Sztywniak wieczorową porą - Krzysztof Petek - ebook + audiobook

Sztywniak wieczorową porą ebook i audiobook

Krzysztof Petek

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Cztery przyjaciółki  i trup! Zaczęło się niewinnie: cztery przyjaciółki, pandemiczna nuda i wieczór nad rzeką. Miało być tylko wino i plotki, ale los podsunął im o wiele bardziej soczysty temat: zwłoki! Bo po co oglądać kryminały, skoro można przeżyć jeden na własnej skórze? 
Joanna i jej koleżanki nie przepuszczą takiej okazji, ale dokąd zawiedzie je śledztwo? 

„Sztywniak wieczorową porą” to pełen humoru kryminał, pokazujący, że na baby rady nie ma, a z szalonymi zwolenniczkami sztuki detektywistycznej lepiej nie zadzierać. 


Krzysztof Petek – pisarz, podróżnik, detektyw, autor ponad trzydziestu książek sensacyjno-przygodowych dla wszystkich pokoleń. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 295

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Krzysztof Petek

Sztywniak wieczorową porą

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Sztywniak wieczorową porą

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne:

Justyna Techmańska-Szewczuk Red-akcja

Projekt okładki:

Beata Kulesza-Damaziak, Studio Karandasz

Grafiki na okładce:

Creative Store /Adobe Stock w opracowaniu Studia Karandasz

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-10-9

Rozdział 1

Nie wplątałabym się w najdziwniejszą aferę w życiu, gdyby nie ten przeklęty koronawirus. Zatrważająca liczba zarażeń na całym świecie i ogłoszenie pandemii poskutkowały natychmiastowym zamknięciem placówek oświatowych. Moi uczniowie długi lockdown nazwali koronaferiami, a ja zostałam nagle wolną, samotną, bezrobotną polonistką.

Zadziwiający ciąg marcowych wydarzeń, który od krzaków na brzegu rzeki doprowadził mnie do przeskakiwania przez barierki balkonu, włamania, czołgania się po bibliotecznych parkietach, jazdę psią przyczepką w charakterze smoka i wreszcie pożegnania jednej z najlepszych przyjaciółek, rozpoczął się na zwykłej, szarej szosie.

– Cześć kochana! Siedzisz w domku czy cię gdzieś wywiało? – rzuciłam do telefonu ustawionego na tryb głośnomówiący. Swoją drogą, chyba nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób to urządzenie wyławia moje słowa pośród dzikiego ryku dwudziestoletniego silnika.

– Karczek robię, Asiuniu – odparła Iza swoim niskim, miodowym głosem. Znałam ją od podstawówki i zawsze zazdrościłam tego radiowego brzmienia. Kiedy się odzywała, kojarzyła mi się z inną Izabelą: Skorupko. – Obiecałam wam to babcine mięcho już dwa tygodnie temu, więc męczę się z tym ciężkim trupem.

– Babcine?!

Już jako dziecko przegrałam batalię ze swoją wyobraźnią. Nie potrafiłam jej okiełznać, wyłączyć, opanować ani wytresować – zawarłam więc z nią coś w rodzaju paktu o nieagresji. Ja jej nie tłamszę, a ona wspiera mnie czasem w rozwiązywaniu problemów.

Od lat byłam pewna, że to już-już nadeszła chwila, gdy muszę zaprząc tę harpię do pisania mojej wymarzonej pierwszej powieści. Ale wszystko się gmatwało, uciekało, nie dało opanować.

Teraz wyobraźnia postawiła mi przed oczyma pulchną babcię Izy w charakterze przygotowywanego do pieczenia karczku. W mojej głowie Iza wlokła właśnie po schodach bezwładne ciało starszej pani i rzucała spojrzenia na wiszący w kuchni tasak…

– No, według babcinego przepisu. Ona robi najlepszy karczek w tej części galaktyki! A co?

– A nic. Za dwie minuty i dwadzieścia sekund zaparkuję pod twoim bunkrem – uprzedziłam. – Jeśli tylko mnie nie zwieje z drogi, bo dmucha solidnie.

– Sama jesteś czy twój Mityczny Pan i Władca tym razem zechce nam towarzyszyć?

Iza nadawała ludziom pseudonimy wbrew wszelkiej logice. Większość ludzi dla ułatwienia skracało nazwy i imiona, natomiast ona potrafiła używać przydomków pięciowyrazowych.

– Grześ nie załapie się na pieczeń z babci – odparłam. – Właśnie ląduje w Sydney i będzie tam załatwiał swoje ciemne interesy przez dobre trzy tygodnie.

Iza westchnęła.

– Przestaję w niego wierzyć – oświadczyła. – Jest dla mnie jak jakiś baśniowy jednorożec. Widziałam go tylko raz i zaczynam przypuszczać, że wynajęłaś wtedy za ciężką kasę jakiegoś filmowego amanta, żeby przedstawić go jako Grześka, a teraz już tylko jedziesz na legendzie.

– Jasne! Z mojej pensji polonistki i z łapówek od rodziców siódmoklasistów mogłam sobie wynająć Brada Pitta, tylko akurat był zajęty. Justi już jest?

– W drodze – usłyszałam, a w tle coś stuknęło. – Cholera, przyjeżdżaj, ciężkie to bydlę, a chcę jeszcze dzisiaj upiec murzynka!

– Biedne dziecko – odburknęłam i się rozłączyłam.

Zaparkowałam w bocznej uliczce bezpośrednio pod domem Izy. Wysiadając w półmroku marcowego wieczoru i walcząc z wiatrem, który chciał zamknąć za mnie drzwi, miażdżąc mi przy tym dłoń, obrzuciłam niechętnym spojrzeniem dużą prostokątną bryłę. Zapewne przed czterdziestu laty, kiedy ten bunkier postawił któryś z okolicznych badylarzy, dom mógł uchodzić za ekskluzywną willę. Później, kiedy miłośnik pomidorków i ogórków zarobił kolejne miliony i wybudował sobie rezydencję poza miastem, ten pomnik betonozy odkupiła teściowa Izy. No, oczywiście jeszcze wówczas nie była jej teściową, bo prawo w Polsce nie pozwala wydawać za mąż sześcioletnich dziewczynek. Iza założyła białą suknię dwadzieścia lat później i całkiem dobrze się ustawiła.

Jej mąż, podobnie jak mój Grześ-biznesman, był tylko gościem w domu, z tą różnicą, że krążył po Niemczech, pracując tam w jakimś przedsiębiorstwie transportowo-budowlanym.

Tymczasem od kilku lat Iza dzieliła bunkier ze swoją owdowiałą teściową. Każda z nich miała do dyspozycji dobre sto pięćdziesiąt metrów i dzieliła to dosłowne określenie, bo z jednej części domu do drugiej nie było przejścia. Do Izy wchodziło się od frontu, natomiast teściowa szła sobie chodnikiem na drugą stronę klocka i otwierała drzwi od ogrodu. Kulturalnie i bezkonfliktowo.

Zamknęłam starannie moje kanciaste volvo i po krzywych płytkach chodnika dostałam się do furtki. Wiedziałam, że nie ma sensu zabawa z naciskaniem domofonu. Wystarczyło wetknąć dłoń między kraty i obrócić gałkę z drugiej strony.

Furtka ustąpiła.

Minęłam błotnisty trawnik, stanęłam przed drzwiami i zastukałam głośno.

Wiedziałam, że drzwi są otwarte. Żadna z nas nie zamykała ich na klucz, chyba że na noc. Iza mieszkała w spokojnej dzielnicy, obstawiona uwielbiającymi ją sąsiadami. Ja za sąsiadki miałam same staruszki, psiapsiółki mojej zmarłej babci, po której odziedziczyłam mieszkanie. Znały mnie od czasów, gdy jeszcze gubiłam pieluchę i prędzej spodziewałabym się odwiedzin ukochanych babć ze świeżo upieczonym ciastem, niż złodzieja.

– Czemu nie włazisz?! Nagle stałaś się obca? – warknęła Iza, gdy po trzydziestu sekundach stanęła w drzwiach. Była rozczochrana, dżinsy i bluzkę zasłaniał poplamiony tłuszczem fartuszek.

– Nie włażę, bo chciałam cię tu zwabić. – Wskazałam palcem drzwi jej domu. – Ten wiecheć ma oznaczać coś szczególnego?

Iza spojrzała na przyczepiony srebrną taśmą do drzwi ogromny i przepiękny bukiet róż. Do jednej z nich ktoś przywiązał małą kopertę.

Natychmiast poczułam w sercu ukłucie zazdrości i cień pretensji do Grzegorza, że nie robi mi podobnych niespodzianek.

Iza nie wyglądała na uradowaną. Wzruszyła ramionami, oderwała cud-bukiet od drzwi, jakby to były badyle do nakarmienia Naszej Szkapy i sięgnęła po list.

