Utkana z magii - Gregovic Lydia - ebook + książka
NOWOŚĆ

Utkana z magii ebook

Gregovic Lydia

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie wszystkie bohaterki pragną zbawić świat. Niektóre chcą nim rządzić.

W Balmoore każda jedwabna wiedźma – kobieta o magicznych włosach – musi poślubić potężnego Tkacza przed swoimi dwudziestymi pierwszymi urodzinami, inaczej czeka ją życie w klasztorze. Lovett Tamerlane, posiadająca rzadki dar otwierania każdego zamka, ukrywa tożsamość i zarabia jako szpieżka oraz złodziejka. Wszystko zmienia się w momencie, gdy zostaje przyłapana przez Eliota Leara i wciągnięta w Próżnalia – turniej, w którym dziesięć jedwabnych wiedźm rywalizuje o rękę Noégo Alaire’a – syna króla Tkaczy.

Podczas niebezpiecznych prób Lovett odkrywa mroczne sekrety dworu: Tkacze kradną magiczną moc kobiet, poprzednia uczestniczka turnieju ginie w tajemniczych okolicznościach, a rodzina Alaire’ów kryje więcej zbrodni, niż ktokolwiek przypuszczał. Między Lovett a Eliotem rodzi się napięcie, które zderza się z polityką, intrygą i próbą przetrwania. Lovett staje przed wyborem: miłość czy władza, wolność czy zemsta. Jaką decyzję podejmie w obliczu zagrożenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 519

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Weaver Bride

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Katarzyna Kusojć

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Copyright © 2025 by Lydia Gregovic

Jacket art copyright © 2025 by Christin Engelberth

This edition is published by arrangement with Sterling Lord Literistic, Inc. and BookLab Literary Agency.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Natalia Laprus, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-797-6

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla każdego, kto pomyślał, że jest okrutny przez to,

iż chce więcej.

I dla mojego rodzeństwa.

Jak Eliot Lear – ja również kłamałabym, oszukiwała

i kradła dla was.

Zaznałem głodu drapieżcy i niekończącego się strachu ofiary; przemierzałem świat jako niedźwiedź i czułem, jak sama ziemia ugina się pode mną; spałem w ograniczonym umyśle myszy i doświadczyłem płytkiej nieskończoności jej myśli. A mimo to jedyną istotą, której nigdy nie zrozumiem, jest ta zamieszkująca serce naszej nacji: nasze kobiety, a zwłaszcza jedwabne wiedźmy.

– Arnaud Moreau z rodu Tkaczy Moreau

Z.yczę mu tylko wielkiej miłości, jako że żadna inna broń nie zada tak godziwej agonii.

– nieznany balmoorski generał o swoim wrogu

1

Początkowo moją uwagę przykuł jego zegarek kieszonkowy. W Balmoore było wielu przystojnych mężczyzn, a najwięcej skupiło się wokół stolicy naszego państwa, smaganej przez morze wyspy d’Eylau. Ale to z rozpoznawania bogaczy uczyniłam swój sposób na życie.

Łańcuszek zdawał się subtelny: cienki, jego ogniwa miały delikatny kolor różowego złota, a końcówka z zegarkiem znikała w kieszeni kamizelki. To nie był jedyny taki gadżet w podwieczorkowym tłumie zapełniającym połyskujące złotem wnętrze Dyplomata, kosmopolitycznego nadmorskiego hotelu, w którym aktualnie przebywałam; nie był nawet jedynym przy barze. Z mojego miejsca, gdzie sączyłam kawę z porcelanowej filiżanki przy akompaniamencie popołudniowego deszczu, widziałam jeszcze dwa podobne zegarki. Jeden, srebrny i gruby jak mój palec wskazujący, błyszczał na torsie mężczyzny w muszce, który wpatrywał się wygłodniale w kobietę siedzącą kilka stołków dalej, a drugi przemykał między palcami młodszego dżentelmena, z którym owa kobieta prowadziła rozmowę. Oba wyglądały na drogie.

A jednak mój wzrok spoczął na każdym z nich tylko przez chwilę, zanim nie powrócił do tego mniej wyszukanego – pierwszego, którego zobaczyłam tego wieczoru. Właściciel zegarka siedział pochylony przy barze, twarz miał skrytą w cieniu melonika opuszczonego nisko do linii oczu, choć przecież znajdowaliśmy się w pomieszczeniu. Miał na sobie dopasowany frak i spodnie w kolorze lśniącego hebanu, a to, jak siedział – zgarbiony, jakby jego mięśnie były cieczą – wskazywało, że prawdopodobnie jest młody. Wnosząc po tym, że wszystkie przechodzące obok niego damy zatrzymywały się na moment bez żadnego wyjaśnienia, jakby brzeg ich sukni zaczepił się o niewidzialny gwóźdź, założyłam też, że jest przystojny.

Żaden z tych aspektów – jego przypuszczalna atrakcyjność, fakt, że miał na sobie najmodniejsze odzienie – nie był specjalnie wyjątkowy. Dyplomat był miejscem, w którym gromadzili się bogaci ludzie z wyższych sfer w mieście opanowanym przez bogatych ludzi z wyższych sfer; nawet o tej względnie wczesnej godzinie wszyscy w tym holu przybyli tu, by podziwiać i być podziwianymi. Moją uwagę w przypadku tego konkretnego gościa przykuło to, że kiedy inni mężczyźni poruszali się na swoich miejscach, ich zegarki błyszczały dość nijako, odbijały mizerną burzową jasność z zewnątrz, która wlewała się do wnętrza okazałego pomieszczenia niczym mętne piwo, ale kiedy to właściciel zegarka z różowego złota się poruszał, jego łańcuszek… płonął.

Był tkany – nie istniało inne wyjaśnienie tego, jak metalowe ogniwa ociekały gwiezdnym blaskiem, gdy dotykało ich światło, jakby pod ich wypolerowaną powierzchnią krył się stopiony biały rdzeń. Choć nie mogłam dostrzec źródła tego żaru, byłam niemalże pewna, że gdyby otworzyć okrągłą kopertę zegarka, znalazłoby się pojedynczą lśniącą nitkę powabu utrwalonego wewnątrz niby skamielina.

Tak po prawdzie ta nazwa jest trochę myląca. W przeciwieństwie do tego, co myślałam, kiedy się o nich dowiedziałam, tkane przedmioty nie wzięły swojej nazwy od materiału, z którego zostały wykonane – mogą być wytworzone z metalu lub tkaniny albo czegokolwiek pomiędzy – ale raczej od nadającego im moc powabu uprzędzonego z włosów jednej z szanowanych jedwabnych wiedźm z Balmoore, które to włosy zawierały ułamek magii przepełniającej ciała dziewczyn takich jak ja. Gdybym wcześniej rano nie umyła pieczołowicie własnych włosów moją szkodliwą miksturą z gotowanej kory drzewa orzechowego, liści figowych i wina, moje fale błyszczałyby w ten sam sposób – choć zdecydowanie słabiej. Byłby to blask sygnalizujący błogosławieństwo siostrzanych bogiń, Zawiści.

Prawdopodobnie nić powabu w tym malutkim zegarku zaczarowała go tak, by jego wskazówki nigdy nie tykały zbyt głośno, by nigdy nie wypadły z rytmu i nigdy się nie zatrzymały. Zresztą nie interesowały mnie szczegóły techniczne.

Interesował mnie właściciel tego zegarka.

Jak wiedział każdy mieszkaniec Balmoore, istniało tylko kilka sposobów na zdobycie tkanego przedmiotu. Jeśli miało się taką możliwość, można było go zakupić lub nawet zlecić jego wykonanie – ale choć jako źródło magii powab był niesamowicie potężny, bo jedna nić zapewniała wieczny czar, wytworzenie go wymagało sporo wysiłku i zasobów. Niewiele osób potrafiło to zrobić, a jeszcze mniej było na to stać.

Bardziej prawdopodobne, że właściciel takiego przedmiotu był sam w sobie Tkaczem – potomkiem jednej z męskiej linii magów, których korzenie sięgały dalej niż początki naszej nacji. Każda tkacka rodzina miała swoich rzemieślników, którzy kręcili kołowrotki dniem i nocą, przemieniając wypadnięte włosy jedwabnych wiedźm w wytwarzane na zamówienie ozdóbki, takie jak zaczarowane zegarki kieszonkowe. Jeśli tak było w tym przypadku, to gadżet, na który patrzyłam, nie był raczej jedynym skarbem w kolekcji mojego celu; gdzieś przy sobie musiał mieć także pieczęć, magiczny relikt zwykle w formie pierścienia stworzonego z pierwszego włosa otrzymanego od jedwabnej wiedźmy, z którą złączył się w małżeństwie. Ale obserwowałam bacznie młodzieńca, odkąd usiadł, i jeszcze nie widziałam błys­ku ostentacyjnej obrączki na jego palcu. Na fraku również nie było widać charakterystycznego insygnium kołowrotka, które każdy Tkacz nosił z dumą, by się wyróżnić.

Dlatego pozostawało jedno wyjaśnienie: jeśli ten chłopak nie był mężem jedwabnej wiedźmy – a sam nie był Tkaczem – musiało to oznaczać, że był inną, równie nieuchwytną i rzadką istotą.

Niesamowicie bogatym kawalerem.

Zdobycz idealna.

Spojrzałam na zegar nad barem. Wskazywał za piętnaście czwartą, a więc miałam dokładnie piętnaście minut, zanim będę musiała pokonać piętra Dyplomata i dostać się do pokoju dwadzieścia trzy, gdzie czekał na mnie lokaj pani Catherine Pierce – mężczyzna o surowej twarzy i imieniu Guillaume. To niewiele czasu, ale jeśli będę skuteczna, wystarczy.

Odsunęłam na bok filiżankę kawy, wsunęłam na nadgarstek wyszywaną torebeczkę i wstałam z krzesła. Prawie dotarłam już do stołka obok tego, który zajmował właściciel zegarka, kiedy ten wstał, obracając się w pośpiechu, i wpadł wprost na mnie.

– O boginie… Bardzo przepraszam panienkę.

Dwie dłonie na mojej talii, przytrzymujące mnie, kiedy mnie odrzuciło, i prędko wycofane. Podniosłam wzrok z podłogi, na którą padł wcześniej w zlęknionym oczekiwaniu na zderzenie z nią, i zobaczyłam solidną pierś w wykrochmalonej koszuli. Moje oczy powędrowały wyżej, rejestrując podwinięty kołnierzyk przewiązany szafirowym jedwabnym fularem, aż wreszcie dotarły do jego twarzy.

Melonik mojego celu przechylił się do tyłu przez nasze zderzenie, w pełni ukazując mężczyznę pod nim. A raczej chłopca – z bliska wydawał się jeszcze młodszy, niż zakładałam, oscylował gdzieś na granicy dojrzewania i dorosłości, w pobliżu moich osiemnastu lat. Jednak pozorne braki w wieku nadrabiał wzrostem. Sama nie mierzyłam mało, ale jego postura była tak okazała, że musiałam aż zadrzeć podbródek, by w pełni go zobaczyć, co od razu mi się nie podobało, bo czułam się przez to bezbronna jak jakaś mrugająca tępo łania, która wpatruje się w swojego łowcę. Skóra młodzieńca miała jasny, ziemisty odcień, w oczach osób znających się na modzie zapewne „płowy”, i lśniła różowo, co świadczyło o zdrowiu i odporności, o długich spacerach przez omiatane wiatrem wrzosowiska i o niewyczerpanej energii. Pod melonikiem blond kosmyki oscylowały na granicy loczków i fal, przygniecione ciężarem kapelusza. Młodzieniec patrzył na mnie jak gdyby zmartwiony; jego oczy były ciekawe, piwno-zielone z nitkami złota niczym świeżo opadłe liście.

Był bezsprzecznie, bez wątpienia, wyraźnie przystojny i aż się zdziwiłam, kiedy na policzkach poczułam rozlewający się rumieniec – cień uderzenia gorąca. Pospiesznie przywołałam się do porządku. Nie byłam niepewna siebie, ale samo to nie wystarczy – wcześniejsze doświadczenia nauczyły mnie, że w takich sytuacjach najlepiej jest mieć widoczną przewagę w aparycji. W końcu przynęta była bardziej kusząca, gdy cel polowania musiał sięgnąć ku górze, by ją pochwycić. Żaden mężczyzna nie chciał tego, co pływało na jego poziomie.

Między brwiami chłopaka pojawiła się zmarszczka i przerażona zdałam sobie sprawę, że czekał na moją odpowiedź. Co on właśnie powiedział? Prędko przeczesałam pamięć: „Przepraszam”. Przeprosił za to, że na mnie wpadł. Na Trzy Siostry, chciałabym móc oderwać od niego wzrok – jego uroda była irytująca, dezorientująca, jak oślepiające letnie słońce w zenicie.

Zebrałam się w sobie, zmusiłam usta do delikatnego uśmiechu i zrobiłam krok do tyłu, by zwiększyć dystans między nami.

– Nie szkodzi, sir. To moja wina – oznajmiłam, uciekając wzrokiem do baru, gdzie zaniepokojony barman obserwował nas ze zmarszczonym czołem. Finezyjny zegar nad nim wskazywał teraz zaledwie osiem minut do czwartej. Musiałam się spieszyć, bo Guillaume nie tolerował spóźnień. Poza tym mój plan, który przy małym stoliku wydawał się taki solidny, teraz sprawiał wrażenie chybotliwego niczym stary drewniany most. Biorąc wdech, przekierowałam uwagę z powrotem na młodzieńca i rozważałam, jaki kolejny ruch wykonać…

Zamarłam, kiedy leniwie sięgnął, by poprawić fular, odchylając przy tym materiał i odsłaniając symbol wyszyty na kołnierzyku pod nim – teraz widoczny jak pająk pod kamieniem.

Złoty kołowrotek.

Przeszył mnie strach. W całym Balmoore była tylko jedna klasa mężczyzn, którzy nosili tę pieczęć. Tylko jedna grupa pracowała z pozłacanymi szpulami.

Czułam, jakbym przechylała się lekko, jak na jakiejś osi. Młodzieniec przede mną był Tkaczem – czarnoksiężnikiem kategorii, której starałam się unikać od ostatniego roku. A gdyby jeden z nich mnie zwęszył, wolałabym nie myśleć o konsekwencjach.

Klasztor. Wstrząsnęło mną na myśl o przypominających fortece instytucjach, gdzie wszystkie jedwabne wiedźmy wysyłano na wygnanie, jeśli nie udało im się znaleźć męża do dwudziestego pierwszego roku życia. Od wschodniej strony wyspy było widać te przysadziste kamienne konstrukcje wczepione w klify Balmoore, z linii brzegowej wyglądające jak rząd ponurych twarzy. Szczegóły tego, co wydarzyło się za tymi mętnymi oknami, są w większości nieznane, co bardzo sprzyjało plotkom. Jednak pewne kwestie zawsze pozostawały spójne bez względu na wersję: rzędy kołowrotków ustawionych jak żołnierze w przygnębiającym mroku, obsługiwane przez zaledwie kilka lat starsze ode mnie dziewczyny z dłońmi zakrwawionymi i pokłutymi od godzin spędzonych na karmieniu szpul wiązkami ich włosów. Zważając na fakt, że motek z włosów jedwabnej wiedźmy wystarczał na jedną długość powabu, przędzenie zajmowało sporo czasu – nie żeby kobiety podejmujące się tej pracy miały jakikolwiek wybór. Dziewczyny takie tak ja miały tylko dwie ścieżki, którymi mogły podążyć: albo wychodziłyśmy za mąż i trafiałyśmy pod władzę męża – Tkacza, aż nasza magia nieuchronnie wygaśnie, albo kończyłyśmy w klasztorze..

W założeniu miało to być rozwiązanie tymczasowe. W przeciwieństwie do magii Tkacza, która dojrzewała wraz z nim i towarzyszyła mu do śmierci, błogosławieństwo jedwabnej wiedźmy było zaledwie chwilową iskrą, która zazwyczaj ujawniała się w wieku dojrzewania, a gasła mniej więcej dekadę później, gdy dziewczyna była dwudziestoparolatką, a jej dojrzałość przeganiała resztki młodości. Można by uznać z rezygnacją, że wyczerpanie daru było ulgą dla wiedźm w klasztorze – że kiedy ostatnie jego skrawki zostały zużyte, a włosy nie produkowały już powabu, ich izolacja dobiegała końca.

A jednak… w opowieściach o klasztorach stale powracał jeden szczegół, powtarzany tak często, że trudno było go zignorować. Jedwabna wiedźma, która przekraczała próg tego mrocznego miejsca, już nigdy go nie opuszczała.

Wróciłam do rzeczywistości, cały czas utrzymując uśmiech. Wymamrotałam kolejne przeprosiny pod adresem młodzieńca czekającego przede mną. Może jeśli odegram swoją rolę dostatecznie dobrze, wykonam swój plan, nie zdradzając niczym, kim tak naprawdę jestem. Mieszkałam na wyspie d’Eylau ponad rok i jeszcze nie zwróciłam uwagi żadnego z rodów Tkaczy. A ryzykować teraz z powodu drobnej kradzieży, która zapewni mi kilka monet…

Nie, w tym przypadku przerwanie misji było najrozsądniejsze.

Już dygałam, kiedy poczułam delikatne muśnięcie na łokciu.

– Poczeka pani… poczeka panienka chwilę. – Palce młodzieńca objęły moje ramię, zachęcając do wyprostowania się. Cholera. – Zauważyłem panienkę już wcześniej, jak piła panienka kawę – ciągnął, gdy niechętnie uniosłam ku niemu głowę. – Przez ostatnie dziesięć minut starałem się przywołać krztynę odwagi, żeby wpaść na panią i się przywitać, ale nie spodziewałem się, że moje ciało potraktuje to tak dosłownie.

Zachichotał, wskazując na swoją smukłą sylwetkę w drogim garniturze, jakby się z siebie naśmiewał. Na ten popis moja irytacja wzrosła. Znałam młodzieńców jego pokroju, znałam ich dość dobrze. Zawsze grali dżentelmenów, ale tylko powierzchownie, niczym bukiet kwiatów opleciony wokół żelaznego pręta. To tylko słodkie słówka i wymyślne prezenciki – póki nie przypomnisz im, że nie jesteś zwierzątkiem domowym, które można sobie posadzić na kolanach; póki nie będziesz nieposłuszna. Wtedy marchewka ustępowała miejsca kijowi.

Poczułam, że wyraz na mojej twarzy robi się wymuszony.

– Jest pan zbyt miły, sir.

Mój ton był niemalże szorstki, ale nie mogłam tego powstrzymać. Z każdą mijającą sekundą czułam, że wskazówka minutowa zegara nad barem zbliża się do czwartej, jej ruch był jak uderzenie linijką w nadgarstek.

Młodzieniec znowu się zaśmiał, zdejmując kapelusz i przeczesując palcami loczki.

– Ale za grosz bystry, bo w przeciwnym razie panienka by się zaśmiała – odparł, a oczy zabłysły mu rozbawieniem. Po raz kolejny skoncentrowały się na moich, jego spojrzenie było jak smagnięcie zimnego powietrza. Orzeźwiało intensywnością.

Wzięłam wdech. Miałam wrażenie, że w głębi jego źrenic wykryłam pewną drwinę, jakby przejrzał mnie na wskroś, jakby znał szorstką prawdę moich myśli i jakby go ona bawiła. Zamurowało mnie, było to jak przyłapanie cienia w pozycji innej niż ta, którą narzuca słońce – niespodziewany zwrot w postrzeganej rzeczywistości.

Wtedy znowu przemówił i miałam wrażenie, że wszystko wróciło do normy.

– Powie mi panienka, proszę – dociekał, przybliżając się – jak ma na imię? Myślałem, że już dawno sklasyfikowałem wszystkie anioły Dyplomata, ale mieszkam tu od tygodnia, a wcześniej panienki nie widziałem. Jest pani nowa na wyspie?

Powstrzymanie się od grymasu kosztowało mnie bardzo wiele. Każdy logiczny impuls, który jeszcze nie opuścił mnie w mej rozpaczy, kazał mi odejść i zmierzać na spotkanie z Guillaume’em. A jednak… miałam wrażenie, że młodzieniec jest marionetką, którą pociągam za sznurki, bo jego uwagi tak dobrze wpasowywały się w mój pierwotny plan – intrygę, która w ogóle sprowadziła mnie do baru. Musiałam tylko trochę go szturchnąć, a sam wpadnie w pułapkę.

Zakiełkowała we mnie arogancja. Ten młodzieniec już zdążył ukraść cenne minuty mojego czasu. Czy niesprawiedliwym byłoby zawłaszczenie w zamian czegoś należącego do niego?

Obrałam kurs, pozwoliłam sobie na rozluźnienie, pochyliłam podbródek, jakby jego komentarz mi schlebiał.

– Przypłynęłam tego ranka, sir, razem z moją matką – odpowiedziałam cicho. – Ale muszę pana przeprosić, ponieważ czeka ona na mnie teraz w naszym pokoju. Powinnam już iść. Może… – Przygryzłam wargę. – Gdyby zostawił pan kontakt do siebie u konsjerża, mogłabym poprosić pokojówkę o dostarczenie listu do pana? Matka i ja mamy w planach odwiedzić operę w tym tygodniu i na ten moment brakuje mi towarzystwa.

Efekt był natychmiastowy: młodzieniec odchylił się, na jego twarzy zagościł triumf.

– Oczywiście – odparł z zapałem, kiwając ochoczo głową. – Nie przystoi kazać matce damy czekać, prawda? Proszę pytać o Victora Greavesa. – Kiedy pochylał się w ukłonie, złapał mnie za lewy nadgarstek, przyłożył go sobie do ust i ucałował. – Miło panienkę poznać.

Zamruczałam pod nosem w odpowiedzi. Moją uwagę znowu przykuł jego zegarek, który odbijał teraz promień światła, błyszcząc jaśniej niż do tej pory. Greaves. Nie znałam tego nazwiska; ciekawiło mnie, z której linii Tkaczy się wywodził. Pod wpływem impulsu przyjrzałam się zegarkowi w poszukiwaniu wyrytej na nim pieczęci – czegoś, co wskaże mi jego pochodzenie – ale nie znalazłam nic takiego.

Młodzieniec znowu się wyprostował, jego wzrok szukał mojego – teraz, kiedy mu uległam, nie był już speszony; był niczym mężczyzna wyciągający rękę po nagrodę. Odchyliłam pospiesznie głowę, by nie przyłapał mnie na patrzeniu.

Krótka wymiana pożegnań i byłam już w drodze do pokoju – biegłam przez hol w kierunku głównych schodów, które wyrastały ze środka pomieszczenia. Szmaragdowy dywan był niczym mech pod stopami, tłumił moje kroki. W połowie schodów zatrzymałam się i zerknęłam za siebie, wyczuwając spojrzenie na swoim karku.

Pode mną rozciągał się ekosystem holu: damy się śmiały, zakrywając usta rozpiętymi wachlarzami, a dżentelmeni w eleganckich garniturach krążyli wokół nich jak czarne koty. Jednak w całym tym chaosie wyróżniała się jedna sylwetka. Ręce wcisnął do kieszeni, jego melonik ponownie spoczywał bezpiecznie na lokach, a głowę miał zadartą, by mierzyć mnie spojrzeniem.

Wyglądał, jakby się uśmiechał.

2

Za każdym razem, gdy przyjmowałam zlecenie, byłam pewna, że to już ostatnie. Odnalazło mnie bardzo dziwne zajęcie, w zasadzie podjęłam się go zupełnie przez przypadek… lub – zależnie od perspektywy – dzięki szczęściu. Moja kariera, można ją tak chyba nazwać, rozpoczęła się lekko ponad rok temu po tym, jak moi rodzice postanowili przeprowadzić się z Verne, rolniczej wioski na granicy, w której spędziłam dzieciństwo, do kraju mojego ojca, Stravastu, na północy. Na początku matka niezbyt entuzjastycznie nakłaniała mnie, bym do nich dołączyła, lecz ku naszej obopólnej rozpaczy jasny był fakt, że nie wkładała w to serca, więc wystarczyło jedno słowo odmowy, by odpuściła odgrywanie swojej roli. Starałam się nie traktować jej zachowania zbyt personalnie – nie byłam urażona, bo od dawna wiedziałam, że rodzice postrzegają mnie i moją czarowność nie jako kurę znoszącą złote jaja, a raczej dziwne kaczątko, które nie nadaje się do niczego prócz odstraszania sąsiadów.

W innych miastach, tych bogatych, powiązanych z liniami Tkaczy, przyjście na świat córki będącej jedwabną wiedźmą stanowiło powód do radości, niczym odkrycie sekretnego rodzinnego klejnotu albo otrzymanie klucza do wcześniej zamkniętych drzwi; wreszcie jakaś furtka do kręgów elity. Jednak Verne było małą społecznością złożoną głównie z imigrantów, jak mój ojciec, i pasterzy, którzy wiecznie pozyskiwali wełnę. Kiedy w wieku nastoletnim objawił się mój dar, pół miasteczka sądziło, że jestem mazerem, starvaskim podmienionym dzieckiem; balmoorska połowa, która słyszała opowieści o jedwabnych wiedźmach, unikała domostwa moich rodziców, jakby było czarną chmurą zwiastującą kłopoty.

Ściślej mówiąc, balmoorski rząd chronił dziewczęta takie jak ja, podobnie inne cenne zasoby: deprawacja niepoślubionej jedwabnej wiedźmy, definiowana jako bezprawne wyrwanie choć jednego włosa z jej znakomitej głowy, niosła za sobą surowy wyrok więzienia. Ale mój rodzaj był rzadki i choć nasza magia w końcu umierała, to głód ludzi względem zaklętych przedmiotów – już nie. Ten, kto nie bał się ryzyka, mógł wiele zarobić, więc pod złoconymi fundamentami tej nacji czarny rynek tętnił życiem w ciemności niczym blady, złowrogi, rozrastający się grzyb.

Rodziny, które było na to stać, trzymały jedwabne wiedźmy w zamknięciu do uzyskania przez nie wieku odpowiedniego do zalotów, a czasem nawet dłużej. Przyjmowały tkackich zalotników ostrożnie – jakby weszli do skarbca – i pozwalały zaledwie zerknąć na ich skrywany skarb, po czym goniły ich na zewnątrz. Jednak te z nas, które nie urodziły się bogato… Cóż, stawałyśmy się ptakami bez klatek, gdy tylko nasz dar się ujawniał, nieukrywane i wyzwolone, ale też zupełnie niechronione.

Bezbronne.

Dziewczęta odważne na tyle, by wyjść do ludzi, pilnowały, by ich włosy były chronione, związane w ciasne warkocze lub skryte pod czepkami – wszystko po to, by sępy z czarnego rynku ich nie pozyskały. Moi rodzice najpierw próbowali mnie zamknąć. Plan był skuteczny, przynajmniej na początku; mój dar objawił się, gdy miałam czternaście lat, spędziłam wtedy kolejne sześć miesięcy w niewoli, bezpieczna, schowana; egzystowałam na wzór domowego kota, ale mimo to nie doceniałam tej godnej pozazdroszczenia monotonii.

Wtedy nadszedł dzień wizyty mojego wujka.

Rodziców nie było w domu, bo załatwiali jakieś sprawy mojego brata. Do dzisiaj nie wiem, czy wujek zaaranżował ich nieobecność, czy zbieżność tych zdarzeń to po prostu zrządzenie losu, ale tak czy siak, byłam sama od świtu i uradowałam się, kiedy nagle usłyszałam jego wołanie zza drzwi naszej chatki. Spośród trójki rodzeństwa mojego ojca on był zdecydowanie moim ulubionym krewnym – najmłodszy z nich, z filozoficznym, wrażliwym usposobieniem. Budził też we mnie spore współczucie; jego żona, ciocia Vera, umierała.

Gdy tego wieczoru otworzyłam drzwi, zobaczyłam tylko jego dobre oczy wpatrujące się we mnie od progu – jego znajomy uśmiech był stłumiony przez smutek. Nie zdawałam sobie sprawy, jaki wpływ może mieć na nas tragedia. Działała jak pleśń na brzoskwini – osłabiała wierzch i hartowała wnętrze. Odeszłam na bok i wpuściłam wuja.

Po wejściu przeprosił mnie.

A następnie wyjął nóż.

Bezwiednie dotknęłam pukla włosów przy karku, teraz zaczesanego i zasłoniętego kokiem. Nawet cztery lata później wciąż byłam w stanie wskazać dokładne miejsce, w którym jego ostrze przedarło się przez moje pasma, nadal czułam pomarszczone wybrzuszenie na skórze, gdzie ją przecięło. Mój wuj był łaskawy; ta rana była jedyną, jaką mi zadał przed wyjściem.

Wiedziałam, że inne dziewczęta musiały znosić o wiele gorsze rzeczy.

Pozwoliłam ręce opaść i skupiłam uwagę na schodach przede mną oraz czekającym mnie zadaniu. Stopnie Dyplomata stawały się tym mniej okazałe, im bardziej oddalałam się od holu; zanim dotarłam na piąte piętro, były już tylko wąską spiralą, niczym śrubka wciśnięta w serce budynku. Poczułam ulgę, gdy pojawił się szeroki korytarz wyściełany dywanem, jeszcze większą, gdy wreszcie zobaczyłam mój cel – pokój numer dwadzieścia trzy.

Zatrzymawszy się przed progiem, sięgnęłam do małej torebki po owiniętą szmatką paczuszkę, którą starannie przygotowałam przed opuszczeniem mieszkania, a następnie uniosłam rękę i zapukałam do drzwi.

Ku mojej uldze wymiana była sprawna, zirytowanie Guillaume’a moim spóźnieniem przyćmiła radość na widok naszyjnika z wisiorkiem w kształcie serca z wygrawerowaną delikatną literą „E”. Odzyskanie go z mieszkania byłego kochanka córki pani Pierce okazało się nie lada wyczynem – nie żeby moje pozostałe zlecenia były szczególnie proste. Zakładałam, że inne osoby nie mogłyby ich wykonać.

W zasadzie polegałam na tym założeniu. Niemożliwość – i mój sprzeciw wobec niej – trzymała mnie w tym interesie.

Nawet po zdarzeniu z moim wujem w Verne nadal nosiłam w sobie strzępek nadziei na przyszłość, którego trzymałam się kurczowo jak dogorywającej latarenki przez niekończące się lata spędzone w domu moich rodziców po jego ataku: perspektywę zamążpójścia. Przyznam, że kiedy zamieszkałam z moim starszym bratem, Markhamem, w jego ciasnym mieszkanku niedaleko centrum wyspy d’Eylau, sądziłam, iż spędzę tam tylko kilka nocy, zanim skradnie mnie jakiś bogaty tkacki kawaler i zrobi ze mnie swoją pannę młodą. W końcu taki los spotykał inne jedwabne wiedźmy w moim wieku. Przez większość zeszłego roku rozpisywano się w gazetach o zaręczynach Minette Simon i Claude’a Hugo z rodu Tkaczy Hugo. Nakaz sprytnie przebrany za spełnienie marzeń.

Poza powszechnie znanym faktem, że magia jedwabnej wiedźmy w dużej mierze jest ograniczona do nieokiełznanej mocy naszych włosów, samo istnienie istot mojego pokroju było dla większości mieszkańców Balmoore – a zwłaszcza dla mężczyzn – enigmą. Tkane przedmioty ceniono ponad wszystko, ale jedwabne wiedźmy, jak Tkacze, pojawiały się tylko w Balmoore, co oznaczało, że powabu zawsze brakowało. Byłyśmy dziewczętami, ale też najcenniejszym produktem eksportowym kraju i najwartościowszym jego zasobem; nie można było pozwalać nam na swobodę.

To ten problem wiele pokoleń temu postanowili rozwiązać Tkacze. W przeciwieństwie do swoich zwykłych odpowiedników byli oni obdarzeni nadprzyrodzonymi zdolnościami jak my, jedwabne wiedźmy – ale podczas gdy nasze moce wypalały się szybko jak beczka prochu, magia czarowników z Balmoore była wyjęta wprost z baśni. Byli wśród nich na przykład Elmont Drake, który potrafił jednym słowem sprowadzić plony na jałową ziemię, albo bracia Mael i Arnaud Moreau, którzy mogli zmieniać swoją postać na zawołanie. Z pewnością dla czarodziejów takiego kalibru okiełznanie ledwo dojrzałej dziewczyny nie stanowiło problemu – toteż wieki temu powstały dekrety małżeńskie.

Gdy jedwabna wiedźma osiągała dorosłość, zezwalano jej na trzy lata zalotów, podczas których miała znaleźć tkackiego pana młodego i się z nim związać, bo inaczej, w momencie ukończenia dwudziestu jeden lat, przekazywano ją pod opiekę klasztorowi. W zamian za ochronę i utrzymanie Tkacz, którego poślubiła, dostawał dostęp do jej włosów – właściwie stając się tym samym jednym z nielicznych legalnych wytwórców powabu. Tkackie rody Balmoore, które już miały zgromadzone spore fortuny dzięki korzystaniu z magii, stawały się jeszcze bogatsze w wyniku tego układu, a jedwabne wiedźmy – dla odmiany – stawały się żonami.

Był to interes stary jak cała nasza nacja, a z daleka można by uznać go za miłość. Odosobniona w mojej niewielkiej wiosce, z wyobraźnią jako jedyną towarzyszką, sama bez wątpienia długo tak uważałam.

Wtedy opuściłam Verne na rzecz stolicy i moje wyobrażenia zmieniły się diametralnie.

Mniej niż dwa tygodnie pobytu na wyspie zajęło mi zrozumienie błędu, który popełniłam. Podczas gdy w moich rodzinnych stronach brak podobnych do mnie dziewcząt czynił ze mnie w najlepszym razie ciekawostkę, a w najgorszym odpowiedzialność, tutaj, w stolicy, takich kobiet było o wiele za dużo. A niespodziewane wprowadzenie nowej, wcześniej nieznanej postaci na rynek matrymonialny nie stanowiło powodu do świętowania; byłam postrzegana raczej jako konkurencja. Do tego konkurencja bez ochrony rodziny czy sponsora, co czyniło ze mnie łatwą ofiarę.

Choćbym chciała, nie mogłam w pełni winić moich sióstr za ich zaciekłość. My wszystkie, bez względu na jakiekolwiek romantyczne aspiracje, miałyśmy dokładnie ten sam cel: za wszelką cenę uniknąć klasztoru i dwudziestych pierwszych urodzin bez męża. Jedwabne wiedźmy były rzadkością, ale Tkaczy spotykało się jeszcze rzadziej – i w przeciwieństwie do naszych dary czarowników były dziedziczone, a nie przyznawane ślepo przez Zawiście, co oznaczało, że zasób rodów Tkaczy był ograniczony. Ostatecznie z pierwszego balu, na który poszłam, wyrzucono mnie jak lisa z kurnika; powiedziano mi, że mogę iść sprzedawać moje wyroby na rynek, jeśli tak bardzo pragnę się pokazać.

Wtedy właśnie podeszła do mnie pani Clemmens.

Podobnie jak ja przybyła na galę, z której mnie wypędzono – ale w przeciwieństwie do mnie ona została zaproszona. Spięłam się na to, że jej dłoń, okryta koronkową rękawiczką, złapała mnie za rękę, kiedy zawstydzona przemierzałam pospiesznie ulicę, pewna, że poszła za mną, by wymierzyć mi jakąś karę wymyśloną przez jej stadko.

Nic bardziej mylnego: zaproponowała mi pracę.

Powoli ruszyłam z powrotem na dół, do holu Dyplomata. Jeśli za bardzo bym się spieszyła, mogłabym wpaść przy barze na Victora Greavesa – to komplikacja, której wolałam uniknąć – ale kiedy stanęłam przy schodach prowadzących do holu, wśród tłumu hulaków nie było tyczkowatej sylwetki mojego wcześniejszego towarzysza. I dobrze.

Wtopiłam się w tłum i skierowałam ku ladzie konsjerża usytuowanej daleko po prawej w wielkiej sali. Za nią stał mężczyzna w okularach, niski i łysiejący; patrzył ze zmrużonymi oczami na stertę papierów rozłożonych przed nim.

Podeszłam i położyłam urękawiczoną dłoń na wypolerowanej powierzchni lady. Mężczyzna podniósł wzrok.

– Dobry wieczór, sir – przywitałam się, kiedy spotkaliśmy się spojrzeniami. – Jak mniemam, zostawiono tu dla mnie pewną wiadomość. Od gościa o nazwisku Victor Greaves. Niestety nie wyjawiłam mu swojego nazwiska…

Zamilkłam i przygryzłam wargę, jakby zawstydzał mnie mój brak zdolności przewidywania. Ścisnęło mnie za serce, kiedy zamiast uśmiechnąć się łagodnie, na co liczyłam, konsjerż wykrzywił twarz w grymasie. Sięgnął ręką, by poprawić okulary, jakby chciał przyjrzeć mi się uważniej. Poczułam, jak zachodzące słońce rozgrzewa mi skórę na karku niby oddech drapieżnika; powstrzymałam instynktowną chęć poprawienia włosów, teraz schowanych w koku, aby upewnić się, że nie bije od nich blask magii powabu.

Przestań, Lovett. Dopiero co je farbowałaś. Nie zwracaj na siebie uwagi, upomniałam się w duchu.

Zmusiłam się do odłożenia zmartwień na bok. W ciągu ostatniego roku udoskonaliłam sztukę dystansowania się od mojej magiczności – tak skrupulatnie utkałam swoją iluzję, że czasem nawet ja nie mogłam dojrzeć w tym wszystkim siebie. Jednak w chwilach takich jak ta wracało do mnie wyraźne poczucie zagrożenia wynikającego z mojej tożsamości. Wszystkie ewentualności: nóż, Tkacze, klasztor, mroziły mnie niczym szron zbierający się na oknie.

– Bez obaw, panienko – uspokoił mnie konsjerż, a moja panika przerodziła się w ulgę. – Pan Greaves powiedział mi, że poznam panią, kiedy panią zobaczę. Polecił mi poinformować, że można zostawić wiadomość dla pokoju numer piętnaście, i prosił przekazać panience swój harmonogram na cały tydzień. – Poprzerzucał papiery na biurku, po czym podał mi sztywną kartkę papieru listowego zapisanego czarnym tuszem. – Jeśli pani sobie życzy, Dyplomat z przyjemnością poleci wachlarz atrakcji na wyspie. Nie wiem, czy panienka słyszała, ale dzielnica teatralna jest naszą dumą…

Wzięłam od niego kartkę i elegancko mu przerwałam:

– Nie będzie to konieczne. Czy pan Greaves jest teraz u siebie?

Konsjerż zatrzepotał rzęsami, mrugając gwałtownie, ewidentnie zaskoczony moją bezpośredniością.

– Ach nie – odpowiedział sekundę później, gdy zebrał się w sobie. – Pan Greaves wyszedł kwadrans temu na kolację. Czy chciałaby pani zostawić dla niego wiadomość?

Jego palce skierowały się do pióra leżącego na biurku, ale potrząsnęłam głową.

– To wszystko na ten moment. Dziękuję.

Nie czekając na dalsze pytania, skinęłam z wdzięcznością, po czym odwróciłam się na pięcie i udałam w stronę schodów, skąd przyszłam. Mijając ogromną paproć w doniczce w rogu holu, zwolniłam i zerknęłam w kierunku konsjerża. Pomagał teraz komuś innemu; kiedy upewniłam się, że jego uwaga nie jest skupiona na mnie, zgniotłam harmonogram, który mi dał, i wrzuciłam do doniczki.

Nie będzie mi potrzebny.

Zawsze wydawało mi się okrutnym żartem, że Zawiście w większości zabroniły jedwabnym wiedźmom korzystać osobiście z ich magii, choć je nią pobłogosławiły. Tylko Tkacze znali tajniki procesu, dzięki któremu wiedźmie włosy można było prząść w powab. Do dnia ślubu nasza moc była nam odległa jak podziemne źródło; naszym obowiązkiem było utrzymywanie go w czystości i chronienie dla użytku przyszłego męża, ale nigdy nie czerpałyśmy z niego bezpośrednio.

A jednak Zawiście poszły nam na rękę: dały każdej powabnej jeden wyjątkowy talent. Pojedynczy magiczny Dryg, unikalny dla każdej z nas, odpowiednik zaledwie nadprzyrodzonej sztuczki karcianej, czasem jednak przydatny. Popularna teoria głosiła, że natura Drygu jedwabnej wiedźmy to odbicie jej duszy, jej najgłębiej schowanego „ja”; podczas mojego krótkiego pobytu na wyspie d’Eylau zasłyszałam historię o dziewczynie, której Dryg pozwalał zawsze odnajdywać drogę do domu bez względu na to, jak bardzo się zgubiła, oraz o innej, która potrafiła identyfikować kłamców po barwie ich cieni. To prosta, powierzchowna magia, nic podobnego do zdolności Tkaczy, ale tak czy siak, jedwabne ceniły swoje Drygi jak własne życie. Stanowiły one jedyny aspekt naszego błogosławieństwa, który należał tylko do nas.

Jeśli o mnie chodzi, zawsze zastanawiałam się, co mój Dryg o mnie mówi. To dlatego, że moim talentem od bogiń była możliwość otwarcia każdych drzwi, nieważne, czy były zamknięte na klucz. Tym razem zatrzymałam się na czwartym piętrze. Podobnie jak korytarz prowadzący do apartamentu Pierce’ów – ten również był opuszczony, a zachodzące słońce pomalowało ściany na lśniące odcienie pomarańczu, przypominające subtelną łunę blasku świec. Przemierzyłam bez problemu cały korytarz i zatrzymałam się przed drzwiami ze złotą liczbą piętnaście.

Serce mi załomotało, oczekiwanie przyspieszyło puls. W obliczu pieniędzy, które zarabiałam za realizację zleceń, tak naprawdę nie było potrzeby, bym zanurzała się aż tak głęboko w świat przestępczości. Nie musiałam okradać bogatych ani sięgać do kieszeni mężczyzn, którzy pożerali mnie wzrokiem. Od czasu do czasu jednak – Siostry, dopomóżcie – po całym dniu pozowania, flirtowania i śmiania się męczyło mnie bycie tylko ładną dziewczyną. Męczyły mnie baczne spojrzenia.

Czasami chciałam mieć coś ładnego.

Wzięłam głęboki wdech, by się uspokoić, po czym zawołałam na zaś:

– Halo? Panie Greaves?

Zero odpowiedzi. Zawołałam jeszcze raz, by się upewnić; następnie chwyciłam za gałkę u drzwi, zrobiłam krok do przodu i przekręciłam ją.

Otworzyły się z łatwością, ukazując mi pokój.

Jedyny problem, że ktoś już był w środku.

3

Siedział w fotelu, jego marynarka wisiała na oparciu, rzucona niedbale, a melonik na jego krawędzi. Pokój numer piętnaście był luksusowy, ale dość mały – jak lśniąca kompaktowa skrzynia skarbów – a drzwi prowadziły do jego części dziennej, więc nie dało się patrzeć na nic innego. Victor nie wydawał się przestraszony moim najściem; zwrócony w stronę drzwi, złożył długie palce w cierpliwym oczekiwaniu. Jakby przez cały ten czas tylko na mnie czekał.

– Witam ponownie. – Victor Greaves uśmiechnął się, ociekając triumfem. Nie odrywając ode mnie wzroku, sięgnął do kieszeni kamizelki i wyciągnął pękaty złoty zegarek, którego wystający niczym korzeń cebulki kwiatowej łańcuszek widziałam wcześniej. – Siedemnasta piętnaście. – Cmoknął z dezaprobatą, zerkając na tarczę. – Spodziewałem się pani wcześniej. – Rzeczowo schował zegarek do kieszeni, po czym skinął głową w stronę progu za mną. – Wie panienka, te drzwi były zamknięte na klucz.

W mojej głowie lichy, udręczony głosik, który zaczął piszczeć, gdy tylko zobaczyłam mężczyznę na fotelu, zawył jeszcze głośniej pod wpływem jego słów. Instynkt kazał mi uciekać, ale kiedy chciałam to uczynić, okazało się, że moje kończyny były dziwnie zamrożone; byłam jak królik, który zrozumiał, że został złapany i nie może już stawiać oporu. Rusz się, Lovett – syknęłam desperacko w duchu. – Nie stój tak, bezwładna jak lalka… Zrób coś…

Ale może uwięził mnie jakąś dziwną tkacką magią, bo bez względu na moje starania wciąż stałam nieruchomo i pozwalałam się obserwować.

Ze swojego miejsca pan Greaves uniósł brew. Ten subtelny gest jakimś cudem wybudził moje zmysły, obalił paraliż, który mną zawładnął.

– Czyżby? – odpowiedziałam pospiesznie z lekkim drżeniem głosu. – To dziwne. Otworzyłam je bez problemu.

Wydał z siebie zduszony śmiech.

– Z pewnością.

Puls mi przyspieszył, kiedy mężczyzna wstał z fotela i z łatwością pokonał dzielący nas dystans. Jego ręce spoczywały nonszalancko w kieszeniach; poczułam wzbierającą panikę, kiedy wyciągnął jedną dłoń i chwycił gładko za gałkę drzwi za mną.

– Mam przeczucie, że potrafi pani otworzyć wiele drzwi, panno Lovett Tamerlane – kontynuował, spoglądając na mnie. – Może otworzy pani nawet jakieś dla mnie.

Stuk. Wybrzmiał ostry wyrok drzwi, gdy się zamknęły, a ich drewniana powierzchnia, nieczuła i twarda, dotknęła moich pleców. Przez dłuższą chwilę dłoń Victora spoczywała na gałce, utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy, a nasze ciała były tak blisko siebie, że równie dobrze moglibyśmy tańczyć, gdyby nie wyzywające spojrzenie, które mi rzucał. Kryła się w nim wnikliwa ciekawość, jakbyśmy byli przeciwnikami rzuconymi na ring – jakby już czekał na mój następny ruch.

W odpowiedzi zamrugałam, a serce nie przestawało walić mi szaleńczo w klatce piersiowej. Mimo strachu zauważyłam, że choć pan Greaves zamknął drzwi za mną, nie zamknął ich na klucz – choć nie miałoby to znaczenia, nie dla osoby z moim talentem – i po raz kolejny naszła mnie ochota na ucieczkę, wypełniła me płuca jak woda. A jednak… właśnie wyznał, że zna moje nazwisko. Wiedział, a przynajmniej zasugerował, że wie, jaki mam Dryg. Jeśli teraz bym uciekła, kto powiedział, że nie wyśledziłby mnie, nie wykurzył jak myszy z dziury?

Moje myśli rozpłynęły się w nicość, kiedy nagle pan Greaves się zbliżył, a dystans między nami zniknął niczym woda w odpływie. Instynktownie przywarłam do drzwi – zarumieniłam się, gdy puścił gałkę i przyzwoicie się odsunął. Odwrócił się i ponownie podszedł do swego fotela. Jego kroki tłumił gruby dywan.

– Czy aby nie to przykuło pani uwagę? – Siadając, jeszcze raz wziął do ręki zegarek, po czym podrzucił go jak złote jajko. Kiedy się skrzywiłam, uśmiechnął się kpiąco. – Tak podejrzewałem. Przyszłaś zobaczyć, co jeszcze można by wykraść z moich zbiorów pod moją nieobecność?

Z uczuciem potarł zegarek, studiując mnie wzrokiem.

– Wielu dżentelmenów pani okrada?

Utrzymywałam z nim kontakt wzrokowy – poczułam się odważniejsza, gdy zwiększył dystans. Wyjście za mną było jak wierna przysięga. Bez względu na to, co zawiedzie, na drzwiach zawsze mogłam polegać.

– Nie, dżentelmenów nie.

Delikatnie uniósł kąciki ust.

– Ach. W takim razie tylko w ich imieniu.

Wyciągnął coś z drugiej kieszeni – dostrzegłam tylko łańcuszek z brązu, gdy rzucił przedmiot w moim kierunku, pozwalając mu upaść na podłogę z głuchym odgłosem. Zmroziło mi krew, kiedy zorientowałam się, że to naszyjnik, a z otwartego wisiorka na nim wystawała kępka blond włosów. Kosmyk był pokręcony i biały jak śnieg. Rozpoznałam ten blady odcień niemalże prędzej niż sam naszyjnik; to kolor włosów pani Catherine Pierce.

Skarciłam się wewnętrznie, że nie pani Pierce, a jej córki – Emmeline Pierce.

I niespełna godzinę temu przysięgłabym, że był bezpieczny w drodze do niej.

Spojrzałam na pana Greavesa.

– To nie należy do pana.

Przechylił głowę, siedząc w fotelu.

– Czyżby? – odparował. – Jest w moim posiadaniu. I do niedawna był w pani, jak mniemam. Niech mi pani powie, panno Tamerlane, czy to oznacza, że należy do pani?

Obserwowałam, jak leniwie owijał łańcuszek zegarka wokół prawego palca wskazującego. Ten ruch przywodził na myśl tykanie zegara w kompletnej ciszy. Zabawa słowem i droczenie się – czyli był z tych, którzy lubili pobawić się jedzeniem przed konsumpcją.

Dobra. Może jeśli zachęcę go do pościgu, wymknę się stąd, zanim zorientuje się, że gra dobiegła końca.

– Cóż za ciekawa definicja posiadania – skomentowałam spokojnie. – Czy ten pokój hotelowy należy do mnie tylko dlatego, że teraz w nim jestem, drogi panie? Jeśli tak, to uprzejmie upraszam pana o opuszczenie go.

Pan Greaves zachichotał beztrosko.

– Muszę przyznać, że byłem lekko zawiedziony, gdy służący Pierce’ów zapukał wcześniej do moich drzwi – ciągnął, jakbym w ogóle mu nie przerwała. – Założyłem, że kto jak kto, ale pani będzie wiedziała, jak tanio można kupić lojalność zdesperowanych ludzi. – Opadł w fotelu i wbił we mnie ciekawskie spojrzenie. – Ile Catherine Pierce zapłaciła pani za wykradzenie dowodu zdrady jej córki? Siedemdziesiąt splotów? Osiemdziesiąt? – Wydał z siebie odgłos dezaprobaty. – Z pewnością przyszłaby pani ubrana w coś bardziej wykwintnego od tego, gdyby zapłaciła więcej niż osiemdziesiąt.

Zesztywniałam, kiedy zegarek w jego rękach złowieszczo się zatrzymał. Czyli nie tylko znał mój Dryg – wiedział też o całej reszcie. Wszystko. Przygryzłam policzek, besztając się z furią. Nie powinnam była ufać Guillaume’owi, ale założyłam, jak zawsze, że delikatna natura mojej pracy zapewni jego szczerość. To ten sam niepewny interes, z którego żyję od chwili, gdy pani Clemmens podeszła do mnie na ulicy po pamiętnym balu, by zaoferować, że zapłaci mi, jeśli wykradnę dowód malwersacji jej męża z domu ich szantażysty. Oczywiście próbowali innych sposobów – większość moich klientów tak robiła przed zwróceniem się do mnie – ale mężczyzna ten nie chciał przyjąć mniejszej kwoty niż ta, którą zaproponował, a jego dom był dobrze zabezpieczony. Bez klucza nie było możliwości dostać się do środka.

Wtedy do akcji wkroczyłam ja. Ponieważ mogłam wejść do miejsc niedostępnych dla innych.

Teraz jednak wygląda na to, że jeden z moich dawnych klientów puścił parę z ust. Który? Ciekawiło mnie to. A może to pani Pierce we własnej osobie mnie sprzedała? W myślach widziałam jej wąskie usta, jej rysy na stałe wykrzywione w niezadowoleniu. Miałoby to sens; wydawała się kobietą, która chętnie odbiłaby grzechy swoje i swoich dzieci w kierunku innych, jak jakieś wrogie lustro.

– Jeśli zamierza pan mnie aresztować – zwróciłam się do pana Greavesa z udawaną pewnością siebie – wolałabym, żeby już się pan do tego zabrał.

Na jego twarzy znów pojawił się ten wykrzywiony uśmiech – tym razem kącik ust sięgał wyżej, przywodził na myśl haczyk od wędki.

– Nie zamierzam pani aresztować – odpowiedział spokojnie. – Po prostu chcę panią poznać.

Z jakiegoś powodu ta odpowiedź podobała mi się jeszcze mniej.

– Wygląda na to, że już sporo pan o mnie wie.

– Nie zakończy pani tej myśli słowami: „A ja wiem o panu tyle, co nic”? – Przekrzywił głowę w lewo, chowając zegarek do kamizelki. – Czy nie jest pani ciekawa?

Zmrużyłam oczy.

– Przepraszam pana, chyba zapomniałam swoją kwestię. Może gdyby dał mi pan scenariusz, lepiej zrozumiałabym moją rolę w tej rozmowie.

Na te słowa parsknął z rozbawieniem i spuścił wzrok na swoje kolana. Ten gest wydawał się w pewnym sensie przyznaniem do winy, jakbyśmy zakończyli rundę tego dziwacznego turnieju, w którym braliśmy udział, a on przyznawał się do porażki.

– Sprytne – skomentował cicho. – Pomyślałem to samo w holu.

Minuta minęła w ciszy: on chyba był pogrążony w myślach, ja próbowałam podnieść się po dezorientującym przypływie satysfakcji, którą poczułam po jego komplemencie. Potrząsnęłam sobą wewnętrznie, kiedy pan Greaves pochylił się w fotelu do przodu i mocno postawił obie stopy na dywanie.

– Mam przyjaciela – zaczął znowu, nagle, a ja spięłam się na ten gwałtowny powrót do rozmowy. – Nazywa się Evans. Ma swoje problemy, ale jest dobrym kompanem. Zawsze zastanawiał się, jak jego matka była w stanie zdobyć dowód na jego picie po tym, jak przysiągł, że z tym skończy. Powiedział, że musiałaby wysłać jedwabną wiedźmę na przeszpiegi, bo tak dobrze ukrywał swój nałóg. – Uśmiechnął się do mnie, a uśmiech ten był chłodny i znaczący niczym para lśniących oczu w ciemnościach. – Oczywiście mój przyjaciel wcale tak nie myślał… ale niech sobie pani wyobrazi jego reakcję, gdyby dowiedział się, że w jego słowach tkwiło ziarno prawdy.

Ani drgnęłam, utrzymując kontakt wzrokowy, podczas gdy serce waliło mi głośno. Czego on ode mnie chciał? Czy przybył tu w imieniu swojego przyjaciela, tego Evansa? W poszukiwaniu jakiejś zemsty?

– Musi mi pani wybaczyć wcześniejsze przytyki – kontynuował pan Greaves, bo ja milczałam. – Pomijając pani niefortunną decyzję, jaką było zaufanie Guillaume’owi, okazała się pani dość trudna do namierzenia. – Uniósł podbródek i zmarszczył brwi, jakby nawiedziła go nowa myśl. – Czego używa pani na włosy? Liści fioletokrzewu?

Zamrugałam na tę zmianę tematu.

– Gotowanych orzechów włoskich.

– Gotowanych orzechów włoskich – powtórzył zamyślony. Znowu uśmiechał się kpiąco, irytowało mnie to; miałam wrażenie, że traktował mnie jak jakąś nakręcaną zabawkę, jakby to wszystko, sama moja obecność, niesamowicie go bawiło.

Wyczuwając wręcz moje myśli, zmienił wyraz twarzy na neutralny.

– Nie jestem pewien, jak długo mieszka pani na wyspie d’Eylau – zaczął z opanowaniem. – W stolicy występuje ptak o nazwie lirek. – Uniósł brew. – Jest pani znany?

Zdając sobie sprawę, że czekał na moją odpowiedź, potrząsnęłam przecząco głową.

– Lirki są fantastycznymi naśladowcami – dorzucił po chwili pan Greaves. – Przeżywają, imitując istoty, którymi nie są. Jest pani ewidentnie jedwabną wiedźmą, a jednak robi pani wszystko, by udawać, że tak nie jest. Nie ma pani męża, prestiżu. – Oparł łokcie o kolana i położył podbródek na dłoniach. – Dlaczego kłamiesz, lirku?

Jego skupienie na mnie było denerwujące, gdybym się jednak odwróciła, miałabym wrażenie, że mu się poddaję.

– Może nie nadaję się na żonę, sir.

Skinął głową podpartą o złączone palce.

– Może nie jest pani tak dobra w kłamaniu, jak się pani wydaje.

Rumieniec wdarł się na moją twarz niczym gorączka, był niespodziewany i zagarnął całe policzki, jakby nagle oświetlił mnie promień słońca: byłam obnażona.

– Nie zostałam wychowana w dostatku – wyrwało się z moich ust; poczułam zaskoczenie, kiedy chwilę później zdałam sobie sprawę z tego, że mówię prawdę. – Po przeprowadzce na wyspę wypróbowałam sposób, o którym pan mówi: wejść w towarzystwo, znaleźć męża Tkacza. – Odchrząknęłam. – Tutejsze kobiety bez zawahania pokazały mi, gdzie moje miejsce.

Pan Greaves przyjął moją odpowiedź bez reakcji.

– A to przebranie? – dopytywał. – Większość panien pani rodzaju zakrywa włosy przed zamążpójściem, ale nie widziałem jeszcze żadnej, która próbowałaby zmienić je jak pani.

– Obrałam tę strategię niedługo po tym, jak zorientowałam się, że nie ma dla mnie miejsca na scenie matrymonialnej – odparłam. – Zakrywanie nagrody sugeruje jej wartość. Wolę ją zupełnie wymazać i unikać kuszenia tych, którzy mogliby ją zagarnąć.

Pan Greaves mruknął pod nosem, wyrażając tym współczucie – litość – co było tak nieznośne, że miałam ochotę zazgrzytać zębami.

– Zakładam, że nie została pani wychowana wśród osób swojego pokroju? – zapytał. – Wśród innych jedwabnych wiedźm?

Zawahałam się, gdy zalała mnie fala wizji: niekończące się stada owiec i ponura bryła gór czuwająca beznamiętnie nad nimi; pełen winy uśmiech mojego wuja witający mnie przepraszająco, gdy otworzyłam drzwi; szept dystansu, który zawsze zakwitał między mamą a mną, gdy zostawałyśmy w pokoju same.

– Nie – wydusiłam z siebie.

Kolejne „hmm”, tym razem dłuższe i bardziej znaczące niż pierwsze.

– A gdybym powiedział pani, że istnieje sposób na dołączenie do towarzystwa, o którym pani wspomniała – zaczął ostrożnie pan Greaves – by zawrzeć małżeństwo, co do tej pory się pani nie udawało… Skorzystałaby pani?

Zesztywniałam i zacisnęłam dłoń mocniej na torebce, którą wciąż trzymałam z boku. Sposób na dołączenie do… towarzystwa. Nie byłam w stanie zaprzeczyć, że na jego słowa pojawiły się we mnie iskry pożądania, a jednak… Co mógł mieć na myśli? Zważając na przestępstwa, które popełniłam w imieniu moich klientów, byłam pewna, że nie przyjmą mnie z powrotem do swojego kręgu towarzyskiego, tak samo jak morderca nie użyłby zakrwawionego noża do podania ciasta w trakcie podwieczorku – było to po prostu zbyt obciążające. A nawet jeśli jakimś cudem nie odrzuciliby mnie w trybie natychmiastowym, pozostawał jeszcze fakt, że liczba Tkaczy w Balmoore była ograniczona, a jedwabnych wiedźm w tym wyścigu startowało i tak o wiele za dużo. Od przybycia tutaj moje życie na wyspie nie było w żadnym wypadku usłane różami, ale z pofarbowanymi włosami i trzymaniem się z boku istniała szansa, choćby najmniejsza, że rząd przeoczy, iż ukończyłam dwadzieścia jeden lat i nastał czas na wysłanie mnie do klasztoru. Jeśli porzuciłabym przebranie i ukazała się jako jedwabna wiedźma, ta szansa przepadłaby całkowicie.

Pan Greaves obserwował mnie z fotela w ciszy; rozparł się wygodniej. Miałam wrażenie, że kolejny raz podczas tego spotkania zastanawiam się, czy powinnam uciec; drzwi kusiły mnie za plecami, czekały, aż sięgnę do nich i chwycę za klamkę. Ale coś w manierze pana Greavesa mnie zatrzymywało. Jego palce ściskały podłokietniki, jakby wyczekiwał mojej odpowiedzi; pod cienką, obojętną fasadą, którą starał się zachować, krył się gwałtowny, ochoczy wyraz twarzy.

Wydawał się wystraszony – nawet zdesperowany. Jakby istniała jakaś jego cząstka, która bała się mojej odpowiedzi tak samo, jak ja obawiałam się jego.

– Nie jestem pewna – odpowiedziałam wreszcie. – Chyba musiałabym wiedzieć nieco więcej o tej ofercie. I o osobie, która ją składa.

Moja odpowiedź chyba go usatysfakcjonowała – ramiona pana Greavesa rozluźniły się, jakby wypuszczał wstrzymywany oddech.

– Usiądzie pani? – zaproponował energicznie, wskazując na luksusową bordową kanapę przy ścianie po jego lewej stronie. Kiedy się zawahałam, westchnął.

– Starcie dobiegło końca, panno Tamerlane – oznajmił beznamiętnie. – Ewidentnie nie mam zamiaru pani aresztować, a pani jest mną zaintrygowana, w innym wypadku już by pani wyszła. Oboje ukazaliśmy swoje karty i udawanie, że jest inaczej, byłoby męczące. – Skinął znowu głową w kierunku kanapy, tym razem bardziej błagalnie. – Proszę.

Zostałam na swojej pozycji w progu jeszcze przez minutę, zastanawiając się, czy mu odmówić. Ale miał rację. Bez względu na to, co komunikowało moje obstawanie przy swoim, traciło to znaczenie w zderzeniu z faktem, że jednak w ogóle dalej tu stałam, zamiast uciekać.

Niechętnie podeszłam do kanapy i usiadłam. Poduszki otuliły mnie, były miękkie i niesamowicie wygodne. Powstrzymałam jęk w reakcji na ten drobny luksus, niczym kojący balsam po wielu godzinach spędzonych na nogach.

Pan Greaves odezwał się dopiero, gdy się rozsiadłam.

– Moje nazwisko nie brzmi Greaves – wyznał. – Nazywam się Lear.

Na to oświadczenie aż się wyprostowałam. Od kiedy wyrzucono mnie z mojego pierwszego i jedynego balu, nie trudziłam się nauką nazwisk bogatych i wpływowych mieszkańców Balmoore; jednak kilku nie dało się uniknąć, a to, które wymienił, było jednym z nich. Lear. Jak…

– Jak Reginald Lear? – zapytałam. – Tkacki polityk?

Pokiwał głową.

– To mój ojciec, tak – przyznał jakoś gorzko, co mi nie umknęło. – A ja jestem Eliot Lear, jego syn.

Jego syn. To obwieszczenie było oszałamiające; czułam się, jakbym właśnie zauważyła wcześniej niewidoczną krawędź klifu. Syn Reginalda Leara – tego polityka. Chciałam okraść jedyne dziecko jednego z najbardziej wpływowych mężczyzn w całym Balmoore, chciałam zabrać jego zegarek, jakby był zwykłym łajdakiem, którego mogłam ograć. Lovett, ty absolutna idiotko.

Przygryzając mocno policzek, zaczęłam patrzeć na młodzieńca obok mnie inaczej. Teraz, wiedząc, czego szukać, łatwo było spostrzec w nim podobieństwo do ojca: kolor skóry i oczu musiał odziedziczyć po matce, ale mocno zarysowany, prosty nos i wysokie kości policzkowe były w zasadzie kopią cech, które widziałam w niezliczonych gazetach. Nic dziwnego, że gdy go pierwszy raz zobaczyłam, miał przy sobie tkany przedmiot. Dla syna mężczyzny pokroju pana Leara taka rzecz musi być zaledwie gadżecikiem – magiczną zabawką ze skrzyni pełnej skarbów.

Z trzydziestu tkackich rodzin aktywnych obecnie w Balmoore zdecydowana większość trzymała się z daleka od zmiennego świata polityki – niektóre, jak rodzina Moreau, uznawały podlizywanie się mieszkańcom za niesmaczne, podczas gdy inne były po prostu zbyt bogate, by je to obchodziło. Jednak w prawie naszego kraju nie było zapisu, który zabraniałby czarownikom rządzić, a spośród tych Tkaczy, którzy podjęli się służby ludziom, nikt nie był tak znaczący – i tak kontrowersyjny – jak Reginald Lear. Objął swoją pozycję jako radny w Prawym Parlamencie Balmoore, jeszcze zanim moja matka była ze mną w ciąży, choć sam ten fakt nie był aż taki dziwny. Nie, plotki krążące wokół rodziny Learów nie miały zbyt wiele wspólnego z politycznym programem Reginalda, a dużo więcej z tym, kto go ustala.

Z bardziej wpływową i tajemną siłą, dla której radny był tylko marionetką, ręką wystającą z ciemności, gdy reszta jej ciała chowała się w mroku.

Istniał też inny aspekt złej sławy rodziny Learów, z którego zdawałam sobie sprawę. Skandal trochę świeższy, o wiele bardziej tragiczny.

– Pan Eliot Lear – powtórzyłam, testując to nazwisko na języku. Nawet wypowiedzenie go na głos wywoływało poczucie niebezpieczeństwa, jakby na samo jego brzmienie wielkie oko Reginalda miało przeczesać całe miasto, by zlokalizować mnie tam, gdzie siedziałam. – Cała przyjemność po mojej stronie. Niech mi pan powie, czy pana ojciec wie o pana skłonności do zamykania się z samotnymi młodymi kobietami w pokojach hotelowych, panie Lear?

Pan Greaves – nie, Lear, poprawiłam się w myślach – skrzywił się na moje pytanie.

– Te drzwi nie są zamknięte – oznajmił, wskazując podbródkiem w stronę wejścia. – A oboje wiemy, że nawet gdyby były, nie stanowiłoby to dla pani problemu. I nie – dodał po krótkiej pauzie – nie wie.

Jego przystojne oblicze pociemniało, a może to tylko gra światła, które poszarzało i zrobiło się mdłe pod wpływem wieczornego zmierzchu i powrotu opadów. W trakcie naszej rozmowy kropelki deszczu zaczęły stukać o szyby, a teraz kumulująca się burza huczała o okna, jakby błagała, by wpuścić ją do środka. W stolicy był to dość powszechny dźwięk, więc ledwo drgnęłam, gdy grzmot zatrząsł pokojem. Lokalna legenda głosiła, że wyspa d’Eylau nie zawsze była wyspą – po prostu kiedyś niebo zatopiło tereny wokół niej i stworzyło morze.

– Czyli słyszała pani o mojej rodzinie? – zagaił Eliot, przykuwając na powrót moją uwagę. – O tym, kim jesteśmy?

Kiwnęłam głową, po czym przemówiłam, bo stało się dla mnie jasne, że oczekiwał czegoś więcej w odpowiedzi.

– Pana ojciec działa w Prawym Parlamencie od niemal dwóch dekad – rzuciłam, przebijając się przez szum deszczu. – Nosi pan jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w naszym kraju; oczywiście, że słyszałam o pana rodzinie.

Moja słowa były szczere, ale zamiast je zaakceptować, Eliot zachichotał.

– Odpowiedź godna polityka dla syna polityka – skwitował wyzywająco. – Ale nie ma potrzeby, by cenzurowała się pani przez wzgląd na mnie, panno Tamerlane. Widzę po pani minie, że wie pani o wiele więcej, proszę więc śmiało mówić.

Przygryzłam dolną wargę, po czym ją wysunęłam, poirytowana moją własną małomównością, nie chcąc odkryć przed nim już nic więcej. Pomijając cenzurę, oczywistym było, że młodszy Lear pił do czegoś konkretnego – jaką cząstkę historii jego rodziny chciał, bym odkopała? Mój umysł powędrował do najświeższej plotki: historii, które zawładnęły stolicą zaraz po moim przyjeździe tutaj zeszłego lata. Jeśli młodzieniec siedzący obok mnie był synem Reginalda, oznaczało to, że był też jej bratem… Ale nie. Z pewnością nie chciałby o tym mówić.

Koniec końców obrałam bezpieczniejszy kurs.

– Mówią… Są tacy, co mówią, że pana ojciec… pana rodzina… jest wierna Bastianowi Alaire’owi, mężczyźnie, którego zwą Królem Tkaczy – wyznałam. – Że pana ojciec to zaledwie jego marionetka, maska, którą ten przyodziewa, kiedy chce udać się między ludzi. I… – Zamilkłam. – Słyszałam, że został pan wychowany razem z synem Bastiana, Noém Alaire’em. Dziewczęta w mieście mówią, że jesteście w zasadzie braćmi.

Eliot obserwował mnie w ciszy, gdy mówiłam. Skończywszy, zamarłam, wyczekując jego gniewu – on jednak tylko skinął głową ze zmęczonym wyrazem twarzy.

– Wszystko się zgadza – odparł. – Chociaż sądzę, że mój ojciec jest zbyt słaby, by zasłużyć nawet na miano marionetki. Jest raczej robakiem. – Skrzywił się, przeciągnął kciukiem po pikowanej tkaninie fotela, po czym znowu skupił uwagę na mnie. – A jego drugie dziecko, moja młodsza siostra, Ophelia? – naciskał. – Słyszała pani coś o niej?

Przed oczami mignął mi wytłuszczony nagłówek, czarny i złowieszczy: CÓRKA RADNEGO ZAGINĘŁA W MORSKIEJ TONI. Potem zobaczyłam obrazy, ilustracje ostrych skał, wielkiego kamiennego domu nad klifami i twarzy ładnej dziewczyny, utrwalone niebieskim tuszem. Tabloidy nazwały ją „morską oblubienicą”. W zeszłym roku moi klienci mówili tylko o niej. Idealna jedwabna wiedźma, która stała się opowieścią ku przestrodze.

A teraz znalazła się też najwyraźniej w centrum mojego spotkania z jej bratem. Ophelia.

– Mniej, ale tak – odpowiedziałam, nie będąc pewna, dokąd zmierza ta rozmowa. Okryty półmrokiem i połyskujący złotem pokój zaczął nagle sprawiać wrażenie wyblakłego, zagraconego i zatłoczonego, jakby sugerując, że powinnam była go opuścić już dawno temu. – To był okropny wypadek, czytałam o nim w gazetach. Przykro mi z powodu pana straty.

Eliot prychnął, drwiąc ze mnie.

– Mojej straty – powtórzył, pocierając szczękę. – Jak obcesowo, dziękuję. Mówi pani z gracją innych jedwabnych wiedźm, a jednak utrzymuje, że żadnej nie zna.

Zignorowałam przytyk.

– Ophelia też była jedwabną wiedźmą. Mówiła jak ja? – zapytałam, z powrotem kierując nas na właściwe tory rozmowy. W ostrej odpowiedzi Eliota kryła się gwałtowność, która nie podobała mi się w zestawieniu z jego wcześniejszą, chłodną postawą. Miałam wrażenie, że wywołał ją temat jego siostry, a teraz ta gwałtowność wisiała w powietrzu, gotowa, by zapłonąć.

Nie chciałam być obok, gdy do tego dojdzie.

– Ophelia mówiła jak nasz ojciec, więc nie – odpowiedział Eliot. – Teraz mija prawie rok od jej śmierci. Zginęła w Fort­blanche, posiadłości Bastiana Alaire’a, tuż przed tym, jak planowano wybór panny młodej dla jego syna. – Przeniósł na mnie wzrok, wręcz leniwie. – Zakładam, że zna pani temat, który poruszam. Konkurs określany jak Próżnalia.

Pod skórą poczułam ukłucie, jakby od igły – starałam się zachować neutralny wyraz twarzy, ale puls mi przyspieszył. Nawet na obrzeżach szanowanego towarzystwa wyspy d’Eylau, gdzie tkwiłam przez ostatni rok, niektóre tematy nadal sięgały moich uszu; a ten w szczególności ożywiał stolicę. Przywołałam w myślach wachlarz artykułów prasowych, szepty mówiące o dziesięciu jedwabnych wiedźmach wybranych przez Króla Tkaczy, by rywalizowały o rękę jego syna, oraz o wielu pominiętych dziewczętach.

– Znam – przyznałam. – Choć sama nie miałam tyle szczęścia, by otrzymać zaproszenie.

Eliot zamarł, po czym powoli zerknął na mnie.

– A jeśli dałbym je pani teraz?

Przez chwilę nie byłam w stanie wydusić ani słowa.

– Słucham?

– Na Próżnalia – dodał spokojnie, ponownie niewzruszony, jakby jego wcześniejsza emocja była tylko przelotnym deszczem. – Powiedziała pani, że w zeszłym roku nie zaproszono pani do udziału. Cóż, oferuję więc zaproszenie teraz.

Serce waliło mi bardzo szybko, niemalże zapomniałam o możliwości ucieczki.

– To… jest niemożliwe – odpowiedziałam niepewnie. – Już dawno po konkursie. Jak sam pan przed chwilą wspomniał, zakończył się w zeszłym roku, zanim ogłoszono zwyciężczynię, by uczcić pamięć pana siostry… – Urwałam, zawahałam się. Z jakiegoś powodu nie chciałam przywoływać przy nim śmierci Ophelii w obawie, że wywołam pożar, którego nie zdołam ugasić.

– Będąc precyzyjnym – wtrącił się Eliot, marszcząc czoło – został zawieszony bez wybrania oblubienicy i dlatego nigdy go nie zakończono. Konkurs będzie wznowiony w tym roku. Potrzebują jedwabnej wiedźmy, która weźmie w nim udział w miejsce mojej siostry – ciągnął, zanim zdążyłam wypytać go o więcej szczegółów. – Mogę sprawić, żeby to była pani. Oczywiście będziemy musieli nadać pani pseudonim i nie mogłaby pani już kraść. Przynajmniej nie podczas pobytu w Fortblanche. Kilka lekcji etykiety też by nie zaszkodziło… – Zmarszczył brwi, jakby odhaczał rubryczki na liście w swojej głowie.

Prawie go nie słyszałam. Bezwiednie skierowałam podbródek w stronę skropionych deszczem okien – teraz, wskutek burzy, matowych niczym ciemne lustra. Choć tego nie widziałam, miałam pewność, że gdzieś tam za nimi, na szczycie wyspy d’Eylau, góruje ogromny dom z wieżyczkami: legendarna rezydencja Króla Tkaczy, Fortblanche.

Technicznie rzecz biorąc, Alaire’owie byli tak samo królewscy jak ja. Mieli władzę, ale nie wyróżniali się niczym wśród innych familii Tkaczy; po prawdzie jednak opowieści spowijające tę pustelniczą rodzinę sprawiały, że wyrobiła sobie swoją własną renomę. „Rzemieślnicy Alaire’ów potrafią tworzyć tkane zegarki, które zawracają czas”. „Alaire’owie wytwarzają połowę swoich produktów na czarnym rynku… nie, oni rządzą czarnymi rynkami!” „Bastian Alaire potrafi zajrzeć do umysłu drugiego człowieka niczym do studni”. „Król Tkaczy zna twoje najpodlejsze pożądania i nędzne lęki”. Plotek było mnóstwo, ale i tak w zeszłym roku jedna przyćmiła wszystkie inne: ta dotycząca Próżnaliów Króla Tkaczy.

Nie pamiętałam dokładnego dnia, kiedy usłyszałam o nich po raz pierwszy; wiedza o tym roznosiła się etapowo, jak wiosenne roztopy, więc zanim wiadomość dotarła do moich uszu, konkurs już trwał. Z perspektywy czasu wiedziałam, że plotki zaczęły krążyć kilka tygodni przed osiemnastymi urodzinami Noégo Alaire’a – szepty o balu jak żaden inny, wyprawionym przez Króla Tkaczy we własnej osobie z okazji wkroczenia w dorosłość jego jedynego dziecka. W centrum rozmów znajdowało się dziesięć panien, pożądane miejsca były zarezerwowane tylko dla najbardziej obiecujących jedwabnych wiedźm w kraju, a każda z nich została sumiennie wybrana, by konkurować o główną nagrodę: szansę zostania żoną przyszłego dziedzica. Szczegóły tych działań były zaledwie pogłoskami dla wszystkich prócz nielicznych zaproszonych do uczestnictwa, ale mówiono, że w czasie dziesięciu dni wybrane panny będą testowane, porównywane i stopniowo eliminowane, póki kulminacyjnego wieczoru jedna z nich nie zostanie wybrana zwyciężczynią i narzeczoną Noégo Alaire’a.

Okazja, by związać się nierozerwalnie z najbardziej wpływową rodziną w kraju. Życie w dostatku i dobrobycie, pierścionek na palcu niczym pocisk między oczy klasztoru. To ucieczka inna niż wszystkie, taka, która rok temu rozpalała serce każdej jedwabnej wiedźmy – nie tylko w stolicy, ale i w całym Bal­moore. Proces wybierania uczestniczek konkursu był taką samą tajemnicą jak sam konkurs i na początku jego ogólnikowość prowadziła do poczucia niewyczerpanych możliwości. Każde działanie, nawet tak prozaiczne jak pójście na targ, mogło być przesłuchaniem; reprezentanci Bastiana Alaire’a mogli być wszędzie, przeczesując najbardziej zatęchłe zaułki w poszukiwaniu błysku perły w mroku. Czekającej, by ją znaleźć.

I wtedy, gdy histeria sięgała zenitu: nagła informacja o śmierci Ophelii. Jeden incydent i konkurs został zakończony, podczas gdy my na zewnątrz czekaliśmy, aż dopiero się zacznie.

W ciągu ostatniego roku cienie wokół tego zdarzenia tylko się pogłębiły. Relacje z całego procesu płynęły z ust tych, którzy twierdzili, że tam byli, ale przeczyły im zaraz inne pogłoski lub zwyczajnie okazywały się one nieprawdziwe. Zdawało się, że goście Króla Tkaczy postanowili zabrać prawdę o Próżnaliach do grobu Ophelii; do dzisiaj tożsamość dziewięciu ocalałych panien pozostawała zagadką – były one pustymi twarzami na rozmytych płótnach mimo prób, by je namalować.

A jednak teraz to mnie proponowano owo zaproszenie, o którym marzyło tak wiele dziewcząt mojego pokroju rok temu. Okazja, by na własnej skórze doświadczyć zagadki, za której rozwiązanie inni byli w stanie kłamać, kraść, a nawet zabijać.

Ale choć przeprowadziłam z nim tylko jedną rozmowę, Eliot Lear nie wydawał się zbyt dobroczynny. Dlaczego więc oferował to mnie? I gdzie w tym wszystkim byli mężczyźni u źródła wszystkich tych plotek – Alaire’owie?

Zapytałam o to Eliota. Kiedy to zrobiłam, uśmiechnął się kpiąco i ponownie rozsiadł wygodnie w fotelu.

– Niech mi pani powie, co pisały gazety – zażądał, podkreślając to gestem ręki. – O tym, jak zginęła moja siostra.

Znowu Ophelia.

– Mówili, że spadła ze szczytu posiadłości Króla Tkaczy, Fortblanche – odparłam. – Była burza, a ona prawdopodobnie potknęła się i straciła równowagę. Kilka odważniejszych tabloidów twierdziło, że była pijana.

Eliot kiwał głową w zamyśleniu.

– To prawda, że spadła – przyznał. – Ale nie potknęła się. Ophelia została zabita.

Wytrzeszczyłam oczy; na zewnątrz hulała burza jakby zryw żałoby.

– Zabita? – powtórzyłam z powątpiewaniem. – Przez kogo?

– Właśnie tego chciałbym, żeby się pani dowiedziała. – Eliot nachylił się nagle, splatając dłonie na kolanach. Ogarnęła go nowa, gorączkowa energia, ochoczość, jakby cała nasza rozmowa do tej chwili była w jego oczach zaledwie żmudnym preludium, koniecznym, by dotrzeć do tego momentu.

– Moja siostra miała Dryg, jak pani – oznajmił żywo. – Nazywała go swoją intuicją; ojciec reklamował go kandydatom na jej męża jako talent przepowiadania. Potrafiła… wyczuć, kiedy pewne rzeczy nadchodziły, tak jak można wyczuć w powietrzu zbliżający się deszcz. – Jego złączone dłonie się napięły, jakby w obronie przed wspomnieniem. – Noc przed wyjazdem na konkurs Bastiana pokłóciła się z ojcem – kontynuował. – Ophelia powiedziała mu, że ma intuicję, że wie ponad wszelką wątpliwość, iż jeśli zapuści się do posiadłości Alaire’ów, zginie tam.

Na zewnątrz niebo przez chwilę rozbłysło na biało: błyskawica niczym pociągnięcie pióra podkreśliła jego słowa. Kiedy zniknęła, pokój hotelowy wydawał się ciemniejszy niż wcześniej.

– To… dość złowieszcze – oznajmiłam ostrożnie. Wypowiedzenie każdego z tych słów długo mi zajęło, jakby odtajały z zimowego lodu. – Ale śmierć nie zawsze oznacza morderstwo. Jak powiedziałam, w gazetach pisano, że spadła…

– Nie interesuje mnie, co pisano w gazetach. – Ton Eliota się wyostrzył, a ja drgnęłam, szykując się na jego gniew albo krytykę, a może jedno i drugie. Ale emocja ta równie szybko zniknęła, jak się pojawiła, napięcie opuściło jego ramiona.

– Byłem tam tamtej nocy – wyznał beznamiętnie po chwili milczenia. – W Fortblanche, kiedy… – Ucichł, odwrócił ode mnie wzrok. Kryło się w nim poczucie winy, umęczony ból, jak kość, która źle się zrosła. – Nie byłem tam żadnego innego wieczoru, ale mój ojciec naciskał, żebym poszedł, a ja, po rzeczach, które Ophelia mówiła przed wyjazdem, bałem się o nią – ciągnął tym samym monotonnym tonem. – Gdy tylko byłem w stanie, wziąłem ją na bok, żeby zapytać o to przeczucie, które miała przed rozpoczęciem konkursu; czy dalej uważała je za słuszne. A ona powiedziała…

Kolejna przerwa w opowieści, zaułek w trasie. Miałam przeczucie, że dotykanie tego tematu jest dla niego fizycznie niekomfortowe, że mu przeszkadza, jakby to wspomnienie było zwiastującym śmierć krukiem siedzącym na kanapie obok.

– Powiedziała mi, że jej Dryg ją zawiódł – odezwał się wreszcie poruszony. – Że nie mogła nijak przewidzieć czegoś, co teraz wiedziała, że jest prawdą. Wydawała się tak okrutnie przestraszona. – Potrząsnął głową, jego szczęka się zacisnęła. – Okropnie przerażona i co gorsza, niepewna w sposób, którego nie widziałem u niej, odkąd otrzymała swój talent. Nie rozmawialiśmy długo, bo została odciągnięta przez jednego z radnych, kolegę mojego ojca. Starałem się ją znaleźć później, ale nigdzie jej nie było. I wtedy…

Znowu przerwał; tym razem wybrzmiała w tej pauzie pewna ostateczność, niczym opadnięcie ostrza. Dreszcze niepokoju musnęły mi szyję, miotanie burzy za oknem wydawało się groźne.

„Powiedziała mi, że jej Dryg ją zawiódł…”

Zerkając kątem oka na Eliota, zburzyłam ciszę:

– Nawet jeśli mówi pan prawdę – zaczęłam – jeśli pana siostra naprawdę została zabita, w co pan wierzy, to dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? Dlaczego miałby pan wierzyć, że ja ze wszystkich rozwiążę sprawę jej śmierci?

– Ponieważ – odpowiedział miarowo – jak powiedziałem wcześniej, jest pani, panno Tamerlane, oszustką tego rodzaju, jakiego szukałem przez ostatnie dwanaście miesięcy. Po odejściu Ophelii w zeszłym roku reszta panien pouciekała do swoich domów. Teraz, gdy konkurs zostaje wznowiony, one i inni goście Bastiana przybędą na miejsce jej śmierci po raz pierwszy od tamtej nocy. Poza tym – dodał – nie będzie tam przecież pani sama. Tym razem Noé zaprosił mnie, bym u jego boku dokonał oceny dziewcząt. To ustępstwo jego ojca, poczynione przezeń, by zachęcić go do wzięcia w tym udziału po chaosie ostatniego lata. Będę tam przez całe Próżnalia do pani usług, a pani może dostać się do miejsc, do których ja nie mam dostępu, dosłownie i w przenośni. Pani jest w stanie namierzyć osobę, która zabiła moją siostrę. Jestem o tym przekonany.

Patrzył mi w oczy niewzruszenie i pewnie. Jednak jego poprzednie słowa nadal wisiały dusząco w powietrzu, ich cień opadał jak ołów w moim brzuchu. „Wiedziała… iż jeśli zapuści się do posiadłości Alaire’ów, zginie tam”.

Wyobraziłam sobie pokiereszowane ciało Ophelii wyrzucone przez morze na skały. Bez względu na to, czy było to pijaństwo, które zarzucały jej tabloidy, czy jakaś bardziej złowieszcza siła, coś tamtej nocy zaciągnęło ją na klify. Czy naprawdę chciałam się dowiedzieć, co to było?

Jakby wyczuwając moje wahanie, Eliot przysunął się bliżej, aż poczułam cytrusowy zapach jego wody kolońskiej.

– Ile ma pani lat, panno Tamerlane?

Jego słowa były szeptem; czułam, jak sztywnieję na ich dźwięk. W moich uszach fantomowe tykanie zegara, które nigdy do końca nie cichnie, stało się głośniejsze: tik-tak. Oskarżycielska wskazówka zbliżała się do liczby dwadzieścia jeden.

– Wydaje mi się – odpowiedziałam równie spokojnie, co on – że powinien pan wiedzieć, iż nie porusza się tak wrażliwych tematów z damą.

Nie mrugnął ani razu, miał oczy jak kot, żółto-złote i lśniące.

– Musi mieć pani co najmniej osiemnaście – kontynuował, ignorując mnie. – Czyli jeszcze trzy lata. Nie boi się pani, co panią czeka, gdy upłyną?

Moje spojrzenie stało się surowsze; nie chciałam, by dostrzegł mój dyskomfort.

– Trzy lata to dość dużo czasu.

– Ach. – Uśmiechnął się żałośnie, co wzięło mnie z zaskoczenia, niczym uderzenie bicza. – Ale czy wystarczająco?

Poczułam mrowienie na skórze, jakby dreszcz. Eliot zerwał ze mną kontakt wzrokowy i rozsiadł się z powrotem w fotelu.

– Słyszałem opowieści o jedwabnych wiedźmach zesłanych do klasztoru. – Gdy Eliot znowu przemówił, moje myśli umknęły. – Wiem, że kobiety, które są pod jego opieką, nigdy się stamtąd nie wydostają. – Przechylił głowę, jego przygaszony jak u gawędziarza wyraz twarzy niczego nie zdradzał. – Mogę dopilnować, żeby pani taki los nie spotkał.

Pytanie opuściło moje usta, nim zdążyłam zareagować:

– Jak?

Wezbrało we mnie obrzydzenie na widok jego triumfalnego cwanego uśmieszku – wyglądał jak rybak, który poczuł, że coś bierze. Znowu się pochylił, jego ruchy były powolne, wykonywane z płynną, atletyczną gracją.

– Niech pani dołączy do konkursu – oznajmił. – Niech pani ze mną pojedzie do Fortblanche. I niech mi pani pomoże w znalezieniu osoby, która zabiła moją siostrę, a bez względu na to, czy zostanie pani zwyciężczynią, dopilnuję, żeby przyjęło panią każde towarzystwo, które kiedykolwiek panią skompromitowało. Kiedy rozwiążemy tę sprawę, pociągnę za każdy sznurek w rękach mojej rodziny, by znaleźć pani męża. A zapewniam, że mam wiele sznurków do wyboru. – Spojrzał mi w oczy, stukot deszczu tworzył tło i wypełniał ciszę. – Rozgrywa pani dobrą partię, ale nie uda się pani wygrać – ciągnął ściszonym głosem. – Albo przyłapią panią na kradzieży i wyślą do klasztoru przed ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia, albo upłyną trzy lata i skończy tam pani, tak czy siak. Moja siostra była jedwabną wiedźmą, panno Tamerlane. Z pierwszej ręki doświadczyłem drogi wybranej dla was i wiem, że są tylko dwa wyjścia. Chyba że… – Zawahał się, jakby się zastanawiał. – Cóż, nigdy nie wiadomo. Może ma pani krewnego, który jest politycznie ważny, i on panią oszczędzi. Na przykład brata?

Kiedy się wzdrygnęłam, w jego oczach zabłysła satysfakcja.