Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nina spędza lato w Zachełmiu, gdzie odpoczynek częściowo łączy ze służbowym zleceniem. W to samo miejsce wybiera się Rafał – agent nieruchomości z Trójmiasta, który również zjawia się w celach biznesowych. Oboje wpadają sobie w oko niemal na samym początku pobytu, który mężczyzna od razu decyduje się przedłużyć. Razem z Niną otwarcie myślą jedynie o wakacyjnym romansie, ale wszystko się zmienia, gdy tych dwoje znacznie się do siebie zbliża. I to wcale nie fizycznie. Dodatkowo Rafał szybko zaprzyjaźnia się z gospodarzami oraz ich bliskimi i porzuca swoje plany dotyczące kupna ośrodka. Samotny dotąd mężczyzna odnajduje wśród nowo poznanych nie tylko miłość, ale też przyjaciół.
Niestety pewnego dnia na jaw wychodzą fakty, które burzą spokój całego towarzystwa.
Czy kochająca się rodzina poradzi sobie z tymi rewolucjami?
Jak wpłyną one na głęboką, choć wyjątkowo świeżą relację Niny i Rafała?
Trzeci tom Zakochanych bez pamięci to niezwykła podróż do Zakątka Zachełmie, w którym pokochasz nowych bohaterów, ale też spotkasz się z tymi, których dobrze już znasz z poprzednich części. Gwarantujemy, że połączenie ich temperamentów zapewni Ci emocjonalną jazdę bez trzymanki!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 312
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W swoim stadzie
Zakochani bez pamięci, tom III
© Monika Malita-Bekier, Natalia Waszak-Jurgiel, 2026
© Wydawnictwo Od Siedmiu Boleści, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.
Redakcja: Agnieszka Michalik
Korekta: Monika Malita-Bekier
Okładka: Katarzyna Zawalich
Projekt i skład: Kachna Kraśnianka · krainyl.pl
Projekt rysunku: Anna Skonieczna
ISBN książki: 9788398041119
Wydanie I
Wydawnictwo Od Siedmiu Boleści
Dobra, 2026
IG: wydawnictwo.od.7.bolesci
IG: pisarki.od.7.bolesci
IG: mmbekier
IG: podpisano_waszakjurgiel
od7bolesci.pl
Wyrażamy zgodę na udostępnianie zdjęcia okładki książki w internecie.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń i postaci jest przypadkowe. Oprócz Czereśniowego Domu, który istnieje naprawdę ;)
Tak zaczęła się wakacyjna przygoda
On był jeszcze młody i ona była młoda
— Agnieszka, Łzy
– Cholera, Nina, ty uparta, wredna suko!
Na dźwięk tej obelgi moje drzewo zatrzęsło gałęziami. Nie utrzymuję równowagi i wypierdalam się na matę jak ostatnia sierota. Na szczęście rozłożyłam ją na trawie, więc lądowanie jest dość bezpieczne, ale wciąż bolesne.
– Kurwa… – jęczę pod nosem.
Rozglądam się z nadzieją, że nikt tego nie widział. Nie dostrzegam żywej duszy, nawet źródła obelgi.
Leżąc na plecach, tak sobie myślę, że w sumie z tego poziomu raczej ciężko będzie się ponownie wyrżnąć, więc podciągam kolana pod brodę, obejmuję je rękoma i zaczynam się lekko bujać. Podobno w tej pozycji rozluźnia się dolną partię pleców, ale tak naprawdę chciałam się po prostu przytulić. Wciąż nie zauważam absolutnie nikogo w pobliżu i przychodzi mi do głowy, że może to moja podświadomość mnie zwyzywała. Wpatrzona w czyste, błękitne niebo rześkiego letniego poranka tulę się na pocieszenie.
Nagle, bez ostrzeżenia, dopada do mnie jakiś psiak i zaczyna lizać po twarzy. Obracam się na bok, starając osłonić dłońmi twarz i szyję, ale to stworzenie nie daje za wygraną. Chyba mu smakuję.
– Fujka… – mruczę pod nosem. – Weź, idź stąd.
Próbuję wstać i jakoś odgonić to napalone zwierzę, ale znów słyszę ten głos:
– Nina, zostaw! Nie dotykaj!
To jeszcze bardziej podnosi mi ciśnienie. No kogoś tu chyba nieźle pojebało…
Chcę się podnieść, ale pies wchodzi na moją klatkę piersiową i zatapia jedną łapę w moim cycku, naciskając bezpośrednio na sutek.
– Fuck… – burczę do siebie i do psa. – No weź się…
Znowu staram się go odgonić. Nigdy jednak nie miałam zwierzęcia. Nie wiem, jak z nimi postępować. Mogę mieć tylko nadzieję, że mnie nie ujebie. Tymczasem ten niski i, jak na takie obelgi, całkiem przyjemny głos nadal swoje:
– Ninka! Ja pierdolę… Ty durna, nieposłuszna suko!
– Co, kurwa?! – Nie wytrzymuję. Odsuwam od siebie psa, przewracam się i próbuję wstać. – Sam jesteś nieposłuszną suką! – wrzeszczę w kierunku głosu, którego właściciel jest już niemal obok mnie.
Staje przede mną jak wryty, kiedy w końcu udaje mi się złapać pion. Pies wciąż na mnie skacze, a ten głos, który, jak na złość, należy do jakiejś, kurwa, krzyżówki modela z siatkarzem i drwalem, i prezenterem radiowym, i aktorem Hollywood, i pewnie też porno, pyta zdziwiony:
– Słucham?
Jak zwykle. Jak śliczny, to oczywiście durny.
– To ja słucham! Co to ma być, do cholery?!
– Yyy… no przepraszam – duka palant – zwiała mi po prostu i nie powinna na ciebie skakać, ale to chyba nie powód, żeby mnie od razu obrażać?
Ja jego obrażam?! Zagotowana chcę mu już nawtykać, kiedy facet rzuca do psa:
– Nina, noga! Kurwa mać!
– Nina?! – pytam zdumiona, a pies zatrzymuje się i bez ruchu na mnie gapi. – Nina? – powtarzam, patrząc na ślicznego idiotę.
– No Nina – przyznaje, jakby to było oczywiste. – Przecież ją wołam od jakichś trzech minut.
Przewracam oczami. Wzdycham i postanawiam być ponad to wszystko. Wyciągam dłoń w jego stronę.
– Nina – przedstawiam się uprzejmie.
Facet wytrzeszcza oczy i zaczyna się śmiać. Kręcąc głową, mówi:
– Dzięki Bogu, bo już się bałem, że wariatka. – Uśmiecha się głupkowato i podaje mi swoją dłoń. – Rafał.
Mina mi rzednie. Nie dalej jak wczoraj Dominik z Dominiką żartowali sobie, że do ośrodka przyjechał po południu nowy gość, Rafał, który, mają nadzieję, zostanie na dłużej, bo brakuje drugiego Rafała. Matylda dodała, że Nina także jest tylko jedna, na co odpowiedziałam od razu, że Matylda też, ale dowiedziałam się, że to imię siostry jej Rafała.
Dobra, nieważne. To jest wszystko tak porąbane, że nawet mi się tłumaczyć nie chce.
Spoglądam to na niego, to na psa. Nasze dłonie z jakiegoś powodu wciąż są złączone, a z moich ust mimowolnie wydobywa się ciche:
– Dom wariatów, kurwa…
– Czyli jednak wariatka? – żartuje Rafał.
Wzruszam ramionami.
– Jak wszyscy tutaj. Jeśli przyjechałeś na dłużej, to nastaw się odpowiednio.
Nie napalam się na faceta mojej siostry, ale kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, pomyślałam, że ma naprawdę fajną szczękę. Wiem, pojebane, ale co zrobię? Z kolei jego brat ma przyciągające uwagę oczy. A ten tutaj to jak wygrana na loterii, bo wygląda jak ich krzyżówka, przy czym jego oczy zajmują mnie jeszcze bardziej.
– Czuję się zaintrygowany – przerywa moje rozmarzenia, uśmiechając się uroczo.
Puszczam w końcu jego dłoń i od razu tego żałuję. Była taka… miła w dotyku.
– Przepraszam za nią. – Wskazuje na sukę, która biega między naszymi nogami. – Mam ją od niedawna i dopiero się poznajemy… Ale właśnie udało mi się zdobyć na jej temat nową informację. Najwyraźniej tak jak ja ma słabość do pięknych kobiet.
Robi mi się gorąco. Kurwa, przyjechałam tu na odwyk… Ale przecież mówi się, że klin klinem, no nie?
– Jesteś tu gościem? – upewniam się.
– Tak – przyznaje. – A ty nie?
– Ja? Yyy… No też. Trochę. Tak jakby.
Śmieje się ze mnie.
– Czyli co? – dopytuje.
– Jestem gościem, ale bardziej gościem gospodarzy. Tak, wiesz… Powiedzmy, prywatnie – tłumaczę. Przynajmniej tak mi się wydaje.
– Rodzina?
– Najprawdopodobniej. W przyszłości. Siostra już namierzyła suknię ślubną, więc teraz pewnie nie odpuści – żartuję.
– Ach, okej. – Kiwa głową. – Czyli jesteś siostrą właścicielki? – Pytając, wskazuje ręką ośrodek.
Wpatruje się we mnie tak przenikliwie, że kolana mi miękną. Zastanawiam się, jak długo będę musiała zgrywać przy nim niezainteresowaną twardzielkę.
– Nie – odpowiadam lakonicznie, ale szczerze, i zadaję własne pytanie: – A na długo przyjechałeś?
– Na kilka dni. Ale wczoraj właściciel mówił, że zwolniła im się rezerwacja na ten domek, który wynajmuję, i zachęcał, żebym został dłużej, jeśli mi się spodoba. A że już mi się bardzo podoba – mimowolnie szeroko się uśmiecham – to chyba mu powiem, że może faktycznie zostanę trochę dłużej.
Patrząc na tę piękną kobietę, która stoi przede mną, myślę sobie, że to mogą być naprawdę dobre wakacje. Może uda mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? Właściwie mam ochotę na wakacyjny romans.
– A ty? – dopytuję, bo Nina tylko wpatruje się we mnie nieodgadnionym wzrokiem.
– Ja jestem tak jakby w pracy, więc mam po prostu nadzieję, że wyrobię się w miesiąc, bo tak się zadeklarowałam. Chociaż wydaje mi się, że mnie nie wygonią, jeśli będę chciała zostać dłużej.
– O, a czym się zajmujesz? – pytam, nie kryjąc zainteresowania.
Przypinam wreszcie psa do smyczy i próbuję przejąć nad nim kontrolę, ale średnio mi to wychodzi. Nina, ta mniejsza i znacznie bardziej włochata, ma dopiero dwa lata. Przygarnąłem ją od kumpeli po tym, jak jej dziecko dostało silnej alergii na psią sierść. Stwierdziłem, że przyda mi się pretekst do częstych spacerów, a także towarzystwo do siedzenia w czterech ścianach i przy porannym joggingu. A że Nina, jako doskonała przedstawicielka swojej rasy, którą jest border collie, uwielbia biegać, sprawdza się do tego idealnie. Kocha to aż tak bardzo, że dość często korzysta z okazji i mi ucieka. Mimo to nie żałuję, że zdecydowałem się ją wziąć. Tyle że… oboje potrzebujemy czasu. Ten wspólny wypad w góry to najlepsza okazja, by się dotrzeć, choć początkowo wcale nie chciałem tu przyjeżdżać.
Nagle słyszymy głośne:
– Nina, śniadanie!
Moja Nina rwie się od razu w kierunku przywołującego głosu, ale ją przytrzymuję. Nina, ta śliczniejsza, parska tylko i mówi:
– Unikaniem siostry, ale to chyba nie takie proste.
Uśmiecha się tak zabójczo, że aż… ach. Przydałby mi się zimny prysznic.
Dziewczyna zabiera swoją matę, odwraca się i odchodzi, a ja odprowadzam ją wzrokiem. Nina też. Nadal próbuje się przy tym do niej wyrwać.
Kucam, a pies zaczyna lizać mnie po twarzy. Odganiam się od niej i głaszczę ją czule po sierści.
– No, mała. Twoja imienniczka chyba spodobała nam się tak samo mocno.
Nina skacze tak, że niemal mnie przewraca. Śmieję się, a po chwili wstaję i w końcu zbieram na jogging, na który mieliśmy się wybrać.
Zanim wychodzimy z posesji, dostrzegam właściciela.
– Panie Mikołaju! Dzień dobry. – Zwracam na siebie jego uwagę.
Mężczyzna się zatrzymuje.
– O, dzień dobry, panie Rafale – wita się uprzejmie. – Mam nadzieję, że pierwsza noc przebiegła spokojnie i że się panu u nas podoba.
Podchodzę do niego i stając naprzeciwko, mówię:
– Tak, tak. Ja właśnie w tej sprawie.
– Tak? – Mruży oczy.
– Wspominał pan, że ten domek – wskazuję na moje tymczasowe lokum – jest dłużej wolny. Chyba rzeczywiście przedłużę swój pobyt, jeśli to nie problem. Trochę odpocznę, a potem popracuję zdalnie. W tych warunkach to będzie sama przyjemność.
Mówię szczerze. Teraz rozumiem matkę. Już pomijając nowo poznaną Ninę, tu jest naprawdę pięknie, spokojnie i jakoś tak… inaczej. Nie dość, że widoki są równie atrakcyjne jak lokalizacja, to jeszcze energia tego miejsca jest taka pozytywna. Chociaż brzmi to strasznie dziwacznie, czuję się tu po prostu nadspodziewanie dobrze.
– Jasne. Żaden problem. Od razu zmienię dostępność. – Gospodarz wyjmuje telefon z kieszeni i coś na nim robi. – Na jak długo? – Podnosi na mnie wzrok.
– A jak długo jest wolny?
– Do końca miesiąca.
Zastanawiam się chwilę.
– To proszę zarezerwować na cały ten okres.
Facet unosi brew i kącik ust, ale nie komentuje tego w żaden sposób. Tylko potakuje skinieniem głowy, dalej klikając coś na telefonie.
– Gotowe – informuje mnie.
– Super, bardzo panu dziękuję. Ile mam dopłacić?
– Mikołaj. – Podaje mi prawą dłoń. – Skoro mamy spędzić tu razem tyle czasu, to mówmy sobie może po imieniu, co?
– Chętnie. – Uśmiecham się i odwzajemniam uścisk. – Rafał. A to Nina. – Wskazuję na psa, a mój rozmówca parska śmiechem.
Zaczyna głaskać sukę, po czym stwierdza, że rozliczymy się później.
– Naprawdę fajnie tu u was – przyznaję, rozglądając się po okolicy. – Ale jest chyba jeszcze trochę pracy, co?
Wskazuję budynek, który właśnie powstaje na skraju działki. Kilka innych szczegółów też trzeba jeszcze ogarnąć, żeby było idealnie. Choćby porządne ogrodzenie i podjazd, który jest w trakcie brukowania.
– Noo… – Mikołaj drapie się po głowie. – To ciągła inwestycja. Można powiedzieć, że taka skarbonka bez dna, ale mimo wszystko warto było.
– Od dawna to prowadzicie z żoną?
– Narzeczoną – poprawia mnie z uśmiechem. – Trochę ponad rok. Jak to kupiłem, te domki przypominały rudery. Właściwie to głównie dzięki Dominice i pomocy rodziny udało się wszystko ogarnąć.
– Ale chyba nieźle się kręci, co? – dopytuję z uznaniem. Jeśli jest tak, jak mówi, to rzeczywiście wykonali kawał dobrej roboty.
– Nie narzekamy. Ale pracy jest mnóstwo.
– Jasne, jasne. To nie zatrzymuję. – Uśmiecham się.
– Fajnie, że zostaniecie dłużej – rzuca jeszcze Mikołaj. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy z tego, jak tu pasujesz. – Śmieje się, a ja nie komentuję tych słów.
Odwracam się, kręcąc głową bez zrozumienia tego rozbawienia, i idę wreszcie z psem pobiegać.
Uwaga, teraz będzie trudne, ale musimy przez to przebrnąć.
Moja siostra, Rita, związała się z Dominikiem i oboje mieszkają w Poznaniu. Brat Dominika, Mikołaj, i jego narzeczona, Dominika, są właścicielami Zakątka Zachełmie, w którym się obecnie znajdujemy. Jest tu także córka Mikołaja, Matylda, z narzeczonym Rafałem i niespełna roczną córeczką, Ritą. Oni na co dzień mieszkają we Wrocławiu. Nasz młodszy braciszek ma na imię Mikołaj, a brat Dominiki to Dominik. Stąd żarty, że brakuje drugiego Rafała i drugiej Niny. Cóż, już nie brakuje, przynajmniej nie na terenie ośrodka.
Są tu prawie wszyscy. Rafał jako wykładowca jest na letnim urlopie. Matylda studiuje, więc też ma wakacje. Tak samo Rita, która dodatkowo pracuje zdalnie razem z Dominikiem. No a Dominika i Mikołaj to wiadomo, są u siebie.
Mężczyźni budują nowy domek, taki rodzinny, bo aktualnie gospodarze posiadają na wynajem cztery, ale jeden z nich jest prawie cały czas zajęty przez kogoś z bliskich. Tak jak teraz przeze mnie, Ritę i Dominika.
Po co ja tutaj? Wypadkowa kilku faktów.
Studiuję architekturę, a siostra jakiejś znajomej ze studiów mojej siostry kupiła dom w Jarkowicach, niedaleko stąd. No i wyszło tak, że ona właśnie rozwala stare instalacje, a ja projektuję dla niej wnętrze i ogród. Z tym drugim mi średnio po drodze, ale to też będzie obiekt turystyczny, więc wiem, czego potrzebuje.
A poza tym to na początku tego roku poznałam chłopaka. Przystojny, szarmancki, miły, zabawny, mądry, pewny siebie. Niczego mu nie brakowało, więc przepadłam na maksa. Niestety, kilka tygodni temu okazało się, że jednak brakowało. Wrażeń, piątej klepki i zalegalizowania związków poligamicznych w naszym kraju.
Nie mam szczęścia w miłości, ale nie mogę odwrócić się od facetów na zawsze, bo lubię seks. Bardzo lubię. I zdecydowanie wolę ten z kimś niż ten w pojedynkę.
Moja siostra wymyśliła, że skoro zgodziłam się na tę fuchę w Jarkowicach, to powinnam być w pobliżu. Dzięki temu, chłonąc wyżynny klimat, zrobię lepszą robotę i wyleczę złamane serce w towarzystwie zamiast w samotności. Ale z tym ostatnim mam mały problem, bo oni wszyscy są tak absurdalnie, wręcz do porzygu, szczęśliwi w swoich związkach, że aż mi słabo i mnie mdli. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wspólne posiłki w domu gospodarzy – w rodzinnym, kochającym, ciepłym, niemalże pełnym tęczy, cyrkonii, brokatu i różowych frędzli gronie – są obowiązkowe. Singiel może tu naprawdę popaść w depresję.
Myję ręce i siadam do stołu jako jedna z ostatnich. Po chwili dołącza do nas Mikołaj i od wejścia pyta, czy wszyscy już poznali Ninę. Przewracam oczami, a on śmieje się ze mnie, zgadując, że wiem, o kim mowa. Reszta patrzy na nas na zmianę.
– O czym mówisz? – próbuje się dowiedzieć Dominika, ale Mikołaj kiwa w moją stronę, wyraźnie zaciekawiony, co ja mam w tej kwestii do powiedzenia.
Wzdycham, gdy spojrzenia wszystkich lądują na mojej twarzy, i tłumaczę:
– Chciałam sobie pojogować trochę przed śniadaniem i nagle jakiś typ zaczął mnie wyzywać od wrednej suki! – unoszę się.
Moi słuchacze szczerze się zdumiewają. Oprócz Mikołaja, który już wie, do czego zmierzam, i z trudem powstrzymuje śmiech. Nie opowiadam im, jak się wyjebałam, ani nie wspominam o wrażeniu, jakie na mnie zrobił poznany mężczyzna. Mówię tylko:
– Okazało się, że ten nowy gość, Rafał, o którym wczoraj mówiliście, przyjechał z psem. Z Niną.
Zamiast śmiechu, którego się spodziewałam, rozlega się podekscytowane:
– Uuuuu…
Wywracam oczami, bo co innego mi pozostało?
– A powiedz nam – zwraca się do mnie Dominika – jak wygląda?
– Normalnie. – Wzruszam ramionami.
– No, weź… Powiedz – namawia dalej.
Widzę, że nie dadzą mi spokoju. Jestem tu uwięziona, a wszyscy wciąż się gapią, czekając na jakiekolwiek słowo z moich ust, więc udzielam wyjątkowo szczerej odpowiedzi:
– Jak to jak? Jak jakiś, kurwa, ratownik, który właśnie wyciągnął z wody tonące dziecko i idzie na drugą zmianę grać główną rolę w kolejnej części Magic Mike’a – wypalam na jednym wydechu.
– Uuuuu… – rozlega się ponownie przy stole.
– Widziałam go wczoraj – mówi Domi z głupim uśmieszkiem. – O psa pytałam.
Wszyscy się śmieją, a moje policzki oblewają się rumieńcem. Dominika, widząc to, posyła mi tylko w powietrzu buziaka.
– Może trzeba go na śniadanie zaprosić? – proponuje Matylda.
– Poszedł właśnie biegać – odpowiada jej ojciec.
– Żadnego swatania! – protestuję, dając im jasno do zrozumienia, co myślę na ten temat.
Śmieją się, jakbym opowiedziała jakiś przedni żart. Nawet mała Ritka chichocze, choć mam nadzieję, że ona chichra się dlatego, że umazała dziadka kaszką, ale kto ją tam wie. Może jest taka sama jak oni wszyscy i zanim nauczy się mówić, będzie drzeć ze mnie łacha.
– No co? – pytam, załamując ręce.
Uspokajają się trochę.
– W sumie nic. – Matylda wzrusza ramionami. – Po prostu tutaj nikogo nie trzeba swatać.
– A w jakim jest wieku? – wtrąca nagle Rafał.
– A jakie to ma znaczenie? – Dominika parska, czym znów wszystkich rozbawia.
– Chyba żadne, ale chciałem się upewnić, że tatuś dalej będzie najstarszy w towarzystwie – żartuje. Albo i nie… Nie umiem powiedzieć.
– Młodszy ode mnie – odpowiada poważnie Mikołaj. – Nie wiem, chyba koło trzydziestki. Czyli tak… – zerka na mnie – całkiem idealnie.
Znów się śmieją, nawet moja siostra. Zdradliwa małpa.
Różnice wiekowe w tej rodzinie to osobna, równie istotna kwestia, ale nie będę jej poruszać, bo jeszcze sama nie do końca to ogarnęłam.
Kiedy ze mnie schodzą, zaczynają rozmawiać o budowie. Poruszają także inne tematy, ale już ich nie słucham.
Też obstawiam, że ten Rafał jest koło trzydziestki… Trochę dużo, choć oczywiście nie dla tej rodziny, ale… Halo! I tak przecież nie planuję ślubu. Po prostu wydaje mi się, że mogłabym obejrzeć sobie dokładnej jego ciałko.
Przypinam Ninę do pasa i zaczynamy biec. Jestem w tej okolicy pierwszy raz w życiu, ale już mi się podoba. Fajnie byłoby móc bywać tu częściej.
Przemierzamy kolejne kilometry. W końcu zawracam i kierujemy się w stronę ośrodka.
Nie przywykłem do wakacji spędzanych w samotności. Ale może zacznijmy od tego, że w ogóle nie przywykłem do wakacji. Byłem na kilku wyjazdach ze znajomymi, raz z dziewczyną, z którą tworzyłem jeden z nielicznych dość poważnych związków, i to wszystko.
Od paru lat nigdzie nie wyjeżdżałem. A teraz jestem tu sam. No okej, nie sam. Jestem z Niną. I coś czuję, że jeśli mój pobyt się przedłuży, moja ochota na tę drugą Ninę wzrośnie. Tyle że… nie wiem, czy to dobry pomysł, skoro ta dziewczyna należy do rodziny właścicieli. Może nie powinienem za bardzo się z nimi bratać.
Zatrzymuję się kawałek przed ośrodkiem i wyjmuję z kieszeni telefon. Nina siada przy mojej nodze i dyszy szybko. Pauzuję muzykę, ściągam słuchawki i łapię oddech. Jest już całkiem gorąco. Chyba muszę wstawać wcześniej, jeśli chcę codziennie biegać, bo temperatura powoli staje się nie do wytrzymania. Nie chodzi o mnie, tylko o psa. O psa, który znów szarpie smycz z taką siłą, że prawie się wywalam. Ta suka ma krzepę, trzeba jej to przyznać.
Ledwo utrzymuję smartfon w ręce i ze zdenerwowaniem rzucam:
– Nina! Pojebało cię?!
Chowam telefon i odpinam smycz od pasa, bo trzymając ją w dłoni, łatwiej będzie mi zapanować nad zwierzęciem. Dopiero teraz zerkam w kierunku, w którym ciągnie mnie suka. Uśmiecham się delikatnie i jednocześnie kompletnie załamuję.
– Mówiłem do psa! – Unoszę ręce w obronnym geście, śmiejąc się głupio.
Nina, ta śliczna, posyła mi uśmiech znad… dziecięcego wózka, który przed sobą prowadzi. Dziecko, dziewczynka, ciężko mi określić, w jakim wieku, bo o dzieciach wiem tyle, co o moim ojcu, czyli kompletnie nic, wychyla się do przodu, wyciąga przed siebie rączki i piszczy na widok mojego zdecydowanie uwielbiającego dzieci psa.
Naprawdę żal mi było, że muszę zabrać ją z domu mojej koleżanki, bo widziałem, że Nina wprost ubóstwia jej synka, ale młodego alergia jest naprawdę silna. Raz czy dwa spowodowała nawet zagrożenie dla jego życia. Nie dziwiła mnie więc ta decyzja.
– Nina! – krzyczę znów na psa, bo uparcie zmierza w kierunku wózka i nie ma zamiaru się zatrzymywać.
A ja myślałem, że to ona jest bardziej wykończona bieganiem… Świetnie, z pewnością robię zajebiste wrażenie na ślicznej, nie umiejąc zająć się własnym zwierzakiem. Poza tym… serio? Czy ona naprawdę ma dziecko? Kurwa.
– Sorry. – Odchrząkuję i skracam smycz. – Ona bardzo lubi dzieci. Pewnie chce ją tylko obwąchać, więc nie musisz się obawiać o córkę. Ale jeśli ci to przeszkadza, to ją zabiorę.
Nina się śmieje, po czym nadal rozbawiona mówi:
– Jeszcze nigdy nie obawiałam się o córkę i jeszcze długo nie mam zamiaru.
Hmm… To może znaczyć, że…
– Nie jest twoja? – pytam wprost, mrużąc oczy.
Nina, moja, podchodzi do swojej imienniczki. Ta schyla się i ją głaszcze, po czym pies staje przy dziewczynce i kładzie pysk na jej nóżkach. Merda przy tym ogonem jak szalona.
– Ritka? – Wskazuje na dziecko i od razu zaprzecza: – Nie, coś ty… Ja jeszcze studiuję… No dobra, jej matka jest praktycznie w moim wieku. Ale nieważne. Nie. Nie jest moja. – Uśmiecha się, a ja oddycham z ulgą.
Tak, to rzeczywiście nieważne.
Najważniejsze, że to nie jest jej dziecko, a po tym, co powiedziała i z jaką prędkością to zrobiła, wnioskuję, że innych także nie posiada i chyba jej zależało na tym, by szybko wyjaśnić to… nieporozumienie.
Dobrze by było się jeszcze dowiedzieć, czy z nikim się nie spotyka. Ale może nie będę dopytywał, po prostu zaczekam na rozwój sytuacji.
Podchodzę bliżej, kucam przy wózku i łapię Ninę za obrożę. Nie chcę, by skakała na tę dziewczynkę, bo nawet jeśli świadomie niczego jej nie zrobi, mogłaby ją niechcący podrapać. Wolałbym tego uniknąć.
Mała dotyka psiego pyska i śmieje się głośno, kiedy Nina liże ją po rączkach i próbuje trącać nosem. Przez chwilę pozwalamy im się sobą nacieszyć, a potem wstaję i wskazując bramę ośrodka, pytam śliczną, czy wracają. Kobieta uśmiecha się do mnie miło i przytakuje, więc ruszamy razem.
Gdy tylko pies odsuwa się od wózka, dziecko zaczyna płakać. Na ten dźwięk suka od razu ponownie do niego podchodzi i próbuje wskoczyć do środka. Oczywiście ją powstrzymuję, ale pozwalam jej iść bardzo blisko spacerówki. Dzięki temu obie w miarę się uspokajają.
Ciekawe.
– Często tu przyjeżdżasz? – zagaduję dziewczynę.
– Jestem tu drugi raz, ale… – Nina robi pauzę i przygryza zmysłowo wargę. – Zastanawiam się, czy nie powinnam częściej, bo… całkiem tu fajnie.
Nie powinna tego robić… ani mówić. Nie przy dziecku. Nie po moim kilkumiesięcznym celibacie. I nie po tym, jak dopiero biegałem w upale. Ale… wygląda na to, że szansa na wakacyjny romans nadal istnieje.
Szczerzę się sam do siebie, gdy Nina dodaje:
– A ty?
Patrzę na nią, zastanawiając się, o co pyta, bo moje myśli są już daleko, daleko stąd. Znajdują się obecnie gdzieś pomiędzy pozbywaniem się zbędnych ubrań z jej niesamowicie pociągającego ciała a smakowaniem jej zmysłowych ust.
Nina również mi się przygląda. Zapewne oczekuje odpowiedzi. Na szczęście w końcu uświadamiam sobie, o co jej chodzi.
– Pierwszy – mówię zgodnie z prawdą, po czym uśmiecham się szarmancko i dodaję: – Ale coś czuję, że na pewno nie ostatni.
Mikołaj, Rafał i Dominik poszli na budowę. Dominika z Matyldą pojechały na zakupy, a ja obiecałam zająć się Ritką do ich powrotu. Duża Rita została w domu, by posprzątać po śniadaniu, więc zabrałam małą na spacer. Chciałam zdążyć przed skwarem, na który się zapowiada.
Cieszę się, że wpadłam na Rafała. Krępuje mnie co prawda, że wszyscy obecni będą się bezwstydnie przyglądać naszej znajomości, ale… co poradzę? Nie umiem przejść obok niego obojętnie. Teraz też. Dobra, być może jestem dziwna, być może nawet bardzo, ale dobrze zbudowany facet, w ciuchach mokrych od potu, działa na mnie tak, że od kiedy tu jestem, robię absolutnie wszystko, by nie chodzić do chłopaków na budowę.
Nawet gdyby to nie były naprawdę solidne związki, których byle lala nie rozwali, nie zrobiłabym takiego świństwa ani swojej siostrze, ani nikomu innemu z tego towarzystwa. Mimo to, kiedy moje oczy rejestrują pewien obraz, proces myślowy w mojej głowie biegnie bez akceptacji. Dlatego raczej unikam budowy, ale teraz mogę sobie przynajmniej popatrzeć na tego obcego człowieka, który… No właśnie.
– Przyjechaliście sami? Tylko ty i Nina? – upewniam się.
– Tak – przyznaje, wyraźnie zadowolony, że zapytałam. – A ty z siostrą? – zgaduje, bo pewnie też chce wiedzieć, na czym stoi.
Uśmiecham się szeroko.
– W sumie to sama – mówię zgodnie z prawdą – ale mieszkam z siostrą i jej narzeczonym w tamtym pierwszym domku. – Wskazuję odpowiednią stronę.
– Skąd jesteście? – dopytuje, po czym patrząc na stojące na podjeździe auta, wymienia: – Kraków, Poznań, Warszawa czy Wrocław?
Śmieję się, bo wczoraj rano byłam na chwilę w Jarkowicach, a kiedy wróciłam, Mikołaj grzebał coś przy bramie i poprosił, żebym zaparkowała u zaprzyjaźnionych sąsiadów z naprzeciwka. Do tej pory nie przestawiłam samochodu. Roześmiana pytam więc lekko zalotnie:
– My czy ja?
– Yyy… – Parska cicho. – Ty.
– Szczecin. – Wzruszam ramionami, gdy nie odnajduje wzrokiem właściwej rejestracji. – A ty?
– W sumie też nad morzem. – Puszcza mi oczko, dając znać, że żartuje. – Trójmiasto.
– Całe? – droczę się. – Czy coś konkretniej?
Tym razem to on się śmieje. Ładny to dźwięk. Taki niski, przyjemny.
– Mam mieszkanie w Gdyni – tłumaczy. – Matka mieszka w Gdańsku i dość często u niej bywam, a w Sopocie też spędzam sporo czasu, głównie ze względów zawodowych, więc… w sumie całe.
Zatrzymujemy się przed wejściem do domu Mikołaja i Dominiki.
– Powinnam już zabrać małą z tego słońca, ale…
– Ale? – dopytuje wyraźnie zainteresowany.
– Skoro oboje będziemy tu jeszcze jakiś czas, to… – Zacinam się, bo zauważam, że słuchając mnie, cały czas wpatruje się w moje usta, w taki sposób, że…
Przełykam nerwowo ślinę.
– Nina! – Słyszę z wnętrza domu.
Na wołanie żywiej niż ja reaguje pies. Ciągnie smycz razem z właścicielem, który dopiero teraz odwraca ode mnie wzrok, żeby zatrzymać czworonoga.
– Nina, chodź! Mikołaj dzwoni! – woła Rita.
Wzdycham.
– Mikołaj to nasz brat.
Rafał mruży oczy i zerka w kierunku budowy, gdzie oboje widzimy gospodarza.
– Nie ten. Nasz Mikołaj jest młodszy, dużo młodszy.
Żegnamy się i razem z małą Ritką wchodzę do domu, by po chwili przysiąść się do tej dużej. Wspólnie ucinamy sobie krótką pogawędkę z naszym braciszkiem, który jest teraz na letnim sportowym obozie.
– Widziałam go przez okno – informuje siostra, gdy kończymy rozmowę z Mikołajem.
– Kogo?
– Tego całego Rafała.
– No i?
– No… pasowałby ci. – Szczerzy się. – Jakoś tak… Nie odstawałby od reszty…
– Nie odstawałby od reszty? – łapię ją za słówka.
– Jest w sumie równie przystojny, jak nasi – komplementuje go, wzruszając ramionami. – I w ogóle, nie wiem… nie miałam okazji dokładnie mu się przyjrzeć, ale nawet chodzi jakoś tak podobnie jak oni.
Obie wybuchamy śmiechem.
– Ach, czyli ja mam mężczyzny takiego szukać, żeby od waszej ślicznej rodzinki nie odstawał? To masz na myśli, siostrzyczko? – droczę się z nią.
– Raczej! Przecież jak by to na zdjęciach potem wyglądało? Poza tym… proszę cię… – Mierzy mnie przenikliwym spojrzeniem. – Znam cię najlepiej i wiem, że pewnie sikasz na jego widok, odkąd go tylko zobaczyłaś.
– No i może se sikam! – oburzam się jej przenikliwością. – Ale dobrze wiesz, że nie szukam faceta.
Rita śmieje się, pytając:
– A kiedy szukałaś?
Wystawiam jej język i biorę małą Ritkę na ręce, żeby nie jebnąć siostrze.
– Poza tym on jest z Trójmiasta – rzucam na swoją obronę.
– A teraz oboje jesteście tu. – Wzrusza ramionami. – I przypominam, że ja też się wyprowadziłam za facetem do innego miasta, więc…? W czym tak naprawdę jest problem?
Kurwa, jaka ona się nagle bezproblemowa zrobiła. Już mi się nawet nie chce jej wypominać, jak nie chciała się z Dominikiem na zwykłą kawę umówić, bo on jest z innego miasta i jest znany, i jak my to sobie wyobrażamy… Kręcę tylko głową.
– Nie znam typa, a wy teraz będziecie nas wszyscy śledzić, jakbyście serial oglądali, tylko dlatego, że ma na imię Rafał.
– I psa Ninę! Przecież to nie może być przypadek!
Śmieje się, kompletnie odurzona proroctwami tej rodziny, ale uspokaja się, widząc moją minę.
– Oj, daj spokój… – mówi. – Nikt was do niczego nie będzie zmuszał.
Taa… A co się nasłucham, to moje… Ale też mam nadzieję, że trochę sobie popatrzę. I może coś jeszcze.
– Daj mi Ritkę. – Siostra przerywa moje niegrzeczne rozmyślania. – Nakarmię ją i pójdę trochę porysować, jeśli nie masz nic przeciwko.
– Pewnie, idź. Tylko usiądź gdzieś w cieniu, bo robi się straszny skwar. I może spróbuj zagonić chłopaków do domu na ten największy upał.
Wygląda na to, że mamy już jasność. Nina podoba się mnie, a ja najprawdopodobniej podobam się jej. Ona najwyraźniej jest wolna i ja także nikogo nie mam. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że oboje mamy na siebie ochotę, odkąd się spotkaliśmy, czyli od dzisiejszego poranka. A że jesteśmy dorośli i znaleźliśmy się w tym samym czasie tutaj, w Zachełmiu, jest szansa, że miło i przyjemnie spędzimy ten czas. Najpewniej bez żadnych zobowiązań i negatywnych konsekwencji, bo te mi są całkowicie zbędne.
Wracam do domku i razem z Niną kierujemy się do kuchni, by uzupełnić płyny po biegu. Potem idę pod prysznic.
Gdy siadam z kawą na tarasie, Nina kładzie się obok. Trochę mi szkoda, że nie mogę jej tu swobodnie puścić. Wiem, że z chęcią by sobie pobiegała po tym, jak trochę odpocznie, ale po pierwsze przeszkadzałaby podczas prac budowlanych, po drugie muszę pamiętać, że jest tu dziecko, a po trzecie na terenie ośrodka są też inni goście, którzy chyba także mają psa, więc niestety mała musi być uwiązana.
Po jakichś dwudziestu minutach stwierdzam, że ja się chyba nie nadaję do odpoczynku.
Co niby mam tu robić sam? Mój pobyt tutaj wiąże się w sumie z pewną misją, ale oprócz tego miałem również wypocząć. Tyle że wypoczywam, odkąd wyjechałem z miasta, i szczerze mówiąc, już mi się nudzi.
Mógłbym pójść w góry, ale jest tak okropnie gorąco, że to byłaby walka o przeżycie, zwłaszcza dla Niny. Nie chce mi się też nigdzie jechać. Jednak takie siedzenie także nie ma sensu.
Kurwa, samotność jest do bani.
Biorę z domku laptopa i ponownie wychodzę na taras. Przynajmniej coś sobie pogrzebię.
Po paru minutach dzwoni do mnie mama. Wzdycham, bo nie chce mi się z nią gadać, ale wiem, że mi nie odpuści, dopóki nie zdam jej raportu z tego, jak się sprawy mają, więc w końcu odbieram.
– Cześć, synku. Powiedz, jak tam ci idzie? Rozmawialiście już chociaż?
– Krótko.
– Tylko ty pamiętaj. Rozmawiaj wyłącznie z tym Mikołajem, bo ta jego kobieta to jakaś chora na głowę chyba jest, mówiłam ci.
– Taaa, pamiętam – burczę.
Może i jest chora na głowę, ale to nie zmienia faktu, że z niej też jest niezła laska. Poza tym ten cały Mikołaj wydaje się spoko, nie sądzę, by związał się z nienormalną kobietą. Chociaż, wiadomo, różnie bywa. Jednak na matkę także biorę poprawkę. Znam ją przecież nie od dziś.
– A co ty taki nie w humorze? – dopytuje.
– Po prostu jest strasznie gorąco. Na dodatek nudzi mi się trochę – przyznaję.
– Nudzi ci się? – prycha. – To załatw to szybko. Idź z nim pogadaj, a potem wracaj tutaj, bo robota się piętrzy.
– Mamo, mówiłem ci już, że ja mam swoją…
– Och, tak. I dzięki tym twoim bazgrołkom jeździłbyś autem z salonu i posiadał apartament z widokiem na morze – ironizuje.
Znowu to samo. Już nawet nie chce mi się tego komentować po raz setny. Wywracam tylko oczami i wzdycham z niezadowoleniem.
– A co u ciebie? – pytam, żeby zmienić temat.
– Dużo pracy. Jesteś mi tu potrzebny.
Nie wytrzymam.
– Przecież to był twój pomysł, żebym tu przyjechał.
Wstaję od stolika i zaczynam się nerwowo kręcić po tarasie. Nina także się podrywa i próbuje na mnie skakać.
– No tak – przyznaje niechętnie. – Więc załatw to raz-dwa, już mówiłam. A potem…
– A potem dasz mi wreszcie święty spokój, wiem – rzucam mocno zniecierpliwiony tą rozmową. – Muszę kończyć. Zdzwonimy się za parę dni. Pa.
Rozłączam się, nie pozwalając jej już dojść do słowa. Celowo nie wspomniałem matce o przedłużeniu pobytu, bo nie dałaby mi żyć. Powiem jej później. Wytłumaczę, że potrzebuję więcej czasu, żeby wszystko załatwić. A że bardzo jej zależy, to zrozumie. W tym momencie jedyne, czego chcę, to świętego spokoju. No dobra, i Niny. Jej też chcę.
Dlatego gdy wchodzę do domku i przez kuchenne okno dostrzegam w ogrodzie nieopodal obiekt swoich pragnień, zaczynam się przyglądać. Stoi pod drzewem. Ze sztalugą. Cholera, ona jest artystką. Serce bije mi coraz szybciej. Na samą myśl o tym, że mogłaby mnie zrozumieć, robi mi się jakoś tak… przyjemniej. Może to jednak dziewczyna, która nadawałaby się do czegoś więcej niż tylko do przelotnego wakacyjnego romansu? Nie, bez sensu. O czym ja w ogóle myślę? Znam ją od jakichś… pięciu godzin. Odjebało mi całkiem.
Nalewam sobie wody, staję przy oknie i obserwuję ją z uwagą. Stoi bokiem, ale mnie nie widzi. Jest tak skupiona na obrazie, który tworzy, że sprawia wrażenie, jakby nikt i nic wokół w tej chwili nie miało dla niej znaczenia. Znam to uczucie. Występuje wtedy, gdy człowiek oddaje się swojej pasji.
Natchniony tym widokiem oraz myślą o wspólnej nici porozumienia postanawiam nieco przeszkodzić jej w pracy. Tym bardziej że, gdy się rozstawaliśmy, Nina zamierzała coś jeszcze powiedzieć, a ja nie wiem co. A chciałbym wiedzieć, zwłaszcza że mam pewne przypuszczenia.
Zostawiam moją Ninę tym razem w domku i powoli zmierzam w kierunku tej pięknej kobiety. Dawno nie widziałem nikogo aż tak idealnego. Ma doskonałą sylwetkę, co dodatkowo podkreślają bardzo krótkie spodenki, które kończą się w miejscu, w którym zaczynają się jej jędrne pośladki; a także krótki top, który idealnie opina się na kuszących piersiach i dzięki któremu doskonale widzę jej płaski brzuch. Włosy tym razem związała w luźny kok, zapewne po to, by nie przeszkadzały jej w pracy.
Gdy jestem już dość blisko, dostrzegam na jej kostce wytatuowanego motylka. Wszystko to, co widzę przed sobą, zachwyca mnie do tego stopnia, że dosłownie przestaję racjonalnie myśleć. Przynajmniej tym mózgiem, który znajduje się w mojej głowie. Podchodzę do niej pewnym krokiem, a kiedy odwraca twarz w moją stronę, kładę dłoń na jej policzku i po prostu bez słowa ją całuję.
W tej rodzinie jak ktoś się zakochuje, to na amen. Strzała amora trafia z wyjątkową precyzją i sam się o tym przekonałem.
Upał dzisiaj jest nie do zniesienia, więc schodzimy z budowy na kilka godzin. Idę pod prysznic, a potem wychodzę przed domek z butelką zimnej wody. Rozglądam się chwilę i namierzam wzrokiem moją artystkę. Cieszę się, że stanęła w cieniu, bo widzę, że jest tak skupiona na obrazie, że nawet by nie zauważyła, gdyby udaru słonecznego dostała. Cofam się na moment, biorę drugą wodę i idę do niej.
Codziennie wydaje mi się, że jest jeszcze piękniejsza, niż kiedy się poznaliśmy. Życie z Ritą jest cudowne. W końcu uwierzyła w siebie i tworzy dzieła, które sprzedaje regularnie. Jej instagramowe konto, wcale nie tak powoli, popularnością dogania moje. Jestem z niej niesamowicie dumny. Ale od czasu do czasu lubię sobie przypominać ten chujowy okres, w którym byłem przekonany, że wszystko stracone. Dzięki temu bardziej doceniam to, co mam.
Mikołaj mówił mi, że ma tak samo z Domi. Dlatego jakiś czas temu z ciekawości zapytaliśmy rodziców, czy też przed ślubem mieli taką dramę, przez którą wydawało się, że już wszystko skończone. Zaśmiali się i przyznali, że tak, ale już po ślubie. Nie chcieli zdradzić zbyt wielu szczegółów, ale najwyraźniej to płynie w naszych żyłach.
Powoli zbliżam się do mojej narzeczonej, podziwiając jej skupienie na twarzy. Eh, znowu to robi. Znowu w zamyśleniu przygryza wargę w ten swój zmysłowy sposób… Ależ ja mam na nią ochotę! Myślałem, że im dłużej ze sobą będziemy, tym obojętniej będę reagował na takie zachowania i w ogóle na nią, ale nie umiem. Może kiedyś nauczę się lepiej nad sobą panować, jednak na razie liczę na to, że jest gotowa na przerwę.
Jestem już dość blisko, gdy dzieje się coś niewiarygodnie absurdalnego. Podchodzi do Rity ten cały Rafał, o którym od wczoraj wszyscy wspominają ze względu na imię. Moja narzeczona odwraca się w jego stronę i uśmiecha uprzejmie, a on… No, kurwa!
Rita na szczęście sama dość szybko reaguje. Odsuwa się od niego i kładąc dłoń na jego torsie, stanowczo wyznacza dystans między ich ustami. Działając zupełnie machinalnie, odciągam go od niej i zaciśniętą pięścią informuję go, co o tym wszystkim myślę.
– Co, do chuja?! – krzyczy zdumiony, łapiąc się za twarz.
– Co się dzieje?! – Słyszę chóralne pytanie wszystkich, którzy nagle nie wiadomo skąd pojawili się na zewnątrz.
– No bo Ritę dotknął! – tłumaczę.
– Co? Pojebało cię, kurwa?! Nie tknąłbym dziecka! – broni się.
– Jakiego, kurwa, dziecka?! – unoszę się.
– Noo… małej Rity?
Patrzę na niego jak na debila, którym najprawdopodobniej jest. Zerkam na moją narzeczoną, a ona skinieniem głowy wskazuje na swoją siostrę, która staje kilka kroków za Rafałem.
Kurwa, on je pomylił? No debil.
Nina odchrząkuje, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Rafał odwraca się w jej stronę i przez moment jego spojrzenie wędruje między bliźniaczkami.
– To jest moja siostra, Rita – mówi cicho Nina – i jej narzeczony, Dominik.
Facet nie wie, gdzie ma wzrok podziać. W końcu się odzywa, patrząc na mnie:
– Ja jebię… Już pomyślałem, że mi tak przyjebałeś, że w oczach mi się dwoi. Kurwa, sorry… Ty ich nie mylisz? – zdumiewa się.
– Ja się dziwię, że ty się mogłeś pomylić! – mówię wciąż nabuzowany.
Nina prycha głośno.
– Mam ci przypomnieć, jak się do mnie kiedyś przyssałeś?
– Dobra, koniec przedstawienia! – zarządza Dominika. – Chodźcie na obiad. Rafał, ciebie też zapraszamy.
Chłopak wyraźnie chce odmówić, ale widać, nie poznał jeszcze Dominiki, która podchodzi do niego i ciągnie go za ramię. Zapewnia przy tym, że zaraz da mu coś zimnego na policzek.
Zostajemy z Ritą sami. Patrzy na mnie w taki sposób, że nie wiem, czy jest zła, czy nie.
– No co? – pytam cicho, robiąc smutną minkę.
– Nic. – Wzrusza ramionami, a ja podnoszę wodę, którą upuściłem na ziemię. – To nawet zabawne, że lubicie sobie przetestować tę drugą.
– Myślisz, że zrobił to specjalnie? – pytam poważnie.
Przewraca oczami.
– Myślę, że zrobił to dokładnie tak samo specjalnie jak ty wtedy.
Podchodzę do niej, łapię ją za dłoń i odciągam trochę od jej najnowszego obrazu. Odkręcam wodę i trzymając butelkę w jednej ręce, drugą obejmuję Ritę w talii. Przyciągam ją do siebie.
– Zaufaj mi, proszę – mruczę cicho, zanim oblewam jej twarz chłodną wodą.
Oj, dawno tak Rity nie wkurwiłem. Ale nie przejmuję się padającymi w moją stronę epitetami, tylko wycieram jej usta swoją koszulką, mamrocząc przy tym pod nosem:
– Moje piękne, pełne, cudowne, słodkie, ciepłe usta mi pobrudził…
Parska. Chyba, bo może po prostu walczy o oddech. W końcu odsuwa moją dłoń od swojej twarzy i oznajmia rozbawiona:
– Ty głupi jesteś. Ja cię jakoś szczególnie nie myłam przed naszym pierwszym razem.
Puszczam jej uwagę mimo uszu.
– A kto wie, czy on jakiś chory nie jest – mówię poważnie.
– Powiem Ninie, żeby go zmusiła, żeby się najpierw przebadał – rzuca ironicznie.
– Patrząc po jego zachowaniu, może być już za późno na takie rady.
Rita śmieje się, a potem całuje mnie tak, jakby sama chciała przywrócić równowagę mikroflory. Odsuwamy się od siebie dopiero przy ponaglającym wezwaniu na obiad.
– Muszę cię o coś prosić – odzywam się dość stanowczo, gdy powoli kierujemy się w stronę domu. – Nie pozwól mu na to nigdy więcej, bo tak mnie serduszko zabolało na ten widok, że prawie umarłem.
Oczywiście znowu śmieje się ze mnie, ale obiecuje, że zrobi wszystko, co w jej mocy.
