43,99 zł
Życie to relacje.
Zadbaj, by były dobre.
Każdy z nas doświadczył chwili, kiedy drugi człowiek był jak bezpieczna przystań, a dzięki jego słowom, gestowi czy samej obecności poczuliśmy się lepiej. Takie powinny być relacje. Uzdrawiające. Leczące. Niezbędne.
Terapeutka Verena König połączyła odkrycia epigenetyki i teorię traumy i opracowała proste ćwiczenia pomagające budować poczucie bezpieczeństwa i tworzyć wartościowe więzi. W przystępny sposób pokazuje, że to, jak kochamy, jak reagujemy na różne sytuacje i czego się boimy, zaczyna się dużo wcześniej, niż nam się wydaje. Wczesne doświadczenia i ukryte traumy kształtują nasz układ nerwowy, a co za tym idzie – nasze związki, przyjaźnie i więź z samym sobą. Właśnie dlatego dobre relacje to klucz do dobrego życia.
Dla czytelników Stefanie Stahl i dla każdego, kto chce wreszcie „umieć w relacje”.
VERENA KÖNIG to niemiecka terapeutka specjalizująca się w terapii traumy, twórczyni metody Neurosystemische Integration®, a także autorka książek i popularnego kanału na YouTubie. Prowadzi również szkolenia na temat traumy i jej leczenia, oparte na badaniach naukowych. Wierzy, że każdy ma wewnętrzną siłę, dzięki której może prowadzić piękne i kreatywne życie i być człowiekiem spełnionym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 281
Data ważności licencji: 4/9/2030
Tytuł oryginału: Trauma und Beziehungen. Wie wir die immergleichen Bindungsmuster hinter und lassen by Verena König
© 2024 by Arkana Verlag a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany
No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Agata Teperek
Opieka wydawnicza: Ewelina Tondys
Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza
Przyjęcie tłumaczenia: Katarzyna Borowy
Adiustacja i korekta: CHAT BLANC Anna Poinc-Chrabąszcz
Ilustracje w książce: Verena Mayer-Kolbinger
Promocja i marketing: Dominika Szczerek
Projekt okładki: Agnieszka Gontarz (front), Maria Miłoś
Ilustracja na okładce: mubaister / Freepik
ISBN 978-83-8399-557-1
www.otwarte.eu
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Traumy doświadcza się w relacjach i leczy się ją w relacjach.
Po czym rozpoznać traumę? I kiedy uznać ją za wyleczoną? Każdego dnia dostaję takie i podobne pytania w mailach, mediach społecznościowych, podczas wywiadów i rzecz jasna w gabinecie terapeutycznym. Z biegiem lat zmieniły się jednak moje odpowiedzi. Na początku drogi zawodowej powoływałam się na kryteria diagnostyczne i techniki ewaluacji, ale nigdy w pełni nie czułam, żebym dotykała istoty problemu, bo parametry nie oddają tego, co naprawdę istotne dla samych straumatyzowanych osób: stopnia odczuwanego przywiązania i bezpieczeństwa w życiu. Dlatego dzisiaj skłaniam się raczej ku takiej odpowiedzi:
Traumę rozpoznajemy po tym, jak układają się nasze relacje i jak je przeżywamy. Stopień, w jakim udało nam się wyleczyć jej następstwa, możemy poznać po tym, jak bezpiecznie, pewnie i witalnie czujemy się w związkach z innymi ludźmi.
I nie mam tu na myśli wyłącznie relacji miłosnych, lecz wszelkie relacje – z każdą osobą i z każdą rzeczą, z jaką tylko możemy czuć się związani. Czy to relacje ze swoim ciałem, innymi ludźmi, Ziemią, czy to z naszymi dolegliwościami i przeszłością.
Ból wynikający z podatności na zranienia nie manifestuje się nigdzie równie wyraźnie co właśnie w związkach. I to bez względu na to, czy patrzymy na problemy, które mamy na co dzień, czy też analizujemy największe problemy ludzkości. Dlaczego tak jest?
Żeby ująć to dość prosto: potrzebujemy siebie nawzajem i przez to łatwo nas zranić. Nasza ludzka, społeczna natura czerpie siłę z takich żywych więzi międzyludzkich. Tam, gdzie ich nie ma, panują dysharmonia, cierpienie i stale nawracające konflikty.
Trauma nadwątla poczucie więzi
Skutki stresu i traumy w znacznej mierze szkodzą temu, jak odbieramy więzi i czy w ogóle potrafimy je nawiązać.
Innymi słowy: wiele problemów ma związek z nieuleczonymi traumami w naszych indywidualnych życiorysach i w ramach naszej zbiorowości.
Badania nad traumą pokazują, że tak zwane traumy man-made, czyli takie, które wzajemnie zadają sobie ludzie, mają inny wpływ na psychikę i nasze życie niż choćby traumy wywołane katastrofami naturalnymi czy wypadkami. Przepracowanie traum międzyludzkich wydaje się bardziej złożone. Szczególnie najwcześniejsze urazy związane z tworzeniem więzi oddziałują na nas na nieuświadomionym poziomie. Pozornie działają w sposób delikatny, ale równocześnie intensywny i głęboki, wywierając trwały wpływ na wszystkie aspekty naszego życia.
Człowiek, doznawszy traumy psychicznej, jest głęboko zraniony i odbiera świat jako miejsce niebezpieczne, a ludzi jako zagrożenie. Dlatego skutki traumy powstrzymują go przed zaspokajaniem podstawowych międzyludzkich potrzeb miłości, bezpieczeństwa, więzi czy wspólnego rozwoju, których zaspokojenie przychodzi często z trudem, a czasem jest wręcz niemożliwe. Ten fakt często nam gdzieś umyka. Dlatego, próbując deeskalować konflikty, w pocie czoła staramy się ratować związek planami naprawczymi w pięciu krokach i sięgamy po techniki komunikacji, które od samego początku wydają się nam nienaturalne, albo po kompleksowe zbiory zasad dla chronienia różnych interesów, choć nie zapewnia nam to wcale szczęścia. W rzeczywistym przepracowywaniu wszelakich trudności wynikających z życia w związku w pierwszej kolejności wcale nie chodzi o uporanie się z samymi objawami, znacznie ważniejsze jest znalezienie i wyeliminowanie źródła problemu. Dopóki nie dostrzeżemy urazów, dopóty marne będą nasze szanse na uzdrowienie i nie będziemy w stanie potraktować swojego bólu w sposób, który prowadzi do uleczenia. Mamy tu więc pozorny paradoks: to w związkach doświadczamy traum, przez co zamykamy się w sobie i ukrywamy rany, by się chronić. Jednak to także w związkach leczy się traumę, dlatego jeśli nie zbudujemy więzi z innymi ludźmi, dalej będziemy tkwić w samotności i swoich dawnych strategiach obronnych.
Jeśli nie uznamy swojego bólu za wołanie o poczucie więzi, dalej będziemy go jedynie zagłuszać, zamiast zwrócić się ku jego źródłom. A przez to w naszych związkach będą dochodzić do głosu dawne rany, które powinniśmy wreszcie dostrzec i wyleczyć.
Zrozumienie dynamiki traumy pomaga wykorzystać leczniczą siłę relacji
Teoretyczna, rzeczowa wiedza na temat traumy i jej skutków jest pomocna – jeśli nie stanowi wręcz warunku koniecznego – w kontekście rozpoznania i szansy na zmianę dynamiki relacji wynikającej z wczesnych traum. Ucząc się rozumieć skutki traumy, uczymy się też rozumieć swoją ludzką naturę. Jeśli uda nam się wcielić wiedzę w życie, a więc zastosować ją w praktyce, będziemy mogli zostawić za sobą dawne rany. Kryje się w tym spory potencjał – wreszcie pozbędziemy się ze swojego życia dawnych, nieuświadomionych schematów, przez które kręciliśmy się w kółko, dopasowując się do nich i uznając je za oczywiste. Odtąd już tylko w naszych rękach będzie to, czy stworzymy w swoim wnętrzu i w otaczającym nas świecie atmosferę, w której ludzka podatność na zranienia i wrażliwość staną się naprawdę żyznym gruntem dla prawdziwych więzi i bezpiecznych, pełnych szacunku kontaktów.
Nie jest to poradnik o związkach
W tej książce nie znajdziemy wskazówek i rad, dzięki którym możliwe stanie się osiągnięcie spełnienia w relacjach miłosnych czy spokojne, stabilne surfowanie po każdej fali życia. Znacznie ważniejsze jest tu poruszenie tego aspektu twojej osobowości, który istnieje pod ranami, wpojeniami i schematami, a jednocześnie pomaga żyć w relacjach z innymi przy zachowaniu fundamentalnej równowagi.
Moja książka ma cię zainspirować do odkrycia, że wszelkie schematy i dolegliwości, które być może odciskają piętno na twoim życiu, stanowią logiczne konsekwencje przeszłości i następstwa wysoce inteligentnego przystosowania się przez ciebie do niesprzyjających okoliczności. Za tymi strategiami przetrwania kryje się naturalna, głęboko zakorzeniona w układzie nerwowym i ciele zdolność do bezpiecznego przywiązania, zdrowych relacji i głębokiej więzi z życiem. Jeśli uda nam się na nowo odkryć w tobie tę zdolność, będziemy mogli zacząć kultywować związki jako bezpieczne, zbawienne przystanie. Tym sposobem możliwe stanie się powolne zerwanie z bolesną samotnością oraz wyzbycie się poczucia obcości w stosunku do siebie i swojej podatnej na zranienia natury.
Niech ta książka będzie kompasem, który wskaże ci drogę do twojej prawdziwej natury i udanych relacji.
Jak korzystać z książki
Mierzenie się z własną podatnością na zranienie i już doznanymi ranami może się okazać bardzo obciążające. Niekomfortowe bywa choćby ponowne zajęcie się bólem upchniętym gdzieś w kącie swojego wnętrza. Jednak taki ból uświadomienia, jeśli jest odpowiednio dozowany, ma wielce dobroczynne właściwości. Jeśli nadejdzie moment, kiedy wreszcie znajdziemy miejsce, świadectwo i przestrzeń dla swoich dawnych urazów, może się to okazać zbawienne, błogie i dodające otuchy.
Tą książką staram się poprowadzić cię za rękę troskliwie, choć zdecydowanie, żeby umożliwić ci taką konfrontację.
W części 1 zbudujemy bazę z podstawowych informacji na temat dynamik traumy, naszej biologii zorientowanej na tworzenie więzi, układu nerwowego i wczesnych wpojeń. Dzięki wiedzy o fundamentach badań więzi i teorii poliwagalnej zyskamy nowe spojrzenie na dynamiki międzyludzkie. W częściach 2 i 3 zanalizujemy przyczyny głębokich urazów, byś znalazł wreszcie słowa na wyrażenie tego, co tak trudno jest w nie ubrać. Przyjrzymy się więc konsekwencjom takich urazów dla naszego układu nerwowego i więzi oraz rozważymy, jakie wysoce inteligentne strategie przetrwania rozwijamy od najmłodszych lat, żeby radzić sobie z takimi urazami. Część 4 ma stanowić inspirację do wprowadzenia w życie całej zebranej tu wiedzy, i to w sposób uzdrawiający, z odwagą i wiarą w sukces, a tym samym do wykrzesania w sobie siły, żeby pogodzić się z podatnością na zranienia i swoimi ranami oraz krok po kroku dokonać w życiu dobroczynnej przemiany i wzmocnić więzi międzyludzkie.
Możliwe, że zawarte w tej książce informacje zainicjują w tobie proces leczniczy. Takie procesy działają integrująco, bo to, co dotąd nie zostało całkowicie przepracowane, znajdzie się wreszcie w centrum uwagi. Jednocześnie konfrontacje tego rodzaju mogą cię kosztować sporo energii, bo przypominają gruntowną przebudowę, przy której nienaruszona pozostaje jedynie wewnętrzna struktura. Na poziomie emocjonalnym, umysłowym, a także neurobiologicznym różne kwestie zaczynają się układać na nowo. To wszystko prowadzi do leczniczej zmiany.
Dlatego chciałabym ci zasugerować, żebyś podszedł do tej książki – podobnie jak do każdej innej próby mierzenia się z tematem traumy i jej skutków – świadomie, uważnie i ostrożnie. Im ciekawszy wydaje ci się materiał, tym bardziej powinieneś go sobie dozować. Dla ułatwienia często zamieszczam tu pytania do przemyślenia, aby skłonić cię do zatrzymania się i wsłuchania w siebie. A może weźmiesz notes i poprowadzisz coś w rodzaju pamiętnika z lektury, wypisując to, co dla ciebie szczególnie ważne, albo to, co cię wyjątkowo porusza? Wygospodaruj czas i bez pośpiechu zastanów się nad kwestiami, które cię dotykają, a potem je zintegruj. W ten sposób staniesz się bardziej świadomy swoich wewnętrznych potrzeb i uważny na nie oraz stworzysz bezpieczniejsze ramy dla swoich przeżyć. Jeśli chcesz, możesz potraktować lekturę tej książki jak podróż. Odpoczywaj regularnie, ciesz się widokami, które ci służą, i ostrożnie pokonuj odcinki stanowiące dla ciebie wyzwanie.
W tekście znajdziesz formy zarówno męskie, jak i żeńskie. Każdy, bez względu na to, z jaką płcią się identyfikuje, powinien czuć się uprawnionym odbiorcą zawartych tu treści.
Pozwól, że – inaczej niż w gabinecie – będę się do ciebie zwracać na „ty”. Mam nadzieję, że nie uznasz tego za próbę spoufalania się, ale odczujesz moją sympatię i zainteresowanie.
A teraz życzę ci inspirującej podróży przez książkę oraz uzdrawiających wniosków i wzbogacających cię autorefleksji.
KWINTESENCJA
KLUCZ DO ZINTEGROWANIA TRAUMY ZNAJDUJE SIĘ W NASZYCH ZWIĄZKACH
Trauma to szerokie pojęcie zbiorcze i ma wiele obliczy. Jej skutki są bardzo różnorodne. Wspólnym mianownikiem ich wszystkich jest zaś wpływ traumy na nasze relacje. W stosunku do samych siebie i do naszego ciała, w kontakcie z innymi ludźmi, w podejściu do świata i życia. Dlatego klucz do zintegrowania traumy także znajduje się w związkach.
Jesteśmy istotami na wskroś społecznymi, a w zdrowym podejściu do siebie nawzajem tkwi wielka lecznicza siła, którą tutaj wspólnie odkryjemy.
Życie to związek
Potrzebujemy siebie nawzajem.
W świecie, w którym nagłówki gazet są zdominowane przez wojny, nierówności społeczne, wiszące nad nami katastrofy i konkurencję, to zdanie może brzmieć jak oderwane od rzeczywistości napomnienie.
Jeśli nie chcemy jednak – jako jednostki i zbiorowość – przegapić szansy na pokój i zdrowie w przyszłości, musimy się trzymać tej prostej prawdy.
To nie tylko emocjonalne frazesy, ale trafny opis naszej ludzkiej natury.
Leczenie zaczyna się w momencie, w którym ludzie czują się dostrzeżeni.
„On mnie nie widzi”.
Kiedy Bella wypowiada te słowa, jej oczy napełniają się łzami dającymi ujście wściekłości pomieszanej z oburzeniem, z którym wcześniej kobieta uskarżała się na partnera. Bella kuli się w sobie, jej ramiona opadają, chowa twarz w dłoniach. Nie ma śladu tamtej wzburzonej, energicznie gestykulującej kobiety.
Zamiast tego ujawnia się coś, co stoi za gniewem, zdenerwowaniem i zwątpieniem: głębszy, wręcz niemożliwy do zniesienia ból – ból bycia niedostrzeganą.
Nie ma praktycznie nic bardziej uzdrawiającego niż przeświadczenie, że ktoś nas widzi i rozumie. Dzięki temu naprawdę mamy poczucie więzi i przynależności. Kiedy jesteśmy widziani, nabieramy pewności siebie. Gdy ktoś tak naprawdę nas dostrzega, jego obecność daje nam poczucie bezpieczeństwa i potrafimy wykrzesać w sobie tyle odwagi i zaufania, żeby zostawić za sobą swoje rany lub to swoje obecne ja. Moment, w którym doświadczamy empatycznego przyjęcia przez drugiego człowieka, może zapoczątkować proces gojenia się nawet prastarych ran broczących krwią przez pokolenia. Jeśli ból, cierpienie i niesprawiedliwość doczekają się oficjalnego uznania, jest szansa na to, żeby jednostka albo nawet cała zbiorowość odzyskała swoją godność. Poczucie osamotnienia i zagubienia może ustąpić, jeśli pełen współczucia, mający podobne doświadczenia człowiek spojrzy na nas z czułością i zrozumieniem, stając się obecnym świadkiem tego, co dotąd było niewypowiedziane.
Do najbardziej uzdrawiających zdań, jakie możemy sobie nawzajem powiedzieć, należy prawdopodobnie: Widzę cię. Wierzę ci. Nie jesteś sam.
