Uliczki starego Tunisu - Hasan Nasr - ebook

Uliczki starego Tunisu ebook

Hasan Nasr

3,3

Opis

Hasan Nasr, urodzony w 1937 roku w Tunisie, należy do pierwszego pokolenia pisarzy niepodległej Tunezji. Akcja niniejszej powieści toczy się w Dar al-Baszy, starej dzielnicy Tunisu, której czasy świetności dawno już minęły. Bohater spędził tu swoje niewesołe dzieciństwo w domu despotycznego ojca. Teraz wraca po czterdziestu latach wędrówki po świecie, snując refleksje na temat mijającego czasu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
0
1
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AStrach

Dobrze spędzony czas

Orient, kawa i przygoda.
00

Popularność




Tytuł oryginału

Dar al-Basza

Redakcja i korekta

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

Skład i łamanie

Magdalena Dziekan

© Copyright Dār al-Ğanūb li-an-Našr 1994

© Copyright for the Polish edition and translation by

Wydawnictwo Akademickie DIALOG 2001

Książka przetłumaczona i wydana dzięki pomocy Europejskiej Fundacji Kultury w ramach programu realizowanego z udziałem wydawców różnych krajów europejskich.

Seria „Mémoires de la Méditerranée” – ukazująca się w językach: angielskim, francuskim, hiszpańskim, holenderskim, katalońskim, niemieckim, polskim, szwedzkim i włoskim – przedstawia wspólne dziedzictwo kultury arabskiej w wielu jej aspektach.

ISBN (ePub) 978-83-8002-589-9

ISBN (Mobi) 978-83-8002-593-6

Wydawnictwo Akademickie Dialog

00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel./faks 620 87 03

e-mail: [email protected]

http://www.wydawnictwodialog.pl/

Wydanie elektroniczne, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej:

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

OD TŁUMACZKI

Podział tekstu powieści „Uliczki starego Tunisu” nawiązuje do podziału tekstu koranicznego. Jak wiadomo, Koran dzieli się na rozdziały (sury), których jest sto czternaście, a te z kolei dzielą się na wersety (arab. aja). Istnieją jednak inne podziały, związane z recytacją Koranu i uczeniem się jego tekstu. Kiedyś było ich wiele, obecnie najbardziej znany i stosowany jest podział na części (arab. dżuz). Sięga on IX wieku, kiedy, jak mówi tradycja, Abu Bakr Ibn Ajjasz podzielił Koran na trzydzieści równych części, co odpowiadało liczbie dni w miesiącu księżycowym. Każda część (dżuz) dzieli się na dwie partie (arab. hizb, l.mn. ahzab), czyli w Koranie jest sześćdziesiąt hizbów. Z kolei każdy hizb dzieli się na cztery ćwiartki (arab. rub), których jest dwieście czterdzieści.

Powieść składa się z czterech części. Pierwsza część, „Al-Fatiha” (Otwierająca), nawiązująca nazwą do I sury Koranu, zatytułowana „Świat barw” stanowi pierwszą ćwiartkę tekstu. Druga część, „Ar-Rub” – Ćwiartka, zatytułowana „Oni zapytają ciebie o góry”, stanowi drugą ćwiartkę. Trzecia część, „An-Nisf” – Połowa, pod tytułem „Czas włóczęgi”, to trzecia ćwiartka. Czwarta część, „Ar-Rub al-achir” – Ostatnia ćwiartka, pod tytułem „Szum ciszy” jest ostatnią ćwiartką tekstu. Tak więc cała powieść to jakby jeden hizb, czyli jedna sześćdziesiąta część Koranu.

I

Arteria Al-Basza przedziera się poprzez labirynt uliczek starego Tunisu, pogrąża się w jego głębiach, rozpościera długie ramiona, dochodząc od zachodu do Bab al-Banat, a od wschodu do placu Ramadana Beja, stamtąd biegnie do pałacu Kasby i meczetu Az-Zajtuna i wreszcie przecina teren rozdzielający Ar-Rabat, czyli część wychodzącą za mury miasta i jego serce – tętniący życiem i ogromnym ruchem bazar.

Wchodzisz do dzielnicy Dar al-Basza i od razu czujesz specyficzny zapach wonności i przenikliwe, mocne zapachy przypraw. Przechadzasz się po zakątkach i zaułkach, długo przyglądasz się placykom. Feeria barw, delikatne światła przenikające jakby między palcami dłoni Dar al-Baszy, do oczu okien po obu stronach ulic, szpar drzwi i na dachy domów.

Chodzisz pod nisko sklepionymi łukami, zaułkami przykrytymi kopułami, mijasz kolumny o pięknych kapitelach, wrota pełne różnokolorowych świetlnych linii i ornamentów.

