The Villain - Marta Kulczyna - ebook
NOWOŚĆ

The Villain ebook

Kulczyna Marta

5,0

289 osób interesuje się tą książką

Opis

Uzależniający dark romance z motywem stalkera! 

 

Wystarczyło jedno spotkanie w ciemnym zaułku, by życie Scarlett Knight przestało należeć do niej.

 

Od tamtej nocy wspomnienie nieludzko pustych oczu mordercy nie daje idealnej uczennicy prestiżowego liceum spokoju. Wraca do niej w snach i jest zbyt wyraźne, by uznać je za wytwór wyobraźni.

 

Z czasem Scarlett zaczyna dostrzegać coś jeszcze. Czuje na sobie przyprawiający o ciarki wzrok. Widzi cień, lecz ten znika, gdy tylko ona się odwraca. Coraz częściej towarzyszy jej również niepokojące wrażenie, że… nie jest sama.

 

Ktoś śledzi każdy jej ruch. Cierpliwie i bez pośpiechu, jakby miał na to całą wieczność.

 

Knight powinna się bać. I boi się – ale nie tylko. Bo gdzieś pomiędzy strachem a rozsądkiem, który wręcz krzyczy, by wyznała komuś prawdę, pojawia się coś, czego dziewczyna nie potrafi zatrzymać – pragnienie, żeby znowu to poczuć.

 

Scarlett nie ma jednak pojęcia, że zwrócenie na siebie uwagi Axela Vanderhalla nie jest czymś, co powinno ją fascynować.

 

To wyrok.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 535

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (7 ocen)
7
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mosttrowska017

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka jest genialna !!!
10
Magda_lena941129

Nie oderwiesz się od lektury

polecam ✨
10



Copyright © for the text by Marta Kulczyna

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Suchańska

Korekta: Joanna Błakita, Magdalena Kłodowska, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8470-059-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Od autorki

The Villain jest piątym i ostatnim tomem serii „Decadence”, a jednocześnie SAMODZIELNĄ POWIEŚCIĄ, którą można czytać bez znajomości poprzednich części.

Seria opowiada o czterech bohaterach, jednak historia każdego z nich została przeze mnie skonstruowana tak, by stanowić odrębną całość. W tej notce postanowiłam wszystko dokładnie rozpisać – tak abyście mieli jasny i klarowny pogląd.

The Clique i The Clique 2: historia Gabriela Fortwella i Rain Vanderhall (wydane)

The Enclave: historia Damiena Cadella i Luny Allister (wydane)

The Spectre: historia Xandera Lockwooda i Nadii Vesperton (wydane)

The Villain: historia Axela Vanderhalla i Scarlett Knight (wydane)

Z tego miejsca chciałabym życzyć Wam miłego czytania i jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tomy o Gabrielu, Damienie oraz Xanderze.

Z miłością

Marta

Ostrzeżenie

Drogi czytelniku,

zanim sięgniesz po The Villain, powinieneś zapoznać się z kilkoma informacjami.

Bohaterowie tej książki nie są dobrymi ludźmi. Każdy z nich – mniej lub bardziej – uosabia cechy, których w realnym życiu należy za wszelką cenę unikać. Przemawiają przez nich: manipulacja, egoizm, skłonność do autodestrukcji, żądza i zaburzenia – w szeroko pojętym znaczeniu tego słowa. Jeśli jednak zdecydujesz się zanurzyć w fabule mojej powieści, musisz wziąć pod uwagę, że natkniesz się w niej na tematy wrażliwe, takie jak: przemoc psychiczna i fizyczna, narkotyki, alkohol, uzależnienie od leków, sceny erotyczne, obrazowo przedstawione sceny morderstw, próba gwałtu, toksyczna relacja, stalking, obsesja, silne zachowania autodestrukcyjne, celowe uszkadzanie własnego ciała za pomocą działań innych ludzi (NSSI by proxy), a także opisy zachowań, które w prawdziwym świecie wzbudziłyby niepokój.

Miej również na uwadze, że wszystko, co znajdziesz w The Villain, jest fikcją. Niektóre miejsca i instytucje pojawiające się w powieści, m.in. Trinity Leading School, Ashcroft Hotel czy Vanderhall Heritage Trust, zostały wymyślone na potrzeby historii. Świat przedstawiony w tej książce to wyłącznie wytwór mojej wyobraźni, który w realnym świecie straciłby rację bytu. Nie doszukuj się zatem braku logiki w niektórych sytuacjach czy zachowaniach bohaterów. Wierz mi, że za każdym razem, kiedy pomyślisz „to chore”, dokładnie takie miało być.

Jeśli pomimo tego, co Ci powiedziałam, nadal tu jesteś – zapraszam Cię w podróż przez labirynt mroku. Uprzedzam jednak, że nie spotkasz po drodze nikogo, kto poda Ci latarkę.

Pamiętaj jeszcze o jednym. Jeżeli kiedykolwiek spotkasz kogoś takiego jak Axel – cóż, nie mam dla Ciebie żadnej rady. Istnieją osoby, przed którymi nie można uciec. On jest jedną z nich.

Do zobaczenia w ciemności.

Playlista

Piosenka przewodnia:

Bad Omens – THE DEATH OF PEACE OF MIND

Pozostałe utwory:

David Kushner – Electrified

Saint Vice – GOOD GIRL

David Lee – t-shirt

gonedark & 47stillstanding – LIPSTICK

Chase Atlantic – Slow Down

The Weeknd – Reminder

The Neighbourhood – Cry Baby

Don Toliver – No Idea

Chase Atlantic – Consume

David Kushner – Skin and Bones

Mollie Elizabeth – Run Rabbit

The Cranberries – Zombie

Dutch Melrose – RUNRUNRUN

Ariana Grande & Future – Everyday

NOT A TOY– DEAD EYES

The Weeknd – Often

Darci & CADE– Wild Horse

Devkota – FIGURED YOU OUT

Chase Atlantic – Church

The Weeknd – Pretty

Britney Spears – Circus

Prolog

Scarlett

Noc była zimna. Zdecydowanie zbyt zimna jak na zaledwie połowę września. Spojrzałam w górę – niebo zaścieliło się gęstymi chmurami i szybko przeszło mi przez myśl, że niedługo zapewne spadnie deszcz. Z cichym westchnieniem opuściłam wzrok na ulicę, mocniej owijając się płaszczem.

– Gdzie ta taksówka? – zapytałam i zerknęłam na Christophera, który nie wydawał się zainteresowany niczym prócz leniwie tlącego się między palcami papierosa.

– Jeszcze cztery minuty – odparł jakby od niechcenia, po czym głęboko się zaciągnął i delikatnie uśmiechnął. – Od kiedy tak bardzo spieszy ci się do domu, skarbie?

– Nie spieszy mi się – skłamałam.

– Scarlett! – Z prawej strony rozległ się donośny głos przyjaciółki. – Przecież mieliśmy skoczyć jeszcze do tego nowego klubu, wcześniej sama chciałaś go zobaczyć.

W ostatniej chwili powstrzymałam się przed ostentacyjnym przewróceniem oczami i spojrzałam na Jennifer. Wyglądała jak w każdą sobotę – lekko wstawiona, ze starannie ułożonymi ciemnymi włosami oraz zarzuconą na plecy skórzaną kurtką, którą przywiózł jej z Włoch były chłopak.

– No chodźmy gdzieś – nalegała. – Jest dopiero lekko po północy. Co będziemy robić w domach?

– Jestem za – wtrącił Oliver, przestępując z nogi na nogę. – Jennie jak zawsze ma rację. Wyśpimy się w grobach – dodał, a następnie przyciągnął do siebie dziewczynę i cmoknął ją w policzek.

Patrzyłam na nich przez moment. Ollie uganiał się za Jennifer już prawie rok i… nic. Zastanawiałam się, kiedy zrozumie, że Sinclair potrzebowała go tylko wtedy, gdy się nudziła.

– Skurwiel anulował przejazd – mruknął nagle Chris. – Zamówić znowu czy serio gdzieś idziemy?

– A może Carrion Row? Mam tam fajną miejscówkę – zaproponowała Jennie, na co wszyscy automatycznie unieśliśmy brwi.

Niemrawe parsknięcie opuściło moje usta, jednak zanim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo sprzeciwu, przyjaciółka kontynuowała:

– Tak, wiem… – westchnęła. – Teoretycznie jest tam „zakaz wstępu”, prace remontowe i tak dalej, ale jakiś czas temu za jednym z budynków znalazłam spore przejście. Po drodze wstąpimy do sklepu i kupimy coś dobrego…

– Co myślisz? – Christopher objął mnie ramieniem. – Czy moja księżniczka ma ochotę spędzić kilka godzin w zakazanej dzielnicy?

Mam ochotę zakopać cię w ogrodzie obok mojego zmarłego królika.

Moim skromnym zdaniem nikt normalny nie chciałby spędzić kilku godzin w Carrion Row. Ta dzielnica Londynu od zawsze wydawała się dziwna, a już szczególnie odkąd kilka lat temu kupił ją – o ile dobrze pamiętam – niejaki Xander Lockwood, właściciel wątpliwej sławy teatru w centrum. Cóż, może nie do końca „kupił”, nie można ot tak kupić kawałka miasta, ale jeśli wszystkie nieruchomości na danym terenie należą do ciebie…

– Knight, do cholery – upomniała mnie Jenn. – Słuchasz nas?

Nie.

– Tak – rzuciłam, a potem wzięłam głęboki wdech. – Możemy iść.

– Przejdźmy się. To góra piętnaście minut drogi, a ja nie mam zamiaru znowu czekać na jakiegoś kretyna, który anuluje przejazd. I uśmiechnij się, Scarlett. Nie lubię, kiedy masz taką minę – sapnął Chris.

Zerknęłam na niego kątem oka. Christopher Hartwell. Mój perfekcyjny… chłopak? W zasadzie nigdy formalnie nie nazwaliśmy naszej relacji związkiem, ale wydawało się to oczywiste. Nie pamiętałam czasów, gdy nie kręcił się przy mnie. Rodzice poznali nas ze sobą w podstawówce i już wtedy wysyłali jasne sygnały.

„Nasze dzieci są dla siebie stworzone”.

Na samą tę myśl ostatni wypity drink podszedł mi do gardła. To nie tak, że z Hartwellem było coś nie w porządku. Szczerze powiedziawszy, niemal wszystko w nim było idealne i chyba właśnie to zaczynało mnie irytować. Idealna twarz, idealne włosy, idealne maniery, idealne stroje. Nonszalancki uśmiech, błysk w zielonych oczach, perspektywa wysokiego stanowiska tuż po studiach – najpewniej w polityce; a do tego majątek, którym bez większego problemu dałoby się rozwiązać sporą część problemów krajów trzeciego świata. A jednak od kilku miesięcy, za każdym razem gdy na niego patrzyłam… coś głęboko we mnie niemal szalało ze złości. Dotarłam do momentu… cholera, mój umysł czasami lubił nazywać to „ubezwłasnowolnieniem”, ale w rzeczywistości chyba było to zbyt mocne określenie. Po prostu codziennie targało mną poczucie, że traciłam kontrolę nad własnym życiem, nie mogłam decydować. Christopher wybierał restauracje, w których jedliśmy. Chodził ze mną do galerii handlowych, nawet wtedy, gdy chciałam kupić sobie pieprzone majtki. Codziennie pytał, czy się wyspałam, czy jadłam, czy o nim myślałam, czy nie jest mi za zimno albo za ciepło. Wtykał nos nawet w to, jakich odcieni szminek używałam.

A może to ze mną było coś nie tak?

Nieważne.

Ruszyliśmy przed siebie, a Jennifer podała mi odpalonego papierosa.

– Chcesz? – zapytała. – Wiem, że palisz tylko po alkoholu, ale to chyba właśnie ten moment, co? Wyglądasz na spiętą, a ja nie mam pojęcia dlaczego.

– Daj – oznajmiłam i posłałam jej uśmiech, by wyjść na bardziej rozluźnioną. – Chyba mam ochotę na więcej niż jednego.

– No, proszę. – Przyjaciółka uniosła brew. – A już myślałam, że zaczęłaś zamieniać się w zrzędliwą staruszkę.

– Miałam osiemnastkę zaledwie miesiąc temu, wypraszam sobie – prychnęłam.

Przymknęłam oczy, gdy dym wypełnił moje wnętrze. Przez długą chwilę trzymałam go w płucach. Wreszcie coś zapiekło mnie w klatce piersiowej, przez co uśmiechnęłam się szerzej i uniosłam wzrok na Sinclair.

– Mogłyśmy wyjść bez nich. – Skinęłam w kierunku idących z przodu chłopaków. – Pewnie bawiłybyśmy się sto razy lepiej.

Jennie skrzywiła się nieznacznie, nie odpowiedziała od razu. Najpierw przyjrzała mi się uważnie, jakby oczekiwała, że powiem coś jeszcze.

– Coś się dzieje między tobą a Chrisem? – zapytała.

– Zupełnie nic – bąknęłam. – W każdym znaczeniu tych słów.

Zapadła między nami krótka cisza. Podejrzewałam, że Jennifer nie do końca rozumiała, co miałam na myśli. Była tak cholernie… nieskomplikowana. Czasami jej tego zazdrościłam. Wystarczało jej to, że uczyłyśmy się w Trinity Leading School – najbardziej prestiżowym liceum w Anglii. Byłyśmy bogate, ładne, kręcili się wokół nas przystojni faceci, miałyśmy zapewnioną przyszłość, a w dodatku nikt nas nie ograniczał. Robiłyśmy wszystko, czego zapragnęłyśmy. Imprezy, drogie kluby, domówki, wyjazdy, zakupy…

Nasze życie przypominało sen z filmów dla nastolatek.

– Myślę, że zasłużyłyśmy na gin z tonikiem – zasugerowałam nagle. Chciałam o niczym nie myśleć i niczym się nie przejmować.

– O, i to jest wersja Scarlett, którą uwielbiam. – Przyjaciółka pocałowała mnie w policzek, a potem zawołała Christophera i Olliego: – Chodźcie, skręcimy do sklepu! Ja i Knight mamy ochotę na gin!

Niespełna kwadrans później dotarliśmy do początku Carrion Row. Nic tutaj nie wyglądało zachęcająco. Prawie wszystkie latarnie pozostawały wyłączone, ze starych budynków odpadał tynk, śmieci leżały rozrzucone na chodnikach, a cały ten obrazek odgrodzono taśmami, które prawdopodobnie miały odstraszać potencjalnych „gości”.

– Teraz w prawo, za tamten budynek. – Jenn wskazała skinieniem kierunek, tym samym przerywając rozmowę chłopaków. – Podążajcie za mną, kochani.

Hartwell natychmiast zmaterializował się przy mnie.

– Może później zostanę u ciebie na noc? Twoich rodziców nie ma, prawda?

Dobrze wiesz, że ich nie ma.

– Okej – zgodziłam się po tym, jak przełknęłam gulę w gardle. – Ale najpierw otworzę gin, chyba potrzebuję rozluźnienia.

Tak też zrobiłam. Gdy tylko znaleźliśmy się w jednym z opuszczonych, niewielkich magazynów, usiadłam na czymś, co przypominało pozostałości po taśmie produkcyjnej, założyłam nogę na nogę i nie zważając na nic wokół, napiłam się prosto z butelki. Ciepło spłynęło od przełyku aż do żołądka, a ja zacisnęłam zęby, by się nie skrzywić. Mocne alkohole nie znajdowały się w czołówce mojego ulubionego menu, ale dziś… kurwa, nie potrafiłam zrozumieć samej siebie.

– Zdrowie naszych pięknych pań. – Oliver podał Chrisowi piwo, a później delikatnie się ukłonił w stronę moją i Jennie.

Czas mijał, butelki pustoszały, a ja zaczynałam czuć przyjemny szum w głowie. Ciało wydawało się lżejsze, tak samo jak myśli. Nawet wnętrze tego parszywego magazynu sprawiało wrażenie nieco ładniejszego.

– Jak tam, skarbie? – Christopher stanął pomiędzy moimi nogami, jego usta zdobił subtelny uśmieszek. – Chyba dobrze, że tu przyszliśmy. Jest zajebiście.

Poczułam, jak napiera na mnie biodrami. Miał delikatnie przymknięte powieki, był pijany. Znacznie bardziej ode mnie.

– Jennie i Oliver pewnie zaraz zajmą się sobą, może my też powinniśmy? – Nachylił się bliżej, po czym musnął palcami skórę za moim uchem.

– Może później – mruknęłam. – Chce mi się siku.

– Ostatnio ciągle mi odmawiasz – syknął, jego ton stał się stanowczy. – Za każdym razem, kiedy próbuję…

– Muszę siku – ucięłam i spróbowałam zeskoczyć na ziemię, jednak on zablokował mnie całym ciałem. – Odbiło ci?

– Wcześniej nigdy mi nie odmawiałaś. No chodź… – nalegał, znów mocniej na mnie napierając.

– Przepuść mnie, kurwa! – wrzasnęłam.

– Hej, co jest z wami? – zapytała Sinclair. – Hartwell, do cholery, puść ją.

– Jebcie się wszyscy. – Chris odsunął się o krok i wyraźnie zacisnął szczęki. – Kurwa mać.

– Idę się przewietrzyć, zaraz wrócę. – Spojrzałam na Jennifer. – Pójdę sama, daj mi kilka minut.

Przyjaciółka przytaknęła, choć wyglądała na nieco zaniepokojoną. Zsunęłam się z taśmy, poprawiłam płaszcz i od razu wciągnęłam do płuc pokaźną porcję powietrza. Zerknęłam na Christophera – stał trochę dalej, z papierosem między wargami, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie.

Pierdol się.

Pomyślałam, a następnie bez wahania skierowałam się do wyjścia. Ostre nocne powietrze niemal od razu otuliło mnie z każdej strony. Serce biło mi nad wyraz szybko, moje policzki z pewnością były zaczerwienione z wściekłości, a zęby zgrzytały o siebie z zatrważającą siłą.

Miałam dość.

Wszystkiego wokół, a w szczególności Hartwella. W takich momentach widziałam siebie jako żałosną gówniarę, zbuntowaną przeciwko całemu światu, lecz w głębi duszy czułam, że to coś zupełnie innego.

Szkoda tylko, że nie wiedziałam jeszcze, co konkretnie.

Skrzywiłam się i… po prostu ruszyłam do przodu. Nie chciałam odchodzić daleko – jedynie na tyle, bym mogła się uspokoić. Pokonałam jakieś kilkadziesiąt jardów, aż wreszcie skręciłam w malutkie skrzyżowanie. Oparłam się o jedną z niewielu włączonych latarni i pozwoliłam sobie na chwilę oddechu. Pragnęłam, by puls zwolnił, a mięśnie przestały się napinać.

Minęła minuta, może cztery albo pięć. Trzymałam ręce w kieszeniach, podczas gdy przyjemna cisza pomagała mojemu umysłowi wrócić na właściwe tory.

– Nie!

Wyprostowałam się jak poparzona, kiedy przeraźliwy krzyk uderzył we mnie jak obuch. Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się gwałtownie, lecz nie dostrzegłam niczego ani nikogo. Ulica wciąż była tak samo pusta, ciemna i brudna, jednak echo wrzasku odbijało się jeszcze między ścianami budynków. Przez kilkanaście sekund stałam w bezruchu, aż w końcu potrząsnęłam głową i postanowiłam wrócić do magazynu. Szybko uznałam, że może po prostu mi się wydawało. Byłam lekko wstawiona, a w dodatku zestresowana…

Ale nie nienormalna.

Chrząknęłam pod nosem, kiedy głos w głowie się odezwał.

Zaczęłam wracać, obracając się jeszcze parę razy. Nic, cisza. Prędko uznałam incydent sprzed chwili za nieistotny, ale mimo to nie potrafiłam pozbyć się dziwnego dreszczyku niepokoju, który pełzał mi po plecach. Mogłam tu nie przychodzić. Pewnie jakieś ćpuny zabijały się właśnie za działkę.

Prawie zadławiłam się własnym językiem, gdy ponownie coś usłyszałam. Dochodziło z tej samej strony co krzyk, lecz tym razem był to dźwięk… przewracanych kubłów na śmieci? Jakichś pudeł?

Zatrzymałam się. Nie powinnam. Po co? Należało nie zwalniać, a nawet przyspieszyć, by jak najszybciej znaleźć się z powrotem wśród przyjaciół. Poczułam gorąco w piersi, a moje dłonie delikatnie zadrżały. Raz po raz spoglądałam w kierunku źródła hałasu i…

Chyba chciałam tam pójść.

Była to dokładnie ostatnia rzecz, jaką powinnam zrobić w tej sytuacji. Absolutnie ostatnia. Miałam zaledwie osiemnaście lat i całe życie przed sobą, a jednak ciągnęło mnie do ciemnego zaułka, z którego właśnie dobiegł kolejny krzyk. Nieco cichszy i bardziej stłumiony niż wcześniej, lecz słyszalny na tyle wyraźnie, by gęsia skórka pojawiła się na moim karku.

Postawiłam pierwszy krok – niepewny i powolny. Później kolejny i następny, aż wreszcie zbliżyłam się do tego przeklętego miejsca na tyle, że zaledwie cale dzieliły mnie od tego, by zajrzeć w wąską szparę między budynkami i zobaczyć, co się tam dzieje. Wstrzymywałam oddech i stałam na palcach. Bałam się.

A mimo to nadal tu stoisz.

Ostrożnie odsunęłam włosy na plecy i przytrzymałam je mocno, by nie wychyliły się za róg przede mną. Najciszej, jak potrafiłam, wysunęłam twarz do przodu. Nie widziałam wiele, jedyne źródło światła stanowiła migająca latarnia, z której nie było zbyt wiele pożytku. Wzrok zawodził, ale słuch nie. Szamotanina, buty szurające o nierówny asfalt i cichutki… śmiech?

Śmiech?

Zacisnęłam szczęki, po czym zerknęłam pod nogi. Kiedy upewniłam się, że wokół mnie nie znajdowało się nic, na co mogłabym nadepnąć i tym samym wywołać szelest, podeszłam bliżej. Jeden kroczek, tak mały, że ktoś stojący za mną mógłby uznać, że wcale się nie ruszyłam, a zarazem wystarczający.

Cholera.

Moje serce przestało bić w tej samej sekundzie, w której zrozumiałam, że naprawdę nie powinno mnie tu być. Bo chociaż to, na co patrzyłam, wydawało się ledwie widoczne, nie miałam wątpliwości. Przy obskurnej, wilgotnej ścianie stał mężczyzna. Właściwie to nie stał. Był do niej przyszpilony przez osobę znajdującą się przed nim. Postać w kapturze przyciskała go do muru, jedną dłonią zakrywając mu usta, a drugą… przykładając do jego krtani nóż. Doskonale widziałam ostrze, błyszczało nawet w tak nikłym świetle.

Wynoś się stąd. NATYCHMIAST.

– Zostaw go! – krzyknęłam wbrew wszelkiemu rozsądkowi. – Wezwałam policję!

Ty pieprzona kretynko.

Obaj natychmiast spojrzeli w moją stronę. Twarz ofiary błyszczała – może od potu, a może od łez, przez panującą wokół niemalże całkowitą ciemność nie potrafiłam tego stwierdzić. Spodziewałam się, jeszcze kilka sekund temu dałabym nawet uciąć sobie rękę, że napastnik wystraszy się i ucieknie, lecz on…

Patrzył na mnie. Dostrzegałam to perfekcyjnie, czułam to każdą komórką swojego ciała.

– Policja już jedzie – oznajmiłam z przekonaniem, a następnie wystąpiłam jeszcze o krok, wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza.

Zawsze nosiłam przy sobie gaz pieprzowy i coś mi mówiło, że za chwilę po raz pierwszy będę miała okazję go użyć.

W tej samej chwili mężczyzna przy murze gwałtownie się poruszył. Szarpnął się z całych sił, lecz jego próby uwolnienia się z uścisku nie przyniosły żadnego rezultatu. Mięśnie mojej żuchwy drgnęły. Przez moment zastanawiałam się, dlaczego ten biedny człowiek nie umiał sobie pomóc. Nie był niski ani wątły. Wręcz przeciwnie – gdybym miała go ocenić, nawet w tak kiepskich warunkach, śmiało stwierdziłabym, że wydawał się raczej postawny.

Ten drugi jednak był gorszy. Dużo wyższy i dużo bardziej… nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów. Wiedziałam jedynie, że mimo iż jego ofiara nie należała do bezbronnych, on radził sobie z nią jak z piórkiem.

Nagle napastnik przysunął się bliżej tamtego biedaka, jakby moja obecność i groźby wcale go nie obchodziły. Nóż naparł mocniej na krtań mężczyzny.

Przez całe życie wydawało mi się, że istniały granice, których ludzie nie przekraczali. Niewidzialne linie wyznaczające moment, kiedy nawet najgorszy potwór zatrzyma się, spojrzy na to, co robi, i przypomni sobie, że po drugiej stronie stoi ktoś, kto oddycha, czuje i istnieje dokładnie tak samo jak on. Chciałam wierzyć, że strach, konsekwencje albo zwykły moralny odruch były wystarczająco silne, by powtrzymać nas przed zrobieniem czegoś, czego nie można już cofnąć.

Ale teraz, w tym ciemnym zaułku, w opuszczonej części obrzeży Londynu, zrozumiałam coś, czego wcale nie chciałam rozumieć.

Niektórzy nie zatrzymywali się przed granicami, lecz przekraczali je z przyjemnością.

Wciąż zaciskałam palce wokół gazu pieprzowego, choć z każdą kolejną sekundą coraz mocniej docierało do mnie, jak absurdalne było poczucie bezpieczeństwa, które naiwnie próbowałam sobie zapewnić. Ten mały przedmiot wydawał się należeć do zupełnie innego świata. Takiego, w którym największe zagrożenie stanowił obcy facet idący za mną, gdy wracałam do domu. Takiego, w którym można było krzyknąć, uciec i obronić się, a później przy kawie opowiedzieć tę historię przyjaciółce, śmiejąc się nerwowo z tego, jak bardzo się przestraszyłam.

Lecz mój cholerny gaz nie należał do tego świata.

Mężczyzna przyciśnięty do ściany ponownie spróbował się wyrwać i właśnie ten ruch sprawił, że coś lodowatego przesunęło się wzdłuż mojego kręgosłupa. Naprawdę nie wyglądał na słabego. Był zbudowany tak, że w normalnych warunkach z pewnością przeszłabym na drugą stronę ulicy, gdybym spotkała go samotnie po zmroku. A mimo to teraz wyglądał, jak gdyby cała jego siła nie miała najmniejszego znaczenia.

Nieznajomy nawet się nie zachwiał. W całej jego postawie nie można by doszukać się cienia wysiłku. I chyba to przerażało mnie najbardziej. Nie nóż, nie ciemność ani nie fakt, że znajdowałam się z dala od przyjaciół.

Tylko jego spokój.

Nienaturalny, pusty spokój kogoś, kto nie walczył z własnym sumieniem, ponieważ najprawdopodobniej nigdy nie zaprosił go do stołu.

Dlaczego, do cholery, nie mogłam się ruszyć? Dlaczego nie potrafiłam nawet drgnąć?!

Latarnia stojąca za mną po raz kolejny zamigotała, zalewając zaułek ciepłym światłem zaledwie na dwie sekundy. Ten krótki blask wystarczył, bym zobaczyła fragment profilu tego potwora, ukrytego pod kapturem. Linię szczęki, cień padający pod oczy i coś w jego postawie, co nie pasowało do sytuacji. Każdy inny człowiek obejrzałby się nerwowo przez ramię. Sprawdziłby, czy wraz z błyskiem starej lampy ktoś nie nadchodzi, albo wreszcie przestraszyłby się świadka – w końcu nadal tam stałam. Jak sparaliżowana i związana sidłami, z których nie potrafiłam się wyswobodzić, ale stałam.

– Przestań – wydusiłam, lecz tym razem mój głos nie miał już w sobie sztucznej pewności.

Cisza po moich słowach zdawała się niemal upokarzająca. Jakby nawet echo nie uznało ich za wystarczająco ważne, by odpowiedzieć.

Przełknęłam ślinę, czując, jak gardło zaciska mi się coraz mocniej z każdą mijającą sekundą. Nie rozumiałam, dlaczego nadal trwałam w miejscu. Nie wiedziałam, dlaczego moje nogi nie zrobiły tego, co uczynić powinny. Jakaś część mnie chyba wciąż desperacko trzymała się myśli, że skoro on mnie zobaczył, skoro usłyszał mój głos i wiedział, że ktoś patrzy, po prostu przestanie. Bo tak działał świat.

Prawda?

– Powiedziałam, że wezwałam policję – dodałam, wbijając paznokcie w gaz. – Jeżeli teraz odejdziesz i zostawisz…

Nie dokończyłam. Nie dlatego, że potwór nareszcie zareagował. Och, wolałabym, żeby to zrobił. Wolałabym, żeby krzyknął, kazał mi się zająć własnymi sprawami albo wydał z siebie jakikolwiek dźwięk. Wolałabym zauważyć złość, panikę albo cokolwiek, co przypomniałoby mi, że po drugiej stronie stał człowiek.

Ale on jedynie odwrócił głowę ku mnie. Wszystkie moje myśli ucichły. Nie widziałam jego oczu, jeszcze nie. Kaptur oraz odległość skutecznie ukrywały większość twarzy nieznajomego, ale mimo to wyraźnie poczułam moment, w którym jego spojrzenie odnalazło moje. To było dziwne uczucie. Niemal fizyczne. Jak chłodne palce przesuwające się po odsłoniętej skórze.

Przez parę sekund patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Ja i ktoś, kto powinien przestać. Ja i ktoś, kto wyglądał, jakby właśnie znalazł coś znacznie ciekawszego niż strach mężczyzny stojącego przed nim.

– Proszę… – wyszeptałam.

Nie wiedziałam, do kogo skierowałam to słowo. Do niego, do siebie, a może do czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że następna chwila potoczyłaby się inaczej. W uszach dudniło mi echo serca uderzającego raptownie o żebra, jakbym nagle przyswoiła, że ta scena mogła mieć tylko jedno zakończenie.

I wtedy się uśmiechnął.

Nie tak, jak wyobrażałam sobie uśmiech kogoś złego. Nie było w nim szaleństwa, które pozwoliłoby mi później wytłumaczyć sobie ten moment. Nie było wybuchu emocji ani okrucieństwa wypisanego na twarzy. To było coś dużo gorszego.

Spokój.

Jakby moja obecność i prośba go rozbawiły. Jakbym nie stanowiła zagrożenia czy przeszkody, lecz część tego wydarzenia.

Nie oderwał ode mnie wzroku, kiedy podjął ostateczną decyzję.

Świat na jakiś czas stracił dźwięk i kolory.

Nie miałam pojęcia, czy naprawdę zrobiło się cicho, czy mój umysł odmówił przyjęcia tego wszystkiego naraz, wybierając tylko pojedyncze fragmenty rzeczywistości. Pamiętałam migającą latarnię. Pamiętałam zimne powietrze szczypiące mnie w policzki. Pamiętałam też własny oddech, zbyt szybki i nierówny.

I nagle było już po wszystkim. Ostrze przesunęło się po gardle tego biednego mężczyzny w sposób, przez który żółć mimowolnie podeszła mi do gardła. Krew, ostatni jęk, odgłos ciała upadającego na brudną ziemię, gdzieś przy porzuconych dawno temu pustych pudłach.

Tak po prostu, już.

Jedna sekunda oddzielająca świat, który znałam, od tego, w którym miałam żyć od tej chwili.

Gaz pieprzowy wyślizgnął mi się spomiędzy spoconych palców. Nawet nie poczułam, kiedy rozluźniłam wywierany na niego ucisk. Wyciągnęłam dłoń z kieszeni i przypadkowo upuściłam breloczek, który zawsze nosiłam przy sobie. Usłyszałam ciche echo metalu uderzającego o asfalt i z jakiegoś powodu to właśnie ten dźwięk niemal mnie złamał. Nie wcześniejszy krzyk ani nie to, co zobaczyłam. Tylko ta jedna, zwyczajna rzecz, przypominająca mi o tym, że nadal tam stałam.

Że byłam prawdziwa i to wszystko też było prawdziwe.

Mój umysł wrzeszczał, żebym biegła. Każda rozsądna cząstka mnie zdawała sobie sprawę, że należało się odwrócić i pobiec tak szybko, jak tylko potrafiłam. Do magazynu. Do światła. Gdziekolwiek, gdzie noc nadal była tylko nocą, a nie czymś, co właśnie otworzyło się przede mną i pokazało mi swoją najgorszą stronę.

A jednak wciąż się nie ruszałam. Nie mogłam.

Tkwiłam dokładnie tam, gdzie wcześniej, z szeroko otwartymi oczami i oddechem urywającym się za każdym razem, gdy podejmowałam próbę zaczerpnięcia większej ilości powietrza. Ciało przestało mnie słuchać, jak gdyby uznało, że bezruch stanowił jedyną rzecz, która mogła mnie ocalić.

Poczułam coś ciepłego na twarzy. Jedną łzę, a potem kolejną. Nie wychwyciłam momentu, kiedy zaczęłam płakać. Nie było szlochu ani gwałtownego załamania, jakie widziałam setki razy w filmach. Łzy po prostu płynęły, podczas gdy ja nie byłam zdolna zrobić nic poza patrzeniem na człowieka, który zamordował i zachowywał się tak, jakby właśnie uczynił coś absolutnie zwyczajnego.

Ruszył w moją stronę. Powoli i spokojnie. Uciekaj, błagam. Każdy jego krok odbijał się dudnieniem w mojej głowie. Patrzyłam, jak odległość między nami maleje, a mimo to nadal nie udało mi się zmusić do ruchu. Nawet kiedy stanął przede mną. Nawet kiedy był już tak blisko, że musiałam unieść wzrok, by spojrzeć na jego twarz wciąż ukrytą pod kapturem.

Pochylił się lekko – ten drobny gest był dziwny, pewnie wynikał z ciekawości. Wtedy latarnia zamigotała po raz kolejny, a ja zobaczyłam jego oczy.

Jasnoniebieskie, tak jasne, że wydawały się niemal białe. Nie było w nich tego, czego szukałam. Gniewu, strachu, żalu albo człowieczeństwa, którego mogłabym się złapać, żeby przekonać samą siebie, że rozumiałam, co się wydarzyło.

Była tylko pustka.

A potem zrobił coś jeszcze. Ponownie się uśmiechnął – delikatnie, wręcz niewinnie. I chyba to było najbardziej przerażające, ponieważ ten uśmiech nie należał do tego miejsca. Nie należał do tej nocy ani do tego, co stało się kilka chwil wcześniej. Był uśmiechem kogoś, kto nie widział różnicy między ciemnością a światłem.

Nieznajomy powoli uniósł dłoń. Całe moje ciało jak na komendę zesztywniało, lecz on jedynie przyłożył sobie palec do ust.

– Ciii – wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam.

Coś w sposobie, w jaki to zrobił, sprawiło, że nie odebrałam tego gestu wyłącznie jak groźby. Bardziej jak obietnicę. Jak powierzenie mi sekretu, którego nigdy nie chciałam poznać, a który nagle stał się mój.

Potwór jeszcze przez moment patrzył mi prosto w oczy, aż wreszcie opuścił rękę i skinął głową w kierunku ulicy. Jakby dawał mi pozwolenie, jakby przez cały ten czas decyzja o tym, czy odejdę, należała tylko do niego.

– Wracaj do domu. – Te słowa były jedynymi, a zarazem ostatnimi, jakie wypowiedział.

I wtedy zaczęłam biec.