52,99 zł
Niech cię usłyszą!
Jak mówić, by zmienić świat
Codziennie zabierasz głos. Prezentacja w pracy, rozmowa z szefem czy gorąca dyskusja przy wigilijnym stole – nie uciekniesz przed mówieniem. Jak więc sprawić, by to, co chcesz powiedzieć, zostało usłyszane? Jak rozmawiać, by zjednywać sobie ludzi? Jak przedstawiać swoje poglądy i przekonywać do nich innych?
Terry Szuplat, wieloletni twórca przemówień Baracka Obamy, zdradza sekrety ekspertów z Białego Domu. Na podstawie swojego wyjątkowego doświadczenia – i wskazówek od samego prezydenta USA – przedstawia praktyczne porady, których nie znajdziesz nigdzie indziej. Przekonasz się, że każdy może mówić jak najpotężniejsi tego świata – i że wcale nie jest to trudne.
Twój głos jest wyjątkowy i ma znaczenie. Dowiedz się, jak go odnaleźć i wykorzystać, by zmienić swoje życie i świat dokoła. Bo słowa mają moc – trzeba tylko wiedzieć, jak ich użyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 384
Data ważności licencji: 10/25/2029
Tytuł oryginału
SAY IT WELL: Find Your Voice, Speak Your Mind, Inspire Any Audience
Copyright © 2024 by Terry Szuplat
Projekt okładki oryginalnej
Joanne O’Neill
Adaptacja okładki oryginalnej
Tomasz Majewski
Redaktor nabywający
Krzysztof Chaba
Redaktorka prowadząca
Magdalena Kowalewska
Opieka promocyjna
Maciej Pietrzyk
Koordynatorka procesu wydawniczego
Agata Błasiak
Redaktorka językowa
Agnieszka Mąka
Adiustacja
Adam Osiński
Korekta
Magdalena Wołoszyn-Cępa
Copyright © for the translation by Magdalena Kunz
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-553-5
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Mary, Jackowi i Claire
(…) pozwól mi myśleć jasno i normalnie; pozwól mi żyć, kochać i pięknie to wyrażać (…), pozwól mi wreszcie kiedyś zobaczyć, kim jestem (…).
– Sylvia Plath (przeł. J. Urban, P. Stachura)
Jak mówimy
Drżałem.
Zbliżała się moja kolej i czułem, jak serce zaczyna mi walić. Wierciłem się na krześle, gorączkowo szukając drogi ucieczki.
Nie muszę tego robić.
Po prostu się uśmiechnę i uprzejmie odmówię. „Nie, dziękuję. Nie dziś. Może innym razem”.
Katastrofa zażegnana.
Godność ocalona.
Ale było już za późno.
– A teraz – rozległ się głos – przywitajcie brawami Terry’ego!
Wszystkie oczy na sali zwrócone były na mnie. Zacząłem mówić do mikrofonu. Zorientowałem się, że głos mi drży, a gdy przyszło mi do głowy, że publiczność też to słyszy, mój głos rozwibrował się jeszcze mocniej. Starałem się trzymać nieruchomo tekst przemówienia, ale ręce mi dygotały. Pomyślałem, że ludzie widzą moje roztrzęsione dłonie, a one rozdygotały się jeszcze bardziej.
Przez chwilę czułem się tak, jakbym opuścił swoje ciało – unosiłem się nad sobą i obserwowałem, jak się jąkam i zacinam. Moje usta się poruszały, ale jedynym dźwiękiem, jaki słyszałem, był „głos zwątpienia” w mojej głowie:
Widzą, że się stresujesz.
Schrzanisz to i zrobisz z siebie pośmiewisko.
Błagam, niech to się już skończy.
Wziąwszy pod uwagę poziom mojego stresu, można by pomyśleć, że wygłaszałem ważne przemówienie przed wielką publicznością. Nic bardziej mylnego. Byłem w barze karaoke ze znajomymi z pracy, innymi członkami personelu Białego Domu, gdzie pracowałem jako autor przemówień prezydenta Baracka Obamy. Byliśmy w delegacji służbowej w Jokohamie w Japonii i po tygodniu wyczerpujących podróży międzynarodowych wyszliśmy wieczorem do miasta, żeby się trochę rozluźnić. Znałem swoją publiczność. Składała się w całości z moich znajomych. Nie musiałem nawet wstawać, żeby wygłosić swoje przemówienie.
Tak naprawdę nie wygłaszałem nawet przemówienia (ani nie śpiewałem karaoke). Przedstawiałem po prostu napisany przez siebie humorystyczny tekst o Obamie i przywódcach innych krajów, którzy próbują wyciągnąć światową gospodarkę z rowu niczym pogruchotany samochód. Była to niewinna parodia opowieści, którą Obama uwielbiał przywoływać podczas swojej kampanii prezydenckiej. Innymi słowy, nic wielkiego. Nie miało znaczenia, czy pójdzie mi świetnie, czy fatalnie, odczuwany stres tym bardziej pogłębiał więc moją frustrację.
Co się ze mną działo?
W głębi duszy znałem odpowiedź na to pytanie. Choć przez niemal całe swoje dorosłe życie zajmowałem się zawodowo pisaniem przemówień, sam czułem się niepewnie, gdy przychodziło mi publicznie zabrać głos. Byłem autorem przemówień, który nie potrafił odnaleźć się w roli mówcy.
Nie chodzi o to, że zupełnie unikałem wystąpień publicznych. Zazwyczaj nie miałem problemu z przemawianiem do małej grupy czy wygłoszeniem mowy pogrzebowej. Czasem wychodziło mi to całkiem nieźle. Ale najczęściej myśl, że miałbym zabrać głos przed publicznością, przyprawiała mnie o paraliżujący stres. Przez większość swojego życia trzymałem się więc roli, w której czułem się bezpiecznie – stałem za kulisami i pisałem przemówienia dla innych.
Zapłaciłem jednak za to pewną cenę.
Przez tak wiele lat pomagałem prezydentowi Obamie i innym przywódcom mówić ich głosem, że w końcu straciłem własny. Uczyłem mówców, jak mają opowiadać swoje historie, ale wizja podzielenia się moją własną przyprawiała mnie o mdłości. Potrafiłem napisać mowę dla Obamy, którego nawet krytycy uznają za jednego z najlepszych mówców na świecie, lecz nie byłem w stanie sprostać zwykłej dykteryjce.
Ostatecznie tamtego wieczoru jakoś sobie poradziłem, choć pamiętam to jak przez mgłę. Współpracownicy śmiali się i bili brawo. Ale wracając do hotelu pustymi ulicami obcego miasta, daleko od domu, czułem się bezsilny.
Mogłem jedynie mieć nadzieję, że mój lęk przed wystąpieniami publicznymi z czasem osłabnie. Nie osłabł.
Kiedy prezydentura Obamy dobiegła końca, opuściłem Biały Dom i postanowiłem częściej występować publicznie – udzielałem wywiadów i przemawiałem przed małymi grupami studentów. Czasem dobrze mi szło. Czasem – nie do końca.
Pewnego razu w trakcie wywiadu w programie telewizyjnym na żywo zesztywniałem, zacząłem się jąkać, aż w końcu całkiem zamilkłem. Zamarłem. Prowadzący zlitował się nade mną i zakończył rozmowę, a ja, płonąc ze wstydu, w pośpiechu opuściłem studio.
Innym razem, podczas telekonferencji z grupą młodych działaczy zajmujących się polityką zagraniczną, w środku prezentacji zaschło mi w ustach i dostałem gwałtownego napadu kaszlu. Prowadzący spotkanie wyciszył mój mikrofon, a ja w popłochu złapałem szklankę wody i próbowałem dojść do siebie.
Podczas kameralnej kolacji ze znajomymi z pracy każdy po kolei wznosił toast i wreszcie wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Ale nie potrafiłem zdobyć się na odwagę. Siedziałem ze spuszczonym wzrokiem, gapiąc się w talerz. Po kilku sekundach niezręcznej ciszy wrócono do rozmowy, a ja przez resztę wieczoru odtwarzałem w myślach moją towarzyską wpadkę.
Wyglądało na to, że po prostu nie jestem stworzony do wygłaszania przemówień publicznych. Ani żadnych innych.
Czas mijał, a ja starałem się, jak mogłem, unikać publicznego zabierania głosu. Kiedy zapraszano mnie gdzieś, żebym opowiedział o pracy w Białym Domu, zawsze znajdowałem dobrą wymówkę. Na przyjęciach siedziałem w milczeniu i przyglądałem się, jak inni wznoszą toasty, które porywają gości. Czułem się bezpieczniej, kiedy nie musiałem przemawiać.
Aż pewnego dnia odebrałem niespodziewany telefon, który sprawił, że musiałem stanąć twarzą w twarz z własnym lękiem.
„Halo, mówi Antti Mustakallio”, oznajmił z mocnym skandynawskim akcentem głos po drugiej stronie słuchawki. Rozmówca przedstawił się jako jeden z nielicznych autorów przemówień w Finlandii. „Podobno często wygłasza pan przemówienia na temat wygłaszania przemówień?”
„Ach tak, oczywiście”, odparłem, markując pewność siebie najlepiej, jak umiałem. „Uwielbiam to robić”.
Antti zaprosił mnie na konferencję zaplanowaną jeszcze w tym samym roku w jego rodzinnym mieście Hämeenlinna. Raptem kilkaset kilometrów od północnego koła podbiegunowego. W listopadzie.
„Chciałbym, żeby wygłosił pan przemówienie wprowadzające na temat wygłaszania przemówień. Na scenie. Przed trzystuosobową publicznością”.
Miałem ochotę się rozłączyć. Antti mówił dalej, ale już go nie słuchałem. Przed oczami przebiegały mi obrazy dawnych porażek.
„Zastanowię się”, odpowiedziałem, choć nie miałem najmniejszego zamiaru się nad tym zastanawiać.
Po kilku dniach zacząłem jednak o tym myśleć. Byłem przed pięćdziesiątką. Pojawiła się przede mną wyjątkowa szansa. Stracę ją, jeśli pozwolę, aby rządziły mną lęki. Ile jeszcze takich okazji przegapię, żeby później gorzko tego żałować? Czy już do końca życia będę unikać wystąpień publicznych? I właściwie co tak strasznego może się wydarzyć? Jeśli poniosę fiasko, nikt w kraju się nie dowie. To będzie w Finlandii. W listopadzie.
Może jednak dam sobie radę. Może tym razem będzie inaczej. Może przypomnę sobie wszystko, czego nauczyłem się jako autor przemówień – między innymi prezydenta Obamy – i wykorzystam tę wiedzę, żeby napisać przemówienie dla siebie.
Materiału do nauki na szczęście mi nie brakowało.
Tak się szczęśliwie złożyło, że pisałem przemówienia dla Baracka Obamy przez cały okres jego ośmioletniej prezydentury. Było to najbardziej ekscytujące i inspirujące – a momentami także szalenie wyczerpujące i przerażające – doświadczenie w moim życiu zawodowym. Towarzyszyłem mu w podróżach do ponad czterdziestu krajów i każdego dnia uczyłem się od niego, obserwując, jak nawiązuje kontakt z odbiorcami na całym świecie.
Kiedy lecieliśmy z prezydentem do Kenii helikopterem Marine One, spojrzałem w dół i zobaczyłem wypełniające ulice Nairobi tłumy rozentuzjazmowane powrotem Obamy do ojczyzny jego ojca. Niektórzy trzymali w rękach własnoręcznie wykonane transparenty z napisem „Witaj w domu!”.
W Wietnamie tysiące ludzi wyszło na ulice Ho Chi Minh, żeby zobaczyć prezydencką kolumnę samochodów. Część gapiów, prawdopodobnie przekonana, że dostrzegła Obamę, przedarła się przez kordon policji i goniła nas aż do hotelu.
W Tanzanii tłum napierał na nasz autobus z taką siłą, że odłączyliśmy się od kolumny i uderzyliśmy w słup telefoniczny. Szyba pękła, a odłamki szkła posypały się na kolana przerażonych członków personelu.
Takie momenty bywały stresujące, ale i szalenie pouczające. Za sprawą mocy swoich słów i historii swojego życia Obama dotykał czegoś uniwersalnego – ideałów, wartości i aspiracji, które wykraczały poza podziały rasowe, religijne, państwowe i kulturowe. Sposób, w jaki prezydent nawiązywał kontakt ze swoimi odbiorcami – także tymi, którzy nie zgadzali się z jego poglądami – może być dla nas wszystkich wartościową lekcją.
Gdy zacząłem pisać tę książkę, autor przemówień, z którym pracowałem w Białym Domu, zażartował: „Jak to? Zamierzasz zdradzić wszystkie nasze sekrety?!”.
Owszem.
Bo i dlaczego by nie?
Rzeczywiście, autorzy przemówień powinni być niczym duchy – mamy ich słyszeć, ale nie widzieć. Przez ponad dwadzieścia pięć lat sam byłem takim duchem: schowanym za kulisami, niewidocznym, w samotności wykuwającym słowa, które następnie prezydenci, członkowie Kongresu, dyrektorzy, aktywiści czy artyści wygłaszają publicznie. Ale dlaczego tylko oni mieliby korzystać z tych umiejętności? Sztuka przemawiania jest czymś, czego potrzeba nam wszystkim – szczególnie w dzisiejszych czasach.
Minęło dwadzieścia lat, odkąd któryś z autorów przemówień prezydenckich wydał książkę z poradami na temat sztuki wystąpień publicznych. Od tamtego czasu świat się zmienił. Młode pokolenie – różnorodne, niecierpliwe, pełne nadziei – zabiera głos i domaga się, by go wysłuchano. Zaczynamy wreszcie otwarcie rozmawiać o problemach systemowych, które tak długo zamiatano pod dywan. Polityk, szef firmy, dyrektorka szkoły – dziś od każdego wymaga się zabierania głosu na temat wydarzeń na świecie, rasy, religii i praw jednostki.
Jednocześnie zażarte debaty polityczne i społeczne przekształciły język w pole bitwy, w której bronią stają się słowa. Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że używany niegdyś język – szczególnie dotyczący kwestii rasowych – może krzywdzić społeczności, które w przeszłości doświadczały marginalizacji. Inni z kolei nie wahają się zawstydzać lub potępiać członków rodziny, przyjaciół czy współpracowników, którzy nie nadążają za błyskawicznie zachodzącymi zmianami w słownictwie dotyczącym tożsamości, płci i seksualności.
Według mnie większość z nas czuje, że znaleźliśmy się w pułapce pomiędzy dwiema liniami frontu, uwięzieni na retorycznej „ziemi niczyjej”. Nie chcemy sięgać po pozbawione wrażliwości słownictwo pochodzące z brutalnej przeszłości, ale nie wiemy, jak bezpiecznie poruszać się po nieznanym terenie, żeby nie nadepnąć na językową minę, której wybuch zniszczy naszą relację, karierę czy reputację.
Wydaje się, że straciliśmy zdolność komunikacji.
Bardzo wielu przywódców bardziej skupia się na zdobywaniu kolejnych punktów w prowadzonych z przeciwnikami potyczkach słownych niż na podjęciu dialogu, który jest niezbędnym elementem sprawnie funkcjonującej demokracji. Mówcom często bardziej zależy na tym, żeby zagłuszyć rozmówców o odmiennych poglądach, niż żeby użyć perswazji, dzięki której można by przekonać do sprawy więcej osób. Nasze media i wspólnoty zalewa fala dezinformacji i okrucieństwa – jadu, który podkopuje wzajemne zaufanie, zrozumienie i poczucie wspólnego celu, niezbędne do wspólnego życia i wspólnej pracy.
Sposób, w jaki mówimy, musi się zmienić.
Niepokoi mnie, że właśnie dziś, kiedy opanowanie sztuki publicznego przemawiania jest nam najbardziej potrzebne, tak często jawi się ona jako coś skomplikowanego i onieśmielającego. Bardzo wiele książek o retoryce ignoruje głosy kobiet, osób niebiałych i należących do grup marginalizowanych. Niektóre poradniki na temat wystąpień publicznych przyprawiają o zawrót głowy nagromadzeniem hermetycznego słownictwa ze starożytnej greki i łaciny. Zapewniam jednak, że aby być doskonałym mówcą, nie trzeba wiedzieć, czym jest chiazm. Obama nie powiedział nam nigdy: „To niezłe przemówienie, ale brakuje w nim chiazmów”1.
