Szklanka ambrozji - Joanna Sendłak - ebook
Opis

Powieść przedstawia losy Heraklesa. Rzeczywistość mitologii przeplata się z rzeczywistością świata współczesnego. Autorka w lekki i prowokacyjny sposób porusza odwieczne filozoficzne problemy, takie jak istota wartości, sens życia, kwestia fikcji i rzeczywistości. „Szklanka ambrozji” skłania do rozmyślań nad przebiegiem procesu twórczego, rolą wyobraźni i człowieczeństwa, które znaczy więcej niż bycie biernym odbiorcą kultury masowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Joanna Sendłak

szklanka ambrozji

Wydawnictwo Nowy Świat

© Copyright by Joanna Sendłak, 2014

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2014

Projekt okładki:

Nowy Świat

ISBN 978-83-7386-568-6

ebook ISBN 978-839-7

Wydanie I Warszawa 2014

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47

internet: www.nowy-swiat.pl

księgarnia: www.poczytajka.pl

Noc

Alkmena szła kamienną ścieżką, Zeus skierował boskie oko wprost na nią. Przypominała punkt nie większy od owada, kroczyła energicznie, stopy w sandałach wzniecały kurz.

Była tak silna jak on, pewna siebie, oczywiście na miarę ludzkich możliwości. Właśnie z nią spłodzi syna doskonalszego od zwykłych ludzi, tak postanowił. Chociaż jako Bóg miał nieograniczoną moc, nie panował nad uczuciami, zakochał się. Coś łaskotało go w brzuchu, jakby połknął mrówkę, doznanie zapierało oddech. Nie miał pojęcia dlaczego zwrócił uwagę właśnie na Alkmenę, przecież świadomością obejmował wszechświat, wykraczał poza czas, ogarniał przyszłość!

Pochylił się i uważnie spojrzał na kobietę. Nie odsłoni przed nią swojej istoty, nikt nie zniesie widoku Boga. Przybierze formę przedmiotu, którego codziennie dotyka, grzebienia lub szczotki, albo pozwoli się głaskać jak kot, dziki ptak, czy byk. Może wcieli się w postać jej męża, który od roku walczył na wojnie, żeby pomścić śmierć jej braci? Nie zaryzykuje odtrącenia, spłodzenie najsilniejszego człowieka na ziemi wymaga spokoju. Cierpliwie przygotuje spotkanie. Tymczasem objął wszechświat błyskiem intuicji i zmienił się w deszcz.

*

Pierwsza kropla spadła na rozgrzaną skórę kobiety, spłynęła po szyi na pierś. Wytarła ją niedbałym gestem. Podniosła twarz do nieba i rozchyliła wargi. Poczuła słodki smak i zdziwiła się. Nigdy nie widziała słodkiego deszczu, czy to dobry znak? Czy jej mąż wróci z wojny? Po plecach przebiegł dreszcz, jakby ktoś głaskał ją chłodnymi palcami. Gdyby wierzyła w wędrówkę myśli, pomyślałaby, że to pieszczota. Kochała Amfitriona swojego męża, bruneta o niebieskich oczach, lewą tęczówkę miał jaśniejszą od prawej, nakrapianą plamkami tworzącymi archipelag wysp, tylko jemu urodzi syna! Tęskniła tak mocno, że z żalu zacisnęła pięści.

Spojrzała w niebo, horyzont, tam gdzie stykał się z morzem był granatowy, prawie czarny. Nie zdąży uciec przed burzą, przeczeka ulewę w jaskini, a kiedy wyjdzie słońce wróci do domu, miała tyle do zrobienia!

Przyspieszyła, prawie biegła, przeskakiwała kałuże. Deszcz był gorący, podobny do koziego mleka. Dobiegła do groty i usiadła na kamieniu.

Zapadał przedwczesny zmierzch, szarość emitowała poświatę trochę pomarańczową, trochę różową. Czy zbierała zioła dłużej niż myślała? Trudno, przenocuje w jaskini, a o wschodzie słońca wróci do domu. Nagle za plecami poczuła ruch, jakieś zwierzę, czy człowiek? Bała się, zamknęła oczy i ponownie otworzyła.

Przed nią stał Amfitrion, jej mąż. Uśmiechał się wesoło, ubrany w krótką tunikę z niebieskim pasem. Podszedł i chwycił żonę w ramiona. Miał gorący oddech, ściskał ją mocno, z trudem łapała powietrze.

– Skąd się tu wziąłeś? – szepnęła zaskoczona.

– Właśnie wróciłem, jechałem do domu, ale zaczęło padać, pomyślałem, że schowam się w jaskini – mówił łagodnie, chociaż czuła jego podniecenie, zwierzęce, natarczywe, przecież dawniej był powściągliwy, nawet chłodny.

– Jesteś taka piękna, bardzo za tobą tęskniłem – wyznał i pocałował jej pierś. Oddychała szybko, myślała, że upadnie. Czuła się dziwnie, odsunęła męża i spojrzała w jego oczy. Były błękitne, przejrzyste jak u wilka. Gdzie podziały się ugrowe plamki?

– O co chodzi? Nie cieszysz się, że wróciłem? – spytał stłumionym głosem Amfitrion.

– Zaskoczyłeś mnie, tak długo nie odzywałeś się i nagle jesteś! Dlaczego nie wysłałeś posłańca z wiadomością?

– Ruszyłem pierwszy, nie traciłem czasu. Bardzo tęskniłem, jesteś taka piękna, kiedy się złościsz! Masz włosy czarne jak skała wulkanu, a oczy podobne do gwiazd. Kiedyś widziałem galaktykę o zielonych gwiazdach, po której sunął rydwan Heliosa – Amfitrion urwał i odwrócił twarz. Alkmena zdziwiła się, nigdy nie był poetą, twardo stąpał po ziemi, silny i rozsądny. Wojna go zmieniła?

– Jesteś poetą? – spytała i odsunęła się na odległość rąk. Stał bez ruchu i drżał. – Pomściłeś śmierć moich braci?

– Stało się jak obiecałem – zapewnił i Alkmena poczuła ulgę, nie opierała się dłużej. Zostanie jego kochanką, urodzi syna, tak jak planowali. W jego oczach odbił się różowy blask. Na dworze zagrzmiało i ziemia zadrżała, jakby stali na stoku wulkanu.

– Połóż się – poprosił Amfitrion i wskazał posłanie z miękkich tkanin.

Skąd wziął tyle tkanin? Przywiózł wojenne łupy? Gdzie byli jego ludzie? Alkmena dotknęła stopą czerwonej materii. Była delikatna jak skrzydło ćmy. Cofnęła nogę, zawahała się. A jeżeli śniła? Jeżeli mąż nie wrócił, tylko zaczarowała ją wiedźma, jedna ze starych kobiet, które mieszkały w górach, zbierały zioła i odprawiały tajne obrzędy? W jaki sposób przekona się, że nie śni?

– Połóż się, odpocznij, zaraz przyjdę, tylko nakarmię konie – poprosił Amfitrion i niczym duch zniknął w ciemności.

Alkmena zdjęła mokre ubranie i wytarła ciało. Starannie ułożyła suknię na skale i okryła się warstwą tkanin. Poczuła ciepło i zapach kwiatów, jakby w powietrzu wirowały płatki róż. Z daleka dochodziły pomruki burzy, ale tu, wewnątrz jaskini, przy świetle pochodni czuła się bezpieczna, jakby objęły ją ramiona kosmosu, gorące i zimne jednocześnie. Zamknęła oczy i czekała.

*

Zeus wyszedł przed jaskinię i podniósł ręce do nieba. Dotknął palcami chmur i szepnął coś, co zabrzmiało jak grzmot. Ponad koronami drzew pojawił się rydwan zaprzężony w węże. Gady wiły się i syczały, było ich tak wiele, że powożący rydwanem Helios nie potrafił zatrzymać pojazdu. Okrążył drzewo oliwki i zeskoczył na pobliską gałąź. Przypominał sowę, która czeka na ofiarę. Niechętnie spojrzał na Zeusa.

– O co chodzi? – spytał ponuro.

– Musisz zatrzymać jutrzejszy dzień – powiedział Zeus i rozlał się po niebie gęstym kożuchem chmur, ta część, która przypominała ludzkie oczy, przywarła do Heliosa światłem księżyca.

– To niemożliwe, co pomyślą ludzie? – zdziwił się.

– Nic mnie to nie obchodzi, spraw, żeby spali tak mocno, jakby dzień był nocą.

– Nie dadzą się oszukać, nie wszyscy!

– Owszem, dadzą, nie są wszechwiedzący jak my, bogowie.

– Nawet jeśli rozkażę godzinom wyprząc zaprzęg i wygaszę słoneczne ognie, czas nadal będzie płynął – westchnął Helios.

– Czas to odczucie subiektywne, ludzie myślą, że postrzegane fakty są teraźniejszością, szeregują zdarzenia w pamięci, wyciągają wnioski. Nie potrafią ogarnąć całości jako takiej. Jeżeli nie zobaczą zmian, w ich umysłach czas zleje się w masę podobną do snu. To oczywiste drogi Heliosie, masz wątpliwości?

Zeus ponownie przybrał postać Amfitriona. Helios patrzył krytycznie.

– Dla kogo ta maskarada? – spytał z sarkazmem.

– To sprawa osobista – uciął i poprawił białą tunikę.

– Znowu kobieta! Mam wstrzymać dzień dla kobiety, zwykłej ziemianki!? Nadużywasz władzy! Jeśli ktokolwiek spyta, dlaczego zaniedbałem swoje obowiązki, powiem, że chodziło o zaspokojenie twojego pożądania! – ostrzegł.

– Nikomu nie powiesz ani słowa, nikt niczego nie zauważy! Ludzie to małe istoty podobne do mrówek, o ciasnych umysłach, chociaż myślą, że panują nad światem.

– A jeśli się mylisz? Może to my jesteśmy projekcją ich umysłów? – spytał Helios.

– Znam przyszłość, oprócz wynalazków, zwykłych zabawek, których zastosowania nie potrafią nawet przewidzieć, nie wymyślą niczego nowego. Będą tacy jak dziś, nieprzewidywalni, irracjonalni i krótkowzroczni!

– Dobrze, jeżeli chcesz, dzisiejsza noc będzie trwała trzydzieści sześć godzin – warknął Helios i skinieniem dłoni przywołał węże, które podpełzły z sykiem. Wsiadł do rydwanu i odjechał.

Zeus patrzył na dolinę oświetloną blaskiem księżyca, potem odwrócił się i wszedł do jaskini.

*

Nie wiedziała dlaczego Amfitrion tak długo nie wracał, zamknęła oczy i czekała z napięciem. Przed jaskinią coś szeleściło, chyba zerwał się wiatr, kołysał koronami drzew, strząsał dojrzałe oliwki, które pozbiera rano po drodze do domu. Położyła dłonie na brzuchu. Kim będzie istota, która dziś powstanie? Zamieszka w Tebach czy w Mykenach? Może urodzi syna? Zostanie matką najsilniejszego człowieka na świecie, mądrego, który dorówna bogom i pomoże ludziom. Miała takie przeczucie – mój syn zostanie bogiem – wyszeptała i przestraszyła się własnych myśli. Kim będzie? Wojownikiem, politykiem, mówcą, poetą? Amfitrion nie miał specjalnych zdolności, syn odziedziczy przejrzyste tęczówki – myślała.

Nagle Alkmena zobaczyła wysoką kobietę, która uśmiechała się kwaśno, z pogardą.

– Zniszczę twojego syna, utrudnię mu życie, pokrzyżuję wszystkie plany! – podkreśliła z siłą.

– Dlaczego?

– Nie pozwolę z siebie kpić, żaden mężczyzna nie będzie mnie oszukiwał, zwłaszcza mój mąż Zeus! – krzyknęła i ziemia zakołysała się, jak hamak potrącony wiatrem.

– Nie znam Zeusa. Moim mężem jest Amfitrion.

– Tak myślisz? Nie jesteś zbyt mądra – parsknęła nieznajoma.

– Kim jesteś? – spytała Alkmena, ale kobieta zaczęła znikać. Rozpływała się wolno, z ociąganiem.

Do jaskini wrócił Amfitrion.

– Co się stało? – spytał z troską i rozebrał się.

Był silny i umięśniony, śniada skóra błyszczała w świetle pochodni. Położył się obok niej. Alkmena przytuliła się i zapłakała. Wytarł jej łzy i zaczął całować policzki.

– Z kimś rozmawiałaś?

– Przyszła obca kobieta, wysoka i zła.

– Nikogo nie ma, to twoja wyobraźnia – powiedział bez przekonania.

– A jeżeli poza naszym światem istnieje świat bogów? Jeżeli wszystko jest zaplanowane? Całe życie i przyszłość naszego syna?

– Skąd wiesz, że urodzisz syna?

– Powiedziała, że zatruje życie synowi Zeusa, a przecież nie znam Zeusa!

– Więc nie masz się czym przejmować – uspokoił ją i przycisnął do siebie. Zaczęli się kochać, ostrożnie, delikatnie. Alkmena zacisnęła wargi i szeroko otworzyła oczy.

Postać ukryta w cieniu obserwowała ich, czerwonawe oczy przypominały wrota piekła. Alkmena widziała je, kiedy mąż osiągnął spełnienie. Kobieta utkana z cienia parsknęła oburzona, Amfitrion spojrzał w ciemność, ale niczego nie zobaczył, zmęczony rozkoszą. Skóra kochanki pachniała miętą i rumiankiem, poczuł coś w rodzaju wdzięczności, jakby cofnął się do dzieciństwa, kiedy sypiał w hamaku rozpiętym między drzewami. Jego syn będzie tak silny jak on. Nikt temu nie przeszkodzi, żadna bogini, nawet jego żona Hera! Alkmena dotknęła jego ręki.

– Myślisz, że bogowie istnieją? – spytała szeptem.

– Oczywiście, taki jest świat – zapewnił.

– Czy ludzie ich przypominają?

– Jesteście tacy sami tylko śmiertelni.

– My? Uważasz się za boga?

– Jestem bogiem! – zaśmiał się i uniósł na łokciu. Patrzył w jej oczy, zielone niczym woda. Cenił materialną pewność istnienia, zapach i konsystencję skóry, która przypominała jedwab. Czarne włosy tworzyły gęstą zasłonę, spadały na plecy jak wachlarz z ptasich piór. Miał wiele kochanek, ale żadna nie dorównywała Alkmenie. Temida urodziła mu Pory Roku i Trzy Mojry, Eurynome powiła Charyty, a piękna Mnemozyna, z którą kochał się przez dziewięć nocy była matką Trzech Muz. Z nimfą Styks miał córkę Persefonę. Rządził niebiosami, był panem świata. Ale czy powinien powiedzieć prawdę ziemskiej kochance? Teraz, kiedy ją uwiódł i był rozluźniony, nie musiał dbać o pozory. Ziewnął i wyszedł z ciasnej formy, która tworzyła iluzję ciała Amfitriona. Światło bijące z rozedrganej aury rozjaśniło grotę.

– Dlaczego zrobiło się jasno? – spytała Alkmena.

– Chyba nie będziesz zła jeśli urodzisz syna silnego jak bóg? – spytał Amfitrion, jego głos dziwnie dudnił, jakby w oddali szalała burza.

– Życie kogoś wyjątkowego może być trudne – zauważyła i zasłoniła oczy wierzchem dłoni. Blask był nie do zniesienia. Czy traciła rozum?

– Nawet boski syn nie może być pewny pomyślnego losu, ale będę go chronił. Co twoim zdaniem zapewnia szczęście? Posiadanie przedmiotów, czy wewnętrzne zadowolenie z tego co się robi? Niech żyje w zgodzie ze sobą. Nie możesz go zmuszać do zwykłej egzystencji, powinien być wolny – powiedział i uniósł się nad ciałem Amfitriona, które na oczach Alkmeny zaczęło znikać, aż na czerwonej tkaninie została tylko kropla potu. Do jej ciała wniknął wiatr. Unosiła się, doleciała do sufitu i zatrzymała, w dole widziała rzeki i łąki, które falowały w świetle księżyca, podczas gdy ona leżała na posłaniu w objęciach olbrzyma o lśniącym ciele z falującej materii podobnej do lawy. Zaczęła unosić się wyżej i wyżej, aż wypełzła z groty i poszybowała do gwiazd, gdzie nad atmosferą ziemi jechał rydwan zaprzężony w węże. Pojazd stanął i mężczyzna o twarzy puchacza powiedział:

– Zatrzymałem dzień i uśpiłem ludzi, zobacz sama – zaproponował i pomógł Alkmenie wsiąść do rydwanu. Kiedy znalazła się wewnątrz, spojrzała w dół. Na łóżku leżała naga kobieta. Nie była podobna do niej, zbyt chuda i koścista.

– Kto to?

– Ty! – powiedział spokojnie Helios.

– Ja jestem tutaj i patrzę na nią, nie mogę jednocześnie być tam, nie mogę obserwować siebie – wskazała palcem łóżko.

– Możesz. Widzisz fragmenty, ale możesz poczuć absolutne trwanie. Poza granicą, do której dociera intuicja brakuje słów na opisanie rzeczywistości. Stworzyliśmy język, ale jesteśmy bezsilni. Może tajemnica jest niewyrażalna, może jest milczeniem?

– Nic nie rozumiem – przestraszyła się Alkmena.

– Czy potrafisz zmienić jej los, zwłaszcza jeżeli nią jesteś? – spytał i zaczął się śmiać. Potem położył dłoń na jej ramieniu i wypchnął z rydwanu. Spadała szybko, wirowała głową w dół, czuła na twarzy świst powietrza, a kiedy uderzyła w ziemię zrozumiała, że znalazła się w ciele nagiej kobiety.

*

Spróbowała poruszyć się. Czuła ból głowy i suchość w ustach, jakby nie piła od tygodnia. Usiadła i rozmasowała skronie. Ostrożnie wstała z łóżka i podeszła do lustra. Zobaczyła chudą dziewczynę o czerwonych włosach, która patrzyła zielonymi tęczówkami ledwo widocznymi spod spuchniętych powiek. Zrobiła krok do tyłu i odwróciła się. Odbicie niewielkich pośladków zaniepokoiło ją. Nigdy nie była taka szczupła i nie czuła się tak zmęczona. Nie miała też czerwonych włosów, tylko czarne jak skrzydła kruka. Jednak im dłużej patrzyła na własne odbicie, tym słabiej pamiętała przeszłość, jakby bycie Alkmeną zacierało się, a jej świadomość opanowała myśl o imieniu Ane.

Dziewczyna, którą się stała nazywała się Ane Klam. Była studentką polonistyki i wczoraj poszła na wykład znanego pisarza, laureata międzynarodowej nagrody literackiej, autora bestselerowej powieści opartej na greckiej mitologii. Bohaterem powieści był Herakles. Po wykładzie podeszła do pisarza, który zaprosił ją na kolację. Poszli do restauracji w centrum miasta i Ane pokazała mu fragment swojej twórczości, jedno opowiadanie. To pamiętała dokładnie, zamówiła homara i szampan, na deser lody czekoladowe i kieliszek koniaku. Pisarz dotykał jej dłoń i poklepywał po nadgarstku w takt czytanych półgłosem zdań. Co kilka chwil podnosił oczy i przewiercał ją ciekawym wzrokiem, jakby dawał do zrozumienia, że właśnie odkrył wspaniałą prozę, lepszą od jego własnej, od powieści ekranizowanej przez renomowaną wytwórnię filmową z gwiazdorską obsadą aktorów światowej sławy.

– Świetnie piszesz, masz prawdziwy talent – podkreślił i nachylił się do jej ucha. Odgarnął czerwone włosy i szepnął.

– Jeśli ci pomogę zrobisz coś dla mnie?

– Wszystko! – zapewniła z entuzjazmem Ane. Nie zasłużyła na takie szczęście. Dlaczego właśnie ją zabrał na kolację sławny pisarz?! To było jak sen, jakby weszła do świata fikcji i siedziała obok superbohatera, który zbawiał świat siłą własnego umysłu. Pan Suze, nie potrafiła wymówić jego imienia, chociaż bardzo naciskał, patrzył uważnie, a kiedy kończyła deser położył jej dłoń na kolanie i pogłaskał udo. Palce sunęły wyżej i wyżej, aż dotknęły gorącego wnętrza i dłoń przywarła do niej niczym krab. Jego wargi podpełzły do ucha.

– Chodźmy do pokoju – szepnął i wstali. Ane wypiła za dużo, albo coś było w szampanie, bo z trudem łapała równowagę. Pan Suze zebrał kartki jej opowiadania i położył na stole pieniądze. Skinął na kelnera, który podbiegł i chwycił banknoty. Wsiedli do windy i pojechali na ostatnie piętro. Z okiem apartamentu widziała całe miasto, jakby płynęła na chmurze i była wachlowana przez skrzydła mitologicznych stworów, istniejących tylko w wyobraźni pisarza.

– Spójrz, mamy u stóp cały świat – zażartował pan Suze i zaczął ją rozbierać. Poddawała się bezwładnie, wypiła kolejny kieliszek szampana, którego zamówił do pokoju i upadła na łóżko. Działo się coś dziwnego, nigdy tak nie czuła się po alkoholu. Pomarszczone dłonie pana Suze ścisnęły małe piersi i miętosiły niczym piłki do treningu dłoni, wdarł się w nią i poruszał gwałtownie. Ane zamknęła oczy i czekała aż skończy. Tak bardzo liczyła na rozmowę, pisarskie porady, porozumienie. W końcu upadł zmęczony na jej brzuch i zachrapał. Odsunęła jego głowę i zamknęła oczy. Chciała pójść do łazienki, ale nie mogła wstać. Coś obezwładniło ją i sparaliżowało myśli. Zamknęła oczy i usnęła.

