Teoria wzajemności. Jak unikać niedojrzałych emocjonalnie partnerów i stworzyć wspierający związek - Marta Martínez-Novoa - ebook

Teoria wzajemności. Jak unikać niedojrzałych emocjonalnie partnerów i stworzyć wspierający związek ebook

Marta Martínez-Novoa

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy byłaś kiedyś w związku, w którym druga osoba za wszelką cenę unikała poważnych rozmów i kazała ci się domyślać, co myśli i czuje? Albo czułaś, że stawia ci niejasne oczekiwania, które bezskutecznie próbowałaś spełnić? A może uparcie wracała do twojego życia za każdym razem, gdy już ci się wydawało, że wreszcie zamknęłaś tamten rozdział?

Pamiętaj, że w zdrowym związku nie musisz grać w emocjonalne szachy, poświęcać się, rezygnować ze swoich potrzeb ani prosić o uwagę i troskę. Ta książka nauczy cię, jak tworzyć relacje, w których partnerzy czują się bezpiecznie i stabilnie oraz zawsze mogą liczyć na otwartą i szczerą komunikację, słowem – są odpowiedzialni afektywnie. Dowiesz się także, jak:

• rozpoznawać najczęstsze metody manipulacji w związkach – również te stosowane nieświadomie,

• rozpoznawać potrzeby emocjonalne kryjące się za raniącymi zachowaniami,

• tworzyć relacje oparte na bezpiecznym stylu przywiązania i poczuciu własnej wartości,

• zauważać objawy emocjonalnego uzależnienia, które więzi cię w toksycznych schematach,

• rozwiązywać konflikty tak, by minimalizować szkody,

• odpowiednio reagować na ciche dni, sprzeczne sygnały i wybuchy emocji,

• wybierać partnerów odpowiedzialnych afektywnie.

Ta książka to przewodnik po nowoczesnym podejściu do miłości: takim, w którym emocje są ważne, ale równie ważna jest odpowiedzialność za to, jak je komunikujemy. Dzięki niemu zrozumiesz, że masz prawo oczekiwać relacji opartych na trosce, transparentności i wzajemnym szacunku – i że dobra miłość to nie coś, co się przytrafia, lecz coś, co świadomie kształtujemy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 336

Data ważności licencji: 8/7/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Que sea amor del bueno

Prze­kład: Joanna Kuhn Redak­torka ini­cju­jąca: Maria Zalasa Redak­cja: Marta Stę­plew­ska-Przy­by­ło­wicz, Domi­nika Kowal­ska Korekta: Anna Koral Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA

Copy­ri­ght © Marta Martínez Novoa, 2022 Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-10-2 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Mojej pierw­szej miło­ści: mamie

Wstęp

Dlaczego ciągle przytrafia mi się to samo? Porozmawiajmy o odpowiedzialności afektywnej

Czy zda­rzyło ci się kie­dyś, że osoba, z którą się spo­ty­ka­łaś i z którą wszystko wyda­wało się ukła­dać wspa­niale, zerwała z tobą kon­takt bez żad­nych wyja­śnień? Albo twoja naj­lep­sza przy­ja­ciółka od paru dni odpo­wiada ci pół­słów­kami, a ty nie wiesz, co się stało, cho­ciaż zapy­ta­łaś? A może coś ci przy­po­mina taka sytu­acja: nagle z nie­bytu wyła­nia się twój eks, kręci się chwilę wokół cie­bie, a potem znów wysta­wia cię do wia­tru i znika? Pew­nie wiele razy sły­sza­łaś zda­nie: „Rodzi­nie trzeba wyba­czyć”, wypo­wie­dziane po tym, jak jakiś krewny wywi­nął ci taki numer, że gdyby zro­bił to kolega z pracy, wście­kła­byś się na poważ­nie. Ale skoro zro­bili to matka, brat czy ciotka, uśmie­chasz się tylko i dusisz w sobie gniew.

Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­byś uwa­żała, że wszyst­kie te sytu­acje są nie­przy­jemne, ale nor­malne, że ludzie są, jacy są, i że trzeba się z tym pogo­dzić. Pozwól mi jed­nak powie­dzieć sobie, że ja się z tym nie zga­dzam. Jeśli nawet uzna­jemy pewne rze­czy za nor­malne, bo po pro­stu „tak już jest”, nie ozna­cza to, że są one w porządku oraz musimy się z nimi godzić i je zno­sić. We wszyst­kich opi­sa­nych wyżej przy­kła­dach bra­kuje cze­goś istot­nego: odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej.

Zapewne zapy­tasz, czym jest odpo­wie­dzial­ność afek­tywna. To przede wszyst­kim świa­do­mość, że każdą więź poza tobą two­rzą także inne osoby, które czują i mają okre­ślone potrzeby. A zatem odpo­wie­dzial­ność afek­tywna to poję­cie obej­mu­jące wszyst­kie zacho­wa­nia oparte na uważ­no­ści, poro­zu­mie­niu oraz swo­bod­nej i bez­po­śred­niej komu­ni­ka­cji w kwe­stii roz­ma­itych emo­cji, oko­licz­no­ści czy decy­zji, które mają miej­sce w ramach jakich­kol­wiek rela­cji, czy to part­ner­skich, czy uczu­ciowo-sek­su­al­nych, czy też przy­ja­ciel­skich lub rodzin­nych. Aby jaki­kol­wiek zwią­zek, w któ­rym poja­wiają się emo­cje, był wła­ściwy, zdrowy, har­mo­nijny i satys­fak­cjo­nu­jący, bar­dzo ważne jest, by budo­wać go z odpo­wie­dzial­no­ścią afek­tywną.

Mogłoby się wyda­wać, że to prze­cież po pro­stu sza­cu­nek i empa­tia na co dzień, prawda? Tak, ale nie do końca. Jak już wspo­mnia­łam, poję­cie to zawiera także inne ele­menty, cho­ciaż rze­czy­wi­ście sza­cu­nek i empa­tia to pod­stawy.

Kiedy osoba, z którą dzie­lisz łóżko, nie pierw­szy raz trak­tuje cię, jak­byś była tylko sąsiadką widy­waną w win­dzie, to zna­czy, że nie jest odpo­wie­dzialna afek­tyw­nie. Kiedy twoja przy­ja­ciółka wymaga, żebyś odga­dła, co czuje, a kiedy ją o to pytasz, odpo­wiada „Sama wiesz”, także nie jest odpo­wie­dzialna afek­tyw­nie. Kiedy spo­ty­kasz się z kimś na seks, ale chcia­ła­byś cze­goś wię­cej, a ten ktoś nie pozo­sta­wia miej­sca nawet na roz­mowę na ten temat, aż staje się on czymś w rodzaju tabu, ta osoba nie jest odpo­wie­dzialna afek­tyw­nie.

A zatem brak odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej odpo­wiada wzor­cowi zacho­wa­nia, który wiele osób nosi głę­boko w sobie. Nie jest to jed­nak chwi­lowy brak sza­cunku czy gor­szy dzień, kiedy pod wpły­wem zmę­cze­nia twój bli­ski mówi ci, żebyś nie zawra­cała mu teraz głowy swo­imi pro­ble­mami. Jest to nato­miast wzo­rzec powta­rza­jący się w kolej­nych rela­cjach, któ­rego osoba nie­od­po­wie­dzialna afek­tyw­nie nie pró­buje zmie­nić pomimo zwra­ca­nia jej uwagi, że takie zacho­wa­nie rani ludzi wokoło.

Odkąd spo­pu­la­ry­zo­wało się poję­cie nie­od­po­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej, zaczęto – nie­raz błęd­nie – koja­rzyć je z nie­zdro­wym uza­leż­nie­niem emo­cjo­nal­nym, nad­wraż­li­wo­ścią, nie­zdol­no­ścią do zaak­cep­to­wa­nia odrzu­ce­nia itp. Dla­tego rów­nie ważne jest wyja­śnie­nie, co zna­czy być osobą odpo­wie­dzialną afek­tyw­nie, jak i spre­cy­zo­wa­nie, co zna­czy nią nie być.

To wła­śnie jest celem tej książki – ma pomóc ci oce­nić, czy ktoś jest wobec cie­bie nie­od­po­wie­dzialny afek­tyw­nie, i nauczyć cię, jak w takiej sytu­acji zare­ago­wać bez poczu­cia winy i bez stra­chu. Życie jest zbyt krót­kie, by tkwić w pułapce więzi, z któ­rymi jest ci źle. Cza­sem się zda­rza, że zapo­mi­namy o sobie i upar­cie wal­czymy o pewne rela­cje, nie bio­rąc pod uwagę głów­nego celu ich zawie­ra­nia: mają one nas wzmac­niać. Dla­tego chcę ci pomóc w usta­le­niu, co popy­cha cię do wią­za­nia się kolejny raz z osobą o zero­wej odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej i do walki o ten zwią­zek. W zdro­wej rela­cji nie ma walki, jest za to obu­stronna praca, ramię w ramię, a przede wszyst­kim jest w niej radość. Dla­tego jeśli czu­jesz, że spę­dzasz życie na cią­głej walce o roz­wój rela­cji, ta książka jest dla cie­bie.

Poroz­ma­wiamy też o tym, co kie­ruje oso­bami pozba­wio­nymi odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej. Cho­dzi nie o to, by je osą­dzać czy uspra­wie­dli­wiać, ale by zwięk­szyć twój dobro­stan. Co chcę przez to powie­dzieć? Nami wszyst­kimi kie­rują na ogół nie­uświa­do­mione sche­maty myślowe, z któ­rych nie zda­jemy sobie sprawy, ale które mają wpływ na nasze wybory, szcze­gól­nie w kwe­stiach więzi. Dla­czego nie­odmien­nie pocią­gają cię osoby, o któ­rych nie da się powie­dzieć, że są empa­tyczne, skoro chcia­ła­byś, żeby ktoś cię rozu­miał i wspie­rał emo­cjo­nal­nie? Albo dla­czego w swo­ich rela­cjach zawsze docho­dzisz do punktu, w któ­rym druga osoba zaczyna odcho­dzić i wra­cać, a zwią­zek ni­gdy nie jest sta­bilny? Albo dla­czego zawsze ci się wydaje, że twoja więź polega na „rato­wa­niu” dru­giej osoby przed tra­gicz­nym losem, jak­byś była matką albo boha­terką, a nie part­nerką, przy­ja­ciółką czy sio­strą?

Moż­liwe, że raz po raz zada­wa­łaś już sobie te pyta­nia i udzie­la­łaś na nie odpo­wie­dzi. I jak pod­po­wiada mi moje doświad­cze­nie psy­cho­loga, zapewne uzna­łaś, że to z tobą jest coś nie tak, że nie jesteś dość dobra, głu­pio obsta­jesz przy rela­cjach z takimi samymi oso­bo­wo­ściami i nie umiesz się z tego wyzwo­lić. Dla­tego w tej książce nie tylko powiem ci, że to nie­prawda, ale wręcz ci to udo­wod­nię. Jeste­śmy isto­tami żyją­cymi w spo­łe­czeń­stwie i pocho­dzimy z więk­szych czy mniej­szych, mniej lub bar­dziej ustruk­tu­ry­zo­wa­nych rodzin, w któ­rych spę­dzi­ły­śmy wię­cej albo mniej czasu… Wszystko to ma zna­czący wpływ na to, jakie jeste­śmy, czego pra­gniemy, jak kie­ru­jemy swoim życiem itd. Ludzie nie są samot­nymi wyspami – jeste­śmy isto­tami nawią­zu­ją­cymi rela­cje z innymi, zatem oddzia­łu­jemy na sie­bie wza­jem­nie. Po czę­ści stąd wła­śnie bie­rze się odpo­wie­dzialność afek­tywna, ale jest też wypad­kową nie­uświa­do­mio­nych wzor­ców, o któ­rych mówi­łam wcze­śniej, a na które wielki wpływ mają z kolei takie czyn­niki jak model rela­cji z naszymi głów­nymi opie­ku­nami w okre­sie dzie­ciń­stwa, war­to­ści cenione w spo­łe­czeń­stwie, cha­rak­te­ry­styczne dla naszego śro­do­wi­ska podej­ście do miło­ści oraz prze­ko­na­nia o niej. Ozna­cza to, że jeste­śmy prze­ła­do­wane licz­nymi bodź­cami, ata­ku­ją­cymi nas już od uro­dze­nia i nie­świa­do­mie two­rzą­cymi w każ­dej z nas jedyną i nie­po­wta­rzalną mie­szankę, która w znacz­nym stop­niu deter­mi­nuje to, jaki typ osób nas pociąga, a jaki nie; czy nie potra­fimy zerwać więzi, czy odwrot­nie, zry­wamy je z bła­hego powodu; czy czu­jemy, że bez dru­giej osoby życie nie ma sensu, czy też prze­ciw­nie, nikomu nie ufamy. Bycie świa­domą tych wszyst­kich czyn­ni­ków jest ogrom­nie istotne, by nie popa­dać w tok­syczne rela­cje i wie­dzieć, jak się z nich wyzwo­lić.

Pod­su­mo­wu­jąc, jeśli masz już dość wikła­nia się wciąż na nowo w związki, w któ­rych bra­kuje odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej, zdaj się na mnie i prze­stań się obwi­niać. To ni­gdy nie była twoja wina. Uświa­do­mie­nie sobie tego to pierw­szy krok do zaję­cia się tym, co rze­czy­wi­ście od cie­bie zależy: rozu­mie­niem sie­bie, zna­jo­mo­ścią sie­bie, tro­ską o sie­bie i pomocą sobie. A przy oka­zji może odkry­jesz, że i tobie bra­ko­wało odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej. Lepiej późno niż wcale. Jeste­śmy tylko ludźmi, popeł­niamy błędy, a jak już wspo­mnia­łam, ist­nieje tak wiele czyn­ni­ków, któ­rych nawet nie zauwa­żamy, że nic w tym dziw­nego, jeśli cza­sem nie masz poję­cia, czy twój zwią­zek jest zdrowy, czy dbasz odpo­wied­nio o przy­jaźń, a nawet czego szu­kasz, wią­żąc się z kimś.

Może okre­śle­nie „szu­kać cze­goś” w odnie­sie­niu do rela­cji brzmi dziw­nie, jakby więzi miały jesz­cze jakiś cel poza po pro­stu byciem razem. Ale w tym tkwi sedno sprawy: czę­sto, i to nie­świa­do­mie, ludzie nawią­zują rela­cje, by uzu­peł­nić jakiś brak, tak poważny, że tylko inna osoba może go wypeł­nić. Albo uży­wają innych jako łatwego celu, by mścić się za cier­pie­nia, któ­rych doznali wcze­śniej. Albo po pro­stu nie wie­dzą, jak ważne jest, by liczyli się z uczu­ciami, które wzbu­dzają.

Dla­tego powin­naś wie­dzieć, czego sama chcesz, bo spo­tkasz wielu ludzi, któ­rzy nie mają tej świa­do­mo­ści. Jeśli wiesz, co jest dla cie­bie naj­waż­niej­sze w związku w okre­ślo­nym momen­cie two­jego życia, czego ocze­ku­jesz od dru­giej osoby, w jakich kwe­stiach jesteś gotowa ustą­pić, a w jakich nie, będziesz mieć w ręku wszyst­kie atuty, by wygrać: nauczyć się nawią­zy­wać zdrowe i świa­dome rela­cje.

W każ­dej więzi, miło­snej, przy­ja­ciel­skiej czy rodzin­nej, to, czego pra­gniesz, nie musi się zga­dzać z tym, co może dać ci druga osoba. Dla­tego ważne jest, byś wie­działa, czego ocze­ku­jesz. Jeśli jesz­cze nie zro­zu­mia­łaś, czego naprawdę chcesz, nie przej­muj się – po to powstała ta książka. Zamia­rem, który przy­świe­cał mi przy pisa­niu, było przede wszyst­kim skło­nie­nie cię do reflek­sji. Do tego, byś pozwo­liła sobie pobyć sama ze sobą, posłu­chać sie­bie i zaj­rzeć w sie­bie, odkryć, czego potrze­bu­jesz i jak możesz świa­do­mie nawią­zy­wać rela­cje, dostrze­ga­jąc tok­syczne zacho­wa­nia. Chcę, byś się nauczyła, co możesz zro­bić, by zadbać o sie­bie, darzyć się sza­cun­kiem i sta­wiać sie­bie na pierw­szym miej­scu. Nie zna­czy to, że masz być ego­istką, ale że twoja miłość wła­sna ma być w dobrej for­mie.

Chcia­ła­bym, żeby od teraz miłość, którą darzysz innych i którą oni darzą cie­bie, była dobrą miło­ścią.

Rozdział 1. Najpierw to zrobimy, a dalej się zobaczy

Roz­dział 1

Naj­pierw to zro­bimy, a dalej się zoba­czy

Wydaje się dziwne, że cho­ciaż więzi są w naszym życiu tak ważne, trudno nam się zatrzy­mać i zasta­no­wić nad tym, jak dbać o nie i zara­zem o sie­bie. Nabiera to jed­nak sensu, kiedy uświa­do­mimy sobie, że w szkole uczono nas doda­wa­nia i odej­mo­wa­nia, ale nie nazy­wa­nia naszych emo­cji ani czy­ta­nia emo­cji innych, ani też rozu­mie­nia, że sto­jąca przed nimi osoba jest szka­tułką pełną uczuć. A nasze wła­sne emo­cje buzują, kiedy bie­rzemy taką „obcą szka­tułkę” i zaczy­namy nią poru­szać według naszych potrzeb, prze­żyć i pla­nów. To zna­czy, że nasze dzia­ła­nia wpły­wają na świat emo­cji osób, które wcho­dzą w nasze życie – nie­ważne, czy na palusz­kach, czy zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. I odwrot­nie: dzia­ła­nia innych ludzi rów­nież wpły­wają na nasze emo­cje.

Zwy­kle nie zda­jemy sobie z tego sprawy, zwłasz­cza gdy spę­dzamy dnie, swi­pu­jąc na Tin­de­rze kolejne pro­file. A prze­cież odpo­wie­dzial­ność afek­tywna zaczyna się już w chwili, kiedy dwie osoby two­rzą dopa­so­wa­nie. Dla­czego? Bo cho­ciaż więź nie ma jesz­cze nazwy – i może ni­gdy jej nie zyska – a także choć nie wiemy, jak długo potrwa ani dokąd nas zapro­wa­dzi, dzia­ła­nia jed­nej osoby zaczy­nają wpły­wać na tę drugą, pozy­tyw­nie albo nega­tyw­nie. Dla­tego tak ważne jest, by skon­fron­to­wać się twa­rzą w twarz ze swoim spo­so­bem two­rze­nia rela­cji z innymi. Usiąść ze sobą samą tak, jak siada się naprze­ciw naj­waż­niej­szej osoby w życiu, by wysłu­chać, co ma nam do powie­dze­nia. Może się od tego zakrę­cić w gło­wie, można się prze­stra­szyć, jak rów­nież – co zda­rza się naj­czę­ściej – można nie widzieć ani sensu, ani pożytku w głęb­szym zasta­na­wia­niu się nad swo­imi rela­cjami. Gdyby jed­nak wszy­scy to zro­bili, zapewne sta­łyby się one nie tylko zdrow­sze, ale także bar­dziej har­mo­nijne, satys­fak­cjo­nu­jące i pełne empa­tii.

Skoro nawet w obec­nych cza­sach, kiedy zaczy­namy mówić otwar­cie o zdro­wiu psy­chicz­nym, wciąż nie potra­fimy prze­my­śleć naszych związ­ków i o nie zadbać, wyobraź sobie, jak rzadko (o ile w ogóle) myślano o tym w cza­sach, kiedy naj­waż­niej­szą kwe­stią dnia codzien­nego było na przy­kład prze­trwa­nie wojny. A wszystko to, nad czym się nie zasta­na­wiamy, żyje swoim życiem i przy­biera postać jed­nost­ko­wych potrzeb, na ogół ego­cen­trycz­nych i ska­żo­nych prze­ży­ciami z prze­szło­ści, któ­rych może ni­gdy nie były­śmy w sta­nie uwew­nętrz­nić i ule­czyć, a może nawet nazwać. Jakie jest główne zagro­że­nie, które się z tego bie­rze? Takie, że jeśli się nie zatrzy­mamy i nie zasta­no­wimy nad naszymi wię­ziami, nie będziemy wcho­dzić w rela­cje jako ludzie wolni. I co dalej? Będziemy się wikłać w związki, głów­nie uczu­ciowo-sek­su­alne, w któ­rych zawsze cze­goś bra­kuje, a my nie wiemy czego. Albo sta­niemy się ofia­rami tok­sycz­nych zacho­wań, two­rzą­cych tok­syczne więzi, które nisz­czą i zatru­wają nasze życie.

Toksyczność wczoraj i dziś. Wytrzymam wszystko czy odejdę przez błahostkę?

Na pewno nie­raz sły­sza­łaś zda­nie: „Za moich cza­sów, kiedy coś się psuło, to się to napra­wiało” albo „W imię miło­ści zno­si­li­śmy różne rze­czy i poko­na­li­śmy wszyst­kie prze­szkody”. Ale roz­czu­le­nie, które cię ogar­nia, gdy sły­szysz takie słowa z ust uro­czych sta­rusz­ków, może zaćmić wzrok i spra­wić, że nie dostrze­żesz, co zwy­kło się kryć za „wytrzy­my­wa­niem wszyst­kiego” czy „poświę­ce­niem”. Czy naprawdę miłość wszystko zwy­cięża? Nie twier­dzę wcale, że wszyst­kie pary, które są ze sobą od pięć­dzie­się­ciu lat, trwają w tok­sycz­nej rela­cji, w któ­rej poświę­ce­nie maskuje mani­pu­la­cję albo pod­po­rząd­ko­wa­nie. Chcę jedy­nie powie­dzieć, że bra­nie tych zdań dosłow­nie może być nie­bez­pieczne, niosą one bowiem prze­kaz, że dla „praw­dzi­wej miło­ści” trzeba znieść wszystko.

Poroz­ma­wiamy póź­niej o tym, czym jest „praw­dziwa miłość”, i to też dopro­wa­dzi nas do istot­nych wnio­sków, ale żeby zacząć dostrze­gać oczy­wi­sty pro­blem pośród wie­dzy o naszych związ­kach, warto zasta­no­wić się nad tym, jak umowa na całe życie, nie­gdyś postrze­gana jako naj­do­sko­nal­sza forma miło­ści, dziś jest odbie­rana jako dła­wiąca sym­bioza, pakt zawarty na wieki w cza­sach „naj­pierw to zro­bimy, a dalej się zoba­czy”.

Rela­cje uczu­ciowo-sek­su­alne zmie­niają się z bie­giem czasu. Jestem prze­ko­nana, że z życia two­jej babci nie zni­kało się bez słowa, a ona z kolei nie rozu­mie, jak możesz się budzić w nie­dzielny pora­nek w łóżku kogoś, kogo zoba­czy­łaś po raz pierw­szy sie­dem godzin wcze­śniej. I odwrot­nie, zapew­niam, że dla cie­bie byłoby czy­stym sur­re­ali­zmem, gdyby ktoś, kogo znasz od mie­sięcy, zapy­tał two­jego ojca o pozwo­le­nie na spo­ty­ka­nie się z tobą przed zapy­ta­niem cie­bie. Ucie­kła­byś od męż­czy­zny gdzie pieprz rośnie, gdyby po dwóch tygo­dniach zna­jo­mo­ści powie­dział ci, że chce jak naj­szyb­ciej mieć dzieci, żeby prze­trwało rodowe nazwi­sko. Pod­su­mo­wu­jąc, dys­funk­cyjne wzorce ist­nieją od zawsze, dla­tego sku­pimy się na tych naj­częst­szych tu i teraz.

Świat idzie do przodu tak szybko, że ty też musisz pędzić. Przy­wy­kły­śmy, że wci­skamy kla­wisz i już kupi­ły­śmy bluzkę, prze­su­wamy pal­cem po ekra­nie i mamy gotówkę, kli­kamy jesz­cze raz i wyru­szamy w podróż marzeń. Wszystko mamy na wczo­raj, a chcemy nawet na przedwczo­raj. Skoro wszystko staje się towa­rem i narzę­dziem do zaspo­ko­je­nia naszych potrzeb za pomocą jed­nego gestu, to podob­nie dzieje się z rela­cjami. Jedyną róż­nicą jest to, że nie zacho­dzi tu wymiana pie­niężna, a walutą jest samo­ocena i zaspo­ka­ja­nie oso­bi­stych potrzeb. Czter­dzie­ści lat temu pro­ces two­rze­nia więzi trwał tak długo, że cza­sem nie star­czało życia, żeby go doświad­czyć. Długa była droga nie do pierw­szego spoj­rze­nia w oczy, ale do pierw­szej zaspo­ko­jo­nej potrzeby emo­cjo­nal­nej, jeśli w ogóle takie zaspo­ko­je­nie nastę­po­wało. Obec­nie na ogół znasz ciało dru­giej osoby, zanim ta się dowie, jakie jest twoje ulu­bione powie­dzonko, czego naj­bar­dziej się boisz albo co czu­jesz, kiedy nie masz dostępu do swo­ich emo­cji. Kie­dyś fizyczne i emo­cjo­nalne pozna­nie dru­giej osoby nastę­po­wało dużo póź­niej niż wej­ście do jej rodziny czy pod­ję­cie decy­zji o wspól­nej przy­szło­ści i wypeł­nia­nie zwy­cza­jo­wej umowy na całe życie, i to bez wie­dzy, czy będzie ono dłu­gie, czy krót­kie. Wnio­sek z tego taki: zawsze zaczy­na­li­śmy budo­wać dom od dachu. Kie­dyś dla­tego, że wie­rzono w miłość, która przy­cho­dzi raz i jest na zawsze, dla­tego trzeba o nią wal­czyć, cho­ciaż boli – choćby wypeł­niała tylko lodówkę, nie serce. A dzi­siaj wiele osób sądzi, że miłość może ni­gdy nie nadejść, a jeśli nawet, nie będzie aż tak istotna, bo dopóki jakieś oczy będą na cie­bie patrzeć, jakieś ręce cię roz­bie­rać, a What­sApp będzie pełen imion, twoja samo­ocena zawsze pozo­sta­nie pod­bu­do­wana, choć może cza­sem zali­czysz potknię­cie.

Teraz możesz wybie­rać z obszer­nego menu: jesz­cze parę lat temu rela­cje mię­dzy­ludz­kie były bar­dzo ogra­ni­czone tery­to­rial­nie, a nie­kiedy zale­żały raczej od decy­zji rodziny niż wła­snych. Czę­sto zda­rzało się, że cho­dzi­łaś do klasy z synem kole­żanki matki i z góry zakła­dano, że z nim albo innym kolegą ze szkoły będziesz póź­niej dzie­lić koł­drę przez resztę życia. Bli­skie oto­cze­nie, brak odnie­sień do róż­nych wzor­ców rela­cji, nie­do­świad­cza­nie zróż­ni­co­wa­nych prze­żyć – to były czyn­niki wpły­wa­jące na wybór part­nera i zwięk­sza­jące praw­do­po­do­bień­stwo, że nie będzie to decy­zja swo­bodna, lecz oparta na tym, co znane i ocze­ki­wane. A jak to wygląda dzi­siaj? Mamy ogromny wachlarz moż­li­wo­ści, nie tylko pozwa­la­jący wybie­rać, ale wręcz zmu­sza­jący do tego. Nie raz, lecz tysiące razy. Wszyst­kiego chcemy natych­miast, bez­po­śred­nio i na chwilę. Cho­ciaż nie jestem prze­ko­nana, czy to kwe­stia naszych chęci, czy raczej wygody i chęci unik­nię­cia cier­pie­nia, bli­sko­ści, odsło­nię­cia naszego wewnętrz­nego świata i wszyst­kiego tego, co się wiąże ze świa­do­mym two­rze­niem rela­cji. Ale o tym poroz­ma­wiamy póź­niej. Tak czy ina­czej, apli­ka­cje, por­tale rand­kowe, media spo­łecz­no­ściowe itp. stały się restau­ra­cyj­nym menu, gdzie możesz zoba­czyć wize­ru­nek dru­giej osoby i dowie­dzieć się, co lubi robić, jak chce sie­bie zapre­zen­to­wać, gdzie mieszka… Cza­sem wyczu­wamy, że coś nam w tym wszyst­kim umyka, coś „stuka w sil­niku”: pozna­wana osoba staje się coraz bar­dziej obca i zdy­stan­so­wana, a w końcu znika, choć prze­cież dawała do zro­zu­mie­nia, że obojgu nam jest przy­jem­nie. Powo­duje to, że cier­pimy, nie rozu­miemy, czy zro­bi­ły­śmy coś nie­wła­ści­wego, czy też każdy, kto się do nas zbliży, nas zrani.

Twoja pry­wat­ność została wysta­wiona na widok publiczny: daw­niej wszystko, co doty­czyło rela­cji dwojga ludzi, przy­bie­rało formy dość dys­kretne aż do dnia ślubu. Nie zna­czy to, że pary się ukry­wały, ale nie było zwy­czaju publicz­nego oka­zy­wa­nia sobie uczuć. A teraz? Z nadej­ściem mediów spo­łecz­no­ścio­wych,

reality shows

i tele­wi­zyj­nych pro­gra­mów rand­ko­wych, prze­ła­mu­ją­cych liczne tabu zwią­zane z sek­sem, możemy poznać nawet sekrety alkowy sąsiada z pią­tego pię­tra. Czułe wyzna­nia, kie­dyś szep­tane w łóżku, w domo­wym zaci­szu, teraz wysta­wiane są na pokaz na Twit­te­rze. To, co kie­dyś było zacho­dem słońca na plaży w towa­rzy­stwie jedy­nie mor­skiej bryzy, teraz jest rolką na Insta­gra­mie, koniecz­nie z poca­łun­kiem, i ma 231 laj­ków. A to, co kie­dyś pod żad­nym pozo­rem nie wyszłoby poza drzwi miesz­ka­nia, teraz tele­wi­zja trans­mi­tuje w 

prime time

. Sprawy daw­niej przy­pra­wia­jące o rumie­niec i opi­sy­wane eufe­mi­zmami, takimi jak „pójść na całość”, teraz nazy­wane są bez wstydu pie­prze­niem się. Albo upra­wia­niem seksu, jeśli chcemy ucho­dzić za kul­tu­ral­nych. Mówiąc to, nie roman­ty­zuję prze­szło­ści. To jasne, że odrzu­ce­nie tabu w roz­mo­wach towa­rzy­skich na temat cze­goś tak natu­ral­nego i pięk­nego jak rela­cje uczu­ciowo-sek­su­alne jest bar­dzo pozy­tyw­nym zja­wi­skiem. Ale cza­sem, nie zda­jąc sobie z tego sprawy, posu­wamy się za daleko i bana­li­zu­jemy wagę pry­wat­no­ści jako two­rzywa bli­sko­ści w związku. Cza­sem utrata pry­wat­no­ści takiej, jaką zna­li­śmy, spra­wia, że zapo­mi­namy o wysiłku, który trzeba wkła­dać w utrzy­my­wa­nie kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich, i o tym, że cza­sem trzeba ustą­pić, posta­wić gra­nice, oka­zać cier­pli­wość. Czy ma z tym coś wspól­nego fakt, że liczba osób, któ­rym trudno wytrwać w związku i w pełni się zaan­ga­żo­wać, wciąż wzra­sta?

Wytrwać za wszelką cenę czy uciec z bła­hego powodu? Jak już mówi­łam, wydaje się, że przed laty poję­cie miło­ści było naj­ści­ślej zwią­zane z poświę­ce­niem i cier­pie­niem. Jakby miłość i cier­pie­nie były awer­sem i rewer­sem tej samej monety. Tak więc miłość, jaka prak­tycz­nie zawsze koja­rzyła się z mał­żeń­stwem, była czymś, co nale­żało chro­nić za wszelką cenę. A jeśli za cenę męczeń­stwa, tym więk­sza była zasługa. Mroczną stroną tego poglądu jest nor­ma­li­zo­wa­nie rze­czy, które nie są miło­ścią, na przy­kład poni­ża­nie, znę­ca­nie się, drę­cze­nie i prze­moc sek­su­alna. To oczy­wi­ste, że wytrzy­my­wa­nie z drugą osobą za wszelką cenę nie jest naj­zdrow­szym spo­so­bem budo­wa­nia fun­da­men­tów związku. Jed­no­cze­śnie, cho­ciaż kon­cep­cja „wytrzy­my­wa­nia wszyst­kiego” ma się na­dal dobrze, bo głę­boko w nas tkwi wyobra­że­nie o miło­ści roman­tycz­nej (o czym także jesz­cze pomó­wimy), ist­nieje także postawa zupeł­nie odwrotna: nie wytrzy­my­wać niczego i ucie­kać tak szybko, jak to tylko moż­liwe. Dla­czego tak się dzieje? Socjo­log Zyg­munt Bau­man wymy­ślił świetne poję­cie okre­śla­jące taką postawę: „płynne rela­cje”. Są to związki mię­dzy­ludz­kie cha­rak­te­ry­zu­jące się bra­kiem zobo­wią­zań, zaan­ga­żo­wa­nia i cie­pła. To rela­cje nie­trwałe, które ni­gdy nie okrzepną, gdyż nawią­zy­wane są dla zaspo­ko­je­nia kon­kret­nej, indy­wi­du­al­nej potrzeby, co wpa­so­wuje się w czasy komer­cja­li­za­cji i spo­łe­czeń­stwa kon­sump­cyj­nego. A zatem nic w tym dziw­nego, że ktoś, kto rani cię swo­imi znik­nię­ciami i powro­tami, sam przed sobą uspra­wie­dli­wia swoje zacho­wa­nie, mówiąc sobie: skoro za jed­nym klik­nię­ciem mogą mi w pięt­na­ście minut dostar­czyć ham­bur­gera do domu, mogę też wedle woli spo­ty­kać się, z kim chcę, kiedy chcę i po co chcę. W ten spo­sób doświad­cze­nia zwią­zane z rela­cjami kon­cen­trują się na „teraz”; hedo­nizm eli­mi­nuje wszel­kie znu­dze­nie i nie­do­god­no­ści, a skoro nie chce się ich doświad­czać, jed­no­stron­nie decy­duje się o odej­ściu zawczasu. Można zatem podej­rze­wać, że wszel­kie osoby, które nie oka­zały się wobec cie­bie odpo­wie­dzialne afek­tyw­nie, poj­mują zobo­wią­za­nie jako pozba­wie­nie wol­no­ści i utratę toż­sa­mo­ści. Jest więc raczej nie­praw­do­po­dobne, że uda im się stwo­rzyć sta­bilne i satys­fak­cjo­nu­jące więzi na dłuż­szą metę, gdyż ani świa­domy wysi­łek, któ­rego wymaga utrzy­my­wa­nie związku, ani dąże­nie do dopa­so­wa­nia się i posta­wie­nia zdro­wych gra­nic ni­gdy nie będą ich celem. Poten­cjalne cier­pie­nie w przy­szło­ści zamie­niane jest na wiecz­nie przej­ściowe „teraz”. Ucieka się od moż­li­wo­ści bycia zra­nio­nym z obawy, że wraż­li­wość znisz­czy toż­sa­mość. A w całym tym zamę­cie oczy­wi­ście trudno usta­lić zamiary tych, któ­rzy chcą nawią­zać z tobą rela­cję: pra­gną unik­nąć cier­pie­nia w imię rze­ko­mej wol­no­ści czy też zamknąć się w pułapce nie­ustan­nej ucieczki przed sie­bie?

Nie należy się dzi­wić, że na tej pożywce zro­dziły się nowe dys­funk­cyjne dla budo­wa­nia więzi zja­wi­ska, z któ­rymi zapewne spo­ty­kasz się na co dzień tak czę­sto, że wydają ci się nor­malne. Pew­nie uzna­jesz, że jeśli chcesz się otwie­rać na uczu­ciowe czy sek­su­alne rela­cje, to zja­wi­ska te są ceną, którą musisz zapła­cić. Ceną, która bar­dzo czę­sto nie­sie ze sobą poważne zagro­że­nie dla two­jego poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Wszystko się zmienia, nic nie trwa wiecznie. Co się dzieje w złych związkach?

W mojej prak­tyce dość czę­sto się zda­rza, że osoba, któ­rej towa­rzy­szę w pro­ce­sie tera­peu­tycz­nym, przez pewien czas wspo­mina mi o kimś, kogo zna, z kim się spo­tyka na seks albo wycho­dzi cza­sem na pizzę – i nagle ten ktoś znika z opo­wie­ści. W końcu pytam: „Już od jakie­goś czasu nic nie mówisz o X, jak wam się układa?” i bar­dzo czę­sto sły­szę w odpo­wie­dzi: „No wiesz, znik­nął, tak to jest, rozu­miesz”. Tak to jest? Od kiedy to nor­malne, że ktoś, z kim budu­jemy więź, znika bez wyja­śnień?

Ghosting i orbiting, czyli nagłe znikanie z twojego życia

Gho­sting to angli­cyzm pocho­dzący od słowa ghost (duch) i ozna­cza­jący nagłe, pozba­wione wyja­śnień zerwa­nie kon­tak­tów ze zna­jomą osobą, nawet bli­ską, mimo że wszystko wydaje się dobrze ukła­dać. Po pol­sku, kiedy ktoś sto­suje gho­sting, mówi się cza­sem, że się „ulot­nił”. Teraz pew­nie myślisz: „Ale prze­cież to czę­sto się zda­rza! Facet idzie po papie­rosy i nie wraca”. Ow­szem, masz rację, zawsze się to zda­rzało, ale teraz podobne zacho­wa­nie zyskuje nieco inne zna­cze­nie, nad czym warto się zasta­no­wić.

Ta róż­nica tkwi przede wszyst­kim we wpły­wie na to zja­wi­sko mediów spo­łecz­no­ścio­wych, gdyż zarówno uła­twiają one kon­takt, bez względu na to, gdzie i kim jeste­śmy, jak i uprasz­czają jego zerwa­nie jed­nym klik­nię­ciem przy­ci­sku „zablo­kuj”, co zatrza­skuje ciężką kłódkę na oknie, przez które dotąd pod­glą­da­li­śmy życie dru­giej osoby i komu­ni­ko­wa­li­śmy się z nią.

Na pewno kie­dyś już ci się to zda­rzyło. Pozna­jesz kogoś i wydaje ci się, że wszystko jest super, czę­sto pisze­cie do sie­bie na What­sAp­pie, żeby zapy­tać, jak minął dzień, spo­ty­ka­cie się w week­endy, żeby pójść na kola­cję i do łóżka, cza­sem nawet wyska­ku­je­cie na piwo z paczką kum­pli tej osoby. Im wię­cej miej­sca zaj­mują te plany, tym bar­dziej chcia­ła­byś, żeby zna­jo­mość się roz­wi­jała, bo coraz bar­dziej lubisz prze­by­wać z tą osobą. Aż tu nagle pew­nego pięk­nego dnia wysy­łasz zwy­czajną wia­do­mość i zauwa­żasz, że cze­kasz na odpo­wiedź dłu­żej niż zwy­kle. Mijają godziny i zaczy­nasz myśleć, że ten ktoś na pewno ma dużo pracy albo jakiś pro­blem z pro­jek­tem, który go ostat­nio tak zaprząta. Mijają dni i zaczy­nasz roz­my­ślać, czy pod­czas ostat­niego spo­tka­nia zro­bi­łaś coś nie tak, czy może ostat­nio nie inte­re­so­wa­łaś się jego spra­wami tak bar­dzo, jak tego ocze­ki­wał. W końcu piszesz: „Czy coś się stało?”, jed­nak dni mil­cze­nia zmie­niają się w tygo­dnie i w mie­siące. A ty tkwisz w zawie­sze­niu, nie mając poję­cia, co się takiego stało, że ta osoba naj­do­słow­niej ulot­niła się z two­jego życia. Przy­kro mi, dziew­czyno, zosta­łaś zgho­sto­wana.

Zja­wi­skiem podob­nym do gho­stingu, ostat­nio coraz popu­lar­niej­szym, jest tak zwany orbi­ting. Rów­nież polega na nagłym, pozba­wio­nym wyja­śnień zerwa­niu kon­taktu z osobą z oto­cze­nia, mimo że wszystko wyda­wało się w porządku, ale pod­sta­wową róż­nicą jest to, że strona zry­wa­jąca kon­takt na­dal jest obecna w mediach spo­łecz­no­ścio­wych tej dru­giej. Ozna­cza to, że już nie pisze do cie­bie na What­sAp­pie, nie spo­tyka się z tobą, nie macie żad­nych innych kon­taktów, ale ogląda twoje rolki na Insta­gra­mie, cho­ciaż cię nie obser­wuje. Albo obser­wuje twoje media, daje lajki pod two­imi zdję­ciami, udo­stęp­nia twoje posty itd., ale ni­gdy nie pisze do cie­bie bez­po­śred­nio. Czyli jest obecna w two­jej sieci, ale zawsze w cie­niu, nie bez­po­śred­nio, jak zjawa. Cza­sem orbi­ting wywo­łuje jesz­cze więk­sze zagu­bie­nie niż zwy­kły gho­sting, gdyż polega na wysy­ła­niu sprzecz­nych sygna­łów. „Dla­czego nie odpo­wiada na moje wia­do­mo­ści, ale poja­wia się w moich mediach spo­łecz­no­ścio­wych?” Jeśli coś takiego ci się zda­rzyło, z pew­no­ścią nie wie­dzia­łaś, co o tym myśleć, i zaprzą­ta­łaś sobie głowę tą osobą.

Naj­gor­sze jest to, że takie agre­sywne zacho­wa­nia zaczy­namy uwa­żać za nor­malne. Nazy­wam je agre­syw­nymi, bo agre­sja nie zawsze wyraża się bez­po­śred­nio; porzu­ce­nie może boleć tak samo jak cios czy obe­lga, albo i bar­dziej. Oczy­wi­ście każdą z nas kie­dyś ktoś porzu­cił, ale to nie to samo, kiedy ktoś mówi wprost, że odcho­dzi, i wyja­śnia dla­czego, oraz gdy ktoś cię zosta­wia, tnąc więź nagle i bez znie­czu­le­nia.

Kiedy na wła­snej skó­rze doznasz gho­stingu i orbi­tingu, zwy­kle pozo­sta­jesz z poczu­ciem, że nie byłaś dość dobra, że cze­goś ci bra­kuje – i to cze­goś waż­nego, skoro ta druga osoba zde­cy­do­wała się znik­nąć bez słowa. Logiczną kon­se­kwen­cją jest myśl: „Od teraz, kiedy kogoś poznam, nie będę się anga­żo­wać”. Jest to mecha­nizm obronny two­jego umy­słu, mający spra­wić, że nie będziesz się czuła taka opusz­czona i ode­pchnięta.

Jak zatem tak raniące zacho­wa­nie może być uwa­żane za nor­malne i tak bar­dzo się roz­po­wszech­niać? Odsu­wa­jąc na bok oso­bi­ste uwa­run­ko­wa­nia, to zja­wi­sko ma wiele wspól­nego z płyn­nymi rela­cjami i komer­cja­li­za­cją więzi, o czym była mowa wcze­śniej. Sta­no­wią one przy­czynę, ale też kon­se­kwen­cję, więc wytwa­rza się per­fek­cyjne błędne koło, kiedy to, co szko­dliwe, prze­staje być za takie uwa­żane, ponie­waż staje się codzien­no­ścią. A prze­cież wciąż jest raniące.

Zdol­no­ści adap­ta­cyjne są wła­ściwe natu­rze ludz­kiej. Umoż­li­wiają prze­trwa­nie. W obli­czu każ­dej krzywdy wszyst­kie nasze psy­chiczne mecha­ni­zmy obronne uru­cha­miają się, byśmy mogli się przy­sto­so­wać. Ina­czej dzia­łają nasze emo­cjo­nal­ność i nie­świa­do­mość – im nic nie umknie, a emo­cjo­nalny aspekt naszego mózgu nie prze­cho­dzi do porządku dzien­nego ani nad porzu­ce­niem, ani nad poczu­ciem bycia nie­wy­star­cza­ją­cymi, bez względu na to, ile razy powtó­rzymy sobie „Wcale mnie to nie obcho­dzi, zda­rza się”. I tak, pomimo potrzeby nor­ma­li­zo­wa­nia „rze­czy, które się zda­rzają”, nasz mózg, aby iść dalej, buduje nie­uświa­do­miony sys­tem alar­mowy, spra­wia­jący, że nie pozwa­lamy sobie na bli­skie rela­cje, by znowu nas nie porzu­cono i byśmy znowu nie cier­piały. A to napę­dza błędne koło.

Breadcrumbing, czyli robienie nadziei

Innym zja­wi­skiem bar­dzo na cza­sie, sączą­cym tru­ci­znę w kon­takty mię­dzy­ludz­kie i zwią­za­nym znów z tema­tem oso­bi­stej wol­no­ści, jest bre­ad­crum­bing. Tak, wiem, uży­wa­nie angiel­skich słó­wek wygląda jak popi­sy­wa­nie się, ale to wła­śnie te poję­cia, w swo­ich dosłow­nych zna­cze­niach, świet­nie opi­sują, w czym rzecz.

Okre­śle­nie bre­ad­crum­bing doty­czy takich momen­tów, kiedy twój eks, prze­lotny zna­jomy czy osoba dla cie­bie ważna od czasu do czasu daje ci odro­binę uwagi albo nawet cie­płych uczuć, pozwa­la­jąc myśleć, że wasza rela­cja się roz­wija i może się kie­dyś prze­ro­dzić w stały zwią­zek z pla­nami na wspólną przy­szłość. A zatem w czym pro­blem? Otóż w tym, że osoba sto­su­jąca bre­ad­crum­bing zupeł­nie nie jest zain­te­re­so­wana two­rze­niem rela­cji, nie ma takiego zamiaru, chce tylko mieć bli­sko sie­bie kogoś, kto jej pra­gnie, by w ten spo­sób kar­mić swoje ego, zapeł­niać pustkę emo­cjo­nalną itd. Skąd taka nazwa? Bre­ad­crumb to po angiel­sku „okruch”, a więc bre­ad­crum­bing zna­czy dosłow­nie „sypa­nie okru­chów”. Oszu­kają one twój żołą­dek tylko na chwilę, bo ni­gdy nie dosta­niesz porząd­nej pajdy, która cię nasyci. Choć­byś cze­kała nie wia­domo jak długo. I tak czas mija na wycze­ki­wa­niu, by drobne sygnały zain­te­re­so­wa­nia zmie­niły się w oznaki goto­wo­ści do sta­łego związku.

Przyj­rzyjmy się pew­nym zacho­wa­niom typo­wym dla bre­ad­crum­bingu, pamię­ta­jąc, że nie zawsze wystę­pują wszyst­kie naraz.

Typową reak­cją na snu­cie pla­nów na przy­szłość, które wią­za­łyby się z zobo­wią­za­niem albo pod­ję­ciem decy­zji doty­czą­cej rela­cji, jest zwy­kle „może”, „to zależy”, „to się okaże”, „zoba­czymy, co będzie”. Oczy­wi­ście nie zawsze ktoś, kto ci to mówi, upra­wia

bre­ad­crum­bing

, ale jeśli te słowa czę­sto się powta­rzają albo dostrze­gasz, że budzą w tobie nie­pew­ność, to pora, by włą­czył ci się alarm.

Osoby sto­su­jące

bre­ad­crum­bing

bywają nie­spójne w swo­ich zacho­wa­niach. Zna­czy to, że ni­gdy nie wiesz, czego się po nich spo­dzie­wać, bo jed­nego dnia wydają się superza­do­wo­lone z rela­cji z tobą (choć nie jeste­ście for­mal­nie parą) i chcą ją kon­ty­nu­ować, a innego trak­tują cię, jak­byś była kimś obcym, widzia­nym pierw­szy raz w życiu, i roz­ma­wiają z tobą z rów­nym zaan­ga­żo­wa­niem, co z domo­krążcą dzwo­nią­cym do drzwi.

Roz­mowa o jako­ści rela­cji, próba nazwa­nia jej czy poru­sza­nie jakie­go­kol­wiek innego tematu doty­czą­cego dekla­ra­cji uczuć albo stwo­rze­nia bar­dziej sta­łego związku dla osób sto­su­ją­cych

bre­ad­crum­bing

sta­no­wią abso­lutne tabu. Nie chcę przez to powie­dzieć, że zdrowe są tylko takie więzi, któ­rym nadaje się nazwę albo które pro­wa­dzą do kon­wen­cjo­nal­nej rela­cji. Nie­zdrowe jest to, że jedna ze stron ma więk­szą niż druga wie­dzę o kie­runku, w któ­rym zmie­rza wspólna rela­cja. Czy to zna­czy, że ktoś, z kim jesteś, musi zawsze mówić ci, co myśli? Oczy­wi­ście, że nie. Wcale nie musi oma­wiać z tobą swo­ich naj­głęb­szych lęków egzy­sten­cjal­nych, jeśli nie chce tego robić albo nie uważa tego za wła­ściwe, bo nie­do­sta­tecz­nie cię zna czy z jakie­go­kol­wiek innego powodu. Jest jed­nak bar­dzo ważne, żeby mógł ci w każ­dej chwili powie­dzieć, co uważa i czuje w odnie­sie­niu do waszej rela­cji, bo to ma wpływ na was oboje. Musi ci odpowie­dzieć, kiedy pro­sisz o wyło­że­nie kart na stół. Pew­nie czu­łaś tę potrzebę nie raz. Wtedy każda osoba swo­bod­nie decy­duje, czy dana wizja rela­cji jej odpo­wiada. Jed­nakże, kiedy ktoś sto­suje

bre­ad­crum­bing

, taka komu­ni­ka­cja jest nie­moż­liwa, ponie­waż druga strona twier­dzi, że prze­cież wszystko jest jasne, daje do zro­zu­mie­nia, że nie warto o tym roz­ma­wiać, zmie­nia temat albo po pro­stu nie odpo­wiada, bo poru­szy­łaś temat tabu.

Czę­sto zda­rza się rów­nież, że druga osoba nie daje znaku życia przez całe dnie, tygo­dnie, a nawet mie­siące. Nie ma jakie­goś ści­słego ter­minu okre­śla­ją­cego, kiedy prze­staje to być zdrowe, ale duże prze­rwy mię­dzy wia­do­mo­ściami i spo­tka­niami utrud­niają utrzy­my­wa­nie regu­lar­nych kon­tak­tów, które spo­wo­do­wa­łyby roz­wój związku, a także dopro­wa­dzi­łyby do stwo­rze­nia atmos­fery zaufa­nia i cie­pła. Oczy­wi­ście ist­nieje tysiąc powo­dów, dla któ­rych można rzadko do sie­bie pisać albo się spo­ty­kać, ale jeśli taki wzo­rzec nie zmie­nia się z upły­wem czasu, może być sygna­łem alar­mo­wym.

Dla­czego bre­ad­crum­bing jest tak tok­syczny? Dla­tego, że two­rzy dys­funk­cyjne i nie­sta­bilne rela­cje. Może wła­śnie zro­zu­mia­łaś, dla­czego czu­łaś się tak nie­kom­for­towo i byłaś nie­spo­kojna w jakimś nie­koń­czą­cym się związku, który ni­gdy się nie zacie­śniał, cho­ciaż marzy­łaś, żeby wresz­cie poja­wiło się to klu­czowe pyta­nie „Kim dla sie­bie jeste­śmy?”. Zasad­ni­czo bre­ad­crum­bing opiera się na tym, co w psy­cho­lo­gii nazywa się wzmoc­nie­niem prze­ry­wa­nym. Zobaczmy pro­sty przy­kład. Wyobraź sobie, że masz maszynę z cudow­nym przy­ci­skiem, wyrzu­ca­jącą za każ­dym jego naci­śnię­ciem bank­not dwu­stu­zło­towy. Przy­jemna myśl, prawda? A teraz pomyśl, że po pew­nym cza­sie, choć naci­skasz guzik, bank­noty prze­stają wypa­dać. Co jest? Dla­czego nie dostaję pie­nię­dzy? Zaczy­nasz się zasta­na­wiać: „Na zdrowy rozum, jeżeli maszyna do tej pory dzia­łała, to musi znów zadzia­łać, będę więc tak długo naci­skać guzik, aż bank­not się pojawi”. I rze­czy­wi­ście, kiedy w końcu wysko­czy kolejne dwie­ście zło­tych, doznasz potęż­nego ude­rze­nia adre­na­liny i jesz­cze więk­szego przy­pływu rado­ści. Spad­nie na cie­bie bomba emo­cjo­nalna tak inten­sywna, że będziesz dalej naci­skać guzik w ocze­ki­wa­niu na następny bank­not, choć nie zawsze go dosta­niesz.

Nasze bank­noty to okruszki, które rzuca ci druga osoba. Cze­kasz na nie zachłan­nie, a kiedy je dosta­jesz, wyzwa­lają taki skok ener­gii, że za wszelką cenę chcesz, żeby to trwało i żebyś wciąż się tak czuła. Jed­nak warto posta­wić sobie pyta­nie: Za jaką cenę? Za cenę nie­po­koju, fru­stra­cji i pustki, kiedy nie dosta­jesz tych okru­chów? Mecha­nizm prze­ry­wa­nego wzmoc­nie­nia two­rzy uza­leż­nie­nie od rela­cji: cze­piasz się nadziei na drobne prze­jawy zain­te­re­so­wa­nia, bo wiesz, że kie­dyś się poja­wią. W końcu to pra­gnie­nie i te inten­sywne, przy­jemne dozna­nia, które prze­ży­wasz, kiedy druga osoba obda­rza cię uwagą, stają się twoją pułapką. Tra­cisz wów­czas jaką­kol­wiek moż­li­wość uwol­nie­nia się, choć nawet nie wiesz, że utknę­łaś, i zapo­mi­nasz, że prze­cież od zawsze pra­gnę­łaś nie okru­chów, ale całego chleba.

Benching i cushioning, czyli traktowanie cię jak „opcji zapasowej”

Bre­ad­crum­bing powią­zany jest z inną stra­te­gią, zwaną obec­nie ben­chin­giem, od angiel­skiego słowa bench (ławka). Tech­nika ta polega na świa­do­mym „posa­dze­niu kogoś na ławce rezer­wo­wych”, czyli dawa­niu mu nadziei, że może pew­nego dnia zna­jo­mość prze­kształci się w stały zwią­zek, pod­czas gdy w isto­cie cho­dzi tylko o to, żeby ten ktoś na tej ławce cze­kał. Po co to robić? By mieć kogoś w odwo­dzie, jeśli nie pozna się kogoś atrak­cyj­niej­szego, by móc w każ­dej chwili zagłu­szyć samot­ność, jeśli nie znaj­dzie się ktoś, z kim będzie milej, kto bar­dziej dowar­to­ściuje…

Aby to wszystko nie było zbyt pro­ste, ben­ching ma jesz­cze drugi wariant: cushio­ning, od angiel­skiego słowa cushion (poduszka). Ter­min ten okre­śla stra­te­gię opartą na trzy­ma­niu kilku osób w kon­tak­tach i w pamięci (kilka „podu­szek”), by flir­to­wać z nimi od czasu do czasu. Jedy­nym powo­dem takiego zacho­wa­nia jest potrzeba trzy­ma­nia kogoś w rezer­wie, gdy jedna z opcji pod­sta­wo­wych zawie­dzie. Tak, wiem, brzmi to jak opis spi­żarni peł­nej zapa­sów, ale tak wła­śnie funk­cjo­nują tok­syczne więzi w XXI wieku – rzą­dzą komer­cja­li­za­cja i uprzed­mio­to­wie­nie. To pew­nie stąd bie­rze się poczu­cie, że cią­gle spo­ty­kasz ludzi, któ­rym trudno zoba­czyć w tobie praw­dziwą osobę, a nie pod­miot (a może nawet przed­miot) użyt­kowy, ist­nie­jący tylko dla zaspo­ko­je­nia ich potrzeb i wypeł­nie­nia ich defi­cy­tów. Pod­su­mo­wu­jąc, cushio­ning to ben­ching na ste­ry­dach.

Jak widzisz, gra­nica mię­dzy ben­chin­giem i cushio­nin­giem jest cienka, gdyż w obu przy­pad­kach osoba, która czeka, nie zna praw­dzi­wych inten­cji dru­giej strony; ta zaś wysyła nie­re­gu­larne, nie­ja­sne i dwu­znaczne sygnały. To ostat­nie czę­sto powo­duje wykształ­ce­nie się sche­matu uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego, o któ­rym pomó­wimy dalej bar­dziej szcze­gó­łowo.

Hoovering, nieproszone powracanie do twojego życia

Hoove­ring pocho­dzi od słowa hoover (odku­rzacz) i defi­niuje dzia­ła­nia osób, na ogół o cechach oso­bo­wo­ści nar­cy­stycz­nej, które „wsy­sają” do swo­jego życia ludzi, z któ­rymi miały jakie­go­kol­wiek typu rela­cje w prze­szło­ści. Co mam na myśli, mówiąc o „wsy­sa­niu do życia”? Otóż na przy­kład to, że eks, z któ­rym roz­sta­łaś się już dawno temu, pew­nego dnia nagle pisze, że za tobą tęskni, że cza­sem o tobie myśli, że w sumie to na­dal coś zna­czysz w jego czy jej życiu. Wszystko to wygląda bar­dzo wia­ry­god­nie, ale z przy­kro­ścią muszę ci powie­dzieć, że ta osoba sto­suje tech­niki mani­pu­la­cji (choć może nie robić tego świa­do­mie), abyś znowu poczuła z nią więź emo­cjo­nalną i dzięki temu zaspo­ko­iła jakąś jej nar­cy­styczną potrzebę albo wypeł­niła aku­rat odczu­waną egzy­sten­cjalną pustkę. Inten­cją osoby z two­jej prze­szło­ści, która sto­suje wobec cie­bie hoove­ring, ni­gdy nie jest szczere pra­gnie­nie odno­wie­nia związku, doce­nie­nie cię jako part­nerki czy przy­ja­ciółki ani chęć bycia z tobą, tylko „posłu­że­nie się” tobą do zaspo­ko­je­nia jakiejś indy­wi­du­al­nej potrzeby. W ten spo­sób powstaje asy­me­tryczna więź, w któ­rej jedna strona traci.

Może teraz zada­jesz sobie pyta­nie: „Ale jak odróż­nić hoove­ring od szcze­rej chęci odno­wie­nia kon­taktu?”. Aby roz­wiać tę wąt­pli­wość, zwróć uwagę na poniż­sze zacho­wa­nia.

Osoba sto­su­jąca

hoove­ring

poja­wia się przy kon­kret­nych oka­zjach, w Boże Naro­dze­nie, uro­dziny, rocz­nice ważne dla któ­re­goś z was dwojga itp. Wysyła nace­cho­waną emo­cjo­nal­nie wia­do­mość, w któ­rej sygna­li­zuje, jak bar­dzo jej cie­bie bra­kuje, odwo­łuje się do dobrych chwil prze­ży­tych razem albo do smutku i samot­no­ści, które wywo­łuje ta kon­kretna data, kiedy nie ma się obok sie­bie uko­cha­nej osoby. Może też poja­wić się znie­nacka w jakimś miej­scu, w któ­rym czę­sto bywasz, a nawet u cie­bie w domu. Ow­szem, w fil­mach nagłe poja­wie­nie się eks w drzwiach przed­sta­wia się jako coś uro­czego, ale w realu takie zacho­wa­nie może być zapo­wie­dzią

hoove­ringu

, który uro­czy nie jest ani tro­chę. Jakie są inten­cje tej osoby? Przede wszyst­kim chce spra­wić, żebyś opu­ściła gardę; żebyś przy­po­mniała sobie jakąś emo­cję, która się z tą osobą wiąże, a ona sko­rzy­sta z tego stanu, żeby odno­wić czę­ste kon­takty i znowu wcią­gnąć cię w swoje życie, byś zaspo­ka­jała jej potrzeby, które, co mówię z przy­kro­ścią, nie mają nic wspól­nego z tobą ani z tym, co przy­pusz­czal­nie cenisz.

W innych przy­pad­kach eks nawią­zuje kon­takt w for­mie despe­rac­kiej prośby o pomoc z powodu jakie­goś pro­blemu ze zdro­wiem, kry­zysu oso­bi­stego czy ogól­nie trud­nej sytu­acji życio­wej. Inten­cja takiego dzia­ła­nia jest dokład­nie taka sama jak w poprzed­nim punk­cie: poru­szyć twoje ser­duszko, żebyś poczuła, że jest zde­spe­ro­wany i stoi na kra­wę­dzi, a twoja pomoc jest nie­zbędna, by mógł się upo­rać z pro­ble­mami i poczuć się lepiej.

Kolejny

modus ope­randi

, bar­dzo róż­niący się od dwóch poprzed­nich, polega na przy­pad­ko­wym poja­wia­niu się albo ini­cjo­wa­niu pozor­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mowy, jakby więź ni­gdy nie została zerwana albo jakby to, co się zda­rzyło w prze­szło­ści, nie miało zna­cze­nia i nie zmie­niło istoty rela­cji. Może to być zwy­kłe „Cześć, co sły­chać?”, wspo­mnie­nie jakiejś sytu­acji towa­rzy­skiej, nawią­za­nie do wła­śnie otrzy­ma­nej wia­do­mo­ści itd. Zdaję sobie sprawę, że nie ma nic złego w roz­po­czy­na­niu roz­mowy w ten spo­sób, ale w nie­któ­rych kon­tek­stach może to być sygnał alar­mowy, na przy­kład jeśli zwią­zek skoń­czył się dra­ma­tycz­nie, a eks nagle zaczyna do cie­bie pisać, jakby nic się nie stało, albo jeśli zasto­so­wał

gho­sting

czy też wyco­fy­wał się stop­niowo z rela­cji, aż ta wyga­sła.

Jak wspo­mnia­łam, ten mecha­nizm może bar­dzo łatwo wpro­wa­dzić cię w dyna­mikę współ­uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego. Druga osoba tak długo oka­zuje ci, że to od cie­bie zależy jej lep­sze lub gor­sze samo­po­czu­cie, aż w końcu uza­leż­niasz się od tej więzi z poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści za cudzy dobro­stan. Możesz mieć nawet poczu­cie wła­dzy, skoro wiesz, jak bar­dzo jesteś dla tego kogoś ważna. Innymi słowy, rela­cja, która się wykształci mię­dzy wami, nie będzie się opie­rać na przy­jem­no­ści bycia razem, na wspól­nych pla­nach życio­wych, na miło­ści, ale na potrze­bach i obo­wiązku wobec dru­giej strony, która już zaszcze­piła w tobie strach przed tym, co się może stać, jeśli cię przy niej nie będzie. Tak naprawdę jed­nak osoba upra­wia­jąca hoove­ring nie ma naj­mniej­szego zamiaru zacie­śnia­nia ani pogłę­bia­nia związku bar­dziej, niż jest jej to potrzebne dla wła­snych korzy­ści.

Love bombing, czyli mydlenie oczu romantycznymi gestami

Jak sama nazwa wska­zuje, love bom­bing to bom­bar­do­wa­nie miło­ścią, nagły wybuch uczu­cia, które nie jest praw­dziwe – sta­nowi tylko tech­nikę mani­pu­la­cji, aby uwi­kłać drugą osobę w zwią­zek, w któ­rym powsta­nie dyna­mika prze­cią­ga­nia liny. Prze­ja­wia się to w nastę­pu­jący spo­sób: naj­pierw love bom­ber spra­wia, że czu­jesz się wyjąt­kowa i szcze­gólna, jedyna na świe­cie. Cią­gle sły­szysz: „Ni­gdy z nikim nie było mi tak dobrze jak z tobą”, „Ni­gdy nie kocha­łem nikogo tak jak cie­bie”, „Ni­gdy wcze­śniej nie zakocha­łem się od pierw­szego wej­rze­nia, jeste­śmy sobie prze­zna­czeni”. I nie może być ina­czej: zaczy­nasz ide­ali­zo­wać tę rela­cję, jakby była czymś naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tym w twoim życiu. Ciąg dal­szy wygląda tak: widząc twoje uwi­kła­nie, czyli rezul­tat ide­ali­za­cji, osoba sto­su­jąca love bom­bing zaczyna dystan­so­wać się od cie­bie tylko po to, żebyś zro­biła krok w jej stronę, czyli poświę­ciła jej wię­cej uwagi niż zwy­kle, wię­cej zaan­ga­żo­wa­nia, wię­cej zain­te­re­so­wa­nia. Dzięki temu czuje nad tobą wła­dzę, a jej ego rośnie, co zwy­kle jest osta­tecz­nym celem całego pro­cesu.

Trzeba jed­nak zwró­cić uwagę, że nie wszyst­kie osoby prze­ży­wa­jące od początku zna­jo­mo­ści bar­dzo inten­sywne emo­cje i to oka­zu­jące sta­rają się cie­bie zma­ni­pu­lo­wać. Ilu ludzi na świe­cie, tyle spo­so­bów odczu­wa­nia. Naj­waż­niej­sze to ziden­ty­fi­ko­wać, kiedy zaczyna się prze­cią­ga­nie liny, czyli wykryć, czy u danej osoby wystę­puje stały wzo­rzec przy­bli­ża­nia i odda­la­nia się, co two­rzy dyna­mikę opartą na bre­ad­crum­bingu.

Aby wykryć love bom­bing, skon­cen­truj się na nastę­pu­ją­cych kwe­stiach:

Czy ist­niał począt­kowy stan idylli, kiedy druga osoba okre­ślała waszą rela­cję jako „ide­alną”, „wyjąt­kową”, nazy­wała cię „swoją praw­dziwą miło­ścią” i skła­dała obiet­nice świe­tla­nej przy­szło­ści? Czy wszystko to było okra­szone uwo­dzi­ciel­skimi gestami i uro­kliwą oso­bo­wo­ścią, co kazało ci sądzić, że jesteś z kimś abso­lut­nie wyjąt­ko­wym i masz wiel­kie szczę­ście, bo spo­tka­łaś księ­cia z bajki?

W kolej­nym eta­pie, gdy zauwa­żasz, że nie jesteś w sta­nie już bar­dziej zaan­ga­żo­wać się w zwią­zek, druga osoba zaczyna zmie­niać swoje zacho­wa­nie wobec cie­bie: staje się zdy­stan­so­wana, nie­do­stępna, szorstka. Jeśli wła­śnie pomy­śla­łaś: „Skąd ja to znam?!”, to z pew­no­ścią pamię­tasz też swoje poczu­cie winy i myśli, że coś zro­bi­łaś źle. Natu­ralną reak­cją w tej sytu­acji jest oka­zy­wa­nie jesz­cze więk­szego zaan­ga­żo­wa­nia i jesz­cze sil­niej­sze przy­wią­za­nie do dru­giej osoby, co two­rzy dyna­mikę cią­głej oscy­la­cji mię­dzy jedną emo­cjo­nalną skraj­no­ścią a drugą (od naj­go­ręt­szej bli­sko­ści do naj­zim­niej­szego odda­le­nia). W efek­cie powstaje sche­mat prze­ry­wa­nego wzmoc­nie­nia, jak w 

bre­ad­crum­bingu

, spra­wia­jący, że wciąż masz nadzieję i wie­rzysz, że rela­cja kie­dyś powróci do idyl­licz­nego stanu począt­ko­wego.

Pod­czas tego pro­cesu top­nieje twoje poczu­cie pew­no­ści w związku, a co gor­sza, twoja samo­ocena. To ostat­nie to naj­gor­szy ze skut­ków

love bom­bing

u

. Jeśli zwer­ba­li­zu­jesz zmiany, jakie zauwa­żasz w związku, druga strona zrobi wszystko, byś zwąt­piła w swoje obser­wa­cje. Wyko­rzy­sta do tego jakąś twoją cechę cha­rak­teru, mającą wpływ na twoje odczu­cia. Na przy­kład: „Jesteś bar­dzo nie­sta­bilna emo­cjo­nal­nie, dla­tego tak to odbie­rasz, choć wcale tak nie jest”. To wła­śnie jest naj­bar­dziej nie­bez­pieczne.

Dokład­nie takie zacho­wa­nie – poda­wa­nie w wąt­pli­wość two­ich doznań – pro­wa­dzi nas do kolej­nego zatru­wa­ją­cego zwią­zek zja­wi­ska.

Gaslighting, czyli wmawianie ci, że to w tobie jest problem

Gasli­gh­ting to tytuł filmu, który w Pol­sce wyświe­tlano jako Gasnący pło­mień (reż. Geo­rge Cukor, 1944). W fil­mie tym mąż głów­nej boha­terki zmie­nia natę­że­nie świa­teł w miesz­ka­niu, żeby prze­ko­nać kobietę, że ta popada w sza­leń­stwo, skoro twier­dzi, że lampy świecą cza­sami ina­czej – czemu on oczy­wi­ście kate­go­rycz­nie zaprze­cza. Dla­tego gasli­gh­ting jest czymś wię­cej niż tok­sycz­nym zacho­wa­niem w związ­kach – jest to cicha i bar­dzo nie­bez­pieczna prze­moc psy­chiczna, gdyż ofie­rze bar­dzo trudno ją wykryć. Może zresztą wystę­po­wać na każ­dym typie więzi: part­ner­skim, przy­ja­ciel­skim, rodzin­nym, zawo­do­wym itd.

Dla­czego gasli­gh­ting jest tak szko­dliwy? Dla­tego, że kiedy agre­sor sys­te­ma­tycz­nie neguje fakty, ofiara zaczyna powąt­pie­wać nie tylko w to, co widzi, ale także w swój zdrowy roz­są­dek i rów­no­wagę psy­chiczną. Może ją to dopro­wa­dzić do utraty kon­troli nad sobą i cał­ko­wi­tego pod­po­rząd­ko­wa­nia się dru­giej oso­bie, a nawet do prze­kre­śle­nia swo­jej toż­sa­mo­ści. Jeśli mia­łaś nie­szczę­ście być ofiarą gasli­gh­tingu, praw­do­po­dob­nie w któ­rymś momen­cie sama już nie wie­dzia­łaś, czego naprawdę chcesz, co jest dobre, a co złe. Pro­wa­dzi to do cał­ko­wi­tej zależ­no­ści od dru­giej osoby i spra­wia, że traci się zdol­ność oceny rze­czy­wi­sto­ści.

Dobra wia­do­mość jest taka, że cho­ciaż wszy­scy od czasu do czasu, nie zda­jąc sobie z tego sprawy, wyka­zu­jemy podat­ność na prze­moc psy­chiczną, ist­nieją czyn­niki mogące pomóc ci roz­po­znać gasli­gh­ting.

Osoby sto­su­jące tę tech­nikę mani­pu­la­cji czę­sto wygła­szają lek­ce­wa­żące komen­ta­rze nie­re­gu­lar­nie (np. jed­nego dnia tak, przez dwa dni nie, potem znowu tak), ale według nie­zmien­nego sche­matu. Na przy­kład: „Mar­twi mnie twoja nad­wraż­li­wość. To nie jest nor­malne, powin­naś zwró­cić się o pomoc, bo będzie z tobą coraz gorzej”.

Sto­su­ją­cych tę tech­nikę cechuje rów­nież cią­głe twier­dze­nie, że wszyst­kie pro­blemy w związku wyni­kają z two­jej błęd­nej inter­pre­ta­cji ich zacho­wań. Towa­rzy­szy temu zwy­kle nie­ustanne kwe­stio­no­wa­nie two­jego punktu widze­nia i cał­ko­wita odmowa wzię­cia odpo­wie­dzial­no­ści na sie­bie. Na przy­kład: „Możesz w końcu prze­stać do tego wra­cać? Mówi­łem ci sto razy, że to twoje wymy­sły, nie widzisz, że cią­gle kłó­cimy się o to samo? To ty nisz­czysz nasz zwią­zek”.

Innym czę­stym zacho­wa­niem

gasli­gh­tera

, które może ujść uwa­dze, bo czę­sto zostaje wzięte za tro­skę lub opie­kuń­czość, jest rola pater­na­li­stycz­nego auto­ry­tetu, w którą wcho­dzi nad­uży­wa­jący wła­dzy: „Uwa­żam, że potrze­bu­jesz pomocy, coś jest z tobą nie tak, opo­wia­dasz o rze­czach, które nie miały miej­sca. Chcę dla cie­bie jak naj­le­piej, myślę, że nie dajesz sobie rady ze sobą”.

A zatem główne kon­se­kwen­cje gasli­gh­tingu to: poczu­cie, że jesteś bez­war­to­ściowa, nie potra­fisz sobie pomóc i potrze­bu­jesz kogoś dru­giego, kto się o cie­bie zatrosz­czy i „wypro­wa­dzi cię na dobrą drogę”, nie­ustanne uspra­wie­dli­wia­nie się i obwi­nia­nie, poczu­cie wła­snej zbęd­no­ści i nie­kwe­stio­no­wa­nie cze­go­kol­wiek, co mówi prze­mo­co­wiec. Dla­tego też gasli­gh­ting jest sche­ma­tem więzi jesz­cze bar­dziej szko­dli­wym niż któ­ry­kol­wiek z poprzed­nich, a przy tym czę­sto któ­re­muś z nich towa­rzy­szy.

Catfishing, czyli udawanie kogoś innego

Ostat­nim, ale wcale nie­najm­niej waż­nym zacho­wa­niem, o któ­rym warto wspo­mnieć, jest cat­fi­shing. Słowo to pocho­dzi od angiel­skiego ter­minu cat­fish (sum, dosłow­nie kot-ryba). Ryba uda­jąca kota? Cat­fi­shing to stra­te­gia pole­ga­jąca na ukry­wa­niu się za fał­szywą toż­sa­mo­ścią, zazwy­czaj w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, ale też w apli­ka­cjach rand­ko­wych. Doty­czy to zarówno wyglądu (uży­wa­nie w pro­filu zdjęć innej osoby), jak i oso­bo­wo­ści (two­rze­nie postaci czy fał­szy­wej oso­bo­wo­ści wzbu­dza­ją­cej chęć zawar­cia zna­jo­mo­ści). Ma to na celu usi­dle­nie cię i pozy­ska­nie jakiejś korzy­ści, na przy­kład nakło­nie­nie cię, żebyś wysłała odważne zdję­cia albo zwie­rzyła się z cze­goś bar­dzo oso­bi­stego.

Gwiazdorski trójkąt miłosny XXI wieku: ty, ja i media społecznościowe

Podej­rze­wam, że nie zasko­czyło cię to odkry­cie: nowe tech­no­lo­gie mają ogromny wpływ na nasz spo­sób two­rze­nia więzi. Wyja­śnijmy to na przy­kła­dzie: wyobraź sobie, że Maria tra­fia na pro­fil Esther na por­talu, gdzie można zna­leźć stały zwią­zek albo part­ne­rów do kon­tak­tów sek­su­al­nych. Obie nawią­zują krótką roz­mowę, w któ­rej nie­zo­bo­wią­zu­jąco wymie­niają infor­ma­cje o zain­te­re­so­wa­niach, upodo­ba­niach i stylu życia. Wtedy Maria decy­duje się zapy­tać Esther o jej nazwę użyt­kow­nika w jakimś medium spo­łecz­no­ścio­wym, żeby ją tam odszu­kać i dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Esther podaje jej swój nick i auto­ma­tycz­nie stają się „zna­jo­mymi” w sieci, co two­rzy wir­tu­alną więź, łączącą ich okna na świat. Popa­tru­jąc przez to małe, ale pełne tre­ści okienko z infor­ma­cjami, Maria zauważa zdję­cia Esther na mani­fe­sta­cji wspie­ra­ją­cej ide­olo­gię cał­ko­wi­cie sprzeczną z wyzna­wa­nymi przez nią samą war­to­ściami. Maria jest w szoku, prze­ra­żona klika „usuń ze zna­jo­mych”, „prze­stań obser­wo­wać” i „zablo­kuj” w komu­ni­ka­to­rze.

W ten spo­sób w mniej niż godzinę Maria poznała Esther, zaczęła się do niej zbli­żać w spo­sób, który zapo­wia­dał począ­tek więzi mię­dzy­ludz­kiej, obie stwo­rzyły więź wir­tu­alną, a po zoba­cze­niu w okienku infor­ma­cyj­nym cze­goś, co się jej nie spodo­bało, Maria zerwała wszelki kon­takt, zablo­ko­wała rela­cję i prze­kre­śliła to, co mogło się mię­dzy nimi w przy­szło­ści poten­cjal­nie zda­rzyć.

Poja­wia się tu kilka spraw do prze­my­śle­nia. Czy Maria i Esther naprawdę się poznały? Czy ten krótki kon­takt mię­dzy nimi rze­czy­wi­ście można uznać za rela­cję inter­per­so­nalną? Czy taki rodzaj dyna­miki jest typowy? Czy Esther dokład­nie wie, co zaszło? Jeśli się dobrze zasta­no­wić, pojawi się nie­skoń­cze­nie wiele pytań.

Gdy­by­śmy zadały sobie pyta­nie, czy Maria i Esther rze­czy­wi­ście się poznały, moim zda­niem pra­wie wszyst­kie odpo­wie­dzia­ły­by­śmy, że nie. A to pociąga za sobą kolejne pyta­nia: czy jest w tym wina mediów spo­łecz­no­ścio­wych? Czy zna­jo­mość prze­bie­głaby tak samo, gdyby spo­tkały się w jakimś barze? Zapewne tak, bo gdyby nawet poznały się oso­bi­ście, nad­szedłby w końcu moment, kiedy jedna z nich zorien­to­wa­łaby się, że ich plany życiowe czy war­to­ści róż­nią się w spo­sób nie­moż­liwy do zaak­cep­to­wa­nia.

A jed­nak, gdyby nastą­piło to po mie­sią­cach, a nie minu­tach zna­jo­mo­ści, a Maria i Esther doga­dy­wa­łyby się świet­nie w innych kwe­stiach, może ten fakt nie miałby aż takiego zna­cze­nia, albo obie wymie­ni­łyby poglądy i uznały, że można się zro­zu­mieć i usza­no­wać dzięki niu­an­som, któ­rych nie widać na foto­gra­fii. A może wszystko skoń­czy­łoby się dokład­nie tak samo, tylko po dłuż­szym cza­sie, więc w sumie Maria może być zado­wo­lona, że nie stra­ciła go na nie­zmie­rza­jącą w istot­nym kie­runku zna­jo­mość.

A teraz powin­ny­śmy się zasta­no­wić, czy rze­czy­wi­ście tak ważne jest, żeby nasze rela­cje pro­wa­dziły w jakichś istot­nych kie­run­kach. Czy doświad­cze­nia naszych związ­ków są war­to­ściowe tylko wtedy, kiedy są ide­alne i „na zawsze”? Jak­kol­wiek przede wszyst­kim chcia­ła­bym, by każda z nas zasta­no­wiła się nad tym, co w krót­kiej histo­rii o Marii i Esther naj­bar­dziej przy­kuło jej uwagę, nie mogę pomi­nąć wątku mediów spo­łecz­no­ścio­wych, które uła­twiają dostęp do innych osób, ale ich uży­cie na początku zna­jo­mo­ści spłyca doświad­cze­nie więzi. Maria po dwóch sekun­dach natknęła się na zdję­cie, które zabiło jaki­kol­wiek pociąg do Esther. Czy ma prawo wybie­rać na tej pod­sta­wie? Pew­nie tak, ale jej inter­pre­ta­cja może być wyrwana z kon­tek­stu. Tak naprawdę wszystko, co widzimy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, jest z niego wyrwane. Marii wydaje się, że widzi Esther, ale w rze­czy­wi­sto­ści widzi to, co ta któ­re­goś dnia zechciała poka­zać, i dodaje do tego wła­sną inter­pre­ta­cję, cho­ciaż to tylko foto­gra­fia, tekst albo story, które znikną po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach. Cza­sem to, co widzimy, zga­dza się z rze­czy­wi­sto­ścią, ale nie­rzadko – nie. Przede wszyst­kim nie jeste­śmy w sta­nie oce­nić zna­cze­nia jakie­goś zda­rze­nia w danym cza­sie i kon­tek­ście innych rze­czy, które wiemy o Esther. I tak umiera coś, co led­wie zdą­żyło się naro­dzić.

Dla­tego warto prze­my­śleć, czy bogate doświad­cze­nie w two­rze­niu więzi polega na nawią­zy­wa­niu i zry­wa­niu rela­cji w pięć minut, nie­po­zna­wa­niu tak naprawdę nikogo i nie­po­zwa­la­niu, by zro­dziły się jakie­kol­wiek emo­cje, które mogą wyga­snąć lub nie – zależ­nie od naszej decy­zji. Oto naj­istot­niej­szy ele­ment mediów spo­łecz­no­ścio­wych: two­rzą naszą nową toż­sa­mość, łatwiej­szą do przy­ję­cia dla cudzego oka, ale odbie­ga­jącą od praw­dzi­wej zło­żo­no­ści istoty ludz­kiej i spra­wia­jącą, że trud­niej jest poznać prawdę o dru­gim czło­wieku.

Czę­sto zapo­mi­namy też, że toż­sa­mość wir­tu­alna nie zawsze jest dokład­nym odzwier­cie­dle­niem tej rze­czy­wi­stej. Nie należy zapo­mi­nać, że w sieci głów­nie poka­zu­jemy rze­czy, które uzna­jemy za wła­ściwe, a jed­no­cze­śnie ukry­wamy to, co nor­mal­nie komu­ni­ku­jemy nie­świa­do­mie: nasz spo­sób bycia, bli­sko­ści, ener­gię wyzwa­laną, kiedy jeste­śmy z kimś twa­rzą w twarz. Wła­śnie takie oddzia­ły­wa­nie, przy­jemne albo nie, które potrafi wzbu­dzić wyłącz­nie kon­takt fizyczny, two­rzy róż­nicę w spo­so­bie budo­wa­nia więzi.

Dodat­kowo media spo­łecz­no­ściowe są potęż­nym sty­mu­lan­tem dla naszych nie­do­bo­rów emo­cjo­nal­nych.

Jeśli tylko chcesz, masz na wycią­gnię­cie ręki (cał­kiem dosłow­nie, gdy trzy­masz w niej smart­fon) moż­li­wość zała­ta­nia two­ich emo­cjo­nal­nych dziur przy pomocy laj­ków albo infor­ma­cji o nowych obser­wu­ją­cych. Jed­nak nie wszystko złoto, co się świeci – media spo­łecz­no­ściowe skła­niają do two­rze­nia toż­sa­mo­ści rów­no­le­głej: ta wir­tu­alna, nie­ustan­nie wzmac­niana sie­cio­wym kle­pa­niem po ramie­niu, pozo­staje w świe­cie wir­tu­al­nym. To gene­ruje wiele pro­ble­mów, będą­cych skut­kiem sko­ko­wego wzro­stu samo­oceny w świe­cie wir­tu­al­nym, który nie jest jed­nak ani praw­dzi­wym, ani zdro­wym fun­da­men­tem poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Chcia­ła­bym cię skło­nić do zasta­no­wie­nia się nad tym, że jeśli zaczy­namy defi­nio­wać sie­bie poprzez nasz wize­ru­nek w sieci i iden­ty­fi­ko­wać się z nim bar­dziej niż z tym, jakie jeste­śmy poza nią, także poprzez sieć będziemy nawią­zy­wać coraz wię­cej rela­cji. Takich, na które, jak się prze­ko­nasz, wpły­wać będzie ogromna liczba czyn­ni­ków pozo­sta­ją­cych poza naszą kon­trolą i świa­do­mo­ścią, sprzy­ja­ją­cych temu, by kon­takty były prze­lotne, a moty­wa­cja do dba­nia o związki mini­malna, bo wiemy, że jeste­śmy o jedno klik­nię­cie od kolej­nej rela­cji, która być może da nam wię­cej satys­fak­cji. Jeśli nie zdamy sobie z tego sprawy, wpad­niemy w spi­ralę prób nawią­zy­wa­nia rela­cji, a raczej prze­lot­nych inte­rak­cji, w któ­rych nie pozwa­lamy sobie zaist­nieć i tra­cimy całe bogac­two, jakiego może nam dostar­czyć doświad­cze­nie budo­wa­nia więzi. A wszystko dla­tego, że przed­kła­damy ilość nad jakość, szu­ka­jąc jed­no­cze­śnie jako­ści, któ­rej ni­gdy nie znaj­du­jemy, bo tak naprawdę sobie na to nie pozwa­lamy.

Zanim przej­dziemy dalej, zachę­cam cię, byś wypeł­niła poniż­szy test, odpo­wia­da­jąc „tak” lub „nie”.

Mój punkt wyj­ścia. Jak wyglą­dały moje rela­cje do tej pory?

Czy kie­dy­kol­wiek czu­łaś, że twoje rela­cje są bar­dzo powierz­chowne? Chcia­ła­byś, żeby były bliż­sze, ale nie wiesz, jak to zro­bić?

Czy kie­dy­kol­wiek czu­łaś, że jesteś z inną osobą tylko dla­tego, że odzna­cza się jakąś cenioną spo­łecz­nie cechą? Czy sądzisz, że ktoś był/jest z tobą z tego samego powodu?

Czy kie­dy­kol­wiek zauwa­ży­łaś, że ktoś, kogo pozna­łaś, uważa, że nie warto wysi­lać się w rela­cji, jeśli nie jest pewne, że pro­wa­dzi ona do cze­goś wyjąt­ko­wego?

Czy kie­dy­kol­wiek doświad­czy­łaś sytu­acji, w któ­rej ktoś bli­ski, z kim się pokłó­ci­łaś, nie chciał dzie­lić odpo­wie­dzial­no­ści za roz­wią­za­nie kon­fliktu?

Czy czu­jesz, że ciążą ci pro­blemy z samo­oceną innej osoby? Czy uwa­żasz, że jesteś odpo­wie­dzialna za jej rato­wa­nie?

Czy kie­dy­kol­wiek poczu­łaś, że nie jesteś dla kogoś wystar­cza­jąca?

Czy kie­dy­kol­wiek poczu­łaś, że chcia­łaś poroz­ma­wiać z drugą osobą o czymś dla cie­bie waż­nym, ale ona wciąż przed tym ucie­kała?

Czy kie­dy­kol­wiek sta­łaś się celem jed­nego z omó­wio­nych wyżej tok­sycz­nych zacho­wań?

Czy czu­jesz, że pra­wie zawsze wcho­dzisz w bar­dzo nie­sta­bilne związki i nie wiesz, dla­czego to robisz?

Czy kie­dy­kol­wiek odnio­słaś wra­że­nie, że komuś z two­jego oto­cze­nia trudno wyra­zić, co do cie­bie czuje?

Czy masz poczu­cie, że nie wiesz, co zro­bić ze swo­imi emo­cjami, jeśli nie ma przy tobie kogoś, kto cię wysłu­cha i ci pomoże?

Czy zauwa­ży­łaś, że na ogół osoby, z któ­rymi utrzy­mu­jesz kon­takty uczu­ciowo-sek­su­alne, mają duże pro­blemy, żeby się zaan­ga­żo­wać w zwią­zek z tobą?

Czy myśla­łaś kie­dy­kol­wiek, że tra­dy­cyjny model związku nie jest tym, czego chcia­ła­byś dla sie­bie?

Czy odczu­wa­łaś/odczu­wasz pre­sję bycia w sta­łym związku?

Czy jako kobieta odczu­łaś, że płeć warun­kuje twoją rolę w związ­kach?

Jeśli jesteś męż­czy­zną, czy masz trud­no­ści z otwar­tym mówie­niem o swo­ich uczu­ciach i czy przez to jesteś trak­to­wany tak, jak na to nie zasłu­gu­jesz?

Jeżeli nie iden­ty­fi­ku­jesz się z żadną z tra­dy­cyj­nych płci, czy sądzisz, że twoja toż­sa­mość była/jest przy­czyną nie­spra­wie­dli­wego trak­to­wa­nia albo że inne osoby nawią­zy­wały/nawią­zują z tobą kon­takt, który nie jest szczery i bez­po­średni?

Czy mia­łaś kie­dyś pro­blem z posta­wie­niem gra­nic w rela­cji zakła­da­ją­cej zaufa­nie, na przy­kład z bli­skim krew­nym?

Muszę ci powie­dzieć, że odpo­wiedź twier­dząca nawet na jedno z tych pytań ozna­cza, że w świe­cie two­ich rela­cji ist­nieją kwe­stie, które powin­naś prze­pra­co­wać, doty­czące czy to spo­sobu, w jaki odno­szą się do cie­bie inni, czy tego, co ty im dajesz. A zatem bar­dzo moż­liwe, że zain­te­re­suje cię wszystko, co zaraz prze­czy­tasz, bowiem pomoże ci to wybie­rać związki w spo­sób bar­dziej świa­domy, odkryć, czego nie chcesz w rela­cjach, a w końcu two­rzyć zdrow­sze więzi: part­ner­skie, przy­ja­ciel­skie, rodzinne i inne.

Rozdział 2. Nie kochaj mnie wiecznie, nie kochaj troszeczkę, kochaj mnie dobrze. Odpowiedzialność afektywna

Roz­dział 2

Nie kochaj mnie wiecz­nie, nie kochaj tro­szeczkę, kochaj mnie dobrze. Odpo­wie­dzial­ność afek­tywna

Poję­cie „odpo­wie­dzial­ność afek­tywna” naro­dziło się w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku w wyniku pierw­szych ana­liz rela­cji polia­mo­rycz­nych. Polia­mo­ria ozna­cza rela­cje miło­sne pomię­dzy trzema lub wię­cej oso­bami w tym samym cza­sie, nawią­zy­wane świa­do­mie, za zgodą i etycz­nie. Teo­rie na temat polia­mo­rii bro­nią sta­no­wi­ska, że miło­ści nie można ogra­ni­czać, a kochać kogoś ozna­cza pra­gnąć dla tej osoby wszyst­kiego, co naj­lep­sze, a więc także tego, by mogła ona roz­sze­rzyć swoje życie uczu­ciowe na inną lub inne osoby, jeśli to wła­śnie spra­wia, że czuje się wolna i szczę­śliwa. W rezul­ta­cie, jeśli zaczyna się oce­niać polia­mo­rię jako jedną z opcji two­rze­nia rela­cji (prze­cież ist­nieje ona jak świat świa­tem) i uważa się, że jest rów­no­rzędna mono­ga­mii, dostrzega się koniecz­ność pew­nych umów i płyn­nego prze­pływu infor­ma­cji pomię­dzy oso­bami w takim związku, by unik­nąć nie­przy­jem­no­ści, które cza­sem biorą się z głę­boko uwew­nętrz­nio­nych prze­ko­nań, będą­cych wyni­kiem wycho­wa­nia w mono­ga­micz­nym świe­cie: nie­ra­dze­nia sobie z zazdro­ścią czy trud­no­ści ze sta­wia­niem roz­sąd­nych, zdro­wych i jasnych gra­nic.

A zatem czy odpo­wie­dzial­ność afek­tywna doty­czy tylko związ­ków polia­mo­rycz­nych? Z pew­no­ścią nie, dla­tego gdy roz­wa­żano te nowe moż­li­wo­ści, zaczęto zda­wać sobie sprawę z koniecz­no­ści prze­my­śle­nia na nowo spo­sobu, w jaki two­rzymy wszel­kiego rodzaju więzi, a także wzię­cia pod lupę wza­jem­nej tro­ski, empa­tii, zro­zu­mie­nia i odpo­wie­dzial­no­ści wszyst­kich osób połą­czo­nych dowolną wię­zią. A kiedy zaczęły docho­dzić do głosu teo­rie femi­ni­styczne, zro­dziła się też świa­do­mość tego, jak na nasz spo­sób budo­wa­nia związ­ków wpływa kon­cept miło­ści roman­tycz­nej, gło­szący, że miłość nie­uchron­nie wiąże się z cier­pie­niem i two­rzy mię­dzy męż­czy­zną a kobietą rela­cje oparte na sche­ma­cie wła­dzy i pod­po­rząd­ko­wa­nia, narzuca nie­zmienny podział ról płcio­wych oraz polega wyłącz­nie na rela­cjach hete­ro­sek­su­al­nych i mono­ga­micz­nych. Femi­nizm, doma­ga­jący się rów­no­ści i rów­no­upraw­nie­nia kobiet oraz męż­czyzn, uzna­wał za nie­uza­sad­nione, by nasze rela­cje na­dal regu­lo­wane były przez ten sztywny i archa­iczny sys­tem. To tak, jakby całe spo­łe­czeń­stwo zmie­rzało w kie­runku two­rze­nia spra­wie­dliw­szego i bar­dziej zrów­no­wa­żo­nego świata, ale nasze więzi utknęły w prze­sta­rza­łych zało­że­niach, które raz po raz dopro­wa­dzają nas do tok­sycz­nych rela­cji. W okre­sie roz­kwitu femi­ni­zmu zaczyna ugrun­to­wy­wać się poję­cie odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej jako kon­cep­cji nie­zbęd­nej do prze­rwa­nia tok­sycz­nych sche­ma­tów wikła­ją­cych nas w pozba­wione rów­no­wagi i nie­sa­tys­fak­cjo­nu­jące rela­cje.

Aby cię kochać, muszę cię szanować. Co się kryje pod pojęciem odpowiedzialności afektywnej

Porozmawiajmy o etyce uczuć

Etyka uczuć to ina­czej rozu­mie­nie, że kiedy dwie lub wię­cej osób anga­żuje się w jakąś rela­cję, każdy wstrząs w związku poru­sza emo­cje zarówno wła­sne, jak i innych osób. Dla­tego tak ważne jest, by poro­zu­mie­wać się i docho­dzić do zgody w taki spo­sób, by mini­ma­li­zo­wać szkody. Nasze dzia­ła­nia oddzia­łują na wszyst­kie zaan­ga­żo­wane strony, dla­tego ważne, by podej­mo­wać decy­zje w taki spo­sób, aby nie szko­dzić albo czy­nić jak naj­mniej­szą szkodę każ­demu, w tym rów­nież nam.

Przyj­rzyjmy się w tym kon­tek­ście kon­se­kwen­cjom, jakie może spo­wo­do­wać gho­sting. Wyobraź sobie, że Víctor i Elena znają się już od jakie­goś czasu i regu­lar­nie ze sobą sypiają. Po wielu mie­sią­cach Elena zaczyna zauwa­żać zmiany – Víctor spo­tyka się z nią coraz rza­dziej, a roz­mowy na What­sAp­pie, przed­tem trwa­jące godzi­nami, teraz ogra­ni­czają się do pię­ciu minut przed snem albo jego krót­kiego „hahaha”, kiedy ona prze­śle mu coś śmiesz­nego. Elena dostrzega, że Víctor nie jest już tak zain­te­re­so­wany ich związ­kiem jak na początku, ale nie ma odwagi o to zapy­tać, bo kiedy już zamie­rzała to zro­bić, Víctor znowu się do niej ode­zwał. Elena uznaje: „Mam jakąś obse­sję, prze­cież wszystko jest w porządku, jak zawsze”.

Mijają kolejne tygo­dnie i Elena widzi, że Víctor znowu coraz bar­dziej się oddala, zaczyna więc myśleć, że albo to ona będzie wkła­dać wię­cej wysiłku w tę rela­cję, albo wszystko pój­dzie na marne. Dwoi się i troi, przy­go­to­wuje dla Víctora roman­tyczne nie­spo­dzianki, orga­ni­zuje week­en­dowe wypady, pisze jesz­cze czę­ściej, dopy­tuje, czy cze­goś mu nie potrzeba…

Ale rów­no­cze­śnie stop­niowo zdaje sobie sprawę, że im bar­dziej się stara, tym bar­dziej Víctor wydaje się odda­lać, a ona czuje coraz więk­szą nie­pew­ność i brak satys­fak­cji. Co się dzieje? Rela­cja nie­za­mie­rze­nie stała się po pro­stu tok­syczna. Elena szuka odpo­wie­dzi, któ­rych nie otrzy­muje, bo nie ma odwagi zapy­tać, posta­na­wia więc stłu­mić nie­po­kój i zigno­ro­wać wszystko, co czuje i czego potrze­buje, a także stara się przy­po­do­bać Víctorowi za wszelką cenę i marzy, że kie­dyś powróci magia z począt­ków ich związku.

A co się dzieje z Víctorem? Może z wygod­nic­twa, a może z obawy przed nie­miłą sceną, w któ­rej miałby powie­dzieć Ele­nie, że z nią zrywa, zmu­sza się do pozo­sta­wa­nia w rela­cji, która mu nie odpo­wiada. Unika sta­wie­nia czoła nie­przy­jem­nej sytu­acji, w któ­rej miałby oświad­czyć, że to koniec, aby nie musieć radzić sobie póź­niej z ewen­tu­al­nym poczu­ciem winy. Dla­tego posta­na­wia po pro­stu znik­nąć z życia Eleny – stop­niowo prze­staje odpo­wiadać na jej wia­do­mo­ści, laj­ko­wać zdję­cia, cho­dzić w miej­sca, w któ­rych bywali razem…

Zasad­ni­czo Víctor upra­wia zwy­czajny gho­sting. Spra­wia, że Elena pogrąża się w morzu nie­pew­no­ści coraz głę­biej, nie rozu­mie­jąc, czy to ona zro­biła coś, co go dotknęło, czy też jest z nią coś nie tak, tylko nikt przed Víctorem tego nie zauwa­żył. Naj­gor­sza w tej sytu­acji jest nie­wie­dza, czy on zamie­rza wró­cić, co pozo­sta­wia Elenę w sta­nie ocze­ki­wa­nia i blo­kuje jej moż­li­wość rusze­nia dalej, pod­czas gdy męż­czy­zna w pewien spo­sób już to zro­bił.

Wie­dząc to wszystko, mamy jasność, że Víctor abso­lut­nie nie był i nie jest odpo­wie­dzialny afek­tyw­nie wobec Eleny, bez względu na to, jakie byłyby jego inten­cje i moty­wa­cje. I nie cho­dzi tu o szu­ka­nie win­nych, ale wska­za­nie nieodpo­wie­dzialnych zacho­wań. Jeśli choć raz byłaś na miej­scu Eleny, powin­naś wie­dzieć, że to nie ty pono­sisz odpo­wie­dzial­ność za to, jak zacho­wał się twój „Víctor”, jesteś nato­miast w sta­nie nauczyć się iden­ty­fi­ko­wać ten typ zacho­wań, aby następ­nym razem zauwa­żyć, gdy coś takiego się wyda­rzy (choć mam nadzieję, że tak się nie sta­nie). Kiedy dostrze­gasz dziwne zacho­wa­nia, masz prawo o nie pytać, i jeśli rela­cja nie daje ci tego, czego szu­kasz i na co zasłu­gu­jesz, masz także prawo się z niej wyco­fać. Tak, wiem, że to nie jest łatwe, ale kiedy dostrze­gasz dyna­mikę związku, w któ­rym się poświę­casz i chcesz za wszelką cenę trosz­czyć się o drugą osobę i ją zado­wa­lać, byle tylko z tobą została, powinna ci się zapa­lić czer­wona lampka. To nie jest ani dobra miłość, ani zdrowa rela­cja, a jeśli nic z tym nie zro­bisz, to wszyst­kie trud­no­ści, któ­rych teraz pró­bu­jesz unik­nąć, wrócą do cie­bie z o wiele więk­szą siłą.

Teraz, skoro już wiemy, jak roz­po­znać dowo­dzące braku odpo­wie­dzial­no­ści afek­tyw­nej zacho­wa­nia Víctora, w jaki spo­sób mogły­by­śmy roz­po­znać odpo­wie­dzialne zacho­wa­nia, gdyby postą­pił ina­czej? Przede wszyst­kim przy podej­mo­wa­niu decy­zji doty­czą­cej zakoń­cze­nia związku musia­łaby zaist­nieć prze­słanka etyki uczu­cio­wej. To zna­czy, że Víctor musiałby być uczciwy wobec Eleny, ale także wobec sie­bie, oraz dzia­łać w taki spo­sób, żeby wyrzą­dzić sobie i jej jak naj­mniej­szą krzywdę. Oczy­wi­ście, gdy podej­muje się podobną decy­zję, choćby się bar­dzo pra­gnęło nikogo nie skrzyw­dzić, zawsze ktoś ucierpi. Ale ważne jest, by prze­ana­li­zo­wać poten­cjalne szkody, sta­wia­jąc na wyobra­żo­nej szali wszyst­kie moż­liwe opcje i sza­cu­jąc, która będzie naj­mniej bole­sna.

Poten­cjal­nym przy­kła­dem odpo­wie­dzial­nego zacho­wa­nia Víctora byłoby stwier­dze­nie: „Eleno, bar­dzo faj­nie było cię poznać, super nam było razem, jesteś war­to­ściową osobą. Wła­śnie dla­tego chcę być z tobą zupeł­nie szczery, bo na to zasłu­gu­jesz. Muszę ci powie­dzieć, że w tej chwili już nie czuję tego, co wcze­śniej, i nie mogę kon­ty­nu­ować naszego związku. Nie dla­tego, że zro­bi­łaś cokol­wiek nie tak ani że nie jest mi z tobą miło, po pro­stu tak czuję i uwa­żam, że uczci­wie jest ci to powie­dzieć, żebyś i ty mogła pod­jąć decy­zje, które spra­wią, że będziesz szczę­śliwa”.

Porozmawiajmy o konsekwencji w podejmowaniu decyzji

Uwa­żam, że kiedy podej­mu­jemy jakąś decy­zję doty­czącą naszego związku, powin­ni­śmy ją zako­mu­ni­ko­wać i omó­wić wszystko, co z niej wynika. Ważne jest, by wpro­wa­dzić swoje posta­no­wie­nie w życie i trwać przy nim z upły­wem czasu. Czy to ozna­cza, że nie możemy zmie­nić zda­nia? Oczy­wi­ście, że możemy, ale czym innym jest chęć przy­wró­ce­nia poprzed­niego sta­tusu rela­cji, a czym innym sytu­acja, w któ­rej czu­jemy i myślimy to samo, chcemy nato­miast wyco­fać się z pod­ję­tej decy­zji, gdyż waż­niej­sze stają się inne nasze oso­bi­ste inte­resy, o któ­rych druga strona nie ma bla­dego poję­cia. Przyj­rzyjmy się temu na przy­kła­dzie kon­ty­nu­acji histo­rii Víctora i Eleny.

Można logicz­nie zało­żyć, że skoro rela­cja się zakoń­czyła, koń­czy się też odpo­wie­dzial­ność afek­tywna, ale w rze­czy­wi­sto­ści wcale tak nie jest. Wyobraźmy sobie, że jakiś czas po roz­sta­niu Víctor czuje się bar­dzo samotny i żeby zagłu­szyć tę samot­ność, zasta­na­wia się, czy nie napi­sać do Eleny. W końcu to robi, spę­dzają ze sobą wie­czór i idą do łóżka. To spo­tka­nie wyzwala w Ele­nie potężne emo­cje. Znowu czuje, że Víctor jest „tym jedy­nym”, a ich rela­cję, pomimo prze­ży­tego gho­stingu, „jesz­cze da się ura­to­wać”. Elena wysyła więc Víctorowi wia­do­mość, w któ­rej pisze, jak się cie­szy i jak było jej z nim miło poprzed­niego wie­czora. Ale Víctor odpo­wiada mono­sy­la­bami, nie bar­dzo anga­żu­jąc się w roz­mowę.

Dzieje się tak dla­tego, że uczu­cia Víctora wobec Eleny nie ule­gły zmia­nie, męż­czy­zna wie, że nic do niej nie czuje, ale potrze­bo­wał towa­rzy­stwa, a Elena zawsze była chętna do pomocy. Ego­istycz­nie zbliża się do Eleny tylko dla­tego, że ona będzie dostępna, by zapeł­nić jego pustkę. A więc w czym pro­blem? W tym, że Elena o tym wszyst­kim nie wie; już dawała sobie radę z żałobą po związku, kiedy nagle Víctor się obja­wił, „potrze­bu­jąc jej”, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści potrze­bo­wał tylko nie być aku­rat wtedy sam. Póź­niej Elena znowu nie wie, co myśleć, kiedy Víctor po spo­tka­niu oka­zuje chłód i odcina się od niej bez żad­nego wyja­śnie­nia swo­ich nagłych zmian w zacho­wa­niu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki