Sztuka znikania - Monika Lech - ebook

Sztuka znikania ebook

Lech Monika

0,0

Opis

Po zawierusze w Afryce ("Morze krwi" Moniki Lech) i po niebywałym i krwawym zamieszaniu w Wiecznym Mieście ("Pracowite wakacje w Rzymie" tejże autorki) Andrea Niwiński, Oleg Tsun i Alex Fitzwilliam mają w głowie tylko jedno… Nie, nie "to"! To znaczy… "to" także, ale przede wszystkim chcą po prostu mieszkać sobie w spokoju, ciesząc się i życiem, i sobą. 

Marzą o tym, żeby nic się nie działo i żeby mogli niespiesznie uczyć się bycia w nietypowym związku dwóch mężczyzn i kobiety, dwóch Zmiennych i Człowieka, dwójki choleryków i peacemakera, dwójki introwertyków i ekstrawertyka, dwójki osobników gwałtownych i jednego pacyfisty, Wilka, Tygrysa i stada wścibskich wron. Oraz trójki osobników Alfa.

Sami rozumiecie, że życie w parach bywa trudne, a co dopiero we trójkę! Proces dostosowywania się do siebie nie jest łatwy i zwykle bywa głośny. 

Tymczasem świat ma w nosie plany naszej trójki. Alex, Inkwizytor Zmiennego PBI, ma o wiele więcej pracy, bo wielu jego pobratymców popada w szaleństwo. Ktoś organizuje dwa napady na Andreę, która jednak nie boi się agresji fizycznej, obawia się za to przepowiedni i koszmarów, które ją nawiedzają. Oleg wchodzi w nową rolę: Uzdrowiciela. Coraz więcej szalonych Zmiennych zawdzięcza mu życie.

Wokół nich już dzieje się dużo, tymczasem kłopoty tylko narastają i narastają, i nie wiążą się bynajmniej z Bożym Narodzeniem spędzonym w Krakowie z rodziną oraz z przyjaciółmi, wśród których jest Hyeon Ju i Napierowie w komplecie. Wiążą się za to z historią i tajemniczą epidemią. Wygląda na to, że los zaciska pętlę wokół Alexa i dwójki jego ukochanych partnerów. Cała trójka próbuje żyć, kochać się i pracować normalnie, ale coraz to nowe wydarzenia zmuszają ich do częstszego przypominania sobie o słowach proroctwa, które ich dotyczy. A ono mówi między innymi o śmierci, nienawiści i rozłące.

Dlatego, kiedy Wilka dopadają jego "dawne dzieje", są zdruzgotani, ale nie zaskoczeni. Alex jeszcze jako Człowiek poślubił pannę Margaret Ann Bayldon. Po swojej sfingowanej w 1632 roku śmierci, Zmienny żył sobie, myśląc, że jego ludzkie małżeństwo zakończyło się dobrych czterysta lat temu i to w sposób jak najbardziej naturalny! A co miał myśleć?! W końcu przysięgał "dopóki śmierć nas nie rozłączy, a przysięgi wiążą, tak?

O, tak. I to jak! 

Żona Alexa także żyje i jest Nieśmiertelną. Przypomina sobie o jego istnieniu i żąda, by Wilk zerwał swój związek z Andreą. Wampirzyca wymusza prawne i magiczne rozdzielenie Andrei i jej partnerów. Ci wybór mają raczej niewielki: albo przestaną być razem, albo Alex i Andrea zginą. Kto czai się w cieniu i jest reżyserem tej katastrofy? Czym jest epidemia wśród Zmiennych? Co stanie się z Andreą, Alexem i Olegiem?

"Droga Smoka" jest epicką sagą urban fantasy, w której Monika Lech przedstawia splątane losy grupy w zasadzie normalnych Homo Sapiens i istot Nadnaturalnych. Poznajemy bohaterów serii w momencie, kiedy grupa trzydziestolatków dowiaduje się, że obok ich świata, świata ludzi, istnieje inna rzeczywistość: mroczniejsza, gwałtowniejsza, bardziej skomplikowana. 

Dla wszystkich: ludzi i nie-ludzi przychodzi czas zmian, podejmowania decyzji, czas emocji, które są dalekie od serduszek, jednorożców i trzymania się za rączki w świetle księżyca. 

Każdy się zmienia, każdy dorasta. 

Każdy wrasta w coś większego niż on sam. 

Serię "Droga Smoka" rozpoczyna "Morze krwi", kolejnym tomem są "Pracowite wakacje w Rzymie". "Sztuka znikania" to trzeci tom serii. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 880

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Monika Lech

Droga Smoka:

SZTUKA ZNIKANIA

4GENERATIONS

Copyright © 2021 Monika Lech, 4generations

Projekt i realizacja okładki: E-Słowa / www.e-slowa.pl

Redakcja i korekta: Magda Malejko, E-Słowa / www.e-slowa.pl

Skład: E-Słowa / www.e-slowa.pl

Zdjęcie na okładce: pixabay.com

ISBN: 978-83-958837-5-0

PATRONAT MEDIALNY:

https://nakanapie.pl/

https://www.instagram.com/siedzewksiazkach/

https://www.instagram.com/n_czyta/

https://www.instagram.com/mopsowe.czytanie/

https://www.instagram.com/rozchelstanaovca/

ROZDZIAŁ 1: Rzymska katastrofa

Rzym, Republika Włoska, 23 czerwca 2053

Londyn, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Walii, 27 lipca 2053

Alex

– Widziałeś wasze zdjęcia? – Oleg patrzył na mnie z uśmiechem, lekko pochylając głowę w moim kierunku, bo był o te kilkanaście centymetrów wyższy.

– Nasze zdjęcia? – Byłem autentycznie zdziwiony.

– W sieci, pojawiły się w portalach plotkarskich. W kilku były zestawienia najlepiej ubranych par. "10 najlepiej ubranych par z imprezy 10-lecia". – Wzruszył ramionami – Tak media nazwały rocznicę ślubu Starego.

– 10 najlepiej ubranych par? – powiedziałem, zatrzymując się na dole schodów – Zdjęcia? Nasze?

– Gratulacje! Byliście na 3 miejscu. Przed wami tylko dwie pary aktorów. Młodych i bardzo, bardzo na topie, więc nie miej pretensji. Podpis przy waszych zdjęciach: "Steampunk beauty and tatooed beast1". I jakaś paplanina o stylówie, twoich tatuażach i tym, jak w paradoksalny sposób do siebie pasujecie. Sorry, nie ja to wymyśliłem – uniósł ręce i był tak nieszczery, jak tylko mógł – Jesteście sławni. A ja jestem zazdrosny, bo też potrafię mieć stylówę! – Uśmiech rozlał się po twarzy Olega.

Starałem się przetrawić to, co usłyszałem. Nasz pobyt w Rzymie nie był specjalną tajemnicą. Jednak nie byłem tutaj oficjalnie, nie przyjechałem, żeby być Inkwizytorem2 i jakoś wolałem, żeby Andrea i jej związki z rosyjską mafią były mniej publiczne. Żeby twarz Andrei nie pokazywała się w mediach i nie przyciągała zbędnej uwagi.

Trudno, nic się przecież nie stało. To tylko zdjęcia…

Hyeon Ju

– Moja Nieśmiertelna zadeklarowała oficjalnie, że twój syn, Alexander, jest jej prawnie poślubionym małżonkiem, jeszcze z ich ludzkiego życia. Domaga się zerwania, na stałe i ostatecznie, jego związku ze śmiertelną kobietą ze zdjęcia. Chce jego. Chce Alexa z powrotem.

Milczałem, wpatrzony w zdjęcia rozłożone na stole. Kobieta, która siedziała w moim gabinecie poruszyła się, ale nawet to nie skłoniło mnie do podniesienia na nią wzroku. Obawiałem się, że jeśli to zrobię, mój gość zobaczy, co czuję. Zresztą… wiedziałem przecież, jak wygląda! Aż za dobrze. Piękna kobieta, ta moja Parvaneh. Wysoka, czarnobrewa, z mocnym nosem jej Ludzkiej rasy, z oczami jak brązowy ogień. Pełne czerwone usta, białe zęby, delikatne dłonie, figura idealnej klepsydry albo królowej Persji. Skóra delikatna i chłodna jak najpiękniejsza kość słoniowa. Piękna. Mądra mądrością wieków i swoją własną, nabywaną każdego dnia jej długiej egzystencji.

Oto mi chodzi! Brzmiałem jak zakochany głupiec, nie jak władca! Któż powiedział, że nie można być i jednym, i drugim?

– Prawo jest po jej stronie – dodała, zupełnie niepotrzebnie, ale wyrwała mnie z niestosownego zamyślenia.

Prawo było, zaiste, po jej stronie. Zacisnąłem zęby i wreszcie spojrzałem prosto na moją królową.

– Zobaczyła zdjęcia, były podobno wszędzie. I rozpoznała Alexa – powiedziała cicho. Tym razem to ona nie odrywała wzroku od prostokątów błyszczącego papieru, które położyła na stole.

"Gdybyśmy my mieli fotografów, moja królowo, ten tysiąc lat temu" – myślałem, dotykając jednego ze zdjęć – "uchwyciliby to samo. Dokładnie to samo rozkochane spojrzenie w moich oczach i ten sam ogień w twoich".

Odrzuciłem tę myśl. Na razie nie była produktywna. Zdjęcia leżały między nami w milczeniu i przyciągały mój wzrok jak studnia grawitacyjna. Nie chciałem na nie patrzeć. Nie chciałem być świadkiem spojrzeń mojego syna, ani uśmiechów śmiertelnej kobiety. Intymność chwili, uchwyconej przez fotografów, była niesamowita.

Tyle że jestem Yi Hyeon Ju, władca Zmiennych3. Nie stać mnie na taką delikatność, tym bardziej w momencie, gdy naprzeciw mnie siedzi Królowa Nieśmiertelnych4, władczyni rasy artystów, historyków, filozofów, polityków, rasy przynoszącej na Ziemię wyrafinowanie w jego najczystszej postaci.

W świecie Nadnaturalnych istnieją cztery rasy. My, czyli Zmienni, Magiczni5, Panteony6 i Nieśmiertelni. Każda z nich ma swoją, zakorzenioną w ludzkim świecie, nazwę. Nie pamiętam, kiedy pozwoliliśmy przesądom i popkulturze przerobić nas na wilkołaki, wiedźmy, bożki i wampiry? Dawno, ale za mojego życia. Upokarzające? Pewnie tak. Ale dla przeżycia w świecie ludzi robi się nie takie rzeczy.

Dla przetrwania mojego ludu zrobiłbym więcej, niż tylko wyrażenie zgody na pomysły naszych PRowców.

Błądzę myślami, nie chcę skupiać się na tym, z czym przyszła. A powinienem był wiedzieć, że spotkanie z nią nie przyniesie nic dobrego. Powinienem był to przewidzieć i lepiej się przygotować.

Tyle rzeczy "powinienem był"!

Popatrzyłem na zdjęcia. Dwie osoby na każdym z nich. Alex Fitzwilliam i Andrea Niwiński w Rzymie, na czerwonym dywanie, przed wejściem na bal u rosyjskiego capo di tutti capi7. Wtedy jeszcze nie znali "ich Tygrysa", Olega Tsun. Stał się częścią tego dziwnego związku właśnie tego wieczora, dokładnie kilka godzin później.

Ale te zdjęcia, te tutaj, na stole, były tylko ich, tylko mojej dwójki.