Teraz, kiedy stała przed lustrem i patrzyła na swoje ciało, zbyt chude, o wystających kościach bioder i łopatek, małe piersi i czerwone włosy, nie mogła zrozumieć kim jest. Co stało się z radością życia, którą dawniej odczuwała? Znikła razem z pisarzem, który zdematerializował się jak duch. Na wszelki wypadek zajrzała do łazienki i pod łóżko, otworzyła drzwi szafy, nawet szufladę biurka. Sprawdziła podłogę, może zostawił jakąś kartkę, która spadła porwana przeciągiem. Nie znalazła najmniejszych śladów jego obecności.

Poszła do łazienki i stała pod prysznicem, mydliła ciało, żeby zgubić jego zapach. Wytarła się szorstkim ręcznikiem. Założyła spódnicę, obcisłą bluzkę i ostatni raz wyjrzała przez okno. Poranek był słoneczny. Miasto pod jej stopami przypominało rafę koralową. Pomiędzy wieżowcami, gdzieś na dnie bezgłośnie sunęły sznury samochodów, z tej odległości ludzkie postacie były małe jak odchody much. Czuła się przejrzysta, zawieszona w irracjonalnej przestrzeni stworzonej przez własny umysł, samotna i zła. Wzięła torebkę i wyjęła telefon. Przecież zapisała jego numer! Znalazła hasło Zeus Suze i nacisnęła zieloną słuchawkę. Nikt nie odpowiadał, monotonne buczenie sygnału spotęgowało jej niepokój. Kopnęła leżącą na podłodze szklankę i trzaskając drzwiami wyszła z pokoju. Szła czerwonym korytarzem pośród dziesiątek identycznych hotelowych drzwi, które różniły się tylko numerami, jak dni mijającego życia. Zjechała windą do recepcji i oddała elektroniczny klucz.

– Kiedy wyjechał pan Suze? – spytała obojętnym tonem.

– O świcie zamówił taksówkę na lotnisko, zostawił coś dla pani i uregulował rachunek za dwie doby – podkreślił recepcjonista.

– Dwie doby? – zdziwiła się Ane – jaki dziś dzień? – spytała i wzięła od niego paczkę zawiniętą w szary papier.

– 24 czerwca – powiedział patrząc na ekran monitora – uśmiechnął się znacząco i przylepił wzrok do jej piersi. Ane chrząknęła.

– Pan Suze nie zostawił żadnej wiadomości? – spytała cicho.

– Tylko tę paczkę – podkreślił recepcjonista.

Wyszła na dwór i szybkim krokiem ruszyła przez miasto, w stronę mieszkania, które wynajmowała razem ze swoim chłopakiem. Co mu powie? Jak wytłumaczy nieobecność? Dlaczego go zdradziła?

Ane Klam weszła do pierwszego baru, w którym sprzedawano kawę. Usiadła na wysokim stołku i obrała paczkę z szarego papieru. Zobaczyła sztywną okładkę najnowszej powieści Zeusa Suze – Herakles współczesny. Drżącą ręką otworzyła książkę i przeczytała dedykację – Ane, wdzięczny autor. Zatrzasnęła ze złością i przewertowała wszystkie strony, niczym talię kart. Poczuła zapach farby drukarskiej i uspokoiła się. Wiele godzin swojego dzieciństwa spędziła na czytaniu książek, otoczona ciszą, teraz przegrała swoją szansę. Wydruk opowiadania zniknął razem z pisarzem, którego uważała za boga. Wypiła zamówioną kawę i wyszła na ulicę, zrezygnowana stanęła na przystanku autobusu, który miał zawieźć ją do mieszkania. Ponad jej głową, przeleciał rejsowy samolot do Aten, wewnątrz niego, wygodnie rozparty na fotelu siedział Zeus Suze.

O świcie uciekł z hotelu, gdzie na łóżku leżało chłodne ciało młodej dziewczyny, której podczas kolacji podał pigułkę nasenną. Spała mocno i nie miała pojęcia, że w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin kochał się z nią kilka razy. Teraz czuł się rozluźniony i senny. Wychylił szklankę soku z niewielką ilością alkoholu i westchnął. Gdyby po starcie samolotu spojrzał na miasto, zobaczyłby kłębowisko domów, dzielnice parkowe o zielonych strzępach drzew i ledwo widoczne samochody, może dostrzegłby autobus, do którego właśnie wsiadła Ane Klam, jedna z jego przypadkowych kochanek, których miał dziesiątki, podczas wielu podróży związanych z promocją książki i filmu opartego na powieści. Gdyby każdej dziewczynie poświęcał więcej uwagi, traciłby cenny czas przeznaczony na pisanie, jednak Ane Klam zapamięta. Wyjął z kieszeni zmięte kartki i wygładził ostrożnie. Pisała lepiej od niego, zwięzłą frazą w rytmie galopu. Zdania zapadały w pamięci, kreśliły linię melodyczną. Zrobi kilka poprawek, przetłumaczy i opublikuje tekst jako własny, wydawcy stale proszą go o coś nowego, to będzie powiew zapomnianej młodości. Popełnił tylko jeden błąd, podał dziewczynie prawdziwy numer swojego telefonu. Odruchowo spojrzał na aparat, sygnał był wyciszony, kiedy zadzwoni nie odbierze. Wiele kobiet próbowało się z nim skontaktować, korzystał ze sławy, karmił się ich uwielbieniem. Wiedział, że życie szybko przemija, ale jego dzieła będą nieśmiertelne.

Samolot wylądował punktualnie i pan Suze szedł korytarzem ateńskiego lotniska, niczym bóg, powiewając połą białego płaszcza, gładko zaczesane siwe włosy lśniły w promieniach słońca niczym skrzydło gołębia, a czerwone buty wysuwały się z białych nogawek lnianych spodni prowokując ciekawe spojrzenia. W holu lotniska czekała na niego żona, smukła kobieta o czarnych włosach i chłodnych oczach. Wiedziała o wszystkich jego zdradach, ale wolała milczenie. Była taktowna, w zamian za życie na poziomie potrafiła zachować dyskrecję. Miała kilka samochodów, nieograniczony dostęp do konta, na które szerokim nurtem płynęły jego honoraria. Pan Suze miał gest i cenił jej zdanie. Dyskutowali na temat każdej nowej książki. Jej opinia była niepodważalna i ostateczna.

– Witaj kochanie – powiedział zdawkowo całując jej policzek, nie chciał, żeby poczuła od niego alkohol.

Rahe przywitała go z uśmiechem, ale zimno. Wiedziała o nowej kochance. Opóźnił przylot o dwie doby pod pretekstem odbycia spotkania z wydawcą. Oczywiście zadzwoniła do agenta, dowiedziała się, że jej mąż zniknął bez wieści. Nie była naiwną nastolatką, która dwadzieścia lat temu zakochała się w nieznanym pisarzu, tylko muzą wielkiego artysty, bez której nie potrafił tworzyć. Nie zmartwiła się, był zależny od niej, tak samo jak od seksu i codziennej dawki alkoholu. Dopóki jego powieść była tłumaczona na wiele języków i sprzedawana na całym świecie, tolerowała zdrady. Lubiła odwiedzać plan filmowy, rozmawiać z aktorami o ekranizacji prozy. Nawet jeżeli już niczego więcej nie napisze, pieniędzy wystarczy do końca życia. Świat został dziwnie urządzony, znała wielu pisarzy lepszych od Zeusa Suze, jednak jego sława wynikała z mieszaniny cech charakteru i zbiegów okoliczności, była iluzją harmonii, która w każdej chwili groziła upadkiem.

W kieszeni pana Suze zawibrował telefon, na jego wargach pojawił się cyniczny uśmiech drapieżnika, który degustuje krew ofiary niczym wytrawny znawca win.

– Dzwonił już chiński wydawca? – spytał żony, a ona potwierdziła. Tłumaczenia na daleki wschód zapewnią zastrzyk gotówki, a ekranizacja filmowa pozwoli na podróże. Wyjął komórkę i zerknął na numer, dzwoniła Ane Klam, wyobraził sobie blade ciało śpiącej dziewczyny, jej minę zaraz po obudzeniu, kiedy zorientowała się, że minęło trzydzieści sześć godzin od chwili kiedy zaprosił ją na kolację i uśmiechnął się. Na tym wyobraźnia pana Suze urywała się, nawet on nie potrafiłby opisać stanu ducha Ane Klam, w chwili, kiedy wysiadła z autobusu na obrzeżach miasta, na ulicy przy której wynajmowała mieszkanie ze swoim chłopakiem. Spojrzała w okno pierwszego piętra i zobaczyła głowę Rona. Chłopak cofnął się, jakby to ona przyłapała go na zdradzie. Poczuła skurcz przełyku. Kiedy wkładała klucz do zamka, gwałtownie otworzył drzwi.

– Gdzie byłaś? – spytał ostro.

– Musiałam nagle wyjechać – głos Ane drżał.

– Bez uprzedzenia? Gdzie?

– Do znajomej, potrzebowała pomocy.

– Mogłaś mnie zawiadomić!

– Bateria wysiadła.

– Aparat był włączony, dzwoniłem setki razy.

– Niedawno go naładowałam.

– Nie kłam!

– Daj mi spokój!

– Jak chcesz!

Ron wbiegł do pokoju. Otworzył szafę i zaczął wciskać ubrania do plecaka. Ane patrzyła na gwałtowne ruchy i twarz skurczoną wściekłością. Wiedział o jej zdradzie, ktoś zobaczył jak po wykładzie wsiadła do taksówki z panem Suze. Na spotkaniu było wielu znajomych, ktoś uczynny zadzwonił do Rona.

– Przepraszam – szepnęła, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. Ron Amfiti spojrzał zaskoczony, nie spodziewał się kapitulacji.

– Zdradziłaś mnie ze starcem, który mógłby być twoim ojcem tylko dlatego, że jest znany!? – krzyknął, cisnął plecak do przedpokoju i wyszedł na klatkę schodową. Nie patrząc na nią zatrzasnął drzwi. Została sama. Podbiegła do okna. Widziała jak biegł ulicą i zniknął za rogiem. Dlaczego to zrobiła? Przecież kochała go, tak myślała. Mieszkali razem przez cztery lata, całe studia i nagle taka katastrofa! W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin straciła dwóch mężczyzn. Jak opłaci czynsz za wynajmowane mieszkanie?

Ane usiadła na kanapie i zaczęła płakać, łzy były słone jak morze. Czy wszystkie kobiety, we wszystkich czasach cierpiały podobnie jak ona? Miała nierealne oczekiwania, myślała, że druga istota czuje to samo co ona. Co za iluzja! Teraz nie była pewna nawet własnych zmysłów! Chciała być silna, ale bała się, strasznie się bała. Podeszła do lustra i spojrzała na swoje włosy. Wyglądała jak prostytutka, sprowokowała pana Suze. Miała wrażenie, że jej wnętrze zamieszkują dwie istoty, jedna poważna i skupiona, druga rozwichrzona i naiwna. Może śniła o byciu tą drugą?

*

– Miałam dziwny sen – powiedziała Alkmena do Amfitriona, który leżał obok niej na posłaniu. – Wydawało mi się, że jestem kobietą o czerwonych włosach, a ty jesteś bogiem. Jechałam po niebie rydwanem zaprzężonym w węże i staruszek podobny do sowy, pokazał mi świat przyszłości. To było przerażające, czułam się taka samotna! Niczego nie rozumiałam. Przecież świat nie jest zły, pełen oszustwa, opiera się na prawdzie i pięknie! – zawołała podniesionym tonem. Mąż objął ją i przytulił.

– Oczywiście kochanie, to tylko sen, zobacz jaki prezent przywiozłem dla ciebie – powiedział i zza pleców wyjął złote naczynie. Alkmena spojrzała zdumiona.

– To puchar Karchezyjski, który dostał Telebos po ojcu Posejdonie, jest twój, podarujesz go naszemu synowi, kiedy dorośnie.

– Dlaczego sam mu go nie dasz?

– Nie wiem czy będzie okazja, nasze dziecko będzie niezwykłe – podkreślił Amfitrion i podniósł do góry naczynie. Było ciężkie i masywne, ciała węży wiły się wokół okrągłej formy, wpełzały do wnętrza naczynia. Alkmena podniosła puchar i patrzyła uważnie.

– Jest piękny Amfitrionie – szepnęła i pocałowała go w usta.

– Już świta, wracajmy do pałacu.

Wstał z ociąganiem. Na opalone ciało narzucił tunikę i zasznurował sandały. Podszedł do wyjścia jaskini.

– Przestało padać – zawołał i wyszedł na zewnątrz.

Alkmena postawiła puchar na podłodze i ubrała się. Była bardziej zmęczona dzisiejszą nocą, niż dniem spędzonym na zbieraniu ziół. Nie przypuszczała, że miłość tak wyczerpuje. Zrobiła kilka kroków i oparła się plecami o wilgotną ścianę groty. Przed oczami przeleciały kolorowe światła. Głęboko odetchnęła i podniosła puchar, wyszła przed jaskinię. Słońce właśnie zaczęło wschodzić, pomarańczowe promienie prześwietlały niebieskawą mgłę. Na horyzoncie niebo łączyło się z wodą, między skałami rosły krzewy kosodrzewiny. Coś zaszeleściło, pewnie Amfitrion szykuje konie, pomyślała i poszła w tamtym kierunku. Odgarnęła zarośla i zobaczyła brązowe oczy kozicy, jej nozdrza drgnęły ostrzegawczo, odbiła się od skały i znikła za zakrętem. Amfitriona nigdzie nie było. Wykrzyknęła jego imię, a echo podjęło głos. Chwilę nasłuchiwała, w końcu poczuła złość, zawinęła puchar w skrawek sukni, podniosła zebrane zioła i małą dróżką zaczęła schodzić w dół zbocza. Czy to możliwe, żeby świat, który dotychczas znała nie był jedynym dostępnym światem? Czy gdzieś żyje istota podobna do niej? Samotna i rozczarowana kobieta, dla której jedyną osobą na jaką mogła liczyć, była ona sama?

Zbiegła na dno doliny i szła drogą w kierunku miasta. Kamienne mury odbijały słońce, cienie w oliwnym sadzie skurczyły się i Alkmena schowała się przed upałem w swoim pokoju.

– Gdzie mój mąż? – spytała niewolnicy, która wyszła jej na powitanie.

– Jeszcze nie wrócił z wojny – przypomniała zaskoczona staruszka.

– Nie przyszedł do pałacu?

Galantis zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie widziano go gdzieś w okolicy? Nie przysłał niewolnika, ani koni? – dopytywała się Alkmena.

– Od rana kiedy wyszłaś po zioła nic się nie wydarzyło – podkreśliła Galantis i obrzuciła swoją panią zatroskanym wzrokiem.

– Bardzo padało w nocy?

– Nie padało, całe przedpołudnie jest słoneczne, czy zbiory się udały? – spytała i wyciągnęła dłoń po rośliny schowane w rulonie lnianej tkaniny – zaniosę do kuchni – powiedziała i odeszła sennym krokiem osoby, która całe życie spędzała w kuchni. Rozłożyła zioła na kamiennym blacie i ze zdziwieniem patrzyła na zwiędłe gałązki. Zwykle rośliny zerwane rano, po południu były zielone i sprężyste, te zwiędły, jakby przez całą dobę leżały w upale. Nadawały się tylko do suszenia. Galantis oddzieliła miętę od rumianku, rozmaryn od lubczyku, zawiązała pęczki białą nitką i powiesiła pod sufitem. Zioła powiewały jak miotełki, odpędzały zbyt wrażliwe na ziemskie zapachy dusze zmarłych. Kiedy podniosła głowę zobaczyła zarys kobiecej postaci. Stała oparta o kamienny stół i obserwowała zioła. Miała czerwone oczy i wysoko upięte włosy.

– Nie jestem zmarłą duszą, jestem boginią – stwierdziła cedząc słowa. – Przyszłam uprzedzić cię, że Alkmena zwariowała. Spytaj swojej pani czy spędziła noc ze swoim mężem – zaśmiała się z pogardą i palcem poruszyła pęczek ziół. Potem odwróciła się i znikła w korytarzu. Galantis wybiegła z kuchni i bez uprzedzenia wbiegła do pokoju Alkmeny.

– Zobaczyłaś ducha? – spytała na widok staruszki.

– Tak, kiedy wieszałam zioła przyszła kobieta o czerwonych oczach.

– Ach tak? – ręka Alkmeny zatrzymała się i grzebień z kości upadł na podłogę.

– Powiedziała, że spędziłaś noc ze swoim mężem Amfitrionem, ale przecież on jeszcze nie wrócił z wojennej wyprawy, nie ma go od roku!

– Mówiła prawdę, mój mąż zaraz przyjedzie, pewnie pojechał po towarzyszy, chociaż zachował się brzydko.

– Ale zioła zwiędły – wypaliła Galantis.

– Rwałam je wczoraj, zanim spadł deszcz – wyjaśniła Alkmena.

– Nie było deszczu, a ty wyjechałaś dzisiaj rano – przypomniała niewolnica i opuściła powieki.

– Nie zwariowałam, skąd wzięłabym ten puchar? – zawołała Alkmena i wskazała złote naczynie ozdobione wijącymi się ciałami węży. Galantis podniosła puchar i obracała w dłoni naczynie, zdziwiona spojrzała na Alkmenę.

– To prezent od Amfitriona. Dzisiaj w nocy był w jaskini, podobnie jak ja schował się przed burzą – powiedziała, schyliła się, podniosła grzebień i zaczęła czesać włosy.

Galantis odwróciła się i wyszła z pokoju. Wieczorem usłyszała ruch na patio, wyszła z kuchni. Ogrodnik powiedział, że w porcie widziano Amfitriona. Razem z innymi niewolnikami wybiegła z pałacu i ze szczytu wzgórza patrzyła na tuman kurzu, z którego wyjechały konie. Mąż Alkmeny galopował przodem, za nim jego towarzysze i rydwany. Galantis poczuła strach. Może byli zjawami, a wczoraj w nocy prawdziwy Amfitrion został schwytany przez boginię o czerwonych oczach? Odwróciła się i pobiegła uprzedzić Alkmenę. Jej pani spała na łóżku zasłoniętym materiałem.

– Wraca Amfitrion – zawołała z przejęciem.

– Powiedz mu, że jestem zmęczona, on wie dlaczego – burknęła i odwróciła twarz do ściany.

– Nie mogę, tak nie można! Jest twoim mężem, spędził rok na wojnie!

– Odejdź, chcę spać – szepnęła Alkmena i zamknęła oczy.

Galantis wyszła za próg i stanęła w korytarzu. Po godzinie usłyszała kroki Amfitriona. Zatrzymał się przed nią, zakurzony, zmęczony, brudny.

– Witaj Galantis, jak czuje się pani?

– Jest chora, śpi!

– Obudzi się, ucieszy – powiedział i stanowczym gestem odsunął staruszkę. Podszedł do łóżka i odsunął lekką tkaninę. Zobaczył plecy Alkmeny i czarne włosy, tęsknił do jej zapachu. Usiadł i położył rękę na ramieniu żony.

– Odejdź, jestem zmęczona – szepnęła cicho.

– To ja, Amfitrion.

– Wiem, odejdź, jeszcze nie odpoczęłam.

– Co robiłaś?

– Kochałam się przez całą noc! – wypaliła Alkmena i zaskoczony Amfitrion cofnął dłoń.

– Z kim? – spytał i poczuł nagły przypływ zmęczenia, jakby trud całorocznej wyprawy osiadł na plecach jak kurz.

– Z tobą – powiedziała Alkmena i odwróciła do niego twarz. Zobaczył spuchnięte powieki i blade policzki. Nie miała gorączki, patrzyła dziwnie, niemal wrogo.

– Właśnie przyjechałem, całą noc płynąłem statkiem, nie żartuj Alkmeno, zależało mi na spotkaniu z tobą. Pomściłem śmierć twoich braci, tak jak obiecałem – przypomniał.

– Już mówiłeś, ale rano zostawiłeś mnie, wyszedłeś bez pożegnania, sama wracałam do domu, byłam na ciebie zła. Po takiej nocy zwyczajnie wyszedłeś z jaskini, zostawiłeś mnie samą i myślisz, że będę się z tobą kochała? Znowu? Jesteś nienasycony! I jak wyglądasz? Śmierdzisz! Umyj się, potem porozmawiamy – parsknęła i odwróciła się do ściany.

Amfitrion wstał i wyszedł z pokoju. Na progu dziwnym wzrokiem spojrzał na starą Galantis i zniknął na zakrętem korytarza. Alkmena zwariowała, czy mówiła prawdę? A jeśli oszalała z tęsknoty za nim, jak powinien zareagować? Wierzyć jej, czy zaprzeczać, przywołać dowody nieobecności?

W pokoju rozebrał się i wszedł do ciepłej kąpieli, leżał bez ruchu, w luksusie, o którym marzył przez ostatni rok. Po godzinie zawołał niewolnika.

– Przyprowadź starego Terezjasza – powiedział i wytarł umięśnione ciało szorstkim materiałem. Natarł się oliwą i włożył białą tunikę, tę, którą przed podróżą podarowała mu Alkmena. Wyszedł z pokoju i wrócił do pokoju żony. Nadal spała odwrócona twarzą do ściany, czy podczas ostatniej doby nie zmrużyła oka? Usiadł obok niej i dotknął czarnych włosów. Obudziła się, spojrzała na niego, zawieszonego między jawą i snem, bardziej podobnego do wspomnienia, niż realnej istoty. Jego oczy były jakieś inne, jedna tęczówka jak dawniej była ciemniejsza od drugiej, nakrapiana ugrowymi plamkami. Alkmena uśmiechnęła się na wspomnienie nocy i odepchnęła jego dłoń.

– Odejdź, jeszcze ci mało, wszystko mnie boli. Kochaliśmy się tyle razy, w moim brzuchu rośnie twój syn, silny jak bóg, tak jak mówiłeś.

