Wahadło - Julian Hardy - ebook

Wahadło ebook

Julian Hardy

0,0

Opis

W czasach, gdy milczenie bywało bezpieczniejsze niż prawda, każdy wybór miał swoją cenę.

Rok 1965, Szczecin. Marek, licealista stojący u progu dorosłości, przypadkiem poznaje Teofila Świadka, emerytowanego cenzora, człowieka, który przez lata decydował o tym, co wolno powiedzieć, a co musi zostać przemilczane. Ich rozmowy stają się dla chłopca lekcją rzeczywistości, w której lojalność jest walutą, a decyzje podejmowane w cieniu mogą z czasem zaważyć na losach wielu osób.

Równolegle śledzimy historię Louise Meissner, bohaterki znanej czytelnikom z powieści „Jazda na rydwanie”. Kobieta, dotąd poruszająca się w świecie wielkich pieniędzy, wpływów i międzynarodowych interesów, zostaje wciągnięta w rozgrywkę wykraczającą daleko poza finanse i osobiste ambicje. W narastającym napięciu politycznym pojawia się plan wymierzony w brytyjską infrastrukturę atomową, a stawką staje się bezpieczeństwo całego kraju oraz równowaga Europy. Widmo katastrofy, której skutki mogłyby na pokolenia zmienić bieg historii, przestaje być jedynie odległym zagrożeniem.

„Wahadło” to epicka, pełna napięcia opowieść o dojrzewaniu, miłości i odpowiedzialności za podjęte decyzje. O bohaterach, którzy próbują pozostać wierni sobie w świecie chwiejącym się między skrajnościami. I o tym, że historia nigdy nie jest abstrakcją, lecz zawsze dotyka konkretnych istnień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 1080

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób czy zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we. Po­sta­ci hi­sto­rycz­ne, ich wy­po­wie­dzi i cha­rak­te­ry­sty­ki oraz zda­rze­nia hi­sto­rycz­ne zo­sta­ły przed­sta­wio­ne w spo­sób fik­cyj­ny. Sto­ją­ce za nimi siły nie są jed­nak fik­cyj­ne. Po­glą­dy po­li­tycz­ne bo­ha­te­rów nie są toż­sa­me z po­glą­da­mi au­to­ra.

Tom 1: Marek

1. Pan Teofil Świadek

Wrze­sień 1965, Szcze­cin

Roz­po­czął się rok szkol­ny. Choć było po­chmur­no, po raz pierw­szy od kil­ku dni nie pa­da­ło – więc wy­bra­li się na wa­ga­ry. Cała ich pacz­ka. Trzech chłop­ców i trzy dziew­czy­ny. Cho­dzi­li do dru­giej kla­sy li­ceum. Trzy­ma­li się ra­zem od pod­sta­wów­ki.

Po­je­cha­li roz­kle­ko­ta­nym tram­wa­jem nad Głę­bo­kie, małe je­zio­ro po­ło­żo­ne za mia­stem. Do­sko­na­łe miej­sce na taki wy­pad. Tram­waj, po­cząt­ko­wo za­tło­czo­ny, po­wo­li pu­sto­szał. Po jed­nej stro­nie to­ro­wi­ska roz­cią­gał się Las Ar­koń­ski, a po dru­giej im­po­nu­ją­ce, po­nie­miec­kie ko­sza­ry. Trzy przy­stan­ki przed koń­co­wym w wa­go­nie oprócz nich po­zo­sta­ły dwie wie­ko­we ko­bie­ci­ny. Wra­ca­ły do swo­ich pod­miej­skich przy­siół­ków z tor­ba­mi peł­ny­mi za­ku­pów. Pod­sta­wo­we pro­duk­ty – je­dy­nie na ta­kie było je stać. Przy­do­mo­we ogród­ki uzu­peł­nia­ły skrom­ną die­tę. Jed­na za­ję­ła ko­lej­kę wie­czo­rem i spę­dzi­ła w niej noc, dru­ga do­łą­czy­ła rano. Taka to była sier­mięż­na rze­czy­wi­stość. Nie­pi­sa­ne ko­lej­ko­we pra­wo ze­zwa­la­ło za­jąć miej­sce dla jed­nej oso­by. Przy­wy­kły, jak więk­szość Po­la­ków, i nie po­tra­fi­ły już so­bie wy­obra­zić in­ne­go ży­cia. Sta­nie w ko­lej­ce mia­ło swo­je za­le­ty. Ta­kie „od­sta­ne” to­wa­ry wy­da­wa­ły się cen­niej­sze, a ich „zdo­by­cie” nada­wa­ło sens bez­barw­nej eg­zy­sten­cji tych, któ­rzy nie mie­li in­ne­go za­ję­cia. Czu­li się wte­dy przy­dat­ni, jak my­śli­wi z epo­ki pa­le­oli­tu, któ­rzy przy­dźwi­ga­li do obo­zo­wi­ska udziec ma­mu­ta.

Ma­tu­ra nie mia­ła już ta­kie­go pre­sti­żu jak przed woj­ną, na­dal się jed­nak li­czy­ła. W la­tach sześć­dzie­sią­tych zda­wa­ło eg­za­min doj­rza­ło­ści za­le­d­wie kil­ka pro­cent mło­dzie­ży. Li­ceum nr 2 im. Hen­ry­ka Po­boż­ne­go, „Po­boż­niak”, było jed­ną z naj­lep­szych szkół w mie­ście. Moż­na po­wie­dzieć, że szóst­ka li­ce­ali­stów za­li­cza­ła się do eli­ty. Więk­szość ich ko­le­ża­nek i ko­le­gów uczy­ła się w szko­łach za­wo­do­wych i już za rok mia­ła roz­po­cząć do­ro­słe ży­cie, zwy­kle mo­no­ton­ną i wy­czer­pu­ją­cą pra­cę w fa­bry­kach. Tak zwa­ne nor­my pra­cy były nie­ustan­nie śru­bo­wa­ne, co wy­wo­ły­wa­ło kon­flik­ty z dy­rek­cją, a na­wet prze­rwy w pra­cy. Nie były to jesz­cze straj­ki, trwa­ły zwy­kle kil­ka go­dzin, zwia­sto­wa­ły jed­nak po­waż­niej­sze za­bu­rze­nia spo­łecz­ne.

Miejsc pra­cy nie bra­ko­wa­ło. Po­spiesz­nie in­du­stria­li­zu­ją­ce się pań­stwo funk­cjo­no­wa­ło jak gi­gan­tycz­na ssaw­ka za­spo­ka­ja­ją­ca nie­wy­czer­pa­ne za­po­trze­bo­wa­nie prze­my­słu na ro­bot­ni­ków. Bez­ro­bo­cie po­ja­wia­ło się wy­łącz­nie w tek­stach pro­pa­gan­do­wych o nie­do­li, ja­kiej do­świad­cza czło­wiek pra­cy w ka­pi­ta­li­zmie. Pro­pa­gan­da suk­ce­su, któ­re­go próż­no było szu­kać w twar­dych re­aliach ży­cia, prze­ży­wa­ła roz­kwit.

Wa­ga­ro­wi­cze do­je­cha­li do koń­co­we­go przy­stan­ku. Szli le­śnym duk­tem cią­gną­cym się wzdłuż je­zio­ra, któ­re­go po­marsz­czo­ną toń sma­ga­ły ga­łąz­ki wierzb. Wy­głu­pia­li się, po­krzy­ki­wa­li, ba­wi­li w ber­ka, po­py­cha­li. Za­cho­wy­wa­li się jak wy­pusz­czo­ne na wy­bieg źre­ba­ki. Spło­szo­ne wro­ny pod­ry­wa­ły się nie­chęt­nie do lotu i msz­cząc się za za­kłó­ce­nie spo­ko­ju, wy­kra­ki­wa­ły zło­wróżb­ne prze­po­wied­nie. Wie­wiór­ki smyr­ga­ły po­mię­dzy drze­wa­mi, pra­co­wi­cie gro­ma­dząc za­pa­sy na zimę. Do­tar­li do nie­wiel­kiej, osło­nię­tej la­sem dzi­kiej pla­ży. Sa­mot­ny węd­karz na ich wi­dok za­klął pod no­sem i zwi­nął sprzęt. Wy­stra­szy­li wszyst­kie ryby, któ­rych w tym je­zio­rze i tak było jak na le­kar­stwo. Kil­ka nie­wiel­kich krą­pi, któ­re zło­wił od rana, wy­star­czy na skrom­ną ko­la­cję dla dwoj­ga star­szych lu­dzi.

Roz­ło­ży­li koce, wy­cią­gnę­li ka­nap­ki, któ­re przy­go­to­wa­ły mamy, i zje­dli z ape­ty­tem. Oprócz ka­na­pek mie­li wino. Po bu­tel­ce na gło­wę. Naj­tań­sze, ro­bio­ne z ja­błek. Ulu­bio­ny tru­nek mę­tów i stu­den­tów, zwa­ne J-23, od pseu­do­ni­mu bo­ha­te­ra po­pu­lar­ne­go spek­ta­klu te­atru te­le­wi­zji. Tyle aku­rat kosz­to­wa­ło, a sce­na­rzy­ści wy­ka­za­li się po­czu­ciem hu­mo­ru, bo „J” sta­ło za „jab­cok”, jak na­zy­wa­no te wina. Po­tem plu­ska­li się i pły­wa­li. Woda była cie­pła. Choć nie­bo za­snu­wa­ły chmu­ry, nie czu­ło się chło­du. Na­rzu­ci­li na grzbie­ty ko­szu­le i prze­szli do głów­ne­go punk­tu pro­gra­mu. Otwo­rzy­li pierw­szą bu­tel­kę i pu­ści­li w obieg.

Do­bra wróż­ka Al­kio­ne od po­ko­leń wsłu­chi­wa­ła się w mło­dzień­cze ma­rze­nia, wie­dzia­ła więc, jak rzad­ko się speł­nia­ją. Zda­rza­ły się lata, kie­dy wo­kół wi­dzia­ła tyl­ko przed­wcze­sną, bru­tal­ną śmierć. Tak było z chłop­ca­mi uro­dzo­ny­mi pod ko­niec XIX wie­ku. W la Bel­le Épo­que. Co za par­szy­wa iro­nia. Za­iste dla nich pięk­na! Peł­ni ży­cia, szczę­śli­wi, z na­dzie­ją wkra­cza­li w ży­cie, a wkrót­ce sto­sy uma­za­nych gli­ną tru­pów na za­bło­co­nych po­lach bi­tew. Mło­dzi chłop­cy, nad któ­ry­mi tyl­ko mat­ki za­pła­ka­ły. Taka była pierw­sza woj­na świa­to­wa, któ­ra mia­ła zmie­nić wszyst­ko. Wy­słu­chi­wa­ła ich ma­rzeń, wie­dząc, że nit­ka mło­de­go ży­cia wkrót­ce zo­sta­nie prze­cię­ta przez bez­na­mięt­ne Par­ki.

Al­kio­ne nie­chęt­nie od­wie­dza­ła Pol­skę, po­nie­waż ocze­ki­wa­nia, choć skrom­ne, kro­jo­ne na mia­rę moż­li­wo­ści, mia­ły nie­wiel­ką szan­sę po­wo­dze­nia w tym smut­nym kra­ju. Na­tu­ra nie jest spra­wie­dli­wa. Nie przy­cho­dzi­my na świat z rów­ny­mi szan­sa­mi. Dla jed­nych jest nad­mier­nie szczo­dra, in­nym już na star­cie ską­pi ta­len­tów, pie­nię­dzy, uro­dy, czy­li wszyst­kie­go, co po­ma­ga w osią­gnię­ciu suk­ce­su.

Ma­rek po­znał Teo­fi­la Świad­ka przez przy­pa­dek. Star­szy pan zno­sił wę­giel do piw­ni­cy. Kie­dy Ma­rek go mi­jał, po­tknął się i upu­ścił wy­peł­nio­ne do po­ło­wy wia­dro. Peł­ne­go by nie udźwi­gnął. Wę­giel wy­sy­pał się na chod­nik. Wo­zak zrzu­cił przy­dzia­ło­we dwie i pół tony na uli­cę i trze­ba je było znieść do piw­ni­cy, żeby nie blo­ko­wać przej­ścia. A w nocy ktoś mógł uszczk­nąć kil­ka wia­der cen­ne­go opa­łu.

Miesz­ka­ją­cy w są­sied­niej bra­mie pan Teo­fil wy­glą­dał na swo­je lata. Śred­nie­go wzro­stu, przy­sa­dzi­sty, z nie­wiel­kim brzu­chem, miał zmierz­wio­ne szpa­ko­wa­te wło­sy, a na twa­rzy pierw­sze star­cze pla­my. Jego prze­ni­kli­we oczy spo­glą­da­ły na świat przez oku­la­ry w czar­nej opra­wie. Był eme­ry­tem, co po­win­no ozna­czać, że kle­pie bie­dę. Ubie­rał się jed­nak przy­zwo­icie, choć kon­ser­wa­tyw­nie, i nie spra­wiał wra­że­nia przy­mie­ra­ją­ce­go gło­dem. Na tym są­siedz­ka wie­dza się koń­czy­ła. Pan Teo­fil nie­chęt­nie wda­wał się w po­ga­węd­ki. Było za­gad­ką, czym się zaj­mo­wał, za­nim prze­szedł na eme­ry­tu­rę. Ma­rek przy­po­mniał so­bie ostat­nią umo­ral­nia­ją­cą lek­tu­rę i za­pro­po­no­wał, że znie­sie wę­giel.

– Dzię­ku­ję za po­moc, Mar­ku. Za­pra­szam na her­ba­tę, jak ci się nie spie­szy – za­pro­po­no­wał pan Teo­fil, kie­dy ostat­nie wia­dro zni­kło w piw­ni­cy.

Wy­rósł już z po­dwór­ka, na któ­rym spę­dza­ły czas dzie­ci, dla­te­go chęt­nie przy­stał na za­pro­sze­nie.

Miesz­ka­nie było jed­no­po­ko­jo­we. Jed­nej oso­bie na­le­żał się je­den po­kój. Ta­kie były prze­pi­sy. Dwóm oso­bom też na­le­żał się je­den, więc sa­mot­ni byli po­nie­kąd uprzy­wi­le­jo­wa­ni. Dla ro­dzin z jed­nym dziec­kiem bra­ko­wa­ło miesz­kań dwu­po­ko­jo­wych. Do­pie­ro dru­gie dziec­ko zwięk­sza­ło szan­sę na przy­dział dwu­po­ko­jo­we­go z kwa­te­run­ku, choć na­dal po­zo­sta­wa­ła ona ilu­zo­rycz­na.

Po­kój był duży i ele­ganc­ko ume­blo­wa­ny. Nie były to tan­det­ne me­blo­ścian­ki, w ja­kich gu­sto­wa­li Po­la­cy go­to­wi od­stać w ko­lej­ce dwie doby, żeby taką „zdo­być”. „Zdo­by­wa­no” na­wet pa­pier to­a­le­to­wy. Kie­dy „rzu­ci­li” ja­ki­kol­wiek to­war, przed skle­pa­mi po­ja­wia­ły się ta­siem­co­we ko­lej­ki, peł­zną­ce do przo­du z pręd­ko­ścią śli­ma­ka.

Cze­ka­jąc, aż pan Teo­fil za­pa­rzy her­ba­tę, prze­glą­dał za­war­tość pó­łek. Za­uwa­żył wie­le to­mów li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej. Chęt­nie by się z nimi za­po­znał. Pan Teo­fil po­sta­wił na sto­le czaj­nik z her­ba­tą, ta­le­rzyk z kru­chy­mi cia­stecz­ka­mi i fi­li­żan­ki. Z gdań­skiej sza­fy z krysz­ta­ło­wy­mi szy­ba­mi wy­jął bu­tel­kę wi­śniów­ki i na­lał do mi­nia­tu­ro­wych kie­lisz­ków.