Życie płynie wolno i radośnie w tych stłoczonych domach, stojących naprzeciwko siebie, drzwi w drzwi, za zakratowanymi, wykuszowymi oknami, wiszącymi nad ulicą jak wielkie, zielone żyrandole. Ściany oblane słońcem, wysokie, drzwi nabijane gwoździami o czarnych, wystających łebkach, żelazne obręcze zwisające jak gałęzie nad okrągłymi kopułami przypominającymi sterczące piersi dziewic.

Tak oto Murtada asz-Szamich krąży między placami dzielnicy Dar al-Basza. Wraca do niej po długiej nieobecności, czterdziestu lat albo i więcej, z odrodzonym sercem, wdychając jej dawny aromat. Zatrzymuje się i przypatruje uważnie miejscom, które go odrzuciły, których ogień go sparzył, a w których kiedyś żył. W głębi duszy odzywają się echa przeszłości: ludzie, głosy, zdarzenia, domy, stare melodie wypływające z serca.

Penetruje miejsca, które otworzą mu drzwi do przeszłości, żeby mógł przewracać kartki i czytać od nowa.

Jakiś błąd… W jego pierwszym życiu musiał się zdarzyć jakiś błąd, trzeba go szukać, dopóki się nie znajdzie. Ten błąd wpływał potem na kształt jego życia, szedł za nim wszędzie, był w każdym miejscu i o każdym czasie. Różnie go nazywał, raz mówił, że ściga go przekleństwo, innym razem, że to zły los, a kiedy indziej, że spadło na niego nieszczęście. Może pamiętacie z lekcji arytmetyki, że każdy najmniejszy błąd w działaniu podstawowym prowadzi zawsze do błędnego wyniku, nawet jeżeli obraliśmy prostą drogę rozwiązania.

Błąd zawsze w końcu prowadzi do błędu.

Depresja i zniechęcenie, które go prześladowały w różnych okresach życia, musiały mieć jakąś przyczynę. Był to z pewnością efekt tego pierwszego błędu, którego nie próbował naprawić, przekonany, że przekroczył odległość, która już nie pozwala na rewizję i że czynniki przestrzeni i czasu w końcu błąd zetrą. Ale zdarza się, że odległość i czas jeszcze zwiększają ciężar tego pierwszego błędu, zupełnie jak obtarte stopy od noszenia ciasnych butów: utrudniają chodzenie, krwawią, dopóki się nie zmieni butów na nowe, wygodniejsze.

Murtada asz-Szamich szedł podcieniami ulicy Dar al-Baszy, myśląc:

Oto most z przeszłości do teraźniejszości, z wygnania do wygnania; musisz go przekroczyć. Przyszedłeś tu bez radości, uciekłeś z tego miejsca i tu właśnie wracasz, poszukując sensu. Zwolnij, jeśli możesz, nie śpiesz się, zostaw sprawy swojemu biegowi; całej ziemi nie przemierzysz, nie osiągniesz szczytów.

II

Wzięła go za rękę i poprowadziła przez dzielnicę Al-Halfawin, którą doszli do Bab Suwajka, skąd przeszli na bazar. W nieprzebranym kolorowym tłumie, wśród krzyku sprzedawców, różnorodności towarów i ozdób chłopiec zapomniał o niepokoju, napięcie ustąpiło, poddał się całkowicie światu barw, ludzi i rzeczy.

Skręcili do zawiji Sidi Mahriza i weszli w obszerny, zadaszony korytarz prowadzący do mauzoleum. Było to schronienie biednych, chorych i pomylonych. Zadziwiający obraz. Głośno płaczące dzieci, kobiety w starych, zniszczonych abajach błądzące jak zjawy lub siedzące pod ścianami, patrzące przed siebie otępiałym wzrokiem. Sterty śmieci, stosy odpadków, podarte maty, brudne sprzęty, porozrzucane naczynia, podłoga pokryta odchodami, porozlewana woda, siusiające dzieci, brud, krosty, krzyk, płacz. Pod ścianą stoi jakaś zgięta w pół staruszka, inna drepcze, podpierając się laską, jakaś kobieta woła córkę Sadijję, inna karmi dziecko piersią. Obok grupa rozzłoszczonych, kłócących się, plujących na siebie kobiet, wyzywających się wulgarnymi słowami i przekleństwami, wymachujących rękami…

