Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Tajemnicza lokatorka ebook

Paula Roe  

4.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 155 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnicza lokatorka - Paula Roe

Bankowiec Luke de Rossi chce sprzedać dom otrzymany w spadku po krewnym. Dom ma jednak lokatorkę, Beth Jones. Kim ona jest? Prawowitą najemczynią, ścigającą go reporterką, kochanką wuja? Luke szuka odpowiedzi, lecz niespodziewanie dla siebie zaczyna pragnąć Beth...

Opinie o ebooku Tajemnicza lokatorka - Paula Roe

Fragment ebooka Tajemnicza lokatorka - Paula Roe

Paula Roe

Tajemnicza lokatorka

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Beth Jones wyjrzała przez kuchenne okno i poczuła na grzbiecie ciarki. Na podjeździe przed jej domem zatrzymało się sportowe bmw.

To nie wróży nic dobrego, pomyślała w popłochu. Żeby choć trochę uspokoić narastające bicie serca, musiała się oprzeć o ścianę i na chwilę mocno zacisnąć powieki.

Gładko wygolony, wysoki i barczysty facet w garniturze głośno zatrzasnął drzwi auta. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest spięty – w nerwowym odruchu pomasował sobie kark, po czym z marsem na czole bacznym wzrokiem zlustrował posesję.

Beth przełknęła ślinę, drżącą ręką odgarnęła kosmyk z czoła i z zapartym tchem śledziła jego ruchy. Gdy zatrzymał się przy skrzynce na listy i wyciągnął kartkę, by coś na niej sprawdzić, mogła mu się przyjrzeć. Ciemnowłosy i w ciemnych okularach, mocno zaciskał szczęki, a jego elegancki garnitur był doskonale skrojony.

Typowy samiec alfa, pomyślała. Ten facet wprost emanuje pewnością siebie i najwyraźniej ma kupę forsy. Na dziennikarza raczej nie wygląda, więc kim on może być? Biznesmenem? Prawnikiem? Bankowcem?

No jasne, to musi być pracownik East Coast National Bank, w którym ma konto jej firma. Postanowił wstać zza biurka i pofatygować się osobiście, by wyjaśnić tę sprawę. W końcu pół miliona dolarów to nie bagatela…

Nieszczęścia nie chodzą parami, ale trójkami. Rano złapała gumę, potem okazało się, że zniknął bez śladu jej księgowy, a teraz trzecie zastuka do jej drzwi.

Luke de Rossi wychodził z kancelarii notarialnej w Brisbane z nieprzyjemnym uciskiem w skroniach, który szybko zamienił się w ból głowy. Gdy jechał autostradą na południe, ból narastał, a złości nie studziła klimatyzacja w aucie. Nie uśmierzały jej także kolejne kawałki muzyczne z iPodu, więc zniecierpliwiony wyłączył odtwarzacz i w stronę Runaway Bay zjeżdżał już w martwej ciszy.

W tej okolicy ruch był znacznie mniejszy, za to domy wyglądały coraz bardziej okazale i stały w coraz większych ogrodach. Kilka razy zerknął we wsteczne lusterko, by upewnić się, że jadący za nim samochód zniknął. Na szczęście udało mu się zgubić ogon.

Choć ze spadku powinien się cieszyć, ta sprawa kompletnie wytrąciła go z równowagi. Oczyma duszy widział nagłówki w gazetach: „Lucky Luck i dom po wujaszku” albo „Lucky Luck i jego wujcio gangster”. Prasa na pewno skorzysta z okazji, by wbić mu nóż w plecy. Przez to wszystko straci pozycję, na którą tak ciężko pracował przez całe życie.

Chociaż między nim a wujem nigdy nie było zażyłości, Gino przecież świetnie wiedział, jak ważna jest dla niego kariera zawodowa, więc czemu do diabła zapisał mu w testamencie ten cholerny dom?

W późnym popołudniowym słońcu kładły się długie cienie. Luke skręcił w spokojną uliczkę i zatrzymał się na długim, osłoniętym drzewami podjeździe przed stuletnią piętrową willą w stylu kolonialnym. Sprawdził numer na białej skrzynce: trzynaście. A więc wszystko się zgadza, jak pech to pech, pomyślał z sarkazmem.

Dom pomalowany ciemną zielenią i ochrą stapiał się kolorystycznie z rosnącymi przy nim drzewami. Przez sekundę spodziewał się zobaczyć w ogrodzie psa i dzieciaki bawiące się na dużym ganku. Ale stała na nim tylko wygodna drewniana ławka na biegunach, która niemal zapraszała, by na niej usiadł.

Ze zdziwieniem stwierdził, że ta willa, choć nie pozbawiona uroku i dobrze zlokalizowana w zacisznej okolicy blisko morza, wygląda dosyć niepozornie. A skromność z całą pewnością nie leżała w naturze wuja. Gino przecież lubił przepych i mógł sobie pozwolić na najbardziej luksusowe rezydencje w najelegantszych częściach australijskiego wybrzeża. Dlaczego więc kupił ten niepokaźny dom? Jaki mógł mieć z niego użytek?

W kancelarii był zbyt wściekły, by słuchać wyjaśnień. Jedno zdanie z odczytanej mu ostatniej woli Gina kompletnie wyprowadziło go z równowagi, więc wypadł stamtąd bliski furii. Gdyby został chwilę dłużej, mogłoby mu się wyrwać coś, czego nie miałby prawa powiedzieć. „Luke, bardzo cię proszę, pojednaj się z rodziną” – to zdanie uporczywie dźwięczało mu w głowie.

Gdy o aferze z wujem w roli głównej zaczęła się rozpisywać prasa, zarząd banku, w którym Luke pracował, nakazał mu nieformalnie, by trzymał się jak najdalej od Gina Corelliego. Jego faktyczne zawieszenie nazwano „czasowym urlopem ze względu na sprawy rodzinne”. Jednak Luke, powodowany jakimś nagłym zwariowanym impulsem, postanowił wyjaśnić sprawę tego domu. I dlatego tu przyjechał.

Zacisnął usta. Gino umarł przez niego. Przez kilka tygodni próbował stłumić w sobie poczucie winy, zatapiając się szaleńczo w pracy, ale w eleganckiej kancelarii notarialnej Paluzanno and Partners jego pozorny stan równowagi diabli wzięli.

Zaklął pod nosem. Żeby wystawić ten dom na sprzedaż, wystarczy mu tydzień. A potem przekaże pieniądze cioci Rosie i znowu rzuci się w wir pracy. Przecież spodziewa się awansu. Po prostu pozbędzie się tego domu. Załatwi to w tydzień, w najgorszym razie w dziesięć dni.

Nie zwracając uwagi na dzwoniącą komórkę, ruszył do drzwi, ale na widok czerwonego auta zaparkowanego pod drzewem na moment się zatrzymał.

Ten dom nie wygląda na luksusowy, ale choćby ze względu na dobrą lokalizację jest wart parę milionów. Może zresztą wujowi właśnie o to chodziło, by nie rzucał się w oczy? Czyżby uwił sobie tutaj miłosne gniazdko?

Nie, to absurd, Luke poczuł w ustach dziwną gorycz. Gino przecież kochał ciocię Rosę. Byli szczęśliwym małżeństwem przez ponad pięćdziesiąt lat. To niemożliwe…

Ale w takim razie czemu nie zapisał tego domu żonie? Musiał mieć jakiś powód. Najprawdopodobniej jednak nie chciał, by ciotka dowiedziała się o jego istnieniu. Czyżby dlatego właśnie…?

Z rosnącym niepokojem jeszcze raz zerknął na posesję, po czym rozmasował sztywniejący kark. Dom był w cichej bocznej uliczce. Stał od niej w sporym oddaleniu, osłonięty drzewami i gęstymi krzewami. Nad frontowym gankiem pochylały się dwa starannie przycięte drzewa cytrynowe, które trochę przypominały stojących na straży wartowników. Trawnik pewnie warto by skosić, ale kwiaty na klombach były zadbane. I królującą tu ciszę przerywało tylko cykanie świerszczy.

Na myśl o tym, co wyrabia prasa, zrobiło mu się gorąco. Albo wuj rzeczywiście był winien zarzucanych mu czynów, albo może jednak oskarżenia okażą się bezpodstawne…

Tamten dziennikarz poszedł o krok za daleko. Luke zawsze umiał bronić się przed wścibstwem prasy, ale kiedy było warto, potrafił się z nią dogadywać i dzięki niej budował sobie nazwisko. Tak, był najmłodszym członkiem zarządu Jackson and Blair, największego banku handlowego w stanie Queensland. Tak, w świecie finansów był naprawdę ważną figurą. Teraz jednak wszyscy widzieli w nim wyłącznie bliskiego krewnego Gina Corelliego, człowieka oskarżonego o machlojki i pranie brudnych pieniędzy. I widzieli w nim potencjalnego przestępcę.

Ze ściśniętym sercem spojrzał na klucze w dłoni. Nie mógł zapomnieć słów, jakie na pogrzebie wuja usłyszał od jego syna: „Gdybyś coś zrobił w jego sprawie, kto wie, może ojciec byłby wśród nas”.

Gdyby tylko znał prawdę.

Z całej siły ścisnął klucze. Ostre metalowe krawędzie wbiły mu się w dłoń, ale ból przynosił ulgę. Wszystko, co choć na krótką chwilę odwracało uwagę od tej otwartej rany w sercu, sprawiało ulgę. Spojrzał na drzwi wejściowe – solidne, wysłużone… i zamknięte. Ogarnęła go taka irytacja, że na sekundę zrobiło mu się ciemno w oczach.

Mimo że miał klucze, zastukał. Po chwili czekania miał to zrobić jeszcze raz, ale właśnie w tym momencie drzwi się otworzyły. Chociaż to mu się nigdy nie zdarzało, oniemiał.

W progu stała kobieta o wielkich szeroko otwartych oczach i bardzo długich nogach. Bambi w ludzkim wcieleniu. Nosiła spłowiały niebieski podkoszulek, białe szorty z wystrzępionymi nogawkami do połowy uda i sandały. Jej zgrabne nogi były opalone na złoty kolor, paznokcie stóp pomalowane na różowo.

Lucio de Rossi był człowiekiem, który potrafi docenić piękno nóg. Opuścił rękę, drugą zdjął ciemne okulary i omiótł spojrzeniem nieznajomą, aż jego wzrok spotkał się z jej oczami. Szarozielonymi, budzącymi najbardziej niestosowne myśli.

Beth cofnęła się o krok. Ten arogancko wyglądający facet nie spodobał się jej od pierwszego wejrzenia. Jego ciemne oczy, oprawione gęstymi rzęsami, bezczelnie ją taksowały.

– Domyślam się, że pan przyjechał w sprawie Bena Fostera? – powiedziała lodowato.

– W czyjej sprawie?

Zagryzła wargi, czując, że niepotrzebnie się wygadała.

– Co pani robi w tym domu? – spytał, badawczo zmrużywszy oczy.

– Słucham? – odparowała, nie dając zbić się z tropu. – Może raczej to pan zechce mi wyjaśnić, co pan tu robi?

Bez słowa otworzył szerzej drzwi i wyminąwszy ją w progu, śmiało wparował do holu. W pierwszej chwili oniemiała i przypatrywała się temu z otwartymi ustami, po czym jednak otrząsnęła się i w panice ruszyła za nim. Luke zdążył już wejść do salonu, gdzie rozsuwał zasłony w oknie wychodzącym na ogród za domem.

– Co pan sobie…?

– Czy wy naprawdę nie wiecie, kiedy przestać? – przerwał, piorunując ją wzrokiem. – Nie macie żadnych hamulców? Ciągnące się za mną ogony, zasadzka w moim mieszkaniu i te sztuczki teraz. Więc do czego pani zmierza? Myśli pani, że wystarczy zamrugać zielonymi oczami, pokazać piękne nogi i poprosić mnie uprzejmie, żebym udzielił wywiadu? Sądzi pani, że to wystarczy? Ale muszę przyznać – dodał, taksując ją wzrokiem – że świetnie pani w tych szortach. Naprawdę.

– Jak pan śmie…

– Szanowna pani, miałem ciężki dzień i nie mam ochoty ani siły się przekomarzać. Rozgryzłem panią, ale pani dalej upiera się przy swoim. Więc mam propozycję: jeśli pani natychmiast opuści ten dom, zrezygnuję z oskarżenia o wtargnięcie. Gdzie są kamerzyści? – powiedział, wyglądając przez okno. – I mikrofony? No gdzie, za krzakami?

Na sekundę zaparło jej dech, po czym powiedziała, cedząc słowa:

– Zechce mi pan wyjaśnić, kim pan jest?

Ton jej głosu nie uszedł jego uwagi. Piękna i bezczelna, pomyślał, mierząc ją wzrokiem, a jej w tym czasie coraz szybciej łomotało serce. Nerwowo zerknęła w stronę kuchni. Ostre noże, telefon, zastanawiała się gorączkowo.

– Czyli nie chce pani dać za wygraną? Radzę dobrze, proszę zaprzestać tych wygłupów!

Zanim zdążyła odpowiedzieć, sięgnął do tylnej kieszeni, wyciągnął z niej elegancki skórzany portfel i podsunął jej pod nos prawo jazdy.

– Bardzo proszę, jestem Luke de Rossi. Z kim mam przyjemność?

– Jones. Beth Jones.

Kim ona jest? Jest wyraźnie przerażona i gotowa stoczyć walkę. Mierzy go tymi zielonymi oczami i w napięciu obserwuje każdy jego ruch. Więc to nie dziennikarka. Na dziką lokatorkę też nie wygląda. Sprawia wrażenie kompletnej wariatki, jest równie zdezorientowana jak on. I wygląda bosko. A więc jednak to kochanka.

– Pani Jones, może powinienem się jeszcze raz pani przedstawić… – zaczął speszony, cofając się o krok. – Jestem…

– Wiem, kim pan jest – przerwała mu obcesowo.

– Przypuszczam, że ma pani jakieś dowody potwierdzające, że to jest pani dom? – odparł z ciężkim westchnieniem, czując narastające pulsowanie w skroniach.

– Dowody? Niby z jakiej racji mam je panu pokazywać? O co panu chodzi?

– Błagam, niech się pani nade mną zlituje, pani Jones.

– Mieszkam tutaj od ponad trzech lat.

– Jest pani właścicielką czy najemcą?

– Co takiego?

– Czy pani jest właścicielką tego domu, czy go wynajmuje? – powtórzył.

– Wynajmuję.

– Dziękuję za wyjaśnienie, pani Jones. Proszę mi wobec tego powiedzieć, kto pani wynajął ten dom.

– Agencja nieruchomości.

– Jaka?

– Nie widzę powodu…

– Proszę mi podać nazwę tej agencji.

Skrzyżowała ręce w obronnym geście. Gdy znowu przeczesał palcami włosy, wydał się jej niemal bezradny. Powstrzymała z trudem nerwowy wybuch śmiechu. Bezradny, co też ci przyszło do głowy! Czy o polującym na zdobycz tygrysie można tak powiedzieć?

Przypomniała sobie jak przez mgłę artykuł o tuzach świata finansów, jakiś czas temu czytała go w gazecie. O młodym „Lucky Luke’u” de Rossim wypisywano peany. Skończył Harvard, odznaczał się niezwykle wysokim IQ, pracował w Jackson and Blair, przysporzył temu bankowi milionowych zysków. Tyle zapamiętała.

Luke z nagłym grymasem bólu widocznym na twarzy podwinął rękaw koszuli i zaczął sobie masować kark.

Dokucza mu mięsień czworoboczny, pomyślała odruchowo. To się objawia sztywnieniem ramion, prawdopodobnie bólem pleców, na pewno bólem głowy.

Zmieszana odwróciła głowę. Było widać, że jest straszliwie wymęczony, znużenie i dolegający mu ból miał niemal wypisane na twarzy. On cierpi, pomyślała w przypływie współczucia, ale natychmiast je w sobie zdusiła. Nie zajmuj się głupotami, przywołała się do porządku.

– Więc pani wynajmuje ten dom od agencji nieruchomości? – powiedział wreszcie.

Skinęła głową, a jego lodowaty ton, zamiast zbić ją z tropu, tylko wzmógł jej irytację.

– Wobec tego poproszę o namiary do tej agencji. O jej adres i telefon.

– Czy będzie pan uprzejmy najpierw wyjaśnić, o co chodzi?

– Chcę po prostu dowiedzieć się u źródła o tym najmie, ale widzę, że pani nie zamierza mi pomóc – rzucił ostro.

– A może to pan będzie tak miły i zechce w końcu wyjść z mojego domu.

– Co takiego? – Spiorunował ją wzrokiem. – Ten dom należał do mojego wuja. Czy pani była z nim związana?

Na sekundę zaparło jej dech w piersiach, ale szybko zdołała się opanować i purpurowa ze złości syknęła:

– Czy pan ma nie po kolei w głowie? Nie dość, że mnie pan nachodzi w domu, to jeszcze ma czelność pytać, czy sypiałam z pana wujem! Wypraszam sobie te insynuacje!

Zacisnął usta, miał wrażenie, że ból rozsadzi mu czaszkę. Boże, ta kobieta wcale nie przypomina Bambi! To jest Godzilla!

– Proszę pani, wzajemne połajanki niczemu nie służą – odparł pojednawczo, zmieniając taktykę.

– Zgadzam się, panie de Rossi, w ten sposób nic pan nie wskóra. – Wyszła do holu i ruszyła w stronę drzwi, a on, nie mając wyboru, ruszył za nią. – Ja tu mieszkam, więc jeśli pan mówi prawdę i ten dom rzeczywiście był własnością pańskiego wuja, proszę mi to udowodnić. Niech pan tu wróci z dokumentami.

Czuł, jak ze zmęczenia dosłownie uginają się pod nim nogi. Marzył tylko o tym, by wziąć prysznic i się wyspać, więc może nie będzie się z nią spierał. Może lepiej spróbuje przemówić do niej łagodnie.

– Jestem przekonany, pani Jones, że zdołamy dojść do porozumienia. Skoro wie pani, kim jestem, na pewno zdaje sobie pani sprawę, że umiem…

– Nie interesuje mnie, co pan umie – ucięła, stając w progu. – I nie wiem, jakie porozumienie ma pan na myśli.

– Pani Jones, proszę o wyrozumiałość. Przyjechałem tu z Brisbane i po drodze musiałem zgubić dziennikarzy, żeby ich nie naprowadzić na ten dom.

– Mam nadzieję, że nie jechał pan tamtym samochodem, który właśnie odholowują.

Zareagował tak, jak to przewidziała. Gdy jak oparzony wyskoczył na ganek, by zobaczyć, co się dzieje na podjeździe, przymknęła drzwi.

– Życzę miłego wieczoru – powiedziała przez szparę, po czym je zatrzasnęła.

Tytuł oryginału: Bed of Lies

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2012 by Paula Roe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1859-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com