60,00 zł
André Baillon (1875–1932) to jeden z najważniejszych pisarzy belgijskich. Krytycy obwoływali go twórcą belgijskiego modernizmu, pogodnym naturalistą, neurastenikiem spisującym relacje z sesji terapeutycznych, spadkobiercą dziewiętnastowiecznego realizmu, prekursorem surrealizmu, egzystencjalizmu, a nawet autorem postmodernistycznym skupionym na pęknięciach i szczelinach języka. Tak czy owak, jednomyślnie uważają go za jednego z najciekawszych i najoryginalniejszych pisarzy XX wieku.
Na obszerny tom próz Baillona w przekładzie Mateusza Kwaterki składają się: powieść obyczajowa Dzieje pewnej Marii – historia życia małomiasteczkowej panny; powieść Szczypawka z Ogrodu Luksemburskiego – historia życia Marcela, pacjenta zakładu psychiatrycznego, którego autor spotkał w zakładzie w Salpetriere – oraz Majaki – niezwykły zapis kryzysu psychicznego narratora. Są to dopracowane dzieła literackie o przemyślanej konstrukcji i złożonej narracji Proza Baillona zdaje się sytuować na granicy zapiskami szaleńca a staranną relacją, co nadaje jej szczególny rodzaj rozwibrowania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 579
Rok wydania: 2025
Tytuły oryginałów
Histoire d’une Marie. Délires. Le Perce-oreille du Luxembourg
Projekt obwoluty, okładki i stron tytułowych
Kamil Rekosz
Redaktor prowadzący
Kamil Piwowarski
Redakcja
Maciej Libich
Korekta
Maciej Korbasiński, Ryszarda Krzeska
Księgarnia internetowa www.piw.pl
Polub PIW na Facebooku!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Wydanie 1
Warszawa 2025
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]
ISBN 978-83-8196-682-5
Germanie Lievens
...dłonie bez rękawiczek, dłonie biedaka, a w tych dłoniach dzieło.
A.B.
Część pierwsza
Zresztą i występek nie zawsze jest występkiem. Widziałem kobiety, które miały na policzkach wymalowany czerwoną szminką występek, a w sercach ich mieszkała niebiańska czystość. Widziałem kobiety... ach! gdybym je mógł znowu zobaczyć.
Henryk Heine, Szkice z Anglii
(przeł. Jerzy Jędrzejewicz)
I
Pod drzwiami:
– Dobranoc, matko.
– Dobranoc, Mario.
Inni już spali. Trzymała zapaloną świeczkę. Przekręciła klucz i została sama. Mansarda tuż nad ulicą, bo dom nie miał piętra, i niezbyt przestronna, bo pomieścić musiał się jeszcze strych. Okno otwierane tak, jak podnosi się wieko puszki. Stało tam łóżko; stał kufer, w którym, zamiast dyndać w szafie, leżą ściśnięte ubrania; była też świeczka, ale bardzo krótka, bo młode dziewczęta, kiedy kładą się spać, nie muszą sobie długo przyświecać.
Na ścianie mansardy wisiało małe lustro. Lustra, jakkolwiek małe, służą młodym dziewczętom do przeglądania się. Maria stanęła przed lustrem, ściągnęła bluzkę, zsunęła spódnicę. To, co chciała zobaczyć, było za nisko, wdrapała się więc na krzesło i podciągnęła koszulkę nad piersi.
Tak oto zjawił się w mansardzie, obramowany niczym obraz, nowy gość: odbicie nagiego brzucha w lustrze.
Niepokojący ten gość. Z przodu – nic szczególnego: równy, mile zaokrąglony, z wesołym pępuszkiem pośrodku, brzuch jak brzuch. Za to z profilu ukazywał twardą wypukłość, która wgłębiała się pod dotykiem palca, by po chwili znów się wypiętrzyć.
Wypukłość pojawiła się przed dwoma tygodniami i odtąd nie przestawała rosnąć; nim miną kolejne dwa, powiększy się jeszcze dwukrotnie i dalej będzie rosła, unosząc bluzę, unosząc spódnicę, a wówczas... Więc, żeby już nie widzieć, poprawia się koszulę, zdmuchuje świeczkę i jest tak, jak na każdej mansardzie, gdzie młode dziewczęta przed pójściem spać gaszą światło.
A mimo to wypukłość nie znika i budzi niepokój.
Maria dobrze wiedziała, co będzie. Pewnego dnia Matka zapyta: „Mario, co tobie?”. Chyba że zrobi to Ojciec: ostrym słowem i bijąc po twarzy. Tego Maria nie chciała. Lepiej już opuścić rodziców; opowie im jakąś bajeczkę, och, nie żeby skłamać: żeby oszczędzić Matce przykrości; no i ze strachu przed wymówkami Ojca, który wzburzenie zwykł podkreślać laską.
Maria miała delikatny krzyż i wrażliwe serce. Miała też dwadzieścia dwa lata, ładną, smukłą talię, aksamitną, olśniewająco białą cerę. Lubiła swoje ciało, bo było miłe w dotyku. Czesząc się, włosy rozdzielała przedziałkiem i ściągała na boki, zgodnie z obyczajem panującym w jej stronach, chociaż gdyby nie lęk przed ojcem, włosy by trefiła. Jej policzkom niczego nie brakowało, może tylko odrobiny krągłości i różu; oczy śmiały się łagodnie. Nawet gdy płakała, jej usta zdawały się modelować pocałunek – to właśnie zwracało najpierw uwagę, aż brała ochota podstawić pod nie własne usta, aby ten piękny czerwony owoc się nie zmarnował.
Nie zaznała dotąd szczęścia, prócz miłości, której zgryzotę nosiła już w sobie. Nie chodziło o wstyd. Wstyd wyrasta z moralności, ta zaś jest bogactwem, którym nie można się cieszyć, jeśli się go nie otrzymało. Tym bogactwem nikt się z nią nie podzielił.
Ojciec, dawny nauczyciel, zapewne posiadał ów skarb. Całkiem możliwe. Ale zachowywał go chciwie dla siebie, co najwyżej sypał okruchy – odpowiednio dobrane sentencje:
– Wpierw dorośli, potem dzieci – rzucał przy stole, nakładając wpierw sobie, suto, najlepsze kąski.
– Każdy ma jakąś robotę do wykonania – pouczał z fotela, przypatrując się, jak inni pracują.
Jego robota: być dawnym nauczycielem. Słono to kosztowało, bo owa robota wpędza w pijaństwo.
Pozbawiony dotychczasowych ofiar wychowawczego rygoryzmu, wyładowywał frustrację na Marii. Ciosy, którymi szafował, pozostawały dydaktyczne i – jeśli można tak rzec – skupione. Tuzinem tych ciosów, które codziennie dojrzewały mu na czubkach palców, dawny belfer mógłby sprawiedliwie obdzielić wszystkie policzki, których dostarczała mu liczna progenitura, ale zachowywał je wyłącznie dla Marii, może przez wzgląd na prawo starszeństwa.
Takie nauki, jakkolwiek brutalne, nie wystarczają. Bicie po twarzy nie zda się na wiele, należy postawić, między Dobrem a Złem, różnobarwne bariery. Albo wbić słupy: Tędy iść wolno – Tędy nie wolno. Bez tego drogi są tylko drogami. Z braku przewodnika Maria nie potrafiła ich rozróżnić i beztrosko przechodziła z jednej na drugą.
Matka, porządna kobieta, mogłaby ją wychować. Ale Maria widywała matkę tylko z rana, gdy ta wkładała kapotę przed wyjściem do pracy, i wieczorem, gdy ową kapotę ściągała, blada, senna, i kładła się spać.
Za to Maria zdążyła już pojąć, że młode dziewczęta dzielą niedole rodziców.
Przyszła na świat pierwsza i przez wiele lat była jedynaczką. Ojciec uczył wówczas gramatyki w pewnej wsi. Podlotka o przeplatanych wstążkami warkoczykach nazywano „śliczną panienką”, aby przypochlebić się Panu Nauczycielowi: ważnej figurze. Rodzice, młodzi i szczęśliwi, rozpieszczali ją.
Pierwsza siostrzyczka pojawiła się znacznie później, w wiejskim gospodarstwie, gdzie ojciec, złożywszy wypowiedzenie, hodował – z braku uczniów – krowy. Warkoczyki Marii utraciły wstążeczki. W sabotach na nogach pomagała matce dźwigać ciężkie skopki mleka. Ojciec, już nie tak szczęśliwy, raczył ją częściej kuksańcami: krowy mu zdychały.
Trzy razy widziała, jak rodzili się braciszkowie, potem była kolejna siostrzyczka, wreszcie, po wielu latach, gdy całe bydło wyzdychało, ostatnia znajda, która pojawiła się w całkiem innym domu, na skraju pewnego kąpieliska, trzy ulice od plaży.
Maria opiekowała się rodzeństwem; najmłodszej siostrzyczce trzeba było jeszcze prać pieluchy, braciom szykowało się już kanapki do pracy. Matka nie miała czasu, zbyt zajęta posługiwaniem w cudzych domach, aby dbać o własny. Ojciec zadowalał się tym, że ich wszystkich zmajstrował.
Nie tylko trzy ulice odgradzały Marię od plaży. Bieda jest dłuższa od trzech ulic. Morze Maria widziała bodaj raz. Znajdowało się tuż za nasypem, ale należało do przyjezdnych. Zimą, po odpływie turystów, smagało miasto lodowatym wiatrem; latem oddawało się wytwornym paniom, ale swoimi wdziękami nigdy nie obdarzyłoby dziewcząt, dla których jedynym zbytkiem jest niedzielna sukienka z szewiotu.
To, co bogaci nazywali „sezonem”, dla Marii oznaczało cięższy znój, czasem dawało ochłap mięsa, bo mama miała więcej pracy, przysparzało też, za sprawą ojca, dodatkowych strapień. Znał angielski i nie gardził najmować się za tłumacza zamożnym wczasowiczom. Ale żądał pieniędzy na drobne wydatki, bo pieniądz goni pieniądz. Wieczorem wracał pijany, przynosząc do domu, na dobrą sprawę, tylko własne wymioty.
Z czasów pierwszych wstążek zachowała dumę, wdzięczną figurę i wytworny smak, czym różniła się od braci, gburzysk spłodzonych bardziej prostacko w mniej delikatnej pościeli. Wolała kapelusze od czapek. Lubiła wypucowane do połysku garnki, pokoje bez kurzu, starannie wyszczotkowaną garderobę. Na widok maszerujących żołnierzy czuła, na skraju rzęs, słodkie ukłucie łzy; było to, cokolwiek myśleliby ludzie, wzruszenie natury estetycznej.
Odziedziczyła tę wrażliwość po matce, która nie zawsze była wołem roboczym. Ojciec natomiast uświadomił ją, że mężczyznom, twardym wobec innych, wielkodusznym dla siebie, wolno wszystko, i że przysługuje im najlepszy kęs wszystkiego, co dobre. Coś jeszcze zawdzięczała ojcu, którego siostry, krzepkie, wąsate baby, miały dzieci bez liku. Od najmłodszych lat ze szczególną dbałością zapinała spodenki braciszkom, gdy już się wysiusiali.
Pewnego dnia zwróciła uwagę na przechodzącego sąsiada. W bluzie i czapce byłby zwykłym, spieszącym do pracy robotnikiem, o którym nawet się nie pomyśli: „O, idzie”. Miał jednak doskonale skrojoną marynarkę, piękny krawat i smukły wąsik o zakręconych czubkach. Za którymś razem, gdy tak mijał jej dom, dowiedziała się, że ma na imię Hektor, i mogła sobie pomyśleć: „To idzie pan Hektor”.
Przechodził tak cztery razy dziennie: dwa razy przed południem, dwa razy po południu, zawsze o jednakowych godzinach.
Maria znajdowała wtedy coś do roboty – przy oknie wychodzącym na ulicę.
– Ojcze, rolety się chyba zepsuły... Matko, ktoś zabłocił szybę...
A Hektor? Uśmiechał się, jak tylko on potrafił, puszczając oko:
„Wiem, że tam jesteś. I ja też tu jestem, w pięknej marynarce, z gładkimi włosami i wąsikiem, który podkręcam specjalnie dla ciebie, o, właśnie tak”.
Nie mogła odpowiedzieć słowami; pewnego dnia odpowiedziała więc nieznacznym skinieniem głowy. Nie zauważył. Nazajutrz odważyła się kiwnąć głową nieco dobitniej, a nawet jakby pomachała ręką. Pewnego wieczoru wyszła na próg, bo dostrzegła, że z rąk Hektora wypada coś białego. Gdy podniosła, okazało się, że to liścik.
Pismo drobniejsze niż u ojca, który swoje nazywał kaligrafią.
Hektor pisał:
„Jesteś różą”.
Nigdy by nie pomyślała, że przypomina różę.
„Myślę o tobie”.
Maria też o nim myślała.
„Wyjdź o dziesiątej przed dom”.
O, jakże tego pragnęła!
Jak to dobrze, że dziewczętom z pokoików na mansardzie przystoi spać osobno!
Gdy rodzice się położyli, wystarczyło zdjąć głośno tupiące botki, zejść kilka schodków, przemknąć na czubkach pończoch korytarzem, odsunąć zasuwę:
– Tu jestem.
Był to głos mężczyzny i Maria przestraszyła się po raz pierwszy. Nie tylko dlatego, że otwierane drzwi zaskrzypiały, co mogło zbudzić rodziców. Było w tym coś innego, czego nie pojmowała.
Oparła się plecami o ścianę, a Hektor stanął tuż obok, jak uprzejmy sąsiad, któremu zebrało się na pogawędkę.
W blasku księżyca wszystko wyglądało inaczej niż za dnia: widać było przydrożne drzewa, a ich liście zdawały się niebieskie; kwiaty koniczyny, jakby mniej szkarłatne; cmentarny mur, tam w dali, tak biały, że niemal prześwitujący; górującego nad nim Chrystusa, który szeroko rozpościerał ramiona, chwytając światło.
– Przejdźmy się może kawałek? – zaproponował Hektor.
– Och, nie! – odpowiedziała Maria. – Tylko nie to!
Wiedziała. Ojciec ją pouczył: „Dziewczyny, które szlajają się po nocach z chłopakami, to kotki w rui”. Nie chciała być kotką w rui. Poza tym na nogach miała tylko pończoszki, a obyczaj nakazuje, aby podczas spaceru stopy mieć obute. Ale nie protestowała, gdy ujął jej dłoń.
Miała pięć palców i z każdym z nich Hektor postanowił się zaznajomić; wpierw ten najmniejszy, tak mały, że trudno go znaleźć; później nieco większy, gdzie jest już miejsce na pieszczotę, potem dwa jeszcze większe, na dwie pieszczoty, wreszcie niedobry kciuk, samotny, trzymający się na uboczu:
– Chodź no tu, niedobry kciuku, daj się przygarnąć.
A później spód dłoni – śliczne poduszeczki wypchane miękkim ciałem; paznokcie – szybki, zza których wyglądają palce; ramię – piękna biała ścieżka prowadząca tak wysoko, jak pozwala rękaw. Po ręce prawej Hektor odkrył lewą – z jej palcami, spodem dłoni, ramieniem; a gdy już zaznajomił się z obiema, należały do niego: wziął je sobie.
Czy to coś złego? Nie wyrywały się. Dobrze im było, wygrzewały się w cieple nowego domu. Żałowały tylko, że jest ich tak mało: gdyby rąk było dziesięć, dwadzieścia, rozsianych po całym ciele, mógłby ich tam szukać... a potem wziąłby je sobie.
Nie zawsze byli sami: zbliżały się kroki. On zasłaniał ją swoim cieniem, ona, wyglądając mu przez ramię, upewniała się, czy nikt jej nie widzi. Mówiła:
– To piekarz wraca.
Odpowiadał:
– Coś późno jak na piekarza.
Tylko taki surowiec mieli do lepienia słów. Niebawem znaleźli inny:
– Pamiętam – wspominała Maria – że przez kilka dni chodziłam do szkoły prowadzonej przez zakonnice.
– O, ja również – wtrącił Hektor.
– Padał śnieg, pewnego ranka jakiś chłopiec ulepił wielką śnieżkę, którą rzucił mi prosto w twarz. Z nosa pociekła mi krew.
– Ciekawe. Nie pamiętam, czy tej dziewczynce pociekła krew z nosa, ale jestem pewien, że moja śnieżka trafiła ją w sam środek twarzy.
– Już wtedy byłeś bardzo niedobry.
– A ty bardzo ładna.
Chciała się dowiedzieć, jak wyglądają te ręce, które tak mocno ugniatały śnieg; były duże, szerokie, z twardymi kośćmi, chwytały silnie to, co zagarniały: ręce samca... ręce Hektora.
Księżyc schował się za chmurą, osamotniając gwiazdy. Była noc, konkretnie – północ. Hektor domyślił się tego z powodu dwunastu uderzeń dzwonu.
Północ to czas rozstań.
– Tak szybko – westchnął Hektor.
Ich dłonie się rozdzieliły, a później znów chwyciły; i jeszcze raz, dłużej. Coś należało powiedzieć, słowo, które niełatwo wymówić; mieli je w głowie, na czubkach palców; to słowo rozchylające im usta musiało paść, musieli je wyraźnie usłyszeć, aby Maria nie była już dla Hektora zwykłą sąsiadką, a Hektor dla Marii zwykłym sąsiadem.
W oczekiwaniu na to słowo ich dłonie wzajemnie się smakowały; słuchali kolejnych uderzeń dzwonu wybijającego równe godziny lub połówki godzin – stracili rachubę. W końcu Hektor się pochylił; pochylił się nad Marią i bardzo wolno, jakby wydobywał słowo z samej głębi serca:
– Kocham cię – wyszeptał.
A Maria? Zabrakło jej odwagi. Odwróciła głowę; choć było ciemno, nie chciała, żeby ją widział. Odpowiedziała pospiesznie:
– Ja też.
I dodała, żeby przeciąć wątpliwość, czy chodzi o niego, czy o całkiem inną osobę:
– Hektorze.
Choć nic więcej nie powiedzieli, nazajutrz, a potem w kolejne wieczory, Maria schodziła z mansardy i wychodziła na dwór:
– Tu jestem – szeptał głos.
Ich ręce od razu się odnajdywały.
Któregoś dnia przydarzyła jej się przygoda. W południe poprawiała fałdę zasłony, która brzydko się marszczyła. Ojciec krążył w pobliżu.
– Co ci dolega? – zapytał. – Jesteś czerwona na twarzy.
Odpowiedziała:
– Nic, ojcze. Boli mnie trochę głowa.
To prawda, bolała ją głowa. Ale właśnie o tej porze przechodził Hektor.
– Masz rację – mówił Hektor. – Musisz być ostrożna.
– Tak – odpowiadała Maria. – Porządnie naoliwiłam zawiasy.
Na niebie błyszczał ten sam księżyc, rozsiewał tyle światła, że zużywał się niczym topniejąca świeczka. Któregoś wieczoru pozostał z niego sam knot, a i tę resztkę w końcu wiatr zdmuchnął.
W mroku ręce mogą rozmawiać swobodniej; doskonale widzą po ciemku. Przyklejone do pleców mówią talii: „nachyl się”, tymczasem usta zwracają się do ust: „należycie do nas”. Dłonie wędrują aż do ramion, wślizgują się pod szal, pełzną wzdłuż wypiętego stanika.
– Nie. Tak nie – mówiła Maria. – Tak nie.
Ale ręce, choć widzą doskonale, słuch mają tępy.
– Ha, ha! – ciągną ręce. – Znalazłyśmy pięć guziczków; trzy z twardej porcelany i dwa miększe.
Maria robiła się czerwona, innym razem bladła. Bawiły ją różnice. Ona też chciała poznać Hektora, jego twarde ramiona, szeroką pierś, męskie ciało tak różne od jej ciała.
– Znów źle zawiązałeś krawat – mówiła, przywierając do niego, żeby poprawić węzeł.
Pewnego wieczoru spadł deszcz. Musieli się schronić pod domem, a gdy to niewiele pomogło, wejść do sieni. Maria zamknęła drzwi. Nie uczyniła tego z rozmysłem, ale stworzyła w ten sposób nową ciemność wnikającą do oczu, ciemność większą od tej, która spowijała ulicę; taka ciemność budzi też większy niepokój, bo zostajesz sam na sam z mężczyzną w zamkniętym pomieszczeniu. Maria słyszała jego oddech, w pewnej chwili poczuła, że przyciąga ją do siebie, a jego ręce zaczynają szperać tam, gdzie dotychczas jeszcze nie szperały. I nie same ręce: ramiona, nogi, usta, pierś, jakby cudza wola całkowicie przygniotła jej wolę.
I Maria przestraszyła się po raz drugi.
Zacisnęła kolana, chciała krzyczeć. Ale rodzice tuż obok!... A ponieważ nie mogła się bronić krzykiem, broniła się niemrawo. Po chwili w ogóle zaprzestała obrony, a nawet osunęła się na kamienną podłogę, jakby na znak zgody.
Zresztą czy szamotaniną nie ściągnęłaby na siebie większego nieszczęścia, budząc ojcowską laskę?
Ledwie wstała, od razu pomyślała o swoim koku, bo raziło ją wszelkie niedbalstwo. Doprowadziwszy fryzurę do ładu, rozluźniła się; otworzyła drzwi, żeby wpuścić noc do środka – niczym światło.
Powietrze było łagodne. Spełniwszy swoją powinność, deszcz wpychał na innych progach, w ramiona innych Hektorów, inne Marie.
Hektor się uśmiechał. Powiedziała z lekkim wyrzutem:
– Nigdy mnie o to nie prosiłeś.
Były kolejne deszcze, kolejne ucieczki do sieni. Mansardy wydają się bezpieczniejsze. Hektor zaczął ją odwiedzać w pokoiku na poddaszu. Oddawała się z radością. On był mężczyzną, który bierze sobie wszystko; ona kobietą, której ciało rozkwita, żeby ktoś zerwał ten kwiat.
Nie skąpiła mu ani tego, co miała w sercu, ani tego, co skrywała jej koszulka:
– Co tylko chcesz, byle cicho.
Hałas byłby niestosowny.
Hektor wymykał się przed świtem: dom nie miał piętra, wystarczyło wejść na parapet i skoczyć. Pewnego razu, gdy tak wychodził, usłyszała na schodach głos ojca. Nogi się pod nią ugięły, padła na łóżko i leżała dłuższą chwilę bez tchu. Wtedy przestraszyła się po raz trzeci: najmocniej.
Nic się zresztą nie stało, tyle tylko że od tego dnia była w ciąży.
II
Gdy mu się zwierzyła:
– Wyjazd to świetny pomysł – rzekł Hektor. – Po co smucić matkę?
– Ale dokąd?
– Choćby do Brukseli. Pójdziesz na służbę. Udasz się do przytułku, tam ci znajdą posadę.
Nagryzmolił adres.
– Nie będziemy się widywać!
– Przez krótki czas. Pojedziesz, ja przygotuję wszystko do ślubu. I będziemy już na zawsze razem.
Nie zawiodła się na Hektorze: porządny mężczyzna.
Ojciec wystąpił na tę okoliczność w charakterze dawnego nauczyciela prawiącego morały. I cóż, że lepkie niczym smoła.
– Mario – rzekł – będziesz zarabiać. Pamiętaj, że dzieci zawdzięczają rodzicom życie... więc wszystko im są winne.
Matka nic nie powiedziała. Miała własne zmartwienia, jak tu się przejmować zmartwieniami córki? Wiedziała, że pisklęta, ledwo obrosną w piórka, wyfruwają z gniazda; zresztą w ich gnieździe często brakowało pokarmu, nie miała więc żalu do Marii. Oby była szczęśliwa! Życzyła jej tego całym sercem. Jeśli czuła niepokój, nie dała po sobie poznać; jedynie w nocy łzy dzielnej kobiety wsiąkały w poduszkę:
„Moja maleńka Mario, ty, która rozpychałaś się w moim łonie, której usta przyciskałam z nadzieją do piersi, ty, która w kołysce wyciągałaś ku mnie słodkie nóżki i piąstki, moja maleńka Mario, moja duża Mario, strzeż się! Odchodzisz, a ja cierpię. Twój wyjazd to ponowne narodziny, moje ciało znów się otwiera i krwawi przez ciebie. Oddałam ci własną krew, mleko, mitręgę, życie; mało, gdy nie towarzyszy temu inne bogactwo. Odchodzisz, a ja czuję lęk. Odnajduję się w tobie, świeżej i pięknej, ja też taką byłam, nim zjawił się Samiec. Zobacz, czym się stałam przez niego, ulepiona pustymi rękoma nędzy. Maleńka Mario, duża Mario, strzeż się!”.
O tym myślała biedna matka, a także o innych sprawach, bardziej zawiłych. Ale potrzebne są słowa, a dwunastogodzinna harówka przygniata język kamieniem. Więc przechodzi się obok w milczeniu: wieczorem ściąga się kapotę założoną rankiem, a potem się płacze... samotnie.
Hektor nie kłamał. W przytułku Marię przyjęto życzliwie. Zaraz dano jej stertę ubrań do wyprasowania, aby nie próżnowała, i objaśniono, że dzienne wyżywienie kosztuje dwa franki.
Dziwne są panie z Brukseli. Przez salonik dla gości przewijały się tabuny kobiet. Jedne były opryskliwe, miały okulary i wyglądały na jędze; inne, bardziej serdeczne, mówiły do niej: „panienko”; jeszcze inne były młode, ładne, świeże jak oblubienice, aż się chciało im usługiwać.
Tym ostatnim Maria najchętniej okazywała liścik Hektora: „Ja, niżej podpisany, zaświadczam, że Maria służyła u mnie przez dwa lata. Nigdy nie dała mi najmniejszego powodu do skargi”.
– Zobaczy pani, że będzie ze mnie zadowolona.
Ale jej przymilne uśmiechy nie zdawały się na nic. Pani rzucała okiem na kartkę, potem na Marię, i mówiła z grymasem:
– Nie nadajesz się, moje dziecko. – A to z powodu pewnej fałdy na spódnicy, której w rodzinnym domu nie zauważono.
Pewnego wieczoru przyszedł Pan. Pierwszy raz się zdarzyło, aby zakład odwiedził mężczyzna. Miał futro, długą brodę, dwoje oczu, które zbliżały się do ciebie tak bardzo, że niemal się na tobie kładły, bo tylko z bliska coś widziały. Zlustrował list polecający, ale tylko po to, by dowiedzieć się, jak Maria ma na imię.
– A więc, Mario – rzekł – potrzebuję gosposi. Dostaniesz trzydzieści franków. Później, hmm, gdybyśmy się musieli dogadać, to, hmm, dogadamy się.
Chętnie się zgodziła. Wyruszyli bez zwłoki. Dorożką, bo miała kufer.
Dom był piękny, dwupiętrowy, z mnóstwem okien, tuż obok Alei Luizy, w dzielnicy bogaczy, jak się dowiedziała.
– Twój pan to kobieciarz – mówiono. – Żona go rzuciła.
Wydawał jej się, przeciwnie, mężczyzną bardzo statecznym. I jakiejż kobiecie mogłaby się znudzić tak piękna broda?
Pan, jak to jest w zwyczaju, odnajmował część domu. Na pierwszym piętrze mieszkał Turek, na drugim pewien generał. O Turku Maria wiedziała tylko tyle, że jest Turkiem. Miał służącego, który był całkiem czarny i nazywał się Ali. Turek otwierał czasem drzwi i krzyczał: „Ali!”.
Ali wychylał wówczas z kuchni swoją ciemną postać i podśpiewując, przemykał bezszelestnie korytarzem. Za pierwszym razem, gdy spotkała go wieczorem na klatce, bardzo się przelękła, słysząc głos, a nie dostrzegając twarzy.
Generała z drugiego piętra Maria chętnie widziałaby w mundurze. Ale już go nie wkładał. Nosił prostą marynarkę i całkiem zwyczajne spodnie. Poza tym był stary. W armii musiał być tym, kim ojciec Marii wśród nauczycieli: emerytem. W niedziele odwiedzały go dwie panie w kapeluszach z piórkiem, siostrzenice, którym musiała się kłaniać: „Pani Hrabino, Pani Baronowo...”. W tygodniu przychodziły do niego inne panie, raczej nie siostrzenice: bardzo młode, ubożej odziane dziewczęta, które nie miały piór ani nawet kapeluszy. Maria słyszała, jak krztuszą się ze śmiechu, wychodząc po skończonej wizycie.
„Sami widzicie – pisała Maria rodzicom – że trafiłam do bardzo porządnego domu”.
Ale o dziewczętach nie wspomniała słowem.
Nocą Maria miała dla siebie nową mansardę. Na ścianie wisiało zdjęcie matki, zdjęcie Hektora i było jeszcze mnóstwo wolnego miejsca. Łóżko, szerokie i miękkie, mogłoby pomieścić drugą osobę. Czasem o tym marzyła, myśląc o Hektorze.
Za dnia przebywała w suterenie. Patrząc na ulicę, widziała bruk, koła pojazdów, kąty o różnym stopniu rozwarcia, w jakie układały się nogi przechodniów. W dni świąteczne nie myślała „Co za tłum”, ale „Dobry Boże, ile nóg!”. Ten punkt widzenia, jakkolwiek ograniczony, wydawał się odpowiadać jej kondycji.
Zresztą w kuchni otwierały się przed nią szerokie perspektywy. Nigdy wcześniej nie widziała tylu naczyń, bez wyjątku miedzianych, ustawionych na półkach albo wiszących na ścianie, czasem odznaczających się kształtem tak dziwacznym, że musiały chyba służyć wyłącznie jednej rzeczy: błyszczeniu. Upajała się, pucując te gary.
– Można by przysiąc, że to słońca – mówił Pan.
– Słońca? Nie. Ale i tak piękne.
Po tygodniu uwielbiała już Pana.
Nie powiedział jej: „Nie nadajesz się, moje dziecko”. A do tego ta piękna broda, długa, aksamitna, która otulała go niczym drugie futro! Broda, którą gładził, aby poczuć, jaka jest miękka. Przez wzgląd na tę brodę dogadzała mu, traktowała go z szacunkiem. Hojnie doprawione mięsiwa, które mu serwowała, były należycie soczyste. W przyrządzenie pieczeni można włożyć wiele serca.
Policzki Marii, lepiej odżywione, zarumieniały się i nabierały krągłości. Jej usta nie wyglądały już jak wiśnia, ale jak dwie wiśnie. I gdyby nie brzuch, który także się zaokrąglał...
Pan czasem o tym napomykał. Zaglądał do kuchni:
– Ha, ha! Ależ rośnie!
Był panem, mógł sobie pozwolić na żarty. Ale należała do Hektora, a on o tym wiedział.
Do kuchni wpadał także Ali. Gdy tylko miał wolną chwilkę:
– Może? – pytał Ali.
Nie przeszkadzał jej. Murzyn to nie mężczyzna. Siadał w kącie i tkwił tam bez ruchu z tymi swoimi polikami, jakby pociągniętymi szuwaksem, i zębami z porcelany.
– Naści, Ali, kosteczkę cukru.
Ali wyciągał język i, niczym dobry pies, liżąc cukier, trochę ją lizał po dłoniach.
Pod koniec miesiąca Pan wypłacił jej trzydzieści franków. Pięć zachowała, szczęśliwa, że resztę może przesłać matce, której przydałby się nowy szal. Później dowiedziała się, że ojciec, korzystając z okazji, przez osiem dni pił na umór, a dziewiątego rozbił w drobny mak połowę sprzętów domowych. Dobre uczynki nie zawsze wychodzą na dobre. Ale tego jeszcze nie wiedziała.
W niedziele Maria zostawała w domu. Dokąd miałaby pójść? Jakże tu się zresztą afiszować na ulicy z wielkim brzuchem, gdy nie można pokazać, u swego boku, tego, który ów brzuch sprokurował? Z wychodnego korzystała więc na swój sposób, zaszywając się w kuchni. Pan wychodził, Ali był poza domem, generał spędzał czas z siostrzenicami, a ona siadała przy stole. Już poprzedniego wieczoru starannie wyszorowała blat. Rozkładała na nim starą gazetę, na gazecie zaś papier listowy kupiony z myślą o Hektorze. Stawiała równiutkie litery. Na początek wyjaśniała, jak go kocha; najwyraźniej kochała go bardzo mocno, bo opis zajmował całą stronę. Na drugiej stronie mówiła o dziecku; na dwóch następnych, wśród pomniejszych nowinek, wracała do swojej miłości, jako że nie zdołała wyczerpać tematu. Na dole przystawiała wargi i obrysowywała je kółkiem, żeby wiedział dokładnie, gdzie całować. Dodawała niekiedy serce przeszyte strzałą albo dwie splecione litery, H. M.: Hektor–Maria.
Potem siadała wygodnie przy kominku, grzejąc sobie nogi, a czajnik, gwiżdżąc jak lokomotywa, unosił ją, pełną parą, w świat snu. Obmyślała ślub. Będzie skromny, bez powozów, żeby uniknąć kosztów. Przerobi czarną suknię. Ale potrzebuje nowego kapelusza. Z powodu dziecka kwiat pomarańczy wywołałby drwiny, za to obrączka będzie masywna, droga, na całe życie. Wsunęła palec w główkę klucza, aby przekonać się, jakie to wrażenie. Nie mogła sobie przypomnieć, czy obrączkę nosi się na prawej, czy na lewej dłoni. Myślała też o pięknie urządzonym mieszkaniu, o naczyniach, które kupi, miedzianych jak te. Co na to Pan? Pewnie będzie mu przykro, że odchodzi. Cóż począć? Póki co będzie mu dogadzać.
