Uległość. Czwarta reakcja na traumę - Ingrid Clayton - ebook

Uległość. Czwarta reakcja na traumę ebook

Ingrid Clayton

0,0
51,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czy choć inni postrzegają cię jako silną osobę, ty czujesz, że w pewnych sytuacjach ulegasz, by czuć się bezpiecznie?

Uległość, czwarta – obok walki, ucieczki i zamrożenia – reakcja na traumę i zagrożenie, bywa wyjątkowo nieoczywista. Na ogół kojarzy się przede wszystkim z uprzejmością, elastycznością czy po prostu „miłym charakterem”. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to nieświadoma reakcja obronna wynikająca z naszych trudnych doświadczeń. Zachowujemy się w sposób uległy w rozmaitych sytuacjach, bo kiedyś, aby przetrwać, musieliśmy za wszelką cenę kogoś ugłaskiwać – rodzica, partnera, a może po prostu osobę stojącą wyżej od nas w hierarchii.

Jeśli:

• starasz się za wszelką cenę unikać konfliktów,

• ustępujesz innym, nawet gdy jesteś przekonany o swojej racji,

• masz tendencję do obwiniania siebie,

• traktujesz priorytetowo potrzeby innych, a nie swoje, i starasz się wszystkich zadowolić,

• jesteś nieustannie w trybie hiperczujności, wypatrując zewsząd niepokojących sygnałów,

• skupiasz się na spełnianiu oczekiwań otoczenia, a nie na byciu sobą,

ta książka jest dla ciebie.

Ciągłe przypodobywanie się innym – nawet swoim oprawcom – daje jedynie pozorne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. W rzeczywistości odbiera energię i sprawczość oraz uniemożliwia stawianie granic, a przez to także blokuje drogę do rozwoju. Ta książka pomoże ci zrozumieć, dlaczego w obliczu zagrożenia reagujesz uległością, oraz pokaże, jak uwolnić się z pułapki people-pleasingu i odzyskać siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 371

Data ważności licencji: 5/27/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kilka słów o historiach moich pacjentów

W książce tej opi­suję doświad­cze­nia moich sied­miorga klien­tów. Każ­demu z nich poświę­ci­łam osobny roz­dział, choć do ich doświad­czeń odno­szę się w wielu miej­scach tej książki. Są to praw­dziwe osoby, na któ­rych bar­dzo mi zależy i z któ­rymi pra­co­wa­łam od roku do 16 lat. Nie da się w pełni oddać spra­wie­dli­wo­ści im samym oraz pro­ce­sowi naszej wspól­nej pracy, a jed­nak, w kon­tek­ście ule­gło­ści, spró­buję się pod­jąć tego zada­nia.

Zazna­czam, że każda z tych osób iden­ty­fi­kuje sie­bie jako kogoś, kto ma skłon­ność do bycia ule­głym i potrafi spoj­rzeć na to z dystan­sem. Choć kie­dyś było to nie­moż­liwe, obec­nie osoby te są w sta­nie dostrzec tę cechę. Ze względu na naturę ule­gło­ści mogę opi­sać te doświad­cze­nia wyłącz­nie ze swo­jej per­spek­tywy, choć opi­suję rów­nież to, jak wyglą­dało życie moich klien­tów, zanim potra­fili nadać swoim prze­ży­ciom odpo­wiedni kon­tekst.

Mia­łam spore obawy przed popro­sze­niem osób, z któ­rymi pra­co­wa­łam, by podzie­lili się tak oso­bi­stymi doświad­cze­niami. Jed­nak cie­szę się, że się na to zdo­by­łam. Wszy­scy, któ­rych histo­rie tu opi­sa­łam, zgo­dzili się, zanim jesz­cze udało mi się dokoń­czyć pyta­nie. Roz­mowy z człon­kami mojej rodziny oraz przy­ja­ciółmi uświa­do­miły mi, że więk­szość ludzi ni­gdy nie sły­szała o zja­wi­sku ule­gło­ści, nie mówiąc już o wol­no­ści i prze­strzeni, które można odzy­skać po uwol­nie­niu się od tego pro­blemu. Moi pacjenci chcieli więc podzie­lić się swo­imi prze­ży­ciami, mając nadzieję, że w ten spo­sób pomogą innym. To, jak oni obna­żyli przede mną swe dusze, naprawdę mi pomo­gło, i to jesz­cze przed opu­bli­ko­wa­niem tej książki, nie tylko jako autorce, lecz także jako oso­bie, która przez całe życie zmaga się z ten­den­cją do ugła­ski­wa­nia i nie­ustan­nie wal­czy, by zyskać wię­cej wewnętrz­nej wol­no­ści.

Aby jak naj­peł­niej oddać istotę reak­cji ule­gło­ści, posił­ko­wa­łam się swoją wie­dzą oraz notat­kami z pracy z pacjen­tami, a także nagra­nymi wywia­dami z nimi oraz pisem­nymi ankie­tami. W tym pro­ce­sie czę­sto sły­sza­łam: „Wydaje mi się, że ni­gdy wcze­śniej ci tego nie mówi­łem”. Oka­zuje się, że zagłę­bie­nie się w doświad­cze­nia zwią­zane z ule­gło­ścią dało im nowy wgląd w sie­bie, prze­no­sząc uzdro­wie­nie w nowy wymiar. Dzięki temu, że „dla dobra czy­tel­nika” weszli w to tak głę­boko i świa­do­mie, byli w sta­nie wnik­nąć jesz­cze głę­biej we wła­sną wraż­li­wość. Powtó­rzę to: chęć pomocy innym dodała im odwagi, by zanu­rzyć się we wła­sne doświad­cze­nia, a wszystko po to, by podzie­lić się swą mądro­ścią wła­śnie z wami, dro­dzy czy­tel­nicy.

Jak pokaże ci ta książka, ule­głość ma swoją cenę. Nie mogę jed­nak nie wspo­mnieć o tym, że ma przy tym swoje plusy i potrafi wydo­być z nas to, co naj­lep­sze. Że nie­gdyś zapew­niała nam względne bez­pie­czeń­stwo i oca­liła nasze życie, kształ­tu­jąc przy tym nasze nad­zwy­czajne umie­jęt­no­ści.

Na koniec wyja­śnię tylko, że wszyst­kie imiona oraz cechy umoż­li­wia­jące roz­po­zna­nie moich klien­tów zostały zmie­nione, by chro­nić ich pry­wat­ność, lecz ich histo­rie i prze­my­śle­nia są jak naj­bar­dziej praw­dziwe. Nie sta­ra­łam się także wcho­dzić w rolę tłu­maczki ich doświad­czeń; pozo­sta­łam osobą, która miała zaszczyt je opo­wie­dzieć.

Część 1. Anatomia uległości

Część 1

Ana­to­mia ule­gło­ści

Rozdział 1. Czwarta reakcja na traumę

Roz­dział 1

Czwarta reak­cja na traumę

Czym jest ule­głość?

Gdy mia­łam 13 lat, uwiel­bia­łam prze­sia­dy­wać nocami w zewnętrz­nym jacuzzi. Miesz­ka­li­śmy wów­czas w Aspen w sta­nie Kolo­rado i kiedy w domu gasły świa­tła, bez pro­blemu roz­po­zna­wa­łam gwiaz­do­zbiory na roz­le­głym, ciem­nym nie­bie.

Pew­nej nocy dołą­czył do mnie mój ojczym, Randy. Nie spo­sób było go nie zauwa­żyć, gdy prze­mie­rzał taras, tupiąc nogami przy­po­mi­na­ją­cymi pnie drzew,. Patrzy­łam, jak wcho­dzi do jacuzzi, a jego spodenki przez chwilę wybrzu­szają się na wodzie, by zaraz pod nią znik­nąć. Następ­nie znów spoj­rza­łam w niebo, zasta­na­wia­jąc się, z którą wer­sją Randy’ego będę mieć dzi­siaj do czy­nie­nia: z tą, która zda­wała się mnie nie zno­sić, negu­jąc wszystko, co robię, czy tą miłą i życz­liwą.

Nie­cały rok wcze­śniej Randy, naj­lep­szy przy­ja­ciel mojego taty, został mężem mojej mamy i krótko po ślu­bie prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do niego, do odle­głego gór­skiego mia­steczka. Odizo­lo­wa­nie od przy­ja­ciół i rodziny w obcym, nowym miej­scu wpę­dziło mnie w stan szoku. Szybko zapa­mię­ta­łam numer do miej­sco­wej knajpy, bo tam wła­śnie czę­sto prze­sia­dy­wali nasi rodzice. Dzięki temu mój rodzony brat, mój przy­brany brat i ja mogli­śmy się przy­go­to­wać na nie­prze­wi­dy­walne sytu­acje, jakie czę­sto wyda­rzały się po ich powro­cie do domu.

Zasady panu­jące w nowym domu były umowne, zale­żały od humoru Randy’ego i nie­ustan­nie się zmie­niały. Z dnia na dzień potra­fiły się poja­wiać nowe wyma­ga­nia i bez względu na to, jak bar­dzo sta­ra­łam się je speł­niać, oka­zy­wało się to nie­wy­ko­nalne. A gdy mi się nie uda­wało, dosta­wa­łam szla­ban i nie mogłam wycho­dzić z domu przez całe mie­siące, w cza­sie któ­rych Randy karał mnie mil­cze­niem.

Jed­nak teraz, sie­dząc w jacuzzi, nie igno­ro­wał mnie ani nie kry­ty­ko­wał. Wyda­wało się, że ma dobry nastrój, co naprawdę przy­nio­sło mi ulgę. „Założę się, że chcia­ła­byś miesz­kać wśród gwiazd, co?” – rzu­cił z lek­kim śmie­chem, choć nie naśmie­wał się ze mnie. Jakby przy­zna­wał: „Wiem, że wola­ła­byś być gdzie­kol­wiek indziej – byle nie tu, nie ze mną – i to nic złego”. Jego słowa mnie roz­bro­iły i poczu­łam, że być może mogli­by­śmy być wobec sie­bie szcze­rzy. Mój twardy pan­cerz nieco zmiękł w gorą­cej wodzie i zachi­cho­ta­łam cicho, dłu­biąc języ­kiem w apa­ra­cie orto­don­tycz­nym.

Randy zapro­po­no­wał, żebym usia­dła mu na kola­nach, abym nie musiała zadzie­rać głowy, prze­ko­nu­jąc mnie, że łatwiej mi będzie patrzeć w niebo, gdy oprę głowę na jego klatce pier­sio­wej.

Po całym roku peł­nym nie­pew­no­ści pra­gnę­łam ponad wszystko poczuć się zaopie­ko­wana. Chcia­łam być czę­ścią szczę­śli­wej rodziny. Ode­bra­łam więc zachętę Randy’ego jako gałązkę oliwną, gest świad­czący o uczu­ciu ojczyma.

Prze­su­nę­łam się w jego stronę, usia­dłam mu na kola­nach i opar­łam głowę na jego klatce pier­sio­wej. Moje palce u stóp wysta­wały ponad bul­go­czącą wodę, a on ramio­nami przy­trzy­my­wał mnie w miej­scu. Teraz, gdy czu­łam się zako­twi­czona, zauwa­żona i doce­niona, moja czuj­ność osła­bła jesz­cze bar­dziej. „Lubię być bli­sko cie­bie – oznaj­mił Randy, lekko ści­ska­jąc moje bio­dra. – Cie­szę się, że ci to nie prze­szka­dza”.

Moje ciało natych­miast się spięło, a myśli zaczęły galo­po­wać. „Dla­czego to powie­dział? O co mu cho­dzi?” Od razu zro­zu­mia­łam zna­cze­nie tych słów i dotyku jego rąk i mia­łam świa­do­mość, że powin­nam uwa­żać. Lecz wie­dzia­łam także, że stą­pam po kru­chym lodzie. Nie chcia­łam wpaść w kło­poty, wywo­łu­jąc tę wer­sję Randy’ego, która mnie prze­ra­żała. Zapy­ta­łam więc ostroż­nie, gło­sem drżą­cym niczym gór­skie powie­trze: „Dla­czego mia­łoby mi to prze­szka­dzać?”.

Cze­ka­jąc na odpo­wiedź Randy’ego, czu­łam, jak szorst­kie włosy na jego ciele kłują mnie niczym igły. Woda skle­iła nas ze sobą, a ja czu­łam się uwię­ziona. Zasty­głam tak bar­dzo, jak tylko było to moż­liwe. Randy odparł, że nie­które dziew­czyny to straszne sztyw­niary i ocze­kują wię­cej prze­strzeni oso­bi­stej w rela­cjach z męż­czy­znami. Po czym na moment zamilkł i zaraz dodał: „Cie­szę się, że taka nie jesteś. Że możemy być tak bli­sko”.

Ta chwila zmie­niła wszystko. A przy­naj­mniej zmie­niła coś we mnie. To był pierw­szy raz, kiedy nie czu­łam się przy Ran­dym bez­piecz­nie, mimo że wyda­wał się przy­ja­zny. Wcze­śniej, gdy nie czu­łam się przy nim bez­piecz­nie, wyni­kało to z jego agre­syw­nego i zło­śli­wego zacho­wa­nia. Teraz jed­nak jego głos brzmiał łagod­nie i spo­koj­nie, a on sam wyglą­dał na odprę­żo­nego. A mimo to moje ciało wysy­łało mi jasny sygnał, że nie mówi całej prawdy. Coś było mocno nie tak.

Gdy­bym mogła zatrzy­mać ten moment w cza­sie, powie­dzia­ła­bym, że moja psy­chika roz­sz­cze­piła się na dwie czę­ści. Z jed­nej strony bałam się: mia­łam 13 lat, byłam dziec­kiem wyczu­wa­ją­cym, że coś zagraża mojemu poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa. Z dru­giej strony musia­łam prze­fil­tro­wać ten strach przez dyna­mikę wła­dzy panu­jącą w jacuzzi. W końcu Randy był doro­sły i peł­nił funk­cję figury auto­ry­tetu w moim życiu. Odkąd zamiesz­ka­li­śmy razem, drobna postać mojej mamy jakby znik­nęła w jego cie­niu. Jej ciało poru­szało się dopiero wtedy, gdy on to robił, słowa padały z jej ust dopiero po tym, jak on je wypo­wie­dział. Cały czas zasta­na­wia­łam się, gdzie podziała się moja mama, nawet gdy stała tuż przede mną. Randy rzą­dził, a my musia­ły­śmy zasłu­żyć na jego przy­chyl­ność.

Co więc robi­łam? Choć zwy­kle wymie­nia się walkę, ucieczkę lub zamro­że­nie jako natu­ralne reak­cje na zagro­że­nie, moje ciało instynk­tow­nie wie­działo, że żadna z nich nie zadziała.

Walka nie wcho­dziła w grę. Po pierw­sze Randy nie był wobec mnie jaw­nie wrogi, więc nie mia­łam z czym wal­czyć. On raczej mnie oswa­jał, mani­pu­lo­wał mną emo­cjo­nal­nie, co oka­zało się sku­teczne. Zaczę­łam wąt­pić w sie­bie, zasta­na­wia­jąc się, czy to moż­liwe, że wszystko jest tak nie­winne, jak to przed­sta­wiał. Ponadto był dwu­krot­nie więk­szy ode mnie. Choć ni­gdy nie byłam świad­kiem, jak sto­suje prze­moc fizyczną wobec mamy, to widzia­łam siniaki na jej ciele. Walka ozna­czała nie­bez­pie­czeń­stwo.

Ucieczka, co jasne, jest nie­moż­liwa dla więk­szo­ści dzieci. Dokąd mie­li­by­śmy uciec? Do kogo? Ludz­kie dzieci są zależne od swo­ich opie­ku­nów dłu­żej niż młode jakie­go­kol­wiek innego gatunku, potrze­bują doro­słych, by prze­żyć. W Aspen zna­la­złam się daleko od przy­ja­ciół i rodziny. Nie mia­łam bez­piecz­nego miej­sca, do któ­rego mogła­bym uciec.

Zamro­że­nie to powszechna reak­cja na traumę, jed­nak w tej sytu­acji moje ciało nie ule­gło zamro­że­niu, a przy­naj­mniej nie cał­ko­wi­cie. Musia­łam jakoś sobie radzić z Ran­dym, zacho­wu­jąc choćby resztki opa­no­wa­nia. Czu­łam, że jeśli będę podą­żać za jego sygna­łami, być może zdo­łam utrzy­mać jego względy bez pogar­sza­nia sytu­acji. Nie czu­łam się bez­pieczna, lecz musia­łam uda­wać, że jest ina­czej. Nie lubi­łam Randy’ego, ale potrze­bo­wa­łam, by on lubił mnie.

Moje ciało zna­la­zło więc inne wyj­ście. Sie­dząc z moim ojczy­mem sam na sam w jacuzzi, byłam prze­ra­żona, a jed­nak zacho­wy­wa­łam się nor­mal­nie. Uda­wa­łam spo­kój. Spra­wia­łam wra­że­nie uprzej­mej, wręcz przy­mil­nej. Swoim zacho­wa­niem dawa­łam mu znać, że wszystko jest w porządku. Posie­dzia­łam z nim na tyle długo, by nie wzbu­dzić podej­rzeń, po czym oznaj­mi­łam, że wycho­dzę. Odsu­nę­łam się od niego i gdy sta­nę­łam na deskach tarasu, żało­wa­łam, że nie potra­fię prze­nieść się do swo­jej sypialni za mru­gnię­ciem oka. Chcia­łam rzu­cić się bie­giem do domu, lecz zmu­si­łam się, by iść nor­mal­nie, cho­ciaż wyda­wało mi się, że każdy krok sta­wiam bar­dzo powoli. Czu­łam się jak pół­na­gie, prze­mo­czone wido­wi­sko odgry­wane w zwol­nio­nym tem­pie.

Dopiero po 30 latach zro­zu­mia­łam, co się wyda­rzyło tam­tego wie­czora, oraz jak to wyda­rze­nie ukształ­to­wało moje reak­cje na naj­drob­niej­szy kon­flikt w póź­niej­szym życiu. Oka­zuje się, że ist­nieje czwarta reak­cja na traumę i jest to ule­głość (ang. faw­ning).

Więzi nas chro­nią

Jesz­cze do nie­dawna, gdy ktoś mówił o ule­gło­ści, ugo­do­wo­ści, ugła­ski­wa­niu, przy­mi­la­niu się i przy­po­do­by­wa­niu, mogło się nam to koja­rzyć z pra­cow­ni­kiem pod­li­zu­ją­cym się sze­fowi w nadziei na pod­wyżkę lub z dziew­czyną nad­ska­ku­jącą chło­pa­kowi, by się mu spodo­bać. W słow­niku Mer­riam-Webster przy­mi­la­nie się jest zde­fi­nio­wane jako: „zabie­ga­nie o względy w słu­żal­czy lub pochleb­czy spo­sób”. Lecz taka defi­ni­cja nie oddaje istoty ugo­do­wo­ści w kon­tek­ście traumy.

Pete Wal­ker, psy­cho­te­ra­peuta i autor książki Zło­żone PTSD. Od prze­trwa­nia do pełni życia1, ukuł poję­cie ugła­ski­wa­nia po wielu latach pracy z ofia­rami prze­mocy oraz traum. Zde­fi­nio­wał je jako „reak­cję na zagro­że­nie poprzez sta­wa­nie się bar­dziej atrak­cyj­nym dla źró­dła zagro­że­nia”. Osoba ule­gła odzwier­cie­dla pra­gnie­nia lub ocze­ki­wa­nia dru­giej osoby, by roz­ła­do­wać sytu­ację kon­flik­tową, zamiast sta­wić jej czoła, gdyż według niej jest to naj­lep­sza szansa na prze­trwa­nie. Przy­naj­mniej w tym momen­cie.

Kiedy ktoś nachal­nie się do cie­bie zaleca, a ty uśmie­chasz się i chi­cho­czesz, to jest to ule­głość. Kiedy w tok­sycz­nym śro­do­wi­sku pracy nie bro­nisz swo­ich war­to­ści i zasad, by nie stra­cić posady, to rów­nież jest przy­po­do­by­wa­nie się. Lub gdy nie­ustan­nie uspra­wie­dli­wiasz prze­mo­cowe zacho­wa­nia rodzica, by nie nisz­czyć łączą­cych was więzi – tak, masz rację, to przy­mi­la­nie się.

Innymi słowy, ule­głość jako reak­cja na traumę osa­dza nasze zacho­wa­nie w kon­tek­ście bez­sil­no­ści i nad­użyć. I nie jest to pod­li­zy­wa­nie się, by dostać dobrą ocenę, ani celowe schle­bia­nie wpły­wo­wym ludziom. Ugo­do­wość nie jest świa­domą mani­pu­la­cją. To instynk­towny spo­sób, by poczuć się bez­piecz­nie w obli­czu wyko­rzy­sty­wa­nia, zawsty­dza­nia, zanie­dby­wa­nia, ata­ko­wa­nia czy krzyw­dze­nia w jaki­kol­wiek inny spo­sób.