Przeszli przez ten długi korytarz i weszli wielką bramą do mauzoleum Al-Wali as-Saliha Sidi Mahriza. Było to duże pomieszczenie wyłożone białym marmurem, ściany pokryte kolorowymi kafelkami niknęły pod wysoką, obszerną kopułą. Ciocia Mundżijja podeszła do studni w rogu sali, przy której siedziała kobieta zajmująca się rozdawaniem wody zwiedzającym. Zdjęła z twarzy zasłonę, czoło miała zroszone potem, podwinęła rękawy, chwyciła wiadro i nachyliła się nad białym, marmurowym basenem. Zimną wodą zlewała sobie twarz i ręce, gasząc żar letniego upału. Potem napełniła wodą gliniane naczynie i podała chłopcu. Chłopiec wypił, ona też się napiła, następnie z kieszonki na pełnej piersi wyciągnęła chusteczkę, wytarła twarz i ręce i podeszła do grobowca Wali as-Saliha. Przed wejściem zdjęła buty i szła ostrożnie, z lękiem, na palcach. Chłopiec poszedł za nią.

Ściany wielkiej sali były pokryte aż do sufitu zielonymi księżycami w jasnopomarańczowych kwadratach. Nad białą posadzką wznosiła się owalna kopuła opierająca się na kryształowych symetrycznych łukach, z których wydobywało się światło rozprzestrzeniające się po całej sali. Po jednej stronie znajdowała się biała klatka z żelaznej, wspaniale zdobionej kraty, pośrodku której stał grobowiec otoczony drewnianym ogrodzeniem w jasnozielonym kolorze.

Ciocia Mundżijja stanęła przed grobowcem, szepcząc modlitwy. Paliły się świece, gałązki aloesu rozsiewały mocny, ostry, kadzidlany zapach. Kobiety niosły ofiary. Do prętów kraty grobowca przywiązane były różne kawałki kolorowych tkanin, obok kraty wisiały sztandary, proporce, leżały rzędy książek do modlitwy, równo ułożone egzemplarze Koranu, rozesłane dywany, stały lampy, różnorodne wielkie żyrandole wisiały pod wysoką kopułą, na ścianach obrazy, na których zapisano złotą farbą piękne imiona Boga, wersety z Koranu i inne napisy, a także talizmany; mocno pachniało wonnościami. Zmęczone kobiety, które przyszły wczesnym rankiem, rozkoszowały się widokiem zielonych kolumn, wysokiej kopuły, wyrażały w modlitwach swoje gorące pragnienia, jedne trzymały się prętów krat, inne opierały o drewniane ogrodzenie, jeszcze inne stały całkowicie zagłębione w modlitwie.

Chłopiec przyglądał się klęczącej kobiecie, która uchwyciła się kraty i wznosiła błagalne modły do świętego, a łzy ciekły jej po policzkach: „O, Sidi Mahrizie, ukochany, święty, przyszłam do ciebie, Sidi, żeby się poskarżyć na swoje życie, ulżyj mojemu smutkowi, chroń mnie, zniszcz tyrana, ciemięzcę, oświeć mnie w moich prawach, bo jestem udręczoną sierotą, ty jesteś moim panem i świętym…”.

Słuchał tego błagania i patrzył na nią ze zdziwieniem. Stanął mu przed oczami obraz matki i jej siostry Dalili stojących w kącie podwórza w pobliżu drzwi wejściowych pod rynną, płaczących i krzyczących, i ich wuja bijącego je po twarzy, aż podskakiwała na nim dżubba. Współczuł tej kobiecie, podszedł do niej i pociągnął ją za suknię. Może chciał zobaczyć ją z bliska, a może próbował jej dotknąć, żeby ją pocieszyć. Ale ona nic nie poczuła, łzy ciekły jej po twarzy, nie zwracała uwagi ani na niego, ani na to, co się dzieje dokoła, nic nie czuła, nic nie widziała.

Ciocia Mundżijja odmówiła Al-Fatihę i zaczęła przedzierać się w kierunku wyjścia z mauzoleum drogą, którą przyszli. Włożyła buty i znowu wzięła go za rękę, idąc długim zadaszonym korytarzem pełnym ludzi.

Od kiedy zabrała go od matki i wyszła z domu, szedł w milczeniu napełniony strachem. Dopiero teraz nagle zapytał:

– Dokąd idziemy?

– Jak to dokąd? Przecież ci mama powiedziała, że do domu weselnego. Nie wierzysz? No, chodź już i nie zadawaj pytań.

Szli dalej w tłumie przez bazar Sidi Mahriza. Zajęta była oglądaniem gdy zawołał ją jakiś mężczyzna:

– Widzę, że chodzisz sobie po bazarze, dokąd idziesz?

Odwróciła się w jego stronę zmieszana.

– Och, Salih al-Fajjasz, skąd się tu wziąłeś?

Odeszli na bok i zaczęli rozmawiać. Salih al-Fajjasz był średniego wzrostu, miał duże, czarne oczy, gęste brwi, mały czarny wąsik, ubrany był w długą dżubbę bez rękawów w czarnoczerwone pasy, zsuniętą na jedno ramię. Wpatrywał się w chłopca szeroko otwartymi oczami, a po chwili pogłaskał go po głowie:

– A więc to jest syn Abd al-Dżabbara.

W tym momencie ciocia Mundżijja odsunęła chłopca, tak żeby nie słyszał ich rozmowy, odwróciła się i zaczęła posuwać się środkiem bazaru, a jej głos ginął w gwarze. Tymczasem Salih al-Fajjasz kupił ciasteczka z ziarnem koriandru i podał chłopcu z wyrazem wielkiego współczucia na twarzy.

– Masz, Murtada, weź to. Masz na imię Murtada, prawda?

Ale Murtada nie chciał przyjąć ciastka. Ciocia Mandżijja szturchnęła go w plecy i kazała mu je wziąć.

– Weź. Nieładnie odmawiać starszemu.

Chłopiec wziął ciastko, Salih al-Fajjasz pocałował go w czoło, a jej kazał dobrze go traktować. Potem pożegnał się i zniknął w tłumie.

Murtada trzymał ciastko, ale nawet go nie spróbował. Był tak zgnębiony, że w ogóle nie mógł myśleć o jedzeniu ani o piciu. Podejrzewał coś niedobrego, w głosie kobiety wyczuł fałsz, zaniepokoił go ten ruch odgradzający go od Saliha al-Fajjasza, żeby nie słyszał ich rozmowy. Szli dalej, zatrzymała się przy straganie z perfumami i pudrem, długo się targowała ze sprzedawcą i odeszła bez niczego. Potem weszła do sklepu z tkaninami i ubraniami. Sprzedawca przywitał ją z uśmiechem i zaczął rozkładać przed nią materiały w najróżniejszych kolorach i deseniach, zwijał je i rozwijał, pokazywał w świetle i w cieniu, a ona oglądała i przewracała, wreszcie wyszła, wzięła chłopca za rękę i poszli dalej przez to, co się dokoła dzieje: mężczyzna pcha wózek, inny niesie na głowie kosz, żebrak prosi o jałmużnę, ślepiec stuka laską o ziemię, sprzedawcy krzykiem zachęcają do kupowania towarów: jeden parasoli, inny wachlarzy, jeszcze inny – perfum, pachnideł, wody różanej: oto idzie jakiś pośrednik, sprzedawca wody, kadzideł: bazarowy pocieszyciel i rozśmieszacz rzuca jakieś zabawne słowo i szybko przechodzi; orkiestra dęta zmierza w kierunku Sidi Mahriza, za nią idzie obrzezany chłopiec w jasnym stroju otoczony grupą dzieci, które śpiewają:

Chwalcie Boga,

Wychwalajcie Pana,

Módlcie się za Muhammadem.

Ale wkrótce skręcili w ulicę, która była spokojniejsza i cichsza. Zniknął świat kolorów i ruch, ręce przestały się pocić. Skręcili znowu w jakąś boczną uliczkę, a następnie szli wąskimi krętymi zaułkami, smutnymi i pustymi. Chłopiec był milczący, roztargniony i smutny. Żałował, że nie idą już ruchliwymi hałaśliwymi ulicami; dla niego cały świat mógłby być jednym wielkim bazarem.

Tymczasem przemierzali wyludnione ulice, aż w końcu zauważył, że skręcają w Dar al-Basza. Poznał to miejsce natychmiast i serce zastygło mu w piersiach. Przed oczami miał szkołę dla dziewcząt z ogromną żelazną bramą, sztachetami ogrodu i gałęziami zwisającymi na ulicę. Otrzeźwiony rozejrzał się dokoła i szarpnął rękę, chcąc ją wyrwać z ręki starej kobiety i chyba uciec, ale wyczuła to i przytrzymała ją mocno.

– Gdzie chcesz uciec, co? – spytała sucho. – Słyszałeś, co mówiła matka przed wyjściem, masz mnie nie puszczać ani na chwilę.

Przeraził się. Miała głos nieprzyjemny, a spod hidżabu wyzierała twarz okrutna o obwisłych policzkach, która zwykle miała wyraz łagodności i miłości. jego ręka znowu zadrżała, palce zaczęły się szamotać niczym ptak w klatce, jakby chciały pofrunąć. Ale dokąd? Klatka była mocna.

– No, widzę że już poznałeś to miejsce.

– Dokąd mnie prowadzisz? – spytał ze spazmem w gardle.

– Do ojca.

Powiedziała to tak stanowczo, że chłopcu odpłynęła krew z twarzy, jakby uszło z niego życie.

– Nie, nie chcę tam iść – język mu się plątał – chcę do mamy, zaprowadź mnie z powrotem do mamy.

Wybuchnął płaczem, który niósł się echem po całej Dar al-Baszy. Zaparł się i zaczął wyrywać z ręki kobiety, ale gdzie tam, trzymała go żelaznym uściskiem.

– Nie rób mi wstydu na ulicy – krzyczała – chodź natychmiast, bo jak nie, to wszystko opowiem ojcu.

Ciągnęła go tak silnie, że o mało nie urwała mu ręki.

Zbliżało się południe, słońce błyszczało na białych ścianach, światło zaglądało do najdalszych kątów, upał dochodził do szczytu i bieg dnia codziennego był już w pełni, ruch panował wielki, jak zwykle, zasłonięte kobiety, mężczyźni w imamach i tarbuszach, kroki wolne, kroki szybkie, wędrowni handlarze… Ciocia Mundżijja zlana potem, zasapana z gorąca wlecze za sobą chłopca, nie spuszczając go z oka. Spocona rączka wyślizguje się z jej dłoni, próbuje ją przytrzymać i przyśpiesza kroku. Czarna tkanina ciasno oblepia twarz, a safsari, którym jest owinięta, krępuje jej ruchy, ale jest zdecydowana dostarczyć ojcu jak najszybciej rozszlochanego chłopca i zakończyć swoją misję, jest jedynym łącznikiem między dwoma rodzinami od rozwodu jego rodziców, jako swatka i fryzjerka na weselach ma wstęp do wszystkich domów, zna wszystkie rodziny i nie odmawia wykonywania nawet tak delikatnych misji jak ta. Ale to dziecko, które cały czas płacze, zaczyna ją drażnić. I do tego ten upał.

– jak nie przestaniesz płakać, to im wszystko opowiem, jak się zachowywałeś – mówi zniecierpliwiona.

Ogarnia go strach, że naprawdę może się im poskarżyć na niego, bo głos ma surowy i zdecydowany. Połyka łzy, które dławią gardło, czuje słony smak w ustach, milknie i zamyka się w sobie. Odcięty od czarownego świata kolorów, zaczyna patrzeć na życie czarno. Ciągle ma w pamięci poprzednie doświadczenia, nie może ich zapomnieć mimo upływu czasu.

Tego wieczoru, gdy słońce opasało już cieniem podwórze domu, beztrosko bawił się z innymi dziećmi. Matka, jej siostra, babcia, żona wujka i ich córki siedziały kołem wokół tacy z herbatą. Na środku tacy stał czajnik na palniku. Co chwila wybuchały głośnym śmiechem unoszącym się do nieba. Nic nie mąciło jego radości. Pamięć miał ciągle czystą, przezroczystą jak górskie jezioro, którego nikt nie odkrył i którego powierzchni nie dotknęła ręka człowieka. I wtedy ktoś nagle zapukał do drzwi. Pierwszy popędził je otworzyć i pośpieszył do matki, żeby przekazać jej wiadomość. To był jeden z tych kamyków rzuconych na spokojną powierzchnię, który spowodował wzburzoną falę. Kobiety spojrzały po sobie i rozbiegły się na wszystkie strony, koło się rozerwało. U drzwi wejściowych zobaczyły niewiastę o wielkich oczach i podeszły ostrożnie, żeby ją przywitać. Miała na ramionach jedwabne safsari, szła majestatycznie, prawie nie dotykając ziemi. Kiedy ją matka zobaczyła, zmieszała się, nogi się pod nią ugięły i głos drżał, kiedy wymieniały pozdrowienie. Odeszła na bok zupełnie opadła z sił, a potem, tak żeby kobieta nie widziała, szepnęła mu do ucha:

– To twoja babcia, przyszła, żeby cię zabrać do ojca.

Dziecko nie było przygotowane na taką niespodziankę, w ogóle nie było przygotowane na zrozumienie tak skomplikowanej sprawy, jak ma pójść z tą babcią, o której nic nie wie? Patrzyła na niego sucho tymi wielkimi oczami, nie uśmiechając się ani nie okazując radości. Przyprowadzili go do niej, a ona przysunęła obojętnie policzek, żeby ją pocałował. Nic do niej nie czuł: ani miłości, ani nienawiści, ani bliskości, ani obcości. Po prostu inna osoba, inny charakter, ktoś zupełnie różny od matki. Może właśnie ta inność była powodem, że matka i ojciec się rozstali. Ich małżeństwo trwało tylko dwa miesiące, a potem był rozwód. Kobieta przypominała pomnik z wosku albo z kości słoniowej, drewnianą lalkę o dużych, niebieskich oczach wydającą obcy, jakby z głębi studni głos: w kącikach jej ust czaił się niepokój. Siedziała majestatycznie, jak namalowana na plakacie, ale nie było w niej ciepła. Babcia. Zupełnie niepodobna do innych babć. Kiedy się do niej zbliżasz, czujesz niepokój; on znał tylko reakcje matki. Co ona sobie myśli, ta babcia? Po co tu przyszła?

Mama odeszła z nim na bok i opowiedziała mu o niej, ozdabiając obraz i malując w takich barwach, że go przekonała. To był podstęp. Wyszedł z nią, ale zaledwie zrobił parę kroków, rzucił się do tyłu, nie zdając sobie sprawy, że ten pomnik z wosku jest twardy jak stal. Chwyciła go mocno za rękę, ciągnąc za sobą wybrukowaną ulicą. Krzyczał i płakał, aż w końcu ugryzł ją w rękę i podrapał, za co go zbiła i poszczypała. Matka, zapłakana, oglądała tę scenę przez szparę w drzwiach. Zachowanie kobiety wydało jej się okropne i poniżające, nie wytrzymała, wybiegła i wyrwała chłopca z jej szponów, zarzucając babce okrucieństwo. Weszli do domu i tu dopiero uspokoiła się, a chłopiec wrócił do zabawy z dziećmi. Ale jeszcze tego samego wieczoru znowu zapukano do drzwi. Tym razem był to mężczyzna, miał zmarszczone czoło i budzący strach wzrok. Powiedzieli, że to ojciec. Chwycił chłopca, wyniósł go bez słowa, posadził przed sobą na starym, zdezelowanym rowerze. Jechali cichymi, pustymi, bezbarwnymi i smutnymi ulicami. Przez całą drogę chłopiec prawie płakał z powodu bólu w plecach; było mu niewygodnie i trzęsło nim na wyboistej drodze, bał się jednak cokolwiek powiedzieć. To był początek, pierwszy ból z tych, na jakie był narażony i jakie musiał wytrzymywać.

Wślizgnął się do tego domu, w którym nigdy przedtem nie był i nie znał nikogo z jego mieszkańców, wszedł do środka nie zatrzymywany przez nikogo, tak jakby nikogo w tym domu nie było. Ani głosów, ani ruchu. Nagle napotkał wzrok tej kobiety o wielkich oczach siedzącej po turecku na macie koloru ziemi, samej w altanie na środku podwórza. Zatrzymał się z wahaniem, a potem poszedł w jej kierunku, bo nikogo poza nią nie było. Spojrzała na niego złym wzrokiem, tak że się zatrzymał zmieszany w połowie drogi, nie wiedząc, co robić i czego od niego chcą. Nie było nikogo, z kim mógłby porozmawiać, więc usiadł pod ścianą, jakby się chciał ukryć, i stamtąd śledził ruchy mężczyzny, który go tu przywiózł i o którym mówili, że to jego ojciec. Tamten wszedł bez słowa do domu, po czym wyszedł na podwórze, z kijem w ręku. Chwycił chłopca za nogi i podniósłszy go do góry, bił mocno, a potem rzucił na ziemię wijącego się z bólu. Murtada nie wiedział, za co go to spotkało. Przylgnął do zimnej, mokrej ściany i zatopił się w sobie. Od tego dnia zrozumiał, że na tym świecie nie znajdzie czułości, i w jego sercu zagościł strach, który pozostał na całe życie i trwał bez przerwy.

To okrutne doświadczenie, które przeżył przy pierwszym spotkaniu z ojcem, kiedy miał niecałe pięć lat, zostawiło głęboki mroczny ślad w jego duszy, wycisnęło piętno smutku na jego charakterze, nauczyło ukrywać wszystko i milczeć. Gorycz tego przeżycia ciągle trwała, nawet kiedy oddali go matce na czas wojny; toczyła się wtedy II wojna światowa między państwami osi a aliantami. Pod koniec 1 942 roku wojna rozszerzyła się na ten spokojny kraj i objęła go od krańca do krańca. Cierpieli niewinni ludzie, a miasto Tunis zaznało nalotów, zniszczeń i śmierci, jego mieszkańcy uciekali gromadami, ratując własną skórę. Osiedlali się w pobliżu grobów świętych Bożych, Sidi Ali al-Hattaba, Sajjidy al-Manubijji i w okolicznych miejscowościach jak Hammam al-Lif koło Sidi Buriga. Chcieli być blisko Sidi al-Munassafa Beja, który wybrał sobie to miejsce na tymczasowy pobyt, potem, jak siły sprzymierzonych zagwarantowały neutralność miasteczka Hammam al-Lif i okolicznego regionu. Ludzie powtarzali wtedy:

O Boże Miłosierny, który zesłałeś Koran,

Bądź miłosierny dla nas w tym, co na nas zsyłasz.

Prosimy Cię na Koran

I na Tego, którego nam przysłałeś.

Ale wojna, która unicestwia wszystko, zniszczyła też miejsca chronione; dosięgła pałacu Beja – runął w posadach. Kto wie o tej tragedii? Kto zliczy niewinne ofiary? Wszystko, co się działo w tym czasie, załamało przekonania ludzi i zachwiało zakorzenionymi w nich wyobrażeniami. Państwa osi zerwały umowę i w końcu wykorzystały miasto Hammam al-Lif jako bazę wojenną – w początkach maja 1943 roku działania objęły południową część kraju. W pamięci chłopca pozostały żywe obrazy przesuwające się jak migawki z wojny. Pamięta, jak któregoś dnia zawyły dziko syreny i wszystkich w domu ogarnął strach; zaczęli biegać tam i z powrotem, bez celu. Wujek schował się pod ścianą i wyciągniętą ręką pokazywał coś na niebie nad podwórzem. Chłopiec zobaczył jak na dłoni czarny samolot, za którym leciały następne, błyszczące ołowiem. Szybko zniknęły, a po chwili rozległ się silny wybuch, od którego zadrżały mury domu. Innym razem, w nocy, matka zabrała go z łóżka i zaniosła do betonowego schronu, który nazywano As-sabat, wsunęła się z nim po ciemku między zebranych tam mężczyzn i kobiety. Pamięta, że ich sąsiad Salah wziął go od matki i trzymał na ramionach aż do końca alarmu. Po jakimś czasie całą ulicę obiegła smutna wiadomość, że Salah zginął podczas nalotu na lotnisko Al-Awina. Widział, jak matka płakała. Inny obraz wśród wielu, które wbiły mu się w pamięć, to wkroczenie Anglików. On i matka zakończyli swoją ucieczkę przed wojną u jednego z krewnych w Bab Sidi Abd as-Salam. Tego wieczora żołnierze angielscy zniszczyli drzwi domu, próbując je wyrwać, wrzeszczeli i zaczepiali wszystkich w swym dziwnym języku, pijani, rozbuchani żądzą szukali kobiet. Mieszkańcy domu zbili się w gromadę w milczeniu i ciemności, serca im waliły ze strachu. Ale wojna się skończyła, albo raczej skończył się jeden z jej rozdziałów, tunezyjski, i nadszedł czas powrotu z tej przyjemnej podróży-ucieczki przed wojną w towarzystwie matki. Przenosili się z dzielnicy Al-Halfawin do Sajjidy Manubijji i z Bab Sidi Abd as-Salam do miejscowości Hamam al-Lif, miasteczka wyrosłego na stoku góry jak biała lilia, między morzem a górami Bukrinin. To było zachwycające miejsce, położone na skrzyżowaniu kierunków wiatrów, na drodze łączącej północ z południem kraju. Fascynowała go symetria jego ulic, pośrodku piękny plac, od którego rozchodziły się wszystkie ulice i do niego wracały, rzędy palm rosnące po obu stronach głównej ulicy, łaźnie z wodami mineralnymi, dworzec kolejowy, pałac Beja, wspaniała plaża, na którą zabierała go matka i gdzie biegał boso po uliczkach i po plaży całe dnie. Tutaj po raz pierwszy zobaczył morze szerokie, niebieskie aż po horyzont. Promieniał z radości i zdumienia. Fale biły o brzeg, dzieci bawiły się, zagłębiając bose stopy w piasku, znajdując muszle. Przepiękne miejsca, niezliczone widoki, obrazy, które nigdy się nie zatrą.