Tymczasem technologia nieustannie przekształca sposób, w jaki się porozumiewamy. Po raz pierwszy w historii każdy z nas ma w ręku megafon – smartfon, media społecznościowe, Zoom – przez który może komunikować się ze światem tu i teraz, ze wszystkimi – zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi – tego konsekwencjami. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji chatboty rewolucjonizują sposób, w jaki się uczymy, tworzymy i komunikujemy, co niesie ze sobą niezliczone korzyści, ale i zagrożenia. Niniejsza książka jest być może pierwszą pozycją omawiającą sztukę przemawiania opublikowaną w epoce AI, dlatego też podzielę się w niej refleksjami nad wykorzystaniem tej technologii w doskonaleniu własnego głosu bez uszczerbku dla ludzkiego wymiaru komunikacji, który leży u podstaw każdego wartościowego aktu komunikacji.
Krótko mówiąc, sztuka publicznego przemawiania wymaga aktualizacji. Potrzebujemy nowego przewodnika, dostosowanego do naszego różnorodnego, podlegającego nieustannym zmianom świata; przewodnika, który wyposaży nas w praktyczne narzędzia niezbędne do prowadzenia prezentacji, wystąpień, przemówień i wznoszenia toastów.
Mam nadzieję, że ta książka będzie dla ciebie takim właśnie przewodnikiem.
Jednak nim przejdziemy do szczegółów, muszę się do czegoś przyznać: zanim zająłem się zawodowo pisaniem przemówień, nie przeczytałem ani jednej książki o wystąpieniach publicznych, nie ukończyłem też żadnego kursu retoryki. Wszystkiego, czym będę dzielił się z tobą w kolejnych rozdziałach, nauczyłem się przez doświadczenie. Kiedy znajdowałem się na początku drogi, potrzebowałem takiej książki jak ta.
Zabiorę cię za kulisy Białego Domu – do Gabinetu Owalnego i na pokład Air Force One – i zdradzę, jak sam Obama podchodził do wystąpień publicznych, zarówno jako kandydat w wyborach prezydenckich, jak i urzędujący prezydent. Opowiem ci – jego słowami – jak został mówcą, który zdobył serca odbiorców na całym świecie niezapomnianym przemówieniem na konwencji Partii Demokratycznej w Bostonie w 2004 roku. „Nikt z nas nie komunikuje się z ludźmi w sposób wolny od niedoskonałości”, powiedział mi kiedyś, wspominając drogę, którą przeszedł jako mówca. „Ja też miałem złe nawyki, które musiałem przezwyciężyć”.
Znajdziesz w tej książce także refleksje innych autorów, którzy pisali przemówienia zarówno dla prezydenta, jak i dla pierwszej damy Michelle Obamy. Siedząc w pozbawionym okien gabinecie w piwnicy Zachodniego Skrzydła Białego Domu (i słuchając tupotu przemykających po suficie myszy), stworzyłem kilkaset tekstów, ale byłem tylko jednym z wielu członków wyjątkowego zespołu. Dowiesz się, jak wyglądała nasza praca, ale przede wszystkim opowiem ci o tym, jakie błędy popełnialiśmy (nieraz byłem więcej niż pewien, że zaraz stracę pracę), czego się dzięki nim nauczyliśmy oraz jak możesz zdobytą przez nas wiedzę wykorzystać, żeby stać się lepszym mówcą lub lepszą mówczynią.
Poznasz opinie czołowych naukowców, psychologów i neurobiologów, których badania pomagają zrozumieć, dlaczego ta wiedza jest tak przydatna. Przemawianie jest sztuką, ale odkąd opuściłem Biały Dom, staram się zrozumieć tę sztukę także z punktu widzenia nauki – perspektyw opartych na dowodach, które mogą pomóc nam wszystkim sprawniej się komunikować.
Wreszcie, choć jestem przekonany, że warto uczyć się od charyzmatycznych mówców, takich jak Obama, wierzę też, że możemy się wiele nauczyć od siebie nawzajem. Przybliżę tu sylwetki osób z najróżniejszych branż, które – często nieświadomie i bez pomocy zawodowych autorów przemówień – wykorzystali zawartą w tej książce wiedzę i wygłosili wyjątkowe przemówienia, które zyskały rozgłos i stały się inspiracją dla odbiorców na całym świecie. Większość z nich, podobnie jak wszystkie przemówienia Obamy, można znaleźć w internecie. Zachęcam cię, abyś od czasu do czasu przerwał lekturę, odnalazł omawiane tu nagrania w sieci i przeżył je tak, jak powinno się je przeżyć.Obejrzyj je. Posłuchaj ich. Poczuj więź tworzącą się między mówcą a publicznością.
Zrozumiesz wówczas, dlaczego zawarta w tej książce wiedza może okazać się przydatna również tobie, niezależnie od tego, kim jesteś i do kogo mówisz; bez względu na to, czy wygłaszaniem przemówień zajmujesz się zawodowo, czy też dopiero zbierasz się na odwagę, by pierwszy raz w życiu publicznie zabrać głos; czy wznosisz toast, prowadzisz prezentację w pracy, głośno domagasz się zmiany, czy też ubiegasz się o stanowisko publiczne, żeby samodzielnie tę zmianę przeprowadzić. Zgromadzona tu wiedza pomoże ci skuteczniej komunikować się w każdej sytuacji – od rozmowy kwalifikacyjnej po trudną rozmowę z rodziną, przyjaciółmi czy współpracownikami.
Mam nadzieję, że kiedy będziesz wdrażać zdobytą wiedzę w życie, będziemy wspólnie uczyć się, jak z głębszym wzajemnym zrozumieniem i szacunkiem rozmawiać ze sobą – z członkami naszych rodzin, sąsiadami, kolegami i koleżankami z pracy, współobywatelami. Większość z nas przyznaje, że życzylibyśmy sobie bardziej kulturalnej debaty publicznej, ale nie wiemy, jak to osiągnąć. Ja sam miałem szczęście pracować z prezydentem Obamą i innymi liderami, którzy starali się wytyczyć nam wszystkim lepszą drogę, i mogłem się od nich uczyć. W niniejszej książce dzielę się także tą wiedzą – jeśli bowiem chcemy, żeby nasza różnorodna demokracja przetrwała, musimy nauczyć się rozmawiać ze sobą życzliwie, empatycznie i szczerze.
Niewątpliwie sytuacja, w której stajemy przed innymi i głośno mówimy, co myślimy, nie należy do najłatwiejszych. Bywa, że tracimy grunt pod nogami. Możesz mi wierzyć, wiem coś o tym. Zdradzę ci pierwszy z wielu sekretów – dobrze go sobie zapamiętaj: masz już wszystko, czego potrzeba do osiągnięcia sukcesu, w tym coś, czego nie ma nikt inny: własny, niepowtarzalny głos.
Nauczyłem się tego podczas wizyty Obamy w małym miasteczku Greenwood w Karolinie Południowej, w trakcie jego pierwszej kampanii prezydenckiej. Przyszły prezydent był w nieprzerwanej podróży. Padało. Był przemoczony, zmęczony i trochę marudny, a na sali zebrało się jakieś dwadzieścia osób.
Obama przygotowywał się do wystąpienia, kiedy ktoś z widowni krzyknął:
„Gotowi?”.
„Gotowi!”, odpowiedzieli zebrani.
„Do dzieła!”, podjął głos.
„Do dzieła!”, zawołali chórem pozostali.
Obama nie wiedział, co się dzieje.
Widownia wznosiła okrzyki, aż wreszcie i on, i publiczność byli… gotowi wziąć się do dzieła.
Głos, który rozruszał całą salę, należał do Edith Childs, radnej miasta i działaczki na rzecz praw obywatelskich. Wznoszony przez nią tego dnia okrzyk stał się zawołaniem bojowym, które towarzyszyło Obamie przez całą prezydenturę. Uwielbiał, szczególnie na koniec dużego wiecu, opowiadać historię o tym, jak jedna osoba, Czarna, pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z małego, wiejskiego miasteczka, porwała tłum.
„Oto dowód, że jeden głos może zmienić nastroje wszystkich wokół”, mówił Obama, a jego głos stawał się mocniejszy. „A jeśli może odmienić wszystkich wokół, może wpłynąć na mieszkańców całego miasta! A jeśli może wpłynąć na mieszkańców miasta, może wpłynąć na obywateli całego stanu! A jeśli może odmienić obywateli całego stanu, może odmienić cały naród! A jeśli może odmienić naród, może odmienić cały świat!”
Ale jak to zrobić?
Jak znaleźć własny głos? Jak głośno wyrażać swoje przekonania? Co powiedzieć? I jak to powiedzieć, żeby zachęcić innych do wspólnego działania na rzecz przyszłości, której pragniemy? Właśnie o tym opowiada ta książka.
A zatem…
Gotowi?
Do dzieła!
Zaczynajmy.
(serio)
Pokochaj swoją niepowtarzalną historię
Może wszystko, co straszne, jest w głębi bezbronne i oczekuje od nas pomocy.
– Rainer Maria Rilke (przeł. J. Nowotniak)
Pierwszym krokiem na drodze do wygłoszenia dobrego przemówienia czy przeprowadzenia wartościowej prezentacji – przy którym, jak sądzę, większość z nas się potyka – jest uwierzyć, że da się radę. Potrzebna jest pewność, że nasz głos ma znaczenie i że zasługujemy na to, by nas wysłuchano. Wielu z nas często w to nie wierzy. Odrzucamy samych siebie – chowamy się w cieniu i nie zabieramy głosu – żeby ochronić się przed odrzuceniem ze strony innych.
Kiedy rozważałem, czy przyjąć propozycję wygłoszenia przemówienia w Finlandii, zdałem sobie sprawę, że właśnie to od dawna robię.
Nie zawsze odczuwałem lęk przed wystąpieniami publicznymi. Dorastałem w Falmouth w stanie Massachusetts, w nadmorskim miasteczku na Cape Cod, w którym domy pokryte są szarą dachówką, a na urokliwej głównej ulicy zawsze wpada się na kogoś znajomego. Moi rodzice i nauczyciele w szkole publicznej od dziecka zachęcali mnie do zabierania głosu. I robiłem to z przyjemnością.
Swoje pierwsze „przemówienie” wygłosiłem w czwartej klasie w ramach referatu z lektury, przebrany za prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Powiedziałem coś w rodzaju: „Nie pytaj, co twoja klasa może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojej klasy!”. (Uroczy, choć całkowicie nieoryginalny pomysł). Wziąłem udział w konkursie krasomówczym w miejscowym klubie weteranów, czytałem z promptera teksty do cotygodniowego szkolnego programu informacyjnego, a jako przewodniczący samorządu uczniowskiego prowadziłem apele z udziałem kilkuset uczniów.
Potem wyjechałem na studia do Waszyngtonu i przez kilka kolejnych dekad nie wygłosiłem ani jednego przemówienia.
Co się stało?
To, co przydarza się wielu z nas – być może także tobie.
~
Lęk przed wystąpieniami publicznymi to jedna z najczęściej występujących fobii na świecie. Niektóre badania sugerują, że boimy się ich bardziej niż węży, latania samolotem i – jak podejrzewam – jeszcze bardziej niż węży na pokładzie samolotu. Jeden z moich znajomych przez lata przed każdym wystąpieniem miał odruch wymiotny. Jako autor przemówień pracowałem ze światowej sławy aktorkami i aktorami, którzy niejednokrotnie występowali wcześniej nago na ekranie, ale kiedy mieli wygłosić przemówienie na żywo (w ubraniu), oblewał ich zimny pot. Organizacja Toastmasters International, która zajmuje się szkoleniem mówców, ma swoje oddziały w niemal stu pięćdziesięciu krajach. Trudność z publicznym zabieraniem głosu jest po prostu rzeczą ludzką.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak jest, skontaktowałem się z Centrum Zaburzeń Lękowych i Pokrewnych przy Uniwersytecie Bostońskim, gdzie skierowano mnie do doktor Ellen Hendriksen, psycholożki klinicznej, która zajmuje się leczeniem osób zmagających się z lękiem społecznym, w tym z paraliżującym strachem przed wystąpieniami publicznymi. „Wszyscy jesteśmy istotami społecznymi”, powiedziała mi doktor Hendriksen. „Potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, miłości i przynależności”. Lęk przed odrzuceniem przez odbiorców, wyjaśniła, może mieć swoje korzenie w naszych pierwotnych instynktach przetrwania. „W dawnych czasach odrzucenie bywało śmiertelnie niebezpieczne. Osobę wykluczoną z rodziny czy plemienia rzucano wilkom na pożarcie. Dosłownie skazywano ją na śmierć”. Dziś „odrzucenie społeczne może się nam kojarzyć z błyskawicznym unicestwieniem”1.
Powoli zaczynałem rozumieć własne, przeżywane w dorosłym życiu lęki związane z przemawianiem publicznym.
Jako dziecko doświadczyłem w domu rodzinnym poczucia bezpieczeństwa, miłości i przynależności, o których wspominała doktor Hendriksen. W Waszyngtonie nawiązałem wspaniałe przyjaźnie i otrzymałem wiele szans, które powinny były wzmocnić moją pewność siebie. Pierwsze przemówienie prezydenckie – dla Billa Clintona – miałem okazję napisać jeszcze jako student podczas stażu w Białym Domu2. Kilka lat później dostałem pierwszą pracę jako autor przemówień – w Pentagonie, a potem zostałem głównym autorem przemówień sekretarza obrony. Zakochałem się w Mary Abdelii, wyjątkowej, bystrej, dowcipnej i czułej kobiecie i mojej najlepszej przyjaciółce, z którą wziąłem ślub. Zostaliśmy rodzicami dwojga cudownych dzieci, Jacka i Claire; kiedy pracowałem w domowym gabinecie nad przemówieniami, wsadzały drobne paluszki pod drzwi, żeby zwrócić na siebie uwagę, i wsuwały karteczki („Kjedy konczyrz?”).
Wszystko układało się pomyślnie.
Jako trzydziestosześciolatek, kilka miesięcy po objęciu urzędu przez Baracka Obamę, zostałem jednym z autorów jego przemówień dotyczących polityki zagranicznej. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym go poznałem. Brałem udział w odbywającym się w Zachodnim Skrzydle spotkaniu zespołu w biurze Davida Axelroda, jednego z najbliższych doradców prezydenta. Obama rezydował w Białym Domu dopiero od kilku miesięcy, a ja pracowałem nad jego pierwszym przemówieniem, które miał wygłosić podczas ceremonii rozdania dyplomów w Akademii Marynarki Wojennej.
„Gdzie ten nowy?” Obama wpadł do biura Axe’a, podrzucając piłkę futbolową. „Dobra robota z tym przemówieniem”, powiedział i uścisnął mi dłoń.
Czułem się, jakbym zdobył właśnie najwyższy szczyt świata.
Im dłużej jednak mieszkałem w Waszyngtonie – mieście, w którym liczą się przede wszystkim pochodzenie, władza i pieniądze – tym mocniejsze było moje poczucie, że nie dorównuję innym.
Uprzywilejowane pochodzenie rodzinne? Nie w przypadku Szuplatów. Rodzice mojego ojca, Ukraińcy, byli więźniami obozu pracy w nazistowskich Niemczech podczas drugiej wojny światowej. Kiedy mój tata, Stach, był jeszcze dzieckiem, wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i zamieszkali w przemysłowym miasteczku Amsterdam w stanie Nowy Jork. Tata, który w dzieciństwie nierzadko korzystał z talonów żywnościowych, wstąpił do marynarki wojennej, a potem zakochał się w mojej mamie, Peggy, najstarszej córce z wielodzietnej irlandzkiej, katolickiej rodziny z Bostonu, która pracowała jako sekretarka, i wziął z nią ślub.
Majątek? Nie posiadaliśmy żadnego. Zaraz po ślubie moi rodzice zamieszkali w umeblowanej przyczepie na obrzeżach rodzinnego miasta taty. Kiedy przyszedłem na świat, przenieśliśmy się do niewielkiego, znajdującego się na drugim piętrze mieszkania w Roslindale, robotniczej dzielnicy Bostonu. Tata pracował jako pomocnik hydraulika; rodzice żyli od wypłaty do wypłaty. „W piątki”, wspominał ojciec po latach, „zostawało nam akurat na sześciopak piwa i pizzę”.
