Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pewnego dnia przykładny, spokojny, ułożony urzędnik musi się zmierzyć z dziwnym i całkowicie dla niego niezrozumiałym pragnieniem zatańczenia tanga z nagim rudobrodym mężczyzną. Pragnienie towarzyszy bohaterowi cały czas, zaskakując go w najmniej oczekiwanych momentach. Ponadto od kiedy w jego życiu pojawiła się potrzeba tańca, zaczynają dziać się niezwykłe rzeczy...
Andrzej Syska-Szafrański, urodzony w Kielcach w 1969 roku. Z wykształcenia artysta malarz i pedagog. Jego pasją jest pisarstwo. Zadebiutował książką „Żółta czapka” wydaną w 2013 roku. „Tango z rudzielcem” jest kolejną propozycją literacką w której autor w żartobliwy sposób ukazuje zmagania człowieka z własnymi pragnieniami i słabościami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 236
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Obudziłem się dziś z potwornym bólem głowy. Przyczyną tego stanu rzeczy był wczorajszy dzień. W zasadzie sam w sobie dzień był zwyczajny, jak zwykły dzień. Rano troszkę padał deszcz, później słońce lekko przebiło się przez chmury. Nawet kilka razy zagrzmiało. W pełni lata to raczej zjawisko powszechne, niebudzące w nikim specjalnych emocji. Jednak nie stan pogody wywołał u mnie dolegliwości uczucia rozrywania czaszki, a mnogość wydarzeń, jakich wczoraj doświadczyłem. Rano jak zwykle poszedłem do pracy. Gdy wszedłem do budynku mojego biurowca, zaraz za progiem złapał mnie niekontrolowany skurcz prawej łydki. Natychmiast pomyślałem, czy aby to normalne u faceta w moim wieku. Wszak z tego, co kiedyś przeczytałem, to skurcze łydki dopadają najczęściej dorastającą młodzież, sportowców, listonoszy i osoby w podeszłym wieku. Niestety, do żadnej z tych grup nie należałem. Jestem w sile wieku i skurcze łydek powinny mnie omijać szerokim łukiem. W drodze do swojego gabinetu troszkę się tym faktem martwiłem, zastanawiając się, czy przypadkiem nie należę do jakiejś nowej grupy osób, o której nie słyszałem, a którą obejmuje skurcz łydki. Jestem urzędnikiem w biurze pośrednictwa pracy, a nic nie czytałem w żadnym piśmie naukowym ani w żadnym innym, by skurcze dopadały tę grupę społeczną czy też zawodową. Jednak myślenie o skurczu łydki musiałem uznać za niebyłe, ponieważ gdy tylko zasiadłem za biurkiem, do mojego gabinetu zaczęli schodzić się łaknący pracy obywatele. Jeśli ktoś chce szybko zapomnieć o dolegliwościach związanych z niedomaganiem swojego organizmu, tym bardziej ze skurczem łydki w godzinach pracy, to powinien zostać urzędnikiem. Gwarantuję, że petenci są na to najlepszym lekarstwem. W pracy miałem umówionych dziewiętnastu interesantów, a przyjąłem trzydziestu jeden. Jak zwykle trafili się tacy, którym grunt palił się pod nogami.
Po pracy poszedłem do swojej matki, która od kilku dni prosiła mnie, bym zawiesił jej firanki w oknie. Od dziecka nienawidzę wieszać firanek, tak samo jak nie lubiłem zanosić pościeli do pralni. Moje wspomnienia z dzieciństwa to wieszanie firanek i okropny zapach proszku do prania w pralni oraz widok jej samej. Ze względu na to, że mój ojciec nie może trzymać rąk do góry dłużej niż dziesięć sekund, a matka ma wrodzony lęk wysokości (nawet butów na szpilce nie kupuje z tego powodu), czynność wieszania firanek w jej domu spada od czasu do czasu na mnie.
Po wizycie u matki i marudzącego na kiepskie obwodowe krążenie krwi ojca, musiałem iść do warsztatu samochodowego, gdzie zostawiłem do naprawy swojego dziesięcioletniego citroena. Kupiłem go kilka dni po tym, jak poznałem moją obecną narzeczoną Monikę. Jednak mimo zapewnień poprzedniego właściciela o dobrym stanie wozu, okazał się on wyjątkowo pechowy. Kocham ten samochód, ale co chwilę się psuje, dlatego postanowiłem go sprzedać. Znalazł się nawet kupiec na moją cytrynkę, ale zanim ją nabędzie, ja zobowiązałem się do jej naprawy. Chcę sprawić sobie nowszy, lepszy wóz. Mam nawet jeden na oku. W swojej karierze przejechał trochę kilometrów, ale zdecydowanie jest sprawniejszy od tego, który aktualnie posiadam. Wiem, bo już nim jechałem.
Samochód jest mi czasem potrzebny, zwłaszcza w dni takie jak wczoraj, gdy musiałem pozałatwiać mnóstwo spraw w różnych częściach miasta. Moja Monika ciągle suszyła mi głowę, bym w końcu zmienił samochód na nowszy, więc postanowiłem to dla niej zrobić. Jednak ja bardzo lubię swoją cytrynę, mimo że co jakiś czas muszę z nią jechać do warsztatu z powodu drobnych awarii. To „co jakiś czas” wypada mi właściwie raz w tygodniu. Monika ma zupełną rację, żeby pozbyć się tego grata – jak o nim mówi. Kiedy szedłem przez park, którędy wiodła najkrótsza droga do mechanika, zaczepił mnie dziwny facet, ubrany w równie dziwaczną czerwoną koszulę z cekinami. Gość otoczony był wianuszkiem równie dziwnie przyodzianych, niespotykanych kobiet i mężczyzn. Mieli na sobie mnóstwo kolczyków, cekinów i podkrążone od niewyspania oczy, a jeden z nich próbował nawet coś śpiewać. Ten w czerwonej koszuli, który do mnie podszedł, położył mi niepostrzeżenie rękę na głowie, po czym zaczął wmawiać mi, że kolor mych oczu jest inny od tego, który faktycznie mam, albo coś w tym rodzaju. Może go źle zrozumiałem, jednak mniej więcej tego typu problem faceta nurtował, gdy mnie zobaczył. A gdy gość stwierdził, że nie mam jednak ochoty ani czasu z nim rozmawiać, wsadził mi do ręki jakąś ulotkę. Nie była to nawet ulotka, tylko zwykła zapisana odręcznie kartka, na którą od niechcenia rzuciłem okiem, a następnie schowałem do aktówki i udałem się do obranego wcześniej celu. Idąc ciągle tą samą parkową aleją, natknąłem się na spacerującą ze swoim psem Basię.
Basia jest przyjaciółką mojej Moniki. Na mój widok szczerze się uśmiechnęła, a pies mnie obwąchał. Aż się zdziwiłem. Nie obwąchiwaniem, tylko uśmiechem właścicielki pieska. Monika z Basią znają się od dziecka i przyjaźnią do dziś. Nie za bardzo przepadam za Basią, ponieważ jest wścibska, hoduje w domu szczura i posiada właśnie tego psa, który jest dziwnej rasy i ciągle na coś choruje. Poza tym ona też chyba mnie nie lubi. Mimo to przystanąłem na chwilę, przywitałem się, gdyż tak wypadało, po czym zamieniliśmy grzecznościowo kilka słów. W trakcie naszej ubogiej w treści konwersacji, nagle powiedziałem do swej rozmówczyni zagadkowo brzmiące słowa – „bursztynowe korale”. Basia jednak nie zwróciła specjalnej uwagi na te wtrącone do rozmowy dwa wyrazy. No, może lekko się uśmiechnęła, jednak i tak nie dała po sobie poznać, że jest zaskoczona tym, co nieoczekiwanie powiedziałem. Po krótkiej wymianie uprzejmości Basia – z tym samym nieustającym uśmiechem – życzyła mi powodzenia, za co podziękowałem, po czym oznajmiłem, że się bardzo śpieszę, i pomknąłem zobaczyć co z moim samochodem.
W drodze do mechanika zastanawiałem się, dlaczego na widok Basi przypomniałem sobie moje „bursztynowe korale”. Mogła dziewczyna pomyśleć, że coś złego dzieje się z moją psychiką, skoro wtrąciłem między wypowiadane zdania słowa, niemające nic wspólnego z tym, o czym rozmawialiśmy. Rzeczywiście zabrzmiały bardzo dziwnie. W dzieciństwie „bursztynowe korale”, to był mój talizman słowny, który przynosił mi szczęście. Odganiał zło i przyciągał dobro. Nie wiem, dlaczego akurat teraz o tym pomyślałem, ale czasem człowiek nie wie, jak zareagować na widok kogoś, kogo nie lubi. Ja zareagowałem właśnie w ten sposób, przywołując bursztynowe korale.
Rzeczywiście szybko się pozbyłem jej towarzystwa. Z parku wszedłem bezpośrednio na główną ulicę, na której zobaczyłem jakiegoś faceta, udającego ptaka. Gość biegał wzdłuż i wszerz deptaka, z rękami wyciągniętymi w bok, którymi machał jak gołąb. Pomyślałem, że chyba oszalał, i zaśmiałem się na ten widok. Nagle poczułem delikatną ekstazę, a jednocześnie niepokój. Dopadło mnie jakieś dziwne uczucie podniecenia.
– Ci wariaci – powiedziałem do siebie i pomknąłem dalej.
W drodze do warsztatu myślałem właśnie o tym mężczyźnie-gołębiu. Tak jakoś zapadł mi w pamięć. Facet ma pewnie rodzinę, wczoraj musiał odebrać teściową od lekarza, synowi kupić najnowszej klasy laptop, żonie zafundować tipsy, więc pewnie pragnie to wszystko odreagować, udając ptaka. Zwierzę wolne od laptopów, teściowych i tipsów. Lekkość, z jaką machał rękami, sprawiała wrażenie, że facet rzeczywiście jest gołębiem. Powiem szczerze, że człowiek-gołąb wywołał we mnie nadzwyczaj pożądane uczucie spokoju, które było mi potrzebne w tym zabieganym dniu. Myśl o pigeon manie sprawiła, że droga do mechanika stała się krótsza i przyjemniejsza.
W warsztacie, do którego w końcu dotarłem, okazało się, że moja cytryna jest daleka od stanu technicznego, jakiego oczekiwałem, miałem nawet wrażenie, że mój samochód jest bardziej zepsuty, niż zanim go oddałem w ręce „fachowca” – pana Władzia. Władziu oznajmił, że naprawa potrwa jeszcze ze dwa dni, bo musi coś tam dokupić. A że jestem człowiekiem pozytywnie nastawionym do świata, zrozumiałem opóźnienie naprawy i nawet nie miałem żalu do mechanika, że nie zdążył z reperacją mojej cytrynki. Prosto z zakładu mechanicznego poszedłem do księgarni, w której dwa dni temu zamówiłem książkę z dziedziny doradztwa zawodowego. Jako że sumiennie wykonuję swoje obowiązki, poważnie traktuję swoją pracę, staram się pogłębiać wiedzę z tej dziedziny, toteż książka była mi niezbędna. Po jej kupieniu poszedłem załatwić chyba najtrudniejszą sprawę wczorajszego dnia. Udałem się do galerii handlowej, by kupić urodzinowy prezent dla Moniki. Moja narzeczona uwielbia dostawać prezenty. W zasadzie kto nie lubi dostawać upominków. Ja też lubię być obdarowywany, ale za to nigdy nie potrafiłem dobrać odpowiedniego prezentu dla kogokolwiek. Zawsze miałem z tym kłopot. Jednak Monice kupuję upominki, z których zawsze jest zadowolona. Zazwyczaj jest to ładna torebka, markowe okulary czy kolczyki z błyszczącym oczkiem. Tajemnica trafności suweniru tkwi w tym, że długą ich listę dostaję od niej miesiąc przed planowanym zakupem. Wystarczy coś odpowiedniego z niej wybrać i kłopot z głowy.
Tym razem miałem do wyboru: srebrną spinkę do chusty, perfumy Issey Miyake z limitowanej edycji, płytę Czesław śpiewa i jeszcze kilka innych przedmiotów niezbędnych do bycia szczęśliwym człowiekiem. Krążąc od stoiska do stoiska, miałem wrażenie, że jestem bilardową kulą z numerem siedem, która – uderzona z wielką siłą gołą ręką przez potężnego małpoluda – odbija się od kolorowych ścian, szukając ziarnka kawy. Ziarnka kawy, które się ukrywa i śmieje się ze mnie, gdy nie mogę go znaleźć. Po godzinie spędzonej w galerii handlowej kupiłem ogromny kapelusz! Niestety nie znajdował się on na liście wymarzonych prezentów. Wiem nawet, że Monika nie lubi kapeluszy, a tym bardziej nie polubi tego, który jej kupiłem. Był duży, w kolorowe kwiaty. Po prostu sam nie wiem, dlaczego kupiłem kapelusz. Nie sądzę, że będzie to trafiony podarunek, ale pomyślałem, że choć raz będzie to prezent wyłącznie ode mnie. Z tego co wiem, to chyba na tym polega robienie prezentów – mają być niespodzianką od serca. Znalazłem ziarnko kawy. Bilardowa kula została oblana przez małpoluda czekoladowo-miętową polewą i w nagrodę wypuszczona na wolność. Nie lubię robić zakupów. Postanowiłem, że na dziś koniec z załatwianiem spraw i udałem się do domu.
Po wejściu do mieszkania położyłem kapelusz na stole, popatrzyłem na niego kilka chwil w zadumie, czy aby nie będzie on jądrem konfliktu, po czym schowałem go głęboko do szafy. Moja Monika jest osobą wspaniałą, ale, delikatnie mówiąc, wybuchową. Nie lubi, gdy coś robię bez uzgodnienia z nią lub gdy sprawy nie idą po jej myśli. Wtedy potrafi uderzyć ręką w stół. Ale mimo to świetnie się dogadujemy. Taka z niej kobitka z charakterem.
Gdy upewniłem się, że prezent jest w niewidocznym miejscu, zasiadłem w fotelu, a przy jego boku postawiłem swoją nieodłączną czarną aktówkę z czerwonymi rączkami, z którą chadzam do pracy. Musiałem w końcu złapać oddech po całym męczącym dniu. Pomyślałem, że to dobrze, że urodziny mojej Moniki są dopiero za trzy dni, ponieważ na dziś dość mam wrażeń, a co dopiero, gdybym miał dziś świętować rocznicę jej przyjścia na świat. Kocham moją narzeczoną, planujemy w niedługim czasie wziąć ślub, jednak mieszkamy póki co osobno. Osobiście twierdzę, że lepiej mieszkać razem przed ślubem, gdyż w tym czasie można się poznać z tej dobrej, jak i złej strony. Nie przeczę, czasem Monika u mnie pomieszkuje, jednak wytrzymuje maksymalnie dwa dni, a po tym czasie wraca do siebie do domu, gdzie mieszka ze swoją matką. Ojciec Moniki nie żyje. Zmarł, gdy była dzieckiem. Smutna historia, ale takie jest życie. Monika nie chce ze mną zamieszkać, ponieważ twierdzi, że moja kawalerka jest zbyt mała jak na dwie osoby, a co dopiero na wychowywanie w niej potomstwa, które mamy w planach zaraz po ślubie. Od chwili, w której się jej oświadczyłem, zacząłem odkładać na większe mieszkanie, by było nam wygodniej i żebyśmy w końcu się pobrali, zamieszkali razem i stworzyli prawdziwą rodzinę. Jednak samotność w mieszkaniu po tak ciężkim dniu jak wczorajszy, była mi bardzo potrzebna i na szczęście Monika nie miała w planach u mnie nocować.
By rozluźnić organizm, zrobiłem sobie drinka z whisky i coli, pomyślałem o człowieku-gołębiu i znowu się uśmiechnąłem. Powoli wyciszałem swój mózg. Dopiero gdy zebrałem myśli do kupy, mogłem spokojnie zadzwonić do mojej sympatii. Ze szklanką dobrego trunku w dłoni, z wyciągniętymi daleko przed siebie nogami wspartymi o oparcie wersalki, oddałem się rozmowie telefonicznej z wybranką serca. Opowiedziałem jej prawie o wszystkim, co mnie tego dnia spotkało. Aby nie zadawała szczegółowych pytań, jak zwykła to robić przez telefon, powiedziałem, że z nadmiaru wrażeń bardzo boli mnie głowa i muszę odpocząć. Pierwszy raz ją w ten sposób potraktowałem, nie dając jej nawet dojść do głosu, ale rzeczywiście bardzo bolała mnie głowa. Po skończonej rozmowie odłożyłem słuchawkę. Z tego wszystkiego zapomniałem Monice powiedzieć, że bardzo ją kocham. Zawsze to mówię, gdy kończymy rozmowę przez telefon.
Rozparłem się wygodnie w fotelu i poczułem znowu jakiś dziwnie niepokojący rodzaj wewnętrznego podniecenia. Jednak nie było to podniecenie, jakie towarzyszy mi zwykle podczas miłosnych uniesień. Twierdzę nawet, że było to coś bardziej ekscytującego, o ile coś może być uczuciem milszym od wspomnianego wyżej. Ale jak widać, jest to możliwe. Czułem się, jakby potężne zwierzę krążyło w moich żyłach i muskało delikatnie małym piórkiem każdą komórkę mojego ciała. Jednak z pewnością nie był to małpolud, który pchnął mnie do kupna prezentu dla Moniki. Zamknąłem oczy i przez myśl przemknął mi film Godzilla i scena, w której ogromny potwór trzyma w swych łapskach drżącą ze strachu niewiastę. Czy to jakieś ostrzeżenie? Tak się właśnie czułem, ale ból głowy mnie usprawiedliwiał. Oparłem obolałą łepetynę o zagłówek fotela, zamknąłem oczy i siedziałem tak dłuższą chwilę. Gdy poczułem, że organizm zupełnie wyciszył się, rozebrałem się, następnie wziąłem prysznic i położyłem spać.
Dziś rano, gdy wstałem, poczułem, że wieczorny ból głowy nie minął. Zacząłem krzątać się po mieszkaniu, czekając, aż ucisk w głowie ustąpi. Nie ustąpił. Wziąłem letni prysznic, umyłem zęby, ogoliłem się, zostawiając sumiaste wąsy (z których jestem niezmiernie dumny, a które to zacząłem zapuszczać, gdy poznałem Monikę), nakremowałem twarz. Jednak mimo porannej, orzeźwiającej toalety, czaszka pulsowała mi pod skórą, jakby ktoś pompował w nią hektolitry wody gazowanej. Nawet teraz, godzinę od pobudki, siedząc w fotelu i rozmyślając o tym, co mnie wczoraj spotkało, ból nawet na chwilę nie zdecydował się mnie opuścić. Stwierdziłem, że najlepszym rozwiązaniem problemu będzie poranny papieros i mocna tabletka przeciwbólowa. Ucisk w głowie nie pozwalał mi nawet czegokolwiek zjeść. Po chwili namysłu stwierdziłem, że najpierw wezmę tabletkę ketonalu, a później zapalę papieroska. Obolałą ręką (bo jak boli głowa, to boli już cały organizm) sięgnąłem po aktówkę, którą zostawiłem wczoraj obok fotela. W mojej podręcznej torbie trzymam zazwyczaj wszystko, co jest mi potrzebne do zwykłego, codziennego funkcjonowania. Mam tam dokumenty z pracy, telefon komórkowy, długopis, pastę i szczoteczkę do zębów, krem nivea i oczywiście tabletki przeciwbólowe, zapalniczkę i papierosy.
Dokopując się do tabletek i papierosów, zacząłem wyciągać wszystko, co w tej mojej aktówce było schowane. Szczoteczkę, długopis, jakiś papierek po zjedzonym batonie, ulotkę podarowaną przez tego dziwnego faceta w czerwonej koszuli z cekinami, aż w końcu dorwałem się do papierosów, zapalniczki i fiolki z ketonalem. Zażyłem tabletkę, zapaliłem papieroska.
„Uff… Co za rozkosz – pomyślałem, wypuszczając dym w kierunku sufitu”.
Czekając na to, że w końcu ból głowy pójdzie sobie precz, złapałem ulotkę od dziwnego faceta w czerwonej koszuli. Nawet przeczytałem pierwsze zdanie, jednak niesłabnący ucisk w głowie nie pozwalał mi się skupić na treści tego świstka. Po wypaleniu papierosa odczekałem jeszcze kilka minut. Dolegliwości pod czaszką powoli ustępowały, więc zaczęło do mnie docierać, że czas najwyższy zbierać się do pracy. Odruchowo schowałem ulotkę z powrotem do aktówki, spakowałem paczkę z papierosami, zapalniczkę i zacząłem się ubierać. Założyłem spodnie, zieloną koszulę, którą wyjąłem z szafy, zawiązałem pod szyją krawat, zarzuciłem marynarkę. Poszedłem do kuchni. Z lodówki wyjąłem kiełbasę, ugryzłem kawałek, popiłem sokiem z kartonu. Nie lubię pić nic bezpośrednio z butelki czy kartonu, ale nie chciało mi się rozglądać za szklanką. W tym czasie ból głowy zdecydowanie minął, nawet nie zorientowałem się, w którym momencie. Poszedłem do przedpokoju, by założyć buty, i nagle poczułem, że cały czas coś mnie dręczy, ciągle czuję to dziwne podniecenie, które dopadło mnie wczoraj i siedzi we mnie do tej pory. Zdecydowanie poczułem, że mam ogromną potrzebę tańczyć tango z nagim, rudobrodym mężczyzną! Co jest?! Stanąłem bez ruchu. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy aby pomyślałem o tym, o czym właśnie pomyślałem. Rozejrzałem się wokół, sprawdzając, czy ktoś przypadkiem nie słyszy moich myśli. Moje ciało przeleciał dreszcz. Mimo że byłem sam w mieszkaniu, miałem wrażenie, że ktoś obok mnie stoi i obserwuje to, co robię i myślę. Tak. Mam potrzebę tańczyć tango z nagim, rudobrodym mężczyzną!
Poklepałem się po twarzy, westchnąłem trzykrotnie, jednak nic to nie pomogło, gdyż nadal to czułem. Nie mogąc uwierzyć we własne myśli, przystanąłem ponownie bez ruchu, po czym oparłem głowę o ścianę i pomyślałem, że zwariowałem. Jednak zacząłem dochodzić do wniosku, że to chyba efekt uboczny zażytej tabletki przeciwbólowej. Do tej pory, gdy zażywałem ten lek, nie miałem podobnych objawów.
„Być może nadmiar porannych przemyśleń, połączony z tym specyfikiem, dał nieoczekiwany efekt – pomyślałem, próbując zepchnąć niecodzienne pragnienie na działanie leku i wspomnienia dnia wczorajszego”.
Po uspokojeniu myśli założyłem buty, przygładziłem wąsy i wyszedłem z mieszkania. Do pracy zmierzałem krokiem spokojnym, myśląc między innymi o tym, co dziś zjem i czy prezent w postaci ogromnego kapelusza będzie się podobał mojej narzeczonej; że dobrze zrobiłem, nie zabrawszy dziś parasola, krótko mówiąc, starałem się myśleć o wszystkim, byle tylko zignorować pomysł, jaki wpadł mi do głowy przy zakładaniu butów. Muszę przyznać, że wczorajsze zastanawianie się nad tym, czy w moim wieku dopuszczalne są skurcze łydki, było niczym w porównaniu z zastanawianiem się nad tym, czy normalną sprawą w moim przypadku jest chęć zatańczenia tanga z nagim, rudobrodym mężczyzną. Pocieszałem się, że moi petenci są najskuteczniejszym lekarstwem na podobne stany umysłu. Wczoraj dzięki nim zapomniałem o myśleniu o nagłym skurczu łydki.
„Zabiorę się ostro do pracy i przestaną mi przychodzić do głowy podobne bzdury” – uspokajałem się.
Ale po chwili złapałem się na tym, że im bardziej staram się ignorować to przedziwne pragnienie tańca, tym bardziej zakorzenia się ono w moich myślach, a ten KTOŚ cały czas jest przy mnie i mnie obserwuje. Tak to już jest, że uporczywa chęć niemyślenia o czymś przekornie potęguje w człowieku myślenie właśnie o tym, czego chcemy pozbyć się z głowy. Mimo wszystko kroczyłem żwawo przed siebie.
W pewnej chwili zacząłem mieć wrażenie, że stąpam po betonowym materacu, który pod naciskiem mych stóp ugina się rytmicznie, poddając się całkowicie rozkazom wydawanym przez moje buty. Raz, dwa, raz, dwa. Prawa, lewa, prawa, lewa. Góra, dół, góra, dół. Materac posłusznie wykonuje polecenia, niosąc mnie na swym miękkim, betonowym grzbiecie. Pokornie znosi cierpienie, jakie mu zadaję, a nawet okazuje radość z tego, że po nim stąpam. Dziwne uczucie, ale przyjemne. Po około dwudziestu minutach, w stanie myślenia i niemyślenia o dziwnym pragnieniu, o betonowym materacu, dotarłem do biura. Po wejściu do budynku jak zwykle pobrałem klucz z portierni. Kiedy brałem kluczyk z wieszaczka, przypomniała mi się nagle, nie wiedzieć czemu, Basia i powiedziałem znowu do siebie:
– Bursztynowe korale.
„Co jest do cholery?! Jakie znowu bursztynowe korale? Przecież jej tu nie ma i nie mam kogo odganiać! Chyba jestem przemęczony”.
Z kluczem w dłoni udałem się do swojego gabinetu. Po drodze przywitałem kilku kolegów, z którymi pracuję, życzyłem im miłego dnia– zawsze to robię. Idąc długim korytarzem, wypatrywałem drzwi swojego biura. Już z daleka widziałem długą kolejkę osób, które czekały na moje przybycie. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów ucieszyłem się z nadmiaru interesantów wyczekujących pod drzwiami mojego pokoju.
„Prawdziwe lekarstwo na ciało i umysł”.
Przechodząc obok zgromadzonych ludzi, uśmiechałem się do nich. Po wejściu do pokoju, szybko się zorganizowałem, by od razu przystąpić do wykonania zaplanowanych obowiązków. Przejrzałem listę „umówionych” – była jak zwykle imponująco długa.
– Pierwszą na liście mam panią Teresę Płomyk, a następny w kolejce jest Ludwik Palnik – przeczytałem i uśmiechnąłem się pod nosem. – Z pewnością nie są ze sobą spokrewnieni – powiedziałem półszeptem, po czym podszedłem do drzwi i poprosiłem panią Teresę do gabinetu.
Pani Płomyk w krótkich słowach opowiedziała mi swoją dotychczasową historię zawodową, a ja w skupieniu jej wysłuchałem. Poskarżyła się, jak podle została potraktowana przez ostatniego pracodawcę i że przepłakała chyba siedem lub dziesięć nocy z tego powodu, tak wiele, że już sama nie pamięta ile. Teraz musi tułać się po urzędach w poszukiwaniu roboty i że za co ona dzieci wykarmi. Opowiedziała też o swoim mężu, który wyleguje się do południa przed telewizorem, o tym, że dzieci nie chcą się uczyć, a jej starszy syn to już nawet całował się z jakąś pannicą ze szkoły, i ona ma już tego serdecznie dość – tak zakończyła swą opowieść.
Spojrzałem na kwalifikacje zawodowe pani Teresy, poszperałem w dokumentach od pracodawców, po czym przedstawiłem jej propozycje pracy, jakie miałem w ofercie. Zachowałem się jak zwykle profesjonalnie i zgodnie z procedurami. Szkoda mi tej pani Płomyk. Gdy pani Płomyk oznajmiła, że z przejrzanych ofert wybiera pracę w sklepie odzieżowym, bo tam widzi najlepsze dla siebie warunki zatrudnienia, bardzo się ucieszyłem, że mogłem pomóc kolejnej chętnej do pracy osobie.
– Bardzo mi miło, że zdecydowała się pani właśnie na tego pracodawcę. Z pewnością zapewni on pani jak najlepsze warunki pracy i płacy. Nigdy nie mieliśmy zażaleń na tę firmę i sądzę, że pani również będzie zadowolona – powiedziałem do uśmiechniętej pani Płomyk. Tej zaś ze wzruszenia poleciała łezka z oka.
„Jakaś płaksiwa ta pani” – pomyślałem w duchu i znowu się uśmiechnąłem.
Gdy pani Płomyk wstawała z krzesełka przed moim biurkiem, żegnając się z nią, odezwałem się do niej spokojnym, urzędniczym głosem:
– Muszę pani powiedzieć, że mam potrzebę zatańczenia tanga z nagim, rudobrodym mężczyzną.
Po moich słowach pani Płomyk na chwilę zamarła, jej wzrok zbiegł się z moim spojrzeniem, po czym zapytała:
– Wszystko w porządku? – wydukała, ściskając stertę dokumentów, które jej przekazałem.
– Bardzo panią przepraszam, ale przypomniało mi się bardzo nieprzyjemne zdarzenie z dzisiejszego poranka, jeszcze raz panią przepraszam – powiedziałem i poczułem, jak palę się ze wstydu. Mój organizm lizały długie i gorące jęzory ognia. Wpadały nosem, wypadały uszami, ustami i przez pępek.
Po wyjściu pani Teresy nie byłem w stanie skupić myśli na obowiązkach zawodowych. Sam nie wierzyłem, że powiedziałem to, co powiedziałem.
„O co tu chodzi?– pomyślałem, chwytając butelkę z wodą mineralną, gdyż nagle poczułem ogromną suchość w gardle, które musiałem natychmiast zwilżyć, jednocześnie gasząc płomienie w głowie. Napiłem się bezpośrednio z butelki, mimo że jak wspomniałem, nienawidzę pić w ten sposób. Jednak dramaturgia tej sytuacji kazała mi instynktownie zareagować właśnie w ten sposób. Gdy pół godziny temu wchodziłem do gabinetu, ucieszyłem się na widok dużej liczby petentów. Teraz ten stan rzeczy mnie przeraził. Najbardziej przeraziło mnie to, że w niekontrolowany sposób powiedziałem jakiejś obcej mi kobiecie o swoim przedziwnym pragnieniu tańca tanga z nagim, rudym facetem. A co będzie, jeśli każdemu z kolejnych klientów powiem to samo? Co się stanie, jak pomyślą, że urzędnik, który powinien pomagać, nagle zgłupiał? Takie informacje szybko się roznoszą. A co będzie, jak to dotrze do mojego szefa?! W najlepszym wypadku wywalą mnie z pracy na zbity pysk, w najgorszym posądzą o zboczenie. Bo któremu zdrowemu psychicznie człowiekowi przychodzi do głowy chęć tańca tanga z gołym, rudobrodym facetem?! Tak po prostu, w biały dzień, bez konkretnego powodu?!
Po przemyśleniu tej sytuacji postanowiłem poprosić szefa o dzień wolny. Powiem mu, że nagle poczułem się źle. „Każdy ma prawo poczuć się źle” – pomyślałem, wychodząc na korytarz. W drodze do gabinetu mojego przełożonego spoglądałem na twarze czekających na wizytę u mnie bezrobotnych. Być może miałem tylko wrażenie, ale poczułem, że wszyscy dziwnie na mnie patrzą, że pani Płomyk zdążyła już publicznie oznajmić, co jej powiedziałem, gdy opuszczała mój pokój.
Droga do gabinetu dyrektora wydawała się nie mieć końca. Mimo wszystko jakoś tam dotarłem. Dostałem dzień wolny. Szef nie mógł postąpić inaczej, jak tylko dać mi wolne. Jednak był troszkę zdziwiony, gdy mu powiedziałem, że się źle czuję. Do tej pory byłem pracownikiem zdyscyplinowanym, sumiennie wykonującym swoje obowiązki, zawsze punktualnym i co najważniejsze nigdy nie chorowałem i nie zwalniałem się z pracy. Niestety, nie miałem innego wyjścia, gdyż pomijając wczorajszy skurcz łydki, który można zignorować, dzisiejsze zachowanie kazało mi poważnie zastanowić się nad swoim stanem zdrowia, tego psychicznego. W związku z zaistniałą sytuacją zdecydowałem, że muszę zareagować natychmiast, zanim przyjdzie mi do głowy jeszcze coś gorszego. Nie mogę wszak obcować z ludźmi w takim stanie. Ale też nigdy nie byłem w takim stanie, więc trudno mi zdecydować, co mam z tym fantem zrobić. Może zadzwonię do matki? Ona potrafi czasem doradzić, co robić w różnych sytuacjach. Nie. Pomyśli, że jej jedyny syn zgłupiał na stare lata i ją to zmartwi. Jedyne, co mogę zrobić, to skontaktować się ze specjalistą od ludzkiej psychiki.
„Tak. Muszę iść na wizytę do psychiatry” – pomyślałem, chowając głowę w dłonie.
Po szybkim opracowaniu strategii walki o moje zdrowie wyszedłem ponownie na korytarz. Przeprosiłem wszystkich oczekujących na wizytę petentów, informując, że dziś już nikogo nie obsłużę, i skierowałem ich do innych gabinetów, zapewniając, że tam również uzyskają fachową pomoc w znalezieniu zatrudnienia. Po przekazaniu wiadomości petentom, zamknąłem się w gabinecie. Przekręciłem klucz w zamku. Korzystając z firmowego komputera, czym prędzej postanowiłem poszukać w internecie adresów prywatnych gabinetów psychiatrycznych. Ręce mi drżały. Po niedługiej chwili na ekranie monitora ukazał się napis: „Prywatny gabinet psychiatryczny dr Paweł Miłek – ulica Krucza 2” i numer telefonu. Biorę! Postanowiłem zadzwonić natychmiast, korzystając jednak z prywatnego telefonu. Wykręciłem numer i czekałem na zgłoszenie się kogoś z drugiej strony aparatu.
„Dobrze, że to mężczyzna. Facet zrozumie mnie lepiej niż kobieta” – pomyślałem, czekając na odbiór. Po trzech sygnałach usłyszałem w słuchawce miły, ciepły, damski głos.
– Ale zaraz, to miał być mężczyzna! – krzyknąłem, po czym przez chwilę zastanowiłem się, że może jest ze mną coraz gorzej, że już męskie głosy wydają mi się damskimi!
Zimny pot oblał mi plecy. Szybko się rozłączyłem, by złapać oddech. Po chwili wykręciłem numer ponownie. Poczułem mocne zdenerwowanie, gdyż chciałem umówić się na wizytę czym prędzej, zanim się rozmyślę lub co gorsza, kolejny raz pomyślę o tańcu z brodatym facetem (w dodatku ryżym) i zacznę o tym publicznie opowiadać. W słuchawce ponownie odezwał się ten sam damski głos i ponownie pani zaczęła mówić swoją regułkę, zanim zdążyłem się przedstawić. To nieznośne brzęczenie jej głosu wydawało się być zapowiedzią mojej porażki. Żeby odgonić złe myśli, wyobraziłem sobie postać mówiącej do mnie kobiety. Pewnie jest gruba, ma wąsy i mąż ją zdradza z kolegą z pracy – snułem wizje, czekając, aż się kobiecina wygada. No cóż, u psychiatry też pracują chyba gadatliwe sekretarki. Mówią długo i bez opamiętania, podobnie jak moja Monika. Przez telefon potrafi mówić bez końca, nie słuchając, co do powiedzenia ma rozmówca. Z tego też powodu postanowiłem wysłuchać babska, czekając, aż skończy. Po kwiecistej przemowie tej kobitki, gdy już chciałem dojść do głosu i zapisać się na wizytę, usłyszałem pisk i krótką informację: „Po sygnale zostaw wiadomość”.
– Kurwa, z maszynką gadałem!
Zamaszystym gestem wyłączyłem telefon. Przez chwilę stałem zamyślony. Przed oczami przeleciały mi wydarzenia dzisiejszego poranka. Po krótkim namyśle postanowiłem, że pójdę tam bez zapowiedzi telefonicznej. Być może doktor Miłek będzie tak miły i przyjmie mnie bez tych procedur. Spojrzałem na zegarek
– Już dwanaście po dziewiątej – wyszeptałem, po czym zerknąłem na monitor, by sprawdzić w ogłoszeniu doktora Miłka godziny, w których przyjmuje pacjentów.
– Dziś jest czwartek. W poniedziałki, środy i piątki od 15:00 do 19:00. We wtorki i czwartki od 11:00 do 16:00 – przeczytałem na głos, po czym zamknąłem komputer i zacząłem pakować swoje rzeczy z biurka do nieodłącznej czarnej aktówki.
Wyszedłem z pracy. Mając jeszcze prawie dwie godziny do otwarcia gabinetu lekarskiego, postanowiłem, że wykorzystam ten czas na spacer po mieście. Co prawda na Kruczą mam niedaleko, ale muszę przewietrzyć głowę i może zjem coś po drodze. W zasadzie prawie nic dziś nie jadłem poza kawałkiem kiełbasy. Nawet kawy nie wypiłem. „To wszystko przez ten cholerny ból głowy” – myślałem, spacerując miejskimi alejkami. W tym czasie zacząłem się nawet zastanawiać, czy tak naprawdę konieczna jest wizyta u psychiatry. Może to chwilowy wybryk mojego umysłu? Może obejrzałem jakiś film, w którym tańczą tango nadzy, rudzi faceci i przełożyłem to na własne życie? Ale z drugiej strony, gdyby wszystko było w porządku z moją głową, tobym nie powiedział tych bzdur pani Płomyk. Nie, lepiej upewnić się u specjalisty, niż później być narażonym na różne nieprzyjemności. W czasie spaceru wszedłem do cukierni i zamówiłem do stolika dwa pączki z nadzieniem różanym oraz kawę z mlekiem. Po konsumpcji zapłaciłem i wyszedłszy z cukierni na zewnątrz, spojrzałem na zegarek.
Dwie godziny upłynęły w mgnieniu oka. Bez namysłu skierowałem swe kroki na Kruczą 2. Dotarłem w okolicę budynku w dziesięć minut. Zanim zdecydowałem się wejść, zacząłem się rozglądać, czy przypadkiem nie idzie za mną ktoś z moich znajomych czy też interesantów. Przez chwilę czułem się jak zboczeniec sterczący pod żeńskim internatem. Wiem, że może nie jesteśmy krajem zacofanym, ale nadal wielu ludziom wizyta u psychiatry kojarzy się bardzo źle. Zwłaszcza, jeśli z usług korzysta poważny urzędnik państwowy, za jakiego jestem powszechnie uważany.
Po rozpoznaniu terenu wkroczyłem do budynku. Gdy naciskałem klamkę, zadzwonił mój telefon komórkowy. Wyjąłem aparat z aktówki, zerknąłem na ekran.
– No cholera, nie teraz! – powiedziałem do siebie, widząc numer Moniki. – Czego ona może ode mnie chcieć? Przecież nie dzwoni nigdy w godzinach mojej pracy.
Rozłączyłem sygnał. Z bijącym sercem, posuwistym krokiem, niemalże z plecami przy ścianie przemieszczałem się po schodach na pierwsze piętro, gdzie mieścił się gabinet doktora Miłka. Na korytarzu na szczęście nie było nikogo, kto mógłby mnie zobaczyć, tym bardziej rozpoznać. Po pokonaniu kondygnacji przystanąłem, by rozejrzeć się wokół i rozpoznać teren. Po prawej stronie znajdowała się toaleta damska, po lewej męska, za nimi składzik na szczotki. Na ścianach zauważyłem jakieś plakaty reklamujące tabletki na notoryczne wkurwienie, bezsenność i jakieś inne, pewnie na wzmożenie popędu. Za plakatem z tabletkami – tymi od popędu – znalazłem w końcu wyróżniające się drzwi w mahoniowym kolorze, a przy nich tabliczkę z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem oraz specjalizacją: „Paweł Miłek, psychiatra”. Tyle. Niby zwykła informacja o tym, kto tam za ścianą się znajduje, ale jakże brzmi taka wiadomość dla kogoś, kto musi tam iść po raz pierwszy. PSYCHIATRA! Gdyby ktoś kiedykolwiek mi powiedział, że będę musiał iść po poradę do psychiatry, tobym go wyśmiał pełną gębą. Jednak jestem tu i nie mam się z kogo ani z czego śmiać.
Wziąłem oddech głęboko w płuca. Wchodzę! Chwyciłem za klamkę, pchnąłem drzwi od siebie i po chwili znalazłem się w poczekalni owego gabinetu. Ciarki przeszły mi po plecach, ale raz kozie śmierć – zaświtało mi w głowie staropolskie powiedzenie, w czasie gdy rozglądałem się wokół. W poczekalni siedział jakiś dżentelmen z czarnym parasolem przeciwdeszczowym w dłoni, mimo że tego dnia była słoneczna pogoda. Jakiś mocno zapobiegliwy.
„Ważne, że to nie żaden z moich petentów ani znajomych” – pomyślałem z ulgą. Ładnie się ukłoniłem. Gdy już chciałem usiąść – zawisłem tyłkiem w powietrzu. Następna przeszkoda. Okazało się, że przed wejściem do gabinetu lekarza trzeba się jeszcze zarejestrować. Podszedłem do pani sekretarki, która w uśmiechu wyszczerzyła zęby na mój widok.
„Pewnie to ta zołza, która była nagrana na automatyczną sekretarkę” – pomyślałem, bacznie się jej przyglądając.
– Dzień dobry – powiedziała, pokazując lśniące uzębienie. To ta sama, poznałem po głosie.
– Dzień dobry. Nazywam się Leon Karaś, rano dzwoniłem, jednak nagle przerwało mi połączenie i postanowiłem przyjść niezapowiedziany. Czy jest szansa na wizytę?
– Och tak, proszę o dowód, założę panu kartę. Może pan spocznie, ja w tym czasie dopełnię formalności.
Usiadłem obok faceta z parasolem. Poza tym, że miał parasol, nie wyglądał na takiego, który wymaga porady psychiatry. Ale na pierwszy rzut oka po mnie też nie widać, że mi od wczoraj wiruje korba w głowie. Bo w rzeczywistości chyba nie jestem psychicznie chory, tak mi się przynajmniej wydaje.