Wyparcie jako strategia przetrwania
Przekonanie, że nie jest się widzianym i rozumianym, prowadzi z kolei do tego, że czujemy się samotni, wyalienowani, a nawet bezwartościowi. Takie odczucia mogą się stać naszym fatum, naznaczając całe nasze życie. Podświadomie kierują naszymi myślami, odczuciami i działaniami. I to nie dlatego, że stale jesteśmy ich boleśnie świadomi, tylko raczej dlatego, że są tłumione i wypierane. Tak trudno je znieść, że wewnętrznie próbujemy chronić się przed związanym z nimi bólem. Na dłuższą metę za takie podświadome strategie obronne płacimy jednak wysoką cenę. Bo to, co wypieramy ze swojej świadomości, nie traci bynajmniej na znaczeniu, tylko dalej oddziałuje wewnętrznie i zewnętrznie, niosąc ze sobą najróżniejsze konsekwencje:
Nie jesteśmy
w
stanie przepracować tego, co wypieramy.
Nieprzepracowane przeżycia uniemożliwiają rozwój osobisty i niweczą nasze szanse na to, żeby nauczyć się czegoś z tego, czego doświadczyliśmy, zostawić to za sobą i nie przekazywać dalej innym.
Unikamy nie tylko tego, co usiłujemy przemilczeć, lecz także wszystkich związanych
z
tym aspektów życia.
Dlatego osoba, która na wczesnym etapie życia doznała traumy, stroni od uprawiania sportu – wzrost częstotliwości bicia serca w jej wewnętrznym, podprogowym postrzeganiu (intercepcji) przywołuje bowiem dawne wspomnienie o napawających przerażeniem stanach utraty kontroli. Do takich uników nie dochodzi świadomie. Z tego właśnie powodu wiele osób nie może zrozumieć samych siebie. Mają poczucie, że czegoś im brakuje, bo uprawianie sportu jest przecież zdrowe i rozsądne, ale
coś
okazuje się silniejsze niż zdrowy rozsądek i dobre chęci i raz za razem ich przed tym powstrzymuje.
To, co nieprzepracowane
i
niezintegrowane, ulega projekcji.
Psychodynamika projekcji charakteryzuje się tym, że uczucia, myśli i potrzeby, które u siebie odrzucamy, przenosimy na inną osobę lub przedmiot, żeby wewnętrznie się od nich zdystansować. Przez ten mechanizm obronny często wydajemy impulsywne, bezrefleksyjne i niesprawiedliwe osądy. I tak osoba, która w dzieciństwie była pozostawiona sama ze swoimi potrzebami, może mieć skłonność do umniejszania ludziom w potrzebie i postrzegania ich jako mazgajów lub nadwrażliwców. Wiele resentymentów opiera się prawdopodobnie na naszych własnych niezintegrowanych urazach psychicznych, które przenosimy na zewnątrz, żeby złagodzić ciśnienie wewnętrzne.
Nieprzepracowane traumy są często przekazywane dalej.
Taki właśnie stan opisują pojęcia traumy międzypokoleniowej i traumy transgeneracyjnej. Doświadczenia, o których milczymy, zamiast je przepracować, niejednokrotnie znajdują swój mniej lub bardziej jawny wyraz w relacjach rodzinnych lub wewnątrz zbiorowości. Klasycznym przykładem jest tutaj straumatyzowany rodzic, którego trauma wpływa na jego sposób wychowywania dziecka i dostępność emocjonalną, co z kolei przekłada się na dziecko. Lub też atmosfera lęku, w której żyją dzień w dzień pokolenia dzieci o ciemnym kolorze skóry w przesyconym rasizmem społeczeństwie.
Odcinanie bolesnych uczuć oznacza odcinanie się też od swojej wrażliwej natury.
Nie jest możliwe selektywne odizolowanie się od pojedynczych uczuć. Przez trwałe tłumienie w sobie emocji cierpi nasza zdolność do oscylowania między różnymi uczuciami. Później trudniej nam jest cieszyć się wraz z innymi, wczuć się w ich ból czy wsłuchać się we własne uczucia i samemu dodać sobie otuchy. Ta strategia w widoczny sposób odbywa się kosztem życiodajnych wartości, jakimi są bliskość i więź. Wydaje się, że obowiązuje tu równanie: wprost proporcjonalnie do wypierania uczuć znikają tolerancja i empatia. Im więcej treści dana jednostka lub zbiorowość wypiera, tym więcej pojawia się emocjonalnego chłodu, a tym mniej empatii.
Im większa jest presja wewnętrzna, tym silniejsze muszą być strategie kompensacji.
Samo wyparcie nie rozwiązuje problemu. Nieprzepracowane treści są podatne na triggery (wyzwalacze). Oznacza to, że bodźce pochodzące z zewnątrz lub wewnątrz mogą aktywować różne aspekty tego, co wypieramy ze swojej świadomości. Tym sposobem kłótnia (trigger) może wywołać głęboki lęk przed porzuceniem. Ten (prawdopodobnie stary) lęk trzeba jakoś przetrzymać lub – jeszcze lepiej – jak najszybciej się go wyzbyć. Zamiast bowiem nauczyć się obchodzić z intensywnymi uczuciami, nauczyliśmy się je kompensować. Kompensacja to kreatywne przystosowanie się do warunków poprzez wytworzenie różnorodnych strategii, które często kosztują nas sporo sił. Bardzo męczące jest kompensowanie dzień w dzień na przykład lęku przed porzuceniem przez odsuwanie na bok własnych potrzeb i poświęcanie się dla innych. (Później przyjrzymy się bliżej różnym strategiom kompensacji).
Kompensacja jako strategia przetrwania prędzej czy później prowadzi do dekompensacji
Wiele moich klientek i wielu moich klientów zgłasza się do mnie w określonym momencie życia – gdy są wyczerpani i zdecydowanie potrzebują pomocy, bo nie starcza im sił na dalsze podtrzymywanie mechanizmów wyparcia i strategii kompensacji, przez co wszystko się na nich wali. Zewnętrzne wyzwania stawały się coraz większe i nie mieli szans im sprostać. Znalezienie odpowiednich narzędzi i osiągniecie wewnętrznej stabilności uniemożliwiała im sprawdzona strategia wypierania. Czasem wystarczy wtedy pozornie błahe zdarzenie, żeby doszli oni do granicy wytrzymałości. Ich wewnętrzne tamy puszczają. Presja jest zbyt duża. Wszystko to, co trzymali dotąd w szachu dzięki kompensacji i wyparciu, teraz zalewa ich świadomość. Kompensacja już się nie sprawdza, dawna strategia zawodzi.
Chwila dekompensacji często stanowi poważny kryzys. Nierzadko dochodzi podczas niej do retraumatyzacji, bo człowieka zalewają tu i teraz wszystkie dawne, nieprzefiltrowane odczucia. W takim kontekście często stosuje się pojęcie late onset PTSD, które znaczy tyle, że zespół stresu pourazowego może wystąpić nawet lata po wywołującym je zdarzeniu. Kontrolowanie swojego wnętrza za pomocą kompensacji nie jest więc niezawodnym ani trwałym rozwiązaniem. Takie strategie okazują się jednak bardzo pomocne, kiedy pomimo ogromnego obciążenia trzeba w krótkim czasie osiągnąć względną stabilność. Lecz nawet ta stabilność ma swoje granice. Prawdziwą stabilność i rzeczywistą rezyliencję osiągamy, integrując wyparte uczucia i przeżycia oraz zdając się w coraz większym stopniu na siebie i innych, zamiast raz za razem porzucać samych siebie.
Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, dekompensacja stanowi też punkt zwrotny, który niesie ze sobą wiele dobrego. Koniec kompensacji jest bowiem często początkiem integracji, a tym samym nierzadko początkiem nowego etapu życia, pełnym dobroczynnych momentów.
WIEDZA PODSTAWOWA
INTEGRACJA JAKO KLUCZ
W wyczulonej na traumę pracy terapeutycznej integracja to kluczowy czynnik. Skutki traumy wynikają z braku jej przepracowania, a więc z braku integracji tego, co się wydarzyło. Ponieważ następujące później wyparcie, dysocjacja i kompensacja mają ogromne znaczenie, zdecydowanie nie chodzi tu o to, żeby pozbyć się wzorców zachowań, cech czy objawów, ponieważ te będą dalej utrudniały, a może nawet uniemożliwiały przepracowanie traumy. Niezmiennie chodzi o ich integrację. Człowiek – co w pełni zrozumiałe – chce się wyzbyć tego, co nieprzyjemne, przykre, a może nawet męczące. Jednak to, co przeżyliśmy, i to, co dane przeżycie z nami robi, już na zawsze staje się częścią nas. Chęć pozbycia się tego jest więc poniekąd równoznaczna z chęcią zgładzenia żywotnej cząstki nas samych. W takim zrozumiałym pragnieniu kryje się coś bezpośrednio destrukcyjnego – często objawia się to poczuciem, że stajemy się sobie coraz bardziej obcy. Walka z tym, czego chcemy się pozbyć, jest zawsze walką z samym sobą, a w niej nie sposób zwyciężyć.
Jeśli z kolei zmienimy strategię i obierzemy za punkt wyjścia, że to, co nasze, nie działa przeciwko nam, tylko zawsze na naszą korzyść, to sytuacja ulegnie zmianie. Jeśli nasze strategie przetrwania i mechanizmy kompensacji zostaną uznane za zdrowe, a nie błędne, walka będzie mogła dobiec końca. Rozpocznie się proces integracji. Uwolnimy się ze stuporu wywołanego przez nasze strategie przetrwania i będziemy mogli się dalej rozwijać. Jeśli tylko rozbudzimy w sobie zaciekawienie tym, co stoi za takimi strategiami, schematami i objawami, stopniowo może się nam ukazać nietknięta istota nas samych, raz mniej, raz bardziej za tym wszystkim ukryta.
Integracja to proces przywracania do świadomości tego, co dotąd z niej wykluczaliśmy. Uczucia, wspomnienia i doznania fizyczne pragną do niej wrócić. W uzdrawiającym świetle świadomości jest też miejsce dla rzeczywistości naszych własnych przeżyć. Było, jak było. I to należy do nas, do naszego życia i naszej przeszłości. Integracja nie jest – jak, mam nadzieję, uda mi się tu jasno zademonstrować – decyzją ani jednorazowym zdarzeniem, ale procesem.
Największa siła lecznicza tkwi w relacjach międzyludzkich
To, czy się wzajemnie dostrzegamy i wspieramy, czy też dalej kręcimy w kółko z projekcjami i strategiami kompensacji, ma w moim odczuciu decydujące znaczenie dla indywidualnego poczucia szczęścia w życiu i w dużej mierze dla pokoju na świecie. Tam, gdzie życzliwość i szacunek tworzą podstawę ludzkich kontaktów, jest szansa na leczenie, przebaczenie, a także na coś nowego. Jeśli uda nam się zrozumieć i przyznać, że wszyscy bez wyjątku jesteśmy z natury zdani na siebie, dojdzie do przywrócenia ustawień fabrycznych, a my otrzymamy szansę na prawdziwie nowy początek. Czysty, niewinny i wolny od wytrenowanych reakcji „walka lub ucieczka” czy też wyuczonych strategii kompensacji. Nawet jeśli brzmi to może poetycko, idealistycznie albo naiwnie, to jest podstawa do optymizmu. W dalszej części książki dowiemy się, jakich argumentów czy wręcz dowodów na to dostarczają nam neurobiologia i teoria przywiązania.
Zachęta do refleksji
Jak odbierasz myśl, że potrzebujemy siebie nawzajem? Czy jest ona raczej przyjemna, czy nieprzyjemna, a może masz do niej ambiwalentny stosunek?
Jakie (prawie niewidoczne) reakcje wywołuje ta myśl w twoim organizmie? Co się dzieje z twoim oddechem i sylwetką?
Jakie budzi to w tobie myśli, skojarzenia albo wspomnienia? Jakie odzywają się w tobie „ale…”?
Zanotuj odpowiedzi, aby móc zaobserwować, czy coś się zmieni z biegiem czasu, gdy dowiesz się już więcej o naszej naturze dążącej do tworzenia więzi.
KWINTESENCJA
POZA WYPARCIEM ISTNIEJĄ JESZCZE INNE SPOSOBY NA TO, ŻEBY NIE PRZYTŁOCZYŁY NAS DAWNE UCZUCIA.
„Albo to uczucie mnie pochłonie, albo je wyprę”.
Wiele osób dotkniętych skutkami traumy wierzy, że istnieją tylko te dwie możliwości. W rzeczywistości jest jednak wiele dróg, które służą zdrowemu obchodzeniu się z zalewającymi nas uczuciami:
Uświadom sobie, że już przetrwałeś to, co cię tak dręczy! W twoim wnętrzu rezonuje tylko echo nieprzepracowanej przeszłości.
Jesteś ponad tym, co ci się przydarzyło!
Jeśli nauczysz się rozumieć układ nerwowy i go regulować, impet dawnych uczuć osłabnie.
Jeśli tu i teraz będziesz świadomie gromadzić pozytywne doświadczenia, dostarczysz leczniczych informacji swojemu poharatanemu wnętrzu.
Jeśli uświadomisz sobie, jakie masz zasoby, i będziesz o nie dbać, wzmocnisz rezyliencję, nauczysz się być dla siebie oparciem.
Jeśli zatroszczysz się o zdrowe relacje, ukształtujesz swoje życie poza cieniami przeszłości.
Jeśli poszukasz pomocy i wsparcia, przełamiesz dawne przekonanie o tym, że jesteś sam i że nigdy nie będzie lepiej.
Zachęta do refleksji:
Co ci pomaga wyregulować zalewające cię uczucia? Jakie są dla ciebie najważniejsze zasoby w drodze do uzdrowienia?
Przystosowanie jako strategia przetrwania – to, co szkodzi, staje się normą
Wielu ludzi – a w dużej mierze ogólnie pojmowana ludzkość – jest do tego stopnia uwikłanych w strategie kompensacji, którymi stara się wyciszyć dawne, głęboko zagnieżdżone bóle, że samotność, ciągnące się konflikty i szwankujące poczucie więzi stały się już dla nich czymś normalnym. Dlatego raczej za wyjątek i wielkie osiągnięcie ludzkości uchodzi to, że w jakimś regionie panuje trwały pokój, a nie to, że gdzieś toczą się wojny. Wysoki odsetek rozwodów jest dziś normą. Jak do czegoś zupełnie normalnego podchodzi się również do postulatów pracy nad work-life balance i ograniczenia czasu spędzanego na scrollowaniu. Nikt natomiast nie pyta, skąd te problemy się w ogóle wzięły. Normą jest to, że zajmujemy się objawami, zamiast wyleczyć przyczyny.
Sądzę, że zjawisko normalizacji toksycznych relacji jest wynikiem zdolności naszego gatunku do przystosowywania się. W kontekście ewolucji wspiera ona nasze przetrwanie w niesprzyjających warunkach. Umożliwia nam przeżycie w niesprzyjającym środowisku, a także dalszy rozwój w ramach dostępnych możliwości. Jeśli zaczniemy traktować utrzymujące się destrukcyjne warunki jak normę, wpadniemy w pułapkę własnej zdolności do przystosowywania się, pozbawiając się tym szans na prawdziwy rozwój. Ograniczymy się bowiem wyłącznie do tego, żeby urządzić się jakoś w zastanych warunkach i przeżyć, zamiast skupić się na tym, żeby żyć. Zastanawiając się, jak poradzić sobie w danych warunkach, bierzemy na siebie część odpowiedzialności. Przez takie współsprawstwo stajemy się ślepi na inne opcje i możliwe drogi wyjścia z sytuacji.
Za warunek udanych relacji oraz szczęścia w życiu uważam uświadomienie sobie toksycznej strony naszej zdolności przystosowywania się, zakwestionowanie jej przyczyny i stopniowe uwalnianie się od niej. Takie wyzwalanie to ważny, zdrowy i kompleksowy proces.
Wpojenia będące następstwem powtarzania danych zachowań w stanie stresu to wysoko funkcjonujące warunkowanie
Na wstępie należy zrozumieć, że wpojenia z okresu dzieciństwa i młodości są równoznaczne z socjalizacją do określonych norm warunkowania. Oznacza to, że poprzez nawracające doświadczenia powstają automatyczne reakcje, oczekiwania i wzorce zachowań. Zaniedbanym dzieciom wydaje się czymś normalnym, że inni źle je traktują, nawet jeśli poważnie przez to cierpią. Innymi słowy, oczekują, że tak właśnie będą traktowane. W zajmowaniu się swoim dawnym bólem kryje się pewien potencjał – możemy się wyrwać z uwarunkowanej bezsilności, bezradności i oczekiwania, a za to oswoić się z poczuciem własnej skuteczności. Zyskujemy szansę na wykreowanie nowej rzeczywistości, którą sami dla siebie wybierzemy i sobie urządzimy.
Jak coś takiego może się udać, skoro nasze wczesne wpojenia i mechanizmy obronne działają w tak niezawodny i zautomatyzowany sposób? Dlaczego, żeby się od nich uwolnić, nie wystarczy uznać, że istnieją? Odpowiedzi na te pytania wymagają zrozumienia kilku fundamentalnych sposobów działania ludzkiej biologii. Dlatego teraz, na początku książki, poświęcimy na to trochę czasu.