Kiedy ojciec dostał nową pracę, przeprowadziliśmy się do miasteczka Falmouth na półwyspie Cape Cod. Choć powszechnie uważane jest za letni kurort dla sławnych i bogatych, zamieszkują je dumni, twardo stąpający po ziemi miejscowi, którzy przez cały rok ciężko pracują na utrzymanie swoich rodzin. Falmouth, jak każde miasto, nie było wolne od nierówności. „West Falmouth to fortuny rodowe”, powtarzali żartobliwie mojej mamie lokalni mieszkańcy, gdy przeprowadziliśmy się tam w latach siedemdziesiątych. „North Falmouth to nowy kapitał, a East Falmouth to bieda”.
My zamieszkaliśmy w East Falmouth. Wprowadziliśmy się do jednego z setek domów przy ciągnącym się kilka kilometrów bulwarze. Większość z nich stanowiła domy pod letni wynajem, a tata każdego ranka kręcił śrubokrętem w stacyjce, żeby odpalić swojego starego Chevroleta Bel Air. Kiedy ja i moje dwie młodsze siostry szykowaliśmy się do college’u, ojciec brał dodatkowe zlecenia jako hydraulik, a mama zatrudniła się w moim liceum jako kucharka, potem podjęła pracę sekretarki w szkole wieczorowej, a później pracowała też w bibliotece miejskiej.
Dzięki grantom dla wyróżniających się studentów, stażom i stypendiom, a także pieniądzom zaoszczędzonym przy koszeniu trawników i pracy w sklepie „Wszystko za dolara” mogłem podjąć studia na świetnej uczelni American University w Waszyngtonie. Wykładali tam światowej sławy profesorowie, a ja dostałem życiową szansę odbycia stażów w Białym Domu, w senacie USA, a później w ramach semestru za granicą także w parlamencie brytyjskim.
Na każdym etapie kariery miałem jednak wrażenie, że niemal wszyscy, z którymi pracuję, skończyli najbardziej prestiżowe uczelnie Ligi Bluszczowej. Waszyngton przypomina pod wieloma względami prowincjonalne miasteczko zarządzane przez absolwentów najbardziej elitarnych szkół w kraju. Prędzej czy później w rozmowie pada pytanie o college, który ukończył rozmówca, i uczelnię, na której zdobył dyplom magistra (ja go nie mam). Kiedy odpowiadałem, czułem na sobie pogardliwy wzrok, który odsyłał mnie na moje dalekie miejsce w szeregu.
Początkowo pisanie przemówień było dla mnie czymś w rodzaju „planu B”. W college’u chciałem zostać prawnikiem i wyobrażałem sobie czasem, jak wygłaszam mowę przed Sądem Najwyższym podczas rozpraw w sprawach, które miały wkrótce przejść do historii. Na drodze do kariery prawnika stanęło jednak słodko-gorzkie wydarzenie. Nie dostałem się na studia prawnicze. Nie przyjęła mnie żadna z uczelni. (Nigdy nie wypadałem najlepiej w standaryzowanych testach, a moje wyniki z egzaminu wstępnego na prawo były – by ująć to językiem prawniczym – niedostateczne).
Kiedy przygotowywałem się do drugiego podejścia, zostałem zatrudniony jako autor przemówień w Pentagonie. Okazało się, że praca mi się podoba, i stopniowo moje pragnienie, by zostać prawnikiem, ustępowało marzeniu o tym, że być może pewnego dnia będę pisał przemówienia dla prezydenta i dołożę swoją cegiełkę do misji, by opowiedzieć światu historię Ameryki. Moje marzenie się spełniło.
Ale wciąż robiłem to, co robi wielu z nas. Zamiast czerpać pewność siebie z tego, kim jestem, skupiałem się przede wszystkim na tym, kim nie jestem. Dobrze się maskowałem. Ale nigdy nie opuszczała mnie myśl, że inni – bardziej doświadczeni, lepiej wykwalifikowani i wykształceni – bardziej zasługują na moje stanowisko.
To była moja historia – a przynajmniej taką jej wersję sobie opowiadałem.
Żeby dodać mi odwagi, moja siostra Erica, utalentowana artystka z Cape Cod, przysłała mi w prezencie Wojnę sztuki autorstwa Stevena Pressfielda, pisarza i scenarzysty. Pressfield opisuje przeszkody, które podkopują naszą pewność siebie i tłamszą naszą kreatywność, przestrzega też przed ocenianiem siebie poprzez porównywanie się z innymi. „Jednostka, która definiuje się na podstawie swojego miejsca w porządku dziobania”, sugeruje Pressfield, „ocenia poziom swojego szczęścia/sukcesu/osiągnięć na podstawie swojej pozycji wewnątrz hierarchii”3.
Zrozumiałem, że właśnie to robiłem przez większą część swojego życia zawodowego. „Głos zwątpienia” nigdy mnie nie opuszczał, a najgłośniej odzywał się wtedy, gdy chciałem stanąć przed innymi ludźmi i coś powiedzieć.
Nie nadajesz się do tego.
Na pewno coś schrzanisz.
Nie zostawią na tobie suchej nitki.
Słyszałem ten głos nieustannie, kiedy rozważałem, czy przyjąć zaproszenie na konferencję w Finlandii. Przypomniałem sobie na szczęście inny głos – głos prezydenta Obamy, który swego czasu opowiadał mi o swoich zmaganiach zarówno z własną tożsamością, jak i rolą mówcy. Opowiedział mi także o tym, jak te trudności pokonał.
„Po prostu mnie zatkało”
W 1981 roku studenci Occidental College w Los Angeles zorganizowali protest przeciwko brutalnej polityce apartheidu, czyli segregacji rasowej w Republice Południowej Afryki. Obama, dziewiętnastoletni wówczas student drugiego roku, przemawiał na wiecu jako pierwszy. Zdołał powiedzieć zaledwie kilka zdań, kiedy na scenę wbiegło dwoje studentów przebranych za członków południowoafrykańskiej służby bezpieczeństwa i siłą ściągnęło go ze sceny – był to rodzaj teatru politycznego, który miał zwrócić uwagę na represje wobec działaczy antyapartheidowych.
„Wszystko było farsą”, wspominał po latach Obama, „a szczególnie moje jednominutowe »przemówienie«”4.
„Ostatni raz występuję publicznie”, oświadczył koledze. „Nie mam prawa zabierać głosu w imieniu Czarnej społeczności”.
Wiele lat później zapytałem go, co miał wtedy na myśli. Jego zmagania z tożsamością rasową – pochodząca z Kansas matka była biała, ojciec, Kenijczyk, Czarny, a jego biali dziadkowie odegrali dużą rolę w jego wychowaniu – „składały się”, jak wyjaśnił, na jego ówczesne odczucia. Większą rolę odgrywały jednak wątpliwości co do własnej przynależności oraz niepewność, czy jego głos może przyczynić się do rzeczywistej zmiany.
„Myślę, że pierwszym krokiem na drodze do opanowania sztuki przemawiania – przynajmniej dla mnie, ale też dla większości osób, które uważam za przekonujących mówców – jest zadanie sobie pytania, czy wiemy, kim jesteśmy i w co wierzymy”, stwierdził. „Byłem żółtodziobem”, wspominał swoje wystąpienie na wiecu, „który wciąż szukał odpowiedzi na to pytanie. Miałem dziewiętnaście lat i zastanawiałem się: »Czy zasługuję na to, by znaleźć się w centrum uwagi? Czy mam na ten temat coś istotnego do powiedzenia, skoro sam wciąż próbuję zrozumieć, kim jestem i jakie wartości są mi bliskie?«”. Protest był dla niego szansą, by zabrać głos. Ale kiedy wspominał swoją młodość, przyznawał: „Nie byłem na to gotowy”.
Po studiach przyszły prezydent borykał się niekiedy z odwrotnym problemem – doskwierał mu nie tyle brak wiary w siebie, ile jej nadmiar. Przez kilka lat współpracował z kościołami w południowej części Chicago jako animator lokalnej społeczności. „Na tamtym etapie przywykłem już do publicznego przemawiania”, wspominał. „Stres nie leżał w mojej naturze”. Tak było do dnia, w którym jego pewność siebie obróciła się przeciwko niemu. Słyszałem tę historię po raz pierwszy.
