Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czy byłaś kiedyś w związku, w którym druga osoba za wszelką cenę unikała poważnych rozmów i kazała ci się domyślać, co myśli i czuje? Albo czułaś, że stawia ci niejasne oczekiwania, które bezskutecznie próbowałaś spełnić? A może uparcie wracała do twojego życia za każdym razem, gdy już ci się wydawało, że wreszcie zamknęłaś tamten rozdział?
Pamiętaj, że w zdrowym związku nie musisz grać w emocjonalne szachy, poświęcać się, rezygnować ze swoich potrzeb ani prosić o uwagę i troskę. Ta książka nauczy cię, jak tworzyć relacje, w których partnerzy czują się bezpiecznie i stabilnie oraz zawsze mogą liczyć na otwartą i szczerą komunikację, słowem – są odpowiedzialni afektywnie. Dowiesz się także, jak:
• rozpoznawać najczęstsze metody manipulacji w związkach – również te stosowane nieświadomie,
• rozpoznawać potrzeby emocjonalne kryjące się za raniącymi zachowaniami,
• tworzyć relacje oparte na bezpiecznym stylu przywiązania i poczuciu własnej wartości,
• zauważać objawy emocjonalnego uzależnienia, które więzi cię w toksycznych schematach,
• rozwiązywać konflikty tak, by minimalizować szkody,
• odpowiednio reagować na ciche dni, sprzeczne sygnały i wybuchy emocji,
• wybierać partnerów odpowiedzialnych afektywnie.
Ta książka to przewodnik po nowoczesnym podejściu do miłości: takim, w którym emocje są ważne, ale równie ważna jest odpowiedzialność za to, jak je komunikujemy. Dzięki niemu zrozumiesz, że masz prawo oczekiwać relacji opartych na trosce, transparentności i wzajemnym szacunku – i że dobra miłość to nie coś, co się przytrafia, lecz coś, co świadomie kształtujemy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 336
Data ważności licencji: 8/7/2030
Tytuł oryginału: Que sea amor del bueno
Przekład: Joanna Kuhn Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redakcja: Marta Stęplewska-Przybyłowicz, Dominika Kowalska Korekta: Anna Koral Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska/KATAKANASTA
Copyright © Marta Martínez Novoa, 2022 Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-10-2 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Mojej pierwszej miłości: mamie
Czy zdarzyło ci się kiedyś, że osoba, z którą się spotykałaś i z którą wszystko wydawało się układać wspaniale, zerwała z tobą kontakt bez żadnych wyjaśnień? Albo twoja najlepsza przyjaciółka od paru dni odpowiada ci półsłówkami, a ty nie wiesz, co się stało, chociaż zapytałaś? A może coś ci przypomina taka sytuacja: nagle z niebytu wyłania się twój eks, kręci się chwilę wokół ciebie, a potem znów wystawia cię do wiatru i znika? Pewnie wiele razy słyszałaś zdanie: „Rodzinie trzeba wybaczyć”, wypowiedziane po tym, jak jakiś krewny wywinął ci taki numer, że gdyby zrobił to kolega z pracy, wściekłabyś się na poważnie. Ale skoro zrobili to matka, brat czy ciotka, uśmiechasz się tylko i dusisz w sobie gniew.
Nie zdziwiłabym się, gdybyś uważała, że wszystkie te sytuacje są nieprzyjemne, ale normalne, że ludzie są, jacy są, i że trzeba się z tym pogodzić. Pozwól mi jednak powiedzieć sobie, że ja się z tym nie zgadzam. Jeśli nawet uznajemy pewne rzeczy za normalne, bo po prostu „tak już jest”, nie oznacza to, że są one w porządku oraz musimy się z nimi godzić i je znosić. We wszystkich opisanych wyżej przykładach brakuje czegoś istotnego: odpowiedzialności afektywnej.
Zapewne zapytasz, czym jest odpowiedzialność afektywna. To przede wszystkim świadomość, że każdą więź poza tobą tworzą także inne osoby, które czują i mają określone potrzeby. A zatem odpowiedzialność afektywna to pojęcie obejmujące wszystkie zachowania oparte na uważności, porozumieniu oraz swobodnej i bezpośredniej komunikacji w kwestii rozmaitych emocji, okoliczności czy decyzji, które mają miejsce w ramach jakichkolwiek relacji, czy to partnerskich, czy uczuciowo-seksualnych, czy też przyjacielskich lub rodzinnych. Aby jakikolwiek związek, w którym pojawiają się emocje, był właściwy, zdrowy, harmonijny i satysfakcjonujący, bardzo ważne jest, by budować go z odpowiedzialnością afektywną.
Mogłoby się wydawać, że to przecież po prostu szacunek i empatia na co dzień, prawda? Tak, ale nie do końca. Jak już wspomniałam, pojęcie to zawiera także inne elementy, chociaż rzeczywiście szacunek i empatia to podstawy.
Kiedy osoba, z którą dzielisz łóżko, nie pierwszy raz traktuje cię, jakbyś była tylko sąsiadką widywaną w windzie, to znaczy, że nie jest odpowiedzialna afektywnie. Kiedy twoja przyjaciółka wymaga, żebyś odgadła, co czuje, a kiedy ją o to pytasz, odpowiada „Sama wiesz”, także nie jest odpowiedzialna afektywnie. Kiedy spotykasz się z kimś na seks, ale chciałabyś czegoś więcej, a ten ktoś nie pozostawia miejsca nawet na rozmowę na ten temat, aż staje się on czymś w rodzaju tabu, ta osoba nie jest odpowiedzialna afektywnie.
A zatem brak odpowiedzialności afektywnej odpowiada wzorcowi zachowania, który wiele osób nosi głęboko w sobie. Nie jest to jednak chwilowy brak szacunku czy gorszy dzień, kiedy pod wpływem zmęczenia twój bliski mówi ci, żebyś nie zawracała mu teraz głowy swoimi problemami. Jest to natomiast wzorzec powtarzający się w kolejnych relacjach, którego osoba nieodpowiedzialna afektywnie nie próbuje zmienić pomimo zwracania jej uwagi, że takie zachowanie rani ludzi wokoło.
Odkąd spopularyzowało się pojęcie nieodpowiedzialności afektywnej, zaczęto – nieraz błędnie – kojarzyć je z niezdrowym uzależnieniem emocjonalnym, nadwrażliwością, niezdolnością do zaakceptowania odrzucenia itp. Dlatego równie ważne jest wyjaśnienie, co znaczy być osobą odpowiedzialną afektywnie, jak i sprecyzowanie, co znaczy nią nie być.
To właśnie jest celem tej książki – ma pomóc ci ocenić, czy ktoś jest wobec ciebie nieodpowiedzialny afektywnie, i nauczyć cię, jak w takiej sytuacji zareagować bez poczucia winy i bez strachu. Życie jest zbyt krótkie, by tkwić w pułapce więzi, z którymi jest ci źle. Czasem się zdarza, że zapominamy o sobie i uparcie walczymy o pewne relacje, nie biorąc pod uwagę głównego celu ich zawierania: mają one nas wzmacniać. Dlatego chcę ci pomóc w ustaleniu, co popycha cię do wiązania się kolejny raz z osobą o zerowej odpowiedzialności afektywnej i do walki o ten związek. W zdrowej relacji nie ma walki, jest za to obustronna praca, ramię w ramię, a przede wszystkim jest w niej radość. Dlatego jeśli czujesz, że spędzasz życie na ciągłej walce o rozwój relacji, ta książka jest dla ciebie.
Porozmawiamy też o tym, co kieruje osobami pozbawionymi odpowiedzialności afektywnej. Chodzi nie o to, by je osądzać czy usprawiedliwiać, ale by zwiększyć twój dobrostan. Co chcę przez to powiedzieć? Nami wszystkimi kierują na ogół nieuświadomione schematy myślowe, z których nie zdajemy sobie sprawy, ale które mają wpływ na nasze wybory, szczególnie w kwestiach więzi. Dlaczego nieodmiennie pociągają cię osoby, o których nie da się powiedzieć, że są empatyczne, skoro chciałabyś, żeby ktoś cię rozumiał i wspierał emocjonalnie? Albo dlaczego w swoich relacjach zawsze dochodzisz do punktu, w którym druga osoba zaczyna odchodzić i wracać, a związek nigdy nie jest stabilny? Albo dlaczego zawsze ci się wydaje, że twoja więź polega na „ratowaniu” drugiej osoby przed tragicznym losem, jakbyś była matką albo bohaterką, a nie partnerką, przyjaciółką czy siostrą?
Możliwe, że raz po raz zadawałaś już sobie te pytania i udzielałaś na nie odpowiedzi. I jak podpowiada mi moje doświadczenie psychologa, zapewne uznałaś, że to z tobą jest coś nie tak, że nie jesteś dość dobra, głupio obstajesz przy relacjach z takimi samymi osobowościami i nie umiesz się z tego wyzwolić. Dlatego w tej książce nie tylko powiem ci, że to nieprawda, ale wręcz ci to udowodnię. Jesteśmy istotami żyjącymi w społeczeństwie i pochodzimy z większych czy mniejszych, mniej lub bardziej ustrukturyzowanych rodzin, w których spędziłyśmy więcej albo mniej czasu… Wszystko to ma znaczący wpływ na to, jakie jesteśmy, czego pragniemy, jak kierujemy swoim życiem itd. Ludzie nie są samotnymi wyspami – jesteśmy istotami nawiązującymi relacje z innymi, zatem oddziałujemy na siebie wzajemnie. Po części stąd właśnie bierze się odpowiedzialność afektywna, ale jest też wypadkową nieuświadomionych wzorców, o których mówiłam wcześniej, a na które wielki wpływ mają z kolei takie czynniki jak model relacji z naszymi głównymi opiekunami w okresie dzieciństwa, wartości cenione w społeczeństwie, charakterystyczne dla naszego środowiska podejście do miłości oraz przekonania o niej. Oznacza to, że jesteśmy przeładowane licznymi bodźcami, atakującymi nas już od urodzenia i nieświadomie tworzącymi w każdej z nas jedyną i niepowtarzalną mieszankę, która w znacznym stopniu determinuje to, jaki typ osób nas pociąga, a jaki nie; czy nie potrafimy zerwać więzi, czy odwrotnie, zrywamy je z błahego powodu; czy czujemy, że bez drugiej osoby życie nie ma sensu, czy też przeciwnie, nikomu nie ufamy. Bycie świadomą tych wszystkich czynników jest ogromnie istotne, by nie popadać w toksyczne relacje i wiedzieć, jak się z nich wyzwolić.