– Uro­dzi­łem się trze­cie­go stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set­ne­go roku, więc na­zwi­sko do mnie pa­su­je, je­stem świad­kiem hi­sto­rii dwu­dzie­ste­go wie­ku. Po­cho­dzę z in­te­li­genc­kiej ro­dzi­ny, od po­ko­leń za­sie­dzia­łej w Ga­li­cji. Przed woj­ną do­świad­cza­łem uro­ków bez­tro­skiej mło­do­ści. W sierp­niu ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go za­bój­stwo ar­cy­księ­cia Fer­dy­nan­da po­ło­ży­ło kres Bel­le Épo­que i roz­pę­ta­ło tra­gicz­ny ciąg zda­rzeń, któ­re do­pie­ro nie­daw­no ule­gły pew­ne­mu ucy­wi­li­zo­wa­niu. Prze­ży­wa­łem oso­bi­ście wszyst­kie te dra­ma­ty. Pa­mię­tam, pa­mię­tam jak dziś, cała ma­tu­ral­na kla­sa na­sze­go li­ceum, osiem­na­sto­let­ni mło­dzień­cy, o pęcz­nie­ją­cych z dumy prysz­cza­tych twa­rzach, pod­ju­dze­ni pa­trio­tycz­ny­mi fra­ze­sa­mi cy­nicz­ne­go bel­fra, z mło­dzień­czym en­tu­zja­zmem za­cią­gnę­li się do woj­ska. Wma­wia­no im, że zwy­cię­żą i na świę­ta wró­cą do domu. Prze­ma­sze­ru­ją trium­fal­nie uli­ca­mi, ob­rzu­ca­ni kwia­ta­mi przez omdle­wa­ją­ce na ich wi­dok dziew­czę­ta. Prze­ży­ło dwóch, może trzech. Mia­łem to szczę­ście, że by­łem za mło­dy, aby mnie wy­słać do oko­pów.

Wi­dzę, że in­te­re­su­ją cię książ­ki. Pod­czas re­pa­tria­cji z Wil­na stra­ci­łem nie­mal całą bi­blio­te­kę. Szko­da, bo było w niej wie­le bia­łych kru­ków.

– Tro­chę ksią­żek jed­nak zo­sta­ło. Zresz­tą w tym po­ko­ju nie zmie­ści się wię­cej. Tym bar­dziej że pan do­ku­pu­je. Wi­dzę spo­ro no­wo­ści.

– Trze­ba przy­znać, że wła­dze dba­ją o ry­nek wy­daw­ni­czy. Obec­nych na­kła­dów nie da się po­rów­nać z przed­wo­jen­ny­mi. Po pro­stu się nie da. Jak­by przed woj­ną Pol­skę za­miesz­ki­wa­ło ple­mię anal­fa­be­tów. Bio­rę do ręki bar­dzo do­brą, trud­ną po­wieść i co wi­dzę? Na­kład: pięć­dzie­siąt ty­się­cy!

– Co z tego, sko­ro wie­lu ksią­żek nie da się ku­pić. I to tych naj­cie­kaw­szych. Są sprze­da­wa­ne spod lady. – Wszy­scy o tym wie­dzie­li.

– Zga­dza się. Na­kła­dy by­wa­ją róż­ne. Pew­nie chciał­byś wie­dzieć, kim by­łem przed przej­ściem na eme­ry­tu­rę?

– Nie ukry­wam, że mnie to cie­ka­wi.

– By­łem cen­zo­rem. Nie bar­dzo ci się po­do­ba ten za­wód, praw­da?

– No cóż. Chy­ba nikt nie lubi, żeby mu ktoś dyk­to­wał, co może czy­tać.

– Przed woj­ną by­łem dzien­ni­ka­rzem. Pi­sa­łem w wi­leń­skim „Sło­wie”. Wte­dy ten za­wód coś zna­czył. Nie było te­le­wi­zji, ra­dio mia­ło ogra­ni­czo­ny za­sięg. Pra­sa kształ­to­wa­ła opi­nie, zna­ne­go dzien­ni­ka­rza słu­cha­no jak wy­rocz­ni. Na­le­ża­łem wpraw­dzie do par­tii, jed­nak sym­pa­ty­zo­wa­łem z Na­ro­do­wą De­mo­kra­cją. To była par­tia pra­wi­co­wa, ukie­run­ko­wa­na na współ­pra­cę z Ro­sją, wro­ga ży­wio­ło­wi ger­mań­skie­mu. Jej za­ło­ży­ciel i przy­wód­ca, Dmow­ski, był ru­so­fi­lem i to się nie zmie­ni­ło na­wet po woj­nie z bol­sze­wi­ka­mi.

Kie­dy do­sta­łem po­wo­ła­nie do woj­ska, mia­łem dwa­dzie­ścia lat. Słu­ży­łem w Dzie­wią­tej Dy­wi­zji. Go­ni­li­śmy się z bol­sze­wi­ka­mi tam i z po­wro­tem. My ich nad Dniestr, oni nas nad Wi­słę, to my ich zno­wu nad Dniestr.

– Na hi­sto­rii o tej woj­nie za wie­le nie mó­wi­li. Tyl­ko, że to była awan­tur­ni­cza po­li­ty­ka Pił­sud­skie­go.

– Po­wiem ci coś, cze­go nie usły­szysz od osób z mo­je­go po­ko­le­nia, wy­cho­wa­nych w kul­cie Mar­szał­ka. Była awan­tur­ni­cza i bez­sen­sow­na. Wy­ja­śnię ci to kie­dy in­dziej. Pod­czas ostat­niej woj­ny na­le­ża­łem do AK. Na Wi­leńsz­czyź­nie to­czy­ły się krwa­we wal­ki. Do­cho­dzi­ło do okrut­nych mor­dów. Nie spie­szy­ło mi się do par­ty­zant­ki, ba­łem się jak dia­bli, jed­nak tak wte­dy na­le­ża­ło po­stą­pić. Pa­mię­tam, jak­by to było wczo­raj.

Pan Teo­fil zdjął oku­la­ry i w za­my­śle­niu prze­cie­rał je szmat­ką.

– Bied­na wieś po­ło­żo­na da­le­ko od szo­sy. We­szli­śmy do niej w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia, Niem­cy ści­ga­li nas od wie­lu dni i pa­da­li­śmy ze zmę­cze­nia. Za­iste, zna­leź­li­śmy schro­nie­nie. Po­śród tru­pów. Wszy­scy wy­mor­do­wa­ni. Sta­łem bez ru­chu, nie wiem jak dłu­go, i pa­trzy­łem na zwło­ki ca­łej ro­dzi­ny roz­rzu­co­ne na po­dwór­ku, jak­by to były bier­ki rzu­co­ne ręką nie­cier­pli­we­go gra­cza. Czwór­ka dzie­ci, dwie dziew­czyn­ki, dwóch chłop­ców, dro­biazg jesz­cze. I wiesz, co wte­dy po­my­śla­łem? Że i ja przy­ło­ży­łem rękę do tej zbrod­ni. Bo my­śmy z roz­my­słem szczu­li Po­la­ków na Niem­ców. En­de­cja była an­ty­nie­miec­ka. I mię­dzy in­ny­mi z tego szczu­cia Pol­ska pro­wa­dzi­ła sa­mo­bój­czą po­li­ty­kę, któ­rej skut­kiem był wrze­sień trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go, a po­tem oku­pa­cja nie­miec­ka i so­wiec­ki ucisk. Oni na nas na­pa­dli, a nie mu­sie­li­by, gdy­by spra­wy po­to­czy­ły się ina­czej. Nie mu­sie­li­by. Z tym na­szym szczu­ciem szli­śmy na rękę So­wie­tom. Dmow­ski spo­ty­kał się po­ta­jem­nie z ich am­ba­sa­do­rem1. Nie­daw­no hi­sto­ry­cy do­tar­li do do­ku­men­tów.

– Coś po­dob­ne­go! – Ma­rek nie miał wpraw­dzie po­ję­cia, ja­ki­mi me­an­dra­mi po­dą­ża­ły po­li­tycz­ne in­try­gi Dru­giej Rzecz­po­spo­li­tej, ale ta­kie po­ta­jem­ne spo­tka­nia wy­da­ły mu się po­dej­rza­ne.

– Sły­sza­łeś może o Bo­le­sła­wie Pia­sec­kim? Był przy­wód­cą Fa­lan­gi, naj­bar­dziej ra­dy­kal­ne­go skrzy­dła en­de­cji. To był już nie­mal fa­szyzm. Po­zna­li­śmy się w par­ty­zant­ce, wal­czy­li­śmy w jed­nym zgru­po­wa­niu, choć w róż­nych od­dzia­łach. Po woj­nie zo­stał aresz­to­wa­ny. Z jego ży­cio­ry­sem cza­pa mu­ro­wa­na. Skon­tak­to­wał się ze Sie­ro­wem… Też nie wiesz, kim był? Za­stęp­cą Be­rii.

– O nim już kie­dyś sły­sza­łem.

– Ci, co o nim sły­sze­li wię­cej, mo­gli tej wie­dzy nie prze­żyć. No więc Pia­sec­ki prze­ko­nał Sie­ro­wa, ge­ne­ra­ła Sie­ro­wa, że on coś im, zna­czy NKWD, ma do za­ofe­ro­wa­nia. Bę­dzie pod­ko­py­wał Ko­ściół od we­wnątrz. A mu­sisz wie­dzieć, że przed woj­ną en­de­cja i Ko­ściół to była bli­ska współ­pra­ca. Wi­docz­nie Sie­row pa­mię­tał, że się do­ga­dy­wa­li z Dmow­skim, więc na to po­szedł. Na­dą­żasz?

– Na ra­zie ow­szem.

– Ja też sie­dzia­łem. So­wie­ci zwi­nę­li całe wi­leń­skie AK. Ba­łem się po­twor­nie. Już po mnie, my­śla­łem. W naj­lep­szym ra­zie wy­wio­zą na Sy­be­rię i tam zdech­nę. Przy­szedł do mnie, do celi Pia­sec­ki i mówi:

„Przy­łącz się do mnie, Teo­fil, a wyj­dziesz. Pój­dziesz do cen­zu­ry. By­łeś dzien­ni­ka­rzem, na­da­jesz się, a im bra­ku­je lu­dzi z wy­kształ­ce­niem i do­świad­cze­niem dzien­ni­kar­skim. Ci, co przed woj­ną pi­sa­li w ko­mu­ni­stycz­nych ga­ze­tach, nie żyją albo mają waż­niej­sze za­da­nia. Są re­dak­to­ra­mi na­czel­ny­mi, mi­ni­stra­mi, a do cen­zu­ry ktoś iść musi. Tekst pro­pa­gan­do­wy byle głu­pek na­pi­sze, a w cen­zu­rze po­trze­ba lu­dzi my­ślą­cych”.

Po­cząt­ko­wo od­ma­wia­łem. „To nie­pa­trio­tycz­ne”, mó­wi­łem, ale mnie prze­ko­nał. No i chcia­łem żyć. Więc się zgo­dzi­łem.

I rze­czy­wi­ście, po­trze­ba było lu­dzi my­ślą­cych. Bo tekst po cen­zu­rze mu­siał wy­glą­dać, jak­by tej in­ge­ren­cji nie było. Au­tor nie za­wsze po­tra­fił prze­ro­bić albo mu nie za­le­ża­ło, więc kie­dy coś trze­ba było jed­nak na­pi­sać, za­da­nie spa­da­ło na cen­zo­ra. Mu­siał pod­po­wie­dzieć, co i jak zmie­nić, żeby się czy­tel­nik nie po­ła­pał, że znik­nął frag­ment ar­ty­ku­łu. A przede wszyst­kim, co znik­nę­ło.

Nie­któ­rzy au­to­rzy mie­li nas za dur­niów. Uwa­ża­li, że je­że­li uży­ją pry­mi­tyw­nej alu­zji, my się nie po­ła­pie­my. Po­tem doj­rze­li, zro­zu­mie­li, że nie tędy dro­ga. Za­miast nas prze­chy­trzać, za­czę­li dys­ku­to­wać, pró­bo­wa­li prze­ko­ny­wać. I oni, i my mie­li­śmy swo­je ra­cje. Dla cen­zo­ra to była nie lada sa­tys­fak­cja, kie­dy usły­szał: „Wła­ści­wie to ma pan ra­cję, le­piej tego nie pi­sać, bo ciem­ny na­ród opacz­nie zro­zu­mie. A mą­drzy i tak poj­mą, o co cho­dzi”. In­te­li­gent­ne­mu czy­tel­ni­ko­wi wy­star­czy za­sy­gna­li­zo­wać te­mat i on resz­tę so­bie do­śpie­wa. Zda­rza­li się, wpraw­dzie nie­czę­sto, zda­rza­li się jed­nak spry­cia­rze, któ­rzy po­tra­fi­li wy­pro­wa­dzić cen­zu­rę w pole. W na­kła­dzie pię­ciu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy wy­da­no „Sztu­kę ko­cha­nia” Owi­diu­sza, a tam taka pe­reł­ka. Cy­tu­ję: „Lu­dzie źli, okrut­ni, dzi­cy, no po pro­stu bol­sze­wi­cy”.

– Ale nu­mer ktoś wy­wi­nął! Ma pan może ten eg­zem­plarz?

– Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się go zdo­być. Jest taki ro­syj­ski pio­sen­karz, Wło­dzi­mierz Wy­soc­ki. Pi­sze tek­sty i śpie­wa, a cen­zu­ra na to ze­zwa­la, bo Ro­sja­nie go uwiel­bia­ją. To jego pio­sen­ka: Mo­skwa – Ode­ssa2. Moja ulu­bio­na.

Pan Teo­fil włą­czył im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów ma­gne­to­fon szpu­lo­wy. Ma­rek po raz pierw­szy wi­dział taki cud tech­ni­ki.

Raz któ­ryś lecę z Mo­skwy do Ode­ssy

I zno­wu, psia­krew, od­wo­ła­li lot

Wy­ni­ka to ze słów jej wy­so­ko­ści ste­war­des­sy

Ma­je­sta­tycz­nej jak Ae­ro­fłot

Ko­lej­ny ko­mu­ni­kat za­brzmiał znów

Że nad Mur­mań­skiem wyż i nie­bo szcze­re

Przyj­mu­je Ki­jów Ki­szy­niów i Lwów

A ja tam nie chcę, mnie tam po cho­le­rę

– Ro­zu­miesz, taka me­ta­fo­ra. Nie mo­że­my ro­bić tego, co chce­my. I cała Ro­sja śpie­wa pio­sen­ki Wy­soc­kie­go. Gdy­by żył Sta­lin, to by go roz­wa­li­li, jed­nak re­żim zmiękł, więc śpie­wa, co mu w du­szy za­gra, i nikt go nie ru­sza.

Choć za­wód cen­zo­ra wzbu­dzał in­stynk­tow­ną nie­chęć, Ma­rek po­lu­bił te roz­mo­wy. Chło­nął wie­dzę, jaką mu prze­ka­zy­wał pan Teo­fil. Nie do­ty­czy­ła ona nie­ste­ty te­ma­tu, któ­ry go in­te­re­so­wał naj­bar­dziej, czy­li dziew­czyn; po star­szym panu wi­dać było, że nie­wie­le po­tra­fi o płci pięk­nej po­wie­dzieć, ale re­kom­pen­so­wał te bra­ki do­głęb­ną zna­jo­mo­ścią wszyst­kie­go, co się dzia­ło w Pol­sce i na świe­cie przez ostat­nie pół­wie­cze. A przede wszyst­kim zna­jo­mo­ścią me­cha­ni­zmów, ja­kie te dzia­ła­nia uru­cha­mia­ły. Dzię­ki tym roz­mo­wom Ma­rek za­czy­nał le­piej ro­zu­mieć ota­cza­ją­cą go rze­czy­wi­stość.

– Szko­da, że do­pie­ro te­raz po­ją­łem, jak krę­ci się świat – zwie­rzał się pan Teo­fil. – Gdy­bym wie­dział wcze­śniej… No wła­śnie, co mógł­bym zro­bić? Co mógł­bym w swo­im ży­ciu zmie­nić?… Chy­ba nic – od­po­wie­dział sam so­bie po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu. – Może wy­emi­gro­wać do Ar­gen­ty­ny, jak Gom­bro­wicz? Taka emi­gra­cja jest do­bra dla czło­wie­ka czy­nu. In­ży­nie­ra, ro­bot­ni­ka. In­te­lek­tu­ali­ście szczę­ścia nie przy­nie­sie. Cie­ka­we py­ta­nie. Co mógł­bym zro­bić ina­czej? Na pew­no nie pi­sał­bym do en­dec­kiej pra­sy ar­ty­ku­łów pod­ju­dza­ją­cych do woj­ny z Niem­ca­mi. Może na­le­ża­ło, prze­wi­du­jąc, co się wy­da­rzy, wstą­pić do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej?

– I nie przyj­mo­wać za­pro­sze­nia z Mo­skwy. Po­dob­no Sta­lin wy­koń­czył wszyst­kich pol­skich ko­mu­ni­stów.

– Wszyst­kich to prze­sa­da, nie­któ­rych to on na­wet lu­bił. Ale więk­szość rze­czy­wi­ście źle wte­dy skoń­czy­ła. Jak się było ko­mu­ni­stą, to do Mo­skwy na­le­ża­ło wy­je­chać do­pie­ro po sie­dem­na­stym wrze­śnia. O ile za­pro­si­li. Rów­nie do­brze mo­gli wy­słać do pra­cy w Ka­zach­sta­nie. Do­pie­ro jak for­mo­wa­li Dy­wi­zję Ko­ściusz­kow­ską, to wszyst­kich ide­owych do niej ścią­ga­li. Było ry­zy­ko śmier­ci, jed­nak ci z fron­tu ide­olo­gicz­ne­go na ogół prze­ży­li. „Ko­mi­sa­rzy się kule nie ima­ją”, ma­wia­no.

A co da­lej? Trzy lata woj­ny do­mo­wej. Cen­zu­ra do­pie­ro się or­ga­ni­zo­wa­ła i jesz­cze wszyst­kie­go nie ogar­nia­ła. Po­tem pięć lat sta­li­now­skich po­rząd­ków. To były cięż­kie cza­sy. Rów­nież dla ko­mu­ni­stów. Na­le­ża­ło się trzy­mać z boku. Ja­kieś bez­piecz­ne sta­no­wi­sko par­tyj­ne na prze­cze­ka­nie. I gdzie bym wy­brał? Do­kład­nie tam, gdzie by­łem. Bo w cen­zu­rze, wbrew temu, co się wszyst­kim wy­da­je, moż­na zdzia­łać coś do­bre­go. Nie­wie­le, ale jed­nak. Wy­bro­nić war­to­ścio­we utwo­ry. Skło­nić au­to­ra roz­sąd­ny­mi ar­gu­men­ta­mi, żeby po­szedł na kom­pro­mis. Tak się dzia­ło. Po­eci, pi­sa­rze, ma­la­rze two­rzy­li dzie­ła opie­wa­ją­ce par­tię, Sta­li­na i mie­li po­tem wol­ną rękę, bez­pie­ka się od nich od­chrza­nia­ła. Już poza po­li­ty­ką two­rzy­li utwo­ry wy­bit­ne. Wła­dzy po­ka­za­li, że są swoi, że moż­na im ufać. Wku­py­wa­li się za­an­ga­żo­wa­ny­mi utwo­ra­mi. Tak po­stę­po­wa­li: Gał­czyń­ski, Tu­wim, Wa­żyk, Przy­boś, Ta­de­usz Bo­row­ski, zna­ko­mi­ci ma­la­rze. Nie mó­wię o ide­owych ko­mu­ni­stach, lecz o ar­ty­stach, któ­rzy po­szli na układ i dzię­ki temu za­miast cier­pieć prze­śla­do­wa­nia, mo­gli two­rzyć dla do­bra nas wszyst­kich, z pew­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi, któ­re sami so­bie na­kła­da­li albo my im po­ma­ga­li­śmy je za­kre­ślić.

Naj­bar­dziej cier­pia­łem z po­wo­du wła­snej nie­mo­cy twór­czej. Pró­bo­wa­łem pi­sać wier­sze, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie po­tra­fi­łem. Przed woj­ną za­po­wia­da­łem się na nie­złe­go po­etę. Wy­da­łem to­mik wier­szy, z któ­re­go by­łem bar­dzo dum­ny. Wpraw­dzie na­kła­dem wła­snym, bo tak się wte­dy wy­da­wa­ło, ale za­wsze to książ­ka na pół­ce. Mo­głem dać w pre­zen­cie, po­chwa­lić się przed zna­jo­my­mi. Ina­czej wte­dy na mnie pa­trzy­li. Sło­wo „po­eta” do­da­wa­ło splen­do­ru. Kie­dy za­sia­dłem za biur­kiem cen­zor­skim, wena bez­pow­rot­nie prze­mi­nę­ła. Zmie­nił się spo­sób my­śle­nia, umysł prze­stał być wol­ny.

– Więc twier­dzi pan, że cen­zu­ra może przy­nieść coś do­bre­go ca­łe­mu spo­łe­czeń­stwu?

– Co by się sta­ło, gdy­by znie­sio­no cen­zu­rę? Bo­ha­te­rom spek­ta­kli te­le­wi­zyj­nych le­piej by się po­wo­dzi­ło. Au­to­rzy sce­na­riu­szy nie opar­li­by się po­ku­sie, żeby po­ka­zać, jak się żyje na Za­cho­dzie. Dzi­siaj zły jest pry­wa­ciarz. Na­wet epi­te­ty dla nie­go wy­my­śla­ją ob­raź­li­we. No­wo­mo­wa, jak z Or­wel­la. Spe­ku­lant! Ba­dy­larz! Pe­li­siarz! To od pe­lis z fu­tra. Dzia­łacz z Wy­dzia­łu Pro­pa­gan­dy KC, któ­ry to wy­my­ślił, do­stał pew­nie pre­mię. Że taki czuj­ny ide­owo. Jedz, jedz te cia­stecz­ka. Z pie­kar­ni na Kra­siń­skie­go. Pry­wat­nej, ma się ro­zu­mieć. Jak­by tu pie­ka­rza prze­ro­bić na ge­szef­cia­rza? – za­sta­na­wia­ją się spe­ce od pro­pa­gan­dy.

Gdy­by Po­la­kom po­ka­zać, jak się żyje na Za­cho­dzie, też by tak chcie­li. Pra­gnie­nie do­bro­by­tu nie­moż­li­we do za­spo­ko­je­nia jest nie­zwy­kle de­struk­cyj­ne dla pań­stwa. Go­muł­ka ro­zu­mie, że Po­la­cy nie mogą żyć na ta­kim po­zio­mie jak na Za­cho­dzie, więc im tego nie na­le­ży po­ka­zy­wać. Nie po­zwa­la na za­dłu­ża­nie kra­ju, zda­jąc so­bie spra­wę, że kre­dy­ty trze­ba spła­cać, a prze­mysł cięż­ki ob­cią­żo­ny pro­duk­cją zbro­je­nio­wą nie do­star­cza su­row­ców nie­zbęd­nych dla prze­my­słu lek­kie­go. Mogę kon­ty­nu­ować? Nie za­nu­dzam cię przy­pad­kiem?

– Nie, nie, pro­szę mó­wić. To cie­ka­we, co pan opo­wia­da, ni­g­dy o ta­kich spra­wach nie my­śla­łem.

– Nie ty je­den. Zna­ko­mi­ta więk­szość Po­la­ków nie ogar­nia pod­sta­wo­wych za­sad eko­no­mii. Ich ocze­ki­wa­nia spro­wa­dza­ją się do niż­szych norm, tań­szej wód­ki i kieł­ba­sy. I to na­tych­miast! Taki mają ho­ry­zont my­ślo­wy.

– A po woj­nie? Jak było po woj­nie? – do­py­ty­wał Ma­rek.

– A jak mia­ło być? Kraj zruj­no­wa­ny. Pa­no­wał głód, nie było się gdzie po­dziać, bo w wie­lu mia­stach więk­szość do­mów zo­sta­ła zbu­rzo­na. Na wsi nie­le­piej. Niem­cy pa­li­li całe wio­ski. Trze­ba było od­bu­do­wy­wać z ruin domy i fa­bry­ki, roz­mi­no­wy­wać, upra­wiać zie­mię. Po­trzeb­na była ja­kaś for­ma spra­wie­dli­wo­ści, so­li­dar­no­ści spo­łecz­nej, tu było po­par­cie zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści na­ro­du. Choć woj­na się skoń­czy­ła, w go­spo­dar­ce na­dal obo­wią­zy­wa­ły wo­jen­ne za­sa­dy. Zna­cjo­na­li­zo­wa­no prze­mysł, prze­pro­wa­dzo­no re­for­mę rol­ną, par­ce­lu­jąc więk­sze ma­jąt­ki. Skon­fi­sko­wa­ną zie­mię przy­dzie­la­no bie­do­cie wiej­skiej albo za­kła­da­no PGR-y. Bez tych re­form na­ród cier­piał­by jesz­cze więk­szą bie­dę. Po kil­ku la­tach, po ilu do­kład­nie to kwe­stia do dys­ku­sji, ten ko­mu­nizm wo­jen­ny za­czął przy­no­sić wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Bo ja uwa­żam, że na­wet kil­ka lat po woj­nie ko­mu­ni­stycz­na go­spo­dar­ka rów­no­wa­ży­ła ko­rzy­ści z nie­wąt­pli­wy­mi szko­da­mi. Do­pie­ro póź­niej za­czę­ły się scho­dy. Cen­zu­ra bro­ni­ła tych re­form. Zie­miań­stwu wy­własz­cze­nie nie mo­gło się po­do­bać. To się po­nie­kądwią­za­ło z woj­ną do­mo­wą. Tyl­ko bez­sil­ną wście­kło­ścią po utra­cie ma­jąt­ku, któ­ry na­le­żał do ro­dzi­ny od po­ko­leń, moż­na tłu­ma­czyć bez­sen­sow­ny opór. Cy­nicz­ni sta­ty­ści po­tra­fi­li wcią­gnąć do tej krwa­wej roz­gryw­ki na­iw­ną, pa­trio­tycz­ną mło­dzież.

Pro­blem obec­nej eki­py po­le­ga na tym, że przy­szło jej się zmie­rzyć z kil­ko­ma wy­zwa­nia­mi jed­no­cze­śnie. Po pierw­sze, mamy nie­spo­ty­ka­ny wyż de­mo­gra­ficz­ny. Po­trze­ba szkół, wyż­szych uczel­ni, miejsc pra­cy i miesz­kań. W tej wła­śnie ko­lej­no­ści. Pa­mię­tasz tę ak­cję za Go­muł­ki: Ty­siąc szkół na ty­siąc­le­cie? Gdy­by w tym cza­sie nie pro­du­ko­wa­no ty­się­cy czoł­gów, by­ło­by ła­twiej. Miej­sca pra­cy – ko­lej­ne wy­zwa­nie. Szcze­cin jest mia­stem szcze­gól­nym. Więk­szość fa­bryk zo­sta­ła zbu­rzo­na, a to, co po­zo­sta­ło, roz­sza­bro­wa­ła Ar­mia Czer­wo­na. Wszyst­ko, co się dało, de­mon­to­wa­li i wy­wo­zi­li jako re­pa­ra­cje wo­jen­ne. Dla nich to było mie­nie po­nie­miec­kie. Ła­twiej jest jed­nak od­bu­do­wać zde­wa­sto­wa­ny za­kład niż bu­do­wać od pod­staw. Dla­te­go na Zie­miach Za­chod­nich miejsc pra­cy ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło. Ofi­cjal­na pro­pa­gan­da prze­pro­wadz­kę na za­chód przed­sta­wia­ła jako ro­man­tycz­ne osad­nic­two, jak z we­ster­nu. Wła­dzom za­le­ża­ło na two­rze­niu fak­tów do­ko­na­nych, żeby Pol­ska nad Odrą moc­no po­sta­wi­ła sto­pę.

Ina­czej się mia­ła sy­tu­acja w Pol­sce wschod­niej. To był od wie­ków naj­bar­dziej za­co­fa­ny re­gion. Za­bo­bon­ni ka­to­li­cy obar­cze­ni wszel­ki­mi przy­wa­ra­mi na­szej na­cji. Przede wszyst­kim chci­wość i za­wiść. W ta­kim kra­ju trud­no bu­do­wać od pod­staw. Na­dal jest jak w Mo­na­cho­ma­chii:

W mie­ście, po­nie­waż zbiór pu­stek tak zo­wiem,

W god­nym sie­dli­sku i chło­pa, i Żyda,

W mie­ście – gród, ziem­stwo trzy­ma­ło al­bo­wiem

Sta­re za­mczy­sko, pu­sto­ty ohy­da –

Było trzy karcz­my, bram czte­ry ułom­ki,

Klasz­to­rów dzie­więć i gdzie­nie­gdzie dom­ki.

W tej za­wo­ła­nej zie­miań­skiej sto­li­cy

Wie­leb­ne głup­stwo od wie­ków sie­dzia­ło;

Pod sta­ro­żyt­nej schro­nie­niem świąt­ni­cy

Pra­wych czci­cie­lów swo­ich utu­cza­ło.

Zbie­gał się wier­ny lud; a w oko­li­cy

Wszyst­ko od­gło­sem uwiel­bie­nia brzmia­ło3.

Do od­bu­do­wy nie­zbęd­ny był prze­mysł cięż­ki pro­du­ku­ją­cy stal i ce­ment. Jed­nak żeby uru­cho­mić zruj­no­wa­ne fa­bry­ki, po­trzeb­ne były ogrom­ne in­we­sty­cje. Kre­dy­ty na do­god­nych wa­run­kach mo­gli­śmy uzy­skać od Ame­ry­ka­nów z Pla­nu Mar­shal­la. Nie­ste­ty ZSRR ze wzglę­dów ide­owych na­ka­zał z nich zre­zy­gno­wać. Oszczęd­no­ści kra­jo­wych nie było, za­re­kwi­ro­wa­li je oku­pan­ci, zresz­tą przed woj­ną też były nie­wiel­kie. Po­zo­sta­wa­ło jed­no wyj­ście: za­osz­czę­dzić na pła­cach. Nie dało się wy­ci­skać z oby­wa­te­li środ­ków na fi­nan­so­wa­nie prze­my­słu cięż­kie­go i lek­kie­go. Albo-albo. Dy­le­mat zo­stał roz­strzy­gnię­ty kosz­tem prze­my­słu lek­kie­go, któ­ry wy­twa­rza pro­duk­ty przy­dat­ne lu­dziom. Ogra­ni­cze­nie płac da­wa­ło po­dwój­ną ko­rzyść. Pań­stwo zy­ski­wa­ło środ­ki na in­we­sty­cje, a Po­la­ków za ich nędz­ne pen­sje stać było je­dy­nie na za­kup pod­sta­wo­wych pro­duk­tów, więc mi­ze­ria prze­my­słu lek­kie­go nie skut­ko­wa­ła in­fla­cją. Pol­ska ko­mu­ni­stycz­na oka­za­ła się sku­tecz­na w od­bu­do­wie znisz­czeń, za­pew­nie­niu da­chu nad gło­wą i wy­ży­wie­niu wszyst­kich oby­wa­te­li, czy­li za­spo­ko­je­niu pod­sta­wo­wych po­trzeb. Kie­dy naj­gor­sze mi­nę­ło, znisz­cze­nia zo­sta­ły usu­nię­te i ja­koś to prze­ży­li­śmy, z punk­tu wi­dze­nia pro­pa­gan­dy było już tyl­ko go­rzej. Cen­zu­ra mu­sia­ła bro­nić nie­po­pu­lar­nych de­cy­zji. Po­la­kom trud­no było zro­zu­mieć, że mu­szą się zbro­ić, żeby ode­przeć agre­sję z Za­cho­du, któ­ry uwa­ża­li za so­jusz­ni­ka i wzór do na­śla­do­wa­nia. Jed­nak PZPR, wy­ko­nu­jąc po­le­ce­nia z Krem­la, za­ka­za­ła wszel­kich dy­wa­ga­cji na ten te­mat. „Za­chód jest na­szym wro­giem. Ko­niec dys­ku­sji!”

Po­świę­ce­nie ca­łe­go na­ro­du do­pro­wa­dzi­ło do uprze­my­sło­wie­nia. Uwa­run­ko­wa­nia mię­dzy­na­ro­do­we, zim­na woj­na, spo­wo­do­wa­ły, że pro­duk­cja prze­my­słu cięż­kie­go za­miast na po­trze­by prze­my­słu lek­kie­go, czy­li nas wszyst­kich, idzie na czoł­gi i ar­ma­ty, a moż­na by z niej wal­co­wać bla­chy, któ­re prze­mysł lek­ki prze­ro­bi na pral­ki, lo­dów­ki, sa­mo­cho­dy, a na­wet ta­kie cuda tech­ni­ki jak zmy­war­ki do na­czyń, któ­re u nich, na Za­cho­dzie, moż­na już po­dob­no ku­pić. Nie wspo­mi­na­jąc o sta­li nie­zbęd­nej do bu­do­wy miesz­kań. Za­miast do­bro­by­tu mamy sto sie­dem­na­sty pułk czoł­gów. Je­że­li się nie da żyć jak na Za­cho­dzie, to le­piej tego nie po­ka­zy­wać, bo w ten spo­sób Po­la­ków wpę­dzi­my w de­pre­sję. A na­wet tak się wku­rzą, że za­czną my­śleć o zmia­nie sys­te­mu. Na ra­zie jesz­cze nie ustro­ju, bo do ta­kie­go my­śle­nia nie doj­rze­li­śmy, ale do zmia­ny sys­te­mu. Ina­czej mó­wiąc: o re­for­mach. Za­cza­dzi­my umy­sły ma­rze­nia­mi, ja­kich nie da się speł­nić.

– Czy­li to zbro­je­nia od­po­wia­da­ją za bie­dę? Czy mu­si­my się aż tak zbro­ić?

– Za­czy­na się od za­tru­tych słów. One nic nie kosz­tu­ją. Tak się przy­naj­mniej wy­da­je tym, któ­rzy nimi bez­myśl­nie sza­fu­ją. „Jak świat świa­tem, Nie­miec Po­la­ko­wi ni­g­dy bra­tem”. Trud­no o bar­dziej kłam­li­wy slo­gan. Przez dwie­ście pięć­dzie­siąt lat, czy­li do roz­bio­rów, gra­ni­ca po­mię­dzy Rze­szą Nie­miec­ką a Pol­ską się nie zmie­ni­ła. Ostat­nia woj­na z Za­ko­nem Krzy­żac­kim za­koń­czy­ła się w ty­siąc pięć­set dwu­dzie­stym pierw­szym roku. Na­stęp­na była we wrze­śniu ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go, bo roz­bio­ry od­by­ły się prak­tycz­nie bez jed­ne­go wy­strza­łu. Świat nie zna dru­gie­go ta­kie­go przy­pad­ku. W tym cza­sie po­mię­dzy Fran­cją a jej za­chod­ni­mi są­sia­da­mi: Mo­nar­chią Habs­bur­gów, Zjed­no­czo­ny­mi Pro­win­cja­mi, czy­li Ho­lan­dią, Bra­ban­cją i nie­ist­nie­ją­cą już Bur­gun­dią, woj­ny to­czy­ły się nie­ustan­nie z krót­ki­mi prze­rwa­mi na zła­pa­nie od­de­chu przed ko­lej­ną ba­ta­lią.

Opluć są­sia­dów i na­zwać zdraj­ca­mi wszyst­kich, któ­rzy się sprze­ci­wia­ją. Po­śród nie­na­wist­nej wrza­wy pro­pa­gan­da cięż­ko pra­co­wa­ła, by wy­do­być to ar­cha­icz­ne uczu­cie z głę­bi pod­świa­do­mo­ści. Obrzy­dli­wy, nie­ste­ty spraw­dza­ją­cy się w po­li­ty­ce me­cha­nizm. Ci, któ­rzy go uru­cha­mia­ją, nie po­no­szą żad­nych kon­se­kwen­cji. Zbrod­nia­rzom wo­jen­nym zda­rza­ło się nie­kie­dy za­siąść na ła­wie oskar­żo­nych. Ale tym, któ­rzy do woj­ny szczu­li? Ni­g­dy! Oni po­zo­sta­ją bez­kar­ni.

– Prze­cież bez prze­rwy ob­rzu­ca się bło­tem Za­chód, a cen­zu­ra na to ze­zwa­la. Czy to nie jest szczu­cie?

– Masz ra­cję, ale ta­kie są dy­rek­ty­wy so­wiec­kie, na któ­re nie mamy wpły­wu. Mu­si­my się im pod­po­rząd­ko­wać.

– Pana sło­wa są ta­kie przy­gnę­bia­ją­ce, jak­bym słu­chał hym­nu na cześć ludz­kiej głu­po­ty.

– Za­sta­na­wia­łeś się może nad Sien­kie­wi­czem? Wiel­ki pi­sarz, lau­re­at Na­gro­dy No­bla… Pra­ca w cen­zu­rze mia­ła swo­je za­le­ty. We Wro­cła­wiu w czter­dzie­stym ósmym roku od­był się Świa­to­wy Kon­gres In­te­lek­tu­ali­stów w Obro­nie Po­ko­ju4. Sły­sza­łeś o tej im­pre­zie?

Pan Świa­dek lu­bił wda­wać się w dłu­gie i za­wi­łe dy­gre­sje.

– Coś mi się obi­ło o uszy.

– O uszy ci się obi­ło? Wiel­ka, pro­pa­gan­do­wa im­pre­za i co cie­ka­we, rze­czy­wi­ście mię­dzy­na­ro­do­wa. Do Wro­cła­wia przy­je­cha­li naj­wy­bit­niej­si in­te­lek­tu­ali­ści z ca­łe­go świa­ta. Wpraw­dzie de­le­ga­cja ra­dziec­ka pu­ści­ła na sali ob­rad ta­kie­go bąka, że smród się roz­niósł po ca­łym świe­cie, ale ogól­nie bio­rąc, Kon­gres był suk­ce­sem władz PRL. De­le­ga­tem oczy­wi­ście nie by­łem, choć do Wro­cła­wia po­je­cha­łem. Przed­wo­jen­ny in­te­li­gent, znam an­giel­ski i fran­cu­ski. Wła­dze po­trze­bo­wa­ły ko­goś ta­kie­go w ku­lu­arach, do nie­ofi­cjal­nych roz­mów. Więc roz­ma­wia­łem, roz­ma­wia­łem – roz­ma­rzył się pan Teo­fil. – Pew­ne­go razu bra­łem udział w pa­sjo­nu­ją­cej dys­ku­sji. Przy sto­li­ku w Piw­ni­cy Świd­nic­kiej5 sie­dzie­li­śmy w trój­kę. Gra­ham Gre­ene, Sło­nim­ski i ja. Roz­ma­wia­li­śmy, a jak­że, o li­te­ra­tu­rze. Roz­mo­wa ze­szła na no­bli­stów. I wiesz, co Gra­ham wte­dy po­wie­dział?

– Nie mam po­ję­cia – przy­znał Ma­rek, nie pró­bu­jąc zga­dy­wać.

– Nie spo­tka­łem dru­gie­go pi­sa­rza tak złak­nio­ne­go krwi jak wasz Sien­kie­wicz. U nie­go opi­sy okrut­nych mor­dów są ucztą li­te­rac­ką. Za­chły­stu­je się roz­le­wem krwi. On to okrut­ne wbi­ja­nie na pal „czer­ni” ko­zac­kiej wiel­bi całą du­szą6.

– Ow­szem, masz ra­cję, ale jak to jest na­pi­sa­ne! – od­po­wie­dział An­to­ni.

– I w tym leży sed­no. Nie­waż­ne, jaka jest praw­da, li­czy się in­ter­pre­ta­cja. Wte­dy to zro­zu­mia­łem, co po­zwo­li­ło mi zna­leźć sa­tys­fak­cję w pra­cy cen­zo­ra. A co do Sien­kie­wi­cza, to kie­dy zo­stał strą­co­ny z pie­de­sta­łu, na któ­rym go po­sta­wił na­ród, przy­szła mi do gło­wy ob­ra­zo­bur­cza myśl: A Wo­ło­dy­jow­ski? Prze­cież nie mu­siał się za­bi­jać, mógł wy­sa­dzić twier­dzę, pod­pa­la­jąc lont, i uciec. Ale nie, on wy­brał śmierć sa­mo­bój­czą, któ­ra jest grze­chem śmier­tel­nym. I taki grzesz­nik ma być sym­bo­lem mi­ło­ści do oj­czy­zny? Ko­ściół zna­lazł roz­wią­za­nie tego pa­ra­dok­su. Nie na­zy­wać sa­mo­bój­stwa sa­mo­bój­stwem, lecz ak­tem po­świę­ce­nia dla oj­czy­zny! Za­po­mnie­li tyl­ko wy­ja­śnić, jaką to ko­rzyść od­nio­sła Rzecz­po­spo­li­ta z tego aktu po­świę­ce­nia. Je­że­li już, to stra­tę, bo mógł jesz­cze dłu­go słu­żyć oj­czyź­nie. Bro­nić jej, pło­dzić i wy­cho­wy­wać dzie­ci, a może ulżyć doli swo­ich nie­wol­ni­ków. Nic to. Nic to.

– Ja­kich zno­wu nie­wol­ni­ków? – zdzi­wił się Ma­rek.

– Chłop pańsz­czyź­nia­ny był wy­zy­ski­wa­ny wprost nie­praw­do­po­dob­nie. Żyło mu się czę­sto go­rzej niż nie­wol­ni­ko­wi w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie. Czy wiesz, że „karą”, jaką po­no­sił dzie­dzic za za­bi­cie chło­pa, był mie­siąc aresz­tu i od­by­cie po­ku­ty na­ka­za­nej przez księ­dza?

– Pew­nie zbrod­niarz na­wet nie mu­siał od­sia­dy­wać kary.

– Na pew­no. Szlach­ta, pa­no­wie bra­cia, jak sie­bie na­zy­wa­li, krzyw­dy by so­bie nie zro­bi­li. Prze­cież brat nie skrzyw­dzi bra­ta… Wy­star­czy na dzi­siaj. Do pańsz­czy­zny jesz­cze kie­dyś po­wró­ci­my, bo to był rak, któ­ry zże­rał tkan­kę pań­stwa, do­pro­wa­dza­jąc do jego upad­ku.

Jesz­cze dłu­go po­no­si­li­śmy kon­se­kwen­cje pańsz­czy­zny. Kie­dy wy­bu­chła woj­na z Bol­sze­wi­ka­mi, chło­pi uni­ka­li po­bo­ru, a na­wet de­zer­te­ro­wa­li. Sy­tu­ację uzdro­wi­ło do­pie­ro po­wo­ła­nie na pre­mie­ra Win­cen­te­go Wi­to­sa. Wi­tos, sam chłop, ro­zu­miał wieś, któ­ra mu ufa­ła. Po jego ode­zwie na­sta­wie­nie chło­pów do woj­ny się zmie­ni­ło.

Na za­koń­cze­nie roz­mo­wy pan Teo­fil wy­szedł z pew­ną pro­po­zy­cją.

– Mam dla cie­bie ofer­tę. Raz w ty­go­dniu przy­nie­siesz wę­giel na cały ty­dzień. Ku­pi­łem na­wet bryt­fan­nę, w któ­rej się zmie­ści kil­ka wia­der. Na­rą­biesz drew­na na pod­pał­kę. Zro­bisz za­ku­py. Ta­kie pro­duk­ty, któ­re moż­na ku­pić w Sa­mie bez wy­sta­wa­nia w ko­lej­ce. Mąka, cu­kier, chleb, pro­szek do pra­nia. Wy­cho­dzi kil­ka ki­lo­gra­mów, a ja mam pro­ble­my z krę­go­słu­pem. Będę ci pła­cił. Pięć­dzie­siąt zło­tych.

– To dużo pie­nię­dzy. Wię­cej niż moje kie­szon­ko­we.

– Mam przy­zwo­itą eme­ry­tu­rę – roz­wiał wąt­pli­wo­ści Mar­ka star­szy pan. – Mo­żesz zo­stać na ko­la­cji. Przy­go­tu­ję wte­dy coś sma­ko­wi­te­go. Ja będę bro­nił cen­zu­ry, wy­ja­śniał, dla­cze­go jest po­trzeb­na, a ty wy­tkniesz błę­dy w moim ro­zu­mo­wa­niu.

Pan Teo­fil po­waż­nie pod­szedł do swo­je­go za­da­nia. W każ­dy po­nie­dzia­łek po lek­cjach Ma­rek za­czy­nał od wy­nie­sie­nia wia­dra po­pio­łu i przy­nie­sie­nia pię­ciu wia­der wę­gla. W znaj­du­ją­cym się w po­ko­ju du­żym pie­cu ka­flo­wym pan Teo­fil pa­lił co­dzien­nie, a w nie­wiel­kim boj­le­rze, w któ­rym pod­grze­wał wodę do ką­pie­li, raz na kil­ka dni. Jako je­den z nie­licz­nych w skła­da­ją­cym się z sze­ściu ka­mie­nic blo­ku za­mie­nił że­liw­ny piec wę­glo­wy w kuch­ni na elek­trycz­ny z pie­kar­ni­kiem. Miał lo­dów­kę „Śnież­ka” i pral­kę pół­au­to­ma­tycz­ną, po­pu­lar­ną „Fra­nię”. W oczach Mar­ka miesz­ka­nie było kom­for­to­we i zna­ko­mi­cie wy­po­sa­żo­ne.

Brał kart­kę z wy­pi­sa­ny­mi za­ku­pa­mi i szedł do Samu. Po­tem od­wie­dzał ry­nek przy Pla­cu Ki­liń­skie­go, gdzie uzu­peł­niał za­ku­py o świe­że wa­rzy­wa, któ­rych za­wsze było pod do­stat­kiem. Wśród kra­jów ko­mu­ni­stycz­nych je­dy­nie w Pol­sce były do­stęp­ne w wiel­kiej ob­fi­to­ści i po przy­stęp­nych ce­nach. Zdro­we od­ży­wia­nie Po­la­cy za­wdzię­cza­li wy­szy­dza­ne­mu po­wszech­nie Go­muł­ce, któ­ry obro­nił przed za­ku­sa­mi Mo­skwy pol­skich rol­ni­ków i nie do­pu­ścił do peł­nej ko­lek­ty­wi­za­cji. Więk­szość grun­tów rol­nych po­zo­sta­ła w pry­wat­nych rę­kach. Pań­stwo­we go­spo­dar­stwa rol­ne za­kła­da­no głów­nie na Zie­miach Od­zy­ska­nych, czy­li ode­bra­nych Niem­com, więc nie za­cho­dzi­ła po­trze­ba wy­własz­cza­nia rol­ni­ków. Przy­pad­ki zmu­sza­nia do ko­lek­ty­wi­za­cji były ogra­ni­czo­ne do sto­sun­ko­wo nie­wiel­kie­go are­ału, co nie umniej­sza­ło krzyw­dy rol­ni­ków do­tknię­tych tym nie­szczę­ściem7.

Pod­czas ko­la­cji za­czy­na­ła się oży­wio­na dys­ku­sja. Pan Teo­fil wpro­wa­dzał Mar­ka w skom­pli­ko­wa­ne re­gu­ły, ja­kie rzą­dzą świa­tem, pro­wo­ku­jąc dys­ku­sje, nie­raz po­przez kon­tro­wer­syj­ne i ob­ra­zo­bur­cze stwier­dze­nia. Szko­ła nie dba­ła o kształ­to­wa­nie cha­rak­te­rów mło­dych Po­la­ków. Li­czy­ła się wie­dza spro­wa­dza­ją­ca się do bez­myśl­ne­go opa­no­wa­nia sze­re­gu re­guł, wzo­rów, dat oraz de­fi­ni­cji, któ­re w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści do ni­cze­go się w ży­ciu nie przy­da­wa­ły. Nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi były kół­ka za­in­te­re­so­wań pro­wa­dzo­ne przez pa­sjo­na­tów.

Tego dnia roz­mo­wa ze­szła na ko­mu­nizm, co było nie­uchron­ne. Nie da się żyć w tym ustro­ju, nie za­sta­na­wia­jąc się nad jego wa­da­mi – licz­ny­mi – i za­le­ta­mi – nie­licz­ny­mi.

– Nie­ła­two jest jed­no­znacz­nie oce­nić ko­mu­nizm. W oczach wie­lu ma same wady. Nie da się za­prze­czyć, że to ustrój opre­syj­ny, w któ­rym lu­dziom żyje się źle. Je­dy­nie nie­licz­na gru­pa apa­rat­czy­ków ma się cał­kiem nie­źle. Jed­nak to nie cała praw­da. W pew­nych ob­sza­rach ten ustrój ma suk­ce­sy.

Zmia­na sto­sun­ków spo­łecz­nych w Pol­sce na­stą­pi­ła w wy­jąt­ko­wo ko­rzyst­nym dla ko­mu­ni­stów okre­sie. Zbrod­nie po­peł­nia­ne przez Trze­cią Rze­szę skoń­czy­ły się za spra­wą Ar­mii Czer­wo­nej. Gdzie dzi­siaj by­li­by­śmy, gdy­by to Trze­cia Rze­sza wy­gra­ła woj­nę? Po­ło­wa Po­la­ków by tego zwy­cię­stwa nie prze­ży­ła. Hi­tler to ja­sno wy­ło­żył w Mein Kampf. Ta prost­sza, nie­wy­kształ­co­na część na­ro­du do­sko­na­le to ro­zu­mia­ła. Nie­ste­ty eli­ty szu­ka­ły wszel­kich wy­krę­tów, byle nie przy­znać, że to wy­sił­ko­wi zbroj­ne­mu ZSRR nasz na­ród za­wdzię­czał prze­trwa­nie. Pol­ska nie jest taka, ja­kiej by­śmy pra­gnę­li, nie­pod­le­gła i bo­ga­ta, ale jest i spo­ra w tym za­słu­ga pol­skich ko­mu­ni­stów, któ­rzy po­tra­fi­li się po­ro­zu­mieć ze Sta­li­nem, co nie było ła­twe ani bez­piecz­ne. Jed­no nie­opatrz­nie wy­po­wie­dzia­ne zda­nie i czło­wiek zni­kał na za­wsze.

We wto­rek pan Teo­fil po­sta­no­wił wy­gło­sić wy­kład na te­mat eko­no­mii ko­mu­ni­zmu. Roz­po­czął od de­kla­ra­cji:

– Obo­wią­zu­je do­gmat, że tyl­ko pań­stwo może być wła­ści­cie­lem za­kła­dów pra­cy, a naj­le­piej jesz­cze zie­mi rol­nej. Ko­mu­ni­ści nie po­tra­fią so­bie z tym pro­ble­mem po­ra­dzić, bo pań­stwo­wa wła­sność środ­ków pro­duk­cji się nie spraw­dza. Wszę­dzie tam, gdzie wła­ści­cie­lem jest pań­stwo, za­kła­dy pro­du­ku­ją wy­ro­by, któ­re znaj­du­ją na­byw­ców tyl­ko dla­te­go, że nasz ry­nek jest za­mknię­ty na kon­ku­ren­cję z Za­cho­du, nie wspo­mi­na­jąc o za­po­ro­wej ce­nie do­la­ra. Wy­star­czy prze­ka­zać taki za­kład oso­bie pry­wat­nej, na­wet do­tych­cza­so­we­mu dy­rek­to­ro­wi, a sta­je się cud. Są licz­ne przy­pad­ki z Ju­go­sła­wii, gdzie czę­ścio­wo spry­wa­ty­zo­wa­no pro­duk­cję. Rów­nież w ZSRR był okres, na­zy­wa­ny NEP, No­wa­ja Eko­no­mi­cze­ska­ja Po­li­ti­ka, kie­dy ze­zwo­lo­no na pry­wat­ną wła­sność. Go­spo­dar­ka z dnia na dzień roz­kwi­tła. Ko­mu­ni­ści po­spiesz­nie za­koń­czy­li ten eks­pe­ry­ment.

– Dla­cze­go? Sko­ro przy­no­sił do­bre re­zul­ta­ty?

– Nie do­my­ślasz się? Wła­śnie dla­te­go! Prze­cież to był nie­pod­wa­żal­ny do­wód, że cała ta szem­ra­na teo­ria o wyż­szo­ści spo­łecz­nej wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji to to­tal­na bzdu­ra. Im nie cho­dzi­ło o to, żeby lu­dziom żyło się le­piej, tyl­ko żeby za­cho­wać wła­dzę.

– Czy nie mo­gli po­zwo­lić na pry­wat­ne fa­bry­ki, nie tra­cąc przy oka­zji wła­dzy?

– Do­bre py­ta­nie. Może nie pró­bo­wa­li? Ten, kto wy­my­śli spo­sób na po­go­dze­nie ka­pi­ta­li­zmu z dyk­ta­tu­rą par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, moim zda­niem osią­gnie suk­ces. To by sta­no­wi­ło w ter­mi­no­lo­gii mark­si­stow­skiej ode­rwa­nie bazy, czy­li wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji, od nad­bu­do­wy, czy­li sys­te­mu mo­no­par­tyj­ne­go. Jak się za­sta­no­wić, to de­mo­kra­cja ozna­cza ogrom­ny ba­ła­gan i mar­no­traw­stwo. Wal­ka po­li­tycz­na po­mię­dzy par­tia­mi jest bez­li­to­sna. Czy mo­nar­chia, czy par­tia ko­mu­ni­stycz­na, nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, je­że­li nie będą się wtrą­cać do go­spo­dar­ki i za­do­wo­lą wła­dzę po­li­tycz­ną. Przez ty­sią­ce lat wszel­kiej ma­ści dyk­ta­to­rom to wy­star­cza­ło, co naj­wy­żej sami się przy oka­zji wzbo­ga­ca­li, aż po­ja­wi­li się ko­mu­ni­ści, za­własz­czy­li go­spo­dar­kę, do­pro­wa­dza­jąc do jej chro­nicz­nej nie­wy­dol­no­ści.

Sa­mot­ność drę­czy­ła pana Teo­fi­la. Nie miał z kim po­roz­ma­wiać. Przed są­sia­da­mi się nie otwie­rał, z oba­wy, że go po­tę­pią. Cen­zu­ra nie była w PRL lu­bia­na. Zresz­tą byli to pro­ści lu­dzie,z któ­ry­mi nie znaj­do­wał wspól­nych te­ma­tów. Tak zwa­na in­te­li­gen­cja pra­cu­ją­ca, kla­sa spo­łecz­na wy­my­ślo­na na po­trze­bę teo­rii, po­zo­sta­wa­ła sto­sun­ko­wo nie­licz­na. Spo­tka­nia to­wa­rzy­skie były wy­da­rze­nia­mi ka­me­ral­ny­mi, w za­mknię­tym gro­nie. Oba­wia­no się do­no­si­ciel­stwa. Wpraw­dzie do­nos nie gro­ził już po­waż­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi, jak w cza­sach sta­li­now­skich, lecz ży­cia z pew­no­ścią nie uła­twiał.

Za­szu­flad­ko­wa­ny jako czło­wiek re­żi­mu były pra­cow­nik cen­zu­ry mógł się spo­dzie­wać, że zna­jo­mi i są­sie­dzi będą go uni­ka­li. Nie na­le­ża­ło ich za to wi­nić. Nie­jed­na ka­rie­ra za­ła­ma­ła się z po­wo­du nie­bacz­nie wy­po­wie­dzia­nych słów. Dla­te­go zna­jo­mość z Mar­kiem była dla pana Teo­fi­la taka cen­na. Za kie­szon­ko­we do­sta­wał drob­ne przy­słu­gi, ale przede wszyst­kim zy­ski­wał part­ne­ra do roz­mów. Mógł przy oka­zji prze­ka­zy­wać Mar­ko­wi swo­ją roz­le­głą wie­dzę. Był mą­drym czło­wie­kiem, któ­re­mu przy­szło żyć w cza­sach ta­kim jak on wy­bit­nie nie­sprzy­ja­ją­cych.

– Świat się zmie­nia na na­szych oczach. Te zmia­ny na­stę­pu­ją co­raz szyb­ciej. Taka jest na­tu­ral­na ko­lej rze­czy. Naj­waż­niej­sze jed­nak, żeby po­now­nie nie po­grą­żył się w ot­chła­ni woj­ny. Prze­ży­łem trzy, na dwóch za­bi­ja­łem i pró­bo­wa­no mnie za­bić. To, że żyję, że mogę z tobą roz­ma­wiać, jest wy­łącz­nie kwe­stią szczę­ścia. Na woj­nie nie ma zna­cze­nia, czyś bo­ha­ter, czy tchórz. O prze­ży­ciu de­cy­du­je śle­py los.

– Skąd może na­dejść trze­cia woj­na świa­to­wa?

– By­li­śmy dwu­krot­nie o krok od woj­ny ato­mo­wej. Pod­czas woj­ny ko­re­ań­skiej i sto­sun­ko­wo nie­daw­no, bo w ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym trze­cim pod­czas kry­zy­su ku­bań­skie­go. Miej­my na­dzie­ję, że taka sy­tu­acja już się nie po­wtó­rzy.

– Kie­dy pan wspo­mniał kry­zys ku­bań­ski, uświa­do­mi­łem so­bie, jak nie­daw­no to się zda­rzy­ło. By­łem dziec­kiem, a śni­ła mi się kil­ka razy woj­na ato­mo­wa. Wi­dzia­łem przez okno grzyb ato­mo­wy wy­ra­sta­ją­cy na ho­ry­zon­cie. To były prze­ra­ża­ją­ce sny.

– Nie by­łeś wy­jąt­kiem, wie­lu mia­ło po­dob­ne sny. Strach to za­raź­li­wa cho­ro­ba, któ­ra prze­no­si się z czło­wie­ka na czło­wie­ka szyb­ciej niż gry­pa.

– Czy na­praw­dę by­li­śmy wte­dy bli­scy za­gła­dy?

– Pod­czas woj­ny ko­re­ań­skiej głów­no­do­wo­dzą­cy woj­ska­mi ame­ry­kań­ski­mi ge­ne­rał McAr­thur do­ma­gał się zrzu­ce­nia bomb ato­mo­wych na chiń­skie mia­sta. Po­mi­ja­jąc aspekt mo­ral­ny zbrod­ni po­peł­nio­nej na mi­lio­nach cy­wi­lów, ta­kie po­stę­po­wa­nie mo­gło do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu woj­ny świa­to­wej, dla­te­go pre­zy­dent Tru­man usu­nął po­zba­wio­ne­go za­sad mo­ral­nych awan­tur­ni­ka ze sta­no­wi­ska.

– A kry­zys ku­bań­ski?

– Też trud­na od­po­wiedź z ga­tun­ku: „Co by było gdy­by?”. Nikt, na­wet uczest­ni­cy tam­tych zda­rzeń, nie od­po­wie jed­no­znacz­nie, co się mo­gło zda­rzyć. Choć było bli­sko. Dia­bel­nie bli­sko. Za­ło­gi okrę­tów ame­ry­kań­skich, któ­re usta­no­wi­ły blo­ka­dę Kuby, i stat­ków ro­syj­skich wio­zą­cych na wy­spę broń ato­mo­wą na­wią­za­ły już kon­takt wzro­ko­wy. Pod­czas kry­zy­su ku­bań­skie­go zda­rze­nia mo­gły się wy­mknąć spod kon­tro­li i eska­lo­wać w dra­ma­tycz­ny spo­sób.

Na ko­la­cję pan Teo­fil po­dał ko­tle­ty scha­bo­we. Praw­dzi­wy ra­ry­tas. Na­wet w tych lep­szych re­stau­ra­cjach pod szyl­dem scha­bo­we­go ser­wo­wa­no ko­tle­ty z ży­la­stej kar­ków­ki. Tak okra­da­no klien­tów. Ma­rek po­dej­rze­wał, że star­szy pan za­opa­tru­je się w mię­so u tak zwa­nej baby, któ­ra przy­wo­zi­ła ze wsi atrak­cyj­neką­skiza­ufa­nym klien­tom. Taki po­kąt­ny han­del był za­ka­za­ny pod karą grzyw­ny. Przed kil­ku laty za nie­le­gal­ny han­del gro­zi­ło wię­zie­nie.

– By­wa­ło cięż­ko – wes­tchnął pan Teo­fil, kie­dy Ma­rek po­chła­niał z ape­ty­tem trze­ci ko­tlet. – Pod ko­niec lat czter­dzie­stych po­ja­wi­li się nad­gor­li­wi pro­sta­cy. Po­ko­le­nie ZMP8. Po­lo­wa­li na tek­sty prze­pusz­cza­ne przez ko­le­gów i sta­ra­li się wy­ka­zać ich po­błaż­li­wość. Po­dej­rza­ną po­błaż­li­wość. Sło­wo „po­dej­rza­ny” ro­bi­ło za­wrot­ną ka­rie­rę. Od po­dej­rza­ne­go do im­pe­ria­li­stycz­ne­go agen­ta wio­dła pro­sta dro­ga. Po­słu­gi­wa­li się wszel­ki­mi me­to­da­mi. To na­wet nie była kwe­stia cza­sów, w ja­kich przy­szło nam żyć. My­ślę, że jest pe­wien typ czło­wie­ka, któ­ry dla wła­snej ko­rzy­ści zro­bi wszyst­ko. Tacy znaj­dą się w każ­dym miej­scu i w każ­dym cza­sie.

Jak pa­ją­ki w pa­ję­czy­nie, czy­ha­li na błę­dy ko­le­gów, żeby ich po­grą­żyć. W jed­nych miej­scach było to trud­niej­sze, w in­nych ła­twiej­sze, jak w cen­zu­rze. W fa­bry­ce jak ktoś wy­ra­biał nor­my, nie wda­wał się w dys­ku­sje po­li­tycz­ne i nie miał wuj­ka w Ame­ry­ce, to mu mo­gli na­gwiz­dać. Naj­nie­bez­piecz­niej było w la­tach czter­dzie­ści dzie­więć do pięć­dzie­siąt trzy. Sta­li­nizm w peł­nym roz­kwi­cie. Wszę­dzie tro­pio­no szpie­gów i zdraj­ców. Było nie­bez­piecz­nie. Przy­szło nam się mie­rzyć z naj­niż­szy­mi in­stynk­ta­mi. Ta­aak… Zda­rza­li się dzien­ni­ka­rze, nie­ma­ło ich było, któ­rzy do­no­si­li na ko­le­gów. Wska­zy­wa­li tek­sty, aka­pi­ty na czer­wo­no z wy­krzyk­ni­ka­mi, że niby cen­zor ce­lo­wo prze­pu­ścił tref­ny tekst. Były do­no­sy, a jak­że. Nie cho­dzi­ło o szko­dli­we tre­ści, lecz o znisz­cze­nie ko­le­gi. Ta­kie ży­cie… Le­piej, że­byś się do­wie­dział ode mnie, bo prze­bu­dze­nie bywa bo­le­sne.

Naj­go­rzej jest, kie­dy ma się do czy­nie­nia ze sło­wem, któ­re moż­na do­wol­nie zin­ter­pre­to­wać. Byli tacy, któ­rzy za­wsze po­tra­fi­li do­wa­lić. Zna­leźć coś nie­po­praw­ne­go. Osią­ga­li w tym mi­strzo­stwo. Na szczę­ście ist­nia­ły za­pi­sy cen­zor­skie, któ­re ogra­ni­cza­ły do­wol­ność in­ge­ren­cji. Co nie było w za­pi­sie, po­zo­sta­wa­ło do­zwo­lo­ne. My je zna­li­śmy, więc trud­no nas było za­ka­po­wać, je­że­li się ich ści­śle trzy­ma­li­śmy. Te za­pi­sy nie­raz mnie ra­to­wa­ły. Jed­nak au­to­rzy ich nie zna­li, to były taj­ne ma­te­ria­ły.

Ja to czy­ta­łem w jego oczach. Jak taki gno­jek ze mną roz­ma­wiał, oczy go zdra­dza­ły. Że szu­ka cze­goś, ja­kie­goś haka, żeby do­nieść. Dziw­nie tak pa­trzył. A ja się ro­bi­łem pryn­cy­pial­ny i grzmia­łem, jak z try­bu­ny. Do­strze­ga­łem wte­dy w tych jego zdra­dziec­kich oczkach roz­cza­ro­wa­nie. Ro­bi­ły się ta­kie małe, jak u pro­sia­ka. Uni­ka­łem roz­mów w czte­ry oczy. Na­wet pry­wat­nych. Kie­dy był świa­dek, nic mi nie gro­zi­ło. Bo ten trze­ci my­ślał ra­cjo­nal­nie: „Jak przy­znam ra­cję szpic­lo­wi, któ­ry zmy­ślił ob­cią­ża­ją­cy tekst, to za­py­ta­ją, dla­cze­go mil­cza­łem? Uzna­ją za współ­win­ne­go. Le­piej się wy­przeć”. I za­prze­cza­li, a do­no­si­ciel od­cho­dził z ni­czym. Pro­sta lo­gi­ka. Kie­dy zo­sta­łem kie­row­ni­kiem, ka­pu­sie mie­li u mnie prze­rą­ba­ne.

Jed­nym z ulu­bio­nych te­ma­tów roz­wa­żań pana Teo­fi­la była Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta – krót­ki, barw­ny okres, gdy prze­ży­wał swo­ją mło­dość.

