51,99 zł
Czy choć inni postrzegają cię jako silną osobę, ty czujesz, że w pewnych sytuacjach ulegasz, by czuć się bezpiecznie?
Uległość, czwarta – obok walki, ucieczki i zamrożenia – reakcja na traumę i zagrożenie, bywa wyjątkowo nieoczywista. Na ogół kojarzy się przede wszystkim z uprzejmością, elastycznością czy po prostu „miłym charakterem”. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to nieświadoma reakcja obronna wynikająca z naszych trudnych doświadczeń. Zachowujemy się w sposób uległy w rozmaitych sytuacjach, bo kiedyś, aby przetrwać, musieliśmy za wszelką cenę kogoś ugłaskiwać – rodzica, partnera, a może po prostu osobę stojącą wyżej od nas w hierarchii.
Jeśli:
• starasz się za wszelką cenę unikać konfliktów,
• ustępujesz innym, nawet gdy jesteś przekonany o swojej racji,
• masz tendencję do obwiniania siebie,
• traktujesz priorytetowo potrzeby innych, a nie swoje, i starasz się wszystkich zadowolić,
• jesteś nieustannie w trybie hiperczujności, wypatrując zewsząd niepokojących sygnałów,
• skupiasz się na spełnianiu oczekiwań otoczenia, a nie na byciu sobą,
ta książka jest dla ciebie.
Ciągłe przypodobywanie się innym – nawet swoim oprawcom – daje jedynie pozorne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. W rzeczywistości odbiera energię i sprawczość oraz uniemożliwia stawianie granic, a przez to także blokuje drogę do rozwoju. Ta książka pomoże ci zrozumieć, dlaczego w obliczu zagrożenia reagujesz uległością, oraz pokaże, jak uwolnić się z pułapki people-pleasingu i odzyskać siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 371
Data ważności licencji: 5/27/2030
W książce tej opisuję doświadczenia moich siedmiorga klientów. Każdemu z nich poświęciłam osobny rozdział, choć do ich doświadczeń odnoszę się w wielu miejscach tej książki. Są to prawdziwe osoby, na których bardzo mi zależy i z którymi pracowałam od roku do 16 lat. Nie da się w pełni oddać sprawiedliwości im samym oraz procesowi naszej wspólnej pracy, a jednak, w kontekście uległości, spróbuję się podjąć tego zadania.
Zaznaczam, że każda z tych osób identyfikuje siebie jako kogoś, kto ma skłonność do bycia uległym i potrafi spojrzeć na to z dystansem. Choć kiedyś było to niemożliwe, obecnie osoby te są w stanie dostrzec tę cechę. Ze względu na naturę uległości mogę opisać te doświadczenia wyłącznie ze swojej perspektywy, choć opisuję również to, jak wyglądało życie moich klientów, zanim potrafili nadać swoim przeżyciom odpowiedni kontekst.
Miałam spore obawy przed poproszeniem osób, z którymi pracowałam, by podzielili się tak osobistymi doświadczeniami. Jednak cieszę się, że się na to zdobyłam. Wszyscy, których historie tu opisałam, zgodzili się, zanim jeszcze udało mi się dokończyć pytanie. Rozmowy z członkami mojej rodziny oraz przyjaciółmi uświadomiły mi, że większość ludzi nigdy nie słyszała o zjawisku uległości, nie mówiąc już o wolności i przestrzeni, które można odzyskać po uwolnieniu się od tego problemu. Moi pacjenci chcieli więc podzielić się swoimi przeżyciami, mając nadzieję, że w ten sposób pomogą innym. To, jak oni obnażyli przede mną swe dusze, naprawdę mi pomogło, i to jeszcze przed opublikowaniem tej książki, nie tylko jako autorce, lecz także jako osobie, która przez całe życie zmaga się z tendencją do ugłaskiwania i nieustannie walczy, by zyskać więcej wewnętrznej wolności.
Aby jak najpełniej oddać istotę reakcji uległości, posiłkowałam się swoją wiedzą oraz notatkami z pracy z pacjentami, a także nagranymi wywiadami z nimi oraz pisemnymi ankietami. W tym procesie często słyszałam: „Wydaje mi się, że nigdy wcześniej ci tego nie mówiłem”. Okazuje się, że zagłębienie się w doświadczenia związane z uległością dało im nowy wgląd w siebie, przenosząc uzdrowienie w nowy wymiar. Dzięki temu, że „dla dobra czytelnika” weszli w to tak głęboko i świadomie, byli w stanie wniknąć jeszcze głębiej we własną wrażliwość. Powtórzę to: chęć pomocy innym dodała im odwagi, by zanurzyć się we własne doświadczenia, a wszystko po to, by podzielić się swą mądrością właśnie z wami, drodzy czytelnicy.
Jak pokaże ci ta książka, uległość ma swoją cenę. Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, że ma przy tym swoje plusy i potrafi wydobyć z nas to, co najlepsze. Że niegdyś zapewniała nam względne bezpieczeństwo i ocaliła nasze życie, kształtując przy tym nasze nadzwyczajne umiejętności.
Na koniec wyjaśnię tylko, że wszystkie imiona oraz cechy umożliwiające rozpoznanie moich klientów zostały zmienione, by chronić ich prywatność, lecz ich historie i przemyślenia są jak najbardziej prawdziwe. Nie starałam się także wchodzić w rolę tłumaczki ich doświadczeń; pozostałam osobą, która miała zaszczyt je opowiedzieć.
Część 1
Anatomia uległości
Rozdział 1
Czwarta reakcja na traumę
Czym jest uległość?
Gdy miałam 13 lat, uwielbiałam przesiadywać nocami w zewnętrznym jacuzzi. Mieszkaliśmy wówczas w Aspen w stanie Kolorado i kiedy w domu gasły światła, bez problemu rozpoznawałam gwiazdozbiory na rozległym, ciemnym niebie.
Pewnej nocy dołączył do mnie mój ojczym, Randy. Nie sposób było go nie zauważyć, gdy przemierzał taras, tupiąc nogami przypominającymi pnie drzew,. Patrzyłam, jak wchodzi do jacuzzi, a jego spodenki przez chwilę wybrzuszają się na wodzie, by zaraz pod nią zniknąć. Następnie znów spojrzałam w niebo, zastanawiając się, z którą wersją Randy’ego będę mieć dzisiaj do czynienia: z tą, która zdawała się mnie nie znosić, negując wszystko, co robię, czy tą miłą i życzliwą.
Niecały rok wcześniej Randy, najlepszy przyjaciel mojego taty, został mężem mojej mamy i krótko po ślubie przeprowadziliśmy się do niego, do odległego górskiego miasteczka. Odizolowanie od przyjaciół i rodziny w obcym, nowym miejscu wpędziło mnie w stan szoku. Szybko zapamiętałam numer do miejscowej knajpy, bo tam właśnie często przesiadywali nasi rodzice. Dzięki temu mój rodzony brat, mój przybrany brat i ja mogliśmy się przygotować na nieprzewidywalne sytuacje, jakie często wydarzały się po ich powrocie do domu.
Zasady panujące w nowym domu były umowne, zależały od humoru Randy’ego i nieustannie się zmieniały. Z dnia na dzień potrafiły się pojawiać nowe wymagania i bez względu na to, jak bardzo starałam się je spełniać, okazywało się to niewykonalne. A gdy mi się nie udawało, dostawałam szlaban i nie mogłam wychodzić z domu przez całe miesiące, w czasie których Randy karał mnie milczeniem.
Jednak teraz, siedząc w jacuzzi, nie ignorował mnie ani nie krytykował. Wydawało się, że ma dobry nastrój, co naprawdę przyniosło mi ulgę. „Założę się, że chciałabyś mieszkać wśród gwiazd, co?” – rzucił z lekkim śmiechem, choć nie naśmiewał się ze mnie. Jakby przyznawał: „Wiem, że wolałabyś być gdziekolwiek indziej – byle nie tu, nie ze mną – i to nic złego”. Jego słowa mnie rozbroiły i poczułam, że być może moglibyśmy być wobec siebie szczerzy. Mój twardy pancerz nieco zmiękł w gorącej wodzie i zachichotałam cicho, dłubiąc językiem w aparacie ortodontycznym.