– Nie rozmawialiśmy o naszym synu – Amfitrion zmartwił się jeszcze bardziej. Alkmena nigdy nie kłamała, była silna i uczciwa, myślał, że nigdy go nie zdradzi, kłamstwo było sprzeczne z jej naturą. Niejeden żołnierz mógłby zazdrościć jej odwagi! Teraz jednak kłamała, przecież ostatniej nocy płynął statkiem po morzu Jońskim, na pewno nie kochał się z nią w jaskini!

– Zaskoczyłeś mnie, to było bardzo przyjemne – westchnęła Alkmena i zanim odpowiedział, usnęła. Oddychała szybko, przypominała ptaka, który doleciał do brzegu wyspy i zmęczony spadł na kamienie.

Amfitrion poszedł do kuchni. Galantis coś gotowała, ogień paleniska skwierczał, w powietrzu pachniało pieczenią.

– Wieczorem przyjdzie Terezjasz, nakarm go odpowiednio.

– Ten stary wróżbita? – Galantis dołożyła do ognia drewnianą szczapkę. Amfitrion przytaknął i wyszedł, a staruszka zaczęła obierać warzywa. Wrzuciła je do wielkiego kotła i czekała aż się ugotują.

O zmroku na progu kuchni stanął Terezjasz, energiczny, jakby przed chwilą upolował byka.

– Wracam od twojej pani – powiedział przyjacielsko i usiadł przy ogniu.

– Myślisz, że oszalała?

– Alkmena ma się znakomicie, jest trochę zmęczona, nie można się dziwić, poczęcie boskiego potomka bywa męczące dla ziemskiej istoty – powiedział i wytarł siwą brodę wierzchem dłoni. Zjadł kilka łyżek zupy i wypił kubek wina. – Szykuj kołyskę kobieto! – zawołał radośnie.

– Czyje to dziecko? – spytała trwożnie Galantis.

– Jak to czyje, Zeusa! – z rozmachem uderzył kolano. – Będziesz miała dużo pracy, ten dzieciak nieźle narozrabia! O nic więcej nie pytaj, nie mogę zdradzić przyszłości. Powiem tylko, że ostatnia noc była iluzją, podobnie jak upływ czasu. Tylko z wyższej perspektywy można ogarnąć całość istnienia! – jego głos drżał, zerwał się i wybiegł z kuchni. Przez okno widziała jak biegł kamienną ścieżką w dół doliny, żeby w tajnych obrzędach poprosić bogów o łaskę dla siebie, Alkmeny i całego świata, który powoli ogarniała noc.

Helios ukryty wśród liści oliwki patrzył na starca. Terezjasz znał jego tajemnicę, ale ten fakt niczego nie zmieni. Wiedział, że w nocy Amfitrion wtargnie do pokoju Alkmeny i zgwałci żonę, żeby rozładować wściekłość i strach. Nowina Terezjasza przeraziła go. Kiedy stary wróżbita zniknął za zakrętem, Helios zeskoczył z gałęzi i poszybował w kierunku morza.

*

Ane Klam spała, w oddali brzmiał dźwięk dzwonka. Nie potrafiła wyrwać się z bezwładu, który przytłaczał ją od kilku dni. Ron nie dawał znaku życia, pan Suze nie odbierał telefonu, Ane miała wrażenie, że dryfuje na tratwie, która unosi się na oceanie. Nie potrafiła zmusić się do działania, nawet nie miała siły iść do sklepu po zakupy. Zjadła całe zapasy z lodówki i makaron z szafki. Otworzyła oczy, ktoś miarowo naciskał dzwonek, dźwięk wiercił otwór w czaszce Ane i potęgował strach. A jeśli to Ron? W końcu wstała i otworzyła drzwi. Zobaczyła koleżankę z roku, wysoką blondynkę, Niki Pep, córkę jakiejś figury z rządu, o której nikt niczego dokładnie nie wiedział.

– Co się z tobą dzieje, nie odbierasz telefonów, nie odpowiadasz na maile, myślałam, że wyjechałaś – weszła bez pytania do pokoju. – Straszny tu smród! – energicznie otworzyła okno. Usiadła na kanapie i wbiła niebieskie tęczówki w twarz koleżanki.

– Ron mnie zostawił – głos Ane brzmiał płaczliwie, nie potrafiła powstrzymać łez, obecność Niki była wybawieniem, jakby zderzyła się z kutrem rybackim, który zabierze ją na brzeg.

– U mnie też nie najlepiej, zerwałam z chłopakiem, zdradzał mnie – oświadczyła Niki.

– Zrobię kawę – zaproponowała Ane.

Usiadły w kuchni i czekały, aż elektryczny czajnik wyłączy się z trzaskiem. Kawa pachniała bezpieczeństwem.

– Dlaczego zdradziłaś Rona, byliście taką dobrą parą, wszyscy myśleli że weźmiecie ślub – spytała Niki.

– Cały świat już wie? – Ane Klam stłumiła atak paniki. W głosie Niki słyszała nutę potępienia.

– Flirtowałaś z tym staruchem bez skrępowania, na oczach wszystkich!

– Nie wiem co mnie napadło, to było silniejsze ode mnie, jakbym nagle straciła wolę, myślisz, że drugi człowiek potrafi opanować czyjś umysł, wyssać myśli i wykorzystać słabości?

– Bzdura! Chciałaś pójść z nim do łóżka, każdy ma wolną wolę i możliwość wyboru.

– A przeznaczenie?

– Nie ma czegoś takiego, robimy to, co chcemy! – potrząsnęła głową Niki i poklepała Ane po ramieniu. – Nie martw się, może Ron wróci, zrozumie jak bardzo cię kocha? Lecę, spotkamy się na zajęciach – powiedziała, odstawiła pustą szklankę do zlewu i wyszła z mieszkania.

Ane usiadła za biurkiem i otworzyła komputer. Zalała ją fala korespondencji dotyczącej studiów. Ostatni rok nauki dla Ane Klam zacznie się zaskakująco smutno.

*

Alkmena spała przez dwie doby. Kiedy obudziła się usiadła na łóżku i zawołała starą Galantis.

– Co się stało? Dlaczego tak długo spałam?

– Nie wiem moje dziecko, niektóre zdarzenia są niezrozumiałe, lepiej nie pytaj!

– Dlaczego?

– Nie zmienisz przyszłości, nie uciekniesz przed przeznaczeniem!

– Nie chcę uciekać! – zapewniła buńczucznie Alkmena i wstała. Poczuła zawrót głowy i oparła się o ramię Galantis.

– W twoim stanie musisz być ostrożna – przypomniała staruszka.

– W jakim stanie?

– Spodziewasz się dziecka, twój syn przyjdzie na świat podczas wiosennego przesilenia. Wróżbita Terezjasz przepowiedział przyszłość.

– Urodzę syna?

– Pół boga, pół człowieka, którego ojcem jest Zeus!

– To niemożliwe, kochałam się tylko z Amfitrionem! – zawołała Alkmena, a Zeus, który obserwował kochankę oparty o skrawek burzowej chmury wiszącej tuż za jej oknem, zaczął się śmiać. Kobieta była śmiesznie mała, pozbawiona dystansu do siebie i świata, ograniczona. Ale gdyby rozszerzył jej rozumienie, zwariowałaby, niezdolna zrozumieć złożoną egzystencję. Jej ziemski mózg nigdy nie pozna prawdy bezpośrednio, musiała używać słów. W relacji z rzeczywistością tworzyła obrazy, namiastkę prawdy obiektywnej. Tymczasem On, Pan Wszechświata widział bezpośrednio. Oczywiście miewał słabości, dlaczego nie? Przypominał człowieka, lubił wylegiwać się na obłokach i ciskać gromy w kierunku ziemi. Uwielbiał głośne eksplozje i hałas, którym przerażał stworzenia. Dla zabawy gromadził nad horyzontem chmury i mocno ściskał, aż na lądy spadały kaskady wody, rzeki występowały z koryt, a morskie fale dotykały nieba. Śmieszył go chaos i panika ale szybko się nudził, wygładzał niebo, zjadał chmury i zabierał deszcz, rzeki wysychały, morza kurczyły się do rozmiarów jezior. Czasami stwarzał nowe zwierzęta, zabijał całe plemiona, albo wzniecał galaktyki. Jednak ponad wszystko lubił obserwować ludzkie zachowania, poznawać ich przyczyny. Śmieszyła go powaga z jaką kruche istoty podchodziły do błahych spraw, jakby od drobiazgów zależały losy świata! Co za dziwne stworzenia! Ale, kiedy patrzył na Alkmenę, która za dziewięć miesięcy urodzi jego syna, najsilniejszego człowieka na świecie, tracił dystans. Była kobietą uczciwą, nie dopuszcza do siebie myśli o zdradzie. Uczciwość przekaże synowi w genach. Czy to wystarczy żeby był lepszy od innych? Będzie silny, przekroczy dualizm życia i śmierci. Będzie na tyle sprytny i inteligentny, że przechytrzy wszystkich wrogów. Zeus energicznie zatarł dłonie i na sady oliwne spadł obfity deszcz. Woda bębniła o piaszczyste wzgórze, między kamieniami formowały się rwące strumyki, które slalomem płynęły w dół.

Alkmena podeszła do okna i wystawiła na zewnątrz dłoń. Deszcz był ciepły, niemal gorący. Posmakowała kroplę i poczuła strach. Woda miała słodki smak. Co to znaczyło? Tak smakowała miłość boga? Odwróciła się speszona, po plecach przebiegł dreszcz rozkoszy, jakby kochanek głaskał jej łopatki i całował kark. Co się z nią działo? Spojrzała na Galantis, staruszka sprzątała pokój. Zeus uśmiechnął się i na horyzoncie zapłonęło słońce. Promienie podświetliły krople wody, rozszczepione światło błysnęło kolorami tęczy. Gdyby ludzie wiedzieli ile uczuć wkładał w kreowanie piękna, gdyby zdawali sobie sprawę z istnienia harmonii barw, świateł, dźwięków i form, nie zajmowaliby się błahymi sprawami, tylko skupili na kontemplowaniu świata. Uwielbiał harmonię, ale jego syn będzie najpiękniejszy! On, Zeus zajmie się Alkmeną do czasu porodu – tak myślał szybując przy brzegu morza jako wiatr północny, potem wzniósł się i jednym susem wskoczył na masyw Olimpu. Dla kogoś, kto podczas słonecznej pogody szedł kamienną drogą, góry wydawały się niebieską kreską zamykającą horyzont. Z okna pałacu Zeus nie widział Ziemi, tylko wolno sunące obłoki, na jednym z nich leżała jego żona Hera. Wbiła w mgłę długą rurkę, przez którą obserwowała powierzchnię planety. Miała skupioną twarz, obserwowała ludzi podczas pracy i poprawiała treść przyszłych zdarzeń. Kiedy na ziemi zapadła trzydziestosześciogodzinna noc, której nikt nie zauważył, Hera poczuła złość. Ukryta w jaskini patrzyła na miłosne zmagania Zeusa. Wściekłość uwierała ją w okolicach wątroby. Odwróciła się na drugi bok i obrzuciła męża pytającym wzrokiem. Nie musieli wypowiadać słów, żeby się rozumieć, a jednak wygrała konwencja.