Ona, z wysoko uniesioną głową, w skórzanej sukni-nie-sukni. Dyskretny makijaż podkreśla tylko oczy. On, klasycznie elegancki w pełnym white tie8, który leżał na nim, jakby Alex całe życie nie nosił niczego innego. Tatuaże pokrywały całą jego szyję i czaszkę. Andrea patrzy na niego z łobuzerskim półuśmiechem. On podaje jej dłoń i w oczach ma czystą radość.

Mój syn i kobieta, którą ten uwielbia. Mój syn i jego Andy.

Podniosłem oczy bez słowa. Parvaneh lekko dotknęła jednego ze zdjęć.

– Kocha ją? – zapytała cicho.

Gdybym nie był Zmiennym, nie usłyszałbym słów mojej królowej.

Przypomniałem sobie początek naszego spotkania. Parvaneh usiadła w miękkim fotelu i pieczołowicie układała fałdy swojej szaty. Wtedy zacząłem się niepokoić. W ciszy słychać było tylko szelest jedwabiu. Wiedziałem, że daje mi znak, że nasza rozmowa może mi się nie podobać. Gest miał mnie przygotować na przyjęcie złych wieści. Miał uprzedzić, że to co przynosi na mój próg, nie jest dobre. Dawała mi czas na lepsze ukrycie się za moją maską. Za parawanem braku emocji. Za zwodniczym spokojem starego drapieżnika.

Tak się robi, jeśli zna się kogoś tysiące lat i większą część z tych tysięcy lat spędziło się w satysfakcjonującym obie strony związku małżeńskim.

– Przyszłam, by zastosować Prawo – powiedziała, kiedy już była pewna, że znaczenie gestów dotarło do mnie w pełni.

Od razu przeszła do rzeczy, bez podchodów i słownego menueta. Parvaneh, bogom podziemi niech będą dzięki, stosowała protokół, jakim powinni posługiwać się w komunikacji królowa i jej współmałżonek. To oszczędza czas i skraca dystans w tym balecie, jakim są stosunki dyplomatyczne osób władających nadnaturalnymi rasami. A jednocześnie jest to także nieodparcie śmieszne, śmieszne w taki duszny i dławiący sposób. Mąż i żona są tak od siebie teraz oddaleni, że żeby rozmawiać, muszą stosować etykietę obowiązującą kiedyś na ich wspólnym dworze. Kiedyś, marne tysiąc lat temu.

– Prawo zatem będzie zastosowane – powiedziałem równie formalnie, akceptując i protokół, i temat spotkania.

Tak, a teraz patrzyliśmy na zdjęcia, które były jak zasieki z błyszczącego papieru. Miałem wrażenie, że przestrzeń między nami rośnie i rośnie. I nic tego dryfu nie powstrzyma.

– On ją kocha, nie mylę się? – powtórzyła moja żona, nie podnosząc wzroku na mnie, patrząc na uśmiech mojego syna.

– Kocha.

Plotkowało się o nich zawzięcie. Sam też obserwowałem z uwagą uczucie, które było jak jasny płomień, zachęcający, żeby się przy nim ogrzać.

– Kochają ją – poprawiłem się od razu. – Ona i jeden z naszych, Kot, są życiowymi partnerami mojego syna.

Szybko przeglądałem resztę zdjęć. Wszystkie z tego samego balu, z Rzymu. Fotografowie mieli używanie. Oni rzeczywiście wyglądali niesamowicie. Niesamowicie razem.

Lekko uniosła brew. Jej piękno jest w najmniejszych gestach.

– Niecodzienne – powiedziała, a ja prawie wzruszyłem ramionami.

Cóż miałem powiedzieć? Niecodzienny wszak był ten związek trzech niezwykle silnych i dominujących osób. Dwóch Zmiennych i Człowieka. Nadnaturalni są jak reszta populacji, w naszym życiu intymnym i rodzinnym dobieramy się w pary. Trwały trójkąt jest niezwykłym i bardzo rzadkim układem. Znałem jednak inne, równie nietypowe związki. Popatrzyłem na nią, królową takowych. Zrozumiała i zarumieniła się lekko.

– Zaiste, to niecodzienne – zgodziłem się, bo tego wymagała grzeczność i umiłowanie prawdy.

– Muszę prosić o zastosowanie Prawa – powtórzyła tę irytującą formułkę i westchnęła, jakby była nią zniecierpliwiona. A potem wyprostowała się i kontynuowała:

– Mam w Roju9 Nieśmiertelną, która niebawem skończy 410 lat. W przyszłym roku. Dostanie wtedy prawo założenia własnego Roju. Zwyczaj każe dać jej z tej okazji specjalny dar. Jak wiesz, zwykle to spełnienie jednego życzenia Nieśmiertelnego. Jakiego tylko sobie życzy. Jesteśmy związani honorem, żeby spełnić to życzenie. Zażyczyła sobie…

Zawiesiła na moment głos, jakby zdała sobie sprawę z tego, że czując się niekomfortowo z tym, co musi zrobić, mówi za dużo. Że papla. Moja królowa nie jest gadułą. Wyprostowała się jeszcze bardziej, jakby fizycznie dystansowała się od tego, co musi być powiedziane. Parvaneh nigdy jednak nie cofa się przed obowiązkami.

– Wiesz już, z czym przyszłam.

Rozłożyła ręce, bardzo ludzkim gestem. Miałem ochotę go powtórzyć. Z większą bezradnością niż ona.

– Czy żona Alexa wiedziała, że on żyje? Wcześniej? – odwróciłem zdjęcia, nie chcąc na nie patrzeć.

Parvaneh zaprzeczyła. Jeden pukiel włosów opadł jej na ramię. Miałem ochotę wyciągnąć po niego rękę.

– Zdjęcia pokazały się w sieci kilka tygodni temu, pod koniec czerwca. Myślała i zastanawiała się, co z tym zrobić, zanim przyszła do swojego ojca i do mnie. Ale to z sieci dowiedziała się, że ciągle ma męża. Twierdzi, że chce go odzyskać.

– Po więcej niż czterystu latach? – prawie się roześmiałem, bo absurd tego stwierdzenia był ogromny. – Oboje są już teraz innymi ludźmi. Żadne z nich nie jest nawet Człowiekiem – powiedziałem, wściekły na świat, na Prawo, na nieznaną mi kobietę.

Parvaneh posmutniała.

– Musimy, Hyeon Ju. Nie tylko dlatego, że to jej życzenie urodzinowe i że to nas wiąże, ale dlatego, że takie jest nasze Prawo. Małżeństwo to małżeństwo. Nie zostało rozwiązane, więc trwa. Spotkajmy się u prawników. Moja Nieśmiertelna domaga się, na co jej Prawo zresztą pozwala… – Parvaneh westchnęła, chyba zmęczona tym wszystkim. – Domaga się spisania formalnej i gwarantowanej magią umowy – zamilkła i pokręciła głową, jakby dyskutując sama z sobą, a potem dodała:

– Obawiam się, Hyeon Ju, że moja Nieśmiertelna zdecydowanie nie chce wypuścić Alexa na wolność. Chce trwania tego małżeństwa.

To ostatnie powiedziała tak cicho, że prawie nie usłyszałem. Tak, trwanie małżeństwa może być dla niektórych problemem, prawda? Może my powinniśmy o tym porozmawiać, moja królowo? Kiedyś? Niebawem? Tak za sto lat od dzisiaj?

Podniosłem wzrok. Parvaneh siedziała dumna i wyprostowana. Za sztywnym kręgosłupem kryła cierpienie, bo ona, moja niezrównana żona, zawsze czuła mój ból i reagowała na niego swoim własnym. Przekleństwo miłości, nawet takiej zniszczonej i nadużytej jak nasza.

Byliśmy jednak władcami, nie zakochanymi dziećmi. Oboje wiedzieliśmy, co musimy zrobić. Tyle że to wszystko nie jest pilne, nie ma waloru natychmiastowości, prawda? Mogę dać im jeszcze chwilę. Jeszcze kroplę w oceanie czasu. Ich miłość, Alexa, Olega, Andrei, była świeża i ciągle bardzo nowa. Byli obdarzeni darami i talentami, których jeszcze nie rozpoznałem. I oni, i ja, i Zmienni potrzebują więcej czasu. Nieśmiertelna małżonka mojego syna czekała czterysta pięćdziesiąt lat, poczeka jeszcze kilka miesięcy.

– Twoja Nieśmiertelna obchodzi urodziny w przyszłym roku, czyż nie?

Królowa skinęła głową i nie zapytała o nic.

– Proponuję zatem poczekać co najmniej do stycznia. Do tego czasu nakładam tajemnicę na tę sprawę i na nasze spotkanie. Zamykam to pod magią – spojrzałem na moją królową.

Zastanowiła się chwilę i kiwnęła głową. Sięgnąłem po moją magię. Mój Kot przeciągnął się, zadowolony, że wreszcie może dodać coś od siebie. Podobnie jak ja, lubił rządzić i korzystać z prerogatyw władzy. Powietrze wokół nas zgęstniało i minęło kilkanaście sekund, nim mogliśmy wrócić do rozmowy. Od teraz nikt, kto już o sprawie wie, nie będzie mógł o niej rozprawiać publicznie. Ani ja, ani Parvaneh, jej Nieśmiertelna czy jej ojciec.

– Sporo może się zdarzyć między dziś i przyszłym rokiem – powiedziała moja żona.

Albo mi się wydawało, albo odetchnęła z ulgą, kiedy magia przez nas przeleciała. Znałem ją jak siebie, jej także nie podobała się ta sprawa. Też wolała poczekać. Dla nas, dla istot, które widzą millenia, kilka miesięcy nie ma znaczenia. Dla śmiertelnej kobiety tych kilka miesięcy jest jak wieczność. I może być wszystkim, co Andrea ma i co mieć będzie.

– Hyeon Ju, panie mój, ustalmy wszystko już teraz. Jakiż jest sens tracić czas kolejny raz?

Pragmatyk, ta moja królowa, prawda? Zawsze tak praktyczna. Ale nie rządzi się rasą prawie nieśmiertelnych i drapieżnych indywidualistów skupiając się tylko na ideach.

Popatrzyłem na swój kalendarz, kalkulując i myśląc. Miałem w pamięci większość zobowiązań Parvaneh. Tak, miałem ją na oku, jak to się teraz mówi. Potrzeba chronienia jej była wszechogarniająca, a to, że nie mogłem jej strzec osobiście, było jak niegojąca się rana. Byłem zbyt dumny, by móc z nią być, ale to nie znaczyło, że mógłbym poradzić sobie z jej utratą.

– Może w sobotę, 7 lutego, w kancelarii Moiry Pickwell?

Spojrzałem na nią, sprawdzała swój kalendarz i kiwała głową.

Kancelaria Moiry mieściła w jednym z tych przerośniętych i anonimowych biurowców na Canary Wharf10. Tam w weekendy wiatr hula i gwiżdże, a z wnętrz słychać tylko klimatyzację. Jedynie pracoholicy pojawiają się w sobotę wieczorem w tych szklanych klatkach dla korporacyjnych lwów. Idealna scenografia dla nas, potworów z legend.

– Kto będzie po stronie Królowej Nieśmiertelnych? – zapytałem formalnie, oznaczając datę w kalendarzu wyświetlonym na ścianie biura.

– Ja, moja Nieśmiertelna, skryba11. Moira zajmie się znalezieniem kogoś od Magicznych, żeby zabezpieczyć umowę, zgodnie z naszymi uzgodnieniami.

Skinąłem, tak te rzeczy były zwykle robione.

– Po stronie Zmiennych ja, skryba, Alex – zawahałem się. – Jestem przekonany, że oboje jego partnerzy będą nastawać, by mu towarzyszyć.