WIEDZA PODSTAWOWA
AUTONOMICZNY UKŁAD NERWOWY (AUN)
Nasz układ nerwowy składa się z różnych części, które pełnią odmienne funkcje. W kontekście traumy, jej skutków oraz dynamiki więzi szczególne znaczenie ma autonomiczny układ nerwowy. Odpowiada on za kierowanie nieświadomymi funkcjami organizmu, takimi jak bicie serca, trawienie i oddychanie, oraz za mechanizmy przetrwania. Dalsze rozróżnienie dzieli AUN na układ współczulny (sympatyczny) i przywspółczulny (parasympatyczny), przy czym ten ostatni wraz z nerwem błędnym odpowiada za istotny aspekt naszej społecznej natury.
Współczulny układ nerwowy jest odpowiedzialny za mobilizację energii i wspieranie tym samym aktywności i reakcji typu „walcz lub uciekaj”.
Przywspółczulny układ nerwowy odpowiada za aktywowanie trybu odpoczynku, regeneracji, spokoju i trawienia, lecz także za zamieranie w sytuacjach zagrożenia życia.
Kluczowe znaczenie w interakcjach międzyludzkich, dynamikach relacji i dla naszej zdolności koregulacji oraz samoregulacji mają przywspółczulny układ nerwowy i nerw błędny. Zgodnie z teorią poliwagalną dzieli się go na część grzbietową i brzuszną:
Grzbietowy nerw błędny to starsza część przywspółczulnego układu nerwowego. Jeśli nasz organizm rejestruje poważne niebezpieczeństwa, których nie sposób zwalczyć ani ucieczką, ani walką, grzbietowy nerw błędny powoduje zastygnięcie i dysocjację. Odpowiada on też za tak zwane zamarcie, czyli rodzaj fizycznej kapitulacji w obliczu ekstremalnego zagrożenia.
Gdy jesteśmy bezpieczni, grzbietowy nerw błędny odpowiada za głęboką regenerację, odpoczynek i przyjemność czerpaną ze spokoju i bierności.
Brzuszny nerw błędny jest powiązany z interakcjami społecznymi i naszą zdolnością, żeby się odprężyć i czuć bezpiecznie. Do jego aktywacji konieczne są więzi społeczne, komunikacja i procesy uspokajające. Dzięki niemu w sytuacjach stresowych możemy zachować spokój i zdolność do działania. Podczas dużego stresu brzuszny nerw błędny wspiera naszą zdolność do dostosowywania się do niebezpiecznych ludzi i układów oraz ulegania im w pewnym zakresie, żeby zwiększyć swoje szanse na przeżycie.
W zależności od stopnia aktywności współczulnego i przywspółczulnego układu nerwowego oraz grzbietowego i brzusznego nerwu błędnego znajdujemy się w odmiennych stanach emocjonalnych. Rozciągają się one od odprężonego przywiązania do dużego stresu lub izolacji. Możliwe i powszechne są także stany pośrednie. Im lepiej umiemy je rozpoznawać i zrozumieć, tym większy mamy na nie wpływ. I analogicznie tym silniejsze mamy poczucie własnej skuteczności i bardziej wyważone podejście do siebie i swoich związków.
Stres i trauma to dwa różne zjawiska
Układ nerwowy pełni ogromnie ważną funkcję: chroni nas. Dlatego bez przerwy analizuje naszą obecną sytuację, wychwytując przy tym choćby najdrobniejsze informacje z otoczenia i wnętrza organizmu. Tę mistrzowską umiejętność, metaforycznie określaną często mianem szóstego zmysłu, nazywamy neurocepcją. Żeby zapewnić nam przetrwanie, układ nerwowy dokonuje oceny na podstawie trzech jasnych kategorii, którymi są: bezpieczeństwo, niebezpieczeństwo i zagrożenie życia. W zależności od tego, jak oceni daną sytuację – całkowicie instynktownie, czyli bez udziału świadomości – w naszym organizmie zostają zapoczątkowane określone, odpowiednie do warunków i na ogół wyważone, procesy.
W związku z tym człowiek – czysto biologicznie – jest bardzo dobrze wyposażony do radzenia sobie z nagłym stresem. Istnieje jednak duża różnica między stresem znośnym czy dającym się tolerować a stresem traumatycznym. Opiera się ona przede wszystkim na ocenie, czy jesteśmy w stanie wybrnąć z sytuacji i odzyskać poczucie bezpieczeństwa na własną rękę, czy potrzebujemy do tego wsparcia innych lub czy nie potrafimy uniknąć sytuacji, którą postrzegamy jako zagrożenie dla naszego życia, ani własnymi siłami, ani z pomocą osób trzecich. Doświadczenia traumatyczne zmuszają nas do tego, żeby reagować na zagrożenia życia kompletnym obezwładnieniem, bezradnością i bezsilnością.
Pojęcie traumy obejmuje szerokie spektrum zawierające w sobie nieskończoną liczbę zdarzeń. Traumatyczne przeżycie może trwać sekundy lub ciągnąć się latami, może też powstać z biegiem czasu w wyniku przytłaczającej kumulacji na pozór drobnych stresorów, tak zwanych mikrotraum. Obiegowa definicja traumy, dobrze oddająca to spektrum, brzmi: traumatyczne zdarzenie odznaczające się tym, że wykracza poza zdolność dotkniętej nim osoby do poradzenia sobie z nim i przepracowania go.
Doświadczenia traumatyczne są więc tak niebezpieczne i mają taką intensywność, że nasze wnętrze nie umie adekwatnie na nie odpowiedzieć ani w momencie, w którym do nich dochodzi, ani później. W takich sytuacjach walczymy zatem nie o to, żeby sobie z nimi poradzić albo je opanować, ale wyłącznie o to, żeby ujść z nich z życiem.
Niezależnie od tego, czy znajdziemy się w sytuacji stresowej, czy traumatycznej, z początku odpowiedzi naszego organizmu są w obu przypadkach bardzo do siebie podobne. To złożone procesy, przebiegające szybko i odruchowo, w reakcji na nagłe wyzwania, które nie trwają zbyt długo. Pomagają sprostać wymaganiom związanym z daną sytuacją, sprawiając, że nasz układ nerwowy błyskawicznie mobilizuje wystarczającą ilość energii. Dlatego do układu krwionośnego są wydzielane hormony stresu i neuroprzekaźniki, a cały organizm pracuje na pełnych obrotach, żeby poradzić sobie z tym zdarzeniem. Przy bardzo wysokim stresie, który nie tylko stanowi wyzwanie dla układu nerwowego, lecz także kwalifikuje się jako zagrożenie, współczulny układ nerwowy aktywuje reakcję na stres znaną jako „walcz lub uciekaj”. Kiedy stres jest postrzegany jako ryzyko dla życia, a walka lub ucieczka nie wróżą sukcesu, grzbietowy nerw błędny wprowadza cały organizm w stan demobilizacji i tak zwany efekt zamierania, żeby zwiększyć szanse na ujście z życiem z bardzo niebezpiecznego położenia. Kiedy sytuacja nie jest jasna, może się zdarzyć, że układ współczulny zechce zainicjować reakcję walki lub ucieczki, ale reakcja grzbietowego nerwu błędnego ją przewyższy i nastąpi unieruchomienie, czego konsekwencją jest tak zwana freeze reaction, czyli zamrożenie – nie sposób ani iść do przodu, ani się cofnąć.
Na początku zawsze jest poszukiwanie więzi
Celowo nie przekazałam ci jeszcze pewnej istotnej informacji, żeby teraz zwrócić całą twoją uwagę na jej ogromne znaczenie: poszukiwanie więzi. Jeszcze zanim nasz organizm zdecyduje, czy będzie próbował ratować się ucieczką, walką czy zamrożeniem, aktywuje się system przywiązania i instynktownie sprawdzamy, czy ktoś może nam pomóc, uratować nas i obronić. Zapamiętaj to, bo ten fakt znacząco poszerza rozumienie oddziaływania doświadczeń traumatycznych.
Jeśli przetrwamy sytuację stresową dzięki podstawowym autonomicznym reakcjom (poszukiwaniu więzi, ucieczce, walce lub zastygnięciu), neuroprzekaźniki i hormony zostaną zredukowane, a układ naszego organizmu znów powróci do stanu towarzyszącego poczuciu bezpieczeństwa, a wtedy rozpocznie się regeneracja fizyczna i przepracowywanie emocji.
Na poniższym schemacie pokazuję, jakie części układu nerwowego są aktywowane w procesie udanej reakcji stresowej i jak ze sobą współdziałają. Żeby to zilustrować, sięgam po być może znane ci już okno tolerancji na radzenie sobie ze stresem opracowane przez Daniela Siegla. Ten prosty model pokazuje istnienie spektrum, w którym odczuwamy wewnętrzną równowagę, choć jesteśmy nieco zdenerwowani czy też głęboko odprężeni. Stopień pobudzenia naszego układu nerwowego jest zrównoważony. Będąc powyżej lub poniżej tego okna, czujemy się bardzo zestresowani i doświadczamy nadpobudliwości nerwowej lub stanu ociężałości i apatii charakterystycznego dla niedoczynności nerwowej. Dwie wspomniane już części naszego autonomicznego układu nerwowego – współczulny i przywspółczulny układ nerwowy – kierują w dużej mierze stopniem odczuwanego przez nas pobudzenia, co też daje się zauważyć na poniższym schemacie.
Jeśli AUN odbiera coś jako zagrożenie, a my doświadczamy utraty poczucia bezpieczeństwa, odczuwamy potrzebę bliskości z drugim człowiekiem. W przypadku jej zaspokojenia mobilizacja energii dobiega końca. Jeśli stres jednak dalej narasta, uruchamia się reakcja łańcuchowa, wymagająca od nas jeszcze większych zasobów energii. Tym sposobem wychodzimy z okna tolerancji. Teraz włączą się reakcje przetrwania: walka lub ucieczka. Jeśli doprowadzą one do rozwiązania sytuacji lub naszego ratunku, reakcja stresowa zostaje zatrzymana i poziom napięcia spada. Wracamy do okna tolerancji. Ale kiedy to się nie uda i dalej będziemy postrzegać sytuację jako ryzyko, dojdzie do zastygnięcia lub całkowitego unieruchomienia organizmu. Jeśli tylko przetrwamy, to stąd także da się wrócić do okna tolerancji. Droga powrotna od unieruchomienia do stanu równowagi trwa dłużej niż droga od mobilizacji do okna tolerancji, ponieważ nasz organizm ograniczył do minimum wszelkie wydatki energetyczne.
Sytuacje zmuszające nas do opuszczenia okna tolerancji na radzenie sobie ze stresem mają potencjał do działania traumatyzującego, tym większy, im dłużej i im częściej jesteśmy na nie wystawieni. Są tak intensywne i przytłaczające, że jest nam je znacznie trudniej przepracować niż inne doświadczenia. Trauma nie wynika więc z samego doświadczenia, lecz przede wszystkim z niemożności przepracowania go.
Konsekwencją dla osób ocalałych jest rozwój zaburzeń określanych mianem skutków traumy, objawów pourazowych lub zespołu stresu pourazowego. Te skutki i objawy znów obejmują szerokie spektrum, sięgając od samoistnie nawracających obrazowych lub emocjonalnych fragmentów wspomnień (flashbacks) przez stany lękowe i depresję aż po choroby przewlekłe, problemy z samooceną i trudności w tworzeniu więzi.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Wstęp
1. Życie to związek
O zdrowotnej sile bycia widzianym
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
