Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Optymizm to nie naiwność. To strategia.
Czy wierzysz, że sposób myślenia może realnie zmieniać rzeczywistość? Zastanawiasz się, jak zachować nadzieję w niepewnych czasach i działać skutecznie mimo przeciwności? A może chcesz dowiedzieć się, dlaczego optymiści częściej odnoszą sukces — w życiu i w pracy?
Optymizm to konkretna umiejętność, oparta na nauce i doświadczeniu.
Książka Twój optymizm może zmienić świat inspiruje do działania, wzmacnia wewnętrzną odporność i uczy, jak zamieniać wyzwania w realne szanse. Dzięki niej możesz działać pewniej, odważniej i skuteczniej.
Sumit Paul-Choudhury, ceniony dziennikarz naukowy, łączy fakty z pasją do opowieści, tworząc książkę, która dodaje energii i zmienia perspektywę.
Nowe spojrzenie. Lepsze decyzje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 376
Tytuł oryginalny: THE BRIGHT SIDE. How Optimists Change the World, and How You Can Be One
Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska Redakcja językowa: Joanna Markiewicz Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redaktor techniczny: Agnieszka Matusiak
Copyright © for this edition and transation by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © Sumit Paul-Choudhury, 2025 Originally published in the UK by Canongate 2025 All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form. Published by arrangement with Canongate via Randle Editorial & Literary Consultancy.
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18727-6
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Moim rodzicom, dzięki którym żyję na najlepszym z możliwych światów, oraz moim dzieciom, którym zawdzięczam przyszłość najlepszą z możliwych.
I. Prolog
Argumenty za optymizmem
Zostałem optymistą, gdy zmarła moja żona.
Ludzie różnie reagowali na diagnozę jej choroby: agresywny, szybko rozwijający się rak jajnika, wykryty po poronieniu, które zakończyło naszą pierwszą i jedyną ciążę. Niektórzy byli świadomi, że ma ona przed sobą prawdopodobnie krótką i ponurą przyszłość, i tacy ludzie na ogół trzymali się od nas z dala i milczeli. Ale wiele osób przejawiało wiarę, że wszystko się jakoś ułoży – czasami z przekonania, czasami z chęci pocieszenia nas, ale najczęściej po prostu dlatego, że nie umieli inaczej zareagować.
Kathryn ze swej strony natomiast nalegała, aby wszyscy wokół niej – rodzina, przyjaciele, koledzy i lekarze – tylko wyrażali nadzieję. Oczywiście chodziło jej przede wszystkim o mnie, ale nie miałem pojęcia, jak spełnić jej życzenie. Z jednej strony od zawsze byłem pozytywnie nastawiony do życia i część mnie wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Z drugiej jednak – byłem racjonalistą opierającym się na doświadczeniu. Czytałem raporty medyczne i literaturę naukową i zdałem sobie sprawę, że szanse Kathryn na przeżycie więcej niż kilku lat są znikome. W końcu doszedłem do wniosku, że skoro to nie ja jestem śmiertelnie chory, tylko moja żona, powinienem milczeć i wspierać ją tak, jak ona sobie tego życzy, jednocześnie mając cichą nadzieję na to, że stanie się statystyczny cud.
Cudu nie było. Rak pokonał mechanizmy obronne organizmu Kathryn w mniej niż rok, przynosząc jej szpetną śmierć, na którą nie była gotowa.
Kiedy przyszło mi zacząć odbudowywać swoje życie, wciąż słyszałem, że mam „żyć dniem dzisiejszym”. Żadnych długoterminowych planów, żadnych znaczących zmian. Jednak nie satysfakcjonowało mnie to. Oczywiście są decyzje, jakich nie należy podejmować, kiedy jest się pogrążonym w żałobie, ale ja nie chciałem już dłużej pozostawać w stanie zawieszenia. Wyjść z tego letargu pomogło mi coś, co Kathryn powiedziała mi tuż przed śmiercią: że nie wolno mi zboczyć z własnej drogi po jej odejściu – bez względu na to, jak trudne może się to okazać, chciała, żebym wciąż szedł naprzód.
Większość z nas najczęściej idzie po linii najmniejszego oporu. Ja też się do tej większości zaliczałem: chociaż nie przepadałem za miejscem, w którym mieszkałem, ani za tym, czym się zajmowałem zawodowo, nic nie zmieniałem, bo było mi całkiem wygodnie. Ale po śmierci Kathryn mój dom przestał być moim domem, a moja przyszłość nie była już moją przyszłością. Z pewnością nie polecam okresu żałoby jako pretekstu do zaczęcia wszystkiego od nowa, ale mnie ten czas dał motywację do przemyślenia życia od podstaw. Zmusił mnie do rozważenia wszystkich potencjalnych sposobów jego przebudowy. Ja przynajmniej nadal miałem przed sobą te możliwości.
Próbowałem różnych stylów życia: pustelnika na wsi, człowieka światowego w mieście, wiecznego nomady. Będąc mieszczuchem od urodzenia, nagle zacząłem wędrować po dzikich lasach. Nie mając powodu, by siedzieć w domu, dni spędzałem w galeriach, a noce na koncertach, szukając chwil zapomnienia, które pojawiały się rzadko. Zawsze bardzo dużo podróżowałem, ale po śmierci żony szybko zacząłem skreślać kolejne miejsca z mojej listy marzeń. Założyłem też dwa blogi – jeden dla przyjaciół, a drugi dla świata – aby wpisać się jakoś w przyszłość: swoją żałobę, wyobrażenia i nowe początki.
Po kilku miesiącach pewien znajomy zapytał mnie, niewątpliwie w dobrej intencji, czy nadal przyjmuję leki. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je brać. To samo dotyczyło terapii: taktownie mnie na nią namawiano, ale równie taktownie odmawiałem. Znalazłem wprawdzie grupę wsparcia dla młodych wdowców, ale nie skorzystałem z jej pomocy, gdyż nigdy nie byłem osobą, która dołącza do tego rodzaju kół wzajemnej akceptacji. Wiele osób w podobnej sytuacji dalej celebruje urodziny, rocznice czy inne okazje związane z partnerem; ja po upływie pierwszego roku po śmierci Kathryn podjąłem trudną decyzję, że przestanę je obchodzić. Nie chciałem, aby reszta mojego życia przebiegała według zdezaktualizowanego harmonogramu.
Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że moja postawa nie była całkiem typowa. Zastanawiałem się, czy nie jestem w fazie zaprzeczenia. A może jestem po prostu bezduszny i nieczuły. Jednak nie wydawało mi się, by którekolwiek z tych stwierdzeń było prawdziwe w odniesieniu do mojej osoby: w okresie żałoby nie czułem się ani szczęśliwie, ani normalnie. Po prostu nigdy nie wątpiłem, nawet w najgorszych chwilach, że nadejdą lepsze czasy – jeśli tylko będę na nie pracował. Początkowo bez zastanowienia, a później bardziej świadomie pielęgnowałem przekonanie, że czeka mnie jasna przyszłość. W końcu dotarło do mnie, że jestem zdeklarowanym optymistą.
Było to nieco zaskakujące. Jestem z wykształcenia naukowcem i dziennikarzem, powinienem więc być twardo osadzony w krytycznym myśleniu, odwołującym się do niezbitych dowodów i racjonalnych argumentów. Chociaż sam to dostrzegłem, ale i wielokrotnie słyszałem od innych, że mam skłonność do oczekiwania od życia tego, co najlepsze, zakładałem, że wynika to z faktu, iż moje życie było dość szczęśliwe. Nadal oczekiwać od życia najlepszego po wydarzeniach sprzed roku wydawało mi się irracjonalne, ale ta część mnie, która wierzyła, wygrywała z tą, która myślała racjonalnie.
Byłem zdania, że optymizm sprowadza się jedynie do przekonania, a przywiązywanie do tego wagi jest zasadniczo głupie i potencjalnie nieodpowiedzialne. Miałem wrażenie, że nazywać siebie optymistą to po prostu przyznać się, że nie chce się zbytnio zastanawiać nad przyszłością i wyzwaniami, jakie ze sobą niesie. Ale co było alternatywą? Typową obroną pesymizmu jest twierdzenie, że pesymista nigdy nie jest rozczarowany, może być tylko mile zaskoczony. Wydawało mi się, że to postawa niepotrzebnie defensywna, niemal tchórzliwa. Realizm z kolei postrzegałem jako niezdecydowanie, cyniczną wymówkę, która pozwalała uniknąć otwarcia się na możliwość, że świat może być lepszy, niż jest dzisiaj.
Nie miałem wrażenia, że którakolwiek z tych postaw mogłaby dawać życiowy napęd. Po co w ogóle rano wstawać z łóżka?
Kiedy jednak zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, optymizm wydał mi się jedyną postawą, którą warto przyjąć. Oczekiwanie czegoś więcej od życia przygotowywało cię do czerpania z niego więcej, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ale jeśli miałem zostać optymistą – a czułem, że nie mam w tej kwestii wyboru – to chciałem praktykować taki optymizm, który opierałby się na czymś więcej niż tylko na wierze w jego dobry wpływ na życie. Chciałem znaleźć sposób na bycie optymistą, który faktycznie pomógłby uczynić świat lepszym, a nie tylko zakładał, że tak będzie.
Zacząłem więc badać, jaką formę może przybrać ten pragmatyczny, dobrze uzasadniony optymizm. Dowiedziałem się, że optymizm, wbrew moim wcześniejszym założeniom, nie jest koniecznie wynikiem naiwności. Nie jest to luksus, na który możemy sobie pozwolić tylko w dobrych czasach. Jest to zasób, z którego możemy czerpać, gdy sytuacja staje się trudna – i wtedy nasz optymizm może zadecydować o naszym życiu lub śmierci.
„To było straszne, czuć, jak pokład pęka pod stopami – wspominał Ernest Shackleton. – Wielkie belki wyginały się, a potem pękały z hukiem przypominającym wystrzały armatnie”. Po ponad dziewięciu miesiącach uwięzienia w lodach Antarktydy flagowy statek jego ekspedycji, „Endurance”, w końcu uległ. Z tego powodu 27 października 1915 roku wielki brytyjski odkrywca niechętnie nakazał swojej załodze opuszczenie statku, co sprawiło, że znaleźli się w prawdopodobnie najbardziej nieprzyjaznym miejscu na Ziemi.
Imperialna Wyprawa Transantarktyczna Shackletona wyruszyła ponad rok wcześniej z zamiarem przejścia po raz pierwszy drogą lądową przez zamarznięty kontynent. Najpierw jednak musiała przepłynąć przez niegościnne Morze Weddella, niezwykle trudne do przebycia. Przeprawa przez pak lodowy była bardzo powolna i ostatecznie w styczniu 1915 roku statek został całkowicie uwięziony przez lód, co zmusiło Shackletona i jego załogę do opuszczenia „Endurance” i przetrwania mroźnej, wiecznie ciemnej antarktycznej zimy na lodzie w warunkach, które nawet dzisiaj stanowiłyby ogromne wyzwanie.
Po zatonięciu „Endurance” Shackleton i jego ludzie mieli do dyspozycji tylko ten sprzęt i zapasy, które zdołali ocalić w trzech szalupach ratunkowych. Oprócz tego polegać mogli jedynie na własnej pomysłowości i skąpych możliwościach oferowanych przez naturę (na przykład kiedyś udało się im upolować agresywnego lamparta morskiego, a zawartość jego żołądka, składająca się z nieprzetrawionych ryb, stanowiła mile widziany „świeży” posiłek). Nie mieli żadnej możliwości skontaktowania się z resztą świata i praktycznie stracili nadzieję, że ktoś przybędzie im na ratunek. A jednak dziesięć miesięcy później Shackleton zdołał przetransportować wszystkich swych ludzi w bezpieczne miejsce1.
Jak Shackleton i jego załoga przetrwali w obliczu tak niesamowitych przeciwności losu? Fakty wyglądają tak, że spędzili ponad pięć miesięcy w obozowisku na dryfującym lodzie, zanim szalupami ratunkowymi przedostali się na wyspę Elephant, która wprawdzie nie dryfowała, ale nie miała nic do zaoferowania. Stamtąd Shackleton z niewielką załogą udał się jedną z szalup w podróż przez wzburzone morze do Georgii Południowej. Pokonawszy w dwa tygodnie 1300 kilometrów morzem i pieszo przez góry Georgii Południowej, 20 maja 1916 roku dotarł do stacji wielorybniczej na północnym wybrzeżu. Bezzwłocznie wynajął statek, aby zorganizować akcję ratunkową, która jednak została udaremniona – podobnie jak trzy kolejne próby – przez lód nie do pokonania. Ostatecznie w sierpniu udało mu się dotrzeć do towarzyszy uwięzionych na Elephant Island i uratować wszystkich 22 mężczyzn, którzy na niego czekali.
Za suchymi faktami kryje się jednak bardzo istotny czynnik: wytrwałość. Jak wskazują liczne teksty poświęcone przywództwu, ta niesamowita wyprawa nie byłaby możliwa, gdyby Shackletona i jego ludzi nie łączyła wspólna więź i siła woli – wiele wcześniejszych ekspedycji zakończyło się tragicznie, gdy członkowie załóg pokłócili się, napotkawszy trudności. Wszystko, co osiągnął Shackleton, osiągnął dzięki tym, których zabrał ze sobą – 27 mężczyznom wybranym spośród ponad 5000 kandydatów. Czego szukał u członków swojej załogi?
Zgodnie z przyjętą tradycją rekrutował poszukiwaczy przygód poprzez zamieszczenie w gazecie „The Times” anonsu, który brzmiał: „Poszukujemy mężczyzn do niebezpiecznej wyprawy. Oferujemy niskie wynagrodzenie, przenikliwe zimno i długie godziny spędzone w całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót wątpliwy. W wypadku sukcesu – honor i uznanie”. Nie ma jednak żadnych śladów, że takie ogłoszenie faktycznie kiedykolwiek się ukazało. W rzeczywistości Shackleton nie szukał twardzieli. Jego kryteria mogły wydawać się donkiszotowskie, obejmowały wszystko, od wyglądu fizycznego po poczucie humoru, ale, jak powiedział niegdyś, „cechą, której poszukuję najbardziej, jest optymizm: zwłaszcza optymizm w obliczu niepowodzeń i pozornej porażki. Optymizm to prawdziwa odwaga moralna”.
Co Shackleton miał na myśli, mówiąc o optymizmie? Na pewno nie była to ślepa wiara, że wszystko jakoś się ułoży. Shackleton znany był z tego, że zawsze dokładnie rozważał wszystkie opcje: jego ludzie nazywali go „Starym Ostrożnym”. Podczas wcześniejszej wyprawy, tak zwanej Nimrod Expedition zorganizowanej w latach 1908–1909, zawrócił niecałe sto mil od bieguna południowego, uznawszy, że jego załoga nie zdoła bezpiecznie wrócić do domu. „Doszedłem do wniosku, Kochanie, że wolisz mieć żywego osła niż martwego lwa” – napisał w liście do żony.
Na każdym etapie burzliwej imperialnej wyprawy transantarktycznej Shackleton przypominał swoim ludziom, że dopóki żyją, dopóty mają wybór i możliwości, które mogą wykorzystać. Inspirował w ten sposób swoją zmęczoną, niedożywioną i odizolowaną od świata załogę do zachowania wiary. Tego ducha wśród swoich ludzi potrzebował również do tego, aby uniknąć potencjalnie śmiertelnych konfliktów i sporów, co było szczególnie ważne dla tych, którzy pozostali na Elephant Island pod dowództwem jego zastępcy Franka Wilda. „Jego radosny optymizm nigdy nie zawiódł, nawet gdy brakowało jedzenia, a perspektywa pomocy wydawała się odległa – napisał Shackleton. – Nie mam wątpliwości, że wszyscy, którzy utknęli na Elephant Island, zawdzięczają mu życie. Demony depresji nie miały szans, gdy był w pobliżu”.
Niewielu z nas będzie miało okazję sprawdzić swoją odwagę tak, jak Shackleton i jego zespół. Ale wszyscy prędzej czy później stajemy przed wyborem między życiem a śmiercią lub innymi przeciwnościami losu, które zmuszą nas do ponownej oceny świata i zastanowienia się nad przyszłością. W takich momentach najtrudniej jest być optymistą, ale być może najbardziej warto. Wartość optymizmu jest również widoczna w przypadku bardziej przyziemnych wyzwań: randki, rozmowy kwalifikacyjnej, meczu sportowego. Jeśli jesteśmy przygnębieni jakąś sytuacją, prawdopodobnie ktoś poradzi nam, abyśmy byli dobrej myśli, a wszystko jakoś się ułoży i my prawdopodobnie poczujemy się lepiej. A kiedy poprawi się nam nastrój, być może znajdziemy rozwiązanie naszego problemu, o ile takie istnieje.
Optymizm, który zachęca nas do działania, a nie biernego oczekiwania na to, co przyniesie los, może pomóc nam aktywnie odkrywać nasze ograniczenia – i je przekraczać.
„Kiedyś znałam tylko ciemność i ciszę. Teraz znam nadzieję i radość” – napisała Helen Keller w swoim eseju Optymizm z 1903 roku2, 21 lat po tym, jak choroba wieku dziecięcego pozbawiła ją wzroku i słuchu. „Moje życie nie miało przeszłości ani przyszłości; pesymiści powiedzieliby, że śmierć przyniosłaby »upragniony koniec«. Ale małe słowo uplecione z palców innej osoby wpadło w moją dłoń, która kurczowo ściskała pustkę, i moje serce podskoczyło z radości życia”.
Palce należały do Anne Sullivan, nauczycielki Helen Keller. Zaś owym „małym słowem” – jak dowiedziały się kolejne pokolenia, które uczyły się literować – było słowo „woda”, w tym samym czasie spływająca na drugą dłoń Keller. Sullivan pracowała wcześniej z Samuelem Gridleyem Howe’em, lekarzem, który dwie dekady wcześniej odegrał pionierską rolę jako nauczyciel techniki pisania palcami innej głuchoniewidomej dziewczynki, Laury Bridgman. Matka Helen przeczytała wzruszającą relację Charlesa Dickensa o tej zakończonej sukcesem nauce i zaczęła szukać pomocy dla swojej sfrustrowanej córki, która miała wówczas siedem lat.
W swoim eseju Helen Keller sugeruje, że Howe „odnalazł drogę do duszy Laury Bridgman, ponieważ od początku wierzył, że mu się uda. Angielscy prawnicy uznali, że osoby głuchoniewidome są w świetle prawa idiotami. Spójrzcie, co robi optymista. Przekształca prawny aksjomat; spogląda poza tępą, beznamiętną materię i widzi uwięzioną ludzką duszę, a następnie cicho i zdecydowanie przystępuje do dzieła jej wyzwolenia”. Helen Keller, uwolniona w taki sposób, została pisarką, mówczynią i aktywistką – jej osiągnięcia były tak niezwykłe, iż wielu uznało, że musiała udawać swoją niepełnosprawność3.
Siła optymizmu stała się powracającym motywem w twórczości Keller. Jej pochwała optymizmu nie ogranicza się do tego, co nazywała „optymizmem wewnętrznym”, czyli osobistego przekonania, że wszystko się ułoży i nadejdą lepsze czasy. Ten „fakt w moim sercu”, jak napisała Keller w drugiej części swojego eseju z 1903 roku, znalazł odzwierciedlenie w „optymizmie zewnętrznym”, czyli przeświadczeniu, że stan świata stale się poprawia – materialnie, społecznie i duchowo. Ten postęp, jak sugeruje, jest widoczny w „literaturze, filozofii, religii i historii”.
Trzecia część jej tekstu, zatytułowana Praktyka optymizmu, rozpoczyna się od stwierdzenia, że „sprawdzianem wszystkich przekonań jest ich praktyczny wpływ na życie”. Optymizm, jak twierdzi Keller, „popycha świat do przodu, a pesymizm go hamuje”. Pesymizm narodu, podobnie jak jednostki, „zabija instynkt, który popycha ludzi do walki z ubóstwem, ignorancją i przestępczością, i wysusza wszystkie źródła radości na świecie”. Optymizm natomiast jest „wiarą, która prowadzi do osiągnięć”. Bez niego nic nie może stać się lepsze.
Opis mocy, skutków i praktyki optymizmu przedstawiony przez Keller u progu XX stulecia wciąż jest aktualny. Jej Bóg nie obiecuje lepszego świata z boskiego nakazu – zamiast tego do praktycznych działań prowadzą pozytywne myśli, które On inspiruje. Być może jej Ameryka jest najwspanialszym krajem, jaki kiedykolwiek istniał na ziemi, ale Keller ostrzega przed „niebezpiecznym optymizmem wynikającym z ignorancji i obojętności”. Optymista może wierzyć, że świat zasadniczo jest dobrym i sprawiedliwym miejscem, ale mimo to musi zobowiązać się, że będzie dostrzegał i eliminował wszelkie istniejące cierpienie.
Tekst Keller był wytworem swoich czasów. W ciągu ostatniego stulecia nasz światopogląd uległ przeobrażeniom: tam, gdzie Keller miała wiarę, patriotyzm i przeznaczenie, my mamy psychologię, filozofię i przewidywania. Jednak jej obawy znajdują odzwierciedlenie na kartach niniejszej książki i dlatego, 120 lat później, zdecydowałem się nadać swojemu tekstowi taką samą strukturę, jaką ma jej esej. W pierwszej części, zatytułowanej Optymizm wewnątrz, przyjrzymy się temu, co wiemy o naszym własnym, intuicyjnym optymizmie i jego znaczeniu dla nas. W części drugiej, noszącej tytuł Optymizm na zewnątrz, zadamy pytanie, czy istnieje racjonalna, intelektualna podstawa, aby oczekiwać od świata tego, co najlepsze. W trzeciej części, Optymizm w świecie, przyjrzymy się naszej zdolności do przewidywania tego, co nas czeka, i zmieniania tego na lepsze.
Pomimo całego tego gadania o sile optymizmu jest w tym wszystkim pewien problem. Optymizm kojarzy się z nieoczekiwanymi zwycięstwami, przenoszeniem gór i triumfem nad przeciwnościami losu, ale także z niedotrzymanymi obietnicami, nieosiągalnymi celami i niespełnionymi marzeniami. Nasza koncepcja optymizmu opiera się na pozytywnych oczekiwaniach wobec przyszłości – choć nie zawsze tak było, jak przekonamy się poniżej – i oczywiście nigdy nie jesteśmy w stanie dowieść, że oczekiwania te są uzasadnione, zanim się spełnią. Kiedy wszystko idzie dobrze, chwalimy optymizm naszych przywódców politycznych, społecznych i gospodarczych jako inspirujący; gdy sprawy przybierają gorszy obrót, lekceważymy go jako pobożne życzenia.
Wiele osób próbowało to naprawić, wyjaśniając, jak należy zmodyfikować czy też może okiełznać optymizm, aby uczynić go bardziej zdyscyplinowanym. Wpisy na blogach, artykuły i wywiady oferują bogactwo wariantów tego tematu: „optymizm warunkowy”, „optymizm nieokreślony”, „optymistyczny nihilizm”, „tragiczny optymizm”, „optymizm metafizyczny”, „optymizm pragmatyczny”, „optymizm racjonalny”, „optymizm złożony”, „optymizm epistemologiczny”, „optymizm apokaliptyczny” i tak dalej, aż do znudzenia.
Niektóre z tych sformułowań mają swoje zastosowanie, ale ostateczny rezultat jest zdecydowanie skromny. Lepiej jest zaakceptować fakt, że optymizm jest nierealistyczny, ale mimo to działa na naszą korzyść. W końcu co oznacza „nierealistyczny”? Można by odwrócić sytuację i zapytać, ile z rzekomo realistycznych oczekiwań wobec świata jest faktycznie realistycznych, biorąc pod uwagę głęboką niepewność, w obliczu której stoimy. Gdybyśmy zastosowali ten sam rodzaj językowej sztuczki, zaczęlibyśmy mówić o „fałszywym” lub „egoistycznym” realizmie, „fatalistycznym” lub „leniwym” realizmie albo wręcz o „bzdurnym realizmie”.
Często po prostu nie rozumiemy wystarczająco dobrze wyzwań, przed którymi stoimy, takich jak zmiany klimatyczne, przewroty społeczne czy sztuczna inteligencja, abyśmy mogli być „realistyczni”. Częściej mamy do czynienia z wieloma możliwymi rezultatami – stopniami ocieplenia, odcieniami niepokojów społecznych, zastosowaniami i nadużyciami technologii – nad którymi mamy różny zakres kontroli. Nie oznacza to, że nie wiemy nic: opracowaliśmy wiele zaawansowanych metod oceny naszej obecnej sytuacji i scenariuszy na przyszłość. Możemy i powinniśmy nadal doskonalić nasze umiejętności modelowania i przewidywania tego, co nas czeka. Powinniśmy jednak również zaakceptować fakt, że nie wiemy wszystkiego i nie możemy wiedzieć wszystkiego: przyszłość jest nieuchwytna.
Taka od zawsze jest kondycja człowieka i dysponujemy narzędziami poznawczymi, aby sobie z nią radzić. Nasze mózgi są wynikiem milionów lat ewolucji. Nie oznacza to, że wszystkie sposoby funkcjonowania naszego umysłu są idealnie dostosowane do wyzwań współczesności, ale nierozsądnie byłoby lekceważyć naszą intuicję i wyobraźnię, a także nasz intelekt. Jeśli chcemy, aby jutro świat był lepszy niż dzisiaj, musimy najpierw oczekiwać, że tak będzie. Następnie musimy wyobrazić sobie, jak może wyglądać ta lepsza przyszłość. I wreszcie musimy zadbać o to, aby tak się stało.
Jednym ze sposobów uzasadnienia optymizmu jest uznanie, że są rzeczy, których nie wiemy, że niektóre z tych niewiadomych są pozytywne i że mamy pewną zdolność do kierowania się w stronę tych pozytywów. Optymizm zachęca nas do poszukiwania tych pozytywnych aspektów. Jeśli natomiast w żaden sposób nie oczekujemy, że nasze życie może się polepszyć, nie mamy motywacji, aby w jego poprawę włożyć wysiłek i przemyślenia, wobec czego rozwiązania pozostają nieodkryte. Porażka staje się samospełniającą się przepowiednią.
Jest pewna przypowieść, która doskonale ilustruje tę sytuację. Dziewiętnastowieczni podróżnicy zauważyli, że rosyjscy chłopi mają nowatorski sposób na utrzymanie świeżości mleka w warunkach braku lodówki: wrzucali do niego żabę4. Niezależnie od tego, czy było to prawdą, ludowa opowieść opisuje losy dwóch takich żab umieszczonych w sąsiednich dzbanach. Jedna z nich, stwierdziwszy, że nie da się wydostać z naczynia, rozpacza nad swoim losem i wkrótce tonie. Jej bardziej zdeterminowana towarzyszka jednak nie przestaje miotać się i walić na oślep kończynami, aż w końcu ubija mleko na masło, dzięki czemu jest w stanie wyskoczyć na wolność.
Pierwsza żaba wpadła w „pułapkę pesymizmu”: ponieważ nie widzi żadnego wyjścia z trudnej sytuacji, po prostu się poddaje, a jej zguba staje się samospełniającą się przepowiednią. Druga żaba natomiast, mimo że również nie widzi żadnej możliwości ucieczki, nie przestaje walczyć, dzięki czemu natrafia na rozwiązanie, którego nie mogła przewidzieć na początku. Ta druga żaba jest optymistką.
Pułapki pesymizmu są wszechobecne w życiu człowieka: praca, o którą się nie starasz, ponieważ nie masz na nią szans; osoby, które uważasz za zbyt atrakcyjne dla siebie, więc nigdy nie zaprosisz ich na randkę; gry, w które nie grasz, więc nigdy nie wygrywasz. Z tego punktu widzenia nie jest zaskakujące, że optymiści odnoszą większe sukcesy niż pesymiści w niemal każdym aspekcie życia. Zazwyczaj osiągają lepsze wyniki w szkole i pracy, mają silniejsze relacje z rodziną i przyjaciółmi oraz są bardziej odporni na stres finansowy, psychiczny i fizyczny. To banalne stwierdzenie, ale osiemdziesiąt procent sukcesu to po prostu się zjawić. Tracisz każdy strzał, którego nie oddajesz.
Chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z pułapek pesymizmu w naszym własnym życiu, często trudniej jest nam uniknąć ich w szerszym świecie. Badania pokazują, że Amerykanie wykazują znacznie większą wiarę we własną pomyślność niż pomyślność swojego państwa, są również coraz bardziej pesymistycznie nastawieni wobec przyszłości – szczególnie młodzi ludzie, którzy będą musieli w tym kraju żyć. Podobne badanie przeprowadzone w grudniu 2019 roku na grupie 12 000 Europejczyków wykazało, że 58% respondentów pozytywnie oceniało swoją przyszłość, ale tylko 42% miało takie samo zdanie na temat przyszłości swoich państw5. Co ciekawe, w krajach zamożnych często występuje rozbieżność między oczekiwaniami osobistymi a społecznymi, tzw. luka optymizmu; tendencja ta jest mniej widoczna w krajach biedniejszych.
Oczywiście przed nami poważne wyzwania i trudne czasy. Jeśli jednak chodzi o, powiedzmy, zmiany klimatyczne, jesteśmy w lepszej sytuacji niż żaby, ponieważ znamy rozwiązanie problemu: eliminacja emisji dwutlenku węgla. Wiemy też, jak to osiągnąć: zaproponowano rozwiązania dla każdego możliwego aspektu tego problemu. Jeśli jednak nie wierzymy, że możemy coś zmienić, nie będziemy działać w sposób, który zaowocuje zmianą – co sprawi, że pokornie zaakceptujemy wszystko, co przyniesie przyszłość, a nie ma powodu, aby oczekiwać, że będzie ona pozytywna. Wręcz przeciwnie, prawdopodobnie będzie tragiczna. Luka optymizmu przekształci się w pułapkę pesymizmu. Podobnie jak pierwsza żaba w dzbanku z mlekiem, zrezygnujemy z ucieczki.
Luka optymizmu i pułapka pesymizmu stanowią realne zagrożenie dla naszej zdolności do rozwiązywania prawdziwych i palących problemów naszych czasów. Pozbawiają nas motywacji potrzebnej do poszukiwania rozwiązań i woli, aby je wcielać w życie. Młodzi ludzie potrzebują zapewnienia, że przyszłość jest nadal w ich zasięgu; starsi muszą walczyć z bezwładnością, która popycha nas w kierunku pesymizmu. Znalezienie tych rozwiązań będzie wymagało pomysłowości i wysiłku oraz przede wszystkim chęci ich poszukiwania – nawet jeśli na początku nie wiemy, jakie one są ani gdzie ich szukać.
24 maja 1963 roku amerykański pisarz i działacz na rzecz praw obywatelskich James Baldwin udzielił wywiadu telewizyjnego swojemu koledze, psychologowi Kennethowi Clarkowi. Miało to być szerokie omówienie ruchu na rzecz praw obywatelskich po burzliwych miesiącach, podczas których protesty w Birmingham w stanie Alabama – uważanym za najbardziej segregacyjne miasto w Ameryce – zostały stłumione przy użyciu sikawek strażackich, psów policyjnych i masowych aresztowań. Jednym z aresztowanych był Martin Luther King, którego słynny „List z więzienia w Birmingham” stanowił argument za nieposłuszeństwem obywatelskim w obliczu niesprawiedliwych praw.
Wcześniej tego samego majowego dnia Baldwin, Clark i inni aktywiści zostali zaproszeni na spotkanie z Robertem Kennedym, ówczesnym prokuratorem generalnym Stanów Zjednoczonych. Spotkanie miało burzliwy przebieg, a obie strony wyszły ze studia sfrustrowane i sceptycznie nastawione do możliwości osiągnięcia porozumienia. Wydaje się, że to doświadczenie ciążyło na Baldwinie i Clarku podczas wywiadu telewizyjnego: obaj są przygnębieni, zmartwieni. Wrażenie to potęguje dym z papierosów, który unosi się wokół nich. Baldwin odpowiada na pierwsze pytanie Clarka dotyczące jego doświadczeń edukacyjnych, po czym nagle przechodzi do brutalności, z jaką potraktowano protestujących w Birmingham, skupiając się w szczególności na incydencie, gdy pięciu policjantów powaliło na ziemię kobietę, a jeden z nich przydusił kolanem jej szyję. W końcu Clark pyta: „Jim, jak widzisz przyszłość naszego narodu w głębi swojego serca? […] Co widzisz? Jesteś zasadniczo optymistą? Czy pesymistą?”. „Cóż, cieszę się i jednocześnie żałuję, że zadałeś mi to pytanie. Postaram się odpowiedzieć na nie jak najlepiej – odrzekł Baldwin. – Nie mogę być pesymistą – powiedział, wzruszając ramionami – ponieważ żyję. Bycie pesymistą oznacza, że zgadzasz się, iż życie ludzkie jest kwestią akademicką. Jestem więc zmuszony być optymistą. Jestem zmuszony wierzyć, że przetrwamy wszystko, co przetrwać musimy”.
Siedzący tego dnia w studiu telewizyjnym Baldwin i Clark nie mogli tego przewidzieć, ale rok 1963 okazał się przełomowy dla ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych. Po ich spotkaniu Kennedy nakazał FBI zintensyfikować inwigilację Baldwina i innych aktywistów na rzecz praw ludności czarnoskórej, ale jednocześnie stał się bardziej przychylny ich sprawie. Baldwin opublikował książkę Następnym razem pożar6, która spotkała się z pozytywnym odbiorem czytelników dzięki przesłaniu, że choć jest ich garstka, aktywiści być może zdołają położyć kres rasowemu koszmarowi i zmienić historię świata. Pod koniec sierpnia tego roku Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie „I Have a Dream” („Mam marzenie”), jedno z najbardziej optymistycznych wystąpień w historii. Walka o prawa obywatelskie trwała nadal – po przemówieniu Kinga szybko doszło do brutalnych aktów przemocy ze strony zwolenników supremacji białej rasy – ale otworzyła się droga naprzód, której wcześniej nie było widać.
Baldwin miał rację: życie ludzkie nie jest kwestią akademicką. Odpowiedzi na pytania o to, czego możemy oczekiwać od życia, w jakim świecie żyjemy i co możemy zrobić, aby kształtować przyszłość – mimo że pytania te są przedmiotem dyskusji od tysiącleci – nie leżą w gestii rozumowania, ale przekonania, determinacji i wiary. Żyjemy u progu doniosłych zmian, być może kryzysu. Jak ujął to inny działacz polityczny, Włoch Antonio Gramsci, w liście napisanym w jednym z więzień Mussoliniego: „Stary świat umiera, a nowy rodzi się w bólach; teraz jest czas potworów”.
Obecnie, podobnie jak wtedy, stary świat umiera. Naszym zadaniem jest pomóc nowemu światu się narodzić i dopilnować, by jego akuszerką nie były potwory. Nie ma to być świat idealny, ale lepszy, zrodzony nie tylko z akademickich cnót rozumu, intelektu i planowania, ale także z irracjonalnych cnót wiary, wyobraźni i możliwości: z optymizmu.
Dlaczego jesteśmy z natury optymistami?
Czy świat pogrąża się w pułapce pesymizmu?
Czy możemy nauczyć się widzieć szklankę do połowy pełną?
Rozdział 1
Optymistyczna małpa
Dlaczego kurczak przeszedł przez ulicę? Ponieważ wierzył, że może dostać się na drugą stronę.
Trudno powiedzieć, czy kurczak jest optymistą. Nie można go przecież zapytać o to, czy szklanka wody jest w połowie pełna, czy w połowie pusta. Można jednak wielokrotnie pokazywać pisklęciu białą kartę przed miską smacznych robaczków i czarną kartę przed pustą miską. Gdy pisklęta nauczą się wybierać białą kartę, pokazuje się im szarą kartę. Pisklęta, które natychmiast kierują się w stronę szarej kartki, uznaje się za optymistów. Najwyraźniej dochodzą one do wniosku, że kartka jest bardziej biała niż czarna – co odpowiada postrzeganiu szklanki jako w połowie pełnej, a nie w połowie pustej. Na tej podstawie można stwierdzić, że większość kurcząt rzeczywiście jest optymistami.
Kurczaki nie są jedynymi zwierzętami wykazującymi tego rodzaju „stronniczość osądu”. Pierwsze tego typu testy przeprowadzono na początku XXI wieku na szczurach, które nauczyły się, że przesunięcie dźwigni po usłyszeniu jednego sygnału dźwiękowego skutkuje dostarczeniem pokarmu, natomiast przestawienie dźwigni w odpowiedzi na inny dźwięk wywołuje jedynie nieprzyjemny biały szum. Od tego czasu naukowcy dostosowali ten rodzaj testu „niejednoznacznego bodźca” do wielu różnych gatunków zwierząt i wypróbowali wiele wariantów, aby zbadać wpływ różnych środowisk i doświadczeń. Im więcej eksperymentów przeprowadzają, tym dłuższa i bardziej ezoteryczna staje się lista ich odkryć: psy lewołapne są bardziej „pesymistyczne” niż te, które preferują prawą łapę. Szpaki europejskie stają się bardziej „optymistyczne”, jeśli mogą się kąpać, kiedy tylko chcą. Krowy uczą się szybciej, gdy dmucha się na nie powietrze, niż gdy poddaje się je wstrząsom elektrycznym. Świnki miniaturowe szybciej opanowują testy niż świnie hodowlane, ale nie są przez to bardziej pozytywnie nastawione do życia. Owce, którym podaje się leki wywołujące stres, nie stają się bardziej pesymistyczne. Delfiny butlonose są bardziej optymistyczne, jeśli pływają synchronicznie z innymi przedstawicielami swojego gatunku. A łyk cukru sprawia, że trzmielom świat wydaje się słodszy.
Może to brzmieć jak zbiór zupełnie losowych odkryć, ale badania te są traktowane bardzo poważnie. Poszukuje się w nich wskazówek dotyczących związku między optymizmem a samopoczuciem badanych zwierząt, dlatego są one tak zróżnicowane: różne gatunki mają różne wymagania dotyczące dobrego życia. Na przykład szwedzki zespół, który przeprowadził badania na kurczakach, chciał dowiedzieć się, czy ptaki wychowane w stymulującym otoczeniu pozostają bardziej pozytywne w sytuacjach stresowych niż te wychowane w bardziej sterylnych warunkach, co ma oczywiste implikacje dla ich dobrostanu w kontekście rolniczym (okazało się ostatecznie, że tak7). Ogólny wniosek jest taki, że warunki życia zwierząt kształtują ich skłonność do wybierania „optymistycznej” drogi. Stresowane zwierzęta – mrówki poddane łagodnym wstrząsom elektrycznym, szczury żyjące w ciągle zmieniającym się środowisku, porzucone i pozostawione same sobie psy – są zazwyczaj mniej optymistyczne, podczas gdy te żyjące w bogatym otoczeniu lub które niedawno dostały nieoczekiwaną nagrodę, skłonne są widzieć (lub lizać, wąchać i tak dalej) pozytywną stronę życia.
Czy to naprawdę optymizm w rozumieniu człowieka? Jak sugeruje powyższa lista, zwierzęta działają zgodnie z własnymi, wysoce specyficznymi dla gatunku motywacjami i trudno je porównać z ludzkimi. Ale ponieważ ludzie również są zwierzętami, wydaje się rozsądne założenie, że nasz optymizm jest kolejną odmianą tego samego motywu, być może odzwierciedlającą nasze wymagania dotyczące dobrego samopoczucia.
Jeśli tak, można by się spodziewać, że pojawi się to u naszych bliższych ewolucyjnych krewnych. I rzeczywiście, kapucynki, marmozety i makaki wykazują skłonność do „stronniczości osądu” w testach z niejednoznacznymi bodźcami. Mniej jest dowodów w przypadku naszych najbliższych krewnych, małp człekokształtnych, ponieważ badania te są skomplikowane pod względem etycznym i praktycznym, zatem zazwyczaj bardzo ograniczone. Niemniej jednak istnieją pewne sugestywne, choć wstępne, wyniki. Na przykład badanie z udziałem trzech szympansów sugerowało, że ich optymizm był związany z silnie patriarchalną strukturą społeczną i przez nią wzmacniany: Nicky, samiec dominujący, był najbardziej pozytywnie nastawiony, podczas gdy ET, jedyna samica, była najbardziej pesymistyczna.
Wydaje się więc, że optymizm w podstawowej, ale rozpoznawalnej formie jest powszechny w całym królestwie zwierząt i silnie związany z dobrostanem. Ale dlaczego? Dlaczego lepiej jest mylić się w stronę pozytywną? Czy nie byłoby lepiej dla zwierzęcia – albo dla człowieka – dokonać jak najdokładniejszej oceny sytuacji, a następnie odpowiednio zareagować? Być może byłoby lepiej. Problem polega jednak na tym, że niezwykle precyzyjna ocena sytuacji nie zawsze jest możliwa, a ściślej mówiąc: zazwyczaj nie jest możliwa.
Wyobraź sobie, że jesteś myszą. Podobnie jak większość małych ssaków, szybko spalasz energię, więc musisz często jeść. Jeśli nie będziesz jeść przez kilka dni, umrzesz z głodu. Twój problem polega na tym, że podczas poszukiwania pożywienia spalasz jeszcze więcej energii. Jeśli zatem opuścisz swoją przytulną norę w poszukiwaniu nasion, ale nie znajdziesz ich wystarczająco dużo, wrócisz do domu w gorszym stanie niż przed wyjściem. Skąd wiesz, kiedy należy wyruszyć na poszukiwanie pożywienia? Jeśli będziesz wychodzić przy każdej okazji, zmarnujesz dużo energii. Możesz nawet przypłacić to życiem. Zarazem nie możesz po prostu siedzieć w norze przez cały czas: jeśli będziesz zwlekać z wyruszeniem na poszukiwanie pożywienia, w końcu staniesz się zbyt słaby, aby cokolwiek znaleźć. Zatem: czy powinieneś wychodzić przy każdej okazji i ryzykować wyczerpanie, czy pozostać w domu na zawsze i stawić czoła nieuchronnej śmierci głodowej?
Oczywiście właściwa odpowiedź leży gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Ale gdzie dokładnie?
W idealnym świecie byłbyś w stanie dokładnie ocenić sytuację, wiedząc wszystko, co trzeba, o dojrzałości ziarna, ukształtowaniu terenu, zwyczajach kota z sąsiedztwa i tak dalej. Rozważyłbyś za i przeciw, ocenił widoki na powodzenie w sytuacji narastającego głodu. Jeśli szanse na zdobycie większej ilości kalorii niż potrzebna do tego energia będą większe niż pięćdziesiąt procent, wychodzisz i jesz. Jeśli mniejsze, siedzisz w domu.
W prawdziwym świecie jednak nic nie jest tak jednoznaczne. Nie wiesz, ile jedzenia jest jeszcze dostępne (może inne myszy cię wyprzedziły?), czy żyzne poletko, które znalazłeś podczas ostatniej wyprawy, jest nadal dostępne ani czy kot sąsiadów nie zmienił trasy swoich łowów. Zostać czy iść? To kwestia oceny sytuacji8. Ten dylemat został uproszczony w eksperymentach niejednoznacznego bodźca do postaci szarej kartki dla kurcząt.
Biorąc pod uwagę wszystkie te niepewne zmienne, czasami na pewno podejmiesz złą decyzję. Chodzi o to, by podejmować więcej dobrych decyzji niż złych. Jeśli jesteś na wpół wygłodniały – czy to dlatego, że nieustannie marnujesz energię na bezowocne poszukiwania pożywienia, czy też dlatego, że zbyt rzadko wychodzisz, aby się odpowiednio odżywić – nie uda ci się przyciągnąć partnera, zapewnić pożywienia potomstwu ani uciec przed drapieżnikami. Zarówno zbytnia lekkomyślność, jak i nadmierna nieśmiałość prowadzą do wyginięcia. Działająca przez miliony pokoleń naturalna selekcja zmusi cię do udoskonalenia umiejętności podejmowania decyzji, czy wyjść na zewnątrz, czy nie.
Podstawowym założeniem teorii zarządzania błędami jest, że gatunek staje się ekspertem w zarządzaniu tymi rodzajami błędów, które mogą prowadzić do utraty energii. Może nawet popełniać więcej błędów, ale będą one mniejsze, a ich suma mniej poważna. W artykule z 2006 roku psychologowie behawioralni Martie Haselton i Daniel Nettle wykorzystali to rozumowanie, argumentując, że nieproporcjonalnie korzystne jest preferowanie działania, gdy koszty porażki są niskie (trochę zmarnowanego wysiłku poświęconego na poszukiwanie pożywienia) w porównaniu z korzyściami płynącymi z sukcesu (dużo pysznych kalorii do spożycia). Podjęcie działania może okazać się lepszym rozwiązaniem, nawet jeśli szanse na sukces są dość niewielkie, ponieważ jeśli nasze szacunki są zbyt ostrożne, ale mimo to podejmujemy działanie, możemy korzystać z okazji, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy.
To wyjaśnia podstawową logikę „optymistycznego” zachowania. Czy ma to zastosowanie w przypadku ludzi, którzy – z całym szacunkiem dla myszy – muszą radzić sobie w znacznie bardziej złożonych sytuacjach? Być może u podstaw naszego optymizmu leży zachęcanie nas do działania, gdy sytuacja wymyka się racjonalnej ocenie. W takich okolicznościach skłonność do pozytywnego myślenia może przynieść nieoczekiwane korzyści. Można by oczekiwać, że optymiści będą aktywnie podejmować ryzyko, z którego rezygnują ich bardziej pasywni kuzyni, wykorzystując chwilę i zapewniając sobie przewagę. Z całą pewnością tak właśnie zdaje się działać optymizm w wypadku człowieka – choć nasz optymizm przybiera formę charakterystyczną wyłącznie dla ludzi.
Jedną z trudności w zrozumieniu optymizmu jest to, że samo słowo ma wiele nieco różnych znaczeń. Zacznijmy więc od definicji słownikowej, zgodnie z którą optymizm to: „skłonność do interpretowania działań i wydarzeń w najbardziej korzystny sposób, dostrzegania przede wszystkim dodatnich stron życia, widzenia wszystkiego w najkorzystniejszym świetle, pozytywnego oceniania rzeczywistości, przewidywania najbardziej pomyślnego biegu wydarzeń”. Fakt, iż definicja ta brzmi tak prosto, świadczy o tym, jak wyrafinowane są nasze mózgi, ponieważ w rzeczywistości oznacza ona niezwykłe zdolności do rozumowania, wyobrażania sobie i planowania.
Owo „dostrzeganie dodatnich stron” wymaga od nas wyobrażenia sobie scenariusza, który pasuje do faktów i ma sens z punktu widzenia motywów wszystkich zaangażowanych osób. „Przewidywanie” zakłada wyobrażenie sobie, jak przyszłość może ewoluować z teraźniejszości, w oparciu wyłącznie o nasze dotychczasowe doświadczenia funkcjonowania świata i wszelkich zmian w tym funkcjonowaniu, jakie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. A implikacja „pomyślnego biegu wydarzeń” oznacza, że możemy wyobrazić sobie wiele scenariuszy i wiele wyników – wiele „możliwych światów” – a następnie ocenić je, aby wybrać ten, który najlepiej odpowiada naszym skłonnościom i preferencjom.
Każda z tych czynności wymaga niezwykłych zdolności poznawczych, ale są one dla nas tak naturalne, że często nie zdajemy sobie sprawy z ich wykorzystania. Tak naprawdę trudno nam ich nie używać. Jeśli zapytasz ludzi, czy szklanka wody jest w połowie pełna, czy w połowie pusta, zazwyczaj nie udzielą ci jednoznacznej odpowiedzi. Samo w sobie pytanie jest nudne, a nawet bezsensowne. Małe dzieci mogą zacząć skrupulatnie mierzyć poziom wody w szklance, ale starsze i dorośli zdają sobie sprawę, że to sprawdzian, i próbują znaleźć logiczne uzasadnienie swojej odpowiedzi: jeśli woda do szklanki została dopiero co nalana, to szklanka jest w połowie pełna, ale jeśli wcześniej była pełna, a ty z niej piłeś, to jest w połowie pusta. Thinkfluencerzy na LinkedInie zmieniają perspektywę patrzenia na problem: tak naprawdę chodzi o decyzję: napełnić szklankę czy ją opróżnić. Żartownisie komentują: „Optymista mówi, że szklanka jest w połowie pełna, pesymista, że w połowie pusta. A kiedy się kłócą, realista wszystko wypija”.
Psychologowie z pewnością nie oceniają optymizmu ludzi, pokazując im szklankę wypełnioną do połowy wodą. Jak więc to robią? Cóż, przez długi czas po prostu nie zajmowali się tym problemem.
Zaczął Sigmund Freud, sugerując, że tylko osoby o słabej psychice potrzebują łagodzić swoje niepokoje irracjonalnymi przekonaniami. Wiara, że wszystko ułoży się jak najlepiej, na przykład dzięki boskiej opatrzności, może być pocieszeniem dla przesądnych i nieszczęśliwych, ale osoby wykształcone i silne psychicznie będą brały świat takim, jaki jest. Jeśli ludzie uparcie trzymają się złudnych przekonań w obliczu sprzecznych dowodów, należy ich uznać za osoby z zaburzeniami urojeniowymi, potencjalnie wymagające leczenia psychiatrycznego.
Takie podejście dominowało w myśleniu psychologów w pierwszej połowie XX wieku, ale prowadzone w latach sześćdziesiątych tego stulecia badania konsumenckie wykazały, że większość ludzi oczekiwała, iż ich życie będzie przebiegało znacznie spokojniej, niż wskazywałyby na to wszelkie przesłanki. Okazało się, że przekonania te podzielało wiele osób prowadzących całkowicie bezproblemowe życie. Twierdzili, że istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że ulegną wypadkowi samochodowemu lub zachorują na raka; przewidywali, że zmiany polityczne, gospodarcze i społeczne będą przebiegać zgodnie z ich oczekiwaniami; wyrażali nawet całkowicie nieuzasadnioną pewność w odniesieniu do takich zupełnie przypadkowych wydarzeń jak wyciągnięcie konkretnej karty z przetasowanej talii.
Powszechność tych przekonań – przemianowanych na dobrze brzmiące „pozytywne złudzenia” – była dla badaczy zagadkowa. Czy jest możliwe, aby prawie wszyscy mieli łagodne urojenia? Zjawisko to wywołało wiele dyskusji, ale dopiero w 1980 roku ktoś podjął jego pierwsze prawdziwe badania.
Neil Weinstein, wówczas młody psycholog z Uniwersytetu Rutgersa, poprosił ludzi o ocenę prawdopodobieństwa doświadczenia przez nich różnych złych sytuacji, takich jak rozwód, zwolnienie z pracy lub napad. Wprowadzając odpowiedzi do kart perforowanych, które były wówczas technologią służącą do przetwarzania danych, zauważył coś dziwnego: „Wszystkie odpowiedzi znajdowały się poniżej średniej skali”.
Zaintrygowany Weinstein poprosił łącznie 130 studentów o ocenę prawdopodobieństwa wystąpienia 18 pozytywnych i 24 negatywnych wydarzeń życiowych (między innymi ukończenie studiów, osiągnięcia zawodowe, małżeństwo, rozwód, choroba). Ważnym elementem jego eksperymentu było to, że poprosił uczestników o porównanie siebie z innymi, a nie ze statystycznym prawdopodobieństwem wystąpienia danego zdarzenia. Jak wykazały badania konsumenckie, ludzie konsekwentnie przeceniają swoje szanse na szczęście i nie doszacowują prawdopodobieństwa nieszczęścia. Jednak niewiele osób ma dobre rozeznanie w prawdopodobieństwie zachorowania na raka lub uczestniczenia w wypadku samochodowym. Dokładne oszacowanie ryzyka wystąpienia tych zdarzeń wymaga wielu danych i wiedzy aktuarialnej.
Zarazem odpowiedź na pytanie o to, gdzie w swojej ocenie ludzie plasują się w porównaniu z innymi, nie wymaga żadnej obiektywnej oceny prawdopodobieństwa. Test Weinsteina mierzył więc, czy jego studenci naprawdę z optymizmem podchodzili do swoich perspektyw życiowych, a nie to, jak słabo radzili sobie z odgadywaniem zmiennych statystycznych. I rzeczywiście tak było: wierzyli, że mają ponadprzeciętne szanse na doświadczenie pozytywnych wydarzeń życiowych, a ryzyko wystąpienia złych rzeczy – poniżej średniej. W ocenie tych wydarzeń występowały jednak znaczne różnice. Na przykład jeśli chodzi o posiadanie własnego domu, optymistycznych odpowiedzi było około sześciu razy więcej niż pesymistycznych, ale na pytanie o ukończenie szkoły z wynikiem w pierwszej trójce odpowiedzi optymistycznych występowało niewiele więcej od pesymistycznych. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie wydawali się bardziej optymistyczni, gdy postrzegali wynik jako bardziej pożądany, prozaiczny lub możliwy do kontrolowania.
Poziom optymizmu utrzymywał się nawet wtedy, gdy Weinstein próbował sprowadzić respondentów na ziemię. Poprosił członków jednej z grup, aby wyjaśnili, dlaczego tak, a nie inaczej ocenili swoje szanse, następnie pokazał im wyjaśnienia innych uczestników, po czym ponownie przeprowadził tę samą ankietę. Chodziło o to, aby uzmysłowić studentom, że nie są tak wyjątkowi, jak im się wydawało. Rzeczywiście podczas ponownego badania stali się bardziej rozważni i umiarkowani w swoich odpowiedziach, ale nadal twierdzili, że są mniej narażeni na negatywne wydarzenia niż przeciętna osoba.
W ciągu dziesięcioleci od pionierskich eksperymentów Weinsteina setki kolejnych badań – wykorzystujących różne metodologie i definicje „optymizmu” – potwierdziły, że ludzie mają ogólną skłonność do przeceniania swoich szans na szczęście i niedoceniania szans na nieszczęście. Niechciana ciąża, konsekwencje palenia tytoniu, zachorowanie na raka, rozstanie, trzęsienia ziemi, wypadki samochodowe, a nawet skażenie radonem – wykazano, że ludzie są nierealistycznie optymistyczni w odniesieniu do wszystkich tych i wielu innych sytuacji. Dotyczy to również bardziej przyziemnych wydarzeń: uważamy, że wakacje będą fajniejsze niż w rzeczywistości, i oczekujemy więcej przyjemnych chwil – smacznych, obfitych posiłków, świetnych wieczornych wyjść – niż faktycznie udaje się nam przeżyć.
Różnica między naszymi oczekiwaniami a rzeczywistością to nadmierny optymizm, nazywany również iluzją optymizmu. Setki badań potwierdzają, że iluzja optymizmu jest powszechna, niezależnie od płci, rasy, narodowości czy wieku. „Nawet eksperci wykazują zaskakująco optymistyczne nastawienie; prawnicy zajmujący się sprawami rozwodowymi nie doceniają negatywnych konsekwencji rozwodu, analitycy finansowi oczekują nierealistycznie wysokich zysków, a lekarze przeceniają skuteczność swoich metod leczenia” – pisze neurobiolog Tali Sharot, która w znacznym stopniu przyczyniła się do popularyzacji tej koncepcji.
Według szacunków Sharot około 80 procent ludzi wykazuje mniejszą lub większą skłonność do optymizmu, podczas gdy około 10 procent to realiści, których oceny są zazwyczaj trafne, zaś kolejnych 10 procent to pesymiści, którzy zwykle oczekują najgorszego. Ta ostatnia grupa jest niewielka, ale znacząca: obejmuje osoby cierpiące na depresję, dla których pesymizm jest jednym z kryteriów diagnostycznych. Zrozumienie tego związku stanowi kluczową motywację dla badań psychologicznych w tej dziedzinie. Jednak warto zbadać również większą część ludzkości. Dlaczego większość z nas jest optymistami?
Od tysięcy lat wielcy myśliciele twierdzili, że najlepszym sposobem na przejście przez życie jest jak najbardziej realistyczne postrzeganie możliwości i wyzwań – gdzie realizm oznacza spojrzenie na świat oparte na dowodach, mocno zakorzenione w logice i racjonalności. To z pewnością daje największą szansę na przewidzenie tego, co przyniesie przyszłość, i odpowiednie planowanie. Jeśli widzisz zbierające się na niebie burzowe chmury, nie ubierzesz się tak, jakby dzień miał być słoneczny. Podstawową zasadą głównego nurtu ekonomii jest to, że dokładna ocena wszystkich informacji stanowi idealny sposób na maksymalizację zysków i minimalizację ryzyka. Założenie, że realizm jest najlepszym rozwiązaniem, jest wpisane w wiele sposobów zarządzania społeczeństwami.
Jednak w ostatnich latach coraz wyraźniej widać, że w rzeczywistości nie przestrzegamy tej zasady – ani w ekonomii, ani w żadnej innej dziedzinie. Sposób funkcjonowania naszego umysłu oraz wynikające z niego decyzje i działania często nie są zgodne z tym, co dyktuje arytmetyka, twarde dowody i logika. W ciągu ostatniego półwiecza zidentyfikowano dziesiątki błędów poznawczych dzięki pionierskim pracom Amosa Tversky’ego i Daniela Kahnemana, spopularyzowanych w bestsellerowej książce tego ostatniego zatytułowanej Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym. Niektóre z nich stały się dobrze znane, takie jak błąd potwierdzenia – podświadoma skłonność do wyszukiwania, zapisywania i zapamiętywania informacji, które potwierdzają nasze własne uprzedzenia, przy jednoczesnym ignorowaniu lub wypieraniu z pamięci dowodów sprzecznych. Zobaczymy później, że na podobnej zasadzie pozostajemy optymistami pomimo życiowych niepowodzeń i porażek: trzymamy się tych strzępów informacji, które potwierdzają nasze pozytywne oczekiwania, a ignorujemy te, które tego nie robią.
Używamy również skrótów myślowych – heurystyki – aby uniknąć konieczności rozwiązywania od podstaw skomplikowanych problemów za każdym razem, gdy się na nie natykamy. Na przykład heurystyka reprezentatywności skłania nas do myślenia w kategoriach stereotypów: jeśli powiem ci, że Doreen jest cicha, nieśmiała, schludna i lubi swetry, najprawdopodobniej założysz, że jest bibliotekarką, a nie na przykład hokeistką. Jak można sobie wyobrazić na podstawie choćby tego przykładu, heurystyka może również wprowadzać nas w błąd, co może mieć potencjalnie niepożądane konsekwencje.
Innym przykładem jest heurystyka dostępności, czyli skłonność do oceniania prawdopodobieństwa zdarzenia na podstawie łatwości, z jaką przywołujemy je w pamięci. I znowu: może to być przydatne przy podejmowaniu szybkich decyzji, jednak w dzisiejszym świecie może również wprowadzać w błąd. Katastrofy lotnicze są niezwykle rzadkie, ale spektakularne; wypadki samochodowe występują powszechnie, ale zazwyczaj nie trafiają na nagłówki. W rezultacie ludzie znacznie bardziej boją się latać, przez co często decydują się na jazdę samochodem, choć jest to opcja znacznie bardziej niebezpieczna. Oczywiście wiemy, że samolot stanowi najbezpieczniejszy środek transportu, ponieważ każdy aspekt lotnictwa jest zaprojektowany tak, aby był jak najbardziej racjonalny i bezpieczny, od szkolenia pilotów po konserwację maszyn. Próbujemy, w sposób jawny lub nie, wyeliminować błąd poznawczy, a wraz z nim ryzyko. Nie działamy na chybił trafił.
Czy powinniśmy również próbować wyeliminować błąd poznawczy, jakim jest nastawienie optymistyczne? Niektórzy, szczególnie osoby fetyszyzujące racjonalność, mają skłonność do uznawania błędów poznawczych za błędy, które należy wyeliminować. Jest to szczególnie widoczne i uzasadnione w tych dziedzinach, w których pierwszeństwo ma bezpieczeństwo, takich jak właśnie lotnictwo, ale dotyczy to również takich dziedzin jak ekonomia, gdzie ludzka skłonność do działania pod wpływem emocji i instynktu – „duchy zwierzęce” – była traktowana jako irytujące odstępstwo od tego, jak w konwencjonalnej teorii powinni zachowywać się ludzie. Jednak takie abstrakcyjne perspektywy zaciemniają prawdę o relacjach międzyludzkich występujących w ciągu całego życia człowieka w chaotycznym świecie rzeczywistym, gdzie informacje rzadko są idealne, a ludzie tym bardziej. To, co wygląda głupio na papierze lub w laboratorium, w praktyce lub w wiosce może mieć głębszy sens.
Widzieliśmy już, jak optymizm może nam pomóc w prawdziwym świecie: motywując nas do działania, gdy wynik jest niepewny. W niektórych sytuacjach teoria zarządzania błędami sugeruje, że istotnie postępowanie takie może prowadzić do lepszych rezultatów niż kierowanie się najdokładniejszymi szacunkami. Ale w dłuższej perspektywie działa to średnio: nasze pozytywne złudzenia z pewnością mogą nas wprowadzić w błąd w każdej sytuacji. Powszechnie przywoływanym przykładem jest błąd planowania – lepiej znany wśród moich przyjaciół jako „Dlaczego Sumit zawsze się spóźnia?”. Optymistom takim jak ja trudno wyobrazić sobie, że cokolwiek może mi stanąć na drodze, gdy przemieszczam się z punktu A do punktu B – niezależnie od tego, czy to czynnik negatywny, taki jak korki na drodze, czy pozytywny, jak na przykład nieoczekiwane spotkanie z przyjacielem – i dlatego ciągle i wszędzie się spóźniamy. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy wiemy, że zawsze się spóźniamy: potrafimy przyznać, że w przeszłości byliśmy nazbyt optymistyczni, ale jesteśmy przekonani, że tym razem jesteśmy realistyczni. Spóźnienia (zazwyczaj) nie kosztują nas wiele, niezależnie od tego, jak bardzo irytują naszych przyjaciół, więc nie mamy zbyt wielu powodów, aby poprawić nasze zarządzanie błędami. W rezultacie znów się spóźniamy9.
Dzięki Tesli i SpaceX Elon Musk zrewolucjonizował dwie branże wbrew oczekiwaniom większości ludzi; zapewnił sobie wynagrodzenie, które uczyniło go najbogatszym człowiekiem na świecie, i przyciągnął rzesze fanów (i powiedzmy sobie szczerze: są to chłopcy), mimo tego – a może właśnie dzięki temu – co można łagodnie określić jako idiosynkratyczne podejście do prowadzenia działalności gospodarczej. „Kto próbowałby tworzyć [samochody autonomiczne] oraz rakiety, gdyby nie był patologicznie optymistyczny?” – pytał retorycznie inwestorów Tesli w 2023 roku. Osiągnął niezwykły sukces pod wieloma względami, wbrew oczekiwaniom, które wielu uznałoby za całkowicie nierealne. W jego imperium panuje kult przypominający mocno kult jednostki, zbudowany wokół optymizmu.
Musk jednak wykazuje również negatywne strony skrajnego optymizmu, w szczególności błąd planowania. Od ponad dziesięciu lat co roku uparcie twierdzi, że samochody Tesli są już prawie w pełni autonomiczne. W 2018 roku utrzymywał, że SpaceX w następnym roku wyśle ludzi na Księżyc oraz lądownik na Marsa – a rakieta nośna jego firmy nawet nie wzbiła się w powietrze. To rzeczywiście staje się patologiczne: samochody Tesli nadal nie jeżdżą samodzielnie, a SpaceX wciąż nie wysłało ludzi poza niską orbitę okołoziemską. „Mam problem z czasem – powiedział podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy Tesli w 2018 roku. – Pracuję nad tym, żeby to poprawić”. Czy do 2060 roku wyśle milion ludzi na Czerwoną Planetę, jak obiecał? Nie postawiłbym na to. Ale powstrzymałbym się również z obstawianiem, że to się z pewnością nie wydarzy.
Prawdopodobnie jednak nie warto stawiać na większość takich megaprojektów. Wielkie przedsięwzięcia budowlane, od Opery w Sydney po londyński system połączeń kolejowych Crossrail, są znane z tego, że często mają opóźnienia i znacznie przekraczają budżet. To samo dotyczy w dużej mierze innych rodzajów megaprojektów, na przykład przebudowy systemów informatycznych w przedsiębiorstwach lub programów inżynieryjnych, takich jak opracowywanie nowych samolotów. To bardziej reguła niż wyjątek: 9 na 10 megaprojektów o budżecie wynoszącym ponad miliard dolarów przekracza harmonogram lub budżet (a często jedno i drugie), czasami w sposób katastrofalny. Optymistyczne nastawienie oznacza, iż inżynierowie wyobrażają sobie, że realizacja projektu przebiegać będzie gładko i bezproblemowo – i odpowiednio do tego założenia planują budżet – zamiast brać pod uwagę rozmaite scenariusze z potencjalnymi trudnościami (oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że pracują pod presją, aby przedstawić najatrakcyjniejszą ofertę i najszybszy możliwy harmonogram prac).
Tworzymy modele, prognozy i przewidywania właśnie po to, aby uniknąć tego rodzaju niepowodzeń i ocenić nasze przyszłe perspektywy bardziej obiektywnie, niż pozwala na to nasza intuicja. Megaprojekty są nadal w fazie rozwoju (nie wspominając już o stylu przywództwa Muska), ale w innych dziedzinach radzimy sobie lepiej. Symulacje komputerowe mówią nam, czy jutro będzie padać deszcz i o ile wzrośnie globalna temperatura w ciągu następnego stulecia. Na podstawie badań populacyjnych możemy oszacować ogólne prawdopodobieństwo zachorowania na raka, a na podstawie badań genetycznych – prawdopodobieństwo indywidualne. Aktuariusz może nam powiedzieć, jak prawdopodobne jest to, że będziemy uczestniczyć w wypadku samochodowym (lub lotniczym). Możemy być skłonni ignorować te szacunki lub całkowicie im zaprzeczać, ale koniec końców są one właśnie po to, aby temperować nasze oczekiwania.
Ciągle jednak jest wiele rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Możemy znać prawdopodobieństwo zachorowania na raka, ale nadal nie możemy stwierdzić z całą pewnością, czy kiedykolwiek zostanie u nas zdiagnozowany, a tym bardziej – kiedy to nastąpi. Jeszcze mniej jesteśmy w stanie przewidzieć rzadkie zdarzenia, takie jak wypadek samochodowy (lub lotniczy), czy też wiele innych doświadczeń dnia codziennego: spotkanie partnera, poczęcie dziecka, znalezienie nowej pracy. Czy w takich wypadkach warto z optymizmem spoglądać w przyszłość, zamiast przyjąć wyważone podejście? Okazuje się, że tak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wszyscy członkowie załogi statku „Endurance” przeżyli, ale ekipa, która miała ich odebrać po drugiej stronie Antarktydy, nie miała tyle szczęścia – nie wiedząc o trudnościach Shackletona, podjęła niezwykłe, ale ostatecznie bezcelowe działania, żeby przygotować zapasy na jego przybycie. W trakcie tych przygotowań kilku ludzi straciło życie. [wróć]
2. Chodzi o tekst Optimism wydany w 1903 r. przez ówczesną studentkę Radcliff College Helen Keller, przełożony na język polski przez Kazimierza Juljana i wydany w 1907 r. w Warszawie pod tym samym tytułem: Optymizm. Najsłynniejszy cytat z tej pracy brzmi: „Optymizm to wiara prowadząca do osiągnięć. Nic nie może się zdarzyć bez nadziei i zaufania” (przyp. tłum.). [wróć]
3. Sceptycyzm ten trwa do dziś: w ostatnich latach wśród użytkowników TikToka, którzy nie wierzą, że to, czego uczy się w szkole, jest prawdą, krąży „negacjonizm Helen Keller”. [wróć]
4. Być może mieli rację. W 2012 r. naukowcy z Rosji (bo skądże by indziej?) odkryli, że niektóre żaby wydzielają przez skórę niezwykle duże ilości substancji chemicznych o działaniu antybakteryjnym. [wróć]
5. Wiele badań mierzy poziom zadowolenia z życia, dobrego samopoczucia lub szczęścia. Optymizm jest powiązany z tymi cechami, jak zobaczymy, ale nie jest z nimi tożsamy; a niewiele badań dotyczy właśnie optymizmu jako takiego. [wróć]
6. Książka Jamesa Baldwina The Fire Next Time ukazała się w języku polskim w 1965 r. nakładem wydawnictwa Książka i Wiedza w przekładzie Daniela Passenta (Następnym razem pożar. Wybór esejów) oraz w 2024 r. w przekładzie Mikołaja Denderskiego nakładem Wydawnictwa Karakter (przyp. tłum.). [wróć]
7. Co dziwne, wcześniejsza próba poprawy dobrostanu kurcząt zakończyła się wyposażeniem milionów z nich w małe różowe okulary. Nie jest to tak urocze, jak mogłoby się wydawać: okulary miały chronić ich oczy podczas walk, do których często dochodziło w ciasnych pomieszczeniach; kolor miał rzekomo zapobiegać wpadaniu w szał na widok rozlanej krwi. [wróć]
8. To jest twoje myślenie z perspektywy myszy. W jaki sposób prawdziwa mysz mogłaby zebrać i przetworzyć te informacje – to temat na inną książkę. [wróć]
9. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, podjąłem heroiczne próby przezwyciężenia tej swojej skłonności. Nie mogę powiedzieć, że zawsze udaje mi się przyjść na czas, ale obecnie częściej zjawiam się w ostatniej chwili niż katastrofalnie późno. [wróć]