Co cie­kawe, przy­mi­la­nie się można porów­nać do pod­sta­wo­wej zasady japoń­skiej sztuki walki aikido. Słowo aikido ozna­cza „drogę har­mo­nii”. Zamiast ata­ko­wać lub ucie­kać, adept tej sztuki walki, poru­sza­jąc się, naśla­duje ruchy prze­ciw­nika, jego ener­gię oraz inten­cje. Nawią­za­nie połą­cze­nia z prze­ciw­ni­kiem pozwala wyczuć jego kolejny ruch, co zapew­nia bez­pie­czeń­stwo obu stro­nom, gdy zmie­rzają ku poko­jo­wemu roz­wią­za­niu.

To wła­śnie robimy, gdy w obli­czu zagro­że­nia reagu­jemy ule­gło­ścią. Kiedy czu­jemy się zagro­żeni, dostra­jamy się do agre­sora lub prze­śla­dowcy w nadziei, że uda nam się wyjść z tego bez szwanku. Sta­ramy się pod­trzy­mać łączące nas więzi, ponie­waż czę­sto jeste­śmy zależni od osoby, która nas krzyw­dzi. Jeśli jest to rodzic bio­lo­giczny lub przy­brany, jeste­śmy zależni od jego opieki. Jeśli jest to szef, jeste­śmy zależni od wypłaty lub moż­li­wo­ści awansu. Jeśli to part­ner, możemy zale­żeć od jego docho­dów, prawa do widy­wa­nia się z dziećmi czy sta­tusu spo­łecz­nego, jaki daje mał­żeń­stwo.

W przy­padku ugła­ski­wa­nia więź ozna­cza ochronę.

I choć ma ono na celu wyeli­mi­no­wa­nie zagro­że­nia, co czę­sto się dzieje, wiąże się z nim nie­wi­doczny koszt. Speł­nia­jąc cudze ocze­ki­wa­nia, musimy zre­zy­gno­wać z wła­snych. Kiedy ucie­kamy się do ugła­ski­wa­nia, odrzu­camy aser­tyw­ność i sta­jemy się prze­sad­nie ule­gli. Zmie­niamy się, by prze­trwać. Pod­po­rząd­ko­wu­jemy się oso­bom lub oso­bie, która nas skrzyw­dziła. Gdy sto­su­jemy przy­po­do­by­wa­nie się, tak naprawdę porzu­camy samych sie­bie: nasze potrzeby, war­to­ści i prze­ko­na­nia, co tylko pogłę­bia naszą bez­bron­ność.

Ugła­ski­wa­nie, cza­sem okre­ślane jako „zado­wa­la­nie i uspo­ka­ja­nie” (ang. ple­ase and appe­ase), bywa utoż­sa­miane z potrzebą zado­wa­la­nia innych lub współ­uza­leż­nie­niem. Jed­nak, jak wyja­śnię póź­niej, oba te poję­cia suge­rują, że mamy wpływ na wła­sne dzia­ła­nie. Tym­cza­sem przy­mi­la­nie się nie jest świa­do­mym wybo­rem, a mecha­ni­zmem prze­trwa­nia. W ułamku sekundy nasz gadzi mózg wybiera reak­cję, która zapewni nam naj­więk­sze szanse prze­ży­cia. Następ­nie nasze ciało zapa­mię­tuje to, co oka­zało się sku­teczne za pierw­szym razem i powiela tę reak­cję w przy­szło­ści. Osoba ule­gła nie ma zamiaru zado­wa­lać innych czy kom­pul­syw­nie się nimi opie­ko­wać. Pró­buje tylko odzy­skać spraw­czość w sytu­acjach, w któ­rych jest jej cał­ko­wi­cie pozba­wiona.

Nic mi nie jest, nic ci nie jest, wszystko jest w porządku

Trzy lata po wie­czo­rze w jacuzzi, gdy sytu­acja z Ran­dym coraz bar­dziej się pogar­szała, zabrał mnie w tajem­nicy do Las Vegas. Moja mama wyje­chała, żeby opie­ko­wać się umie­ra­ją­cym ojcem, a Randy ukuł misterną intrygę, by mnie tam zawieźć. Kiedy przy­je­cha­li­śmy na miej­sce, kazał mi trzy­mać się za rękę. Zacho­wy­wał się, jak­bym była jego dziew­czyną, i mówił, że mie­li­by­śmy kło­poty, gdyby ktoś dowie­dział się, że jestem nie­peł­no­let­nia. Gdy wró­ci­li­śmy do domu, mojej mamy wciąż jesz­cze nie było. Wyda­wało się, że prak­tycz­nie nic mię­dzy nami nie zaszło. Randy nie wyko­rzy­stał mnie sek­su­al­nie, choć zare­zer­wo­wał dla nas apar­ta­ment z ogrom­nym łóż­kiem i lustrza­nym sufi­tem. Choć spa­li­śmy razem – on pół­nagi, a ja w obszer­nym dre­sie, odwró­cona do niego ple­cami, trzy­ma­jąc się kur­czowo swo­jej strony łóżka. I choć moje ciało wie­działo, że to nie w porządku, i choć byłam prze­ra­żona, to jak wła­ści­wie mia­łam okre­ślić, co się wyda­rzyło?

Przez następne mie­siące nie powie­dzia­łam o tym nikomu, aż któ­re­goś dnia Randy zosta­wił na mojej poduszce kar­teczkę, a ja poczu­łam, że wresz­cie mam dowód. Nie pamię­tam już, co dokład­nie na niej napi­sał, wiem jed­nak, że to wystar­czyło, by zasy­gna­li­zo­wać dyna­mikę łączą­cej nas rela­cji. Zabra­łam kar­teczkę do szkoły i poka­za­łam szkol­nej psy­cho­lożce, a ta spoj­rzała na mnie z tro­ską. „Ingrid, musimy o tym poroz­ma­wiać” – oznaj­miła. Sły­sząc to, wzdry­gnę­łam się, bo wie­dzia­łam, że nad­szedł moment, by wyznać całą prawdę.

Opo­wie­dzia­łam jej o Las Vegas.

To był przy­kład zdro­wej reak­cji walki. Wie­dzia­łam, że potrze­buję pomocy, by uda­rem­nić dal­sze zaloty Randy’ego. Chcia­łam, żeby moja mama poznała prawdę, chcia­łam, żeby ode­szła od Randy’ego, chcia­łam, by ktoś w końcu wyba­wił mnie z tego nie­koń­czą­cego się kosz­maru, i intu­icyj­nie czu­łam, że musi to być ktoś, kto ma narzę­dzia, by mi w tym pomóc. Psy­cho­lożka zor­ga­ni­zo­wała w mojej szkole spo­tka­nie z pra­cow­ni­kami opieki spo­łecz­nej, aby poroz­ma­wiać z moją matką, lecz ona mnie nie ura­to­wała, bo posta­no­wiła mil­czeć. Przy­brała kamienny wyraz twa­rzy i zażą­dała, by do szkoły wezwać Randy’ego, jed­nak nie po to, by wpadł w kło­poty, lecz by miał szansę się wypo­wie­dzieć. Tak więc gdy tylko wszedł do pokoju, nazwał mnie kłam­czu­chą. Obar­czył mnie winą za wszyst­kie pro­blemy naszej rodziny.

Naj­bar­dziej zabo­lało mnie, że mama sta­nęła po jego stro­nie, usil­nie prze­ko­nu­jąc, że „nic złego się nie stało”. To, co zro­bił Randy, było dla mnie trau­ma­tyczne, lecz naprawdę wie­rzy­łam, że kiedy mama dowie się o tym, weź­mie mnie w ramiona i prze­prosi. A na koniec doda, że wyjeż­dżamy.

Zamiast tego patrzy­łam, jak jedyna osoba, która – jak mi się wyda­wało – mnie ura­tuje, staje po stro­nie mojego oprawcy.

Wiele osób ucie­ka­ją­cych się do ule­gło­ści doświad­czyło w prze­szło­ści cze­goś podob­nego, cze­goś, co nauczyło nas, że nie możemy w pełni pole­gać na nikim oprócz sie­bie. Nauczy­li­śmy się, że wspar­cie emo­cjo­nalne nie jest dla nas, a bez­wa­run­kowa miłość to albo mit, albo coś, co sami musimy pod­trzy­my­wać. W kon­se­kwen­cji czę­sto wpa­damy w hiper­nie­za­leż­ność. Nie potra­fimy pole­gać na zdro­wym wspar­ciu innych, więc radzimy sobie sami. Zda­rza się, że mil­czymy, gdy spo­tyka nas coś złego. Dusimy to w sobie, uda­jemy, że wszystko jest w porządku, i dalej się przy­mi­lamy w imię bez­pie­czeń­stwa, co jest wyczer­pu­ją­cym i samot­nym przed­się­wzię­ciem.

Tym­cza­sem osoby ule­głe czę­sto spra­wiają wra­że­nie, jakby świet­nie dawały sobie radę. Czę­sto dosko­nale funk­cjo­nu­jemy, mamy udane kariery, żyjemy w wie­lo­let­nich związ­kach, lecz to jedy­nie pozory. Prawda jest taka, że przez tak długi czas zno­si­li­śmy tak wiele, że nie czu­jemy, gdy ktoś prze­kra­cza nasze gra­nice. Utrzy­mu­jemy sta­tus quo, znie­czu­la­jąc się lub wpa­da­jąc w depre­sję, pró­bu­jąc „być lep­szymi”, jakby to miało roz­wią­zać wszyst­kie trud­no­ści w rela­cjach z innymi ludźmi. Naprawdę nie­ustan­nie pod­wa­żamy nasz wła­sny osąd, sto­su­jąc auto­ga­sli­gh­ting, który pod­po­wiada nam, że może nie jest aż tak źle.

Co wię­cej, wielu z nas nauczyło się ugła­ski­wać we wła­snych rodzi­nach lub krę­gach spo­łecz­nych. Ugo­do­wość, przed­sta­wiana jako sza­cu­nek, jest reak­cją adap­ta­cyjną na życie w zhie­rar­chi­zo­wa­nym, patriar­chal­nym spo­łe­czeń­stwie. Do bycia oso­bami ule­głymi przy­go­to­wały nas utrwa­lane przez lata hasła, takie jak:

Poca­łuj wujka.

Masz powie­dzieć, że pre­zent ci się podoba (cho­ciaż wcale tak nie jest).

Nie mów nikomu, że tato pije.

Nie zacho­wuj się tak, by inni czuli się nie­zręcz­nie.

Bądź ponad to.

Prze­cież to twoja

matka

.

Uda­waj kogoś bar­dziej bia­łego/ zamoż­nego/ sek­sow­nego, by utrzy­mać bez­pie­czeń­stwo w rela­cji.

Uda­waj kogoś mniej sek­sow­nego, by być zacho­wać bez­pie­czeń­stwo w rela­cji.

Bądź gra­czem zespo­ło­wym.

Jak bar­dzo ci na tym zależy?

Po pro­stu się z tym pogódź.

Stłum to.

Zigno­ruj to.

Uśmiech­nij się.

Te i inne nie­zli­czone komu­ni­katy w bez­po­średni i zawo­alo­wany spo­sób każą nam się odciąć od naszego praw­dzi­wego „ja”, aż w końcu nie wiemy, gdzie koń­czymy się „my”, a zaczyna przy­mi­la­nie się.

Jest to naj­bar­dziej bole­sny aspekt ule­gło­ści. Tra­cimy kon­takt z samym sobą. Roz­wi­jamy mecha­ni­zmy, które stają się tak inte­gralną czę­ścią nas, że nawet nie zda­jemy sobie sprawy, że je sto­su­jemy. Jeste­śmy oso­bami przy­mi­la­ją­cymi się, choć możemy wyglą­dać na szczę­śli­wych, wiecz­nie przy­sta­ją­cych na wszystko, by dojść do poro­zu­mie­nia z innymi. Możemy postrze­gać sie­bie jako hoj­nych, empa­tycz­nych i współ­czu­ją­cych. Czę­sto są to nasze wro­dzone cechy, lecz nie zda­jemy sobie sprawy, jak bar­dzo zostały znie­kształ­cone przez naszą reak­cję na traumę. Czę­sto nawet nie jeste­śmy świa­domi, że doświad­czy­li­śmy traumy.

Ule­głość jako reak­cja na traumę zło­żoną

Przy­po­do­by­wa­nie się to powszechny mecha­nizm radze­nia sobie u osób zma­ga­ją­cych się z dłu­go­trwałą traumą rela­cyjną. Trauma rela­cyjna różni się od poje­dyn­czego trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia takiego jak wypa­dek samo­cho­dowy czy napaść. Jest to forma traumy zło­żo­nej, zja­wi­ska, które zostało opi­sane w psy­cho­lo­gii dość nie­dawno. Trauma zło­żona odnosi się do dłu­go­trwa­łych, wszech­obec­nych zagro­żeń dla naszego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, czę­sto o cha­rak­te­rze inter­per­so­nal­nym. Nie jest to dia­gnoza ani też jedno kon­kretne wyda­rze­nie. Trauma zło­żona wynika z trwa­łej, wywo­łu­ją­cej cier­pie­nie sytu­acji, która zdaje się nie mieć końca. Jest niczym powie­trze, któ­rym oddy­chamy. Tak jak to było w moim przy­padku, może wyni­kać z wyjąt­kowo trud­nych lub prze­mo­co­wych rela­cji w naszej rodzi­nie pocho­dze­nia. Może też wystę­po­wać w szer­szych sys­te­mach opre­sji lub mar­gi­na­li­za­cji czy też w każ­dej spo­łecz­no­ści, która wymaga od nas wyrze­cze­nia się pew­nych aspek­tów naszej oso­bo­wo­ści, aby­śmy mogli przy­na­le­żeć do tej grupy. Może się poja­wiać w miej­scu pracy lub w związ­kach roman­tycz­nych.

Trud­ność zwią­zana z traumą zło­żoną polega na tym, że czę­sto nie postrze­gamy jej w ten spo­sób, myl­nie uzna­jąc ją za coś nor­mal­nego lub też za oso­bi­stą porażkę. Choć zawsze wie­dzia­łam, że doświad­czy­łam traumy w potocz­nym sen­sie tego słowa, przez lata nie uwa­ża­łam, że była to praw­dziwa trauma. Wyda­wało mi się, że musia­ła­bym doświad­czyć cze­goś gor­szego lub bar­dziej oczy­wi­stego, by móc ją tak nazwać. Nie mając takich doświad­czeń, uzna­łam więc objawy traumy za mój, wyłącz­nie mój pro­blem.

Czę­ściowo wynika to z faktu, że dopiero od nie­dawna zaczę­li­śmy jako spo­łe­czeń­stwo uzna­wać ist­nie­nie i zna­cze­nie traumy. Dopiero w 1980 roku dia­gnoza PTSD (zespołu stresu poura­zo­wego) została włą­czona do Kry­te­riów dia­gno­stycz­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych, czyli swo­istej „biblii” kla­sy­fi­ka­cji zabu­rzeń psy­chicz­nych, wyda­wa­nej przez Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Psy­chia­tryczne. Kry­te­ria roz­po­zna­nia PTSD zakła­dały, że dana osoba musiała doświad­czyć „psy­chicz­nie obcią­ża­ją­cego wyda­rze­nia, które wykra­cza poza zakres zwy­kłego ludz­kiego doświad­cze­nia”. Trauma była wów­czas rozu­miana jako coś dra­ma­tycz­nego, destruk­cyj­nego i nie­spo­ty­ka­nego.

Jed­nak w kolej­nych deka­dach nasze rozu­mie­nie traumy ule­gło zmia­nie. W rze­czy­wi­sto­ści trauma jest zja­wi­skiem nie­zwy­kle powszech­nym: 70% doro­słych Ame­ry­ka­nów doświad­czyło w swoim życiu przy­naj­mniej jed­nego trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia. A mówimy tylko o zgło­szo­nych przy­pad­kach. W wielu rodzi­nach ludzie spo­tkali się z jakąś formą uza­leż­nie­nia, nie­le­czo­nej cho­roby psy­chicz­nej, prze­mocy sek­su­al­nej czy fizycz­nej lub agre­sji. Ponadto na pozio­mie spo­łecz­nym ludzie muszą się zma­gać z ubó­stwem, rasi­zmem i bra­kiem dostępu do odpo­wied­niej opieki zdro­wot­nej.

Te sprawy na ogół nie wykra­czają poza zwy­kłe ludz­kie doświad­cze­nia, a wręcz prze­ciw­nie, sta­no­wią ich sedno. Nie­stety przez długi czas były postrze­gane jako coś, o czym nie należy wspo­mi­nać, z czym trzeba sobie pora­dzić, co należy zno­sić, wyba­czyć lub prze­zwy­cię­żyć. Z pew­no­ścią nie trak­to­wano ich jako doświad­czeń „trau­ma­tycz­nych” według daw­nego stan­dardu, który wciąż funk­cjo­nuje w świa­do­mo­ści wielu ludzi. Dziś wiemy, że te wszech­obecne rany na naszej psy­chice mogą być rów­nie szko­dliwe jak doświad­cze­nia wojenne czy prze­trwa­nie klę­ski żywio­ło­wej. A może nawet bar­dziej, ponie­waż są mniej oczy­wi­ste, jątrzą się w nie­wi­docz­nej otchłani „pro­ble­mów oso­bi­stych”, z któ­rymi powin­ni­śmy sami sobie pora­dzić lub z któ­rych trzeba wyro­snąć.

W latach 70, w cza­sie, gdy dzia­łał ruch wyzwo­le­nia kobiet, dr Judith Her­man, pro­fe­sorka psy­chia­trii na Harvar­dzie, doko­nała roz­róż­nie­nia mię­dzy traumą jed­no­ra­zową (ostrą) a powta­rza­ją­cymi się trau­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami. Zauwa­żyła podo­bień­stwo mię­dzy histo­riami ofiar prze­mocy sek­su­al­nej i domo­wej a spo­so­bem, w jaki rozu­miano traumę, z którą zma­gali się wete­rani wojenni. Coraz wię­cej kobiet prze­ry­wało mil­cze­nie, a Her­man została ich rzecz­niczką, publi­ku­jąc arty­kuły, które zostały sze­roko roz­po­wszech­nione nie­ofi­cja­lymi kana­łami. Chcąc wypeł­nić lukę mię­dzy męż­czy­znami i kobie­tami, sferą publiczną i pry­watną, tym, co uza­sad­nione, i tym, co napięt­no­wane, psy­chiatrka ukuła ter­min traumy zło­żo­nej. Twier­dziła, że dotych­cza­sowa defi­ni­cja PTSD nie jest wystar­cza­jąco pojemna, by uwzględ­nić wszyst­kie codzienne traumy, które doty­kają znacz­nie szer­szej grupy ludzi niż zakła­dano. Ape­lo­wała, by do Kry­te­riów dia­gno­stycz­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych dodać nową jed­nostkę cho­ro­bową: zło­żone PTSD (com­plex PTSD). Było to w 1988 roku. Jej wnio­sek odrzu­cono.

Do dziś zło­żone PTSD (a co za tym idzie, trauma zło­żona) nie jest ofi­cjal­nie uzna­wane w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. To poważne zanie­dba­nie, które szko­dzi zarówno spe­cja­li­stom, jak i całemu spo­łe­czeń­stwu, ogra­ni­cza­jąc finan­so­wa­nie badań, włą­cza­nie tego zagad­nie­nia do pro­gra­mów naucza­nia aka­de­mic­kiego oraz moż­li­wość zwrotu kosz­tów lecze­nia2. Mówiąc wprost, śro­do­wi­sko medyczne nie przy­jęło języka potrzeb­nego, by pomóc wielu naj­bar­dziej wraż­li­wym gru­pom spo­łecz­nym.

Prawda jest taka, że więk­szość moich klien­tów nie zgło­siła się do mnie z powodu traumy zło­żo­nej. Przy­cho­dzili do mojego gabi­netu z powodu niskiej samo­oceny, depre­sji, lęku, uza­leż­nień, trud­no­ści w budo­wa­niu rela­cji i tak dalej. W taki wła­śnie spo­sób trauma zło­żona prze­ja­wia się w naszym codzien­nym życiu. Nega­tywne myśli, uza­leż­nie­nie od sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych, zabu­rze­nia odży­wia­nia czy nie­umie­jęt­ność sta­wia­nia gra­nic to tylko nie­które ze spo­so­bów, do któ­rych ucie­kamy się, by pora­dzić sobie z wszech­obec­nymi i nie­ustan­nymi zagro­że­niami dla naszego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i toż­sa­mo­ści. W swo­jej prak­tyce spo­ty­kam się z tym nie­ustan­nie; doty­czy to wszyst­kich grup wie­ko­wych oraz płci i nie jest zależne od stylu życia. Gdy­bym nie miała wie­dzy o tym, jak pod­stępną postać przy­biera trauma zło­żona, nie była­bym w sta­nie dotrzeć do sedna pro­ble­mów moich klien­tów. Nasza praca kon­cen­tro­wa­łaby się na wąsko rozu­mia­nych obja­wach, czę­sto przy­po­mi­na­jąc grę w „uderz kreta”, czyli nie­koń­czące się lecze­nie obja­wów, bez szans na praw­dziwe uzdro­wie­nie.

Kiedy zaczy­namy rozu­mieć, że nasze objawy mają swoją przy­czynę, że nie są wro­dzo­nymi dys­funk­cjami i że lecze­nie traumy wymaga holi­stycz­nych metod pole­ga­ją­cych na pracy z cia­łem, może wyda­rzyć się coś nie­zwy­kłego. Możemy w końcu prze­rwać błędne koło: prze­sta­jemy sta­rać się bar­dziej, szu­kać zro­zu­mie­nia, udo­wad­niać swoją war­tość – czym niczego nie osią­gamy. Możemy wyjść z trybu prze­trwa­nia i wresz­cie zacząć pro­ces zdro­wie­nia.

Słow­nik pojęć

Słowa „trauma” uży­wamy do okre­śla­nia wielu rze­czy, więc spró­bujmy roz­ło­żyć to poję­cie na czyn­niki pierw­sze:

WYDA­RZE­NIA TRAU­MA­TYCZNE: Szo­ku­jące, prze­ra­ża­jące lub zagra­ża­jące życiu doświad­cze­nia, takie jak wypadki samo­cho­dowe, klę­ski żywio­łowe, bycie ofiarą lub świad­kiem prze­mocy, zdrada, nad­uży­cia i zanie­dba­nie. Zda­rze­nia te mogą wywo­łać traumę, ale nie muszą.

TRAUMA: Z grec­kiego „rana”. Trauma to ślad, jaki pozo­staje po trau­ma­tycz­nych wyda­rze­niach; jest tym, co dzieje się, gdy doświad­cze­nia te prze­cią­żają nasz układ ner­wowy. Cho­ciaż wyda­rzyły się w prze­szło­ści, spo­sób, w jaki zmie­niły to, gdzie i jak prze­cho­wu­jemy wspo­mnie­nia, w tym naszą zdol­ność do ich prze­twa­rza­nia i inte­gro­wa­nia, jest prze­no­szony na teraź­niej­szość. Nie­roz­wią­zana trauma ist­nieje dalej we frag­men­tach naszego „ja” jako pamięć ciała, która spra­wia, że czu­jemy się, jak­by­śmy zostali uwię­zieni w prze­szło­ści.

WYZWA­LA­CZE TRAUMY: Bodźce przy­wo­łu­jące trau­ma­tyczne wyda­rze­nia. Mogą być zewnętrzne, jak np. gło­śne dźwięki, rocz­nice wyda­rzeń czy sceny z filmu, lub mogą pły­nąć z naszego wnę­trza, jak np. uczu­cie bez­sil­no­ści lub samot­no­ści albo napię­cie fizyczne.

REAK­CJE TRAU­MA­TYCZNE: Odru­chowe reak­cje ciała na zagro­że­nie. Reak­cje te są instynk­towne, a nie racjo­nalne; począt­kowo zali­czano do nich reak­cję walki, ucieczki oraz zamro­że­nia. Są to nie­świa­dome próby zapew­nie­nia sobie bez­pie­czeń­stwa. Jeśli dodamy do tej listy ule­głość, możemy powie­dzieć, że choć nie chcemy przy­po­do­by­wać się innym, to w obli­czu zagro­że­nia nasze ciało robi to instynk­tow­nie. Reak­cje trau­ma­tyczne pro­wa­dzą do dere­gu­la­cji emo­cjo­nal­nej, czyli nie­zdol­no­ści do regu­lo­wa­nia naszych emo­cji.

TRAUMA ZŁO­ŻONA: To bycie nara­żo­nym na powta­rza­jące się zagro­że­nia inter­per­so­nalne przez dłuż­szy czas oraz trud­no­ści, które z nich wyni­kają. Czę­sto ma swoje źró­dło w dzie­ciń­stwie, jed­nak nie zawsze (np. dłu­go­trwała prze­moc domowa). Ter­min „trauma zło­żona” bywa uży­wany zamien­nie z traumą rela­cyjną, roz­wo­jową, psy­chiczną lub dzie­cięcą.

ZESPÓŁ STRESU POURA­ZO­WEGO (PTSD) ORAZ ZŁO­ŻONY ZESPÓŁ STRESU POURA­ZO­WEGO (C-PTSD): Jed­nostki cho­ro­bowe zwią­zane z traumą. Pod­sta­wowe kry­te­ria dla obu obej­mują dłu­go­trwały sche­mat ponow­nego prze­ży­wa­nia trau­ma­tycz­nych wyda­rzeń z prze­szło­ści, uni­ka­nie sytu­acji przy­po­mi­na­ją­cych o trau­mie oraz zabu­rze­nia reak­tywne, nastroju i per­cep­cji. C-PTSD wykra­cza poza te kry­te­ria, obej­mując dodat­kowo: roz­re­gu­lo­wa­nie emo­cjo­nalne, nega­tywny obraz sie­bie oraz zabu­rzone rela­cje inter­per­so­nalne.

Wyj­ście z impasu

Moja droga do zdro­wie­nia z chro­nicz­nej ule­gło­ści roz­po­częła się, gdy usły­sza­łam, że Randy umiera. Tak jak roz­wie­wała się moja nadzieja, że on w końcu powie prawdę, a matka mi uwie­rzy i będę wolna, tak też nie­ubła­ga­nie prze­sy­py­wał się pia­sek w naszej klep­sy­drze.

Bóg jeden wie, czego pró­bo­wa­łam, by upo­rać się z prze­szło­ścią. Wypro­wa­dzi­łam się z domu, gdy mia­łam 17 lat, i nie oglą­da­łam się za sie­bie. Byłam zde­ter­mi­no­wana, by prze­rwać cykl traumy, więc prze­sta­łam pić, gdy mia­łam 21 lat. Ukoń­czy­łam stu­dia licen­cjac­kie z psy­cho­lo­gii, następ­nie zro­bi­łam magi­sterkę, a w końcu uzy­ska­łam dok­to­rat z psy­cho­lo­gii kli­nicz­nej. Po stu­diach uczest­ni­czy­łam w wielu szko­le­niach i otwo­rzy­łam dobrze pro­spe­ru­jącą prak­tykę pry­watną. Cho­dzi­łam na jogę, dba­łam o swój roz­wój duchowy, czy­ta­łam wszyst­kie nowe porad­niki psy­cho­lo­giczne. Z zewnątrz wyglą­dało to tak, jak­bym poko­nała kosz­mary z dzie­ciń­stwa. Lecz w głębi wciąż byłam tą samą osobą. Cią­gle ule­głą. Cią­gle uwię­zioną.

Nawet wie­dza na temat dys­funk­cji mojej rodziny nie uwol­niła mnie od zacho­wań, które pozwa­lały mi prze­trwać. Jesz­cze długo po trzy­dzie­stce żar­to­wa­łam, że powin­nam nosić tabliczkę z napi­sem: „Zapra­szam uza­leż­nio­nych oraz opraw­ców”. Na mojej dro­dze wciąż poja­wiali się nie­wła­ściwi faceci, współ­lo­ka­to­rzy-paso­życi, wyzy­sku­jący mnie przy­ja­ciele, a ja czu­łam się, jak­bym pró­bo­wała prze­rwać zaklę­cie, pijąc cią­gle tę samą tru­ci­znę, w nadziei, że w końcu mój orga­nizm wytwo­rzy prze­ciw­ciała.

Poru­sza­łam temat moich destruk­cyj­nych związ­ków z wie­loma tera­peu­tami. Despe­racko chcia­łam roz­wią­zać pro­blem wstydu, który odczu­wa­łam, uma­wia­jąc się cią­gle z takimi samymi oso­bami, choć nosiły inne maski. Na początku każ­dego mojego związku wszystko wyglą­dało obie­cu­jąco, lecz wkrótce znów wpa­da­łam w zna­jomy sche­mat: wspie­ra­łam finan­sowo męż­czyzn, któ­rych pró­bo­wa­łam zachę­cić do tera­pii, lub wią­za­łam się z męż­czyznami, któ­rzy mnie zdra­dzali, sto­so­wali prze­moc psy­chiczną, byli uni­ka­jący lub czyn­nie uza­leż­nieni, aż w końcu to oni zry­wali ze mną.

Zno­si­łam złe trak­to­wa­nie, myśląc, że potra­fię je zmi­ni­ma­li­zo­wać lub zmie­nić. Uni­ka­łam kon­flik­tów jak ognia, nie potra­fi­łam nawet wypi­sać się z list mailin­go­wych, jeśli ist­niał cień szansy, że nadawca się o tym dowie. Nie­ustan­nie sta­wia­łam innych ponad sobą, poma­ga­jąc ludziom leczyć ich rany, jak­bym dzięki temu mogła w magiczny spo­sób ule­czyć swoje. Sche­mat wyko­rzy­sty­wa­nia prze­wi­jał się w moich rela­cjach z przy­ja­ciółmi, rodziną, sze­fami i men­to­rami. Ja tym­cza­sem anga­żo­wa­łam się w kolejne pro­gramy 12 kro­ków, zasta­na­wia­jąc się: „Jak długo mam afir­mo­wać posia­da­nie poczu­cia wła­snej war­to­ści?”.

Przez cały ten czas nie rozu­mia­łam, że to moje próby zdo­by­cia zro­zu­mie­nia, współ­czu­cia i prze­ba­cze­nia trzy­mają mnie w miej­scu. Prze­sadne ana­li­zo­wa­nie wła­snych zacho­wań i bycie „grzeczną dziew­czynką” spra­wiały, że moje nie­le­czone rany się nie zabliź­niały, a ja coraz moc­niej wie­rzy­łam, że coś jest ze mną nie tak. Nie wie­dzia­łam, że wszyst­kie te zacho­wa­nia – zarówno te, z któ­rych byłam dumna, jak i te, któ­rych się wsty­dzi­łam – były napę­dzane reak­cjami trau­ma­tycz­nymi.

Czym są reak­cje trau­ma­tyczne?

Okre­ślane rów­nież mia­nem reak­cji na stres, reak­cje trau­ma­tyczne to natych­mia­stowe i spon­ta­niczne odpo­wie­dzi ciała na zagro­że­nie. Poja­wiają się, gdy dane wyda­rze­nie lub sze­reg wyda­rzeń prze­ciąża nasz układ ner­wowy. To nie­świa­domy mecha­nizm prze­trwa­nia, który ma nas ochro­nić przed krzywdą.

Gdy sta­jemy w obli­czu zagro­że­nia, nasz „racjo­nalny umysł” się wyłą­cza. Pomyśl o dzi­kich zwie­rzę­tach – kiedy wyczu­wają zagro­że­nie, nie zatrzy­mują się, żeby pomy­śleć: „Czy aby nie prze­sa­dzam?”, tylko reagują. Ludzie robią dokład­nie to samo.

Naj­bar­dziej znane reak­cje na traumę to te, które omó­wi­li­śmy wcze­śniej: walcz albo ucie­kaj. Są to formy hiper­po­bu­dze­nia akty­wo­wane przez układ współ­czulny, który działa jak włącz­nik, wyrzu­ca­jąc hor­mony do naszego krwio­biegu. Pomyśl o przy­spie­szo­nym tęt­nie i pod­wyż­szo­nym ciśnie­niu krwi połą­czo­nym z szyb­kim odde­chem – w ten spo­sób nasze ciało mobi­li­zuje się w odpo­wie­dzi na poten­cjalne zagro­że­nie. Reak­cje walki i ucieczki obja­wiają się dokład­nie tak, jak się nazy­wają: ata­ku­jemy (walka) lub pró­bu­jemy uciec przed zagro­że­niem (ucieczka).

Kiedy jed­nak walka i ucieczka nie są dostępne, do głosu docho­dzi przy­współ­czulny układ ner­wowy (odpo­wie­dzialny m.in. za odpo­czy­nek i tra­wie­nie), który uru­cha­mia mecha­nizm zamknię­cia. To wtedy poja­wia się reak­cja zamro­że­nia, a ciało prze­cho­dzi w stan hipo­po­bu­dze­nia. Czu­jemy się prze­ra­żeni, podob­nie jak sarna ośle­piona świa­tłami samo­chodu, lecz nie potra­fimy się ruszyć. Zamro­że­nie można porów­nać do momentu tuż przed ude­rze­niem – chcemy się poru­szyć, lecz nie wiemy, czy to bez­pieczne. Hipo­po­bu­dze­nie może prze­ja­wiać się na różne spo­soby: od prze­ra­żenia połą­czo­nego z para­li­żem, poprzez otę­pie­nie, zwiot­cze­nie ciała, aż po cał­ko­wite odcię­cie się od rze­czy­wi­sto­ści. W tym sta­nie nasze tętno spada, a oddech zwal­nia. Skrajną reak­cją jest w tym przy­padku uda­wa­nie mar­twego, lecz nie jest to świa­dome. Ciało musi wyglą­dać na mar­twe, aby się wyłą­czyć i uchro­nić nas przed dal­szym cier­pie­niem. Uda­wa­nie mar­twego to ostat­nia deska ratunku, by prze­trwać, moment, w któ­rym ciało ulega lub zapada się w sobie. Tak jak w śro­do­wi­sku natu­ral­nym, schwy­tana przez dra­pież­nika ofiara nagle wiot­czeje. Jeśli dra­pież­nik ją porzuci, być może zdoła jesz­cze uciec, cho­ciaż ta sytu­acja odci­śnie na niej trwały ślad. I rze­czy­wi­ście, to wła­śnie w sta­nie hipo­po­bu­dze­nia rodzą się poczu­cie bez­na­dziei, dyso­cja­cja oraz depre­sja.

Ule­głość jest jed­nak czymś innym; jest to reak­cja hybry­dowa, akty­wu­jąca jed­no­cze­śnie współ­czulny układ ner­wowy (nad­po­bu­dli­wość) oraz przywspół­czulny (hipo­po­bu­dze­nie).

W aspek­cie nad­po­bu­dli­wo­ści reak­cja przy­mi­la­nia się każe nam instynk­tow­nie regu­lo­wać nastrój oraz emo­cje tych, któ­rzy mają nad nami wła­dzę. Wcho­dzimy w rela­cje, które nas ranią, pró­bu­jąc przy­po­do­bać się swoim opraw­com i bio­rąc całą odpo­wie­dzial­ność za pro­blemy w tej rela­cji na sie­bie. Ule­głość może być zaska­ku­jąco aktywna.

Jed­no­cze­śnie odłą­czamy się od sie­bie samych. Hipo­po­bu­dze­niowy aspekt ugo­do­wo­ści pozba­wia nas kon­taktu ze sobą, odbiera nam poczu­cie spraw­czo­ści i czę­sto unie­moż­li­wia odczu­cie skut­ków prze­mocy.

Gdy zacho­wu­jemy się ule­gle, stą­pamy po cien­kim lodzie – z jed­nej strony nie ryzy­ku­jemy, że coś nam się sta­nie, jak przy reak­cjach walki lub ucieczki, lecz nie odci­namy się też cał­ko­wi­cie. Ta wysoce adap­ta­cyjna reak­cja wycho­dzi poza uda­wa­nie mar­twego: to uda­wa­nie życia. Uda­jemy, nawet nie zda­jąc sobie z tego sprawy. Odgry­wamy swoje role, robiąc to, by prze­trwać lub uciec z jakiejś sytu­acji. Cza­sami gramy tyle ról, ilu ludzi nas ota­cza.

Otrzą­śnij się

Kiedy zwie­rzę wyczuwa zagro­że­nie, kon­trolę przej­mują jego reak­cje na traumę. Gdy nie­bez­pie­czeń­stwo mija, zwie­rzę dosłow­nie otrząsa się, uwal­nia­jąc napię­cie i nagro­ma­dzoną w ciele ener­gię, która umoż­li­wiła mu prze­trwa­nie.

W toku ewo­lu­cji ludzie nauczyli się tłu­mić ten klu­czowy instynkt. Dla­tego też, kiedy dotyka nas trauma, nasze ciała mogą pozo­sta­wać w sta­nie nie­ustan­nego pobu­dze­nia i napię­cia. Zwłasz­cza w przy­padku traumy zło­żo­nej zagro­że­nie ni­gdy tak naprawdę nie mija. Wciąż żyjemy dosłow­nie jak w stre­fie wojny. Zamiast się otrzą­snąć, dusimy wszystko w sobie. A ta reak­cja zostaje w nas zako­do­wana. Osoby, które prze­trwały traumę zło­żoną, żyją w cią­głym sta­nie emo­cjo­nal­nego roz­re­gu­lo­wa­nia.

Prze­szłość wydaje się teraź­niej­szo­ścią, nasze zmy­sły są wyostrzone, a reak­cje wyol­brzy­mione. Dzieje się tak dla­tego, że – jak wyja­śnia dr Bes­sel van der Kolk, wybitny badacz traumy i autor best­se­le­ro­wej książki pt. Strach ucie­le­śniony. Mózg, umysł i ciało w tera­pii traumy – ciało, które prze­żyło traumę, nie zapo­mina i tkwi w sta­nie cią­głego prze­wi­dy­wa­nia, wyła­pu­jąc sygnały świad­czące o poten­cjal­nym zagro­że­niu, nawet jeśli w rze­czy­wi­sto­ści nic nam nie zagraża. Nie­roz­wią­zana trauma trwa dalej jako frag­menty nas samych, jako pamięć cie­le­sna, która spra­wia, że czu­jemy się uwię­zieni w cza­sie, jed­no­cze­śnie nisz­cząc nasze obecne życie.

Tak jak jazda kolejką gór­ską, tak nasze reak­cje na traumę mają pro­wa­dzić nas od zagro­że­nia ku bez­pie­czeń­stwu na dru­gim końcu toru. Musimy się w końcu zatrzy­mać i wyjść z wago­nika. Jed­nak trauma zło­żona i prze­wle­kłe reak­cje trau­ma­tyczne spra­wiają, że uty­kamy w naj­wyż­szym punk­cie trasy. Żyjemy w sta­nie cią­głego nie­po­koju. Z tej per­spek­tywy łatwo dostrzec, jak wielu z nas myli wła­sne reak­cje na traumę z cechami swo­jej oso­bo­wo­ści.

Dosłow­nie nie wiemy, gdzie koń­czymy się „my”, a gdzie zaczyna się nie­świa­doma reak­cja na traumę.

Bez­pie­czeń­stwo waż­niej­sze niż ja

Zaczę­łam pisać o ule­gło­ści, kiedy to roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, dla­czego wciąż powta­rzam nie­zdrowe sche­maty i zanim dowie­dzia­łam się, że ma swoją defi­ni­cję. Po śmierci Randy’ego poczu­łam, że muszę wró­cić i spoj­rzeć na moje dzie­ciń­stwo trzeź­wiej­szym okiem. Zaczę­łam spi­sy­wać wszystko, co pamię­ta­łam, wszyst­kie momenty, kiedy z powodu Randy’ego czu­łam się nie­swojo. Jak wtedy w jacuzzi, jak pod­czas ukrad­ko­wej wycieczki do Las Vegas, jak wtedy, gdy moja mama raz po raz go uspra­wie­dli­wiała. Wspo­mnie­nia wyle­wały się ze mnie jak przez prze­rwaną tamę, jakby te histo­rie – i wszyst­kie spo­soby, w jakie je potem odtwa­rza­łam – cze­kały tylko, by ujrzeć świa­tło dzienne. Cze­kały, aż oddam im głos, aż uznam je za praw­dziwe.

Gdy zbli­ża­łam się do końca tego, co osta­tecz­nie stało się książką o moim doświad­cze­niu traumy zło­żo­nej, nie pla­no­wa­łam nawet wydać jej w tra­dy­cyjny spo­sób. Chcia­łam po pro­stu nazwać swoją prawdę poza bez­piecz­nymi ścia­nami gabi­netu tera­peuty. Odzy­ska­nie kon­troli nad wła­sną nar­ra­cją i zoba­cze­nie jej na papie­rze oka­zało się głę­boko uzdra­wia­ją­cym doświad­cze­niem.

Moje wspo­mnie­nia noszą tytuł Belie­ving Me (ang. Uwie­rzyć sobie), ponie­waż moja trauma nie doty­czyła tylko tego, co robił Randy, lecz rów­nież tego, że nikt inny z tym nic nie zro­bił. Tego, że wła­sna matka mi nie uwie­rzyła. Ubra­nie moich doświad­czeń w słowa oraz spoj­rze­nie na nie z nowej per­spek­tywy uświa­do­miło mi, że to ode mnie zależy, jak zakoń­czy się ta histo­ria. Ostat­nie zia­renka pia­sku w klep­sy­drze nale­żały do mnie. To, że Randy umarł, zaprze­cza­jąc wszyst­kiemu, nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. Nie musia­łam już dłu­żej cze­kać, przy­po­do­by­wać się ani uda­wać. Nie musia­łam wzno­sić się ponad swoje doświad­cze­nia czy ponad to, jak postrze­gała je moja matka. Musia­łam poznać prawdę, żeby wresz­cie prze­pra­co­wać jej wpływ na moje życie.

Byłam w trak­cie spi­sy­wa­nia wspo­mnień i dzie­le­nia się swo­imi doświad­cze­niami od wielu lat, gdy ktoś zapy­tał mnie, czy sły­sza­łam o pracy Pete’a Wal­kera doty­czą­cej traumy zło­żo­nej. Wal­ker jest auto­rem wspo­mnia­nej już przeze mnie książki Zło­żone PTSD, Od prze­trwa­nia do pełni życia, w któ­rej pisze o lecze­niu traum z dzie­ciń­stwa. Kiedy zaczę­łam szu­kać infor­ma­cji na jego temat i natra­fi­łam na ukutą przez niego defi­ni­cję ugła­ski­wa­nia, wywo­łało to we mnie lawi­nową reak­cję. Wyda­rze­nia z prze­szło­ści zaczęły się ukła­dać jedno po dru­gim jak seria prze­wra­ca­ją­cych się kostek domina, a wszystko nabrało sensu. Zaczę­łam rozu­mieć ule­głość. Zaczę­łam rozu­mieć sie­bie.

Osoby przy­mi­la­jące się czy też osoby cechu­jące się ule­gło­ścią, jak okre­śla je Wal­ker, to ci, któ­rzy „poszu­kują bez­pie­czeń­stwa, zle­wa­jąc sie w jedno z życze­niami, potrze­bami i wyma­ga­niami innych”. Co wię­cej, jak pisze, uczą się oni, że „ceną przy­stą­pie­nia do jakie­go­kol­wiek związku jest utrata wszel­kich potrzeb, praw, pre­fe­ren­cji i gra­nic”.

No tak. Moje życie w jed­nym zda­niu. Wresz­cie zna­la­złam spo­sób na zro­zu­mie­nie swo­jego dzie­ciń­stwa, swo­ich minio­nych związ­ków i tego, dla­czego czu­łam tak wielki wstyd. Uzbro­jona w nową per­spek­tywę i słow­nic­two, zaczę­łam się­gać głę­biej w sie­bie oraz do doświad­czeń moich klien­tek i klien­tów. Gdy dys­po­no­wa­łam już nazew­nic­twem, zaczę­łam zauwa­żać reak­cje ule­gło­ści i w swoim życiu, i w opo­wie­ściach klien­tów. To było niczym zbio­rowe prze­bu­dze­nie.

Ule­głość dała mi nie tylko odpo­wiedź na pyta­nie nie tylko o istotę mojego postę­po­wa­nia, czyli cią­głe wcho­dze­nie w rela­cje, które mnie raniły, lecz przede wszyst­kim dla­czego tak się działo. Nie mia­łam pro­blemu z niską samo­oceną. Mia­łam ciało z wbu­do­wa­nym sys­te­mem ope­ra­cyj­nym zapro­jek­to­wa­nym, by mnie chro­nić. Zaczę­łam rozu­mieć, dla­czego śro­do­wi­sko zwią­zane ze zdro­wiem psy­chicz­nym przez tak długi czas nie potra­fiło roz­po­znać tego zja­wi­ska. Kiedy się przy­mi­lamy, czę­sto docho­dzi do głę­bo­kiego roz­dź­więku mię­dzy tym, co do kogoś czu­jemy, a tym, jak go trak­tu­jemy. Wtedy w jacuzzi moje ciało i mózg chciały ucie­kać. Chcia­łam, by moje zawsty­dze­nie i para­li­żu­jący strach się skoń­czyły. Instynk­tow­nie wie­dzia­łam, że Randy robi coś złego. Lecz pod­świa­do­mie wie­dzia­łam też, jak wygląda moje życie, gdy nie sie­dzę w jacuzzi. Musia­łam zado­wo­lić Randy’ego, żeby zapew­nić sobie bez­pie­czeń­stwo. Ule­głość poja­wia się wtedy, gdy znaj­du­jemy się w potrza­sku; gdy będziemy musieli zmie­rzyć się z poważ­nymi kon­se­kwen­cjami, jeśli cze­goś nie zro­bimy. Nie jeste­śmy w sta­nie zaspo­koić wszyst­kich potrzeb jed­no­cze­śnie, więc ciało musi doko­nać wyboru. Dla­tego wybie­ramy bez­pie­czeń­stwo zamiast sie­bie.

Ten wymu­szony wybór nie­sie za sobą poważne skutki. Zabu­rza naszą per­cep­cję, przez co tra­cimy kon­takt ze swoim wewnętrz­nym kom­pa­sem. Uczymy się tłu­mić instynkty, igno­ro­wać wewnętrzną mądrość, a to spra­wia, że nie roz­po­zna­jemy czer­wo­nych flag i nie potra­fimy na nie reago­wać. Wewnętrzne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa osób przy­mi­la­ją­cych się zależy wyłącz­nie od czyn­ni­ków zewnętrz­nych, dla­tego zawsze mamy je na wycią­gnię­cie ręki: w ciele innych ludzi, ich świa­to­po­glą­dzie, ich postrze­ga­niu danej histo­rii. Zle­wa­nie się z cudzymi, znie­kształ­co­nymi wizjami świata nisz­czy naszą zdol­ność do zaufa­nia sobie oraz nasze postrze­ga­nie samych sie­bie.

Poza tym, że ugła­ski­wa­nie odcina nas od naszego praw­dzi­wego „ja”, nie­sie ze sobą także głę­boki wstyd, zacho­wa­nia ryzy­kowne lub sprzeczne z naszymi war­to­ściami oraz rela­cje oparte na braku sza­cunku. Czę­sto nie rozu­miemy, dla­czego robimy to, co robimy: dla­czego uspra­wie­dli­wiamy swo­jego oprawcę, dla­czego pod­li­zu­jemy się tok­sycz­nemu sze­fowi, dla­czego pró­bu­jemy udo­bru­chać trud­nego rodzica zamiast się mu posta­wić. Czę­sto też takie zacho­wa­nie wydaje się nie­moż­liwe do zatrzy­ma­nia.

Nasza ule­głość wysyła naszym opraw­com sygnał, że wszystko jest w porządku, ale ale osta­tecz­nie my sami także zaczy­namy w to wie­rzyć. Cza­sami zda­jemy sobie sprawę, że dzia­łamy prze­ciw wła­snym war­to­ściom czy potrze­bom (tak jak ja w jacuzzi). Lecz nie­raz mamy klapki na oczach, przez co z całego serca wie­rzymy, że wszystko jest dobrze, że jeste­śmy zako­chani, że jeste­śmy obecni. Z per­spek­tywy czasu widzę tak wiele sytu­acji, tak wiele rela­cji, w któ­rych przy­po­do­by­wa­łam się, nawet o tym nie wie­dząc. Byłam czy­stym ucie­le­śnie­niem porzu­ce­nia samej sie­bie.

Przy­mi­la­nie się to…

Prze­pra­sza­nie osoby, która cię zra­niła.

Zaprzy­jaź­nia­nie się z oso­bami, które cię gnę­biły, po to, by dostać pracę, utrzy­mać chło­paka, zapła­cić czynsz.

Malo­wa­nie czer­wo­nych flag na biało – świa­do­mie lub podświa­do­mie.

Ufa­nie innym bar­dziej niż sobie.

Wiara w to, że ktoś się zmieni z twoją pomocą.

Uspra­wie­dli­wia­nie tych, któ­rzy cię zra­nili, sta­wia­nie ich cier­pie­nia ponad wła­snym.

Mil­cze­nie, bo wyra­ża­nie swo­jego zda­nia

pogar­sza

sprawę.

Dla nie­któ­rych ludzi ule­głość ozna­cza bycie sobą w lep­szym wyda­niu: mądrzej­szym, hoj­niej­szym, zabaw­niej­szym, atrak­cyj­niej­szym czy odno­szą­cym suk­cesy, po to, by na­dal czuć się ado­ro­wa­nym, akcep­to­wa­nym, by czuć, że gdzieś się przy­na­leży. Dla innych z kolei przy­mi­la­nie się ozna­cza sta­wa­nie się mniej sobą: mniej gło­śnym, mniej wyróż­nia­ją­cym się etnicz­nie, mniej twór­czym, mniej pew­nym sie­bie, mniej zdol­nym do sta­wia­nia gra­nic. Ugła­ski­wa­nie może być widoczne lub cał­ko­wi­cie nie­zau­wa­żalne, może obja­wiać się w sek­sie, finan­sach lub nie­ustan­nym regu­lo­wa­niu emo­cji innych ludzi. Tylko jedno pozo­staje nie­zmienne: to szu­ka­nie bez­pie­czeń­stwa w świe­cie, który nie jest bez­pieczny, czę­sto kosz­tem samego sie­bie.

Gdy wspo­mi­nam sie­dze­nie w jacuzzi z moim ojczy­mem, jestem nie­wy­obra­żal­nie wdzięczna, że moje ciało prze­jęło kon­trolę, by pomóc mi prze­trwać coś, co dosłow­nie wykra­czało poza moją kon­trolę oraz zro­zu­mie­nie. Nie potra­fię nawet nazwać tego porzu­ce­niem sie­bie. Nazy­wam to łaską, geniu­szem lub głę­boką mądro­ścią, którą wyka­zało się moje ciało. Ura­to­wało mi to życie; te impulsy pomo­gły mi prze­trwać kolejne cztery lata z ojczy­mem.

Nie cho­dzi o to, by wyma­zać nasze reak­cje na traumę; nawet gdy­by­śmy chcieli, nie jest to moż­liwe. Poza tym te ratu­jące życie instynkty są nie­zbędne i jestem wdzięczna, że ist­nieją. Lecz kiedy opu­ści­łam dom ojczyma, odda­la­jąc się o setki, a potem tysiące mil od tam­tej dys­funk­cji, nic się nie zmie­niło. Zabra­łam doświad­cze­nia ze sobą, nie odróż­nia­jąc już, co jest bez­pieczne, a co nie, nie­świa­do­mie akcep­tu­jąc życie w nie­bez­piecz­nym świe­cie. Nie jeste­śmy stwo­rzeni, by funk­cjo­no­wać w try­bie prze­trwa­nia, lecz to wła­śnie ten instynkt przej­mo­wał kon­trolę w każ­dym moim związku: dosto­so­wy­wa­nie się, zmien­no­kształt­ność, wyma­zy­wa­nie sie­bie, aż w końcu już nie wie­dzia­łam, kim jestem. Ule­głość była jak mój dubler, a ja nie mia­łam poję­cia, że gra moją rolę, że chroni mnie przed tym, co złe, i przed tym, co dobre.

Przed dobrem, które kryło się w moim wnę­trzu.

Obni­ża­nie poprzeczki

Jedną z rze­czy, które naj­bar­dziej cenię w pro­gra­mie 12 kro­ków, jest wspól­nota i ducho­wość, któ­rej doświad­czamy razem. Szu­ka­łam obu tych rze­czy na wła­sną rękę, jed­nak mia­łam wra­że­nie, że poprzeczka jest usta­wiona zbyt wysoko. Wie­dzia­łam, że „praw­dziwa ja”, ta, która nie potrafi prze­stać pić, ni­gdy nie spro­sta ocze­ki­wa­niom ludzi „udu­cho­wio­nych” czy „nor­mal­nych”. Kiedy więc tra­fi­łam na pro­gram 12 kro­ków, poczu­łam, jakby ta poprzeczka została opusz­czona na sam dół. I to dosłow­nie, gdyż spo­tka­nia czę­sto odby­wały się w piw­ni­cach kościo­łów, a nie wśród wier­nych na górze. Pomy­śla­łam, że być może jest to miej­sce, gdzie znajdę akcep­ta­cję, kur­czowo trzy­ma­jąc się ich motta: „Będziemy cię kochać, dopóki nie poko­chasz sie­bie”. W tych skrom­nych salach dowia­dy­wa­łam się coraz wię­cej o samej sobie oraz nawią­zy­wa­łam więzi z innymi ludźmi, a także pozna­łam prak­tyki duchowe, które mnie nie zawsty­dzały.

To wła­śnie chcia­ła­bym zro­bić, publi­ku­jąc tę książkę: obni­żyć poprzeczkę, wyma­zu­jąc osąd i wstyd zwią­zany z ule­gło­ścią. Pra­gnę dać nam prze­strzeń do nawią­za­nia szcze­rego kon­taktu, tak byśmy wresz­cie mogli się­gnąć po narzę­dzia, które są naprawdę pomocne. Tak, byśmy w końcu mogli dotrzeć do samych sie­bie.

Zbyt długo mówiło się o zacho­wa­niach zwią­za­nych z ugła­ski­wa­niem w spo­sób impli­ku­jący, że coś jest z nami nie tak, jak­by­śmy musieli się po pro­stu ogar­nąć, doro­snąć, nauczyć się sta­wiać gra­nice i wykształ­cić poczu­cie wła­snej war­to­ści. Takie opi­nie tylko utrzy­my­wały nasze mecha­ni­zmy obronne w goto­wo­ści. Musimy więc obni­żyć poprzeczkę, by móc opu­ścić gardę. To jedyna szansa, by naprawdę się zmie­nić. Cho­dzi o to, by zro­zu­mieć, w jaki spo­sób nasze ist­nie­nie ma sens teraz. Zro­zu­mieć, dla­czego robi­li­śmy wszystko to, co robi­li­śmy, i co, szcze­rze mówiąc, praw­do­po­dob­nie wciąż w pew­nym stop­niu będziemy robić.

Wszy­scy mamy mecha­ni­zmy obronne. Wszy­scy mamy spo­soby na radze­nie sobie. Ule­głość może nie być waszym głów­nym mecha­ni­zmem obron­nym, jed­nak każdy z nas roz­wi­nął któ­ryś z nich, cza­sami nawet cały ich zestaw. Cho­ciaż chcę, aby­śmy stali się wolni oraz ela­styczni, i wie­rzę, że jest to moż­liwe, nie chcę jed­no­cze­śnie przed­sta­wiać rezy­gna­cji z przy­mi­la­nia się jako życia w bajce. Cza­sami czuję się jak tera­peutka-sztyw­niaczka z bar­dzo nie­atrak­cyj­nym prze­ka­zem: „Połącz­cie się ze swoim bólem, z ranami, ze wszyst­kimi wsty­dli­wymi spo­so­bami, w jakie sobie z nimi radzi­li­ście, a wtedy poczu­je­cie się lepiej, choć ni­gdy nie będzie ide­al­nie, a przy­naj­mniej nie zawsze”. Ni­gdy nie znaj­dziemy się w takim miej­scu, w któ­rym poczu­jemy się kom­plet­nie zre­lak­so­wani oraz pełni. Dopóki żyjemy, zawsze będziemy mieć metę przed sobą. Dopóki mamy ciało, które żyje wśród innych ciał na tej pla­ne­cie, będziemy korzy­stać z mecha­ni­zmów obron­nych.

W głębi duszy jestem uza­leż­nioną osobą, która pró­bo­wała chyba wszyst­kiego, aby wciąż czuć się jak naj­le­piej. Pod­czas wielu lat trzeź­wo­ści, wła­snej tera­pii oraz pracy tera­peutki pró­bo­wałam zna­leźć ide­alne roz­wią­za­nie. Nie opu­bli­ko­wa­ła­bym tej książki i nie uwa­żała jej za tak war­to­ściową, gdy­bym nie uwa­żała, że opi­suję tutaj naj­bar­dziej uzdra­wia­jące i pomocne podej­ście, i gdy­bym nie uwa­żała, że jest ono o niebo lep­sze od wszyst­kiego, co sama wypró­bo­wałam. Potwier­dzają to rów­nież doświad­cze­nia moich klien­tów. Bez względu na to, z czym musieli się zmie­rzyć, co musieli opła­kać i prze­pra­co­wać, posia­da­nie więk­szego wyboru, czyli moż­li­wość bycia bar­dziej sobą, jest tego abso­lut­nie warte.

Celem naszego zdro­wie­nia jest powrót do natu­ral­nej zdol­no­ści ciała do ela­stycz­no­ści i rege­ne­ra­cji. Takiej, która zako­rze­niona jest w regu­la­cji, w całym i auten­tycz­nym „ja”. Nie jeste­śmy w sta­nie wyeli­mi­no­wać wszyst­kich zagro­żeń, lecz możemy prze­stać reago­wać na nie zero-jedyn­kowo: ule­czony albo znisz­czony, bez­pieczny lub zagro­żony. Wie­rzę, że mamy w sobie prze­strzeń, by nauczyć się tole­ro­wać pewną dozę dys­kom­fortu i posze­rzać naszą zdol­ność do bycia sobą.

Zdro­wie­nie wymaga, byśmy porzu­cili to, co nam nie służy. Zacho­wu­jemy wszyst­kie wro­dzone dary i umie­jęt­no­ści, które dosko­na­li­li­śmy w mię­dzy­cza­sie, a jed­no­cze­śnie odzy­sku­jemy swój cel, war­to­ści i talenty, czyli te czę­ści sie­bie, które porzu­ciliśmy gdzieś po dro­dze. Porzu­ca­nie ugo­do­wo­ści to podróż, w któ­rej odzy­sku­jemy samych sie­bie. Podróż, pod­czas któ­rej odzy­sku­jemy wła­sny głos, zaczy­namy wie­rzyć w swoją spraw­czość i żyć tak, jak chcemy.

Drzewo genealogiczne uległości

Choć ter­min „ule­głość” (ang. faw­ning) jest sto­sun­kowo nowy, jego wcze­śniej­szymi odpo­wied­ni­kami były od dawna funk­cjo­nu­jące poję­cia, takie jak „współ­uza­leż­nie­nie” i „zado­wa­la­nie innych” (ang. people-ple­asing). Te okre­śle­nia wska­zują na łatwo roz­po­zna­walne objawy przy­po­do­by­wa­nia się, nie wyja­śniają jed­nak przy­czyn takiego zacho­wa­nia. Gdy sku­piamy się wyłącz­nie na pro­ble­ma­tycz­nych zacho­wa­niach, zamiast dotrzeć do ich źró­dła, utrwa­lamy prze­ko­na­nie, że coś jest z nami nie tak lub że mamy pro­blem, który trzeba natych­miast napra­wić. Roz­ło­że­nie ule­gło­ści na czyn­niki pierw­sze pro­wa­dzi do więk­szej samo­świa­do­mo­ści i wyro­zu­mia­ło­ści wobec nas samych oraz wobec tego, czego tak naprawdę szu­ka­li­śmy przez cały czas, czyli do zdro­wej, auten­tycz­nej rela­cji ze sobą i z innymi.

Jestem osobą ule­głą, chcia­ła­bym więc was popro­sić: „Pro­szę, nie bądź­cie na mnie źli”. Wiem, że zacho­wa­nia wyni­ka­jące ze współ­uza­leż­nie­nia czy oparte na zado­wa­la­niu innych przy­nio­sły wielu oso­bom uko­je­nie. Dys­po­no­wa­nie odpo­wied­nim słow­nic­twem, wspól­notą i umie­jęt­no­ścią odzwier­cie­dle­nia wła­snych doświad­czeń to praw­dziwy dar. Nie chcę nikomu tego odbie­rać.

Lecz prawdą jest rów­nież to, że cho­ciaż prze­czy­ta­łam wszyst­kie książki, uczest­ni­czy­łam w wielu pro­gra­mach i wypeł­ni­łam wiele testów, te ter­miny nie do końca ze mną rezo­no­wały. Spra­wiały, że, podob­nie jak wielu moich przy­ja­ciół, współ­pra­cow­ni­ków oraz klien­tów, mia­łam poczu­cie bycia nie­wi­dzialną. A także pełną wstydu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przy­pisy biblio­gra­ficzne znaj­dują się na końcu książki (przyp. red.). [wróć]

Na szczę­ście Świa­towa Orga­ni­za­cja Zdro­wia upra­wo­moc­niła C-PTSD (zło­żo­nemu zespo­łowi stresu poura­zo­wego), doda­jąc go w 2018 roku do Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­ty­stycz­nej Kla­sy­fi­ka­cji Cho­rób i Pro­ble­mów Zdro­wot­nych (ICD-11). [wróć]