– Jak się czujesz mój drogi? – spytała oschle.

– Znakomicie, od dawna nie czułem się tak dobrze! – zapewnił.

– Nic dziwnego, seks odmładza – parsknęła Hera i jej oczy błysnęły czerwonym światłem.

– Gdybyś nie była taka wyniosła, nadal byśmy się kochali – zauważył Zeus.

– Oskarżasz mnie o rozbicie naszego związku?

– Nikt nie mówi o końcu małżeństwa, potrzebuję odrobiny tolerancji!

– Coś takiego! Jesteś bezczelny! Zmieniasz dzień w noc tylko po to, żeby zaspokoić własne żądze i oczekujesz, że będę tolerancyjna? – głos Hery zadudnił pośród mgieł i nad masywem przetoczył się błysk.

– Jako istota wyższego rzędu mogłabyś wznieść się ponad ziemskie uczucia zwykłej kobiety!

– A Ty mógłbyś zrezygnować z seksu! – podkreśliła cynicznym tonem i jej oczy jeszcze poczerwieniały, do ciała męża przywarły punkciki podobne do kropek laserowych celowników snajpera.

– Nie chodziło tylko o seks, chociaż Alkmena dała mi rozkosz, począłem syna, który stanie się najsilniejszym człowiekiem na ziemi, będzie równy bogom! – warknął Zeus i odwrócił się bokiem, w głębi duszy czuł niesmak i wstręt, Hera była boleśnie złośliwa. Przed ślubem nie znał jej, zaślepiony pożądaniem, o którym dawno temu zapomniał.

– Żaden człowiek nie dorówna Bogom! – przypomniała tonem nauczycielki.

– Mój syn nie będzie śmiertelny, zadbam o to. Urodzi się jako potężny władca, nazwę go Herakles na twoją chwałę, tyle mogę zrobić.

– Nie przekupisz mnie, nigdy nie wybaczę ci zdrady!

– Daj spokój Hero, nie jesteś zwykłą ziemianką o ciasnych horyzontach, pomyśl o dobru ludzkości, wznieś się poza własne ograniczenia, oczywiście jeśli to możliwe – warknął i zgniótł niewielki obłok, który wypłynął z jego dłoni strugą ulewnego deszczu. Hera poczuła ukłucie urażonej ambicji i przymknęła oczy.

– Nie jestem małostkowa – zapewniła – obiecam, że pierwsze niemowlę, które przyjdzie na świat przed zapadnięciem zmroku, w dniu wiosennego przesilenia, zostanie władcą domu Perseusza, króla Myken. Zgadzasz się? Przysięgnij na naszą miłość!

– Dobrze, cieszę się, że doszliśmy do porozumienia – Zeus poczuł ulgę. Spod przymkniętych oczu patrzył na Herę, która znowu stała się piękna, jak w dniu ślubu. Jej skóra pachniała pomarańczami, a włosy były delikatne jak pajęczyna. Może jednak kochała go skoro wybaczyła zdradę? Uśmiechnął się. Mgła odsłoniła zieloną dolinę. Na dnie, pod krzewem oliwki siedziała Alkmena. Zeus nie wiedział ile czasu na nią patrzył, chyba długo bo brzuch kochanki znacznie się powiększył, a zima przeminęła. Wokół rozkwitły kwiaty, brzęczały owady. Patrzył w milczeniu. Kiedy koncentrował na niej uwagę, prawie dotykał jej karku palcami. Mógł podnieść ją i podrzucić do nieba, albo zgnieść w dłoni i resztki wytrzeć o szczyty gór. Jednak nie robił żadnego gestu, wstrzymał oddech i delikatnie zaszeleścił listkami oliwki. Dziecko w brzuchu Alkmeny przewróciło się na drugi bok i kobieta pomyślała, że wewnątrz niej skoczyła ryba. Ostatnich kilka miesięcy minęło jak sen, czasami nie wiedziała, czy spacerowała po łąkach, czy kwiaty rosły wewnątrz jej snów. Mąż po wizycie Terezjasza wpadł do jej sypialni i siłą zmusił by się kochali, od tamtej nocy unikał jej. Potem długo leżała w ciemności, nasłuchiwała odgłosów z korytarza, czuła się samotna. Chociaż pokonał Teleboejczyków i Tafijczyków, Alkmenie wydawał się słaby. Jej towarzyszką stała się Galantis, dbała o nią, jak o córkę. Gotowała specjalne potrawy i czesała jej włosy. Czasami siadała obok i powtarzała proroctwo Terezjasza, mówiła, że jej syn zostanie najsilniejszym człowiekiem na ziemi. Dotykała brzucha dziewczyny i mruczała zaklęcia.

Galantis była przesądna, na szczęście więcej nie spotkała kobiety o czerwonych oczach, ale w nocy miała dziwny sen. Stała na środku kuchni i mieszała rybną zupę, kiedy wewnątrz bulgoczącej cieczy zobaczyła odbicie czerwonych oczu. Poczuła strach, ciemna ciecz zawrzała i zanim Galantis zdążyła się obudzić, zrozumiała, że z garnka dobiega rozmowa. Pochyliła głowę, pomiędzy rybimi ogonami i tartymi warzywami dostrzegła wnętrze komnaty. Wysoka czarnowłosa kobieta o czerwonych oczach rozmawiała ze swoją córką, tak zrozumiała Galantis, chociaż wcześniej nie widziała młodej dziewczyny o złotych włosach i zielonych oczach. Jej matka krzyczała.

– Nie pozwolę, żeby nieślubny syn Zeusa został władcą Myken, kiedy nadejdzie odpowiedni dzień, zabierzesz ojca na przejażdżkę rydwanem, pojedziecie gdziekolwiek, odwiedzisz ciotkę Afrodytę, albo starego Heliosa.

– Nie lubię Heliosa, ma brodę jak puszczyk i brzydko pachnie.

– Ate, nie po to cię wychowałam, żebyś była niewdzięczna. To tylko jedno popołudnie, kiedy Zeus dowie się o podstępie, będzie po wszystkim. Jego nieślubny bękart nigdy nie obejmie tronu Myken! Po moim trupie! – krzyczała kobieta i Galantis obudziła się. Usiadła na łóżku i z trudem chwytała oddech. Podsłuchała rozmowę o podstępie, którego ofiarą padnie nienarodzony syn Alkmeny. Co powinna zrobić? Czy mogła powstrzymać przeznaczenie? A może sen był tylko wyrazem niepokoju? Wstała i poszła do kuchni, napiła się wody i do wschodu słońca siedziała przy oknie. O świcie poszła do Alkmeny i siadła w nogach łóżka.

– Zdaje się, że niedługo zaczniesz rodzić – powiedziała spokojnie.

– Czuję się znakomicie!

– Dobrze, będą Ci potrzebne siły, chociaż nie można zmienić przeznaczenia – westchnęła staruszka.

– Co masz na myśli?

– Nic ważnego, o nic się nie martw, odebrałam wiele porodów – uspokoiła ją Galantis i wyszła z pokoju.

Alkmena spojrzała na niebo. Był piękny gorący dzień, niedługo zacznie się lato, najbujniejsza pora roku, pełna energii i radości. Nic nie zniszczy wewnętrznej harmonii, którą odczuwała od chwili zajścia w ciążę, miała wrażenie, że ktoś opiekuje się nią, jakby mieszkała wewnątrz rybiego pęcherza, osłonięta od przykrości. Ciekawe, czy tak czują się wszystkie kobiety oczekujące narodzin dziecka? – myślała Alkmena i na dnie świadomości pojawił się obraz dziewczyny o czerwonych włosach, którą kiedyś widziała we śnie. Postać rosła i powiększała się, jakby ona, Alkmena nagle zaczęła zsuwać się po pochylni, jej dłonie nie potrafiły uchwycić niczego namacalnego. Spadała coraz szybciej, aż zrozumiała, że zaczęło się dziać coś niepokojącego.

*

Pod koniec sierpnia Ane Klam zorientowała się, że jest w ciąży. Ojcem dziecka był pisarz Zeus Suze, co do tego nie miała wątpliwości. Stała w łazience, patrzyła na kreski ciążowego testu i czuła strach. Paraliżujący lęk samotnej kobiety, której wszystkie dotychczasowe plany znikły jak iluzja. Co teraz zrobi? Czy poradzi sobie z niemowlakiem, bez pracy i skończonych studiów, bez możliwości zarobienia na mieszkanie? Czy rodzice jej pomogą? Wróciła do pokoju, chwyciła telefon i nacisnęła numer pana Suze. Znowu nie odebrał. Poczuła bezsilną złość. Napisała SMS-a z informacją o ciąży i natychmiast wysłała. Telefon Zeusa Suze zawibrował na stole jadalni, po której w kwiecistym szlafroku kręciła się jego żona Rahe. Mąż właśnie wyszedł do przedpokoju żeby sprawdzić, czy w porannej poczcie nie ma listu od japońskiego wydawcy, który zajmował się tłumaczeniami jego książek na daleki wschód. Listu nie znalazł, a kiedy wrócił do kuchni zwabiony zapachem jajecznicy smażonej na wędzonym boczku, przysmaku zakazanego przez lekarzy, zastał żonę pochyloną nad swoim talerzem z miną pensjonarki, która dostała wiadomość o ślubie własnej matki. Spojrzał na telefon i błyskiem intuicji pojął, że dzwoniła jedna z jego byłych kochanek. Usiadł i z rozmachem zagarnął telefon ciężką dłonią, wydał pomruk zachwytu i pochylił się nad smażonym jajkiem, pożółkłą kupką na środku talerza, która bardziej przypominała psie odchody, niż smaczne danie. Powstrzymał się od komentarza i zaczął dłubać w zawartości talerza. Żona siedziała naprzeciw, żuła skórkę od chleba i patrzyła obojętnie. W końcu wstała i bez słowa wyszła na taras. Usłyszał trzaśnięcie balkonowych drzwi i błyskawicznym ruchem wydobył z kieszeni telefon. Tak jak przypuszczał, ostatnie nieodebrane połączenie było od Ane Klam, dawno zapomnianej studentki, którą uwiódł dwa miesiące temu. Niedługo znane czasopismo literackie opublikuje nowe opowiadanie Zeusa Suze, którego była autorką. Czego chciała? Czy ktoś odkrył jego tajemnicę? Nie, to było absolutnie niemożliwe. Siedział w ateńskim mieszkaniu i patrzył na Akropol, podczas gdy ona wegetowała w zimnym, północnym kraju, całkowicie nierealna, oddalona i zredukowana do rangi fikcyjnej postaci z jego powieści. To on, Zeus Suze był panem świata. Żadnych innych wiadomości nie znalazł, nie nagrała się na sekretarkę, nie była natarczywa, jak inne kobiety. Osobiście nie miał nic przeciwko niej, a Rahe pogodzi się z faktem kolejnej zdrady. Słyszał jak z brzękiem przestawiała donice na tarasie, ukrywała rośliny w cieniu, niczym tajemnice. Kiedyś podejrzewał, że każdy zasadzony przez żonę kwiat odpowiadał jego zdradzie, dziś taras przypominał bujny ogród. Lubił siedzieć wśród roślin i patrzeć na Akropol o zachodzie słońca lub w nocy, oświetlony reflektorami, podobny do korony nasadzonej na czaszkę śpiącego Zeusa. Oczywiście nie miał zamiaru kontaktować się z Ane Klam, to była przeszłość, wczoraj poznał atrakcyjną pracownicę muzeum i pod pretekstem zbierania materiałów do nowej powieści umówił się z nią na spotkanie. Spojrzał na zegarek, za dwie godziny na szczycie Akropolu będzie miał randkę, jego żona mogłaby obserwować go przez lornetkę, gdyby nie czuła się zbyt wypalona, żeby zwracać uwagę na jego zdrady. Zeus Suze na wszelki wypadek postanowił wcześniej wyjść z mieszkania. Wyrzucił zwęglone szczątki jajecznicy do kosza na śmiecie i bez słowa wyszedł na korytarz. Kiedy drzwi trzasnęły za jego plecami, żona wróciła do kuchni. Chwyciła słuchawkę telefonu i zadzwoniła do Ane Klam.

– Dzwonię z sekretariatu Zeusa Suze – powiedziała chodnym tonem sekretarki. Głos dziewczyny zastygł w oczekiwaniu, więc ciągnęła dalej. – Proszę podać adres, pan Suze zamierza się z panią skontaktować w ciągu nadchodzącego miesiąca. Ane podała niezbędne dane i rozmowa urwała się. Przez chwilę słuchała ciszy, ale sekretarka znikła bezpowrotnie. Ane poczuła ulgę. Usiadła na kanapie i starała się wyrównać przyśpieszony oddech. Potem spojrzała na zegarek i energicznie wyszła z domu. Była umówiona u lekarza, który zbada ją, powie co robić dalej. Ulice pokrywała cienka warstwa deszczu, Ane Klam stąpała ostrożnie, jakby na głowie niosła jajko. Teraz nie była sama, dbała o istotę, której nie znała, czy zaprzyjaźni się ze swoim dzieckiem, a może urodzi stworzenie całkowicie obce, podobne do mężczyzny, którego właściwie nie znała? Jaki był Zeus Suze? Zły i okrutny?

W poczekalni siedziało kilka kobiet. Czekały cierpliwie, jakby ich los biegł drogą bez zakrętów. W końcu Ane znalazła się na fotelu, zamknęła oczy i czekała na koniec badania. Potem ubrała się i słuchała lekarza, który wypełniał książeczkę ciążową.

– Ciąża jest mnoga – usłyszała jak przez mgłę i poczuła zawrót głowy.

– Mogę urodzić bliźniaki? – wyszeptała.

– Owszem, za miesiąc proszę przyjść na kolejne badania. Gratuluję!

Wsunęła dokumenty do torebki i wyszła z gabinetu. Droga do domu wydawała się dłuższa niż poprzednio. Kiedy doszła do mieszkania upadła na łóżko i zakryła twarz poduszką. Co powie w domu? W jaki sposób napisze pracę magisterską? Co będzie z przyszłą pracą? Oczy Ane Klam zasłoniły łzy. Czy Zeus Suze skontaktuje się z nią? – zastanawiała się.

W tej samej chwili, Rahe Suze jechała na lotnisko, za kilka godzin wyląduje na miejscu. Jej plan był prosty. Wręczy dziewczynie sumę niezbędną do usunięcia ciąży i nastraszy tak, by nie potrafiła odmówić jej propozycji. Nie pozwoli tak się poniżać, ich córka Ate, będzie jedyną uznaną córką sławnego pisarza! Żadna podrzędna studentka nie stanie na jej drodze!

Samolot wzniósł się i pod oknami błysnęły jasne domy Aten, rozległe jak powierzchnia morza. Zobaczyła wzgórze Akropolu, biała skała odbiła słońce i Rahe przymknęła powieki, żeby blask jej nie oślepił. Doskonale wiedziała, że kilkaset metrów niżej, jej mąż trzyma za rękę następną kobietę, która uległa czarowi jego władzy. Pogardliwie wzruszyła ramionami. Był taki prymitywny jeśli sądził, że nie wiedziała o nowej randce! Ubrał się w letni garnitur i skropił markową wodą toaletową, przylizał białe włosy i nie zrobił awantury o spaloną jajecznicę, był żałośnie przejrzysty i przewidywalny. Nawet nie zauważy, że wyjechała z domu na cały dzień, wieczorem zadzwoni z informacją o ważnym spotkaniu z wydawcą. Wróci następnego dnia po południu, ledwo żywy po nocy wypełnionej seksem. Stary dureń! – wargi Rahe ułożyły się w ryjek, przez który wypływały bezgłośne przekleństwa. Uspokoiła się dopiero, kiedy miasto znikło i pod samolotem zobaczyła zielone morze usiane drobnymi wyspami. Zamknęła oczy, a kiedy po kilku godzinach otworzyła powieki otaczała ją mgła, szara i lepka. Lotnisko było zatłoczone, z trudem złapała taksówkę i podała adres Ane Klam. Jechała przez szare ulice i czuła przygnębienie. Jakim cudem ktokolwiek mógł mieszkać w tak brzydkim mieście? Wysiadła i ostro nacisnęła dzwonek. Za kilka chwil, z zawodowym uśmiechem przyklejonym do warg, witała Ane Klam, jako wysłanniczka sekretariatu znanego pisarza Zeusa Suze.

– Proszę wejść – Ane wskazała kanapę i Rahe usiadła z rozmachem.

– Pan Suze jest gotów ponieść wszelkie koszty usunięcia ciąży i leczenia, a także opłaci pani mieszkanie do czasu ukończenia studiów i znalezienia pracy. Przesyła pozdrowienia i prosi o wybaczenie – podkreśliła Rahe, wygłosiła standardowy tekst, jaki przygotowała na podobne okazje, nigdy nie usłyszała odmowy. Energicznym ruchem wyjęła książeczkę czekową i zaczęła wypełniać kwitek.

Twarz Ane Klam poczerwieniała.

– Usunąć ciążę? – spytała, jakby źle usłyszała. – Nie mam zamiaru usuwać ciąży!

– Oczywiście, istnieje możliwość oddania noworodka do adopcji – powiedziała szybko Rahe.

– Czy pani oszalała? – zawołała Ane – nie oddam moich dzieci nikomu, rozumie pani, nikomu, zwłaszcza panu Suze, niech go diabli wezmą i całą jego forsę, nie wezmę ani grosza! – krzyczała. Sekretarka wstała i położyła wypełniony czek na stole. Dziewczyna chwyciła go i nie patrząc na sumę podarła na drobne skrawki, które cisnęła w kierunku Rahe jak noworoczne konfetti. – Proszę wyjść i przekazać panu Suze, że jest skończonym draniem!

Rahe stała zaskoczona, furia dziewczyny była czymś tak irracjonalnym, że nie potrafiła zrozumieć jej słów. Czy była szalona? Działała na własną zgubę? Kierowała się wyłącznie emocjami? Jakimi właściwie? Myśli kłębiły się w jej głowie, ale nie tworzyły spójnego wyjaśnienia. Podeszła do wyjścia i dziewczyna wypchnęła ją na korytarz. Drzwi zatrzasnęły się za jej plecami. Stała bezradnie, potem ruszyła na dół. Jedyną rzeczą, o której marzyła był szybki powrót do domu, do rzeczywistości gorących Aten, ukwieconego tarasu i zacisznego apartamentu. Złapała taksówkę i pojechała na lotnisko. Po godzinie znowu siedziała w samolocie, oszołomiona irracjonalnym zachowaniem Ane Klam, którego nie potrafiła wytłumaczyć inaczej, niż szaleństwem nieszczęsnej dziewczyny.

*

Hera spacerowała po ogrodzie, który założyła na kamiennych zboczach Olimpu. Pomimo starannej pielęgnacji kwity rosnące prosto ze skał były karłowate chociaż pachniały letnim popołudniem. Jej córka Ate bujała się na hamaku utkanym z pajęczych nici, z jednej strony sznury przywierały do obłoków, z drugiej oplatały szczyty gór. Złociste włosy Ate sięgały do połowy nieba, a komuś kto patrzył z ziemi jawiły się jako poświata rzucana przez wschodzące słońce. Hera na widok córki poczuła irytację.

– Wylegujesz się, a przecież prosiłam, żebyś zabrała ojca na przejażdżkę, muszę porozmawiać z Ejlejtyją, boginią porodów.

– Zaraz przyjedzie stary Helios i ruszymy na spacer – westchnęła Ate.

– Wczoraj dowiedziałam się, że Nikippe, żona Stenolosa jest w ciąży, dopiero w siódmym miesiącu, ale to starczy, by dzieciak przeżył. Eurysteus, urodzi się przed Heraklesem i zostanie królem Myken. Zeus złożył przysięgę, że dziecko, które urodzi się przed zmrokiem w dniu wiosennego przesilenia, zostanie królem – zaśmiała się z satysfakcją złośliwej dziewczynki, która za chwilę ukręci głowę lalce. Po niebie przetoczył się grzmot i na wysokości hamaku zawisł rydwan zaprzężony w węże. Ate głośno krzyknęła i zerwała się na równe nogi, a gady z sykiem oplotły jej stopy, łasząc się niczym sfora psów.

– Pogłaszcz je, są zupełnie nieszkodliwe – poprosił Helios i podrapał białą brodę, z której wyleciał zaspany puszczyk.

Ate dotknęła skóry węża, była sucha i gładka. Uśmiechnęła się do staruszka i weszła do rydwanu. Klasnęła w dłonie, żeby przywołać ojca. Przyfrunął jako zachodni wiatr i zmaterializował się wewnątrz powozu, szybko jak myśl.

– Ruszamy – Helios syknął na węże, które skoczyły w przód, ostro jak konie i rydwan zniknął we mgle.

Hera pomachała im na pożegnanie, przywołała nimfy, które chwyciły ją pod ramiona i z szelestem sfrunęły na ziemię. Bogini dotknęła stopami łąki, zapach mięty i rumianku zawrócił jej w głowie. Pomiędzy roślinami fruwały owady, które zostaną zjedzone przez ptaki. Hera pomyślała, że na Ziemi zapach śmierci miesza się z zapachem życia i tworzy trzecią wartość, której nie potrafiła nazwać. Pełną bólu i cierpienia, a jednak pożądaną i radosną. – Czy chodzi o świadomość? – zastanawiała się i usiadła przy strumieniu.

Woda była chłodna i przyjemnie obmywała stopy. Za plecami Hery stanęła Ejlejtyja.

