84,99 zł
Prawdziwe dzieło mistrza! Wszystkie opowiadania Pawła Huellego po raz pierwszy w jednym tomie.
Misternie skonstruowane, wielowarstwowe, zawsze na granicy światła i mroku, niepodrabialne. Pozornie proste historie o zwykłych ludziach i codziennych wydarzeniach pod piórem Pawła Huellego przeistaczają się w głęboką medytację nad ludzkimi triumfami i upadkami, nad złożonością uczuć, nad kruchością pamięci. Wyjątkowy talent autora Weisera Dawidka to talent do snucia opowieści hipnotyzujących, zapadających w pamięć, pełnych nieoczywistych znaczeń. Talent, który właśnie w opowiadaniach lśni najjaśniej, sprawiając, że żadna z tych historii nie pozwala o sobie zapomnieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1155
Data ważności licencji: 10/17/2030
Projekt okładki
Kira Pietrek
Na okładce
Quint Buchholz, Boy and Seagulls, 2005
Redaktorka inicjująca serię
Dorota Gruszka
Redaktorka prowadząca
Justyna Tomska
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Anna Szulczyńska
Promotorka tomu
Karina Caban
Korekta
Małgorzata Biernacka
Artur Czesak
Opracowanie typograficzne i łamanie
CreoLibro
© Copyright by Juliusz Huelle
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025
ISBN 978-83-8427-090-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
– Stół, stół – krzyczała mama – nie mogę już tego wytrzymać! Ludzie mają meble, a tylko my coś takiego – i pokazywała ręką na nasz okrągły stół, przy którym codziennie jedliśmy obiad. – Czy to w ogóle można nazwać stołem? – pytała, załamując głos i ramiona. Ojciec nie odpowiadał na jej zaczepki i zamykał się w sobie, wypełniając pokój ciężkim milczeniem. W końcu stół nie był taki zły. Pod krótszą nogę podkładało się specjalny klocek, a sękaty fornir na blacie można było zakryć obrusem. Ten stół kupił w roku czterdziestym szóstym od pana Polaske z Zaspy, kiedy pan Polaske pakował tobołki i ostatnim pociągiem udawał się na zachód, do Niemiec. Ojciec dał wtedy panu Polaske parę wojskowych butów, które wcześniej wyhandlował od sowieckiego sierżanta za używany zegarek, a ponieważ te buty nie były pierwszej świeżości, ojciec dołożył jeszcze trochę masła z UNRRA, na co wzruszony pan Polaske zostawił ojcu oprócz stołu fotografię z rodzinnego albumu. Przedstawiała dwóch eleganckich mężczyzn w garniturach, którzy stali na Lange Brücke. Lubiłem oglądać tę fotografię. Nie dlatego, że interesował mnie pan Polaske i jego brat, o których wiedziałem niewiele, ale dlatego, że za ich plecami, w tle, rozciągał się widok, jakiego próżno szukałem na Długim Pobrzeżu. Dziesiątki rybackich łodzi cumowało do kei Targu Rybnego, na nabrzeżu pełno było sprzedających i kupujących ludzi, a Motławą przepływały barki i parowe stateczki z długimi jak maszty kominami. Pełno tu było ruchu i życia, Lange Brücke wyglądało jak prawdziwy port i chociaż wszystkie szyldy hoteli, barów i kantorów kupieckich brzmiały obco, to jednak był to widok pociągający. W niczym nie przypominał Długiego Pobrzeża, odbudowanego wprawdzie po wielkim pożarze i bombardowaniu, ale świecącego pustką nikomu niepotrzebnych urzędów, czerwonych haseł zawieszonych na murach i zieloną nitką Motławy, po której pływała milicyjna motorówka i raz dziennie statek Wojsk Ochrony Pogranicza. – To niemiecki stół – podnosiła głos mama – już dawno powinieneś go porąbać na kawałki. Gdy pomyślę – ciągnęła już nieco spokojniej – że siedział przy nim jakiś gestapowiec i jadł po pracy węgorze, robi mi się niedobrze.
Ojciec wzruszał ramionami i wyciągał fotografię pana Polaske.
– Spójrz – mówił do mamy – czy to jest gestapowiec? – I opowiadał zaraz historię pana Polaske, który był socjaldemokratą i siedział trzy lata w obozie koncentracyjnym Stutthof, bo nie zgadzał się z Hitlerem. Kiedy nasze miasto w roku trzydziestym dziewiątym włączono do Rzeszy, pan Polaske ostentacyjnie nie wywiesił flagi na swoim domu i wtedy go zabrali.
– W takim razie jego brat był gestapowcem – ucinała dyskusję mama i wychodziła do kuchni, a ojciec, niepocieszony po stracie słuchacza, opowiadał o drugim panu Polaske, który zaraz po wojnie, z senatorem Kunze, pojechał do Warszawy prosić prezydenta Bieruta o gdańskich Niemców, żeby mogli zostać, podpisując deklarację lojalności.
– Wtedy – ciągnął swoją opowieść ojciec – prezydent Bierut nastroszył swój wąsik i powiedział delegatom, że socjaldemokracja niemiecka nigdy nie grzeszyła poczuciem historycznego rozsądku, że zdradziła swój klasowy instynkt już dawno, o czym mądrze i wyczerpująco napisał towarzysz Stalin. I jakiekolwiek prośby – tu prezydent Bierut zacisnął swoją robotniczą pięść i uderzył nią w blat biurka – są działalnością antypaństwową. Brat pana Polaske wrócił wtedy do Gdańska i powiesił się na strychu ich domku na Zaspie. Właściwie dlaczego to zrobił? – pytał głośno ojciec – przecież mógł pojechać do Niemiec, jak jego brat.
– Powiesił się – mama wchodziła właśnie do pokoju, niosąc dymiący półmisek – bo wreszcie ruszyło go sumienie. Gdyby wszystkich Niemców ruszyło sumienie, to wszyscy zrobiliby tak samo – dodała, stawiając na stole ziemniaki w mundurkach – wszyscy powinni się powiesić po tym, co zrobili.
– A Sowieci?! – wykrzykiwał ojciec, odrzucając na skraj talerza łupy – a Sowieci?
Wiedziałem, że zaraz zacznie się kłótnia. Mama bała się Niemców panicznie i nic nie było w stanie uleczyć jej z tego lęku, podczas gdy ojciec największy uraz czuł do rodaków Fiodora Dostojewskiego. Niewidoczna granica przebiegała teraz przez stół pana Polaske z Zaspy i oboje byli nią rozdzieleni, jak wtedy, w roku trzydziestym dziewiątym, gdy kraj ich dzieciństwa, pachnący jabłkami, chałwą i drewnianym piórnikiem, w którym grzechotały kredki, rozdarto niczym sztukę płótna na dwie części, między którymi łyskała srebrna nitka Bugu.
– Widziałem – ojciec połykał białe mięso ziemniaków – widziałem… – Oczywiście chodziło mu o defiladę w miasteczku, gdzie obie armie spotkały się ze sobą. – Kurz wzbijał się pod samo niebo – ojciec dokładał sobie skwarków – a oni maszerowali równym krokiem obok siebie i śpiewali raz po niemiecku, a raz po rosyjsku, ale rosyjski słychać było głośniej, bo Sowieci przysyłali na defiladę cały pułk, a Niemcy tylko dwie kompanie.
– Niemcy byli gorsi – przerwała mama – bo nie mieli w sobie żadnych ludzkich uczuć.
Nie lubiłem tych rozmów. Zwłaszcza kiedy toczyły się przy obiedzie i w gęsty zapach rosołu czy aromatyczny zapach sosu chrzanowego wkradał się huk armat albo stukot pociągu, którym wieziono ludzi na powolną lub natychmiastową śmierć. Nie lubiłem, kiedy kłócili się o takie rzeczy, bo zapominali wtedy o mnie i tkwiłem pomiędzy nimi jak zużyta i nikomu już niepotrzebna rzecz. Ostatecznie wszystkiemu winien był pan Polaske i jego stół. Tak myślałem, przełykając ziemniaki w mundurkach albo leniwe pierogi. Gdyby nie ten stół, rodzice rozmawialiby ze sobą o filmie z Marilyn Monroe, urodzaju truskawek albo ostatnim wodowaniu w Stoczni Lenina, na które przybył premier Cyrankiewicz. Mogliby zresztą mówić o czymkolwiek innym, lecz stół pana Polaske upodobnił się z czasem do ćmiącego zęba. Kiedy ból słabł i zdawał się przemijać, tym większa chętka brała ich, żeby dotknąć tego miejsca i wzbudzić pulsującą udrękę na nowo. Czy mogłem coś zrobić? Gdyby chodziło o krzesło, poradziłbym z pewnością. Ale stół – duży i okrągły, z rzeźbionymi nogami, tak bardzo ciężki, z dębowego drewna – stół pana Polaske z Zaspy wydawał się zbyt masywny, aby go unicestwić bez niczyjej pomocy. Podejrzewałem, że pan Polaske zostawił go nam specjalnie, jakby wiedział o niewidzialnej granicy między moimi rodzicami. I jakby przypuszczał, że jego mebel, którego nie mógł zabrać do Niemiec, stanie się przyczyną nieustającej kłótni. Ojciec, niechętny zmianom, upierał się przy swoim, a mama coraz częściej przypalała bigos albo żeberka, wyszukując w niemieckim stole wciąż nowe usterki. Do kulawej nogi i spękanego forniru dochodziły zatem korniki, których sekretna robota, niesłyszalna w dzień, nocą nie dawała mamie spać. Rano była niewyspana i w złym humorze.
– Zrób coś – mówiła do ojca – nie mogę już dłużej tego wytrzymać!
– Jakie znów korniki? – pytał ojciec.
– Niemieckie – odpowiadała mama. – To niemieckie robaki. Niedługo zaatakują kredens i szafę, bo są nienasycone. Jak wszystko co niemieckie – szeptała ojcu do ucha.
Jeśli pan Polaske chciał się zemścić, nie mógł znaleźć lepszego sposobu. Coraz częściej wyobrażałem sobie, że śmieje się gdzieś w Hamburgu albo Monachium i zaciera ręce. Masło z UNRRA zjadł w ciągu kilku dni, sowieckie buty wyrzucił po roku, a my męczyliśmy się z jego stołem jak z obcym domownikiem, który przeszkadza wszystkim bardzo, lecz którego nie można wyrzucić. Tylko dlaczego miałby się na nas mścić – zastanawiałem się chwilami. Nie zrobiliśmy mu przecież nic złego. Nie mieszkaliśmy nawet w jego domu, który zajmował teraz jakiś wysoki urzędnik partyjny. Czyżby życzył nam źle tylko dlatego, że byliśmy Polakami? Nie znajdowałem na to pytanie gotowej odpowiedzi. Ani na żadne inne związane z panem Polaske. Godzinami oglądałem fotografię, na której Długie Pobrzeże wyglądało jak prawdziwy port, i liczyłem kominy parowych statków ciągnących po Motławie. Tymczasem stół z każdym dniem wydawał się większy i pęczniał w zamkniętej przestrzeni pokoju do niemożliwych rozmiarów.
Aż wreszcie któregoś dnia stało się to, co stać się musiało. Kiedy mama postawiła na blacie wazę z zupą, klocek spod krótszej nogi puścił i stół zakołysał się jak raniony zwierz. Barszcz chlapnął ojcu na koszulę i spodnie.
– Ach! – mama z zachwytem klasnęła w dłonie – a nie mówiłam? Czyż nie przepowiadałam katastrofy?
Ojciec nie odezwał się ani słowem. Podłożył klocek, zjadł drugie danie, doczekał w milczeniu galaretki wiśniowej i dopiero po deserze, z papierosem w zębach, zszedł do piwnicy po piłę i metr. Za parę chwil, pochylony nad stołem, mrużąc raz jedno, to znów drugie oko, wyglądał wspaniale niczym frontowy chirurg przystępujący do operacji. Tu jednak zdarzyła się rzecz niesłychana. Ojciec, który miał dobrą rękę do napraw i przeróbek, nie mógł sobie poradzić ze stołem pana Polaske. A właściwie nie ze stołem, tylko z jego nierównymi nogami. Po każdym przycięciu okazywało się, że jedna z nich, zawsze inna, jest nieco krótsza od pozostałych. Opanowany furią doskonałości, a może niemieckiej pedanterii, ojciec nie dawał za wygraną: skracał i skracał stołowe nogi coraz bardziej, aż wreszcie naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Na podłodze obok mnóstwa spiłowanych kawałków drewna i morza trocin spoczywał blat stołu pana Polaske, bez nóg, jak wielka brązowa tarcza. Oczy mamy błyszczały ze wzruszenia, wzrok ojca ciskał gromy, ale nic nie mogło powstrzymać rozpoczętego dzieła. Jak w transie, warcząca piła wdarła się teraz w blat, ojciec sapał i wzdychał, mama wstrzymywała oddech, by w końcu wykrzyknąć:
– No, nareszcie!
Stół pana Polaske nadawał się już tylko do spalenia.
Ojciec wynosił kawałki drewna do piwnicy, mama sprzątała trociny i tylko ja czułem przez skórę, że to jeszcze nie koniec i że prawdziwe kłopoty są dopiero przed nami.
Następnego dnia zjedliśmy obiad w kuchni. Było tu ciasno i niewygodnie, a zapach smażonych śledzi, gęsty jak chmura, wcale nie dodawał apetytu.
– Musimy kupić nowy stół – mówiła mama – może trochę mniejszy od tamtego, ale też okrągły. A potem nowe krzesła – rozmarzyła się zupełnie – z pluszowymi obiciami!
Ojciec milczał. Po obiedzie pojechaliśmy tramwajem do sklepu meblowego. Sprzedawca rozłożył ramiona, uśmiechnął się znacząco i powiedział, że jest to, co widać: stoły trójkątne.
– To najnowszy model – wskazał równoboczną figurę – eksperymentalny!
– A okrągłe? – zapytała mama. – Czy nie ma okrągłych?
Wtedy sprzedawca wyjaśnił, że tegoroczny plan centralny został już wykonany i okrągłe stoły będą, owszem, ale dopiero w styczniu albo lutym. Ojciec uśmiechał się zgryźliwie, bo mieliśmy akurat połowę maja. Mama natomiast chodziła między trójkątnymi stołami i dotykała ich blatów, jakby z niedowierzaniem i lękiem. Światło, które wpadało do sklepu przez zakurzoną szybę, oświetlało jej kasztanowe włosy dyskretną aureolą, co dodawało mamie melancholijnego uroku. Kiedy wyszliśmy na ulicę, zażądała wszakże, aby pojechać do innego sklepu. Jak wielkie było jej rozczarowanie! Nad wszystkimi sklepami meblowymi w mieście niczym widmo zawisło fatum planu centralnego. Jedyny nietrójkątny stół, wydobyty na jej kategoryczne żądanie z mrocznego magazynu, okazał się prostokątny, długi bardzo i wąski, całkiem nieprzydatny do naszego pokoju. Nie wiedziałem, czy pan Polaske mógłby sobie to wyobrazić – po kilku godzinach bezskutecznych poszukiwań przyszliśmy do domu zmęczeni, a jego stół tkwił między nami nadal jak ledwo widoczna drzazga.
– Ostatecznie – tłumaczył ojciec – można zamówić stół. Będzie droższy, ale – tu zawiesił znacząco głos i wzniósł palec jak kaznodzieja – wobec planu centralnego nie mamy innego wyjścia.
Czy było coś prostszego nad takie rozumowanie? Oczywiście, że nie, jednakże – jak okazało się wkrótce – z pięciu zakładów stolarskich w okolicy trzy były już zamknięte od dawna. Ich właściciele, zrujnowani domiarami, pracowali w państwowej fabryce, wykonując plan centralny. Czwarty – należący do wdowy po stolarzu z Wilna, Rupiejce – był właśnie w likwidacji. A piąty zakład przekształcił się w cichą manufakturę, gdzie wyrabiano piękne trumny, których produkcja – jak na razie – nie podlegała planowaniu centralnemu.
– Wszystko do czasu – powiedział ojciec po powrocie z miasta – ich także włączą w nurt historii.
A stołu nie było nadal. Pewne próby, podjęte przez ojca nieśmiało niczym ulotne i poetyckie improwizacje, już w samym zarodku skazane zostały na niepowodzenie. I tak deska do prasowania ustawiona na podwójnych skrzynkach, następnie prowizoryczny blat sklecony przez niego w piwnicy czy wreszcie ogłoszenie, które zamierzał umieścić w przedpołudniowej gazecie („Stół używany, zdecydowanie okrągły kupię”), nie znalazły cienia aprobaty w oczach mamy. Szczególnie ten ostatni wydał się jej okropny. Już raz mieliśmy używany stół, no i proszę, co z tego wynikło! Ostatnią deską ratunku miał być więc pan Gorzki, który bez szyldu i zezwoleń możliwych i niemożliwych urzędów parał się stolarką pokątnie. Robił to po godzinach pracy, z materiałów ukradzionych w stoczni. Brał przy tym wysokie zaliczki i pił w każdą sobotę i niedzielę, jakby był szewcem, a nie stolarzem. Pan Gorzki często zasypiał przed domem na koślawej ławce, a że zdarzało się to w niedzielę, ludzie wracający z kościoła wytykali go palcami, nazywając masonem. W każdym razie przyjął od ojca zaliczkę i obiecał zrobić stół w ciągu tygodnia. Okrągły jak się patrzy. Mama ucieszyła się bardzo, a ojciec, który był legalistą, przeżywał teraz swój ciężki tydzień.
– Jeżeli wiem – pytał głośno co wieczór – że on zrobi nam stół z kradzionego drewna, to czy to jest w porządku? Czy to jest uczciwe?
Ale mama była pragmatykiem:
– Komu ukradnie? Wszystko jest państwowe. Wszystko! – I zatoczyła ręką wielkie koło w powietrzu, jakby przemawiał przez nią Duch Dziejów.
Tenże sam Duch Dziejów przemówił jednak bardziej stanowczo przez pana Gorzkiego i oto, co się stało: stolarz nie skończył picia w niedzielę wieczorem, przedłużając swój błogostan do poniedziałku. Odnowił go we wtorek, podtrzymał w środę, podsycał umiejętnie w czwartek, aż wreszcie przeciągnął do piątku po północy, gdzie czekała już na niego spragniona sobota z niedzielą. Kiedy w poniedziałek – ten następny – udaliśmy się z ojcem do szopy pana Gorzkiego położonej tuż obok stawu za browarem, przyjął nas, siedząc na klepisku, pijany w sztok, pośród butelek i rozrzuconych narzędzi. Z jego twarzy biła wisielcza melancholia pomieszana z ekstatyczną radością. Co chwila unosił głowę, zaśmiewał się gardłowo i wykrzykiwał wciąż to samo zdanie, jak katarynka:
– Ja wiem! Ja wiem!
Ojciec spurpurowiał, jakby to on sam wypił szklankę spirytusu.
– Gdzie są moje pieniądze? – krzyczał – gdzie jest nasz stół? Proszę mi zwrócić zaliczkę! – zapiał falsetem, łamiąc głos. – Natychmiast!
Ale nawet ja rozumiałem, że ojciec krzyczy wyłącznie dla zachowania przyzwoitości. Nie miało to już bowiem nic wspólnego z panem Gorzkim, który teraz, właśnie na naszych oczach, przeciął nici łączące go ze światem skutków i przyczyn.
Od tego czasu w naszym mieszkaniu pojawiał się pan Polaske. Pukał do naszych drzwi cichutko, witał ojca skinieniem głowy, po czym w milczeniu obchodził dookoła swój dębowy stół, teraz całkiem niewidzialny. Kładł na nim swoje podarunki – paczkę kawy, czekoladę, puszkę angielskiej herbaty – i wychodził niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać mamy. Prezenty wyglądały dość dziwnie, wisząc w powietrzu nad podłogą, lecz zawsze, gdy wyciągałem po nie rękę, znikały tak samo jak pan Polaske. Szybko i bez śladu. W spojrzeniu ojca nie znajdowałem rozstrzygnięcia dręczącej mnie wątpliwości – który mianowicie z braci przychodził do nas w odwiedziny? Ale nie rozmawiałem o tym z ojcem, który był coraz bardziej roztargniony i być może wcale nie zauważał chwilowej obecności gościa w naszym mieszkaniu. Również fotografia z Długim Pobrzeżem niewiele mogła mi pomóc. Obaj panowie Polaske byli do siebie tak podobni, że nie odróżniłbym, który z nich wyjechał do Niemiec, a który został w naszym mieście na zawsze, na brętowskim cmentarzu. Oczekiwałem więc rzeczy nadzwyczajnych i nieprzewidzianych. Do czego, na przykład, mogłoby doprowadzić spotkanie mojej mamy z panem Polaske? Albo pojawienie się nieoczekiwane gościa przy kuchennym stole? Lecz nic takiego nie nastąpiło.
Któregoś dnia ojciec przyszedł z pracy szczególnie podniecony.
– Mam! – krzyczał od progu. – Mam wreszcie stół!
Mama wyjrzała natychmiast przez okno.
– Nie widzę bagażówki – stwierdziła sucho.
I wtedy właśnie ojciec wyjął z kieszeni małą karteczkę i oznajmił, że trzeba pojechać do pana Kaspra, który robi stoły jak przed wojną – solidne i okrągłe, owalne lub w kształcie elipsy – wszystko na życzenie klienta. Tu tkwił sekret przedsięwzięcia: pan Kasper przyjmował tylko ludzi zaufanych, z polecenia. Ojciec wymachiwał karteczką w powietrzu, jak biletem, i dodał, że stolarz o nazwisku Kasper mieszka na Żuławach, po tamtej stronie Wisły.
Dom stolarza był niewielki. Tonął w zieleni starych wierzb i krzewów, jak drewniane pudełko z małym gankiem i fantazyjnymi oknami facjat. Staliśmy na podwórku, rozglądając się niepewnie, bo w obejściu nie było żywej duszy, nawet szczekającego psa. Wreszcie z ogrodu, który ciągnął się za domem, wyszła do nas kobieta w nieokreślonym wieku, o pomarszczonej twarzy.
– Do kogo? – spytała.
– Do pana Kaspra – uśmiechnął się ojciec. – Mamy interes do niego.
– On nie Kasper. On jest Kaspar – powiedziała kobieta.
– No tak – ojciec przestępował z nogi na nogę – więc mamy sprawę do pana Kaspara.
Kobieta patrzyła na nas podejrzliwie, a może tylko obojętnie, dość że nie powiedziała niczego więcej i staliśmy nadal, w gęstym i nieruchomym powietrzu południa, jak dwaj przybysze z obcego świata.
– Mam dla niego wiadomość – powiedział wreszcie ojciec. – Czy on jest w domu?
– W domu? – kobieta była oburzona. – Musicie iść drogą aż do spędu. On tam jest! – I odwróciła się szybko, łopocząc połami fartucha, jakbyśmy zupełnie przestali ją interesować. Obeszła narożnik domu i znikła gdzieś między krzewami.
– No to chodź – usłyszałem westchnienie ojca – musimy go znaleźć.
Ale w porównaniu z jazdą autobusem przez most pontonowy na Wiśle czy odkrytym wagonem kolei wąskotorowej, która wiozła nas przez groble, kanały i szpalery topoli, przeskakując zgrabnie żelazne mostki i ukryte śluzy, w porównaniu z tym wszystkim ostatni etap wyprawy po okrągły stół wydawał się drogą czyśćcową. Po kostki brnęliśmy w brudnym piachu, z którego unosił się gęsty kurz gryzący w gardle. Osiadał na wargach i języku, szczypał w oczy, zgrzytał między zębami, a prowadziły nas ślady racic.
– To już niedaleko – mówił ojciec – tą drogą pędzą bydło.
Lecz mnie było już wszystko jedno. Nawet widok wiatraka z kikutami skrzydeł, który stał przy drodze, bezużyteczny jak porzucone narzędzie, nie przyciągał mojej uwagi. Co chwila omijaliśmy zwierzęce odchody i trzeba było uważać, żeby nie zanurzyć nogi w końskie albo krowie gówno. Było gorąco i gdyby nie ojciec, na pewno bym zawrócił.
W końcu dotarliśmy do placu, przy którym stał budynek przypominający bunkier. Cementowe ściany zabudowane w kwadrat nie miały właściwie okien i tylko pod samym dachem, płaskim jak decha, biegł rząd niewielkich świetlików. Żółty i odrapany szyld głosił, że stoimy przed barem „Pod świnią”. We wnętrzu, chłodnym i mrocznym, siedziało przy kulawych stolikach kilku nadwerężonych mężczyzn.
– Piwa nie ma – krzyknął otyły barman – wszystko już wyżłopali!
Wirujące smugi tytoniowego dymu z ostrym zapachem potu, moczu i skwaśniałego alkoholu otaczały nas jak mgła. Ojciec tłumaczył barmanowi, kogo poszukujemy, a ja przyglądałem się twarzom mężczyzn. Były ogorzałe, pocięte bruzdami i z tym samym wyrazem, trudnym do określenia – zapatrzone w niewidzialny punkt.
Pan Kaspar siedział w samym kącie baru, prawie niewidoczny w półmroku, i palił ogryzek cygara. Na jego stoliku nie było pustego kufla, leżała za to kartka papieru, po której wodził kopiowym ołówkiem, pozostawiając na niej fioletowe linie. Ojciec, pochylony, wydostał z kieszeni karteczkę, położył ją na blacie jak bilet wizytowy i szeptał panu Kasparowi do ucha opowieść o stole. Kreślił przy tym w powietrzu fantazyjne linie, przecinał je i łączył, unosił się na palcach i siadał wolno na ławie, a jego rozmówca słuchał w milczeniu, dopalając cygaro.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, role się zmieniły. Pan Kaspar opowiadał, ciągnąc na sznurku prosiaka, o dzisiejszym spędzie – nieudanym, jak zwykle gdy przyjeżdżali urzędnicy i kontrolerzy. Właśnie dlatego pan Kaspar nie sprzedał świni i czekał w barze nie wiadomo na co, może na koniec świata, a może na lepsze czasy, aż zobaczył nas i od razu poczuł, że idziemy do niego.
Minęliśmy opustoszały wiatrak, a pan Kaspar mówił dalej, że kilka dni temu śnił mu się dorosły mężczyzna z chłopcem, którzy pukają do jego drzwi i mają dla niego dobrą nowinę. To przeczucie, dzisiaj właśnie spełnione, wprawiło go w doskonały nastrój, cóż bowiem piękniejszego może spotkać człowieka w takich czasach? Ojciec dyskretnie spoglądał na zegarek, czas płynął nieubłaganie, a ostatni wagon kolejki wąskotorowej odchodził za godzinę z sąsiedniej wsi.
– Niech się pan nie przejmuje – stolarz chwycił ojca za rękę – czymże jest nasze życie wobec wieczności? Maleńką chwilką, pyłkiem tylko!
Ojciec nie odpowiedział, a pan Kaspar rozwijał swoją myśl dalej:
– W tym pyłku, choć taki mały on jest i słaby, tkwią jednak tajemnice przeznaczenia. Bo dokąd idziemy? I skąd?
– Tak – ojciec opuścił głowę – to wszystko jest dosyć tajemnicze. Ale – zawahał się przez chwilę – czy zrobi pan ten stół? To dla nas bardzo ważne.
Stolarz zaplątał się w sznurek i pewnie dlatego nie odpowiedział ojcu natychmiast. Prosiak kwiczał żałośnie, pan Kaspar rozplątywał zamotane sploty, a wokół nas uniosła się gęsta chmura kurzu, który opadał powoli, wirując w promieniach popołudniowego słońca. A w chwilę potem, już przed domem, między krzakami czarnych porzeczek i gęstymi zaroślami piwonii, zaczął się niezwykły ruch. Kobieta o pomarszczonej twarzy wynosiła talerze i sztućce, a pan Kaspar, jakby nie słyszał pytania ojca albo zapomniał o celu naszej wizyty, ustawiał wiklinowe fotele wokół kamiennego stolika; i zanim ojciec zdążył powiedzieć cokolwiek, na przykład: „bardzo nam przykro, ale musimy już jechać”, siedzieliśmy nad rosołem, w którym pływały wielkie złote oka, i nad sztuką mięsa; a kiedy zjedliśmy i to, pan Kaspar przyniósł z piwniczki dzban, z którego nalewał do grubych szklanek jałowcowe piwo o ciemnej barwie i mocnym, aromatycznym zapachu.
– Cała sztuka – powiedział, unosząc szklankę do oczu – polega na tym, aby nie dodać zbyt dużo tych kuleczek. I żeby zebrać je w odpowiedniej porze, wczesnym popołudniem, kiedy nagrzane są od słońca i puszczają sok.
Patrzyłem, jak ojciec ciągnie cienisty napój długimi łykami i jak jego twarz, zawsze poważna i nieco zachmurzona, rozjaśnia się teraz, wypogadza i nabiera niezwykłego blasku. Zaraz też obaj panowie zaczęli snuć wspomnienia. Ojciec opowiadał o tym, jak w roku czterdziestym piątym przypłynął do Gdańska Wisłą, starym kajakiem, bo nie miał żadnych dokumentów i bał się kolejowych dworców i miejsc, gdzie chodziły sowieckie patrole. Natomiast pan Kaspar mówił o długiej podróży w wagonie kolejowym, która skończyła się niedaleko stąd, kiedy niemieccy dywersanci wysadzili tory i trzeba było znaleźć jakieś miejsce na postój. Opowiadał, jak szedł przez puste wsie, gdzie skrzypiały otwarte okiennice i uchylone drzwi, wabiąc go cicho: „Kaspar, tu! Kaspar, chodź!”. Ale on nie mógł się zdecydować, bo za sobą zostawił miasto, najpiękniejsze na świecie, miasto kościołów i synagog, łagodnych wzgórz i sosnowych borów otaczających przedmieścia, miasto swojego dzieciństwa, młodości i wojny, które teraz znalazło się pod bolszewicką władzą.
– A jest to władza szatana – zamyślił się pan Kaspar. – Kraina ciemności i srogiego ucisku.
Dzban był już pusty. Kobieta o pomarszczonej twarzy zabrała go na chwilę do domu.
– Tylko jak długo będzie to trwało? – pytał ojciec. – Jak długo można to wytrzymać?
Pan Kaspar odebrał napełnione naczynie i nalał znów piwa pachnącego jałowcem do szklanek. W powietrzu unosiła się przedwieczorna mgiełka, jaskółki z wizgiem krążyły pod okapem, a ojciec, jakby zapomniawszy o wąskotorowej kolejce i stole, mówił, że Pan Bóg chyba dawno przestał interesować się nami, skoro możliwy jest taki właśnie świat.
– O, nie! – żachnął się pan Kaspar. – Nie znamy dnia ani godziny. A swoją drogą – zapytał – czy świat zasłużył sobie na lepszy los?
Po tym pytaniu, w które niczym brzęczenie muchy wkradły się wątpliwości i niejasne cienie, ledwie widoczne, a przecież wyraźne, w postaci nagłych zmarszczek na czole mojego ojca, zaszumiały liście i przez ogród przeszedł lekki powiew od rzeki. Pan Kaspar nie od razu polubił krainę, gdzie płaska jak stół ziemia nie ma końca, a długie rzędy topól i wierzb umykają prostymi liniami w nieskończoność. Którejś wiosny sztorm przełamał zapory, obalił śluzy i morze wdarło się aż tutaj, pod dom pana Kaspara.
– Niech pan sobie wyobrazi – opowiadał, pochylając się nad ojcem – że zarzuciłem z okna wędkę i wyciągnąłem… no, niech pan zgadnie, co?
– Suma! – krzyknął ojciec. – W tych kanałach muszą być wielkie sumy!
– Wyciągnąłem siedmiokilowego dorsza! – z zachwytem wspominał pan Kaspar. – A gdy woda stała dłużej, mogłem sieciami ciągnąć śledzie!
Rozcierałem smak gorzkiego piwa na podniebieniu, bo dano mi spróbować dwa albo trzy łyki, i czułem, jak jałowcowe bąbelki zaczynają krążyć w mojej głowie. Niepostrzeżenie opuściłem werandę i zapuściłem się w gęstwinę ogrodu. Chodziłem po zarośniętych łopianami ścieżkach, a mocny zapach piwonii wirujący w powietrzu był dla mnie jak przedsmak gorącego lata.
– Myyy, Pierwsza Brygaaada! – głos ojca ulatywał wysoko ponad drzewa.
– Strzeeelecka gromaaada! – zawtórował mu pan Kaspar i dalej śpiewali już razem: – Na stos! – rzuciliśmy! – nasz życia los! – na stos! – na stos!
Następnie obaj panowie pociągnęli rozmarzonymi głosami za Niemen, a kiedy przebyli już tę rzekę w bród, z chrzęstem broni i łopotem sztandarów, wznieśli zdrowie marszałka Piłsudskiego i usłyszałem trzask tłuczonego szkła. Po chwili ujrzałem ich obu na szerokiej alejce między jabłoniami. Szli wolnym krokiem w stronę rzeki.
– Oczywiście, pomogę panu, choć nigdy tego nie robiłem – mówił ojciec – dlaczego nie?
– Tak, tak – odpowiadał stolarz – zawsze czekam do zmierzchu, bo to nie jest prosta sprawa. Trzeba uważać!
– Oczywiście, trzeba bardzo uważać – powtórzył jak echo ojciec.
Na niebie wschodziła czerwona tarcza księżyca, kiedy zniknęli w dużej szopie obsadzonej gęsto krzakami forsycji i leszczyny. Usiadłem niedaleko nad wodą i patrzyłem na żebro zwodzonego mostu. Jego opadłe ramię jak nieruchomy dźwig przecinało rzekę, a niżej wśród tataraku i trzcin zobaczyłem wrak barki. Był wbity w brzeg jak potężny klin i nawet teraz, w blasku księżyca, widziałem karłowate brzozy i olchy, które porastały dziób i nadbudówkę. Żaden dźwięk, nawet najmniejszy plusk wody nie mącił spokoju nad rzeką. Powietrze stało nieruchome i znów przypomniałem sobie pana Polaske, który wchodził do naszego mieszkania niepostrzeżenie, szukając niewidzialnego stołu. Czy mógł zrobić to teraz, kiedy byliśmy z ojcem u pana Kaspara nad rzeką Tują? Ostatnia wąskotorówka odjechała już dawno, a mama dzwoniła pewnie od sąsiadki na pogotowie, milicję i do szpitali, aby potwierdzić najgorsze przeczucia. A jeśli spotka go na schodach, w ciemnej klatce, gdy w długim płaszczu przejdzie obok niej, milczący i zamyślony. To nie byłoby jeszcze najgorsze – myślałem. – Oby tylko nie spotkała go w mieszkaniu!
Tymczasem z szopy nie dochodziły żadne dźwięki, a przez zamknięte okiennice nie wydostawał się najmniejszy promyk światła. Dopiero po chwili zauważyłem, że z niewielkiego komina, prosto w granatowe niebo, sączy się siwa nitka dymu. Czekałem, aż warkot piły lub stukot młotka rozedrze ten namiot ciszy, ale zamiast odgłosów pracy powietrze przeszył nagle dziwny wrzask. Nigdy nie słyszałem czegoś równie okropnego. Ni to jęk, ni pisk świdrował przenikliwie ciszę, by nagle, po paru sekundach umilknąć.
Byłem sparaliżowany. Stałem na brzegu, patrząc w czarne kontury szopy i nie mogłem ruszyć się z miejsca, jakby tam, w środku, pomiędzy ojcem a panem Kasparem zdarzyło się coś, czego nie mogłem sobie nawet wyobrazić. Wreszcie, wiedziony niejasnym przeczuciem, podszedłem do szopy i uchyliłem cicho drzwi. Ujrzałem przez szparę postać pana Kaspara w białym fartuchu poplamionym krwią. Unosił w dłoniach wielki tasak i kiedy usłyszałem mojego ojca, który powiedział głośno: „nie, nie, to chyba nie tak!”, topór uderzył w coś miękkiego, co leżało na stole, a wtedy krew trysnęła na wszystkie strony i pan Kaspar, wycierając dłonie i twarz z czerwonych plam, powiedział: „tak, rzeczywiście chyba nie wszystko spłynęło jak trzeba”.
Ogień buzował w wielkim piecu, który miał kilka żelaznych drzwiczek, ojciec podrzucał do paleniska grube polana, a pan Kaspar odłożył tasak i z nożem w dłoni rozcinał teraz czerwone i różowe płaty mięsa wiszące na hakach. Obok, na podłodze z desek, leżał świński łeb. Otwarte oczy prosiaka patrzyły na mnie pytająco, a obaj panowie płukali kawałki mięsa w miednicach, niektóre wsadzali do kamiennych garnków, inne nacierali jakimś proszkiem, po czym wieszali je na żelaznym pręcie, który znikał w czeluściach wysokiego pieca.
– Do rana powinniśmy zdążyć – powiedział pan Kaspar, odkładając długi i szeroki nóż – całe szczęście, że przyjechał pan dzisiaj, bo moja żona nie znosi takich widoków.
Ojciec odłożył na chwilę robotę, wytarł dłonie i z kryształowej karafki, która stała na półce, nalał do kieliszków rubinowego płynu. Był ciemniejszy niż krew i bardziej gęsty, widziałem to przez uchylone drzwi, kiedy przechylali kieliszki.
– Pana żona jest małomówna – powiedział ojciec, wycierając usta – i ma dziwny akcent. Pomorski, a jednak inny.
– Zauważył pan to? – stolarz zabrał się znów do roboty. – Zauważył pan jednak!
I zanim ojciec wsadził do pieca następny ruszt, pan Kaspar zaczął mówić szybkimi zdaniami, że oni śnią mu się po nocach, że widzi ich jak na jawie, gdy w czarnych kapotach przekraczają bramy obozów, gdy w tych czarnych kapotach zdążają prosto do nieba, a tam, w górze, otwierają się wrota i Pan Bóg wita ich z uśmiechem. Bo któż miałby mu być milszy niż oni, którzy uprawiali tłustą ziemię w pocie czoła i z miłością, oni, którzy przekopywali pracowicie kanały, budowali śluzy, stawiali wiatraki, śpiewali psalmy i hymny i nigdy, pod żadnym pozorem, nie chcieli brać broni do ręki?
– Oni? – zapytał nieśmiało ojciec, przymykając drzwiczki pieca.
A wtedy pan Kaspar westchnął cicho i mówił o menonitach, po których nie został prawie żaden ślad, i o domu, do którego wszedł kilkanaście lat temu, myśląc, że będzie pusty jak pozostałe, w czym jednak się mylił, bo na strychu, w najgłębszym kącie i po dwóch dniach dopiero, zobaczył dwoje świecących oczu i to były właśnie jej oczy, menonickie, ostatnie na tej ziemi i pierwsze, jakie ujrzał nad rzeką Tują.
– Ach tak – powiedział mój ojciec – teraz rozumiem.
W garnku bulgotała wrząca woda, stolarz płukał w miednicy oczyszczone jelita, a nad szopą, ogrodem, rzeką i kanałami unosił się wielki księżyc. Stałem w drzwiach, patrząc na kryształową karafkę z rubinowym płynem, na płaty mięsa zawieszone na haku, a pan Kaspar, po chwili ciszy, dalej ciągnął swoją opowieść, jak to zapatrzył się w te oczy i natychmiast wiedział, że one go rozumieją, choć jeszcze przez długie miesiące potem nie potrafił jej wytłumaczyć, skąd właściwie przybywa i dlaczego tak długo jechał pociągiem na zachód. Nie potrafił jej opisać swojego miasta wśród wzgórz i sosnowych lasów, w którym kopuły kościołów przeglądały się w obłokach, bo ona – tu pan Kaspar odstawił miednicę i sięgnął po worek z kaszą – bo ona znała tylko jedno miasto, to, do którego pływali stąd łodzią na targ; całkiem inne – ciągnął dalej – spalone wtedy i zrujnowane.
– Mimo wszystko – powiedział ojciec, przytrzymując kiszkę, którą wypełniał stolarz – ruiny wyglądały niesamowicie. Kiedy wpłynąłem kajakiem na Motławę i zobaczyłem je z daleka, pomyślałem, że to księżycowe miasto.
Pan Kaspar pokiwał głową, zawiązał kiszkę cienkim sznurkiem i właśnie wtedy, gdy zamierzał coś odpowiedzieć, może o ruinach, a może ostatnich menonickich oczach, ojciec podniósł wzrok i zobaczył mnie stojącego w drzwiach szopy.
– On jeszcze nie śpi?! – krzyknął ze zdumieniem. – Która to już godzina?
Ale pan Kaspar uspokoił go ruchem ręki, odstawił miednicę, poprosił, żeby ojciec pilnował ognia, bo nic tak nie psuje wędzonki jak nierównomierny dym, i ruszył przez ogród, prowadząc mnie ścieżką do domu.
– A stół? – zapytałem nieśmiało. – Co ze stołem?
Pan Kaspar odpowiedział, że wszystko będzie dobrze i na wszystko przyjdzie odpowiedni czas.
Daleko, od strony rzeki, zadźwięczała harmonia. Kilka głosów zawodziło ochryple: „A ty mene pożałujesz, a ty mene pocałujesz!”.
– To Ukraińcy – wyjaśnił stolarz, kiedy staliśmy już przed werandą – z tamtej strony rzeki. Piją, śpiewają, smutno im. A czy ty wiesz, dlaczego im smutno? – zapytał niespodziewanie.
Nie wiedziałem. Staliśmy przed domem, patrząc, jak długie cienie drzew kładą się na ścieżkach ogrodu.
– To przez ten księżyc – usłyszałem głos pana Kaspara. – Zawsze kiedy jest pełnia, Ukraińcy z kołchozu piją i śpiewają. Nawet zimą. A któregoś razu przeszli przez lód na tę stronę i podpalili szopę. To było dawno, dziesięć lat temu – mówił coraz ciszej pan Kaspar – tylko księżyc wydawał się większy, jak zawsze kiedy leży śnieg.
Chciałem opowiedzieć panu Kasparowi o naszym stole inaczej niż ojciec, który na pewno nie wspominał o braciach Polaske z Zaspy, ale stolarz odszedł prędko, niknąc między drzewami jak cień.
Kobieta o pomarszczonej twarzy zaprowadziła mnie do pokoju na poddaszu i pokazała przygotowane łóżko. Ale ja wcale nie chciałem spać. Kiedy tylko usłyszałem kroki na schodach, podszedłem do okna i otworzyłem je szeroko. Księżyc był już po drugiej stronie domu i jego poświata wydawała się słabsza, lecz mimo to dach szopy, drzewa i jasna wstążka rzeki z opadłym ramieniem zwodzonego mostu były widoczne jak na dłoni. Tylko wrak barki zniknął gdzieś za zakrętem wśród tataraku i trzcin. Ukraińcy rozpalili na drugim brzegu ognisko. Widziałem ich figurki uwijające się wokół światła i żałowałem, że nie mogę tam iść, bo ich piosenka, śpiewana mocnymi głosami przy harmonii, długa, rozciągła i wpół zrozumiała, groźna i łagodna zarazem, była dziwnie pociągająca.
I nagle zapragnąłem wiedzieć wszystko. Dokąd płynie rzeka Tuja? Gdzie było miasto pana Kaspara? Dlaczego menonici nie chcieli nosić broni? Czy rzeczywiście wszyscy poszli do nieba? Zapomniałem zupełnie o panu Polaske, mamie i okrągłym stole, po który jechaliśmy przez most pontonowy na Wiśle.
Kiedy usiadłem na łóżku, mój wzrok padł na szafę z rzeźbionymi nóżkami. Otworzyłem drzwi i pośród męskich marynarek, spodni, koszul i krawatów, które należały pewnie do pana Kaspara, znalazłem kapelusz, jakiego nie widziałem jeszcze nigdy, nawet na starych fotografiach. Był czarny, z ogromnym rondem, a jego filcowe brzegi układały się pod palcami miękko i bez oporu. Stałem przed lustrem i widziałem w niewyraźnej poświacie odbicie swojej twarzy, której nigdy nie przyglądałem się z taką uwagą jak teraz, twarzy ukrytej w cieniu czarnego ronda, jej ledwo widocznym oczom i ustom, rozpuszczonym jakby w szlifowanym zwierciadle. Coraz większy był za to kapelusz, a wraz z nim rosłem i ja; aż wreszcie, kiedy byłem już tak wysoki jak ojciec i szeroki w ramionach jak pan Kaspar, szedłem przez księżycowy ogród do rzeki i przez drewnianą kładkę wkraczałem na pokład barki. Zwodzony most unosił swoje ramię, a ja, stojąc za kołem sterowym, prowadziłem statek przez zakola rzeki, odnogi kanałów, śluzy i przepusty, aż wreszcie wpływałem na Motławę i przybijając do Długiego Pobrzeża, w tłumie masztów, kominów i chorągiewek, prosiłem Ukraińców o wyładunek. Worki ze zbożem, okrągłe sery, kosze pełne jabłek i śliw, beczki, w których pływały ryby, sztuki płótna pachnące latem i ziołami, kilkufuntowe beczułki z masłem – wszystko to wędrowało z luków na nabrzeże. Ukraińcy zawodzili smętnie przy pracy, a ja, chociaż nie rozumiałem do końca słów pieśni, w której pan Potocki „pesi syn, zaprodał Polszu, Litwu i wsiu Ukrainu”,słuchałem tych słów jak znajomego refrenu, w którym wyrażała się nieukojona tęsknota i gniew.
Czerń kapelusza odbita w zwierciadle odzyskała wreszcie głębię i ostrość, kiedy ujrzałem nagle płomień świecy, a nad szerokim rondem pojawiła się pomarszczona twarz kobiety. Stała za mną z lichtarzem w dłoni, a poły jej szlafroka opadały do kostek jak obszerna suknia. Dopiero po chwili, nie odwracając wzroku od zwierciadła, zobaczyłem łzy: spływały jej po policzkach jedna za drugą; pomyślałem, że pewnie wzruszyły ją słowa piosenki dobiegające z tamtej strony rzeki, od ogniska. Lecz to nie było to. Delikatnym ruchem zdjęła mi z głowy kapelusz i obracała go w dłoniach. Nie wiedziałem, kiedy weszła do pokoju i jak długo obserwowała mnie przy lustrze. Czy mogła widzieć mnie na barce?
Świeca odstawiona na podłogę migotała chybotliwym płomieniem, a milcząca kobieta o pomarszczonej twarzy, wpatrzona w czerń kapelusza, stała obok mnie, zajęta myślami, do których nie miałem dostępu. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na szklanej powierzchni lustra, po czym zobaczyłem, jak odchodzi, trzymając czarne rondo w obu dłoniach.
Zdmuchnąłem świecę. Wykrochmalona pościel przyjęła mnie łagodnym chłodem, a mimo to palił mnie żar, jakbym stał przy piecu w szopie, gdzie pan Kaspar i ojciec, zajęci nielegalnym ubojem, zapomnieli o bożym świecie i o tym, że upływa czas.
Z kobietą o pomarszczonej twarzy nie zamieniłem ani jednego słowa. Także następnego dnia rano, gdy obaj panowie, smakując wędzonki, próbując kiszki, rozwodząc się nad zaletami polędwicy, omawiali szczegóły zamówienia: średnicę blatu, wysokość nóg, kolor forniru.
Nie powiedziałem ojcu o czarnym kapeluszu, gdy jechaliśmy wąskotorową kolejką wzdłuż rzeki Tui, mijając zarośnięte kanały i nieczynne śluzy. Ani wówczas, gdy niebieskim autobusem mknęliśmy przez most pontonowy na Wiśle, ani też wtedy, gdy na przedmieściach Długich Ogrodów zamajaczyły ceglane wieże kościołów.
Ojciec rozwijał z zatłuszczonego papieru pachnącą jałowcem szynkę, mama ze zwilżonym ręcznikiem na głowie leczyła migrenę, a ja, patrząc na ich zagniewane twarze, gdy ciskali w siebie słowami „obowiązek”, „stół”, „lekkomyślność”, „okazja”, myślami byłem przy kobiecie o pomarszczonej twarzy: czułem, że nigdy jej nie zapomnę i że ona nie zapomni mnie nigdy.
Tydzień później nieznajomy kierowca zastukał do naszych drzwi i obcy mężczyźni wnieśli do pokoju stół pana Kaspara. Był okrągły, z orzechowym fornirem i wzbudził absolutny zachwyt mamy. Swary i kłótnie poszły w zapomnienie, a obiad tego dnia ciągnął się długo, jakby odwiedziła nas babka Maria.
A kiedy dojrzały już na naszej ulicy kasztany, a ja, ślęcząc nad pierwszymi literami elementarza, poznawałem losy Ali, która ma kota, i pochylony nad stołem pana Kaspara czytałem pierwsze zdanie: „To jest fabryka”, do naszych drzwi zastukał pan Polaske. Był nieśmiały, opowiadał, jak znalazł nasz adres i jakie trudności miał z wizą i urzędnikami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Usiadł przy stole pana Kaspara, wyjął kawę, kakao, czekoladę, puszkę herbaty angielskiej, opowiadając o podróży i o tym, jak bardzo jest szczęśliwy.
– Czy zje pan z nami obiad? – zapytała mama, ale pan Polaske śpieszył się do hotelu. Dziękował, przepraszał i wyszedł prędko, żegnany przez ojca w drzwiach.
– Nie zauważył stołu – powiedział ojciec.
Ale ja nie byłem tego taki pewny. Prezenty, które zostawił, nie zniknęły tym razem niepostrzeżenie. Przerzuciłem kartki elementarza. Ala szła do szkoły. Tata szedł do pracy. Mama gotowała obiad. Hutnicy wytapiali stal. Górnicy wydobywali węgiel. Lotnik szybował nad ojczyzną. Wisła płynęła do Bałtyku. Kobieta zabrała czarny kapelusz. Menonici poszli prosto do nieba. Pan Polaske sprzedał stół, a pan Kaspar zrobił nowy.
– Co ty czytasz?! Czy on czego nie zmyśla? – zapytała mama.
– Tak, tak – ojciec zapalił papierosa i położył dłoń na blacie, po którym ślizgało się światło – wszystko to jest zmyślone. Dosłownie wszystko!
Patrzyłem na smugę dymu niknącą pod sufitem. Czas płynął odtąd inaczej i tylko ja wiedziałem dlaczego.
Frankowi Rossetowi
Na początku był deszcz. Padał od kilku dni i nieopodal kościoła Zmartwychwstańców woda wyżłobiła głębokie kanały, którymi płynęły z lasu patyki, źdźbła trawy i małe szyszki. Lubiłem stać w tym miejscu. Woda bulgotała na kamieniach wypłukiwanych z drogi, strumyki łączyły się ze sobą w jeden wartki potok, który spływał dalej w dół ulicą Gomółki, przecinał następnie Chrzanowskiego i wreszcie rozlewał się w ogromne kałuże po obu stronach jezdni. Wzgórze za kościołem spowijała mgła, z gałęzi sosen i świerków spadały ciężkie krople i wszystko, także dachy domów i szczyt drewnianej dzwonnicy, tonęło w jednostajnym szumie.
Co roku zapach lata przychodził od strony morza. Bryza niosła ze sobą woń rozwieszonych sieci i smak soli, który czuć było na wargach, a teraz lato ukazywało swoje odmienne, być może ukryte oblicze. Nad ziemią krążyła niewidoczna zawiesina, w której panował żywioł płodności. Zapach pleśni, grzybów, żywicy i nieznanych ziół unosił się nad kałużami jak gęsty wywar, powracał z każdą falą deszczu, wypełniał ogrody i ulice, a rozbuchana zieleń mogła lada chwila rozsadzić zwilgotniałe mury kamienic, z których od lat odpadał tynk, ukazując czasami strzępy niezrozumiałych napisów.
Wyjmowałem z kieszeni przygotowane drewienka. Najpierw na wodę spływała „Santa Maria”, potem „Magellan”, „Kapitan Grant”, „Nautilus”, między nimi przemykał niszczyciel „Burza” z czasów ostatniej wojny, a wreszcie na zakończenie wodowania puszczałem do strumyka okręt flagowy „Trynidad”, którego nazwa nie pochodziła ani z książek, ani z opowieści marynarzy. „Trynidad” wyrażał nieokreśloną tęsknotę za ciepłem tropikalnych mórz, za blaskiem hiszpańskiego złota, a także zapachem mandarynek, które co parę lat pojawiały się w naszym mieście przed Bożym Narodzeniem, kiedy do portu zawijał statek z Grecji albo Portugalii.
Gdzieś w gąszczu zieleni majaczyła czasami plama sutanny. To proboszcz z ogromnym parasolem schodził z domu na wzgórzu do kościoła. Otrzepywał krople deszczu, machając jak ptak czarnymi skrzydłami, zatrzymywał się na schodach, patrzył w niebo i na drogę, ale nasze spojrzenia nie krzyżowały się ze sobą.
Statki płynęły coraz szybciej, woda niosła je poprzez wiry, przez wodospady i spienione katarakty, biegłem więc za nimi w dół aż do miejsca, gdzie potok rozlewał się szeroko, nie syczał już i nie bulgotał, a moja armada wpływała na szerokie i spokojne wody. Kałuże miały tu barwę ciemnej zieleni i tylko czasem, gdy niebo zaciągało się mocniej niż zwykle, ta zieleń przechodziła w brąz i wtedy jasne kadłuby „Santa Marii” czy „Nautilusa” odcinały się od tła jak poziome, widoczne z daleka kreski.
Brodziłem po kałużach jak Bóg pochylony nad światem. Wyspy, zatoki, przylądki, cyple i sekretne przesmyki zmieniały swój kształt nieustannie. Niejednokrotnie znana z atlasu linia norweskiego fiordu czy kształt szwedzkiego wybrzeża pojawiały się tutaj jakby odrysowane z pamięci, by w parę chwil potem ulec tajemniczym przemianom. Lądy rozpadały się w okamgnieniu, szkiery i mielizny znaczyły nowe szlaki żeglugi, a w miejsce dawnych archipelagów powstawały nowe, o liniach tak fantastycznie powikłanych, że ich finezji i subtelnego piękna nie oddałaby żadna mapa. Pośród nich odnajdywałem teraz okręty. Niektóre kołysały się na wodzie, inne osiadały na mieliznach i tylko „Trynidad”, jakby w jego nazwie zawierało się wezwanie do najdalszej podróży, pomykał środkiem rozlewiska, tam gdzie niewidoczny prąd znosił kadłub okrętu ku krańcom świata. Było to miejsce niebezpieczne. Woda huczała na cementowym progu i wszystko, nawet małe kamienie i grudki żółtej gliny, wsysał potężny wir kanalizacyjnej studzienki. Jej żeliwny dekiel zanurzony pod wodą prowadził do podziemnego świata. Tam, gdzie nie dociera blask dnia i gdzie labirynt pieczar i oślizgłych ścian, wypełniony szumem i sykiem, przypomina piekło. Woda chlupotała w kaloszach, a ja w ostatniej chwili wyławiałem „Trynidad”, ratując przypadkowych podróżnych przed katastrofą. Czasem był to złocisty żuk wczepiony w kadłub, czasem pająk lub mrówka; zanosiłem więc niedoszłych rozbitków na suchy ląd i wędrowałem pod górę, pod sam kościół, gdzie z rozpiętym nad głową parasolem przechadzał się między drzewami proboszcz, odmawiając brewiarz.
Byłem samotny i szczęśliwy. Mój ojciec też był samotny, lecz na pewno nie był w tym czasie szczęśliwy. Nadrabiał miną, podśpiewywał przy goleniu, trzymał dziarski krok, z uśmiechem odkłaniał się sąsiadom, lecz zawsze kiedy wychodził rano z płócienną torbą, w której znajdowało się śniadanie i pomarańczowa kamizelka, zawsze kiedy wychodził do pracy na dworcu, gdzie zamiatał długą miotłą perony i schody, widziałem w jego oczach jakby cień melancholii albo zdumienia pomieszanego ze smutkiem, że oto właśnie od kilku tygodni nie siedzi już nad ogromną deską z planami statków, nie kreśli na kalce skomplikowanych linii, nie zapisuje tam swoich uwag, cyfr, pierwiastków i kwadratowych nawiasów, tylko macha tą czarną miotłą, zbiera na blaszaną szufelkę niedopałki i ogryzki, a wiatr wydyma jego pomarańczową kamizelkę jak żagiel rozbitka.
– Mogłeś to jednak podpisać – mówiła mama co rano, a wtedy ojciec wymachiwał rękami, krem do golenia pryskał do garnka z mlekiem, lecz jego słowa o tym, że cyfry i obliczenia nie znają kilku języków, bo język matematyki jest tylko jeden, prosty i jasny jak myśl Kartezjusza, jego gniewne słowa o ludziach, którzy znają tylko terminy wodowania, nie znają jednak praw fizyki, te słowa mojego ojca jakoś nie docierały do mamy, spływały po niej jak woda, odbijały się niczym okrągłe piłeczki, czyniąc go jeszcze bardziej samotnym i opuszczonym.
– Ten wał korbowy trzaśnie po dwudziestu milach – usiłował jeszcze tłumaczyć, ale było to beznadziejne; mamie przecież nie chodziło już teraz o żaden wał, lecz o tę szczególną ostentację, z jaką ojciec zamiatał dworzec. Po co to robił? Po co kusił los? Przecież to jawne wyzwanie dla ludzi, którzy go wyrzucili „z wilczym biletem”! – tak mówiła, dokładając do kuchennego pieca sosnowych szczap – i oni mu tego nigdy nie zapomną, oni nie zapominają takich rzeczy! – A wtedy ojciec opowiadał, jak miło jest na dworcu, kiedy zawiadowca macha czerwonym lizakiem, kiedy zapowiadają pociągi przyjeżdżające z kraju nad morze i kiedy rozmawia z robotnikami dworca towarowego, robotnikami z rampy, którzy dokładnie wiedzą, jakie towary za dzień lub dwa pojawią się w sklepach, bo wszystko – lodówki, maszynki do mielenia mięsa, czeskie odkurzacze, jugosłowiańskie meble, perskie dywany z NRD – bo wszystko to przechodzi przez ich ręce i mogą o tym gawędzić godzinami, w natchnieniu, oczekując na kolejny transport.
– Nigdy jeszcze nie widziałam czeskiego odkurzacza – krzyczała mama – i nie widziałam inżyniera, który chwali się taką pracą! – I zanim ojciec zdążył wyjść z domu, mówiła jeszcze, że niepotrzebnie przyjechali do tego miasta, niepotrzebnie wywozili popołudniami gruz z ruin i niepotrzebnie odbudowywali je jak tysiące innych ludzi, ze śpiewem i entuzjazmem, skoro teraz ojciec nie może w tym mieście znaleźć odpowiedniej pracy i wszędzie, gdzie się pojawi, rozkładają ręce i mówią: „proszę wybaczyć, ale z pańskimi poglądami…”, jakby wał korbowy miał coś wspólnego z jakimikolwiek poglądami.
Ojciec już w drzwiach odpowiadał, że praca na dworcu jest wspaniała i że w ogóle nie ma czym się przejmować, bo kiedy skończą budować ten statek i popłyną na próbę, wtedy okaże się, kto miał rację, wtedy prawda wypłynie na jaw, bo prawda zawsze wypływa na powierzchnię jak oliwa.
– Jaka prawda? – pytała mama, ale on nie słyszał już tego; szedł z pochyloną głową przez podwórko, przeskakiwał kałuże, płócienna torba zwisała mu z ramienia, a ja czułem, że jest jeszcze bardziej samotny niż poprzedniego dnia i że nadrabia miną, bo przecież peron dworca nie jest planem kadłuba czy maszynowni, a miotła nie zastąpi mu nigdy czarnego grafionu, którym zaznaczał wszystkie te swoje cyfry i obliczenia.
Byliśmy więc samotni, choć każdy inaczej. On, w pomarańczowej kamizelce, takiej samej, jakie nosili śmieciarze, kreślił miotłą po peronie schematy tłoków, wyloty zaworów, wały korbowe i wloty paliwa, a ja, nad deszczowym strumieniem, podróżowałem na krańce świata aż do miejsca, gdzie czarna dziura wsysała z potokami wody wszelką materię.
Czy tak mogło wyglądać wejście do Hadesu? Wiedziałem, że świat cieni ukryty przed okiem śmiertelników posiada sekretne wejścia, owe furtki znane nielicznym śmiałkom, ale czy droga do królestwa Persefony wiodła akurat tędy? Czy gdybym był Odysem albo pieśniarzem z Tracji, mógłbym, odchyliwszy klapę kanalizacyjnej studzienki, wejść prosto nad brzegi Styksu? Na takie pytanie mogłaby odpowiedzieć jedynie babka Maria, która podczas zimowych wizyt czytała mi mitologiczne historie; ona jedna dałaby się zaprowadzić nad wielkie kałuże i na pewno podziwiałaby wir, w którym znikały niesione przez wodę stworzenia. Nie było jej jednak przy mnie, nie było jej nawet w naszym mieście, mieszkała od nas daleko, więc brodząc po rozlewisku sam, zdany byłem zaledwie na domysły, niepewność i milczące spojrzenia proboszcza.
Gdyby Pan Jezus spędził trzy dni po swoim pogrzebie właśnie w Hadesie, gdyby jednym gestem poskromił Cerbera, a potem spotkał tam… nieszczęśliwego Syzyfa – tak, wówczas mógłbym zapytać proboszcza o sekretne wejście do świata podziemi. Ale zdanie z credo, które przypomniałem sobie, stojąc nad studzienką kanalizacyjną, owo lakoniczne i tajemnicze zdanie wymawiane w czasie każdej mszy: „i zstąpił do piekieł, a trzeciego dnia zmartwychwstał”, nic bliższego o piekle tym nie mówiło i nie wskazywało raczej, by miało ono coś wspólnego z Hadesem i rzeką zapomnienia. A jednak mimo to zobaczyłem Jezusa w płynącej wodzie: w białych szatach, z uniesioną dłonią i obnażonym bokiem, na których znać było ślady gwoździa i rzymskiej włóczni, płynął łodzią Charona na drugą stronę wśród mgieł i wirujących widm. Widok ten wydał mi się szczególnie piękny i porywający. Ale jeszcze większy zachwyt wzbudziła we mnie scena z Syzyfem:
Jezus podchodził do niego bezszelestnie i pomagał toczyć głaz na górę, a kiedy wreszcie Syzyf krzyknął zdumiony: „udało się! udało!”, Jezus wychodził z mgły-obłoku i mówił donośnym głosem, tak żeby go wszyscy słyszeli: „Syzyfie! Twoje winy zostały ci odpuszczone!”. Potem Jezus przechodził dalej, aż do hesperyjskiego sadu, gdzie wśród nachylonych gałęzi, złotych jabłek i lekkiego wietrzyku przechadzali się poeci, a pomiędzy nimi mój dziadek Karol, który wprawdzie nie pisał wierszy, ale miał duszę poety i na pewno wędrował z innymi cieniami wśród wysokich traw, spokojny i szczęśliwy.
Woda płynęła dalej, nieustannie, odbijając ciężkie od deszczu obłoki, a ja brodziłem w zielonych kałużach, krążąc wokół kanalizacyjnej studzienki; brodziłem tak długimi godzinami, patrząc, jak na powierzchni wody odbijają się oprócz drzew i nieba moje własne myśli, te, których nie mógłbym wyjawić księdzu proboszczowi i które zachowywałem dla babki Marii jak największy sekret. Głos proboszcza brzmiał surowo, gdy na lekcjach religii opowiadał o fałszywych prorokach, wymyślonych bogach i nieistniejących królestwach, natomiast jej głos był miękki i ciepły, gdy opowiadała historie Odyseusza albo wyprawy Argonautów, a przy tym rozwijała je tak, jakby zdarzyły się niedawno i jakby ich śmigłe okręty przepływały naszą zatokę niejeden raz, tnąc wiosłami wodę i wydymając purpurowe żagle. Rzeka zapomnienia mogła więc mieć początek właśnie tu, niedaleko kościoła Zmartwychwstańców, toteż pochylony nad parującym rozlewiskiem puszczałem moje okręty coraz bliżej niebezpiecznego miejsca, aż bulgoczący wir pochłonął wreszcie „Nautilusa” i „Burzę”, wessał „Santa Marię” i „Magellana”, połknął „Kapitana Granta”, i tylko „Trynidad”, mój okręt flagowy, który miał kiedyś dopłynąć na Antyle w poszukiwaniu hiszpańskiego złota i zapachu mandarynek, tylko „Trynidad”, którego nazwa brzmiała egzotycznie jak napis na zagranicznym znaczku pocztowym, tylko „Trynidad” wyszedł z tych prób zwycięsko.
Wracałem do domu w stanie natchnienia. Zapach wilgotnej ziemi, zapach błota i mułu unosił się nad wodami i krążył jak niewidoczny ptak coraz wyżej i wyżej, obejmując wreszcie płachtą niewidzialnych skrzydeł port, zatokę, stocznie i wieże kościołów, a ja zatrzymywałem się przy niektórych domach, tam gdzie spod warstwy tynku wyłaniał się napis „Butter – Milch – Brot”albo „Tabakenhandlung”,patrzyłem na zardzewiałe markizy, na kręte żeliwne barierki zakończone kolcami w kształcie płomyków świec, zatrzymywałem się przy zarośniętych ogrodach, gdzie w gąszczu chwastów i ogromnych liści łopianu ukrywały się drewniane figurki krasnali, łabędzi i długowłosych księżniczek, patrzyłem na zzieleniałe od mchu altanki porośnięte glicynią albo dzikim winem, lekko przeskakiwałem kałuże, omijałem słupki hydrantów i myślałem o dziadku Karolu, który nie lubił przyjeżdżać do naszego miasta, myślałem o moim ojcu, który z kolei pokochał to miasto, i myślałem o sobie, że jestem pomiędzy nimi jak ktoś na skrzyżowaniu dróg obok kamiennego drogowskazu, na którym woda, piasek i wiatr zatarły dawno wszystkie litery.
– Mój Boże, co ty robiłeś? – mówiła mama. – Gdzie ty się włóczysz godzinami? – ale były to pytania retoryczne.
Suszyłem nogi przy kuchennym piecu, przeglądałem roczniki „Morza” z modelami żaglowców, ojciec powracał z dworca zmęczony i małomówny, jedliśmy zupę ziemniaczaną, na drugie danie jedliśmy ziemniaki z kalafiorem, czasem jedliśmy także deser, a potem ojciec szedł do pokoju, włączał „Beethovena” albo „Pioniera”, zasypiał przy dźwiękach muzyki albo popołudniowego dziennika; wiedziałem, że kiedy się obudzi, mama znów będzie go wypytywać o ten nieszczęsny wał korbowy i jego podpis, a raczej brak podpisu na projekcie, a wtedy on będzie się złościł, będzie chodził po pokoju wielkimi krokami, wymachując ręką jak kaznodzieja, będzie podnosił głos i ściszał go aż do szeptu, bo wszystko już przecież wytłumaczył – pośpiech dyrektorów, termin wodowania, ten cały szum wokół budowy „Marszałka Żukowa” niewarty funta kłaków, bo statku nie da się zbudować szybciej, niż to możliwe, to samo z projektami rojącymi się od błędów, o czym nikt jednak nie chciał słyszeć, dużo mówiono za to o przyjaźni i podejrzanych elementach, które widać nie chciały tej przyjaźni i opóźniały szybki marsz w cudowny wiek XXI.
– Beze mnie – mówił ojciec na zakończenie przemówienia i często dla poprawienia humoru wyciągał pudło z fotografiami, a wtedy zaczynała się chwila osobliwa, bo przy stole pojawiał się dziadek Karol w mundurze porucznika cesarsko-królewskiej artylerii, obok niego stał baron von Moll w sztylpach i z szablą, którą wbił właśnie w ziemię, obaj trzymali kufle z pienistym piwem, za ich plecami widniała lufa ogromnego działa, a oni uśmiechali się jak dwaj panowie na kuracji w badzie, którym zagrano akurat Marsza Radetzky’ego, aż do następnej fotografii, gdzie dziadek Karol stał już sam na tle spalonych domów, z dystynkcjami nadporucznika i patrzył na nas już nie tak wesoło jak poprzednim razem, pewnie dlatego, że z barona von Molla została tylko bryła bezkształtnego mięsa, choć może i dlatego, że nie trzymał już w dłoni kufla piwa, a za jego plecami płonęło miasto.
– To Gorlice – mówił ojciec – rok 1915, rok ofensywy austriackiej w Karpatach Wschodnich. A to twój dziadek z prezydentem Mościckim – podawał następne zdjęcie – już w wolnej Polsce, kiedy otwierają fabrykę koło Tarnowa.
Patrzyłem na dziadka Karola, który we fraku i cylindrze stał obok prezydenta i chociaż nie trzymał w dłoni kufla z piwem, jego oczy były uśmiechnięte, tak samo jak na zdjęciu z babką Marią, kiedy wychodzili z lwowskiej katedry, on we fraku, ale bez cylindra, a ona w białej sukni i w białym kapeluszu, z bukietem konwalii w prawej dłoni. Jej twarz, pozbawiona zmarszczek, w pełnym słońcu lwowskiego popołudnia, nie była tą samą twarzą, którą znałem z zimowych wieczorów w naszym mieszkaniu, kiedy czytała mi o wędrówkach Odysa albo pięknej Helenie z książki Parandowskiego. Ale zapach konwalii towarzyszył jej zawsze, nieodmiennie, jakby nosiła ten bukiet przez całe życie ukryty w swojej torebce.
Ojciec zamyślał się nad fotografiami. Ich brązowy cień działał na niego melancholijnie. Nigdy nie obejrzał wszystkich do końca, wzdychał, chował je do pudła.
– Następnym razem – mówił cicho i wychodził do kuchni, gdzie palił papierosy i popijał przez cały wieczór herbatę.
Mama ścieliła łóżka, deszcz bębnił o szyby, a ja myślałem o twarzach z fotografii, szczególnie tych nieznanych, których nie opisano kaligraficznym pismem po drugiej stronie pożółkłych kartoników. Mężczyzna w białym fartuchu, który podawał piwo dziadkowi Karolowi i baronowi von Moll, uśmiechał się do mnie porozumiewawczo, jakby słyszał ich rozmowę, jakby wiedział, o czym gadali przed karczmą na Górnych Morawach. Kobieta w czarnym toczku i woalce stojąca za prezydentem Mościckim patrzyła znów na mnie pytająco, jakbym odgadnąć miał jej dalsze albo wcześniejsze losy. Mężczyzna ze stopni lwowskiej katedry był nieokreślony i daleki, pewnie znalazł się tam przypadkowo i oglądał ślub babki Marii i dziadka Karola tak, jak ogląda się w kościele przypadkowe śluby, choć mógł być również spóźnionym gościem, jednym z tych, którzy spóźniają się zawsze i wszędzie, nawet na własny pogrzeb.
Zasypiałem, widząc te nieznajome twarze, które znikały powoli w ciemności podobnie jak okręty w czeluściach kanalizacyjnej studzienki. Wokół tego miejsca krążyłem nawet we śnie; brodziłem w ciemnozielonej wodzie, przykładałem ucho do niewidzialnej kaskady, wsłuchując się w nieustanny szum, bulgotanie i plusk, i coraz to powstrzymywał mnie przed tym wzrok proboszcza, czujny i uważny, jakby tam, po drugiej stronie, ukrywała się siła, której nie należało poruszać.
I tak, ani ojciec, ani tym bardziej ja, pochylony nad otworami żeliwnej klapy, której nie miałem odwagi podnieść, nic a nic nie wiedzieliśmy o tym, że zbliża się do nas sezon winniczków, że idzie ku nam wielkimi krokami.
Któregoś dnia ujrzałem ojca u wylotu ulicy. Szedł wolno, z opuszczoną głową, torba zwisała mu z ramienia jak pusty worek i kiedy podbiegłem do niego, żeby go zapytać, o czym rozmawiał dzisiaj z robotnikami na rampie towarowej i czemu wraca dzisiaj tak wcześnie z dworca, powiedział:
– Nie będę już więcej zamiatał peronów – ale nie było to wyznanie gniewne czy bohaterskie, nie, ojciec mówił głosem raczej bezbarwnym lub smutnym. I kiedy mijaliśmy kasztany, które w upał dawały przyjemny chłód i wytchnienie, a tego dnia szumiały kroplami deszczu w liściach, więc kiedy mijaliśmy te drzewa, ojciec opowiadał o dwóch mężczyznach, którzy pojawili się rano na dworcu i oświecili zawiadowcę, kim ojciec naprawdę jest, po czym kategorycznie stwierdzili, że jako inżynier nie może tam pracować, bo przecież to jawna prowokacja, „prowokacja wymierzona w postęp i zdobycze, prowokacja zmierzająca w określonym kierunku”; zawiadowca wziął wtedy ojca do siebie i śmiał się rozbawiony: „ależ mnie pan nabrał!” – podskakiwał na krześle – „ależ z pana dowcipniś!” – chichotał – „no, przykro mi bardzo, ale tu nie może pan pracować, sam pan rozumie, inżynierze…”; i ojciec wyjaśnił mi – wchodziliśmy już wtedy do bramy kamienicy – że w ankiecie personalnej Polskich Kolei Państwowych napisał: „robotnik niewykwalifikowany”, co było nieprawdą, lecz usprawiedliwioną, bo przecież jako inżynier nie znalazłby nigdzie pracy.
– Skoro tak – mama przybrała ton przedsiębiorczy – emigrujemy do Ameryki! Tam też produkuje się statki i niekoniecznie takie jak „Marszałek Żukow”!
I kiedy głos mamy krążył wokół paszportów, wiz i pieniędzy, kiedy zastanawiała się, jak zdobyć to, co było nie do zdobycia bez odpowiednich wpływów i protekcji, nie mówiąc już o biletach na transatlantyk, który zawieźć nas miał prosto do Nowego Jorku pod Statuę Wolności, ojciec wydawał się jeszcze bardziej opuszczony i samotny niż na dworcu.
Podobnie jak on nie miałem ochoty płynąć do Ameryki; nie chciałem zamieniać mojej ulicy wysadzonej kasztanami na Statuę Wolności czy drapacze chmur, nie pragnąłem żuć gumy, grać w baseball i oglądać filmów z Myszką Miki, za którymi wcale nie przepadałem. Toteż tym bardziej garnąłem się do niego, szukałem z nim kontaktu i stąd też spędzaliśmy długie godziny nad płachtami papieru, na których pewną ręką rysował mi kadłub krążownika „Spalato”, sylwetkę pancernika „Kaiser Max” albo fregaty „Radetzky” – najczęściej te właśnie okręty, bo służył na nich ojciec babki Marii, Tadeusz, mechanik Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej Austro-Węgier na Adriatyku.
– „Spalato” – mówił ojciec – pięćdziesiąt pięć metrów długości, osiem metrów szeroki, wyporność: trzy i siedem dziesiątych, do tego wyrzutnie torpedowe i działa Kruppa, popatrz tylko jakie! – I wyciągał z pudła fotografię pradziadka Tadeusza stojącego w mundurze elewa-inżyniera na pokładzie „Spalato”, prawdopodobnie gdzieś w Trieście albo Poli, i obejmującego z jednej strony pana Ferdynanda Karolkę, także elewa, a z drugiej mechanika, Juliusa von Petravica, co brzmiało dość osobliwie, bo „von” nie pasowało do „Petravic”, nazwiska przecież chorwackiego.
– Tym statkiem – popadał w rozmarzenie ojciec – popłynęli kiedyś do Indii z kontradmirałem Manfronim, chyba w 1889 albo 1890. Trzeba będzie to sprawdzić – dodawał i wyciągał z pudła kolejną fotografię: pradziadek Tadeusz nie miał tu już na sobie munduru CK Marynarki Wojennej, ale wyjściowy surdut i patrzył na nas uważnym, głębokim spojrzeniem. Na dolnym marginesie widniał wklęsły napis pociągnięty srebrzanką: „Atelier Artistique Photographique – Stella”. Byłem zachwycony kształtem tych liter, podobnie jak dwugłowym orłem Monarchii, także wklęsłym i srebrnym. „Lwów, 3-go maja 1911-go” – czytałem wolno, a wtedy ojciec pokazywał pocztówkę z widokiem politechniki, gdzie były elew wykładał mechanikę i fizykę, gdzie został profesorem, a z czasem tajnym radcą dworu. I zaczynałem go widzieć, jak w tym swoim surducie przemierza Wały Hetmańskie, jak mija pomnik Sobieskiego i jak na siwe, krótko przycięte włosy i klapy surduta opadają mu wolno kwiaty akacji; i widziałem go coraz wyraźniej w tym dziwnym, nieznanym mi mieście, które nazywało się Lwów, Lemberg lub Lwiw, mieście, które miało politechnikę, teatr, dworzec kolejowy, ale nie miało portu ani stoczni, i zrozumiałem nagle, dlaczego ojciec zaraz po drugiej wojnie przyjechał do Gdańska, dlaczego zapisał się na politechnikę i studiował budowę maszyn okrętowych.
Mama wysyłała listy do Warszawy, do biur, urzędów i konsulatów, ale odpowiedź jakoś nie nadchodziła. Tymczasem ojciec przeglądał codziennie rano gazetę, czytał nekrologi, prognozę pogody i ogłoszenia drobne, i właśnie tam, w dziale krótkich anonsów, pośród ofert sprzedaży używanej pralki, zimowego płaszcza z karakułami i rozsady begonii, natrafił na trop winniczków, które czekały na nas od początku tego lata.
– Wysokie ceny skupu – powiedział któregoś razu, uśmiechając się tajemniczo, po czym włożył marynarkę i wyszedł z domu. A kiedy po dwóch godzinach wrócił, jego uśmiech rozświetlił mieszkanie, jakby nagle przestało padać i jakby wszystkie chmury nad naszym miastem i zatoką przepędził wiatr. – Jutro zabieramy się do pracy – oświadczył. – I jeśli mi pomożesz, zarobimy trochę pieniędzy.
– To obrzydliwe – ucięła krótko mama. Nie chodziło jej o pieniądze, tylko o ukryte w trawie i liściach ślimaki, które mieliśmy zbierać. – Jak można to brać do ust!
– Chyba nie można – przytaknął ojciec – jeśli się nie jest Francuzem. – I tłumaczył z zapałem, że winniczki, za które dostaniemy pieniądze, pojadą prosto do Paryża, a tam, odpowiednio przyrządzone, trafią na stół jako przysmak, jako wyszukana zakąska, bo Francuzi to naród wybredny i byle czego do ust nie biorą, jak – nie przymierzając – my, a zwłaszcza Rosjanie.
Tak powiedział i następnego dnia, w kaloszach, w deszczowych płaszczach i z koszykami w dłoni, poszliśmy do lasu, mijając kościół Zmartwychwstańców. A kiedy proboszcz pokiwał nam ręką i krzyknął: „Dobrego grzybobrania!”, ojciec odpowiedział mu: „Bóg zapłać!” i w chwilę potem pochylił się nad kitą paproci, by z mokrej trawy wydobyć pierwszego winniczka. Obracał go delikatnie w palcach, oglądał kształt muszli i czułek, po czym włożył ślimaka do koszyka wyścielonego liśćmi i ruszył dalej jak ktoś, kto przez całe życie nie zajmował się niczym innym. Idąc za nim, czułem, że wkraczam w inny świat. Bez żalu porzucałem strumienie i kałuże, a także miejsce, gdzie pod wodą kryła się sekretna furtka do podziemi, bez żalu porzucałem okręty i Cesarsko-Królewską Marynarkę Wojenną Austro-Węgier na Adriatyku, bo od tego momentu, gdy ojciec włożył do koszyka pierwszego winniczka, znalezionego pod krzakiem paproci tuż za kościołem Zmartwychwstańców, nie miałem wątpliwości, że to, co robimy, nie jest zwykłym zarabianiem pieniędzy.
Odtąd codziennie wieczorem ojciec rozkładał na stole ogromną mapę z napisem „Freistadt Danzig” i znaczył na niej palcem koła, mówiąc: – Tu jeszcześmy nie byli – podczas gdy ja sylabizowałem nieudolnie: – Stolzenberg, Luftkurort Oliva, Nawitzweg, Glettkau, Langfuhr – i ze zdumieniem odkrywałem, że te dziwne nazwy znaczą po prostu Pohulankę, Oliwę, Dolne Młyny w Brętowie, Jelitkowo czy Wrzeszcz, a potem spostrzegałem, z jeszcze większym zdumieniem, że niektóre z nich były silniejsze od wojny, przesiedleń i pożarów, zmieniając swoje brzmienie tylko nieznacznie i jakby powierzchownie, jak Ohra – na Orunię, jak Brosen – na Brzeźno, jak Schidlitz – na Siedlce. Lecz w największe zdumienie w tej ślimaczej geografii wprawiały mnie miejsca, których nazwy nie zmieniły się w ogóle, które trwały przy swoich imionach jak starzy ludzie przy utartych ścieżkach. I kiedy szliśmy z ojcem przez pocięte rozpadlinami wzgórza Emaus, skąd widać było zatokę i statki oczekujące na redzie, lub kiedy wyławialiśmy winniczki z gęstwin opackiego parku w Oliwie, myślałem o tej opowieści, w której zamiast zatoki występuje lustro Jeziora Tyberiadzkiego, a zamiast opackiego parku – ogród pełen oliwek.
– Czy sądzisz, że mógł tędy przechodzić? – zapytałem ojca, a wtedy on, zamyślony głęboko, oderwał wzrok od liści, trawy i winniczków i mówił spokojnym głosem, że wszystko jest możliwe; nasze zmysły wprowadzają nas w błąd i szydzą niejednokrotnie z poczucia zdrowego rozsądku, tak więc nie należy zanadto im ufać, równie dobrze można widzieć coś, co nie istnieje, jak nie widzieć czegoś, co właśnie istnieje.
– A zatem – konkludował, unosząc palec w górę – są rzeczy, o których nawet nam się nie śniło i które przerastają naszą wyobraźnię, a które niewątpliwie istnieją wokół nas, tyle że bez naszej wiedzy.
Nie zadowalała mnie ta odpowiedź. Pragnąłem, by ojciec odrzekł „tak” albo „nie”, to byłoby dużo prostsze. Nie rozumiałem, dlaczego nasze oczy miałyby wprowadzać nas w błąd, podobnie jak słuch i dotyk, i dlatego gdy schodziliśmy ze wzgórza Emaus piaszczystą drogą wzdłuż wysokich lip, zapytałem pełen wątpliwości, czy to, co widzimy i słyszymy i czego dotykamy naszymi rękami, istnieje zatem naprawdę: czerwone dachy domów, stare drzewa, szum deszczu czy fioletowy płaszcz zatoki, który rozciągał się daleko pod naszymi stopami za linią dźwigów i stoczniowych suwnic.
Ojciec pochylił się nad ścieżką, uniósł w palcach winniczka i mówił, przyglądając się muszli:
– Dowieść tego nie można. To nie jest matematyczne równanie. Ale rozumiesz – ślimak powędrował do koszyka i poczułem dłoń ojca na ramieniu – że istnieje ktoś, kto dba, abyśmy nie błądzili. Kto wskazuje drogę.
– Bóg? – zapytałem.
– Tak – odpowiedział cicho i w tym jego stwierdzeniu tyle było pewności, to jego krótkie „tak” było do tego stopnia proste, jasne i oczywiste, że nie pytałem już więcej, jakby nad wzgórzami Emaus i nad całym naszym miastem roztoczyło się nagle niewidzialne spojrzenie, które nie pozwalało nam błądzić, a sprawiało, że wszystko wokół nas było cudownie prawdziwe – winniczki, liście, kałuże i kropla wody spływająca po przeciwdeszczowym płaszczu mojego ojca.
Popołudniami zachodziliśmy do zielonej budy, gdzie pan Kosterke, kuśtykając na drewnianej nodze, ważył ślimaki, zapisywał coś kopiowym ołówkiem na zatłuszczonych arkuszach, kazał ojcu składać podpis i wypłacał nam pieniądze. Pięciozłotówki z rybakiem ciągnącym sieci, monety z podobizną Tadeusza Kościuszki, a czasem nawet czerwony banknot z twarzą robotnika wędrowały do kieszeni ojca, ja zaś przypatrywałem się panu Kosterke, który miał nos tak samo zadarty jak Tadeusz Kościuszko, mówił twardym, niemieckim akcentem i pachniał machorką i spirytusem. Po transakcji, gdy ślimaki znalazły się już w specjalnej skrzyni wymoszczonej trawą i liśćmi, ojciec przysiadał na koślawej ławce, częstował pana Kosterke papierosem i zaczynali wtedy rozmawiać o pogodzie i skupie ślimaków, po czym rozpędzali się, przeskakiwali granice państwowe i celne, zakładali filie największej w Europie Środkowej firmy skupu winniczków, przeliczali ogromne sumy, zdobywali wciąż nowe rynki, a na koniec otwierali fabrykę ślimaczych konserw o poetyckiej nazwie „Laura”, bo tak miała na imię żona pana Kosterke, z którą prowadził przed wojną sklep kolonialny na rogu Hubertusburgerallee.
– Gdzie była ta ulica? – pytał ojciec – chyba nie widziałem jej na moim planie – a wtedy pan Kosterke mówił o skrzyżowaniu przy wyjeździe z miasta i o sklepie, w którym sprzedawał kolonialne artykuły z całego świata. Opowiadał o żonie i córkach, i o tym, że został teraz sam ze swoją drewnianą nogą, tę prawdziwą stracił w roku czterdziestym szóstym, kiedy wlazł na niemiecką minę i pewnie dlatego nie wyjechał do Niemiec, bo nie zdążył na ostatni pociąg, a potem nie chciał już jechać, żeby nie stracić przypadkiem drugiej, zdrowej nogi, i było to wszystko bardzo trudne, kiedy mówiono, że on, Kosterke, jest Niemcem, a przecież był gdańszczaninem, tylko gdańszczaninem, i po polsku mówił prawie tak samo dobrze jak po niemiecku.
– Hubertusburgerallee – zamyślał się ojciec – to piękna nazwa, tak, będę szukał tej ulicy – a wtedy pan Kosterke przynosił, kuśtykając, z głębi budy butelkę spirytusu i dwa kieliszki i obaj wypijali za swoje zdrowie, jak dwaj mężczyźni od dawna ze sobą zaprzyjaźnieni, a ja patrzyłem na ich twarze wykrzywione w ostrym grymasie, patrzyłem, jak zakąszają kiszonym ogórkiem wydobytym ze słoja, w którym pływał koper, liść wiśni i płatek czosnku, i wiedziałem już, że nigdy nie wyjedziemy do Ameryki po wolność i pieniądze, bo dzięki ślimakom mieliśmy przecież co jeść, a przecinając wzgórza Emaus, myszkując w dolinie Strzyży czy przemierzając pagórki oliwskiego lasu, byliśmy z ojcem prawdziwie wolnymi ludźmi.
– Sezon ślimaków niedługo się już skończy – powiedział któregoś razu pan Kosterke – i ja wrócę do butelek i makulatury, a pan, inżynierze?
Ojciec wzruszył ramionami.
– Może zacznę budować łódź żaglową – powiedział, obracając w dłoni pusty kieliszek – i popłyniemy w daleką podróż? To dla mojego syna byłoby lepsze od szkoły. Kanał Kiloński, La Manche, a potem Biskaje, Gibraltar – wyliczał jednym tchem – Morze Śródziemne, Egejskie i na koniec Itaka! Opłyniemy Itakę i wtedy wrócimy do domu, a panu, panie Kosterke, przyślemy pocztówki z Hamburga i z Marsylii. Co pan na to?
Były kupiec kolonialny z Hubertusburgerallee patrzył na nas w milczeniu. I nagle, jak za dotknięciem niewidzialnej dłoni, pasma czasu w rozrzedzonym powietrzu drewnianej budy zaczęły krzyżować się ze sobą i ciemne wnętrze sklepu wypełniło się zapachem kawy, cynamonu, imbiru, muszkatu, zapachem goździków i mozelskiego wina, a pan Kosterke na nowo miał swoją prawdziwą nogę i stał za lśniącym kontuarem z dębowego drewna, stał, paląc papierosa marki Vineta z Danziger Tabak Monopol Aktiongesellschaft, podczas gdy mój ojciec po drugiej stronie lady palił cygaretkę Okassa Zarotto kupioną w składzie Kummera w Zielonej Bramie, palił więc cygaretkę z wrocławskiej fabryki Halpausa i pytał pana Kosterke: „Jak tam interesy?”, a wtedy kupiec kolonialny odpowiadał, że nie tak jak dawniej, bo odkąd brunatne koszule opanowały ulice w naszym wolnym mieście, odkąd brunatne koszule opanowały Senat i politykę zagraniczną, odkąd więc brunatne koszule prowadzą wojnę celną z Polską, interesy nie idą najlepiej. Gulden spada na łeb na szyję i chyba on, Kosterke, otworzy sobie konto w jakimś polskim banku w Gdyni, co wprawdzie nie jest do końca legalne, ale jest korzystne, bo złoty polski stoi mocno i ani drgnie, zupełnie jak frank szwajcarski. Ojciec obracał w palcach piaskowe pudełko Okassa Zarotto z podobizną pięknej kobiety, która spoglądała na niego; jej obnażone ramię, jej klasyczny profil i łuki brwiowe, a także pukle czarnych włosów zwieńczone kwiatem orchidei były jak tajemnicze i uwodzicielskie tchnienie Lewantu, i kiedy pan Kosterke, zniżywszy głos, opowiadał o dygnitarzach NSDAP, którzy, jak prezydent Senatu Wolnego Miasta, Rauschnig, wycofali swoje pieniądze z gdańskich banków i ulokowali je w polskich, po tamtej stronie granicy, kiedy oburzony pan Kosterke opowiadał o socjaldemokratach pobitych na wiecu przez brunatne koszule i o chrześcijańskich demokratach zamkniętych w więzieniu, kiedy mówił, już całkiem szeptem, że nadchodzi ciężki czas dla Żydów i Polaków i dla wszystkich porządnych ludzi, ojciec chłonął oczami grecki profil kobiety, smukłą szyję i gładkie policzki, tak jakby medalion z jej podobizną nie był nadrukiem na piaskowym pudełku Okassa Zarotto, tylko miniaturą pędzla Mehoffera, tą samą, która wisiała we lwowskim mieszkaniu przy Ujejskiego nad biurkiem pradziadka Tadeusza i wyobrażała jego młodo zmarłą żonę z węgierskiej rodziny Shegivi.
