W obronie miłości - Magdalena Wojtkiewicz - ebook + audiobook + książka

W obronie miłości ebook i audiobook

Wojtkiewicz Magdalena

4,8
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Kiedy wojna spowija mrokiem domy Ostrowca Świętokrzyskiego, odbierając ludziom spokój, wiarę i nadzieję, Urszula Sławiak spotyka na swojej drodze Oskara Osmana – oficera gestapo.
Po tym spotkaniu w jej życiu nic nie jest już takie jak dawniej. Granice między dobrem a złem zaczynają się zacierać, a uczucie staje się największym wyzwaniem.
Między rozkazem a uczuciem, między honorem a sercem, Urszula staje w obronie miłości – tak, jak dotąd nie odważyła się żadna inna kobieta. Podejmuje decyzję, która w cieniu przysięgi odwraca kartę przeznaczenia. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 308

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewakomasa

Nie oderwiesz się od lektury

wzruszająca opowieść
00
GosiaNealon

Nie oderwiesz się od lektury

Wyjątkowa!
00



Copyright © by Magdalena Wojtkiewicz, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Maciej Szymanowicz

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-115-5

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Musi mieć do wyboru. Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło. To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby. Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare, czarne, wesołe, bez powodu pełne łez. […]1

1 Fragment wiersza Wisławy Szymborskiej, Portret kobiety, tomik poezji Wielka liczba, 1976.

Rozdział 1

Ostrowiec Świętokrzyski, 1943 rok

Urszula pokręciła głową. Nie wierzę, że to się dzieje kolejny raz! – pomyślała ze złością. Obiecał być na czas, a tu proszę… Dochodzi piąta, a po nim ani śladu! Zdenerwowana rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu szczupłej sylwetki brata, ale jedyne, co dostrzegła, to budzącą się ze smutnego snu okolicę Ludwikowa. Mleczna mgła panoszyła się pomiędzy budynkami, oblepiając ich mury welonem mikrokropelek wody. Urszula wciągnęła głęboko niesioną wilgotnym powietrzem woń zakwasu żytniego, po czym wypuściła z ust obłoczki pary. Obejrzała się za siebie i zawiesiła wzrok na kuchennym oknie rodzinnego domu. Sylwetka Aliny Sławiak rysowała się niewyraźnie za firanką. Ula przyglądała jej się przez chwilę. Powłóczyste, leniwe ruchy matki wywołały w córce ciepłe uczucia. Pomimo trudnych czasów i represji ze strony Niemców, Sławiakowie się nie poddali i wciąż dzielnie stawiali czoła najeźdźcy.

Alina uniosła głowę i spojrzała przez okno. Ula szybko odskoczyła w bok i schowała się za gałązkami krzewu. Gdzież on do jasnej cholery jest?! – złościła się w myślach. Jeszcze chwila i wyda się, że nie spał w domu! Urszula kryła brata, ale jeśli rodzice zwęszyliby podstęp rodzeństwa, wpadliby w wściekłość. Odwróciła się i spojrzała na ciemne kłęby dymu, wydobywające się ze strzelistych kominów Zakładów Ostrowieckich – miejsca pracy ojca. Jan Sławiak, pseudonim Zadra, każdego dnia stawał oko w oko z niemieckimi zarządcami na hali montażowej huty. Mężczyzna, ryzykując życiem, przemycał z zakładów szmelc, z którego następnie konstruowano broń palną. Broń… Tego żądał las i wciąż było jej za mało. Marzeniem każdego była porządna spluwa i trotyl. Esesmani chodzili po ulicach Ostrowca uzbrojeni po same uszy, a „leśni chłopcy” dzielili się pojedynczymi sztukami visów1.

Ale Sławiakowie nie spoczęli na laurach, wypiekając chleb czy wynosząc metal. Ich dom, którego położenie ze względów bezpieczeństwa znali tylko nieliczni, stał się ważnym punktem na mapie akowców. Jan i Alina ofiarowali działaczom podziemia pomoc w postaci tymczasowej kryjówki dla konspiratorów, którzy, aby zniknąć z miasta, musieli gdzieś przeczekać obławę gestapo i żandarmerii. Ich działania niosły ze sobą wielkie ryzyko, lecz decyzja, podyktowana głosem serca Jana – serca, które należało do Ojczyzny – nie mogła być inna. Sławiak robił wszystko, co tylko mógł, aby pomóc rodakom w ciężkim czasie wojennej zawieruchy.

Na szczęście nie był w tym sam. Działało wielu takich jak Zadra, a najbliżej niego w szeregu stał Jurek Boczarski, o pseudonimie Wrzos. Ojciec często spotykał się z Jurkiem. Zamknięci w dużym pokoju wśród bielonych ścian dyskutowali zawzięcie, słuchając po kryjomu londyńskich audycji radiowych. Mężczyźni rozczytywali przechwycone niemieckie depesze, naprawiali zniszczoną broń i spisywali działania, jakie miały miejsce na Hucie. Bywało, iż dołączali do nich goście. Wtedy Ula, Edziu i matka wiedzieli, że kroi się grubsza sprawa i należy szczególnie uważnie pilnować domu. Rolę wartownika pełniła – zarówno w dzień, jak i w nocy – Alina. Kobieta, czujna niczym lis, wychwytywała każde krzywe spojrzenie zwrócone w kierunku piekarni. A kiedy wyczuła zagrożenie, nakazywała Urszuli w te pędy biec i alarmować ojca.

Alina cieszyła się uznaniem i szacunkiem wśród mężczyzn, którzy nabierali sił pod ich dachem. Kobieta była zadowolona, gdy zwracali się do niej żartobliwie „Ciotka”, czuła się wtedy częścią czegoś wielkiego. Dobry humor zaś psuła jej obecność córki. Młodziutka, zawsze uśmiechnięta, zwracała uwagę płci przeciwnej swą subtelną urodą. Jej czekoladowe włosy, spięte w kok nad karkiem, nadawały błękitnym oczom głębi, a lekko wydęte usta o barwie płatków kwiatu wiśni hipnotyzowały męskie spojrzenia. Tymczasowi bywalcy chłonęli jej piękno niczym mech pośrodku lasu poranną rosę. Napawali oczy kształtnym ciałem dziewczyny, aby w chwilach głodu i zimna rozgrzać serce nadzieją, że kiedyś, w jakimś lepszym miejscu, spotkają swoją własną Urszulkę.

Młoda Sławiakówna, choć świadoma swej urody i zainteresowania, jakie wzbudzała wśród mężczyzn, nie zaprzątała sobie głowy romansami. Na pierwszym miejscu stawiała edukację. W tygodniu wymykała się na tajne komplety, organizowane w domu profesora Władysława Sobocińskiego przy Alei 3 Maja. Ich klasa liczyła zaledwie sześć osób, z czego pięć stanowiły dziewczyny… Mężczyźni myśleli tak samo jak Edek. Nie myśleli o szkole, kiedy ważyły się losy Ojczyzny. Liczyły się tylko „ważne sprawy”, a do tych zaliczyć należało wszystko, co związane było z walką z Niemcami. Gdy u ojca zjawiał się wujek Wrzos, Edek natychmiast warował pod drzwiami dużego pokoju. Przyciskając ucho do dziurki od klucza, podsłuchiwał starszych z zapartym tchem. Udawało mu się to do czasu, aż któryś z nich domyślił się jego obecności. „To są sprawy dorosłych!”, krzyczał ojciec, zanim jeszcze wstał od stołu, ale Edek nie dawał za wygraną. Z zaciśniętymi pięściami stawiał się wyższemu zaledwie o głowę Janowi.

– Przecież rozlepiam plakaty i roznoszę broszury! Za to też grozi pestka w łeb! – argumentował Edek.

– Wiem, co ci chodzi po głowie, młody człowieku. I czego chcesz się dowiedzieć…

– Ale…

– Żadne „ale”! Wybij sobie z łepetyny las!

– Jeszcze wam wszystkim pokażę, że się nadaję! – odgrażał się urażony.

Urszulę z początku śmieszyła złość brata, lecz z upływem czasu miejsce rozbawienia przejmowało współczucie. Edek wzorował się na ojcu, który razem ze „starą gwardią” działał czynnie od pierwszych dni wkroczenia Wehrmachtu. Wiedział również, że większość chłopców z okolicy wstąpiło w szeregi AL-owców, BCh-owców czy AK-owców albo uciekło, by walczyć gdzieś w głąb Polski. Gdy „leśni chłopcy” odwiedzali miasto, Edek i jemu podobni patrzyli na nich z uznaniem i zazdrością. I choć myślał, że ojciec jest ślepy na jego podchody, bardzo się mylił. Sławiak widział wszystko – dostrzegał burzę w oczach syna na widok szkopa. Słyszał, jak Edkowi zmieniał się głos, gdy mówił o wojnie. Czuł każdą komórką ciała, że nadchodzi chwila, kiedy syn stanie się mężczyzną i pójdzie walczyć.

– Siostra?! – Znajomy, piskliwy głos przywołał Urszulę do rzeczywistości.

– Edek… – zazgrzytała zębami, wychodząc zza krzaka.

Najchętniej nakrzyczałaby na niego na środku ulicy, ale nie mogła robić hałasu. Ograniczyła się więc do pacnięcia dłonią w rozczochraną czuprynę brata i pogrożenia palcem.

– Czyś ty oszalał?! Miałeś być punktualnie o piątej! – Ściągnęła brwi. – I jak ty wyglądasz?! Cały jesteś w błocie!

– Oj, siostra, ważne sprawy! – Rozłożył ręce, a uśmiech ozdobił mu smukłą twarz.

– Ty i te twoje ważne sprawy. Powinny się nazywać „brudne sprawki”.

Starała się patrzeć na brata groźnym wzrokiem, jednak nic z tego nie wyszło. Widok jego wciąż dziecięcej twarzy szybko przegonił złość w kąt.

– Matka jest już w piekarni. Musimy wejść od podwórka – powiedziała znacznie łagodniej.

– A ojciec?

– Wyszedł wcześniej na Zakład.

– Uff… – Westchnął z ulgą. – Ojciec zaraz by coś zwęszył.

– Jeśli zaraz nie dołączymy do matki, to i ona zwęszy! – Pociągnęła brata za rękaw brudnej od błota marynarki. – Masz się przywrócić do porządku i to natychmiast! Ja się nią zajmę.

Urszula powąchała gorący bochenek. Łagodny zapach spieczonej skórki otulił jej zmysły i wywołał uczucie błogości. Nim przekroiła chleb na pół, nakreśliła nożem znak krzyża na jego spodzie. Dopiero potem jedną część schowała do koszyka pod ladą i zakryła ścierką, a drugą odłożyła na sklepową półkę.

– To dla profesora Sobocińskiego, nie ruszajcie go! – powiadomiła rodzinę.