– Mogę nawet nie czytać – burknęła nisko. Wykapana Scorupco. – To na pewno znowu Jacuś.

– Ten twój sąsiad? – zapytałam rozbawiona.

– No właśnie. Cichy wielbiciel!

– No taki cichy to nie jest, skoro głośno mówi, że cię wielbi. Na miejscu twojego męża zastanowiłabym się nad przetestowaniem twardości jego uzębienia.

– Na szczęście mój mąż jest bardziej cywilizowany od ciebie, troglodytko, i wie doskonale, że Jacuś jest dla mnie tak atrakcyjny jak worek zgniłych kartofelków.

– To po co w ogóle się z nim zadajesz? – zdziwiłam się. – Ostatnio w kinie byliście.

Ruszyła po schodkach na górę, mijając drzwi wychodzące na ogród.

– Bo lubię chodzić do kina, a ty siedziałaś w jakichś wypracowaniach. No wiesz, to taka męska przyjaciółka. Można z nim coś zjeść, pojechać do sklepu… Jak trzeba szafę przesunąć to jeden esemesik i gościu przylatuje z jęzorem na wierzchu i bierze się do roboty.

– No, ten jęzor to chyba nie z powodu szafy. Chętnie by się za ciebie zabrał. Nawet jak meble przesuwa to i tak dzikim wzrokiem wodzi za twoim biustem! W sumie mu się nie dziwię, sama za nim czasem wodzę.

– No co ty znowu! – Obejrzała w lustrze swój spory, prężny bagaż.

– No nic ja – rzekłam, po raz stutysięczny wpadając w stan bezgranicznej zazdrości. – Jak rozdawali cycki, musiałaś chyba stanąć za mnie.

Iza zapatrzyła się na bukiet i wetknęła go do wazonika na lodówce.

– Niech sobie wodzi wzrokiem – skwitowała niewzruszona. – Rozbierać się dla niego nie rozbieram. A co mu chodzi po głowie i co sobie wyobraża to jego sprawa. No chodź, pomóż mi z tym truposzem.

Ale karczek dostał jeszcze kilka minut wolnego, bo oto przed domem rozległ się ryk przestraszonego osła.

Justyna zawsze podjeżdżała z przyciśniętym klaksonem, a odkąd zmieniła auto na kolejny model seata, jej pojawienie się oznajmiał dźwięk kojarzący mi się niezmiennie ze stworem kopytnym, któremu ktoś robi coś wbrew ustawie o ochronie zwierząt.

– No, jest wariatka!

Justyna trzasnęła drzwiami, minęła furtkę i pisnęła jak mały terier, bo niemal skąpała się w błocie przed drzwiami Izy. Znacznie milsze uchu było lekkie podzwanianie dochodzące z siatki, którą dźwigała w lewej ręce. Zapowiadała się niezła, choć spontanicznie zorganizowana impreza. Babski wieczór z idiotycznymi pogaduszkami, które zapewne skompromitowałyby nas, gdyby dotarły do szerszej publiczności.

– Cześć, dziewczynki – przywitała się jak zwykle i obrzuciła nas badawczym spojrzeniem. – Widzę, że już działacie. A ja dopiero teraz mogłam oddać miśki pani Kasi i przylecieć do was. Weź to ode mnie, bo się rozbije na schodach i zapłaczemy się na śmierć. – Podała mi siatkę ze szklanymi dzwoneczkami.

Iza zeszła trzy stopnie i zaciekawiona dotknęła głowy Justyny, poruszając palcami, jakby się spodziewała, że trafi na miedziane druty.

– Przebrałaś się za pudla czy znowu robiłaś sobie mokrą włoszkę? – zapytała uprzejmie.

– No co ty! Wystarczy przecież, że lekko popada, a to siano samo mi się skręca i wiesz o tym dobrze. Zawsze tak miałam.

– I tak nigdy ci w to nie uwierzę.

– Dobra, dobra, już przerabiałyśmy to milion pięćset sto dziewięćset razy. Do roboty! Tu masz farbę.

Przemknęło mi przez głowę, że do upieczenia babci farba nie jest w ogóle potrzebna, ale zaraz sprawa się wyjaśniła.

– Mam dla ciebie super wiewiórzego rudzielca. Będziesz zachwycona. Idziemy. Ale najpierw otwórz wino!

Otwarcie wina zwykle nie stanowi wielkiego wyzwania. Zwłaszcza pierwszego, z piątym to już inna sprawa.

