Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
36 osób interesuje się tą książką
Miłość do Boga Wojny może być jej zgubą… albo jedynym ratunkiem dla jej ludu.
Po śmierci dziadka młoda spadkobierczyni tronu, Liyen, staje przed trudnym wyzwaniem. Jako nowa władczyni Tianxii musi odnowić pradawną przysięgę wierności wobec nieśmiertelnych–istot, które niegdyś chroniły jej królestwo. Jednak dziewczyna zrobi wszystko, żeby zerwać te zobowiązania i pomścić śmierć dziadka.
Wezwana do Królestwa Nieśmiertelnych, wykorzystuje szansę, aby poznać ich sekrety i wywalczyć kruche przymierze. Jej największym sprzymierzeńcem–i jednocześnie największym zagrożeniem–staje się bezwzględny Bóg Wojny, wysłany, by ukarać Tianxię. Wrogość między nimi powoli ustępuje miejsca niebezpiecznej fascynacji, której Liyennie może ulec…Nie, jeśli chce ocalić swój lud.
Książka nominowana do Goodreads Choice Awards 2025! To romantasy, które musisz przeczytać!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 612
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Immortal
Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Adrian Kyć
Korekta: Anna Żukowska
Adaptacja okładki i projekt wyklejki: Adelina Sandecka
Ilustracja okładkowa: © Kuri Huang, 2025
Grafiki na wyklejce: © NPD stock / Stock.Adobe.com
Grafiki w środku: © jm, © auchara / Stock.Adobe.com
DTP: pagegraph.pl
Copyright © 2025 by Sue Lynn Tan
All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Young an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Anna Hikiert-Bereza, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-665-8
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla każdego, kto kiedykolwiek czuł, że nie jest dość dobry.
Niniejsza powieść jest dziełem fikcji. Wszelkie zawarte w niej imiona, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autorki lub zostały użyte fikcyjnie i nie powinny być interpretowane jako prawdziwe. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc, organizacji lub osób, żywych lub martwych, jest całkowicie przypadkowe.
Bóg Wojny słynął z trzech rzeczy: niezrównanej potęgi, bezgranicznego oddania nieśmiertelnej królowej oraz serca z lodu, pozbawionego wszelkiej litości.
Przez mój dom przeszedł ogień, pożerając mahoniowe filary i zielony dach, zwoje obrazów i jedwabne dywany. Magnolie, bambusy i jaśmin w ogrodzie płonęły, a w powietrze wzbijały się kłęby dymu.
Serce Boga Wojny mogło być z lodu, ale jego ulubioną broń stanowił ogień. Nieśmiertelni zwrócili się przeciwko nam, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Mój dziadek był władcą Tianxii – i jak dotąd wiernym i oddanym sługą rezydującej w niebiosach królowej Złotej Pustyni. Dawno temu nasze królestwo zostało zobowiązane do służenia nieśmiertelnym, którzy chronili nas przed przerażającymi wrogami i za pomocą magii wznieśli wokół Tianxii mur. Mówiono, że poza tymi granicami świat żyje w niewiedzy o nieśmiertelnych – podczas gdy my jesteśmy strażnikami ich tajemnic. Niektórzy mogliby pomyśleć, że służenie im było dla nas przywilejem. Ale choć żyliśmy w cieniu bogów, nie czuliśmy, by łączyła nas z nimi bliższa więź.
Dzisiejszy wieczór miał być naszym triumfem. Po tych wszystkich latach dziadek w końcu zdobył cenny skarb, którego poszukiwała nieśmiertelna królowa. I choć wielu go pożądało, ukrył skarb w bezpiecznym miejscu, aby nikt nawet na niego nie spojrzał.
– Takie coś przysparza więcej kłopotów, niż jest warte. Chciwość zmienia zbyt wielu uczciwych ludzi w złodziei – zwierzył mi się i dodał ponuro: – Nieśmiertelni nie słyną z litości.
Te ostatnie słowa zadźwięczały mi ponownie w uszach, gdy za moimi plecami rozległy się okrzyki przerażenia, którym towarzyszyły stukot kroków i rżenie koni. Zaczerpnęłam haust gęstego dymu i rozkasłałam się. Dziadek trzymał mocno moją spoconą dłoń i ciągnął mnie za sobą przez korytarze naszego pałacu. Biegliśmy, a moją klatkę piersiową przeszywał palący ból, ale dzielnie starałam się dotrzymać mu kroku.
Nie byłam silna – miałam marną kondycję, a przynajmniej tak twierdzili lekarze. Kiedy myśleli, że nie słyszę, spekulowali z zakłopotaniem na temat mojego stanu zdrowia, ale nie umieli wskazać żadnej znanej im choroby jako źródła tej słabości. Dziadek zatrudnił prywatnych korepetytorów, abym mogła uczyć się we własnym tempie, choć mój najlepszy przyjaciel, Chengyin, często towarzyszył mi podczas lekcji. Nie chorowałam, ale i nigdy nie czułam się dobrze – ciągle zmęczona, wiecznie o krok za innymi. Wydawało się, że nic nie jest w stanie rozproszyć chłodu w moim ciele: było mi bezustannie zimno. Po śmierci moich rodziców wiele osób namawiało dziadka, aby ożenił się ponownie lub adoptował innego, silniejszego dziedzica, ale uparcie odmawiał.
– Mojej wnuczki nie da się nikim zastąpić – informował ich za każdym razem.
Dworzanie wciąż szeptali za moimi plecami – co okrutniejsi obstawiali nawet lata do mojej śmierci – podczas gdy niektórzy mądrzejsi, ale nie mniej podli czekali w milczeniu, ostrząc sobie zęby na tron. Niewykluczone też, że ktoś z nich próbował przyśpieszyć moją śmierć.
Nie dalej jak kilka tygodni temu zostałam otruta. Trucizna zawładnęła moim ciałem, pozbawiając mnie resztek sił, radości i chęci do życia. Stałam się cieniem dawnej siebie, co chwila traciłam przytomność i ją odzyskiwałam. Kosmyk moich włosów z dnia na dzień stał się biały, nie była to jednak biel czystego śniegu – mienił się raczej blaskiem gwiazd. Nie miało znaczenia, jakie mikstury piłam ani jakie leki, coraz bardziej gorzkie i cuchnące, podawali mi lekarze. Nic nie pomagało – nieubłagane zmęczenie przenikało moje ciało do kości, aż czułam się jak owinięta śmiertelnym całunem. W najgorsze dni ból trawił mnie niczym uporczywa gorączka.
Była pewna wróżka, stara wieszczka, która twierdziła, że mój stan spowodowany jest wypiciem wody z rzeki Wangchuan w Zaświatach. Wskazała na moje włosy, kiwając mądrze głową i mówiąc:
– Wody śmierci nie są przeznaczone dla żywych. Nie ma znanego lekarstwa na twoją przypadłość.
Większość szydziła z niej – niemożliwe, by coś takiego znalazło się w naszym królestwie, jeśli w ogóle istniało. Dziadek był jedyną osobą, która jej uwierzyła… może dlatego, że nikt inny nie znał odpowiedzi na trapiący nas problem. Mimo ponurych prognoz wciąż szukał antidotum, oferując ogromną nagrodę, choć nikt nie był w stanie go dostarczyć.
Targnął mną gwałtowny dreszcz. Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz było mi ciepło. Dziadek gorączkowo rozglądał się dookoła, zaniepokojony, co było do niego niepodobne. Chciałam zapytać, co wywołało gniew nieśmiertelnych, ale bałam się jeszcze bardziej wytrącić go z równowagi. Miał słabe serce – lekarze ostrzegali przed jego nadwerężaniem. Mój własny niepokój wzrósł, ale starałam się go opanować. Strach był jak zaraza, która niekontrolowanie potrafiła złamać ducha.
– Liyen, czy wszystko w porządku? Nadążasz? – spytał mnie dziadek naglącym, schrypniętym głosem.
Przytaknęłam, choć oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo. Mój oddech był nierówny, a klatkę piersiową przeszywał ból, gdy parłam z mozołem naprzód. Kiedy skręciliśmy za róg, znaleźliśmy się na dziedzińcu, którego nie znałam. Ogród był otoczony murem; źdźbła trawy muskały moje kolana, gdy biegliśmy pod rozłożystymi baldachimami uschniętych gałęzi. Wszędzie dało się dostrzec ślady długiego zaniedbania. Dziadek przypadł do muru, zdzierając z niego zasłonę pnączy i odsłaniając małe drzwi przegrodzone zardzewiałą żelazną sztabą. W jego dłoni błysnął klucz, który wsunął do zamka. Gdy blokada ustąpiła, zdjął sztabę i otworzył drzwiczki. Naszym oczom ukazał się las.
– Musimy uciekać – powiedział.
– Tak, dziadku. – Głos miałam spokojny, choć nogi mi się trzęsły, a wzrok mącił. – Ja… potrzebuję tylko chwili. – Zmusiłam się do zrobienia kroku, opadając na mur.
Dziadek zwiesił ramiona, sięgnął w głąb rękawa i wyciągnął z niego mały kwiat: lśniący lotos, którego opalizujące płatki połyskiwały niczym rozświetlony słońcem lód.
– Chciałem z tym poczekać, Liyen, ale muszę dać ci to teraz. Weź to.
Coś w jego tonie sprawiło, że się zawahałam, choć powinnam była wypełnić jego polecenie bez szemrania.
– Co to?
Objął mnie ramieniem, wpatrzony prosto w moje oczy. Robił tak zawsze, gdy miał mi coś ważnego do powiedzenia, gdy chciał mieć pewność, że go słucham.
– Liyen, prawda jest taka, że… umierasz. Wody Wangchuan są dla nas, śmiertelników zabójcze.
Odruchowo potrząsnęłam głową. Chociaż słyszałam to ostrzeżenie od uzdrowicieli już wcześniej, to wypowiedziane przez dziadka, zgasiło we mnie ostatni promyk nadziei. Cień śmierci prześladował każdego z nas od urodzenia, odbierając życie nawet najsilniejszym – i choć taki był już nasz los, niewielu zgadzało się na niego dobrowolnie.
Kiedy zamrugał, a jego oczy podejrzanie zalśniły, ogarnął mnie niewypowiedziany smutek.
– Wypełniałam zalecenia lekarzy. Próbowaliśmy… cóż, wszystkiego. Nie chcę umierać, dziadku. Nie chcę cię opuszczać…
– To nie twoja wina, Liyen. Życie nie jest sprawiedliwe. Nie mamy wpływu na to, jak potoczą się nasze losy, ale to my decydujemy, co chcemy dalej począć. – Gdy wypowiadał te słowa, wydał mi się nagle nieskończenie stary i znużony. – Lotos to antidotum na twoje cierpienie, jedyne w swoim rodzaju. Tylko on może przeciwstawić się mocy wód Wangchuan… o ile chcesz nadal żyć.
– Któż by nie chciał? – Ból w mojej klatce piersiowej narastał, w miarę jak docierało do mnie, że tak bardzo pragnę czegoś, co może się okazać poza moim zasięgiem. Nadzieja była luksusem, na który nieczęsto sobie pozwalałam. Gdy dni są ciemne, zapomina się o istnieniu świtu.
Dziadek pogłaskał mnie po głowie.
– Weź lotos. Teraz uciekniemy i wrócimy tu, gdy będzie już bezpiecznie – wypowiadał słowa spokojnie i miarowo, jakby snuł opowieść powtarzaną wiele razy.
W oddali rozległ się huk: dach pobliskiego pawilonu się zawalił. Dziadek stanowczo wcisnął lotos w moje dłonie. Zawahałam się, ale na świecie nie było nikogo, komu ufałabym bardziej. Co miałam do stracenia? I tak umierałam.
Wzięłam od niego kwiat. Był dziwnie ciepły, a jego dotyk koił przejmujący chłód w moim ciele. Płatki lotosu zadrżały, rozpadły mi się w palcach na błyszczące drobinki, które pofrunęły ku mnie, i wniknęły w głąb klatki piersiowej. Uczucie ciepła przybrało na sile, zmieniając się w żar, który rozpalił moje żyły. Zgięłam się wpół, czując, że moje ciało się rozpada. Chciałam krzyczeć, ale w porę zdławiłam cisnący mi się na usta jęk – bałam się zaalarmować tych, przed którymi uciekaliśmy. Wzięłam drżący oddech, potem drugi. Przez cały czas w moim wnętrzu szalał ogień, a wkrótce zastąpiło go lodowate odrętwienie, przez które nie mogłam się poruszyć ani wykrztusić słowa.
– Liyen!
Na dziedziniec wbiegła ciotka Shou. Kosmyki jej siwych włosów wysunęły się z misternych splotów uczesania, a jadeitowa spinka zwisała krzywo. Ciotka Shou była jedną z zaufanych powierniczek mojego dziadka, najbliższą przyjaciółką mojej matki i moją kolejną opiekunką, gdy rodzice zmarli z powodu choroby. Choć byłam wtedy zbyt młoda, by w pełni pojąć ból straty, a wspomnienia o ojcu i matce były mgliste niczym na wpół uformowany sen, zawsze czułam się, jakby w moim życiu brakowało czegoś istotnego.
Gdy ciotka Shou przyłożyła chłodną dłoń do mojego czoła, dołączył do nas jej syn, Chengyin. Przykucnął obok mnie, a w jego brązowych oczach zalśniła troska. Ciotka Shou adoptowała go jako niemowlę, porzucone prawdopodobnie z powodu znamienia na skroni. Wróżbici mówili o nim, że jest „pechowym” dzieckiem, ale ciotka Shou ignorowała ich uwagi. Chengyin był teraz moim najlepszym przyjacielem, choć w dzieciństwie nie przepadaliśmy za sobą: często ciągnął mnie za włosy i naśmiewał się z mojej słabości. Dopiero później zdałam sobie sprawę, jaki to był dar, że nigdy nie traktował mnie ulgowo.
– Co jest nie tak z Liyen? – spytała ostro ciotka Shou. – Dlaczego nie może się poruszać ani mówić?
– Dałem jej Boski Perłowy Lotos – wyznał z ciężkim westchnieniem dziadek.
Drobne zmarszczki wokół oczu ciotki się pogłębiły.
– Myślałam, że trzymasz go dla królowej Caihong – wyszeptała. – Jej Królewska Mość przybyła po lotos. Jest wściekła, że zignorowałeś jej wezwanie, i czeka na ciebie w głównej sali wraz z Bogiem Wojny. Nieśmiertelni nie przestaną nas atakować, dopóki nie dostaną lotosu…
W niemym przerażeniu wpatrywałam się w dziadka, dręczona wyrzutami sumienia. Choć podejrzewałam, że lotos nie pochodził z naszego świata, a może nawet był cząstką zakazanej magii… to i tak go wzięłam. Chciałam żyć. Ale nie spodziewałam się, że został skradziony nieśmiertelnej królowej…
Dziadek przyłożył dłoń do czoła.
– Shou-yen, straciłaś córkę, więc znasz ten ból. Gdyby wtedy istniała szansa na uratowanie Damei… czy zawahałabyś się?
Ciotka Shou zamknęła oczy.
– Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, by ją ocalić.
– Tak jak ja – powiedział stanowczo dziadek. – Dowiedziałem się o antidotum zbyt późno, królowa była już w drodze. Gdybym nie zabrał Boskiego Perłowego Lotosu, nieśmiertelni przywłaszczyliby go sobie, a Liyen by umarła. Jest ostatnia z mojego rodu, nie mogę jej stracić.
– Dlaczego nie zapytałeś o pozwolenie królowej Caihong?
– Czy nieśmiertelni kiedykolwiek przedkładali nasze pragnienia ponad swoje własne? Rozkazy królowej były zrozumiałe: lotos jest dla niej zbyt cenny. Co więcej, Caihong ostatnio bardzo łatwo wpada w gniew. Gdybym poprosił, odmówiłaby, a może nawet by się wściekła, ja zaś straciłbym szansę na zrobienie z niego dobrego użytku.
Ciotka Shou splotła przed sobą dłonie i zwiesiła ramiona.
– Nieśmiertelni nie okażą nam litości. Ich Bóg Wojny spali Tianxię do szczętu.
Dziadek uniósł głowę, osrebrzoną blaskiem księżyca.
– Przyznam się do wszystkiego i poproszę, aby królowa mnie ukarała. Zamierzałem to zrobić od samego początku, gdy tylko Liyen znajdzie się w bezpiecznym miejscu.
„Nie!”, chciałam krzyczeć, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk; w tej chwili byłam jedynie duchem, pustą skorupą. Mój umysł był przytomny, ale ciało – unieruchomione, nieposłuszne mojej woli.
Ciotka Shou chwyciła dziadka za rękaw.
– Musisz być ostrożny. Co, jeśli cię skrzywdzą?
– Jeżeli taka ma być cena, którą przyjdzie mi zapłacić za moją zuchwałość, niech tak będzie. – Poklepał ją po ramieniu i cofnął się o krok. – To ja sprowadziłem na nas to nieszczęście. Poniosę karę, nawet jeśli będę musiał oddać życie.
– To, co powiedziałam… wyraziłam się zbyt pochopnie. Bogowie zapomną. Wybaczą ci…
– Nie zrobią ani jednego, ani drugiego. – Uśmiech dziadka był tak promienny i spokojny, że moje serce przeszyła strzała bólu. – Powiedziałaś prawdę, przyjaciółko. Zawsze byłaś szczera, nawet gdy nikt inny się nie ważył, i właśnie dlatego twoje słowa są dla mnie tak cenne.
– Co z Liyen? – Ciotka Shou była blada jak papier. – Musisz myśleć i o niej…
– Zawsze o niej myślę. Dlatego to zrobiłem: żeby dać jej szansę – odpowiedział.
Skrzywiłam się w duchu, skulona na ziemi u ich stóp.
– Co się stanie, jeśli nieśmiertelni ją znajdą? – zapytała cicho ciotka Shou. – Co jej zrobią, gdy odkryją lotos?
– Musisz ukryć Liyen, dopóki Boski Perłowy Lotos nie połączy się całkowicie z jej ciałem. Tylko wtedy jego obecność zostanie zamaskowana, a ona będzie mogła bezpiecznie tu wrócić. Gdy lotos w kogoś wniknie, nie można go przejąć… może zostać przekazany jedynie jako dar serca. – Dziadek dotknął ramienia ciotki Shou. – Mogę liczyć, że się nią zaopiekujesz?
Chciałam mu powiedzieć, żeby został z nami, że z chęcią pozwolę nieśmiertelnym wyrwać cenny łup z mojego ciała, jeśli tylko on uniknie kary, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu – nie byłam w stanie nawet zapłakać.
– Tak. – Głos łamał się ciotce Shou ze wzruszenia. – Będę ją traktować jak własne dziecko.
Dziadek skinął głową.
– Zabierz ją ze sobą. Teraz. Na południe od muru przygotowałem kryjówkę. Zatrzymam nieśmiertelnych, aby dać wam czas na ucieczkę.
Kiedy mnie objął, ogarnęła mnie bezbrzeżna udręka. Gdybym tylko mogła zamknąć oczy, byłabym w stanie niemal wyobrazić sobie, że jestem znów w swoim łóżku, a on przytula mnie na dobranoc – gdyby nie cierpki odór strachu, który przylgnął do jego skóry, i mokry od łez policzek przyciśnięty do mojego.
Poczułam nienawiść do bogów, którzy domagali się od nas posłuszeństwa, ale nie odpowiadali na nasze modlitwy; którzy grozili nam śmiercią za najmniejsze przewinienie i zsyłali na nasz świat nieszczęścia, gdy byli niezadowoleni. Nie obchodziło mnie, czy tym razem mieliby rację, czy ich działania byłyby słuszne. Jeśli tylko skrzywdzą moją rodzinę… zapłacą za to.
Dziadek sięgnął do pasa, zdjął ozdobny frędzel, który przy nim nosił, i przywiązał go do mojego. To była cesarska pieczęć, rzeźbiony dysk z żółtego jadeitu, święta relikwia naszego królestwa. Mój dziadek nigdzie się bez niej nie ruszał, więc świadomość, że chce mi ją przekazać, łamała mi serce.
– Żyj dobrym życiem, Liyen. Nie marnuj go na żal i zemstę. Nie chcę, by targały tobą wyrzuty sumienia. – Słowa dziadka zabrzmiały dźwięcznie w moich uszach. – Strzeż Tianxii. Dąż do pokoju i szczęścia dla naszego ludu, rządź ze współczuciem i z siłą. Służ lojalnie nieśmiertelnej królowej, a może uda ci się osiągnąć to, czego ja nie zdołałem dokonać: zdobyć wolność dla naszego ludu. Nie możemy wiecznie żyć za tymi murami. Świat poza nimi również należy do nas.
Przytuliliśmy się mocno, a kiedy wypuścił mnie z objęć i odszedł, moje serce przeszył ból gorszy od cierpienia wywołanego jakąkolwiek trucizną. Jakże chciałam pokonać tę koszmarną niemoc, aby go powstrzymać! Niestety wszelkie błagania pozostawały uwięzione w ciszy mojego umysłu.
Ciotka Shou ujęła moją dłoń.
– Liyen, musisz być silna. Twój dziadek wiedział, jakie ryzyko niesie za sobą okradanie bogów. Jeśli obrazisz królową Złotej Pustyni, skażesz na zagładę nie tylko siebie, ale i swój lud. – Zamknęła na chwilę oczy. – To niewyobrażalny koszmar, ale musimy się pogodzić z ceną, jaką przyjdzie nam za to zapłacić. Twój dziadek ją zaakceptował, więc my też powinnyśmy. Cokolwiek się stanie, dotrzymam złożonej mu obietnicy i zapewnię ci bezpieczeństwo.
Gdy Chengyin chwycił mnie za rękę, spojrzałam na niego błagalnie.
– Przykro mi – wyszeptał. – Ale tutaj jesteśmy zbytnio narażeni. Musimy zabrać cię w bezpieczne miejsce.