„Bardzo dobrze to pamiętam”, opowiadał. Miał dwadzieścia cztery lata i przedstawiał swoją inicjatywę grupie filantropów w sali konferencyjnej w wieżowcu w centrum Chicago. „Czułem się pewnie”, wspominał. „Nie spisałem treści przemówienia. Wydawało mi się, że mogę po prostu wejść do sali i improwizować. Okazało się, że to był zły pomysł”.
Obama rozpoczął prezentację. „Wszyscy w garniturach”, opowiadał. „Ja byłem nieodpowiednio ubrany i wyglądałem trochę niechlujnie. Po czterech czy pięciu minutach po prostu zacząłem zastygać. Straciłem wątek”. „Dlaczego?”, zapytałem. „Byłem w obcym otoczeniu, wśród obcych ludzi, a stawka była wysoka”. Chodziło o pozyskanie pieniędzy na kontynuowanie jego działalności społecznej. „Wypadłem fatalnie”, przyznał. „Poczułem, jak pot występuje mi na kark, zacząłem się jąkać, zacinać i mówić bez ładu i składu”. Zapytałem go, czy pamięta uczucie, które mu wtedy towarzyszyło. „Takie rzeczy wymazuje się z pamięci”, zażartował, ale zaraz spoważniał. „Czułem się…”, zawiesił głos, szukając odpowiednich słów. „Czułem się głupio i było mi wstyd”.
Jak zatem Obama stał się dobrym mówcą? Wyznał, że cztery miejsca ukształtowały „filary” jego stylu jako mówcy.
„Każdy ma swoją wyjątkową opowieść”
Po sytuacji w sali konferencyjnej Obama kontynuował swoją działalność społeczną i tak trafił do pierwszego z miejsc, w których nauczył się, jak skutecznie przemawiać. Były to podziemia kościoła. „Czasami przychodziło dwanaście osób”, wspominał. „Ale przemawianie do większych grup sprawiało, że stopniowo nabierałem niezbędnej swobody w komunikacji z ludźmi”. Przy okazji nauczył się jednej z najważniejszych lekcji komunikacji: zanim zaczniesz mówić, wysłuchaj innych.
W piwnicach kościoła prowadził „prezentacje, które były jednocześnie rozmową” z mieszkańcami i lokalnymi liderami. „Najlepsi mówcy prowadzą rozmowę ze swoją publicznością. Nie mówiądo niej, ale rozmawiają z nią – a więc słuchają również, co jest ważne dla ludzi, z którymi się komunikują”.
Te rozmowy, wyjaśnił, „pomogły mi zrozumieć, że każdy z nas tworzy własną opowieść o swoim życiu – o tym, co jest dla nas ważne, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy, jak ta droga kształtuje nasze wartości, a także jakie przeżywamy lęki i rozczarowania”.
„Każdy z nas ma swoją wyjątkową opowieść”, kontynuował Obama, „która dotyka jego ja. Słuchanie opowieści innych pomogło mi zrozumieć własną”.
W tym samym czasie, w drugim z miejsc – przy kościelnej kazalnicy – również uczył się, jak być lepszym mówcą. „Wiesz, kto był dla mnie świetnym nauczycielem?”, zapytał. „Wszyscy Czarni pastorzy, których spotykałem w kościołach. Pastor miejscowego, przyulicznego kościółka, który w tygodniu pracuje w zajezdni autobusowej, a w soboty staje przed setką wiernych i opowiada im historię. Kryje się w tym potężna tradycja, szczególna historia przekazywana z ust do ust, umiejętność snucia opowieści. Kaznodzieje wiedzą, jak głosić kazania. Słuchałem, przyglądałem się i chłonąłem to wszystko”. Spośród wszystkich miejsc, w których Obama uczył się przemawiać, kościoły w Chicago, gdzie mógł przysłuchiwać się tamtejszym pastorom, były, jak stwierdził, „najbardziej wartościową przestrzenią”.
Kilka lat później dostał swoją pierwszą wielką szansę, by pokazać, czego się nauczył.
Miał dwadzieścia osiem lat, był studentem prawa na Harvardzie i właśnie został wybrany na prezesa organizacji studenckiej Law Review. Do jego obowiązków należało wygłoszenie mowy podczas dorocznej kolacji Law Review i przedstawienie tegorocznego gościa honorowego, ikony ruchu praw obywatelskich, kongresmena Johna Lewisa. „Był jednym z moich bohaterów z dzieciństwa”, wyznał Obama. „Chciałem mieć pewność, że oddam mu sprawiedliwość”.
„Po raz pierwszy wygłaszałem poważne przemówienie publiczne przed dużą grupą nieznanych mi słuchaczy, w ważnych dla mnie okolicznościach i na istotny dla mnie temat. Poświęciłem dużo czasu na przemyślenie tego, co chcę powiedzieć. Napisałem przemówienie. Nauczyłem się go na pamięć. A potem je wygłosiłem”. Było to krótkie, trwające nie więcej niż pięć do siedmiu minut, wystąpienie przed kilkuset osobami.
Obama pamiętał, że poruszył wówczas temat znaczenia rządów prawa i złożył hołd prawnikom, profesorom i studentom, którzy stoją na ich straży. Jako pierwszy Afroamerykanin wybrany na prezesa Law Review opisał swoją własną drogę. Wyraził głęboki szacunek wobec Lewisa, który za swoją odwagę do walki o prawa obywatelskie doświadczył brutalnej przemocy i spędził kilkadziesiąt dni w więzieniu. To dzięki poświęceniu Lewisa Obama miał teraz możliwość stanąć na podium. Przemówienie okazało się sukcesem.
„Po raz pierwszy poczułem wtedy, że przykułem uwagę słuchaczy, poruszam ich, opowiadam historię, która do nich trafia”, wspominał. Wszystko doskonale się ze sobą zgrało – „temat, chwila, sposób wygłoszenia mowy”5.
Obama powoli odnajdywał własny głos. Przez kolejne dziesięć lat szlifował swój styl między innymi w trzecim miejscu, w którym nauczył się przemawiać: w sali wykładowej. Nawet jako senator stanu Illinois wykładał na wydziale prawa University of Chicago, gdzie prowadził zajęcia z prawa konstytucyjnego, praw obywatelskich i praw wyborczych. „Staję przed salą pełną studentów i myślę: »Nie zawalę tego«”, wspominał. „To właśnie tam nauczyłem się swobodnie prowadzić długi dialog z rozmówcami”.
Obama kontynuował ten dialog w czwartym z miejsc, gdzie miał szansę szlifować swoje zdolności komunikacyjne – podczas swoich pierwszych kampanii politycznych. Wygłaszał mowy na spotkaniach z wyborcami w ratuszach miejskich i kościołach, przemawiał w senacie stanowym w Springfield, a w 2000 roku ubiegał się o miejsce w Kongresie – były to w jego życiu jedyne wybory, które przegrał. „Kiedy pierwszy raz wystartowałem do Kongresu”, opowiadał, „miewałem skłonność, by w pewnych sytuacjach, takich jak debata czy spontaniczne wystąpienia, wyliczać punkty programu, ciekawostki i cele polityczne, zamiast opowiadać historie. Mówiłem zbyt abstrakcyjnie, brzmiałem jak kujon i w rezultacie zanudzałem publiczność. Miałem po prostu za mało wprawy”. Brakowało mu praktyki. „Musiałem się nauczyć, jak wygłaszać skuteczne, spontaniczne przemówienia przed większymi grupami nieznanych mi osób, kiedy jestem pod presją”.
Cztery lata później, mając zdecydowanie więcej wprawy, Obama wykorzystał całą zebraną dotąd wiedzę podczas przygotowań do najbardziej stresującego wystąpienia w swoim dotychczasowym życiu.
Pracowałem wolontariacko jako autor przemówień na konwencji Partii Demokratycznej w Bostonie w 2004 roku i doszły mnie pogłoski, że senator stanowy z Illinois, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, a który miał wygłosić przemówienie programowe, jest naprawdę dobrym mówcą. Zadbałem więc o to, żeby o czasie znaleźć się w sali głównej wśród licznych delegatów odzianych w czerwień, biel i granat6.