Odpowiedzi Hektora przychodziły w środy. Jego list nie miał może czterech stron, za to pismo było drobniejsze, wypełnione słodkimi słówkami, które z wolna roztapiały się w jej sercu. Mimo całej swej miłości nigdy nie znalazłaby tak pięknych wyrażeń, niektórych nie rozumiała, wiły się jak zdania wydrukowane w książkach. Tymi Maria napawała się trochę na wiarę, tłumacząc je sobie zgodnie z własnymi marzeniami.
On również zajmował się ich ślubem. Czynił wiele kosztownych przygotowań, przez co w trzecim miesiącu zabrakło mu dwudziestu franków.
Miała tylko piętnaście. O resztę poprosiła Pana.
„Nie zwlekaj – pisała. – Dzieciątko się niecierpliwi”.
Tej środy nie otrzymała odpowiedzi; w czwartek i piątek też nie. Dlaczego? Czyżby nie dostał pieniędzy? Pobiegła na pocztę: nie potrafili jej nic powiedzieć. Czekała na listonosza. Miał torbę pełną listów, inne trzymał w ręku:
– Nic do pani nie ma.
Któregoś razu poszperał głębiej: list z urzędu.
Z początku myślała, że Hektor zachorował; wysłała ekspresowy, a następnego dnia telegram. Nic, jakby pisać do nieboszczyka.
Czekała cierpliwie cały tydzień. W niedzielę spakowała manatki. Oczy miała napuchnięte od łez.
– Wracam do domu – oświadczyła Panu.
Pan się domyślił:
– Na twoim miejscu, dziecko, jeszcze bym się wstrzymał. Jutro z pewnością coś przyjdzie.
Rzeczywiście, dostała list, ale dopiero pod wieczór i nie ten, na który czekała. Był od matki. Innego dnia czytałaby na głos każde słowo, jakby gawędziła z tą poczciwą kobietą. Dzisiaj przeczytała wszystko w minutę. Ojciec miał się dobrze, choć zdechł mu jeden z najdorodniejszych królików; Romuś złapał odrę; co się tyczy matki, miała wciąż dużo pracy. Zmarła żona piekarza. W samym rogu kartki coś jeszcze nabazgrano, jakby chodziło o błahą ploteczkę z ostatniej chwili. Nawet nie zamierzała czytać, ale rzuciło jej się w oczy imię: Hektor. Hektor! To słowo wydało jej się tak duże jak cała kartka. Znała tylko jednego Hektora. Musiała się skupić i wysilić wzrok, litery się rozmywały. Odczytała: „Hektor Van Dun poślubił wczoraj Luizę Smeers: były trzy powozy...”.
Jezusie Nazareński! Zbladła tak bardzo, że nie można nawet powiedzieć, iż zbielała: straciła wszelką barwę. Chwyciła się oburącz za brzuch: kuchnia wirowała, garnki ciskały błyskawice, oczy tonęły jej w łzach.
Otarła je, aby raz jeszcze przeczytać list, i plusk! – łza kapnęła wprost na imię Hektora. Znała także tę Luizę, rudą brzydulę o piegatej gębie.
Policzyła na palcach: wczoraj z listu to sobota, a sobota to dzień, kiedy myje się chodnik przed domem. Pobrali się pewnie o dziewiątej, gdy ona, w sabotach... Przypomniała sobie: tego dnia świeciło słońce; mogli więc opuścić budy w trzech powozach, wrócić z ratusza ostrym kłusem, wystawiając się na podziw sąsiadów – Hektor ze swymi wąsami, Luiza w białej sukni, u jego boku, na miejscu, które skradła.
Nie miała do niej żalu, ale gdyby tę Luizę szlag trafił... Czemu Hektor wybrał właśnie ją? Nie rozumiała tego, niczego już nie rozumiała, tylko tyle, że było po wszystkim, rzecz przypieczętowana w świetle prawa, ona zaś została sama, sama z dzieckiem, którego nie powinien był jej robić.
Oparła się łokciami o róg stołu, na którym tak często do niego pisywała. Na blacie została plama tuszu: potarła ją palcem, potem paznokciem, toczyła zaciekłą walkę z tą plamą, a jej nieruchome oczy nie przestawały płakać.
W końcu głowa zaczęła jej tak bardzo ciążyć, że nie mogła jej dłużej utrzymać; pozwoliła, by opadła, kładąc obie dłonie na skroniach, tam, gdzie myśli bolały najmocniej.
Znacznie później ktoś dotknął jej ramienia. Odpowiedziała: „nie”, jak automat. Potem rozpoznała Pana, jego piękną brodę i dobre oczy, które widziały tylko z bliska. Nie musiał zaglądać do listu:
– To, co cię spotkało, zdarza się codziennie.
Usiadł na krześle, bo tak się lepiej rozmawia. Mówił długo. Co takiego mówił? Słowa, które nie zawsze pojmowała, słowa uczone, pełne powietrza, odbijające się wysoko jak gumowe piłki; a także inne, przenikliwe, które wbijały się w ciało, by tam pozostać:
– Mężczyźni: wieprze... Nie można im ufać... żadnemu... w przeciwnym razie... moje dziecko... kończy się jak ty... we łzach.
Pan mówił tak o mężczyznach, choć sam był przecież mężczyzną! Patrzyła na niego z przerażeniem.
Wydobył z kieszeni złotą dwudziestofrankówkę i wcisnął jej do ręki. Powiedziała:
– Ależ nie, proszę Pana, już i tak jestem mu winna pięć franków.
Potem przyjęła:
– Dla dziecka, które nie będzie miało ojca.
– Gadanie! Wiele by miało z niego pożytku!
To prawda, od swojego Maria zaznała samych przykrości: więcej bicia niż chleba, jak mawiano w jej stronach.
Zapytał jeszcze:
– To jak, będziesz już rozsądna?
– Postaram się, proszę Pana.
III
Trudno jednak zapomnieć o takim Hektorze, który cię trzymał w ramionach. Teraz, gdy trzyma w nich inną, myśli się o nim jeszcze więcej. Zna się wszystkie jego gesty, widzi, jak je powtarza, tu, na twoich oczach, już na obcym ciele. Gotując, zastanawiasz się, co będzie jadł Hektor. Pan cię wzywa: „Mario!”, a tamten też mówił do ciebie: „Mario”. Wieczorem na mansardzie, wpatrując się w jego zdjęcie, myślisz sobie: „Podrę je!” – i nie starcza ci odwagi.
Płakała na tej mansardzie; płakała, usługując Panu; płakała w swojej kuchni.
– Kuku? Nie mieć kuku – radził Ali, który zaczął ją częściej odwiedzać.
Aby pokazać, że trzeba być wesołą, pocierał ręce, a wnętrza jego dłoni zdawały się zawsze umorusane. Czyścił piec Marii, szorował jej chodnik. Ale czarni nie pojmują takich spraw:
– Mój biedny Ali!
No i jak zapomnieć o Hektorze, gdy wspomnienie, które pozostawił, tak jest żywe, gdy miota się i kopie w twoim brzuchu. Wstydziła się tej wypukłości, która wypychała spódnicę bękartem. Żył poza jej ciałem, życiem osobnym, niczym zwierzę przyklejone do łona: miał skurcze, które należały tylko do niego, drgawki, nad którymi nie panowała. Zmuszał ją, gdy taki miał kaprys, by siadała; ciężki był, wielki, zajmował całe łóżko.
Któregoś ranka obudziła się, taki jej sprawiał ból. Poprzedniego dnia czuła już ucisk, ale nie tak gwałtowny, nie była to płonąca obręcz, która zaciska się aż po nerki. Nawet kości jej wykręcał, a gdy próbowała się podnieść, nogi nie wspierały jej jak nogi, uginały się niczym sprężyny, a potem napinały, podrzucając ją w górę.
Pomyślała, że lepiej jej będzie na podłodze.
Ali musiał się czaić w pobliżu. Niemal od razu wsunął głowę:
– O! Kuku, kuku!
I zbiegł pędem ze schodów, drąc się wniebogłosy. Pan zjawił się od razu:
– Do diaska, moje dziecko! Najwyższy czas!
Była w samej koszuli, ale tylko jakiś koc na nią zarzucił. Potem przypomniał sobie, że należałoby jej włożyć pończochy, ale nie dawały się wciągnąć: wepchnął je do kieszeni.
– Odwagi, moje dziecko, teraz zejdziemy.
Dokąd ją prowadzono? Stawiała nogi: jedną za drugą, a potem, gdy znalazła się na schodach, jedną pod drugą. Pan podtrzymywał ją za ramię. Ali, cofając się, szedł przed nimi z twarzą, na której odbijały się w czerni jej grymasy bólu. Na pierwszym piętrze, słysząc, jak jęczy, zaczął wrzeszczeć – nie chciał, żeby cierpiała. Sam ją poniesie. Nie miała sił się sprzeciwiać. Jego ciemna skóra niemal dotykała jej ust. Zamknęła oczy.
Na dole czekała dorożka. Pan wepchnął ją do środka:
– Na porodówkę!
Ludzie nie mają pojęcia, co dzieje się w takiej dryndzie. Chronią się przed deszczem, dbają o własne sprawy; czy choćby pomyślą, że tam wiozą cierpienie? „Na porodówkę!” Nigdy nie sądziła, że tak to będzie wyglądać... Ach, gdyby Hektor... i ten brzuch, dobry Boże!
Podtrzymywała go jedną ręką; drugą chwyciła za coś miękkiego, ściskała przy każdym wstrząsie z całych sił, może były to palce Pana. Jakie to miało znaczenie? Przestała się przejmować jego obecnością; powiłaby tu, na jego oczach, byle pozbyć się bólu.
Jechali tak długo, że uświadomiła to sobie dopiero wtedy, gdy powóz stanął. Potem dziedziniec, gdzie dwie kobiety chwyciły ją za ramiona, niekończące się schody, mały pokoik cały w bieli, a w nim łóżko.
Pana już nie było.
– Na drugi raz, moja mała, nie zwlekaj tyle.
Męski, żartobliwy głos. Co go obchodziło, że cierpi?
Jakieś ręce ją odkrywały, dotykały, przemykały po jej łonie, uwijały koło nóg. Jedna, olbrzymia, macała chwilę, po czym wsunęła jej się do brzucha.
Wyjęto coś czerwonego: myślała, że to dzieciątko, ale bóle nie ustąpiły... Trzeba się było przeistoczyć w zwierzę, przeć, przeć ile sił, żeby to się skończyło, żeby wreszcie z niej wylazło...
W końcu pokazano jej małą dziewczynkę – w pieluchach, jakby przyszła na świat odziana. Miała zaciśnięte piąstki, usta, które czyniły już wiele hałasu, kilka czarnych, cieniutkich włosków. Do nikogo nie była podobna.
– Waży toto ledwie trzy funty – powiedziała położna. – Mało.
– Jaka śliczna! – odpowiedziała Maria.
Nim zmorzył ją sen, pomyślała jeszcze, że nazwie ją Iwonką, ładne imię, na które wpadła całkiem niespodzianie.
To, co wydarzyło się potem, smakowało słodko jak nagroda. Podano jej Iwonkę. Mała była głodna, poruszała ustami. Maria odsłoniła pierś.
– Pij, dziecino.
Zrazu Iwonka nie mogła trafić. Miała zamknięte oczy: jak małe zwierzątko, które wodzi ślepym pyszczkiem po tym, czego szuka.
– Nie tu, maleńka; o tutaj, zobacz, guziczek...
A później, mój Boże, tysiące ssących pocałunków, kochane wargi, które nic jeszcze nie wiedzą, wargi dziecka, jej dziecka. Oddanie się w ofierze, bardziej niż mleko, sprawia, że piersi kobiety stają się ciężkie.
„Bierz – myślała Maria – bierz; oddaję ci się, jak oddałam tamtemu: bardziej. Pożywiasz się moim ciałem, tak blisko serca; teraz wypełnia cię moja miłość. Pij, Iwonko, pij ze źródła, abyś się stała moją maleńką, piękną Iwonką, moją dużą, maleńką Iwonką”.
– Teraz – rzekła pielęgniarka – odpocznie sobie.
Odebrano jej dziecko.
Znajdowała się w dużej sali, z innymi kobietami leżącymi w łóżkach, każda ze swym niemowlęciem w kołysce. Nudziła się. Służba zdrowia nie wie, jak szczęśliwe byłyby matki, gdyby pozwolono im stale bawić się ze swoimi dziećmi. Uważa, że coś mogłoby im się przytrafić: ostrożna jest, surowa.
Rano przybierała postać Doktora.
– Puls?... Dobrze... Język?... Dobrze.
– Panie doktorze, jestem głodna.
– Dobrze... dobrze... dieta!
Wieczorem znów doktor; o innych porach – pielęgniarka:
– Odpocznie sobie.
I tak przez dziewięć dni; dziewięć – młodym matkom tyle właśnie trzeba, żeby odzyskały władzę w nogach. Potem służba zdrowia stawia je na tych nogach i jazda, oto ulica lub... co wam się żywnie podoba.
Maria miała dokąd pójść. Zadzwoniła do Pana. Drzwi otworzył Ali, poczciwy Ali, który niósł ją w ramionach.
– Dzień dobry, Ali... Oto ona!
– O, milunia! Milunia.
Szczerząc zęby, śmiał się twarzą Murzyna, który pragnie zobaczyć.
– Pokażę ci ją, Ali. Delikatnie... o! – Odchyliła róg chusty. – Widzisz, Ali? – A potem ją zakryła, bo dzieci boją się ludzi, którzy mają czarną twarz.
Pan czytał w salonie. Posyłał jej pomarańcze oraz wino:
– Chciałam Panu podziękować.
– Nie ma za co... A to nasz berbeć?
– Iwonka, proszę Pana.
– A, Iwonka.
Posadził ją na kolanach, pogilgotał pod szyją, „gili-gili”, żeby ją rozbawić. Ale brakowało mu wprawy.
– Proszę, Mario, możesz ją odebrać.
– Prawda, że śliczna?
– Bardzo!... Sporo o tobie myślałem, Mario.
– O mnie?
– Tak... Smarkuli nie możemy tu zatrzymać. Trzeba ją odesłać do mamki. Znalazłem odpowiednią kobietę... Takie piersi! Nazywa się Pelagia. Najlepiej pojechać już jutro.
„Jutro” sprawia, że z dzisiaj niewiele zostaje.
– Dobrze, proszę Pana.
Na tę jedną noc położyła małą w swoim wielkim łóżku. Nie zmrużyła oka. Paliło się światło. Gdy Iwonka się poruszała:
– Masz, masz...
Maria podawała pierś.
IV
W wagonie, oprócz Iwonki i Marii, jechało wiele osób.
– To pani chłopczyk?
– Dziewczynka. Iwonka. Ma dziesięć dni.
– Dziesięć dni, a już podróżuje!
– No tak.
Powrotną drogę trzeba będzie odbyć samotnie.
Iwonka spała. Chwilami uśmiechała się, a jej ustom śniło się, że ssą. Nie płakała. W ogóle rzadko płakała. Gdy wychodziły z pociągu, małą owiało chłodne wiejskie powietrze, można by sądzić... Ale nie. Iwonka odemknęła tylko oczka, ale od razu się uspokoiła, gdy Maria pokazała jej, na skraju drogi, piękne kwiaty.
Niedaleko, w otoczeniu sadów, pysznił się uroczy domek: świeżo odmalowane okiennice, usiany różami trawnik wokół ganku, nikt by nie powiedział, że to wiejskie obejście.
Maria pomyślała: „Czyżby tam?”. I proszę: właśnie tam.
W drzwiach stała jakaś tęga baba:
– Hej, pani jest ta młoda, co to miała mi przywieźć dziecko?
– Tak – odparła Maria. – Jeśli mam przyjemność z panią Pelagią.
– Wejdźmy.
Na stole leżał naszykowany stos kanapek. Ale Maria chciała najpierw zobaczyć kołyskę: okazała się bardzo czysta, wiklinowa, ze świeżym, wyprasowanym prześcieradłem. Przyjemnie pachniała. Stała na dwóch krzesłach, a obok, w drugiej, zgoła takiej samej, leżało dziecko.
– To moje – powiedziała Pelagia. – Jasio mu na imię. Prawda, że ładny?
Maria, żeby sprawić jej przyjemność, spojrzała na Jasia: miał nabrzmiałą twarz, łysą czaszkę i niezbyt bystre oczy. Jak to możliwe, że mamie wydawał się ładny?
– To prawda – rzekła Maria. – Bardzo ładny.
– Pani pewnie głodna?
Gdy Maria jadła, Pelagia wzięła i rozebrała małą, żeby się z nią zapoznać. Iwonka nie była tłuściutka, za to bardzo krzepka:
– Prawda, Pelagio?
W izbie był także mąż Pelagii. Musiał być jednym z tych chłopów, co to niewiele mówią. Kurzył fajkę, patrzył, wzruszał ramionami, ale się nie odzywał. W końcu wyszedł, nie powiedziawszy choćby słowa.
– No – stwierdziła Pelagia – zrobimy, co w naszej mocy.
Wydobyła ze stanika coś, czemu istotnie na mocy nie zbywało: dwie pękate tykwy, tak białe, jakby prześwitywało przez nie mleko, któremu zawdzięczały swą potęgę. Nim podała je małej, chwyciła piersi w dłonie i ścisnęła; na stół, ku wielkiej uciesze kota, bryzgnęły dwie obfite strugi.
– Patrz pani – rzekła Pelagia – starczyłoby na trojaczki.
Uporawszy się z kanapkami, Maria postanowiła zwiedzić dom, w którym Iwonka miała dorastać. Rozejrzała się też po ogrodzie.
– Iwonka będzie się tu mogła bawić, prawda?
– Jasna sprawa.
A potem w sadzie:
– Iwonka będzie tu mogła drzemać?
– Jasna sprawa.
Ogród, w którym unosiła się upojna woń kwiatów, sad, gdzie jabłonie kołysały delikatnym obrysem liści, wszystko to zdawało się dość piękne, aby mała Iwonka mogła być szczęśliwa.
Przed odjazdem Maria zwierzyła się Pelagii: potem już nie będzie mogła, chciałaby po raz ostatni nakarmić małą.
– Mogę?
– Jasna sprawa.
Odwróciła się bokiem. Rozpięła stanik. Przy tamtych tykwach własne piersi wydały jej się bardzo małe.
V
Oczywiście, jej Iwonka rosła! Mleczarz dojeżdżał z tamtej wsi.
– Widział ją pan?
– Tak – odpowiadał mleczarz.
– Dobrze się miewa?
– Tak.
– Bardzo dobrze, prawda? A wygląda na szczęśliwą?
– Tak... Proszę, trzy litry.
Gdy jest się mleczarzem odpowiednio długo, zaczyna się odmierzać słowa, tak jak odmierza się litry.
Teraz Maria wiedziała już, co począć ze sobą w niedziele. Odwiedzała małą.
– Dziś – mówiła – jestem prawdziwą matką.
Och, bez wątpienia. Kobiecie wystarczy rozchylić kolana, a zagłębienie w spódnicy staje się najlepszą kołyską. Kładła tam Iwonkę; ale wpierw pieluchy: tyko matki wiedzą, jak pięknie pachnie dziecko, gdy się je przewija.
Iwonka rozkwitała z tygodnia na tydzień. Po prawdzie wolno rosła, nie tak jak ten grubo ciosany Jasio, który mógł się pochwalić coraz większym baniakiem. Ale mały kosmyk, jaki miała od urodzenia, patrzcie tylko, jak ten kosmyk urósł! Zamieniał się w delikatne włoski i porastał wokół kolejnymi, które można było zaczesywać na prawo bądź na lewo.
– A jej tyłeczek, Pelagio, spójrzcie tylko na ten tyłeczek: prawdziwie kobiecy tyłeczek, tyle że ładniejszy.
Aż chciałoby się go schrupać.
Iwonka co nieco rozumiała: sprytna była, o wiele bardziej od Jasia, który tylko by spał. Wystarczyło pokazać Iwonce kwiatek, rozpoznawała go; a jeśli nim pomachać, wodziła tęsknie oczkami.
– No – zachęcała Maria – powtórz za mną: Ma-ma.
– Bfff... bfff... – odpowiadała Iwonka.
Niemalże: „Mama”. A bańki, które puszczała ze śliny! Piąstki, które zaciskała i rozluźniała całkiem jak dorosły! A te drobne kawałki ciała, jeden przy drugim, tak białe, tak delikatne, a jednak to palce!
– Moje! Moje!
Kto stworzył te wszystkie śliczności? Mama. Kto nóżki? Mama. I brzuszek także! I jeszcze, na torsie, te dwie milusie główki od szpilek, które zamienią się z czasem w prawdziwe piersi: piersi Iwonki!
Mała czasem płakała. Wszystkie dzieci płaczą, ale głos Iwonki przenika was głęboko, aż po serce.
– Luli, luli... – nuciła Maria. Ale na próżno. Pelagia spieszyła z pomocą; wyciągała tykwy, a wtedy... jakże smutno tak stać, całkiem bezużytecznie, z wyschniętą piersią, podczas gdy wasze dziecko pociesza się mlekiem innej kobiety!
Pewnej niedzieli Iwonka nie chciała zasnąć. Choć nie można też powiedzieć, że była obudzona: oczy miała zamknięte, a nóżki i rączki nienaturalnie dygotały, jakby od wewnątrz pociągano je za sznurki. Parokrotnie zwymiotowała czymś białym, a przecież nic nie jadła.
– Ząbkuje – stwierdziła Pelagia.
– Oczywiście, ząbkuje – zawtórowała Maria.
Odjechała bardzo niespokojna.
W poniedziałek: Wszystko w porządku, oświadczył mleczarz.
Ale we wtorek patrzył tak jakoś w bok:
– Pelagia kazała przekazać, żeby pani zaraz przyjechała.
Pan pozwolił jej pojechać. Nie chciała się bać. Wszędzie, gdzie toczyły się koła pociągu, był jeden z tych pięknych dni jesiennych, kiedy to mgła rozciąga zasłonę przed słońcem, żeby nie męczyć dziecięcych oczu. Co złego mogło się stać w taki dzień? W wiosce poczuła jednak lęk, bo na jej widok pracujący w polu mąż Pelagii, zamiast pomachać, wbił w ziemię łopatę, jakby chciał powiedzieć: „Uwaga, to ona”. Pelagia wyszła jej na spotkanie. Twarz jak zwykle pogodna, w ramionach śpiący chłopczyk.
– A Iwonka?
– Iwonka... – zaczęła wieśniaczka.
Nigdy nie mówiła szczególnie szybko. Dziś była jeszcze bardziej powolna; cedziła słowa, jakby odmierzała kroki: Iwonka, rozumie pani, nigdy nie była krzepka; to dziecko źle się rozwijało; mąż tak właśnie powiedział, rozumie pani, no i przecież to nie z naszej winy takie nieszczęście...
Nieszczęście! Maria przestała słuchać. Rzuciła się pędem, wpadła do pokoju, a tam... Nigdy wcześniej nie widziała zwłok, ale to dziecko w kołysce – już sztywne, powieki zamknięte, usta wykrzywione:
– Moja biedna Iwonka!
– Tak – powiedziała Pelagia.
Z bliska trudno ją było poznać. Zajmowała tak mało miejsca, jakby została z niej połowa; usta też miała nieswoje.
Najłatwiej było rozpoznać czepeczek i wystający spod niego kosmyk.
– No tak – powiedziała Pelagia – to się stało koło drugiej w nocy. Takie nieszczęście.
Jak to, tej nocy? Te słowa nie miały sensu. Nie mogła, nie chciała uwierzyć: dziecko, nim umrze, choruje; pielęgnuje się je, czuwa przy nim, gdy umiera. Przecież nie umiera ot tak, za jednym zamachem, nie umiera...
– Czyż nie tak, Pelagio?
– A tak – rzekła Pelagia. – Tej nocy, spokojnie, bezboleśnie.
I to pyzate, drugie dziecko, które kobieta trzymała w ramionach. Biedna, mała Iwonka! Otworzyła szeroko oczy, żeby pozbyć się łez, ale łzy nie płynęły; były tak suche w jej głowie, że aż parzyły.
– Ale niech to pani nie przeszkadza w zdjęciu kapelusza – powiedziała Pelagia.
W tym celu musiała uczynić szereg ruchów: wstać, przejść przez pokój, pozbyć się jakiegoś pakunku, który trzymała w ręce, mój Boże, szal wydziergany dla małej, aby było jej ciepło. Zajęło to wiele minut, a po tym czasie Iwonka, która mogłaby się poruszyć i otworzyć oczka, wciąż leżała w kołysce, martwa jak wprzódy. Marii nie pozostało nic, jak znów usiąść i siedzieć.
Mijały godziny. Inni się przemieszczali; ktoś wszedł, potem wyszedł; nakryto do stołu, zaczęto jeść.
– Nie jestem głodna.
Nie poruszała się, nie żyła: była tam.
Wieczorem zapalono lampę, zaryglowano drzwi.
– Naszykowaliśmy już pokój.
Popatrzyła na dziecko:
– Tu będę czuwać.
Została sama. Musiała się zająć wielkim kocurem, który krążył wokół kołyski: mówi się, że koty jedzą zmarłych, poczynając od oczu.
– Sio, wstrętne bydlę!
Wzięła go na kolana. Potem chciała zobaczyć, co się dzieje z Iwonką: po omacku, przez kołdrę, szukała nóżek, ale nie ośmieliła się odkryć ciała, które nie należało już do świata żywych. Odważyła się tylko przystawić wargi do czoła, lecz szybko je cofnęła, takie było zimne.
Potem nie było już nic. Łzy, które wcześniej odmówiły posłuszeństwa, nadal nie napływały. Czekała na krześle; oczy otwarte, kot na kolanach, i tak tkwiła...
Następnego dnia przyszedł człowiek ze skrzynką – tak małą, że ledwo przypominała trumienkę. Wówczas przestała się bać. Na te deski, razem z dzieckiem, złożą twe matczyne ciało. Omal nie rzuciła się na tego człowieka. Ktoś ją powstrzymał.
– Spieszę się – powiedział.
A zatem, skoro nie mogła go pobić:
– Drogi panie, proszę chwilkę zaczekać!
Pobiegła do ogrodu zerwać różę dla Iwonki. Wybrała największą, całą czerwoną. Potrząsnęła nią, bo była na niej rosa, a potem włożyła do trumienki, tuż obok główki.
– To wszystko?
– Jeszcze chwilkę, proszę pana.
Dotknęła swego ciała; chciałaby dać coś jeszcze, jakąś część siebie, która dotrzymałaby towarzystwa dziecku lepiej niż kwiat. Ponaglana wzrokiem mężczyzny, znalazła jedynie broszkę, jaskółkę trzymającą w dzióbku list: prezent od Hektora. Przypięła ją małej pod szyją.
– To wszystko?
Chwycił za wieko: zajrzała do trumny. Całe jej spojrzenie zatrzaśnięto pod tym wiekiem!
VI
Nie płakała. Gdy zabrano Iwonkę, wróciła do kuchni: tutaj rosło twoje dziecko. Na tym krześle usiadłaś pewnego razu, gdy zbyt mocno waliło w ściany twego brzucha; w tym lustrze oglądałaś twarz udręczoną z powodu dziecka, które tak żarłocznie pożerało ci życie. I te robótki, które wyszywała! Czepek, w którym zostawiło się igłę; i myśli, które wciąż kołaczą w tyle głowy, te wszystkie plany, te „Gdy Iwonka dorośnie”, z marzeniami sterczącymi z nich jak owa igła. I łzy, które wzbraniały się dotychczas, napływają wreszcie do oczu. Wylewa się ich tyle, ile można; krzycząc, uderza się głową w stół, z całych sił, a jeśli głowa podskakuje, tym lepiej!...
Podała panu kolację. Pan był dobry – oczy miała czerwone, więc spytał:
– Płakałaś, Mario?
Zeszła do kuchni. Przyniosła mięso. Pan powiedział:
– Bądź dzielna.
– Tak, proszę Pana.
Przyniosła butelkę.
– Mario – rzekł Pan – wypij kieliszek wina.
– Chętnie, proszę Pana.
Wypiła duszkiem, jakby to było lekarstwo.
– I jeszcze jeden.
– Tak, proszę Pana.
Znów zeszła do kuchni. Wróciła z deserem.
– Kieliszek już na ciebie czeka.
– Tak, proszę Pana.
Trzeci. Po nim już tak się nie spieszyła do kuchni.
Nałożył jej na talerz. Wskazał krzesło.
– Usiądź, Mario. Poczęstuj się.
Ciasteczka. Była głodna. Usiadła:
– Moja biedna Iwonka, proszę Pana...
Spojrzał na nią tymi swoimi oczami, które musiały się bardzo zbliżyć, żeby coś zobaczyć:
– Tak ci smutno?
– Och! tak, proszę Pana.
I to nie tylko z powodu Iwonki, biednej dzieciny, która umarła.
– Opowiedz mi, Mario.
– Ale to całe moje życie, proszę Pana!
Ojciec, proszę Pana, bił ją; matka, poczciwa kobieta, o której nie potrafiła myśleć bez smutku; no i Hektor, przypomina Pan sobie? I ta Luiza...
Pan sobie przypominał:
– Jeszcze jedno ciasteczko, Mario. A potem kieliszek.
Jadła ciasteczko, opróżniała kieliszek.
– Na czym skończyłam? Ach! tak, Luiza...
Miała dziury w pamięci, wszystko jej się gmatwało. A poza tym, czy ta Maria, której niedole wspominała, była Marią siedzącą w jadalni Pana, Marią pijącą jego wino? Wszystko to stare dzieje, coś jak losy dawnej koleżanki, które niewątpliwie budzą współczucie, ale nie takie, żeby pogrążyć się bez reszty w smutku. Można się z tego nawet śmiać. Chichotała:
– Twoje zdrowie, Mario!
– Pańskie, proszę Pana.
Zresztą nie wszystkie wspomnienia były przykre: ot, pierwszy list Hektora: porównał ją do kwiatka.
– Kwiatka, Mario?
– Daję słowo, do róży.
– Z powodu miłego zapachu?
– Nie wiem, proszę Pana.
– A powiedz ty mi, Mario, co ten Hektor, hi, hi, robił w twojej sypialni?
– Och! proszę Pana!...
Nie powiedziała co, ale musiało to być zabawne – parskała śmiechem; ledwo trzymała się na krześle, była spragniona.
– Piję do dna, proszę Pana.
– Twoje zdrowie, Mario.
I znów miała przed oczami człowieka z trumienką, opróżnianą kołyskę, trupią twarz Iwonki:
– Och, proszę Pana, taka jestem nieszczęśliwa!
Ściskał ją za rękę, a ona płakała. Potem zachciało jej się spać i chyba musiała przysnąć, bo w końcu się obudziła. I proszę, od czasów Hektora nie ściągała koszuli, a teraz nie miała jej na sobie; leżała w łóżku w cudzym pokoju; była tam jeszcze druga poduszka, a na tej poduszce drzemała broda:
– Och, proszę Pana!
Broda mówiła:
– Nie bój się, skarbie...
Iwonka zmarła we wtorek, więc to było w piątek rano; wieczorem, na poduszce Pana, Maria już się nie bała: „Najtrudniej zrobić pierwszy krok” – mógłby orzec dawny nauczyciel, ojciec Marii. Czy trudno? Pana niewiele to kosztowało, a Maria straciła dziecko akurat w porę, żeby poczuć pragnienie.
Zapatrywała się na to, jak umiała. Może Pan mógł ją zaprosić inaczej, odczekać parę dni, ale w głębi serca był dobry. W przytułku, gdzie ją wybrał, w kuchni, gdzie piał z zachwytu: „Gary błyszczą jak słońce!” – nie sądziła, że sięgnie męskich ust, przedzierając się przez brodę Pana. Nawet o tym nie pomyślała; ale teraz, gdy wskazano jej drogę, weszła na nią: ani zdziwiona, ani smutna.
Smutna? Tylko Iwonka miała prawo do jej smutku, biedne, nieżywe maleństwo. Oto co się tyczy dnia.
Zdziwiona? Mężczyzna przebiega palcami po brodzie, a jest to piękna broda; jego oczy nurkują w głąb ciebie i wydobywają stamtąd różności; ten mężczyzna jest twoim panem; mówi: „Nie bój się”, musisz być posłuszną – nie boisz się, zostajesz w tym łóżku albo, jeśli w nim jeszcze nie leżysz, kładziesz się. Oto co się tyczy nocy.
Maria kładła się do tego łóżka bez wstydu. W każdym razie nie wstydziła się przed sobą. Oczywiście nie rozgłosiłaby wśród sąsiadów: „Jestem jego kochanką”. Zresztą nie była, o czym świadczył fartuszek – pozostała służącą. Choć, kto wie, Pan nie obchodził się z nią może tak, jak wypada traktować służbę. Przez wzgląd na konwenanse lepiej już trzymać gębę na kłódkę.
Dano jej stopy, dłonie, na szyi zatknięto głowę: stopy do chodzenia, dłonie do szorowania, głowę, żeby myślała o swoich obowiązkach. A może w nocy to właśnie odcinek między stopami a głową najzdatniej usługiwał panu? Za dnia ów odcinek kryje się pod suknią. Ale wieczorem suknię się zdejmuje. Zostają ramiona, piersi, wypukłości i wgłębienia, które, jak mawiał Pan, aż się proszą, by je brać. Więc brał.
Nie wiedziała, że prócz sznurówek i guzików, jakie przyszywają krawcowe, istnieją jeszcze słabiej widoczne zapięcia, którymi Moralność dopina ubrania. Tych zapinek nikt jej nie pokazał.
Tak więc przestała się bać.
Pan zapatrywał się na to wszystko po pańsku. Mówił o tym tak, jak mówią Panowie. Przypominało to zgadywanki.
W jego pokoju stało piękne pudełko z laki, na wieczku srebrny ptaszek wzbijał się do lotu.