– Wiesz, że niedługo przypadnie dzień wiosennego przesilenia? – spytała Hera i nie czekając na odpowiedź ciągnęła dalej. – Zależy mi na tym, żeby Alkmena urodziła później niż Nikippe, chociaż dziecko, które pierwsze przyjdzie na świat jest młodsze do tego, które powinno urodzić się pierwsze ponieważ jest starsze.

– To niemożliwe! – pokręciła głową Ejlejtyja.

– Owszem, tak zrobisz, wywołasz poród Nikippe.

– To wbrew naturze.

– Ośmielasz się sprzeciwiać? To boskie przeznaczenie – Hera podniosła głos. – Uważasz, że czas istnieje realnie, obiektywnie?

– Tak sądzę – zapewniła Ejlejtyja.

– Więc niczego nie rozumiesz! Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość nie są częściami czasu samego w sobie, ale czasu istniejącego w relacji do tych, którzy patrzą. Gdyby nie istniała świadomość, żadne zdarzenie nie mogłoby być przeszłe, teraźniejsze, albo przyszłe, a jedynie wcześniejsze lub późniejsze od innych. Ale uznanie realności przeszłości, teraźniejszości i przyszłości prowadzi do sprzeczności, bo każdy z tych elementów jest jednocześnie dwoma pozostałymi, nie ma wyraźnej granicy między przeszłością i teraźniejszością, wszystko płynie. A skoro nie istnieje zmiana w obrębie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, nie ma też niczego późniejszego i wcześniejszego, bo to wymaga zmiany przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Sama rozumiesz, że czas jest nierealny. Możesz śmiało zamienić moment urodzin niemowlaków i tych w teraźniejszości i tamtych w przyszłości, zresztą, wszystkie zdarzenia toczą się równolegle do czasu teraźniejszego, więc to, co się zdarza teraz, wystąpi także w przyszłości – zakończyła Hera, a Ejleyteja stała osłupiała, z półotwartymi ustami, pozbawiona wszelkich racjonalnych argumentów. Pokiwała w milczeniu głową i odeszła, depcząc niewielkie rośliny, których resztki przywarły do różowych stóp.

Kiedy zniknęła, Hera wstała, zawiązała złote sandały i poszła w stronę pałacu gdzie mieszkała Alkmena. Chciała z bliska popatrzyć na rywalkę. Szła wolno, w między czasie jej postać przygarbiła się, twarz pomarszczyła, a dłonie wykrzywiał artretyzm. Kiedy postawiła nogę na dziedzińcu, jej ciało było stare i zmęczone, tylko oczy patrzyły ostro, rzucały czerwony blask na obserwowane przedmioty. Pierwszą osobą, którą spotkała, była stara Galantis.

– Czego chcesz? – spytała z zainteresowaniem.

– Jestem głodna – rzuciła Hera, bo nic innego nie przyszło jej do głowy.

– Dam ci zupę – zaproponowała Galantis i razem weszły do kuchni. Hera dostała miskę ciepłej zupy, pogrzebała łyżką w cieczy i powstrzymała mdłości. Wolałaby kielich zimnej ambrozji, zamiast lepkiej mazi, która po przełknięciu sprawiała, że czuła się ciężka jakby połknęła kamień.

– Twoja Pani niedługo urodzi, zajmuję się zaklinaniem bezbolesnych porodów, odprawię czary – szepnęła przymilnym tonem i zanim Galantis odpowiedziała, do kuchni weszła Alkmena.

– Kto to? – spytała patrząc na nieznajomą.

– Moja znajoma – powiedziała bez przekonania staruszka, a Hera wstała i położyła dłoń na brzuchu Alkmeny. Coś wymamrotała i jej oczy zapłonęły czerwienią. Z trudem powstrzymała atak zazdrości. Poczuła ostre kopnięcie dziecka i zrozumiała, że w łonie Alkmeny naprawdę rośnie syn Zeusa. Pomyślała, że zabije go od razu, dopóki jest bezbronny, razem z jego matką, ale kiedy chciała skupić myśli, Alkmena odwróciła się nagle i gwałtownie wyszła z kuchni. Za nią pobiegła Galantis. Za kilka minut wysoki niewolnik wyciągnął Herę na dziedziniec.

– Co za bezczelność! – krzyczała, ale starczy głos był słaby i drżący.

– Pani Alkmena rozkazuje Ci opuścić Pałac i więcej nie wracać! – oświadczył niewolnik i zarzucił ją sobie na plecy jak worek kartofli. Postawił na ziemi dopiero daleko za murami miasta i odszedł wojskowym krokiem oddanego sługi.

Hera znowu wróciła do swojej postaci, wysokiej, ciemnowłosej piękności o surowych rysach, otrzepała suknię i zawołała służące jej nimfy.

– Wracamy do domu – rozkazała i siadła na fotelu utkanym z kwiatów, który nimfy ciągnęły do góry niczym windę.

Na Olimpie panowała cisza. Hera położyła się na białym obłoku i zamknęła oczy. A jeśli jej mąż miał rację i rzeczywiście była zbyt małostkowa i złośliwa? Może zatraciła wewnętrzny dystans i nie odróżniała spraw istotnych od bzdur? Nie mogła wykluczyć, że ludzie potrzebowali obecności boskiego syna, który pokaże im czym jest prawdziwa odwaga i siła. Być może Zeus patrzył szerzej, widział więcej niż ona, zaślepiona zazdrością jak zwykła ziemska kobieta. Ale co mogła zrobić? Nie panowała nad zazdrością. To było silniejsze od niej. Zacisnęła pięści i na ziemię spadł deszcz. Obłok na którym leżała spłaszczył się, jakby uszło z niego powietrze. Chwyciła następny i przeskoczyła na miękką powierzchnię. Wyjęła z kieszeni rurkę, która służyła do podglądania ziemskiego życia i wbiła w watowatą miękkość chmur. Przyłożyła oko do wylotu i spojrzała w dół. Widocznie coś się rozregulowało, albo patrzyła pod niewłaściwym kątem, zamiast Alkmeny zobaczyła dziewczynę bardzo do niej podobną, która także była w ciąży. Hera głębiej wbiła rurkę, przyrząd wypadł z jej palców i zaczął spadać w dół, wirował w przestrzeni, aż roztrzaskał się tuż obok dziewczyny.

Ane Klam zaklęła pod nosem i sięgnęła po odkurzacz. Potłuczone szkło zgrzytało wciągane włochatą ssawką.

*

Zima minęła szybciej niż się spodziewała. Ane Klam dostała pieniądze od matki, która jakoś pogodziła się z sytuacją.

Ane skończyła pisać pracę magisterską i zaczęła uczyć się do egzaminów. Wiosenna sesja będzie nerwowa. Chyba w tym czasie, ktoś pokazał Ane Klam pismo literackie z nowym opowiadaniem Zeusa Suze. Nie mogła uwierzyć własnym oczom, czytała znajome słowa własnego autorstwa i czuła pulsowanie w skroniach. Ukradł jej tekst!? Dlaczego? A może wszystko co publikował było kradzione? Może był plagiatorem? Co bardziej liczyło się we współczesnym świecie, tworzenie nowych jakości, czy zręczna kombinatoryka w obrębie dostępnych i nieskończonych źródeł internetu? Ane Klam pod wpływem emocji napisała do pana Suze – ukradłeś mi opowiadanie, ale nie oddam dzieci! Wysłała wiadomość i zastygła w bezruchu, jakby nasłuchiwała dźwięku telefonu, daleko poza obrębem percepcji, w przestrzeni oderwanej, nierzeczywistej, zamieszkanej przez fikcyjne postacie, które dawno temu straciły realność.

Zeus Suze przerwał pisanie i spojrzał na ekran telefonu. Zdziwił się, dawno zapomniał o Ane Klam i o tym, że wydrukowany tekst należał do niej. Przyjmował pochwały z godnością i cierpliwie, jakby dotyczyły wyłącznie jego osoby. Teraz rozwijał jej pomysły w nowej książce, o którą pytali czytelnicy. Przyszłą powieść opracuje sumiennie i uczciwie. Stworzy jakość, której nikt nie dorówna. Pisał lekko, precyzyjnie, zarazem poważnie i z ironią. Był mistrzem.

– A więc Ane Klam wie o publikacji – pomyślał i poczuł współczucie, jakby dostrzegł w niej żywą istotę. Ale o jakich dzieciach pisała? Dlaczego miałaby oddawać dzieci? Zaraz, czy to możliwe, żeby dziewczyna spodziewała się jego dziecka? Zeus Suze poczuł ukłucie paniki, jakby ktoś wbił w jego czaszkę szpikulec do kruszenia lodu, serce zatrzepotało. Oparł się plecami o oparcie miękkiego krzesła i zaczął obliczać. Kiedy był w tym mrocznym kraju? Latem? Zajrzał do kalendarza i sprawdził datę powrotnej podróży, 24 czerwca, dziewięć miesięcy później mógł urodzić się jego syn. Czy Rahe wiedziała o tym? Pod wpływem nagłego impulsu pisarz sięgnął po telefon i zadzwonił do Ane Klam. Odebrała po kilku dzwonkach, zaskoczona, jakby rozmawiała z duchem.

– Ukradłeś moje opowiadanie?! – krzyknęła wzburzona, ale nie podjął tematu, spytał o ciążę, pokrętny kłamca, przecież od dawna wiedział, przysłał do niej swoją sekretarkę, która chciała opłacić aborcję, proponowała by oddała dzieci do adopcji. Pan Suze słuchał w milczeniu jej ataku. W telefonie nastała cisza, Ane słyszała dalekie odgłosy, jakby cykady lub uderzenia pulsu w skroniach, w końcu pan Suze powiedział, że zaopiekuje się nią, zadba o synów, zapisał jej adres i rozmowa urwała się, jakby ktoś niewidzialnymi nożycami przeciął połączenie.

Ane Klam siedziała w milczeniu, potem podniosła z wysiłkiem ciężki brzuch i poszła do sypialni. W ostatnim czasie nie czuła się najlepiej, chociaż brzuch obniżył się i oddychała lżej niż w poprzednich miesiącach. Nie wiedziała, w jaki sposób funkcjonuje z brzuchem, który z dnia na dzień powiększał się monstrualnie, aż stał się ogromny, jakby połknęła kulę ziemską. W ostatnim tygodniu brzuch niewyraźnie pobolewał, ignorowała to. Jednak teraz, kiedy rozmowa urwała się, poczuła ostry ból, serce nieprzyjemnie kołatało. Wystraszyła się. Wtedy poczuła pierwszy skurcz. Wzięła zegarek, ból pojawił się po kwadransie i trwał czterdzieści sekund. Podniosła się z trudem i wystukała numer alarmowy. Karetka przyjechała podczas kolejnego skurczu.

– Zaczął się poród? – spytał sanitariusz patrząc na jej wielki brzuch.

– Tak – wysapała płacząc z bólu i strachu.

– Jedziemy do szpitala – zawyrokował mężczyzna i po kilku minutach znalazła się na oddziale położniczym, w chaosie izby przyjęć i niekończących się badań.

*