Parvaneh skinęła głową.

– Zabiorę ze sobą ojca Nieśmiertelnej, liczba będzie równa, nikt z nas nie straci twarzy. Czemu my się jeszcze czymś takim przejmujemy? – zapytała z niecierpliwością i nutką gniewu, którą wyraźnie było słychać w jej głosie. – Przecież to wszystko już nie powinno mieć najmniejszego znaczenia!

Nie umiałem jej odpowiedzieć na pytanie o zwyczaje naszych ras. Milczałem zatem i tylko chłonąłem ją wzrokiem. Uwielbiałem patrzeć, jak wybuchają w niej emocje; uwielbiałem być świadkiem tych chwil, kiedy nie chowa uczuć pod jedwabiami i uśmiechem królowej Persji. Dlatego obserwowałem jej wybuch, jakbym był wygłodzonym psem gapiącym się w pełną miskę.

– Po mojej stronie będzie i tak jedna osoba więcej. Partnerka Alexa – przypomniałem delikatnie, wiedząc, że ją to zirytuje.

Odpowiedziało mi prawie niedostrzegalne wzruszenie ramionami. Taki zwyczajny gest, w tak królewskiej postaci… Zeskrobywanie z niej emocjonalnego lodu było równie niesamowite, jak zdejmowanie z niej sukien.

Nie pytajcie.

– To tylko Człowiek – uśmiechnęła się ze smutkiem. – Ktoś, kto przemija jak liść, nie powinien być brany pod uwagę w układach pomiędzy Nadnaturalnymi, którzy idą przez wieki, Hyeon Ju. – Łagodny, acz słyszalny wyrzut zabrzmiał w jej głosie.

Czyżbym wyczuł niezadowolenie, że o tym zapomniałem? Czy może zazdrość, że staję po stronie innej kobiety? Och, Parvaneh, moja Parvaneh. Spotkaj ją. Poznaj tę, której twoja Nieśmiertelna wyrwie serce. Zrób to. Spójrz jej rozpaczy w twarz. A potem powiesz mi, czy następnym razem zechcesz wziąć śmiertelną istotę pod uwagę. Śmiertelną kobietę, która jako kobieta mnie nie interesuje, moja pani.

– Będę chciał zapewnić Człowiekowi pełne bezpieczeństwo. Jej, jej rodzinie i najbliższym. Do końca jej naturalnego życia – mówiłem, uważnie śledząc jej reakcję.

Parvaneh spojrzała na mnie uważnie, znowu z odrobiną tego "czegoś" w oczach, ale szybko kiwnęła głową. Ukryła ukłucie niepokoju pod doświadczeniem.

Nie raz w ciągu wieków mogliśmy obserwować, jak potworną rzeczą jest zazdrość istot prawie wiecznych i jak nienasycona jest ich potrzeba zemsty.

Jeden z Nadnaturalnych miał śmiertelną metresę12, która rozstała się z nim po kilku latach związku. Nieśmiertelny nie protestował specjalnie, a jego kochanka po stosownej przerwie poślubiła Śmiertelnego mężczyznę.

Nadnaturalny nie mówił nic, ale jak się okazuje, czekał tylko na okazję do zemsty. Czekał do momentu, kiedy dzieci pary dorosły i pierwsze z nich miało swoje dzieci. Zabił cały ród, oprócz syna swojej byłej kochanki, jego żony i dziecka. Pozwolił im żyć w spokoju, dopóki nie urodził się im pierwszy wnuk i nie wszedł w wiek męski. Nadnaturalny zabił znowu wszystkich oprócz wnuka i jego rodziców. Spostrzegliśmy się dopiero przy czwartym wymordowanym pokoleniu i ocaliliśmy piąte. Nadnaturalny był nie do uratowania. Jedno, czego chciał, to żeby jej krew cierpiała wiecznie, tak jak wiecznie cierpi on. Dlatego chciałem chronić kruche, ludzkie życie Andrei i jej równie ludzkich przyjaciół. Na tyle, na ile to było możliwe.

Parvaneh wstała. Ukłoniłem się jej jak mojej współmałżonce. Podeszła, pocałowała mnie w policzek. Przytuliła się na sekundę, jak to robiła kiedyś, dawno temu. Pachniała migdałami i świeżo opadłym śniegiem. Co by się stało, gdybym jej nie wypuścił? Co by się wydarzyło, gdybym ją wziął w ramiona?

Nie odważyłem się tego sprawdzić.

Siedziałem długo przy swoim biurku, patrząc na jego wypolerowaną powierzchnię. Nie widziałem nic, tylko roześmiane oczy Alexa i ten wyraz szczęścia, który zdołał uchwycić w nich fotograf.

Każdy ma przeszłość.

Wrzuciłem zdjęcia do niszczarki, żałując, że nie mogę tam wrzucić całego internetu i żony Alexa na dokładkę.

Sięgnąłem po telefon, ale opuściłem rękę, kiedy poczułem ukłucie mojej własnej magii. Racja, nie zadzwonię do niego. To nawet lepiej. Jedyne, co mogę zrobić, to podarować im tyle spokoju, ile jestem w stanie.

Konieczność, nieuchronność, Prawo, historia, wszystko zdawało się zaciskać na moim gardle. Z większą siłą zaciśnie się na nich, na tej trójce.

ROZDZIAŁ 2: Górki i dolinki życia rodzinnego

Kraków, Polska

Sierpień– wrzesień 2053

Andrea

Trzasnęłam drzwiami i poszłam, jak stałam, w sięgającym mi do kolan podkoszulku, bokserkach i niezawiązanych glanach, do sąsiadów. Nie, żebym się jakoś szczególnie naszła. Daleko nie mam. Czterdzieści metrów, no, góra pięćdziesiąt. Było po szóstej, więc wiedziałam, że Michał, mój sąsiad i przyjaciel od czasów, kiedy uczyliśmy się korzystać z nocników, był już w pracy i kroił ludzi. On lubił w poniedziałki zaczynać operacje bardzo, bardzo wcześnie. Pierwszą miał właśnie o szóstej. Podobno i pielęgniarki, i asystenci tego nienawidzili, ale doktor Nitsch był tak dobrym chirurgiem, że nikt nie śmiał mu powiedzieć, że nie może przyjść i asystować mu, bo imprezował w weekend.

Ciocia Mary była w domu. Jej Toyota stała ciągle na podjeździe. Mary jechała dopiero na ósmą, bo jej "pacjenci" już nigdzie się nie spieszyli. Zresztą ona zawsze twierdziła, że kobieta pod pięćdziesiątkę musi się wysypiać.

Wparowałam zatem do kuchni i wywarczałam swoje "dzień dobry", a następnie posadziłam dupsko na krześle, przy stole.

Ciotka podniosła głowę znad tabletu. Pani Basia, kucharka, uniosła oczy do sufitu i z wyrazem twarzy męczennicy podała mi kubek herbaty, mojego ulubionego earl greya. Pani Oleńka, gospodyni i sprzątaczka w jednym, podniosła głowę znad komputera, w którym – jak zwykle w poniedziałek, podliczała wydatki domu z poprzedniego tygodnia. Fuck13. Może to jednak nie jest dobra pora na wizyty?

– Pani Jędrusia w cudownym humorze, jak widzę. A cóż to się zdarzyło tym razem? – Pani Oleńka mówiła z lekkim przekąsem, coś wpisując w arkusz i wywalając do kosza paragony.

Miałam ochotę jej pokazać język albo powiedzieć coś brzydkiego, no jak pragnę, kurwa, zakwitnąć. Wiedziałam jednak, że przy ciotce nie mogę kląć, bo dom Nitschów to nie koszary. Tak, to cytat z mojej ciotki.

– Czy mogę zabić miłość mojego życia? I pogrzebać gdzieś pod cioci różami? – Podniosłam wzrok na ciągle piękną, szczupłą blondynkę, która od kilkunastu lat próbowała być najbliższą mi kobietą. Pytanie brzmiało, przyznaję, dość dramatycznie. Ale było poważne. Śmiertelnie poważne.

– Nie, nie możesz. Mogłaś iść na prawo, wiedziałabyś, że za morderstwo się siedzi i wiedziałabyś nawet, ile się siedzi.

To był zwyczajowy argument, używany nie po to, by dopiec, tylko po to, by mnie rozbawić. Po kilkudziesięciu latach używania, niektóre argumenty pięknie się zestarzały i zrobiły się nawet śmieszne.

– Pani doktor nie zwraca uwagi na to, co pani słyszy. Nie ma sensu, to tylko zachęci niektórych do mówienia. Pani Jędrusia dramatyzuje, jak to ona. Co tym razem? – Harpia rodzinna odwróciła się w moją stronę. – Nie mogła pani popełnić seppuku 14nożem do ryb, czy może poproszono o założenie spadochronu przy skoku z samolotu? Albo był kłopot z powodu tego samotnego plątania się po Mistrzejowicach po północy? W czasie zamieszek? Sama pani nie wie, pani Jędrusiu, co pani ma i nie wie pani, jak bardzo powinna się pani cieszyć – powiedziała krynica mądrości Woli Justowskiej, pani Oleńka.

Pani Basia tylko pokiwała głową. Daję jej pięć minut na wejście z jakimś jej argumentem. Po co ja tu, kurważ mać, przyszłam, to nie wiem. Znikąd człowiek nie ma ratunku i znikąd wsparcia. Rodzina, ja pierdolę, to padaka.

Ciotka ukryła uśmiech i uniosła jedną – pięknie i naturalnie zarysowaną, brew, jakby rzucała mi wyzwanie.

Olałam harpie domowe z dumą i opanowaniem, z którego słynęłam.

– Kiedyś naprawdę popełnię morderstwo. Przez tę nadopiekuńczość, przez paranoiczne dbanie o tak zwane "moje dobro", przez wkładanie łba we wszystko, przez pilnowanie, żebym się nie spociła i nie złamała przypadkiem paznokcia! – wywarczałam, sięgając po kanapkę.

Pani Basia przejechała ścierą po moich plecach. Auć, boli, kurwa, no. Przemoc sąsiedzka, jest na to paragraf? Right15, mogłam iść na prawo, wiedziałabym.

– Zje pani w domu, pani Jędrusiu. Zresztą, rąk pani nie umyła. Tu jest porządny dom.

Cholera, ta też z "panią Jędrusią" wyjeżdża. Co ja jestem, damska wersja Kmicica, czy chuj? Popatrzyłam na ciotkę z uniwersalnym spojrzeniem pytającym "da fuck16", ale ciotka Mary wybrała dzisiaj ignorowanie mnie.

– Jakie ty miałaś szczęście – powiedziałam jej, podnosząc oczy znad kubka. – Wyście się z wujkiem nigdy nie kłócili.

Tak to właśnie pamiętam. Spokój, ciepło, bez kłótni i spektakularnych wybuchów emocji. Może nie romans stulecia, ale też nie dom, gdzie aż kipiało od gniewu, jak w moim domu rodzinnym. Moi rodzice nie tworzyli najlepszego związku świata.

Trzy panie w kuchni popatrzyły na siebie, potem na mnie, a potem zaczęły się śmiać. Pani Oleńka autentycznie płakała ze śmiechu, zanosząc się prawie i kładąc rękę na pokaźnym biuście, pani Basia przykucnęła przy kuchence i – trzymając się szafki, rżała jak hiena, a ciotka ocierała łzy i w końcu zdjęła okulary, masując miejsce między brwiami. Tak robiła, kiedy próbowała się opanować. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co tym cholernym babom chodzi i dlaczego kwiczą ze śmiechu?