– Trzeba tylko znaleźć korkociąg.

– W szufladzie – podpowiedziała Iza.

Wysunęłam ją i zobaczyłam solidne, ciężkie sztućce. Albo właśnie toczyły ze sobą zażartą walkę o przestrzeń życiową i zaskoczyłam je w tym chaosie bitewnym, albo Iza nie przywiązywała ostatnio żadnej wagi do ich selekcji. Wyglądały, jakby mała ciężarówka wysypała je z paki, a spychacz domknął szufladę.

Ale w całym tym żelaznym rozgardiaszu korkociągu nie było.

– To może w szafce?

Żadna z czterech wiszących szafek też nie zaoferowała tego, czego potrzebowałyśmy. Nic nie dało przeszukanie pozostałych szuflad, zakamarków i półeczek.

– Może nożem? – zaproponowała Justyna niepewnie. – Tylko wtedy będziemy wyławiać z wina resztki korka, jak kiedyś na ognisku, pamiętasz? Witek przegapił większy kawałek i o mało się nie zadławił.

– Tak, tak! – zapiszczała Iza. – Odrzucił butelkę i padł na ziemię. Tak się podpierał rękami, że wszyscy myśleli, że dołączył do zabawy w kalambury i zamiast pierdyknąć go w plecy, ryczeli: Pies! Dziki pies dingo! Niedźwiedź! Borsuk!

Oj, ja też byłam na tym ognisku. Sama próbowałam zgadnąć, co może wydawać tak dziwne dźwięki, jak pełzający Witek. Dopiero kiedy upadł, ktoś się zorientował, że zaraz nam borsuk wykorkuje.

– A może drutem? – zaproponowałam. – Ty kiedyś robiłaś na drutach. Już nie robisz?

– Nie, bo przejechał tramwaj i spadłam.

– Głupia, a jakiś otwieracz do konserw masz?

– To przy konserwach, na szafce. Tylko nie wiem, do czego się przyda. Chcesz tę butelkę otworzyć od dołu?

Przydał się jak najbardziej, bo ku powszechnemu zdziwieniu okazało się, że jest zespolony z małym korkociągiem.

Po minucie stękania głośny trzask oznajmił zwycięstwo żeńskiej determinacji nad siłą przyrody nieożywionej.

Ale półsłodkie Fresco skończyło się momentalnie i korkociąg znów miał co robić.

Po dwóch butelkach przygotowanie mięsa ruszyło pełną parą i okazało się znacznie łatwiejsze.

Wystarczyło dziesięć minut niezwykłego rozgardiaszu, by szeroka deska przytuliła zdecydowanie martwą karkówkę. Nie rozumiem, dlaczego Iza się bała, że będzie musiała z nią walczyć.

– Ty nacieraj – podała mi gotową oleistą panierkę – a ty posypuj – dyrygowała.

Wreszcie ułożyła całość w brytfannie i sięgnęła po ogromny nóż. Przywiozła go z którejś kulinarnej wyprawy. Na moje oko była to raczej maczeta, którą przy odpowiednich umiejętnościach można jednym ciosem podzielić byka na części gotowe do pieczenia.

Iza z uwagą pochyliła się nad stołem. Lewą ręką delikatnie nacisnęła gotowe do pieczenia mięso i krótkimi ruchami zaczęła obcinać krawędzie surowego płata.

Justyna, zapatrzona w jej palce, oświadczyła:

– Stanowisko kosmetyczne gotowe. Tymczasem pora na prewencję antywirusową. Odsłona trzecia. Gdzie dałaś ten korkociąg?

– Tu gdzieś poszedł, chyba się myje w zlewie…

– Żeby ci całego mydła nie wykorzystał!

Iza odkroiła najpierw jedną krawędź o szerokości pół centymetra. Długi jęzor odpadł, a ona obeszła stół i obcięła pozostałe brzegi.

Obie z Justyną przyglądałyśmy się jej, jakby odprawiała jakieś tajemne obrzędy religijne.

Podświadomie czekałam na chwilę, gdy tym majchrem King-Konga obetnie sobie palec.

I stało się!

W chwili gdy dokończyła dzieła, wszystkie odpady pokroiła na kawałeczki i odwróciła się, by wetknąć nóż do zlewu. Jego końcem ledwie musnęła lewy kciuk, a z rozciętej skóry natychmiast popłynęła jasna krew.

