Syn mafii. walka o dziedzica. Tom 2 - Louis Samanta - ebook + książka
BESTSELLER

Syn mafii. walka o dziedzica. Tom 2 ebook

Louis Samanta

4,3

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Kontynuacja bestsellera Syn mafii

Audrey staje przed obliczem władczego bossa nowojorskiej mafii. Salvatore Costello albo odbierze jej życie, albo uczyni swoją żoną.

Tajemnica kobiety, za wszelką cenę strzeżona przed światem, znaczy dla niego zbyt wiele,  by mógł ryzykować. Najgorszy wróg czai się w ukryciu i czeka tylko na odpowiedni moment, żeby się ujawnić...

Miłość, pasja i pożądanie nie idą w parze z mrocznym półświatkiem. Nic nie jest pewne, a śmierć może czyhać na każdym kroku...

Czy odważysz się wejść ponownie do świata, z którego już się nie uwolnisz?

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (736 ocen)
418
182
98
31
7
Sortuj według:
karoolla12

Dobrze spędzony czas

główna bohaterka wiecznie tylko płacze ale trzyma w napięciu
00
TomDzik

Całkiem niezła

Myślałam, że będzie lepsza od pierwszej. Może trochę jest, ale jednak nie tego chciałam. Główna bohaterka miejscami tak mnie denerwowała, że miałam ochotę przestać czytać, ale nie lubię zostawiać książek nie przeczytanych, wiec skończyłam. Szczerze jeśli będzie kolejna cześć nie wiem czy po nią sięgnę…
00
Hania-ja

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Takiej kobiety w mafii trudno szukać w innych pozycjach literackich.
00
MonikaRat82

Całkiem niezła

Lepsza od pierwszej części. Bohaterka częściej korzysta ze swoich szarych komórek. Zakończenie rozczarowujące. Miałam nadzieję, że na drugim tomie się to zakończy, a tu autorka zamieszała i pewnie popełni jeszcze trzecią część. Nie wiem , czy po nią sięgnę.
00
Klaudiapie44

Nie oderwiesz się od lektury

Pierwsza część chyba najlepsza w tym roku jakie czytałam. Dialogi układają się w całość, fajna fabuła. Przeczytałam ją w 3 godziny.Ciekawa jestem 2 części, zaraz się za nią zabieram!
00

Popularność




Copyright © by Samanta Louis, 2020Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Aneta Grabowska

Korekta I: Paulina Aleksandra Grubek

Korekta II: Magdalena Zięba-Stępnik

Projekt okładki: Marta Lisowska

Zdjęcie na okładce: © by Roman Samborskyi /123rf.com

Zdjęcie w środku książki: Obraz Rúben Gál z Pixabay

Grafiki w książce: skrzydła - pngtree.com, kule - ObrazClker-Free-Vector-Images z Pixabay

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-66754-74-4

Wydawnictwo WasPosWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

POCZĄTEK

WSPÓŁCZEŚNIE

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

KILKA SŁÓW OD AUTORKI I PODZIĘKOWANIA

Dla moich dzieci.Wiedzcie, że każdego dniawalczę o Waszą przyszłość,bo niewyobrażalniemocno Was kocham.

W powieści realizm związany z funkcjonowaniemmafii miesza się z fikcjąliteracką.Dzieło nie ma na celu ujawnienia informacjio strukturze mafijnej, jest ono w pełniwytworem wyobraźniAutorki.

WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JESTPRZYPADKOWE.

POCZĄTEK

Jedenaście lat wcześniej

Salvatore

– Salvatore, to twój przyrodni brat Arturo. Przyjąłem go do rodziny. Od dzisiaj zamieszka z nami – informuje mnie ojciec, unosząc brew, by dać mi do zrozumienia, iż mam wyciągnąć dłoń i przywitać się z nowym członkiem rodziny Costello.

Powinienem okazać mu szacunek. Nie zamierzam tego robić, ale dla świętego spokoju, pod bacznym okiem ojca, wstaję i wysuwam dłoń w stronę mojego brata.

Arturo także się podnosi i podaje mi rękę. Ściskam ją mocniej, niż trzeba, pokazując, że to ja zajmuję w rodzinie wyższe stanowisko. Mierzymy się przez chwilę wzrokiem.

Widzę w jego oczach triumf, radość i coś jeszcze, lecz nie jestem pewien co. Nie podoba mi się to, jakaś część mnie każe mi być ostrożnym i uważnym w stosunku do niego.

Arturo, syn mojego ojca z nieprawego łoża, bękart, który nigdy nie powinien się narodzić. Nie mam pojęcia, dlaczego ojciec przyjął to ścierwo do rodziny, skoro to ja jestem jego pierworodnym i prawowitym dziedzicem tronu.

Puszczam jego dłoń i przenoszę spojrzenie na swoją matkę. Siedzi w kuchni przy stole ze spuszczoną głową, trzymając między palcami nóżkę kieliszka wypełnionego winem. Jest jedenasta rano, a ona już pije. Złość zaczyna palić mnie w trzewiach, gdy nawiązuję z nią kontakt wzrokowy. Wygląda jak kupka nieszczęścia. Blada, mizerna twarz wykrzywia się w grymasie bólu, a oczy błyszczą od łez. Ledwo zauważalnie kiwa głową, by przekazać mi, że nic nie da się już zrobić, że mam być spokojny i nie wszczynać awantury. Ojciec zdradził ją siedemnaście lat temu, gdy ja byłem jeszcze niemowlakiem. Niecały rok później na świat przyszedł on – zakała rodziny. A kilka miesięcy po nim urodziła się Vittoria.

Niedobrze mi się robi, gdy pomyślę, że mój ojciec, szanowany i najpotężniejszy boss nowojorskiej Cosa Nostry, miał w domu kochającą, oddaną i piękną kobietę, a i tak dymał dziwki, a jednej z nich zrobił bachora.

Zaciskam pięści pod wpływem gniewu, który narasta wewnątrz mnie, napinam mięśnie, gotów do rozwalenia głowy ojcu – tu i teraz. W tej chwili nienawidzę tego człowieka – za ból wyrządzony mojej matce, kobiecie, którą kocham i szanuję.

Mama zamyka oczy i wzdycha z rezygnacją, pokonana, bezsilna, złamana. Widząc, w jakim jest stanie, biorę głęboki oddech i rozluźniam dłonie. Nie zrobię nic głupiego ze względu na nią i Vittorię. Działania podejmowane pod wpływem impulsu oraz w gniewie nigdy nie są korzystne. Jako przyszły boss mafii muszę panować nad emocjami, a nie za dobrze mi to idzie, ponieważ jestem porywczy. Wściekłość to zły doradca, staram się o tym pamiętać, lecz gdy chodzi o matkę bądź siostrę, wybucham niczym dynamit z krótkim lontem.

– Witaj w rodzinie, Arturo – mówię, siląc się na neutralny ton, po czym wychodzę z domu.

Audrey

Będę tęsknić za Palermo oraz Sycylią – tą, którą była kiedyś, zanim mafia wyszła na ulice. Właściwie to już tęsknię, gdy widzę zgiełk panujący w Nowym Jorku. Inne otoczenie i ten wieczny pośpiech. Nie wiem, czy kiedykolwiek odnajdę się w tym wielkim mieście, czy nauczę się tu żyć i znajdę swoje miejsce. Boli mnie serce, zostawiłam za sobą dom, przyjaciół, rodzinę i beztroskie życie, o jakim marzą wszyscy turyści przybywający na Sycylię. Zostałam wyrwana z idealnego świata nastolatki, odebrano mi poczucie bezpieczeństwa…

Wiem, że przeprowadzka była konieczna. Śmierć mojego taty odcisnęła na nas ogromne piętno, a Sycylię uczyniła wyspą trupów, zła i rozlewu krwi. Odkąd dokonano zamachu na sędziego, nasz świat legł w gruzach, nie zostały po nim nawet fundamenty.

Wpatrując się w mijane drapacze chmur, dyskretnie wycieram dłonią łzy z twarzy, po czym spoglądam na Annikę, siedzącą po mojej prawej na tylnym siedzeniu czarnego SUV-a marki BMW. Na jej obliczu maluje się tak wiele emocji, iż nie jestem w stanie odczytać, które uczucie dominuje. Jej twarz jest mokra od łez, wykrzywia ją także grymas, który znika w chwili, gdy Annika dostrzega moje spojrzenie.

– Co się gapisz? – warczy przez zaciśnięte zęby.

Nie odpowiadam od razu, po prostu na nią patrzę i zastanawiam się, jak to możliwe, że ta dziewiętnastoletnia dziewczyna rozsypała się w drobny mak, przecież ona jako starsza powinna być silniejsza. Wiedziała o wielu sprawach, o których ja nie miałam pojęcia, miała świadomość, z czym wiązała się profesja taty po tym, jak dołączył do zespołu antymafijnego. Czy to nie ja powinnam wyć do księżyca niczym wilk, bo to mnie utrzymywano przez lata w błogiej nieświadomości, a potem zrzucono na mnie bombę o tak wielkiej sile rażenia, iż odebrała mi wiarę w cokolwiek? A najbardziej we własną matkę i siostrę, jedyne osoby, jakie pozostały ze mną na ziemi. Obie mnie zdradziły, obie mi nie zaufały, tłumacząc to moim dobrem. Jakim dobrem, do jasnej cholery, skoro moje życie także rozjebało się na kawałeczki? Odebrano mi ojca, kochanego tatusia, stróża, przyjaciela, nauczyciela i powiernika sekretów. Odebrano mi rodzica, część serca, męską postać, która powinna trwać przy mnie przez najbliższe kilkadziesiąt lat i prowadzić przez życie, wskazywać dobre i złe drogi, a gdy zbłądzę, pójść za mną i mnie nawrócić. Kto teraz będzie to robił? Kto będzie moim aniołem stróżem?

Tato! Tak bardzo cię kocham ipotrzebuję…

– Weź się w garść. Jesteś dorosła, a zachowujesz się jak niedojrzała gówniara. Nie tylko ty cierpisz, więc opanuj się i przestań mazgaić. Zapomniałaś, że nikt nie może wiedzieć, kim jesteśmy i skąd pochodzimy? – mówię.

Wpatrując się we mnie z osłupieniem, z otwartymi z szoku ustami, Annika kręci lekko głową, matka zaś posyła mi mordercze spojrzenie z przedniego siedzenia. Natomiast na twarzy kierowcy błąka się lekki uśmiech, który utwierdza mnie w przekonaniu, że mój wybuch był uzasadniony i Annice potrzebny był kubeł zimnej wody.

Siostra wyciera twarz chusteczką, wydmuchuje w nią nos i milczy. Ja także. Obie odwracamy się do okna i zatapiamy się w swoich myślach przy akompaniamencie muzyki odtwarzanej z samochodowego radia.

Annika nigdy więcej już nie płacze.

Salvatore

Siedzę na werandzie przed domem i bawię się scyzorykiem, w myślach powtarzając to, co powiedział mi ojciec: „Salvatore, to twój przyrodni brat Arturo. Przyjąłem go do rodziny. Od dzisiaj zamieszka z nami”.

Mam żal do ojca, że u progu mojej dorosłości zrzuca na mnie bombę w postaci swojego nieślubnego dziecka, które w dodatku wprowadza do naszej rodziny. Zdradził matkę, najukochańszą kobietę w moim jebanym życiu, i ten fakt najmocniej mnie poruszył. Co ja mówię, wkurwiłem się, gniew kipiał w każdym zakamarku mojego ciała, lecz musiałem stłumić emocje, bo nie wolno mi ich okazywać. Siedzę więc na tej pieprzonej werandzie, obracam w dłoniach scyzoryk i zastanawiam się, czy ja także kiedyś będę taki jak ojciec.

Nie chcę taki być. Zbyt wiele widziałem przez wszystkie lata dzieciństwa, wiem, jak brutalna i wyrafinowana potrafi być mafia. Mój ojciec zawsze stawiał tę organizację ponad wszystkim innym. Nieważne, co się działo, gdy mafia go potrzebowała, rzucał to, wychodził z domu i zaszywał się gdzieś na obrzeżach Nowego Jorku na kilka dni, aż sprawa nie została rozwiązana, a na ulicach nie polała się krew.

Mam być tego częścią, ba, jestem zmuszony być tego częścią, więc ojciec przekazuje mi mafijne wartości od najmłodszych lat, planuje moją przyszłość co do joty, nawet wybrał już dla mnie żonę. Jednak nie wszystko można w życiu, zwłaszcza czyimś, zaplanować.

Ciężarówka firmy AGS, parkująca na podjeździe sąsiedniego domu, przykuwa moją uwagę. Zwłaszcza że dom od dłuższego czasu stoi pusty i jakoś nie było do tej pory chętnych na jego wynajem bądź zakup. Zapewne kwota haraczu, jaką kazał zapłacić mój ojciec, już na wstępie odstraszała zainteresowanych najemców. Dlatego tym bardziej jestem ciekawy nowych sąsiadów. Wstaję i wsuwam scyzoryk w kieszeń spodni jeansowych, po czym zeskakuję z werandy i podchodzę do samochodu.

Nowi lokatorzy, niczego nieświadomi, zdążyli już wejść do wnętrza domu, który ma stać się ich miejscem na ziemi, bezpieczną przystanią. Na poczekaniu dochodzę do wniosku, że nie są z Nowego Jorku, jeżeli wybrali naszą dzielnicę. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie zrobił, nikt nie wszedłby na teren rodziny Costello bez uprzednio zapłaconego haraczu. Ojciec nie wspominał, że będziemy mieli sąsiadów, więc wnioskuję, że nic nie wie o nowych najemcach. To się zdziwi, gdy mu przekażę najświeższe informacje. Ale najpierw podroczę się trochę z sąsiadami, zanim ojciec wkroczy na ich posiadłość i ujawni, na czyim terytorium zamieszkali.

Zmieniam zdanie, gdy dostrzegam JĄ. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia, bo dziewczyna jest jak objawienie, jak anioł – zesłany na ziemię przez Boga – w postaci pięknej nastolatki o jasnych włosach, atrakcyjnym, powabnym ciele i uśmiechu, który przyspiesza bicie mojego skostniałego serca. Oddycham nierówno, w piersi mi dudni, w ustach zasycha. Czuję się tak, jakbym doznał szoku, zresztą chyba to właśnie się wydarzyło. Będąc na haju i nie zastanawiając się nad konsekwencjami, prostuję się i podchodzę do anioła w ludzkiej skórze. Stoi do mnie tyłem i wypina tyłek, sięgając po pudło podpisane: Audrey. Mimowolnie oblizuję spierzchnięte usta i wyciągam ręce, zabierając od niej karton.

– Pomogę ci – szepczę, pochylając się nad nią.

Wzdryga się i wciąga głośno powietrze, robiąc przy tym wielkie oczy.

– Nie trzeba, dam sobie radę – mówi wystraszona, próbując wyrwać z moich rąk swoją własność. Chce mnie spławić, ale ja się nie dam.

– Pomogę – naciskam, uśmiechając się przyjaźnie. – Będziemy sąsiadami, więc zapewne nie raz i nie dwa będę ci w czymś pomagać. Nie bądź uparta i pozwól sobie pomóc, zwłaszcza że tego chcę – wyjaśniam, siląc się na uprzejmy ton, mimo iż tracę cierpliwość. Nikt nigdy mi się nie sprzeciwia, więc jestem rozdrażniony.

Wpatruje się we mnie przez chwilę, wciąż trzymając dłonie na kartonie. Wykorzystuję moment jej nieuwagi i nakrywam je swoimi. W popłochu przenosi spojrzenie z mojej twarzy na nasze ręce. Ciepło, jakie od nich emanuje, jest jak porażenie prądem. Czuję się, jakby przez moje ciało przeszedł impuls i postawił wszystkie włoski na baczność.

Dziewczyna przełyka ślinę i spogląda mi w twarz. Nie jestem pewien, ale ona chyba dyszy. To daje mi potwierdzenie, iż poczuła to, co ja. Iskry pod skórą, ciepło dłoni i przyspieszone bicie serc.

– Skoro tak bardzo ci zależy, to nie będę odbierać ci tej przyjemności, chojraku – mówi oschle, jednocześnie gwałtownie oswobadzając ręce, jakby się właśnie oparzyła. Odwraca się z rumieńcami na policzkach i rusza przed siebie, a ja za nią jak jakiś pieprzony kundel.

Cóż, w jakiś sposób czuję się jak on. Angelo1 roztacza wokół siebie aurę, która przyciąga mnie jak magnes. Wchodzę za nią do domu i już wiem, że będę tu częstym gościem. Sądzę też, że nadejdzie dzień, w którym pożałuję nawiązania z nią znajomości.

Ta piękna dziewczyna będzie cierpieć, lecz mimo tych dziwnych uczuć nie umiem i nie chcę się wycofać. Kości zostały rzucone, trzeba wyłożyć karty na stół i rozkochać w sobie anioła, a potem…

Audrey

Prawdopodobnie każda mała dziewczynka marzy o miłości od pierwszego wejrzenia. Nie jestem pewna, czy i ja o niej marzyłam, lecz wiem, że nie do końca w nią wierzyłam. Jednak teraz, gdy doświadczyłam na własnej skórze elektryzującego uczucia, śmiem twierdzić, iż jestem w stanie uwierzyć nie w miłość, lecz eksplozję emocji, motylki w brzuchu i zauroczenie. Bez wątpienia chłopak oferujący mi pomoc przy noszeniu pudeł zauroczył mnie, oczarował. Czym? Swoim uporem, ale też hipnotyzującym spojrzeniem i uśmiechem, którym czaruje zapewne wiele dziewczyn.