– Doktorostwo strasznie się kłóciło. Profesor – czyli wujek Stanisław – był upartym osłem…

– Pani Oleńko… – Ciotka skarciła ją łagodnie, ale nie zaprzeczyła.

– Pani doktor jak zwykle uprzejma, ale profesor, świeć Panie nad jego duszą, był trudnym człowiekiem i więcej niż upartym osłem. A i doktor charakter miała. I ma. Tylko że… – Harpia popatrzyła na mnie. – Oni szybko się godzili. Bo rozmawiali. Ot i cała, wielka tajemnica. I nikt drzwiami nie trzaskał.

Niemożliwe, żeby moje trzaśnięcie drzwiami było słychać aż tutaj. Czyli taka figura, kurwa, retoryczna jest w użyciu, rozumiem.

Pani Oleńka popatrzyła na mnie jak na niedorozwiniętą. Wuj był starszy od ciotki o jakieś dwadzieścia lat i faktycznie, charakterek to on miał. Michał go po nim odziedziczył, debil jeden.

– A pani Jędrusia, to na cuda liczy. Żeby wszystko było, jak kiedy pani panienką była, niezamężną. Tylko wolność i junacka swoboda, byle żadnej zmiany nie było. A teraz ma pani kogoś i trzeba się dogadywać. Kompromisy wypracowywać, rozwijać się jak dorosły człowiek, nie wieczny nastolatek. Pracować nad związkiem trzeba. No tak, co pani Jędrusia tak oczy wytrzeszcza? Sama pani z sobą czasem się dogadać nie umie, przecież wiem, znam panią od pieluch, nie? – mówiła, układając ważniejsze rachunki w równe kupki na stole. – A myśli pani, że jak się jest w małżeństwie, to od razu i cudem jakimś człowiek z człowiekiem się dogada? Trzask, prask i już? Cuda i czary mary? Tyle pani w tym świecie była, ale rozumu to pani nie przybyło od tego jeżdżenia.

Siadłam prosto, lekko urażona.

– A jak jest inaczej, niż się pani Jędrusi wydaje, to… – Pani Basia siadła i zaczęła obierać ilość ziemniaków, która by wystarczyła dla kompanii wojska. – To się pani jak jakiś żółw, cała w sobie chowa i wszystko w sobie obraca, i coraz gorsza się pani z tego obracania robi. Pani dorośnie, pani Jędrusiu. Pani zobaczy, co pani ma i pani przestanie się zachowywać, jakby pani była jo-jo jakieś. Nie miotać się, tylko myśleć, pani Jędrusiu. I to nie tylko o sobie, no. Szarlotka będzie na wieczór, proszę tam w domu powiedzieć. Bez cukru robię i z różą, spodoba się.

O Chaosie błogosławiony, jak ja potrzebowałam rzucić kurwą albo dwiema! Albo coś. Czymś. Przyszłam tu, po ciężkim sporze w domu, zablokowałam dokładnie wszystko w środku i byłam jak reaktor atomowy, zero wycieków emocjonalnych. Liczyłam, że baby pokiwają głowami, powiedzą mi, że jestem biedna, że wszystko będzie dobrze, że faceci to dranie i nic nie rozumieją. A tymczasem dowiedziałam się od tych prawie emerytowanych harpii, że jestem dziecinna i niedojrzała. Zabolało mnie to, ale jako, że chcę jeść i dalej wieść wygodne życie, to ugryzłam się w język. Taka jestem dorosła, wiem, kiedy przytrzasnąć japę. Zwłaszcza w towarzystwie własnej kucharki i gospodyni, no, dzielonych z Nitschami, ale własnych.

– W gabinecie jest moja torba z komputerem. Przyniosłabyś? – Ciotka wstała, odstawiła filiżankę i zaczęła się zbierać do wyjścia. Figurę miała jak dwudziestolatka. Powinnam jej zazdrościć.

Tyle mam z kobiecego wsparcia. Tu z jednej strony są nadużycia werbalne, z drugiej konkurencja estetyczna. Oto moje życie, bardzo proszę o oklaski, szlag jasny i krew troista by to zalała, no. W wojsku było mi lepiej. Camaderie17 jakieś było, a tu nic. Nic.

Powlokłam się za ciotką na podjazd, podałam jej torbę. Wiatr był zimny, ten sierpień w Krakowie to jeden z ciekawszych miesięcy, jakie pamiętam. Był jedynie dla wytrzymałych nerwowo i zdrowotnie. Było jak w listopadzie. Inwersja, kurwa, temperatur. Wiatr śmigał mi po gołych nogach i kropelki deszczu lądowały na chłodnej skórze. I ja, i ciotka wiedziałyśmy, że gówno mi będzie, więc nie usłyszałam, że mam wrócić do domku i ubrać czapeczkę. Niektórzy lekarze są cool18, zwłaszcza ci, którzy zajmują się zwłokami.

– O co chodzi, tak naprawdę? – zapytała, siadając w samochodzie.

Przycupnęłam, schowawszy się za otwartymi drzwiami toyoty, na krawężniku. Podkoszulek włożyłam między nogi, żeby ciotce nie świecić w oczy kroczem odzianym w męskie gacie. Mam jakąś wrażliwość.

– Nie pozwolę nikomu decydować o tym, co robię – wysyczałam w przestrzeń.

Pokiwała głową.

– Zrozumiałe – powiedziała po prostu.

– Mary, kurwa, przepraszam za wyrażenie, nie mam pięciu lat i wiem, co mogę, a czego nie, co mi zaszkodzi, a co nie. – Kopnęłam kamyk pod podwozie.

– Zrozumiałe – powiedziała, ale tu zrobiła pauzę.

Popatrzyłam na nią, trochę niepewna, czy nie wypomni mi tych momentów, kiedy robiłam tylko to, co mi szkodziło. Wojsko to nie jest zakład pracy chronionej.

– I… – Zatrzymałam się, nie wiedząc, co powiedzieć więcej.

Bo, prawdę mówiąc, nie było nic więcej do powiedzenia. Wiatr musiał mnie otrzeźwić. Jak na powody do takiego dramatu, z trzaskaniem drzwiami i ucieczką do sąsiadów, to faktycznie było to słabawe. Umiem się przyznać do wtopy, nie?

Ciotka czekała w milczeniu.

Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć? Że to wszystko? Zrozumiała, kiwnęła głową.

– Pamiętasz, jak pod koniec lipca miał ten krwotok z nosa, kiedy… – przerwała, wiedząc, że dopowiem resztę. Co też oczywiście zrobiłam, dowodząc tym, że znała mnie lepiej, niż znała mnie moja maman.

– … kiedy miał sparing z krakowską Watahą19. Tak.

Jak mogłam zapomnieć? Darłam się na niego strasznie. Z obawy o niego robiłam ten hałas. Wiedział, że to nie złość, tylko troska. Na Wojtka też się wtedy wydarłam. Obaj lali się "dla funu20" z dwudziestoma Zmiennymi. Idioci. Kot i pierdolony pies, policjant w dupę kopany. Chyba muszę zmienić przyjaciół. Ci, których mam, to idioci.

– A wtedy, kiedy miał rozbity łuk brwiowy?

Pamiętałam. To była dla niego trudna interwencja, czterech na jednego. Niby to żadna rana, ale krwawił mocno. Stałam nad nim i patrzyłam, jak się goi. Minę miałam, że hoho! Nie wiedziałam, czy zabić, czy przytulić. Bałam się o niego. Wiedział to.

Pamiętałam jedno i drugie. I wiele innych takich rzeczy. Żadne z nas nie wiodło przesadnie spokojnego życia zawodowego. Kiwnęłam głową.

– Twoje zachowanie, wtedy… czym się różniło od tego, co cię zdenerwowało dzisiaj? – Głową wskazała na nasz dom.

Pokiwałam łbem. Znała mnie za dobrze.

– Troska, ciocia, z mojej strony, to była troska! Myślałam, że umrę ze strachu, w obu przypadkach! Przecież to się mogło skończyć o wiele, wiele gorzej.

– Mogło. Ale jesteś w stanie zobaczyć, że po drugiej stronie nie ma chęci kontroli, tylko taka sama troska? Przecież robisz, co chcesz, dziewczyno. Nigdy nie słyszysz "nie", zawsze słyszysz "porozmawiajmy", nawet kiedy robisz coś, co jest bardzo, ale to bardzo niebezpieczne. Zawsze jesteś traktowana jak partner. Jak dorosła osoba. Ktoś nawet mógłby powiedzieć "jak mężczyzna", gdyby nie było to tak obraźliwe i głupie. I doskonale o tym wiesz. O co chodzi, tak naprawdę? Czemu się miotasz i wściekasz? Przed czym znowu chcesz uciec, dziewczyno? – Ostatnie pytanie ciotka zadała bardzo cicho, ze strasznym bólem. Strasznym.

Popatrzyłam na nią zdziwiona. Pokręciła głową.

– Będę zgadywać. Znowu się zastanawiasz, czy to jest "prawdziwe", tak?

Zamarłam. Tylko raz, przy jakimś winie, jej to powiedziałam, ale widocznie w niej to siedzi, te moje dwa, trzy durne zdania. Co gorsza, siedziało to także we mnie. Niepewność czy miłość, którą czuję, jest prawdziwa. Rzeczywista. Bolała mnie, jak boli coś, co jest prawdziwe. Była piękna, jakby była prawdziwa. Ale czy była?

Popatrzyła na deskę rozdzielczą, potem na mnie i odważnie spojrzała mi prosto w oczy. Nie wszyscy lubią patrzeć mi prosto w ślepia. Teraz jednak nie miała z tym przesadnych kłopotów. Już to pokazało mi, że to, co powie, będzie ważne. I poważne.

– Powiem ci coś bolesnego. Nie wstawaj, nie uciekaj, nie krzycz, dopóki nie skończę. Proszę cię o taką przynajmniej uprzejmość. – Ciotka patrzyła na mnie tymi jej chabrowymi oczami, otoczonymi siatką prawie niewidocznych zmarszczek.

Nie wyglądała na swoje lata. Była bardzo piękną kobietą. Przerażającą. Doktor nauk medycznych Zuzanna Maria Nitsch, postrach laborantów i zaspanych studentów.

Kiwnęłam łbem, no co mam zrobić, kłócić się z nią? Duuuh…

– W tym momencie, w tej sytuacji zachowujesz się jak twoja matka. Tak bardzo jesteś teraz jak ona, że aż mnie to martwi. Nie, nie w błahych rzeczach. W takich ważnych jak ta. I musisz to wreszcie zobaczyć.

Zamarłam.

Poczułam, jakby mnie ktoś oblał zimną wodą. Albo spoliczkował. Moja maman21 była nieprzyjemną, samolubną, chłodną, egoistyczną i rozkapryszoną osobą. Nie byłam jak ona. Wszystko i całe życie robiłam, żeby nie być jak ona. Ciotka patrzyła na mnie uważnie i widziała wyraz mojej twarzy. Pokiwała głową.

– Zaprzeczysz. No pewnie, że zaprzeczysz. Dam ci przykład. Twoja matka potrafiła się obrazić na jednego ze swoich klientów za to, że przesłał jej prezent urodzinowy, a nie przyniósł go osobiście, na przyjęcie, jak wszyscy. Wiedziała, że ten klient był na onkologii, sama jej to powiedziałam, mówiłam, że wypluwał płuca w ostatnim stadium raka, ale i tak była na niego obrażona, bo prezent nie został dostarczony tak, jak ona uważała, że powinien być. Nie odpakowała go w ogóle. Rzuciła go w kąt. Znaleźliśmy go dopiero po jej śmierci, kiedy porządkowaliśmy wszystko. Ważniejsze dla niej było to, jak prezent dostarczono, nie jaka intencja za nim stała, czy co nim było. To samo teraz widzę w tobie. Dokładnie to samo.

Widziałam jej ból, ale czułam się strasznie zdradzona, obrażona, prawie znieważona. Jak mogła porównywać mnie z maman? Miałam kłopot z oddychaniem.

– Jakie to ma znaczenie, gdzie spotkałaś swoją miłość? I co was do siebie przyprowadziło? Jakie? Przypadek, korek na autostradzie, zawieszony lot, zepsuty rower, deszcz? A może poznaliście się przez koleżankę, kolegę, babcię, swatkę, grupę modlitewną, przepowiednię? Jakie to ma znaczenie?

Zesztywniałam jeszcze bardziej, wszystkie mięśnie miałam jak ze szkła.

– Przepowiednia czy los, łut szczęścia, przypadek, kosmiczny ślepy traf, jaki przytrafia się większości śmiertelników? I jakie to ma znaczenie, dziewczyno, jeśli masz to, co najważniejsze? Jak to brzmiało, jeszcze raz, ta twoja przepowiednia? Przypomnij, bardzo proszę.

Trzy razy użyła słowa na "P". Trzy!

Pamiętała, wiedziałam, że tak będzie. Ona ma łeb do szczegółów. Ale to był mój debilny pomysł, żeby spieprzyć do sąsiadów, więc to mój kłopot. Oparłam brodę na zimnych kolanach i odpowiedziałam tak niewyraźnie, jak tylko mogłam.

– "W morzu krwi się skąpiesz jak wrona. Na progu znajdziesz psa, w bucie kota. Nienawiść odbierze ci obu. Wrócą do ciebie, gdy umrzesz w domu czternastu kobiet. Zginiesz, jeśli nie pokażą ci drogi do śmierci. Obudzicie Smoka, powrócicie, gdzie was nie ma". I jeszcze było, że jestem "biednym dzieckiem śmierci". To, to już w ogóle ma sens, Mary, nie? – Usiłowałam być sarkastyczna, bo człowiek musi się jakoś bronić.

Mary zignorowała sarkazm. Popatrzyła na mnie, potem do przodu, przez mokrą szybę samochodu.

– Tam nie ma nic o miłości – mówiła z pewnością, którą z nią kojarzyłam całe swoje życie. – Kompletnie. Nie ma słowa o miłości. Jest o waszym spotkaniu, ale nie o miłości. Tego wam nie przepowiedziano. Sami w to wdepnęliście. Teraz pomyśl. Użyj swojego mózgu, którego używasz dla innych, użyj go dla siebie. Czy wy jesteście Tristan i Izolda? Wypiliście czarodziejski napój i musieliście się w sobie zakochać? Jesteście marionetkami? Nie mieliście na to wpływu? Nie mieliście wyboru? Wy? Z takimi osobowościami jak wasze? Jedno silniejsze i bardziej dominujące od drugiego i nie mieliście żadnego wyboru? Nie wierzę. I nawet mi tu nie kłam! – podniosła głos, a ona tego nie robi nigdy.

Mój świat, te wszystkie trybiki w moim durnym łbie, zatrzymały się ze zgrzytem, strzelając iskrami, które czułam z tyłu powiek. Cały czas mnie gryzło, że się zakochaliśmy w sobie, bo tak nam przepowiedziano.

Ale tego faktycznie w przepowiedni nie było, wdepnęliśmy w to sami, z własnej nieprzymuszonej woli i ogromnym zapałem, bo byliśmy stworzeni dla siebie, bo się uzupełnialiśmy idealnie.

Jakby to zaczęło się w bibliotece, u dentysty, gdyby nie było tych pierdolonych kilku zdań wypowiedzianych lata temu, w Afryce, to też bym się zakochała. Tak samo głupio, ślepo i na zabój. Okoliczności byłyby inne. Sposób dostarczenia prezentu się liczy, czy intencja i sam prezent?

Ulga spadła na mnie razem z kolejną falą deszczu, który lał od trzech dni. O słodka Entropio, ciotka ma rację. Nie widziałam tego wcześniej, tyle stresu, tyle bólu, tyle niepewności. Na chuj.

Postanowiłam się nie pochylać nad tym, że Mary nad moją przepowiedzianą śmiercią przeszła do porządku dziennego. Metoda małych kroczków.

Wracając… no pewnie, że mieliśmy wybór. I pewnie, że z naszymi osobowościami zawsze, ale to zawsze decyzja była po naszej stronie, ale jest jeszcze jedno…

– I co z tego, że to było bah i miłość od pierwszego wejrzenia?

Mary była jak ebola - nie do zatrzymania, jak się ją wypuściło na świat.

– Pierwszy raz się to zdarzyło? W historii Ziemi? Zwariowałaś już kompletnie? Pierwsza ofiara miłości od pierwszego wejrzenia, Andrea Niwiński, patrzcie ludzie i podziwiajcie! Masz coś pięknego, idiotko patentowana, prezent od życia unikalny i jedyny w swoim rodzaju, a zastanawiasz się tylko nad tym, jak został dostarczony? Czy ty naprawdę chcesz cierpieć i być ofiarą? Jeśli tak, to zrób to, co zwykle: trzaśnij drzwiami i wyjedź. Zaciągnij się, weź jakieś zlecenie na końcu świata, nadstawiaj karku, olej miłość. Olej. Zostaw miłość za sobą i cierp efektownie. Ale zrób to szybko. Jeśli masz zamiar być twoją matką, to przynajmniej nie zawracaj głowy innym. Nie niszcz ich. Zrób coś szybko, żeby łatwiej było o tobie zapomnieć.

Każde słowo ciotki Mary było jak smagnięcie nahajką22 po gołych plecach. Miałam wrażenie, że z każdym zdaniem jakiś kawałek mnie jest boleśnie odrywany i rzucany w przestrzeń.

To nie jest prawda. To, co ciotka mówi, jest nieprawdą. Nie jestem jak maman. Nie jestem.

Przepowiednia. Głupia przepowiednia. Jak z książki. Ale… dziwniejsze rzeczy już w życiu widziałam. Wtedy, kiedy mi te słowa powiedziano, nie miałam pojęcia, że Zmienni istnieją, że obok naszego jest inny świat, w którym magia jest czymś realnym, a nie obłąkaniem pań w wieku premenopauzalnym. Kiedy do mnie przyszła, ta przepowiednia, nie miałam prawa wierzyć w ani jedno jej słowo.

Potem świat się otworzył i magia najpierw zaczęła przeciekać do mojego życia, a potem wlała się w nie z siłą górskiej rzeki w czasie powodzi. Od tamtego czasu jest jej wokół coraz więcej. Moje umiejętności rosną, a i ja robię się coraz mocniejsza. Widzę więcej, głównie przyszłość. Rzeczy, których jeszcze nie ma, ale mogą przyjść. Obrazy, ułamki, fragmenty. Widzę je. Dokładnie i plastycznie. Widzę przyszłość, jak w błysku jakiejś magicznej magnezji.

Oparłam rozpalone czoło na kolanach. Ciotka milczała. Lata pracy ze studentami, wychowanie czwórki bachorów, z których trójka nie była jej i współpraca z polskim wymiarem sprawiedliwości nauczyły ją metod, których każdy prokurator może pozazdrościć.

O słodki Chaosie…

Nie jestem już "tylko zakochana". To już minęło, ta pierwsza faza, motylki, pierdolinki i endorfinki. Teraz kocham. Do spodu, do głębi. Każdą komórką. Zazdrośnie, wrednie, samolubnie. Bezkreśnie. Na zabój. Za wszystko, za charakter, za upór, urodę, wiedzę, uśmiech, za ciało i duszę. Za talent, za umiejętność walki, za chęć zrozumienia, za rozumienie, za łobuzerstwo. Za gniew, za ciszę, za radość, za myślenie, za każdą inną emocję. Za dotyk, za spojrzenie, za chęć zabawy i powagę, kiedy trzeba. Za wszystko i wbrew wszystkiemu. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez tego. Nie umiem.

Ale mogę uciec, jeśli mój jad mnie dosięgnie. O, Chaosie i wszystkie spłodzone przez ciebie bękarty! Ależ ja jestem żłobem betlejemskim. Patrzę na sposób dostarczenia prezentu. I niszczę innych.

Podniosłam łeb. Ciotka patrzyła na mnie uważnie.

– Robię jak ona – wychrypiałam. – Jak ona. Patrzę nie na to, co ważne.

Ciotka Mary zaprzeczyła.

– Ona by w życiu tego nie powiedziała. Ty masz w sobie mniej tchórzostwa i mniej egoizmu. Ale uważaj, po prostu uważaj.

Wyciągnęła kluczyki z kieszeni i włożyła do stacyjki.

– Poznałam Staszka, bo za długo kręciłam włosy i wpadłam do prosektorium, na zajęcia, w ostatniej chwili. I oczywiście wpadłam do złej sali, na zajęcia ze złą grupą. Zajęcia prowadził on, Staszek. Zakochałam się od razu, jak go zobaczyłam, stojącego nad rozkrojonym trupem, w smrodzie zwłok i formaliny. Miał płuco w ręku i jakąś plamę na fartuchu. Bardzo romantycznie, nie uważasz? Jak ostatnia frajerka, bo wcześniej się śmiałam z takiego fiu-bździu, jak miłość od pierwszego wejrzenia. Miałam ledwie osiemnaście lat. Od razu potem wpadliśmy, też przypadkiem i z głupoty, ale to nie miało najmniejszego znaczenia, bo chcieliśmy być razem. To był los, moja droga. Los, przeznaczenie, przypadek, łut szczęścia. Za długo się mizdrzyłam przed lustrem i spotkałam swojego przyszłego męża, swojego przyjaciela, towarzysza, ojca mojego syna. Co mam z tym zrobić? Patrzeć na to, co miałam krzywym okiem, bo jakiś kosmiczny przypadek nas ze sobą spotkał w dobrym dla nas miejscu i czasie? Myśl, dziewczyno. Myśl. Myśl, do jasnej cholery, nim zamienisz się z zgorzkniałą, bardzo samotną osobę, raniącą wszystkich dookoła.

Nie musiała dodawać "jak ona". Obie wiedziałyśmy, jak mało ciekawą osobą była moja maman. Przekręciła kluczyk, delikatnie zamknęła drzwi i odjechała. A ja zostałam na krawężniku, w sierpniowo-listopadowy poranek, w deszczu. Ale otwarłam się na emocje, na przestrzał, kiedy ciotka Mary zaczęła swoją bolesną przemowę. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, flaki mi kazały. Chciałam, żeby dało się ją słyszeć.

I teraz z jednej strony przysiadł się do mnie rudy, skośnooki olbrzym, Oleg, ten od krwotoku z nosa. Rudy bez wysiłku wziął mnie na ręce i posadził sobie na kolanach. Obok niego przykucnął wysoki, szczupły i piękny gość, Alex, ten od rozwalonej brwi, który metodycznie zaczął rozcierać moje lodowate ręce. Żaden nic nie mówił. Ale wiedziałam, co czują. I to mi wystarczyło.

– Przepraszam.

Powiedziałam to przez zaciśnięte gardło i na głos. To musiało być wypowiedziane i dopowiedziane. Opuściłam głowę na ramię olbrzyma i kurczowo zacisnęłam ręce na ciepłych dłoniach drugiego mężczyzny. Poczułam ciepłe usta na rękach i na czubku głowy.

– Strasznie was kocham i boję się, tak się boję, że to spierdolę. Ale nie spierdolę.

Pozwoliłam sobie na łzy. Płynęły i płynęły. Nawet, kiedy byliśmy w domu, płynęły dalej. Ale były łzami ulgi. Bo z drugiej strony czułam frustrację, trochę smutku, trochę złości, ale przede wszystkim miłość, miłość, miłość. I akceptację. Kochałam obu, obaj kochali mnie.

I jak przewidziały prawie emerytowane harpie z sąsiedztwa, śniadanie zjadłam we własnym domu, przy własnym stole. A temat "prawdziwe/nieprawdziwe" przestał być dla mnie zagwozdką.

Mary to przerażająca kobieta. Dobrze, że jej pacjenci już nie żyją, bo inaczej umieraliby ze strachu.

No, to jedźmy z wyjaśnieniem, o co mi poszło.

Nazywam się Andrea Niwiński, mam trzydzieści lat. I niedawno zaczęłam, że zacytuję tutaj moich sąsiadów, "żyć w konkubinacie" z dwoma mężczyznami. Z dwoma na raz. Jednocześnie znaczy się. Nie tak, że mam męża i drugiego chłopa na boku, jak to zwykły miewać tutejsze panie z towarzystwa. Nie, ja niczego nie robię na pół gwizdka.

Alex i Oleg są Zmiennymi. Zmienni to istoty z naszych, ludzkich, legend, które z podziwu godną konsekwencją wykręcamy. Obejrzyjcie sobie "Nastoletniego Wilkołaka", to będziecie wiedzieć, o czym mówię. Ból dupy i zęba mądrości to nic, w porównaniu z bólem oglądania tego, zwłaszcza ze Zmiennymi siedzącymi na kanapie tuż obok i płaczącymi ze śmiechu. Siara straszna. Ale co się chłopaki uśmiali, to się uśmiali.

Mieszkamy w Krakowie, pracujemy, uczymy się siebie. I życia razem. Czasem jest z górki, bywa też mocno pod górkę, ale wszystko bym oddała, żeby to trwało i było. Na zawsze. To nowe "coś", co zalęgło się między nami, jest boleśnie piękne, ale jak wszystko, co prawdziwe, jest też niełatwe.

Musiało minąć trochę czasu, musiałam rzucić kilka poduszek, grubych słów i na dodatek trochę powrzeszczeć, żeby osiągnąć swój cel. Chodzić, biegać, jeździć, pracować. Sama. Bez żadnej z nadaktywnych nianiek. Czyli jak zwykle, jak przedtem. Ale i tak początek każdego dnia, to małe przeciąganie liny. Bo oni są mega opiekuńczy, a ja mam niebezpieczne życie.

Mam tendencję do ładowania się w kłopoty, a w związku z tym do obrywania, do bycia ranną i ogólnie do bycia pokiereszowaną. Jestem, przyznam się bez bicia, typem rycerzyka na białym koniu. Zawsze ruszam na ratunek. Często nadstawiam karku. Bo umiem to robić. Jestem dobrze wyszkolona, doskonale przygotowana. Nadstawianie karku za innych to był mój zawód. I dalej jest.

Dlatego Oleg i Alex uważają, że muszą dbać o mnie bardziej. Bo jestem ich Człowieczkiem podwyższonego ryzyka. No jestem. A to znaczy, że najchętniej by mnie zamknęli pod kloszem.

Na szczęście są mądrzejsi, niż im się wydaje. Oleg czasem mawia, że pod kloszem to zwykle rośnie pleśń. Ja tam nie chcę być pleśnią.

I to nie chodzi o to, że nie miałam ochoty zmieniać własnego życia, co mi harpie wmawiały. Zmiana dla mnie już była kolosalna. Na Entropię, no! Jeszcze dwa miesiące temu byłam sama! Zakochana już w Alexie, potem też w Olegu, no pewnie, że tak, ale bez większych… bez złudzeń i nadziei na jakąś przyszłość.

Teraz jest nas trójka.

Partnerzy.

Kochankowie.

Przyjaciele.

Towarzysze.

Wspólnicy.

Małżonkowie.

Zakochani w sobie. Kochający się. Mający te same prawa i tyle samo obowiązków.

Gdybym jednak nie broniła swoich granic, to nie robiłabym nic. Leżałabym, kurwa mać i pachniała. Nie przeniosłabym sama żadnej siatki z zakupami, nie włożyła do zmywarki żadnego gara, nie biegała sama, nie pracowałabym, a już na pewno nie jako, powiedzmy to tak… ochroniarz. Oni by to wszystko za mnie zrobili. Mieli możliwości, mieli więcej siły, niż by do tego potrzebowali. Ale ja bym się pogubiła. Nie potrafiłabym być taką sobą. I w końcu uciekłabym od nich w panice. I złamałabym sobie serce. I każdemu z nich.

Nigdy wcześniej nie musiałam się tak bardzo spierać z kimś kogo kocham. I o tak ważne rzeczy. To nie były dyskusje o to, co zjemy na obiad, czy co będziemy robić wieczorem. To były zasadnicze rzeczy, ważne dla naszej trójki. Granice ja/ty/my. Wolność osobista. Prywatność. Bezpieczeństwo. Oczekiwania. Dynamika w naszym nietypowym związku. Nasze role. Odpowiedzialności.

To było trudne. Bardzo trudne. W gniewie i frustracji ludzie mówią różne, bzdurne rzeczy. Ja mówię różne, bzdurne rzeczy. Takie, które nie są prawdziwe. Bałam się, że coś palnę, jak to ja. A słowa przecież zostają. Dlatego sztuka sporów jest taka trudna. I dlatego jest sztuką.

Na szczęście i w tym nie byłam sama. Obaj, Inkwizytor Zmiennych i ex-COO23 ruskiej mafii w Europie, znają się na słowach. I mieliśmy jeszcze nasze łącze, więc czego nie mogliśmy, nie byliśmy w stanie powiedzieć, pokazywaliśmy. Skomplikowany miks obrazów, emocji, myśli, słów, odczuć był skuteczny w trudnych sytuacjach. Wiedziałam, czego chcę. Oni także. Siedzieliśmy czasem godzinami w bibliotece, kuchni, leżeliśmy na łóżku i dyskutowaliśmy na wszystkie sposoby nam dostępne. Omawialiśmy wszystko, ustalaliśmy, pokazywaliśmy, co czujemy i myślimy.

Tak, słyszę ich w sobie. Wiem, co czują; wiem, co myślą; wiem, gdzie są. Stoję przed nimi naga, nie ukrywająca niczego, nawet najgorszego z moich wstydów. I widzę ich jasno i wyraźnie, jakby stali w południe, porządnie oświetleni słońcem i nie rzucali cieni. Tak mówi Oleg, nasz poeta. Widzę ich wady. I ich zalety. I kocham ich, świadoma obu.

Nie, to nie było proste, nie mieć nawet odrobiny intymności, ale nauczyliśmy się, jak z tym dealować, żeby nie zwariować. Jeśli się skupię na nich lub na jednym z nich, to jestem w nich. Słyszę, widzę, czuję, nie mam słów, żeby to opisać. Jak opisać obecność, w jej cudownej złożoności, przy pomocy słów, które są ograniczone w czasie i w przestrzeni? Nie da się.

Wracając… metodą prób i błędów, wkurzając się i frustrując, krzycząc na siebie, obrażając się, a przede wszystkich obrażając innych, a potem się godząc, nauczyliśmy się sygnalizować, że nadchodzimy. Coś, jak mentalne "puk, puk". I to działa. Mamy dzięki temu poczucie, że możemy być sami, na tyle, na ile chcemy.

Ale to wszystko nie znaczy, że bladym świtem nie musiałam przejść małego toru przeszkód. Bo chciałam iść pobiegać, na przykład bez nich. Ech. Uparte bestie.

Alex

Wyjazdów do Wenecji nie lubiłem. W zasadzie nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie ostatnio Serenissima24 uwierała. Tym razem nawet mocniej. Miałem ochotę wejść pod prysznic i strzepnąć pył z butów. Albo raczej odwrotnie. Strzepnąć pył i wejść pod prysznic. Oraz powiedzieć mojemu szefowi, Hyeon Ju, żeby obsadził Italię kimś innym. Ale chyba z tym poczekam. Nie mam dwudziestu lat, nie będę się poddawał. W końcu Wenecja jest moim przydziałem dopiero od jakichś trzystu lat. Dam jej jeszcze szansę.

Jestem Inkwizytorem, pracuję dla PBI, Preternatural Bureau of Investigation25. Moim zadaniem jest utrzymywanie porządku, prowadzenie śledztw, wymierzanie sprawiedliwości i wykonywanie wyroków. Tacy jak ja trzymają Zmiennych w ryzach, chronią Ludzi przed efektami naszej siły, utrzymują spokój i pokój.

Jak mówi niezwykle elokwentna Andrea: jesteśmy postrachem wszystkich i trzeba być kompletnym popierdoleńcem, żeby się Inkwizytorów nie obawiać. To jest niezwykle ciekawe, bo, jako żywo, strachu w niej do tej pory nie zauważyłem. Co oznacza, że albo Andy jest kompletnym popierdoleńcem, albo się myli. W życiu nie powiedziałbym jej, że nie ma racji. Bałbym się. Niewielkie toto jest, ale ma siłę i umiejętności wystarczające, żeby uwolnić mój kark od ciężaru głowy.

Śmieszne uczucie dla Zmiennego.

Lubiłem powroty do domu. Do Krakowa. Z wielu powodów. Bo jest tam Andrea, bo jest tam Oleg, bo to dom, a nie mieszkanie. Bo nigdy nie wiem, co tam zastanę.

Tym razem byli to nasi sąsiedzi, Michał i Wojtek, dwaj z trójki przyjaciół Andy z dzieciństwa. Wojtek leżał na jednej z kanap, z tabletem w ręku. Wyglądał, jakby czytał. Michał kucał nad ogromnym, białym Tygrysem, który leżał rozłożony na środku salonu, jakby nic go nie interesowało, a już na pewno nie jakieś urządzenie w ręku Miśka, którym to urządzeniem Michał jeździł nad moim Tygrysem.

– Kręcicie nowy sezon Star Trek? Gdzie są kamery, bo muszę się ustawić lepszym profilem?

Moje myśli dzielnie udawały lekkie zaniepokojenie. Nasz Tygrys tylko się przeciągnął. Leniwie i niespiesznie. Nic mi drań nie odpowiedział, tylko się śmiał. Wewnętrznie, ale głośno.

– Część, Wojtek. Oleg, Misiek, co kombinujecie tym razem?

Musiałem wiedzieć, co robią, bo przezorność jest cechą mędrców. Zwłaszcza w tym domu, gdzie mędrcy nie mają łatwego życia. Słysząc niepokój w moich myślach, Tygrys zaczął się zbójecko uśmiechać, a humor w jadeitowych oczach aż błyszczał.

– Dobry doktor usiłuje sprawdzić, jak działają nasze ciała – usłyszałem w sobie jego rozbawiony głos.

– A z czym to porówna, kiedy już czegoś się dowie? Nie pozwolę się dręczyć i torturować jak ty, bracie. – Zatroskałem się nieszczerze i znowu usłyszałem śmiech mojego przyjaciela.

– Niech bada. Młody jest, nauczy się w końcu, że nie wszystko da się zmierzyć.

Tygrys opuścił głowę na łapy, prawie przewracając tym łbem Michała.

– Tylko nie łbem, tylko nie łbem. To jest głowa. Piękna i szlachetna.

– Koty. Egocentryczne, bezwstydne, towarzyskie. Łase na komplementy.

– Wilki. Mroczne, milczące, marudne. Mam nadzieję, że przynajmniej dzisiaj lubieżne.

Patrzcie państwo, jaki akuratny opis gatunków. Pokręciłem głową. Nie musiałem pytać, czemu akurat lubieżność mu przyszła do łba, to znaczy oczywiście do głowy. Z nieznanych i nieprzedyskutowanych jeszcze powodów, sypialniane aktywności, inne niż słodkie chrapanie z nosem w poduszce, uprawialiśmy tylko, kiedy byliśmy w trójkę. Nie miałem pojęcia dlaczego. To nie była kwestia pożądania, czy jego braku. Ani okazji, ani czegoś. To było… to stało się naturalne dla nas. Chyba nie chcieliśmy tego roztrząsać. Jakie to miało znaczenie?

– Sprawdzam temperaturę Olega. – Michał coś wklepywał do swojego komputera.

– Zmierz w odbycie – mruknął Wojtek, na co dzień policjant, podnosząc oczy znad ekranu. Tygrys uniósł się lekko i popatrzył na niego, mrużąc oczy. Położyłem mu uspokajająco rękę na głowie.

– Oleg mówi, żebyś uważał, żeby przypadkiem on nie zbadał temperatury tobie. Przyjacielska rada, nawet przy nim tak nie żartuj.

Wojtek popatrzył między mną, a Tygrysem i kiwnął głową. Żartował, ale jakoś tak… bez przekonania, jakby myślami był gdzie indziej. Kobieta? Nie, nie pachniał odpowiednio.

– Praca – mruknął Tygrys. – On coraz mniej lubi to, co robi. Zjada go to od środka.

Pokiwałem głową, miałem podobne wrażenie.

– Idę do Andy – uprzedziłem Olega. Mruknął coś, odsuwając aparat do USG potężną łapą i przetoczył się na plecy, pokazując… wiadomo co.

Ci dwaj, to się jednak potrafią bawić, że hej.

Wojtek złapał mnie na schodach. Pachniał… wkurzeniem. Rozczarowaniem i żalem. Komendą na Mogilskiej, która miała bardzo charakterystyczny zapach starych fajek, potu i szarości. Czekałem.

– Przyszło do nas, do policji, zażalenie. Nie jedno, wiele donosów od "zaniepokojonych obywateli". Kilka pism, brzmiących dość podobnie, napisanych jakby według jednego wzorca. Ale podpisy inne, ludzie prawdziwi, adresy też, więc trzeba było przyjąć.

Podniosłem brwi. Ciekawe. Wojtek podrapał się po karku.

– Idioci oskarżają Andreę o nierejestrowany nierząd. Was dwóch… nas trzech, ludzie mają w głowach gówno i tą kupą dookoła plują.

Jestem opanowany, ale mój gniew walnął mnie mocno. Zacisnąłem zęby, dałbym głowę, że słyszałem pękanie szkliwa. Dałbym też głowę, że słyszałem, jak pęka drewno balustrady, na której zacisnąłem rękę.

– Nikt z tym nic nie zrobi, to jasne. Wszyscy w firmie wiedzą, że Andrea jest moją siostrą. Ale to chujnia straszna. Mary… Mary też ma kłopoty na klinice. Z naszego powodu. Plotki ją w związku z nami ubierają. Jest nas w końcu czterech chłopa, mieszkamy praktycznie wszyscy razem, ona jest piękna, więc… Powinna chyba być głupia, mieć kurzawki na twarzy, nosić brązowe kostiumiki i siedzieć jak mysz pod miotłą, w cieniu nieżyjącego profesora, a nie być osobną istotą. Ja pierdolę, Alex, jak mnie się chce tym wszystkim rzygać… – Przełknął. – Nic nie trzeba z tym robić. Jeszcze. Ja i moi mamy rękę na pulsie. Ale dobrze, żebyście wiedzieli.

Położyłem mu rękę na ramieniu i uścisnąłem lekko. Zrozumiał. Wypuściłem z rąk balustradę i gniew. Szedłem do Andy, nie chciałem nieść do niej tego brudu.

Andy była w swoim gabinecie, na piętrze. Wpółleżała, wpółsiedziała w dużym, wygodnym fotelu, otoczona dookoła ekranami, na których migały obrazy i cyfry, tak szybko, że nie mogłem ich przeczytać. A mam bardzo dobry wzrok.

Błękitnawe, zimne światło zalewało wszystko. Cichy szum komputerów i dobrze słyszalne dla nas bicie jej serca, były kojącą melodią, którą utożsamiałem z domem. Ze spokojem. A ona leżała sobie w środku tego wszystkiego mała i krucha. Ludzka. Piękna. Miała rozluźnioną twarz, jedynie z niewielką zmarszczką między brwiami, jakby nie wszystko, co widziała, jej się podobało. Delikatne poruszenia dłoni i gałek ocznych pokazywały, że jeszcze używa ciała do sterowania ruchem danych. Miała szarą, krótką szczecinkę na głowie, jakieś półtora centymetra długości. Uwielbiałem jej włosy. Były dla mnie kwintesencją zmysłowości.

Andy była silna, była cudowna. Zawsze, kiedy na nią patrzyłem, czułem jakąś nieśmiałość, ostateczne niedowierzanie, że ta dzika, zawzięta i uparta jak osioł istota jest tutaj. Z nami. Ciepła, pachnąca jaśminem, zieloną herbatą i ziemią. Miękka i tak mocno pulsująca życiem. Twarda i nie obawiająca się niczego. Nasza.

O siły wszechświata, ależ ja byłem zakochany. Jak szesnastolatek.

Pokręciłem głową.

– Ile tu siedzi?

Tygrys odpowiedział od razu, bo nawet nie udawał, że wyszedł z mojej głowy.

– Dwie godziny. Jest OK.

Dwie godziny były faktycznie ok. Sześć było na granicy naszej wytrzymałości, dziesięć mogło być niebezpieczne dla niej. Andy łączyła się z komputerami na zasadzie "mózg-dysk, mózg-chmura", traktując hardware26 jako coś w rodzaju transformatora. Nie rozumieliśmy, jak to działa, ona sama nie miała pojęcia, jak to wyjaśnić. Ale stapiała się z komputerami w jedno, szukając szybciej i skuteczniej, niż jakikolwiek algorytm i szybciej niż zakazane teraz AI27.

– Noe – powiedziałem cicho do naszego domowego "przestępstwa". – Powiedz Andy, że jestem w głównej łazience. Że wróciłem. Delikatnie.

To ostatnie dodałem bardziej dla siebie, niż dla Noego, wiedząc, że nasza AI doskonale dba o Andy, kiedy ta fruwa z nim w jakichś elektronowych chmurach i nie ściągnie jej z nich zbyt gwałtownie.

Stałem pod mocnym strumieniem ciepłej wody, zmywając z siebie Wenecję, kiedy poczułem Andy. Pachniała jak niebo. Odwróciłem się tyłem do drzwi. Nie dlatego, że się krępowałem. Nie, nie było kawałka mnie, którego Andy nie widziała, nie dotknęła, czy nie polizała. Zresztą my, Zmienni, nie jesteśmy pruderyjni. W najmniejszym nawet stopniu nie jesteśmy. Chciałem po prostu, żeby lepiej widziała moje pośladki. W końcu je lubiła.

– Jesteś taką straszną łajzą, Wilku – usłyszałem Tygrysa, a sekundę później śmiech Andrei.

– Nie mów tak o nim, Kocie, ty.

Nawet w Wenecji czułem Olega i Andy. Dwa ciepłe ciężary, na granicy mojego postrzegania zmysłowego. Ich energie były bardziej rozproszone, bledsze, ale czułem w sobie, jak pulsują, żyją. Czułem ich. Po setkach lat samotności już nie byłem sam.

– To chyba dlatego mniej sypiam – powiedziałem na głos, wiedząc, że Andy jest ze mną w łazience, a Oleg i tak mnie usłyszy, w myślach, czy w czym tam się porozumiewamy. – Żeby was móc czuć. Więcej i więcej.

Potrzebowałem ich. I, co było najpiękniejsze ze wszystkiego, podobną potrzebę czułem od nich. Andrea uśmiechnęła się promiennie, usiadła na toalecie i podciągnęła nogi. Szare oczy patrzyły na mnie z miłością i uśmiechem. Obserwowała mnie uważnie, prawie czułem wagę jej spojrzenia na sobie.

– Jak Wenecja?

Wzruszyłem ramionami, myjąc pachy i pierś. Wiedziała jak.

– Stęskniłeś się.

Nie pytała. Oboje wiedzieli. Czuliśmy się najlepiej, kiedy byliśmy we trójkę. Inni zaś czuli się z tym niekomfortowo. Tyle było przymiotników, którymi nas oznaczano, że przestałem je liczyć i kolekcjonować. Dziwne, niemoralne, nietypowe, niezwykłe, bezwstydne, rozwiązłe, oburzające, demoralizujące, rozpasane, występne, amoralne. Nasz "trójkącik", jak nazywali to ci, którzy potrafili widzieć tylko seks, nie był typowy. I kłuł w oczy tych, których w ogóle obchodzić nie powinien.

W naszym świecie, wśród Zmiennych, dwaj mocni, bardzo mocni Alfa, nie są w stanie przebywać długo w swoim towarzystwie i uniknąć walki o przywództwo. Tacy jesteśmy. Musimy wiedzieć, kto jest silniejszy, kto rządzi. Tu zaś byliśmy my, Oleg i ja, dwaj Alfa. Mocni, z udokumentowanymi setkami walk o przywództwo i przeżycie. Była Andy, ludzki Alfa, który potrafi wytrzymać spojrzenie Hyeon Ju, z czym ja, teoretycznie numer dwa w tym kołowrotku Zmiennych, miewam okresowe kłopoty. I żadna walka między nami nie wybuchła.

Nie mówię o normalnych sporach i kłótniach, bo tych nam, chwała bogom wszystkich normalnych Mythosów, nie brakuje i nigdy nie braknie. Byliśmy jak hubka, krzesiwo i rozpałka na dodatek, jak papier, nafta i zapałki. Iskry latały i płomienie strzelały pod sufit. Nie o takie potyczki słowne mi chodzi. Mówię o prawdziwej walce. O takiej, z której, jak w Highlanderze28, wychodzi tylko jeden.

Nie walczyliśmy, uzupełnialiśmy się. Od początku tak było, od pierwszej chwili, kiedy się spotkaliśmy. To drażni i irytuje jak wszystko, co jest niezrozumiałe. Ale tu nie ma nic do rozumienia, nie dla innych, dla tych z zewnątrz. To jest nasza i tylko nasza rzeczywistość do przeżycia.

No i, o zgrozo, jest nas dwóch, a ona jest jedna. Trójkącik, permanentne cudzołóstwo, ménage a trois29. Tag teamersi, gangbangerzy30, zboczeńcy, dwa pedały i dziwka, niewyżyci… tak, to też słyszeliśmy.

I byli jeszcze chłopcy, którzy chłopcami już dawno nie byli. I Mary zaplątana w to wszystko tak bardzo, jak tylko prawdziwa rodzina być może. Andy zwykle mówi "chuja to ludzi obchodzi". Jak zawsze doceniam akuratność jej sądów.

– Wilku, mój zły Wilku, zostaw to. To nie ma znaczenia. To tylko błoto, ono zawsze pryska, jak się jedzie szybko. – Pogładziła palcem mój pośladek. Obrysowała, zaraza, tym paluchem chyba każdą wytatuowaną tam łuskę. Mój smok, którego noszę na prawej części ciała, ma ogon, który się wije i kończy pięknym, zwiniętym w serpentynę zawijasem, na pośladkach właśnie.

– Strasznie ci to miasto na palach dokopało. Co tam było?

Wiedziała "co", ale chciała, żebym powiedział. Nasz mały żołnierzyk wierzył w debriefingi31 równie mocno jak ja.

Przeciągnąłem ręką po wiadomej części mojego ciała, starając się zmniejszyć napięcie, jakie Andy zdążyła zbudować. Jak można się domyślać, wspomniana część się oczywiście obudziła. Andy zaśmiała się cicho. Łobuz. Łobuz i drań perfidny z tej dziewczyny. Uśmiechałem się do siebie jak wariat, ale szybko spoważniałem.

– Stary Niedźwiedź, rzadkość, Niedźwiedzi nie ma dużo. Ale z nim… z nim nic się nie dało zrobić.

To było tragiczne, ta śmierć. Mężczyzna był mądrym, dobrym Zmiennym, który w ciągu kilku tygodni stoczył się w szaleństwo i w końcu stanowił zagrożenie dla siebie i dla innych. Nie było dla niego ratunku. Był już za daleko. Za głęboko. Pochyliłem głowę.

– Walczyłeś z Niedźwiedziem?

Poczułem ręce Andy wszędzie na sobie, sprawdzała, czy jestem cały. Byłem, ale pozwoliłem jej na tę weryfikację, oboje byliśmy dzięki temu spokojniejsi.

– Walczyłem. Nie było lekko, ale nic mi nie jest. Było jedno draśnięcie, ale zagoiło się w mgnieniu oka.

Teraz, po Rzymie, jesteśmy jakby "bardziej". Andy była szybsza niż jakikolwiek Człowiek, jakiego znamy. Szybciej łączyła się ze swoimi komputerami. Lepiej walczyła, była bardziej skupiona. My byliśmy o wiele silniejsi, wytrzymalsi, szybciej się regenerowaliśmy. Magia gęstniała wokół nas. Owijaliśmy się nią jak kocykiem, jak to zwykł mawiać Tygrys Olega. Ciekawe i akuratne porównanie.

– Jak miał na imię?

Andy i Oleg zawsze pytali o imiona tych, których musiałem zabić. Jakby chcieli dzielić ze mną ciężar, jakby chcieli dać tym, którzy odeszli, dodatkową pamięć, uhonorować ich.

– Mikołaj Siemionowicz Pałanow.

Palec Andy powędrował teraz wyżej wzdłuż kręgosłupa, a ja oparłem ręce na mokrych płytkach. Dotyk mnie rozluźniał i napinał jednocześnie. W duszy robiło się lepiej, a wiadoma część ciała twardniała jeszcze mocniej.

– Czy ty nie umiesz o nim powiedzieć „penis”, „wacek”, „członek”, „fiut”, „pała”, „ptaszek”, no nie wiem… „little Alex”? Niechby nawet był i „Oluś”, co? A nie jak jakiś grzeczny chłopaczek z Oksfordu: „wiadoma część ciała”. Co to jest, okaz w formalinie? – Tygrys nie ukrywał rozbawienia, śmiałem się razem z nim, z czołem na mokrej terakocie.

Oto kolejna lekcja synonimów, którą od niego dostaję. I kolejny raz, kiedy udaje, że zapomniał, że nie uczęszczałem do Oksfordu, tylko do Cambridge. Ale "Oluś"? Really32? Tygrys w najlepszej formie. Andy śmiała się także, delikatnie gładząc mnie po kręgosłupie. Palec zatrzymał się na sekundę.

– Alex, robię się głodna – powiedział nasz Człowieczek, całując mnie w łopatkę i gryząc lekko wcześniej pocałowane miejsce. Ah, co za drań mały, no.

– Ubieraj gacie, do jasnej cholery. Czystszy już nie będziesz. Chodź na dół, zjemy, pogadamy, wywalimy chłopaków na zbity pysk i pójdziemy do łóżka. Masz na sobie coś, co chcę lepiej zobaczyć.

Odwróciłem się do niej, patrzyła na dół, na wiadomą część mojego ciała.

– Tak, słuchaj tego, Kocie. Puściła do niego oczko. Nie do Tygrysa. Nie do mnie. Do niego.

– Serio mówię. – Podniosła na mnie wzrok.

Lubiłem ten odrobinę rozkojarzony wyraz jej twarzy.

– Tatuaże ci się pojebały lekko. To znaczy: mocno. Znowu się w nich coś zmieniło.

Przeciągnąłem ręką po mokrej, łysej czaszce, czując znajome pulsowanie wytatuowanego tam Księżyca. Żadne z nas nie pisało się na normalność…

Oleg

Nie podobał mi się zapach, który Alex przywiózł znad Laguny33. Zgniły, sfermentowany zapach dziwacznej padliny. Nasz Wilk był obsesyjnie czysty i zawsze wypucowany, a zapach, który przywlekł, był słabawy i zanikający, ale gdzieś plątał się na granicy wyczuwalności. Zapach był taki, jakby spotkał coś, co było… chore. Złe i chore. Włożyłem twarz do kosza z praniem i zapamiętałem to paskudztwo. Nowe to było, zasługiwało na pamięć. I nie, grzebanie w kosztu z bielizną i wąchanie cudzych ubrań nie jest dziwne. To nie jest cudze pranie, tylko nasze, domowe, a dodatkowo jestem Zmiennym, do licha ciężkiego! Kotem jestem! Wącham równie dobrze, jak widzę.

Tatuaż Alexa się zmienił. Andy miała rację, wtedy, w łazience. Do wyjazdu nasz Wilk miał na torsie smoka i wilka, na kręgosłupie kamienną ścieżynkę, na rękach płomienie, wszędzie indziej, ale to naprawdę wszędzie indziej, na całej powierzchni skóry, miał chmury jak z japońskich drzeworytów, runy i spirale, litery i cyfry, symbole. Niezrozumiałe pandemonium, którego znaczenia nie pojmowaliśmy, mimo iż Alex szukał w nim sensu od kilku setek lat.

Na potylicy miał wytatuowany jesion, który w Rzymie – kiedy ratowaliśmy Alexa34 – po prostu przeniósł się na mnie i na mnie rośnie. Jak? Nie wiem, tyle w temacie. Miał też stado wron, które samo z siebie przeniosło się na kręgosłup Andy. To też było w Rzymie, tylko trochę później. No co? Magia wariuje w pobliżu nas, jakby nie mogła trzymać swoich łap z dala od naszej trójki. Nawet się jej nie dziwię. Fajni jesteśmy.

Teraz smok… urósł. Całe plecy i boki Alexa były pokryte łuskami, wytatuowanymi z idealną precyzją, nawet pobłyskującymi tu i ówdzie tęczowo.

Kręgosłup był mocno zaznaczony, jakby przywalony wytatuowanymi, solidnymi płytami. Ogon smoka, do wczoraj bezpiecznie zwinięty na pośladkach naszego Wilka, teraz wił się ciężką spiralą na obu jego nogach, które tam, gdzie nie było łusek, pokryte były czarno-zielonym tuszem, zarysem złożonych, skórzastych skrzydeł. I szponów na ich… nie wiem, jak to nazwać. Łuski powoli wpełzały też na pierś, brzuch i ramiona Alexa. Robiły to na naszych oczach. Ruch i rozrost były powolne, ale stałe. Na karku Alex miał piękną mandalę, która zdawała się poruszać i żyć.

Tatuaże pulsowały potężną energią, ale dobrą, będącą częścią aury Wilka, jego częścią. Nie niepokoiły mnie. Ich puls, puls tatuaży, powoli opadał, jakby zasypiały na nowo, zmęczone ruchem i wzrostem.

– Tego nie było rano – powiedział z odrobiną bezradności w głosie. – Kiedy się kąpałem w hotelu, był wilk, były symbole i chmurki, jak zwykle przez te całe wieki, for Pete’s sake35! Na nogach też miałem to, co zwykle. Shite36.

Nie wiem dlaczego, ale nic z tego mnie nie zdziwiło. Ciekawe, ile można tej dziwności znieść?

Alex leżał na brzuchu, cierpliwie poddając się naszemu oglądowi. Andy klęczała z jego lewej strony, jak zwykle w moim podkoszulku, który okrywał ją jak namiot. Lubiłem ją w tym namiocie. Opierałem się na łokciu i oglądałem Wilka z prawej strony.

– To powinieneś być ty – mruczał do mnie, z twarzą w poduszce. – Koty lubią być w centrum atencji. I lubią, jak się je dokładnie ogląda.

Andy klepnęła go w pośladek. Mocno. Kinky37 girl.

– Za co? – zapytał, niby to oburzony, ale nie podniósł głowy. Czułem uśmiech w jego głosie.

– Za hipokryzję, Mnichu – powiedziała trochę rozkojarzonym głosem. – Odwróć się na plecy.

Większość Zmiennych nazywa Alexa Mnichem. No, jak się przez ponad czterysta lat było mrocznym i milczącym samotnikiem, którym straszyło się młodszych osobników i który z opanowania i wycofania zrobił sobie herb rodowy, to czego oczekiwać?

Andy do niego tak mówiła w chwilach czułości. Lub złości.

Uniósł brwi, ale wykonał polecenie. Dłonie założył na "wiadomej części ciała", hipokryta jeden. Andy pochyliła się, oglądała tatuaż w okolicach jego serca i zmarszczyła nos. Uwielbiałem ten gest. Przełknęła, popatrzyła na nas.

– Jeszcze raz na plecy, pliz38.

Alex odwrócił się posłusznie, tym razem nie mrucząc nic.

– Smok ma tatuaże. Nie patrzcie tak na mnie, tatuaż ma tatuaż. Po prawej, na wysokości piersi, ma ptaka, czarnego, w locie, wronę, jak zgaduję. Po lewej, idealnie symetrycznie, skaczącego tygrysa. Tutaj – dotknęła Alexa w miejscu, gdzie smok i Alex mieli lędźwie – po jednej i po drugiej stronie kręgosłupa widać wilka, tropiącego, z pochylonym łbem, jeszcze zamglonego, jakby work in progress 39. – Znowu dotknęła palcami lędźwi smoka.

Alex drgnął, jakby go podłączyła do prądu. I tak długo wytrzymał ten nasz Mnich. Ciekawe, na czym założy teraz ręce, na namiocie?

– Oleg, do shut up40.

Lubiłem, jak się śmiał. Jak oboje się śmiali.

– Zapytam, na wszelki wypadek. – Opadłem na poduszkę po swojej stronie. – Nie wybrałeś się przypadkiem w tej Wenecji na szybki laserek, potem na nowy tatuaż?

Alex nie raczył otworzyć oczu. Pokręcił głową, zatopiony w myślach. Andy przedarła się przez Alexa i zwinęła się w kłębek, jak zwykle między nami, z policzkiem na piersi naszego Wilka. Tego w ludzkiej postaci, nie tego wytatuowanego.

– Czas stawić czoła rzeczywistości. Dzieje się coś dziwnego – wymruczała, jakby niepewna, że chce to powiedzieć na głos.

– Jak na to wpadłaś, Sherlocku? – Nie odsuwałem się. Jej łokieć nie mógł mi wyrządzić długotrwałej krzywdy, zresztą byłem jej Kotem. Nie skrzywdziłaby mnie. Bardzo.