Układ(a)ne - Matsuda Aoko - ebook + książka

Układ(a)ne ebook

Matsuda Aoko

3,4

Opis

Korporacyjne mrówki w wielkim biurowcu zdradzają swoje największe sekrety; każde piętro to kolejni bohaterowie, różni, ale pod wieloma względami podobni do swoich kolegów z innych pięter. Zaglądamy przez okna, podsłuchujemy, ale nowe postacie nakładają się na te nam już wcześniej znane, nawarstwiają, żeby chwilę później się rozwarstwić.

Bohaterowie Aoko Matsudy nie mają imion. Każdy może być każdym, albo kimś zupełnie innym. To labirynt, który przypomina raczej poukładane na sobie kolejne warstwy, a w nich kolejne opowieści – niczym tytułowe Pojemniki z jednego z opowiadań.

Układ(a)ne to słodko-gorzkie spojrzenie na współczesny świat, w którym wszyscy jesteśmy do siebie tak podobni, że aż tacy sami. Matsuda przedstawia dylematy kobiet we współczesnym społeczeństwie, absurdy życia korporacyjnego, presji i zobowiązań; pisze o miłości i mniejszościach, kobietach, ale i mężczyznach, ale zawsze w niespodziewany i humorystyczny sposób. W swoich tekstach bawi się formą i strukturą: bohaterowie zmieniają kształty i postać, proza zamienia się w dramat, a poważne tematy nabierają lekkości. Literacki majstersztyk pełen zabaw słownych i rytmu, który sprawia, że teksty wwiercają się w nas i zostają tam na długo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 164

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (105 ocen)
19
30
33
20
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
slate222

Dobrze spędzony czas

4.5, bardzo, bardzo dobra
00
pdefiance

Nie oderwiesz się od lektury

nowe ulubione Tajfuny! absurd, ironia, bystrosc, uwielbiam.
00
AStrach

Oceń książkę

Zasady biznesu są jednakowe na całym globie, jednakże zawsze warto i trzeba pamiętać o różnicach kulturowych i podejściu do relacji międzyludzkich.
00
Nikolasok23

Oceń książkę

Krótka acz nie łatwa lektura. Niesie ze sobą wiele metafor i abstrakcji, a mimo to tak trafnie opisuje charakterystykę dzisiejszych czasów. I choć początkowo może się wydawać, że realia japońskie są różne od naszych, to po zagłębieniu się okazuje się, że ów sytuacje wcale nie są nam obce. Myślę, że warto się z nią zapoznać, i to nie jeden raz.
00

Popularność




Układ(a)ne

– Skarbie, nie umknęło mojej uwadze, że odkąd weszłaś do naszej biurowej kuchni, nic, tylko zerkasz z niepokojem w to samo miejsce, w ten obszar obok zlewu, gdzie wszyscy pracownicy odkładają przyniesione przez siebie kubki. Co tam widzisz takiego ciekawego?

– Co? Nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi.

– A to przepraszam. Pozwól, że zapytam inaczej. Twoim zdaniem powinien się tam znajdować pewien przedmiot, ale go tam nie ma, prawda? Powiedz mi zatem, cóż takiego stamtąd zniknęło?

– Skąd…? Skąd o tym wiesz?

– Czy ten przedmiot, którego szukasz, nie jest czasem schowany na dolnej półce nad zlewem, ukryty za paczką nesquika? Paczką do podziału, na której napisano markerem: „Można się częstować”?

– Oż ty!

– Spokojnie, nie ma co się tak gorączkować. Nigdzie nie ucieknie. Ten twój kubek termiczny, którego z taką desperacją szukasz, nigdzie nie ucieknie. O, wzorek w dynie? Proszę, proszę, jest też i czarownica na miotle! Zapewne produkt z limitowanej kolekcji na Halloween… To akurat nie wymagało wielkiej dedukcji.

– Ty gnido! Najpierw mi mówisz, że jest za nesquikiem, i każesz mi się nie gorączkować, a chwilę potem wyciągasz go spod pół płaszcza? Jak śmiesz! Do diaska, oddaj mi ten kubek!

– Chwila, chwila, nie tak szybko. Ten kubek skrywa w sobie wielką tajemnicę: jest dowodem zbrodni.

– Phi! Nie mam pojęcia, o co ci chodzi!

– Do końca masz zamiar udawać niewiniątko? Jak chcesz. Ale nie ulega wątpliwości, że to ty wmieszałaś do tego kubka truciznę i zamordowałaś Bobby’ego.

– Do diabła! Ty draniu, mów mi zaraz dokładnie, co wiesz!

– Czyli (D)ta, a jednak! Przyznaj się, ty też tak pomyślałeś. Od początku ją podejrzewałem. – Aby powinszować sobie nawzajem swoich zdolności dedukcyjnych, (A)ta i (B)ta stuknęli się głośno kuflami. Był to ich odpowiednik przybicia sobie piątki.

– Na jakiś czas udało jej się mnie zwieść, ale moich oczu nie da się oszukać. A po tym, co mi teraz powiedziałeś, jestem tego tym bardziej pewien – podsumował (B)ta; nie marnując czasu na zaczerpnięcie powietrza, jednym haustem opróżnił kufel piwa, po czym zwrócił się do kelnerki, która w rankingu (A)ty plasowała się na trzecim miejscu, i głośno poprosił o kolejny. Trzecie miejsce według (A)ty to „niespecjalnie urodziwa, ale miła i uśmiechnięta”. (A)ta wpatrywał się z fascynacją w czerwone plamy na szyi kolegi i zajadał fasolkę edamame. Była idealnie dosolona.

– Kiedy zacząłeś ją podejrzewać? – (A)ta nachylił się, opierając łokcie o stół. Przy okazji poluzował sobie krawat. Spod kołnierzyka wyłoniła się równie zaczerwieniona co u (B)ty szyja. Oczy też miał czerwone.

– Stary, to proste. Akurat wychodziłem z toalety, gdy (D)ta nalewała sobie w kuchni wrzątku do kubka. Wiesz, do takiego termicznego kubka, jakie można dostać w Starbucksie. No więc zagadałem do niej i pytam, czy już się zadomowiła w nowym miejscu pracy. Na co ta baba nawet na chwilę nie przerwała nalewać do tego kubka i tylko patrzy na mnie kątem oka, i mówi: „Tak, dziękuję”. I tyle. To ja jej daję takie pole do rozmowy ze mną, a ona nic! Nawet na mnie nie spojrzała. Tylko kręci tą pokrywką. Niewychowane babsko!

– No to już nie ma żadnych wątpliwości. Klasyczny przypadek lesbijki. Powiem ci szczerze, że ja też kilka razy próbowałem do niej zagadać, ale nawet się nie uśmiechnie. Strasznie sztywna. I włosy ma krótkie. No i zauważyłeś? Nigdy nie nosi spódnicy! Mówię ci, nie jest nami zainteresowana.

– No, niekwestionowana lesbijka. Tak… Już człowiek myśli, że ma nową kobietę w pracy, a tu znowu kolejna lesbijka.

(A)ta i (B)ta, skubiąc pałeczkami omlety nadziewane ikrą z mintaja, po cichu odnotowali w głowach nazwisko (D)ty na swojej mentalnej liście lesbijek. W głowie (A)ty lista ta funkcjonowała jak coś, co można zapisać na byle czym i byle jak: wystarczy szkolny zeszyt i najtańszy długopis, który leży pod ręką, zresztą ołówek techniczny czy zwykły ołówek też by się nadały. (B)ta, entuzjasta przyborów piśmienniczych, porządnie odnotował nazwisko (D)ty w wyimaginowanym drogim notesie Moleskine’a wiecznym piórem Waterman.

Tego wieczoru spotkali się na z dawna oczekiwanym zebraniu antylesbijkowym.

Niby nazywali to spotkanie zebraniem, ale nie dyskutowali tutaj o efektywnych strategiach radzenia sobie z problemem; cóż – gdyby mieli o czym, chętnie by podyskutowali, ale nie było przecież o czym mówić, więc nawet nie poruszali tego tematu. Relacjonowali jedynie sytuacje, w których poczuli się potraktowani niesprawiedliwie przez znajome lesbijki, oraz dawali upust związanej z tym frustracji.

Zabawnie byłoby powiedzieć, że spotykają się w cyklu miesięcznym, ale w rzeczywistości spotykali się dwa razy w miesiącu. Powód był oczywisty. Liczba lesbijek ciągle rosła. Nie mogli tego zrozumieć, ale rozprzestrzeniały się z prędkością epidemii choroby zakaźnej. Nie, to nieprawda, doskonale wiedzieli: winny był ten wnerwiający kierunek, w którym zmierzało całe społeczeństwo. Fizycznie by nie podołali, gdyby ich zebranie odbywało się tylko raz na miesiąc. Postanowili zatem, że będą się spotykać co dwa tygodnie. (A)ta i (B)ta spotykali się, siadali naprzeciwko siebie i rozprawiali. Pryskali dookoła śliną. Jej kropelki mieszały się ze sobą w powietrzu.

Lesbijki w pracy. To był najczęściej podnoszony temat. Lesbijki, które dzień w dzień przebywają w tym samym miejscu co oni, a nie okazują (A)cie i (B)cie ani odrobiny zainteresowania. Potem przychodziła kolej na przyjazne i całkiem niezłe kobiety, które ich zdaniem wcale nie były najgorsze, wcale a wcale, lecz mimo wszystko nie chciały dać się zaprosić na randkę. Takie zachowanie też było lesbijskie. Lesbijki, które na Dzień Chłopaka nie dawały żadnego upominku, nawet drobiazgu, choć sama intencja by się liczyła. Ale te lesbijki do usranej śmierci nie chciały im nic podarować. Lesbijki czające się na każdym kroku. Lesbijki w metrze. Lesbijki w supermarkecie. Skręcasz za róg, a tam lesbijka.

Wszędzie było ich pełno. Ich przestrzeń życiowa roiła się od lesbijek.

Najbardziej nie mogli wybaczyć takim, które przychodziły na imprezy. Sprzymierzonym lesbijkom, które spoglądały na (A)tę i (B)tę, nie kryjąc znudzenia, po czym jedna odwracała się do drugiej i ukradkiem coś sobie szeptały. Jeśli nie są zainteresowane facetami, to niech przestaną przychodzić na imprezy! (A)ta i (B)ta z pasją nienawidzili lesbijek. Obrzucali je obelgami. Działały im na nerwy. Aż krew się w nich burzyła. Te lesbijki nie wnosiły do ich życia niczego pozytywnego, mówili. Nie przysparzały im radości. Nie dodawały życiu kolorytu.

Manager restauracji, który zazwyczaj pracował za ladą, postawił przed nimi talerz z zestawem sashimi. Nie wiedzieć kiedy, cała restauracja zapełniła się klientami. Musiało im brakować rąk do pracy.

– Możemy liczyć tylko na (C)-chan[1].

– Nasza kochana (C)-chan.

– Jest taka naiwna, taka bezpretensjonalna… Rozmowa z nią to miód na moje serce.

– Życie byłoby wspaniałe, gdyby wszystkie kobiety na świecie były takie jak (C)-chan.

– Ach, gdyby tylko wszystkie były jak ona! Moglibyśmy się w końcu wyrwać z tej codziennej męczarni.

(A)ta przywołał w głowie obraz (C)-chan, z jej falującymi brązowymi włosami i falującą spódniczką. Za każdym razem, gdy w jakiejś sprawie podchodził do jej biurka, chociaż często podchodził też zupełnie bez powodu, (C)-chan ukradkiem dawała mu ciasteczko. Przy tym dodawała coś w stylu: „Może cuksika?”. Śliczna i urocza (C)-chan!

(A)ta wydrążył łyżeczką zamglone oko ryby i z mlaskiem włożył je do ust. Leżący obok talerz, na którym powoli wysychały plasterki sashimi, obsypany był dla dekoracji kwiatami chryzantemy, które przytulały się do kawałków surowej ryby. Nawet te kwiaty odwalały lepszą robotę niż lesbijki.

– Chcą panowie coś domówić? Zaraz zamykamy kuchnię. – Jakby znikąd pojawiła się przed nimi kelnerka z pierwszego miejsca rankingu (A)ty. Jak zwykle jej wdzięk nie miał sobie równych. (A)ta i (B)ta unieśli w górę kufle i zadeklarowali zgodnym chórem:

– Jeszcze raz to samo!

Byłam wtedy w trzeciej klasie gimnazjum. Wszystko zaczęło się w tamtym momencie. Nie żeby wydarzyło się coś specjalnie doniosłego. Był to drobiazg.

Mieliśmy przerwę. Byłam w swojej ławce i rozmawiałam z koleżanką, siedzącą za mną po przekątnej. Szkolne ławki, siedzenia i oparcia krzeseł były zrobione z połyskliwego drewna, ale ramy i nogi miały z metalu. Te metalowe części bywały szorstkie, jakby pełne zadziorów, i raz na jakiś czas któryś z uczniów ocierał sobie o nie ramię czy rękę aż do krwi. Coś mnie w tych ramach intrygowało. W tamtej chwili również gładziłam dłonią powierzchnię biurka, rozmawiając z koleżanką. Jej miejsce znajdowało się koło okna, więc chociaż jedno wcale niekoniecznie wynikało z drugiego, kiedy siedziała, jej górną część ciała obwiewała biała firanka. Wyglądało to, jakby jej górną połowę porwało tornado.

Obok nas zajmowała miejsce grupka pogrążonych w rozmowie chłopaków. Któryś z nich przyniósł czasopismo i na raz, dwa, trzy, wskazywali palcem zdjęcie modelki, która najbardziej im się podobała, strasznie się tym ekscytując.

W pewnym momencie usłyszałam jednego z nich:

– OK, OK, już wam mówię! Przede wszystkim moja wymarzona dziewczyna musi dobrze gotować. Po drugie, musi być urocza. Po trzecie, musi odpowiadać na kartki świąteczne!

Reszta jego słów zlała się w jedną masę dźwięku z drwiącymi głosami jego kolegów, i już nie mogłam odróżnić, co kto mówił.

Nie wiem dlaczego, ale to jedno zdanie utkwiło mi w pamięci. Poczułam zgrzyt wyobcowania. Nie żebym się w tym chłopaku podkochiwała, nic z tych rzeczy… Co to znaczy? Skąd taki wybór? – myślałam.

Podczas następnej lekcji próbowałam przetrawić to, co usłyszałam.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego gimnazjalista na chlubnym pierwszym miejscu postawił umiejętność gotowania. Przecież nie wezmą teraz ślubu i nie zamieszkają razem. Nawet jeśli zacznie chodzić z dziewczyną, która świetnie gotuje, to czy nie za bardzo się zagalopował, myśląc, że ich związek przetrwa tak długo, żeby mógł spróbować jej kuchni? A może chodzi tu o lunch? Może spodziewa się, że jego dziewczyna będzie mu przynosiła obiad do szkoły? Ale czy przygotowanie lunchu dla gimnazjalisty wymaga aż takich zdolności kulinarnych? Jeśli ktoś się uprze, to można ugotować coś wyjątkowo skomplikowanego, ale czy taki gimnazjalista w ogóle będzie w stanie docenić różnicę? Czy nie kierował się po prostu ślepo wypowiedziami, których nasłuchał się w telewizji? Zdaniami w stylu: „Moja żona dobrze gotuje”? Czy to nie ich wpływ?

Tytuł oryginałuスタッキング可能 Sutakkingu Kanō

Copyright © Aoko Matsuda, 2012, 2013, 2016

First published in Japan in 2013 as „Stacking Kanō”, „Water Proof Uso Bakkari!, „Margaret wa Ueru”, „Mō Sugu Kekkon Suru Onna”, „Water Proof Uso Bakkari janai!”, „Tupper” by Aoko Matsuda

Polish translation arranged with the Author through Fortuna Co., Ltd. Tokyo, Japan

tłumaczenie

© Copyright for the Polish translation by Agata Bice, 2020

redakcja

Karolina Bednarz, Anna Wołcyrz / Tajfuny

Marta Aleksandrowicz / Redaktornia.com

korekty

Redaktornia.com

projekt graficzny serii­

Masaomi Fujita / tegusu Inc.

skład i łamanie

IT WORKS / itworks.net.pl

projekt typograficzny bloku

to/studio

ilustracja na okładce

Ayame Ono, Stackable Collage, 2020

© Copyright by Ayame Ono, 2020

opracowanie wersji elektronicznej

Karolina Kaiser,

tajfuny

ul. Chmielna 12

00-020 Warszawa

tajfuny.pl / [email protected]

isbn

druk: 978-83-955300-2-9

e-book: 978-83-955300-3-6

[1] Przyrostek -chan używany jest jako zdrobnienie przy imionach dzieci, dziewcząt, osób bliskich, czasami zwierząt.