Jest pierwszą poznaną przeze mnie osobą w Nowym Jorku, w dodatku, jak wspomniał, sąsiadem, więc mimo iż z początku nie chciałam przyjąć jego pomocy, doszłam do wniosku, że dobra komitywa z sąsiadami to świetny start. Kto wie? Może zostaniemy przyjaciółmi i to on pomoże mi zaaklimatyzować się oraz zapomnieć o wydarzeniach, które przywiodły tutaj naszą trójkę?

W głębi duszy na to liczę.

Chłopak o niebieskich oczach stawia pudło na podłodze w salonie i uśmiecha się do mnie zalotnie. Czuję, że się rumienię, choć rzadko mi się to zdarza. Co więcej – gdy patrzy na mnie z błyskiem w oczach, płonę cała, w efekcie czego jestem mokra na plecach, dłoniach, karku.

Moja matka mierzy chłopaka podejrzliwym spojrzeniem i kieruje wzrok na mnie, czekając na wyjaśnienia.

– Mamo – zaczynam i uśmiecham się – to nasz sąsiad, który zaoferował swoją pomoc przy wnoszeniu rzeczy – informuję, zdając sobie sprawę, że jeszcze nie poznałam jego imienia.

Wyciąga dłoń w stronę mojej rodzicielki, oczywiście z tym czarującym uśmiechem na twarzy.

– Miło mi poznać nowych sąsiadów. Nazywam się Salvatore Costello i mieszkam w domu obok – recytuje uprzejmie i ściska rękę mojej mamy.

– Caterina, mama Audrey i Anniki – informuje oschle, z dystansem.

Gdybym jej nie znała, uznałabym, że jest wrednym babskiem.

Mam nadzieję, że Salvatore tak nie pomyśli, bo jeśli tak, to nasza znajomość szybko może przejść do historii.

– Idziemy po resztę? – pyta mnie Sal, wskazując głową na ciężarówkę.

Przytakuję i tym razem to ja podążam za nim, oddychając głęboko i czując baczne spojrzenie matki na plecach. Dzielą mnie od niego trzy kroki, ale one wystarczą, by złapał za kolejne pudło i skierował się do domu, nie czekając na mnie. Marszczę brwi w konsternacji. Skąd on, do licha, wie, które kartony należą do mnie? Stoję w miejscu i czekam, aż do mnie podejdzie.

– Skąd wiesz, które pudła są moje? – pytam, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.

Chłopak uśmiecha się przebiegle, a jego niebieskie oczy lśnią z rozbawienia.

– Są podpisane – stwierdza i rusza naprzód, by zanieść kolejny karton.

Łapię go za ramię, żeby się zatrzymał.

– No tak, ale skąd wiesz, że akurat te są moje? – Wskazuję na imię.

– Sądzę, że nie zawracałabyś sobie głowy rzeczami siostry. Imię twojej matki to Caterina, więc Annika to musi być twoja siostra.

Aż tak to widać? Jestem aż tak przewidywalna? A on taki spostrzegawczy? Ma jakiś siódmy zmysł obserwacji czy jak? Chłopcy w jego wieku raczej nie zwracają uwagi na takie szczegóły, a już na pewno nie mają w głowie tyle rozumu, by połączyć jedno z drugim.

Opieram dłonie o biodra, unoszę brwi skonsternowana i mówię:

– Ach, tak?

Uśmiecha się półgębkiem i potakuje głową. Wzdycham, przewracam oczami, biorę kolejne pudło i zanoszę je do środka.

1Anioł. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.

WSPÓŁCZEŚNIE

Teraz

Rozdział 1

Salvatore

Zamykam oczy i zaciskam szczękę, aż czuję napięcie na całej jej długości. Audrey.

Od dnia, kiedy ją poznałem, wiedziałem, że będę miał problemy, ale nie sądziłem, iż do głowy przyjdzie jej ucieczka.

– Kurrrrrwa! – wrzeszczę, uderzając pięścią w blat mahoniowego biurka. – Jak to, kurwa mać, uciekła, Arturo? Jak to się, kurwa, stało, że nie zamknąłeś drzwi w samochodzie?

– Skąd mogłem wiedzieć, że ta twoja dziewka zachowa się jak dzikuska i zwieje? – Śmieje się, po czym kontynuuje: – Nie spinaj się tak, bracie, zapomniałem. Nigdy wcześniej nie musiałem jej pilnować i zamykać drzwi podczas jazdy, bo nie robiła takich numerów.

– Dość. Powiedziałem ci wyraźnie, żebyś pilnował każdego jej kroku, a jak będzie trzeba, żebyś ją związał – syczę z pogardą. Ma chłopak szczęście, że rozmawiam z nim przez telefon, w przeciwnym razie nie wiem, czy potrafiłbym się opanować. – Wracaj do rezydencji. Jadę jej szukać – warczę, planując karę dla mojego zasranego braciszka.

Zakała nie powinna wejść w szeregi naszej organizacji. Nigdy nie zdołam pojąć, dlaczego ojciec przyjął go do rodziny.

Rozłączam połączenie i rzucam telefon na blat w chwili, gdy do gabinetu bez pukania wkracza Sergio.

– Gdzie ona jest? – mruczę wściekle, czując buzującą w krwi adrenalinę.

– Na lotnisku JFK.

Wstaję gwałtownie i łapię za komórkę, by wsunąć ją do kieszeni w spodniach.

– Jedziemy – obwieszczam i kieruję się do samochodu.

Trzaskam drzwiami, Sergio odpala silnik i ruszamy z piskiem opon.

– Jak ona się tam znalazła?

– Jechała autobusem. Musiała wsiąść do niego na przystanku przy centrum handlowym. Sygnał GPS urwał się przy lotnisku. Telefon wyłączony.

– Spryciara. Nie wiedziała tylko, że potrafię łączyć fakty i nie dam się na to nabrać.

– Tak, szefie. Wysłałem do naszych ludzi jej zdjęcie i Simon potwierdził, że pojawiła się w hali odlotów z dzieckiem i matką.

– Wiedziałem, kurwa, że Caterina nie odpuści. Musiały mieć to zaplanowane już wcześniej – zastanawiam się na głos, zaciskając pięści.

– Na to wygląda, bo na nazwisko jej matki został bezterminowo wynajęty prywatny samolot. Wystarczył jeden telefon i maszyna była gotowa do lotu.

Kręcę głową, nie dowierzając.

Nie doceniałem Cateriny i Audrey. Sądziłem, że przez wzgląd na to, co między nami zaszło, będzie robić, co każę. Ależ byłem naiwny. Przecież nie chodzi o mnie. Kluczem do jej serca jest Liam, nasz syn, nie ja. Dla niego jest w stanie zrobić dosłownie wszystko.

Właśnie sobie uświadamiam, że nie jestem już najważniejszy. Jeśli chcę dotrzeć do niej, powinienem grać tak, jak ona zechce.

– Świetnie, kurwa. Nie doceniałem jej, Sergio. To już nie jest Audrey, którą znałem.

– Przykro mi, szefie. Co teraz?

– Będziemy grać tak, jak będzie chciała.

Patrzę w lusterko wsteczne, napotykając spojrzenie mojego rozmówcy. Kiwa głową, a lekki uśmiech błądzi mu na ustach.

– Kazałeś wstrzymać lot? – pytam, choć wiem, że zrobił już wszystko, co było trzeba.

– Oczywiście. Nasi ludzie wiedzą, że szef zjawi się za chwilę na lotnisku.

– Świetnie. Dziękuję.

Gwar rozmów, tłum ludzi i zamieszanie. Nerwowe rozglądanie się po hali odlotów, czy przypadkiem wróg nie zapuścił się w te rejony. Idę za żołnierzami do prywatnej sali, czując, jak serce wybija niespokojnie rytm, dłonie się pocą, a oddech rwie. Jestem na nią nieziemsko wkurwiony, ale w tej chwili pragnę jedynie zobaczyć ją i wziąć w ramiona, upewnić się, że jest cała i że Liam jest z nią.

Z maską obojętności na twarzy mijam ludzi, machinalnie kiwam głową na przywitanie i odpowiadam na pozdrowienia. Idę przed siebie, jakbym był na haju. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale w pewnym momencie przestaję dostrzegać cokolwiek. Przed oczami mam obraz syna z poderżniętym gardłem, leżącego w kałuży krwi, i Audrey z nożem w ręce, śmiejącą się demonicznie i mówiącą, że nigdy nie będą należeć do mnie. Dopiero głos Sergia wyrywa mnie z otumanienia i przywraca do rzeczywistości.