W piekarni od samego rana panował wzmożony ruch. Obowiązująca zasada: kto pierwszy, ten lepszy, nie sprawdzała się w praktyce. Ludzie przepychali się jeden przez drugiego, nie zważając na wiek czy płeć osób stojących bliżej lady. Nie wiedzieli jeszcze, że przyszłość piekarni stoi pod znakiem zapytania. Zapasy mąki malały z dnia na dzień. Opału do rozgrzania pieca również zaczynało brakować. Treuhänder2 Hasenfuss, choć przekupiony, część wyrobów musiał rekwirować na potrzeby okupanta. Czarne chmury zawisły nad Sławiakowym interesem, a przecież podczas zamieszania w piekarni łatwiej było niepostrzeżenie przemycić na zaplecze „gości”, których ostatnimi czasy było coraz więcej. Wszystko to za sprawą skundlonych3. Zdarzało się, że u Jana i Aliny przebywało naraz dwóch partyzantów, lecz ze względów bezpieczeństwa dowództwo podobwodu Ostrowca – komendant podporucznik Franciszek Rogowski, pseudonim Jar, oraz jego zastępca, podporucznik Wiktor Chamera4 – ograniczało takie sytuacje do niezbędnego minimum. Mężczyźni w potrzebie przybywali pod wskazany przez łącznika adres, gdzie na hasło: „Poproszę ćwierć chleba. Tego, co go tak chwalą na montowni”, Alina uśmiechała się szeroko. Wołała Edka, który z entuzjazmem przejmował „klienta”, a następnie prowadził go do komórki na tyłach domu. Po zmroku, gdy noc dawała namiastkę prywatności, do pomieszczenia przychodził Jan. Pod osłoną ciemności przemycał partyzanta ze sobą do domu, gdzie mógł się umyć i zjeść kolację. Podczas posiłku wymieniali się informacjami, a następnie o brzasku opuszczał dom Sławiaków.

Urszula odetchnęła z ulgą. Wydała ostatni bochenek. Na dziś to koniec pracy. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie, dochodziła godzina dwunasta. Miała zatem sporo czasu przed zajęciami u profesora Sobocińskiego, które zaczynały się o szesnastej. Ręką umazaną w mące sięgnęła pod ladę po koszyk z pieczywem dla profesora. Następnie, upewniwszy się, że wszystko jest na swoim miejscu, zamknęła na klucz drzwi wejściowe i przeszła do kuchni, z której wychodził korytarz prowadzący w głąb domu. Leniwie podążyła do swojego pokoju. Postawiła koszyk na łóżku, po czym położyła się obok niego, delektując się samotnością. Matka wyszła na miasto, ojciec urabiał sobie ręce na Zakładzie, a Edek… Edek miał swoje „ważne sprawy”. Utkwiła wzrok w otwartym oknie, przez które wpadał do środka duszny, pachnący słońcem wiatr. Zadowolona zamknęła oczy i wsłuchała się w odgłosy z zewnątrz. Drgnęła, gdy po chwili usłyszała znajomy dźwięk.

– Jesteś! – zawołała, zrywając się do okna.

Na dachu komórki siedział czarny niczym bryła węgla kos. Ptak dumnie oznajmiał światu swe przybycie piskliwym śpiewem.

– Kacper, gdzieś ty był? Już się o ciebie martwiłam!

Ptak w odpowiedzi zaświergotał swoją melodię, jakby cieszył się na jej widok tak samo, jak ona na jego.

– Brakowało mi twojego śpiewu o poranku. Uwielbiam, kiedy mnie budzisz.

Wsparta łokciami o parapet, przyglądała się pierzastemu przyjacielowi. Wtem do jej uszu dobiegło głośne stukanie w drzwi piekarni. Spojrzała w kierunku korytarza.

– Pewnie jakiś spóźniony klient… – wymamrotała. – Nic tu po nim. Chleba i tak już nie ma.

Powróciła do rozkoszowania się widokiem Kacperka. Lecz dobijanie się nie ustało, a wręcz przybrało na sile. Poirytowana nachalnością przybysza, zacisnęła dłonie w pięści.

– Jeszcze raz… – wysyczała, a w tej samej sekundzie padło kolejne uderzenie w drzwi. – Ożeż ty!

Nie zwlekając dłużej, zerwała się z łóżka i sprężystym krokiem przeszła przez korytarz do kuchni, a stamtąd wprost do piekarni. Widok, który zastała wprawił ją w osłupienie… O szybę w drzwiach opierał się jedną ręką młody mężczyzna. Drugą dłoń trzymał w okolicy pachwiny. Od razu domyśliła się, że to nie jest zwykły klient. Przybysz, wyczuwając jej obecność, uniósł opuszczoną głowę i spojrzał na nią oczami pełnymi bólu. Obraz cierpienia, jaki w nich dostrzegła, sprawił, że wstrzymała oddech. Podbiegła do drzwi, po czym ostrożnie je otworzyła. Mężczyzna z pomocą Uli wszedł do środka.

– Zamknij – wydyszał ciężko. – I zasłoń…

Urszula prędko przekręciła zamek, a ranny, czując się bezpieczniej, osunął się na podłogę.

– Co ci…

– Okna – przerwał jej.

Zasunęła zasłony.

– Co się stało? – zapytała, klękając przy nim. – Proszę mi pokazać ranę.

Sięgnęła do miejsca, gdzie trzymał rękę. Zasyczał, gdy dotknęła nogę.

– Zostaw, nic mi nie będzie… – wychrypiał.

– Nie wygląda na draśnięcie. – Zajrzała w przekrwione oczy chłopaka. – Pokaż.

– Przyszedłem do twojego ojca.

– Ojciec jest na Zakładzie – rzuciła. – Pokaż.

– Nic m…

Nie czekając na pozwolenie, chwyciła mocno za jego ramiona i o własnych siłach położyła go na plecach.

– Co ty robisz? – warknął.

– Przecież widzę, że jest źle!

Skrzywił się z bólu i już chciał odpowiedzieć krzykiem, lecz Urszula była szybsza i jedną dłonią zasłoniła mu usta, a drugą sięgnęła do rany.

Poddał się jej. Nie miał już więcej siły, żeby dłużej stawiać opór.

– Wydaje mi się, że kula ominęła tętnicę. Nie krwawisz aż tak obficie – zauważyła.

– Jest w środku – wymamrotał.

– I może tamować krwotok… Muszę założyć ci opatrunek uciskowy.

Podniosła się i przeszła do kredensu, na którym leżały ręczniki kuchenne.

– Potrzebuję jeszcze sznurka – wyszeptała. – Gdzie może być sznurek? – zastanawiała się głośno.

– Buty – odezwał się przez zaciśnięte zęby.

Prędko wróciła do niego i drżącymi z nerwów rękoma zabrała się do wyciągania sznurówek ze zniszczonych butów chłopaka.

Związawszy ze sobą dwie sznurówki, unieruchomiła ręcznik wokół rannej nogi.

– Teraz cię stąd przeniosę.

Wstała i bez ceregieli złapała przybysza pod pachy.

– Co ty? – wymamrotał, zerkając na nią. – Zostaw mnie! Dam radę sam.

– Nie utrudniaj. Tak będzie szybciej.

Przeciągnęła go do kuchni, gdzie wyprostowała się i spojrzała na chłopaka, aby ocenić jego stan. Wyglądał na wycieńczonego.

– No dobra… Tu cię nie mogę zostawić. Okna w kuchni, tak samo jak w piekarni, wychodzą na ulicę – zastanowiła się głośno. – Położę cię u siebie.

Nie protestował. Widział po zaciętej minie dziewczyny, że nie ma sensu walczyć, bo i tak zrobi to, co uzna za słuszne. Powoli ułożył głowę na podłodze i zamknął zmęczone oczy.

– Zaraz sprowadzę do ciebie doktora – oznajmiła, chwytając go ponownie pod pachy.

Gdy dotarli do pokoju, Urszula opadła na krzesło. Chłopak nie wyglądał na tak ciężkiego, jakim okazał się w rzeczywistości.

– Spróbuję położyć cię na łóżko.

– Nie – odpowiedział. – Tu mi dobrze.

W milczeniu wstała i sięgnęła po poduszkę, którą następnie ostrożnie podłożyła mu pod głowę.

– Możesz nam narobić kłopotu, jeżeli ktoś cię widział wchodzącego tutaj w takim stanie.

Otworzył usta, lecz szybko je zamknął. Z minuty na minutę opadał z sił. Zaniepokojona Ula przyłożyła mu dłoń do zroszonego potem czoła.

– Cholera, masz gorączkę.

Szarpnęła z łóżka koc, a następnie szczelnie go nim okryła.

– Leż spokojnie – nakazała. – Zaraz wracam.

Ula odnalazła matkę u krawcowej na końcu ulicy. Zaalarmowana przez córkę Alina szybko wydała polecenie:

– Biegnij do szpitala po doktora Drewsa, a ja wracam do domu. Dam mu zastrzyk z morfiny.

– Mamy w domu morfinę? – zapytała zaskoczona. – Czemu nic o tym nie wiedziałam?

– Bo zaraz byś komuś wypaplała. A została ostatnia dawka.

Ula pokręciła głową. Nie było czasu na kłótnie. Musiała, jak najprędzej dotrzeć na ulicę Focha, gdzie mieściła się Ubezpieczalnia Społeczna. Miała do pokonania kawał drogi z Ludwikowa. Rozejrzała się nerwowo w poszukiwaniu dorożkarza – tylko w ten sposób mogła dostać się tam na czas. I nagle, jakby los się do niej uśmiechnął, zza zakrętu wyjechała bryczka.

Z odnalezieniem doktora nie miała problemu. Pielęgniarka – Krystyna Kubicka, która była także łączniczką i znała młodą Sławiakównę – zaprowadziła ją prosto do sali, gdzie znajdował się profesor Drews.

– Urszula… – Lekarz wyszedł zza łóżka pacjenta. – Co cię, dziecko, do mnie sprowadza? – zapytał z niepokojem.

– Potrzebujemy pana pomocy – powiedziała, oddychając szybko.

– Przejdźmy do mojego gabinetu – nakazał, wyczuwając powagę sytuacji.

Za zamkniętymi drzwiami ponowił pytanie.

– Przyszedł do nas ciężko ranny chłopak – wyjaśniła. – Myślę, że może dojść do posocznicy. Został postrzelony w udo i ma gorączkę.

Doktor Roman Drews – profesor Akademii Medycznej w Poznaniu, wybitny chirurg, wysiedlony przez Niemców z tego miasta5 – był lekarzem, który niejednokrotnie pomagał mieszkańcom Ostrowca i partyzantom. Dla doktora nie było złych dróg czy złej pogody. Zawsze niósł pomoc tam, gdzie była ona konieczna. Dlatego bez cienia wątpliwości, pomimo że cała służba zdrowia nadzorowana była przez Niemców, nakazał Krystynie przygotować swoją torbę lekarską.

– Zlokalizowałaś ranę wylotową? – spytał Ulę.

– Jest tylko wlotowa.

– Pani Krystyno, proszę zapakować szczypce, jodynę, gaziki, igły z nićmi, bandaże i dwie ampułki penicyliny.

– Wszystko gotowe – odpowiedziała kobieta.

– Dobrze… – zamilkł, zamyśliwszy się. – Trzeba będzie uzupełnić to, co zabieramy. Niemcy wszystko sprawdzają.

– Niech się profesor nie martwi. Jeszcze dziś pojadę do apteki magistra Strączka. On na pewno nam pomoże. – Krystyna podała Drewsowi teczkę. – Proszę się tym nie przejmować.

– Uleńka, dziecko drogie. – Doktor Roman odwrócił się i spojrzał na dziewczynę znad okrągłych oprawek okularów. – Musisz wyjść stąd sama. Esesmani obserwują budynek. Jedź do domu i przygotuj wrzątek. Ja zaraz dojadę.

– Oczywiście. – Urszula ukłoniła się, po czym wyszła na szpitalny korytarz.

Starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, przywdziała na twarz maskę obojętności. Pewnym siebie krokiem zmierzała prosto do wyjścia ze szpitala, kiedy dostrzegła idących z naprzeciwka dwóch żandarmów. Prosząc w duchu Boga o łaskę, zeszła im z drogi, stanęła pokornie pod ścianą i dygnęła w geście powitania. A gdy wyminęli ją, nie uraczywszy choćby przelotnym spojrzeniem, odetchnęła z wyraźną ulgą i wznowiła marsz w zamierzonym kierunku.

Na powitanie Uli wybiegł z domu podekscytowany Edek. Piętnastolatek, z rumieńcami na policzkach, dopadł do siostry i chwycił ją mocno za ramiona.

– To na pewno nie nasz! – zapiszczał. – Ten to jakiś gość!

– Żyje? – spytała, nie podzielając entuzjazmu brata.

– Rozumiesz, że ma parabelkę6? Wygląda jak nówka! W naszych stronach są tylko visy…

– Nie rób zamieszania na środku ulicy – upomniała go. – Pytałam, czy żyje?

– Żyje. Matka go dogląda.

– Wchodź do środka. Nie ma czasu do stracenia, zaraz przyjedzie doktor.

– Idę po ojca pod Zakład, żeby szedł prosto do domu. Matka się wścieka, że wszystko na jej głowie.

– Tylko uważaj na siebie, bo z daleka widać, że coś kombinujesz.

– Przemknę przez miasto niczym lis w nocy do kurnika. – Zaśmiał się głośno. – Niedługo będziemy z powrotem!

1 Vis – podstawowa broń osobista żołnierzy polskiego podziemia. Historia Polskiego Państwa Podziemnego. Polska Walcząca. Armia Krajowa, t. 12, s. 12.
2 Treuhändstelle – Urząd Powierniczy w Generalnym Gubernatorstwie. Miał on kontrolować przedsiębiorstwa państwowe, zakłady prywatne mające znaczenie dla wojska oraz wszystkie firmy, nieruchomości i gospodarstwa należące do Żydów.
3 Skundlony – kapuś.
4 Organizacja ZWZ–AK w obwodzie Opatów. Marian Tadeusz „Bończa” Mazur, Szumiały nam świętokrzyskie jodły, s. 24.
5 Ostrowiecka służba zdrowia w konspiracji. Marian Tadeusz „Bończa” Mazur, Szumiały nam świętokrzyskie jodły, s. 97.
6 Pistolet Parabellum – niemiecki pistolet samopowtarzalny opracowany na przełomie XIX i XX wieku.

Rozdział 2

Jan, w asyście przyjaciela Jurka oraz rozemocjonowanego syna, wszedł do domu tylnym wejściem od strony podwórka. Już na progu uderzył ich ostry zapach jodyny, a do uszu doszły ciche rozmowy.

– Są u Ulki – powiedział Edek.

W pokoju dziewczyny zastali pochylonego nad pacjentem doktora Drewsa i asystującą mu Alinę. Urszula zaś, stojąc u wezgłowia łóżka, trzymała mokry okład na czole rannego chłopaka, który drgnął nerwowo na widok mężczyzn.

– Spokojnie. To nasi – oznajmiła, przekręcając kompres na chłodną stronę.

– Panie Sławiak…

– Nie teraz, synu – odezwał się Jan. – Porozmawiamy po wszystkim.

– Właściwie to już kończymy – przemówił Drews. – Jeszcze jeden szew… – Przebił igłą skórę, uniósł ją ku górze, a następnie z wprawą zawiązał ostatnią pętlę. – I gotowe. – Westchnął, zadowolony ze swojego dzieła.

– Czyli wszystko z nim dobrze? – spytał Sławiak, podchodząc bliżej.

– Przeżyje – ocenił, podając Alinie zakrwawioną igłę. – Proszę przemyć ranę – poinstruował kobietę, po czym skupił się na Janie i Jurku. – Na szczęście kula ominęła tętnicę udową i zatrzymała się w tkankach miękkich. Dostał gorączki i obawiałem się posocznicy, ale póki co sytuacja została opanowana. Jeżeli będziecie podawać mu leki, oczyszczać ranę i zakładać świeże opatrunki, to szybko stanie na nogi.

– Jak możemy się panu odwdzięczyć? – zapytał Jurek.

– Dopóki mogę, będę pomagać. Jednak teraz, pozwolą państwo, że już pójdę. Niemcy zaraz coś zwęszą, jeżeli nie wrócę na czas do szpitala.

– Na zewnątrz stoi rower. Jest do pana dyspozycji.

– Niestety, nie skorzystam z pańskiej propozycji. Rower może wzbudzić dodatkowe podejrzenia.

– Proszę, wszyściutko umyte, aż błyszczy! – Alina podała Drewsowi skórzaną torbę lekarską.

Doktor spojrzał na Urszulę, która w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie.

– Przypilnujesz go? – spytał, utkwiwszy w niej wzrok. Kiwnęła głową na potwierdzenie.

– Gdybym był jeszcze potrzebny, to wiecie państwo, gdzie mnie szukać.

– Niech Bóg będzie z panem. – Alina złożyła ręce jak do modlitwy.

– I z wami… – odpowiedział, zbierając się do wyjścia.

Edek wyprowadził Drewsa tylnym wyjściem, po czym pomógł mu przejść przez płot do sadu, którym doktor mógł niepostrzeżenie dotrzeć na główną ulicę z drugiej strony domu.

W pokoju Jan zarządził, aby przenieść rannego do komórki. Alina zerwała się ochoczo do przygotowywania mu posłania.

– Ale o czym ty mówisz, ojcze? – Urszula spojrzała na niego hardo. – Chłopak miał podejrzenie posocznicy. Musimy na niego uważać.

– Nie mówię, że już teraz… – odchrząknął zmieszany. – Ale do wieczora…

– Nie chcesz chyba mieć go na sumieniu? – upierała się niestrudzenie.

– Pan Sławiak ma rację – wtrącił chłopak, próbując dźwignąć się na łokciach.

– Nie, nie ma. – Ula powstrzymała go, przyciskając dłonią z powrotem do materaca. – W nocy podam mu drugą dawkę penicyliny, a rano zobaczymy, czy gorączka ustąpi. Dopiero wtedy zdecydujemy, co dalej, dobrze?

– A to ci lekareczka! – Edek zaśmiał się, wchodząc do pokoju.

– Już! Koniec! – rzekł chłodno Jan. – Proszę mi stąd we dwoje wyjść. – Wskazał na drzwi. – Zostaję tylko ja, Wrzos i nasz niezapowiedziany gość. A wy do swoich zajęć.

– Ja też chcę zostać! – zaprotestował Edek.

– To są ważne sprawy, synu, a twoja młodzieńcza porywczość może sprawić, że nie utrzymasz długo języka za zębami.

– Będę milczał jak grób! – bronił się.

– Nie! – Sławiak podniósł głos. – Proszę wyjść razem z siostrą.

– Ale…

– Powiedziałem „nie”!

Edek zazgrzytał zębami ze złości, a dłonie zacisnął w pięści.

– Przecież jestem już dorosły!

– Jeszcze chwila, a nie ręczę za siebie. – Jan zrobił krok w kierunku syna.

– Edek! Chodź ze mną. – Urszula wysunęła ku niemu dłoń. – No już…

– Posłuchaj ojca i idź do siostry – powiedział Jurek.

Edek skrzyżował spojrzenie z wujkiem Wrzosem, po czym bez kolejnego słowa sprzeciwu ujął siostrzaną dłoń.

Ula zabrała ze sobą brata, lecz nim wyszli z pokoju, jeszcze na moment odwróciła się i zerknęła na leżącego w jej łóżku chłopaka. Blady na twarzy uśmiechnął się do niej figlarnie, podrygując brwiami. Pokręciła głową, nie wierząc, że ledwo żywy ma jeszcze siły na zaloty.

– Powiedziałem, zabierać mi się stąd! – Jan wrzasnął poirytowany.

Gdy drzwi zamknęły się za rodzeństwem, mężczyzna powoli odwrócił się do swojego przyjaciela.

– Mam coraz więcej problemów z Edkiem… – wyznał z rezygnacją.

– Przypomnij sobie, jaki ty byłeś w jego wieku. – Wrzos wyjął z kieszeni marynarki paczkę papierosów, po czym podszedł do łóżka. – Palisz? – zapytał rannego.

– Nie chcę – wydyszał ochryple.

– Daj mi. – Jan sięgnął po papierosa. – No… Mów nam tu, jak na spowiedzi, kto ty jesteś i skąd się u nas wziąłeś?

– Plutonowy Stefan Dąmbski, mój pseudonim to „Żbik I”7 – wydusił. – Rzeszów…

– Rzeszów… kawał drogi stąd! – Wrzos najpierw odpalił papierosa przyjaciela, potem swojego. Zaciągnął się głęboko dymem. – Co tu robicie?

– Meldunek przyszedł. Miałem załatwić kolaborantkę.

– Kolaborantkę powiadasz… – Jan się zamyślił. – Z Ostrowca? To w Rzeszowie nie macie swoich?

– Halinę Czajkowską. Uciekła z Rzeszowa do rodziny z Ostrowca.

– I co, udało ci się wykonać rozkaz? – spytał zaciekawiony Wrzos.

– Tak. – Zakasłał. – Mnie się zawsze udaje. – Wycieńczony zamknął powieki.

– Nie do końca, skoro prawie umarłeś – zauważył Jan. – Kto cię postrzelił?

– Jakiś granatowy przechodził obok.

– Cholera – wycedził Wrzos.

– Dobra synu, bo nam uśniesz. Mów, kto jest twoim dowódcą? Zajmiemy się tobą.

– Oddział. – Wziął głęboki wdech. – „Józefa”, Druga Placówka Rzeszowska… Mój dowódca to porucznik Stefan Pałac8.

– „Stach”?! – Sławiak uniósł krzaczaste brwi. – Toż to mój znajomy!

– Tak jest – potwierdził Stefan. – Od porucznika wiedziałem o panu. Powiedział, że jakby co się złego działo, to tylko u Zadry znajdę pomoc. – Odetchnął. – A więc jestem…

Sławiak odwrócił się plecami do łóżka, a w ślad za nim zrobił to samo Boczarski.

– Trzeba jak najszybciej powiadomić Stacha – wyszeptał. – Na mieście na pewno jest już gorąco.

– Idę od razu na punkt i wyślę łącznika do Rzeszowa – odpowiedział Wrzos.

– O dziewiętnastej widzimy się u Kosa. Zwołaj resztę.

Ula nie mogła zasnąć. Wciąż myślała o rannym chłopaku. Ze wzrokiem utkwionym w suficie zastanawiała się, czy penicylina działa i gorączka nie powróciła. W końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać, podniosła się powolutku z łóżka Edzia. Na szczęście brat miał mocny sen i ani drgnął, gdy sprężyna w materacu głośno skrzypnęła. Wiedziona ciekawością przeszła na palcach przez dom.

W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie miarowym, spokojnym oddechem śpiącego chłopaka. Wstrzymała powietrze w płucach, stawiając delikatnie stopy na drewnianych deskach podłogi, aż zatrzymała się przy łóżku. Wyciągnęła dłoń i przyłożyła mu ją do czoła. Nie ma gorączki. – Odetchnęła z ulgą.

– Ładnie pachniesz.

Podskoczyła, jakby poraził ją prąd.

– Fiołkami – dodał.

– Myślałam, że śpisz! – wysyczała, łapiąc się za serce.

– Tacy, jak ja, śpią z jednym okiem otwartym.

Patrzyli na siebie w ciszy – on z lekkim uśmiechem, ona starała się wyrównać oddech.

– Widzę, że już lepiej się czujesz.

– Musiałem odpocząć. Przeszedłem z tą cholerną pestką w nodze z pięć kilometrów.

– Co ci się właściwie stało? To znaczy wiem, że zostałeś postrzelony, ale jak do tego doszło? – Usiadła ostrożnie na krańcu materaca.

– Ważne sprawy załatwiałem. – Podniósł się, podparłszy na łokciach.

Urszula przyjrzała mu się uważniej. W blasku księżyca wyglądał na naprawdę przystojnego. Czarne niczym smoła włosy opadały mu pasemkami na oczy, dodając łobuzerskiej zaciętości.

– Następny… – Westchnęła. – Mówisz tak samo jak mój brat.

– Edek, tak? Dobrze pamiętam?

– Tak. On wiecznie goni za „ważnymi sprawami”. Wymyka się przy pierwszej lepszej okazji.

– Mądry chłopak – orzekł, kiwając głową. – Już wie, o co walczy.

– Jest za młody. Ma dopiero piętnaście lat.

– Tyle samo miałem, wstępując do oddziału. Nie widziałem dla siebie innego życia. Dlatego twój brat też, wcześniej czy później, ucieknie do lasu.

– Ojciec na to nie pozwoli.

Nie odpowiedział. Uśmiechnął się blado, po czym opadł z powrotem na łóżko i wbił wzrok w sufit.

– Jak masz na imię? – spytała.

– Mów mi Żbik.

Ściągnęła brwi i zachichotała.

– Naprawdę tak mam się do ciebie zwracać?

– Co ci się nie podoba? – Ponownie dźwignął się na łokciach.

– Żbik to inaczej dziki kot. To trochę mało… męskie.

– Mam wszystkie atuty dzikiego kota! – parsknął rozbawiony. – Włącznie z pazurami skrytymi w puchu sierści. Gdy tylko mnie ktoś zdenerwuje… Ciach! I po delikwencie.

Zakryła usta dłońmi, aby powstrzymać wybuch śmiechu.

– Wyzdrowieję, to ci pokażę, na co mnie stać!

– Przepraszam… – Wzięła głęboki oddech, by się opanować. – Nie chciałam, żebyś poczuł się urażony.

– Pochwal no się ty swoim pseudonimem!

– Ja nie jestem zaprzysiężona. To znaczy pomagam, ale nie jestem ani łączniczką, ani sanitariuszką. Jestem po prostu Urszula. Dla znajomych Ulka, choć wolę, jak zwracają się do mnie Ula.

– Jak to nie jesteś? Twój ojciec to uczestnik walk o Lwów, człowiek w czynnej służbie, walczący pod przykrywką na Zakładzie, znany jako „Zadra”, a ty, jego córka, nie bronisz ojczyzny?

Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, czując, jak rumieniec zażenowania pokrywa jej twarz.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Mój dowódca mi opowiedział, gdy wysyłał mnie do Ostrowca – wyjaśnił szybko. – Miał przyjemność służyć razem z twoim ojcem. Po wojnie w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym obaj spotkali się właśnie tu. U was w domu. Dlatego gdy mnie postrzelili, od razu przypomniałem sobie adres.

– Jak do tego doszło? – Kiwnęła głową na zabandażowaną nogę.

– Miałem likwidację – wyznał szczerze.

– Likwidację? – dopytała z nutą trwogi w głosie. – Musiałeś zabić Niemca?

– Polkę. Zdrajczynię Państwa Polskiego i ludzkiego honoru, która uciekła do rodziny w Ostrowcu.

Urszula zamilkła. Wśród ludzi w mieście chodziły wieści o kolaborantkach – kobietach, które wiązały się z Niemcami. Wiedziała, że za to golili im głowy na łyso. Takie publiczne upokorzenie wydawało się jej wtedy najgorszą z możliwych kar. Ale wyrok śmierci? To brzmiało absurdalnie.

– Dlaczego skazaliście ją na śmierć? Spotykała się z Niemcem?