Randy zaproponował, żebym usiadła mu na kolanach, abym nie musiała zadzierać głowy, przekonując mnie, że łatwiej mi będzie patrzeć w niebo, gdy oprę głowę na jego klatce piersiowej.
Po całym roku pełnym niepewności pragnęłam ponad wszystko poczuć się zaopiekowana. Chciałam być częścią szczęśliwej rodziny. Odebrałam więc zachętę Randy’ego jako gałązkę oliwną, gest świadczący o uczuciu ojczyma.
Przesunęłam się w jego stronę, usiadłam mu na kolanach i oparłam głowę na jego klatce piersiowej. Moje palce u stóp wystawały ponad bulgoczącą wodę, a on ramionami przytrzymywał mnie w miejscu. Teraz, gdy czułam się zakotwiczona, zauważona i doceniona, moja czujność osłabła jeszcze bardziej. „Lubię być blisko ciebie – oznajmił Randy, lekko ściskając moje biodra. – Cieszę się, że ci to nie przeszkadza”.
Moje ciało natychmiast się spięło, a myśli zaczęły galopować. „Dlaczego to powiedział? O co mu chodzi?” Od razu zrozumiałam znaczenie tych słów i dotyku jego rąk i miałam świadomość, że powinnam uważać. Lecz wiedziałam także, że stąpam po kruchym lodzie. Nie chciałam wpaść w kłopoty, wywołując tę wersję Randy’ego, która mnie przerażała. Zapytałam więc ostrożnie, głosem drżącym niczym górskie powietrze: „Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?”.
Czekając na odpowiedź Randy’ego, czułam, jak szorstkie włosy na jego ciele kłują mnie niczym igły. Woda skleiła nas ze sobą, a ja czułam się uwięziona. Zastygłam tak bardzo, jak tylko było to możliwe. Randy odparł, że niektóre dziewczyny to straszne sztywniary i oczekują więcej przestrzeni osobistej w relacjach z mężczyznami. Po czym na moment zamilkł i zaraz dodał: „Cieszę się, że taka nie jesteś. Że możemy być tak blisko”.
Ta chwila zmieniła wszystko. A przynajmniej zmieniła coś we mnie. To był pierwszy raz, kiedy nie czułam się przy Randym bezpiecznie, mimo że wydawał się przyjazny. Wcześniej, gdy nie czułam się przy nim bezpiecznie, wynikało to z jego agresywnego i złośliwego zachowania. Teraz jednak jego głos brzmiał łagodnie i spokojnie, a on sam wyglądał na odprężonego. A mimo to moje ciało wysyłało mi jasny sygnał, że nie mówi całej prawdy. Coś było mocno nie tak.
Gdybym mogła zatrzymać ten moment w czasie, powiedziałabym, że moja psychika rozszczepiła się na dwie części. Z jednej strony bałam się: miałam 13 lat, byłam dzieckiem wyczuwającym, że coś zagraża mojemu poczuciu bezpieczeństwa. Z drugiej strony musiałam przefiltrować ten strach przez dynamikę władzy panującą w jacuzzi. W końcu Randy był dorosły i pełnił funkcję figury autorytetu w moim życiu. Odkąd zamieszkaliśmy razem, drobna postać mojej mamy jakby zniknęła w jego cieniu. Jej ciało poruszało się dopiero wtedy, gdy on to robił, słowa padały z jej ust dopiero po tym, jak on je wypowiedział. Cały czas zastanawiałam się, gdzie podziała się moja mama, nawet gdy stała tuż przede mną. Randy rządził, a my musiałyśmy zasłużyć na jego przychylność.
Co więc robiłam? Choć zwykle wymienia się walkę, ucieczkę lub zamrożenie jako naturalne reakcje na zagrożenie, moje ciało instynktownie wiedziało, że żadna z nich nie zadziała.
Walka nie wchodziła w grę. Po pierwsze Randy nie był wobec mnie jawnie wrogi, więc nie miałam z czym walczyć. On raczej mnie oswajał, manipulował mną emocjonalnie, co okazało się skuteczne. Zaczęłam wątpić w siebie, zastanawiając się, czy to możliwe, że wszystko jest tak niewinne, jak to przedstawiał. Ponadto był dwukrotnie większy ode mnie. Choć nigdy nie byłam świadkiem, jak stosuje przemoc fizyczną wobec mamy, to widziałam siniaki na jej ciele. Walka oznaczała niebezpieczeństwo.
Ucieczka, co jasne, jest niemożliwa dla większości dzieci. Dokąd mielibyśmy uciec? Do kogo? Ludzkie dzieci są zależne od swoich opiekunów dłużej niż młode jakiegokolwiek innego gatunku, potrzebują dorosłych, by przeżyć. W Aspen znalazłam się daleko od przyjaciół i rodziny. Nie miałam bezpiecznego miejsca, do którego mogłabym uciec.
Zamrożenie to powszechna reakcja na traumę, jednak w tej sytuacji moje ciało nie uległo zamrożeniu, a przynajmniej nie całkowicie. Musiałam jakoś sobie radzić z Randym, zachowując choćby resztki opanowania. Czułam, że jeśli będę podążać za jego sygnałami, być może zdołam utrzymać jego względy bez pogarszania sytuacji. Nie czułam się bezpieczna, lecz musiałam udawać, że jest inaczej. Nie lubiłam Randy’ego, ale potrzebowałam, by on lubił mnie.
Moje ciało znalazło więc inne wyjście. Siedząc z moim ojczymem sam na sam w jacuzzi, byłam przerażona, a jednak zachowywałam się normalnie. Udawałam spokój. Sprawiałam wrażenie uprzejmej, wręcz przymilnej. Swoim zachowaniem dawałam mu znać, że wszystko jest w porządku. Posiedziałam z nim na tyle długo, by nie wzbudzić podejrzeń, po czym oznajmiłam, że wychodzę. Odsunęłam się od niego i gdy stanęłam na deskach tarasu, żałowałam, że nie potrafię przenieść się do swojej sypialni za mrugnięciem oka. Chciałam rzucić się biegiem do domu, lecz zmusiłam się, by iść normalnie, chociaż wydawało mi się, że każdy krok stawiam bardzo powoli. Czułam się jak półnagie, przemoczone widowisko odgrywane w zwolnionym tempie.
Dopiero po 30 latach zrozumiałam, co się wydarzyło tamtego wieczora, oraz jak to wydarzenie ukształtowało moje reakcje na najdrobniejszy konflikt w późniejszym życiu. Okazuje się, że istnieje czwarta reakcja na traumę i jest to uległość (ang. fawning).
Więzi nas chronią
Jeszcze do niedawna, gdy ktoś mówił o uległości, ugodowości, ugłaskiwaniu, przymilaniu się i przypodobywaniu, mogło się nam to kojarzyć z pracownikiem podlizującym się szefowi w nadziei na podwyżkę lub z dziewczyną nadskakującą chłopakowi, by się mu spodobać. W słowniku Merriam-Webster przymilanie się jest zdefiniowane jako: „zabieganie o względy w służalczy lub pochlebczy sposób”. Lecz taka definicja nie oddaje istoty ugodowości w kontekście traumy.
Pete Walker, psychoterapeuta i autor książki Złożone PTSD. Od przetrwania do pełni życia1, ukuł pojęcie ugłaskiwania po wielu latach pracy z ofiarami przemocy oraz traum. Zdefiniował je jako „reakcję na zagrożenie poprzez stawanie się bardziej atrakcyjnym dla źródła zagrożenia”. Osoba uległa odzwierciedla pragnienia lub oczekiwania drugiej osoby, by rozładować sytuację konfliktową, zamiast stawić jej czoła, gdyż według niej jest to najlepsza szansa na przetrwanie. Przynajmniej w tym momencie.
Kiedy ktoś nachalnie się do ciebie zaleca, a ty uśmiechasz się i chichoczesz, to jest to uległość. Kiedy w toksycznym środowisku pracy nie bronisz swoich wartości i zasad, by nie stracić posady, to również jest przypodobywanie się. Lub gdy nieustannie usprawiedliwiasz przemocowe zachowania rodzica, by nie niszczyć łączących was więzi – tak, masz rację, to przymilanie się.
Innymi słowy, uległość jako reakcja na traumę osadza nasze zachowanie w kontekście bezsilności i nadużyć. I nie jest to podlizywanie się, by dostać dobrą ocenę, ani celowe schlebianie wpływowym ludziom. Ugodowość nie jest świadomą manipulacją. To instynktowny sposób, by poczuć się bezpiecznie w obliczu wykorzystywania, zawstydzania, zaniedbywania, atakowania czy krzywdzenia w jakikolwiek inny sposób.
Co ciekawe, przymilanie się można porównać do podstawowej zasady japońskiej sztuki walki aikido. Słowo aikido oznacza „drogę harmonii”. Zamiast atakować lub uciekać, adept tej sztuki walki, poruszając się, naśladuje ruchy przeciwnika, jego energię oraz intencje. Nawiązanie połączenia z przeciwnikiem pozwala wyczuć jego kolejny ruch, co zapewnia bezpieczeństwo obu stronom, gdy zmierzają ku pokojowemu rozwiązaniu.
To właśnie robimy, gdy w obliczu zagrożenia reagujemy uległością. Kiedy czujemy się zagrożeni, dostrajamy się do agresora lub prześladowcy w nadziei, że uda nam się wyjść z tego bez szwanku. Staramy się podtrzymać łączące nas więzi, ponieważ często jesteśmy zależni od osoby, która nas krzywdzi. Jeśli jest to rodzic biologiczny lub przybrany, jesteśmy zależni od jego opieki. Jeśli jest to szef, jesteśmy zależni od wypłaty lub możliwości awansu. Jeśli to partner, możemy zależeć od jego dochodów, prawa do widywania się z dziećmi czy statusu społecznego, jaki daje małżeństwo.
W przypadku ugłaskiwania więź oznacza ochronę.
I choć ma ono na celu wyeliminowanie zagrożenia, co często się dzieje, wiąże się z nim niewidoczny koszt. Spełniając cudze oczekiwania, musimy zrezygnować z własnych. Kiedy uciekamy się do ugłaskiwania, odrzucamy asertywność i stajemy się przesadnie ulegli. Zmieniamy się, by przetrwać. Podporządkowujemy się osobom lub osobie, która nas skrzywdziła. Gdy stosujemy przypodobywanie się, tak naprawdę porzucamy samych siebie: nasze potrzeby, wartości i przekonania, co tylko pogłębia naszą bezbronność.
Ugłaskiwanie, czasem określane jako „zadowalanie i uspokajanie” (ang. please and appease), bywa utożsamiane z potrzebą zadowalania innych lub współuzależnieniem. Jednak, jak wyjaśnię później, oba te pojęcia sugerują, że mamy wpływ na własne działanie. Tymczasem przymilanie się nie jest świadomym wyborem, a mechanizmem przetrwania. W ułamku sekundy nasz gadzi mózg wybiera reakcję, która zapewni nam największe szanse przeżycia. Następnie nasze ciało zapamiętuje to, co okazało się skuteczne za pierwszym razem i powiela tę reakcję w przyszłości. Osoba uległa nie ma zamiaru zadowalać innych czy kompulsywnie się nimi opiekować. Próbuje tylko odzyskać sprawczość w sytuacjach, w których jest jej całkowicie pozbawiona.
Nic mi nie jest, nic ci nie jest, wszystko jest w porządku
Trzy lata po wieczorze w jacuzzi, gdy sytuacja z Randym coraz bardziej się pogarszała, zabrał mnie w tajemnicy do Las Vegas. Moja mama wyjechała, żeby opiekować się umierającym ojcem, a Randy ukuł misterną intrygę, by mnie tam zawieźć. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, kazał mi trzymać się za rękę. Zachowywał się, jakbym była jego dziewczyną, i mówił, że mielibyśmy kłopoty, gdyby ktoś dowiedział się, że jestem niepełnoletnia. Gdy wróciliśmy do domu, mojej mamy wciąż jeszcze nie było. Wydawało się, że praktycznie nic między nami nie zaszło. Randy nie wykorzystał mnie seksualnie, choć zarezerwował dla nas apartament z ogromnym łóżkiem i lustrzanym sufitem. Choć spaliśmy razem – on półnagi, a ja w obszernym dresie, odwrócona do niego plecami, trzymając się kurczowo swojej strony łóżka. I choć moje ciało wiedziało, że to nie w porządku, i choć byłam przerażona, to jak właściwie miałam określić, co się wydarzyło?
Przez następne miesiące nie powiedziałam o tym nikomu, aż któregoś dnia Randy zostawił na mojej poduszce karteczkę, a ja poczułam, że wreszcie mam dowód. Nie pamiętam już, co dokładnie na niej napisał, wiem jednak, że to wystarczyło, by zasygnalizować dynamikę łączącej nas relacji. Zabrałam karteczkę do szkoły i pokazałam szkolnej psycholożce, a ta spojrzała na mnie z troską. „Ingrid, musimy o tym porozmawiać” – oznajmiła. Słysząc to, wzdrygnęłam się, bo wiedziałam, że nadszedł moment, by wyznać całą prawdę.
Opowiedziałam jej o Las Vegas.
To był przykład zdrowej reakcji walki. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy, by udaremnić dalsze zaloty Randy’ego. Chciałam, żeby moja mama poznała prawdę, chciałam, żeby odeszła od Randy’ego, chciałam, by ktoś w końcu wybawił mnie z tego niekończącego się koszmaru, i intuicyjnie czułam, że musi to być ktoś, kto ma narzędzia, by mi w tym pomóc. Psycholożka zorganizowała w mojej szkole spotkanie z pracownikami opieki społecznej, aby porozmawiać z moją matką, lecz ona mnie nie uratowała, bo postanowiła milczeć. Przybrała kamienny wyraz twarzy i zażądała, by do szkoły wezwać Randy’ego, jednak nie po to, by wpadł w kłopoty, lecz by miał szansę się wypowiedzieć. Tak więc gdy tylko wszedł do pokoju, nazwał mnie kłamczuchą. Obarczył mnie winą za wszystkie problemy naszej rodziny.
Najbardziej zabolało mnie, że mama stanęła po jego stronie, usilnie przekonując, że „nic złego się nie stało”. To, co zrobił Randy, było dla mnie traumatyczne, lecz naprawdę wierzyłam, że kiedy mama dowie się o tym, weźmie mnie w ramiona i przeprosi. A na koniec doda, że wyjeżdżamy.
Zamiast tego patrzyłam, jak jedyna osoba, która – jak mi się wydawało – mnie uratuje, staje po stronie mojego oprawcy.
Wiele osób uciekających się do uległości doświadczyło w przeszłości czegoś podobnego, czegoś, co nauczyło nas, że nie możemy w pełni polegać na nikim oprócz siebie. Nauczyliśmy się, że wsparcie emocjonalne nie jest dla nas, a bezwarunkowa miłość to albo mit, albo coś, co sami musimy podtrzymywać. W konsekwencji często wpadamy w hiperniezależność. Nie potrafimy polegać na zdrowym wsparciu innych, więc radzimy sobie sami. Zdarza się, że milczymy, gdy spotyka nas coś złego. Dusimy to w sobie, udajemy, że wszystko jest w porządku, i dalej się przymilamy w imię bezpieczeństwa, co jest wyczerpującym i samotnym przedsięwzięciem.
Tymczasem osoby uległe często sprawiają wrażenie, jakby świetnie dawały sobie radę. Często doskonale funkcjonujemy, mamy udane kariery, żyjemy w wieloletnich związkach, lecz to jedynie pozory. Prawda jest taka, że przez tak długi czas znosiliśmy tak wiele, że nie czujemy, gdy ktoś przekracza nasze granice. Utrzymujemy status quo, znieczulając się lub wpadając w depresję, próbując „być lepszymi”, jakby to miało rozwiązać wszystkie trudności w relacjach z innymi ludźmi. Naprawdę nieustannie podważamy nasz własny osąd, stosując autogaslighting, który podpowiada nam, że może nie jest aż tak źle.
Co więcej, wielu z nas nauczyło się ugłaskiwać we własnych rodzinach lub kręgach społecznych. Ugodowość, przedstawiana jako szacunek, jest reakcją adaptacyjną na życie w zhierarchizowanym, patriarchalnym społeczeństwie. Do bycia osobami uległymi przygotowały nas utrwalane przez lata hasła, takie jak:
Pocałuj wujka.
Masz powiedzieć, że prezent ci się podoba (chociaż wcale tak nie jest).
Nie mów nikomu, że tato pije.
Nie zachowuj się tak, by inni czuli się niezręcznie.
Bądź ponad to.
Przecież to twoja
matka
.
Udawaj kogoś bardziej białego/ zamożnego/ seksownego, by utrzymać bezpieczeństwo w relacji.
Udawaj kogoś mniej seksownego, by być zachować bezpieczeństwo w relacji.
Bądź graczem zespołowym.
Jak bardzo ci na tym zależy?
Po prostu się z tym pogódź.
Stłum to.
Zignoruj to.
Uśmiechnij się.
Te i inne niezliczone komunikaty w bezpośredni i zawoalowany sposób każą nam się odciąć od naszego prawdziwego „ja”, aż w końcu nie wiemy, gdzie kończymy się „my”, a zaczyna przymilanie się.
Jest to najbardziej bolesny aspekt uległości. Tracimy kontakt z samym sobą. Rozwijamy mechanizmy, które stają się tak integralną częścią nas, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że je stosujemy. Jesteśmy osobami przymilającymi się, choć możemy wyglądać na szczęśliwych, wiecznie przystających na wszystko, by dojść do porozumienia z innymi. Możemy postrzegać siebie jako hojnych, empatycznych i współczujących. Często są to nasze wrodzone cechy, lecz nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo zostały zniekształcone przez naszą reakcję na traumę. Często nawet nie jesteśmy świadomi, że doświadczyliśmy traumy.
Uległość jako reakcja na traumę złożoną
Przypodobywanie się to powszechny mechanizm radzenia sobie u osób zmagających się z długotrwałą traumą relacyjną. Trauma relacyjna różni się od pojedynczego traumatycznego zdarzenia takiego jak wypadek samochodowy czy napaść. Jest to forma traumy złożonej, zjawiska, które zostało opisane w psychologii dość niedawno. Trauma złożona odnosi się do długotrwałych, wszechobecnych zagrożeń dla naszego poczucia bezpieczeństwa, często o charakterze interpersonalnym. Nie jest to diagnoza ani też jedno konkretne wydarzenie. Trauma złożona wynika z trwałej, wywołującej cierpienie sytuacji, która zdaje się nie mieć końca. Jest niczym powietrze, którym oddychamy. Tak jak to było w moim przypadku, może wynikać z wyjątkowo trudnych lub przemocowych relacji w naszej rodzinie pochodzenia. Może też występować w szerszych systemach opresji lub marginalizacji czy też w każdej społeczności, która wymaga od nas wyrzeczenia się pewnych aspektów naszej osobowości, abyśmy mogli przynależeć do tej grupy. Może się pojawiać w miejscu pracy lub w związkach romantycznych.
Trudność związana z traumą złożoną polega na tym, że często nie postrzegamy jej w ten sposób, mylnie uznając ją za coś normalnego lub też za osobistą porażkę. Choć zawsze wiedziałam, że doświadczyłam traumy w potocznym sensie tego słowa, przez lata nie uważałam, że była to prawdziwa trauma. Wydawało mi się, że musiałabym doświadczyć czegoś gorszego lub bardziej oczywistego, by móc ją tak nazwać. Nie mając takich doświadczeń, uznałam więc objawy traumy za mój, wyłącznie mój problem.
Częściowo wynika to z faktu, że dopiero od niedawna zaczęliśmy jako społeczeństwo uznawać istnienie i znaczenie traumy. Dopiero w 1980 roku diagnoza PTSD (zespołu stresu pourazowego) została włączona do Kryteriów diagnostycznych zaburzeń psychicznych, czyli swoistej „biblii” klasyfikacji zaburzeń psychicznych, wydawanej przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Kryteria rozpoznania PTSD zakładały, że dana osoba musiała doświadczyć „psychicznie obciążającego wydarzenia, które wykracza poza zakres zwykłego ludzkiego doświadczenia”. Trauma była wówczas rozumiana jako coś dramatycznego, destrukcyjnego i niespotykanego.
Jednak w kolejnych dekadach nasze rozumienie traumy uległo zmianie. W rzeczywistości trauma jest zjawiskiem niezwykle powszechnym: 70% dorosłych Amerykanów doświadczyło w swoim życiu przynajmniej jednego traumatycznego wydarzenia. A mówimy tylko o zgłoszonych przypadkach. W wielu rodzinach ludzie spotkali się z jakąś formą uzależnienia, nieleczonej choroby psychicznej, przemocy seksualnej czy fizycznej lub agresji. Ponadto na poziomie społecznym ludzie muszą się zmagać z ubóstwem, rasizmem i brakiem dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej.
Te sprawy na ogół nie wykraczają poza zwykłe ludzkie doświadczenia, a wręcz przeciwnie, stanowią ich sedno. Niestety przez długi czas były postrzegane jako coś, o czym nie należy wspominać, z czym trzeba sobie poradzić, co należy znosić, wybaczyć lub przezwyciężyć. Z pewnością nie traktowano ich jako doświadczeń „traumatycznych” według dawnego standardu, który wciąż funkcjonuje w świadomości wielu ludzi. Dziś wiemy, że te wszechobecne rany na naszej psychice mogą być równie szkodliwe jak doświadczenia wojenne czy przetrwanie klęski żywiołowej. A może nawet bardziej, ponieważ są mniej oczywiste, jątrzą się w niewidocznej otchłani „problemów osobistych”, z którymi powinniśmy sami sobie poradzić lub z których trzeba wyrosnąć.
W latach 70, w czasie, gdy działał ruch wyzwolenia kobiet, dr Judith Herman, profesorka psychiatrii na Harvardzie, dokonała rozróżnienia między traumą jednorazową (ostrą) a powtarzającymi się traumatycznymi wydarzeniami. Zauważyła podobieństwo między historiami ofiar przemocy seksualnej i domowej a sposobem, w jaki rozumiano traumę, z którą zmagali się weterani wojenni. Coraz więcej kobiet przerywało milczenie, a Herman została ich rzeczniczką, publikując artykuły, które zostały szeroko rozpowszechnione nieoficjalymi kanałami. Chcąc wypełnić lukę między mężczyznami i kobietami, sferą publiczną i prywatną, tym, co uzasadnione, i tym, co napiętnowane, psychiatrka ukuła termin traumy złożonej. Twierdziła, że dotychczasowa definicja PTSD nie jest wystarczająco pojemna, by uwzględnić wszystkie codzienne traumy, które dotykają znacznie szerszej grupy ludzi niż zakładano. Apelowała, by do Kryteriów diagnostycznych zaburzeń psychicznych dodać nową jednostkę chorobową: złożone PTSD (complex PTSD). Było to w 1988 roku. Jej wniosek odrzucono.
Do dziś złożone PTSD (a co za tym idzie, trauma złożona) nie jest oficjalnie uznawane w Stanach Zjednoczonych. To poważne zaniedbanie, które szkodzi zarówno specjalistom, jak i całemu społeczeństwu, ograniczając finansowanie badań, włączanie tego zagadnienia do programów nauczania akademickiego oraz możliwość zwrotu kosztów leczenia2. Mówiąc wprost, środowisko medyczne nie przyjęło języka potrzebnego, by pomóc wielu najbardziej wrażliwym grupom społecznym.
