Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 15.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
PRZYSIĘGAŁ CHRONIĆ SKARBY POLSKIEGO NARODU. ONA PRZYBYŁA, BY JE UKRAŚĆ. POŁĄCZYŁA ICH ZDRADA, KTÓRA MOŻE ZMIENIĆ OBLICZE WOJNY.
Rok 1939. Okupacja rozpoczęła się grabieżą, której Oktawian, młody muzealnik, nie potrafi wybaczyć. Wszelkie próby ochrony dzieł sztuki okazują się fiaskiem – aż do momentu, w którym uświadamia sobie, że to jego wina. Dokument, który przed laty powierzył Niemcom, stał się dla nich mapą i planem rabunku. Aby naprawić błąd przeszłości, Oktawian rozpoczyna pościg, nie wiedząc, że droga wiedzie prosto do serca hitlerowskiej twierdzy. Nieoczekiwanie po drugiej stronie barykady staje Melissa, agentka nazistowskiego aparatu grabieży, dla której operacja w Polsce jest przykrywką dla realizacji własnych celów. Nosi mundur wroga, choć jej spojrzenie obiecuje ocalenie… lub całkowite zatracenie. Gdy ich losy splatają się w niebezpiecznym sojuszu, rodzą się namiętność silniejsza niż honor oraz pragnienie. Czy miłość to jedyny skarb, którego nie sposób ukraść?
Najniebezpieczniejszą bronią nie jest pistolet, lecz serce, które przestało słuchać rozkazów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Nina Zawadzka, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Malwina Kozłowska
Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-471-2
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Przez długie jeszcze lata naród poetów i filozofów będzie żył w pamięci Europy jako naród morderców, grabieżców i złodziei.
prof. Ludwig Hirszfeld
Są dwa rodzaje prawdy: prawda, która oświetla drogę, i prawda, która ogrzewa serce. Pierwsza z nich to nauka, a druga to sztuka.
Raymond Chandler
1944 rok, Warszawa
Stolica żyła powojenną odbudową. Oktawian Dobrowolski, choć w środku czuł pustkę, również dokładał do tego swoją cegiełkę – dosłownie i w przenośni. Każdego dnia stawał wśród tłumu mieszkańców, którzy, podając sobie z rąk do rąk cegły, próbowali odgruzować miasto.
W czasie tych prac zawiązywały się nowe znajomości; ludzie opowiadali sobie o przeszłości i wymieniali najświeższe informacje. Każdy w Warszawie kogoś szukał, na kogoś czekał, wypatrywał wieści o swoich bliskich.
Tylko Oktawian zdawał się trwać poza granicami tego umownego systemu, który trzymał ludzi w ryzach normalności. Na nikogo nie baczył. Z nikim nie rozmawiał. Był tam tylko ciałem; każdego dnia wykonywał te same, monotonne ruchy, podczas gdy jego dusza uwięziona była w przeszłości, do której nikomu nie chciał dać dostępu.
Dusił w sobie ból niczym w skorupie najtwardszego orzecha, którego nie sposób zgnieść. Inni patrzyli na niego ze współczuciem; milczenie odczytywali po swojemu, przecedzając życie Oktawiana przez sito własnych doświadczeń.
Jedni przypisywali mu braterską walkę w obronie kraju: z pistoletem w ręku i kieszeniami wypchanymi granatami. Jego zgarbione, poorane bliznami ciało dawało temu doskonały wyraz. I te dłonie – wybrakowane, z krzywo zabliźnionymi opuszkami palców i brzydkimi plamami po oparzeniach. Na pewno po granacie.
Drudzy twierdzili, że był w obozie. W jednym z tych, o których nikt z ocalałych nie chciał mówić głośno, a o których chętnie szeptali ci, którzy mieli szczęście nigdy nie walczyć o przetrwanie za drutem kolczastym. Rozprawiali o tym zwłaszcza wtedy, gdy zmęczony pracą Oktawian ściągał koszulkę. Posyłali mu pełne współczucia spojrzenia. No tak – takie ślady to tylko po pejczu. Podobno właśnie w ten sposób zaganiano ich tam do pracy. Jak niewolników.
Czasem dało się słyszeć, że siedział na Pawiaku albo że rozstrzelano mu rodzinę za udział w konspiracji.
Ludzie gadali, bo zajmując się cudzym losem, nie musieli mierzyć się z własnymi lękami. Oktawian wiedział, że w ten sposób radzili sobie z traumami i wspomnieniami, których desperacko chcieli się pozbyć. Dlatego pozwalał im karmić się tymi historiami – bo wiedział, że gdyby opowiedział im swoją, nie uwierzyliby za nic w świecie.
A on chciał wierzyć.
Dlatego bez końca wracał w duchu do tego, co go spotkało. Pielęgnował te wspomnienia, by nie dopuścić do siebie myśli, że to było na marne. Że to wszystko było bez sensu.
1944 rok
MELISSA
Okolice Krakowa
Chłopcy z Einsatzstab Reichsleiter Rosenberg1 czekali na zewnątrz. Melissa widziała przez okno, jak palą papierosy i wymieniają nerwowe spojrzenia. Była spóźniona, ale nie przejmowała się tym. Miała taką pozycję, że w tej robocie nie było już nikogo, kto mógłby ją zastąpić.