Na znak ciotki Shou bez trudu podniósł mnie z ziemi i zarzucił sobie na plecy. Przez ostatnie tygodnie sporo straciłam na wadze, więc nie byłam zbyt ciężka.
– Wschodnia brama jest bliżej – zauważył, oglądając się na mnie przez ramię.
W moim sercu rozgorzał płomień wdzięczności i nadziei. Aby dostać się do tej bramy, musieliśmy przejść przez główną salę. Domyśliłam się, że Chengyin stara mi się pomóc, prowadząc mnie do miejsca, do którego udał się mój dziadek. Gdy śpieszyliśmy przez dziedziniec, serce pękało mi z bólu na dźwięk przeszywających powietrze krzyków i na widok tumanów popiołu oraz płomieni trawiących drewniane belki – a także blasku zbroi nieśmiertelnych, którzy rujnowali mój dom.
Kiedy znaleźliśmy się bliżej głównej sali, Chengyin celowo zwolnił, zostając w tyle za ciotką Shou. Ustawił się tak, abym mogła zajrzeć do wnętrza i poszukać wzrokiem dziadka. Na środku sali stał wysoki nieśmiertelny, przyodziany w czarną zbroję ze złotymi zdobieniami i długą pelerynę. Zza pleców wystawała mu rękojeść wielkiego miecza, wyrzeźbiona z białego jadeitu i złota. Emanował grozą – i nie chodziło tylko o jego broń: miecz, łuk przewieszony przez plecy oraz sztylety u pasa. To był Bóg Wojny, ten, który podpalił mój dom. A za nim, na tronie mojego dziadka, zasiadała kobieta, która musiała być królową Caihong, władczynią Złotej Pustyni. Jej lśniące nakrycie głowy odbijało blask płomieni szalejących na zewnątrz, a ciemnoczerwone usta były ściągnięte w okrutnym grymasie.
Dziadek klęczał przed nimi z czołem przyciśniętym do ziemi. Kosmyki siwych włosów sterczały mu na wszystkie strony, a jego szaty były zmięte i poplamione. Kiedy wstał, powiedział coś, czego nie dosłyszałam. Bóg Wojny uniósł wówczas dłoń rozżarzoną szkarłatnym blaskiem – na widok jego gestu moje serce zadrżało – ale gdy strumień magii trysnął z niej, pomknął przez salę i wypadł drzwiami, płomienie zgasły równie nagle, jak ożyły.
Kiedy krzyki na zewnątrz ucichły, rozległ się głos mojego dziadka:
– Dziękuję, czcigodny nieśmiertelny.
– Poddałeś się. Twoi ludzie nie zrobili nic złego – odpowiedział bóg donośnym, dźwięcznym tonem.
W mojej piersi zapłonął żar gniewu. To nie była żadna łaska, a jedynie złocenie obrazu, który chcieli nam przedstawić: popis ogromu ich mocy, wobec której byliśmy bezradni. Bogowie pragnęli być postrzegani jako wielcy i mądrzy, otaczani kultem i darzeni podziwem. I nie znosili zniewagi ani sprzeciwu, jakichkolwiek sugestii, w których świetle mogliby zostać uznani za słabych, omylnych… lub śmiertelnych.
– Zhao Likang. – Królowa wymawiała dobitnie każdą sylabę imienia mojego dziadka. – Gdzie jest Boski Perłowy Lotos? Kiedy zakwitł w górach Kunlun, rozkazałam ci go przynieść. Jako władca Tianxii jesteś jedynym śmiertelnikiem, który może tam wejść i zerwać kwiat, więc ty musiałeś to zrobić. Nie wyczuwamy już jego obecności.
Góry Kunlun? Już wcześniej chciałam tam iść razem z dziadkiem, a teraz wiedziałam, dlaczego mi odmówił. Pilnowanie tego miejsca było najważniejszym obowiązkiem naszego królestwa, ponieważ Kunlun były niegdyś jedyną drogą do niebios i Zaświatów – choć nieśmiertelni ją zablokowali.
– Wasza Miłość, zgodnie z rozkazem zerwałem Boski Perłowy Lotos i przyniosłem go tutaj. Był pilnie strzeżony… ale został skradziony. – Dziadek pochylił głowę. – Zawiodłem cię i poniosę każdą karę, jaką uznasz za stosowną.
Dziadek kłamał jak z nut. Choć nie lubił oszukiwać, była to ważna umiejętność na dworze. Kiedyś powiedział mi: „Są kłamstwa wypowiadane z konieczności i te, do których uciekamy się powodowani złośliwością. Te, które zdecydujesz się wymawiać, definiują twój charakter”.
Teraz kłamał, by ocalić nas wszystkich, aby upewnić się, że nikt oprócz niego nie ucierpi z powodu gniewu nieśmiertelnych.
– Skradziony? Jak to się stało? – Do głosu królowej Caihong wkradła się ostrość. – Wstań i podejdź bliżej, abym mogła wyczytać prawdę z twojej twarzy.
Dziadek wolno podniósł się z ziemi. Widać było, że się boi. Niezadowolenie nieśmiertelnej królowej przynosiło w przeszłości gorzkie owoce – w postaci nie tylko ognia, ale także gwałtownych burz, ulewnych deszczy i powodzi. Na widok jego bladej twarzy ogarnął mnie niepokój; gdy szedł w jej kierunku, ruchy miał powolne i niezborne. Nagle z jego gardła wydobyło się na wpół westchnienie, na wpół cichy okrzyk i upadł – z dłonią przyciśniętą do klatki piersiowej, jakby go bolała.
Jego serce!
Mój niepokój zmienił się w dławiący strach. Próbowałam wydobyć z siebie głos, żeby wezwać lekarza – albo poruszyć się i do niego podejść. Cokolwiek! Wówczas Bóg Wojny zbliżył się do niego i położył mu dłoń na piersi. Gdy jego palce zalśniły niczym płonące koniuszki kadzidła, zapragnęłam go odepchnąć, jak najdalej.
– Czy zdołasz mu pomóc? – spytała królowa Caihong.
– Nie możemy wyleczyć tej rany. Została zadana przez czas, jest tworem śmiertelnego ciała – powiedział zimno Bóg Wojny, jakby to była błahostka.
– Sprowadź któregoś ze śmiertelnych lekarzy – poleciła mu królowa.
W tym momencie dotarła do nas ciotka Shou. Na widok mojego dziadka otworzyła szerzej oczy i przycisnęła dłoń do ust. Gdy zrobiła krok naprzód, Chengyin złapał ją za ramię.
– Matko, jeśli nas znajdą, znajdą też Liyen. Musimy przysłać lekarza, a potem uciekać…
Zanim ciotka Shou zdążyła odpowiedzieć, z sali dobiegł słaby okrzyk. Dziadek szarpnął głową w tył, jego ciałem targnął wstrząs, a on sam zastygł w przerażającym bezruchu. Bóg Wojny pochylił się i sięgnął po jego rękę. Zaraz jednak potrząsnął głową, a jego palce musnęły powieki dziadka.
– On nie żyje.
Serce pękało mi z bólu, a pierś wezbrała krzykiem, którego nie mogłam wydobyć.
Bóg Wojny wyprostował się tymczasem i zawołał do czekających na zewnątrz wojowników:
– Zamknąć bramy! Nikt nie może wyjść, dopóki nie znajdziemy Boskiego Perłowego Lotosu.
– Chengyin, pośpiesz się! – Ciotka Shou chwyciła syna za ramię, a po jej twarzy spłynęły łzy. – Musimy iść!
Chengyin odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie chciałam odchodzić, ale nie mogłam nic zrobić – nie byłam w stanie nawet zapłakać, pomstować ani w jakikolwiek sposób wyrazić protestu.
Gdy wymknęliśmy się przez bramę, wybrzmiał gong, którego ponury dźwięk rozdarł noc. Zadźwięczał cztery razy, po czym nastała głucha cisza, oznajmiająca koniec rządów mojego dziadka. Wystarczyła ta jedna chwila, ulotna niczym mrugnięcie, czas konieczny do zaczerpnięcia wdechu, by życie obróciło się w proch i pył.
Dotarło do mnie, że już nigdy więcej nie zobaczę dziadka. Pozostały tylko jego słowa, niedokończone lekcje, niespełnione marzenia… te same, które nieśmiertelni zmiażdżyli w mgnieniu oka. Na dnie mojej piersi osiadł jakiś niewysłowiony ciężar. Nie zamierzałam pójść drogą dziadka: korzyć się przed nieśmiertelnymi, poświęcać życie, by lojalnie im służyć, drżeć przed ich brakiem litości. Zasługiwał na więcej – podobnie jak nasz lud. Postanowiłam, że wytyczę nową ścieżkę i raz na zawsze uwolnię nas spod jarzma tych bezlitosnych bogów.
Spokój i cisza lasu były dziwną odmianą po chaosie panującym w pałacu. Drzewa górowały nad okolicą niczym cienie olbrzymów, spowite mrokiem nocy. Ciemność rozjaśniał jedynie blask księżyca, latarni niebios.
Szlochałam, a moje łzy wsiąkały w szatę Chengyina. Dzisiejszej nocy podwaliny mojego życia zniknęły, całkiem jakby ziemia rozstąpiła mi się pod stopami i pochłonęła je w całości. Pozostały jedynie szczątki, gruzy, przez które brnęłam z rozpaczą – ja, dziedziczka niepewnego tronu, potomkini umarłych.
Tęskniłam za dziadkiem – i uświadomiłam sobie, że będę za nim tęsknić już do końca moich dni. Przez tak długi czas był mi jedyną opoką… a teraz zostałam sama. Nie czułam się dobrze, porzucając jego ciało, ale nie mieliśmy wyboru. Gdyby nas złapano, wszystko, co poświęcił mój dziadek, poszłoby na marne. Gdy tylko wrócę do domu, przygotuję ofiary, które utorują mu drogę do wieczności, zbuduję mu wielki grobowiec i dołączę upamiętniającą go tabliczkę do tych, które czciły pamięć naszych przodków.
Wypuściłam z płuc drżący oddech. W końcu efekty działania Boskiego Perłowego Lotosu zaczęły ustępować i mogłam się odrobinę poruszać. Ale jaki był z tego pożytek?
– On… odszedł – szepnęłam, załamana, czując w klatce piersiowej dojmujący ból. Czy gdybym powiedziała to jeszcze raz, bolałoby mniej?
– Przykro mi – odparł cicho Chengyin, poprawiając moją pozycję na swoich plecach. – Będzie mi go brakowało. Był surowy, ale zawsze sprawiedliwy. Był też uprzejmy, zwłaszcza dla tych, którzy mieli mniej szczęścia niż on.
– Wszyscy go kochaliśmy. – Ciotka Shou miała zaczerwienione oczy i głos schrypnięty od płaczu.
– Dziadek nie żyje… przeze mnie – wyznałam, czując przytłaczające brzemię smutku połączonego z poczuciem winy.
– Nie możesz winić siebie za to, że zostałaś otruta, równie dobrze mogłabyś winić Boski Perłowy Lotos za to, że zakwitł – powiedziała z mocą ciotka Shou. – Twój dziadek nie zrobił tego z twojego powodu, ale dlatego, że cię kochał.
Zamknęłam oczy, nie mogąc powstrzymać łez. Ciotka Shou pogłaskała mnie po głowie i odgarnęła z mojej twarzy biały kosmyk włosów – ten sam, który u pewnych ludzi wywoływał strach, symbol wód śmierci. Przez większość czasu wolałam ukrywać go pośród reszty włosów, ale teraz nie miało to już większego znaczenia.
– Wiem, że to boli. To… zajmie trochę czasu. Choć ból nigdy nie zniknie, później będzie łatwiej – zapewniła mnie, a gdy spojrzałam w jej udręczone oczy, dostrzegłam wyraźnie, że myślała o swojej córce.
– Nadal cię boli, gdy o niej myślisz? – spytałam niepewnie.
– Każdego dnia – przyznała. – Ale bolałoby bardziej, gdybym nie robiła tego, co robię. To wielkie szczęście, że mam jeszcze jedno dziecko. – Chwyciła dłoń Chengyina i pogładziła ją czule kciukiem.
Dziadek zwykł trzymać mnie za rękę w ten sam sposób, podczas tych rozgorączkowanych nocy, kiedy trawiła mnie trucizna.
„Gdybym tylko mógł zamienić moje życie na twoje…”, szeptał, kiedy myślał, że nie słyszę.
A teraz… cóż, znalazł na to sposób.
Zamknęłam oczy, próbując oddychać głęboko pomimo ucisku w klatce piersiowej. Łatwo byłoby popaść w rozpacz, zatracić się w gniewie i żalu – ale nie zamierzałam zmarnować na nie życia, które zapewnił mi dziadek.
„Żyj dobrym życiem, Liyen… Nie chcę, by targały tobą wyrzuty sumienia”.
Jego ostatnie słowa stanowiły dla mnie pocieszenie, ale myśli, które kłębiły się w mojej głowie, nie były takie, jakich by sobie życzył. Wiedziałam jedno: odnajdę spokój, gdy spełnię nasze marzenie o Tianxii, gdy sprawię, że ci, którzy go skrzywdzili, zapłacą za to.
Jednak jakiś cichy głosik w mojej głowie szeptał, że nie tylko nieśmiertelni są temu wszystkiemu winni. Mój dziadek ukradł lotos, a jego serce było już słabe, gdy stawił im czoła. Nie zabili go… choć zdecydowanie łatwiej było ich obwiniać, nienawidzić, niż znosić cały ten smutek. A jednak to właśnie strach przed nimi go zabił; nie byli bez winy. Gniew boga był o wiele groźniejszy niż gniew śmiertelnika, zdolny zadać znacznie większe cierpienie. Nie powinno tak być – taką moc powinno się wykorzystywać do ochrony słabych, a nie do ich krzywdzenia.
Nieśmiertelni może i nie byli wrogami dziadka, ale od teraz byli moimi. Nie miałam jego opanowania, jego niezachwianej cierpliwości i oddania – na których utratę pozwolił sobie tylko raz, z powodu miłości do mnie. Pomimo wątpliwości dworzan wychowywał mnie na władczynię, powierzając mojej opiece królestwo, które kochał. Mieliśmy te same marzenia: zwolnić Tianxię ze służby nieśmiertelnym, obalić mury, które nas powstrzymywały – ale nasze umysły podążały innymi ścieżkami.
Ja zamierzałam sięgnąć śmiało po to, czego bogowie nam poskąpili.
Moje dłonie zacisnęły się w pięści, a siły powróciły w gwałtownym przypływie – poczułam się otrzeźwiona, całkiem jakbym wpadła nagle w zimną toń jeziora. Moje ciało przeszyło mrowienie, zmysły ożyły, a mgła zasnuwająca umysł zniknęła bez śladu. Coś paliło mnie w klatce piersiowej, rozżarzając od wewnątrz skórę. Gdy ją potarłam w tym miejscu, natrafiłam palcami na zgrubienie wielkości monety – bladą, nowo powstałą bliznę. Co to mogło oznaczać? Czy to znak, że lotos już w pełni się ze mną połączył?
Chengyin zaczął zwalniać; był już wyraźnie zmęczony dźwiganiem mnie od początku wędrówki. Stuknęłam go w ramię.
– Nie musisz mnie już nieść. Dam radę iść.
Kiedy postawił mnie ostrożnie na ziemi, zachwiałam się lekko. Ciotka Shou złapała za moje ramię, by mnie ustabilizować, i przyjrzała mi się badawczo.
– Jak się czujesz?
– Nic mi nie jest, ciociu Shou. – Próbowałam rozszyfrować zmiany, które we mnie zaszły. To było całkiem tak, jakby pękła krępująca mnie do tej pory skorupa i jakbym właśnie zaczęła się z niej wyłaniać. Zmęczenie, zimno i ból zniknęły. To powinna być chwila radości i ulgi, ale zamiast tego przepełniała ją gorycz. Zamieniłabym to wszystko z powrotem na życie mojego dziadka… śmierć jednak nie brała jeńców.
– Liyen, co teraz? – zapytał Chengyin. – Chcesz tu chwilę odpocząć czy kierujemy się od razu w stronę muru?
Wyprostowałam się, unosząc głowę.
– Nie możemy zwalniać. Ryzykowalibyśmy, że nas znajdą. – Chciałam maksymalnie opóźnić moment, w którym będę musiała stanąć twarzą w twarz z nieśmiertelnymi. Nie tylko ze względu na lotos; pragnęłam też dać sobie nieco czasu na okiełznanie swojego gniewu i żalu.
– Czy w pobliżu muru będziemy bezpieczni? – spytał Chengyin. – Jest tam tylko kilku strażników.
Po co strzegli go strażnicy, skoro nikt nie mógł ani wejść do środka, ani stąd wyjść?
– Może właśnie dlatego dziadek polecił nam się tam udać – odparłam.
Szliśmy tak szybko, jak zdołaliśmy – i chociaż byłam wdzięczna za to, że przynajmniej ten jeden raz nie zostawałam w tyle, to za jaką cenę? To był gorzki dar.
W oddali wznosił się mur z czerwonego kamienia nakrapianego złotem. Jeśli sercem Tianxii były góry Kunlun, to mur stanowił jej ciało, znaczące kontury naszych ziem. Mówiono, że został wzniesiony przez nieśmiertelnych, bo któż inny mógłby wypolerować kamień tak, by mienił się niczym miedź, i zakląć go, aby wytrzymał atak każdej broni, szturm czy próbę wspinaczki? Nie było też nadziei na wydrążenie pod nim tunelu, gdyż magia muru zdawała się sięgać samych fundamentów ziemi – oddzielając nas od reszty królestwa śmiertelników. Jedynym sposobem na jego sforsowanie było dokonanie tego za przyzwoleniem nieśmiertelnych.
Dziadek powiedział mi kiedyś, że mur wzniesiono, aby ukryć nas przed światem zewnętrznym, w ramach ochrony przed tymi, którzy pragnęli poznać nasze sekrety. Zaczynałam jednak wierzyć, że miał nas również zatrzymać wewnątrz.
Panowała tu cisza, w zasięgu wzroku nie było nawet jednego strażnika. Czyżby wszyscy spali? Rozleniwili się w wypełnianiu swoich obowiązków, otępieni spokojem? Wzdłuż części muru zbudowano kapliczki, z których największa była pomalowana na kolor ochry i kryta pozłacanymi dachówkami. Wewnątrz znajdował się mały posąg wyrzeźbiony na podobieństwo Boga Wojny, dzierżący włócznię w jednej ręce i miecz w drugiej. Chociaż wszyscy bogowie cieszyli się przywilejem nieśmiertelności, tylko tych czczonych przez śmiertelników uważano za prawdziwe bóstwa. Bóg Wojny był czczony przez tych, którzy dążyli do doskonałości w jego sztukach; wojownicy modlili się o jego przychylność przed każdą bitwą lub potyczką. Składano mu ofiary z pieczonych mięsiw, owoców i małych ciastek. Przed nim znajdował się mosiężny kosz wypełniony kadzidłami, z którego ku niebu unosiły się smugi dymu. Bóg Wojny otrzymywał najwspanialsze ofiary, ponieważ strach przed śmiercią otwierał sakiewki nawet największych skąpców.
Posągi w świątyniach wydawały się zimne i odległe, ale jako dziecko często szukałam u nich pocieszenia w potrzebie, kiedy targały mną lęki i ogarniały mnie pragnienia, którymi nie śmiałam dzielić się z innymi.
– Ciociu Shou? Czy czasem się modlisz? – zagadnęłam.
– Od śmierci mojej córki nie. – Gestem wskazała na kapliczki, krzywiąc usta. – Bogowie ignorują te skromne, pełne dobrych intencji ofiary, które składamy im w desperackim pragnieniu ich przychylności. Zwracają na nas uwagę tylko, gdy zostanie znieważona ich duma, i wówczas zsyłają na nas nieszczęścia. – Odwróciła się w moją stronę i podjęła: – To nie modlitwy cię dziś uratowały, ale poświęcenie twojego dziadka, jego odwaga w przeciwstawianiu się żądaniom nieśmiertelnych. Zabiliby go… gdyby serce nie zawiodło jako pierwsze.
Kiedy dotarło do mnie znaczenie jej słów, poczułam w piersi bolesny ucisk.
– Nie zasłużyli na oddanie dziadka. Dlaczego wciąż się przed nimi korzymy, tyle lat po wojnie?
Ciotka Shou westchnęła, kręcąc głową.
– Któż odważyłby się im przeciwstawić? Nieśmiertelni są samolubni, okazują niewiele współczucia czy litości, gdy się mylimy: tak jak uczynili to dzisiaj wobec twojego dziadka. Potrafią jedynie grozić, stawiać żądania i naginać nas do swojej woli.
– Na oddanie trzeba zasłużyć, a nie go wymagać – stwierdziłam z goryczą.
– Tak, moje dziecko – przyznała smutno. – Ale o wiele łatwiej jest je egzekwować, niż starać się na nie zasłużyć.
Ciotka Shou poprowadziła nas do małego budynku, krytego wyszczerbionymi dachówkami, o ścianach pomalowanych łuszczącą się farbą. Mimo to dziedziniec przed nim był świeżo zamieciony, a w środku znajdowały się torby z prowiantem.
– Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zostać tu zbyt długo. Muszę się zająć pochówkiem dziadka. Na dworze zapanuje chaos. – Już teraz odczuwałam mocniej ciężar spoczywających na mnie obowiązków. Choć byłam dziedziczką tronu, wolałam nie myśleć o konieczności jego objęcia, gdy przypominałam sobie o śmierci dziadka.
– Zostaniemy tu tyle, ile będzie trzeba. Jak powiedział twój dziadek: musimy mieć pewność, że lotos trwale wniknął w twoje ciało – stwierdziła ciotka Shou.
Dotknęłam blizny na mojej piersi; palący żar złagodniał do kojącego ciepła.
– Myślę, że już to zrobił.
Chengyin wpatrywał się w niebo, marszcząc brwi. W powietrzu unosił się dziwny zapach, chorobliwie słodki z kwaśną nutą, jak zgniłe śliwki. Robiło się coraz ciemniej, całkiem jakby księżyc zasnuły gęste chmury; poczułam na karku mrowienie niepokoju. Czyżby nieśmiertelni nas znaleźli? Na horyzoncie pojawiły się wysokie postacie, zbliżające się do nas miękkim, cichym krokiem. Ich twarze były podobne do naszych, choć ostre zęby i połyskująca niczym pokryta woskiem skóra sprawiły, że zadrżałam. Palce miały zakończone szponami, z pleców wyrastały im niewielkie szare skrzydła, a na czołach lśniło jasnym blaskiem coś przypominającego żółtawe klejnoty.
– Kim jesteście? I co tu robicie? – wykrztusiłam drżącym głosem.
– A co ty robisz tutaj, pani Tianxii? – spytał protekcjonalnie jeden z nich z błyskiem w oku. – Czy uciekasz przed swoją nową władczynią?
Tytuł, którym się do mnie zwrócił, był dla mnie zaskakujący… podobnie jak świadomość, że wiedzą, kim jestem. Ogarnęło mnie przerażenie, czułam też emanującą od nich pogardę.
– Nasza ziemia jest pod ochroną królowej Złotej Pustyni – oświadczyłam. – Odejdźcie.
To były śmiałe słowa, ale pozbawione znaczenia w sytuacji, w której nie mieliśmy zbyt wielu środków obrony przed takimi istotami. Byliśmy królestwem wojowników szkolonych do służby, jednak śmiertelne ostrza nie mogły przelać nieśmiertelnej krwi – czy to boga, czy potwora. Królowa niechętnie uzbrajała nas w narzędzia, które mogłyby zranić ją i jej podobnych – oddawała do naszej dyspozycji najwyżej kilka sztuk broni, ledwie wystarczających do wyposażenia jednego oddziału. Dziadek dał mi sztylet, a Chengyinowi miecz, ale nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie nam ich użyć.
– Ile warta jest ochrona królowej Złotej Pustyni? Gdzie są jej żołnierze? – Stworzenia drapieżnie się uśmiechnęły, okrążając nas leniwie. Nie musiały się śpieszyć, skoro byliśmy tu praktycznie uwięzieni.
Chengyin zasłonił ciotkę Shou własnym ciałem, dobywając miecza, a ja chwyciłam sztylet drżącą ręką. Nie byłam wojowniczką – w dzieciństwie nie mogłam trenować tak rygorystycznie jak inni, nie miałam zacięcia ani skłonności do walki, a od widoku krwi mnie mdliło. Życie w pałacu, w otoczeniu straży i służby, dawało mi iluzję bezpieczeństwa… która dzisiejszej nocy szybko się rozwiała.
Stworzenia podeszły bliżej. Była ich piątka, a wystarczyłoby jedno, żeby nas pokonać. Światło migotało w ich oczach, odbijało się w kamieniach osadzonych w czołach – czy naprawdę czułam emanujące od nich podniecenie rychłymi łowami? Czy ostrzyły sobie zęby na łatwą zdobycz?
Poczułam, jak krew burzy się w moich żyłach. To jeszcze nie był koniec.
Zanurkowałam w dół, chwyciłam garść ziemi, po czym rzuciłam nią w twarze potworów. Rozległ się pisk, a ich skrzydła załopotały dziko.
– W nogi! – krzyknęłam do Chengyina i ciotki Shou.
Pomknęliśmy z powrotem w kierunku lasu, licząc na to, że tam je zgubimy, choć byłam świadoma, że w każdej chwili mogą nas dopaść. W oddali światło księżyca połyskiwało na dachach kapliczek. Przez głowę przemknęła mi pewna myśl…
„Zwracają na nas uwagę tylko wtedy, gdy zostanie urażona ich duma”.
Odwróciłam się gwałtownie, biegnąc w stronę kapliczek tak szybko, jak tylko zdołałam. Potwory zbliżały się do mnie prędko, jeden z nich chlasnął pazurami, celując w moje nogi. Gdy się potknęłam, wpadłam na kadzielnicę przy kapliczce Boga Wojny. Kosz się zachwiał, a potem przewrócił na bok – kadzidełka rozsypały się jak gałązki, popiół zaścielił ziemię niczym proch.
Moje wnętrzności skręcił lodowaty strach. To było zarówno najlepsze, jak i najgorsze, co mogłam zrujnować. Niebezpiecznie było przywoływać Boga Wojny, ale w obliczu nieuchronnej śmierci wybór był niewielki. Bóg jednak nie wiedział, że posiadam lotos, którego szukali – i nie zabiłby mnie bez powodu. Jako pani Tianxii mogłam ubiegać się o ochronę nieśmiertelnych. Czy nie dlatego im służyliśmy?
Rzuciłam się w stronę ofiar złożonych przez pobożnych wyznawców. Gdy jeden z potworów skoczył ku mnie, uchyliłam się w ostatniej chwili – istota straciła równowagę i wpadła wprost na misy z jedzeniem. Ciasta się pokruszyły, gruszki potoczyły wkoło, a puchary przewróciły, rozlewając wino na ziemię.
Wokół mojego nadgarstka zacisnęły się pazury, wbiły się w ciało i na ziemię pociekła krew, mieszając się z popiołem. Stwór obnażył tymczasem kły, spomiędzy których wysunął się jęzor o barwie ciemnego sińca. Z gardła wyrwał mi się przeraźliwy krzyk. Chengyin próbował utorować sobie do mnie drogę, siekąc potwory, ale był zbyt daleko. Zadrżałam, gdy uniosłam sztylet, tnąc dziko w tego, który się na mnie zasadził, ale z łatwością odtrącił moje ramię.
– Stój, bo inaczej staruszka umrze – wysyczał ktoś. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam jednego z potworów trzymającego ciotkę Shou i przyciskającego pazur do żyły na jej szyi.
Zastygłam w bezruchu.
– Czego od nas chcecie?
Ten, z którym walczyłam, zaśmiał się szyderczo.
– Oddaj broń. Chodź z nami bez walki, a będziesz bezpieczna. Jeśli stawisz opór, będziemy dziś ucztować na ciałach śmiertelników…
Wstrząsnęły mną torsje. Czułam się koszmarnie z myślą, że jestem taka bezradna – zdana na łaskę tych stworzeń. Czy mogłam im zaufać? Nie chciałam tego robić, wszystkie moje instynkty wręcz krzyczały, że to zły pomysł, ale czy tak naprawdę miałam jakiś wybór?
Gdy kiwnęłam głową, Chengyin krzyknął:
– Nie, Liyen! Nie wierz im!
Potwór, którego wcześniej związał walką, warknął, uderzając go w bok głowy. Kiedy mój przyjaciel ponownie wydał z siebie okrzyk, zalała mnie fala wściekłości. W przypływie nowo odkrytej siły zamachnęłam się sztyletem na krępującego mnie stwora i wbiłam mu ostrze w szyję. Skóra ustąpiła i z rany wypłynęła rdzawa krew.
A więc potwory krwawiły tak samo jak śmiertelnicy…
Na myśl o tym serce zabiło mi mocniej, nawet jeśli widok przyprawiał o mdłości. Kiedy jego uścisk na moim nadgarstku osłabł, wyrwałam mu się – ale inny natychmiast schwycił mnie w talii i poderwał w powietrze tak gwałtownie, że świat zawirował mi przed oczami.
– Zapłacisz za to! – warknął.
Wierzgałam dziko, próbując się uwolnić. Dziadek nie ocalił mnie po to, bym zginęła z rąk tych okrutnych istot. Ale one nagle zastygły w bezruchu, unosząc łby.
Niebo spowiły syczące, skwierczące płomienie. Chwilę później runął z niego strumień światła i uderzył w potwora. Rozległ się skrzek przypominający odgłos tłuczonego szkła, a gdy spojrzałam ponownie na istotę, w jej klatce piersiowej ziała dziura odsłaniająca poszarpane ciało, falujące i mokre. Wyrwałam się z uścisku i upadłam na ziemię z impetem, który wypchnął mi z płuc całe powietrze. Stworzenie zwaliło się z głuchym łomotem obok mnie, plamiąc trawę posoką.
Ze stojącego w ogniu nieba opadały na nas płonące krople. Przykucnęłam, osłaniając głowę rękami – ale ognisty deszcz nie robił mi żadnej krzywdy. Wiatr się wzmógł, targając wściekle kosmykami moich włosów. W powietrzu rozległa się seria głośnych trzasków, a ziemię przeszywały włócznie szkarłatnego światła, osaczając potwory. Po chwili spłynęła ku nam chmura, na której stała samotna postać odziana w czarną zbroję. Znad jej ramienia wystawała rękojeść miecza z białego jadeitu i złota.
Bóg Wojny.
Oblicze nieśmiertelnego było zimne niczym wykuta z lodu maska. Na jego widok napięły się w moim ciele wszystkie mięśnie; ulga i strach, które odczuwałam, splotły się ze sobą tak mocno, że nie byłam w stanie ich rozdzielić. Nienawidziłam go, wspomnień, które przywoływał: widoku mojego dziadka klęczącego przed nim… mimo że właśnie uratował mi życie.
Zmierzył mnie spojrzeniem gorejących oczu, zatrzymując je na pasie, z którego zwisała cesarska pieczęć. Szatę miałam pobrudzoną popiołem i krwią, a włosy w nieładzie. Powinnam się go bać – powinnam być przerażona – a jednak jego natrętne spojrzenie wzbudziło we mnie jedynie gniew.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – spytałam, jakbym nie miała nic do ukrycia, nawet jeśli obawiałam się, że w jakiś sposób wyczuł we mnie obecność Boskiego Perłowego Lotosu. Na szczęście nie dał nic po sobie poznać, a wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony – niemal obojętny.
– Czysta ciekawość, nic więcej. – Skrzywił się. – Kim jesteś?
Czy to była jakaś próba? Przecież widział pieczęć. Nie odważyłam się skłamać, tak czy inaczej, prawda wkrótce wyszłaby na jaw.
– Zhao Liyen, pani Tianxii, ostatnia potomkini Zhao Likanga – przedstawiłam się tytułem, którego od teraz miałam używać.
– Pani Tianxii? – powtórzył powoli. – Myślałem, że dziedzic nie żyje. Nie sądziłem, że jest ktoś jeszcze…
– Mój ojciec zmarł. Jestem jego jedynym dzieckiem, wnuczką pana Tianxii. – Tyle tylko, że dziadek już nie żył. Przełknęłam ślinę, śmiało patrząc Bogu Wojny w oczy. Nic dziwnego, że o moim istnieniu wiedziało tak niewiele osób spoza pałacu. Nie przypuszczano, że przeżyję dość długo, by objąć tron, a dziadek był ostrożny w ujawnianiu informacji nieśmiertelnym, podobnie jak większość ludzi z mojego otoczenia.
– Dlaczego nie jesteś w pałacu? Co tu robisz? – zapytał.
– Kiedy przypuszczono atak na mój dom, dziadek nakazał mi go opuścić dla własnego bezpieczeństwa – wyjaśniłam. – Później dowiedziałam się o jego śmierci… – Starałam się stłumić żal i o wiele bardziej niebezpieczną wściekłość. To nie bóg zabił dziadka, ale nie wszystkie bronie były wykonane z metalu. Nie wszystkie rany były cielesne.
Bóg Wojny nie odpowiedział. Nie pofatygował się nawet, by złożyć mi kondolencje. Nieśmiertelni nie mieli pojęcia o śmierci – o tym, co znaczy stracić ukochaną osobę. Być może wszyscy oni zostali pokarani sercami z lodu…? Gdy na koniuszkach jego palców zamigotało światło, Chengyin krzyknął ostrzegawczo i przyskoczył do mnie, aby osłonić mnie własnym ciałem – ale wokół niego i ciotki Shou pojawiła się nagle połyskliwa bariera, niepozwalająca nam się do siebie zbliżyć. Bóg Wojny nie spojrzał nawet w ich stronę – zamiast tego schwycił mnie za ramię, z zaskakującą delikatnością. Pod wpływem jego dotyku po moim ciele rozlało się błogie ciepło, gojąc rany, które zadał mi jeden ze stworów.
Odsunęłam się, sztywniejąc pod jego dotykiem. Zmrużył oczy i ponownie obrzucił mnie wzrokiem. Czy byłam niewdzięczna? Nieuprzejma? Otworzyłam usta, aby mu podziękować, ale zamknęłam je, nim wydobyło się z nich choć słowo. Nie zasługiwał na wdzięczność – nie po tym, co zrobił mojemu dziadkowi. Co uczynił z moim domem.
– Kto cię skrzywdził? – spytał cicho, lecz w jego głosie wyczuwałam groźbę.
– Oni. – Skinęłam głową w stronę potworów, wciąż uwięzionych w ognistej klatce. Zostały cztery: jeden nie żył.
Bóg dobył miecza i wycelował jego ostrze w ziemię.
– Ta ziemia należy do królowej Caihong. Nie ma tu miejsca dla Skrzydlatych Diabłów.
Ukłonili się zgodnie.
– Popełniliśmy błąd, o Wielki Nieśmiertelny. Będziemy posłuszni rozkazowi królowej Caihong i odejdziemy.
Bóg Wojny odchylił głowę do tyłu, przyglądając się im z namysłem.
– Czy nadal wykonujecie polecenia Wuxinów?
Wzdrygnęłam się: dźwięk tego słowo sprawił, że zmroziło mi krew w żyłach. To właśnie Wuxinowie najechali Tianxię, zstępując z nieba przez góry Kunlun, powodując ogrom zniszczeń i cierpienia. Nieśmiertelni ze Złotej Pustyni pomogli mojemu ludowi ich przepędzić – i dlatego teraz im służyliśmy.
– Jak byśmy mogli, skoro Wuxinowie są zamknięci w Zaświatach? – odpowiedział jeden ze Skrzydlatych Diabłów, odrobinę zbyt szybko.
– Więc co tu robicie? – Gdy głos Boga Wojny ucichł, powietrze przeszył chłód.
– Szukaliśmy naszego przyjaciela – odparł gładko jeden z nich, wskazując na ciało na ziemi. – Chciał odwiedzić to królestwo. Nie mieliśmy złych zamiarów.
Wygodna wymówka – ponieważ umarli nie mogli mówić.
– To kłamstwo! – wtrąciłam natychmiast. – Zaatakowali nas całą piątką!
Bóg Wojny zbliżył się do Skrzydlatych Diabłów.
– Dlaczego zaatakowaliście tę dziewczynę i jej towarzyszy? Mówcie, inaczej nie okażę wam litości.
– Nie odpowiadamy przed tobą. – Ich wcześniejsza pełna szacunku postawa, ich fałszywa uległość zniknęły nagle bez śladu.
Cała czwórka uniosła ręce w powietrze, a wokół nich zawirowała szarawa mgła. Gdy pękła boska bariera, która je powstrzymywała, otoczyły nas, a ich oczy rozbłysły złowrogo.
Ogarnęło mnie przerażenie, ale bóg wydawał się niewzruszony.
– Trzymaj się za mną – rozkazał z niemal irytującym spokojem.
– A co z moimi przyjaciółmi? Wciąż ich więzisz. Uwolnij ich, aby mogli uciec.
– Będę ich chronić.
Był taki pewny siebie… w przeciwieństwie do mnie. Jednakże w tej chwili tylko Bóg Wojny, którego nienawidziłam i którego się bałam, stał między nami a śmiercią.
Bez ostrzeżenia jeden ze Skrzydlatych Diabłów rzucił się w naszą stronę. Bóg błyskawicznie wyciągnął miecz i wbił ostrze w bok stwora, po czym płynnie się cofnął, by dźgnąć kolejnego. Jeden z diabłów skoczył ku mnie, ale uchyliłam się – w tym samym momencie, w którym miecz boga zatoczył łuk nad moją głową. Błysnął w blasku księżyca, przecinając szyję potwora. Trysnęła krew, a moją twarz zrosiły ciepłe krople. Krzyknęłabym, gdybym nie była na wpół sparaliżowana ze strachu. Bóg poruszał się ze śmiertelną gracją, zadając każdy cios z imponującą precyzją i niepohamowaną brutalnością. Jego twarz nie zdradzała ani napięcia, ani lęku, ani nawet śladów triumfu czy żądzy krwi. Gdy ostatni stwór rzucił się na niego, Bóg Wojny zaatakował go, przebijając mieczem jego klatkę piersiową. Istota cofnęła się, wpatrzona w krew plamiącą jej tors, i chlasnęła zakrzywionymi szponami, celując w twarz boga. Ale nieśmiertelny odchylił się w tył, a z jego dłoni wystrzeliły płomienie; ogniste jęzory spowiły ciało diabła, którym wstrząsnęły agonalne drgawki, zanim w końcu upadł na ziemię.
Czy stwory były martwe? Jeden wciąż się wił, wydając z siebie ciche jęki. Bóg Wojny przykucnął i pochylił się nad nim.
– Odpowiedz na moje pytania, a daruję ci życie.
Skrzydlaty Diabeł obnażył kły i uniósł drżącą dłoń do szyi, przeciągając po niej szponem. Trysnęła krew, jego ciałem targnął wstrząs i potwór znieruchomiał.
Osunęłam się na kolana i zwymiotowałam. Upadłam na trawę z gardłem palącym od kwaśnej treści i ze ściśniętym żołądkiem, po czym sięgnęłam po bukłak z wodą. Podźwignęłam go do ust i piłam długo, a resztę wylałam na twarz, aby zmyć z niej krew. Kiedy podniosłam wzrok, bóg wpatrywał się we mnie bez mrugnięcia. Czułam się bezgranicznie upokorzona, że ogląda mnie w takim stanie. Czy gardził mną z powodu mojej słabości? Uniosłam hardo podbródek, gotowa znieść jego drwiny.
On jednak schował miecz; dyszał lekko z wysiłku, a w jego spojrzeniu dostrzegłam dziwne napięcie.
– Jesteś ranny? – spytałam, choć wydawało się to niemożliwe.
– Nie – odparł krótko.
– Już wiem, dlaczego nazywają cię Bogiem Wojny. – To nie był komplement; niezrównany talent do zabijania nie był żadnym darem.
– Nie lubię tego miana – odpowiedział.
Zdziwiło mnie to – sądziłam, że potęga, która wiąże się z tym tytułem, będzie raczej napawała go dumą.
– Dlaczego? – spytałam, nim ugryzłam się w język. Nie powinno mnie to obchodzić. To nie była moja sprawa.
– Czymże jest wojna, jeśli nie cierpieniem i śmiercią? – odparł, a jego czarne jak noc oczy rozbłysły. – Któż chciałby być ich heroldem?
– Ale czyż Bóg Wojny nie czerpie siły właśnie z potęgi, strachu i chwały? – spytałam z goryczą.
W źrenicach zapełgały mu mroczne płomienie.
– Sądzisz, że jest w tym jakaś chwała? Myślisz, że radują mnie moje triumfy? – Jego głos brzmiał chrapliwie, a wzrok prześlizgiwał się po ciałach rozciągniętych na ziemi. – Przemawia przez ciebie ignorancja.
– Ignorancja? – powtórzyłam, czując, jak wzbiera we mnie wściekłość. – Dlaczego uważasz mnie za ignorantkę? Ponieważ brak mi doświadczenia płynącego z nieśmiertelności? Z nieskończonych lat?
– Nie powiedziałbym, że są nieskończone. – Uśmiechnął się przewrotnie. – Twoja ignorancja wynika z faktu, że mnie nie znasz, a mimo to mnie osądzasz.
Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, ale stłumiłam je z rozmysłem.
– Wiem, że spaliłeś mój dom. Wiem, że mój dziadek nie żyje.
Gdy spojrzał na Shou i Chengyina, ucieszyłam się, że mnie nie słyszą. Ciotka zganiłaby mnie za zwracanie się do Boga Wojny w ten sposób. Emocje sprawiały, że byłam nieostrożna; musiałam bardziej uważać na to, co mówię.
– Nie zabiłem twojego dziadka – oznajmił wprost. – Jeśli ktoś ci tak powiedział, to zostałaś wprowadzona w błąd.
Nie mogłam mu wyjawić, co widziałam – to doprowadziłoby do zbyt wielu pytań.
– Dlaczego więc mój dziadek zginął po tym, jak rozgniewał waszą królową? – spytałam zamiast tego.
– Ci, którzy zawiedli Jej Królewską Mość, nie mogą pozostać bezkarni, jednak śmiertelnicy rzadko są skazywani na śmierć – odpowiedział oględnie. – Śmierć twojego dziadka była niezamierzona, spowodowana chorobą serca.
– Och, więc powinnam być wam wdzięczna, że wystraszyliście go na śmierć? – wykrztusiłam głosem zdławionym od tłumionej wściekłości.
– Nie proszę cię o wdzięczność – wycedził. – Po prostu nie lokuj błędnie swojej nienawiści.
Zamilkłam. Może wierzył, że nie zrobił nic złego, ale był w błędzie. Mimo to powściągnęłam gniew; mój los spoczywał teraz w jego rękach.
Nic nie było w stanie przywrócić dziadkowi życia, ale moja pochopność mogła doprowadzić do chęci wywarcia odwetu na mnie, na mojej krainie. Poza tym… nie chciałam z nim rozmawiać o dziadku. Byłam w żałobie po jego śmierci i nie zamierzałam pozwolić, by jego pamięć zbrukały spekulacje kogoś obcego. To wszystko było jeszcze zbyt świeże, zbyt bolesne.
Gdy się cofnęłam, zauważyłam, że moje buty są przesiąknięte krwią Skrzydlatych Diabłów. Przeszedł mnie dreszcz.
– Dlaczego ta istota… się zabiła?
– Może bardziej niż śmierci bała się konsekwencji zdrady.
– Co może być gorsze od śmierci? – zdumiałam się.
– Wiele rzeczy.
– Tylko nieśmiertelny mógłby tak sądzić. – Uśmiechnęłam się, żeby ukryć grymas lekceważenia. – Nieśmiertelni nigdy nie chorują i się nie starzeją. Nie ogranicza was słabość ciała, uszczerbek na zdrowiu, który kradnie czas. Jesteście panami własnego przeznaczenia, strażnikami swojego losu. Nic dziwnego, że gardzicie śmiercią.
Jego oczy rozbłysły.
– Nie cierpimy na żadne choroby, ale możesz mi wierzyć, że odniosłem więcej ran, niż zdołałabyś zliczyć przez całe swoje życie. Co możesz wiedzieć o niebezpieczeństwach towarzyszących naszej doli, o naszych cierpieniach?
Obrzuciłam wzrokiem ciała diabłów.
– One przychodzą również do naszego świata, ale nie możemy z nimi walczyć tak jak wy.
– Czego mogły od ciebie chcieć Skrzydlate Diabły? – zapytał po chwili milczenia.
– Wiem tyle co i ty, czcigodny nieśmiertelny – wykrztusiłam niechętnie. – Dochodziły nas słuchy o tym, że pojawiały się w pobliżu Kunlun, ale nasi żołnierze nie wpadli na żaden trop. W jaki sposób są powiązane z Wuxinami?
– Kiedyś były naszymi sojusznikami: przeszły na naszą stronę, gdy stało się jasnym, że Wuxinowie przegrają wojnę. Od tamtej pory żyły spokojnie wśród nas, a przynajmniej tak nam się wydawało. – Zmarszczył brwi. – Nie można im ufać, ale królowa Caihong pozwoliła im zamieszkiwać na Złotej Pustyni pod warunkiem, że nie naruszą warunków pokoju.
– A to, co wydarzyło się dziś wieczór? – zapytałam. – To, jak nas zaatakowały?
– Omówię to z Jej Wysokością. Zbadamy tę sprawę.
Zacisnęłam dłonie, lecz postanowiłam trzymać język za zębami. Kimże wszak byli śmiertelnicy? Gdyby Skrzydlate Diabły zaatakowały Złotą Pustynię, królowa Caihong wybiłaby je wszystkie do nogi, bez wahania ani litości.
– Dopiero co objęłam tron, ale zawsze wierzyłam, że obowiązkiem nieśmiertelnych jest ochrona naszego królestwa przed wrogami z niebios, takimi jak one – powiedziałam ostrożnie.
Bóg przyjrzał mi się zmrużonymi w szparki oczami.
– A co z twoim obowiązkiem strzeżenia Boskiego Perłowego Lotosu, tego, który twój dziadek tak nieostrożnie utracił?
– Nie był nieostrożny. – Nie odważyłam się powiedzieć nic więcej, choć poczułam ulgę, że uwierzył w słowa mojego dziadka. – Jeśli nie znam zbyt dobrze zakresu moich obowiązków, to tylko dlatego, że dziadek nie miał szansy mnie ich nauczyć.
– Jesteś dorosła. Powinnaś już wiedzieć, czego się od ciebie oczekuje.
Jak on śmiał mnie pouczać? Miałam ochotę rzucić się na niego z pięściami. Ale to fakt: nie byłam już dzieckiem – byłam panią Tianxii. Nie odpowiadałam wyłącznie za siebie. Wzięłam głęboki wdech, aby stłumić gniew, i odwróciłam wzrok, pozwalając bogu myśleć, że odczuwam skruchę.
– Czy wiedziałaś, że twój dziadek jest chory? – zapytał.
– Tak, ale wciąż był silny. Nie powinien był dziś umrzeć. – Moją pierś przeszył ból. – Masz szczęście, że twój lud nie zna cierpienia, które wywołują podobne straty.
Zacisnął szczęki.
– Wiemy więcej, niż ci się wydaje.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
– Och, czyżby? A więc oświeć mnie.
– Nie – zaprzeczył. – Nie, kiedy jesteś nastawiona przeciwko nam, twój osąd przyćmiewają uprzedzenia, a serce pogrążone jest w smutku.
Nie naciskałam. Byłam zmęczona, do cna wyczerpana wydarzeniami dzisiejszego wieczoru.
– Pozwól mi więc wrócić do domu… o ile przestałeś go niszczyć. – Nie mieliśmy już powodu, by się tu ukrywać. Wiedziałam, że nie wyczuł lotosu, w przeciwnym razie dawno byłabym w okowach.
Potrząsnął głową.
– Powinnaś wrócić ze mną. Każdy władca Tianxii musi przed objęciem tronu przysiąc lojalność naszej królowej. Możesz nosić ten tytuł, ale dopiero po złożeniu przysięgi Jej Wysokości otrzymasz prawo do rządzenia.
Przeszedł mnie dreszcz, lecz spróbowałam to zamaskować, wygładzając splamioną krwią szatę.
– Nie jestem gotowa. Nie powinnam się pokazywać królowej w tym stanie.
Postanowiłam, że kiedy spotkam się z królową Złotej Pustyni, zrobię to na własnych warunkach. Możliwość odwiedzenia Krainy Nieśmiertelnych była rzadką okazją. W uszach wciąż dźwięczało mi ostatnie życzenie dziadka, a moja determinacja krzepła z każdą chwilą. Nasz lud nie powinien być podległy niebiosom, skoro wiedliśmy życie tu, na dole. Musiałam znaleźć sposób, aby nas uwolnić – lub przekonać królową, by zapewniła nam swobodę.
– Zamierzasz sprzeciwić się rozkazom Jej Królewskiej Mości?
– Proszę tylko o nieco czasu, abym mogła doprowadzić się do ładu i uporządkować sprawy po dzisiejszym zamieszaniu – zaprotestowałam, nie dając za wygraną.
Obrzucił mnie ostrym spojrzeniem.
– Dopóki nasza królowa nie uzna cię za prawowitą władczynię Tianxii, twoja pozycja będzie zagrożona.
Cóż, i tak już była, ale nie z przyczyn, o których myślał. Ktoś mnie otruł – gdybym jednak tym wspomniała, mógłby nalegać, abym natychmiast udała się z nim do królowej.
– Jest jeszcze jeden powód – dodałam stanowczo. – Muszę pochować dziadka… przygotować pogrzeb i odpowiednie obrzędy, na które zasłużył. Możesz tego nie rozumieć, ale to dla mnie ważne. To moja ostatnia szansa, by się z nim pożegnać.
– Rozumiem konieczność pożegnania się z bliską osobą, znów może lepiej, niż ci się wydaje – powiedział w końcu enigmatycznie po chwili milczenia. I zaraz dodał: – W porządku. Masz miesiąc.
To było więcej, niż się spodziewałam, ale nauczyłam się nigdy nie przyjmować pierwszej oferty. Gdy otworzyłam usta, aby poprosić o wydłużenie tego czasu, uniósł rękę.
– Nie zgodzę się na więcej. W tym czasie twój pałac będzie pod moją ochroną i nie wolno ci opuszczać jego terenu. Dla własnego bezpieczeństwa.
Gdy sztywno skinęłam głową, podjął:
– Za cztery tygodnie przybędzie eskorta, która zabierze cię do Krainy Nieśmiertelnych. Twoja nieobecność zostanie uznana za poważną obrazę naszej królowej. Jeśli się ukryjesz, znajdę cię. Uciekniesz, a ja cię złapię…
Przeszył mnie dreszcz strachu. Przypomniałam sobie, jak powiedział, że go nie znam. Ale on również nie znał mnie. Nie zamierzałam się przed nimi ukorzyć – nie zaakceptuję losu, który nam zgotowano.
– Przybędę, masz na to moje słowo – zapewniłam go.
Bóg Wojny wyciągnął do mnie rękę, podając mi smukły miecz w pochwie z czarnego jadeitu, o srebrnych zdobieniach.
Mój puls przyśpieszył.
– Broń nieśmiertelnych?
Zerknął na sztylet za moim pasem.
– Przyda ci się bardziej niż ten nożyk do owoców, który nosisz.
Jego pogarda dla daru od mojego dziadka wprawiła mnie w słuszny gniew.
– Dźgnęłam nim Skrzydlatego Diabła. – Uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy, żałując, że jest tak wysoki. – Może chciałbyś być następny? – rzuciłam lekko, choć w moich słowach czaiła się groźba.
– Może? – odparł równie beztrosko, ale po chwili znów spoważniał. – To było z twojej strony lekkomyślne: rzucać wyzwanie jednemu z tych stworzeń. Czy nie wiesz, jak łatwo możesz stracić życie?
– Na szczęście żyję. – Wiedziałam, że przyszedł nam z pomocą w ostatnim momencie, ale nie zamierzałam mu tego mówić.
– Dlaczego mi go dajesz? – Miecz bardzo by mi się przydał, ale bałam się, jakiej ceny może za niego zażądać.
– Skrzydlate Diabły rzadko się tu zapuszczają, ale musisz mieć się czym bronić.
Założył, że potrafię walczyć jak większość mojego ludu. Nie wyprowadziłam go z błędu. Ale choć brakowało mi praktyki, zawsze starałam się uczyć, gdy tylko zdołałam – na przykład obserwując innych.
Wzięłam od niego miecz, nie czekając, aż zmieni zdanie. Bez względu na to, co o nim myślałam, nie mogłam odrzucić tak bezcennego daru. Wiedziałam, że dumą nie pokonam wroga, nie utrzymam się przy życiu. Gdy przyjęłam od niego broń, przez moje palce przebiegł dreszcz, a ostrze zalśniło w blasku księżyca. To był wspaniały miecz – lekki, ale solidny.
– Dziękuję. – To słowo z trudem przeszło mi przez usta, lecz musiałam przyzwyczaić się do mówienia rzeczy, których tak naprawdę nie myślałam.
Obrzucił mnie przenikliwym wzrokiem i skłonił głowę.
– Trzymaj go w ukryciu – przestrzegł mnie, a potem jednym ruchem ręki rozproszył lśniącą barierę wokół Chengyina i ciotki Shou.
Z nieba opadła chmura i wylądowała u jego stóp. Patrzyłam, jak na nią wchodzi, a potem wzbija się w niebo. Zacisnęłam dłoń wokół miecza. Przez ulotną chwilę wyobrażałam sobie, jak z łatwością przebijam nim klatkę piersiową boga. Jakiego koloru byłaby jego krew? Te myśli nie przyniosły mi jednak dużej satysfakcji. Chociaż Bóg Wojny był moim wrogiem, uratował mi również życie – czyniąc mnie swoją dłużniczką. Wprawdzie nie zmieniało to w żaden sposób mojego zdania na temat niego i jemu podobnych. Nieśmiertelnym nie można było ufać. Ich egoizm nie znał granic, a rzadkie akty życzliwości z ich strony były dyktowane wyrachowaniem lub kaprysami. Nie dbali o nas – nigdy nie traktowali nas jak równych sobie. Dla nich byliśmy wyłącznie narzędziami, odrzucanymi lekką ręką, gdy tylko przestawały im służyć.
Dlatego nie zasługiwali na naszą cześć – i dlatego musieliśmy się od nich uwolnić. Wkrótce przekonają się, że śmiertelnicy nie dają się tak łatwo złamać, że jesteśmy silniejsi, niż im się wydaje.
Niech nam żyje pani Tianxii, oby panowała po wieki! – zaintonował dwór.
„Bzdura!”, pomyślałam, wchodząc na podest, aby zasiąść na tronie. To była farsa, którą przerabialiśmy każdego ranka od dnia śmierci mojego dziadka. Przyglądałam się morzu zwróconych w moją stronę twarzy. Większość dworzan wpatrywała się we mnie spod czapek ozdobionych długimi chwostami z wyrazem jałowej uprzejmości, choć kilka osób nie kryło niezadowolenia. Ciotka Shou ostrzegała mnie, że zbierają się w grupy i kłócą na temat dalszych losów naszej krainy. Niektórzy walczyli o pozycję, zabiegając o moje względy, a wielu innych spiskowało przeciwko mnie. Co ambitniejsi żywili urazę – prawdopodobnie woleliby oglądać mnie w trumnie niż na tronie. Czy to któryś z nich otruł mnie wodami Wangchuan? Jeśli kiedykolwiek się tego dowiem, przekona się na własnej skórze, jak wielki błąd popełnił.
Władza rodziła wrogość, i to najgorszy jej gatunek – przyczajony w cieniu i czekający, aby uderzyć w najmniej spodziewanym momencie.
Rozciągnęłam usta w skąpym uśmiechu – wiedziałam, że gdyby był odrobinę szerszy, sprawiałabym wrażenie słabej, próbującej im się przypodobać. Jakże nie lubiłam takich sytuacji. Władza oznaczała nieustanne bycie w centrum uwagi, w ciągłym świetle, w którym wszystkie wady i błędy wydawały się dziesięciokrotnie większe. Jako pani Tianxii musiałam ważyć słowa i pilnie strzec swoich emocji.
Od śmierci dziadka minęły tygodnie, ale ból po jego stracie wciąż tkwił w moim sercu niczym cierń. Zorganizowałam jego pochówek, a podczas pogrzebu przywdziałam maskę spokoju, na której zdjęcie pozwoliłam sobie dopiero, gdy zostałam sama w zaciszu swojej komnaty. Chciałam nakazać całemu królestwu, by pogrążyło się w żałobie, zabronić noszenia szat w jaskrawych kolorach, odwołać wszystkie uroczystości… ale w testamencie dziadka zapisano, że zwykłe zasady żałoby mają zostać uchylone, a życie ma toczyć się dalej. Uszanowałam więc jego wolę, choć wydawało mi się to niemal zdradą – to, że możemy się zachowywać jakby nigdy nic, że świat nie skończył się w dniu jego śmierci.
Przez tak długi czas opierałam się na nim, a teraz – pomimo otaczających mnie dworzan – byłam naprawdę sama. Bo takie jest właśnie sedno prawdziwej samotności: niemożność swobodnego dzielenia się swoim umysłem i sercem z innymi bez obaw, że zostanie się osądzonym lub uznanym pod jakimś względem za niewystarczającego – i lęku, że ktoś spróbuje nas wykorzystać.
Stłumiłam chęć zmiany pozycji, choć głowa bolała mnie od jej nakrycia przyozdobionego szafirowymi motylami. Złoto stało się moją zbroją. Nie stroniłam od drogocennych metali i klejnotów, lecz nie po to, by obnosić się ze swoim statusem, ale po to, aby utrwalić w oczach innych widok tych symboli władzy, wzbudzać podziw, a nie pożądanie. Może również po to, by zagłuszyć własne wątpliwości, że mogę być niegodna tej pozycji – choć nigdy nie przyznałabym się do tego na głos.
Wodząc wzrokiem po twarzach moich poddanych, przypomniałam sobie, jak kiedyś zapytałam dziadka:
– Dlaczego jesteś taki surowy dla dworzan? Nie boisz się, że nie będą cię darzyć sympatią?
Uśmiechnął się wówczas i poklepał mnie po dłoni.
– Władcy nie są tylko po to, aby ich darzyć sympatią. Kochać. Bać się ich. Być może wzbudzają nawet nienawiść, ale najważniejsze jest, by robili to, co słuszne. – Spoważniał. – Nigdy nie okazuj wrogowi słabości, Liyen. Wilki czekają tylko, by zaatakować. Jedynym sposobem na powstrzymanie ich jest bycie bardziej przerażającym potworem niż one.
– A jeśli ja taka nie jestem? – zapytałam.
Przykucnął, aby spojrzeć mi w oczy.
– Wtedy udawaj.
Wyprostowałam się, unosząc głowę. Czasami czułam się, jakbym odgrywała rolę w sztuce, która wymagała większego talentu niż mój. Jakbym była wciśnięta w źle dopasowany kostium. Ale nie uchylałam się od swoich obowiązków, choć ich ciężar rósł z dnia na dzień. Nie zamierzałam się poddać – tak jak mój dziadek nigdy nie zrezygnował ze mnie.
Nie mamy wpływu na wynik rzutu kośćmi, ale to od nas zależy, czy będziemy grać dalej.
Minister Guo podszedł do mnie ze zwojem w dłoni i śliskim uśmiechem na szerokiej twarzy. Był jednym z najambitniejszych dworzan, więc instynktownie zesztywniałam.
– Wasza Wysokość, teraz, gdy żałoba została uchylona, musimy omówić pilną kwestię twoich zaręczyn.
Jego szorstkie słowa brzmiały bardziej jak żądanie niż prośba. Wzdrygnęłam się – zbyt późno się opamiętałam: minister dostrzegł to i kąciki jego ust powędrowały w górę. Słyszałam, że arystokraci jeden przez drugiego próbowali wybrać dla mnie kandydata na męża. Już wkrótce w kolejce do mnie ustawią się zalotnicy, fałszywie zapewniając mnie o swoim oddaniu, podczas gdy ich jedynym pragnieniem będzie rządzić w moim imieniu… wykorzystać moje ciało do spłodzenia dziedzica, aby zapewnić sukcesję bez rozlewu krwi – z wyjątkiem mojej.
Miałam niewiele złudzeń odnośnie do tego, jak będzie wyglądało moje małżeństwo, ale jedno było pewne: wyjdę za mąż, kiedy sama zechcę, a nie dlatego, że tak mi się każe.
– Ministrze Guo, to nie jest odpowiednia pora – rzuciłam ostro. – Choć mój dziadek zniósł oficjalny wymóg żałoby, ja wciąż go opłakuję.
Zamiast mnie przeprosić, minister zaczął rozwijać zwój.
– Nie organizujemy jeszcze ślubu, chcemy tylko omówić wstępnie szczegóły. Mogłabyś, o pani, wykorzystać ten czas na zapoznanie się z zalotnikami, których jest wielu…
Zacisnęłam palce na podłokietniku tronu. Czy on myślał, że tak łatwo mu ulegnę? Podążyłam za jego spojrzeniem w kierunku tylnej części sali, gdzie czekali owi „zalotnicy”. Niektórzy mieli obojętne miny, kilku innych uśmiechało się szeroko. Większość z nich została prawdopodobnie ściągnięta tutaj przez starszych przedstawicieli ich rodzin w nadziei na to, że wzbudzą moje zainteresowanie. Byli przystojni, ale w bardzo nijaki sposób, ubrani w eleganckie szaty, emanowali typową dla zamożnych rozlazłością. Do głowy przyszła mi niechciana myśl, którą natychmiast ze złością od siebie odsunęłam: że żaden z nich nie miał zaciekłej prezencji Boga Wojny.
Minister Guo odchrząknął.
– Lord Baoshu, najstarszy syn rodziny Bao, to świetny kandydat na męża. On…
– Czy to przypadkiem nie twój chrześniak? – weszłam mu w słowo.
Minister zamrugał, ale zaskakująco prędko się otrząsnął.
– A co z lordem Yangiem? Jest zdolny, cnotliwy i…
– Ma dobre koneksje jako twój bratanek – dodałam, wdzięczna Chengyinowi za podzielenie się ze mną wszystkim, co wiedział o młodych arystokratach.
– A… lord Hong?
Zawahałam się, próbując wymyślić jakiś argument przeciwko przystojnemu i lubianemu szlachcicowi. Minister Guo wypiął pierś, przygotowując się do dalszego wywierania na mnie nacisku.
– Ten sam lord Hong, który jest twoim dłużnikiem, ministrze Guo? – odezwał się minister Hu, kuśtykając na przód sali. Cierpiał na zapalenie stawów, które pogorszyło mu się wraz z wiekiem. Chociaż był jednym z bardziej powściągliwych dworzan, ufałam jego opinii: był bezgranicznie lojalny.
Pochyliłam głowę w jego stronę w niemej podzięce.
– Nie chcę więcej słuchać o zalotnikach. A kiedy uznam, że pora podjąć decyzję, radzę ci znaleźć odpowiedniejszych kandydatów, takich, dzięki którym wzbogaci się nasze królestwo, a nie twój własny skarbiec.
Minister Guo zmrużył oczy.
– A co z twoim zdrowiem, o pani? Małżeństwo musi mieć priorytet, ponieważ twoim obowiązkiem wobec Tianxii jest zapewnienie dynastii dziedzica…
Gdy kilku dworzan skinęło głowami, ogarnęła mnie zimna furia.
– Moim obowiązkiem jest dbać o dobro i szczęście mieszkańców Tianxii i zapewnić im bezpieczeństwo. Znam swoje zadania, więc nie dyktuj mi ich, ministrze Guo… – mój ton był spokojny, ale zimny jak lód – …bo w przeciwnym razie pożegnasz się ze swoją pozycją na dworze. – Oparłam się pokusie ukarania go tu i teraz, wciąż mając nadzieję, że uda mi się uzyskać posłuch bez uciekania się do rozlewu krwi.
Minister Guo spąsowiał, a gdy się kłaniał, widziałam, że jest wyraźnie wzburzony; sprawiło mi to nieskrywaną satysfakcję.
– Sprawa mojego małżeństwa nie jest niecierpiąca zwłoki – oświadczyłam dworzanom. – Pozostaję w dobrym zdrowiu i na razie nie potrzebuję małżonka. Jestem wystarczająco silna, aby sama udźwignąć brzemię piastowania władzy. A jeśli ktokolwiek w to wątpi, niech przemówi teraz.
Wiedziałam, że ryzykuję. Ale ci, którzy knuli po kątach, często tchórzyli w pełnym świetle i działali dopiero wtedy, gdy mieli pewność zwycięstwa. Było jeszcze za wcześnie, by ktokolwiek zdecydował się wystąpić przeciwko mnie, sytuacja zdawała się zbyt niepewna, by nadstawiać karku i się narażać.
Pośród zgromadzonych nastąpiło poruszenie, kilka osób się skrzywiło. Ich sympatia dla mnie znacznie zmalała, co było niemal wyzwalające, choć czułam się spięta. Nie mogłam okazać słabości – wiedziałam, że minister Guo i jego poplecznicy skrzętnie by to wykorzystali. Jeśli nie będę się bronić, zaryzykuję usunięcie w cień. Pozwalając im wypowiadać się w moim imieniu, dyktować mi, co mam robić, podkopałabym własną pozycję.