Barack Obama wszedł na scenę z uśmiechem, klaskając w dłonie i machając do tłumu, poprawił mikrofon i rozpoczął przemówienie od przedstawienia się zgromadzonym na sali oraz milionom widzów zasiadających przed telewizorami.
Mój ojciec był zagranicznym studentem, urodzonym i wychowanym w małej kenijskiej wiosce. W dzieciństwie pasał kozy i chodził do szkoły pokrytej dachem z blachy falistej. (…) W trakcie studiów w Ameryce poznał moją mamę. Urodziła się w małym miasteczku po drugiej stronie świata, w Kansas. (…) Rodzice nadali mi afrykańskie imię – Barack – które oznacza „błogosławiony”, wierzyli bowiem, że w tolerancyjnej Ameryce imię nie stanowi przeszkody na drodze do sukcesu.
Otaczający mnie tłum wiwatował.
Stoję tu dziś wdzięczny za różnorodność swojego dziedzictwa. Stoję przed wami świadom, że moja historia jest częścią większej historii Ameryki, że jestem dłużnikiem wszystkich, którzy byli tu przede mną, i że w żadnym innym kraju na świecie moja historia nie miałaby szansy się ziścić.
Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że w kolejnych szesnastu minutach mowy Obamy zawarta była cała zdobyta przez niego przez lata wiedza dotycząca wygłaszania przemówień. Dzielił się historiami ludzi, których miał okazję wysłuchać w swoim rodzinnym Illinois. Momentami jego mowa nabierała rytmu kazań wygłaszanych z ambon przez pastorów, którym niegdyś się przysłuchiwał. Nie mówił do nas, ale rozmawiał z nami – prowadził dialog, konwersację. Zamiast recytować listę suchych danych i ciekawostek, snuł głębszą opowieść o tym, kim jesteśmy jako kraj, jakie wyznajemy wartości, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy:
Wciąż jednak istnieją tacy, którzy starają się nas poróżnić. (…) Mam im dziś do powiedzenia jedno: nie ma Ameryki liberalnej i Ameryki konserwatywnej – są Stany Zjednoczone Ameryki. Nie ma Ameryki Czarnych, Ameryki Białych, Ameryki Latynosów i Ameryki Azjatów – są Stany Zjednoczone Ameryki.
Nigdy dotąd nie słyszałem kogoś, kto przemawia w ten sposób – kto z takim przekonaniem mówi o różnorodności nie jako słabości, którą można cynicznie wykorzystać do celów politycznych, ale jako sile, którą należy pielęgnować i kultywować; kto nie tylko oddaje tej różnorodności głos, ale ją uosabia, nazywając siebie „chudym dzieciakiem o dziwacznym imieniu, który wierzy, że w Ameryce jest miejsce także dla niego”.
„Nie ma wątpliwości”, powiedział mi po latach jego doradca David Axelrod, „że Obama nie mógłby wygłosić tego przemówienia, gdyby nie mierzył się przez lata z pytaniami o własną tożsamość. Wiedział, kim jest, i dobrze rozumiał, jak jego historia go ukształtowała”.
Był skutecznym mówcą, bo wiedział, kim jest.
Pomyślałem o drodze, którą przebył Obama, gdy wciąż rozważałem, czy przyjąć zaproszenie do wygłoszenia przemówienia w Finlandii. Im dłużej zastanawiałem się nad tym, jak Obama rozwijał się jako mówca, jak początkowo zmagał się z trudnościami i jak nad sobą pracował, tym mocniej wierzyłem, że i ja mogę stać się lepszy.
Inspiracją okazał się dla mnie również ktoś, kogo zobaczyłem w telewizji – chłopiec imieniem Brayden.
„Twoje niedoskonałości są twoim darem”
Pewnego letniego dnia 2020 roku trzynastoletni Brayden Harrington odebrał telefon i przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
Zaproszono go do wygłoszenia przemówienia. W telewizji krajowej. Przed milionami widzów.
„Byłem w szoku”, wspominał później.
Brayden dorastał w małym miasteczku Boscawen w New Hampshire i był zupełnie zwyczajnym dzieciakiem. W wolnym czasie grał w piłkę z kolegami albo oglądał w telewizji mecze Boston Celtics. Jego ulubionymi przedmiotami w szkole były angielski i przyroda, z których dostawał dobre stopnie.
Wygłoszenie przemówienia do widzów w całym kraju dla każdego byłoby szalenie stresującym zadaniem. Brayden był tylko dzieckiem. „Nie byłem zbyt pewny siebie”, przyznał. Chłopiec mierzył się z dodatkową trudnością: jąkał się.
W rzeczywistości właśnie z tego powodu otrzymał zaproszenie od organizatorów letniej konwencji Partii Demokratycznej. Kilka miesięcy wcześniej poznał Joe Bidena, który prowadził wówczas kampanię prezydencką w New Hampshire. Nagranie z ich spotkania, podczas którego dwie osoby borykające się z wadą wymowy nawiązują porozumienie oparte na wspólnym doświadczeniu, obiegło internet.
Brayden był rozdarty. Czuł się zaszczycony, że zaproponowano mu wygłoszenie przemówienia podczas tak ważnego wydarzenia. Nosił w sobie jednak bolesne wspomnienia ze szkoły, kiedy jego wada wymowy wzbudzała chichot innych uczniów. „Czasem mnie przedrzeźniali”, wspominał. Obawiał się, że występ w telewizji okaże się jeszcze gorszym doświadczeniem. „Bałem się, co ludzie o mnie pomyślą”.
Przez następnych kilka dni Brayden zastanawiał się, co zrobić. Im dłużej o tym myślał, tym częściej w jego głowie pojawiała się myśl: „Mogę zainspirować wiele osób”.
Postanowił, że wygłosi przemówienie.
Przez kilka kolejnych tygodni Brayden z pomocą rodziny pracował nad treścią wystąpienia, a autor przemówień delegatów konwencji pomógł mu zredagować tekst. Brayden włączył też do swojej mowy zaproponowane przez jego młodszą siostrę, Annabelle, zdanie: „Wszyscy chcemy, żeby świat czuł się lepiej”. Ćwiczył czytanie przemówienia na głos – pewnego dnia wygłosił je ponad dwadzieścia razy. Ale kiedy nadszedł dzień wystąpienia, presja go przerosła.
„Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa”, wspominał. „Wybuchłem płaczem”.
Rodzice zapewnili go, że nie musi występować. Ale Brayden był zdeterminowany. „Chciałem, żeby inne dzieci, które mają tę samą wadę wymowy, uwierzyły w siebie”.
Wreszcie podczas tygodniowej konwencji, która z powodu pandemii COVID-19 odbywała się wirtualnie, Brayden i jego bliscy zebrali się w jego sypialni, gdzie ustawiona była kamera. Jego młodszy brat, Camden, wygłupiał się i stroił zabawne miny, żeby pomóc Braydenowi trochę się rozluźnić.
Brayden, trzymając w ręce kartkę z tekstem, wziął głęboki oddech, wyprostował się i rozpoczął swoje przemówienie. Zająknął się. Zaczął od początku. Znów się zająknął. Zaczął więc jeszcze raz. Zrobił sobie przerwę, wrócił do pokoju i spróbował ponownie. Potrzebował kilku podejść, ale w końcu mu się udało. Kilka dni później jego twarz pojawiła się na ekranach w całym kraju.
„Cześć. Mam na imię Brayden Harrington i mam trzynaście lat”, zaczął, błyskając odsłoniętym w uśmiechu aparatem na zębach. Siedząc w różowym T-shircie na tle biurka i podręczników szkolnych, opowiadał o swoim spotkaniu z Bidenem, który powiedział mu, że obaj są „członkami tego samego klubu”.
„My…”, zaczął Brayden, wziął głęboki oddech i spojrzał na trzymaną w dłoni kartkę z tekstem. Ale słowa utknęły mu w gardle.
Spuścił wzrok. Wydał z siebie krótkie „s” i zamknął oczy, jakby próbował wyciągnąć z ust potrzebne słowo. Nic. Wziął kolejny oddech.
Wreszcie słowo się pojawiło.
„…się jąkamy”.
Co kilka zdań jakieś słowo stawało mu w gardle. Ale za każdym razem ruszał dalej. „Wszyscy chcemy, żeby świat czuł się lepiej”, powiedział, a siedząca na drugim końcu pokoju Annabelle uśmiechnęła się z dumą. „Wszyscypotrzebujemy świata, który czuje się lepiej”.
Przemówienie Braydena składało się zaledwie z około dwustu słów. Trwało niecałe dwie minuty. Ale „było to najbardziej przerażające zadanie, jakie wykonałem w życiu”, wyznał mi, gdy kilka lat później zapytałem go, jak udało mu się tego dokonać. Odwagę pomogły mu znaleźć słowa jego mamy: „Twoje niedoskonałości są twoim darem”.
Wkrótce ludzie na całym świecie dziękowali Braydenowi za to, że podzielił się z nimi swoim darem. Jego wystąpienie zrobiło furorę w internecie. Pojawiły się rozmaite hashtagi, między innymi #BraydenHarrington20447.
„Przez lata oswoiłem się ze swoją wadą wymowy”, powiedział mi Brayden. „Nie traktuję jej jak coś, co mnie definiuje. Wierzę, że możemy to, co w naszym życiu złe czy bolesne, obrócić w coś dobrego”.
„Wiele osób nie zabiera głosu, bo się boją. Ale jeśli pojawia się taka możliwość, warto spróbować. To, co masz do powiedzenia, jest ważne”.
Twoja historia jest wartościowa
Droga Obamy jako mówcy i odwaga Braydena, który stanął twarzą w twarz ze swoim lękiem, stanowią dla nas wszystkich ważną lekcję: nikt z nas nie jest „urodzonym mówcą”. Publiczne przemawianie to umiejętność – i jak każdej umiejętności można się jej nauczyć i ją doskonalić, zaczynając od historii o nas samych, którą sobie opowiadamy.
Ja też starałem się z czasem lepiej zrozumieć własną historię i być z niej dumny. Nie chodziło jednak o historię, którą tak długo opowiadałem sam sobie, o opowieść, w której określałem swoją wartość poprzez porównywanie się z innymi i poprzez to, kim nie jestem. Chodziło o to, kim jestem naprawdę i jak moja historia mnie ukształtowała. A jeśli do opowiedzenia jest większa historia, której mogę czuć się częścią, to mówi ona o tym, że kiedy mamy miłość i wsparcie otaczających nas ludzi, możemy się rozwijać – w pracy, w życiu osobistym i w każdej dziedzinie, którą dla siebie wybierzemy.
Dlatego też jestem nieopisanie wdzięczny moim rodzicom, którzy oszczędzali każdy grosz i podejmowali się dodatkowych prac, żeby poprawić sytuację naszej rodziny oraz dać mnie i moim siostrom szansę na zdobycie wyższego wykształcenia. Wiele zawdzięczam moim cierpliwym mentorom – w tym prezydentowi Obamie – którzy nauczyli mnie, jak słuchać, jak pisać i jak się komunikować. Dziś mogę spojrzeć wstecz na przebytą przez siebie drogę, która kiedyś wydawała mi się nie do pokonania: drogę dzieciaka z rodziny robotniczej, który trafił do Białego Domu, gdzie pomagał prezydentowi Stanów Zjednoczonych przemawiać do ludzi na całym świecie na temat naszych wspólnych wartości i nadziei. Oto moja historia – ta, którą wreszcie zacząłem sobie opowiadać. Zajęło mi to wiele (zbyt wiele) lat, ale w końcu odnalazłem swoją historię. Kiedy rozważałem, czy wygłosić przemówienie w Finlandii, w mojej głowie odezwał się inny głos.
Twoja historia jest wartościowa.
Twój głos jest ważny.
Zasługujesz na to, żeby znaleźć się na scenie, w takim samym stopniu jak inni.
Kochajmy swoje historie – ponieważ poczucie bezpieczeństwa, miłości i przynależności, którego wszyscy potrzebujemy, ma swój początek w naszych sercach. To naprawdę proste. Wielu z nas jednak się z tym zmaga. Nasze wątpliwości i brak pewności siebie, nasze traumy i ból, doświadczone często w młodości, obniżają nasze poczucie wartości i przesłaniają nam piękno naszego wyjątkowego życia. Wierzymy w hierarchiczność – prawdziwą lub wyimaginowaną – zgodnie z którą jesteśmy mniej wartościowi od innych albo w mniejszym stopniu zasługujemy na to, by znaleźć się w centrum uwagi.
Lektura zgromadzonych w tej książce przemówień pozwoli ci zrozumieć, że aby stanąć przed innymi i wygłosić słowa, które trafią im do serca, a być może także zmienią ich sposób myślenia, nie trzeba pochodzić z bogatej rodziny, mieszkać w najlepszej dzielnicy, być absolwentem najbardziej elitarnej szkoły ani posiadać najwyższych kwalifikacji w swojej firmie.
Trzeba tylko uwierzyć, że ma się coś do powiedzenia i że jest się właściwą osobą, by to powiedzieć.
Wreszcie i ja postanowiłem uwierzyć w siebie. Miałem dość lęku przed wystąpieniami publicznymi. Nadszedł czas, by zaryzykować. Zadzwoniłem do Anttiego i powiedziałem: „Zrobię to”.
Przez kilka kolejnych miesięcy starałem się przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyłem się jako autor przemówień, i wykorzystać tę wiedzę do przygotowania własnej prezentacji. W kolejnych rozdziałach podzielę się tym z wami.
Dalsza część w wersji pełnej
Wstęp. Jak mówimy
1 Chiazm jest figurą retoryczną, w której drugi człon zdania jest powtórzeniem elementów składowych pierwszego, ale w odwrotnej kolejności. Klasycznym przykładem chiazmu są słowa prezydenta Johna F. Kennedy’ego: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie – zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”. Owszem, Obama również sięgał czasem po tę figurę, na przykład kiedy powiedział: „Moim zadaniem nie jest reprezentować Waszyngton przed wami, ale was – przed Waszyngtonem”. Najczęściej jednak retoryka Obamy zakorzeniona była w bezpośrednim i prostym języku, co odzwierciedlało jego przekonanie, że to nie przywódcy mają moc inspirowania narodu, lecz naród ma moc inspirowania przywódców. (Zauważyliście, co właśnie zrobiłem?).
Rozdział 1. Pokochaj swoją niepowtarzalną historię
1 Niektórzy badacze uważają nawet, że lęk przed wystąpieniami publicznymi może mieć podłoże genetyczne. Firma zajmująca się testami genetycznymi 23andMe poinformowała, że zidentyfikowała „ponad 800 markerów genetycznych związanych z lękiem przed wystąpieniami publicznymi”. Doktor Alisa Lehman, biolożka pracująca dla 23andMe, powiedziała mi, że niektórzy z nas „mogą być genetycznie predysponowani do odczuwania lęku przed wystąpieniami publicznymi”. W momencie pisania tej książki firma nie przeprowadziła jeszcze szczegółowej analizy danych, ale niewykluczone, że przyszłe badania rzucą na tę kwestię więcej światła.
2 Harmonogram dnia prezydenta do dziś wisi na mojej ścianie oprawiony w ramkę: „Wizyta prezydenta w Kijowie, 11 maja 1995: przywitanie w ambasadzie, wizyta w hali sportowej Ambasady Stanów Zjednoczonych w Kijowie, Uwagi: Terry Szuplat”. Jako dwudziestodwuletni młokos, a do tego Amerykanin ukraińskiego pochodzenia, musiałem się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śnię.
3 S. Pressfield, Wojna sztuki, przeł. N. Lubiejewska, Wydawnictwo OSMPOWER, Warszawa 2020, s. 166.
4 B. Obama, Dreams from My Father: A Story of Race and Inheritance, Three Rivers Press, New York 1995, s. 107–108.
5 Przemowa wygłoszona przez Obamę podczas tamtej kolacji przepadła niestety na dobre. Nie zachował notatek, a przedstawiciele Law Review nie dysponują zapisem żadnej mowy wygłoszonej tamtego wieczoru.
6 Barwy Stanów Zjednoczonych – przyp. tłum.
7 Zgodnie z planem w 2044 roku odbędą się sześćdziesiąte piąte wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych. Hashtag #BraydenHarrington2044 to sugestia, że wygra je Brayden – przyp. tłum.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Wstęp. Jak mówimy
Dasz radę
Rozdział 1. Pokochaj swoją niepowtarzalną historię
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
Przypisy