Wiedziała, czego wciąż brakowało jej do kolekcji, a jednak postanowiła ponownie przejrzeć faksymilia. Nie zabierała ich ze sobą na ekspedycje, ponieważ ostatnim razem musieli uciekać przed bandą oprychów i zgubiła dwa z nich. W dodatku wszystkie ilustracje zaczynały jej się zlewać w jedną plamę. Czuła, że to przez nerwy. Po obławie, w której zginęło wielu jej współpracowników, z trudem potrafiła się skupić na pracy. Stres, żal i obsesyjna potrzeba kontrolowania każdego ruchu przytłaczały ją. Musiała jednak to przetrwać. Zbyt wielu ludzi poświęciło życie, by ona mogła sobie teraz pozwolić na załamanie.
Ostatni raz zerknęła na faksymilia, po czym spojrzała na odbicie w lustrze. Pomimo wyniszczającego stresu, bólu straty i bezsennych nocy wciąż wyglądała, jakby była w formie.
Jej niebieskie oczy jaśniały w intensywnym blasku słońca. Jasnobrązowe, cienkie włosy idealnie trzymały się w spinkach. Delikatnie opalona skóra podkreślała nieliczne piegi na nosie i kościach policzkowych. Kanciaste, równe łuki brwi dodawały jej twarzy charakteru. Pociągnęła usta szminką – krwista czerwień odzwierciedlała jej upór, nieustępliwość oraz żar emocji, które wypełniały serce.
„Koniec już z tą zabawą” – powiedziała do siebie w myślach, ostatni raz spoglądając w lustro.
Musiała stać się kobietą, której nic nie zdoła zatrzymać.
Po ostatnich dramatycznych wydarzeniach wiedziała, że polscy partyzanci tylko czyhają na jej życie. Nieraz już czuła na karku ich oddech. Widziała w ich oczach pragnienie odpłaty, brutalność i żądzę krwi. Pierwszy raz jednak naprawdę zaczęła się ich bać. Zwłaszcza że nie była już chroniona tak jak dawniej. Jej ostatnia opoka, motywator i koło ratunkowe w jednym został zgładzony. Melissa została sama na placu boju, lecz to nie znaczyło, że powinna się poddać. Musiała tylko przekuć cały gniew w działanie. Liczyła, że plan, który opracowali przed laty w ich małym ruchu oporu, zdoła wypełnić do końca. Była to winna wszystkim przyjaciołom, którzy wierzyli w jej siłę, w hart ducha oraz powodzenie sprawy.
„Do dzieła, Mel” – zmobilizowała się w myślach. Wrzuciła szminkę do torebki, poprawiła mundur i wyszła na zewnątrz.
Żołnierze na jej widok wystrzelili ręce w górę, wykrzykując nazistowskie pozdrowienie.
– Wsiadać do samochodu! – zgromiła ich, nie chcąc podnosić ręki. – Mamy dziś cztery miejsca do odwiedzenia.
Żołnierska musztra pokierowała ich ruchami i w mgnieniu oka zajęli miejsca w pojazdach.
– Sprawdziliście teren? – zapytała kierowcy, upewniając się, że jej aktówka zawiera wszystko, co potrzebne.
– Tak jest.
– Nie chcę więcej takich niespodzianek! – rzuciła surowo. – Macie szczęście, że Hans Frank jest na urlopie i nie muszę się tłumaczyć z każdego kroku. W przeciwnym razie już ponieślibyście srogie konsekwencje.
– Może być pani spokojna, pani von Falkenhayn. Trzy godziny temu wysłałem tam oddział, żeby zapewnić pani pełną swobodę działania.
– Obyś miał rację, bo nie lubię się powtarzać.
– Daję pani gwarancję. Jeśli jakimś cudem znowu nas uprzedzą, chłopcy rozstrzelają każdego z nich, a pani przejdzie po polskich trupach jak po czerwonym dywanie.
Na te słowa Melissa poczuła dreszcz, jakby mimo jej wysiłków wszystko zaczynało wymykać się spod kontroli.
W jednej sekundzie wróciły do niej wspomnienia niedawnej wyprawy, podczas której żołnierze naprawdę byliby gotowi zabić mężczyznę, który stanął jej na drodze. Pomimo usilnych starań wciąż nie potrafiła wyrzucić tamtego obrazu z pamięci. Przez ostatnie godziny próbowała całą uwagę skupić na przygotowaniach do najważniejszej wyprawy, lecz wizje powracały jak bumerang. Zupełnie jakby podświadomość nakazywała jej zapisać je trwale w sercu. Nawet teraz, gdy uporczywie wpatrywała się w miejski krajobraz Krakowa, przesadnie udekorowanego nazistowskimi sztandarami, twarz nieznajomego mężczyzny przebijała się przezeń jak fatamorgana, natrętna mucha albo dym z papierosa, którego nie sposób odgonić. Melissa czuła, jak odbiera jej to pewność siebie. Jakby z chwilą, gdy stanęła wtedy naprzeciw niego, ktoś pozbawił ją władzy nad własnym umysłem.
Przymknęła oczy, skupiając się na tym, by raz na zawsze przegnać to wspomnienie z głowy, lecz pociągła, dystyngowana twarz o idealnych proporcjach i delikatnym zaroście podkreślającym linię żuchwy nadal się jej ukazywała. Im bardziej próbowała się temu opierać, tym nachalniej wspomnienie napierało na jej świadomość. W końcu poddała się i zamiast je odrzucać, pozwoliła, by przepłynęło przez jej myśli. Poddała mu się w pełni, a gdy rozgorzało pod powiekami feerią barw, poczuła w ciele przypływ gorąca.
Oczyma wyobraźni analizowała tamtą sytuację; przyglądała się jej niczym postronny obserwator, skupiając uwagę na nieznajomym. Śledziła każdy centymetr jego ciała, każdą zmarszczkę i napięty mięsień, które raz ujrzane, na zawsze wryły się w pamięć. Znów, jak wtedy, zdumiała ją myśl, że ten mężczyzna wyglądał jak posąg wyrzeźbiony przez najlepszego mistrza, który stworzył swoje dzieło, mając na uwadze najdoskonalsze atrybuty męskości. Przystojny. Magnetyzujący. Mocno opalony, jakby zrodzony ze śródziemnomorskiej natury, a jednak o wyraźnie słowiańskich rysach. Z zielonymi oczyma, których głębia przywodziła jej na myśl bezkresne pola wokół wielkich jezior Prus Wschodnich. Ich spojrzenie wwiercało się w nią intrygująco, wywołując dziwny niepokój, podniecenie i skrępowanie. Jakby ich właściciel znał wszystkie tajemnice Melissy, a do tego dysponował wiedzą, która dla niej pozostawała niedostępna.
Teraz, nawet przez wspomnienie odczuwała te, do niedawna nieznane, emocje. Nigdy wcześniej nie była w sytuacji, gdy spojrzenie mężczyzny tak na nią oddziaływało. Z jego oczu emanowała siła charakteru – ta sama, którą ona bezskutecznie próbowała w sobie wskrzesić. Wystarczyła krótka chwila, by Melissa czuła się przy nim zawstydzona, mała i osaczona, a jednocześnie spragniona tej obezwładniającej bliskości. Onieśmielała ją jego niezłomna postawa, jakby nie istniały dla niego żadne ograniczenia. Był jedynym mężczyzną w jej życiu, którego sama obecność sprawiała, że Melissa czuła się odarta ze złudzeń, wolna od masek nakładanych każdego ranka. Prześwietlona na wskroś. Prawdziwa.
– Jak pani widzi, nasi chłopcy już się wszystkim zajęli – odezwał się szofer, wyrywając ją z zamyślenia.
Melissa podążyła wzrokiem za jego gestem. Omiotła spojrzeniem cel ich podróży i oniemiała. Dwór wyglądał prawie identycznie jak tamten, w którym spotkała nieznajomego. Był parterowy, jasny, usytuowany z dala od miejskiego zgiełku. Ozdobiony licznymi dekorami portyk z kolumnami doryckimi wyrastał przed dachem krytym czerwoną dachówką. Otaczał go sielski, wiejski krajobraz, potęgujący złudne wrażenie, że dom nie skrywa w swoich murach niczego cennego.
Z tą różnicą, że na tym obrazku znajdowały się wojenne akcenty. Na podjeździe stały już dwie niemieckie wojskowe ciężarówki. Żołnierze kręcili się po obejściu, rozmawiali, palili papierosy i wyglądali na rozluźnionych. Rzeczywiście – wszystko zdawało się dopracowane i zabezpieczone.
A jednak gdy samochód się zatrzymał i Melissa, otworzywszy drzwi, poczuła na twarzy mocny powiew wiatru, serce w jej piersi zabiło mocniej. Umysł znów płatał figle, podsuwając przed oczy wspomnienia ostatniej rewizji.
„Czyżby i tutaj miała go spotkać?” – zapytała w duchu, dziwnie rozedrgana.
W istocie, wszystko było niemal takie samo jak wtedy. Ona, ubrana w sztywny, służbowy strój: białą koszulę z czarną wstążką pod szyją, ciemną spódnicę do kolan i marynarkę z mocnym wcięciem w talii, próbowała zachować profesjonalizm, choć czuła, że coś wisi w powietrzu. Tamtego popołudnia, gdy wysunęła obie nogi z samochodu, chcąc wysiąść z gracją, wiatr równie mocno wstrzymał jej oddech w piersi. Zbagatelizowała go, nie dając intuicji pola do manewru. Gdy już odpowiednio ułożyła w rękach grubą aktówkę ze zdjęciami, faksymiliami, rękawiczkami, okularami, lupą oraz spisem dzieł przeznaczonych do konfiskaty – ruszyła przed siebie. Stanęła naprzeciw wejścia i nabrała pełne płuca parnego letniego powietrza, modląc się w duchu, by znalazła we dworze to, po co przyjechała. Tak jak teraz, czuła, że coś tu nie gra, choć porucznik zapewniał, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Dom był podobno sprawdzony, a mieszkająca w nim rodzina wyjechała. Nikt nie miał jej przeszkadzać w akcji. Dlatego gdy Melissa podeszła wtedy do drzwi, zelektryzowało ją, że otworzyły się z impetem, ukazując sylwetkę mężczyzny, który niemal na nią wpadł.
Teraz to wspomnienie sprawiło, że kolejny raz zakręciło jej się w głowie. Z trudem przełknęła ślinę na myśl o tym, że ponownie miałaby go zobaczyć. Patrzyła tępo na drzwi dworku, myśląc, czy nieznajomy stanie w nich tak jak wtedy i górując nad nią, będzie patrzył, jak gdyby ją znał i jej oczekiwał. Jakby panował nad jej ciałem i zamiarem. Jakby to on, a nie ona – oddelegowana do Polski główna liderka akcji zabezpieczającej – rozdawał karty w tej grze. On – mężczyzna, o którym nikt nic nie wiedział i którego nie miało prawa być w tamtym domu.
– Dobrze się pani czuje? – zapytał jeden z żołnierzy, gdy zauważył jej zamyślenie.
Melissa wzdrygnęła się i zmieszała, uzmysławiając sobie, że nie zauważyła nadejścia młodego sierżanta SS. Skrępowało ją to niemal tak samo jak świadomość, że porucznik Wagner – śledzący każdy jej ruch – również dostrzegł to roztargnienie.
– To z głodu – powiedziała szybko i wysiadła. – Nie jadłam nic od wczoraj.
– W takim razie proszę poczekać. – Żołnierz podbiegł do ciężarówki i wyciągnął z torby kawałek chleba.
Posłała mu surowe spojrzenie, by zyskać czas i roztoczyć wokół siebie aurę stanowczości.
– Akcja jest ważniejsza niż ta pajda chleba – ucięła krótko i ruszyła do domu, ignorując jego życzliwość.
W środku było jeszcze więcej żołnierzy niż na zewnątrz. Melissa z ulgą stwierdziła, że prócz mnożących się przed oczami wyznawców Hitlera w domu nie ma prawowitych właścicieli. Nie znosiła sytuacji, w których Polacy byli obecni podczas rewizji. Ich pełne strachu, wyrzutu i nienawiści spojrzenia prześladowały ją długo po zakończeniu akcji.
Mimo to nie mogła pozbyć się wrażenia, że dom wciąż jest zamieszkany. Ze ścian faktycznie zdjęto kilka obrazów. Ich wcześniejszą obecność dekonspirowały ciemniejsze obrysy i symetryczne, wolne od kurzu kształty na meblach. Wydawało jej się też, że część szaf przestawiono: celowo rozłączono je z rzędu i ustawiono w dziwnych, niespotykanych miejscach. Jakby miały za zadanie coś zasłonić. Na widoku pozostały jedynie dzieła, których nie rozpoznawała – i nie było wśród nich tych, na których jej zależało.
– Co to ma znaczyć? – zwróciła się ostro do porucznika Wagnera. – Pozwala pan swoim ludziom spacerować i zwiedzać pokoje, zamiast rozkazać im, aby przygotowali mi dzieła do oceny?
– Panowie, ruszać się! – rzucił porucznik. – Ściągać wszystko ze ścian i przynieść każdą rzecz, która wydaje się cenna! Tylko niech nikogo ręce nie świerzbią, żeby coś chować do kieszeni. Osobiście was zrewiduję, a potem za błogosławieństwem wodza wymierzę odpowiednią karę.
Uśmiechnął się szelmowsko, kładąc dłoń na kaburze pistoletu.
Melissa patrzyła na niego z obrzydzeniem. Niejeden raz widziała, jak sam przywłaszczał sobie przedmioty, które nie były na tyle cenne, by trafić do nowo budowanego muzeum, ale wystarczająco kosztowne, by opłacić mu codzienne uczty w luksusowych krakowskich restauracjach.
– Znów zapewniono mnie, że wszystko jest przygotowane, a pan po raz kolejny gardzi moim czasem.
– Proszę zrozumieć, chłopcy musieli najpierw oczyścić teren z… – zaczął.
Podniosła dłoń, dając znać, że nie chce więcej słuchać jego tłumaczeń. Ruszyła w głąb domu, zaledwie muskając wzrokiem pomieszczenia.
– Wy dwaj, za mną. – Wskazała dwóch szeregowych. – Przesuńcie meble na prawo. Polacy mają to do siebie, że najcenniejsze dzieła ukrywają, zastawiając pomieszczenia meblami. A wy – zwróciła się do kolejnej grupy – idźcie do piwnicy. Sprawdźcie też po drodze, czy nie ma świeżych śladów farby albo zaprawy murarskiej. Najcenniejszych rzeczy nikt nie zostawia na wierzchu. Zamurowują je w specjalnych komórkach. Ruszcie się. Nie mam całego dnia!
W domu zapanowała nerwówka. Żołnierze na polecenie Melissy wynosili niektóre przedmioty prosto do ciężarówki. Nie było tego wiele – wybierała tylko to, co pozwoliłoby jej zachować stanowisko i pozory efektywności. Teraz, gdy spisek rozbił jej środowisko przyjaciół, musiała uczynić wszystko, by w oczach Hansa Franka pozostać nieskazitelną pracownicą. Wskazywała więc jedynie te rzeczy, dzięki którym ocali twarz i sumienie.
Ze stołu ściągnięto obrus i ułożono stertę obrazów. Melissa błyskawicznie odrzuciła większość z nich, wskazując, że nie mają dla niej żadnej wartości. Wyszły spod nieznanego pędzla i nie widniały w katalogu. Poza tym farby użyte do ich stworzenia były zbyt jaskrawe, a powierzchnia niemal wolna od kurzu, co jasno wskazywało, że musiały to być nowe nabytki. Do tego nie miały wielkiej wartości, wszak w czasie wojny nikt nie trzyma na ścianach tego, co najcenniejsze. Obraz znanego artysty to zabezpieczenie. Można go spieniężyć i przetrwać długie lata kryzysu. Czarny rynek przyjmie wszystko. A wojenny rynek najszybciej obraca właśnie sztuką.
Ekspertyza przebiegła w ekspresowym tempie. Wydawało się, że wizyta Melissy w tym miejscu okaże się bezcelowa, ale ostatni obraz, w bogato złoconej ramie, przykuł jej uwagę.
– Czyżbyśmy wreszcie mieli jakąś perełkę?
Posłała Wagnerowi lodowate spojrzenie, a jego nalana twarz natychmiast stężała.
– Nie dowiem się, jeśli nadal będzie mi pan zasłaniał światło.