– Iść z szefem?

– Nie. Załatw tylko, żeby pilot zawołał ją do kokpitu. Teraz zagra tak, jak ja chcę, a potem zobaczymy, kto przejmie dowodzenie. Bądź w gotowości. Wątpię, aby poddała się bez sprzeciwu.

– Zrozumiałem.

Mam nadzieję, że wizja w moim umyśle jest tylko majakiem. Obiecuję sobie, że jeżeli wszystko będzie z nimi w porządku, odizoluję się na jakiś czas od Audrey, by stłumić uczucia i emocje, które przysłaniają mi racjonalne myślenie. Obawiam się, że mając ją obok siebie, prędzej wyląduję w psychiatryku, niż połączę dwa największe klany.

Kurwa!

Muszę znowu zmienić plany.

Idąc do samolotu, nie mogę uwierzyć, że moja słodka i buntownicza Audrey nie wpadła na to, iż mam swoich ludzi nawet na lotnisku i że znajdę ją wszędzie, gdziekolwiek by była. Jeszcze tylu rzeczy nie wie o funkcjonowaniu mojego świata, mimo iż uciekła z Sycylii z matką. Z jednej paszczy lwa wskoczyły w drugą. Jak to możliwe? Przez cały czas próbowałem rozwikłać zagadkę, poskładać wszystko do kupy, ale nie udało mi się dojść do logicznych wniosków. Ale jestem cierpliwy, bo wiem, że prawda jest na wyciągnięcie ręki, a odpowiedzi udzieli mi nie kto inny, jak moja przyszła teściowa – Caterina.

Kiedy wchodzę na pokład, serce mam w gardle, a całe ciało spięte. Rozluźniam się dopiero wtedy, gdy widzę spokojnie siedzącego na fotelu Liama, badawczo wlepiającego we mnie swoje niebieskie oczy. Wygląda tak samo jak na tatuażu na moim ramieniu, z tą różnicą, że teraz jest starszy o jakieś sześć lat i ma ciemne, kręcone włosy.

– Cześć, kolego. Jak się masz? – zagajam.

Liam przygląda mi się z rezerwą, nie spuszczając ze mnie wzroku. Po pełnej napięcia chwili odzywa się:

– Dobrze. – Wzrusza ramionami.

Kładę łokcie na oparciu fotela i łączę dłonie. Patrzę na niego z lekkim uśmiechem na ustach, by poczuł się w moim towarzystwie komfortowo. Zdaję sobie sprawę, że Caterina i Audrey nauczyły młodego, żeby nie rozmawiał z obcymi i nie wchodził z nimi w jakiekolwiek interakcje, więc muszę postępować z wyczuciem, by nie zrazić do siebie syna już przy pierwszym kontakcie.

– Boisz się latać samolotem? – pytam z zaciekawieniem.

– Nie, chyba… Nigdy nie leciałem. To będzie mój pierwszy raz. Pan jest z obsługi?

Rozbawia mnie to pytanie, ale postanawiam nie wyprowadzać go z błędu. Chcę jeszcze przez moment z nim porozmawiać, ale głosy za moimi plecami stają się coraz głośniejsze, Audrey opuściła kokpit. Posyłam Liamowi przyjazny uśmiech i udaję, że kieruję się w kierunku toalety, ale nie docieram tam. Staję za fotelem syna, po cichu wyjmuję zza paska spodni berettę i gdy Audrey pojawia się na pokładzie, wycelowuję lufę w jej stronę.

Przerażenie, strach i szok. Te emocje, a nawet i więcej maluje się na jej bladym obliczu, oczy zachodzą łzami, a dłoń wędruje do ust.

– To koniec, angelo – mówię i zamykam oczy.

Rozdział 2

Audrey

Moje serce pompuje krew w zastraszającym tempie. Obija się bezlitośnie o płuca, jakby chciało za wszelką cenę utorować sobie drogę na wolność. Brakuje mi powietrza. Przed oczami – wbrew temu, co mówią – nie przelatuje mi całe dotychczasowe życie. Nie. To jest inny obraz – widzę Liama za dwadzieścia lat, jak zabija miłość swojego życia, by odebrać jej syna. I choć to, co zobaczyłam, powoduje strach, wiem, że to wyłącznie projekcja mojego mózgu wywołana silnymi emocjami.

Przenoszę spojrzenie na syna. Porusza wargami, lecz żadne słowa padające z jego ust do mnie nie docierają. Tak jakby ktoś wyłączył dźwięk. Wcisnął na pilocie przycisk „mute”.

Zamykam oczy i biorę kilka oddechów, żeby się uspokoić. Wmawiam sobie, że gdy je otworzę, okaże się, iż obecna sytuacja, w której niby się znalazłam, jest jedynie figlem spłatanym przez umysł. Stres, w dodatku tak silny, jaki towarzyszył mi od około godziny, mógł zrobić z mojego mózgu papkę i wywołać jakieś chore stany paranoi.

– To koniec, angelo. – Słyszę i unoszę powieki.

Niestety okazuje się, iż nie mam dziwnych wizji ani nic z tych rzeczy. Stojący naprzeciwko mnie Salvatore to facet z krwi i kości, a jego niski oraz władczy ton jest tego potwierdzeniem. Byłam tak blisko, gdyby pilot nie wezwał mnie do kokpitu, już wzbijalibyśmy się w powietrze. Minuty, zabrakło nam kilku minut, by uciec.

Niech toszlag!

– Mama nie ma na imię Angelo, proszę pana – wtrąca się Liam, zwracając moją uwagę na zwrot, jakiego użył w stosunku do mnie Sal.

Costello powoli opuszcza rękę z bronią i chowa ją za pasek spodni z tyłu. Obchodzi fotel, po czym siada obok naszego syna. Liam spogląda niepewnie w moją stronę, czekając na znak. Nie jest pewien, jak może zachować się w obecności obcego mężczyzny, więc kiwam głową, zapewniając, że wszystko jest w porządku i nie musi się obawiać.

Mimo iż serce nadal szaleje w piersi, czuję się nieco lepiej, gdy Costello przestaje mierzyć we mnie ze spluwy, ale nadal nie jestem pewna jego zamiarów i muszę zachować czujność, więc nie ruszam się z miejsca.

Sal, patrząc Liamowi prosto w twarz, zaczyna mówić:

– Angelo w moim rodowitym języku oznacza „aniele”. Nazwałem tak twoją mamę, ponieważ jedenaście lat temu, gdy ją poznałem, skojarzyła mi się z aniołem. Piękno w czystej postaci. Teraz rozumiesz, dlaczego w ten sposób się do niej zwróciłem?

Liam marszczy brwi, ale odpowiada:

– Tak, chyba rozumiem. Czyli pan jest kolegą mojej mamy? Leci pan z nami do mojej cioci?

Kiedy pada pytanie, wyczuwam w głosie syna nutę entuzjazmu.

Mimo niepewności odnośnie do swojego rozmówcy Liam cieszy się męskim towarzystwem. Od urodzenia przebywa z kobietami, ale pragnie mieć ojca – jak jego koledzy ze szkoły. Od zawsze chciał robić to, co robili synowie z ojcami. To bolało mnie najbardziej. To i świadomość, że gdy dowie się, iż jednak ma tatę, zarzuci mi kłamstwo, a potem przeżyje gorzki zawód, bo jego tatuś nie będzie jak inni ojcowie. Imadło zaciska się wokół mojego serca. Mam tylko nadzieję, że Sal weźmie pod uwagę uczucia Liama i nie będzie skurwielem.

– Jestem dla twojej mamy kimś więcej niż kolegą – wyjaśnia spokojnie Costello, z lekkim uśmiechem na twarzy, a mnie uginają się kolana. Boję się słów, które mogą paść jako następne. – Nie lecę z wami, ponieważ lot został odwołany. Zdarzyła się mała awaria w samolocie i dzisiaj nie możecie wybrać się w podróż do cioci Anniki.

Przestaję oddychać. Sal patrzy na mnie, wypowiadając imię mojej siostry, i cwaniacko się uśmiecha. Nie pojmuję, w jaki sposób dowiedział się, gdzie zamierzałam lecieć, ani jak mnie znalazł. Sądziłam, że wyrzucenie telefonu do kosza na śmieci w autobusie zaprowadzi ich w inne miejsce. W końcu moduł GPS zamontowany był wewnątrz telefonu, ale jeśli Sal mnie namierzył i wie, że miałam wyjechać do siostry, to zapewne wie również wszystko inne. Ma ludzi wszędzie, tak jak mówiła mi mama, choć ja nie chciałam w to wierzyć. Wypierałam ze świadomości możliwości, jakie posiada świat Salvatorego.

Na twarzy Liama maluje się smutek. Zwiesza ramiona i opiera głowę o zagłówek fotela, zamykając oczy. Przez chwilę trwamy w ciszy, mierząc się z Salem spojrzeniami. Kręci z dezaprobatą głową i cicho wzdycha. Kładzie dłonie na kolanach z zamiarem wstania z miejsca, lecz wtedy odzywa się nasz syn.

– Nie leciałem jeszcze samolotem. Cieszyłem się, że dzisiaj będę mógł. Mój kolega ze szkoły mówił, że to super uczucie.

Rozczarowanie w głosie Liama odpędza strach i paraliż, jaki mną zawładnął. Podchodzę do niego i przyklękam na jedno kolano. Dotykam dłonią jego policzka, biorę głęboki wdech, a potem przemawiam:

– Synku, jeszcze nie raz polecisz samolotem. Obiecuję ci. Czasem zdarzają się takie losowe sytuacje, na które nie mamy wpływu.

A nawet jeśli mamy, to nie mamy odwagi postawić na swoim.

– Wiesz co, kolego? Chyba mogę coś na to zaradzić – zaczyna Costello, przykuwając moją uwagę i jednocześnie wzbudzając strach oraz ciekawość.

Liam otwiera oczy, w których tańczą iskierki zainteresowania.

– To znaczy?

– Tak się składa, że mam prywatny samolot. Jeśli mama wyrazi zgodę, możemy razem polecieć do twojej cioci – wyjaśnia Salvatore, a mi z wrażenia opada szczęka.

Nie mam pojęcia, co kombinuje, ale jestem przekonana, że ma w tym jakiś cel. Mimo podejrzeń czuję w środku przyjemne ciepło i uśmiecham się lekko pod nosem, bo sądziłam, że Sal rozegra to zupełnie inaczej.

Zaskoczył mnie.

Liam patrzy na mnie z nadzieją, która bije z jego niebieskich oczu. Oczywiście nie mogę się nie zgodzić, poza tym pierwszy kontakt Liama z Salvatorem jest najważniejszy. Od niego zależy, jak później ich relacja się potoczy i jak Liam będzie postrzegał swojego ojca.

Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że nie ma innej drogi. Należymy do Salvatorego Costello, czy tego chcę, czy nie. Jednak to ode mnie zależy, czy nasze wspólne życie stanie się torturą, czy będzie normalne, na tyle, na ile może być, gdy żyje się z mafiosem.

– Dobrze, możemy przyjąć twoją propozycję – obwieszczam, czując niewytłumaczalne podekscytowanie, a zarazem obawę, bo przecież nic, co na pierwszy rzut oka wygląda wspaniale, takim nie jest.

Jednak zastanawia mnie jedna rzecz. Jutro ma odbyć się pogrzeb Lorenza. Salowi zależało, abyśmy pojawili się na nim we troje, jak mniemam – jako rodzina. Dlaczego więc zmienił plany i zaoferował, że nasza wycieczka – a tak naprawdę nieudana ucieczka – dojdzie do skutku? Nie rozumiem jego pobudek, nie w tej chwili. Ale gdy patrzę na Liama, a potem na Salvatorego, ze zdwojoną siłą uderza we mnie świadomość, jak bardzo są do siebie podobni. Wcześniej tego podobieństwa nie dostrzegałam, być może dlatego, że nie chciałam go widzieć, lecz gdy teraz siedzą obok siebie i szepczą, podczas gdy ja obserwuję ich nieobecnym wzorkiem, zawieszona w swoim świecie, mam wrażenie, że Liam to miniaturowa kopia swego ojca. Czuję na policzkach ciepłe łzy, chociaż nie zdaję sobie do końca sprawy, że płaczę. Przed oczami staje mi obraz tego, co mogło się wydarzyć. Niestety nigdy nie będzie szans na to, by zapisało się to na kartach naszej historii.

– Mamo? – Głos Liama przedziera się do mojego umysłu, wybudzając ze stanu odrętwienia, w jaki popadłam.

Pospiesznie ocieram łzy dłońmi i unoszę kąciki ust, przybierając radosny wyraz twarzy, choć w sercu panuje chaos. Chyba wolałabym, żeby Costello zbeształ mnie, niż to, że jest taki spokojny i uśmiechnięty. Jego oblicze maluje się w zupełnie innych barwach niż przez kilka ostatnich dni. Nie umiem rozgryźć, czy to tylko pozory, czy rzeczywiście wyraz jego twarzy jest odzwierciedleniem nastroju. W głębi serca liczę, iż to drugie.

– Tak? – odpowiadam z wahaniem.

– Czemu płaczesz? Coś się stało? – pyta Liam, wydaje się lekko zdezorientowany.

– Nie, wszystko w porządku, ale chciałabym zamienić kilka zdań z panem Salvatorem na osobności. Zostaniesz tutaj na chwilę sam?

Costello patrzy na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Zapewne nie wie, z jakiego powodu chcę porozmawiać z nim w cztery oczy, albo wręcz przeciwnie – domyśla się, o co chodzi, ale zamierza mi przekazać, że to nie jest konieczne. Jednak nie mogę tak tego zostawić. Nie mogę usiąść naprzeciw niego i Liama, udając, iż nic się nie stało. Gotuje się we mnie z powodu skrajnych emocji, muszę wyjaśnić kilka spraw z Salem, a przede wszystkim dowiedzieć się, co knuje. Bo oczywiste dla mnie jest, że to przedstawienie ma drugie dno.

Liam otwiera już usta, by mi odpowiedzieć, ale wtrąca się jego ojciec. Wzdycham ciężko, nawet się z tym nie kryjąc. Pragnę, żeby wiedział, że obecna sytuacja mnie męczy.

– Zrobimy inaczej, Liam. Zaprowadzę cię do pilota, do kokpitu. On pokaże ci wszystko i wytłumaczy, jak steruje się samolotem, a ja w tym czasie porozmawiam z twoją mamą. Może tak być?

Mój – nasz – syn potakuje entuzjastycznie głową, a uśmiech rozciąga się na jego twarzy, uwydatniając policzki. Costello łapie go za dłoń i prowadzi do wspomnianego wcześniej pomieszczenia, jednocześnie dając mi możliwość odetchnięcia pełną piersią i przygotowania się na rozmowę, która wzbudza we mnie niepokój.

Chodzę po pokładzie samolotu w tę i we w tę, biorąc uspokajające oddechy, ale im dłużej nie ma Sala, tym mocniej dygoczę z nerwów. Serce tłucze mi się niespokojnie w piersi, dłonie zaczynają się pocić. Nie wiem, czego mam się spodziewać, Salvatore całkowicie zbił mnie z tropu, proponując wspólny lot do mojej siostry. Nie potrafię rozszyfrować jego intencji. Analizuję jego zachowanie, gdy nagle czuję, jak duża dłoń oplata moją szyję i przyciąga mnie do czyjegoś ciała, a potem słyszę przy uchu głos:

– Coś ty sobie, kurwa mać, myślała? – Sztywnieję. Jego ton jest cholernie groźny, ocieka jadem i furią, którą wyczuwam przez przyspieszony oddech na swojej twarzy. – Sądziłaś, że jesteś w stanie ode mnie uciec? – Cmoka kilka razy i kontynuuje: – Nie możesz tego zrobić, Audrey. Już nigdy się ode mnie nie uwolnisz, chyba że ci pozwolę, lecz nie mam tego w planach. – Dłoń z szyi wędruje niżej, aż do ramienia. – Osiem lat temu byłem zmuszony od ciebie odejść, teraz nie popełnię tego błędu. Nie chodzi wcale o Liama. Chodzi o ciebie, więc bądź grzeczną dziewczynką i, do jasnej cholery, nigdy więcej tego nie rób. Zrozumiałaś?

Przełykam ślinę wraz ze łzami, które leniwie suną po moich policzkach. Nieważne, jak bardzo się go boję, a raczej tego, co planuje, i tak kocham go całym sercem oraz duszą. Nic nie jest w stanie tego zmienić. Kiedy powiedział, że nie chodzi wyłącznie o Liama, moje pokiereszowane serce odzyskało chęć do życia, odkopując głęboko schowane uczucia względem tego mężczyzny. Rozpadam się wewnątrz na kawałki, nogi uginają się pode mną, gdy odwraca mnie do siebie przodem, a potem łączy nasze usta w niespiesznym pocałunku. Odbiera mi oddech, napełnia nadzieją i przegania wszystkie złe myśli na bok. Czuję się bezpieczna, choć zakrawa to na absurd, ale dopóki będzie otaczał mnie miłością i swoimi ramionami, wiem, że nie stanie mi się krzywda. Po raz kolejny zagarnia dla siebie mój umysł i każdą cząstkę duszy wraz z ciałem, lecz tym razem już na zawsze.

Rozdział 3

Audrey

– Dlaczego zaproponowałeś, że polecimy wspólnie do Anniki? Przecież wczoraj twój plan zakładał, że we trójkę zjawimy się na pogrzebie, więc co się stało, że zmieniłeś zdanie? – pytam, siedząc w fotelu naprzeciw Salvatorego, oszołomiona po pocałunku.

Na szczęście mój umysł funkcjonuje, jak należy. Potrafię jasno myśleć, bo z ciałem jest nieco inaczej, szczególnie między nogami, tam jest wilgotno, bardzo.

– Nie przewidziałem twojej ucieczki, oczywiście dostanie się Arturowi oraz Vittorii. Jej za to, że nie umie trzymać języka za zębami. Niepotrzebnie wzbudziła w tobie strach, ale zachowałaś się naprawdę nieodpowiedzialnie. Co by było, gdyby ktoś dorwał twoją matkę z Liamem, zanim dotarliby na lotnisko? Albo gdyby ktoś czekał na was tutaj, na pokładzie samolotu? Podpowiem ci, już by cię nie było. Doskonale wiesz, jak ważny dla naszych światów jest Liam. Gdyby sycylijska mafia dowiedziała się o istnieniu potomka zrodzonego z krwi włoskiej i sycylijskiej, rozpętałaby się wojna, jakiej świat nie widział. Chciałabyś, aby nasz syn przeszedł piekło?

Siedzi luźno, opierając kostkę prawej nogi na kolanie lewej, w dłoni trzymając szklankę z whisky. Milczę przez dłuższą chwilę, przetrawiając te słowa. Zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji, dlatego chciałam uciec z Liamem w bezpieczne miejsce, gdzie – jak sądziłam wcześniej – nikt by nas nie znalazł do czasu, aż zaplanowałabym, gdzie udać się dalej. Nawet gdybym musiała zmieniać miejsce co jakiś czas, robiłabym to, byleby tylko Liam był bezpieczny i miał normalne dzieciństwo.

– I tak je przejdzie – fukam, wpatrując się tępo w płytę lotniska przez małe okienko w samolocie.

Costello zamyka oczy, biorąc głęboki oddech.

– Nadal myślisz, że jestem skurwielem, nie ufasz mi, ale udowodnię ci, że rodzina jest dla mnie najważniejsza, że WY jesteście najważniejsi. Moje uczucia się nie zmieniły, Audrey. Może i jestem – zamyśla się, jakby szukał właściwego określenia – bezwzględnym człowiekiem pozbawionym skrupułów, ale gdy to… – Klepie się po piersi wytatuowaną dłonią, mniej więcej na środku. Tam, gdzie znajduje się serce. Zauważam, że na wewnętrznej stronie widnieje rysunek krzyża, który tworzą ostrza mieczy, a wokół niego wiją się ciernie. Z kolei na palcach widnieją litery: O, LCN, CDTC, ON, A. Zawieszam na nich wzrok, próbując rozszyfrować, co oznaczają. Zapada cisza, Costello przestaje mówić i łapie mnie za podbródek, kierując moją uwagę na siebie. – Gdy nadejdzie czas, wyjaśnię ci, co oznaczają.

Kiwam głową.

– Mów dalej – proszę, patrząc mu w twarz.

– Nieważne. Nie mam w zwyczaju kontynuować, gdy ktoś mi przerwie – mruczy poirytowany.

– Powiedz to, Sal, a może ci uwierzę, może spróbuję ci ponownie zaufać – mówię stanowczo i głośniej, niż zamierzałam, ale wkurza mnie fakt, że ciężko jest mu powiedzieć dwa słowa, które kiedyś przychodziły mu z łatwością. Teraz się hamuje, bo przecież potężnemu capo nie przystoi wymawiać wielkich słów i okazywać jebanej słabości.

Prycham, kręcąc głową, kiedy mija chwila, a on wciąż milczy.

– Idę po Liama – mamroczę i wstaję, lecz po sekundzie, może dwóch, ląduję na kolanach Sala, który przyciąga mnie do siebie, łapiąc za nadgarstek.

Siedząc bokiem, mimowolnie obejmuję go za szyję, jakby to był bezwarunkowy odruch. Nagle czuję się, jakbym miała déjà vu, gdy patrzę w pociemniałe, piękne i tajemnicze oczy Salvatorego, które od zawsze przyciągały mnie do niego niczym magnes. Nie jesteśmy już w samolocie, a na werandzie domu, gdzie mieszkałam z mamą po przeprowadzce do Nowego Jorku. Costello siedzi w białym wiklinowym fotelu, ja na jego kolanach. Obejmuję go za szyję, jego dłoń pieści moje kolano, a druga kark. Spoglądamy sobie głęboko w oczy, a potem on zbliża usta do moich tak, że niemal stykamy się wargami, i szepcze „kocham cię”, tak jak robi to teraz. Pociera nosem o mój nos i przypieczętowuje najważniejsze słowa w swoim życiu namiętnym pocałunkiem, a ja rozpływam się, czując w trzewiach euforię i szczęście, lecz nie trwa to długo, ponieważ do naszych uszu dociera zdezorientowany głos Liama.

– Mamo? Co ty robisz?

Zeskakuję z kolan Sala, jakby co najmniej poraził mnie prąd. Nie mam wątpliwości, że syn widział dokładnie, co robiłam z tym obcym przecież dla niego mężczyzną. Skaczę wzrokiem między Liamem a Salvatorem, zastanawiając się, jak skutecznie wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Jak na złość, nie przychodzi mi do głowy żadne sensowne wyjaśnienie, więc wzdycham zrezygnowana i opadam ciężko na fotel, gdzie wcześniej siedziałam. Costello obrzuca mnie porozumiewawczym spojrzeniem, po czym się odzywa:

– Sądzę, że to ten moment, kiedy powinnaś powiedzieć mu prawdę. Nie będzie lepszego.

Przytakuję głową w zamyśleniu. Ma rację, to jest najlepszy czas, żeby wyjawić Liamowi, kto jest jego ojcem. Kolejne kłamstwo nie byłoby dobrym wyjściem, ponieważ Liam i tak niedługo miał się tego dowiedzieć. Jeżeli teraz pokusiłabym się o fałsz, straciłabym jego zaufanie, a do tego nie zamierzam dopuścić.

– Jaką prawdę, mamo? Co się dzieje? – wtrąca syn, wyraźnie zdenerwowany.

– Za dziesięć minut będę z powrotem, muszę wykonać kilka telefonów – obwieszcza Salvatore. Wstaje i zostawia nas samych, posyłając mi pokrzepiający uśmiech, zanim znika z pokładu samolotu.

Łapię syna za nadgarstek i usadawiam go na swoich kolanach, nie spodziewając się tego, co po sekundzie wychodzi z jego ust.

– To mój tata, prawda?

Przestaję oddychać. Sztywnieję, robiąc wielkie oczy ze zdenerwowania. Zatkało mnie i nie mogę wydobyć z siebie głosu.

Robi mi się gorąco, duszno, a szybko bijące serce obija się o płuca.

– Kiedyś, gdy zapytałem się babci, co to jest znamię, wyjaśniła mi, że ludzie czasem się z nimi rodzą i są one nieszkodliwe, że to nas wyróżnia wśród innych. Najczęściej dzieje się tak, gdy jedno z rodziców albo rodzeństwo je ma – urywa i odwraca głowę tak, żeby pokazać mi podłużne, lekko brązowe znamię za lewym uchem.

Zamykam oczy, ponieważ podejrzewam, że zaraz poleci z nich kilka łez, a przecież powinnam być silna. Zawsze byłam, Liam nigdy nie był świadkiem tego, jak płakałam. Nie chciałam, by sądził, że jestem słaba, jednak mam do siebie żal o to, że zapomniałam o tak istotnym fakcie, jak znamię, które obaj mają w tym samym miejscu.

– Tak. To twój tata. Przepraszam, że nie powiedziałam ci wcześniej, ale dopiero niedawno wrócił do Nowego Jorku. Nie wiedziałam nawet, czy będę mieć okazję go spotkać, ale to on mnie znalazł. I wbrew temu, co teraz sobie myślisz, tata – jakże dziwnie i obco to słowo brzmi – wiedział o twoim istnieniu. Ale nie mógł wcześniej do nas wrócić, bo… nie jest zwykłym człowiekiem, jak my. Jest… – Zawieszam się, nie wiedząc, jak mu wytłumaczyć albo jak ubrać w słowa to, czym zajmuje się Salvatore. – Przede wszystkim jest twoim tatą i chcę, żebyś tak go traktował. Mimo tego, czym się trudni. Dobrze?

Pociągam nosem. Nawet nie zauważyłam, pochłonięta wyjaśnianiem, że perliste krople znaczą ścieżkę na mych policzkach. Liam, mój kochany synek, wyjmuje z kieszeni swoich spodni chusteczkę, po czym ociera moją twarz, na co zaczynam płakać jeszcze bardziej i desperacko przyciskam go do siebie, być może zbyt mocno, lecz on się nie sprzeciwia. Oplata ramiona wokół mojej szyi i szepcze, że będzie dobrze.

– Cieszę się, że mam tatę, mamo. Nie płacz już. Przecież jesteś dużą dziewczynką, a duże dziewczyny nie płaczą, tak samo jak chłopaki.

Chichoczę. Mój syn ma rację, jestem dużą dziewczyną, dojrzałą kobietą i przeszłam w życiu gorsze chwile, więc ocieram dziarsko łzy, wydmuchuję nos i zapewniam Liama, że od teraz będziemy już zawsze razem, że będziemy rodziną i nikt nas nie rozdzieli. Wierzę w to, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że rzeczywistość może być inna.

Rozdział 4

Salvatore

– Zmiana planów. Lecimy do Kanady, do siostry Audrey. Wracamy jutro wcześnie rano, żeby zdążyć na pogrzeb. Dzwoniłem już do Artura i przekazałem mu wskazówki. Czekam na ciebie w samolocie. Niezbędne rzeczy kupimy na miejscu – komenderuję do słuchawki, przechadzając się po płycie lotniska.

– Zrozumiałem. Czy Darius spodziewa się nas?

– Jeszcze go nie informowałem. Zadzwoń do niego, że przylecimy razem z Audrey i Liamem. Potrzebny będzie samochód, który odbierze nas z lotniska.

– Okej. To wszystko?

– Tak. Do zobaczenia za chwilę.

Rozłączam połączenie i wsuwam telefon w kieszeń garniturowych spodni, wzdychając. Gdybym wiedział, że czeka nas wyjazd, ubrałbym się stosowniej do okazji. Machinalnie poprawiam marynarkę, spoglądając w górę, ale nie dostrzegam w okienku Audrey. Jednak nie martwię się, że będzie próbować po raz kolejny uciec. Dałem jej powód, by w końcu zaczęła mi wierzyć i ufać. Początkowo założyłem, że jeśli będę musiał posunąć się do ostateczności, to nie zawaham się i odbiorę jej życie, by odzyskać syna. Jednak gdy stanąłem z nią twarzą w twarz w klubie, po ośmiu latach, zrozumiałem, iż w dalszym ciągu darzę ją wielkim uczuciem, które z biegiem lat jedynie sprytnie się kamuflowało, by potem z impetem wyskoczyć i uderzyć mnie w twarz, uświadamiając, że życie bez niej pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. I że do tej pory walczyłem każdego dnia dla niej, by w końcu znaleźć się w miejscu, w którym teraz jestem.

Nie zapominam jednak o tym, iż dla półświatka Audrey to moja słabość. W jej obecności mur obojętności ma kurewsko słabe ściany, nie wspominając o fundamentach.

Zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później znajdę się w sytuacji, gdzie będę musiał pokazać jej oblicze trenowane przez wiele lat. Mam nadzieję, że ta kobieta nadal kocha mnie tak mocno, jak kiedyś, i nie zmieni się to, gdy ujrzy demona.

W oczekiwaniu na Sergia palę papierosa, zastanawiając się nad tym, jak Liam przyjął wiadomość, że jestem jego ojcem. Nie mam pojęcia, jak Audrey wyjaśniła mu moją nieobecność, mogła nawet powiedzieć, że nie żyję albo że ich zostawiłem jak ostatni dupek. Podejrzewam jednak wersję o nieznanym dawcy spermy i mimo iż naciskałem, aby powiedziała mu jak najszybciej, z niewiadomych przyczyn denerwuję się, jednocześnie czując strach, że Liam nie zaakceptuje mnie jako swojego taty. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby z radością rzucił mi się na szyję, nie miałabym też do niego pretensji, gdyby nie chciał mnie znać, zważywszy na to, kim jestem i jakimi ludźmi się otaczam. Nie potrafię tego wyjaśnić, nie zamierzam zmuszać go do miłości wobec mnie, jestem skłonny pozwolić mu żyć tak, jak zechce, nie zmuszając do przejęcia legatu i szemranych interesów. Nawet chyba wolałbym, żeby wyłamał się z hierarchii i był wolny.

Zaciągam się papierosem ostatni raz, po czym gaszę czubkiem buta niedopałek. Spoglądam przez ramię, czy Sergio kieruje się już w moją stronę. Gdy pojawia się przy mnie, wspólnie ruszamy na schody prowadzące na pokład, wymieniając porozumiewawcze skinienia głową.

Będąc już w samolocie, kieruję się do kokpitu. Podaję dłoń pilotowi, przedstawiam się i informuję go, że możemy ruszać w drogę. Cieszę się z możliwości spędzenia czasu z Audrey i synem z dala od Nowego Jorku. To dlatego zaproponowałem, byśmy polecieli do Anniki. Nie chciałem, by mój syn się smucił, więc doszedłem do wniosku, iż mogę sprawić i sobie, i jemu radość.

Zajmuję miejsce obok Audrey, Sergio według wcześniejszych ustaleń siada w pierwszym rzędzie, niedaleko kokpitu, dając nam nieco prywatnej przestrzeni.

Liam siedzi po turecku i wpatruje się we mnie z zaciekawieniem. Przechylam głowę w stronę Audrey i pytam szeptem, czy chłopak już wie. Dostrzegam jej zaczerwienione i smutne oczy. Potakuje głową, patrząc na syna, a potem odwraca się do okna. Jedną z rzeczy, których nie znoszę, jest widok przybitej Audrey. Od dzieciaka nie umiałem radzić sobie z emocjami, gdy moja matka bądź siostra szlochały po kątach. Miałem ochotę roznieść wszystko i wszystkich w drobny mak. Cierpiałem razem z nimi, ich ból był moim bólem. Dlatego starałem się chronić je przed cierpieniem najlepiej, jak potrafiłem. Rugam się w myślach za to, iż teraz Audrey cierpi przeze mnie. Ale nie było innego wyjścia, musiała powiedzieć Liamowi prawdę, jesteśmy rodziną, a rodzina powinna trzymać się razem. Szczególnie nasza rodzina.

Nie zastanawiając się dłużej, łapię jej dłoń i ściskam w geście wsparcia. Gdy spogląda na mnie tymi swoimi zapłakanymi oczami, coś w moich trzewiach zaczyna się budzić. Dawny Salvatore, mający marzenia i widzący swoją przyszłość w jaśniejszych barwach, zaczyna upominać się o swoje życie.

Sądziłem, że posiadanie u boku Audrey nic nie zmieni i nadal będę bezwzględny, władczy, groźny i nie do pokonania, lecz z godziny na godzinę uświadamiam sobie, że ta kobieta może być dla mnie zagrożeniem.

– Będzie dobrze, niczym się nie martw. Obiecuję – szepczę w jej usta i całuję delikatnie. Przerywam po chwili pieszczenie jej warg, bo obok nas rozlega się chrząknięcie. Uśmiecham się lekko i przenoszę uwagę na syna.

– Teraz często będziecie to robić? – pyta z nieskrywanym oburzeniem.

Zagryzam wargę, by się nie roześmiać. Ściągam marynarkę, po czym rzucam ją na siedzenie po prawej stronie, dzięki czemu zachowuję powagę.

– Co masz na myśli?

– Całowanie. Będziecie często się całować?

Patrzę na jego matkę z poważną miną. Wpatruje się osłupiała w Liama, a ja mam przemożną chęć się roześmiać, lecz zamiast to zrobić, swobodnie odpowiadam:

– Będzie ci to przeszkadzać?

Chłopak kiwa głową, cały czas bacznie nas obserwując.

– Tak – oznajmia.

– W takim razie postaramy się przy tobie tego nie robić.

– Dziękuję – mówi dyplomatycznie.

Myślę sobie, że z takim podejściem idealnie nadawałby się na następcę dona. W jego żyłach płynie skażona krew, całkiem możliwe, iż z wiekiem zacznie dokazywać i przejawiać chęć sprawowania kontroli nad innymi – przebywając w środowisku mafii, jest to nieuniknione. Z jednej strony napawa mnie to dumą, lecz z drugiej – mam wyrzuty sumienia, iż odbieram mu szansę na normalny byt.

– Jesteś moim tatą, tak? – docieka, wyrywając mnie z zamyślenia.

Stewardessa podchodzi do nas, by poinformować o zapięciu pasów i starcie. Gdy odchodzi, odpowiadam na zadane przez Liama pytanie:

– Zgadza się, jestem nim.

– Cieszę się, że to ty okazałeś się moim tatą – obwieszcza z radością.

– Dlaczego? – Marszczę brwi, szczerze zaciekawiony.

– Bo tak właśnie sobie ciebie wyobrażałem. Przyjdziesz do mnie do szkoły, żebym mógł się pochwalić, że mam tatę? – wypala, uśmiechając się z nadzieją.

Nie jestem pewien, czy powinienem pojawiać się w szkole syna, ale nie chcę mu odmawiać i sprawiać tym przykrości, więc obiecuję, że po powrocie do Nowego Jorku zaprowadzę go do szkoły.

– Super! – wydaje z siebie okrzyk radości, odpina pasy i rzuca mi się w ramiona, mówiąc: – Kocham cię, tato.

Rozdział 5

Audrey

Rozczuliła mnie ciekawość i prośba Liama, a gdy rzucił się na Sala i powiedział, że go kocha, moje serce boleśnie ścisnęło się, jakby wpadło w imadło. Potok łez leje się po mojej twarzy, jestem zmuszona odwrócić się w stronę okna. Dawno nie płakałam z taką siłą i tak wiele razy, jak tego dnia. Jestem w rozsypce, mam mętlik w głowie, myśli wirują niczym huragan, nie potrafię skupić się na niczym.

Nowy Jork rozmazuje mi się przed oczami, przysłonięty ścianą łez.

Tak bardzo pragnęłam nie wracać już do tego miasta, zacząć wszystko od nowa. Zapewnienia Salvatorego jakoś mnie nie przekonują, mojego ojca spotkał straszny los, a bezpośrednio nie należał do łona mafii, wręcz przeciwnie, chciał rozpracować sycylijską jednostkę i zapłacił za to życiem, przy okazji łamiąc moje. Uczucia, jakimi darzę Sala i Liama, kłócą się ze sobą, dla obu chcę jak najlepiej, ale w obecnej sytuacji nieważne, jakie podejmę kroki, nic nie będzie takie, jak powinno. Dopiero podczas lotu dociera do mnie, że ciągłe ucieczki przed bossem mafii źle wpłynęłyby na Liama i na mnie. Musiałabym cały czas odwracać się za siebie, być w ciągłej gotowości, nie mogłabym nigdzie osiąść i zapewnić synowi stabilizacji. Więc z dwojga złego lepiej będzie nam z Salvatorem.

– Annika nie wie, że przylecimy z tobą. Wątpię, czy będzie zadowolona, widząc cię – stwierdzam, ziewając.

– Nie martw się. Wszystko załatwiłem. Połóż się na kanapie i odpocznij – nakazuje Costello, gładząc mój policzek.

Podoba mi się w takim czułym i delikatnym wydaniu, mimo iż wiem, że to tylko rola w tym jebanym spektaklu.

– Czyli teraz już nie muszę się niczym martwić, ty będziesz zajmował się wszystkim, tak? – pytam drwiąco.

– Tak – odpowiada chłodno, ale w jego niebieskich oczach tańczą wesołe chochliki.

– Świetnie, nie dość, że będę więźniem, to jeszcze będę leżeć i pachnieć – prycham wkurzona. – Nie chcę tak, Sal. Chcę wieść normalne życie, na tyle, na ile jest to możliwe – fukam, a on przykłada mi dłoń do ust, żebym się zamknęła.

– Ciszej. Chciałaś dawkować mu informacje stopniowo, a teraz swobodnie się unosisz, nie martwiąc się, że coś usłyszy – beszta mnie i nie podoba mi się to, do tego stopnia, że z wściekłości falują mi nozdrza.

– Jest w kiblu, do jasnej cholery! Nie słyszy mnie – podnoszę głos, czym przykuwam uwagę tajemniczego gościa, którego imienia w dalszym ciągu nie poznałam.

– Przedyskutujmy to później, złośnico. Aż trudno uwierzyć, że dwie skrajne osobowości mieszkają w tak atrakcyjnym ciele. – Śmieje się wesoło.

Dupek!

– Nie zmieniaj tematu. – Uderzam go w ramię.

– Musisz nauczyć się wielu rzeczy, angelo. Gdy będziesz doskonale władać bronią, przestaniesz być prowadzona na smyczy.

Wpatruję się w niego zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się, iż zajdzie konieczność, bym nauczyła się strzelać. Trzymałam już w dłoniach pistolet i napawało mnie to jakiegoś rodzaju paniką, bo nie wyobrażałam sobie, żebym mogła do kogoś strzelić, nie wspominając o odebraniu życia. Ale jeżeli Salvatore planuje mnie wyszkolić, oznacza to, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest o wiele poważniejsza, niż zakładałam. Byłam przekonana, że to on będzie zapewniał nam bezpieczeństwo, a ja nie będę musiała zaprzątać sobie tym głowy. Jednak wychodzi na to, iż powinnam być przygotowana na każdą ewentualność.

– Wspaniale. Właśnie dałeś mi powód, bym dalej martwiła się o swoje i Liama życie – mruczę pod nosem, ale on i tak to słyszy. Nie odpowiada, bo Liam wraca z ubikacji.

– Prześpij się, wyglądasz na zmęczoną i robisz się złośliwa – szepcze mi do ucha, drażniąc skórę swoim ciepłym oddechem.

Po moim ciele przechodzą ciarki, docierają aż do cipki. Przymykam na moment powieki i wzdycham. Jestem spragniona jego bliskości, pragnę, aby pieścił każdy zakamarek mojego ciała i wszedł we mnie głęboko, jednocześnie pozwalając choć na chwilę zamknąć się w bańce, do której nikt nie ma dostępu. Potrzebuję jego silnych, wytatuowanych ramion, żeby poczuć się bezpiecznie.

– Zaraz się położę, ale najpierw chcę się dowiedzieć, kim jest ten wielki facet. – Wskazuję na łysą głowę przed sobą.

Costello przenosi wzrok na tajemniczego mężczyznę, uśmiecha się półgębkiem i wyjaśnia:

– To Sergio, moja prawa ręka, przyjaciel i rodzina. Nic więcej wiedzieć nie musisz.

– Zapomniałeś dodać, że jest też twoim bodyguardem – sarkam.

– Naszym, angelo – poprawia mnie i obdarza cwaniackim uśmiechem.

– Do czasu, aż nauczę się strzelać – szepczę mu do ucha uwodzicielskim tonem.

Costello przełyka ślinę, ewidentnie podoba mu się wizja mnie z bronią w ręku. Miał rację, gdy mówił, że jest teraz innym człowiekiem – złym, pozbawionym skrupułów. Na samą myśl o tym, że mielibyśmy być jak Bonnie i Clyde, przeszywa mnie dreszcz ekscytacji i podniecenia, co jest absurdalne i kłóci się z moimi wcześniejszymi dywagacjami. To chyba bliskość Salvatorego wzbudza we mnie instynkty, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała.

Patrzę w jego oczy, przybrały odcień granatu, jakby moje słowa wyzwoliły w nim demona. Czuję silną więź między nami i wiem już, że wskoczę za nim w ogień, gdy zajdzie taka potrzeba.

W końcu niedługo mam zostać panią Costello i będę mieć cały Nowy Jork u swoich stóp, wraz z władzą, która pozwoli mi zemścić się za śmierć ojca w Palermo.

Rozdział 6

Audrey

Pół godziny przed lądowaniem zasnęłam. Costello trzymał mnie za rękę, a Liam leżał obok, z głową na moim brzuchu. Teraz, kiedy opuszczam pokład samolotu w Vancouver, wypełnia mnie niewyobrażalny spokój, a ciepły wiatr bawiący się kosmykami moich włosów i pieszczący twarz, potęguje to uczucie. Drzemka, choć krótka, spowodowała, że zyskałam energię, by przeciwstawić się światu. Odnoszę wrażenie, iż mogę odetchnąć pełną piersią. Gdy o tym myślę, śmieję się pod nosem. Trzymając Liama za rękę, obejmowana przez Salvatorego, dodatkowo chroniona przez Sergia, który nie odezwał się ani słowem przez cały lot, opuszczam płytę lotniska, przechodzę przez halę przylotów, aż docieram na parking, gdzie czeka już na nas czarny SUV marki BMW. Jestem prawie pewna, że takie cacko wozi prezydenta USA. Spoglądam zdziwiona na Sala, ale on uśmiecha się tajemniczo, nie racząc mi nic wyjaśnić.

Sergio otwiera tylne drzwi i gestem ręki nakazuje zająć miejsca. Zanim wsiadam do auta, rejestruję, że Costello podchodzi do kierowcy, obejmuje go i klepie po plecach. Prycham pod nosem i kręcę głową, bo wychodzi na to, że ten facet nawet w Kanadzie ma swoich ludzi.