Tylko ty mnie zrozumiesz - Samantha Young - ebook + książka

Tylko ty mnie zrozumiesz ebook

Samantha Young

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Czy można zostawić kogoś, kogo tak bardzo się kocha?

Po wszystkim, przez co przeszli, Jake i Charley, znani czytelniczkom z książki Żyj szybko, kochaj głęboko, ponownie są razem – tyle tylko, że odnalezienie siebie i wspólne życie to nie to samo. Świat Charley wywraca się do góry nogami. Dla dobra tego, co uważa za najcenniejsze, postanawia poświęcić miłość do Jake’a. On jednak nie zamierza poddać się bez walki. Dzwoni codziennie, choć Charley nigdy nie odbiera. Czeka choćby na odpowiedź: Wszystko okej. Mijają miesiące, a on ciągle nie wie, czemu Charley tak brutalnie z nim zerwała, i to przez telefon. Przecież wszystko między nimi układało się naprawdę dobrze.

W jej sercu każdy sygnał od Jake’a rozdrapuje nową ranę. Charley czuje, jak bardzo skrzywdziła jego, a przy okazji samą siebie. Jednak musiała dokonać wyboru…

Jake w końcu odnajduje Charley i domaga się choćby słowa wyjaśnienia.

Jaki facet wraca po takim czasie? Taki, który naprawdę kocha i nigdy się nie podda w walce o miłość swojego życia. Charley nie ma jednak pewności, czy kobieta, którą się staje, będzie potrzebowała Jake’a tak bardzo jak dziewczyna, którą niegdyś była..

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Out of the Shal­lows

Copy­ri­ght © by Saman­tha Young, 2024 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Olga Gor­czyca-Popław­ska Korekta: Marzena Kłos, Mag­da­lena Szro­eder-Stę­pow­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Kamil Pru­szyń­ski

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-986-2

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozdział pierwszy

Lan­ton, sier­pień 2013

Pokój wypeł­niał upa­ja­jący zapach kwia­tów. Ostat­nio kleił się do wszyst­kiego. Nawet po umy­ciu rąk czu­łam się tak, jak­bym przed chwilą oblała je kwia­to­wymi per­fu­mami.

– Ładne.

Ode­rwa­łam wzrok od bukietu czer­wo­nych róż i bia­łych lilii i zoba­czy­łam, że Clau­dia wska­zuje go ręką.

– Chyba zaczy­nam sobie z tym radzić. – Zer­k­nę­łam na kwiaty. – Naresz­cie.

– Dla kogo to? – zain­te­re­so­wała się.

– Dla Huba, a kon­kret­nie dla jego żony, na pięt­na­stą rocz­nicę ślubu.

Clau­dia poki­wała głową.

– A więc pod tą niedź­wie­dzio­watą powłoką kryje się czułe serce, co? – mruk­nęła.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko. Hub, wła­ści­ciel pobli­skiej restau­ra­cji w moim rodzin­nym mia­steczku Lan­ton w sta­nie Indiana, był potęż­nym mru­kiem z obfitą brodą, i wcale się nie dzi­wi­łam, że przy­jezdni się go nieco oba­wiali. Claud jed­nak się nie myliła, Hub miał złote serce.

– Zło­żył zamó­wie­nie ponad mie­siąc temu. Taki czło­wiek nie zapo­mina o rocz­nicy ślubu.

Clau­dia z uśmie­chem zade­mon­stro­wała okno wysta­wowe kwia­ciarni mojej matki.

– Zaaran­żo­wa­łam witrynę, tak jak pro­si­łaś – oznaj­miła.

„Delia” była jedyną kwia­ciar­nią w mia­steczku i choć nie miesz­kało tu zbyt wielu ludzi, inte­res szedł nie­źle. Na zaple­czu, gdzie ukła­da­łam bukiety, poja­wił się nie­dawno pro­blem z ple­śnią, ale rodzice wydali mają­tek, by się z nią roz­pra­wić, i „Delia” znów funk­cjo­no­wała.

Nie mogłam z ręką na sercu powie­dzieć tego samego o dru­giej Delii, czyli mojej matce.

– Dzięki – odpar­łam. – Naprawdę się cie­szę, że tu jesteś.

Po zakoń­cze­niu roku na uni­wer­sy­te­cie w Edyn­burgu Clau­dia w pośpie­chu spa­ko­wała się i wró­ciła do Sta­nów, żeby zamiesz­kać ze mną i moimi rodzi­cami. Była tu przez całe lato, poma­ga­jąc w naj­gor­szym kry­zy­sie, jaki przy­tra­fił się naszej rodzi­nie.

– Prze­stań to wresz­cie powta­rzać, bo w końcu zro­bię ci krzywdę.

– Dobra. – Uśmiech­nę­łam się lekko.

Clau­dia zmarsz­czyła brwi.

– Gdzie mama Delia? – zapy­tała, roz­glą­da­jąc się dookoła.

Mama była na cmen­ta­rzu, jak zawsze.

– A jak myślisz? – wymam­ro­ta­łam, gar­biąc się nad bukie­tem.

– A. No tak. – Clau­dia wes­tchnęła. – Dziś rano dzwo­nił do mnie Lowe. – Kiedy mil­cza­łam, dodała: – Podobno pró­bo­wał się z tobą skon­tak­to­wać.

– Wiem – odpar­łam z non­sza­lan­cją, któ­rej nie do końca czu­łam. Skoro nie roz­ma­wia­łam z Jakiem, chyba nie powin­nam roz­ma­wiać z Lowe’em.

– Lowe to twój przy­ja­ciel.

– Nie­prawda, to przy­ja­ciel Jake’a. I tak zra­ni­łam Jake’a, zwie­rza­jąc się nie jemu, ale jego naj­lep­szemu kum­plowi.

Się­gnę­łam po wię­cej liści do wypeł­nie­nia kom­po­zy­cji, jed­nak Clau­dia chwy­ciła mnie za rękę.

– Bukiet jest skoń­czony – zauwa­żyła.

– Czu­łam, że będziesz chciała poga­dać – wes­tchnę­łam, odwra­ca­jąc się do niej.

– Char­ley, zaję­cia zaczną się już za tydzień. Jesteś gotowa?

– Nie, ale posta­ram się być.

– Wró­cimy do sta­rego miesz­ka­nia, a ponie­waż to ostatni rok, będziemy miały co robić. Poza tym znowu zoba­czysz Alexa. To bar­dzo dobrze.

Odwró­ci­łam wzrok i przy­gry­złam wargę.

– Myślisz, że mogę ich tak zosta­wić? – zapy­ta­łam cicho po chwili mil­cze­nia. – Mama codzien­nie cho­dzi na cmen­tarz, a tata na­dal się na mnie wścieka.

Wzrok Clau­dii prze­peł­niało współ­czu­cie, ale dostrze­głam w nim rów­nież deter­mi­na­cję.

– Może i Delia cho­dzi codzien­nie na cmen­tarz, ale to nie zna­czy, że coś z nią nie tak. Czuje się o wiele lepiej, Char­ley, i teraz da sobie radę sama. A Jim cię kocha. Ochło­nie, kiedy i ty ochło­niesz.

– Prze­stań – ostrze­głam ją, bo zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łam poru­szać tego tematu.

– Dobrze. – Z rezy­gna­cją unio­sła ręce. – Tylko powiedz, czy ty w ogóle masz zamiar jesz­cze kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiać z Jakiem?

– Co to ma być? – Spio­ru­no­wa­łam ją wzro­kiem. – Dzień wku­rza­nia Char­ley?

– Nie, to dzień powrotu do nor­mal­no­ści i sta­wia­nia czoła decy­zjom pod­ję­tym w ostat­nich mie­sią­cach. Na przy­kład w spra­wie nie­ja­kiego Jacoba Caplina.

Poczu­łam zna­jomy ból w piersi, ale posta­no­wi­łam go zigno­ro­wać. Minę­łam Claud, zła­pa­łam mio­tłę i zaczę­łam sprzą­tać zaple­cze.

– Nie, nie mam zamiaru wię­cej roz­ma­wiać z Jakiem – oznaj­mi­łam. – To koniec, i tak to zostawmy.

Clau­dia gło­śno ode­tchnęła.

– Czyli chcesz, żeby się zasta­na­wiał, co poszło nie tak?

Wyda­wała się prze­ra­żona, a mnie natych­miast dopa­dło poczu­cie winy. Z deter­mi­na­cją ode­pchnę­łam je od sie­bie.

– Za bar­dzo zra­ni­li­śmy się nawza­jem – powie­dzia­łam. – Od tego nie ma odwrotu.

– Mogli­by­ście spró­bo­wać.

– Tak jak ty i Beck?

Clau­dia ścią­gnęła ład­nie zary­so­wane brwi.

– To co innego! – prych­nęła.

– Clau­dio…

– Dobrze, już odpusz­czam. Chwi­lowo.

Wydaje mi się, że w któ­rymś momen­cie ludzie nabrali o mnie błęd­nego mnie­ma­nia. Sama go chyba nabra­łam. Nie wiem, czy to było wtedy, gdy ode­pchnę­łam sio­strę sprzed pędzą­cego auta i wzię­łam na sie­bie ude­rze­nie. Wtedy zaczęto mnie nazy­wać Super­menką. Może cho­dzi o mój tupet?

Tak czy ina­czej, ludzie chyba myślą, że jestem nie­ustra­szoną, dzielną, nie­za­leżną młodą kobietą, która ma gdzieś opi­nie innych. W zasa­dzie naprawdę mam je gdzieś, jed­nak to nie doty­czy moich rodzi­ców. Boję się, że ich stracę.

Nie jestem nie­ustra­szona, nawet nie jestem szcze­gól­nie dzielna, i chyba nie aż tak nie­za­leżna, jak mi się wcze­śniej wyda­wało.

Szczę­ście dziecka zależy wyłącz­nie od rodzi­ców. Ich uścisk, poca­łu­nek w czoło, prze­jażdżka na barana, śmiech, życz­liwe słowa, czu­łość i miłość spra­wiają, że zapo­mina się o stłu­czo­nym kola­nie, wyzwi­skach kolegi z klasy czy śmierci uko­cha­nego zwie­rzątka. Dopóki wie­dzia­łam, że rodzice mnie kochają, darzą sza­cun­kiem i są ze mnie dumni, wszystko było w porządku.

To ni­gdy cał­kiem nie prze­mi­nęło. Zdu­mie­wa­jące, z jaką łatwo­ścią rodzice dopro­wa­dzają do tego, że doro­sły czło­wiek znów czuje się jak dziecko.

Tak wła­śnie czu­łam się teraz – jak dziecko zabie­ga­jące o miłość i sza­cu­nek rodzi­ców. Od mie­sięcy mia­łam jed­nak wra­że­nie, że tylko ich roz­cza­ro­wuję, zwłasz­cza tatę.

Póź­niej tego dnia – po tym, jak mama wró­ciła z cmen­ta­rza i pomo­gła nam zamknąć kwia­ciar­nię – poszły­śmy do domu na kola­cję. Tata, z zawodu mecha­nik, był wła­ści­cie­lem miej­sco­wego warsz­tatu. Zja­wił się w domu wkrótce po nas i w końcu wszy­scy zasie­dli­śmy do stołu w jadalni.

Zapa­dło zna­jome mil­cze­nie.

Szczęk sztuć­ców na taler­zach, brzdęk szkła, sze­lest ser­we­tek, chru­pa­nie chleba jesz­cze pod­kre­ślały ciszę. W tych dniach nie­wiele mie­li­śmy sobie do powie­dze­nia, więc tym bar­dziej zdu­miało mnie pyta­nie taty.

– Myśla­łaś jesz­cze o tym egza­mi­nie na prawo?

Zer­k­nę­łam na Clau­dię, która zro­biła wiel­kie oczy. Moja odpo­wiedź jesz­cze bar­dziej ją zaszo­ko­wała.

– Jesie­nią zamie­rzam zdać egza­min kwa­li­fi­ka­cyjny na prawo – odpar­łam.

Oczy Clau­dii omal nie wyszły z orbit.

– Naprawdę? – Popa­trzyła na mnie.

Ona zdała go w czerwcu, sądziła jed­nak, że zre­zy­gno­wa­łam ze stu­dio­wa­nia tego kie­runku.

– Ow­szem. – Poki­wa­łam głową, czu­jąc na sobie palący wzrok rodzi­ców. – Jeśli tylko zdążę zdać w lutym, jesie­nią złożę poda­nie o przy­ję­cie na stu­dia praw­ni­cze.

– Bar­dzo się cie­szę. Clau­dia na pewno pomoże ci w nauce – oznaj­mił tata.

Popa­trzy­li­śmy na sie­bie i po raz pierw­szy od mie­sięcy spoj­rze­nie taty było nie­mal czułe. Naprawdę się cie­szył, gdyż jego zda­niem pod­ję­łam dobrą decy­zję.

Ja nie wie­dzia­łam jed­nak, czy słusz­nie wybra­łam prawo zamiast aka­de­mii poli­cyj­nej, jak pra­gnę­łam. Chyba dla­tego nie wspo­mnia­łam o tym Clau­dii – nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek pró­bo­wał mi to wyper­swa­do­wać. Prawdę mówiąc, pod­ję­łam tę decy­zję, bo uzna­łam, że tak będzie naj­le­piej dla mojej rodziny.

– Ja też. – Zer­k­nę­łam na mamę i zoba­czy­łam łzy w jej oczach, kiedy się do mnie uśmie­chała.

Tak, to była naj­lep­sza decy­zja dla rodziny. Dzięki temu rodzice mogli się uspo­koić, a potrze­bo­wali tego bar­dziej niż ja pracy w poli­cji.

– Jesteś pewna, że tego wła­śnie chcesz, Char­ley? – zapy­tała Clau­dia.

– Oczy­wi­ście. – Uśmiech­nę­łam się do niej z przy­mu­sem.

Kola­cja prze­bie­gała w mniej nie­zręcz­nej atmos­fe­rze niż zwy­kle, gdyż rodzice włą­czyli się do roz­mowy, a potem, zamiast mnie prze­pę­dzić, mama pozwo­liła mi pomóc przy sprzą­ta­niu.

Poszłam za nią do kuchni i posta­wi­łam tale­rze obok kosza na śmieci. Gdy wrzu­ca­łam do niego resztki, mama oznaj­miła:

– Jestem z cie­bie dumna, Char­lotte.

– Tak? – Zer­k­nę­łam na nią.

Uśmiech­nęła się, a jej oczy zaszły łzami. Ostat­nio czę­sto się to zda­rzało. Mama nie była takim płacz­kiem, zanim… zanim… teraz jed­nak wzru­szała się przy każ­dej oka­zji.

– Wiesz, przez te mie­siące nie­ustan­nie myśla­łam o tym, że idziesz na aka­de­mię poli­cyjną i wstą­pisz do poli­cji – cią­gnęła. – Oczy­wi­ście zawsze wie­dzia­łam, że potra­fisz o sie­bie zadbać, zanim jesz­cze ode­pchnę­łaś Andie sprzed auta Fin­ne­gana. Zamar­twia­łam się przez jakieś pół sekundy, dopóki cię nie zoba­czy­łam. Mia­łaś nogę w gip­sie, siniaki na całym ciele, ale kiedy weszli­śmy do sali szpi­tal­nej, uśmiech­nę­łaś się do nas sze­roko, bez­czel­nie. Gdyby Andie była na twoim miej­scu, bar­dzo by nią to wstrzą­snęło. Po tam­tym zda­rze­niu była w roz­sypce, tygo­dniami snuła się za tobą krok w krok. Okrop­nie cię to dener­wo­wało.

Nagle poczu­łam gulę w gar­dle i odwró­ci­łam głowę, wal­cząc ze łzami.

– Pamię­tam – wyszep­ta­łam.

– Nie chcia­łam, żebyś została poli­cjantką, ale przed latem czu­łam się winna, pró­bu­jąc cię od tego odwieść. Nie chcia­łam przez resztę życia cze­kać na nocny tele­fon z infor­ma­cją, że moja córka zgi­nęła na służ­bie, choć jesz­cze bar­dziej nie chcia­łam, żeby moje dziecko czuło do mnie nie­chęć za to, że go nie wspie­ra­łam. Potem jed­nak ta sprawa z Andie… – Ode­pchnęła się od blatu, pode­szła do mnie, po czym wzięła mnie za rękę. – Wiem, że pro­sze­nie cię o rezy­gna­cję z aka­de­mii to ego­izm. Naprawdę zdaję sobie z tego sprawę. Nie mam poję­cia, czy rze­czy­wi­ście chcesz zda­wać ten egza­min na prawo, czy tylko zado­wo­lić tatę i mnie. Gdy­bym była sil­niej­sza, zachę­ci­ła­bym cię do reali­za­cji marzeń. Tyle że nie jestem silna i cie­szę się, że nie idziesz na aka­de­mię. Przy­kro mi, ale to prawda. Nie znie­na­widź mnie za to, pro­szę.

– Rozu­miem, i dla­tego pod­ję­łam taką decy­zję.

– Ale czy naprawdę chcesz być praw­ni­kiem? Bo nie musisz.

Uśmiech­nę­łam się do niej z gory­czą.

– Nie mogę dać tacie tego, czego naprawdę chce – powie­dzia­łam. – Po raz pierw­szy w życiu go roz­cza­ro­wa­łam.

– Char­ley…

– Nie, mamo, wiesz, że to prawda – prze­rwa­łam jej. – Ja też żałuję, że nie jestem sil­niej­sza, ale skoro nie jestem, tylko tyle mogę mu teraz dać. Zawsze chciał, żebym została praw­ni­kiem, więc zdam ten egza­min.

Mama moc­niej ści­snęła moją rękę.

– Kie­dyś znowu będziemy tacy jak daw­niej.

Boże, naprawdę mia­łam taką nadzieję, bo teraz bar­dzo bra­ko­wało mi taty, a jesz­cze bar­dziej Andie.

Łzy spły­nęły mi po policz­kach, więc się odwró­ci­łam i spró­bo­wa­łam sku­pić na sprzą­ta­niu. Mama się wyco­fała.

Gdy odgłos jej kro­ków ucichł, tele­fon zawi­bro­wał w mojej kie­szeni. Na widok imie­nia na ekra­nie poczu­łam nie­przy­jemny ucisk w żołądku.

To było kolejne nie­ode­brane połą­cze­nie od Jake’a. Dzwo­nił raz dzien­nie, odkąd wyje­cha­łam z Edyn­burga. Potem, jak zawsze, poja­wił się ese­mes.

Znasz reguły…

Mimo że ni­gdy nie oddzwa­nia­łam, Jake nie rezy­gno­wał, zapewne w nadziei, że pew­nego dnia zmie­nię zda­nie. Pół­tora mie­siąca temu, gdy stało się jasne, że się tego nie doczeka, wysłał mi ese­mesa z prośbą, żebym choć dała mu znać, że wszystko w porządku. Tak zro­bi­łam i odtąd codzien­nie chciał to wie­dzieć.

Otar­łam łzy z policz­ków i odpi­sa­łam.

Wszystko okej.

Ni­gdy nie pyta­łam, czy u niego też. Za bar­dzo cią­żyło mi poczu­cie winy, więc wola­łam zacho­wać się jak tchórz. Wie­dzia­łam, że zra­ni­łam Jake’a, nie chcia­łam jed­nak usły­szeć tego z jego ust.

Wepchnę­łam tele­fon do kie­szeni, myśląc o iro­nii losu – zale­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej dałam Jake’owi wycisk za to, że zerwał ze mną, kiedy miał sie­dem­na­ście lat. Ponad cztery lata póź­niej zra­ni­łam go rów­nie mocno, choć obie­ca­łam sobie, że ni­gdy nie skrzyw­dzę nikogo tak, jak Jake skrzyw­dził mnie.

Jak dużo może się zmie­nić w trak­cie kilku mie­sięcy.

Rozdział drugi

Edyn­burg, luty 2013

…ty i moje mar­twe serce. Choć łączy nas przy­jaźń,

nie licz na moje współ­czu­cie. Osie­dli­śmy na mie­liź­nie.

Od dwu­dzie­stu minut sie­dzia­łam nad lap­to­pem, z piwem pod ręką, cał­kiem spraw­nie przy­go­to­wu­jąc pracę na semi­na­rium, pod­czas gdy moi przy­ja­ciele przy tym samym sto­liku słu­chali alter­na­tyw­nej grupy roc­ko­wej The Sto­len.

Sie­dzie­li­śmy w Milk, barze w Cow­gate, czę­ści Edyn­burga, gdzie miesz­kali ame­ry­kań­scy stu­denci, w tym także ja. Na szczę­ście byłam jedną z tych dziew­czyn, które potra­fią wyci­szyć muzykę na żywo i wrza­ski tłumu, żeby odro­bić zapo­mnianą pracę domową na następny dzień. Mogłam zostać w miesz­ka­niu, ale póź­niej musia­łam zała­twić w nim pewną nie­przy­jemną sprawę, więc posta­no­wi­łam nie spę­dzać tam wię­cej czasu niż to konieczne.

Pro­blemy zaczęły się, kiedy mój przy­ja­ciel Lowe, woka­li­sta zespołu, zaśpie­wał moją ulu­bioną pio­senkę Lonely Boy. Zako­cha­łam się w niej wiele mie­sięcy temu, pod­czas ich pierw­szego występu w Szko­cji. Za każ­dym razem, kiedy ją sły­sza­łam, wszystko inne prze­sta­wało mnie inte­re­so­wać.

Ode­rwa­łam wzrok od ekranu i popa­trzy­łam na nie­wielką scenę. Lowe, przy­stoj­niak z tatu­ażami, kol­czy­kiem w war­dze i potar­ganą fry­zurą, zauwa­żył to i spoj­rzał na mnie pogod­nie znad oku­la­rów bez opra­wek.

Uśmiech­nę­łam się lekko i unio­słam w toa­ście piwo, przy­słu­chu­jąc się pio­sence. Lowe powie­dział nam, że pod­czas pisa­nia tek­stów jest stu­pro­cen­towo szczery, a wtedy mój chło­pak Jake zażar­to­wał, że powin­nam napi­sać dla niego pio­senkę. Dow­cip mnie nie roz­ba­wił, bo tak naprawdę ni­gdy nie byłam do końca szczera wobec Jake’a. Wola­łam nie odsła­niać się przed nim cał­ko­wi­cie. Dzi­siej­szy wie­czór miał być wiel­kim kro­kiem naprzód dla nas – a wła­ści­wie dla mnie, koniecz­nym, jeśli liczy­li­śmy na trwały zwią­zek.

Czu­łam się pode­ner­wo­wana, ale pogo­dzona z sytu­acją, dopóki Lowe nie zaśpie­wał tej cho­ler­nej pio­senki.

Jakby się domy­śliw­szy, dokąd wędruję myślami, Jake oparł brodę na moim ramie­niu, objął mnie w talii i przy­cią­gnął do sie­bie.

– Gdzie jesteś? – zapy­tał, muska­jąc war­gami moje ucho.

Drgnę­łam i odwró­ci­łam lekko głowę, tak że teraz jego usta doty­kały mojego policzka.

– Tutaj – powie­dzia­łam.

– Dla­czego ta pio­senka tak na cie­bie działa?

Zamar­łam i ze zdu­mie­niem popa­trzy­łam na jego przy­stojną twarz; Jake uśmie­chał się, a w jego ciem­nych oczach dostrze­ga­łam cie­pło i zro­zu­mie­nie.

– Przy­glą­dam ci się – dodał.

– Mądrala.

– Tylko jeśli cho­dzi o cie­bie. – Bły­snął bia­łymi zębami. – Kiedy coś mnie naprawdę inte­re­suje, poświę­cam temu całą uwagę.

– Chcesz powie­dzieć, że jesteś eks­per­tem ode mnie?

Zmru­żył oczy i poczu­łam, że jego uścisk się roz­luź­nia.

– Mam nadzieję, że pew­nego dnia mi na to pozwo­lisz – odparł.

Nie wie­dząc, co odpo­wie­dzieć, znowu prze­nio­słam spoj­rze­nie na scenę. Przez ostat­nich parę dni, odkąd zaczę­li­śmy ze sobą sypiać, nie­po­kój cza­jący się tuż pod powierzch­nią tylko się nasi­lił. Nie miał nic wspól­nego z bra­kiem pożą­da­nia – skąd – byłam wyco­fana emo­cjo­nal­nie, a Jake usi­ło­wał wyka­zać się cier­pli­wo­ścią, która nie nale­żała do jego moc­nych stron.

Przez to wszystko odno­si­li­śmy wra­że­nie, że nasz zwią­zek lada chwila zacznie się sypać.

Opar­łam się o Jake’a, roz­luź­nia­jąc mię­śnie, i musnę­łam pal­cami jego dło­nie.

– Beck, pokaż klatę! – wrza­snęła ładna bru­netka przy sąsied­nim sto­liku.

Uśmiech­nę­łam się na widok gry­masu, z któ­rym moja przy­ja­ciółka Clau­dia popa­trzyła na tę dziew­czynę.

Beck był naj­lep­szym kum­plem Jake’a, a obec­nie rów­nież jed­nym z naj­lep­szych kum­pli Clau­dii. Grał na gita­rze pro­wa­dzą­cej i stał na środku sceny tuż obok Lowe’a. Był absur­dal­nie atrak­cyj­nym wyso­kim blon­dy­nem o zabój­czo sza­rych oczach i jesz­cze bar­dziej zabój­czym uśmie­chu. Ucie­le­śniał wszystko, czego nale­żało ocze­ki­wać od rock­mena. Miał wyta­tu­owaną jedną rękę, był wylu­zo­wany, a kobiety za nim sza­lały. Ni­gdy w życiu nie spo­tka­łam faceta z takim sek­sa­pi­lem i taką cha­ry­zmą. Choć zgry­wał się na zbun­to­wa­nego twar­dziela, w grun­cie rze­czy był zupeł­nie inny. Wie­dzia­łam to, bo cał­kiem ina­czej zacho­wy­wał się przy Clau­dii. Tak bar­dzo pra­gnął się zaan­ga­żo­wać, że bał się do tego przy­znać nawet przed samym sobą, i pew­nie dla­tego poże­rał wzro­kiem bru­netkę przy sąsied­nim sto­liku.

Gdy Clau­dia zauwa­żyła jego spoj­rze­nie, dusz­kiem dopiła drinka i odwró­ciła głowę. Rowena, nasza szkocka przy­ja­ciółka, którą podej­rze­wa­ły­śmy o sypia­nie z basi­stą Denve­rem, odgar­nęła z oczu jaskra­wo­fio­le­towe włosy i wymie­niła ze mną zatro­skane spoj­rze­nie.

Wie­dzia­łam, że Clau­dia ma mie­szane uczu­cia do Becka. Była nim zain­te­re­so­wana, co wię­cej, podob­nie jak wszy­scy w naszej gru­pie – z wyjąt­kiem Becka – przy­pusz­cza­łam, że go kocha. Tyle tylko, że w jed­nej chwili pozor­nie nie miała nic prze­ciwko jego pusz­czal­stwu, a w następ­nej wyglą­dała tak, jakby chciała uciec w kąt i zalać się łzami.

Stuk­nę­łam ją w ramię, a ona popa­trzyła na mnie ze smut­kiem w zie­lo­nych oczach. Była naj­pięk­niej­szą istotą, jaką spo­tka­łam w życiu, a do tego jedną z naj­faj­niej­szych, naj­do­wcip­niej­szych i naj­mil­szych dziew­czyn na świe­cie.

A Beck był zwy­kłym kre­ty­nem.

– Chcesz już iść? – zapy­ta­łam.

Zer­k­nęła z wście­kło­ścią na scenę – i dobrze, bo szcze­rze mówiąc, wola­łam, kiedy gro­miła wszyst­kich spoj­rze­niem, niż kiedy miała wzrok zbi­tego psa.

– Tak, jeśli jesteś już gotowa – odparła, odwra­ca­jąc się do mnie.

– Wycho­dzisz? – Jake ponow­nie mnie przy­tu­lił.

– Albo wyjdę, albo położę tru­pem two­jego naj­lep­szego kum­pla.

Jake popa­trzył na Becka i lekko pokrę­cił głową.

– Musi wresz­cie prze­stać myśleć tylko o wła­snej dupie – mruk­nął.

– Fakt. Na razie zabie­ram Claud do domu.

– Iść z wami?

Wes­tchnę­łam nie­pew­nie. Musia­łam w końcu wyja­wić, do czego się szy­kuję.

– Prawdę mówiąc, mam pewne plany na wie­czór. Zamie­rzam powie­dzieć o nas rodzi­com…

Jake uniósł brwi.

– Muzyka tak wali, że nie jestem pewien, czy cię dobrze zro­zu­mia­łem – oświad­czył.

Uję­łam jego twarz w dło­nie i poczu­łam pod pal­cami kłu­jącą brodę. Z uśmie­chem potar­łam nosem o jego nos.

– Lepiej uwa­żaj, co teraz powiesz – uprze­dzi­łam go. – Tak się składa, że jestem tro­chę zde­ner­wo­wana i mogę się wyco­fać.

W odpo­wie­dzi deli­kat­nie poca­ło­wał mnie w usta, a ja zamru­ga­łam i roz­chy­li­łam wargi. Poczu­łam na nich mro­wie­nie, kiedy się odsu­wał.

– Powiem im także o aka­de­mii.

Tym wyzna­niem zasłu­ży­łam na następny poca­łu­nek. Potem jed­nak Jake się nie odsu­nął, tylko objął mnie mocno i przy­tu­lił do piersi. Poło­ży­łam dło­nie na jego umię­śnio­nych ple­cach. Fan­ta­stycz­nie pach­niał, a w jego ramio­nach czu­łam się bez­pieczna.

W tym momen­cie znik­nęły wszyst­kie moje obawy. Ogar­nęło mnie zdra­dziec­kie pra­gnie­nie, by otwo­rzyć usta i wyszep­tać te dwa krót­kie słowa.

– Gotowa? – Gło­śne pyta­nie Clau­dii momen­tal­nie przy­wo­łało mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

– Życz mi szczę­ścia – powie­dzia­łam do Jake’a, nie­chęt­nie wyplą­tu­jąc się z jego objęć.

– Nie jest ci potrzebne. – Pogła­skał mnie kciu­kiem po policzku. – Dzię­kuję, że to robisz. To dużo dla mnie zna­czy.

Emo­cje chwy­ciły mnie za gar­dło, więc uśmiech­nę­łam się zawa­diacko, żeby pokryć zakło­po­ta­nie.

– Robię to dla nas obojga. – Wsta­łam i wepchnę­łam lap­top oraz notatki do ple­caka.

Jake zaci­snął dłoń na moim udzie, a gdy opu­ści­łam wzrok, ujrza­łam, że wpa­truje się we mnie nie­pew­nie.

– Ale zadzwo­nisz po tej roz­mo­wie? – spy­tał.

– Jeśli nie będzie zbyt późno. – Pochy­li­łam się i poca­ło­wa­łam go lekko w usta. – Widzimy się jutro.

Poże­gna­łam się z Roweną, kiedy Clau­dia prze­ci­skała się mię­dzy ludźmi, idąc w kie­runku baru. Odwró­ci­łam się, żeby poma­chać chło­pa­kom, na co Lowe ski­nął mi głową. Beck nie zare­ago­wał, gdyż ze zmarsz­czo­nymi brwiami obser­wo­wał wycho­dzącą Clau­dię.

Nie poże­gnała się z nim i w tam­tej chwili ani tro­chę jej się nie dzi­wi­łam.

Na zewnątrz Clau­dia objęła się ramio­nami, a jej dłu­gie czarne włosy zało­po­tały na wie­trze. Wyda­wała się nie­obecna i bar­dzo mi się to nie podo­bało. Posta­no­wi­łam odsu­nąć na bok zde­ner­wo­wa­nie przed roz­mową z rodzi­cami i wzię­łam ją pod rękę.

Uśmiech­nęła się z roz­tar­gnie­niem, po czym ruszy­ły­śmy w stronę miesz­ka­nia.

– W week­end wyglą­dało na to, że mię­dzy tobą a Bec­kiem wszystko gra – zauwa­ży­łam. – Zupeł­nie jak­byś się oswo­iła z tym, jak się mię­dzy wami układa. Mia­łam wra­że­nie, że nie możesz się docze­kać naszego wspól­nego wyjazdu do Bar­ce­lony na spo­tka­nie z twoim tatą.

Rodzice Clau­dii byli zamoż­nymi bywal­cami z Coro­nado, lubią­cymi sobie doga­dzać i zanie­dbu­ją­cymi rodzi­ciel­skie obo­wiązki. Ni­gdy nie mieli czasu dla córki. Pod­czas ferii świą­tecz­nych Clau­dia odkryła, dla­czego ojciec darzy ją szcze­gólną obo­jęt­no­ścią. Jak się oka­zało, nie była jego córką. Jej bio­lo­giczny ojciec nazy­wał się Dustin Twe­edie i był angiel­skim mala­rzem. Mama Claud posta­no­wiła choć tro­chę wyna­gro­dzić jej przy­kro­ści i wytro­piła Dustina w Bar­ce­lo­nie, a następ­nie zapro­po­no­wała, że na wio­snę opłaci jej wycieczkę do Hisz­pa­nii. Jake, Beck i ja mie­li­śmy pole­cieć z Clau­dią, żeby ją pod­trzy­my­wać na duchu.

Clau­dia natych­miast się spięła.

– Bo naprawdę nie mogłam – odparła. – Ale to było w week­end.

– Co się wyda­rzyło?

– Dwa dni temu napi­sa­łam do Dustina. – Nie patrzyła na mnie. Ogar­nęła mnie złość, gdy zoba­czy­łam, że emo­cje ści­snęły ją za gar­dło i z tru­dem prze­ły­kała ślinę. – Na­dal nie odpi­sał.

Nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć. Nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, jak to jest być córką nie jed­nego, nie dwojga, ale trojga obo­jęt­nych rodzi­ców.

– Minęły tylko dwa dni – zauwa­ży­łam.

Zawo­łało do nas dwoje naszych sąsia­dów. Poma­cha­ły­śmy im, a gdy tylko sobie poszli, Clau­dia wzru­szyła ramio­nami.

– Jakie to ma zna­cze­nie? – zapy­tała. – Rów­nie dobrze mogę od razu sta­wić temu czoło. Dustin nie chce, żebym przy­jeż­dżała siać zamęt w jego życiu. – Nie lubi­łam jej nie­we­so­łego śmie­chu. Dziew­czyna taka jak ona nie powinna być zgorzk­niała. – Spójrzmy praw­dzie w oczy, Char­ley. Bra­kuje mi tego cze­goś, co spra­wia, że face­tom zaczyna zale­żeć.

Wstrzą­śnięta, znie­ru­cho­mia­łam przed furtką do naszego ogródka.

– To nie­prawda – oznaj­mi­łam.

– Nawet nie mogę na cie­bie spoj­rzeć. – Odsu­nęła się. – Ty ni­gdy byś nie pozwo­liła tak się zdo­ło­wać.

– Ejże. – Poma­cha­łam jej dło­nią przed twa­rzą. – Nie widzia­łaś, jak przez ostat­nie mie­siące uża­la­łam się nad sobą z powodu pew­nego mło­dego przy­stoj­niaka o nazwi­sku Caplin?

Prych­nęła, ale na­dal nie chciała spoj­rzeć mi w oczy.

– Claud, każdy ma prawo do kiep­skiego dnia, prawda? A dzi­siaj ty masz kiep­ski dzień, i tyle. Ta zasrana histo­ria z rodzi­cami w żaden spo­sób nie powinna cię zmie­nić. Pro­szę cię, nie dopuść do tego.

– A Beck?

Zale­żało mi na Becku, naprawdę. I wie­dzia­łam, że jemu ogrom­nie zależy na Clau­dii, ale w tej chwili to jej nie wystar­czało. Mia­łam wra­że­nie, że prze­pro­wa­dzamy tę roz­mowę o jeden raz za dużo.

– Tak sobie myślę, że w zeszłym tygo­dniu wpa­dłaś na dobry pomysł.

– Mia­ła­bym go od sie­bie odsu­nąć? – Wzru­szyła ramio­nami. – Gdy ostat­nio to zro­bi­łam, cho­dził jak struty i od razu się zła­ma­łam.

– Więc tym razem się nie łam.

Popa­trzyła na mnie dziw­nie, kiedy szły­śmy do budynku.

– Jasne, prze­cież to takie pro­ste – mruk­nęła.

– No dobrze, może to nie jest pro­ste. Może powin­naś sku­pić się na czymś innym.

– Na czymś innym?

– Tak jest. – Przy­po­mnia­łam sobie, na czym udało mi się sku­pić, kiedy Jake rand­ko­wał z Melissą. – Przy­dałby ci się Lowe – doda­łam z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Hm, lubię gościa i w ogóle, ale nie pójdę z nim do łóżka.

– Nie cho­dzi mi o seks. – Popa­trzy­łam na nią z powagą. – Możesz mi wie­rzyć lub nie, ale Lowe to nie­wia­ry­god­nie wni­kliwy, wraż­liwy i cier­pliwy facet. Warto mieć takiego przy­ja­ciela.

– Chry­ste, czy Jake wie, że jesteś na wpół zako­chana w jego kum­plu?

– Nie kocham Lowe’a. Po pro­stu był pod ręką, kiedy go potrze­bo­wa­łam. Powin­naś spę­dzić z nim tro­chę czasu. Aha, i nie wyga­duj takich pier­dół przy Jake’u.

Uśmiech­nęła się chy­trze, a ja poczu­łam, jak nie­po­kój ustę­puje. Clau­dia zacho­wy­wała się pra­wie cał­kiem nor­mal­nie.

– Czy pan Caplin ma skłon­ność do zazdro­ści? – zapy­tała.

– Ow­szem, pra­wie tak silną jak ja – burk­nę­łam.

– I jesteś pewna, że prze­by­wa­jąc z Lowe’em, nie wzbu­dzę zazdro­ści w tobie?

Zasta­no­wi­łam się, pusz­cza­jąc Clau­dię przo­dem. Nie tak dawno temu durzy­łam się w Lowe’em, ale nic wię­cej nie mogło z tego wynik­nąć. To, co było mię­dzy mną a Jakiem, tra­wiło mnie do głębi. Ni­gdy w życiu nie czu­łam cze­goś takiego do innego faceta.

Jake był moim bra­ku­ją­cym ele­men­tem ukła­danki.

– Nie wywo­łasz – odpar­łam w końcu. – Lowe jest sek­sowny jak mało kto i go lubię, ale nie umywa się do Jacoba.

– Ach, Jacob… – wes­tchnęła, żeby się ze mną podraż­nić.

– Bar­dzo cię pro­szę, nie nazy­waj go tak.

– O ile mnie pamięć nie myli, to ty zaczę­łaś.

– Super. Teraz mnie zabije.

Clau­dia ze śmie­chem zatrzy­mała się przed drzwiami swo­jego pokoju.

– Dzięki, że popra­wi­łaś mi humor – powie­działa, gdy się uspo­ko­iła.

– Two­rzymy rodzinę. Cier­pię, kiedy ty cier­pisz.

W jej oczach zalśniły łzy.

– Kurde! – Pokrę­ciła głową, prze­krę­ca­jąc klucz w zamku. – Ta maskara nie jest wodo­od­porna!

Zatrza­snęła mi drzwi przed nosem, a ja wybuch­nę­łam śmie­chem.

– Zatem dobra­noc! – Powlo­kłam się do sie­bie.

Gdy byłam już w swoim pokoju, znów ści­snęło mnie w brzu­chu ze zde­ner­wo­wa­nia. Coraz bar­dziej zanie­po­ko­jona, usta­wi­łam lap­top na biurku i pod­łą­czy­łam się do inter­netu przez kabel. Po chwili otwo­rzył się Skype i usia­dłam na wąskim łóżku, żeby zacze­kać na połą­cze­nie.

Osiem lat temu całe mia­steczko zaczęło nazy­wać mnie Super­menką.

Miesz­kańcy Lan­ton w India­nie od razu tak myśleli na dźwięk mojego imie­nia i nazwi­ska. Cóż, ni­gdy się nie czu­łam tak odważna, jak mi wma­wiali ludzie. Z całą pew­no­ścią nie uwa­ża­łam się za super­bo­ha­terkę w tej chwili, cze­ka­jąc na swój kryp­to­nit w postaci rodzi­ców.

Naj­bar­dziej na świe­cie nie chcia­łam roz­cza­ro­wać Jima i Delii Red­for­dów. Rodzice zawsze mnie kochali i wspie­rali. Andie i ja nie­mal czu­ły­śmy się zobo­wią­zane do posłu­szeń­stwa i grzecz­no­ści. Pro­blem w tym, że gdy tylko wyja­wi­łam, kim chcę zostać, mama i tata sta­now­czo się temu sprze­ci­wili. Pew­nie jakoś by to prze­łknęli, gdy­bym miała zamiar zado­wo­lić się posadą zastępcy sze­ryfa w Lan­ton. W moim rodzin­nym mia­steczku prze­stęp­czość wła­ści­wie nie ist­niała. Ale nie – było dla nich oczy­wi­ste, że posta­no­wi­łam pry­snąć do aka­de­mii poli­cyj­nej w Chi­cago, aby pew­nego dnia dołą­czyć do zna­ko­mi­tych sze­re­gów tam­tej­szej poli­cji. Rick, narze­czony mojej sio­stry, był detek­ty­wem w tym mie­ście. Ponie­waż chcia­łam zdo­być spe­cja­li­za­cję, naj­chęt­niej w wydziale zabójstw, nie­chęć rodzi­ców była dla mnie zro­zu­miała. Nie dzi­wi­łam się, że wole­liby mnie widzieć na stu­diach praw­ni­czych.

Dopiero Jake uświa­do­mił mi, że mam po dziurki w nosie ustę­po­wa­nia rodzi­com we wszyst­kim…

Cztery dni wcześniej

– Czy można umrzeć z wyczer­pa­nia sek­su­al­nego? – wydy­sza­łam i opa­dłam bez­sil­nie na mokry od potu tors Jake’a.

– Powie­dział­bym, że i ow­szem. – Leni­wie gła­skał mnie po ple­cach.

– To było… – jęk­nę­łam, czu­jąc go w sobie.

– Nie­wia­ry­godne? – pod­su­nął, podej­rza­nie z sie­bie zado­wo­lony. – Prze­cież cię uprze­dza­łem.

– Jesteś strasz­nie pewny sie­bie. – Deli­kat­nie ugry­złam go w ramię.

– Co tak słabo? Spró­buj moc­niej! – Zaci­snął dło­nie na moim tyłku. – Chęt­nie wyja­śnię ludziom, skąd mam ślady zębów na ciele.

– Jakim ludziom? – wymam­ro­ta­łam. – Znaj­du­jesz się wła­śnie w jedy­nej oso­bie, która powinna widy­wać cię bez koszuli.

Zaśmiał się, a ja wtu­li­łam się moc­niej w jego szyję, delek­tu­jąc się niskim, gar­dło­wym dźwię­kiem.

– Ani chło­pa­kom, ani mnie nie prze­szka­dza, że cho­dzimy po miesz­ka­niu na wpół nadzy – wyja­śnił.

Pomimo wyczer­pa­nia zmo­bi­li­zo­wa­łam się na tyle, żeby się od niego ode­rwać, przy­ci­snąć dło­nie do jego piersi i gniew­nie zmarsz­czyć brwi.

– Innymi słowy, z roz­ko­szą wytłu­ma­czył­byś się ze śla­dów poką­sa­nia przed Lowe’em – wark­nę­łam.

Oswo­jony z moimi chmur­nymi minami, Jake zało­żył mi za ucho kosmyk dłu­gich pla­ty­no­wych wło­sów, a następ­nie prze­su­nął po nich pal­cami.

– Wie­działby, na czym stoi – zauwa­żył.

– I tak już wie. Wczo­raj wie­czo­rem ten zdrajca wła­ści­wie pchnął mnie w twoje ramiona.

– Fakt. – Jake uśmiech­nął się bez grama skru­chy.

Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, nie­spo­dzie­wa­nie oto­czył mnie ramio­nami i usiadł. Nasze usta nie­mal się zetknęły, kiedy przy­cią­gnął mnie do sie­bie. Wyczu­wa­jąc, że w naj­bliż­szym cza­sie ni­gdzie nie pójdę, prze­su­nę­łam kolana i oto­czyłam go nogami w pasie. Jego oczy pociem­niały.

– Nie wie­rzę – mruk­nę­łam. – To nie­moż­liwe, żebyś…

– Jesz­cze nie. – Przy­warł do mnie, szep­cząc słowa pro­sto w moje usta. – I tak mamy sprawy do obga­da­nia.

Natych­miast chcia­łam się odsu­nąć, ale poło­żył dłoń na moim karku. Szarp­nę­łam się gwał­tow­nie.

– Świet­nie, zaczniemy od tego – burk­nął ponuro. – Dla­czego cią­gle się ode mnie odsu­wasz?

– Powie­dzia­łam ci już, że nie lubię, kiedy mnie trzy­masz za kark. To dro­biazg.

Prze­ciw­nie, to wcale nie był dro­biazg, a Jake świet­nie o tym wie­dział. Nie miał tylko poję­cia, dla­czego mi to prze­szka­dza.

Cho­dziło o to, że kie­dyś trzy­mał mnie tak, gdy pra­gnął mojej cał­ko­wi­tej uwagi. Reago­wa­łam bar­dzo sil­nie, zde­cy­do­wa­nie sek­su­al­nie, i uwa­ża­łam, że pozwala sobie na to tylko ze mną. Któ­re­goś dnia zauwa­ży­łam jed­nak, że w iden­tyczny spo­sób trzyma za kark swoją byłą dziew­czynę Melissę. Wie­dzia­łam, że to głu­pie, ale mi to prze­szka­dzało, i to bar­dzo.

– Nie wie­rzę ci.

– Popro­szę o następne pyta­nie – wes­tchnę­łam, odsu­wa­jąc jego dłoń.

Jake nie wyda­wał się zachwy­cony, ale ustą­pił.

– Kiedy zamie­rzasz powie­dzieć o nas swoim rodzi­com? – spy­tał.

– No cóż. – Poru­szy­łam bio­drami i uśmiech­nę­łam się bez­czel­nie. – Chyba powin­ni­śmy naj­pierw roz­gryźć prze­bie­gły spi­sek jakie­goś superz­ło­czyńcy, żebyś mógł ura­to­wać świat. Wtedy moi rodzice będą zmu­szeni cie­szyć się naszym szczę­ściem. Ina­czej wyszłoby na to, że są małost­kowi.

– Sta­ram się zacho­wać powagę – oświad­czył, masu­jąc mi krzyż. – A nie mogę, kiedy sie­dzisz na mnie goła i się wygłu­piasz.

– W takim razie dopię­łam swego. – Poca­ło­wa­łam go namięt­nie. Jake przy­tu­lił mnie moc­niej i pogłę­bił poca­łu­nek z pomru­kiem, który uzna­łam za roz­kosz­nie pod­nie­ca­jący.

Obję­łam go, a wtedy ode­rwał ode mnie usta, chwy­cił mnie za ramiona i deli­kat­nie ode­pchnął.

– Graj fair – zażą­dał i spoj­rzał na mnie posęp­nie.

Roz­luź­ni­łam się.

– Niby dla­czego? – spy­ta­łam. – Ty nie grasz fair.

– Usi­łuję roz­ma­wiać z moją dziew­czyną. To ma być nie fair? – Zmru­żył oczy. – Jak to się stało, że role się odwró­ciły?

Ze śmie­chem prze­je­cha­łam pal­cami po jego wło­sach, z przy­jem­no­ścią zauwa­ża­jąc, że zmru­żył oczy, wyraź­nie zachwy­cony moim doty­kiem.

– To wszystko twoja robota – pod­kre­śli­łam.

– Mówię poważ­nie. – Odwró­cił się i poca­ło­wał mnie w nad­gar­stek. – Nie żądam od cie­bie, żebyś powie­działa rodzi­com. Pytam tylko, czy kie­dyś zamie­rzasz im powie­dzieć. – Ode­tchnął głę­boko i popa­trzył mi w oczy. – Nie możemy zro­bić kroku naprzód, dopóki nie wie­dzą.

– Wiem. Zro­bię to. Tylko… to trudne. Daj mi tro­chę czasu.

– Przy oka­zji poin­for­muj ich o aka­de­mii poli­cyj­nej. – Ponow­nie mnie przy­tu­lił, a jego gorący oddech owiał moje wargi. – Zrób to, pro­szę cię. Cho­dzi o twoje życie, Char­ley. Musisz żyć tak, jak chcesz. Cztery lata temu byłaś pewna swo­jej decy­zji. Nie wiem, czy to przeze mnie zwąt­pi­łaś. Być może to ja spra­wi­łem, że stra­ci­łaś wiarę w swoją zdol­ność doko­ny­wa­nia traf­nych wybo­rów… – Odchy­lił głowę i popa­trzył na mnie tak ufnie i z taką miło­ścią, że nie­mal się roz­pły­nę­łam. – Nie wolno sprze­nie­wie­rzać się swoim ide­ałom. Rodzice nie prze­staną cię kochać i na pewno zro­zu­mieją.

Gdy na ekra­nie lap­topa poja­wiło się okienko wywo­ła­nia roz­mowy, ode­tchnę­łam głę­boko i pamię­ta­jąc o sło­wach Jake’a, klik­nę­łam przy­cisk połą­cze­nia.

Rozdział trzeci

West Lafay­ette, sier­pień 2013

Cho­ciaż przej­mo­wa­łam się opusz­cze­niem rodzi­ców w chwili, gdy nasza rela­cja (a wła­ści­wie moja rela­cja z tatą) zna­la­zła się w zawie­sze­niu, łatwiej mi się oddy­chało po powro­cie do miesz­ka­nia w West Lafay­ette, które już wcze­śniej dzie­li­łam z Clau­dią. Mie­ściło się w malow­ni­czym budynku z czer­wo­nej cegły z bie­lo­nymi bal­ko­nami i wycho­dziło na skwer. Mia­ły­śmy tutaj basen i siłow­nię, a samo miesz­ka­nie było duże, nowo­cze­sne, z dwiema spo­rymi sypial­niami i łazienką. Za wyna­ję­cie go rodzice Clau­dii pła­cili co mie­siąc nie­wielką for­tunę. Cóż, mogli sobie na to pozwo­lić, a Clau­dia miała gdzieś to, że ich naciąga, bo jej zda­niem potra­fili oka­zać uczu­cia wyłącz­nie za pomocą pie­nię­dzy.

– Chyba się w końcu roz­pa­ko­wa­łam – oznaj­mi­łam, wcho­dząc do salonu połą­czo­nego z kuch­nią. Clau­dia słu­chała Car­rie Under­wood na lap­to­pie i jed­no­cze­śnie… – Dla­czego prze­sta­wiasz meble? – zdu­mia­łam się.

Prze­rwała na chwilę prze­py­cha­nie sofy i otarła pot z czoła.

– Nowy rok, nowy począ­tek. – Wyszcze­rzyła zęby, jakby te słowa cokol­wiek wyja­śniały.

– Lepiej uwa­żaj na krę­go­słup. – Z powąt­pie­wa­niem popa­trzy­łam na sofę obitą brą­zową skórą. – Ten mebel swoje waży, a ty go pchasz jakby ni­gdy nic.

– Spo­koj­nie, już skoń­czy­łam. – Poma­sze­ro­wała do kuchni i wyjęła z lodówki dwie butelki wody, po czym rzu­ciła jedną w moim kie­runku. – Dzwo­ni­łaś do rodzi­ców? – zapy­tała, gdy chwy­ci­łam butelkę.

Dosko­nale wie­działa, że tak.

– W ten week­end jadą do Chi­cago – odpar­łam. – Zwy­kle dobrze im to robi. Szkoda, że sytu­acja jest taka napięta. Mia­łam nadzieję, że wszystko w cudowny spo­sób wróci do nor­mal­no­ści, zanim wyjadę na uczel­nię.

– Może gdy­byś raz na jakiś czas wybrała się z nimi do Chi­cago…

– Prze­stań – wark­nę­łam.

– Dobra, już się zamy­kam.

Posta­no­wi­łam przejść do ofen­sywy.

– A skoro o rodzi­cach mowa… Roz­ma­wia­łaś ze swo­imi? – zapy­ta­łam.

Clau­dia wyraź­nie spo­chmur­niała.

– Z mamą – odparła. – Czę­ściej dzwoni, odkąd wró­ci­łam z Bar­ce­lony.

– To chyba dobrze? – zary­zy­ko­wa­łam, zdzi­wiona tym prze­ja­wem macie­rzyń­skiej tro­ski.

Clau­dia bez prze­ko­na­nia unio­sła brew.

– Zoba­czymy – mruk­nęła.

– Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele. Bar­dzo roz­sąd­nie. – Rozej­rza­łam się po wyjąt­kowo czy­stym i schlud­nym salo­nie, wie­dząc, że ten widok się zmieni, gdy zaczniemy naukę. – Czyli… dziś spo­ty­kamy się z Ale­xem i Sha­ron, czy pla­nu­jemy coś innego na ten „nowy rok, nowy począ­tek”, który tak lan­su­jesz?

Skrzy­wiła się, sły­sząc sar­kazm w moim gło­sie.

– Możesz sobie kpić, ale to ty pod­su­nę­łaś mi ten pomysł. Mówi­łaś, że chcesz nowego początku. No i mia­łaś rację. Zaczy­namy nie­mal od zera. Ja mam plan i ty też go potrze­bu­jesz.

– A niby na czym polega ten twój plan?

– Żyje się po to, żeby żyć, tak? – Uśmiech­nęła się, a jej zie­lone oczy zabły­sły. – W końcu zapro­szę Willa na randkę.

– Tego przy­stoj­nego asy­stenta? – Will McPher­son był asy­sten­tem pro­wa­dzą­cym zaję­cia na dru­gim roku kry­mi­no­lo­gii. Clau­dia od dawna się w nim pod­ko­chi­wała. – Myślisz, że na­dal uczy?

Natych­miast prze­stała się uśmie­chać.

– O tym nie pomy­śla­łam.

Odwró­ci­łam głowę, żeby ukryć roz­ba­wie­nie.

– Pew­nie uczy – powie­dzia­łam. – Nie trać nadziei. Twój plan zaję­cia się czym­kol­wiek, żeby zapo­mnieć o miło­ści do Becka, jesz­cze może wypa­lić.

– Prze­stań, bo zaraz zacznę gadać o Jake’u.

Mimo­wol­nie się skrzy­wi­łam.

– Super. Twój plan to umó­wić się z Wil­lem. Mój: zdać egza­miny kwa­li­fi­ka­cyjne na prawo.

– Mało pomy­słowe, ale skoro tego wła­śnie chcesz, to pomogę – oznaj­miła.

– Dzięki. A teraz właź pod prysz­nic. Za godzinę jeste­śmy umó­wione z Ale­xem i Sha­ron w Bre­who­use.

– Za godzinę? – Pocią­gnęła za lok lśnią­cych czar­nych wło­sów. – Godzinę to będę ukła­dała fry­zurę.

– No to lepiej już zacznij, Poca­hon­tas.

W Bre­who­use, barze nie­opo­dal cam­pusu, nie­spe­cjal­nie przej­mo­wano się spraw­dza­niem dowo­dów oso­bi­stych. W wielu innych oko­licz­nych loka­lach wiek klien­tów też nie miał zna­cze­nia, tyle że w Bre­who­use w week­endy wystę­po­wały kapele. Clau­dia przez cały czas narze­kała, że ni­gdy nie grają tam coun­try, cho­ciaż mówi­łam jej, że bywalcy baru raczej nie należą do wiel­bi­cieli tego rodzaju muzyki.

Od razu po wej­ściu zoba­czy­łam Alexa i Sha­ron. Alex popa­trzył na mnie i natych­miast poczu­łam się jak w domu. Kiedy parę mie­sięcy temu w pośpie­chu wró­ci­łam ze Szko­cji, żeby być z rodzi­cami, Alex już na mnie cze­kał. Przy­je­chał do Lan­ton z Pur­due. Nawet kiedy naj­gor­sze minęło, na­dal wpa­dał w week­endy, żeby się ze mną zoba­czyć.

Tego lata jed­nak zro­bił sobie wolne i razem z Sha­ron podró­żo­wał po Euro­pie. Tęsk­ni­łam za nim. Bra­ko­wało mi jego wspar­cia i bez­stron­no­ści. Tak naprawdę mia­łam ochotę rzu­cić mu się w ramiona i z całych sił go wyści­skać.

Cóż, choć Sha­ron była bar­dzo miła, nie­zbyt jej się podo­bały takie czu­ło­ści, a to dla­tego, że wcze­śniej cho­dzi­łam z Ale­xem. Mogłam to zro­zu­mieć i w jej obec­no­ści trzy­ma­łam się na dystans.

Alex jed­nak zda­wał się tego nie dostrze­gać.

Uśmiech­nął się sze­roko, wstał i z deter­mi­na­cją ruszył przez bar. Po chwili zamknął mnie w niedź­wie­dzim uści­sku. Ja też go przy­tu­li­łam, przy­my­ka­jąc oczy i wdy­cha­jąc zna­jomy zapach drzewa san­da­ło­wego i piżma.

– Dobrze cię widzieć, Char­ley – rzekł cicho Alex.

– Cie­bie też.

– A mnie nie uści­skasz? – roz­legł się głos Clau­dii.

Alex mnie puścił i uśmiech­nął się do niej nad moim ramie­niem.

– Oczy­wi­ście, że uści­skam.

Gdy się przy­tu­lali, pode­szła do nas Sha­ron. Była niską prze­śliczną blon­dy­neczką i o każ­dym miała coś miłego do powie­dze­nia. Pełna życia i słodka, sta­no­wiła moje cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo.

Uści­snęła mnie, a ja odwza­jem­ni­łam uścisk.

– Jak się mie­wasz? – zapy­tała, gdy się odsu­nęła.

– Jako tako – odpar­łam szcze­rze, choć wymi­ja­jąco. – A ty? Jak było w Euro­pie?

– Cudow­nie! – Jej błę­kitne oczy roz­bły­sły. – Mamy wam mnó­stwo do opo­wie­dze­nia.

Usie­dli­śmy przy sto­liku z drin­kami. Zauwa­ży­łam, że scena jest przy­go­to­wana do wie­czor­nego występu kapeli.

– Kto gra? – zapy­ta­łam.

Alex wzru­szył ramio­nami.

– Nie mam poję­cia – odparł. – Bar­dziej mnie inte­re­suje plotka, którą sły­sza­łem. Podobno chcesz zdać egza­min na prawo.

Zer­k­nę­łam na Clau­dię, która zro­biła nie­winną minę. Z wes­tchnie­niem odwró­ci­łam się do Alexa.

– Tak, dobrze sły­sza­łeś.

– Bar­dzo mnie to cie­szy. – Uśmiech­nął się z entu­zja­zmem.

– Spo­dzie­wa­łam się tego.

Kiedy byli­śmy razem, Alex upie­rał się, żebym poszła na prawo. Pomysł, że mogła­bym zostać gliną, nie podo­bał mu się tak samo jak moim rodzi­com.

– Uwaga, próba mikro­fonu!

Popa­trzy­li­śmy na Duke’a, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­niego bar­mana, który od lat pra­co­wał w Bre­who­use. Nikt go wła­ści­wie nie znał, co Duke wyko­rzy­sty­wał, mówiąc o sobie „tajem­ni­czy bar­man”, przez co jego zagad­ko­wość tra­ciła na atrak­cyj­no­ści.

Teraz stał na sce­nie i stu­kał w mikro­fon. Zado­wo­lony, mach­nął ręką za sie­bie.

– Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych: w każdy pią­tek i sobotę mamy tutaj muzykę na żywo, więc jeśli liczy­cie na spo­koj­nego drinka, lepiej wpad­nij­cie do Tur­tle przy tej samej ulicy. Ale zarę­czam, że wybór kawał­ków w sza­fie gra­ją­cej jest tam rów­nie bez­na­dziejny jak obsługa. – Uśmiech­nął się w ocze­ki­wa­niu na śmie­chy, które nie nastą­piły. – Tak czy siak, chciał­bym teraz powi­tać na sce­nie miej­sco­wych chło­pa­ków, wła­ści­wie naszych sąsia­dów, z Chi­cago. Tego lata włó­czą się po Środ­ko­wym Zacho­dzie i zdo­by­wają sławę w barach. Powi­taj­cie gorąco grupę The Sto­len!

Co, do cho­lery…

Wstrzy­ma­łam oddech, patrząc jak Lowe, Beck, Matt i Denver wcho­dzą na scenę.

Co, do cho­lery…

Lowe oparł gitarę na ramie­niu i zbli­żył się do mikro­fonu. Wyglą­dał jak zawsze – miał oku­lary bez opra­wek, kol­czyk w war­dze i tatu­aże – tyle tylko, że po pię­cio­mie­sięcz­nej roz­łące wydał mi się bar­dziej atrak­cyjny niż zwy­kle. Tęsk­ni­łam za nim i za chło­pa­kami.

Lowe rozej­rzał się po barze, a gdy popa­trzył na nasz sto­lik, jego ramiona zauwa­żal­nie się roz­luź­niły. Nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały i Lowe się uśmiech­nął.

– Dzię­kuję za zapro­sze­nie do Bre­who­use – powie­dział. – Przy­jem­nie tutaj. Na widowni jest kil­koro naszych przy­ja­ciół, więc dedy­ku­jemy im występ. Char­ley, Clau­dia, The Sto­len tęsk­niło za wami latem.

Gdy zaczął się występ, Beck spo­glą­dał na Clau­dię. Odwró­ci­łam się do niej i ujrza­łam, że gapi się na niego ze zdu­mie­niem. Innymi słowy, też nie miała poję­cia, kto dziś zagra.

– To są wasi przy­ja­ciele z Edyn­burga? – spy­tał Alex z zasko­cze­niem w gło­sie.

Clau­dia ode­rwała wzrok od Becka.

– Tak – przy­tak­nęła. – Wiele mie­sięcy temu mówi­łam Bec­kowi, że powinni tu zagrać. Naj­wy­raź­niej nie zapo­mniał.

Sha­ron zmarsz­czyła brwi.

– Myśla­łam, że są na uni­wer­sy­te­cie Nor­th­we­stern.

– Tak jest – odpar­łam, pró­bu­jąc uspo­koić serce.

Jeśli było tu The Sto­len, to zna­czy…

– Nad­ło­żyli kawał drogi na jeden występ.

– Hm… – Clau­dia chwy­ciła mnie za ramię i wska­zała głową bar. – Bo nie cho­dzi o jeden występ.

Moje serce galo­po­wało, jakby posta­no­wiło wyrwać się z piersi.

Jake.

Zesztyw­nia­łam, gdy szedł przez tłum w kie­runku naszego sto­lika. Wpa­try­wał się we mnie z bez­na­mięt­nym wyra­zem twa­rzy, a ja mia­łam wra­że­nie, że grunt usuwa mi się spod nóg.

Wresz­cie sta­nął przy sto­liku, tuż obok mnie, i popa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu. Poże­ra­łam go wzro­kiem. Miał tro­chę dłuż­sze włosy, tak jak wtedy gdy byli­śmy dzie­cia­kami, i kil­ku­dniowy zarost. Wyda­wał się bled­szy niż zwy­kle i zmę­czony.

Chcia­łam wstać, zarzu­cić mu ręce na szyję, poczuć jego zapach. Każdy mię­sień ciała bolał mnie od tęsk­noty i nie wie­dzia­łam, czy się śmiać, czy pła­kać, kląć czy wrzesz­czeć. Do tej chwili nie docie­rało do mnie, jak bar­dzo za nim tęsk­ni­łam, jakby był inte­gralną czę­ścią mnie.

– Cześć, Jake. – Alex wstał i wycią­gnął rękę. – Kopę lat, stary.

Nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy, Jake uści­snął dłoń Alexa.

– Witaj, Alex.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki