dostrzegałem wtedy w tych jego zdradzieckich oczkach rozczarowanie. Robiły się takie małe, jak u prosiaka. Unikałem rozmów w cztery oczy. Nawet prywatnych. Kiedy był świadek, nic mi nie groziło. Bo ten trzeci myślał racjonalnie: „Jak przyznam rację szpiclowi, który zmyślił obciążający tekst, to zapytają, dlaczego milczałem? Uznają za współwinnego. Lepiej się wyprzeć”. I zaprzeczali, a donosiciel odchodził z niczym. Prosta logika. Kiedy zostałem kierownikiem, kapusie mieli u mnie przerąbane.
Jednym z ulubionych tematów rozważań pana Teofila była Druga Rzeczpospolita – krótki, barwny okres, gdy przeżywał swoją młodość.
– Wydaje ci się zapewne, że Druga Rzeczpospolita była państwem demokratycznym? Nie do końca tak było. Wolność miała swoje granice. Kontrola prasy funkcjonowała w sferze niedopowiedzeń, nieformalnych zasad narzucanych przez władze i Kościół. Kompromisów zawieranych w imię świętego spokoju. Zdarzały się pobicia niewygodnych dziennikarzy przez bojówki partyjne, a nawet przez wojskowych. Do konfiskat całych wydań gazet dochodziło tysiące razy. I to zarówno organów PPS, jak i Narodowej Demokracji. Gdzie tu wolność prasy, teoretycznie gwarantowana przez konstytucję? Mieliśmy do czynienia z klasycznym przykładem magicznego myślenia. Jak czegoś nie nazwiemy, to nie istnieje.
Warunkiem publicznej emisji filmu było uzyskanie w Wydziale Prasowym MSW tak zwanej karty filmowej. Za ocenzurowanie filmu trzeba było zapłacić. Zakazane było wyświetlanie filmów o „treści pornograficznej i w ogóle przeciwnych moralności lub prawu”. Bardziej beztrosko nie dało się tego ująć. Film mógł być błahą komedyjką, ale określenia „w ogóle” i „lub” pozwalały w majestacie prawa uwalić każde dzieło. Jeśli cenzorowi materiał się nie spodobał lub nie pasował do wyznawanych przez niego zasad, film nie trafiał na ekrany.
Wtedy widziałem to inaczej. Moich tekstów nikt nie konfiskował. Byłem młody, dostałem etat w redakcji, miałem przed sobą przyszłość. Im bliżej wojny, tym moje teksty były bardziej zaangażowane. Pióro zatrute jadem. Wrogość łatwo jest wzbudzić, wystarczy niewiele: „Są nam obcy!”, „Chcą nas zniszczyć!”, „Zawsze byli naszymi wrogami!”, „Wyzyskują nas”. Powielałem te wyświechtane slogany na wszelkie możliwe sposoby. Nie było cenzury, która by mnie powstrzymała. No bo Polska to wolny kraj. Po co nam cenzura? Sami doskonale wiemy, co jest słuszne, więc można bezkarnie sączyć jad czytelnikom. Cenzura nie tylko ogranicza wolność, ale od czasu do czasu staje się tamą przeciwko kłamstwom i oszczerstwom. Cenzor nie przepuści zatrutego jadem tekstu, bo potrafi spojrzeć dalej niż autor, dostrzec jego konsekwencje.
Więc pisałem, jak to się teraz mówi, „po linii partyjnej”. Czytelnicy czytali, atmosfera gęstniała. Mówiąc wprost, narastała histeria wojenna. Nie twierdzę, że to było złe, taka wrogość, bo oni sobie na nią zasłużyli. Tylko że nam się konflikt z nimi po prostu nie opłacał. Nie warto prowokować silniejszego. Wmawialiśmy ciemnemu ludowi, że mamy wspaniałą armię,niezawodnych sojuszników, więc z Hitlerem i Stalinem liczyć się nie musimy, mogą nam naskoczyć. Znajdź mi naród, który nie lubi, jak mu się wciska takie brednie. Żydzi mówią o sobie „Naród wybrany”. My tak wprawdzie nie mówimy, ale myślimy podobnie. Dlatego, patrząc na te wymordowane rodziny, dostrzegałem w ich tragicznym losie również swoje winy.
A potem zostałem cenzorem. Żeby przeżyć, przyznaję, choć szybko polubiłem to zajęcie. Cenzura wywodzi się od rzymskiego urzędu cenzora, sprawowanego już pięćset lat przed naszą erą. Ci cenzorzy dbali o dobre obyczaje. Mieli też inne zadania, jednak to dbałość o porządek i moralność w życiu publicznym zapisała się w historii.
Wiadomo, chodzi o komunistyczną władzę, temu nikt nie zaprzeczy. Ale czy warto prowokować Związek Radziecki? To byłaby kolejna repetycja starego błędu. Nastąpić na odcisk potężnemusąsiadowi i niech się dzieje co chce, tak? Kto za to zapłaci? Na końcu zwykli ludzie. Zawsze tak było.
No powiedz sam, czy rozsądny człowiek tak postępuje? Czy Amerykanom i Anglikom podobało się to, co robił Stalin? A jednak oddali mu pół Europy, bez walki, bo chcieli uniknąć wojny z ZSRR. Churchill, bo to była jego decyzja, nałożył cenzurę na zbrodnię katyńską, żeby nie drażnić sojusznika. Brytyjczyków przekonano, że to Niemcy wymordowali polskich oficerów. Zdarzały sięnawet pobicia Polaków, którzy publicznie sprzeciwiali się tej wersji.
– Praca w cenzurze jest nieustanną grą – rozpoczął kolejną opowieść pan Teofil. – Oni, znaczy autorzy, chcą nas przechytrzyć, więc próbują się porozumieć z czytelnikami ponad naszymi głowami. Różne aluzje, których my rzekomo nie dostrzegamy, bo jesteśmy tępi, a czytelnicy je rozumieją. Jak coś było grubymi nićmi szyte, pojawiał się zapis cenzorski. Zdarzały się bardzo inteligentne aluzje, takich nie warto było wykreślać, no bo kto je zrozumie? Tak naprawdę to była gra rozgrywana w czworokącie. Takie kółko graniaste czterokanciaste. Był twórca, który pragnął, żeby jego tekst przeszedł bez ingerencji cenzorskiej, chociaż wiedział, że wykroczył poza dozwolone granice. Był cenzor, który to na ogół wyłapywał. Na ogół, bo w końcu nikt nie jest nieomylny. Poza tym tak zwane zapisy cenzorskie dosyć daleko ingerowały w intencje autorów. Należało wyłapywać nie tylko teksty w oczywisty sposób wrogie, ale i takie, które mogłyby zostać źle odebrane. Cenzor musiał wyczuwać, skąd wieje wiatr. Dlatego wolał skreślić za dużo niż przepuścić coś, co się nie spodoba temu trzeciemu, czyli władzy. Zdawał sobie sprawę, że tekst przeczyta wielu funkcjonariuszy, a znajdą się wśród nich tacy, którzy wszędzie wietrzą wrogą działalność, nawet w bajkach dla dzieci. Na bajki też były zapisy i niektórych nie wolno było wydawać, żeby się dzieciom lis przechera nie kojarzył ze Związkiem Radzieckim. No i był wreszcie ten czwarty, rzekomo najważniejszy, czyli odbiorca. Obywatel. Wolne żarty! W rzeczywistości on był dla cenzora nieistotny. Liczyło się zdanie władzy i autora. Odbiorca: czytelnik, widz, słuchacz, był niemy, a i tak swoje wiedział.
Propaganda wszystko potrafi przewrócić do góry nogami. Czy nie lepiej zapobiegać takiemu zakłamaniu niż z nim walczyć na argumenty? Akceptujemy kłamstwa popełniane przez tych, z którymi nam po drodze. Wielu Polaków argumenty komunistów, niezależnie od tego, jak ważkie, i tak by odrzuciło. Bo to Ruscy i komuchy, dlatego wszystko, co powiedzą, jest kłamstwem. Fakty się nie liczą. Naród w swojej ignorancji pozostaje ciemny, jak przed wiekami. Nasza historia to od kilkuset lat pasmo klęsk i upokorzeń, a my ją wielbimy, jakbyśmy byli jakimś, nie przymierzając, mocarstwem. Polska od morza do morza. Mocarstwem, owszem, byliśmy w szesnastym wieku, niestety nasi antenaci ten majestat Rzeczpospolitej roztrwonili. Magnateria odpowiadała za psucie państwa, a szlachta szła na jej pasku. Wystarczy się wybrać do muzeum, obejrzeć portrety, żeby się przekonać, jacy oni byli. Wielkie brzuchy i czerwone od opilstwa próżne gęby.
Marek zainteresował się dziejami Pomorza Zachodniego.
– Jaka była historia Ziem Zachodnich? Czy rzeczywiście mają słowiański rodowód? – Rozmowy z panem Teofilem nauczyły go sceptycyzmu.
– Współczesna historia, ostatnie kilkadziesiąt lat, jest przedmiotem dyskusji politycznej. Cenzura interweniuje, kiedy dyskusja dotyka tematów, których odbiór może się okazać nieprzychylny dla władzy. A historia sprzed kilkuset lat? Jak myślisz, czy cenzura interweniowała w naukę historii dawnych wieków?
– Chyba nie musiała, w końcu mieliśmywalkę z naporem germańskim i ucisk chłopstwa.
– Rzeczywiście, ingerencja cenzury w podręczniki historii z tego okresu jest niewielka. W sumie niepotrzebna, bo historię polskiej państwowości od Mieszka I opisali najwybitniejsi historycy w sposób zgodny z obecnym stanem wiedzy i nie było tam niczego, co by się władzy nie spodobało. Komuniści przełknęli gładko nawet Chrzest Polski.
Natomiast intrygująca jest sprawa historii Słowian. Czy wiesz, że nie istnieje czterysta lat naszej historii w sumie najważniejszych, bo dotyczących początków państwa Piastów? Nie wiemy, kiedy Słowianie pojawili się na naszych ziemiach. Mieli tu rzekomo być pięćset lat przed naszą erą, jak próbują udowadniać usłużni historycy, choć to nieudolne fałszowanie historii. Wtedy nasze ziemie zajmowali Germanie, a dokładnie: plemiona germańskie przybyłe ze Skandynawii. Słowianie mogli się pojawić najwcześniej po roku pięćset pięćdziesiątym, gdy przekroczyli Wisłę. I tu pojawia się cenzura. Tak być nie może, po wojnie powróciliśmy na Ziemie Odzyskane, to nasz „słowiański rodowód”9! Należało to potwierdzić. Historycy nie posunęli się jednak do fabrykowania dziejów Słowian. Dlatego na historii nie dowiedziałeś się niczego o zdarzeniach, jakie miały miejsce na tych ziemiach od roku pięćsetnego przed naszą erą aż do dziewięćset czterdziestego Anno Domini. I to już jest zasługa historyków, nie cenzury. Prawdę historyczną zastąpiła legenda o Popielu.
– Czyli nasi historycy nałożyli sobie autocenzurę! – oburzał się Marek. – Naukowiec nie może tak postępować. Jego obowiązkiem jest poszukiwanie prawdy.
– Zapisu na ten temat nie było, przemilczano jednak fascynującą historię tych ziem. Wandalowie, Burgundowie, Goci to plemiona germańskie, które zajmują poczesne miejsce w historii Europy, a nawet świata. Goci, którzy rozpoczęli swoją wędrówkę po kontynencie od dolnej Wisły, najechali i zniszczyli Rzym. Zanim z impetem wkroczyli na karty historii, pomieszkiwali na naszych ziemiach, na wschód od Wisły.
– Jak długo zajmowali te tereny? – Temat zafascynował Marka.
– Tego nikt dokładnie nie wie, ale długo. Może nawet kilkaset lat. Nie wiemy też, jak się układały ich stosunki z miejscową ludnością, bo ktoś z pewnością na tych ziemiach zamieszkiwał. Rozproszone osadnictwo, prymitywna cywilizacja, którą oni sobie podporządkowali. To były niezwykle żywotne, wojownicze plemiona germańskie. Od piątego wieku przed naszą erą do piątego wieku naszej ery, przez tysiąc lat pokrywających się z historią Rzymu, obecność na tych ziemiach plemion germańskich nie podlega dyskusji. To nie był przypadek. Germanie nie mogli się osiedlić na terenie cesarstwa, którego granic strzegły legiony, a gdzieś się musieli podziać. Z tego okresu zachowały się liczne źródła pisane. Te plemiona narobiły takiego zamieszania, że nie mogło być inaczej. Za to pomiędzy rokiem pięćsetnym a dziewięćsetnym obszar obecnej Polski to na mapie Europy biała plama. Brak jakichkolwiek potwierdzonych źródeł pisanych.
– Co za wstyd!
– Wstyd? Powiedzieć „wstyd” to mało. Nasz wspaniały naród jako ostatni, tak, ostatni spośród znaczących nacji europejskich, opanował sztukę czytania i pisania. W odróżnieniu od Sumerów i Egipcjan, których nikt pisma nie uczył, bo sami je wymyślili i to przed pięcioma tysiącami lat, my je otrzymaliśmy w darze, ponieważ pewien cesarz niemiecki zażyczył sobie, żebyśmy wreszcie zaczęli odpowiadać na jego listy.
Plemiona, które zamieszkiwały te ziemie, nie znały pisma, ale też nie napadały na sąsiadów, którzy dawno analfabetami być przestali, stąd nasza o nich niewiedza. Od trzynastego wieku do ostatniej wojny ziemie na wschód od Odry, obecnie nazywane „odzyskanymi”, podlegały zwierzchnictwu niemieckiemu. Nieliczni tu po polsku mówili i nieliczni się za Polaków uważali.
Marek od pewnego czasu zbierał się do zadania fundamentalnego pytania.
– Panie Teofilu! Dlaczego wybuchła druga wojna światowa? Czy to rzeczywiście było zbrodnicze szaleństwo Hitlera, czy może zaistniały inne, obiektywne przyczyny?
– Ta wojna miała swój początek w listopadzie tysiąc dziewięćset osiemnastego roku. Wątpliwości dotyczące tak zwanego polskiego korytarza były poruszane na konferencji pokojowej w Wersalu. Zadecydował jeden z czternastu punktów Wilsona, w którym prezydent USA obiecał Polsce niepodległość i dostęp do morza. Racjonalni politycy rozumieli, że ten korytarz dzielący Niemcy na dwie części musi doprowadzić do kolejnej wojny. Chcąc zachować jedność terytorialną Niemiec, próbowano zatkać nam gębę portem w Kłajpedzie i ziemiami litewskimi, żebyśmy mieli dostęp do tego portu. Ten dalekowzroczny plan nie przeszedł z powodu naszego sprzeciwu10.
– Z tego, jak pan tomówi, wynika, że trzeba było brać tę Kłajpedę z pocałowaniem ręki…
– Zgadza się. To rozwiązanie miało rozliczne zalety. Przez korytarz dostaliśmy dostęp do morza, niestety na tym odcinku wybrzeża nie było żadnego portu. Gdańsk był Wolnym Miastem, więc Polska zmuszona była wielkim kosztem wybudować port w Gdyni, który z ekonomicznego punktu widzenia nie miał większego sensu. Dwa rywalizujące ze sobą porty położone w bezpośrednim sąsiedztwie? A Kłajpeda to duży, doskonale położony port, skomunikowany z Rosją. Cały tranzyt z ZSRR byłby nasz. Bo wtedy Zatoka Fińska zamarzała w zimie. Niestety, my woleliśmy już na początku odzyskanej cudem niepodległości skłócić się z dwoma potężnymi sąsiadami, zamiast z nimi współpracować. Co by nam dali Niemcy, gdybyśmy zrezygnowali z korytarza i wzięli w zamian Kłajpedę? Wszystko i jeszcze więcej. I być może by na nas nie napadli dwadzieścia lat później.
1 31.12.1925 r. doszło do tajnego spotkania Dmowskiego z ambasadorem ZSRR Piotrem Wojkowem. Sekretarz ambasady ZSRR M. Arkadiew raportował: „Jesteśmy w stopniu dostatecznym, a może nawet za mocno związani z endekami”.
2 Autor: Włodzimierz Wysocki, tłum.: Wojciech Młynarski.
3 Arcybiskup Ignacy Krasicki, Monachomachia, 1877 r.
4Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju – miał on przekonać światową opinię publiczną, że kraje komunistyczne stoją na straży pokoju.
5 Popularna wrocławska piwiarnia.
6 Podobne poglądy miał J. Kaczmarski, por. Kniazia Jaremy nawrócenie.
7 10% gruntów przejęły spółdzielnie rolnicze, a podobny areał PGR-y. W rękach prywatnych pozostało 80% ziemi. Polska jako jedyny kraj bloku wschodniego nie przeprowadziła przymusowej kolektywizacji.
8 ZMP (Związek Młodzieży Polskiej) – młodzieżowa organizacja komunistyczna.
9Słowiański rodowód – tytuł książki Pawła Jasienicy.
10 Źródło informacji: https://www.jstor.org/stable/20030570
Kwiecień 1967 – Paryż, ambasada Wielkiej Brytanii
Wieczorem zadzwonił telefon. Robert Meissner pomyślał, że od pewnego czasu większość ważnych zdarzeń w jego życiu zaczyna się od telefonu. Jeszcze niedawno ktoś przychodził, kogoś spotykał na ulicy, w restauracji. Każde zdarzenie rozpoczynało się od kontaktu osobistego. Teraz ten beznamiętny, brzęczący natarczywie telefon. Bakelitowa skrzynka, która decyduje o naszym życiu. Dzwonił Mungo, jego były szef. Prosił o pilne spotkanie.
Już na niego czekali. Trochę podstarzały, siwy Mungo Sparks, podpułkownik MI6 na zasłużonej emeryturze, i młody, dynamiczny Mark Strutt, wysokiej rangi funkcjonariusz tej służby.
– Nie ma to jak starzy kumple. O co tym razem chodzi?
– O Polskę! – wyjaśnił Strutt. – Dzieje się coś niepokojącego. Przeczytaliśmy twój raport z pięćdziesiątego siódmego. Nie pomyliłeś się! Minęło dziesięć lat, a Gomułka nadal u władzy. Ostatnio coś się jednak wydarzyło. Od roku jestem rezydentem MI6 w Warszawie. Nie wchodząc w szczegóły, mamy, a precyzyjniej: ja mam, kogoś w miejscowości Wisła. Ze zrozumiałych względów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pałacyk, przed wojną wakacyjna rezydencja prezydenta RP. Do Wisły przyjeżdżają na polowania i dyskretne ciupcianie czołowi aparatczycy PZPR. Pierwsze spotkanie odbyło się przed trzema tygodniami, drugie zaledwie tydzień temu. Magnetofon umieściliśmy w radiu „Turandot”, cudzie techniki PRL. Przebieg rozmów, ich plany to prawdziwa bomba polityczna. Grupa spiskowców planuje usunąć Gomułkę. Sposób, w jaki chcą to przeprowadzić, jest równie szokujący. Dwukrotnie spotykała się ta sama piątka. Baron PZPR ze Śląska Edward Gierek, wicepremier Piotr Jaroszewicz, szef MON Wojciech Jaruzelski, wiceminister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic i, last but not least, głowa spisku Jurij Andropow, od niedawna przewodniczący KGB.
– Chce się wykazać – stwierdził sarkastycznie Robert.
– Bardzo chce się wykazać – zgodził się Mungo. – Planują kupić myśliwce MiG-21 za sumę przekraczającą roczny eksport całej gospodarki. Czterysta samolotów w jednej transakcji!11
– Jeszcze żaden kraj nie kupił w jednej transakcji broni za kwotę przekraczającą wartość rocznego eksportu. To samobójstwo ekonomiczne. – Mark wyuczył się lekcji. – MiG-21 jest nowoczesnym myśliwcem12, porównywalnym do amerykańskiego F-104 lub francuskiego Mirage III. W polskim lotnictwie służy zaledwie jeden dywizjon13, co zrozumiałe, zważywszy na cenę i wysokie koszty eksploatacji. F-104 kosztuje milion pięćset tysięcy dolarów. Polacy zapłacą za MiG-i zbliżoną cenę. W tego typu kontraktach przyjmuje się na ogół mnożnik zero przecinek osiem. Oznacza to, że kupując samolot za półtora miliona, trzeba wydać na szkolenie pilotów, urządzenia naziemne, remonty silników po resursie, części zapasowe i wszelkie pozostałe koszty dodatkowo milion dwieście tysięcy dolarów. Jeżeli transakcja dojdzie do skutku, a najprawdopodobniej dojdzie, Polska zapłaci ZSRR grubo ponad miliard dolarów. W ocenie naszych ekspertów ich gospodarka tego nie udźwignie. Cały eksport PRL w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym, według danych GUS, polskiego urzędu statystycznego, wyniósł dziewięćset siedemdziesiąt milionów dolarów. Teraz możesz odsłuchać taśmy.
Każde spotkanie trwało około dwóch godzin. Był przytłoczony tym, co usłyszał. Pewien fragment rozmowy szczególnie go poruszył.
Jurij Andropowmówił:
– Jeszcze jedno, towarzyszu Gierek. Jak wiecie, Breżniew został odznaczony wieloma orderami. Bohatera Związku Radzieckiego otrzymał dziewięciokrotnie. On przykłada wielką wagę do tych odznaczeń. Brakuje mu tylko jednego: Krzyża Wielkiego Orderu Virtuti Militari. Ambasador Aristow już kilka razy prosił Gomułkę o ten order. A on uparty, jak to on. Nie i nie. Bredził, że naród mu nie wybaczy. Jaki znowu naród? Nie rozumiem, o co Gomułce z tym Virtuti chodzi. To jak, towarzyszu? Mogę dać Breżniewowi przyrzeczenie w waszym imieniu?
– Zapewnijcie towarzysza Breżniewa – odrzekł Gierek – że może szykować na galowym mundurze miejsce na Virtuti. Proszę tylko, żeby to nie było czwarte miejsce w piątym rzędzie, a takie bardziej eksponowane14.
Nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać. Breżniew, przywódca nuklearnego supermocarstwa, na widok orderu zamieniał się w srokę złodziejkę. Oleńka Małachowa, niespełniona miłość jego życia, opowiedziała mu kiedyś dowcip: Jakich odznaczeń nie ma jeszcze towarzysz Breżniew? Brakuje mu tytułów: „Matka bohatera” i „Miasto bohater”.
– No i co o tym sądzisz? – Wpatrywali się w niego ze skupieniem.
– A więc tak to wygląda. Prawdziwy szok! Nie mam pojęcia, w jaki sposób Wielka Brytania może zareagować. Jest mi oczywiście niezmiernie przykro, że w głowach czołowych polityków z mojej ojczyzny urodził się taki porąbany pomysł. Trudno jest cokolwiek prognozować, a najtrudniej przyszłość. Możemy jedynie spekulować, jaki wpływ na losy Polski będzie miało „Sprzysiężenie pięciu”.
– Doskonały kryptonim – ocenił Mark.
– Jeżeli do władzy dojdą ludzie, którzy dla jej zdobycia gotowi są zrujnować ojczyznę, to ja im sukcesu nie wróżę. Z nagranych rozmów wynika, że zamierzają się finansować zachodnimi kredytami. Polska nie jest zadłużona. Gomułka nie brał kredytów, bo rozumiał ograniczenia komunistycznej gospodarki. A te tępaki myślą, że swoimi żałosnymi bublami podbiją świat.
– Sądzisz, że nie zdołają zmodernizować gospodarki? – dociekał Mungo.
– Ha, ha, ha. W pięćdziesiątym siódmym bawiłem się w grę własnego pomysłu. Jej rezultat pozwala przewidzieć przyszłość, przynajmniej w ograniczonym zakresie. Łaziłem po Warszawie i oglądając eksponowane na wystawach sklepowych towary, zadawałem sobie dziecinne pytanie: Możesz mieć wszystko, co tu jest, za darmo. Może przyda się w domu albo na prezent? Spróbujcie zgadnąć: co chciałem dostać za darmo?
Nie mieli pojęcia.
– Słoik miodu i butelkę wódki!
Ryknęli zdrowym śmiechem.
– Byłem niedawno w Warszawie. Od pięćdziesiątego siódmego niewiele się zmieniło. Jak te palanty, Gierek i spółka, zamierzają spłacać zaciągnięte kredyty? Przecież oni nawet papieru toaletowego nie potrafią wyprodukować. Mark zna temat, ale gdybym cię zapytał, Mungo, co to jest, powiedziałbyś, że drobnoziarnisty papier ścierny.
– Jaki z tego wniosek?
– Komuniści mają dupy nie do zdarcia!
Kiedy przestali się śmiać, mógł dokończyć wywód.
– Nie wiemy, czy z tego planu cokolwiek wyniknie. Wielka Brytania nie może za wiele zdziałać. Najwyżej nie pożyczać. Pojawia się nawet możliwość, że w perspektywie kilku, kilkunastu lat Polska stanie się niewypłacalna, co może przynieść nieprzewidziane konsekwencje.
11 Taka transakcja miała miejsce. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/MiG-21
12 Prędkość max: MiG-21 – 2,05 M. F16, polski myśliwiec z 2025 r. – 2,02 M. Polska zakupiła w 2003 r. czterdzieści osiem takich samolotów.
13 Dywizjon liczył dwanaście samolotów, pułk lotniczy – trzydzieści sześć.
14 Order wręczono Breżniewowi podczas jego wizyty w Polsce w lipcu 1974 r. Żeby zaspokoić wybujałe ego genseka, przyznano mu także tytuł „Honorowy górnik PRL”.
8 sierpnia 1967
W Parku Kasprowicza rozpili po jabolu. Musieli odpuścić zataczającego się urzędasa w zmiętym i obrzyganym garniturku, bo w okolicy pojawił się patrol milicji. Rozglądali się, kogo by tu obrobić, ale nikt się nie napatoczył. Było już za późno. Szczecinianie po zmroku starali się omijać ten rozległy park. A przynajmniej jego najbardziej zapuszczone okolice. Jedynie słabo oświetlona żużlowa droga na zapleczu Konsulatu ZSRR i Szpitala MSW była o tej porze uczęszczana. Stanowiła użyteczny skrót, z którego korzystało wielu spóźnionych przechodniów, chcących zaoszczędzić kilka minut na trasie do przystanku tramwajowego na Roosevelta.
Patron tej ulicy związany był z historią miasta. W Jałcie uzgodnił ze Stalinem nowy podział Europy. Gdyby się ściśle trzymać ustaleń, leżący na zachodnim brzegu Odry Szczecin powinien przypaść Niemcom. Stalin wywalczył jednak ten ważny port dla Polski. Roosevelt w Jałcie stał już nad grobem i sprawy doczesne go nie zajmowały. Tu, gdzie Roosevelta się zaczynała, dwadzieścia lat po wojnie nadal była wyłożona kocimi łbami, na których samochody łamały resory, a kamienice wyglądały na dwadzieścia lat starsze niż przed dwudziestu laty. Okolica sprawiała przygnębiające wrażenie. Niebuszewo było przed wojną dzielnicą robotniczą położoną w sąsiedztwie stoczni. Mogła istnieć inna, przewrotna przyczyna takiego wyboru patrona. Po lewej stronie tej ulicy ciągnęło się całymi kilometrami morze gruzów. Amerykańskie bombowce zrównały z ziemią stocznię i niejako przy okazji większą część dzielnicy mieszkalnej. Na obszarze kilku kilometrów kwadratowych nie ostał się żaden budynek. Tysiące ludzi zostało pogrzebanych pod tym rumowiskiem.
Ci trzej, dobrze już wypici, nad takimi sprawami się nie zastanawiali. Ich zainteresowania ograniczały się do gorzały, dup i rozróby. Wtedy napatoczył się ten chłopak. Sam się prosił, żeby go sflekować.
Tego dnia Marek Starski wracał do domu później niż zwykle. Zasiedział się u kolegi, który miał ładną, niestety starszą siostrę – rówieśnik młodszego brata nie miał u niej szansy. Szedł przez GórneNiebuszewo, niebezpieczną dzielnicę,w której nieustannie dochodziło do chuligańskich wybryków. Nieliczni przechodnie przemykali ulicami chyłkiem, bojaźliwie, jakby zawstydzeni. Był już blisko ruchliwszej i bezpieczniejszej Roosevelta, kiedy pojawili się ci trzej. Zataczając się, szli całą szerokością chodnika. W słabym świetle latarni nie widział ich za dobrze. W pierwszym odruchu chciał zawrócić i uciec, zawstydził się jednak. Zszedł na jezdnię, minął ich i odetchnął z ulgą. Wtedy poczuł uderzenie w tył głowy, które go oszołomiło.
Człowiek nie tylko mózg ma niezwykły. Choć pozornie kruchej konstrukcji, jest niezwykle odporny. Wytrzyma naprawdę wiele. Z drugiej strony czasami wystarczy niefortunny cios w skroń, uderzenie głową o bruk, żeby zabić. Zanim zdążył upaść, kilkukrotnie uderzali go pięściami. Oszołomiony, nie bronił się.
– Pod obcas go! – zawyli dziko, kopiąc po całym ciele.
Kiedy znieruchomiał, dotarło do nich, że nie oddycha. Pijacką euforię zastąpił strach. Nagle wytrzeźwieli. Chcąc się otrząsnąć z przerażenia, zaczęli odgrywać twardzieli. Przerwali rabowanie wszystkiego, co dawało się opylić, i odeszli. Chcieli jak najszybciej uciec z miejsca zbrodni, ale żeby nie wyjść na cykorów, tylko przyspieszyli kroku. Pijackie wulgarne przechwałki ustały w pół zdania.
Przy leżącym bez życia chłopcu pojawiła się znikąd kobieta spowita w długi, czarny płaszcz. Jej twarz zakrywał czarny welon. Stanęła nad nim i szerokim ruchem zarzuciła całun na nieruchome ciało. Nie zdołała go zakryć całkowicie. Drapowała ręką tkaninę, przeciągając to tu, to tam. Sączyła słowa cichym, kojącym głosem.
– Oszczędź sobie bólu i cierpienia, bo tym będzie twoja droga na tym padole łez. Jaki ma sens szarpanie się z życiem, jeżeli śmierć jest nieuchronna? Zrezygnuj. Nie musisz nic robić, wystarczy, jeśli przestaniesz się opierać.
Miała go w swoich objęciach. Czuła, jak bicie serca zwalnia, czuła, że się jej nie wyrwie.
W oknie pierwszego piętra pokazała się zwabiona hałasem starsza pani. W ręku trzymała słuchawkę telefonu. Na połączenie z pogotowiem czekało się godzinami, ale i tak nie miała nic lepszego do roboty. Młody człowiek leżący na ulicy nie poruszał się, a ona była religijna. Nie mogła popełnić grzechu zaniechania, przyczyniając się do jego śmierci. Nieoczekiwanie w słuchawce rozległ się ostry, przepalony papierosami kobiecy głos.
– Pogotowie. Słucham!
Pełniąca tego dnia dyżur kobieta miała czterdzieści pięć lat, choć wyglądała na więcej, męża alkoholika, co było w tamtych latach bardziej regułą niż wyjątkiem, i dwoje dzieci. Starsza córka chorowała na cukrzycę. Była zmęczona życiem, nienawidziła swojej wyczerpującej fizycznie, a przede wszystkim psychicznie pracy i chciała jak najszybciej zakończyć dyżur. Czekało ją jeszcze stanie w kolejce, jeżeli chciała coś kupić na skromny posiłek. Zostało pół godziny użerania się z awanturującymi się pijakami i płaczącymi kobietami.
– Na chodniku leży mężczyzna. Nie rusza się. Przed chwilą go pobili, obrabowali i uciekli. Widziałam wszystko przez okno.
– Nazwisko i adres.
– Ulica Długosza dwa, przy piekarni… Po co wam nazwisko?… Przecież mówię! On się nie rusza.
Kobieta nie miała dotąd kontaktu z pogotowiem. Jak większość Polaków panicznie bała się podawania nazwiska, co zazwyczaj oznaczało kłopoty. Odłożyła słuchawkę.
Tajemnicza nieznajoma, która troskliwie zaopiekowała się Markiem, z uśmiechem triumfu powróciła do okrywania płaszczem nieruchomego ciała.
– Dziesiątka, zgłoś się. – Dyspozytorka wezwała jedyną karetkę, która była na interwencji w tej dzielnicy.
– Dziesiątka zgłasza się.
– Gdzie jesteś, złotko?
– Dojeżdżam do szpitala MSW, będę za pięć minut. Wiozę pacjenta ze złamaną nogą.
– Adasiu, zrób coś dla mnie. Mieliśmy anonimowe zgłoszenie na Długosza. Pobity mężczyzna leży na ulicy, przy piekarni. Starsza pani, która to zgłosiła, sprawiała wrażenie wiarygodnej. Możesz tamtędy przejechać?
– Zrobię to, specjalnie dla ciebie, Bożenko, ale to na pewno kolejny pijak.
Przez niezwykły zbieg okoliczności pogotowie dotarło na miejsce sekundy po ostatnim uderzeniu serca.
– Odzyskał oddech. Mamy go z powrotem!
Pielęgniarz, student ostatniego roku medycyny, zmęczony wielogodzinnym dyżurem i wysiłkiem reanimacji, poczuł niezwykły przypływ energii. Zawsze tak było, kiedy ratował czyjeś życie. Dlatego zdecydował, że zostanie lekarzem, a po męczących zajęciach brał dyżury w pogotowiu.
– Gazem do szpitala. Potrzebna natychmiastowa operacja.