Podsumowując, jeśli masz już dość wikłania się wciąż na nowo w związki, w których brakuje odpowiedzialności afektywnej, zdaj się na mnie i przestań się obwiniać. To nigdy nie była twoja wina. Uświadomienie sobie tego to pierwszy krok do zajęcia się tym, co rzeczywiście od ciebie zależy: rozumieniem siebie, znajomością siebie, troską o siebie i pomocą sobie. A przy okazji może odkryjesz, że i tobie brakowało odpowiedzialności afektywnej. Lepiej późno niż wcale. Jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy, a jak już wspomniałam, istnieje tak wiele czynników, których nawet nie zauważamy, że nic w tym dziwnego, jeśli czasem nie masz pojęcia, czy twój związek jest zdrowy, czy dbasz odpowiednio o przyjaźń, a nawet czego szukasz, wiążąc się z kimś.
Może określenie „szukać czegoś” w odniesieniu do relacji brzmi dziwnie, jakby więzi miały jeszcze jakiś cel poza po prostu byciem razem. Ale w tym tkwi sedno sprawy: często, i to nieświadomie, ludzie nawiązują relacje, by uzupełnić jakiś brak, tak poważny, że tylko inna osoba może go wypełnić. Albo używają innych jako łatwego celu, by mścić się za cierpienia, których doznali wcześniej. Albo po prostu nie wiedzą, jak ważne jest, by liczyli się z uczuciami, które wzbudzają.
Dlatego powinnaś wiedzieć, czego sama chcesz, bo spotkasz wielu ludzi, którzy nie mają tej świadomości. Jeśli wiesz, co jest dla ciebie najważniejsze w związku w określonym momencie twojego życia, czego oczekujesz od drugiej osoby, w jakich kwestiach jesteś gotowa ustąpić, a w jakich nie, będziesz mieć w ręku wszystkie atuty, by wygrać: nauczyć się nawiązywać zdrowe i świadome relacje.
W każdej więzi, miłosnej, przyjacielskiej czy rodzinnej, to, czego pragniesz, nie musi się zgadzać z tym, co może dać ci druga osoba. Dlatego ważne jest, byś wiedziała, czego oczekujesz. Jeśli jeszcze nie zrozumiałaś, czego naprawdę chcesz, nie przejmuj się – po to powstała ta książka. Zamiarem, który przyświecał mi przy pisaniu, było przede wszystkim skłonienie cię do refleksji. Do tego, byś pozwoliła sobie pobyć sama ze sobą, posłuchać siebie i zajrzeć w siebie, odkryć, czego potrzebujesz i jak możesz świadomie nawiązywać relacje, dostrzegając toksyczne zachowania. Chcę, byś się nauczyła, co możesz zrobić, by zadbać o siebie, darzyć się szacunkiem i stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie znaczy to, że masz być egoistką, ale że twoja miłość własna ma być w dobrej formie.
Chciałabym, żeby od teraz miłość, którą darzysz innych i którą oni darzą ciebie, była dobrą miłością.
Rozdział 1
Najpierw to zrobimy, a dalej się zobaczy
Wydaje się dziwne, że chociaż więzi są w naszym życiu tak ważne, trudno nam się zatrzymać i zastanowić nad tym, jak dbać o nie i zarazem o siebie. Nabiera to jednak sensu, kiedy uświadomimy sobie, że w szkole uczono nas dodawania i odejmowania, ale nie nazywania naszych emocji ani czytania emocji innych, ani też rozumienia, że stojąca przed nimi osoba jest szkatułką pełną uczuć. A nasze własne emocje buzują, kiedy bierzemy taką „obcą szkatułkę” i zaczynamy nią poruszać według naszych potrzeb, przeżyć i planów. To znaczy, że nasze działania wpływają na świat emocji osób, które wchodzą w nasze życie – nieważne, czy na paluszkach, czy zdecydowanym krokiem. I odwrotnie: działania innych ludzi również wpływają na nasze emocje.
Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, zwłaszcza gdy spędzamy dnie, swipując na Tinderze kolejne profile. A przecież odpowiedzialność afektywna zaczyna się już w chwili, kiedy dwie osoby tworzą dopasowanie. Dlaczego? Bo chociaż więź nie ma jeszcze nazwy – i może nigdy jej nie zyska – a także choć nie wiemy, jak długo potrwa ani dokąd nas zaprowadzi, działania jednej osoby zaczynają wpływać na tę drugą, pozytywnie albo negatywnie. Dlatego tak ważne jest, by skonfrontować się twarzą w twarz ze swoim sposobem tworzenia relacji z innymi. Usiąść ze sobą samą tak, jak siada się naprzeciw najważniejszej osoby w życiu, by wysłuchać, co ma nam do powiedzenia. Może się od tego zakręcić w głowie, można się przestraszyć, jak również – co zdarza się najczęściej – można nie widzieć ani sensu, ani pożytku w głębszym zastanawianiu się nad swoimi relacjami. Gdyby jednak wszyscy to zrobili, zapewne stałyby się one nie tylko zdrowsze, ale także bardziej harmonijne, satysfakcjonujące i pełne empatii.
Skoro nawet w obecnych czasach, kiedy zaczynamy mówić otwarcie o zdrowiu psychicznym, wciąż nie potrafimy przemyśleć naszych związków i o nie zadbać, wyobraź sobie, jak rzadko (o ile w ogóle) myślano o tym w czasach, kiedy najważniejszą kwestią dnia codziennego było na przykład przetrwanie wojny. A wszystko to, nad czym się nie zastanawiamy, żyje swoim życiem i przybiera postać jednostkowych potrzeb, na ogół egocentrycznych i skażonych przeżyciami z przeszłości, których może nigdy nie byłyśmy w stanie uwewnętrznić i uleczyć, a może nawet nazwać. Jakie jest główne zagrożenie, które się z tego bierze? Takie, że jeśli się nie zatrzymamy i nie zastanowimy nad naszymi więziami, nie będziemy wchodzić w relacje jako ludzie wolni. I co dalej? Będziemy się wikłać w związki, głównie uczuciowo-seksualne, w których zawsze czegoś brakuje, a my nie wiemy czego. Albo staniemy się ofiarami toksycznych zachowań, tworzących toksyczne więzi, które niszczą i zatruwają nasze życie.
Na pewno nieraz słyszałaś zdanie: „Za moich czasów, kiedy coś się psuło, to się to naprawiało” albo „W imię miłości znosiliśmy różne rzeczy i pokonaliśmy wszystkie przeszkody”. Ale rozczulenie, które cię ogarnia, gdy słyszysz takie słowa z ust uroczych staruszków, może zaćmić wzrok i sprawić, że nie dostrzeżesz, co zwykło się kryć za „wytrzymywaniem wszystkiego” czy „poświęceniem”. Czy naprawdę miłość wszystko zwycięża? Nie twierdzę wcale, że wszystkie pary, które są ze sobą od pięćdziesięciu lat, trwają w toksycznej relacji, w której poświęcenie maskuje manipulację albo podporządkowanie. Chcę jedynie powiedzieć, że branie tych zdań dosłownie może być niebezpieczne, niosą one bowiem przekaz, że dla „prawdziwej miłości” trzeba znieść wszystko.
Porozmawiamy później o tym, czym jest „prawdziwa miłość”, i to też doprowadzi nas do istotnych wniosków, ale żeby zacząć dostrzegać oczywisty problem pośród wiedzy o naszych związkach, warto zastanowić się nad tym, jak umowa na całe życie, niegdyś postrzegana jako najdoskonalsza forma miłości, dziś jest odbierana jako dławiąca symbioza, pakt zawarty na wieki w czasach „najpierw to zrobimy, a dalej się zobaczy”.
Relacje uczuciowo-seksualne zmieniają się z biegiem czasu. Jestem przekonana, że z życia twojej babci nie znikało się bez słowa, a ona z kolei nie rozumie, jak możesz się budzić w niedzielny poranek w łóżku kogoś, kogo zobaczyłaś po raz pierwszy siedem godzin wcześniej. I odwrotnie, zapewniam, że dla ciebie byłoby czystym surrealizmem, gdyby ktoś, kogo znasz od miesięcy, zapytał twojego ojca o pozwolenie na spotykanie się z tobą przed zapytaniem ciebie. Uciekłabyś od mężczyzny gdzie pieprz rośnie, gdyby po dwóch tygodniach znajomości powiedział ci, że chce jak najszybciej mieć dzieci, żeby przetrwało rodowe nazwisko. Podsumowując, dysfunkcyjne wzorce istnieją od zawsze, dlatego skupimy się na tych najczęstszych tu i teraz.
Świat idzie do przodu tak szybko, że ty też musisz pędzić. Przywykłyśmy, że wciskamy klawisz i już kupiłyśmy bluzkę, przesuwamy palcem po ekranie i mamy gotówkę, klikamy jeszcze raz i wyruszamy w podróż marzeń. Wszystko mamy na wczoraj, a chcemy nawet na przedwczoraj. Skoro wszystko staje się towarem i narzędziem do zaspokojenia naszych potrzeb za pomocą jednego gestu, to podobnie dzieje się z relacjami. Jedyną różnicą jest to, że nie zachodzi tu wymiana pieniężna, a walutą jest samoocena i zaspokajanie osobistych potrzeb. Czterdzieści lat temu proces tworzenia więzi trwał tak długo, że czasem nie starczało życia, żeby go doświadczyć. Długa była droga nie do pierwszego spojrzenia w oczy, ale do pierwszej zaspokojonej potrzeby emocjonalnej, jeśli w ogóle takie zaspokojenie następowało. Obecnie na ogół znasz ciało drugiej osoby, zanim ta się dowie, jakie jest twoje ulubione powiedzonko, czego najbardziej się boisz albo co czujesz, kiedy nie masz dostępu do swoich emocji. Kiedyś fizyczne i emocjonalne poznanie drugiej osoby następowało dużo później niż wejście do jej rodziny czy podjęcie decyzji o wspólnej przyszłości i wypełnianie zwyczajowej umowy na całe życie, i to bez wiedzy, czy będzie ono długie, czy krótkie. Wniosek z tego taki: zawsze zaczynaliśmy budować dom od dachu. Kiedyś dlatego, że wierzono w miłość, która przychodzi raz i jest na zawsze, dlatego trzeba o nią walczyć, chociaż boli – choćby wypełniała tylko lodówkę, nie serce. A dzisiaj wiele osób sądzi, że miłość może nigdy nie nadejść, a jeśli nawet, nie będzie aż tak istotna, bo dopóki jakieś oczy będą na ciebie patrzeć, jakieś ręce cię rozbierać, a WhatsApp będzie pełen imion, twoja samoocena zawsze pozostanie podbudowana, choć może czasem zaliczysz potknięcie.
Teraz możesz wybierać z obszernego menu: jeszcze parę lat temu relacje międzyludzkie były bardzo ograniczone terytorialnie, a niekiedy zależały raczej od decyzji rodziny niż własnych. Często zdarzało się, że chodziłaś do klasy z synem koleżanki matki i z góry zakładano, że z nim albo innym kolegą ze szkoły będziesz później dzielić kołdrę przez resztę życia. Bliskie otoczenie, brak odniesień do różnych wzorców relacji, niedoświadczanie zróżnicowanych przeżyć – to były czynniki wpływające na wybór partnera i zwiększające prawdopodobieństwo, że nie będzie to decyzja swobodna, lecz oparta na tym, co znane i oczekiwane. A jak to wygląda dzisiaj? Mamy ogromny wachlarz możliwości, nie tylko pozwalający wybierać, ale wręcz zmuszający do tego. Nie raz, lecz tysiące razy. Wszystkiego chcemy natychmiast, bezpośrednio i na chwilę. Chociaż nie jestem przekonana, czy to kwestia naszych chęci, czy raczej wygody i chęci uniknięcia cierpienia, bliskości, odsłonięcia naszego wewnętrznego świata i wszystkiego tego, co się wiąże ze świadomym tworzeniem relacji. Ale o tym porozmawiamy później. Tak czy inaczej, aplikacje, portale randkowe, media społecznościowe itp. stały się restauracyjnym menu, gdzie możesz zobaczyć wizerunek drugiej osoby i dowiedzieć się, co lubi robić, jak chce siebie zaprezentować, gdzie mieszka… Czasem wyczuwamy, że coś nam w tym wszystkim umyka, coś „stuka w silniku”: poznawana osoba staje się coraz bardziej obca i zdystansowana, a w końcu znika, choć przecież dawała do zrozumienia, że obojgu nam jest przyjemnie. Powoduje to, że cierpimy, nie rozumiemy, czy zrobiłyśmy coś niewłaściwego, czy też każdy, kto się do nas zbliży, nas zrani.
Twoja prywatność została wystawiona na widok publiczny: dawniej wszystko, co dotyczyło relacji dwojga ludzi, przybierało formy dość dyskretne aż do dnia ślubu. Nie znaczy to, że pary się ukrywały, ale nie było zwyczaju publicznego okazywania sobie uczuć. A teraz? Z nadejściem mediów społecznościowych,
reality shows
i telewizyjnych programów randkowych, przełamujących liczne tabu związane z seksem, możemy poznać nawet sekrety alkowy sąsiada z piątego piętra. Czułe wyznania, kiedyś szeptane w łóżku, w domowym zaciszu, teraz wystawiane są na pokaz na Twitterze. To, co kiedyś było zachodem słońca na plaży w towarzystwie jedynie morskiej bryzy, teraz jest rolką na Instagramie, koniecznie z pocałunkiem, i ma 231 lajków. A to, co kiedyś pod żadnym pozorem nie wyszłoby poza drzwi mieszkania, teraz telewizja transmituje w
prime time
. Sprawy dawniej przyprawiające o rumieniec i opisywane eufemizmami, takimi jak „pójść na całość”, teraz nazywane są bez wstydu pieprzeniem się. Albo uprawianiem seksu, jeśli chcemy uchodzić za kulturalnych. Mówiąc to, nie romantyzuję przeszłości. To jasne, że odrzucenie tabu w rozmowach towarzyskich na temat czegoś tak naturalnego i pięknego jak relacje uczuciowo-seksualne jest bardzo pozytywnym zjawiskiem. Ale czasem, nie zdając sobie z tego sprawy, posuwamy się za daleko i banalizujemy wagę prywatności jako tworzywa bliskości w związku. Czasem utrata prywatności takiej, jaką znaliśmy, sprawia, że zapominamy o wysiłku, który trzeba wkładać w utrzymywanie kontaktów międzyludzkich, i o tym, że czasem trzeba ustąpić, postawić granice, okazać cierpliwość. Czy ma z tym coś wspólnego fakt, że liczba osób, którym trudno wytrwać w związku i w pełni się zaangażować, wciąż wzrasta?
Wytrwać za wszelką cenę czy uciec z błahego powodu? Jak już mówiłam, wydaje się, że przed laty pojęcie miłości było najściślej związane z poświęceniem i cierpieniem. Jakby miłość i cierpienie były awersem i rewersem tej samej monety. Tak więc miłość, jaka praktycznie zawsze kojarzyła się z małżeństwem, była czymś, co należało chronić za wszelką cenę. A jeśli za cenę męczeństwa, tym większa była zasługa. Mroczną stroną tego poglądu jest normalizowanie rzeczy, które nie są miłością, na przykład poniżanie, znęcanie się, dręczenie i przemoc seksualna. To oczywiste, że wytrzymywanie z drugą osobą za wszelką cenę nie jest najzdrowszym sposobem budowania fundamentów związku. Jednocześnie, chociaż koncepcja „wytrzymywania wszystkiego” ma się nadal dobrze, bo głęboko w nas tkwi wyobrażenie o miłości romantycznej (o czym także jeszcze pomówimy), istnieje także postawa zupełnie odwrotna: nie wytrzymywać niczego i uciekać tak szybko, jak to tylko możliwe. Dlaczego tak się dzieje? Socjolog Zygmunt Bauman wymyślił świetne pojęcie określające taką postawę: „płynne relacje”. Są to związki międzyludzkie charakteryzujące się brakiem zobowiązań, zaangażowania i ciepła. To relacje nietrwałe, które nigdy nie okrzepną, gdyż nawiązywane są dla zaspokojenia konkretnej, indywidualnej potrzeby, co wpasowuje się w czasy komercjalizacji i społeczeństwa konsumpcyjnego. A zatem nic w tym dziwnego, że ktoś, kto rani cię swoimi zniknięciami i powrotami, sam przed sobą usprawiedliwia swoje zachowanie, mówiąc sobie: skoro za jednym kliknięciem mogą mi w piętnaście minut dostarczyć hamburgera do domu, mogę też wedle woli spotykać się, z kim chcę, kiedy chcę i po co chcę. W ten sposób doświadczenia związane z relacjami koncentrują się na „teraz”; hedonizm eliminuje wszelkie znudzenie i niedogodności, a skoro nie chce się ich doświadczać, jednostronnie decyduje się o odejściu zawczasu. Można zatem podejrzewać, że wszelkie osoby, które nie okazały się wobec ciebie odpowiedzialne afektywnie, pojmują zobowiązanie jako pozbawienie wolności i utratę tożsamości. Jest więc raczej nieprawdopodobne, że uda im się stworzyć stabilne i satysfakcjonujące więzi na dłuższą metę, gdyż ani świadomy wysiłek, którego wymaga utrzymywanie związku, ani dążenie do dopasowania się i postawienia zdrowych granic nigdy nie będą ich celem. Potencjalne cierpienie w przyszłości zamieniane jest na wiecznie przejściowe „teraz”. Ucieka się od możliwości bycia zranionym z obawy, że wrażliwość zniszczy tożsamość. A w całym tym zamęcie oczywiście trudno ustalić zamiary tych, którzy chcą nawiązać z tobą relację: pragną uniknąć cierpienia w imię rzekomej wolności czy też zamknąć się w pułapce nieustannej ucieczki przed siebie?
Nie należy się dziwić, że na tej pożywce zrodziły się nowe dysfunkcyjne dla budowania więzi zjawiska, z którymi zapewne spotykasz się na co dzień tak często, że wydają ci się normalne. Pewnie uznajesz, że jeśli chcesz się otwierać na uczuciowe czy seksualne relacje, to zjawiska te są ceną, którą musisz zapłacić. Ceną, która bardzo często niesie ze sobą poważne zagrożenie dla twojego poczucia własnej wartości.
W mojej praktyce dość często się zdarza, że osoba, której towarzyszę w procesie terapeutycznym, przez pewien czas wspomina mi o kimś, kogo zna, z kim się spotyka na seks albo wychodzi czasem na pizzę – i nagle ten ktoś znika z opowieści. W końcu pytam: „Już od jakiegoś czasu nic nie mówisz o X, jak wam się układa?” i bardzo często słyszę w odpowiedzi: „No wiesz, zniknął, tak to jest, rozumiesz”. Tak to jest? Od kiedy to normalne, że ktoś, z kim budujemy więź, znika bez wyjaśnień?
Ghosting to anglicyzm pochodzący od słowa ghost (duch) i oznaczający nagłe, pozbawione wyjaśnień zerwanie kontaktów ze znajomą osobą, nawet bliską, mimo że wszystko wydaje się dobrze układać. Po polsku, kiedy ktoś stosuje ghosting, mówi się czasem, że się „ulotnił”. Teraz pewnie myślisz: „Ale przecież to często się zdarza! Facet idzie po papierosy i nie wraca”. Owszem, masz rację, zawsze się to zdarzało, ale teraz podobne zachowanie zyskuje nieco inne znaczenie, nad czym warto się zastanowić.
Ta różnica tkwi przede wszystkim we wpływie na to zjawisko mediów społecznościowych, gdyż zarówno ułatwiają one kontakt, bez względu na to, gdzie i kim jesteśmy, jak i upraszczają jego zerwanie jednym kliknięciem przycisku „zablokuj”, co zatrzaskuje ciężką kłódkę na oknie, przez które dotąd podglądaliśmy życie drugiej osoby i komunikowaliśmy się z nią.
Na pewno kiedyś już ci się to zdarzyło. Poznajesz kogoś i wydaje ci się, że wszystko jest super, często piszecie do siebie na WhatsAppie, żeby zapytać, jak minął dzień, spotykacie się w weekendy, żeby pójść na kolację i do łóżka, czasem nawet wyskakujecie na piwo z paczką kumpli tej osoby. Im więcej miejsca zajmują te plany, tym bardziej chciałabyś, żeby znajomość się rozwijała, bo coraz bardziej lubisz przebywać z tą osobą. Aż tu nagle pewnego pięknego dnia wysyłasz zwyczajną wiadomość i zauważasz, że czekasz na odpowiedź dłużej niż zwykle. Mijają godziny i zaczynasz myśleć, że ten ktoś na pewno ma dużo pracy albo jakiś problem z projektem, który go ostatnio tak zaprząta. Mijają dni i zaczynasz rozmyślać, czy podczas ostatniego spotkania zrobiłaś coś nie tak, czy może ostatnio nie interesowałaś się jego sprawami tak bardzo, jak tego oczekiwał. W końcu piszesz: „Czy coś się stało?”, jednak dni milczenia zmieniają się w tygodnie i w miesiące. A ty tkwisz w zawieszeniu, nie mając pojęcia, co się takiego stało, że ta osoba najdosłowniej ulotniła się z twojego życia. Przykro mi, dziewczyno, zostałaś zghostowana.
Zjawiskiem podobnym do ghostingu, ostatnio coraz popularniejszym, jest tak zwany orbiting. Również polega na nagłym, pozbawionym wyjaśnień zerwaniu kontaktu z osobą z otoczenia, mimo że wszystko wydawało się w porządku, ale podstawową różnicą jest to, że strona zrywająca kontakt nadal jest obecna w mediach społecznościowych tej drugiej. Oznacza to, że już nie pisze do ciebie na WhatsAppie, nie spotyka się z tobą, nie macie żadnych innych kontaktów, ale ogląda twoje rolki na Instagramie, chociaż cię nie obserwuje. Albo obserwuje twoje media, daje lajki pod twoimi zdjęciami, udostępnia twoje posty itd., ale nigdy nie pisze do ciebie bezpośrednio. Czyli jest obecna w twojej sieci, ale zawsze w cieniu, nie bezpośrednio, jak zjawa. Czasem orbiting wywołuje jeszcze większe zagubienie niż zwykły ghosting, gdyż polega na wysyłaniu sprzecznych sygnałów. „Dlaczego nie odpowiada na moje wiadomości, ale pojawia się w moich mediach społecznościowych?” Jeśli coś takiego ci się zdarzyło, z pewnością nie wiedziałaś, co o tym myśleć, i zaprzątałaś sobie głowę tą osobą.
Najgorsze jest to, że takie agresywne zachowania zaczynamy uważać za normalne. Nazywam je agresywnymi, bo agresja nie zawsze wyraża się bezpośrednio; porzucenie może boleć tak samo jak cios czy obelga, albo i bardziej. Oczywiście każdą z nas kiedyś ktoś porzucił, ale to nie to samo, kiedy ktoś mówi wprost, że odchodzi, i wyjaśnia dlaczego, oraz gdy ktoś cię zostawia, tnąc więź nagle i bez znieczulenia.
Kiedy na własnej skórze doznasz ghostingu i orbitingu, zwykle pozostajesz z poczuciem, że nie byłaś dość dobra, że czegoś ci brakuje – i to czegoś ważnego, skoro ta druga osoba zdecydowała się zniknąć bez słowa. Logiczną konsekwencją jest myśl: „Od teraz, kiedy kogoś poznam, nie będę się angażować”. Jest to mechanizm obronny twojego umysłu, mający sprawić, że nie będziesz się czuła taka opuszczona i odepchnięta.
Jak zatem tak raniące zachowanie może być uważane za normalne i tak bardzo się rozpowszechniać? Odsuwając na bok osobiste uwarunkowania, to zjawisko ma wiele wspólnego z płynnymi relacjami i komercjalizacją więzi, o czym była mowa wcześniej. Stanowią one przyczynę, ale też konsekwencję, więc wytwarza się perfekcyjne błędne koło, kiedy to, co szkodliwe, przestaje być za takie uważane, ponieważ staje się codziennością. A przecież wciąż jest raniące.
Zdolności adaptacyjne są właściwe naturze ludzkiej. Umożliwiają przetrwanie. W obliczu każdej krzywdy wszystkie nasze psychiczne mechanizmy obronne uruchamiają się, byśmy mogli się przystosować. Inaczej działają nasze emocjonalność i nieświadomość – im nic nie umknie, a emocjonalny aspekt naszego mózgu nie przechodzi do porządku dziennego ani nad porzuceniem, ani nad poczuciem bycia niewystarczającymi, bez względu na to, ile razy powtórzymy sobie „Wcale mnie to nie obchodzi, zdarza się”. I tak, pomimo potrzeby normalizowania „rzeczy, które się zdarzają”, nasz mózg, aby iść dalej, buduje nieuświadomiony system alarmowy, sprawiający, że nie pozwalamy sobie na bliskie relacje, by znowu nas nie porzucono i byśmy znowu nie cierpiały. A to napędza błędne koło.
Innym zjawiskiem bardzo na czasie, sączącym truciznę w kontakty międzyludzkie i związanym znów z tematem osobistej wolności, jest breadcrumbing. Tak, wiem, używanie angielskich słówek wygląda jak popisywanie się, ale to właśnie te pojęcia, w swoich dosłownych znaczeniach, świetnie opisują, w czym rzecz.
Określenie breadcrumbing dotyczy takich momentów, kiedy twój eks, przelotny znajomy czy osoba dla ciebie ważna od czasu do czasu daje ci odrobinę uwagi albo nawet ciepłych uczuć, pozwalając myśleć, że wasza relacja się rozwija i może się kiedyś przerodzić w stały związek z planami na wspólną przyszłość. A zatem w czym problem? Otóż w tym, że osoba stosująca breadcrumbing zupełnie nie jest zainteresowana tworzeniem relacji, nie ma takiego zamiaru, chce tylko mieć blisko siebie kogoś, kto jej pragnie, by w ten sposób karmić swoje ego, zapełniać pustkę emocjonalną itd. Skąd taka nazwa? Breadcrumb to po angielsku „okruch”, a więc breadcrumbing znaczy dosłownie „sypanie okruchów”. Oszukają one twój żołądek tylko na chwilę, bo nigdy nie dostaniesz porządnej pajdy, która cię nasyci. Choćbyś czekała nie wiadomo jak długo. I tak czas mija na wyczekiwaniu, by drobne sygnały zainteresowania zmieniły się w oznaki gotowości do stałego związku.
Przyjrzyjmy się pewnym zachowaniom typowym dla breadcrumbingu, pamiętając, że nie zawsze występują wszystkie naraz.
Typową reakcją na snucie planów na przyszłość, które wiązałyby się z zobowiązaniem albo podjęciem decyzji dotyczącej relacji, jest zwykle „może”, „to zależy”, „to się okaże”, „zobaczymy, co będzie”. Oczywiście nie zawsze ktoś, kto ci to mówi, uprawia
breadcrumbing
, ale jeśli te słowa często się powtarzają albo dostrzegasz, że budzą w tobie niepewność, to pora, by włączył ci się alarm.
Osoby stosujące
breadcrumbing
bywają niespójne w swoich zachowaniach. Znaczy to, że nigdy nie wiesz, czego się po nich spodziewać, bo jednego dnia wydają się superzadowolone z relacji z tobą (choć nie jesteście formalnie parą) i chcą ją kontynuować, a innego traktują cię, jakbyś była kimś obcym, widzianym pierwszy raz w życiu, i rozmawiają z tobą z równym zaangażowaniem, co z domokrążcą dzwoniącym do drzwi.
Rozmowa o jakości relacji, próba nazwania jej czy poruszanie jakiegokolwiek innego tematu dotyczącego deklaracji uczuć albo stworzenia bardziej stałego związku dla osób stosujących
breadcrumbing
stanowią absolutne tabu. Nie chcę przez to powiedzieć, że zdrowe są tylko takie więzi, którym nadaje się nazwę albo które prowadzą do konwencjonalnej relacji. Niezdrowe jest to, że jedna ze stron ma większą niż druga wiedzę o kierunku, w którym zmierza wspólna relacja. Czy to znaczy, że ktoś, z kim jesteś, musi zawsze mówić ci, co myśli? Oczywiście, że nie. Wcale nie musi omawiać z tobą swoich najgłębszych lęków egzystencjalnych, jeśli nie chce tego robić albo nie uważa tego za właściwe, bo niedostatecznie cię zna czy z jakiegokolwiek innego powodu. Jest jednak bardzo ważne, żeby mógł ci w każdej chwili powiedzieć, co uważa i czuje w odniesieniu do waszej relacji, bo to ma wpływ na was oboje. Musi ci odpowiedzieć, kiedy prosisz o wyłożenie kart na stół. Pewnie czułaś tę potrzebę nie raz. Wtedy każda osoba swobodnie decyduje, czy dana wizja relacji jej odpowiada. Jednakże, kiedy ktoś stosuje
breadcrumbing
, taka komunikacja jest niemożliwa, ponieważ druga strona twierdzi, że przecież wszystko jest jasne, daje do zrozumienia, że nie warto o tym rozmawiać, zmienia temat albo po prostu nie odpowiada, bo poruszyłaś temat tabu.
Często zdarza się również, że druga osoba nie daje znaku życia przez całe dnie, tygodnie, a nawet miesiące. Nie ma jakiegoś ścisłego terminu określającego, kiedy przestaje to być zdrowe, ale duże przerwy między wiadomościami i spotkaniami utrudniają utrzymywanie regularnych kontaktów, które spowodowałyby rozwój związku, a także doprowadziłyby do stworzenia atmosfery zaufania i ciepła. Oczywiście istnieje tysiąc powodów, dla których można rzadko do siebie pisać albo się spotykać, ale jeśli taki wzorzec nie zmienia się z upływem czasu, może być sygnałem alarmowym.
Dlaczego breadcrumbing jest tak toksyczny? Dlatego, że tworzy dysfunkcyjne i niestabilne relacje. Może właśnie zrozumiałaś, dlaczego czułaś się tak niekomfortowo i byłaś niespokojna w jakimś niekończącym się związku, który nigdy się nie zacieśniał, chociaż marzyłaś, żeby wreszcie pojawiło się to kluczowe pytanie „Kim dla siebie jesteśmy?”. Zasadniczo breadcrumbing opiera się na tym, co w psychologii nazywa się wzmocnieniem przerywanym. Zobaczmy prosty przykład. Wyobraź sobie, że masz maszynę z cudownym przyciskiem, wyrzucającą za każdym jego naciśnięciem banknot dwustuzłotowy. Przyjemna myśl, prawda? A teraz pomyśl, że po pewnym czasie, choć naciskasz guzik, banknoty przestają wypadać. Co jest? Dlaczego nie dostaję pieniędzy? Zaczynasz się zastanawiać: „Na zdrowy rozum, jeżeli maszyna do tej pory działała, to musi znów zadziałać, będę więc tak długo naciskać guzik, aż banknot się pojawi”. I rzeczywiście, kiedy w końcu wyskoczy kolejne dwieście złotych, doznasz potężnego uderzenia adrenaliny i jeszcze większego przypływu radości. Spadnie na ciebie bomba emocjonalna tak intensywna, że będziesz dalej naciskać guzik w oczekiwaniu na następny banknot, choć nie zawsze go dostaniesz.
Nasze banknoty to okruszki, które rzuca ci druga osoba. Czekasz na nie zachłannie, a kiedy je dostajesz, wyzwalają taki skok energii, że za wszelką cenę chcesz, żeby to trwało i żebyś wciąż się tak czuła. Jednak warto postawić sobie pytanie: Za jaką cenę? Za cenę niepokoju, frustracji i pustki, kiedy nie dostajesz tych okruchów? Mechanizm przerywanego wzmocnienia tworzy uzależnienie od relacji: czepiasz się nadziei na drobne przejawy zainteresowania, bo wiesz, że kiedyś się pojawią. W końcu to pragnienie i te intensywne, przyjemne doznania, które przeżywasz, kiedy druga osoba obdarza cię uwagą, stają się twoją pułapką. Tracisz wówczas jakąkolwiek możliwość uwolnienia się, choć nawet nie wiesz, że utknęłaś, i zapominasz, że przecież od zawsze pragnęłaś nie okruchów, ale całego chleba.
Breadcrumbing powiązany jest z inną strategią, zwaną obecnie benchingiem, od angielskiego słowa bench (ławka). Technika ta polega na świadomym „posadzeniu kogoś na ławce rezerwowych”, czyli dawaniu mu nadziei, że może pewnego dnia znajomość przekształci się w stały związek, podczas gdy w istocie chodzi tylko o to, żeby ten ktoś na tej ławce czekał. Po co to robić? By mieć kogoś w odwodzie, jeśli nie pozna się kogoś atrakcyjniejszego, by móc w każdej chwili zagłuszyć samotność, jeśli nie znajdzie się ktoś, z kim będzie milej, kto bardziej dowartościuje…
Aby to wszystko nie było zbyt proste, benching ma jeszcze drugi wariant: cushioning, od angielskiego słowa cushion (poduszka). Termin ten określa strategię opartą na trzymaniu kilku osób w kontaktach i w pamięci (kilka „poduszek”), by flirtować z nimi od czasu do czasu. Jedynym powodem takiego zachowania jest potrzeba trzymania kogoś w rezerwie, gdy jedna z opcji podstawowych zawiedzie. Tak, wiem, brzmi to jak opis spiżarni pełnej zapasów, ale tak właśnie funkcjonują toksyczne więzi w XXI wieku – rządzą komercjalizacja i uprzedmiotowienie. To pewnie stąd bierze się poczucie, że ciągle spotykasz ludzi, którym trudno zobaczyć w tobie prawdziwą osobę, a nie podmiot (a może nawet przedmiot) użytkowy, istniejący tylko dla zaspokojenia ich potrzeb i wypełnienia ich deficytów. Podsumowując, cushioning to benching na sterydach.
Jak widzisz, granica między benchingiem i cushioningiem jest cienka, gdyż w obu przypadkach osoba, która czeka, nie zna prawdziwych intencji drugiej strony; ta zaś wysyła nieregularne, niejasne i dwuznaczne sygnały. To ostatnie często powoduje wykształcenie się schematu uzależnienia emocjonalnego, o którym pomówimy dalej bardziej szczegółowo.
Hoovering pochodzi od słowa hoover (odkurzacz) i definiuje działania osób, na ogół o cechach osobowości narcystycznej, które „wsysają” do swojego życia ludzi, z którymi miały jakiegokolwiek typu relacje w przeszłości. Co mam na myśli, mówiąc o „wsysaniu do życia”? Otóż na przykład to, że eks, z którym rozstałaś się już dawno temu, pewnego dnia nagle pisze, że za tobą tęskni, że czasem o tobie myśli, że w sumie to nadal coś znaczysz w jego czy jej życiu. Wszystko to wygląda bardzo wiarygodnie, ale z przykrością muszę ci powiedzieć, że ta osoba stosuje techniki manipulacji (choć może nie robić tego świadomie), abyś znowu poczuła z nią więź emocjonalną i dzięki temu zaspokoiła jakąś jej narcystyczną potrzebę albo wypełniła akurat odczuwaną egzystencjalną pustkę. Intencją osoby z twojej przeszłości, która stosuje wobec ciebie hoovering, nigdy nie jest szczere pragnienie odnowienia związku, docenienie cię jako partnerki czy przyjaciółki ani chęć bycia z tobą, tylko „posłużenie się” tobą do zaspokojenia jakiejś indywidualnej potrzeby. W ten sposób powstaje asymetryczna więź, w której jedna strona traci.
Może teraz zadajesz sobie pytanie: „Ale jak odróżnić hoovering od szczerej chęci odnowienia kontaktu?”. Aby rozwiać tę wątpliwość, zwróć uwagę na poniższe zachowania.
Osoba stosująca
hoovering
pojawia się przy konkretnych okazjach, w Boże Narodzenie, urodziny, rocznice ważne dla któregoś z was dwojga itp. Wysyła nacechowaną emocjonalnie wiadomość, w której sygnalizuje, jak bardzo jej ciebie brakuje, odwołuje się do dobrych chwil przeżytych razem albo do smutku i samotności, które wywołuje ta konkretna data, kiedy nie ma się obok siebie ukochanej osoby. Może też pojawić się znienacka w jakimś miejscu, w którym często bywasz, a nawet u ciebie w domu. Owszem, w filmach nagłe pojawienie się eks w drzwiach przedstawia się jako coś uroczego, ale w realu takie zachowanie może być zapowiedzią
hooveringu
, który uroczy nie jest ani trochę. Jakie są intencje tej osoby? Przede wszystkim chce sprawić, żebyś opuściła gardę; żebyś przypomniała sobie jakąś emocję, która się z tą osobą wiąże, a ona skorzysta z tego stanu, żeby odnowić częste kontakty i znowu wciągnąć cię w swoje życie, byś zaspokajała jej potrzeby, które, co mówię z przykrością, nie mają nic wspólnego z tobą ani z tym, co przypuszczalnie cenisz.
W innych przypadkach eks nawiązuje kontakt w formie desperackiej prośby o pomoc z powodu jakiegoś problemu ze zdrowiem, kryzysu osobistego czy ogólnie trudnej sytuacji życiowej. Intencja takiego działania jest dokładnie taka sama jak w poprzednim punkcie: poruszyć twoje serduszko, żebyś poczuła, że jest zdesperowany i stoi na krawędzi, a twoja pomoc jest niezbędna, by mógł się uporać z problemami i poczuć się lepiej.
Kolejny
modus operandi
, bardzo różniący się od dwóch poprzednich, polega na przypadkowym pojawianiu się albo inicjowaniu pozornie niezobowiązującej rozmowy, jakby więź nigdy nie została zerwana albo jakby to, co się zdarzyło w przeszłości, nie miało znaczenia i nie zmieniło istoty relacji. Może to być zwykłe „Cześć, co słychać?”, wspomnienie jakiejś sytuacji towarzyskiej, nawiązanie do właśnie otrzymanej wiadomości itd. Zdaję sobie sprawę, że nie ma nic złego w rozpoczynaniu rozmowy w ten sposób, ale w niektórych kontekstach może to być sygnał alarmowy, na przykład jeśli związek skończył się dramatycznie, a eks nagle zaczyna do ciebie pisać, jakby nic się nie stało, albo jeśli zastosował
ghosting
czy też wycofywał się stopniowo z relacji, aż ta wygasła.
Jak wspomniałam, ten mechanizm może bardzo łatwo wprowadzić cię w dynamikę współuzależnienia emocjonalnego. Druga osoba tak długo okazuje ci, że to od ciebie zależy jej lepsze lub gorsze samopoczucie, aż w końcu uzależniasz się od tej więzi z poczucia odpowiedzialności za cudzy dobrostan. Możesz mieć nawet poczucie władzy, skoro wiesz, jak bardzo jesteś dla tego kogoś ważna. Innymi słowy, relacja, która się wykształci między wami, nie będzie się opierać na przyjemności bycia razem, na wspólnych planach życiowych, na miłości, ale na potrzebach i obowiązku wobec drugiej strony, która już zaszczepiła w tobie strach przed tym, co się może stać, jeśli cię przy niej nie będzie. Tak naprawdę jednak osoba uprawiająca hoovering nie ma najmniejszego zamiaru zacieśniania ani pogłębiania związku bardziej, niż jest jej to potrzebne dla własnych korzyści.
Jak sama nazwa wskazuje, love bombing to bombardowanie miłością, nagły wybuch uczucia, które nie jest prawdziwe – stanowi tylko technikę manipulacji, aby uwikłać drugą osobę w związek, w którym powstanie dynamika przeciągania liny. Przejawia się to w następujący sposób: najpierw love bomber sprawia, że czujesz się wyjątkowa i szczególna, jedyna na świecie. Ciągle słyszysz: „Nigdy z nikim nie było mi tak dobrze jak z tobą”, „Nigdy nie kochałem nikogo tak jak ciebie”, „Nigdy wcześniej nie zakochałem się od pierwszego wejrzenia, jesteśmy sobie przeznaczeni”. I nie może być inaczej: zaczynasz idealizować tę relację, jakby była czymś najbardziej niesamowitym w twoim życiu. Ciąg dalszy wygląda tak: widząc twoje uwikłanie, czyli rezultat idealizacji, osoba stosująca love bombing zaczyna dystansować się od ciebie tylko po to, żebyś zrobiła krok w jej stronę, czyli poświęciła jej więcej uwagi niż zwykle, więcej zaangażowania, więcej zainteresowania. Dzięki temu czuje nad tobą władzę, a jej ego rośnie, co zwykle jest ostatecznym celem całego procesu.
Trzeba jednak zwrócić uwagę, że nie wszystkie osoby przeżywające od początku znajomości bardzo intensywne emocje i to okazujące starają się ciebie zmanipulować. Ilu ludzi na świecie, tyle sposobów odczuwania. Najważniejsze to zidentyfikować, kiedy zaczyna się przeciąganie liny, czyli wykryć, czy u danej osoby występuje stały wzorzec przybliżania i oddalania się, co tworzy dynamikę opartą na breadcrumbingu.
Aby wykryć love bombing, skoncentruj się na następujących kwestiach:
Czy istniał początkowy stan idylli, kiedy druga osoba określała waszą relację jako „idealną”, „wyjątkową”, nazywała cię „swoją prawdziwą miłością” i składała obietnice świetlanej przyszłości? Czy wszystko to było okraszone uwodzicielskimi gestami i urokliwą osobowością, co kazało ci sądzić, że jesteś z kimś absolutnie wyjątkowym i masz wielkie szczęście, bo spotkałaś księcia z bajki?
W kolejnym etapie, gdy zauważasz, że nie jesteś w stanie już bardziej zaangażować się w związek, druga osoba zaczyna zmieniać swoje zachowanie wobec ciebie: staje się zdystansowana, niedostępna, szorstka. Jeśli właśnie pomyślałaś: „Skąd ja to znam?!”, to z pewnością pamiętasz też swoje poczucie winy i myśli, że coś zrobiłaś źle. Naturalną reakcją w tej sytuacji jest okazywanie jeszcze większego zaangażowania i jeszcze silniejsze przywiązanie do drugiej osoby, co tworzy dynamikę ciągłej oscylacji między jedną emocjonalną skrajnością a drugą (od najgorętszej bliskości do najzimniejszego oddalenia). W efekcie powstaje schemat przerywanego wzmocnienia, jak w
breadcrumbingu
, sprawiający, że wciąż masz nadzieję i wierzysz, że relacja kiedyś powróci do idyllicznego stanu początkowego.
Podczas tego procesu topnieje twoje poczucie pewności w związku, a co gorsza, twoja samoocena. To ostatnie to najgorszy ze skutków
love bombing
u
. Jeśli zwerbalizujesz zmiany, jakie zauważasz w związku, druga strona zrobi wszystko, byś zwątpiła w swoje obserwacje. Wykorzysta do tego jakąś twoją cechę charakteru, mającą wpływ na twoje odczucia. Na przykład: „Jesteś bardzo niestabilna emocjonalnie, dlatego tak to odbierasz, choć wcale tak nie jest”. To właśnie jest najbardziej niebezpieczne.
Dokładnie takie zachowanie – podawanie w wątpliwość twoich doznań – prowadzi nas do kolejnego zatruwającego związek zjawiska.
Gaslighting to tytuł filmu, który w Polsce wyświetlano jako Gasnący płomień (reż. George Cukor, 1944). W filmie tym mąż głównej bohaterki zmienia natężenie świateł w mieszkaniu, żeby przekonać kobietę, że ta popada w szaleństwo, skoro twierdzi, że lampy świecą czasami inaczej – czemu on oczywiście kategorycznie zaprzecza. Dlatego gaslighting jest czymś więcej niż toksycznym zachowaniem w związkach – jest to cicha i bardzo niebezpieczna przemoc psychiczna, gdyż ofierze bardzo trudno ją wykryć. Może zresztą występować na każdym typie więzi: partnerskim, przyjacielskim, rodzinnym, zawodowym itd.
Dlaczego gaslighting jest tak szkodliwy? Dlatego, że kiedy agresor systematycznie neguje fakty, ofiara zaczyna powątpiewać nie tylko w to, co widzi, ale także w swój zdrowy rozsądek i równowagę psychiczną. Może ją to doprowadzić do utraty kontroli nad sobą i całkowitego podporządkowania się drugiej osobie, a nawet do przekreślenia swojej tożsamości. Jeśli miałaś nieszczęście być ofiarą gaslightingu, prawdopodobnie w którymś momencie sama już nie wiedziałaś, czego naprawdę chcesz, co jest dobre, a co złe. Prowadzi to do całkowitej zależności od drugiej osoby i sprawia, że traci się zdolność oceny rzeczywistości.
Dobra wiadomość jest taka, że chociaż wszyscy od czasu do czasu, nie zdając sobie z tego sprawy, wykazujemy podatność na przemoc psychiczną, istnieją czynniki mogące pomóc ci rozpoznać gaslighting.
Osoby stosujące tę technikę manipulacji często wygłaszają lekceważące komentarze nieregularnie (np. jednego dnia tak, przez dwa dni nie, potem znowu tak), ale według niezmiennego schematu. Na przykład: „Martwi mnie twoja nadwrażliwość. To nie jest normalne, powinnaś zwrócić się o pomoc, bo będzie z tobą coraz gorzej”.
Stosujących tę technikę cechuje również ciągłe twierdzenie, że wszystkie problemy w związku wynikają z twojej błędnej interpretacji ich zachowań. Towarzyszy temu zwykle nieustanne kwestionowanie twojego punktu widzenia i całkowita odmowa wzięcia odpowiedzialności na siebie. Na przykład: „Możesz w końcu przestać do tego wracać? Mówiłem ci sto razy, że to twoje wymysły, nie widzisz, że ciągle kłócimy się o to samo? To ty niszczysz nasz związek”.
Innym częstym zachowaniem
gaslightera
, które może ujść uwadze, bo często zostaje wzięte za troskę lub opiekuńczość, jest rola paternalistycznego autorytetu, w którą wchodzi nadużywający władzy: „Uważam, że potrzebujesz pomocy, coś jest z tobą nie tak, opowiadasz o rzeczach, które nie miały miejsca. Chcę dla ciebie jak najlepiej, myślę, że nie dajesz sobie rady ze sobą”.
A zatem główne konsekwencje gaslightingu to: poczucie, że jesteś bezwartościowa, nie potrafisz sobie pomóc i potrzebujesz kogoś drugiego, kto się o ciebie zatroszczy i „wyprowadzi cię na dobrą drogę”, nieustanne usprawiedliwianie się i obwinianie, poczucie własnej zbędności i niekwestionowanie czegokolwiek, co mówi przemocowiec. Dlatego też gaslighting jest schematem więzi jeszcze bardziej szkodliwym niż którykolwiek z poprzednich, a przy tym często któremuś z nich towarzyszy.
Ostatnim, ale wcale nienajmniej ważnym zachowaniem, o którym warto wspomnieć, jest catfishing. Słowo to pochodzi od angielskiego terminu catfish (sum, dosłownie kot-ryba). Ryba udająca kota? Catfishing to strategia polegająca na ukrywaniu się za fałszywą tożsamością, zazwyczaj w mediach społecznościowych, ale też w aplikacjach randkowych. Dotyczy to zarówno wyglądu (używanie w profilu zdjęć innej osoby), jak i osobowości (tworzenie postaci czy fałszywej osobowości wzbudzającej chęć zawarcia znajomości). Ma to na celu usidlenie cię i pozyskanie jakiejś korzyści, na przykład nakłonienie cię, żebyś wysłała odważne zdjęcia albo zwierzyła się z czegoś bardzo osobistego.
Podejrzewam, że nie zaskoczyło cię to odkrycie: nowe technologie mają ogromny wpływ na nasz sposób tworzenia więzi. Wyjaśnijmy to na przykładzie: wyobraź sobie, że Maria trafia na profil Esther na portalu, gdzie można znaleźć stały związek albo partnerów do kontaktów seksualnych. Obie nawiązują krótką rozmowę, w której niezobowiązująco wymieniają informacje o zainteresowaniach, upodobaniach i stylu życia. Wtedy Maria decyduje się zapytać Esther o jej nazwę użytkownika w jakimś medium społecznościowym, żeby ją tam odszukać i dowiedzieć się czegoś więcej. Esther podaje jej swój nick i automatycznie stają się „znajomymi” w sieci, co tworzy wirtualną więź, łączącą ich okna na świat. Popatrując przez to małe, ale pełne treści okienko z informacjami, Maria zauważa zdjęcia Esther na manifestacji wspierającej ideologię całkowicie sprzeczną z wyznawanymi przez nią samą wartościami. Maria jest w szoku, przerażona klika „usuń ze znajomych”, „przestań obserwować” i „zablokuj” w komunikatorze.
W ten sposób w mniej niż godzinę Maria poznała Esther, zaczęła się do niej zbliżać w sposób, który zapowiadał początek więzi międzyludzkiej, obie stworzyły więź wirtualną, a po zobaczeniu w okienku informacyjnym czegoś, co się jej nie spodobało, Maria zerwała wszelki kontakt, zablokowała relację i przekreśliła to, co mogło się między nimi w przyszłości potencjalnie zdarzyć.
Pojawia się tu kilka spraw do przemyślenia. Czy Maria i Esther naprawdę się poznały? Czy ten krótki kontakt między nimi rzeczywiście można uznać za relację interpersonalną? Czy taki rodzaj dynamiki jest typowy? Czy Esther dokładnie wie, co zaszło? Jeśli się dobrze zastanowić, pojawi się nieskończenie wiele pytań.
Gdybyśmy zadały sobie pytanie, czy Maria i Esther rzeczywiście się poznały, moim zdaniem prawie wszystkie odpowiedziałybyśmy, że nie. A to pociąga za sobą kolejne pytania: czy jest w tym wina mediów społecznościowych? Czy znajomość przebiegłaby tak samo, gdyby spotkały się w jakimś barze? Zapewne tak, bo gdyby nawet poznały się osobiście, nadszedłby w końcu moment, kiedy jedna z nich zorientowałaby się, że ich plany życiowe czy wartości różnią się w sposób niemożliwy do zaakceptowania.
A jednak, gdyby nastąpiło to po miesiącach, a nie minutach znajomości, a Maria i Esther dogadywałyby się świetnie w innych kwestiach, może ten fakt nie miałby aż takiego znaczenia, albo obie wymieniłyby poglądy i uznały, że można się zrozumieć i uszanować dzięki niuansom, których nie widać na fotografii. A może wszystko skończyłoby się dokładnie tak samo, tylko po dłuższym czasie, więc w sumie Maria może być zadowolona, że nie straciła go na niezmierzającą w istotnym kierunku znajomość.
A teraz powinnyśmy się zastanowić, czy rzeczywiście tak ważne jest, żeby nasze relacje prowadziły w jakichś istotnych kierunkach. Czy doświadczenia naszych związków są wartościowe tylko wtedy, kiedy są idealne i „na zawsze”? Jakkolwiek przede wszystkim chciałabym, by każda z nas zastanowiła się nad tym, co w krótkiej historii o Marii i Esther najbardziej przykuło jej uwagę, nie mogę pominąć wątku mediów społecznościowych, które ułatwiają dostęp do innych osób, ale ich użycie na początku znajomości spłyca doświadczenie więzi. Maria po dwóch sekundach natknęła się na zdjęcie, które zabiło jakikolwiek pociąg do Esther. Czy ma prawo wybierać na tej podstawie? Pewnie tak, ale jej interpretacja może być wyrwana z kontekstu. Tak naprawdę wszystko, co widzimy w mediach społecznościowych, jest z niego wyrwane. Marii wydaje się, że widzi Esther, ale w rzeczywistości widzi to, co ta któregoś dnia zechciała pokazać, i dodaje do tego własną interpretację, chociaż to tylko fotografia, tekst albo story, które znikną po dwudziestu czterech godzinach. Czasem to, co widzimy, zgadza się z rzeczywistością, ale nierzadko – nie. Przede wszystkim nie jesteśmy w stanie ocenić znaczenia jakiegoś zdarzenia w danym czasie i kontekście innych rzeczy, które wiemy o Esther. I tak umiera coś, co ledwie zdążyło się narodzić.
Dlatego warto przemyśleć, czy bogate doświadczenie w tworzeniu więzi polega na nawiązywaniu i zrywaniu relacji w pięć minut, niepoznawaniu tak naprawdę nikogo i niepozwalaniu, by zrodziły się jakiekolwiek emocje, które mogą wygasnąć lub nie – zależnie od naszej decyzji. Oto najistotniejszy element mediów społecznościowych: tworzą naszą nową tożsamość, łatwiejszą do przyjęcia dla cudzego oka, ale odbiegającą od prawdziwej złożoności istoty ludzkiej i sprawiającą, że trudniej jest poznać prawdę o drugim człowieku.
Często zapominamy też, że tożsamość wirtualna nie zawsze jest dokładnym odzwierciedleniem tej rzeczywistej. Nie należy zapominać, że w sieci głównie pokazujemy rzeczy, które uznajemy za właściwe, a jednocześnie ukrywamy to, co normalnie komunikujemy nieświadomie: nasz sposób bycia, bliskości, energię wyzwalaną, kiedy jesteśmy z kimś twarzą w twarz. Właśnie takie oddziaływanie, przyjemne albo nie, które potrafi wzbudzić wyłącznie kontakt fizyczny, tworzy różnicę w sposobie budowania więzi.
Dodatkowo media społecznościowe są potężnym stymulantem dla naszych niedoborów emocjonalnych.
Jeśli tylko chcesz, masz na wyciągnięcie ręki (całkiem dosłownie, gdy trzymasz w niej smartfon) możliwość załatania twoich emocjonalnych dziur przy pomocy lajków albo informacji o nowych obserwujących. Jednak nie wszystko złoto, co się świeci – media społecznościowe skłaniają do tworzenia tożsamości równoległej: ta wirtualna, nieustannie wzmacniana sieciowym klepaniem po ramieniu, pozostaje w świecie wirtualnym. To generuje wiele problemów, będących skutkiem skokowego wzrostu samooceny w świecie wirtualnym, który nie jest jednak ani prawdziwym, ani zdrowym fundamentem poczucia własnej wartości.
Chciałabym cię skłonić do zastanowienia się nad tym, że jeśli zaczynamy definiować siebie poprzez nasz wizerunek w sieci i identyfikować się z nim bardziej niż z tym, jakie jesteśmy poza nią, także poprzez sieć będziemy nawiązywać coraz więcej relacji. Takich, na które, jak się przekonasz, wpływać będzie ogromna liczba czynników pozostających poza naszą kontrolą i świadomością, sprzyjających temu, by kontakty były przelotne, a motywacja do dbania o związki minimalna, bo wiemy, że jesteśmy o jedno kliknięcie od kolejnej relacji, która być może da nam więcej satysfakcji. Jeśli nie zdamy sobie z tego sprawy, wpadniemy w spiralę prób nawiązywania relacji, a raczej przelotnych interakcji, w których nie pozwalamy sobie zaistnieć i tracimy całe bogactwo, jakiego może nam dostarczyć doświadczenie budowania więzi. A wszystko dlatego, że przedkładamy ilość nad jakość, szukając jednocześnie jakości, której nigdy nie znajdujemy, bo tak naprawdę sobie na to nie pozwalamy.
Zanim przejdziemy dalej, zachęcam cię, byś wypełniła poniższy test, odpowiadając „tak” lub „nie”.
Mój punkt wyjścia. Jak wyglądały moje relacje do tej pory?
Czy kiedykolwiek czułaś, że twoje relacje są bardzo powierzchowne? Chciałabyś, żeby były bliższe, ale nie wiesz, jak to zrobić?
Czy kiedykolwiek czułaś, że jesteś z inną osobą tylko dlatego, że odznacza się jakąś cenioną społecznie cechą? Czy sądzisz, że ktoś był/jest z tobą z tego samego powodu?
Czy kiedykolwiek zauważyłaś, że ktoś, kogo poznałaś, uważa, że nie warto wysilać się w relacji, jeśli nie jest pewne, że prowadzi ona do czegoś wyjątkowego?
Czy kiedykolwiek doświadczyłaś sytuacji, w której ktoś bliski, z kim się pokłóciłaś, nie chciał dzielić odpowiedzialności za rozwiązanie konfliktu?
Czy czujesz, że ciążą ci problemy z samooceną innej osoby? Czy uważasz, że jesteś odpowiedzialna za jej ratowanie?
Czy kiedykolwiek poczułaś, że nie jesteś dla kogoś wystarczająca?
Czy kiedykolwiek poczułaś, że chciałaś porozmawiać z drugą osobą o czymś dla ciebie ważnym, ale ona wciąż przed tym uciekała?
Czy kiedykolwiek stałaś się celem jednego z omówionych wyżej toksycznych zachowań?
Czy czujesz, że prawie zawsze wchodzisz w bardzo niestabilne związki i nie wiesz, dlaczego to robisz?
Czy kiedykolwiek odniosłaś wrażenie, że komuś z twojego otoczenia trudno wyrazić, co do ciebie czuje?
Czy masz poczucie, że nie wiesz, co zrobić ze swoimi emocjami, jeśli nie ma przy tobie kogoś, kto cię wysłucha i ci pomoże?
Czy zauważyłaś, że na ogół osoby, z którymi utrzymujesz kontakty uczuciowo-seksualne, mają duże problemy, żeby się zaangażować w związek z tobą?
Czy myślałaś kiedykolwiek, że tradycyjny model związku nie jest tym, czego chciałabyś dla siebie?
Czy odczuwałaś/odczuwasz presję bycia w stałym związku?
Czy jako kobieta odczułaś, że płeć warunkuje twoją rolę w związkach?
Jeśli jesteś mężczyzną, czy masz trudności z otwartym mówieniem o swoich uczuciach i czy przez to jesteś traktowany tak, jak na to nie zasługujesz?
Jeżeli nie identyfikujesz się z żadną z tradycyjnych płci, czy sądzisz, że twoja tożsamość była/jest przyczyną niesprawiedliwego traktowania albo że inne osoby nawiązywały/nawiązują z tobą kontakt, który nie jest szczery i bezpośredni?
Czy miałaś kiedyś problem z postawieniem granic w relacji zakładającej zaufanie, na przykład z bliskim krewnym?
Muszę ci powiedzieć, że odpowiedź twierdząca nawet na jedno z tych pytań oznacza, że w świecie twoich relacji istnieją kwestie, które powinnaś przepracować, dotyczące czy to sposobu, w jaki odnoszą się do ciebie inni, czy tego, co ty im dajesz. A zatem bardzo możliwe, że zainteresuje cię wszystko, co zaraz przeczytasz, bowiem pomoże ci to wybierać związki w sposób bardziej świadomy, odkryć, czego nie chcesz w relacjach, a w końcu tworzyć zdrowsze więzi: partnerskie, przyjacielskie, rodzinne i inne.
Rozdział 2
Nie kochaj mnie wiecznie, nie kochaj troszeczkę, kochaj mnie dobrze. Odpowiedzialność afektywna
Pojęcie „odpowiedzialność afektywna” narodziło się w latach osiemdziesiątych XX wieku w wyniku pierwszych analiz relacji poliamorycznych. Poliamoria oznacza relacje miłosne pomiędzy trzema lub więcej osobami w tym samym czasie, nawiązywane świadomie, za zgodą i etycznie. Teorie na temat poliamorii bronią stanowiska, że miłości nie można ograniczać, a kochać kogoś oznacza pragnąć dla tej osoby wszystkiego, co najlepsze, a więc także tego, by mogła ona rozszerzyć swoje życie uczuciowe na inną lub inne osoby, jeśli to właśnie sprawia, że czuje się wolna i szczęśliwa. W rezultacie, jeśli zaczyna się oceniać poliamorię jako jedną z opcji tworzenia relacji (przecież istnieje ona jak świat światem) i uważa się, że jest równorzędna monogamii, dostrzega się konieczność pewnych umów i płynnego przepływu informacji pomiędzy osobami w takim związku, by uniknąć nieprzyjemności, które czasem biorą się z głęboko uwewnętrznionych przekonań, będących wynikiem wychowania w monogamicznym świecie: nieradzenia sobie z zazdrością czy trudności ze stawianiem rozsądnych, zdrowych i jasnych granic.
A zatem czy odpowiedzialność afektywna dotyczy tylko związków poliamorycznych? Z pewnością nie, dlatego gdy rozważano te nowe możliwości, zaczęto zdawać sobie sprawę z konieczności przemyślenia na nowo sposobu, w jaki tworzymy wszelkiego rodzaju więzi, a także wzięcia pod lupę wzajemnej troski, empatii, zrozumienia i odpowiedzialności wszystkich osób połączonych dowolną więzią. A kiedy zaczęły dochodzić do głosu teorie feministyczne, zrodziła się też świadomość tego, jak na nasz sposób budowania związków wpływa koncept miłości romantycznej, głoszący, że miłość nieuchronnie wiąże się z cierpieniem i tworzy między mężczyzną a kobietą relacje oparte na schemacie władzy i podporządkowania, narzuca niezmienny podział ról płciowych oraz polega wyłącznie na relacjach heteroseksualnych i monogamicznych. Feminizm, domagający się równości i równouprawnienia kobiet oraz mężczyzn, uznawał za nieuzasadnione, by nasze relacje nadal regulowane były przez ten sztywny i archaiczny system. To tak, jakby całe społeczeństwo zmierzało w kierunku tworzenia sprawiedliwszego i bardziej zrównoważonego świata, ale nasze więzi utknęły w przestarzałych założeniach, które raz po raz doprowadzają nas do toksycznych relacji. W okresie rozkwitu feminizmu zaczyna ugruntowywać się pojęcie odpowiedzialności afektywnej jako koncepcji niezbędnej do przerwania toksycznych schematów wikłających nas w pozbawione równowagi i niesatysfakcjonujące relacje.
Etyka uczuć to inaczej rozumienie, że kiedy dwie lub więcej osób angażuje się w jakąś relację, każdy wstrząs w związku porusza emocje zarówno własne, jak i innych osób. Dlatego tak ważne jest, by porozumiewać się i dochodzić do zgody w taki sposób, by minimalizować szkody. Nasze działania oddziałują na wszystkie zaangażowane strony, dlatego ważne, by podejmować decyzje w taki sposób, aby nie szkodzić albo czynić jak najmniejszą szkodę każdemu, w tym również nam.
Przyjrzyjmy się w tym kontekście konsekwencjom, jakie może spowodować ghosting. Wyobraź sobie, że Víctor i Elena znają się już od jakiegoś czasu i regularnie ze sobą sypiają. Po wielu miesiącach Elena zaczyna zauważać zmiany – Víctor spotyka się z nią coraz rzadziej, a rozmowy na WhatsAppie, przedtem trwające godzinami, teraz ograniczają się do pięciu minut przed snem albo jego krótkiego „hahaha”, kiedy ona prześle mu coś śmiesznego. Elena dostrzega, że Víctor nie jest już tak zainteresowany ich związkiem jak na początku, ale nie ma odwagi o to zapytać, bo kiedy już zamierzała to zrobić, Víctor znowu się do niej odezwał. Elena uznaje: „Mam jakąś obsesję, przecież wszystko jest w porządku, jak zawsze”.
Mijają kolejne tygodnie i Elena widzi, że Víctor znowu coraz bardziej się oddala, zaczyna więc myśleć, że albo to ona będzie wkładać więcej wysiłku w tę relację, albo wszystko pójdzie na marne. Dwoi się i troi, przygotowuje dla Víctora romantyczne niespodzianki, organizuje weekendowe wypady, pisze jeszcze częściej, dopytuje, czy czegoś mu nie potrzeba…
Ale równocześnie stopniowo zdaje sobie sprawę, że im bardziej się stara, tym bardziej Víctor wydaje się oddalać, a ona czuje coraz większą niepewność i brak satysfakcji. Co się dzieje? Relacja niezamierzenie stała się po prostu toksyczna. Elena szuka odpowiedzi, których nie otrzymuje, bo nie ma odwagi zapytać, postanawia więc stłumić niepokój i zignorować wszystko, co czuje i czego potrzebuje, a także stara się przypodobać Víctorowi za wszelką cenę i marzy, że kiedyś powróci magia z początków ich związku.
A co się dzieje z Víctorem? Może z wygodnictwa, a może z obawy przed niemiłą sceną, w której miałby powiedzieć Elenie, że z nią zrywa, zmusza się do pozostawania w relacji, która mu nie odpowiada. Unika stawienia czoła nieprzyjemnej sytuacji, w której miałby oświadczyć, że to koniec, aby nie musieć radzić sobie później z ewentualnym poczuciem winy. Dlatego postanawia po prostu zniknąć z życia Eleny – stopniowo przestaje odpowiadać na jej wiadomości, lajkować zdjęcia, chodzić w miejsca, w których bywali razem…
Zasadniczo Víctor uprawia zwyczajny ghosting. Sprawia, że Elena pogrąża się w morzu niepewności coraz głębiej, nie rozumiejąc, czy to ona zrobiła coś, co go dotknęło, czy też jest z nią coś nie tak, tylko nikt przed Víctorem tego nie zauważył. Najgorsza w tej sytuacji jest niewiedza, czy on zamierza wrócić, co pozostawia Elenę w stanie oczekiwania i blokuje jej możliwość ruszenia dalej, podczas gdy mężczyzna w pewien sposób już to zrobił.
Wiedząc to wszystko, mamy jasność, że Víctor absolutnie nie był i nie jest odpowiedzialny afektywnie wobec Eleny, bez względu na to, jakie byłyby jego intencje i motywacje. I nie chodzi tu o szukanie winnych, ale wskazanie nieodpowiedzialnych zachowań. Jeśli choć raz byłaś na miejscu Eleny, powinnaś wiedzieć, że to nie ty ponosisz odpowiedzialność za to, jak zachował się twój „Víctor”, jesteś natomiast w stanie nauczyć się identyfikować ten typ zachowań, aby następnym razem zauważyć, gdy coś takiego się wydarzy (choć mam nadzieję, że tak się nie stanie). Kiedy dostrzegasz dziwne zachowania, masz prawo o nie pytać, i jeśli relacja nie daje ci tego, czego szukasz i na co zasługujesz, masz także prawo się z niej wycofać. Tak, wiem, że to nie jest łatwe, ale kiedy dostrzegasz dynamikę związku, w którym się poświęcasz i chcesz za wszelką cenę troszczyć się o drugą osobę i ją zadowalać, byle tylko z tobą została, powinna ci się zapalić czerwona lampka. To nie jest ani dobra miłość, ani zdrowa relacja, a jeśli nic z tym nie zrobisz, to wszystkie trudności, których teraz próbujesz uniknąć, wrócą do ciebie z o wiele większą siłą.
Teraz, skoro już wiemy, jak rozpoznać dowodzące braku odpowiedzialności afektywnej zachowania Víctora, w jaki sposób mogłybyśmy rozpoznać odpowiedzialne zachowania, gdyby postąpił inaczej? Przede wszystkim przy podejmowaniu decyzji dotyczącej zakończenia związku musiałaby zaistnieć przesłanka etyki uczuciowej. To znaczy, że Víctor musiałby być uczciwy wobec Eleny, ale także wobec siebie, oraz działać w taki sposób, żeby wyrządzić sobie i jej jak najmniejszą krzywdę. Oczywiście, gdy podejmuje się podobną decyzję, choćby się bardzo pragnęło nikogo nie skrzywdzić, zawsze ktoś ucierpi. Ale ważne jest, by przeanalizować potencjalne szkody, stawiając na wyobrażonej szali wszystkie możliwe opcje i szacując, która będzie najmniej bolesna.
Potencjalnym przykładem odpowiedzialnego zachowania Víctora byłoby stwierdzenie: „Eleno, bardzo fajnie było cię poznać, super nam było razem, jesteś wartościową osobą. Właśnie dlatego chcę być z tobą zupełnie szczery, bo na to zasługujesz. Muszę ci powiedzieć, że w tej chwili już nie czuję tego, co wcześniej, i nie mogę kontynuować naszego związku. Nie dlatego, że zrobiłaś cokolwiek nie tak ani że nie jest mi z tobą miło, po prostu tak czuję i uważam, że uczciwie jest ci to powiedzieć, żebyś i ty mogła podjąć decyzje, które sprawią, że będziesz szczęśliwa”.
Uważam, że kiedy podejmujemy jakąś decyzję dotyczącą naszego związku, powinniśmy ją zakomunikować i omówić wszystko, co z niej wynika. Ważne jest, by wprowadzić swoje postanowienie w życie i trwać przy nim z upływem czasu. Czy to oznacza, że nie możemy zmienić zdania? Oczywiście, że możemy, ale czym innym jest chęć przywrócenia poprzedniego statusu relacji, a czym innym sytuacja, w której czujemy i myślimy to samo, chcemy natomiast wycofać się z podjętej decyzji, gdyż ważniejsze stają się inne nasze osobiste interesy, o których druga strona nie ma bladego pojęcia. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie kontynuacji historii Víctora i Eleny.
Można logicznie założyć, że skoro relacja się zakończyła, kończy się też odpowiedzialność afektywna, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest. Wyobraźmy sobie, że jakiś czas po rozstaniu Víctor czuje się bardzo samotny i żeby zagłuszyć tę samotność, zastanawia się, czy nie napisać do Eleny. W końcu to robi, spędzają ze sobą wieczór i idą do łóżka. To spotkanie wyzwala w Elenie potężne emocje. Znowu czuje, że Víctor jest „tym jedynym”, a ich relację, pomimo przeżytego ghostingu, „jeszcze da się uratować”. Elena wysyła więc Víctorowi wiadomość, w której pisze, jak się cieszy i jak było jej z nim miło poprzedniego wieczora. Ale Víctor odpowiada monosylabami, nie bardzo angażując się w rozmowę.
Dzieje się tak dlatego, że uczucia Víctora wobec Eleny nie uległy zmianie, mężczyzna wie, że nic do niej nie czuje, ale potrzebował towarzystwa, a Elena zawsze była chętna do pomocy. Egoistycznie zbliża się do Eleny tylko dlatego, że ona będzie dostępna, by zapełnić jego pustkę. A więc w czym problem? W tym, że Elena o tym wszystkim nie wie; już dawała sobie radę z żałobą po związku, kiedy nagle Víctor się objawił, „potrzebując jej”, podczas gdy w rzeczywistości potrzebował tylko nie być akurat wtedy sam. Później Elena znowu nie wie, co myśleć, kiedy Víctor po spotkaniu okazuje chłód i odcina się od niej bez żadnego wyjaśnienia swoich nagłych zmian w zachowaniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