Czy matka go zdradziła i wyrzekła się go, gdy powiedziała: „Pójdziesz z ciocią Mundżijją do domu pana młodego, ja do was dołączę później, bo mam parę spraw do załatwienia”. Od jakiegoś czasu rozmawiały przy nim o domu pana młodego, przygotowując go do tego. Utkały nici opowieści i nakreśliły wszystko po mistrzowsku. Teraz już znał sekret tych ruchów i szeptów, ukradkowych spojrzeń i tego, co ukrywały serca, i innych rzeczy, które wywoływały jego wątpliwości lub podejrzenia. Dopiero teraz zrozumiał ten smutny ton w głosie matki, kiedy żegnała go przed drzwiami domu, oddając w ręce cioci Mundżijji. Na pewno zrobiła to pod naciskiem swojego stryja, którego rozkazom nie mogła się sprzeciwiać. Ciągle przecież powtarzał jej po cichu: „jak długo ten dzieciak zostanie z tobą? Chcesz go wychować sama, bez ojca, odeślij go do niego i znajdź sobie innego męża, który będzie się tobą opiekował, nie chcesz chyba całe życie spędzić tak jak teraz. Ja już nie mogę podołać wszystkim wydatkom”. Ale stryj zawsze tak mówił, a kiedy nadchodził decydujący moment, serce mu miękło i wycofywał się. Mówił tak, nawet kiedy jeszcze nosiła go w brzuchu, nie chciał jej do siebie przyjąć i musiała mieszkać jakiś czas u wuja ze strony matki, z którym wcześniej nie miała żadnego kontaktu i któremu nie ufała, a on w ogóle się nią nie interesował ani nie darzył jej żadnym uczuciem. Miał bardzo despotyczną żonę, która wykorzystywała ją przy każdej okazji, traktowała prawie jak służącą, kazała jej zajmować się domem, sprzątaniem podwórzy i praniem. Dała jej opuszczony pokój na strychu, do którego prowadziły wysokie, wąskie schody, po których ciężko jej było wchodzić z dużym brzuchem. Kiedy zbliżał się czas rozwiązania, babcia poprosiła stryjka, aby pozwolił jej wrócić. Stryj się zgodził, ale pod warunkiem, że zaraz po porodzie odeśle dziecko do ojca. Mimo goryczy w głosie był stanowczy. W dniu porodu Jamina zatkała sobie uszy i powiedziała do osób, które były koło niej i do jej siostry Dalili: „Dalila, zabierz stąd dziecko jak najdalej, żebym nie słyszała jego krzyku, ono i tak zostanie w moim sercu. Niech je wywiozą daleko, nie chcę słyszeć jego płaczu…”.

Kiedy stryj usłyszał te słowa, znowu zmiękło mu serce i przyszedł pod drzwi pokoju blady i drżący ze wzruszenia i powiedział: „Zostaw dziecko przy sobie, Jamina, jeśli starczy chleba na cztery osoby, starczy i na więcej”.

Jamina przytuliła niemowlę do piersi, nie wierząc własnym uszom. To była radosna niespodzianka. Natychmiast zaczęto szukać czegoś, w co by można było dziecko zawinąć, ale niczego takiego nie było. Dalila ściągnęła z łóżka kapę i podarła ją na kawałki. W sercu matki znów zagościła nadzieja, jej twarz jaśniała radością i cały dom ogarnęła radość. Stryj zawsze miał miękkie serce, ale tym razem został całkowicie pokonany. Był dobrym człowiekiem, choć życie miał ciężkie, pracę trudną, a liczna rodzina musiała być nakarmiona i miała też inne potrzeby. Nie miał nikogo do pomocy, nikt nie dźwigał z nim ciężarów życia, toteż czasami zmuszony był surowo potraktować osierocone przez brata dwie córki. Szybko jednak wszystko wracało do normy. Utrzymywał rodzinę z pracy własnych rąk, był tkaczem, w jednym pokoju w domu ustawił warsztat i siedział tam cały dzień zgięty wpół, słychać było tylko stukot warsztatu, a potem nosił tkaniny na targ. Praca nie przynosiła wielkiego dochodu, ale mimo biedy i ciężkiego życia w domu było wesoło, beztrosko i bezpiecznie.

Ciocia Mundżijja trzymała chłopca mocno za rękę i przyśpieszyła kroku, a on szedł pokornie, wiedząc, że nie ma co walczyć, skoro matka tak chciała. Prowadziła go do ojca w dobrej wierze. Musiała się go pozbyć. Może już nie mogła więcej walczyć ze stryjem, ale dlaczego zrobiła to w ten sposób, oszukała go, nie próbując z nim porozmawiać ani go przekonać. Dlaczego go zdradziła? Do kogo teraz będzie mógł uciec? U kogo będzie szukał schronienia?

Oto dom, który znienawidził już za pierwszym razem, jest coraz bliżej, a jemu coraz mocniej bije serce. Zatrzymali się wreszcie przed drzwiami, a gdy zapukała do drzwi, zaczął się trząść ze strachu. Szukał jakiegoś bezpiecznego kąta, gdzie mógłby się ukryć i nie znalazł go, więc usiadł na kolanach cioci, która objęła go i gładziła po głowie, próbując uspokoić. Zapytała o ciastko, które mu kupił Salih al-Fajjasz w Sidi Mahriz. Wypadło mu z ręki po drodze. Ciastko zmieszane ze strachem nie smakuje.

IV