Porucznik niechętnie się odsunął, a gdy Melissa sięgała do aktówki po okulary, polecił sierżantowi doświetlić pomieszczenie. Skupiła się na analizie dzieła przedstawiającego dziewczynkę z kanarkiem. Znała ten obraz. Autor ukazał stojące w pokoju dziecko w białej sukience z czerwoną szarfą przewiązaną w pasie. Dziewczynka wspinała się na palce, trzymając w ustach jedzenie, którym próbowała nakarmić wychylającego się z klatki ptaszka. Obraz figurował na liście dzieł przeznaczonych do wywiezienia z Polski – urocza scenka pędzla Leopolda Löfflera doskonale wpisywała się w nurt biedermeier, tak ważny dla Hitlera.
Melissa w skupieniu studiowała kompozycję, paletę barw, prowadzenie pędzla. Wszystko wskazywało na to, że obraz powstał około sześćdziesięciu lat wcześniej. Obróciła go malowidłem do dołu – i w jednej chwili wszystkie jej nadzieje prysły.
– Falsyfikat – orzekła. – Świetnie odwzorowany, ale nie ma sensu się łudzić. W tamtym stuleciu nie używano takiego płótna.
Skinęła z podziękowaniem żołnierzowi, który trzymał odsunięte ciężkie kotary, by ułatwić jej pracę.
I wtedy serce niemal jej stanęło.
Za oknem rozpościerał się widok na ogród, w którym leżały ciała trzech kobiet i jednej dziewczynki. Wszystkie były ubrane w zdobne sukienki z drogich materiałów i skórzane buty. Ich porcelanowe twarze zalane krwią wyglądały zatrważająco. W głowach kobiet, okrytych modnie upiętymi blond włosami, ziały ciemne plamy. Z główki dziewczynki po splecionych w warkocz słomkowych włosach wypływały fragmenty tkanki mózgowej. Jej twarzyczka zastygła w grymasie ogromnego cierpienia, a szeroko otwarte niebieskie oczy wciąż patrzyły z przerażeniem.
– Co wyście zrobili? – wychrypiała Melissa, czując, że ta twarz będzie ją prześladować przez długie noce.
– Nalegała pani, by sytuacja z poprzedniej rewizji więcej się nie powtórzyła…
– Nie! – krzyknęła. – Nigdy nie kazałam wam zabijać ludzi! Nie dość, że ich okradamy, to jeszcze odbieracie im życie?!
– Panno von Falkenhayn, proszę panować nad sobą. Nikt nie chciałby składać na panią donosu, ale pani słowa… dość jasno wskazują, jaki ma pani stosunek do władzy. – Weber patrzył na Melissę, jak gdyby zdawał sobie sprawę, że właśnie trzyma ją w garści. – Proszę pamiętać, że sztuka ma służyć naszemu nowemu muzeum w Linzu. Jaki byłby z niej pożytek, gdyby tkwiła ukryta w takich dziurach?
– Żadne dzieło sztuki nie jest ważniejsze niż ludzkie życie! A już na pewno nie te reprodukcje!
– Co się z panią dzieje?! – prychnął. – Żałuje pani tych Polek? Powinna pani docenić nasze starania. Po ostatniej wsypie nie musi się już pani tłumaczyć Hansowi Frankowi. Choć… – Uśmiechnął się złowieszczo. – To może się zmienić.
Chciała mu wykrzyczeć wiele: że jest zbrodniarzem, że ma krew tych ludzi na rękach, że ona sama nienawidzi każdego dnia spędzonego przy jego boku. Ale czy nie była tego samego pokroju?
– Dziękuję za taką pomoc! – wysyczała, wbijając w niego przenikliwe spojrzenie. – I proszę się nie fatygować, poruczniku. Poradzę sobie w kolejnych lokalizacjach sama.
– Proszę uważać na słowa. – Uniósł palec. – Mój oddział został odsunięty od ważnych spraw, by ułatwić pani pracę. Powinna pani być wdzięczna, że odwalamy najgorszą robotę za ludzi, którymi pani nie potrafiła należycie zarządzać.
– Zadbam o to, by mógł pan wrócić do swoich ważnych obowiązków.
Wagner patrzył na Melissę z zacięciem, jakby ostrzegał ją, żeby z nim nie pogrywała.
– Bez pańskiego udziału odnosiłam lepsze sukcesy. I nie trzeba było zabijać niewinnych ludzi – dodała i ruszyła ku wyjściu, drżąc cała z emocji, wstydu oraz poczucia winy. – Jedziemy dalej – rzuciła do szofera, który bez słowa odpalił samochód.
Nie miała odwagi spojrzeć na dom, który zostawiali za sobą. Zamknęła oczy i czekała, aż wjadą na brukowaną szosę. Otworzyła je dopiero wtedy, gdy promień słońca padł na twarz, a w szybie odbił się jej profil.
„Nie o to chciałam walczyć” – przemknęło jej przez myśl.
Przerażająca twarz dziewczynki nie znikała sprzed oczu. Mdłości narastały. Rosła też nienawiść do kobiety, w którą się przeobraziła.
Przed laty uwierzyła, że działa dla wyższego dobra. Szybko stała się główną dowodzącą grupy skierowanej na południe Generalnej Guberni. Pozwoliła, by jej twarz stała się wizytówką haniebnego procederu. To przed nią ludzie ukrywali swoje skarby. To z nią kojarzyli plądrowanie domów, strach, niesprawiedliwość i bezprawną konfiskatę majątków. A teraz będą z nią łączyć także barbarzyńską śmierć tych kobiet.
Gdyby pięć lat temu posłuchała instynktu, nie wkroczyłaby na tę drogę. Ale czy wówczas, w obliczu tego wszystkiego, miała jakiekolwiek pole manewru?
Wtedy sądziła, że jest w piekle, z którego nie da się wydostać. Teraz, stojąc w cieniu zrabowanej sztuki, w mroku swastyki i w otchłani własnych wyrzutów sumienia, wiedziała jedno: jedyną drogą do wolności była śmierć.