Przez kilka sekund wszystkie trzy zamarłyśmy jak zamrożone dziewice. Ale kapiąca na podłogę krew zadziałała otrzeźwiająco, więc w następnej chwili rzuciłyśmy się rannej na pomoc.

Na szczęście każda z nas posiadała niezbędną wiedzę medyczną. I w ogóle nam nie przeszkadzało, że mamy sprzeczne metody działania.

Justyna złapała skaleczoną dłoń Izy i szarpnęła ją w stronę sufitu, aż śliczna strużka krwi chlapnęła na ścianę i krzesło.

– Do góry trzymaj! – krzyknęła, jakby skaleczenie palca wywoływało natychmiastową głuchotę. – Pomogę ci! Do góry, to będzie mniej płynąć!

A że Iza była od niej wyższa o dobre dziesięć centymetrów, Justyna wlazła na pochlapane krwią krzesło i ciągnęła tę rękę w stronę sufitu, jakby jej ukrytym celem było odbicie dłoni na białej przestrzeni.

– Ściskaj, na litość Boską, ściskaj! – biadoliła. – To jest krwotok żylny czy tętniczy? Bo tętniczy tamuje się przed raną, a żylny za nią… Albo odwrotnie, jak to było, do cholery ciężkiej?

Popiskując, uniosła dłonie i ściskała na zmianę to podstawę, to opuszek kciuka Izy. W ten sposób uruchomiła coś w rodzaju pompki, co poskutkowało tym, że czerwona ciecz trysnęła jeszcze bardziej i oblała całe przedramię, aż po łokieć.

– Metody z wczesnego Gierka – podsumowałam.

Miałam za sobą świeżutki jak bułeczki w piekarni na rogu kurs pierwszej pomocy. Mąż dyrektorki naszej szkoły był lekarzem, jeździł karetką i co roku organizował szkolenia dla wszystkich nauczycieli i pracowników administracyjnych. Przydawały się nie tylko w szkole.

– To co robić?! – ryknęła Justyna, ocierając z twarzy łzy emocji, co zmieniło ją w Indianina na wojennej ścieżce.

– Tamponować – powiedziałam nerwowo, bo i mnie się udzieliła ta panika.

Wtedy zareagowała Iza. Jako jedyna nie wpadła w amok i miodowym głosem poinformowała:

– Tampony mam w łazience. Apteczka jest w szafce za lustrem.

– Co ty bredzisz? – Siłą ściągnęłam Justynę z krzesła i kazałam Izie usiąść. – Tampon to nie powiem, gdzie sobie możesz wsadzić.

– Nie musisz. Duża jestem i dobrze wiem, gdzie mogę.

– Justyna, dawaj apteczkę!

Zerwała się, rozsiewając wokół czerwone kropelki. Przyniosła najpierw kosmetyczkę i nerwowo zaczęła wyjmować szminki i podkłady. Potem przyleciała z paczką podpasek. Dopiero trzeci kurs był trafiony – w drżącej dłoni trzymała pojemnik przypominający duży piórnik sprzed lat. Magnetyczny zatrzask pozwalał otworzyć wieczko.

– Opatrunek wyjałowiony – rozkazałam. – Taki jakby kawałek bandaża zamknięty w folii.

– A wodę utlenioną gdzie masz? – Justyna grzebała w apteczce szponiastymi paluchami.

Wyrwałam jej pakunek z dłoni.

– Wody utlenionej nie używa się od dwudziestu lat co najmniej. Nic tu nie musimy odkażać ani oczyszczać. O, to otwórz. Nie nożem, głupia! – huknęłam, bo Justyna rzuciła się do tego rzeźnickiego majchra. – Nożyczki weź, gdzie masz nożyczki, Iza?

– Środkowa szuflada komody, pierwsza z góry. Gdzieś tam będą.

Były, choć żeby je odnaleźć, Justyna wyrzuciła na podłogę kilka zeszytów, zbiór naparstków, przybornik do szycia, karteczki samoprzylepne, garść kredek i długopisów, stos korespondencji z banku i pudełko prezerwatyw.

Powstrzymałam się od komentowania znalezisk, czekając aż Justyna przetnie krawędź opakowania.

W tym czasie znalazłam w apteczce rękawiczki lateksowe, założyłam je jak zawodowiec – w końcu niedawno to trenowałam! – i przygotowałam sobie małą rolkę bandaża.

Justi w tym czasie kilkakrotnie usiłowała znów wejść na krzesło i wyrwać mi dłoń Izy, by unieść ją jak najwyżej.

– Krwotok przejdzie. Pod górkę nie pójdzie… – mamrotała, aż mnie zdenerwowała.

– Przestań, ogłupiałaś do reszty? Z jakimś znachorem się widziałaś czy co? Jak to pod górę nie pójdzie? Jak wieszasz firanki, to co, ręka ci odpada, bo krew nie krąży?

– Ale cierpną… – próbowała się bronić.

– Bo je męczysz. Ale pompka pracuje, ciśnienie się wytwarza. Daj spokój z tymi zabobonami.

Wreszcie Justyna pokonała kawałek folii.

– Nie wyjmuj! – ostrzegłam ją.

– To co, będziesz jej przykładać z folią? – dziwiła się.

– Oj, chodzi o to, żebyś nie wyjmowała brudnymi paluchami!

– No wypraszam sobie! – Zerknęła na swoje palce. – Nie mam na nich żadnych drobnoustrojów.

– Kup sobie mikroskop, to zobaczysz. Drobnoustroje! Nawet gruboustroje zobaczysz. No, dawaj.

Palcami uzbrojonymi w rękawiczkę wyjęłam gazę, zwinęłam w tamponik i mocno przyłożyłam do rany. Ranki w zasadzie, bo było to centymetrowe nacięcie. Krwawiło mocno, ale nie sądziłam, żeby wymagało interwencji chirurga.

Owinęłam całość bandażem, obcięłam go i spięłam specjalnymi gumkami z zamontowanymi na końcu metalowymi ząbkami.

Iza ze stoickim spokojem obserwowała całą akcję, uśmiechając się do nas nieco blado. Dopiero na widok gumek zmarszczyła czoło.

– Patrz, ty! A ja sto lat się zastanawiałam, po jakiego głąba w apteczce są te jakieś takie z zębami. Już koniec?

– Tak – westchnęłam i spojrzałam na dwie zakrwawione wampirzyce. Potem na własne ręce. – Rzeź dokonana.

Faktycznie, nasza trójka wyglądała, jakbyśmy właśnie składały krwiożerczym bogom ofiarę z sąsiada Jacusia. Jucha rozlała się po podłodze, stole, krzesłach, blacie kuchennym. Przywarła do naszych ubrań i włosów. Miałyśmy ją na dłoniach i ramionach.

Nie licząc Justyny, która dodatkowo wielką czerwoną plamę rozmazała sobie pod oczami.

– Krwawa niedziela – westchnęłam.

– Środa – poprawiła mnie Justyna. – Chyba… Trzeba będzie tu posprzątać.

Krew jak na złość strasznie opornie schodziła z mebli i podłogi. Z rąk i twarzy nieco łatwiej, ale i tak zużyłyśmy chyba pół butelki mydła w płynie i micelarnego zmywacza do makijażu.

Na ubrania machnęłyśmy ręką. Ważne było tylko, żeby dziś jeszcze je namoczyć, a jutro wyprać.

Iza, jako poszkodowana, nie mogła moczyć rany, nie wzięła więc udziału w akcji usuwania śladów zbrodni. Umyłam jej tylko ręce jak małej dziewczynce, wacikiem starłam krwawe plamy zaschnięte wokół opatrunku.

Pół godziny później salon z aneksem kuchennym wrócił do jako-takiej normy i wówczas Iza zrobiła coś, co wprawiło nas w zdumienie.

Uniosła deskę z pokrojonymi drobno kawałkami odciętego od pieczeni surowego mięsa, otworzyła okno i wyrzuciła to w mrok. Nie deskę oczywiście, tylko substancję organiczną.

Nie wytrzymałam.

– Potrzebujesz może termometr albo jakichś środków przeciwbólowych, czy od razu mam dzwonić po pogotowie? Masz może osobisty kaftan bezpieczeństwa? Może załatwić ci jeden? Na Allegro będą tanie, tylko maseczek brakuje, bo ludzie zaczęli szaleć. Najpierw bez sensu odcinasz krawędzie karczku, a teraz wywalasz to za okno?!

Iza wzruszyła ramionami.

– Tak samo jest mi potrzebny kaftan jak tym ludziom maseczki. Po prostu trzymam się przepisu mojej babci. Odkryłam go, gdy byłam dziewczynką ledwie wystającą głową ponad stół. Przyglądałam się, jak babcia przygotowuje pieczeń. Stałam w gorącej kuchni, w piecu było napalone, na blasze w wielkich garach parowały rosół i ziemniaki. A ona robiła karkówkę i zawsze obcinała te wszystkie krawędzie. I robiła najlepszą pieczeń na świecie. Dalej robi!

– Pośmiertnie? – przeraziła się Justyna.

– No co ty? Babcia czuje się świetnie, mieszka ciągle nad jeziorem i piecze w swoim piekarniku. Ona go nazywa szabaśnik.

Justyna pokręciła głową.

– Nie. Nie rozumiem, po jakiego cioła to docinane. W dodatku wywalanie za okno. Hodujesz tam jakiegoś głodnego lwa?

– Żeby jednego – westchnęła Iza. – Naliczyłam ich ostatnio dwanaście, a mnożą się jak króliki. Gdybyś teraz zeszła do ogrodu, pewnie już nie znajdziesz ani jednego z tych kawałków surowego mięsa.

– Co ty gadasz? – bąknęła Justyna i natychmiast rzuciła się do schodów. – Dwanaście głodnych lwów?

Usłyszałyśmy trzask drzwi ogrodowych i nastała chwila ciszy.

Podświadomie czekałam na ryk lwa i dziki pisk Justyny, ewentualnie odwrotnie, ale nic takiego się nie wydarzyło.

– Ty, co to było z tym krojeniem tak naprawdę? – zapytałam, trochę nie dowierzając własnym oczom.

– No mówię ci, że babcia tak robi.

– Argument jak z koziego zadu waltornia. Po co tak robi?

– Żeby było lepsze.

I gadaj tu z taką.

Pewnie przyczepiałabym się jeszcze jakiś czas do tego mięsa jak mucha plujka, ale Justyna wróciła, otrzepując buty z błocka.

– Musisz więcej tego odkrawać. Najlepiej jedną dorodną świnkę dziennie – skwitowała. – Jakieś te twoje tygrysy niedożywione, małe i tchórzliwe. Ale faktycznie jedzą jak wariaty. Przypomina mi to najbardziej dynamiczne sceny z bajki Kocia ferajna. Pamiętacie? Oglądałyśmy to sto miliardów lat temu. Tłuką się i kwiczą, ale pogłaskać się nie dały. To twoje kocieje?

– Niczyje – westchnęła Iza. – Ale sąsiedzi po obu stronach mają psy, więc okoliczne koty przyłażą gzić się i gonić po moich folwarkach.

Psy faktycznie ograniczały kotom pole manewru. Zwłaszcza dwa sąsiednie egzemplarze.

Lubię psiaki wszelkiej maści, pomagam w schronisku, z moimi uczniami organizuję zbiórki koców i karmy. Ostatnio z dwóch szkół zebrałam psiego żarła tyle, że moje volvo przysiadło, jakbym je wynajęła do przewozu betonowych płyt. Ale tych dwóch potworów nie zdołałam oswoić.

Wiecznie szczekający basem stwór przesympatycznego sąsiada Jacusia co sekundę wydawał z siebie dźwięk, jakby ktoś tłukł drewnianą beczką o dno wyschniętej studni. Wielkość miał bez mała cielnej krowy, a łeb jak cynkowane wiadro. Za każdym razem, gdy patrzyłam na to stukilogramowe brązowe cielsko, przypominały mi się trzy psy pilnujące skarbu w baśni Krzesiwo. I to był na pewno ten trzeci.

Za płotem naprzeciwko biały pokurcz wściekle ujadał z prędkością małego sopranowego karabinu maszynowego. Szczekająca świnka morska. Skrzyżowanie chomika syryjskiego z niedożywionym yorkiem. Latem z zasadzie trudno było to-to dostrzec, w całości kryło się w nieskoszonej trawie. Zimą stworzonko nie miało lepiej. Powinno się cieszyć, że od kilku lat nie padał śnieg – pięć centymetrów puchu unieruchomiłoby je na amen.

– Nie dam głowy, czy wkrótce w starym domu nie urodzi się kolejny miot – Iza ciągnęła koci wywód. – Może powinnam zacząć je sprzedawać. – Odruchowo zerknęła za okno.

Było już całkiem ciemno. Wiedziałam jednak doskonale, że trzydzieści metrów dalej wznosi się stary, dziewiętnastowieczny, drewniany dom. Przylegała do niego niewielka obórka, w której przed laty ktoś kiedyś hodował parę krów. Całość, strawiona przez pożar przed laty, stała już tylko na łasce Pana Boga – czyli kilku solidnych drewnianych filarach. Teren porósł krzakami i nikt się tym nie interesował. Ruina stanowiła rodzaj trwałego elementu krajobrazu, na który nie zwraca się już uwagi.

Zaraz za domkiem zaczynała się prawdziwa dżungla trzcin i krzewów. Wąska ścieżka wiodła w stronę rzeki. Idąc nią, znienacka trafiało się na wodę. Kiedy Iza wyszła za mąż i zamieszkała tutaj, wiele razy wpadałyśmy w błoto, pędząc do małego pomościku.

Naturalnie ostatnio nieczęsto tam chodziłyśmy. Pomost powstał zapewne przed stu laty dla pobierania wody, ale dziś? Po co łazić nad płytką rzeczkę?

Wszystko to przyszło mi do głowy, gdy za oknem usłyszałam dziki miaukot.

Drgnęłam, ale po chwili harmider ucichł.

– No, opowiadajcie – rozkazała Iza. – Już wiem, że Joanna znów jest słomianą wdową, bo jej luby handluje z kangurami jakąś elektroniką i że ma od jutra przymusowy radosny szkolny koronaurlop. A ty, Justynko? Jak tam twoje egzotyczne maleństwa?

– W porządku, w porządku. – Justyna machnęła ręką. – Ich tatuś ludożerca właśnie przygotowuje im kolację z sąsiada.

Od czterech lat, odkąd Justyna wyszła za pełnokrwistego, śniadego Hiszpana, nie ustawały żarty na jej temat. Żadna z nas oczywiście nie przyznawała się do faktycznego motywu generowania tych dowcipów, zazdrościłyśmy jej jak cholera. Ja – że znalazła w końcu swój port i po przeprawie przez wzburzone fale przybiła szczęśliwie do brzegu. Iza – że ma super faceta stale przy sobie. Jedyne, co przyprawiało nas o mściwy rechot i osłabiało uczucie zazdrości, to fakt, że Justyna zostawiła sobie swoje nazwisko, przyjmując jako drugie nazwisko męża. Nie jest to oczywiście zwyczaj niecodzienny albo naganny, ale teraz nazywała się Justyna Kapusta Vinegret. Brzmiało może egzotycznie, lecz w tłumaczeniu oznaczało po prostu Kapusta Kiszona.

W dodatku w ciągu tych czterech lat zdążyła dorobić się potomstwa i do przedszkola odprowadzała teraz kiszoną Dolores, a w żłobku bawił się klockami Leo. Też kiszony.

Plotki głosiły, że odkąd Justyna, podczas intensywnego kursu hiszpańskiego, raczyła przetłumaczyć sobie nazwisko męża, z jej kuchni zniknęły wszelkiego typu surówki oparte na kapuście kiszonej.

Rozumiałyśmy to. Nadmiar męczy.

– W sklepie dziś byłam – westchnęła Justyna i rozłożyła ręce. – Ja nie wiem, może to ja jestem jakąś niefrasobliwą idiotką, ale wydaje mi się, że ludziom odbiła najgrubsza chińska palma. Już nie mówię o robieniu zapasów makaronu i ryżu, jakby jakiś prorok zapowiedział koniec świata, ale widziałam gościa, który na ladę w Biedrze wyłożył czterdzieści dwa kurczaki.

– Liczyłaś mu?

– A ty byś nie liczyła? Wyobrażacie sobie całą cholerną zamrożoną fermę na kasie? Nie wiem, albo on ma harem złożony z samych tygrysic, albo ma największą w tej części Europy zamrażarkę. Tylko wyobrażam sobie prawdziwy kryzys i brak prądu. Co on zrobi z tą całą kolonią kurczaków? Zeżre je na raz czy jak?

Pokiwałam głową.

– Ja dziś byłam w Lidlu, bo zabrakło mi ryżu. Tak najnormalniej w świecie poszłam kupić jedną paczkę. Bo po co mi więcej? Jestem sama i nie jem jak wół. I wiecie co? Jak zobaczyłam tych ludzi wywożących pełne fury, jakby zaraz miała być wojna, Apokalipsa i tańce na lodzie, to odruchowo zabrałam trzy paczki. Nie dlatego, że szczególnie się boję wirusa, bo przecież mała szansa, że mnie zabije, ale boję się psychozy. A ludzie lecieli z tymi kopiastymi wózkami i patrzyli na mnie jak na jakąś wariatkę, że wychodzę z pustymi rękami.

– Bo jesteś wariatką – uprzejmie wtrąciła Justyna.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20