– A powiedz, Mario, kiedy Hektor, hi, hi!... dobrze mu było?
– O tak, proszę Pana, bardzo.
– A tobie?
– Mnie, proszę Pana? Ale... Przyjemnie mi było, że jemu jest przyjemnie.
– I to wszystko?
– No tak, proszę Pana...
– Ach! Ach!... W takim razie możesz sobie wziąć to pudełko. W prezencie.
– Naprawdę? Och, dziękuję Panu!
– Otwórz je, Mario.
– A kluczyk, proszę Pana?
– Oto on.
– O, nie chce się otworzyć...
– Trzeba znać tajny sposób. Popatrz, Mario, guziczek, hi, hi... Naciskamy...
– Och, proszę Pana, jakie śliczne pralinki! I karmelki! O, ten smakuje jak cukier; a w środku tej pralinki jest jakby likier, trochę szczypie w język, ale pysznie...
– Spróbuj jeszcze tego, Mario, i tego. Nie żałuj sobie. Popatrz, ja też skosztuję, o, i jeszcze jedną, i kolejną, jemy wspólnie, jednocześnie, dlatego tak pysznie smakują. Rozumiesz, Mario?
– Co takiego, proszę Pana?
– Pudełko, karmelki...
– Nie, nie rozumiem, proszę Pana.
– Hektor nie miał kluczyka, nie znał tajnego sposobu. Hektor mógł tylko patrzeć z zewnątrz na wieko.
– I patrzył sam. Teraz rozumiem, proszę Pana. Jedzmy wspólnie.
Potem w życiu Marii pojawił się udziec.
– Widzisz, Mario, jak kraję tę pieczeń?
– Tak, proszę Pana. To udziec.
– Nic podobnego, Mario. To symbol.
– Co takiego?
– Nieważne, Mario. Z jednej strony kość, z drugiej mięso.
– Niech mi Pan odda nóż, sama pokroję.
– Zaczekaj, Mario. Mięso doprawiamy masełkiem, pieprzem, czosnkiem. A potem pałaszujemy: wyborne!
– W rzeczy samej, proszę Pana.
– Żeby udziec był bardziej soczysty, zawinęłaś go w papiloty. Ale w gruncie rzeczy to kość: uwaga na zęby! Rozumiesz, Mario? Nie? Patrzę na tę kość i nazywam ją panem Hektorem albo Miłością. A ja, dziecino, jestem mięsem: zabawiamy się.
Rozumiała: co innego przyjemność, co innego miłość. Młodzi nie myślą, wierzą, że jedno zrośnięte jest z drugim bardziej niż kość z mięsem. Nic podobnego. Oto kość... Oto mięso. Wystarczył nóż przedłużający rękę jakiegoś Pana.
– Żywość umysłu rozwiązała ci język, Mario.
– Do diabła z kością, proszę Pana.
VII
Ulicą przechodził młody człowiek. I nie tylko dziś, ale też wczoraj, przedwczoraj, a i jutro pewnie będzie przechodził. Co ów młodzieniec robi dzień po dniu na ulicy? Z daleka, na sam twój widok, uchyla kapelusza; markotny, gdy nie zwracasz na niego uwagi, radosny, gdy go zaszczycisz uśmiechem. Pewnego dnia podchodzi.
– Dzień dobry, panienko.
Ma czarne włosy, brązowe oczy, piękne, błyszczące zęby. Zwraca się do ciebie wytwornie, jak do prawdziwej damy. Przytrzeć takiemu uszu? Byłoby mu przykro, a poza tym, na ulicy: cóż za skandal! Choćby się nie wiem jak spieszyć, minutkę zawsze można znaleźć. A jeśli, w trakcie tej minutki, proponuje spacer, dajmy na to w niedzielę, gdy będziesz miała wychodne, nie możesz się nadziwić, że już tak dobrze zna twoje zwyczaje. Rozmarzasz się, myśląc o swojej pięknej sukni, która wyglądałaby jeszcze piękniej u boku kawalera:
– No dobrze, do niedzieli.
Nie możesz się doczekać tej niedzieli. Dni przypominają nudnych gości, którzy zwlekają z wyjściem. Zwłaszcza sobota ciągnie się bez końca ze swoimi porządkami i szykowaniem wszystkiego na niedzielę. Co chwila spoglądasz w niebo, żeby dojrzeć zarys jutra. Co za szczęście! Niebo jest czyste, a twoja radość dodatkowo je opromienia. Z toaletki pana pożyczasz najlepsze mydło. To chyba nie kradzież? Perfumujesz się na niedzielę; trefisz sobie włosy na niedzielę, wkładasz, nie wiedzieć czemu, najpiękniejszą koszulę, tę niedzielną, z koronką i „Do widzenia Panu! Do widzenia, Ali! Do widzenia wszystkim!” – zatrzaskujesz za sobą drzwi: wszak to już niedziela.
– Jakże się cieszę na pani widok.
Nie tyle mówi, ile raczej szepce; żadnych zgadywanek tak lubianych przez Pana: krągłe zdania, komplementy, Hektorowe obietnice.
– Zjemy obiad na wsi, zgoda?
Wieś. Jeszcze więcej szczęścia. Oto drzewa, oto zboże, oto całkiem czerwony mak, oto pyszny omlet, żółty jak wnętrze stokrotki. A te ptaki, posłuchajcie tylko ich śpiewu; i twoje szczęście także świergoce, nieśmiało wzlatuje z serca do ust i wyfruwa pocałunkiem przez rozchylone wargi. Zapada wieczór. Na ławce, obok ciebie, siedzi młodzieniec, jego dłoń cię pieści, noga muska, otacza cię swoim pożądaniem, a ty otaczasz go swoim.
Gdy spotykasz go nazajutrz, może po jednej z tych nocy, kiedy Pan nadużył swoich zgadywanek, rumienisz się jak za sprawą Hektora, język ci się plącze jak w obecności Hektora i... czujesz, że kochasz, jak kochałaś Hektora...
Temu na imię Vladimir. Mieszka sam – kanapa, łóżko, szafa z lustrem. Kawalerki mają tę zaletę, że kochająca kobieta może w nich zaprowadzić własny porządek:
– Spójrz, tu układam skarpety, a tu koszule. Te wezmę do zaszycia.
Miało to miejsce już drugiej niedzieli.
Vladimir, jak wskazywało jego imię, pochodził z daleka. Opowiadał o swoich podróżach. Istnieje nie tylko Ostenda, gdzie się dorastało, i Bruksela, która jest ładnym miastem. Jeszcze dalej jest Londyn, miejsce bardzo zabawne, bo w niedziele zamyka się wszystkie sklepy; gdzie indziej Berlin, w którym żołnierze maszerują, zadzierając nogi jak cyrkowe konie; gdzie indziej Paryż, w którym cudacznie przebrani panowie częstują cię trunkami z trupich czaszek.
Oczy, które widziały takie cuda, stają się najpiękniejszymi oczami w świecie: patrzyła na nie z podziwem.
Pokazywał jej też Brukselę. Ani z kuchni, skąd widać tylko nogi, ani z mansardy górującej nad dachami nie można zobaczyć Brukseli, jej wyszynków, gdzie pije się piwo, tawern, gdzie siedząc na beczkach, pije się wino, koncertów z szansonistkami w krótkich spódniczkach, aby wyżej zadzierać nóżkę. Zabrał ją nawet do teatru: jakaś kobieta płakała, bo czarodziej, odzyskawszy młodość, zrobił jej dziecko – jakby oglądała własne życie.
Znał tę sztukę. Przyglądał się pięknym kobietom w lożach.
– Kobiety – mówił – nie są stworzone do pracy.
– Chyba bogate...
– Każdy się może wzbogacić. Weźmy ciebie, mogłabyś być kimś więcej niż służącą...
Kim? Tego nie powiedział.
Innym razem pokazał jej, jak nakładać róż na policzki i czernić oczy, aby nadać twarzy łagodniejszy wyraz.
– Kochanie, mam gładką skórę, nie potrzebuję makijażu.
– Wyglądasz o wiele ładniej, zapewniam.
Tak umalowaną przedstawiał ją kolegom.
– Szalenie nam miło!
Byli to elegancko odziani młodzieńcy, o nieco pretensjonalnych manierach, które ją niepokoiły. Można by rzec, że ubierali się aż za dobrze. Niezbyt ich lubiła, a jeszcze mniej lubiła towarzyszące im panie z ich kapeluszami z piórkiem, platerowaną biżuterią i jakże niestosownym zwyczajem podpijania swoim chłopcom z kieliszków:
– W domu, proszę cię bardzo, ale publicznie!
Vladimir też za nimi nie przepadał. Odznaczał się zresztą o wiele prostszymi manierami:
– Pożycz mi franka – mówił.
Co najbardziej lubił w niedzielach?
– Prawdziwe święto jest wtedy, gdy idziemy do mnie i zostajemy sam na sam. I to za darmo!
Tak oto w sercu Marii zamieszkało wielkie szczęście i wielka miłość. Dziś jest szczęśliwy dzień, jutro też, a potem niedziela... Potem? Czy zrywając róże, martwimy się śniegiem, który spadnie potem? Wpierw niech spadnie.
W tym czasie biedna mała Iwonka pozostawała całkiem martwa. Któregoś wieczoru zapragnęła ją wskrzesić, dla Vladimira:
– Wiesz, kochanie, nie chcę niczego przed tobą ukrywać: zanim się...
– Cicho... – uciął Vladimir.
Na tym zakończyła się próba wskrzeszenia małej.
A Pan? Mój Boże, gdy wracała do domu, czekało na nią zapalone światło. Czyżby, z powodu Vladimira, miała sprawić Panu przykrość? Z powodu Pana sprawić przykrość Vladimirowi? Zresztą zgadywanki jasno to wyłożyły: z jednej strony kość, z drugiej mięso. Najlepiej nic nie mówić. A jeszcze ten trzeci... Któregoś dnia przyjaciel Pana poszedł za nią i z zaskoczenia wpił się ustami w jej kark. Usta na karku łaskoczą, no nie, wcale jej się to nie spodobało, i pac! spoliczkowała tego przystojnego pana.
Innego razu Ali przypadł jej do nóg:
– Ja kochać!
Murzyn! Maria się nie pogniewała. Ale nie rozbawiło jej to. Siedziała przy stole, na którym stygł krem. Gdy znów otworzył buzię, żeby wyznać miłość, wepchnęła w nią łyżeczkę, a potem kolejną, i jeszcze jedną... Aż zmiótł wszystko do czysta.
– A teraz idź już sobie, mój poczciwy Ali.
Dlaczego Vladimir tak bardzo się śmiał, gdy mu o tym opowiedziała?
VIII
Nadeszła pierwsza niedziela karnawału. Vladimir chciał jej pokazać, jak trzeba się bawić w taki dzień. Pójdą na bal. Pan powiedział: „Wróć, o której chcesz, moje dziecko”. Była więc wolna, zżerała ją ciekawość, a jednak, wychodząc z domu, czuła się raczej ponuro.
Nie z powodu kostiumu, skądże: „Wybrałeś mi taki piękny” – białe pończochy, pantofle ze wstążkami krzyżującymi się na łydkach, spodenki z zielonego jedwabiu, biała szmizetka, toczek z piórkami i szelki także z zielonego jedwabiu. Odbicie w lustrze pokazywało całkiem przystojnego kawalera, choć tyłek był może za duży, a biust nazbyt obfity.
– No i jak?
– Sama nie wiem – stwierdziła Maria.
– Bo masz za mały dekolt. Można temu zaradzić, wystarczy troszkę rozciąć.
– Ale – rzekła Maria – wtedy wszystko będzie na widoku.
– Uroczy widok. Zresztą w masce...
Na ulicy wciąż była chmurna. Panował dziki ścisk. Wszyscy wpadli na ten sam pomysł: „Chodźmy popatrzeć na maski”, skutkiem czego przebierańców, stosunkowo nielicznych, dosłownie oblegano. Maria, w zielonych spodenkach, przyciągała moc spojrzeń: „Hej, pastuszku!”. Dziewczyna w stroju pasterza winna być radosna, rączo przebierać nóżkami, mówić głupstewka, ale, zamiast tych wesołości, jest się nadal Marią, ma się ręce z ołowiu, ma się nogi z ołowiu, ma się głowę z ołowiu. No i czuła się skrępowana w tych obcisłych jedwabiach; wszystko było z pewnością na widoku.
– Ależ skąd! Zresztą w masce...
Weszli do winiarni, potem do drugiej. Można się poczuć swobodniej, siedząc na tym, co nas krępuje. Przyswajała sobie donośny głos masek, ich słowa. Takim głosem łatwiej mówić bzdury – to mówi przecież kto inny, nie ty: „Witaj, piękna masko”, pozdrowiła jakąś panią. „Serwus, my się chyba znamy?”, pogładziła po włosach hulakę o niezbyt odstręczającym wyglądzie.
– Dobrze się bawisz?
– Tak, kochanie, nieźle.
Po kilku następnych winiarniach weszli do restauracji. Do jedzenia musiała zdjąć maskę i znów stać się poważną Marią. „Ale i tak jestem wesoła!” Opróżnili butelkę białego wina, a potem butelkę czerwonego. „No i ostrygi, kochanie, smaczna rzecz: ostrygi!”
Włożywszy z powrotem maskę, była już na dobre pastuszkiem. Zaczęła wycinać hołupce. Nogi? Kto by się przejmował? „Skacz, Vladimirze, skaczże!...” Zapragnęła mieć fujarkę, taką jak inni, piskliwą. Wchodząc na bal, pogilgała po nosie kasjera.
– Tirli, tirli, tirli!
Na salę, przy dźwiękach fujarki, wkroczył pastuszek. A potem: Och, ci wszyscy ludzie kłębiący się, jakby zdążyli się najeść szaleju! Trzeba było przyjść wcześniej. „Nigdy nie będę tak szalona!” Nie tańczono – podskakiwano. Podskakiwano w parach, podskakiwano w podgrupach albo, co najweselsze, w długich łańcuszkach, trzymając się za ręce. Dużo się też całowano.
Patrzyła. Bal to zabawa, którą chłonie się powoli oczami. Ile światła! Z początku trudno cokolwiek rozróżnić: wirująca masa, czerwień, zieleń, żółć, błyszczące tkaniny, nagie ręce, ramiona i, to tu, to tam, z powodu odcienia – peruka, z powodu kształtu – dziwaczny nos. Potem wszystko się wyodrębnia i widać lepiej: o, kobieta w czerwonej spódnicy z czarnymi oczami Hiszpanki; a tamten, kochanie, z pobieloną twarzą i krwistoczerwonymi wargami; a ta, spójrz tylko na nią!, nogi widać jej aż po samą górę.
Na estradzie – kapelmistrz; słychać skrzypce bardziej aksamitne od głosów, zalecające się do nich wiolonczele, śmiejący się flet, klarnet, który śpiewa mimo kataru, a ponad bitwą, jaką toczą bęben i czynele, przekrzykują się pozostałe instrumenty, ile sił w miedzianych gardłach. Tak powstaje muzyka, dobrze znana melodia. A więc – po oczach – bal to zabawa, którą chłonie się uszami.
– Zatańczmy – rzucił Vladimir.
Ujęli się wpół, przez chwilę kręcili w miejscu, a wtedy, pośród tego balu, któremu chwilę wcześniej czegoś brakowało, pojawił się pewien naddatek, coś wyjątkowo pięknego: Maria tańcząca walca w zielonym stroju pastuszka! Czemu, gdy wychodziła, była taka smutna?
– Kochanie, wspaniale się bawię; kochanie, tańczmy jeszcze; kochanie, och, gdybyśmy byli sami choć przez chwilę.
Wszystkie te ciała, które wystawiają się na pokaz, które się dotykają, wszystkie te ciała, którym gorąco: bal pachnie jak miłość.
Zachciało jej się pić.
– Tirli! Ti-ti-rilili!
Pastuszek i jego fujarka zjawiają się w bufecie. Tutaj zabawa jest nawet lepsza. Nikt nie siedzi przy stołach, jak w tawernach; łazi się po nich, krzyczy. A kobiety... trudno odgadnąć, czyje są: toczą się od jednego do drugiego! Drażnią się z panami, ci zaś, aby się zemścić, żądają całusów.
– Patrz tylko, kochanie, no patrz.
Śmiała się. Uznała za rzecz naturalną, że zamówił szampana; do głowy przychodziły jej dziwne myśli. Myśli również mają maskę, gęstą perukę, przekrzywiony nos, mało brakuje, aby: hop – zadarły nogę, ukazując to, co zakazane. Ona zresztą nie pozwoliłaby sobie na coś takiego. „Wiesz, zawsze jestem przyzwoita”. I poprawia maskę, bo twarz należy zakrywać.
Pojawił się mężczyzna. Błękitny płaszcz, błękitne spodnie, błękitna kamizelka; i wśród tego całego błękitu widać było jeszcze oczy – błękitne.
– Ofiaruje mi pani ten taniec?
Spojrzała na Vladimira: „Z innym? – Ależ oczywiście”.
Okazał się dobrym tancerzem, lepszym, można nawet powiedzieć, od Vladimira. Nazywała go: „Mój błękitny książę”. Ujął ją w talii i prowadził, zręcznie lawirując między grupami tancerzy. Miał szeroką pierś, na której miło się było oprzeć. Ramiona, pod płaszczem, obejmowały ją żelaznym uchwytem. Po pierwszym tańcu: „Jeszcze jeden?”. Chętnie się zgodziła. W tańcu trzeba się było ściskać z całych sił – jak para kochanków:
– Założę się, że ładniutka z pani sztuka.
– Tak sądzisz, mój błękitny księciu?
– I gdybyśmy zdjęli maskę...
– Wykluczone.
– A czemuż to?
Gdyby głosy miały barwę, jego byłby błękitny.
– Proszę mnie odprowadzić do mojego kawalera.
Głowa wciąż tańczyła. Nie od razu spostrzegli, że Vladimir gdzieś przepadł. Trzymając się za ręce, okrążyli salę. Trwało to dostatecznie długo, aby przestała się niepokoić:
– To nic – powiedział błękitny książę.
Rzeczywiście, nic. Usiedli. W blasku żyrandola oczy błękitnego księcia wydawały się jeszcze bardziej błękitne. Było jej za gorąco. Powiedział, wskazując na maskę:
– Niechże ją pani zdejmie.
Prawda, inne kobiety już odsłoniły twarze.
– Gotowe.
– A nie mówiłem, że ładniutka? A usta? Można?
Na tym małym kąciku jej osoby mógł zrobić, co chciał. Potem, za sprawą tego pocałunku, pomyślała o Vladimirze.
– Ma pani czas. No, jeszcze raz usta. I kieliszek, coś tam zostało na dnie.
Nie można mieć chyba pretensji do dna kieliszka: „To nie ja, to ściany wirują. Te schody są w sztok pijane”. Wchodząc na salę balową, uznała, że łatwo będzie naśladować cyrkówkę, która wymachem nogi posyła na żyrandol kapelusz jakiegoś pana.
– O, tak to się robi.
Machnęła nogą, obróciła się wokół własnej osi i fru! kapelusz poszybował wysoko. Szkopuł w tym, że rozdarła bluzkę i wszyscy mogli zobaczyć nagą pierś. A nie mówiła, że będzie widać!
– Wracaj na miejsce, łobuziaro!
– Jeszcze druga – ktoś krzyknął.
– Druga! Druga!
Wszyscy dopominali się o drugą. Zabawni.
– No, już dobrze, panowie, nie wrzeszczcie; chcecie zobaczyć drugą, doskonale rozumiem. Ta jest milusia, ale druga, panowie, gdybyście ją widzieli... No więc: oto ona!
– Wiwat pastuszek!
Bili jej brawo. Pokazała drugą, a teraz chcieli się dowiedzieć, czy obie są prawdziwe. Kosztowali ich palcami, ustami, a potem nogi, a później resztę, słabo ukrytą pod kostiumem zielonego pastuszka. „Ależ zapewniam, panowie, najprawdziwsze. Sami zobaczcie. Och, nie wszyscy na raz, co za wstrętni gilgacze!”
Poczuła na sobie kobiece dłonie: no, tego już za wiele!
– Niech żyje pastuszek!
Nagle uniosła się wysoko w górę, niesiona na rękach, ponad głowami. A ponieważ wciąż pokazywała piersi, na świecie zapanowała szczęśliwość. Wzbiła się jeszcze wyżej, tak wysoko, że fujarka nie chciała jej dłużej towarzyszyć. Fujarka! Fujarka! Domagała się fujarki... Bez fujarki jest się całkiem nagą. Zapłaciła całusami, żeby ją odzyskać, całusami, żeby ją zachować, tak, tak, dla wszystkich starczy, ale po kolei.
Potem tańczyła: Maria w kole, Maria siedząca okrakiem na ramionach, Maria jako ulicznica w objęciach apasza. Potem zaczęła szukać Vladimira, a to dlatego, że właśnie gdzieś Vladimira dostrzegła.
– Hej, Vladimirze!
„Vladimirze! Vladimirze! Vladimirze!” Cała sala wołała Vladimira. „Vladimirze!” – w kanale dla orkiestry; „Vladimirze!” – w lożach; „Vladimirze!” – wysoko, wśród żyrandoli.
Vladimir, grzecznie oparty o kolumnę, uśmiechał się. Nie byłoby jej w smak, gdyby zobaczyła go z jakąś kobietą:
– Już pędzę, Vladimirze.
Pędziła: „Przepraszam, może mnie pan przepuścić? – Za przejście trzeba zapłacić, panieneczko. – Proszę... Ał! Moja stopa... Wybacz, piękna masko, spieszę się do Vladimira”. Całe to kłębowisko pleców, łokci, nóg, a w rezultacie: „O, to pan, mój błękitny księciu!”. Zatańczyła jeden taniec z błękitnym księciem; jeden taniec z czerwonym diabłem; jeden taniec na żelaznej piersi grubego żołnierza.
I znów zachciało jej się pić. Chwyciła jakieś ramię, które zmierzało w stronę bufetu. Wszyscy znali już pastuszka: „Śmiało, z mojego kieliszka! Śmiało, ale nie z kieliszka: z moich ust”.
Piła z kieliszków, piła z ust, i jej także pito z ust. Smutek dawno się ulotnił. Marzenie unosi daleko. Siedzę na czyichś kolanach, stoję na stole, jadę na barana, szukając Vladimira. Ja – służąca? Ja – Maria Hektora? Ja... Ach, nie! Pastuszek, drogi panie, śliczny pastuszek, pastuszek, którego wszyscy lubią, bo ma gołe piersi.
– Towarzyszyć ci, piękna masko? Chętnie. A dokąd?