– Gorzej… Wydała Niemcom narzeczonego. Naszego kolegę z oddziału, który na czas wojny wybrał walkę o ojczyznę i przyłączył się do nas. Gestapo wparowało do jego domu i zebrało żniwo. Zabili mu ojca, matkę, siostrę i brata.

Twarz Żbika spowił mrok, ciemniejszy niż noc za oknem. Urszula zrozumiała, że nie chodziło o miłość dziewczyny do wroga, a zdradę, przez którą zginęli niewinni ludzie.

– A co z narzeczonym?

– Żyje. Obecnie jest na akcji dywersyjnej pod Włostowem.

– Wie o wydanym na nią wyroku?

– Nie. Dowie się w swoim czasie, gdy wyleczy złamane serce.

– Ale dlaczego to zrobiła? Przecież powiedziałeś, że byli zaręczeni. Jak można zdradzić ukochaną osobę? Przecież donosząc na niego gestapo, wydała go na pewną śmierć. To tak, jakby go zabiła.

– Wybrał ojczyznę, nie ją. Poczuła się zraniona.

– I co? Naprawdę ją zabiłeś? – Obawiała się odpowiedzi, ale jednocześnie chciała znać prawdę.

– Tak. Padła trupem na ulicy Focha, nieopodal szpitala. – Zamilkł, błądząc gdzieś myślami. – Zauważyła mnie… i od razu domyśliła się, kim jestem. Strach zmył z jej ust głupiutki uśmiech, którym obdarzała koleżankę, a ja z satysfakcją wyciągnąłem swoją niezawodną parabelkę i strzeliłem jej prosto w głowę. – Postukał się palcem w czoło. – Dokładnie tu.

Urszula się skrzywiła.

– Na moje nieszczęście przechodził tamtędy granatowy, który zauważywszy leżącą w kałuży krwi kobietę, a na wprost niej chłopaka z bronią w ręku, wycelował we mnie i strzelił. Ja zrobiłem to samo. Jego pestka trafiła mnie w nogę, moja w klatkę piersiową.

– Mówisz o tym tak po prostu… Jakbyś robił to od zawsze. Nie bałeś się zabić człowieka? – zapytała z mocno ściągniętymi brwiami.

– Ktoś musi być od czarnej roboty – odpowiedział głosem wypranym z emocji. – Poza tym dla mnie to bez różnicy. Nie mam rodziny, a moje własne życie nic mnie nie obchodzi.

– Tylko tak mówisz, ale na pewno myślisz inaczej. Nie wierzę, że…

– Widzę, że póki co wojna nie dotknęła cię w sposób, w jaki zrobiła to z nami – przerwał jej.

– Nie rozumiem? Przecież jestem tu tak samo jak ty. Nie mieszkam w szklanej kuli, która mnie odgradza od wojny – odburknęła.

– Gdybyś poczuła smak zdrady albo, co gorsza, żałobę po bliskich, to daję sobie rękę uciąć, że sama chciałabyś wymierzyć karę winowajcy.

– Wątpię. Tylko Bóg ma prawo osądzać grzeszników.

– Ależ pleciesz głupoty!

– Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. – Schowała kosmyk włosów za ucho. – To kiedy po ciebie przyjdą? No wiesz, ci twoi kompani?

– Myślę, że niedługo. Dzień, dwa… – Ułożył się wygodnie. – Nie wiem, czy sam jutro nie ruszę w drogę.

– Wykluczone! – rzekła groźnie. – Nie ruszysz się stąd, aż doktor Drews nie da na to przyzwolenia.

Stefan spojrzał na nią, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się szelmowsko. Bez wątpienia Urszula bardzo mu się spodobała. Nawet zagniewana, wyglądała jak anioł. Kaskada rozpuszczonych włosów spływała jej wzdłuż szyi, a oczy błyszczały niczym księżyc w pełni, odbijający się od tafli wody.

– Martwisz się o mnie?

Poczuła ciepło rozlewające się po policzkach i dekolcie.

– Przecież jesteś pod naszą opieką – fuknęła. – Musimy na ciebie uważać.

– Gdybym tylko był w pełni sił…

– Ale nie jesteś – ucięła, po czym wstała z łóżka. – Zatem śpij, aby je zbierać. – Ruszyła do wyjścia, lecz nim opuściła pokój, odwróciła się do niego i dodała: – Żbiku.

Zarzuciła włosami i odeszła w głąb korytarza.

Stefan z szerokim uśmiechem na ustach pokręcił głową.

– Oj, panienko Sławiak, prosi się panienka o utarcie noska.

Urszula obudziła się zlana potem. Ciężko oddychając, usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Szarzejące niebo i odcinające się na nim drzewa zwiastowały nadejście świtu. Zmrużyła oczy, a dłonią lekko szturchnęła śpiącego Edka.

– Dzięki Bogu, że jesteś. Miałam okropny koszmar.

W odpowiedzi chłopak zamruczał przeciągle.

Wstała i zabrawszy ze sobą naszykowane wczoraj ubrania, wyszła z pokoju do łazienki. Słyszała, jak matka krząta się na drugim końcu korytarza. Alina wstawała przed pianiem koguta, ale za to chodziła spać z kurami. Przed pracą w piekarni szykowała mężowi kanapki i zaparzała kawę, którą ze względu na brak dostępności pijał tylko on. Dziś dodatkowo Alina i Urszula musiały zająć się Żbikiem – zmienić mu opatrunek i podać leki.

– Ulka? – Matka zapukała do drzwi łazienki.

– Zaraz wychodzę.

– Jak skończysz, obudź Edka.

– Dobrze!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

7 Stefan Dąmbski, Egzekutor, s. 15.
8 Stefan Dąmbski, Egzekutor, s. 16.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji