Opis

OBUDŹ SIĘ I ŚNIJ

Jest rok 1940 i Hollywood zostało zdominowane przez emotyki, filmy wykorzystujące tajemnicze pole Bechmeira, do przekazywania uczuć i wrażeń bezpośrednio do umysłu widza. Clark Gable, były gwiazdor, zmuszony do podjęcia pracy prywatnego detektywa, zostaje wynajęty przez April Lamotte, która zleca mu na jeden dzień, by podszył się pod jej męża, scenarzystę-samotnika, który ma sprzedać scenariusz biograficznego filmu, opowiadającego o wynalazcy pola Bechmeira. Po podpisaniu kontraktu, ktoś próbuje zabić Gablea i upozorować jego samobójstwo. Detektyw wszczyna samodzielne dochodzenie, pozwalające mu odkryć spisek, w który zamieszane są osoby należące do hollywoodzkiej elity, często ginące w tajemniczych okolicznościach. Wszystkie wątki prowadzą do czegoś o nazwie Thrasis, sekretu wartego ludzkiego życia. MacLeod ze znawstwem uderza we wszystkie właściwe nuty, tworząc mroczną, fascynującą, dziwną opowieść, pełną melancholii spod znaku noir, wrażliwości na szczegóły i wielu błyskotliwych dialogów.

TCHOROSTY I INNE WY-TCHNIENIA

Siedem długich opowiadań i nowel (pierwotnie publikowanych od 1996 do 2001 w czasopismach SF/F), które składają się na tę ambitną kolekcję utworów brytyjskiego autora Iana R MacLeoda. W tytułowej noweli, dziewczyna imieniem Dżalila wychowuje się na Habarze, planecie zaludnionej niemal wyłącznie przez kobiety. Bohaterka osadzonej w czasach drugiej wojny światowej fatalnej laluni nosi swoje przezwisko, ponieważ piloci, którzy z nią tańczą, giną na polu walki. Walt Williams, złoty chłopiec brytyjskich sił powietrznych, uosobienie szczęścia, odnajduje ją z powodów zarazem prostych i złożonych, a fatalna lalunia dowiaduje się, czy naprawdę powoduje śmierć żołnierzy, czy po prostu przyciąga tych, którzy stracili nadzieję. W większości tekstów z tego zbioru, wyraźnie zarysowany bohater staje przed pewnego rodzaju wyzwaniem bądź zadaniem, przechodzi przez moment straty bądź doznaje traumy, a doświadczenia te pozwalają mu się rozwinąć. MacLeod z wielką wrażliwością rozpoznaje kondycję ludzką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1099

lub

Tytuł oryginału:Breathmoss and Other Exhalations. Wake Up and Dream

Copyright © 2004, 2011 by Ian R. MacLeod

Copyright for the Polish translation © 2015 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt graficzny serii i opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracja na okładce: Irek Konior

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-570-4 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 e-mail: [email protected]

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

TCHOROSTY

Dla Valdy iColina

Wielkie kłamstwa

Wśród całego zgiełku, z jakim rozmawia się o tym lub innym rodzaju literatury, często i łatwo zapomina się, o co tak naprawdę chodzi w pisaniu fikcyjnych opowieści. Owszem, można posługiwać się szufladkami, definicjami, lecz one nigdy nie dotykają istoty rzeczy, zawsze stanowią pewnego rodzaju skrót. Fikcja, nawet ta najbardziej realistyczna, nawet taka, która stara się przedstawić coś zbliżonego do prawdy – przesłoniętej tylko cienkim całunem fantazji, lub wręcz ponoć nagiej – zawsze jest czymś zmyślonym. Jeżeli ktoś szuka rzeczywistości, powinien zwrócić się gdzie indziej. Niemniej, dziwną cechą nas, ludzi, jest to, że ciekawość mocniej pobudzają wydarzenia, jakie nigdy nie nastąpiły, niż te, które się istotnie wydarzyły.

Skoro wszystkie opowieści są ciekawymi kłamstwami i gdyby spróbować ustalić jedną, ogólną zasadę dla całego gatunku historii fantastycznych, mogłaby ona brzmieć: Jeżeli próbujesz kłamać, rób to na wielką skalę. Dlaczego osadzać wydarzenia we własnej wersji istniejącego miasta, skoro można wymyślić całe nowe miasto? A kiedy już zaczyna się sobie to nowe miasto wyobrażać, wydaje się niemal brakiem wyobraźni autora, jeżeli ograniczy się tylko do zwykłej architektury, tradycyjnych nazw ulic, tradycji i sklepowych witryn. Szkoda byłoby tak się zamykać. I gdy już raz pójdzie się tą drogą, zawsze – jak sądzę – istnieje pragnienie, by posunąć się nieco dalej. Być może potrzeba owa rodzi się po prostu z czegoś tak pospolitego jak naturalna, ludzka tendencja do przesady.

Dla mnie, najpierw jako czytelnika, potem także jako autora, ów paradoks Wielkiego Kłamstwa zawsze był zjawiskiem fascynującym. Dlaczego tak często bardziej przejmujemy się losami fikcyjnych bohaterów, niż własnych kolegów czy sąsiadów? I dlaczego ta troska wybiega w nierealną przeszłość, tudzież nieznaną przyszłość? Myślę, że podstawowy powód jest ten sam, i sprawia, że w ogóle chcemy czytać jakiekolwiek opowieści. Historie, ze swymi wielkimi i małymi kłamstwami, znacznie lepiej radzą sobie z przyczynami i skutkami, szczęściem i smutkiem, miłością, nienawiścią, odkupieniem i wszystkimi innymi rzeczami, których pragniemy i jakich się boimy. Lepiej niż nasze własne życie.

Zauważycie, że niektóre z kłamstw, jakie snuję w tej książce, opowiadają o przyszłości, a inne opisują dziwne wersje teraźniejszości lub przeszłości. Są tu miasta z pewnością daleko bardziej dziwne i odległe niż te, które możemy odwiedzać dzisiaj. Są tu również – mam nadzieję – cuda, wspaniałości i groza. Natkniecie się też jednak na rzeczy, uczucia i chwile, które z premedytacją miały przypominać nam miejsca, w jakich znajdujemy się sami, emocje przeżywane ledwie wczoraj i sny, jakie wyśnimy tej nocy, a ujrzymy jutro po przebudzeniu.

Opowieści są kłamstwami skomplikowanymi. Rozciągają wyobraźnię i proszą, byśmy uwierzyli i przejmowali się nieistniejącymi sprawami. A dla mnie najlepszymi historiami są te, które snują kłamstwa największe i posyłają naszą wyobraźnię jak najdalej. Nie dlatego, że każą nam skakać przez całe, niewiarygodne lata świetlne, ani dlatego, że poddają nas niebywałej dziwności bądź grozie, ani też – zwłaszcza – nie dlatego że przypominają opowieść czytaną w zeszłym tygodniu. Najlepsze opowieści, takie jakie staram się tworzyć, to te, które sprawiają, że zaczynamy myśleć, historie zaskakujące nie dlatego, że pokazują nam coś nowego, lecz dlatego, że w swoim krzywym zwierciadle kłamstwa ukazują nam coś, co – jak nagle zdajemy sobie sprawę w cudownym przebłysku zrozumienia – wiedzieliśmy i znaliśmy od dawna. Zapomnijmy więc, przynajmniej na chwilę, o kategoriach, a nawet o tym, co jest lub nie jest prawdziwe. Nacieszmy się kilkoma Wielkimi Kłamstwami.

Ian R. MacLeod

West Midlands, Wielka Brytania

październik 2003

Tchorost

1.

W dwunastym roku standardowym swego życia, w którym na Habarze przypadała Pora Mżawek, Dżalila wyruszyła z matkami przez góry, z płaskowyżu Tabuthal na wybrzeże. Podróż okazała się dla wszystkich nieśpiesznym odkryciem – kamasziny już dawno ustały, świat był świeżo wilgotny, hajawany, na których kobiety jechały, zaczęły pokrywać się rdzą, a fioletowo-zielona roślinność szeleściła pod wielkimi i płaskimi jak talerze łapami tych wierzchowców. Dżalila oglądała klify i kasry, jakie odwiedzała przedtem jedynie w swym namiocie snów, i płynęła przez wysokie górskie rozpadliny po linowych mostach, skonstruowanych przez jej odległych przodków i ukazywanych przez wylęknioną wyobraźnię jako kruche i sypiące się ze starości, a w rzeczywistości okazały się mocne, choć delikatne; wielkie, ociekające wodą konstrukcje podnosiły się z mgły niczym cielska mądrych olbrzymów, cicho nucąc i zapraszając ją i jej hajawana – którego nazywała imieniem Robin – w kokony swych łatwych objęć. Wjechanie na nie, poza krawędź, prosto w szarozieloną nicość, równało się niemal lataniu.

Najdziwniejszym ze wszystkiego, podczas tej pełnej odkryć wędrówki, był fakt, iż w miarę jak zjeżdżały coraz niżej, teren jakby się unosił. Po zwinięciu każdego kolejnego obozu, po przebyciu następnego etapu drogi ku nizinie wzrastało w nich poczucie, że znajdują się wyżej. Powietrze na płaskowyżu Tabuthal było rozrzedzone – Dżalila wiedziała o tym z lekcji przyswojonych w namiocie snów – do gwiazd było stamtąd tak niedaleko, że Pavo tuż po narodzinach córki musiała założyć jej maskę na twarz, póki tchorost nie zagnieździł się w jej płucach. I było tam bezchmurnie, obłoki nie pojawiały się na płaskowyżu nigdy, chociaż niezmiennie panował przyjemny chłód. Słońce świeciło przez cały dzień, mocne i zimne, zawieszone wśród błękitnej czerni, podobnie jak miliard gwiazd nocą, aczkolwiek Dżalila nigdy o tych sprawach nie myślała – nie, kiedy hasała pomiędzy kryształowymi drzewami, a jej matki uśmiechały się i od czasu do czasu przypominały, że pewnego dnia wszystko będzie się musiało zmienić.

I teraz właśnie ten dzień nadszedł, a okolica – gdy jej hajawan skręcił na ścieżkę wiodącą przez urziemski las obco wyglądających drzew o pomarszczonych brązowych pniach i miękkich zielonych liściach, a teren obniżył się gwałtownie i Dżalila ujrzała na horyzoncie pierwszy przebłysk czegoś odległego i płaskiego – nigdy nie wznosiła się tak wysoko.

* * *

Góry na wybrzeżu były widoczne już tylko za nimi i dokoła zatoki. Mieszkało tu wiele ludzi. Być może nie tak nieprzebrane tłumy, o jakich Dżalila słuchała w opowieściach namiotu snów o Dziesięciu Tysiącach i Jednym Świecie, lecz wystarczająco wiele, by idąc po raz pierwszy ulicami miasta – w którym budynki tuliły się do siebie niedorzecznie ciasno – i spoglądając w twarze przechodniów, nabrała pewności, że nigdy nie zdoła poznać rodzin ich wszystkich.

Miasto nazywało się – z powodu swego położenia u podnóża gór – Al Dżanb i, ku uldze Dżalili, ich nowy haramlek znajdował się w pewnej odległości od niego, u kresu niemal niedostrzegalnej, bitej ścieżki, która odbijała wężowo od czarno-niebieskiej, wyłożonej nierównymi płytami, nadmorskiej drogi. Po długim czasie, na jaki jej matka więzi Lya porzuciła to miejsce, należało dokonać licznych napraw. Mury wzniesiono ze stopionego kamienia, lecz konstrukcję dachu zbudowano z tej samej dziwnej substancji, co rosnące w górach urziemskie drzewa. W wielu miejscach zapadał się, przeciekał i skłaniał w stronę chaosu, który dążył tu do ogarnięcia wszystkiego dokoła. Także hajawany w swych prowizorycznych stajniach wciąż wymagały sporo uwagi, nadal przyzwyczajały się do nowego klimatu. Matka Pavo już od dawna zajmowała się tworzeniem mikstur koniecznych do naprawienia krwawiących wiązań rdzewiejącego metalu i ciał wierzchowców, oraz do zwalczania pleśni zarastającej ich pociągłe, poważne twarze niczym powoli spływające łzy. W normalnej sytuacji Dżalila czułaby się głęboko zasmucona myślą o cierpieniach, jakich nowy klimat przysparzał Robin, lecz była zbyt zaprzątnięta własną chorobą i nie mogła się troszczyć o nic innego. Paradoksalnie – jako że w wonnym, morskim powietrzu było tak dużo tlenu – każdy oddech stawał się dla dziewczyny świadomym wysiłkiem, koszmarnym fizycznym wyzwaniem. Wdychanie wilgotnej, słonej, pełnej zarodników atmosfery przypominało wsysanie zupy przez słomkę. Na jakiś czas ogarnęła ją gorączka i odcierpiała też wyrazy atencji ze strony tej samej pleśni, która porastała Robin, chociaż atakującej w bardziej drażniących i wstydliwych miejscach. A jeszcze bardziej irytujące było to, że Ananke – jej matka krwi – pospołu z matką więzi Lyą i nawet z Pavo – wciąż zajętą oporządzaniem hajawanów – traktowały jej przypadłości i gorączkę z lekceważącym brakiem zainteresowania. Zapewniały ją tylko niejasno, że w młodości same cierpiały podobnie. Dodawały również, że tak czy inaczej, pogoda niedługo się zmieni. W uszach Dżalili, która całe życie spędziła w chłodnym i niezmiennie jasnym słońcu Tabuthal, gdzie wiatr wiecznie wiał z jednego kierunku, a drzewa pobrzękiwały niczym sople lodu, ta ostatnia uwaga mogłaby równie dobrze zostać wygłoszona w obcym języku.

Dżalila czuła się coraz gorzej. Deszcz bębnił o to, co w ich haramleku uchodziło za dach. Krople kapały i zbierały się kałużami na prowizorycznych markizach, które całymi wiadrami zalewały osoby nieostrożne na tyle, by je potrącić. Przez pozbawione szyb okna, ze wszystkich stron, wpływały pasma mgły, a góry przez większość czasu składały się jedynie z chmur, bądź przestawały istnieć zupełnie. Kaszlała. Na dłonie wypływała jej z ust dziwna substancja, śliska i zielona, zupełnie jak ten szlam, który próbował tutaj zarosnąć cały świat. Pewnego ranka obudziła się z przekonaniem, że pękła jakaś ważna część jej ciała. Wydostała się chwiejnie z namiotu snów i wyszła na zewnątrz pod rusztowaniem, które zdążyło już otoczyć haramlek. Ruszyła boso po błotnistej ścieżce i dalej, na drugą stronę cichej, czarnej drogi, aż na plażę. Nie powodowało nią nic poza pragnieniem ucieczki.

Ciężko dysząc, stanęła wśród zebranych między skałami sadzawek słonej wody. Włosy oblepiały jej twarz, skóra swędziała. Czuła coś na tylnej ściance gardła. Coś tkwiło też w płucach. Była przekonana, że to coś zapuściło tam korzenie i rosło. Zaczęła kasłać tak gwałtownie jak nigdy przedtem i wyrzuciła z siebie, na ręce i brodę, jeszcze więcej zielonej masy. Zgięła się wpół. Wypluwała wielkie pajdy mazi wymieszanej z nitkami krwi. Gdyby substancja nie była przede wszystkim zielona, miałaby pewność że to jej własne płuca. Nigdy nawet nie wyobrażała sobie takiego cierpienia. Wreszcie jednak, po kilku momentach fałszywej ulgi, po długiej szarpaninie i spazmach, atak ustąpił. Wytarła dłonie w koszulę nocną. Na kamieniach dokoła widniały zielone plamy. Był to tchorost: rodzaj mchu pozwalający jej żyć i oddychać na płaskowyżu. A teraz? Patrzcie tylko! Dżalila zaczerpnęła ostrożnie tchu. I jeszcze raz. Bolało ją gardło. W głowie czuła pulsujący ból. Niemniej jednak, oddychanie stało się nagle niemal niedorzecznie łatwe. Dziewczyna wróciła z powrotem przez plażę i mgłę do haramleku. Matki spożywały właśnie śniadanie. Dżalila przysiadła się do nich bez słowa i zaczęła jeść.

Ten nocy przyszła do Dżalili Ananke. Usiadła obok córki, leżącej w ciemności namiotu snów i próbującej nie słuchać odgłosów deszczu padającego do wnętrza skrzypiącego, przeciekającego budynku. Muskające twarz Dżalili dłonie matki krwi nawet teraz pachniały płaskowyżem, przypominały go też w dotyku. Były szorstkie, czyste i ciepłe, niczym skały stygnące w blasku gwiazd. Kilka miesięcy wcześniej Dżalila zapewne zalałaby się łzami.

– Teraz być może już rozumiesz, dlaczego uznałyśmy, że lepiej będzie, jeśli nie opowiemy ci o tchoroście...?

Ananke opatrzyła zdanie znakiem zapytania, lecz Dżalila nie zwróciła na to uwagi. Wiedziały od samego początku! Wciąż była wściekła.

– Twoje ciało przejdzie wkrótce jeszcze inne zmiany. Zmiany niemające nic wspólnego z tym miejscem. Opowiem ci teraz o nich wszystkich, choć wiem, że powiesz, że już to wiedziałaś...

Szorstkie palce gładziły jej włosy. Słowa Ananke płynęły – mówiła o zmianach, obrzmieniach i rozrostach, o jakich Dżalila nigdy nie sądziła, że staną się udziałem jej ciała, i które te cuchnące niziny istotnie przyśpieszały – a dziewczyna myślała o wietrze podzwaniającym wśród kryształowych drzew Tabuthal. Myślała o wietrze owiewającym jej twarz, suchym i chłodnym. Tutejsze wilgotne powietrze dusiło. Chciała pobiec. Pragnęła uciec.

* * *

Al Dżanb było małe, lecz większego miasta Dżalila nie widziała nigdy i wkrótce zaczęła się chętnie zgłaszać do załatwiania rozmaitych sprawunków dla matek zajętych odbudową i remontem haramleku. Dotąd była przyzwyczajona do szerokich krajobrazów, rozległych horyzontów i do zaskoczeń niesionych przez bezkres pejzażu, podkradających się z wolna, widocznych od wielu mil. Tutaj jednak zaskoczenia i gwałtowne zmiany czyhały za każdym zakrętem. Ludzkie oblicza były tak samo różnorodne jak akcenty, którymi się posługiwali. Mieszkanki Al Dżanb rozwieszały bieliznę do suszenia ponad ulicami, sprzeczały się ze sobą publicznie i publicznie paliły. Niektóre jadły obiema rękoma. Kiedy się je mijało, przyglądały się bacznie i najwyraźniej nie przeszkadzało im, jeżeli odpowiedziało się spojrzeniem. Wszędzie pojawiały się nieznajome widoki i wonie, a także targi rozkwitające w pewne dni, w myśl wskazań niezrozumiałego dla Dżalili kalendarza. Sprzedawano na nich – rozłożone na połyskujących, lśniących, cuchnących, odrażających i fascynujących straganach – rzeczy najprzedziwniejsze i najbardziej cudowne. Owoce spoza planety, przyprawy w kształcie owadów oraz owady, które po skruszeniu stawały się przyprawami. Były tam chmary kadzi pełnych towarów, dla których zastosowania Dżalila nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. I te jaskrawo ubarwione jedwabie, tak delikatne jak rozgwieżdżone powiewy, za którymi tęskniła i których pragnęła niemal fizycznie. Niekiedy też można było zauważyć obcych – przechadzali się ulicami Al Dżanb, lub wyglądali z okien na piętrach, przypominając dziwaczne, oprawione w wiekowe ramy portrety. Niektórzy nosili ze sobą własne powietrze zamknięte w bulgocących fajkach wodnych, inni turlali się wewnątrz wielkich szarych kul z morzem ich planet, niczym dzieci w sakwach porodowych. Część z nich wyglądała jak większe odmiany korzennych owadów, a jeśli podeszło się do nich zbyt blisko, w powietrzu rozlegało się wściekłe brzęczenie. Wszystkich obcych łączyło ze sobą jedynie to, że wydawali się beztrosko nieświadomi obecności Dżalili, gdy ta się im przyglądała lub za nimi chodziła. Po tym wszystkim wracała do matek, które posłały ją do miasta, niewybaczalnie spóźniona. Czasami zupełnie zapominała, co miała załatwić.

– Musisz się nauczyć przyzwyczajać do świata... – stwierdziła pewnego późnego popołudnia szczerze poirytowana Lya, jej matka więzi. Dżalila powróciła właśnie bez narzędzia, o jakie została poproszona jeszcze rano. Zapomniała nawet jego nazwy i zastosowania. – Ani ten, ani żaden inny świat nie stanie się nigdy twoim domem, jeżeli każda najmniejsza rzecz wciąż będzie cię zaskakiwać...

Dżalili jednak niespodzianki nie przeszkadzały w nawet najmniejszym stopniu; prawdę powiedziawszy, nauczyła się nimi cieszyć i gdy pojawiła się następna potrzeba wyprawy do Al Dżanb – tym razem po nowy kryształ nasienny do rusztowania – zaczęła błagać, by pozwolono jej pójść, i matki wreszcie ustąpiły, choć ostrzegawczo kręciły przy tym głowami.

Deszcz w końcu ustał, lub przynajmniej urządził sobie całodniową przerwę, aczkolwiek wszystko wciąż wydawało się Dżalili – idącej nadmorską drogą ku chaotycznemu, gwarnemu Al Dżanb – mokre i zielone. Rozumiała, przynajmniej w teorii, że deszcz zapewne pojawi się z powrotem, po czym ustąpi i wróci raz jeszcze, lecz że będzie się to powtarzało coraz rzadziej, mniej więcej w ten sam sposób, w jaki stopniowo zrobi się coraz cieplej. Nadal jednak uważała za śmieszne, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy dokładnie nastanie na Habarze prawdziwa Pora Lata i jaka się okaże. Łodzie, które teraz widziała, rybaczki w swoich felukach, pływające poza białymi pasmami spienionych fal, wszystko to zależało od tej niepewności oraz od zwyczajów ławic białogrzbietów, które nadpływały i na powrót znikały w oceanie i których następny urodzaj można było określić jedynie w podobnym co aurę przybliżeniu. W porównaniu z Tabuthal, świat na wybrzeżu okazał się okropnie nieprzewidywalny! Targi, ludzie, schnąca bielizna, słońce, deszcz, obcy. Nawet przyciągające i odpychające morskie fale Hajam i Walah, księżyce Habary, do których oglądania Dżalila przywykła już dawno, musiały się tutaj przebijać przez chmury niczym armatnie kule przez bawełnę. Dzisiaj jednak, przeskakując poprzeczne ostrogi na długiej, kamienistej plaży – ta trasa stanowiła podczas odpływu dogodny skrót do centrum miasta – zauważyła coś, co zdumiało ją bardziej niż wszystko dotąd.

Łódź, wyciągnięta z wody daleko na brzeg, dłuższa, bardziej czarna i wyglądająca na cięższą od feluki. Łódź, na której dziobie wznosiło się coś w rodzaju szopy bądź zgrzebnego domku oraz z dźwigiem na rufie tak masywnym, iż Dżalila zaczęła się zastanawiać, czy nie przewróciłby całości, gdyby statek trafił na wodę. Mimo wszystko, to nie łódź zwróciła w pierwszej chwili jej uwagę, a pracująca na pokładzie postać. Nawet stąd, gdy nieznajoma szarpała się z linami, widać było, że jest w niej coś innego, zarówno w sylwetce, jak i w sposobie poruszania się. Znowu obcy? Ale nie, wyglądała na człowieka. Była bosa, ubrana w wystrzępione szorty i z nagą piersią. Prawdę mówiąc, pierś miała jeszcze tak samo płaską jak Dżalila. Także wzrostu i wieku musiała być mniej więcej Dżalili. Dziewczyna wciąż nie przywykła do przedstawiania się nieznajomym, lecz postanowiła, że przynajmniej podejdzie i uda zainteresowanie – lub zdziwienie – tą dziwną łodzią.

Nieznajoma przerzuciła ponad burtą kolejny zwój liny i wydała przy tym jęk, który doleciał Dżalilę wraz z wonną morską bryzą. Skórę miała brązową jak herbata. Gęste, upięte z tyłu włosy zwisały jej długim kucykiem na plecy. Miała szerokie ramiona i ruszała się w sposób, który nie był do końca dziwny, lecz nie był także całkiem normalny. Trochę jakby miała w grzbiecie jakiś dodatkowy staw. Kiedy Dżalila przeskoczyła ostatnią ostrogę i żwir zagrzechotał pod jej nogami, postać uniosła wzrok i ukazała swą twarz. Twarz o wielkim nosie i mocno zarysowanej brodzie, oblicze dziwacznie płaskie i szerokie. Nawet dziecko lepiące ludzką postać z gliny poradziłoby sobie lepiej.

– Przyszłaś mi pomóc?

– Możliwe. – Dżalila wzruszyła ramionami.

– Mówisz z zabawnym akcentem.

Stały przed sobą i mierzyły się spojrzeniami. Nieznajoma miała szare oczy, również wyglądające niecodziennie. Być może pochodziła spoza planety. To mogło wiele wyjaśnić. Dżalila słyszała, że niektórzy pozwalają sobie robić różne rzeczy z ciałem, by móc zamieszkać w innych miejscach. Domyślała się, że jednym z takich zabiegów jest przyjmowanie tchorostu, chociaż nigdy dotąd nie myślała o nim w ten sposób. I nie mogła sobie wyobrazić świata, na którym życie wymagałoby takiego oszpecenia, jakie widziała przed sobą.

– Tutaj wszyscy mówią dziwnie – odparła. – Ale ty także.

– Nazywam się Kalal. A to nie jest żaden akcent, tylko po prostu mój głos. – Kalal spojrzała na swe zatłuszczone ręce, być może zastanawiając się, czy nie wytrzeć jednej i nie podać jej do uściśnięcia, z czego po chwili zrezygnowała.

– Och...?

– Ty nic nie rozumiesz, prawda? – Ten szorstki głos. I niezwykły sposób, w jaki skrzywiła się przy uśmiechu.

– A co tu jest do rozumienia? Jesteś po prostu...

– ...mężczyzną. – Kalal podniosła z kamieni splot liny i wskazała brodą inną, leżącą obok. – Więc jak? Pomożesz mi z tym czy nie?

* * *

Powróciły deszcze. Tym razem rozpoczęły się czymś, co nazywa się „dżdżem”, po czym rozrosły się do skali „ulewy”. Morskie pływy sięgały wyjątkowo daleko. Przyszły burze i białe trzaski błyskawic. Huczał wicher zupełnie różny od kamaszina. Matki Dżalili kazały jej zachować cierpliwość, czekać i pamiętać – „Proszę, Dżalilalin, tym razem nie zapomnij, nie zmarnuj dnia nam wszystkim” – o rzeczach, po które posłały ją wyłożoną nierównymi płytami drogą do Al Dżanb. Szła mozolnie na wietrze, ukryta pod parasolem – jeszcze jeden nowy i bezużyteczny nadmorski przedmiot, wywracający się na lewą stronę tyle razy, że ostatecznie cisnęła go do morza, po którym popłynął radośnie, jakby właśnie dla tego żywiołu został zaprojektowany. Niemal wszystkie feluki zostały wyciągnięte na brzeg i leżały po drugiej stronie drogi, bezpiecznie ukryte przed bijącymi szaleńczo bałwanami. Po większej łodzi, należącej do Kalala, nie było jednak śladu. Być może on – tak chyba brzmiało to starożytne określenie płci, prawda? – był teraz gdzieś tam, gdzie chmury zderzały się ze sobą, hucząc przy tym niczym głazy. A może po prostu wyobraziła sobie całe to spotkanie?

Do haramleku wróciła zaskakująco prędko i przynajmniej tym razem dostarczyła sprawunki, o jakie ją proszono. Wysuszyła się i zagrzebała w namiocie snów, by dowiedzieć się od niego wszystkiego co tylko mogła na temat istot zwanych „mężczyznami”. Podobnie jak w wypadku wielu innych dotyczących życia kwestii w tym krępującym, ciekawym i trudnym okresie, jeszcze kilka miesięcy temu, na Tabuthal, Dżalila upierałaby się, że wie o mężczyznach wszystko. Teraz nie była już jednak taka pewna. Kalal – mimo swej brzydoty i dziwacznego, szorstko-piskliwego głosu oraz nieznacznie dziwacznego zapachu – nie bardzo przypominał te dzikie, wilcze istoty o włochatych twarzach, jakie pamiętała z dziecięcych bajek, i nie wydawało się, że żywi szczególne pragnienie, by krzykiem i przemocą zaciągnąć ją do swej cuchnącej jaskini, ani by zbierać dziwne i niepotrzebne przedmioty, którymi potem by ją obdarzył. Namiot poinformował Dżalilę, że dawniej – z tajemniczych, związanych z biologią powodów, których nie udało się jej do końca zrozumieć – we wszechświecie występowało znacznie więcej mężczyzn; niemal tylu, ile żyło wówczas kobiet. Oczywiście wymarli. Następnie sprawdziła znaczenie słowa „gwałt” – chciała się przekonać, czy to naprawdę to, co sobie wyobrażała – i zadrżała, lecz mimo to obejrzała na niebywale szczegółowym hologramie organy, które Kalal ukrywał pod szortami, gdy pomagała mu zwijać liny. Nie mogła nie żywić wobec niego współczucia. Takie to brzydkie i bezsensowne. Czyżby przyszedł na świat wskutek jakiegoś wypadku? A może klątwy? Zaczął ją morzyć sen. Temat ją nużył. Ostatnią informacją, jaką zapamiętała, było to, że Kalal wcale nie jest prawdziwym mężczyzną, tylko „chłopcem” – istotą na poły uformowaną; odpowiednikiem dziewczyny – jeszcze jedno stare urziemskie słowo. Wtedy zasnęła i znalazła się z powrotem w blasku gwiazd, wśród kryształowych drzew Tabuthal, gdzie, tańcząc z własnym odbiciem, zastanawiała się, która z nich naśladuje którą.

Następnego dnia rano słońce zaświeciło tak, jakby ani na chwilę nie przestało. Gdy Dżalila wyszła na nowo uformowane patio, obrzuciła jasny dzień takim samym oceniającym spojrzeniem – „Czyżbyś znowu coś knuła?” – jakim patrzyły na nią matki, kiedy wracała z Al Dżanb. Słońce już kilka razy wcześniej robiło tę sztuczkę. Najpierw wydawało się, że jest gotowe zostać z nimi na stałe, a potem, jeszcze przed obiadem, znikało w mokrym mroku. Dzisiaj jednak świeciło bez przerwy. Podobnie nazajutrz. I jeszcze w dzień potem. Gdy słońce nie zgasło przez kolejne pół miesiąca, Dżalila nabrała pewności, że na Habarze nastała wreszcie Pora Lata.

* * *

Kwiaty oszalały, zwariowały także owady. Wszędzie pojawiły się kolory – pulsowały przed oczami, spływały rojnie po klifach ku morzu, które wyciągało się płaskie i spokojne, obrębione solą, niczym wielkie, wygrzewające się w słońcu zwierzę. W namiocie snów panował najczęściej chłód, a haramlek stał się teraz miejscem pełnym wysokich wiatrołapów zwanych malkafami, migocących wachlarzy i studziennych głębin. Gdy jednak wychodziło się na zewnątrz w południe, poza koronkowy cień muszaraby, wrażenie przypominało cios otrzymany gorącą żelazną patelnią w głowę. Horyzont się cofnął. Góry, wydały z siebie kilka ostatnich burzowych, mglistych pomruków – jakby odchrząkiwały – po czym objawiły się wreszcie wybrzeżu w pełni swego majestatu i wznosiły się wielkie swymi lesistymi zboczami, ponad które wzbijały się skaliste ramiona, ciągnące się nawet, gdy wzrok męczył się już unoszeniem. Wreszcie, nad nimi, niebo – zawsze o tej porze niebieskie – błękitne jak płomień. Nawet o północy widać było poblask tego wirującego ognia.

Dżalila nauczyła się słuchać porad matek i zmieniła rozkład dnia, dopasowując go do władczych wymagań niesłychanie uciążliwej pogody. Jeśli wstało się wcześnie, wypiło dużo wody i dwukrotnie skłoniło w kierunku Al Toman, dopóki gwiazda wciąż była tylko punkcikiem na zachodzie, można było dzień zaskoczyć – gdy rosa zalegała jeszcze na kamieniach i kolumnach, a powietrze było miękkie i jedwabiste niczym ramiona widmowych kobiet, jakie niekiedy nawiedzały noce Dżalili. Potem nadchodził czas na śniadanie i pracę oraz pora nauki. Ananke i Pavo przepytywały Dżalilę, by się upewnić, że córka dochowuje zaleceń Zakonów Wiedzy. Do południa jednak cienie się cofały, każdy najmniejszy ślad wilgoci parował, a w głowie zaczynały bzyczeć roje much. Wówczas szukało się już tylko własnego towarzystwa, choć nawet i jego się nie chciało. Padając w namiocie snów, marzyło się o mrozie i ciemności. Raz bądź dwa – wyłącznie, by dowieść, że da się to zrobić – Dżalila poszła o tej godzinie do Al Dżanb, aczkolwiek oczywiście wszystko było zamknięte, a całe miasto falowało i cuchnęło w upale jak skwaśniała galaretka. Do haramleku wróciła umorusana kurzem i przepocona, niemal na czworakach, z dudniącym bólem w głowie.

Wieczorem, gdy właściwy porządek świata powracał, kiedy Al Toman wisiałaby już na wschodzie, gdyby nie połknęły jej góry, a żar – który nie ustawał nigdy – był mimo wszystko łagodniejszy i bardziej znośny, matki Dżalili znów zaczynały odczuwać brak towarzystwa, głód jedzenia i potrzebę dyskusji. Właśnie chyba owe wieczory były najlepszymi momentami, jakie Dżalila zapamiętała ze swego wczesnego życia na wybrzeżu jedynego, wielkiego oceanu Habary; z tego okresu, gdy zmieniała się z dziecka w osobę dorosłą i kiedy jedynym trwałym elementem świata wydawała się nieskończona, fascynująca zmiana. Jakże się spierały! Lya – jej matka więzi i najstarsza z rodzicielek, nosząca siwe włosy rozpuszczone niczym pajęczyny, dumna ze swego wieku – wymachiwała ramionami, mówiąc i pijąc, wiecznie spowita kłębami dymu. Drobna Pavo, o obliczu gładkim jak rzeźba z drewna muszkatołowca, z małymi, dokładnymi rękoma, która wiedziała wiele, lecz rzadko cokolwiek twierdziła stanowczo. I Ananke – matka krwi Dżalili – którą spośród wszystkich trzech dziewczyna darzyła od urodzenia najgłębszą i najprostszą miłością. Ananke, która zawsze dotykała, zanim cokolwiek powiedziała, i która potrafiła wszystko naprawić swymi pięknymi, smutnymi oczami, jakby dotyk i spojrzenia były o wiele ważniejsze od słów. Dżalila również dojrzała. Dołączała do dysput i sporów – oczywiście uczestniczyła w nich od zawsze, ale obecnie krzywiła się na myśl o bezmyślnych bredniach, jakich matki musiały wysłuchiwać przedtem. Teraz – nareszcie – dysponowała własnymi prawdziwymi, porządnymi, uwagami na temat życia, całymi nowymi filozofiami, o jakich nawet nie pomyślał nikt na Dziesięciu Tysiącach i Jednym Świecie... Matki najczęściej słuchały. Czasami zachowywały się nawet tak, jakby dały się mądrościom córki przekonać.

Na tych wieczornych posiedzeniach często pojawiali się goście. Na płaskowyżu Tabuthal goście przypominali rzadkie zwierzęta, którymi się zachwycano, które pieszczono i które niechętnie wypuszczano w dalszą drogę przez czarne, wspaniałe równiny. Tutaj, na nizinach, gdzie ludzie byli niemal tak samo pospolici jak żwir na plaży, podchodzono do wizyt swobodniej. Lya wydawała niekiedy oficjalne zaproszenia, skierowane do osób liczących się w mieście, lub – częściej – to Pavo przyprowadzała kogoś napotkanego na plaży, gdzie poszukiwała nowych form życia. Zdarzało się, że Ananke cicho sugerowała, że chciałaby „wpaść” (kolejne dla Dżalili nowe pojęcie) do nich „sąsiadka” (także). Al Dżanb jednak było miastem niewielkim i jego znamienitości nie były wcale tak znamienite; spotykane przez Pavo podróżniczki często okazywały się równie nieśmiałe jak ona sama, podczas gdy słowo „sąsiadki” stało się synonimem słowa „nudziary”. Niemniej, Dżalila lubiła większość spotkań towarzyskich, przede wszystkim te, na których mogła przedstawić z całą mocą i w pełnej rozciągłości rozwijaną akurat przez nią uniwersalną teorię życia.

Trzepot latarni i dłoni. Powolny oddech morza. Dżalila jadła nadziewane chlebki i ful medames, skubała owoce, ssała cytryny i słodkie niebieskie rutta i machała palcami. Nocne owady, połyskujące zebranym pyłkiem, podlatywały ociężale ku latarniom bądź siadały im na dłoniach. Zdarzało się, że szły potem na brzeg, gdzie Pavo pokazywała im dziwne istoty o okrągłych, błyskawicznie się zamykających paszczach, lub wskazywała szerokie, odległe zagony pływowych kwiatów otwierających się nocami, zgodnie z rytmem przypływów; srebrne, szkarłatne lub jaśniejące, ich pierzaste liście kołysały się w ciemności niczym nawołujące skinieniami palmy z wysp na bajkowych morzach.

Pewnej wolnej od gości nocy, gdy szły na północ, zostawiwszy za plecami światła miasta, a Pavo wypełniała srebrny worek przyszłymi mieszkańcami akwarium, które akurat urządzała – pozornie dla Dżalili, choć w rzeczywistości dla siebie – horyzont nagle zagrzmiał i trzasnął. Dziewczyna, wiedziona nowym odruchem, zerknęła na niebo, spodziewając się ujrzeć chmury przesłaniające nadmorską mgiełkę gwiazd. Powietrze wciąż jednak było nieruchome i przejrzyste; niebo miało barwę ciemnej, gorącej krawędzi błękitnego płomienia. Jednakże hurgot i dziwne gromy nadal toczyły się po morzu. Towarzyszyła im świecąca kolumna dymu, która z wolna wychynęła nad horyzont. Noc zamigotała i zapulsowała. Powiało niewiarygodnie gorącym i słonym wiatrem. Kolumna, kiwający palec o paznokciu z płomienia, wciąż pięła się ku górze. Kilka miiw wzbiło się do lotu i opadło, hałasując i kracząc na dalekich skałach; czarne kształty w ciemności.

– To początek Pory Rakiet – oznajmiła Lya. – Ciekawe, kto przyleci tym razem...?

2.

Dżalila zdążyła już zawrzeć wiele własnych znajomości, poznała nowych przyjaciół. Młode dziewczęta były wśród długowiecznych Habaran-ludzi względnie nieliczne, a te, które mieszkały w pobliżu Al Dżanb, wciąż to się przyciągały, to wzajemnie odpychały, niczym wirujące magnesy. Starsze mahwagi, które wyszły już z okresu, kiedy potrzebuje się żon i towarzystwa haramleku, i mieszkały same, okazywały się często bardziej od nich zabawne i niemal stuprocentowo ekscentryczne. Wizyta w ich domach okazywała się ulgą i przyjemną ucieczką od małostkowości i seksualnej zazdrości, która zaczynała zarażać większość dziewczyn w wieku zbliżonym do Dżalili. Podobnie traktowała Kalala – stanowił dla niej możliwość ucieczki – i z radością pomagała mu przy łodzi, cieszyła się wspólnymi wycieczkami na drugą stronę zatoki, gdzie ponad górskimi grzbietami przelewał się wreszcie niemal chłodny wiatr, zlizujący pot z ich twarzy.

Pewnego gorącego popołudnia Kalal zabrał Dżalilę do portu rakietowego. Znajdował się on tuż za horyzontem i była to najdłuższa podróż, jaką dotąd przedsięwzięli. Żagle wypełniły się wiatrem, a ocean, po którym sunęli, wydawał się niemal czarny, choć jednocześnie w pewien sposób przezroczysty. Wpatrzonej w fale Dżalili wydało się, że dostrzega mgnienia białych, przemykających cielsk wielkich morskich lewiatanów, które – jeśli wierzyć miejscowej legendzie – zamieszkiwały dawniej zniszczone skalne pałace, owe kasry, jakie zapamiętała ze swej wędrówki z płaskowyżu Tabuthal. Zmęczone blaskiem słońca, wróciły tłumnie ku morzu, w którym się narodziły, porzucając przy tym klejnoty i bogactwa. Te z kolei zabulgotały pod powierzchnią, po czym wynurzyły się ponownie pod bliźniacze księżyce Habary i stały się zagonami pływowych kwiatów. Ten fragment opowieści poznała z ust Kalala. W przeciwieństwie do większości mieszkańców wybrzeża, Kalala ciekawiły wspomnienia Dżalili z rozgwieżdżonej ciemności Tabuthal i odpłacał się jej własnymi historiami z oceanu.

Łódź brnęła naprzód, wyskakując w górę, pieniąc fale. Zrobiło się tak cudownie, niemal chłodno. Ale jak daleko od brzegu mógł się znajdować rakietowy port? Dżalila była już wcześniej świadkiem kilku przybyć i odjazdów, oglądała je z nabrzeży Al Dżanb, lecz te odbywały się w lśniących, pozbawionych żagli pojazdach o srebrnych drzwiach, sprawiających wrażenie – gdy odwracały się od brzegu i unosiły na szczudłach ponad wodę – że samodzielnie są w stanie pokonać pół drogi do gwiazd. Kalal przykucnął na dziobie, za tą rozklekotaną szopą, stanowiącą – Dżalila teraz już to wiedziała – magazyn na feromony i liny z hakami, potrzebne do połowu pływowych kwiatów, do których zbiorów została ta łódź przystosowana. Na burcie nie widniała żadna nazwa, lecz Kalal nazywał swój statek rozmaitymi imionami; wymieniał je, nie tłumacząc historii ich powstania. Jeśli w Kalalu w ogóle było coś dziwnego – stwierdziła w duchu Dżalila – to z pewnością jego niezdolność prowadzenia przyzwoitej rozmowy czy wyjaśniania pewnych spraw. To odstręczało wiele innych osób, lecz ona sama odkryła, że większość rzeczy stawała się oczywista, jeśli tylko zostało się przy nim dłużej i nie zadawało bezpośrednich pytań.

Ludzie najczęściej darzyli Kalala współczuciem, lub przyglądali się mu w ten sam sposób, w jaki Dżalila wciąż gapiła się na obcych. Często też zadawano mu pytania, na które nie mógł odpowiedzieć inaczej niż wzruszeniem ramion. Teraz, kiedy poznała go lepiej, Dżalila zaczynała pojmować jak bardzo podobnego traktowania nie znosił – niemal w tym samym stopniu, w jakim nienawidził, gdy traktowało się go jak osobę przeciętną. „Wiesz, jestem mężczyzną” – przypominał niekiedy, gdy miał wrażenie, że Dżalila o tym zapomina. Ani razu nie podjęła ryzyka i nie wytknęła mu, że w gruncie rzeczy jest tylko „chłopcem”. Kalal bywał drażliwy i przewrażliwiony, kiedy zachowywała się przy nim, jakby pewne sprawy nie miały znaczenia. Trudno było również stwierdzić, jaki wpływ na ten jego charakter miała dziwaczna tożsamość płciowa, a jaki własna osobowość.

Nienaturalność Kalala powiększał dodatkowo fakt, że mieszkał z innym mężczyzną – jedynym prócz niego mężczyzną w Al Dżanb – po drugiej stronie plaży, w nadmorskim domku. Łączyła ich relacja krwi, którą Kalal określał mianem „ojcostwa”. Ten drugi miał na imię Ibra i znacznie bardziej przypominał mężczyzn z opowieści namiotu snów Dżalili. Był bardzo wysoki, miał czarną brodę, nosił długie, barwne szaty lub przechadzał się z gołą piersią i mówił grzmiącym, głębokim głosem, jakby bez przerwy przemawiał do tłumów przez megafon. Ibra często się śmiał i pod tą jego włochatą maską bielały wtedy zęby. Często też poklepywał ludzi po plecach i pytał, jak się mają, po czym – zanim jeszcze odpowiedzieli – wycofywał się i tracił zainteresowanie. Głośno gwizdał i śpiewał, a kiedy pracował przy naprawie feluk – co robił dla chleba – pozdrawiał przechodniów machaniem ręki. Ibra przybył na tę planetę, gdy Kalal był jeszcze dzieckiem, w okolicznościach, które niezmiennie otaczała mgła niejasności. Dżalilę darzył taką samą głośną i pełną uśmiechów przyjaźnią co wszystkich – przypominającą nieprzenikniony mur. Był co najmniej tak samo obcy, jak przywodzące na myśl rury stworzenia, które przyleciały z gwiazd wraz z nastaniem Pory Rakiet – te, które zajęły jeden z większych budynków w Al Dżanb, kazały go oprawić w przejrzysty plastik i zalać lodowatą szarą mazią, by mogły tam zamieszkać. Ibra – na mocy jednego z anonsowanych przez Ananke wieczornych „wpadnięć” – odwiedził kiedyś ich haramlek. Dżalila, rozwijająca wówczas teorię, że żadne inteligentne indywiduum nie może się obyć bez uznania istnienia jakiegoś bytu wyższego, boskiego, stwierdziła, że jej tezy i przykłady toną nagle w nawale kontrtez, przeciwstwierdzeń i dziwnych faktów, które, jak na poły podejrzewała, Ibra – pijąc zdumiewające ilości niemal nierozcieńczonego zibib i tryskając na nią kropelkami anyżkowej śliny – wymyślał na poczekaniu. Potem, kiedy szli po plaży, odciągnął dziewczynę na bok, złożył jej ciężką dłoń na ramieniu i wyznał, że bardzo mu się podobała ta ich „szermierka”. Dżalila wiedziała czym jest szermierka, ale zupełnie nie pojęła jej związku z dyskusją. Nie była nawet pewna czy Ibrę lubi. Nigdy natomiast nie udawała, że go rozumie.

Żagle furkotały i trzaskały. Zmierzali ku rakietowemu portowi. Kalal był zaabsorbowany, patrzył z dziobu przed siebie, woda rozchlapywała refleksy wokół gibkiego brązowego ciała. Dżalila zdążyła już niemal przywyknąć do jego wyglądu. W końcu oboje byli nieco dziwaczni: ona, ponieważ pochodziła z gór, on z powodu swej płci. I oboje lubili własne towarzystwo, oraz akceptowali się wzajemnie podczas długich okresów milczenia. Nigdy nie zadawali sobie pytania „o czym myślisz?”. Nie interesowali się tym po prostu i cenili sobie prywatność.

– Spójrz... – Kalal podszedł do steru.

Dżalila ściągnęła kliwer. W wypełnionej furkotaniem wiatru ciszy, wraz ze swoją bezimienną łodzią o wielu nazwach, pohalsowali do celu wyprawy.

Kosmodrom był niemal tak wielki jak góry: oglądany z bliska nie pozwalał się obejrzeć dokładnie. Niemniej, mimo swych rozmiarów, okazał się rozczarowaniem; pusty i zabałaganiony, niczym rozdęta wersja doków Al Dżanb, podobnie cuchnący ropą i śmieciami, spełniający w zasadzie podobną funkcję. Same statki kosmiczne – o ile te potężne, przypominające cysterny obiekty, które majaczyły wiecznie w oddali, gdy zwinęli już żagle i powiosłowali przez labirynt oleistych kanałów, rzeczywiście były statkami kosmicznymi – stanowiły jedynie element tego olbrzymiego kompleksu unoszących się na falach wysp. Większą jego część zajmowały przystanie dla holowników i tankowców, które, spokojnie dysząc, pływały z lodowatego bieguna ku równikowi poprzez oceaniczne bezmiary Habary, odbierały lub dostarczały w hurtowych ilościach surowce bądź towary potrzebne w ludzkich osiedlach do prowadzenia w miarę cywilizowanego życia. Tankowce przypominały rdzewiejące zwierzęta, bestie tak gigantyczne, że gdy się do nich zbliżało, prawie nie rosły. Pomrukiwały i wydawały się dziwnie bezludne, a zarazem pozbawione jakiejkolwiek własnej inteligencji. W kosmodromie nie zobaczyli ani jednego obcego. Nie widzieli też żadnego człowieka.

Sama podróż – jak uznała Dżalila, kiedy w końcu postawili żagle i odpłynęli – była znacznie bardziej przyjemna niż jej cel. Powrót w stronę zaróżowionych słońcem szczytów wybrzeża, które uznała już prawie za własny dom, był naznaczony dziwną tęsknotą, jaka ustąpiła dopiero, gdy dziewczyna ujrzała zarysy przykurzonych, rozświetlonych zabudowań Al Dżanb. Czy mogła to być nostalgia? – zastanowiła się. A może coś jeszcze innego?

Nastało długie lato Habary. Nastała Pora Rakiet. Gdy Dżalila wspomniała o swej wycieczce, Pavo surowo napomniała ją i pouczyła o konsekwencjach zbliżania się do kosmodromu w okresie, gdy w każdej chwili możliwy jest start. Dalej się jednak nie posunęła.

Teraz każdej nocy, i potem późnym porankiem, rakiety huczały na horyzoncie i pięły się ku niebu na swych humorzastych kolumnach, posyłając na brzeg nikłą woń siarki i róż, wzmagając i tak już palący upał. Nocą, na zewnątrz, jeśli spojrzało się w górę, można było niekiedy dostrzec jaśniejące ogony komet powracających kapsuł, które wpadały gdzieś do odległego morza.

Rozrastały się także zagony pływowych kwiatów. Jeśli wspięło się na górskie zbocza, zanim poranny upał zdążył wszystko spłaszczyć, można było wyjrzeć w dół na te wielkie, mieniące się, poddane wiecznej zmianie kobierce, na których każdy wzór i wir wydawały się zarazem cudowne i niepowtarzalne. Nocami, w namiocie snów, Dżalila wyobrażała sobie niekiedy, że szybuje na nich, dokładnie jak w najstarszych ze starych baśni. Frunęła latającym dywanem ponad obcą krainą, a pod nią, niczym miękkie morze, unosiła się i opadała chłodna nocą pustynia. Oglądała majaczące w oddali pałace i kępy palm, otaczające niewielkie, spokojne jeziora, odbijające srebrzyste światło pojedynczego księżyca. A potem znów ta nieskończona sahara, mroźna i przestronna, wijąca się swymi pagórkami i dolinami, olbrzymia i różowawa w jej snach. Te pagórki, kiedy nad nimi przelatywała i zaczynała się dotykać, okazywały się udami i piersiami. Wiatry mierzwiące wierzchołki wydm stawały się rozedrganymi oddechami.

Nastało długie lato Habary. Nastała Pora Rakiet.

* * *

Robin – hajawan Dżalili – pod czujnym okiem Pavo odzyskała już w pełni siły po zmianie otoczenia. Z jej boków zniknęła rdza, połączenia metalu z pokrytym cienkim szarym futerkiem ciałem przestały krwawić i wyglądały należycie. Wyszczuplała i schudła. Nawet pachniała inaczej. Jak pozostałe hajawany, Robin stała się teraz żywiołowa, rześka i brązowooka i nie przeszkadzał jej upał ani nawet brak uwagi ze strony zapominalskiej Dżalili. Tutaj na wybrzeżu, hajawany uważano za drogie, niewygodne i niepewne. Dżalila jednak wraz ze swymi matkami dumnie jeździły przez plażę do Al Dżanb na swych wielkich, płaskostopych, sadzących długimi susami wierzchowcach, ciesząc się spojrzeniami i szeptami ludzi, oraz tą pełną szemrania przestrzenią, która otwierała się wokół nich, gdy wprowadzały hajawany na plac. Kalal, jak zawsze, okazał się jednym z niewielu mieszkańców wybrzeża, który wykazał chęć takiej przejażdżki, więc Dżalila z chęcią go nauczyła. Pokazała mu wszystkie cmoknięcia, zawołania i uderzenia, sposób, w jaki należy korzystać z zagłębień grzbietu zwierzęcia, podobnie jak korzystało się ze szczytów i dolin morskich fal. Pokazała mu też, kiedy nie należy zbliżać się do ich przedniego ani tylnego krańca. Pamiętając doświadczenia na łodzi – pierwsze pozostawione przez liny otarcia, rany na głowie i mdłości – zachwycała się teraz odwróceniem ról.

Na Tabuthal powiadają, że zanim ktoś nauczy się jeździć na hajawanie, musi spaść z jego grzbietu dziewięćdziesiąt dziewięć razy. Kalal zadał owemu twierdzeniu kłam, spadając w ilościach wyrażanych liczbami trzycyfrowymi. Dżalila wybrała dla niego Abu – wierzchowca Lyi, ponieważ było to największe, najbardziej inteligentne i zwykle najspokojniejsze ze zwierząt, chyba że coś je rozdrażniło – a także dlatego, że Lya, bardziej niż inne matki zaznajomiona z panującymi tu obyczajami, jeździła na niej najrzadziej. Dżalila zauważyła, że zwierzęta domowe często dziwnie reagują przy pierwszym spotkaniu z Kalalem – na jego widok i woń. On jednak nauczył się z nimi obchodzić, a ponadto między nim a Abu wytworzyły się więź i swego rodzaju zrozumienie, aczkolwiek hajawan wciąż niekiedy próbował kąsać nogi chłopaka. Dżalila dokonała dobrego wyboru. Oboje, hajawan i człowiek, mimo że byli wyniośli i dumni, w gruncie rzeczy byli weseli i nigdy nie unikali wyzwań. Co prawda, przez cały okres pisanej historii wszystkie hajawany były samicami, lecz Dżalila zastanawiała się niekiedy, czy we władczych, rzucanych z góry spojrzeniach Abu nie kryje się co nieco z samca.

Teraz, gdy nastało lato, a popołudnia rozpływały się pod beznamiętnym okiem słońca, najlepszą porą na przejażdżki okazały się wczesne poranki. Na północ od Al Dżanb rozciągały się plaże, solne równiny oraz łąki, były tam płoty do przeskakiwania i szczekające zdziczałe psy – równie męskie jak Kalal – do drażnienia. Na południu jednak wznosiły się skały i rosły lasy, tam wiły się prowadzące donikąd ścieżki, tam były przylądki i klify, które można było ujrzeć raz i nigdy potem nie odnaleźć. Najczęściej jeździli właśnie na południe.

– Co by się stało, gdybyśmy jechali cały czas dalej?

Odpoczywali właśnie na płaskim skalistym brzegu, gdzie pobłyskiwał spływający do oceanu strumień, w którym ugasili pragnienie. Hajawany przykucnęły w cieniu urwiska i sennie kiwały łbami, a podwójne powieki zasnuły im oczy. Gdy tylko tu dotarli i zsiedli z wierzchowców, Kalal ruszył z wyciągniętymi ramionami prosto do falującego pływowymi kwiatami morza. Dżalila weszła za nim, zanosząc się kaszlem, czując czepiające się jej ciała wąsy i muskanie płatków. Miała wrażenie, że brodzi w ukwieconej zupie. Kalal zanurzył się po barki i popłynął, co stanowiło umiejętność, jakiej Dżalila wciąż jeszcze do końca nie posiadła. Pluskał dokoła niej, drażnił się, rozchlapywał zasłony barwnego światła. Wróciwszy na brzeg, zdjęli ubrania i rozłożyli je na nagrzanych skałach, gdzie parowały teraz niczym świeże chleby.

– Cały kontynent to jedna wielka wyspa – odpowiedziała po dłuższej chwili Dżalila. – Ostatecznie wrócilibyśmy do punktu wyjścia.

Kalal pokręcił głową.

– Och, to przecież nie jest możliwe...

– Więc dokąd byśmy wrócili?

– Do miejsca nieznacznie odmienionego. Kwiaty pływowe stworzyłyby nowe wzory, a i my bylibyśmy już inni. – Kalal zmoczył palec i zapisał coś pismem naskhi na płaskim, gorącym kamieniu.

Dżalili wydało się, że rozpoznaje słowa poety, lecz pierwsze znaki przemieniły się w parę, nim zdołała pojąć ich sens. To zabawne, lecz w domu, w rozmowach z matkami i ich gośćmi, a nawet z wieloma spośród rówieśnic, tego rodzaju twierdzenia, jakimi się właśnie wymienili, stałyby się zarzewiem długiej dyskusji. Przy Kalalu jednak słowa po prostu zawisły w powietrzu. Kalal wiecznie parł naprzód, szedł przed siebie. Nie zostawało nic. Jest w nim coś dziwnego, pomyślała Dżalila, coś w rodzaju zagubienia i pustki.

Siedział w pozycji ukazującej jej oczom większą część genitaliów, które wyglądały ze swego włochatego gniazda niczym małe zwierzątko. Do nich – podobnie jak do reszty dziwacznych odmienności Kalala – zdołała już prawie przywyknąć. Podrapała się w nos, zebrała ze skóry kilka wciąż przylepionych płatków, czepiających się jej jak mokre konfetti. Nie czuła specjalnej ciekawości. O wiele bardziej niż zabawnego ciała chłopca, Dżalila wstydziła się własnego – zwłaszcza rosnących piersi, które wciąż były nieco asymetryczne. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zrównają się rozmiarami, czy już na zawsze pozostanie niepięknym dziwadłem, w rodzaju Kalala? Lepiej o takich rzeczach nie myśleć. Lepiej po prostu cieszyć się słońcem piekącym ramiona, rozplatającym loki włosów.

– Wracamy? – zapytał wreszcie Kalal. – Upał coraz większy...

– Czemu mielibyśmy się tym przejmować? Jeśli pojedziemy naprzód, wrócimy do punktu wyjścia.

– Założymy się? – Kalal wstał z miejsca.

Zatem pojechali dalej, pod górę, przez niezbadany las, w którym urziemskie drzewa plątały się z niebieskimi pierzastymi liśćmi rodowitych grzybów Habary; przez las, w którym ptaki milczały, a szelest wyschniętego poszycia stanowił jedyny wyraźny odgłos. Po jakimś czasie musieli schylać głowy pod konarami, wreszcie szli piechotą, zdezorientowani i gotowi w każdej chwili zawrócić. Wreszcie znaleźli ścieżkę i na powrót wskoczyli na grzbiety hajawanów. Drzewa zniknęły i okazało się, że wyjechali na wierzchołek urwiska znajdującego się o wiele wyżej ponad mrugającym morzem, niż sądzili. Wokół klekotał żar południa. Przed nimi, w miejscu gdzie klif wyciągał się ponad ocean niczym zaciśnięta dłoń, rozmigotany, a jednak solidny wznosił się jeden ze zniszczonych zamków lub formacji geologicznych, które ponoć zostały porzucone przez morskie lewiatany jeszcze przed przybyciem ludzi – kasr. Pojechali ku niemu z wolna. Łapy wierzchowców brodziły w pyle. Budowla wyglądała jak z bajki – częściowo naturalnego pochodzenia, lecz zaopatrzona w dach i ściany, o szaroczarnych dachówkach i wielkich, zdobnych oknach rozmigotanych barwami morza. Kalal nakazał gestem milczenie, zsiadł z Abu, poprowadził ją z powrotem pod cieniste ramiona lasu i nacisnął przycisk pętający jej nogi.

– Ty znasz to miejsce?

Kalal przywołał ją skinieniem.

Dżalila, znając go na tyle, by nie zadawać dalszych pytań, posłuchała.

Z bliska większa część kasru wyglądała na wykonaną z usianej kryształkami kwarcu odmiany tego samego stopionego kamienia, z jakiego wzniesiony został haramlek Dżalili. Jednakże inne fragmenty wyglądały na skały zrodzone mocą przyrody. Do wielkiej, łukowato sklepionej bramy z wybielonego przez słońce i wzmocnionego żelazem dębowego drewna wiodła po zwężającym się klifie ścieżka, lecz Kalal skierował Dżalilę w bok i pod górę, wokół ostro skręcającego, gorącego urwiska, które wydawało się, że jest gotowe w dowolnej chwili strącić ich do morza. Wciąż jednak mogli iść naprzód, bez przerwy mieli się czego przytrzymywać. Sądząc po pewnych ruchach pokonującego tę urwistą trasę, potem przeskakującego już po rażących, czarnych dachówkach i wreszcie wskakującego w nagły chłód wąskiego korytarza Kalala, Dżalila domyśliła się, że odwiedzał ten kasr już wcześniej. Początkowo nie czuła, że wkracza na cudzy teren. Zamek wyglądał na stary i opuszczony, rzadko odwiedzany monument. Sufity pokrywały plamy. Na korytarzach słały się zeszłoroczne liście. Gdzieniegdzie na ścianach widniały fryzy i długie szeregi liter, starych i niewyraźnych, które Dżalila rozumiała nie lepiej niż tekst, jaki Kalal spisał wcześniej na gorących skałach.

Wtedy Kalal zatrzymał ją gestem i przystanęła blisko niego. Wyjrzeli przez skomplikowaną kamienną koronkę muszaraby prosto w słońce. Widoczne w dole urwisko wskazywało, że wciąż znajdują się bardzo wysoko. Poniżej, na centralnym dziedzińcu kasru, w pewnym sensie szokująca po całej tej pustce, igrała w ogrodzie fontanna. Woda wyciekała z jej misy i płynęła stalowymi palcami rynienek ku cieniom krużganków.

– Ktoś tu mieszka?

Kalal wypowiedział bezgłośnie słowo „tarika”. Dżalila w jakiś sposób zrozumiała natychmiast. W Porze Rakiet wszystko nabrało sensu, nawet mgliste sceny i hieroglify wyryte w dziurawych niczym plastry miodu kamieniach tego bajkowego zamku. Tariki były w końcu zwykłymi ludźmi, a w pobliżu znajdował się kosmodrom; gdzieś musiały mieszkać. Dżalila spojrzała na swoje zdarte sandały, nagle zawstydzona, że dotąd ich nie zdjęła – było już jednak za późno, gdyż pod nimi, poza siatką muszaraby, oderwała się z cieni jakaś postać. Tarika była wysoka i chuda, czarna i przygarbiona niczym wypalona zapałka. Kroczyła o lasce. Dżalila nie miała pojęcia, czego się spodziewała – od chwili spotkania z Kalalem zdążyła już dojrzeć i nie sądziła, że wie wszystko, tylko dlatego że uczyła się o wszystkim w namiocie snów. Niemniej jednak tarika nie wyglądała jak osoba zdolna prowadzić statki kosmiczne, pokonując niewiarygodne odległości między gwiazdami. Postukując laską, szła powoli wokół fontanny na dziedzińcu. Była znacznie starsza i o wiele bardziej krucha niż ktokolwiek, kogo Dżalila w życiu widziała. Przyjrzała się porośniętemu niebieskimi kwiatami krzewowi, dotknęła bulgocących, kamiennych ust fontanny. Miała łysą głowę barwy hebanu. Palce koloru grafitu. Jej oczy były równie białe i ślepe jak iskierki kwarcu w stopionych skałach budynku. W pewnej chwili zadarła ku nim głowę. Dżalili zrobiło się zimno. Przecież to niemożliwe, by ich dostrzegła. Poza tym, w jej geście było coś sugerującego, że uniosła wzrok z nawyku. Jakby dotykając fontanny i doglądając ukwieconego krzewu, tarika codziennie o tej porze spoglądała w górę, na to konkretne miejsce ukryte pośród wysokich kamiennych murów.

Dżalila poszła za Kalalem dalej przez korytarze, w dół po schodach i przez kładki z pięknie przejrzystego szkła, wiszące nad pryzmatycznym morzem. Znowu zauważyła tarikę – ta wciąż szła powoli, niczym stara żółwica wyciągnęła szyję, by powąchać kwiat. W tej części kasru pojawiło się więcej śladów świadczących o tym, że był zamieszkany. Porozrzucane kartki i książki. Przeżarty przez mole gobelin, wydymający się w pozbawionym szyby łukowato sklepionym oknie, skąd rozciągał się widok na morze. Puste wieszaki na płaszcze, zrzucone w stosy niczym szkielety owadów. Działająca, choć wyraźnie rzadko używana chemiczna toaleta. Teraz, kiedy zniknęło już wstępne poczucie zaskoczenia, ta mieszanka niezwykłości i codzienności zaczęła się wydawać lekko zabawna. Tutaj kuchnia i na pół przeżuta pajda chleba aisz, leżąca na upstrzonym zaschniętymi nasionami talerzu. Pomyśleć tylko, że można podróżować wśród gwiazd i nadal jadać pieczywo z pomidorami! Oboje, Kalal i Dżalila, mieli zaczerwienione twarze i dławili się tłumioną wesołością. Gdy zeszli na poziom krużganków, kuląc się w cieniu, spojrzeli na przygarbione plecy tariki. Naprawdę wyglądała jak wymizerowana żółwica, przemocą pozbawiona muszli i przechadzająca się wśród krzewów. Miało się wrażenie, że lada chwila zacznie pożerać ich liście. Kierowała się bardziej dotykiem niż wzrokiem. Pośród nieprzebranych barw dziedzińca, między migocącymi szklanymi dzwonkami wietrznymi, pobrzękującymi w odległych bramach, idąc po omacku, choć niekiedy obrzucając przedmioty spojrzeniem tych dziwacznych białych oczu, wydawała się naprawdę ślepa, a przynajmniej straszliwie krótkowzroczna. Wesołość Dżalili z wolna ustąpiła, zastąpiona współczuciem wobec starej istoty, którą do tego wieku, do tego uwiądu, do tego zniszczenia doprowadził dziwny proces międzygwiezdnych podróży. Ból Odległości – gdzie i kiedy usłyszała to wyrażenie?

Kalal nadal stał z wydętymi policzkami. Oczy mu łzawiły i zatkał usta zaciśniętą pięścią. Wciąż tłumił śmiech. Wreszcie wydał z siebie nosowy pomruk, który – Dżalila była pewna – tarika musiała usłyszeć. Nie poruszyła się jednak. Zupełnie jakby ich nie zauważyła, choć wiedziała już, że poza nią ktoś tu jest. W jej ruchach znać było smutek i rezygnację, w postukiwaniu laski... Kalal jednak zdołał się opanować i na oczach Dżalili jego palce zacisnęły się na ukruszonym kawałku chodnika. Chwilę potem kamień zatoczył ponad słonecznym dziedzińcem łuk tak doskonały, że nie było najmniejszych wątpliwości, że zakończy lot pomiędzy ptasimi ramionami tariki. Tak się też stało – lecz wtedy oboje już biegli, a tarika, z niezmienną powolną rezygnacją, prostowała grzbiet. Tuż zanim wpadli na schody, Dżalila obejrzała się przez ramię i poczuła na twarzy gorący promień światła z jednego z wysokich okien kasru. Tarika patrzyła swoimi niewidzącymi, białymi oczyma prosto na dziewczynę. Kalal złapał ją za rękę. I znowu pobiegła.

* * *

Dżalila była zła na siebie i zła na Kalala. „To do niej niepodobne” – powtarzał głos przypominający niezborny chór jej trzech matek – „by dręczyć biedną, starą mahwagę, nawet jeżeli owa mahwaga była przypadkiem również postarzałą tariką”. Dżalila jednak była młoda, a życie parło naprzód. Głos wkrótce umilkł. Tak czy inaczej nadchodził moulid i należało się do niego przygotować.

Organizacja festiwali, tu, na wybrzeżu, jak i na całej planecie, zawsze stanowiła poważne wyzwanie. Rok astronomiczny na Habarze był tak długi, że trzymanie się tradycyjnego cyklu moulidów nie miało sensu, lecz jednocześnie nikomu nie było w smak czczenie tego samego świętego lub obchodzenie eid o niewłaściwej porze. Post przecież przynależał zimie, a w środku wiosny nikt nie był w stanie sprostać zobowiązaniom wobec Wszechmogącej, nie z tym samym poczuciem oddania i spokoju. Bledły również ludzkie wspomnienia o tym, jak wielbiło się konkretnego świętego jesienią, i nikt nie umiałby cieszyć się w koszmarnym upale oświeceniem celebrowanym dawniej walką na śnieżki. Dodatkowo pojawiały się problemy logistyczne, związane z zaspokojeniem potrzeb populacji nielicznej, lecz rozsianej po całej olbrzymiej planecie. Przybywali oczywiście wędrowni grajkowie, handlarze, podróżujący z miejsca na miejsce sufi i kapłani, lecz nie byli przecież w stanie znaleźć się wszędzie naraz. W rezultacie datę każdego moulid ustalono na Habarze lokalnie według ruchomego kalendarza i po wielu dyskusjach i spotkaniach wyszło na to, że rzadko wypadały dwukrotnie w tym samym terminie i równie rzadko obchodzono to samo święto jednocześnie w różnych miejscach. Lya angażowała się w tego rodzaju dyskusje z entuzjazmem osoby, której w samotnym życiu na Tabuthal brakowało podobnych komplikacji. To właśnie Lya była w Al Dżanb światłem przewodnim organizacji Moulid Pierwszego Zasiedlenia – upamiętniającego moment przybycia na Habarę błogosławionej Joanny, która wylądowała w miejscu pozostającym przedmiotem sporu kilku miast i która zasiała pierwsze nasiona z urziemi i przeżyła pierwsze pięć długich habarańskich lat, karmiąc się jedynie pływowymi kwiatami i gwiezdną poświatą i czekając na Pię, swoją kochankę, pływała po oceanie na grzbietach morskich lewiatanów, jakby były hajawanami – a reszta haramleku miała ją w tym wspomagać.

Na jeden dzień i noc miało zostać odmienione całe Al Dżanb. Dżalila pomagała młotkiem i igłą, dostrajała kryształy i rośliny Pavo, których zadaniem było przekształcenie wyłożonej nierównymi płytami drogi między haramlekiem i miastem w połyskujący tunel. Jednakże jej myśli najbardziej były zajęte owymi farbowanymi jedwabiami, które to pojawiały się, to znikały z pewnego straganu na rynku. Była pewna, że wyglądałyby na niej idealnie. Pośród planowania i niepokoju, że wszystko obróci się w katastrofę, starannie urabiała kolejno każdą ze swych matek – aluzja tu, sugestia tam. Nakłanianie ich, by zaakceptowały tak wielką ekstrawagancję, stanowiło proces bardzo delikatny, niczym przyzwyczajanie nowego hajawana do noszenia siodła. Oczywiście pojawiały się opór i dzikie wierzganie, lecz przecież było się cierpliwym, było się silniejszym. Znało się cel. Nie zbaczało się z raz obranej drogi. Wracało się do sprawy chwila po chwili, nieustannie.

W dniu, gdy Ananke ostatecznie uległa, zerwał się niepokojący wiatr, szarpiący miękkie, na poły uformowane zarośla, które niczym srebrzysty śluz pojawiły się pomiędzy zwykłymi chwastami wzdłuż drogi do Al Dżanb. Pavo martwiła się losem swoich wytworów. Życie Lyi stało się jednym, bezustannym spotkaniem. Nawet Ananke wydawała się niespokojna, gdy wkroczyły do Al Dżanb, gdzie pod szarzejącym niebem migotały już na budynkach i placach świeże, niedokończone jeszcze projekcje niczym preludium bólu głowy. Dżalila, przy każdym frustrującym przystanku, poganiała swoją matkę krwi. Była pewna, że targu już nie będzie, a jeśli nawet, to na straganie z wietrznymi jedwabiami nie będzie już towaru, a jeżeli nawet będzie, to że te konkretne, jakie sobie upatrzyła, okażą się wyprzedane...

Martwiła się niepotrzebnie. Co więcej, pojawiła się zupełnie nowa dostawa wietrznych jedwabi, jeszcze bardziej cudownych i kolorowych. Sprowadzono je specjalnie z okazji moulid. Powiewały i falowały niczym smugi barwnego dymu. Dżalila chwyciła je w dłonie i podziwiała.

– Myślę, że mogą na tobie wspaniale wyglądać...

Dżalila odwróciła się w stronę głosu. Ujrzała Nairę, dziewczynę starszą od niej około półtora standardowego roku, której matki należały do najbogatszych i najbardziej wpływowych osób w Al Dżanb. Sama Naira była jednocześnie piękna i inteligentna; sprytna i niekiedy druzgocąco okrutna. Zwykle znajdowała się w centrum uwagi, otoczona rozgadanym, pełnym podziwu orszakiem zwykłych śmiertelniczek, w którym czasami pojawiała się również Dżalila. Dziś jednak dziewczyna była sama.

– Spójrz, Dżalilo. Ten szkarłat. Przy twoich włosach i oczach...

Uniosła jedwab do twarzy Dżalili i oplotła ją niczym jaszmakiem. Tkanina zatańczyła dokoła jej oczu. Zamgliła ramiona. Ten konkretny kolor wydawał się nieco zbyt śmiały. Spojrzenie Nairy jednak, rozmigotane i nawet na moment nieodrywające się od oblicza Dżalili, oraz jej gładzące dłonie, zapewniały bardziej dobitnie, niż mogłoby to uczynić jakiejkolwiek lustro, że strój jest twarzowy. A potem był niebieski – w tym ognistym odcieniu letniej nocy. Były też srebrne sprzączki do spinania wietrznych jedwabi, których Dżalila nigdy przedtem nie zauważyła. Właścicielka straganu, wyczuwając u klientki pragnienie wykraczające poza codzienne zakupy, wyciągała z kufra kolejne niespodzianki. „Proszę tylko dotknąć! Takie robi się tylko w jednym miejscu, na jednej planecie, o ściśle ustalonej porze roku. Proszę popatrzeć! Te pędraki wykluwają się tylko na dźwięk głosu szczególnego gatunku ptaka, śpiewającego jedynie raz w życiu, tuż zanim odda swego ducha Wszechmogącej...”. I tak dalej. Ananke, widząc, że Dżalila znalazła sobie bardziej zainteresowaną i skorą do pomocy towarzyszkę, wsunęła córce w dłoń sumę znacznie większą od obiecanej, po czym zostawiła ją z uśmiechem i dziwnym, rzuconym przez ramię spojrzeniem.

Resztę tego szarego i wietrznego popołudnia Dżalila spędziła z Nairą. Wybierały stroje i ozdoby na moulid. Obrączki na nadgarstki i kostki. A może nawet – nie? tak? – jakiś skromny diadem. Bele materiału w kolorze dzisiejszego nieba rozwijały się na jej biodrach, równoważąc piękno wietrznego jedwabiu. Klejnot, wciąż jeszcze wypełniony szafirowym światłem odległego słońca, zamrugał w jej pępku. Naira, ze swymi ciemnoblond włosami, jasnobrązowymi oczyma, delikatnymi i silnymi dłońmi, które pod paznokciami miały jasnoróżową barwę wnętrza muszli, niemal nie potrzebowała poprawiać swej urody. Dżalila jednak wiedziała z niekończących się studiów nad sobą, prowadzonych przed lustrem w namiocie snów, że powinna być bardziej ostrożna: niewłaściwy kąt patrzenia, złe oświetlenie, zarodek pieprzyka i wszystkie starania mogły pójść na marne. Nigdy przedtem nie przejmowała się podobnymi sprawami tak bardzo jak w to wietrzne popołudnie, spacerując między straganami i sklepikami wśród zapachu paczuli. Być głównym punktem uwagi własnej i jeszcze innej osoby! Dłonie Nairy gładzące jej plecy i ramiona, unoszące włosy, pot stygnący na jej karku, chłodny dotyk i grzechot bransoletek zsuwających się, kiedy unosiła ramiona...

– Mogłybyśmy zostać bohaterkami bajek, Dżalilo. Wyobraźmy sobie, że jestem Szeherezadą. – Naira zarzuciła ślicznymi włosami. Płynne złoto. Muszelkowe palce zagrały. – Ty możesz być Dinarzadą, moją siostrą...

Dżalila entuzjastycznie pokiwała głową, chociaż Dinarzada była – o ile dobrze pamiętała opowieść – znacznie mniej atrakcyjną postacią; jej rola sprowadzała się do tego, że budziła Szeherezadę w komnacie sułtana przed pierwszym pianiem koguta. Jednakże w kończynach i gardle poczuła coś dziwnego, jakąś miękkość i ociężałość. Przypomniała sobie – wkładając i zdejmując kolejne stroje – lalkę Tabathę, którą dawniej, jeszcze w Tabuthal, tak uwielbiała, a którą niedawno znalazła i z jakiegoś niezrozumiałego powodu zapragnęła pogrzebać...

Unoszenie, naciąganie. Oceniające dłonie Nairy i jej spojrzenia, jej oczy. Ta bezwolna ociężałość. Dżalila wróciła do haramleku oszołomiona, wyczerpana i szczęśliwa, a także bez grosza przy duszy.

* * *

Tego wieczoru podjęły na kolacji kolejnego gościa. Gościa, który musiał przybyć jakimś pojazdem, lecz do ich werandy podszedł pieszo, jakby całą drogę przebył w ten sposób. Dżalila, z głową wypełnioną myślami o tylu rozmaitych sprawach, nakrywała właśnie do stołu, gdy usłyszała szmer kroków. Dźwięki były tak powolne, że dopiero po chwili uświadomiła sobie ich obecność, podniosła wzrok i ujrzała chudą, ciemną postać kroczącą po piaszczystej ścieżce pomiędzy rozkołysanymi, świeżo wyrzeźbionymi krzewami Pavo. Jedną rękę opierała na lasce, drugą wyciągała przed siebie, jakby czegoś szukała. Wstrząśnięta Dżalila upuściła miskę. Odniosła wrażenie, że naczynie turla się po stole w nieskończoność, wesoło uciekając przed jej palcami, by w końcu stoczyć się z blatu i roztrzaskać na podłodze na kilka tysięcy białych kawałeczków.

– Ojej – odezwała się tarika, wspinając się wreszcie na stopnie obok przewiewnej kraty na pnącza, postukując laską. – Może lepiej pójdź i powiedz o tym którejś ze swoich matek, Dżalilo.

Dziewczynie zaparło dech w piersi. Przez cały wieczór czuła że tarika przygląda się jej swymi białymi jak od jaglicy oczyma, wyglądającymi z poznaczonego bliznami oblicza, przypominającego wyrzucony na morski brzeg kawałek smolistego drewna. Jeżeli nawet pominąć dziwny fakt, że znała jej imię, co zapewne dałoby się jakoś wytłumaczyć, Dżalila nabierała coraz większego przekonania, iż tarika wie, że to właśnie ona z Kalalem szpiegowali ją i rzucili kamieniem tamtego upalnego dnia. Zupełnie jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Niemniej, w pewien sposób miało. I to stanowczo większe niż powinno. Pogrążona w tych niezbornych domysłach i wspomnieniach z jedwabistego popołudnia z Nairą, Dżalila ledwie śledziła rozmowę. Pogoda wciąż była wietrzna, latarnie wirowały, bawiąc się kształtami z cieniem, podmuchy pozwalały gobelinom oddychać. Głos tariki okazał się równie kruchy jak cała jej postać. Niósł się na tańczącym powietrzu niczym chrobotanie owada.

– Dżalilo, może wybierzemy się na przechadzkę po plaży?

– Co? – Drgnęła, jakby wyrwana gwałtownie ze snu.

Matki uprzątały już naczynia i zerknęły na nią z dziwnymi minami. Głos rozległ się wewnątrz jej głowy, a tarika siedziała, z wyciągniętą poparzoną, rozcapierzoną ręką, w nadziei – jak domyśliła się dziewczyna – że Dżalila pomoże jej wstać od stołu. Płaszcz staruszki zsunął się w tył. Jej ramię przywodziło na myśl oglądane kiedyś przez Dżalilę zdjęcia wyschniętego, ludzkiego truchła. Z wysiłkiem, niemal tłukąc przy tym kolejną miskę, dziewczyna okrążyła nakryty falującym obrusem stół. Jeszcze więcej siły woli zużyła, by złożyć własną rękę na dłoni tariki. Spodziewała się, że w dotyku będzie przypominać wyprawioną skórę, i nie pomyliła się. Była też jednak gorąca, bardziej niż u powalonego febrą człowieka. Straszne palce zacisnęły się na dłoni Dżalili. Chwila bezruchu. Następnie tarika podniosła się z zaskakującą energią i sięgnęła po laskę, nie wypuszczając przy tym ręki dziewczyny, choć nie podpierając się na niej w najmniejszym stopniu.

A więc jest w stanie poradzić sobie sama, stara wiedźma, pomyślała Dżalila. Nie jest też ślepa. Przez cały wieczór jadła kofta, sięgała po figi...

– Co wiesz o gwiazdach, Dżalilo? – spytała tarika, kiedy szły wzdłuż plaży.

Rosnące przy drodze wytwory Pavo wciąż wyglądały surowo i dziwnie, na pół ukształtowane kołysały się na wietrze, niczym chwiejne, srebrne odnóża przewróconego na grzbiet owada. Fale biły i cofały się, wyrzucając pływowe kwiaty daleko na żwir. Laska tariki strzelała daleko przed nią, niczym język węża.

Dziewczyna wzruszyła ramionami. Istnieją Wrota, tyle wiedziała od zawsze. Zatem Wrota istnieją i tylko one umożliwiają międzygwiezdne wędrówki, nikt bowiem nie przetrwałby eonów czasu potrzebnych na pokonanie choćby ułamka drogi na wskroś Dziesięciu Tysięcy i Jednego Świata za pomocą tradycyjnych środków przemieszczania się z miejsca na miejsce.

– Nie, oczywiście – mówiła tarika – że ludzie nie robią takich rzeczy. Są opowieści, one zawsze się pojawiają, o pilotowanych przez sufich statkach-widmach, dryfujących przez czerń czerni przez dziesiątki stuleci... Ale bogactwo, kontakty, wspólnota, wszystko to przepływa przez Wrota. Sama Wszechmogąca zapewniła środki do ich stworzenia w Dniach Kreacji, kiedy to wszystko, co było i kiedykolwiek będzie, wylało się w przestrzeń tak pustą, że nie była nawet próżnią. W tych pierwszych momentach sprzeczne ze sobą żywioły zderzały się, powstawały ograniczenia, wymiary pojawiały się i znikały, choć nigdy do końca, niczym widoczne na tych skałach smużki soli, wyznaczające granice pływów... – tarika machnęła laską – ...których nawet słońce i eony nie są w stanie wywabić do reszty. Te ograniczenia nazywają się kosmicznymi strunami, Dżalilo, i nie mają końca. Muszą tworzyć maleńkie pętle, lub rozciągać się z jednego krańca wszechświata ku drugiemu, po czym zawracać raz po raz w nieskończoność.

Dżalila popatrzyła na przypiętą do płaszcza tariki broszkę w kształcie pochłaniającego własny ogon robaka. Rozumiała, że fizyczne odległości pomiędzy gwiazdami są ogromne, lecz słowa staruszki w jakiś sposób sprawiały, że odległości, które pokonywała, by uniknąć zwykłych podróży, wydały się jeszcze większe...

– Musisz pojąć – ciągnęła tarika – że my, tariki, by przejść z jednej strony Wrót na drugą, przemierzamy coś znacznie bardziej przerażającego od nicości.

Dżalila skinęła głową. Była młoda i „nicość” nie wydawała się jej czymś szczególnie groźnym. Przeczuwała jednak, że w tym niemal ślepym spojrzeniu i szepczącym głosie kryją się odpowiedzi na zagadki, jakich nigdy nie otrzymałaby od namiotu snów ani od matek.

– Ale, hanim, co może być gorszego niż czysta nicość? – spytała z powątpiewaniem. Nie mogąc posłużyć się słowem „tarika” jak imieniem, uciekła się do tego krótkiego, grzecznościowego zwrotu.

– Ach, przecież nicość to nic, Dżalilo. Wyobraź sobie zamiast tego przekraczanie wszystkiego! – Tarika zachichotała i uniosła wzrok ku niebu. – Gwiazdy są takie piękne, podobnie jak noc. Pochodzisz, jak słyszę, z Tabuthal. Tam niebo musi wyglądać zupełnie inaczej.

Dżalila przytaknęła. Doznała ulotnej wizji. Powróciło uczucie, którego doznaje się tam, w górze, w najczystsze, najzimniejsze noce – jakby stało się wśród otaczających ze wszystkich stron gwiazd. Nawet teraz, choć pokochała fetor i bezustanne zdumienia wybrzeża, wciąż czuła niekiedy ukłucia nieokreślonej tęsknoty. Brakowało jej zarówno miejsca, jak i samego wrażenia, uczucia, tym bardziej że podejrzewała, iż płaskowyż – gdyby na niego wróciła – wydałby się jej teraz ponury i jałowy. Domyślała się, że ma to coś wspólnego z końcem dzieciństwa. Zupełnie jakby znalazła się na statku, na bezimiennej łodzi Kalala i patrzyła na znikający brzeg – połową siebie ciesząc się z rozstania, a połową z jego powodu cierpiąc. Oba te sprzeczne impulsy toczyły w niej wojnę...

Ku swemu zaskoczeniu, Dżalila uświadomiła sobie, że nie tylko myśli, ale i wypowiada to wszystko na głos, i że tarika – idąca swym wolnym tempem, z grzbietem uginającym się pod ciężarem głowy, z laską wyszeptującą nierówną linię w piasku, z łopocącymi dokoła czarnymi połami swej dżiba – słucha. Dziewczyna pomyślała, że także tarika była kiedyś młoda, choć niełatwo to sobie wyobrazić. Morze pieniło się i szeleściło. Znalazły się w miejscu, gdzie, łagodnie brzęcząc, niemal zupełnie ukryta, jakby wstydliwie, czekała kolasa tariki. Była mała, filigranowa – pojazd równie stary, czarny i zdobny jak brosza na płaszczu. Dżalila pomogła starusze przejść przez las. Drzwi kolasy otworzyły się, skrzypiąc niczym żelazna brama, po czym zamknęły za tariką. Kilka świerszczy zagrało wśród nocnego upału. Wreszcie, z cichym szumem i elektryczną poświatą przypominającą iskry skaczące z potartego o ciało wietrznego jedwabiu, kolasa wzniosła się nad wierzchołki drzew i odpłynęła.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.