Prawda jest taka, że większość moich klientów nie zgłosiła się do mnie z powodu traumy złożonej. Przychodzili do mojego gabinetu z powodu niskiej samooceny, depresji, lęku, uzależnień, trudności w budowaniu relacji i tak dalej. W taki właśnie sposób trauma złożona przejawia się w naszym codziennym życiu. Negatywne myśli, uzależnienie od substancji psychoaktywnych, zaburzenia odżywiania czy nieumiejętność stawiania granic to tylko niektóre ze sposobów, do których uciekamy się, by poradzić sobie z wszechobecnymi i nieustannymi zagrożeniami dla naszego poczucia bezpieczeństwa i tożsamości. W swojej praktyce spotykam się z tym nieustannie; dotyczy to wszystkich grup wiekowych oraz płci i nie jest zależne od stylu życia. Gdybym nie miała wiedzy o tym, jak podstępną postać przybiera trauma złożona, nie byłabym w stanie dotrzeć do sedna problemów moich klientów. Nasza praca koncentrowałaby się na wąsko rozumianych objawach, często przypominając grę w „uderz kreta”, czyli niekończące się leczenie objawów, bez szans na prawdziwe uzdrowienie.
Kiedy zaczynamy rozumieć, że nasze objawy mają swoją przyczynę, że nie są wrodzonymi dysfunkcjami i że leczenie traumy wymaga holistycznych metod polegających na pracy z ciałem, może wydarzyć się coś niezwykłego. Możemy w końcu przerwać błędne koło: przestajemy starać się bardziej, szukać zrozumienia, udowadniać swoją wartość – czym niczego nie osiągamy. Możemy wyjść z trybu przetrwania i wreszcie zacząć proces zdrowienia.
Słownik pojęć
Słowa „trauma” używamy do określania wielu rzeczy, więc spróbujmy rozłożyć to pojęcie na czynniki pierwsze:
WYDARZENIA TRAUMATYCZNE: Szokujące, przerażające lub zagrażające życiu doświadczenia, takie jak wypadki samochodowe, klęski żywiołowe, bycie ofiarą lub świadkiem przemocy, zdrada, nadużycia i zaniedbanie. Zdarzenia te mogą wywołać traumę, ale nie muszą.
TRAUMA: Z greckiego „rana”. Trauma to ślad, jaki pozostaje po traumatycznych wydarzeniach; jest tym, co dzieje się, gdy doświadczenia te przeciążają nasz układ nerwowy. Chociaż wydarzyły się w przeszłości, sposób, w jaki zmieniły to, gdzie i jak przechowujemy wspomnienia, w tym naszą zdolność do ich przetwarzania i integrowania, jest przenoszony na teraźniejszość. Nierozwiązana trauma istnieje dalej we fragmentach naszego „ja” jako pamięć ciała, która sprawia, że czujemy się, jakbyśmy zostali uwięzieni w przeszłości.
WYZWALACZE TRAUMY: Bodźce przywołujące traumatyczne wydarzenia. Mogą być zewnętrzne, jak np. głośne dźwięki, rocznice wydarzeń czy sceny z filmu, lub mogą płynąć z naszego wnętrza, jak np. uczucie bezsilności lub samotności albo napięcie fizyczne.
REAKCJE TRAUMATYCZNE: Odruchowe reakcje ciała na zagrożenie. Reakcje te są instynktowne, a nie racjonalne; początkowo zaliczano do nich reakcję walki, ucieczki oraz zamrożenia. Są to nieświadome próby zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Jeśli dodamy do tej listy uległość, możemy powiedzieć, że choć nie chcemy przypodobywać się innym, to w obliczu zagrożenia nasze ciało robi to instynktownie. Reakcje traumatyczne prowadzą do deregulacji emocjonalnej, czyli niezdolności do regulowania naszych emocji.
TRAUMA ZŁOŻONA: To bycie narażonym na powtarzające się zagrożenia interpersonalne przez dłuższy czas oraz trudności, które z nich wynikają. Często ma swoje źródło w dzieciństwie, jednak nie zawsze (np. długotrwała przemoc domowa). Termin „trauma złożona” bywa używany zamiennie z traumą relacyjną, rozwojową, psychiczną lub dziecięcą.
ZESPÓŁ STRESU POURAZOWEGO (PTSD) ORAZ ZŁOŻONY ZESPÓŁ STRESU POURAZOWEGO (C-PTSD): Jednostki chorobowe związane z traumą. Podstawowe kryteria dla obu obejmują długotrwały schemat ponownego przeżywania traumatycznych wydarzeń z przeszłości, unikanie sytuacji przypominających o traumie oraz zaburzenia reaktywne, nastroju i percepcji. C-PTSD wykracza poza te kryteria, obejmując dodatkowo: rozregulowanie emocjonalne, negatywny obraz siebie oraz zaburzone relacje interpersonalne.
Wyjście z impasu
Moja droga do zdrowienia z chronicznej uległości rozpoczęła się, gdy usłyszałam, że Randy umiera. Tak jak rozwiewała się moja nadzieja, że on w końcu powie prawdę, a matka mi uwierzy i będę wolna, tak też nieubłaganie przesypywał się piasek w naszej klepsydrze.
Bóg jeden wie, czego próbowałam, by uporać się z przeszłością. Wyprowadziłam się z domu, gdy miałam 17 lat, i nie oglądałam się za siebie. Byłam zdeterminowana, by przerwać cykl traumy, więc przestałam pić, gdy miałam 21 lat. Ukończyłam studia licencjackie z psychologii, następnie zrobiłam magisterkę, a w końcu uzyskałam doktorat z psychologii klinicznej. Po studiach uczestniczyłam w wielu szkoleniach i otworzyłam dobrze prosperującą praktykę prywatną. Chodziłam na jogę, dbałam o swój rozwój duchowy, czytałam wszystkie nowe poradniki psychologiczne. Z zewnątrz wyglądało to tak, jakbym pokonała koszmary z dzieciństwa. Lecz w głębi wciąż byłam tą samą osobą. Ciągle uległą. Ciągle uwięzioną.
Nawet wiedza na temat dysfunkcji mojej rodziny nie uwolniła mnie od zachowań, które pozwalały mi przetrwać. Jeszcze długo po trzydziestce żartowałam, że powinnam nosić tabliczkę z napisem: „Zapraszam uzależnionych oraz oprawców”. Na mojej drodze wciąż pojawiali się niewłaściwi faceci, współlokatorzy-pasożyci, wyzyskujący mnie przyjaciele, a ja czułam się, jakbym próbowała przerwać zaklęcie, pijąc ciągle tę samą truciznę, w nadziei, że w końcu mój organizm wytworzy przeciwciała.
Poruszałam temat moich destrukcyjnych związków z wieloma terapeutami. Desperacko chciałam rozwiązać problem wstydu, który odczuwałam, umawiając się ciągle z takimi samymi osobami, choć nosiły inne maski. Na początku każdego mojego związku wszystko wyglądało obiecująco, lecz wkrótce znów wpadałam w znajomy schemat: wspierałam finansowo mężczyzn, których próbowałam zachęcić do terapii, lub wiązałam się z mężczyznami, którzy mnie zdradzali, stosowali przemoc psychiczną, byli unikający lub czynnie uzależnieni, aż w końcu to oni zrywali ze mną.
Znosiłam złe traktowanie, myśląc, że potrafię je zminimalizować lub zmienić. Unikałam konfliktów jak ognia, nie potrafiłam nawet wypisać się z list mailingowych, jeśli istniał cień szansy, że nadawca się o tym dowie. Nieustannie stawiałam innych ponad sobą, pomagając ludziom leczyć ich rany, jakbym dzięki temu mogła w magiczny sposób uleczyć swoje. Schemat wykorzystywania przewijał się w moich relacjach z przyjaciółmi, rodziną, szefami i mentorami. Ja tymczasem angażowałam się w kolejne programy 12 kroków, zastanawiając się: „Jak długo mam afirmować posiadanie poczucia własnej wartości?”.
Przez cały ten czas nie rozumiałam, że to moje próby zdobycia zrozumienia, współczucia i przebaczenia trzymają mnie w miejscu. Przesadne analizowanie własnych zachowań i bycie „grzeczną dziewczynką” sprawiały, że moje nieleczone rany się nie zabliźniały, a ja coraz mocniej wierzyłam, że coś jest ze mną nie tak. Nie wiedziałam, że wszystkie te zachowania – zarówno te, z których byłam dumna, jak i te, których się wstydziłam – były napędzane reakcjami traumatycznymi.
Czym są reakcje traumatyczne?
Określane również mianem reakcji na stres, reakcje traumatyczne to natychmiastowe i spontaniczne odpowiedzi ciała na zagrożenie. Pojawiają się, gdy dane wydarzenie lub szereg wydarzeń przeciąża nasz układ nerwowy. To nieświadomy mechanizm przetrwania, który ma nas ochronić przed krzywdą.
Gdy stajemy w obliczu zagrożenia, nasz „racjonalny umysł” się wyłącza. Pomyśl o dzikich zwierzętach – kiedy wyczuwają zagrożenie, nie zatrzymują się, żeby pomyśleć: „Czy aby nie przesadzam?”, tylko reagują. Ludzie robią dokładnie to samo.
Najbardziej znane reakcje na traumę to te, które omówiliśmy wcześniej: walcz albo uciekaj. Są to formy hiperpobudzenia aktywowane przez układ współczulny, który działa jak włącznik, wyrzucając hormony do naszego krwiobiegu. Pomyśl o przyspieszonym tętnie i podwyższonym ciśnieniu krwi połączonym z szybkim oddechem – w ten sposób nasze ciało mobilizuje się w odpowiedzi na potencjalne zagrożenie. Reakcje walki i ucieczki objawiają się dokładnie tak, jak się nazywają: atakujemy (walka) lub próbujemy uciec przed zagrożeniem (ucieczka).
Kiedy jednak walka i ucieczka nie są dostępne, do głosu dochodzi przywspółczulny układ nerwowy (odpowiedzialny m.in. za odpoczynek i trawienie), który uruchamia mechanizm zamknięcia. To wtedy pojawia się reakcja zamrożenia, a ciało przechodzi w stan hipopobudzenia. Czujemy się przerażeni, podobnie jak sarna oślepiona światłami samochodu, lecz nie potrafimy się ruszyć. Zamrożenie można porównać do momentu tuż przed uderzeniem – chcemy się poruszyć, lecz nie wiemy, czy to bezpieczne. Hipopobudzenie może przejawiać się na różne sposoby: od przerażenia połączonego z paraliżem, poprzez otępienie, zwiotczenie ciała, aż po całkowite odcięcie się od rzeczywistości. W tym stanie nasze tętno spada, a oddech zwalnia. Skrajną reakcją jest w tym przypadku udawanie martwego, lecz nie jest to świadome. Ciało musi wyglądać na martwe, aby się wyłączyć i uchronić nas przed dalszym cierpieniem. Udawanie martwego to ostatnia deska ratunku, by przetrwać, moment, w którym ciało ulega lub zapada się w sobie. Tak jak w środowisku naturalnym, schwytana przez drapieżnika ofiara nagle wiotczeje. Jeśli drapieżnik ją porzuci, być może zdoła jeszcze uciec, chociaż ta sytuacja odciśnie na niej trwały ślad. I rzeczywiście, to właśnie w stanie hipopobudzenia rodzą się poczucie beznadziei, dysocjacja oraz depresja.
Uległość jest jednak czymś innym; jest to reakcja hybrydowa, aktywująca jednocześnie współczulny układ nerwowy (nadpobudliwość) oraz przywspółczulny (hipopobudzenie).
W aspekcie nadpobudliwości reakcja przymilania się każe nam instynktownie regulować nastrój oraz emocje tych, którzy mają nad nami władzę. Wchodzimy w relacje, które nas ranią, próbując przypodobać się swoim oprawcom i biorąc całą odpowiedzialność za problemy w tej relacji na siebie. Uległość może być zaskakująco aktywna.
Jednocześnie odłączamy się od siebie samych. Hipopobudzeniowy aspekt ugodowości pozbawia nas kontaktu ze sobą, odbiera nam poczucie sprawczości i często uniemożliwia odczucie skutków przemocy.
Gdy zachowujemy się ulegle, stąpamy po cienkim lodzie – z jednej strony nie ryzykujemy, że coś nam się stanie, jak przy reakcjach walki lub ucieczki, lecz nie odcinamy się też całkowicie. Ta wysoce adaptacyjna reakcja wychodzi poza udawanie martwego: to udawanie życia. Udajemy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Odgrywamy swoje role, robiąc to, by przetrwać lub uciec z jakiejś sytuacji. Czasami gramy tyle ról, ilu ludzi nas otacza.
Otrząśnij się
Kiedy zwierzę wyczuwa zagrożenie, kontrolę przejmują jego reakcje na traumę. Gdy niebezpieczeństwo mija, zwierzę dosłownie otrząsa się, uwalniając napięcie i nagromadzoną w ciele energię, która umożliwiła mu przetrwanie.
W toku ewolucji ludzie nauczyli się tłumić ten kluczowy instynkt. Dlatego też, kiedy dotyka nas trauma, nasze ciała mogą pozostawać w stanie nieustannego pobudzenia i napięcia. Zwłaszcza w przypadku traumy złożonej zagrożenie nigdy tak naprawdę nie mija. Wciąż żyjemy dosłownie jak w strefie wojny. Zamiast się otrząsnąć, dusimy wszystko w sobie. A ta reakcja zostaje w nas zakodowana. Osoby, które przetrwały traumę złożoną, żyją w ciągłym stanie emocjonalnego rozregulowania.
Przeszłość wydaje się teraźniejszością, nasze zmysły są wyostrzone, a reakcje wyolbrzymione. Dzieje się tak dlatego, że – jak wyjaśnia dr Bessel van der Kolk, wybitny badacz traumy i autor bestselerowej książki pt. Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy – ciało, które przeżyło traumę, nie zapomina i tkwi w stanie ciągłego przewidywania, wyłapując sygnały świadczące o potencjalnym zagrożeniu, nawet jeśli w rzeczywistości nic nam nie zagraża. Nierozwiązana trauma trwa dalej jako fragmenty nas samych, jako pamięć cielesna, która sprawia, że czujemy się uwięzieni w czasie, jednocześnie niszcząc nasze obecne życie.
Tak jak jazda kolejką górską, tak nasze reakcje na traumę mają prowadzić nas od zagrożenia ku bezpieczeństwu na drugim końcu toru. Musimy się w końcu zatrzymać i wyjść z wagonika. Jednak trauma złożona i przewlekłe reakcje traumatyczne sprawiają, że utykamy w najwyższym punkcie trasy. Żyjemy w stanie ciągłego niepokoju. Z tej perspektywy łatwo dostrzec, jak wielu z nas myli własne reakcje na traumę z cechami swojej osobowości.
Dosłownie nie wiemy, gdzie kończymy się „my”, a gdzie zaczyna się nieświadoma reakcja na traumę.
Bezpieczeństwo ważniejsze niż ja
Zaczęłam pisać o uległości, kiedy to rozpaczliwie próbowałam zrozumieć, dlaczego wciąż powtarzam niezdrowe schematy i zanim dowiedziałam się, że ma swoją definicję. Po śmierci Randy’ego poczułam, że muszę wrócić i spojrzeć na moje dzieciństwo trzeźwiejszym okiem. Zaczęłam spisywać wszystko, co pamiętałam, wszystkie momenty, kiedy z powodu Randy’ego czułam się nieswojo. Jak wtedy w jacuzzi, jak podczas ukradkowej wycieczki do Las Vegas, jak wtedy, gdy moja mama raz po raz go usprawiedliwiała. Wspomnienia wylewały się ze mnie jak przez przerwaną tamę, jakby te historie – i wszystkie sposoby, w jakie je potem odtwarzałam – czekały tylko, by ujrzeć światło dzienne. Czekały, aż oddam im głos, aż uznam je za prawdziwe.
Gdy zbliżałam się do końca tego, co ostatecznie stało się książką o moim doświadczeniu traumy złożonej, nie planowałam nawet wydać jej w tradycyjny sposób. Chciałam po prostu nazwać swoją prawdę poza bezpiecznymi ścianami gabinetu terapeuty. Odzyskanie kontroli nad własną narracją i zobaczenie jej na papierze okazało się głęboko uzdrawiającym doświadczeniem.
Moje wspomnienia noszą tytuł Believing Me (ang. Uwierzyć sobie), ponieważ moja trauma nie dotyczyła tylko tego, co robił Randy, lecz również tego, że nikt inny z tym nic nie zrobił. Tego, że własna matka mi nie uwierzyła. Ubranie moich doświadczeń w słowa oraz spojrzenie na nie z nowej perspektywy uświadomiło mi, że to ode mnie zależy, jak zakończy się ta historia. Ostatnie ziarenka piasku w klepsydrze należały do mnie. To, że Randy umarł, zaprzeczając wszystkiemu, nie miało najmniejszego znaczenia. Nie musiałam już dłużej czekać, przypodobywać się ani udawać. Nie musiałam wznosić się ponad swoje doświadczenia czy ponad to, jak postrzegała je moja matka. Musiałam poznać prawdę, żeby wreszcie przepracować jej wpływ na moje życie.
Byłam w trakcie spisywania wspomnień i dzielenia się swoimi doświadczeniami od wielu lat, gdy ktoś zapytał mnie, czy słyszałam o pracy Pete’a Walkera dotyczącej traumy złożonej. Walker jest autorem wspomnianej już przeze mnie książki Złożone PTSD, Od przetrwania do pełni życia, w której pisze o leczeniu traum z dzieciństwa. Kiedy zaczęłam szukać informacji na jego temat i natrafiłam na ukutą przez niego definicję ugłaskiwania, wywołało to we mnie lawinową reakcję. Wydarzenia z przeszłości zaczęły się układać jedno po drugim jak seria przewracających się kostek domina, a wszystko nabrało sensu. Zaczęłam rozumieć uległość. Zaczęłam rozumieć siebie.
Osoby przymilające się czy też osoby cechujące się uległością, jak określa je Walker, to ci, którzy „poszukują bezpieczeństwa, zlewając sie w jedno z życzeniami, potrzebami i wymaganiami innych”. Co więcej, jak pisze, uczą się oni, że „ceną przystąpienia do jakiegokolwiek związku jest utrata wszelkich potrzeb, praw, preferencji i granic”.
No tak. Moje życie w jednym zdaniu. Wreszcie znalazłam sposób na zrozumienie swojego dzieciństwa, swoich minionych związków i tego, dlaczego czułam tak wielki wstyd. Uzbrojona w nową perspektywę i słownictwo, zaczęłam sięgać głębiej w siebie oraz do doświadczeń moich klientek i klientów. Gdy dysponowałam już nazewnictwem, zaczęłam zauważać reakcje uległości i w swoim życiu, i w opowieściach klientów. To było niczym zbiorowe przebudzenie.
Uległość dała mi nie tylko odpowiedź na pytanie nie tylko o istotę mojego postępowania, czyli ciągłe wchodzenie w relacje, które mnie raniły, lecz przede wszystkim dlaczego tak się działo. Nie miałam problemu z niską samooceną. Miałam ciało z wbudowanym systemem operacyjnym zaprojektowanym, by mnie chronić. Zaczęłam rozumieć, dlaczego środowisko związane ze zdrowiem psychicznym przez tak długi czas nie potrafiło rozpoznać tego zjawiska. Kiedy się przymilamy, często dochodzi do głębokiego rozdźwięku między tym, co do kogoś czujemy, a tym, jak go traktujemy. Wtedy w jacuzzi moje ciało i mózg chciały uciekać. Chciałam, by moje zawstydzenie i paraliżujący strach się skończyły. Instynktownie wiedziałam, że Randy robi coś złego. Lecz podświadomie wiedziałam też, jak wygląda moje życie, gdy nie siedzę w jacuzzi. Musiałam zadowolić Randy’ego, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Uległość pojawia się wtedy, gdy znajdujemy się w potrzasku; gdy będziemy musieli zmierzyć się z poważnymi konsekwencjami, jeśli czegoś nie zrobimy. Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb jednocześnie, więc ciało musi dokonać wyboru. Dlatego wybieramy bezpieczeństwo zamiast siebie.
Ten wymuszony wybór niesie za sobą poważne skutki. Zaburza naszą percepcję, przez co tracimy kontakt ze swoim wewnętrznym kompasem. Uczymy się tłumić instynkty, ignorować wewnętrzną mądrość, a to sprawia, że nie rozpoznajemy czerwonych flag i nie potrafimy na nie reagować. Wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa osób przymilających się zależy wyłącznie od czynników zewnętrznych, dlatego zawsze mamy je na wyciągnięcie ręki: w ciele innych ludzi, ich światopoglądzie, ich postrzeganiu danej historii. Zlewanie się z cudzymi, zniekształconymi wizjami świata niszczy naszą zdolność do zaufania sobie oraz nasze postrzeganie samych siebie.
Poza tym, że ugłaskiwanie odcina nas od naszego prawdziwego „ja”, niesie ze sobą także głęboki wstyd, zachowania ryzykowne lub sprzeczne z naszymi wartościami oraz relacje oparte na braku szacunku. Często nie rozumiemy, dlaczego robimy to, co robimy: dlaczego usprawiedliwiamy swojego oprawcę, dlaczego podlizujemy się toksycznemu szefowi, dlaczego próbujemy udobruchać trudnego rodzica zamiast się mu postawić. Często też takie zachowanie wydaje się niemożliwe do zatrzymania.
Nasza uległość wysyła naszym oprawcom sygnał, że wszystko jest w porządku, ale ale ostatecznie my sami także zaczynamy w to wierzyć. Czasami zdajemy sobie sprawę, że działamy przeciw własnym wartościom czy potrzebom (tak jak ja w jacuzzi). Lecz nieraz mamy klapki na oczach, przez co z całego serca wierzymy, że wszystko jest dobrze, że jesteśmy zakochani, że jesteśmy obecni. Z perspektywy czasu widzę tak wiele sytuacji, tak wiele relacji, w których przypodobywałam się, nawet o tym nie wiedząc. Byłam czystym ucieleśnieniem porzucenia samej siebie.
Przymilanie się to…
Przepraszanie osoby, która cię zraniła.
Zaprzyjaźnianie się z osobami, które cię gnębiły, po to, by dostać pracę, utrzymać chłopaka, zapłacić czynsz.
Malowanie czerwonych flag na biało – świadomie lub podświadomie.
Ufanie innym bardziej niż sobie.
Wiara w to, że ktoś się zmieni z twoją pomocą.
Usprawiedliwianie tych, którzy cię zranili, stawianie ich cierpienia ponad własnym.
Milczenie, bo wyrażanie swojego zdania
pogarsza
sprawę.
Dla niektórych ludzi uległość oznacza bycie sobą w lepszym wydaniu: mądrzejszym, hojniejszym, zabawniejszym, atrakcyjniejszym czy odnoszącym sukcesy, po to, by nadal czuć się adorowanym, akceptowanym, by czuć, że gdzieś się przynależy. Dla innych z kolei przymilanie się oznacza stawanie się mniej sobą: mniej głośnym, mniej wyróżniającym się etnicznie, mniej twórczym, mniej pewnym siebie, mniej zdolnym do stawiania granic. Ugłaskiwanie może być widoczne lub całkowicie niezauważalne, może objawiać się w seksie, finansach lub nieustannym regulowaniu emocji innych ludzi. Tylko jedno pozostaje niezmienne: to szukanie bezpieczeństwa w świecie, który nie jest bezpieczny, często kosztem samego siebie.
Gdy wspominam siedzenie w jacuzzi z moim ojczymem, jestem niewyobrażalnie wdzięczna, że moje ciało przejęło kontrolę, by pomóc mi przetrwać coś, co dosłownie wykraczało poza moją kontrolę oraz zrozumienie. Nie potrafię nawet nazwać tego porzuceniem siebie. Nazywam to łaską, geniuszem lub głęboką mądrością, którą wykazało się moje ciało. Uratowało mi to życie; te impulsy pomogły mi przetrwać kolejne cztery lata z ojczymem.
Nie chodzi o to, by wymazać nasze reakcje na traumę; nawet gdybyśmy chcieli, nie jest to możliwe. Poza tym te ratujące życie instynkty są niezbędne i jestem wdzięczna, że istnieją. Lecz kiedy opuściłam dom ojczyma, oddalając się o setki, a potem tysiące mil od tamtej dysfunkcji, nic się nie zmieniło. Zabrałam doświadczenia ze sobą, nie odróżniając już, co jest bezpieczne, a co nie, nieświadomie akceptując życie w niebezpiecznym świecie. Nie jesteśmy stworzeni, by funkcjonować w trybie przetrwania, lecz to właśnie ten instynkt przejmował kontrolę w każdym moim związku: dostosowywanie się, zmiennokształtność, wymazywanie siebie, aż w końcu już nie wiedziałam, kim jestem. Uległość była jak mój dubler, a ja nie miałam pojęcia, że gra moją rolę, że chroni mnie przed tym, co złe, i przed tym, co dobre.
Przed dobrem, które kryło się w moim wnętrzu.
Obniżanie poprzeczki
Jedną z rzeczy, które najbardziej cenię w programie 12 kroków, jest wspólnota i duchowość, której doświadczamy razem. Szukałam obu tych rzeczy na własną rękę, jednak miałam wrażenie, że poprzeczka jest ustawiona zbyt wysoko. Wiedziałam, że „prawdziwa ja”, ta, która nie potrafi przestać pić, nigdy nie sprosta oczekiwaniom ludzi „uduchowionych” czy „normalnych”. Kiedy więc trafiłam na program 12 kroków, poczułam, jakby ta poprzeczka została opuszczona na sam dół. I to dosłownie, gdyż spotkania często odbywały się w piwnicach kościołów, a nie wśród wiernych na górze. Pomyślałam, że być może jest to miejsce, gdzie znajdę akceptację, kurczowo trzymając się ich motta: „Będziemy cię kochać, dopóki nie pokochasz siebie”. W tych skromnych salach dowiadywałam się coraz więcej o samej sobie oraz nawiązywałam więzi z innymi ludźmi, a także poznałam praktyki duchowe, które mnie nie zawstydzały.
To właśnie chciałabym zrobić, publikując tę książkę: obniżyć poprzeczkę, wymazując osąd i wstyd związany z uległością. Pragnę dać nam przestrzeń do nawiązania szczerego kontaktu, tak byśmy wreszcie mogli sięgnąć po narzędzia, które są naprawdę pomocne. Tak, byśmy w końcu mogli dotrzeć do samych siebie.
Zbyt długo mówiło się o zachowaniach związanych z ugłaskiwaniem w sposób implikujący, że coś jest z nami nie tak, jakbyśmy musieli się po prostu ogarnąć, dorosnąć, nauczyć się stawiać granice i wykształcić poczucie własnej wartości. Takie opinie tylko utrzymywały nasze mechanizmy obronne w gotowości. Musimy więc obniżyć poprzeczkę, by móc opuścić gardę. To jedyna szansa, by naprawdę się zmienić. Chodzi o to, by zrozumieć, w jaki sposób nasze istnienie ma sens teraz. Zrozumieć, dlaczego robiliśmy wszystko to, co robiliśmy, i co, szczerze mówiąc, prawdopodobnie wciąż w pewnym stopniu będziemy robić.
Wszyscy mamy mechanizmy obronne. Wszyscy mamy sposoby na radzenie sobie. Uległość może nie być waszym głównym mechanizmem obronnym, jednak każdy z nas rozwinął któryś z nich, czasami nawet cały ich zestaw. Chociaż chcę, abyśmy stali się wolni oraz elastyczni, i wierzę, że jest to możliwe, nie chcę jednocześnie przedstawiać rezygnacji z przymilania się jako życia w bajce. Czasami czuję się jak terapeutka-sztywniaczka z bardzo nieatrakcyjnym przekazem: „Połączcie się ze swoim bólem, z ranami, ze wszystkimi wstydliwymi sposobami, w jakie sobie z nimi radziliście, a wtedy poczujecie się lepiej, choć nigdy nie będzie idealnie, a przynajmniej nie zawsze”. Nigdy nie znajdziemy się w takim miejscu, w którym poczujemy się kompletnie zrelaksowani oraz pełni. Dopóki żyjemy, zawsze będziemy mieć metę przed sobą. Dopóki mamy ciało, które żyje wśród innych ciał na tej planecie, będziemy korzystać z mechanizmów obronnych.
W głębi duszy jestem uzależnioną osobą, która próbowała chyba wszystkiego, aby wciąż czuć się jak najlepiej. Podczas wielu lat trzeźwości, własnej terapii oraz pracy terapeutki próbowałam znaleźć idealne rozwiązanie. Nie opublikowałabym tej książki i nie uważała jej za tak wartościową, gdybym nie uważała, że opisuję tutaj najbardziej uzdrawiające i pomocne podejście, i gdybym nie uważała, że jest ono o niebo lepsze od wszystkiego, co sama wypróbowałam. Potwierdzają to również doświadczenia moich klientów. Bez względu na to, z czym musieli się zmierzyć, co musieli opłakać i przepracować, posiadanie większego wyboru, czyli możliwość bycia bardziej sobą, jest tego absolutnie warte.
Celem naszego zdrowienia jest powrót do naturalnej zdolności ciała do elastyczności i regeneracji. Takiej, która zakorzeniona jest w regulacji, w całym i autentycznym „ja”. Nie jesteśmy w stanie wyeliminować wszystkich zagrożeń, lecz możemy przestać reagować na nie zero-jedynkowo: uleczony albo zniszczony, bezpieczny lub zagrożony. Wierzę, że mamy w sobie przestrzeń, by nauczyć się tolerować pewną dozę dyskomfortu i poszerzać naszą zdolność do bycia sobą.
Zdrowienie wymaga, byśmy porzucili to, co nam nie służy. Zachowujemy wszystkie wrodzone dary i umiejętności, które doskonaliliśmy w międzyczasie, a jednocześnie odzyskujemy swój cel, wartości i talenty, czyli te części siebie, które porzuciliśmy gdzieś po drodze. Porzucanie ugodowości to podróż, w której odzyskujemy samych siebie. Podróż, podczas której odzyskujemy własny głos, zaczynamy wierzyć w swoją sprawczość i żyć tak, jak chcemy.
Choć termin „uległość” (ang. fawning) jest stosunkowo nowy, jego wcześniejszymi odpowiednikami były od dawna funkcjonujące pojęcia, takie jak „współuzależnienie” i „zadowalanie innych” (ang. people-pleasing). Te określenia wskazują na łatwo rozpoznawalne objawy przypodobywania się, nie wyjaśniają jednak przyczyn takiego zachowania. Gdy skupiamy się wyłącznie na problematycznych zachowaniach, zamiast dotrzeć do ich źródła, utrwalamy przekonanie, że coś jest z nami nie tak lub że mamy problem, który trzeba natychmiast naprawić. Rozłożenie uległości na czynniki pierwsze prowadzi do większej samoświadomości i wyrozumiałości wobec nas samych oraz wobec tego, czego tak naprawdę szukaliśmy przez cały czas, czyli do zdrowej, autentycznej relacji ze sobą i z innymi.
Jestem osobą uległą, chciałabym więc was poprosić: „Proszę, nie bądźcie na mnie źli”. Wiem, że zachowania wynikające ze współuzależnienia czy oparte na zadowalaniu innych przyniosły wielu osobom ukojenie. Dysponowanie odpowiednim słownictwem, wspólnotą i umiejętnością odzwierciedlenia własnych doświadczeń to prawdziwy dar. Nie chcę nikomu tego odbierać.
Lecz prawdą jest również to, że chociaż przeczytałam wszystkie książki, uczestniczyłam w wielu programach i wypełniłam wiele testów, te terminy nie do końca ze mną rezonowały. Sprawiały, że, podobnie jak wielu moich przyjaciół, współpracowników oraz klientów, miałam poczucie bycia niewidzialną. A także pełną wstydu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy bibliograficzne znajdują się na końcu książki (przyp. red.). [wróć]
Na szczęście Światowa Organizacja Zdrowia uprawomocniła C-PTSD (złożonemu zespołowi stresu pourazowego), dodając go w 2018 roku do Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD-11). [wróć]