– Wy­da­je ci się za­pew­ne, że Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta była pań­stwem de­mo­kra­tycz­nym? Nie do koń­ca tak było. Wol­ność mia­ła swo­je gra­ni­ce. Kon­tro­la pra­sy funk­cjo­no­wa­ła w sfe­rze nie­do­po­wie­dzeń, nie­for­mal­nych za­sad na­rzu­ca­nych przez wła­dze i Ko­ściół. Kom­pro­mi­sów za­wie­ra­nych w imię świę­te­go spo­ko­ju. Zda­rza­ły się po­bi­cia nie­wy­god­nych dzien­ni­ka­rzy przez bo­jów­ki par­tyj­ne, a na­wet przez woj­sko­wych. Do kon­fi­skat ca­łych wy­dań ga­zet do­cho­dzi­ło ty­sią­ce razy. I to za­rów­no or­ga­nów PPS, jak i Na­ro­do­wej De­mo­kra­cji. Gdzie tu wol­ność pra­sy, teo­re­tycz­nie gwa­ran­to­wa­na przez kon­sty­tu­cję? Mie­li­śmy do czy­nie­nia z kla­sycz­nym przy­kła­dem ma­gicz­ne­go my­śle­nia. Jak cze­goś nie na­zwie­my, to nie ist­nie­je.

Wa­run­kiem pu­blicz­nej emi­sji fil­mu było uzy­ska­nie w Wy­dzia­le Pra­so­wym MSW tak zwa­nej kar­ty fil­mo­wej. Za ocen­zu­ro­wa­nie fil­mu trze­ba było za­pła­cić. Za­ka­za­ne było wy­świe­tla­nie fil­mów o „tre­ści por­no­gra­ficz­nej i w ogó­le prze­ciw­nych mo­ral­no­ści lub pra­wu”. Bar­dziej bez­tro­sko nie dało się tego ująć. Film mógł być bła­hą ko­me­dyj­ką, ale okre­śle­nia „w ogó­le” i „lub” po­zwa­la­ły w ma­je­sta­cie pra­wa uwa­lić każ­de dzie­ło. Je­śli cen­zo­ro­wi ma­te­riał się nie spodo­bał lub nie pa­so­wał do wy­zna­wa­nych przez nie­go za­sad, film nie tra­fiał na ekra­ny.

Wte­dy wi­dzia­łem to ina­czej. Mo­ich tek­stów nikt nie kon­fi­sko­wał. By­łem mło­dy, do­sta­łem etat w re­dak­cji, mia­łem przed sobą przy­szłość. Im bli­żej woj­ny, tym moje tek­sty były bar­dziej za­an­ga­żo­wa­ne. Pió­ro za­tru­te ja­dem. Wro­gość ła­two jest wzbu­dzić, wy­star­czy nie­wie­le: „Są nam obcy!”, „Chcą nas znisz­czyć!”, „Za­wsze byli na­szy­mi wro­ga­mi!”, „Wy­zy­sku­ją nas”. Po­wie­la­łem te wy­świech­ta­ne slo­ga­ny na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Nie było cen­zu­ry, któ­ra by mnie po­wstrzy­ma­ła. No bo Pol­ska to wol­ny kraj. Po co nam cen­zu­ra? Sami do­sko­na­le wie­my, co jest słusz­ne, więc moż­na bez­kar­nie są­czyć jad czy­tel­ni­kom. Cen­zu­ra nie tyl­ko ogra­ni­cza wol­ność, ale od cza­su do cza­su sta­je się tamą prze­ciw­ko kłam­stwom i oszczer­stwom. Cen­zor nie prze­pu­ści za­tru­te­go ja­dem tek­stu, bo po­tra­fi spoj­rzeć da­lej niż au­tor, do­strzec jego kon­se­kwen­cje.

Więc pi­sa­łem, jak to się te­raz mówi, „po li­nii par­tyj­nej”. Czy­tel­ni­cy czy­ta­li, at­mos­fe­ra gęst­nia­ła. Mó­wiąc wprost, na­ra­sta­ła hi­ste­ria wo­jen­na. Nie twier­dzę, że to było złe, taka wro­gość, bo oni so­bie na nią za­słu­ży­li. Tyl­ko że nam się kon­flikt z nimi po pro­stu nie opła­cał. Nie war­to pro­wo­ko­wać sil­niej­sze­go. Wma­wia­li­śmy ciem­ne­mu lu­do­wi, że mamy wspa­nia­łą ar­mię,nie­za­wod­nych so­jusz­ni­ków, więc z Hi­tle­rem i Sta­li­nem li­czyć się nie mu­si­my, mogą nam na­sko­czyć. Znajdź mi na­ród, któ­ry nie lubi, jak mu się wci­ska ta­kie bred­nie. Ży­dzi mó­wią o so­bie „Na­ród wy­bra­ny”. My tak wpraw­dzie nie mó­wi­my, ale my­śli­my po­dob­nie. Dla­te­go, pa­trząc na te wy­mor­do­wa­ne ro­dzi­ny, do­strze­ga­łem w ich tra­gicz­nym lo­sie rów­nież swo­je winy.

A po­tem zo­sta­łem cen­zo­rem. Żeby prze­żyć, przy­zna­ję, choć szyb­ko po­lu­bi­łem to za­ję­cie. Cen­zu­ra wy­wo­dzi się od rzym­skie­go urzę­du cen­zo­ra, spra­wo­wa­ne­go już pięć­set lat przed na­szą erą. Ci cen­zo­rzy dba­li o do­bre oby­cza­je. Mie­li też inne za­da­nia, jed­nak to dba­łość o po­rzą­dek i mo­ral­ność w ży­ciu pu­blicz­nym za­pi­sa­ła się w hi­sto­rii.

Wia­do­mo, cho­dzi o ko­mu­ni­stycz­ną wła­dzę, temu nikt nie za­prze­czy. Ale czy war­to pro­wo­ko­wać Zwią­zek Ra­dziec­ki? To by­ła­by ko­lej­na re­pe­ty­cja sta­re­go błę­du. Na­stą­pić na od­cisk po­tęż­ne­musą­sia­do­wi i niech się dzie­je co chce, tak? Kto za to za­pła­ci? Na koń­cu zwy­kli lu­dzie. Za­wsze tak było.

No po­wiedz sam, czy roz­sąd­ny czło­wiek tak po­stę­pu­je? Czy Ame­ry­ka­nom i An­gli­kom po­do­ba­ło się to, co ro­bił Sta­lin? A jed­nak od­da­li mu pół Eu­ro­py, bez wal­ki, bo chcie­li unik­nąć woj­ny z ZSRR. Chur­chill, bo to była jego de­cy­zja, na­ło­żył cen­zu­rę na zbrod­nię ka­tyń­ską, żeby nie draż­nić so­jusz­ni­ka. Bry­tyj­czy­ków prze­ko­na­no, że to Niem­cy wy­mor­do­wa­li pol­skich ofi­ce­rów. Zda­rza­ły sięna­wet po­bi­cia Po­la­ków, któ­rzy pu­blicz­nie sprze­ci­wia­li się tej wer­sji.

– Pra­ca w cen­zu­rze jest nie­ustan­ną grą – roz­po­czął ko­lej­ną opo­wieść pan Teo­fil. – Oni, zna­czy au­to­rzy, chcą nas prze­chy­trzyć, więc pró­bu­ją się po­ro­zu­mieć z czy­tel­ni­ka­mi po­nad na­szy­mi gło­wa­mi. Róż­ne alu­zje, któ­rych my rze­ko­mo nie do­strze­ga­my, bo je­ste­śmy tępi, a czy­tel­ni­cy je ro­zu­mie­ją. Jak coś było gru­by­mi nić­mi szy­te, po­ja­wiał się za­pis cen­zor­ski. Zda­rza­ły się bar­dzo in­te­li­gent­ne alu­zje, ta­kich nie war­to było wy­kre­ślać, no bo kto je zro­zu­mie? Tak na­praw­dę to była gra roz­gry­wa­na w czwo­ro­ką­cie. Ta­kie kół­ko gra­nia­ste czte­ro­kan­cia­ste. Był twór­ca, któ­ry pra­gnął, żeby jego tekst prze­szedł bez in­ge­ren­cji cen­zor­skiej, cho­ciaż wie­dział, że wy­kro­czył poza do­zwo­lo­ne gra­ni­ce. Był cen­zor, któ­ry to na ogół wy­ła­py­wał. Na ogół, bo w koń­cu nikt nie jest nie­omyl­ny. Poza tym tak zwa­ne za­pi­sy cen­zor­skie do­syć da­le­ko in­ge­ro­wa­ły w in­ten­cje au­to­rów. Na­le­ża­ło wy­ła­py­wać nie tyl­ko tek­sty w oczy­wi­sty spo­sób wro­gie, ale i ta­kie, któ­re mo­gły­by zo­stać źle ode­bra­ne. Cen­zor mu­siał wy­czu­wać, skąd wie­je wiatr. Dla­te­go wo­lał skre­ślić za dużo niż prze­pu­ścić coś, co się nie spodo­ba temu trze­cie­mu, czy­li wła­dzy. Zda­wał so­bie spra­wę, że tekst prze­czy­ta wie­lu funk­cjo­na­riu­szy, a znaj­dą się wśród nich tacy, któ­rzy wszę­dzie wie­trzą wro­gą dzia­łal­ność, na­wet w baj­kach dla dzie­ci. Na baj­ki też były za­pi­sy i nie­któ­rych nie wol­no było wy­da­wać, żeby się dzie­ciom lis prze­che­ra nie ko­ja­rzył ze Związ­kiem Ra­dziec­kim. No i był wresz­cie ten czwar­ty, rze­ko­mo naj­waż­niej­szy, czy­li od­bior­ca. Oby­wa­tel. Wol­ne żar­ty! W rze­czy­wi­sto­ści on był dla cen­zo­ra nie­istot­ny. Li­czy­ło się zda­nie wła­dzy i au­to­ra. Od­bior­ca: czy­tel­nik, widz, słu­chacz, był nie­my, a i tak swo­je wie­dział.

Pro­pa­gan­da wszyst­ko po­tra­fi prze­wró­cić do góry no­ga­mi. Czy nie le­piej za­po­bie­gać ta­kie­mu za­kła­ma­niu niż z nim wal­czyć na ar­gu­men­ty? Ak­cep­tu­je­my kłam­stwa po­peł­nia­ne przez tych, z któ­ry­mi nam po dro­dze. Wie­lu Po­la­ków ar­gu­men­ty ko­mu­ni­stów, nie­za­leż­nie od tego, jak waż­kie, i tak by od­rzu­ci­ło. Bo to Ru­scy i ko­mu­chy, dla­te­go wszyst­ko, co po­wie­dzą, jest kłam­stwem. Fak­ty się nie li­czą. Na­ród w swo­jej igno­ran­cji po­zo­sta­je ciem­ny, jak przed wie­ka­mi. Na­sza hi­sto­ria to od kil­ku­set lat pa­smo klęsk i upo­ko­rzeń, a my ją wiel­bi­my, jak­by­śmy byli ja­kimś, nie przy­mie­rza­jąc, mo­car­stwem. Pol­ska od mo­rza do mo­rza. Mo­car­stwem, ow­szem, by­li­śmy w szes­na­stym wie­ku, nie­ste­ty nasi an­te­na­ci ten ma­je­stat Rzecz­po­spo­li­tej roz­trwo­ni­li. Ma­gna­te­ria od­po­wia­da­ła za psu­cie pań­stwa, a szlach­ta szła na jej pa­sku. Wy­star­czy się wy­brać do mu­zeum, obej­rzeć por­tre­ty, żeby się prze­ko­nać, jacy oni byli. Wiel­kie brzu­chy i czer­wo­ne od opil­stwa próż­ne gęby.

Ma­rek za­in­te­re­so­wał się dzie­ja­mi Po­mo­rza Za­chod­nie­go.

– Jaka była hi­sto­ria Ziem Za­chod­nich? Czy rze­czy­wi­ście mają sło­wiań­ski ro­do­wód? – Roz­mo­wy z pa­nem Teo­fi­lem na­uczy­ły go scep­ty­cy­zmu.

– Współ­cze­sna hi­sto­ria, ostat­nie kil­ka­dzie­siąt lat, jest przed­mio­tem dys­ku­sji po­li­tycz­nej. Cen­zu­ra in­ter­we­niu­je, kie­dy dys­ku­sja do­ty­ka te­ma­tów, któ­rych od­biór może się oka­zać nie­przy­chyl­ny dla wła­dzy. A hi­sto­ria sprzed kil­ku­set lat? Jak my­ślisz, czy cen­zu­ra in­ter­we­nio­wa­ła w na­ukę hi­sto­rii daw­nych wie­ków?

– Chy­ba nie mu­sia­ła, w koń­cu mie­li­śmywal­kę z na­po­rem ger­mań­skim i ucisk chłop­stwa.

– Rze­czy­wi­ście, in­ge­ren­cja cen­zu­ry w pod­ręcz­ni­ki hi­sto­rii z tego okre­su jest nie­wiel­ka. W su­mie nie­po­trzeb­na, bo hi­sto­rię pol­skiej pań­stwo­wo­ści od Miesz­ka I opi­sa­li naj­wy­bit­niej­si hi­sto­ry­cy w spo­sób zgod­ny z obec­nym sta­nem wie­dzy i nie było tam ni­cze­go, co by się wła­dzy nie spodo­ba­ło. Ko­mu­ni­ści prze­łknę­li gład­ko na­wet Chrzest Pol­ski.

Na­to­miast in­try­gu­ją­ca jest spra­wa hi­sto­rii Sło­wian. Czy wiesz, że nie ist­nie­je czte­ry­sta lat na­szej hi­sto­rii w su­mie naj­waż­niej­szych, bo do­ty­czą­cych po­cząt­ków pań­stwa Pia­stów? Nie wie­my, kie­dy Sło­wia­nie po­ja­wi­li się na na­szych zie­miach. Mie­li tu rze­ko­mo być pięć­set lat przed na­szą erą, jak pró­bu­ją udo­wad­niać usłuż­ni hi­sto­ry­cy, choć to nie­udol­ne fał­szo­wa­nie hi­sto­rii. Wte­dy na­sze zie­mie zaj­mo­wa­li Ger­ma­nie, a do­kład­nie: ple­mio­na ger­mań­skie przy­by­łe ze Skan­dy­na­wii. Sło­wia­nie mo­gli się po­ja­wić naj­wcze­śniej po roku pięć­set pięć­dzie­sią­tym, gdy prze­kro­czy­li Wi­słę. I tu po­ja­wia się cen­zu­ra. Tak być nie może, po woj­nie po­wró­ci­li­śmy na Zie­mie Od­zy­ska­ne, to nasz „sło­wiań­ski ro­do­wód”9! Na­le­ża­ło to po­twier­dzić. Hi­sto­ry­cy nie po­su­nę­li się jed­nak do fa­bry­ko­wa­nia dzie­jów Sło­wian. Dla­te­go na hi­sto­rii nie do­wie­dzia­łeś się ni­cze­go o zda­rze­niach, ja­kie mia­ły miej­sce na tych zie­miach od roku pięć­set­ne­go przed na­szą erą aż do dzie­więć­set czter­dzie­ste­go Anno Do­mi­ni. I to już jest za­słu­ga hi­sto­ry­ków, nie cen­zu­ry. Praw­dę hi­sto­rycz­ną za­stą­pi­ła le­gen­da o Po­pie­lu.

– Czy­li nasi hi­sto­ry­cy na­ło­ży­li so­bie au­to­cen­zu­rę! – obu­rzał się Ma­rek. – Na­uko­wiec nie może tak po­stę­po­wać. Jego obo­wiąz­kiem jest po­szu­ki­wa­nie praw­dy.

– Za­pi­su na ten te­mat nie było, prze­mil­cza­no jed­nak fa­scy­nu­ją­cą hi­sto­rię tych ziem. Wan­da­lo­wie, Bur­gun­do­wie, Goci to ple­mio­na ger­mań­skie, któ­re zaj­mu­ją po­cze­sne miej­sce w hi­sto­rii Eu­ro­py, a na­wet świa­ta. Goci, któ­rzy roz­po­czę­li swo­ją wę­drów­kę po kon­ty­nen­cie od dol­nej Wi­sły, na­je­cha­li i znisz­czy­li Rzym. Za­nim z im­pe­tem wkro­czy­li na kar­ty hi­sto­rii, po­miesz­ki­wa­li na na­szych zie­miach, na wschód od Wi­sły.

– Jak dłu­go zaj­mo­wa­li te te­re­ny? – Te­mat za­fa­scy­no­wał Mar­ka.

– Tego nikt do­kład­nie nie wie, ale dłu­go. Może na­wet kil­ka­set lat. Nie wie­my też, jak się ukła­da­ły ich sto­sun­ki z miej­sco­wą lud­no­ścią, bo ktoś z pew­no­ścią na tych zie­miach za­miesz­ki­wał. Roz­pro­szo­ne osad­nic­two, pry­mi­tyw­na cy­wi­li­za­cja, któ­rą oni so­bie pod­po­rząd­ko­wa­li. To były nie­zwy­kle ży­wot­ne, wo­jow­ni­cze ple­mio­na ger­mań­skie. Od pią­te­go wie­ku przed na­szą erą do pią­te­go wie­ku na­szej ery, przez ty­siąc lat po­kry­wa­ją­cych się z hi­sto­rią Rzy­mu, obec­ność na tych zie­miach ple­mion ger­mań­skich nie pod­le­ga dys­ku­sji. To nie był przy­pa­dek. Ger­ma­nie nie mo­gli się osie­dlić na te­re­nie ce­sar­stwa, któ­re­go gra­nic strze­gły le­gio­ny, a gdzieś się mu­sie­li po­dziać. Z tego okre­su za­cho­wa­ły się licz­ne źró­dła pi­sa­ne. Te ple­mio­na na­ro­bi­ły ta­kie­go za­mie­sza­nia, że nie mo­gło być ina­czej. Za to po­mię­dzy ro­kiem pięć­set­nym a dzie­więć­set­nym ob­szar obec­nej Pol­ski to na ma­pie Eu­ro­py bia­ła pla­ma. Brak ja­kich­kol­wiek po­twier­dzo­nych źró­deł pi­sa­nych.

– Co za wstyd!

– Wstyd? Po­wie­dzieć „wstyd” to mało. Nasz wspa­nia­ły na­ród jako ostat­ni, tak, ostat­ni spo­śród zna­czą­cych na­cji eu­ro­pej­skich, opa­no­wał sztu­kę czy­ta­nia i pi­sa­nia. W od­róż­nie­niu od Su­me­rów i Egip­cjan, któ­rych nikt pi­sma nie uczył, bo sami je wy­my­śli­li i to przed pię­cio­ma ty­sią­ca­mi lat, my je otrzy­ma­li­śmy w da­rze, po­nie­waż pe­wien ce­sarz nie­miec­ki za­ży­czył so­bie, że­by­śmy wresz­cie za­czę­li od­po­wia­dać na jego li­sty.

Ple­mio­na, któ­re za­miesz­ki­wa­ły te zie­mie, nie zna­ły pi­sma, ale też nie na­pa­da­ły na są­sia­dów, któ­rzy daw­no anal­fa­be­ta­mi być prze­sta­li, stąd na­sza o nich nie­wie­dza. Od trzy­na­ste­go wie­ku do ostat­niej woj­ny zie­mie na wschód od Odry, obec­nie na­zy­wa­ne „od­zy­ska­ny­mi”, pod­le­ga­ły zwierzch­nic­twu nie­miec­kie­mu. Nie­licz­ni tu po pol­sku mó­wi­li i nie­licz­ni się za Po­la­ków uwa­ża­li.

Ma­rek od pew­ne­go cza­su zbie­rał się do za­da­nia fun­da­men­tal­ne­go py­ta­nia.

– Pa­nie Teo­fi­lu! Dla­cze­go wy­bu­chła dru­ga woj­na świa­to­wa? Czy to rze­czy­wi­ście było zbrod­ni­cze sza­leń­stwo Hi­tle­ra, czy może za­ist­nia­ły inne, obiek­tyw­ne przy­czy­ny?

– Ta woj­na mia­ła swój po­czą­tek w li­sto­pa­dzie ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­ste­go roku. Wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce tak zwa­ne­go pol­skie­go ko­ry­ta­rza były po­ru­sza­ne na kon­fe­ren­cji po­ko­jo­wej w Wer­sa­lu. Za­de­cy­do­wał je­den z czter­na­stu punk­tów Wil­so­na, w któ­rym pre­zy­dent USA obie­cał Pol­sce nie­pod­le­głość i do­stęp do mo­rza. Ra­cjo­nal­ni po­li­ty­cy ro­zu­mie­li, że ten ko­ry­tarz dzie­lą­cy Niem­cy na dwie czę­ści musi do­pro­wa­dzić do ko­lej­nej woj­ny. Chcąc za­cho­wać jed­ność te­ry­to­rial­ną Nie­miec, pró­bo­wa­no za­tkać nam gębę por­tem w Kłaj­pe­dzie i zie­mia­mi li­tew­ski­mi, że­by­śmy mie­li do­stęp do tego por­tu. Ten da­le­ko­wzrocz­ny plan nie prze­szedł z po­wo­du na­sze­go sprze­ci­wu10.

– Z tego, jak pan tomówi, wy­ni­ka, że trze­ba było brać tę Kłaj­pe­dę z po­ca­ło­wa­niem ręki…

– Zga­dza się. To roz­wią­za­nie mia­ło roz­licz­ne za­le­ty. Przez ko­ry­tarz do­sta­li­śmy do­stęp do mo­rza, nie­ste­ty na tym od­cin­ku wy­brze­ża nie było żad­ne­go por­tu. Gdańsk był Wol­nym Mia­stem, więc Pol­ska zmu­szo­na była wiel­kim kosz­tem wy­bu­do­wać port w Gdy­ni, któ­ry z eko­no­micz­ne­go punk­tu wi­dze­nia nie miał więk­sze­go sen­su. Dwa ry­wa­li­zu­ją­ce ze sobą por­ty po­ło­żo­ne w bez­po­śred­nim są­siedz­twie? A Kłaj­pe­da to duży, do­sko­na­le po­ło­żo­ny port, sko­mu­ni­ko­wa­ny z Ro­sją. Cały tran­zyt z ZSRR był­by nasz. Bo wte­dy Za­to­ka Fiń­ska za­ma­rza­ła w zi­mie. Nie­ste­ty, my wo­le­li­śmy już na po­cząt­ku od­zy­ska­nej cu­dem nie­pod­le­gło­ści skłó­cić się z dwo­ma po­tęż­ny­mi są­sia­da­mi, za­miast z nimi współ­pra­co­wać. Co by nam dali Niem­cy, gdy­by­śmy zre­zy­gno­wa­li z ko­ry­ta­rza i wzię­li w za­mian Kłaj­pe­dę? Wszyst­ko i jesz­cze wię­cej. I być może by na nas nie na­pa­dli dwa­dzie­ścia lat póź­niej.

1 31.12.1925 r. do­szło do taj­ne­go spo­tka­nia Dmow­skie­go z am­ba­sa­do­rem ZSRR Pio­trem Woj­ko­wem. Se­kre­tarz am­ba­sa­dy ZSRR M. Ar­ka­diew ra­por­to­wał: „Je­ste­śmy w stop­niu do­sta­tecz­nym, a może na­wet za moc­no zwią­za­ni z en­de­ka­mi”.

2 Au­tor: Wło­dzi­mierz Wy­soc­ki, tłum.: Woj­ciech Mły­nar­ski.

3 Ar­cy­bi­skup Igna­cy Kra­sic­ki, Mo­na­cho­ma­chia, 1877 r.

4Świa­to­wy Kon­gres In­te­lek­tu­ali­stów w Obro­nie Po­ko­ju – miał on prze­ko­nać świa­to­wą opi­nię pu­blicz­ną, że kra­je ko­mu­ni­stycz­ne sto­ją na stra­ży po­ko­ju.

5 Po­pu­lar­na wro­cław­ska pi­wiar­nia.

6 Po­dob­ne po­glą­dy miał J. Kacz­mar­ski, por. Knia­zia Ja­re­my na­wró­ce­nie.

7 10% grun­tów prze­ję­ły spół­dziel­nie rol­ni­cze, a po­dob­ny are­ał PGR-y. W rę­kach pry­wat­nych po­zo­sta­ło 80% zie­mi. Pol­ska jako je­dy­ny kraj blo­ku wschod­nie­go nie prze­pro­wa­dzi­ła przy­mu­so­wej ko­lek­ty­wi­za­cji.

8 ZMP (Zwią­zek Mło­dzie­ży Pol­skiej) – mło­dzie­żo­wa or­ga­ni­za­cja ko­mu­ni­stycz­na.

9Sło­wiań­ski ro­do­wód – ty­tuł książ­ki Paw­ła Ja­sie­ni­cy.

10 Źró­dło in­for­ma­cji: https://www.jstor.org/sta­ble/20030570

2. 400 MiG-ów

Kwie­cień 1967 – Pa­ryż, am­ba­sa­da Wiel­kiej Bry­ta­nii

Wie­czo­rem za­dzwo­nił te­le­fon. Ro­bert Me­is­sner po­my­ślał, że od pew­ne­go cza­su więk­szość waż­nych zda­rzeń w jego ży­ciu za­czy­na się od te­le­fo­nu. Jesz­cze nie­daw­no ktoś przy­cho­dził, ko­goś spo­ty­kał na uli­cy, w re­stau­ra­cji. Każ­de zda­rze­nie roz­po­czy­na­ło się od kon­tak­tu oso­bi­ste­go. Te­raz ten bez­na­mięt­ny, brzę­czą­cy na­tar­czy­wie te­le­fon. Ba­ke­li­to­wa skrzyn­ka, któ­ra de­cy­du­je o na­szym ży­ciu. Dzwo­nił Mun­go, jego były szef. Pro­sił o pil­ne spo­tka­nie.

Już na nie­go cze­ka­li. Tro­chę pod­sta­rza­ły, siwy Mun­go Sparks, pod­puł­kow­nik MI6 na za­słu­żo­nej eme­ry­tu­rze, i mło­dy, dy­na­micz­ny Mark Strutt, wy­so­kiej ran­gi funk­cjo­na­riusz tej służ­by.

– Nie ma to jak sta­rzy kum­ple. O co tym ra­zem cho­dzi?

– O Pol­skę! – wy­ja­śnił Strutt. – Dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go. Prze­czy­ta­li­śmy twój ra­port z pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go. Nie po­my­li­łeś się! Mi­nę­ło dzie­sięć lat, a Go­muł­ka na­dal u wła­dzy. Ostat­nio coś się jed­nak wy­da­rzy­ło. Od roku je­stem re­zy­den­tem MI6 w War­sza­wie. Nie wcho­dząc w szcze­gó­ły, mamy, a pre­cy­zyj­niej: ja mam, ko­goś w miej­sco­wo­ści Wi­sła. Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pa­ła­cyk, przed woj­ną wa­ka­cyj­na re­zy­den­cja pre­zy­den­ta RP. Do Wi­sły przy­jeż­dża­ją na po­lo­wa­nia i dys­kret­ne ciup­cia­nie czo­ło­wi apa­rat­czy­cy PZPR. Pierw­sze spo­tka­nie od­by­ło się przed trze­ma ty­go­dnia­mi, dru­gie za­le­d­wie ty­dzień temu. Ma­gne­to­fon umie­ści­li­śmy w ra­diu „Tu­ran­dot”, cu­dzie tech­ni­ki PRL. Prze­bieg roz­mów, ich pla­ny to praw­dzi­wa bom­ba po­li­tycz­na. Gru­pa spi­skow­ców pla­nu­je usu­nąć Go­muł­kę. Spo­sób, w jaki chcą to prze­pro­wa­dzić, jest rów­nie szo­ku­ją­cy. Dwu­krot­nie spo­ty­ka­ła się ta sama piąt­ka. Ba­ron PZPR ze Ślą­ska Edward Gie­rek, wi­ce­pre­mier Piotr Ja­ro­sze­wicz, szef MON Woj­ciech Ja­ru­zel­ski, wi­ce­mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych Fran­ci­szek Szlach­cic i, last but not le­ast, gło­wa spi­sku Ju­rij An­dro­pow, od nie­daw­na prze­wod­ni­czą­cy KGB.

– Chce się wy­ka­zać – stwier­dził sar­ka­stycz­nie Ro­bert.

– Bar­dzo chce się wy­ka­zać – zgo­dził się Mun­go. – Pla­nu­ją ku­pić my­śliw­ce MiG-21 za sumę prze­kra­cza­ją­cą rocz­ny eks­port ca­łej go­spo­dar­ki. Czte­ry­sta sa­mo­lo­tów w jed­nej trans­ak­cji!11

– Jesz­cze ża­den kraj nie ku­pił w jed­nej trans­ak­cji bro­ni za kwo­tę prze­kra­cza­ją­cą war­tość rocz­ne­go eks­por­tu. To sa­mo­bój­stwo eko­no­micz­ne. – Mark wy­uczył się lek­cji. – MiG-21 jest no­wo­cze­snym my­śliw­cem12, po­rów­ny­wal­nym do ame­ry­kań­skie­go F-104 lub fran­cu­skie­go Mi­ra­ge III. W pol­skim lot­nic­twie słu­ży za­le­d­wie je­den dy­wi­zjon13, co zro­zu­mia­łe, zwa­żyw­szy na cenę i wy­so­kie kosz­ty eks­plo­ata­cji. F-104 kosz­tu­je mi­lion pięć­set ty­się­cy do­la­rów. Po­la­cy za­pła­cą za MiG-i zbli­żo­ną cenę. W tego typu kon­trak­tach przyj­mu­je się na ogół mnoż­nik zero prze­ci­nek osiem. Ozna­cza to, że ku­pu­jąc sa­mo­lot za pół­to­ra mi­lio­na, trze­ba wy­dać na szko­le­nie pi­lo­tów, urzą­dze­nia na­ziem­ne, re­mon­ty sil­ni­ków po re­sur­sie, czę­ści za­pa­so­we i wszel­kie po­zo­sta­łe kosz­ty do­dat­ko­wo mi­lion dwie­ście ty­się­cy do­la­rów. Je­że­li trans­ak­cja doj­dzie do skut­ku, a naj­praw­do­po­dob­niej doj­dzie, Pol­ska za­pła­ci ZSRR gru­bo po­nad mi­liard do­la­rów. W oce­nie na­szych eks­per­tów ich go­spo­dar­ka tego nie udźwi­gnie. Cały eks­port PRL w ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym szó­stym, we­dług da­nych GUS, pol­skie­go urzę­du sta­ty­stycz­ne­go, wy­niósł dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt mi­lio­nów do­la­rów. Te­raz mo­żesz od­słu­chać ta­śmy.

Każ­de spo­tka­nie trwa­ło oko­ło dwóch go­dzin. Był przy­tło­czo­ny tym, co usły­szał. Pe­wien frag­ment roz­mo­wy szcze­gól­nie go po­ru­szył.

Ju­rij An­dro­powmó­wił:

– Jesz­cze jed­no, to­wa­rzy­szu Gie­rek. Jak wie­cie, Breż­niew zo­stał od­zna­czo­ny wie­lo­ma or­de­ra­mi. Bo­ha­te­ra Związ­ku Ra­dziec­kie­go otrzy­mał dzie­wię­cio­krot­nie. On przy­kła­da wiel­ką wagę do tych od­zna­czeń. Bra­ku­je mu tyl­ko jed­ne­go: Krzy­ża Wiel­kie­go Or­de­ru Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri. Am­ba­sa­dor Ari­stow już kil­ka razy pro­sił Go­muł­kę o ten or­der. A on upar­ty, jak to on. Nie i nie. Bre­dził, że na­ród mu nie wy­ba­czy. Jaki zno­wu na­ród? Nie ro­zu­miem, o co Go­muł­ce z tym Vir­tu­ti cho­dzi. To jak, to­wa­rzy­szu? Mogę dać Breż­nie­wo­wi przy­rze­cze­nie w wa­szym imie­niu?

– Za­pew­nij­cie to­wa­rzy­sza Breż­nie­wa – od­rzekł Gie­rek – że może szy­ko­wać na ga­lo­wym mun­du­rze miej­sce na Vir­tu­ti. Pro­szę tyl­ko, żeby to nie było czwar­te miej­sce w pią­tym rzę­dzie, a ta­kie bar­dziej eks­po­no­wa­ne14.

Nie wie­dział, czy się śmiać, czy pła­kać. Breż­niew, przy­wód­ca nu­kle­ar­ne­go su­per­mo­car­stwa, na wi­dok or­de­ru za­mie­niał się w sro­kę zło­dziej­kę. Oleń­ka Ma­ła­cho­wa, nie­speł­nio­na mi­łość jego ży­cia, opo­wie­dzia­ła mu kie­dyś dow­cip: Ja­kich od­zna­czeń nie ma jesz­cze to­wa­rzysz Breż­niew? Bra­ku­je mu ty­tu­łów: „Mat­ka bo­ha­te­ra” i „Mia­sto bo­ha­ter”.

– No i co o tym są­dzisz? – Wpa­try­wa­li się w nie­go ze sku­pie­niem.

– A więc tak to wy­glą­da. Praw­dzi­wy szok! Nie mam po­ję­cia, w jaki spo­sób Wiel­ka Bry­ta­nia może za­re­ago­wać. Jest mi oczy­wi­ście nie­zmier­nie przy­kro, że w gło­wach czo­ło­wych po­li­ty­ków z mo­jej oj­czy­zny uro­dził się taki po­rą­ba­ny po­mysł. Trud­no jest co­kol­wiek pro­gno­zo­wać, a naj­trud­niej przy­szłość. Mo­że­my je­dy­nie spe­ku­lo­wać, jaki wpływ na losy Pol­ski bę­dzie mia­ło „Sprzy­się­że­nie pię­ciu”.

– Do­sko­na­ły kryp­to­nim – oce­nił Mark.

– Je­że­li do wła­dzy doj­dą lu­dzie, któ­rzy dla jej zdo­by­cia go­to­wi są zruj­no­wać oj­czy­znę, to ja im suk­ce­su nie wró­żę. Z na­gra­nych roz­mów wy­ni­ka, że za­mie­rza­ją się fi­nan­so­wać za­chod­ni­mi kre­dy­ta­mi. Pol­ska nie jest za­dłu­żo­na. Go­muł­ka nie brał kre­dy­tów, bo ro­zu­miał ogra­ni­cze­nia ko­mu­ni­stycz­nej go­spo­dar­ki. A te tę­pa­ki my­ślą, że swo­imi ża­ło­sny­mi bu­bla­mi pod­bi­ją świat.

– Są­dzisz, że nie zdo­ła­ją zmo­der­ni­zo­wać go­spo­dar­ki? – do­cie­kał Mun­go.

– Ha, ha, ha. W pięć­dzie­sią­tym siód­mym ba­wi­łem się w grę wła­sne­go po­my­słu. Jej re­zul­tat po­zwa­la prze­wi­dzieć przy­szłość, przy­naj­mniej w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie. Ła­zi­łem po War­sza­wie i oglą­da­jąc eks­po­no­wa­ne na wy­sta­wach skle­po­wych to­wa­ry, za­da­wa­łem so­bie dzie­cin­ne py­ta­nie: Mo­żesz mieć wszyst­ko, co tu jest, za dar­mo. Może przy­da się w domu albo na pre­zent? Spró­buj­cie zgad­nąć: co chcia­łem do­stać za dar­mo?

Nie mie­li po­ję­cia.

– Sło­ik mio­du i bu­tel­kę wód­ki!

Ryk­nę­li zdro­wym śmie­chem.

– By­łem nie­daw­no w War­sza­wie. Od pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go nie­wie­le się zmie­ni­ło. Jak te pa­lan­ty, Gie­rek i spół­ka, za­mie­rza­ją spła­cać za­cią­gnię­te kre­dy­ty? Prze­cież oni na­wet pa­pie­ru to­a­le­to­we­go nie po­tra­fią wy­pro­du­ko­wać. Mark zna te­mat, ale gdy­bym cię za­py­tał, Mun­go, co to jest, po­wie­dział­byś, że drob­no­ziar­ni­sty pa­pier ścier­ny.

– Jaki z tego wnio­sek?

– Ko­mu­ni­ści mają dupy nie do zdar­cia!

Kie­dy prze­sta­li się śmiać, mógł do­koń­czyć wy­wód.

– Nie wie­my, czy z tego pla­nu co­kol­wiek wy­nik­nie. Wiel­ka Bry­ta­nia nie może za wie­le zdzia­łać. Naj­wy­żej nie po­ży­czać. Po­ja­wia się na­wet moż­li­wość, że w per­spek­ty­wie kil­ku, kil­ku­na­stu lat Pol­ska sta­nie się nie­wy­pła­cal­na, co może przy­nieść nie­prze­wi­dzia­ne kon­se­kwen­cje.

11 Taka trans­ak­cja mia­ła miej­sce. Źró­dło: https://pl.wi­ki­pe­dia.org/wiki/MiG-21

12 Pręd­kość max: MiG-21 – 2,05 M. F16, pol­ski my­śli­wiec z 2025 r. – 2,02 M. Pol­ska za­ku­pi­ła w 2003 r. czter­dzie­ści osiem ta­kich sa­mo­lo­tów.

13 Dy­wi­zjon li­czył dwa­na­ście sa­mo­lo­tów, pułk lot­ni­czy – trzy­dzie­ści sześć.

14 Or­der wrę­czo­no Breż­nie­wo­wi pod­czas jego wi­zy­ty w Pol­sce w lip­cu 1974 r. Żeby za­spo­ko­ić wy­bu­ja­łe ego gen­se­ka, przy­zna­no mu tak­że ty­tuł „Ho­no­ro­wy gór­nik PRL”.

3. Po drugiej stronie lustra

8 sierp­nia 1967

W Par­ku Ka­spro­wi­cza roz­pi­li po ja­bo­lu. Mu­sie­li od­pu­ścić za­ta­cza­ją­ce­go się urzę­da­sa w zmię­tym i obrzy­ga­nym gar­ni­tur­ku, bo w oko­li­cy po­ja­wił się pa­trol mi­li­cji. Roz­glą­da­li się, kogo by tu ob­ro­bić, ale nikt się nie na­pa­to­czył. Było już za póź­no. Szcze­ci­nia­nie po zmro­ku sta­ra­li się omi­jać ten roz­le­gły park. A przy­naj­mniej jego naj­bar­dziej za­pusz­czo­ne oko­li­ce. Je­dy­nie sła­bo oświe­tlo­na żuż­lo­wa dro­ga na za­ple­czu Kon­su­la­tu ZSRR i Szpi­ta­la MSW była o tej po­rze uczęsz­cza­na. Sta­no­wi­ła uży­tecz­ny skrót, z któ­re­go ko­rzy­sta­ło wie­lu spóź­nio­nych prze­chod­niów, chcą­cych za­osz­czę­dzić kil­ka mi­nut na tra­sie do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go na Ro­ose­vel­ta.

Pa­tron tej uli­cy zwią­za­ny był z hi­sto­rią mia­sta. W Jał­cie uzgod­nił ze Sta­li­nem nowy po­dział Eu­ro­py. Gdy­by się ści­śle trzy­mać usta­leń, le­żą­cy na za­chod­nim brze­gu Odry Szcze­cin po­wi­nien przy­paść Niem­com. Sta­lin wy­wal­czył jed­nak ten waż­ny port dla Pol­ski. Ro­ose­velt w Jał­cie stał już nad gro­bem i spra­wy do­cze­sne go nie zaj­mo­wa­ły. Tu, gdzie Ro­ose­vel­ta się za­czy­na­ła, dwa­dzie­ścia lat po woj­nie na­dal była wy­ło­żo­na ko­ci­mi łba­mi, na któ­rych sa­mo­cho­dy ła­ma­ły re­so­ry, a ka­mie­ni­ce wy­glą­da­ły na dwa­dzie­ścia lat star­sze niż przed dwu­dzie­stu laty. Oko­li­ca spra­wia­ła przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Nie­bu­sze­wo było przed woj­ną dziel­ni­cą ro­bot­ni­czą po­ło­żo­ną w są­siedz­twie stocz­ni. Mo­gła ist­nieć inna, prze­wrot­na przy­czy­na ta­kie­go wy­bo­ru pa­tro­na. Po le­wej stro­nie tej uli­cy cią­gnę­ło się ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi mo­rze gru­zów. Ame­ry­kań­skie bom­bow­ce zrów­na­ły z zie­mią stocz­nię i nie­ja­ko przy oka­zji więk­szą część dziel­ni­cy miesz­kal­nej. Na ob­sza­rze kil­ku ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych nie ostał się ża­den bu­dy­nek. Ty­sią­ce lu­dzi zo­sta­ło po­grze­ba­nych pod tym ru­mo­wi­skiem.

Ci trzej, do­brze już wy­pi­ci, nad ta­ki­mi spra­wa­mi się nie za­sta­na­wia­li. Ich za­in­te­re­so­wa­nia ogra­ni­cza­ły się do go­rza­ły, dup i roz­ró­by. Wte­dy na­pa­to­czył się ten chło­pak. Sam się pro­sił, żeby go sfle­ko­wać.

Tego dnia Ma­rek Star­ski wra­cał do domu póź­niej niż zwy­kle. Za­sie­dział się u ko­le­gi, któ­ry miał ład­ną, nie­ste­ty star­szą sio­strę – ró­wie­śnik młod­sze­go bra­ta nie miał u niej szan­sy. Szedł przez Gór­neNie­bu­sze­wo, nie­bez­piecz­ną dziel­ni­cę,w któ­rej nie­ustan­nie do­cho­dzi­ło do chu­li­gań­skich wy­bry­ków. Nie­licz­ni prze­chod­nie prze­my­ka­li uli­ca­mi chył­kiem, bo­jaź­li­wie, jak­by za­wsty­dze­ni. Był już bli­sko ru­chliw­szej i bez­piecz­niej­szej Ro­ose­vel­ta, kie­dy po­ja­wi­li się ci trzej. Za­ta­cza­jąc się, szli całą sze­ro­ko­ścią chod­ni­ka. W sła­bym świe­tle la­tar­ni nie wi­dział ich za do­brze. W pierw­szym od­ru­chu chciał za­wró­cić i uciec, za­wsty­dził się jed­nak. Zszedł na jezd­nię, mi­nął ich i ode­tchnął z ulgą. Wte­dy po­czuł ude­rze­nie w tył gło­wy, któ­re go oszo­ło­mi­ło.

Czło­wiek nie tyl­ko mózg ma nie­zwy­kły. Choć po­zor­nie kru­chej kon­struk­cji, jest nie­zwy­kle od­por­ny. Wy­trzy­ma na­praw­dę wie­le. Z dru­giej stro­ny cza­sa­mi wy­star­czy nie­for­tun­ny cios w skroń, ude­rze­nie gło­wą o bruk, żeby za­bić. Za­nim zdą­żył upaść, kil­ku­krot­nie ude­rza­li go pię­ścia­mi. Oszo­ło­mio­ny, nie bro­nił się.

– Pod ob­cas go! – za­wy­li dzi­ko, ko­piąc po ca­łym cie­le.

Kie­dy znie­ru­cho­miał, do­tar­ło do nich, że nie od­dy­cha. Pi­jac­ką eu­fo­rię za­stą­pił strach. Na­gle wy­trzeź­wie­li. Chcąc się otrzą­snąć z prze­ra­że­nia, za­czę­li od­gry­wać twar­dzie­li. Prze­rwa­li ra­bo­wa­nie wszyst­kie­go, co da­wa­ło się opy­lić, i ode­szli. Chcie­li jak naj­szyb­ciej uciec z miej­sca zbrod­ni, ale żeby nie wyjść na cy­ko­rów, tyl­ko przy­spie­szy­li kro­ku. Pi­jac­kie wul­gar­ne prze­chwał­ki usta­ły w pół zda­nia.

Przy le­żą­cym bez ży­cia chłop­cu po­ja­wi­ła się zni­kąd ko­bie­ta spo­wi­ta w dłu­gi, czar­ny płaszcz. Jej twarz za­kry­wał czar­ny we­lon. Sta­nę­ła nad nim i sze­ro­kim ru­chem za­rzu­ci­ła ca­łun na nie­ru­cho­me cia­ło. Nie zdo­ła­ła go za­kryć cał­ko­wi­cie. Dra­po­wa­ła ręką tka­ni­nę, prze­cią­ga­jąc to tu, to tam. Są­czy­ła sło­wa ci­chym, ko­ją­cym gło­sem.

– Oszczędź so­bie bólu i cier­pie­nia, bo tym bę­dzie two­ja dro­ga na tym pa­do­le łez. Jaki ma sens szar­pa­nie się z ży­ciem, je­że­li śmierć jest nie­uchron­na? Zre­zy­gnuj. Nie mu­sisz nic ro­bić, wy­star­czy, je­śli prze­sta­niesz się opie­rać.

Mia­ła go w swo­ich ob­ję­ciach. Czu­ła, jak bi­cie ser­ca zwal­nia, czu­ła, że się jej nie wy­rwie.

W oknie pierw­sze­go pię­tra po­ka­za­ła się zwa­bio­na ha­ła­sem star­sza pani. W ręku trzy­ma­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu. Na po­łą­cze­nie z po­go­to­wiem cze­ka­ło się go­dzi­na­mi, ale i tak nie mia­ła nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Mło­dy czło­wiek le­żą­cy na uli­cy nie po­ru­szał się, a ona była re­li­gij­na. Nie mo­gła po­peł­nić grze­chu za­nie­cha­nia, przy­czy­nia­jąc się do jego śmier­ci. Nie­ocze­ki­wa­nie w słu­chaw­ce roz­legł się ostry, prze­pa­lo­ny pa­pie­ro­sa­mi ko­bie­cy głos.

– Po­go­to­wie. Słu­cham!

Peł­nią­ca tego dnia dy­żur ko­bie­ta mia­ła czter­dzie­ści pięć lat, choć wy­glą­da­ła na wię­cej, męża al­ko­ho­li­ka, co było w tam­tych la­tach bar­dziej re­gu­łą niż wy­jąt­kiem, i dwo­je dzie­ci. Star­sza cór­ka cho­ro­wa­ła na cu­krzy­cę. Była zmę­czo­na ży­ciem, nie­na­wi­dzi­ła swo­jej wy­czer­pu­ją­cej fi­zycz­nie, a przede wszyst­kim psy­chicz­nie pra­cy i chcia­ła jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć dy­żur. Cze­ka­ło ją jesz­cze sta­nie w ko­lej­ce, je­że­li chcia­ła coś ku­pić na skrom­ny po­si­łek. Zo­sta­ło pół go­dzi­ny uże­ra­nia się z awan­tu­ru­ją­cy­mi się pi­ja­ka­mi i pła­czą­cy­mi ko­bie­ta­mi.

– Na chod­ni­ku leży męż­czy­zna. Nie ru­sza się. Przed chwi­lą go po­bi­li, ob­ra­bo­wa­li i ucie­kli. Wi­dzia­łam wszyst­ko przez okno.

– Na­zwi­sko i ad­res.

– Uli­ca Dłu­go­sza dwa, przy pie­kar­ni… Po co wam na­zwi­sko?… Prze­cież mó­wię! On się nie ru­sza.

Ko­bie­ta nie mia­ła do­tąd kon­tak­tu z po­go­to­wiem. Jak więk­szość Po­la­ków pa­nicz­nie bała się po­da­wa­nia na­zwi­ska, co za­zwy­czaj ozna­cza­ło kło­po­ty. Odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma, któ­ra tro­skli­wie za­opie­ko­wa­ła się Mar­kiem, z uśmie­chem trium­fu po­wró­ci­ła do okry­wa­nia płasz­czem nie­ru­cho­me­go cia­ła.

– Dzie­siąt­ka, zgłoś się. – Dys­po­zy­tor­ka we­zwa­ła je­dy­ną ka­ret­kę, któ­ra była na in­ter­wen­cji w tej dziel­ni­cy.

– Dzie­siąt­ka zgła­sza się.

– Gdzie je­steś, złot­ko?

– Do­jeż­dżam do szpi­ta­la MSW, będę za pięć mi­nut. Wio­zę pa­cjen­ta ze zła­ma­ną nogą.

– Ada­siu, zrób coś dla mnie. Mie­li­śmy ano­ni­mo­we zgło­sze­nie na Dłu­go­sza. Po­bi­ty męż­czy­zna leży na uli­cy, przy pie­kar­ni. Star­sza pani, któ­ra to zgło­si­ła, spra­wia­ła wra­że­nie wia­ry­god­nej. Mo­żesz tam­tę­dy prze­je­chać?

– Zro­bię to, spe­cjal­nie dla cie­bie, Bo­żen­ko, ale to na pew­no ko­lej­ny pi­jak.

Przez nie­zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści po­go­to­wie do­tar­ło na miej­sce se­kun­dy po ostat­nim ude­rze­niu ser­ca.

– Od­zy­skał od­dech. Mamy go z po­wro­tem!

Pie­lę­gniarz, stu­dent ostat­nie­go roku me­dy­cy­ny, zmę­czo­ny wie­lo­go­dzin­nym dy­żu­rem i wy­sił­kiem re­ani­ma­cji, po­czuł nie­zwy­kły przy­pływ ener­gii. Za­wsze tak było, kie­dy ra­to­wał czy­jeś ży­cie. Dla­te­go zde­cy­do­wał, że zo­sta­nie le­ka­rzem, a po mę­czą­cych za­ję­ciach brał dy­żu­ry w po­go­to­wiu.

– Ga­zem do szpi­ta­la. Po­trzeb­na na­tych­mia­sto­wa ope­ra­cja.