OKTAWIAN
Wiatr pędził po polach, wprawiając łany zbóż w magnetyzujący taniec, gdy młodzi mężczyźni gnali ciężarówką po bezdrożach. Oktawian siedział tuż obok Janka, najlepszego mechanika w ich zespole – człowieka, który potrafił ujarzmić każdą maszynę nawet w warunkach największego zagrożenia. Teraz w pełni panował nad starym, trzęsącym się gratem, przypominającym nieco amerykańską Liberty. Poza tym jednak nie miał z nią nic wspólnego. Był składakiem złożonym z kilku różnych samochodów i tak wyeksploatowanym, że wystarczyłaby jedna wyrwa w drodze, by rozpadł się na części.
Mimo to Oktawian nie przejmował się jego stanem. Najważniejsze było, że wreszcie mieli środek transportu – i tym razem nie był to ukradziony szwabom pojazd. Jazda niemiecką Krupp-Protze w cywilnych ubraniach zbyt mocno rzucała się w oczy i ściągała kłopoty.
A jednak problemy znów zaczynały wyrastać przed nimi jak grzyby po deszczu.
Od rezydencji Bernatowiczów dzieliły ich jeszcze cztery kilometry, a Oktawian był już tak zdenerwowany, że ścierał ze skroni kolejne krople potu. Wiedział, że powinien zachować przytomność umysłu, lecz stres przejmował nad nim władzę. Po ostatniej akcji, gdy cudem uchronił się przed dekonspiracją, czujność i niepokój stały się mu równie bliskie, co druga skóra. Dlatego teraz obserwował każdy skrawek pooranego bombami pola i raz po raz spoglądał ponad czubki drzew, zza których miał wyłonić się cel ich podróży.
Gdy został im zaledwie kilometr, Janek mocniej zacisnął dłonie na kierownicy i dwukrotnie przyhamował. Samochód szarpnął; to był znak dla skrytych na pace Maćka i Władka, by byli w pełnej gotowości. Następnie Janek wrzucił luz, by przytłumić pracę silnika. Robił tak za każdym razem, gdy chciał się upewnić, że w pobliżu nie ma innych wojskowych ciężarówek. Ta cisza dawała mu złudne poczucie panowania nad sytuacją. Po chwili zawieszenia znów zaczęli wolno toczyć się po drodze, bruk ustąpił miejsca ubitej ziemi, a Oktawian poczuł, że krew tężeje mu w żyłach.
Janek od razu zorientował się, co i jak. Spojrzał na swojego dowódcę, lecz ten jedynie zacisnął mocniej szczękę. Obu wystarczyło spojrzenie na drogę, by zdali sobie sprawę, że wszystko, do czego się przygotowywali, właśnie legło w gruzach. Ślady na ziemi nie należały bowiem ani do miejscowych rowerów, ani do zużytych opon polskich samochodów. To były wyraźne odciski ciężkiego sprzętu, z którym Oktawian i jego ludzie nieraz grali w ciuciubabkę.
Tym razem to znów Niemcy byli o krok przed nimi.
– Odbij na Borową – zarządził Oktawian.
– Stamtąd nie dojedziemy pod dom.
– Wiem, ale nie mamy wyboru. Popatrz na te ślady. Nie nasze. Nie polskie. W dodatku głęboko zapadnięte. Nikt tędy po nich nie przejechał. Nie zamierzam wlecieć prosto w paszczę lwa.
Janek skinął głową i skręcił w las. Nie musieli jednak dotrzeć nawet do kolejnej wsi, by zobaczyć cały obraz sytuacji. Z oddali wyraźnie widać było szereg niemieckich ciężarówek ustawionych na drodze prowadzącej do domu hrabiego Bernatowicza.
Na ten widok w Oktawianie zagotowała się wściekłość.
– Psia krew… – Janek zatrzymał auto na skraju lasu, gdzie pojazd idealnie zlewał się z otoczeniem, a oni mogli obserwować Niemców przez lornetkę. – Co robimy?
– Zmieniamy kierunek. Tu nie ma już czego szukać.
Oktawian rozłożył mapę i przez chwilę wpatrywał się w okoliczne wioski, próbując się skupić mimo ogromnego poczucia zawodu. Po raz kolejny okazało się, że Niemcy ich wyprzedzili, a zaplanowana akcja była z góry skazana na niepowodzenie.
– Mamy coraz więcej publiczności, panowie.
Władek wyskoczył z paki ciężarówki, stanął tuż obok samochodu i odpalił papierosa. Patrzył pełen niepokoju na obraz, który malował się w oddali.
– Co, znowu się martwisz, że ze strachu będziesz miał pełne gacie? – rzucił Janek.
– Bardzo śmieszne – burknął Władek. – Łatwo być chojrakiem, jak nie ma się rodziny. Gdy musisz wziąć odpowiedzialność za dzieci, cały świat wygląda inaczej.
– Już to słyszałem. – Janek ziewnął teatralnie. – To co, szefie? Jedziemy na nich?
– Dajcie mi się skupić – rzucił ostro Oktawian.
Ale słowa Władka tylko pogłębiły jego niepokój.
Ta gra, w którą wciągnął przyjaciół, stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Ścieżki młodej polskiej ekipy muzealników coraz częściej przecinały się z nazistowskim aparatem ERR i Gestapo. Próba ratowania dzieł sztuki przypominała już akcje sabotażowe w dużych miastach. A Oktawian czuł pod skórą palącą odpowiedzialność za ludzi, z którymi współpracował, i za tych, którzy padli ofiarą zbrodniczej organizacji, bo nie zdążył ich ostrzec. Teraz miał wrażenie, że kolejni Polacy zapłacili za jego zwłokę mieniem, bezpieczeństwem, a może i życiem.
Nie potrafił znieść gorzkiego smaku zawodu i wyrzutów sumienia.
– Jedziemy do Mogiły – zdecydował w końcu.
Władek zgasił papierosa i wskoczył z powrotem na pakę. Z chwilą, gdy samochód zakołysał się pod jego ciężarem, Janek odpalił silnik.
– Może najpierw sprawdźmy, czy Bernatowiczowej udało się uciec? – zaproponował Janek.
– Jak? Nie jesteśmy niewidzialni, jak niby mamy przemknąć pomiędzy tymi wszystkimi patrolami? Ostatnio ledwo uniknęliśmy aresztowania, a Gestapo ma wyjątkową pamięć do twarzy.
– Do twojej na pewno. Mnie tam nie widzieli.
– Na jakiej podstawie sądzisz, że nie? – Oktawian poczuł, jak znów wzbiera w nim gniew.
Wiadomo było, że jeśli ich zdekonspirują, spotka ich najsurowsza kara. Oktawian nie miał pewności, czy Gestapo nie depcze im po piętach, czy wraz z dziełami sztuki Niemcy nie urządzili sobie polowania na ich czwórkę i czy przyjdzie dzień, w którym uda się odzyskać wszystko to, co szabrownicy wywieźli pełnymi wagonami do Rzeszy.
– Bo mój ryj wisiałby już na listach gończych na każdym słupie w Krakowie. Twój też. A skoro nie wiszą, nie wiedzą o nas.
– Oczywiście, że wiedzą. Po prostu czekają, aż sami wpadniemy w ich sidła. Każdy głupi by się zorientował, skoro wciąż znajdują tylko podmienione obrazy.
– No… Ta cała Melissa na głupią nie wyglądała. – Janek puścił oko i trącił Oktawiana łokciem.
– Jedź lepiej do tego kościoła – uciął Oktawian, nie chcąc pokazać, że jego uwaga na temat Melissy poruszyła w nim jakąś strunę.
Bo poruszyła. Stale myślał o owianej złą sławą Melissie von Falkenhayn. Ich spontaniczne spotkanie, na które się odważył, niewiele myśląc o konsekwencjach, sprawiło, że wciąż czuł dziwne poruszenie. Nie wiedział, czy pociągała go konfrontacja z niemieckim oddziałem, obecność Melissy von Falkenhayn, czy świadomość, że dzieli ich cienka granica, której zdekonspirowanie oznaczało śmierć. Mimo to nadal był pod wrażeniem tamtego momentu.
Wystarczył jeden śmiały gest, by w Oktawianie obudzić nieznane dotąd impulsy i by na chwilę przeobrazić go w człowieka, którym nigdy nie był, a którym nieoczekiwanie zapragnął się stać.
To było tydzień temu. Oktawian stał wtedy w domu Harłukowiczów, do którego – za zgodą właścicieli – weszli, by zabezpieczyć zbiory, czego uciekający przed wojną gospodarze nie zdążyli zrobić. Część zbiorów spakowano do transportu. Władek z Maćkiem wymieniali najcenniejsze obrazy na podróbki, wiedząc, że tylko tak uda się przynajmniej na razie zmylić niemiecki aparat grabieży.
I wtedy właśnie, gdy znajdowali się w połowie prac, Oktawian zorientował się, że w ich kierunku sunie kolumna niemieckich ciężarówek ze lśniącym Mercedesem na czele. Nigdy dotąd nie tkwili w tak patowej sytuacji. Konfrontacja okazała się nieunikniona. Pewnym było, że już nie zdążą uciec.
Czas zwolnił, każda sekunda ciągnęła się jak wieczność. Oktawian musiał podjąć najtrudniejszą decyzję od początku wybuchu wojny.
– Niemcy jadą! Dokończcie ten obraz i spierdalajcie w las! – krzyknął. – Ja ich zatrzymam!
Władek rzucił się do okna.
– Zwariowałeś?! – wrzasnął.
– Pogadamy później! Teraz pakujcie obrazy i spieprzajcie przez ogród!
– Przecież to szczere pole. Zobaczą nas, zanim dobiegniemy do lasu. Zostawmy to wszystko i uciekajmy razem! Teraz! – zawołał zdenerwowany Maciek.
– Nie. Wszystkim nam nie uda się zwiać. Ja ich zagadam, a wy w tym czasie uciekniecie. Daliśmy słowo Harłukowiczom, że uratujemy ich rzeczy.
– Nie rób tego, stary! – Władek wbił w Oktawiana uparte spojrzenie. – To tylko rzeczy. Nie możesz poświęcić dla nich życia.
– Gdyby to były tylko rzeczy, nie ruszyłbym dupy z Warszawy. A ty, zdaje się, masz dzieci, więc zabieraj cztery litery i spierdalaj, bo inaczej wszystkim nam sprzedadzą kulkę w łeb.
Przez trzy sekundy Oktawian z Władkiem walczyli na spojrzenia, aż ten drugi odpuścił.
– Zapierdalaj z tym płótnem – ponaglił Władek Maćka.
Już po chwili byli po robocie.
– Trzymaj się, szefie – rzucił Janek i wyskoczył przez okno.
Ostrożnie przejął od kolegów worki.
Oktawian patrzył na to w oniemieniu, lecz ani przez moment nie zwątpił. Kierowany impulsem uznał, że nie może pozwolić, ażeby jego chłopcy ucierpieli. Zagranie było oczywiste: on ich w to wpakował i on musiał uratować im skórę.
Stał przez chwilę w miejscu, przerzucając spojrzenie między oknem wychodzącym na drogę do posiadłości a tym, za którym falowały złote łany zboża. To obserwował swoich kompanów, którzy próbowali uratować polskie dzieła sztuki, zanim te wpadną w ręce wroga, to śledził wzrokiem nadciągające niemieckie ciężarówki. Rozrachunek był bezlitosny. Motoryzacja wyprzedzała ludzkie ciała.
Gdy sznur aut wtaczał się już na podjazd, jego ludzie byli dopiero w połowie drogi.
Rzeczywistość napierała na niego ze wszystkich stron, a jednak w działaniu nie ustąpił. Wiedział, że jeśli obleje ten sprawdzian, nigdy sobie tego nie wybaczy. Musiał skupić na sobie całą uwagę niemieckiego aparatu.
Gdy wojskowe ciężarówki zatrzymały się przed domem, Oktawian wyszedł im naprzeciw. Chwycił za klamkę i czekał, aż ktoś stanie z drugiej strony. Gotów był wystawić ciało na ostrzał spojrzeń oraz wycelowane pistolety, byle tylko uchronić kolegów i obronić polską sprawę.
W skupieniu nasłuchiwał. Zduszone rozmowy nie wskazywały niczego dobrego.
Serce waliło mu w piersi, kiedy jednak usłyszał kroki tuż za drzwiami, przywołał się do porządku. Instynktownie spiął mięśnie, naprężył pierś i szarpnął gwałtownie drzwi, otwierając je na oścież dokładnie w chwili, gdy ktoś przed nimi stanął.
Powietrzem wstrząsnął szum żołnierskiej musztry – postawy gotowej do strzału. Zebrani na podjeździe wehrmachtowcy niemal równocześnie unieśli broń i wymierzyli w Oktawiana. Czekali na jeden jego fałszywy ruch.
Tymczasem on stał niewzruszony, patrząc na kobietę o niewyobrażalnie hipnotyzującej urodzie.
Melissa von Falkenhayn w opiętym mundurze ERR wbijała w niego zaskoczone spojrzenie. Słyszał o niej wiele, lecz żadna z plotek nie była pochlebna. Niejednokrotnie miał też okazję obserwować tę służbistkę przez lornetkę. Ale dopiero teraz mógł spojrzeć jej prosto w twarz i uzmysłowił sobie, że nigdy dotąd nie widział tak pięknego profilu. Jej oczy miały barwę głębokiego granatu i były tak hipnotyzujące i nieznane, że nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż to najpiękniejsze oczy, jakie widział w życiu. Przypominały ciemne, burzowe niebo, jednocześnie fascynowały i budziły grozę; były szeroko otwarte, jakby nagle zobaczyła ducha. Oktawian z zadowoleniem skonstatował, że i on musiał wywrzeć na niej piorunujące wrażenie.
Nagle potrząsnęła głową, jak gdyby chciała się otrząsnąć i wrócić do roli.
– Sztab Operacyjny Reichsführera Rosenberga, proszę mnie przepuścić w celu rewizji – wypowiedziała głośno tę wyuczoną regułkę, jak gdyby chciała śmiałym tonem spłoszyć go z wejścia. Postawiła krok w przód, lecz Oktawian nawet nie drgnął.
– Jaką mam pewność? – zapytał perfekcyjną niemczyzną.
Zaskoczona jego reakcją stanęła jak wryta. Była tak blisko, że poczuł różany zapach bijący z jej lśniących włosów. Zadarła twarz do góry, a on znów rozpłynął się w jej spojrzeniu.
– Słucham?
– Skąd mam wiedzieć, że pani nie kłamie? – rzucił impulsywnie pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy, choć przecież doskonale zdawał sobie sprawę, z kim ma do czynienia i jak znacząca dla nazistowskiej organizacji jest ta kobieta.
Obruszyła się.
– Naprawdę dla pana bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli mnie pan wpuści. Ci za mną tylko czekają, żeby pana odstrzelić.
– Twarda z pani sztuka, skoro nie boi się, że chybią, dziurawiąc pani plecy.
– A z pana niebywały ryzykant, skoro przed plutonem egzekucyjnym wdaje się w niepotrzebną dyskusję.
Oktawian zerknął szybko na pole i dostrzegł, że jego ludzie wciąż byli widoczni.
– Nie mam innego wyjścia, skoro bezpodstawnie wtargnęliście na moją posesję – ciągnął grę.
– Odsuń się, Melisso! – krzyknął jeden z żołnierzy.
Oktawian dotknął jej dłoni, zmuszając ją, by patrzyła na niego, a nie na swoich towarzyszy.
– Odsunę się, ale pod warunkiem, że wejdzie pani do środka sama – odparł, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Żołnierze przeładowali broń.
– Nie będzie pan mi stawiał warunków – rzekła twardo.
– Racja. Mogę równie dobrze pozwolić pani kolegom ściągnąć mnie z tego marnego padołu i potem nawiedzać panią jako duch. Tylko że wtedy to ja będę stawiał warunki, a pani nie będzie miała możliwości negocjacji.
Melissa otworzyła usta, ale nim zdążyła się odezwać, rozległa się kolejna głośna komenda.
– Melisso, odsuń się, będziemy strzelać!
Oktawianowi zmiękły nogi, a po plecach przebiegł lodowaty dreszcz. Wystarczyło jednak zerknąć na pole, by się zorientować, że jego przyjaciele byli już bezpiecznie skryci w lesie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
W ramionach wroga
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Epigraf
