44,00 zł
„Tańce nad miastem” to jedna z najpiękniejszych i najbardziej poruszających książek o dwoistej naturze rzeczywistości i tajemnicy pisania. Uładzimier Arłou - jeden z najciekawszych i najpopularniejszych poetów i prozaików białoruskich ostatnich kilku dekad – przenosi nas w świat, gdzie sny przekraczają granicę jawy i dają wytchnienie od grozy rzeczywistości, w której protestujący giną od kul snajperów. Trzy opowieści, rozgrywające się w różnych krajach (i światach), tworzą kunsztowną całość, gdzie niesamowite losy bohaterów splatają się i rozplatają. W pierwszej grupa somnambulików żyje podwójnym życiem, nie znając się w dzień i utwierdzając tajemne bractwo w nocy, w drugiej pisarz prowadzi eksperymenty z człowiekiem ze snu, a ten towarzyszy mu w trakcie pisania, zaś w trzeciej autor przewodnika turystycznego trafia na targ książki w małym szwedzkim mieście. Codzienność na każdym kroku spotyka nadprzyrodzoność, historie zachwycają rozległością kulturowych skojarzeń i przenikliwością obyczajowych obserwacji, a jednocześnie prawdziwie wzruszają, jak w opisie pogrzebu ofiar demonstracji, wśród których jest też jedna z postaci somnabulistycznego bractwa.
Proza Uładzimiera Arłoua – uhonorowanego w 2010 r. nagrodą Europejski Poeta Wolności – urzeka i porusza, co doceniło jury honorując tom „Tańce nad miastem" Nagrodą Literacką im. Jerzego Giedroycia (2018). Za mistrzowski polski przekład odpowiada Bohdan Zadura.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 180
Rok wydania: 2025
Tytuł oryginału
Танцы над горадам
Redaktor prowadząca
Elżbieta Brzozowska
Redakcja
Joanna Gil-Siemińska
Korekta
Bernadeta Lekacz
Projekt okładki i stron tytułowych
Wiktor Dyndo
© Copyright by Uładzimier Arłoŭ
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2024
© Copyright for the Polish translation by Bohdan Zadura
Wydanie pierwsze, Warszawa 2024
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
ISBN: 978-83-8196-860-7
o déjà vu
w świecie tym ciasnym!
o tajemnice
firanek targanych przez wiatr!1
1
Ta historia zaczęła się bardzo dawno, kiedy byłem jeszcze nieśmiertelny. Podobnie jak wszystko wokół: koledzy, rodzice, nauczyciele. Kiedy śmierć, jeśli istniała, to gdzieś na innej planecie.
2
Wspomnienie jest nadzwyczaj wyraźne i ostre – wielobarwne, z żywymi dźwiękami i zapachami.
Budzę się – jakbym wynurzał się z zielonej głębiny – i nie mogę zrozumieć, dlaczego całkiem ubrany siedzę na ławce na naszym podwórku. Wokół jest ciepła majowa noc – i niewiarygodna cisza, która pachnie zakwitłym właśnie białym bzem. Mama potrząsa mnie za ramiona, jej usta poruszają się, ja jednak nic nie słyszę, wszystko dzieje się jak w niemym filmie. I nagle, jakby z uszu wylewała się woda, stopniowo wraca słuch. W gąszczu bzu szumi wiaterek, z daleka odzywa się pociąg...
W ciszę wdziera się głos mamy. Syneczku, Uładziu, gdzie ty się wybrałeś? –mama powtarza przez łzy. Już mną nie potrząsa, a głaszcze po głowie. Mama w swoim ulubionym liliowym swetrze. Obok w niebieskiej piżamie – tato.
Prowadzą mnie za rękę do domu. Sam się rozbieram i kładę do łóżka. Tato przeciąga z sypialni rodziców rozkładany zielony fotel, na którym ściele sobie posłanie mama. Już nie płacze i nie pyta, dokąd się wybrałem, ale gdyby pytała, nie miałoby to żadnego sensu. Nigdzie się nie wybierałem i nie wiem, jak wyszedłem z mieszkania i znalazłem się na ławce. Jednak zupełnie nie jest mi straszno. Nocne zdarzenie przypomina bajkę z zaczarowanymi bohaterami, którzy mogą ni stąd ni zowąd zasnąć i otworzyć oczy dopiero po roku albo położyć się do łóżka w biednej chacie, żeby ocknąć się rano w królewskim pałacu.
Ktoś we mnie się nie zgadza: wierzyć w bajki szóstoklasiście to trochę za późno. Pod poduszką leżą prawie przeczytane Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego, a ja z powodzeniem porównuję się do tajemniczego chłopca, który w nocy puka do drzwi ziemskich kolonistów.
W okna sączy się poranek. Wahadło starego ściennego zegara odlicza ostatnie chwile przed piątą. Nawet nie odlicza, a odcina je dwoma okrągłymi ostrzami od niewidocznej kryształowej przestrzeni czasu i one, te chwilki, spadają na parkiet z cichutkim, metalicznym i wieloznacznym dźwiękiem, który jestem w stanie usłyszeć tylko ja.
3
Nazajutrz przygody miały swój ciąg dalszy.
Zaledwie po kilku dniach maj dziwnym sposobem przechodził w niemające już końca letnie wakacje, a ja musiałem zdążyć poprawić czwórkę z historii – kwestia honoru, bo mama, co prawda w innej szkole, uczyła tego przedmiotu. Tato o wszystkim wiedział, ale zabrał mnie z lekcji i jego służbową prokuratorską wołgą pojechaliśmy do „specjalisty”. Kiedy samochód nie zatrzymał się przy szpitalu dziecięcym, a skręcił do budynku ze staroświeckiej czerwonej cegły, w którym na Zamku Wysokim mieścił się szpital dla dorosłych, zakipiałem poczuciem własnej wartości i przypominałem kubek, do którego mama nalewała mi na śniadanie gorące mleko.
Mama czekała przy białych drzwiach z żydowskim nazwiskiem na błękitnej tabliczce. Rodzice niezachwianie wierzyli, że najlepszymi lekarzami, przynajmniej w naszym mieście – są Żydzi.
„Specjalista” poprosił najpierw mnie, samego. Został w mojej pamięci przede wszystkim jako okulary i czemuś w ogóle nie przypominał wesołych, czarniawych i rudych sąsiadów-Żydów z rejonu domów jednorodzinnych, skąd niedawno przeprowadziliśmy się do trzypiętrowego budynku, zbudowanego po wojnie przez niemieckich jeńców. Dom z wysokimi sufitami i takimiż wysokimi ciężkimi drzwiami, z paradnym wejściem oraz szerokimi schodami i przestronnymi mieszkaniami, gdzie cudownie bawiło się w chowanego i można było cały wieczór z powodzeniem ratować się przed tym, na którego padł los, by z zawiązanymi oczami polować na resztę.
Do rozmowy o zabawie w ciuciubabkę doszło nieprzypadkowo: doktor zainteresował się moimi ulubionymi grami, a usłyszawszy o tej zabawie, od razu zaskoczył i zaczął coś notować. Koniecznie chciał się dowiedzieć, o jakiej porze się bawimy, czy są wśród nas dziewczęta i czy podoba mi się być tą właśnie ciuciubabką z zawiązanymi oczami. Bawiliśmy się przeważnie wieczorem, dziewcząt było tyle, ile trzeba, a bieganie po podwórku z rozłożonymi rękami i wsłuchiwanie się w oddech kogoś stojącego tuż obok, żeby jak błyskawica rzucić się w tę stronę, nigdy mi się nie podobało. O tym wszystkim rzetelnie poinformowałem lekarza. Moja odpowiedź najwidoczniej go rozczarowała, bo potarłszy palcem skroń, postanowił dowiedzieć się z kolei, czy często coś mi się śni i czy dobrze sny pamiętam.
To przesłuchanie szybko mi się znudziło i postanowiłem mówić szyfrem, odpowiadając najkrócej jak można. Potem rozmowa zeszła na rzeczy, które należały do tajemnic. Nawet kumplowi Arturowi, czyli po prostu Arciszce spod trzynastki, nie przyznawałem się, że krążę we śnie wokół wież soboru Świętej Zofii, a zdarza się przeciwnie, schodzę zupełnie nisko i razem z mewami przelatuję nad taflą Dźwiny. Jednego razu udało mi się wyłowić z wody okonia, którego jednak nie połknąłem, a wypuściłem z powrotem do rodzimego nurtu. Obudziwszy się, nie pamiętałem, jak złowiłem rybę – ptasim dziobem czy rozcapierzoną ręką.
Doktor usłyszał, że jego pacjent widzi sny nadzwyczaj rzadko i nic z nich nie pamięta. Może coś jednak sobie przypomina, bo to bardzo ważne? Dobrze, powiedziałem i na poczekaniu wymyśliłem, że jeździłem we śnie na żyrafie, a potem, przeistoczywszy się w niedźwiedzia, zasadziłem się w maliniaku, czekając, aż dziewczęta nazbierają pełne koszyki.
Właściciel gabinetu zdjął okulary i, uważnie patrząc mi w oczy, poprosił, żebym kontynuował. I tu, sam nie wiem dlaczego, z pewnością trafiwszy pod hipnozę jego wzroku, przyznałem się, że widzę w śnie koleżankę z klasy, Simę. I jak ona ci się śniła?– wnikliwie zapytał doktor. Naga – odpowiedziałem szczerze. Doktor westchnął i podniósł w górę wskazujący palec. Zdawało się, że to samo zrobiły także dwa brodate portrety na ścianach. A inne nagie… dziewczynki ci się śnią? Błysnął mi domysł: chciał zapytać także o dorosłe kobiety, jednak czemuś nie doprecyzował, i z czystym sumieniem mogłem przemilczeć sen, w którym grałem w piłkę nożną z nagą nauczycielką biologii.
Okulary interesowało też, jakie książki lubię czytać. Odpowiedź była natychmiast gotowa: podręczniki dla klasy siódmej. Doktor znów wpatrzył się w moje oczy. Co czytałem wczoraj przed snem? Tym razem z hipnozą mu się nie udało. Podręcznik do geografii, wyjaśniłem, wszedłszy w zmowę z Rayem Bradburym.
Nazwawszy mnie młodym człowiekiem, doktor poprosił, żebym zaczekał na korytarzu, i wpuścił do gabinetu rodziców. Mama niedokładnie zamknęła drzwi, a ja natychmiast – jak piszą w książkach – zamieniłem się w słuch.
Usłyszeć udało mi się niewiele. Najpierw w wykonaniu mamy usłyszałem dobrze znaną historię. Maleńki nie bałem się ciemności, śmiało wchodziłem do ciemnego pokoju, zamykałem się i długo patrzyłem na niebo. Po astronomicznych obserwacjach byłem wobec rodziców – jako że dopiero niedawno zacząłem mówić – dość lakoniczny: Uła i księżyc! Kiedy księżyca nie było, sprawozdanie miało dwa warianty: Uła i gwiazdy! albo Uła i niebo!
Potem domyśliłem się, że doktor zainteresował się, czy nie choruję na jakąś chorobę na literę „e”. Uchowaj Boże! Uchowaj Boże! –zawołała przestraszonamama. Rozmawiali dość długo i do moich uszu dotarło kilka razy powtarzane słowo – wyrośnie. Było jasne, kogo ono dotyczy, ale wyrastać z samego siebie jakoś mi się nie chciało.
4
Wizyta w „dorosłym” szpitalu miała dwa następstwa: po pierwsze, zaczęli mnie przed snem karmić błękitną słodką pigułką, a po drugie, w naszym trzypokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze doszło do przemeblowań. Wcześniej spałem w pokoju, z którego drzwi prowadziły prosto do gościnnego. Teraz moje łóżko przewędrowało do sypialni rodziców, dokąd można było dojść, zostawiwszy za sobą tak zwaną salę z kanapą, dwoma fotelami i czarno-białym telewizorem, bo kolorowych pod tą szerokością geograficzną się nie spotykało. W wyniku przemeblowań „sala” stała się równocześnie sypialnią rodziców.
W ten sposób zostałem wzięty pod dokładny nadzór. Jednak na przemeblowaniach zmiany się nie skończyły. Okno w mojej nowej rezydencji otwierało się tylko na szerokość dłoni. A dalej przeszkadzały mu dwa ograniczniki z przykręconych do ramy starych klamek od drzwi. Trzeci ogranicznik blokował lufcik. To cela? – zapytałem spokojnie, jak w takim przypadku wypadało synowi prokuratora. Tato położył mi rękę na głowie: o takiej celi marzą wszyscy na świecie złoczyńcy. To zalecenie doktora dla mojego bezpieczeństwa. I wcale nie na długo. Jestem prawie dorosły i powinienem zrozumieć.
I naprawdę, żeby zrozumieć, co się dzieje, przeżyłem już wystarczająco dużo. Rzecz nie w mimowolnie podsłuchanej rozmowie telefonicznej mamy: …wnaszej rodzinie nie było… jeśli nie pomoże, lekarz proponuje hipnozę… nie wiem, co ze wsią… Targany sprzecznymi uczuciami, nie miałem wątpliwości, że znajduję się w gronie lunatyków.
Z tego, co wiedziałem wcześniej, wynikało, że podczas pełni lunatycy wychodzą na dachy i lubią chodzić po samej ich krawędzi. Babcia Artura opowiedziała nam, jak bardzo dawno, za carskich czasów, lunatyk przeszedł po poręczach mostu przez całą Dźwinę. Wszystko pomieszałaś – powiedział wtedy Arcik – nie lunatyk, a akrobata, i nie Dźwinę, a wodospad Niagara w Ameryce. Zarechotaliśmy, a babcia się obraziła. Czemuś wyglądało na to, że takie nieprawdopodobne wydarzenia w samej rzeczy mogą mieć miejsce tylko gdzieś za oceanami, a nie w cichym mieście nad Dźwiną, gdzie dopiero w ostatnim roku pojawiła się pierwsza sygnalizacja uliczna.
5
Próbując odnaleźć w pamięci chwilę swojego obudzenia się na ławce pod bzem, nie mogłem sobie za nic przypomnieć, żeby wtedy na niebie była pełnia czy w ogóle księżyc w jakiejkolwiek postaci. Z lekcji przyrody w czwartej klasie przyswoiłem sobie, że kiedy sierp ziemskiego satelity wygląda jak litera C – księżyc chudnie albo innymi słowy, znajduje się w ostatniej kwadrze, a kiedy przypomina swym kształtem literę D – dopełnia się. Co się działo tamtej nocy? I tutaj jakby mi ktoś dał kuksańca, jak mawiało się u nas na podwórzu: kalendarz! W kuchni wisiał kalendarz z kartkami do zrywania, który oprócz mnóstwa innych rzeczy informował też o kwadrach księżyca!
Na szczęście mama nie zrywała z kalendarza kartek, bo przy końcu roku wybierała z nich wydrukowane na odwrocie przepisy kulinarne. Bez problemu znalazłem dzień z tamtą nocą. Czarny krążek w prawym dolnym rogu niezaprzeczalnie świadczył, że księżyc na niebie wtedy się nie pokazywał, a więc podejrzenia, które na niego padły, były całkiem bezpodstawne. Chociaż możliwe, że nie całkiem, bo przecież był obecny wśród gwiazd, ale zwrócony do Ziemi nieoświetloną stroną.
Kartka nie zawierała żadnych pożytecznych porad, więc bez wyrzutów sumienia zerwałem ją i schowałem do szuflady stolika, przy którym odrabiałem lekcje – raczej nie stolika, a zasłanej seledynową serwetą nożnej maszyny do szycia mamy firmy Veritas, która to maszyna w ślad za łóżkiem przejechała do mojej nowej sypialni. W tej samej szufladzie ukrywał się mój dzienniczek, nie szkolny, a osobisty. Zaczęty w Nowy Rok notes w szmaragdowej okładce. Właśnie dzięki temu dziennikowi, który doprowadziłem do jesieni, udaje mi się teraz odświeżać niektóre zdarzenia czy szczegóły.
Na przykład pójście do biblioteki.
6
Potrzebny mi ciężki żółty tom Encyklopedii dla dzieci zatytułowany był Człowiek. Takich poważnych książek w szkolnej bibliotece nie wypożyczano do domu, jednak dla mnie, zasłużonego czytelnika, zrobiono do kolejnego ranka wyjątek.
Usadowiwszy się przy maszynie do szycia i raz po raz naciskając ze zdenerwowania na szeroki pedał, sprawdziłem: artykułu na temat lunatyzmu w książce nie ma, ale nie zdążyłem się tym zmartwić, bo rozdział poświęcony snowi otworzył się akurat na obrazku, który momentalnie mnie oczarował.
Po gzymsie starodawnego dwupiętrowego budynku na czarnym tle nocy spokojnie szedł mężczyzna w płaszczu i cylindrze. W dole, na wąskim bruku, panował przestrach: pasażerowie dwóch powozów wraz z przechodniami, zadarłszy głowy, z przerażeniem patrzyli na lunatyka. O tym, że to był lunatyk, świadczył podpis: „lunatyk nie uświadamia sobie niebezpieczeństwa i dlatego nie czuje lęku wysokości”.
Na tej samej stronie przejrzałem parę dziesiątków linijek, które opowiadały, że lunatyzm to rzadkie zaburzenie snu, kiedy człowiek, nie budząc się, wstaje z pościeli, błąka się po domu albo wychodzi na dach, przejawiając przy tym niewiarygodną zręczność ruchów.
Potem wraca do łóżka i rano nic nie pamięta. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu tajemniczy wpływ księżyca nie ma tu nic do rzeczy, bo lunatycy wychodzą na spacery także w bezksiężycowe noce, i podczas snu w dzień, i dlatego w nauce opisane zjawisko nosi nazwę somnambulizmu. Encyklopedia zaleca, żeby w żadnym wypadku nie straszyć lunatyka, nie budzić go, a postarać się ostrożnie odprowadzić z powrotem do łóżka. Rodzice tego najwidoczniej nie wiedzieli, ale doktor na pewno ich już wyedukował.
Oderwałem się od książki i uspokoiłem oddech. Za oknem zapadł wieczór i na niebie pokazała się gwiazda Wenus. Pozostało dowiedzieć się, że nocne błądzenie zależy od błysków pobudzenia w określonych częściach uśpionego mózgu i może być oznaką rozwoju epilepsji. To ta choroba na „e”, o którą pytał doktor.
Czym jest epilepsja, nasza klasa dobrze wiedziała dzięki ryżemu Jaszy, którego ta choroba złapała tego roku na klasówce z algebry. Nie chciałbym sobie wyobrazić siebie na jego miejscu, dlatego z wielką ulgą przeczytałem: somnambulizm jest uleczalny! Wspomnienie o przypadku Jaszy nie dawało mi spokoju, więc na dodatek do błękitnych pigułek na chodzenie we śnie wyszukałem nowy środek leczenia: przed snem będę przywiązywał sznurkiem lewą rękę do boku łóżka.
Na sen przeczytałem też o letargu. Znakomity rosyjski fizjolog Pawłow obserwował chorego, który przespał dwanaście lat. Na ilustracji dziewczyna, którą wieźli karawanem w trumnie, unosiła jej wieko, oglądając żałobną procesję. Encyklopedia głosiła, że współczesna nauka wyklucza takie przypadki. Jeszcze bardziej uspokoiło mnie i nawet rozśmieszyło zdanie z artykułu o snach: człowiek przespał całą noc, a rano opowiada, jak to chodził na polowanie z ludźmi ze swojego plemienia. Chciałbym, żeby przyśniło mi się moje plemię.
7
Między tymi wszystkimi zdarzeniami czwórka z historii została poprawiona i, zagrzmiawszy nawałnicą, przyszedł czerwiec. Co roku o takiej porze wysyłano mnie na lato do babci na wieś. Jednak dzień mijał za dniem, a ja tak jak wcześniej łykałem na noc błękitną pastylkę, przywiązywałem się sznurkiem do łóżka i zasypiałem z nową książką science fiction.
Tam, na dalekiej planecie, rosło dziwaczne drzewo, którego wierzchołek ginął w chmurach. Przybysze z Ziemi, uzbrojeni w potężne piły, wspinali się na gigantyczne drzewo, żeby spiłować gałęzie, zdobywając cenną substancję. Jednak ich działalność nie pozostała bezkarna. Drzewa bronili tubylcy – driady. Śniło mi się, że z Arturem dołączyliśmy do nich i mieszkaliśmy w dziuplach na wysokości kilometra. Tam, w gęstym listowiu, czekaliśmy na kolejnego Ziemianina, żeby bezlitośnie zrzucić go razem z hakami, linami i piłami w zieloną otchłań. Na taką okoliczność wandale mieli zresztą spadochrony.
Podzielić się snem nie miałem z kim: mój wspólnik wyjechał z rodzicami nad morze. Po naszej bohaterskiej obronie przed Ziemianami tata powiedział: kuracja pigułkami się skończyła i w piątek jego kierowca odwiezie mnie na wieś.
Po drodze, opowiada dziennik, przypominałem sobie, jak kiedyś jako mały chłopiec byłem przekonany, że – kiedy przy końcu sierpnia wyjeżdżałem z powrotem do miasta – życie we wsi zamierało: babcia i ciotka z moimi stryjecznymi siostrzyczkami zastygały w obejściach, to samo działo się z krowami na pastwisku pod lasem, do nowego lata cichły też i kruki na starej brzozie. Wszystko się zatrzymywało, dopóki moje nowe pojawienie się przy końcu wiosny znów nie uruchamiało tajemnego mechanizmu powszechnego ruchu. Jak dawno to było! Znajdowałem się na progu dorosłego życia i leczyłem się na całkiem dorosłą chorobę – przed oczami stanął mi człowiek w cylindrze, który szybko kroczył po dachu.
Mama powiedziała, że tego lata będę musiał zachować wszystkie zasady: spać będę tam, gdzie wcześniej, w drugim pokoju babcinej chaty, nie wolno mi nocować na świeżym sianie w stodole, zrozumiałe dlaczego. Mama postanowiła obrócić tę myśl w żart: mogę wsiąść w nocy na stacji do pociągu i obudzić się na przykład w Odessie. Co mają z tatą wtedy robić? Perspektywa wyjścia z pociągu w Odessie wyglądała kusząco, ale ja, namacując w kieszeni swój nocny sznurek, zgodziłem się: mimo wszystko lepiej jednak udać się do Odessy z rodzicami, co miałem obiecane po siódmej klasie.
Wyjeżdżając w niedzielę, mama wydała polecenie: koniecznie pić gorące mleko, przy czym nie tylko rano, ale też w południe i wieczorem. W czasie wojny chorowała na zapalenie płuc i wedle jej głębokiego przekonania została przy życiu tylko dzięki temu, że krowę udało się schować i przed Niemcami, i przed partyzantami. Wiara w cudowne właściwości mleka nie opuszczała mamy nigdy. Świeże powietrze i mleko. Wrócisz zdrowiusieńki.
Mama się nie pomyliła. Sznurek ani razu mnie nie obudził. Wróciłem do swojego pokoju na prawo od gościnnego i okna w nim otwierały się już na oścież.
8
Od tych przygód minęły już cztery zimy i trzy lata.
Wiosna ostatniego roku szkolnego została mi w pamięci jako wczesna i łaskawa. Czułem się zupełnie niezależny: po dorosłemu, jak wtedy u nas mówiono, spotykałem się z piękną Łorą z równoległej klasy, szykowałem się do końcowych egzaminów i zamierzałem zostać studentem wydziału historycznego stołecznego uniwersytetu.
Łora mieszkała z matką, która często pracowała na nocną zmianę. W takie dni wracałem do domu nad ranem, ostrożnie otwierałem drzwi i szczęśliwie kładłem się na łóżku pod wyciętymi z polskich czasopism portretami Johna Lennona i Micka Jaggera. Moje niewiarygodnie wrażliwe, jak się niedawno okazało, sutki nawet od dotyku prześcieradła rozpalały pragnienie, z którym intymnie się dogadując, zapadałem w krótki sen.
Zgrabna, z chmurą miedzianych włosów i agatowymi oczami Łora stała się i kochanką, i przyjaciółką. W tej drugiej postaci zastąpiła Artura, który po ósmej klasie wstąpił do szkoły morskiej i na pamiątkę dziecięcej przyjaźni przysłał mi dwie pocztówki z bałtyckimi krajobrazami, które wraz z innymi relikwiami znalazły sobie miejsce w szufladzie mojej rodzinnej maszyny do szycia, tak jak wcześniej przykrytej seledynową serwetą.
Pewnego wieczora postanowiłem zrobić w tej maleńkiej kunstkamerze rewizję. Oprócz Arcikowych pocztówek, poobracałem w dłoniach kilka dawnych monet, potem starą błystkę ze szpulką żyłki i swój pierwszy zegarek, który dawno już zmęczyło odmierzanie czasu. Serce ciepłem zareagowało na ciężkie od piasku pudełko po paście do butów, którym z powodzeniem grałem na asfalcie w klasy.
W głębi wąskiej szuflady smucił się album ze znaczkami, a pod nim zieleniał gruby notatnik z moim dawnym dziennikiem.
Serce lekko podskoczyło: czyżbym to ja pisał takie równe linie z okrągłymi literami, nie podkreślając, jak teraz, „ш” i nie pisząc drukowanego „t”? Oko wychwytywało fragmenty naiwnych dziecięcych opowieści z dokładnie poprawionymi u góry pomyłkami. Mignęła mi myśl, żeby przekartkować ten znaleziony zabytek piśmiennictwa razem z Łorą, ale tam pojawiały się też imiona innych dziewcząt...
Spośród stron wystawała zakładka – pożółkła kartka kalendarza, która sprawiła, że krew w żyłach popłynęła szybciej. „Wczoraj tata i mama zaprowadzili mnie do specjalisty. Prawdopodobnie – jestem lunatykiem. Ale to mi niestraszne, dlatego że jestem odważny i lubię fantastykę”. Całymi falami zapachu bzu wracała przeszłość. Łzy mamy i tata w piżamie na nocnym podwórku. Wzniesiony w górę palec doktora... Okno w moim pokoiku, przez które można było wysunąć tylko dłoń... Sznurek, którym przywiązywałem się do łóżka... Mimowolnie się uśmiechnąłem: szkoda, że wszystko się skończyło, nie rozwinąwszy się w utwór ze spacerami po dachu, znajomościami z kotami i kotkami, z przestrachem nocnych przechodniów...
Ale wątek dopiero zaczynał się zawiązywać.
9
W niepisanej toponimii miasta ta stara budowla nad Dźwiną miała dwie nazwy: Hotel i Baza. Dzięki swej zagadkowości i m e t a f i z y c e – ulubione słowo naszego nauczyciela astronomii – mnie znacznie bardziej podobał się Hotel. Hotel, w którym nikt nie mieszka... Tu było miejsce dla fantazji.
Kiedyś w tym budynku miano otworzyć sportową bazę z hotelem dla wioślarzy i żeglarzy. Z tej przyczyny budowla rzeczywiście przypominała statek: do nurtu rzeki zwrócony był żagiel z rur i ciemnego, niemal czarnego szkła, pod którym starał się utrzymać w rejsie betonowy galeon z pokładami – kondygnacjami. Próbowaliśmy z Arcikiem nazwać ten statek Latającym Holendrem, jednak zrezygnowaliśmy z romantycznego nazewnictwa. Latająca lekkość tam nawet nie nocowała: ciężka, pięciopiętrowa betonowa bryła miała w dodatku niską masywną rufę. Budynek opuszczono cztery lata temu. Żagiel gapił się licznymi kwadratowymi otworami po wybitym – czy to z zewnątrz, czy od wewnątrz – szkle, a oszklić okien w samym Hotelu nie zdążyli.
Kiedyś doszło tam do strasznego zdarzenia: zginął chłopiec i dziewczyna. Jedni uważali, że przypadkiem spadli z wysokości, drudzy – że skończyli życie samobójstwem, inni jeszcze twierdzili, jakoby z hotelowego dachu ktoś ich zepchnął.
Śledztwo, mówił tato, skończyło się niczym. Cokolwiek się wtedy zdarzyło, nawet w dzień Hotel, który czekał na lepsze czasy, porzucony przez budowlańców za wysokim płotem, niezmiennie wywoływał w duszy lekką trwogę, która nie odstraszała, a przeciwnie, wabiła. Kilka razy z Arturem obserwowaliśmy to miejsce i każda taka wyprawa zostawiała wrażenie dotknięcia tajemnicy.
Wokół poczerniałego od deszczu płotu z desek wybujały chwasty, gęstniały tam też kępy wikliny. Utwardzona droga doprowadzała do zabitej na krzyż bramy i, zmieniając się w ścieżkę, skręcała w prawo. Ścieżka stopniowo robiła się coraz bardziej zarośnięta, jednak miała dość siły, aby obiec całe ogrodzenie i, niemal niknąc, wrócić do bramy. Kiedy zdzierając sobie ręce i nogi, przełaziliśmy przez płot od strony rzeki, znajdowaliśmy się z tyłu dawnego placu budowy, gdzie ocalał kawałek zalewowej łąki z wysoką trawą i dywanem kolorów – smółek, łez kukułki, dzwoneczków, ptasiej wyki, białego i żółtego nostrzyka, wrotycza... – znajomość tych nazw zawdzięczam swojej babci.
Oczywiście, w trakcie tych ryzykownych wypadów próbowaliśmy z Arcikiem wejść do samego Hotelu. Ale wszystkie jego pięć wejść zawsze było zamknięte, a z otworów zamków sterczały pakuły. Nikt nie wiedział, co czekało za tymi drzwiami, i przychodziła chwila, kiedy rodziło się przeczucie, jakby ktoś próbował otworzyć drzwi również z tamtej strony. Wówczas, nie umawiając się, wycofywaliśmy się za płot i dopiero stamtąd mieliśmy odwagę rzucić przez szparę spojrzenie do tyłu. Wszystkie wejścia tak jak wcześniej były zamknięte, ale nie mieliśmy wątpliwości: z H o t e l u n a s t a k s a m o k t o ś o b s e r w u j e.
10
Wiedziałem: to nie jest sen, absolutnie wszystko pamiętałem i rozumiałem, choć uświadomienie sobie tego, co się dzieje, przychodziło z pewnym opóźnieniem i na ekranie świadomości wyświetlało się stopniowo. Znalazłszy się na dworze, przypominałem sobie, jak cichutko zamykałem drzwi i schodziłem po drabinie. Minąwszy bramę i stanąwszy na ulicznym chodniku, „widziałem”, jak przechodzę przez nocne podwórze. Zostawiwszy za plecami dawno zamknięty kościół i skręciwszy na opuszczoną drogę do Hotelu, z opóźnieniem wymieniałem się spojrzeniami ze świętymi Piotrem i Pawłem, którzy ozdabiali fronton świątyni, ale nie mogli nikogo pobłogosławić, bo każdemu z nich ktoś starannie odłupał ręce.
Sam zakręt za murowanym kościelnym ogrodzeniem „doganiał” mnie już na opuszczonej drodze, która od czasu naszych z Arturem odważnych ekspedycji zarosła nie tylko trawą, lecz także samosiejkami i krzewami. Jednak interwały między moimi działaniami i ich „translacją” szybko się skracały. Za płotem znikały ostatecznie, wreszcie zbiegałem się sam ze sobą.
Płot pokonywałem w tym samym miejscu, gdzie kiedyś, a podciągać się i przełazić przez niego nie było potrzeby: kilka kroków od kępy wikliny, podobnej z daleka do olbrzymiego jeża, szeroka deska ogrodzenia, trzymająca się tylko na jednym górnym gwoździu, bez trudu odchylała się w bok. Stąd ledwie widoczna ścieżka – a właściwie już tylko aluzja do niej – prowadziła wprost do samych niezauważalnych drzwi Hotelu. Te, jak i reszta drzwi, zamknięte były na zamek, jednak zamykały się i otwierały zwykłym gwoździem z rozklepaną główką. Wystarczyło powoli przekręcić go trzy, a czasem dwa razy. Każdy miał taki własny klucz, przy czym nie mogłem sobie przypomnieć, od kogo i kiedy go dostałem.
Drzwi najprawdopodobniej miały służyć jako tylne wejście, które przez dziesiątki stopni wyprowadzało w szeroką przestrzeń parteru, gdzie najwidoczniej zamierzano urządzić restaurację albo salę konferencyjną. Na każdym piętrze rozchodziły się w dwie strony krótkie ciemne korytarze z otworami na drzwi hotelowych pokojów. Pewnego razu zrodziło się we mnie pragnienie przejścia takim korytarzem. Zrobiłem kilka kroków, ale półmrok przede mną od razu zgęstniał. Uprzedzając, że nie powinienem tędy chodzić.
A ja musiałem się dostać na piąte piętro, skąd zostawały już tylko ostatnie kroki do wyjścia w gwiezdne niebo.
11
Szliśmy pojedynczo i nigdy się nie spotykaliśmy, bo każdy miał swoją trasę, jednak czasami, już na zamkniętej drodze do Hotelu, mogłem niespodziewanie zobaczyć z przodu niewysoką, o wąskich ramionach i trochę niechlujną postać Nauczyciela, który zdawał się poruszać pewnymi zrywami – to szedł powoli, to przyspieszał kroku. Za nim, w pewnym oddaleniu, niezmiennie szła Gimnastyczka. Maleńka, chuda, ale pełna siły; ona, przeciwnie, kroczyła rytmicznie i lekko, tak jakby pod stopami miała ukryte sprężynki, które wyrzucały ciało nad ziemię. Młoda gwiazda gimnastyki sportowej, jak nazywała ją miejska gazeta, uczyła się w ósmej klasie sąsiedniej szkoły. Pamiętałem jej imię, jednak nie chciałem go wymieniać, bo mogłoby to naruszyć zagadkową równowagę tego, co się z nami działo.
