Świadek koronny - Steve Martini - ebook

Świadek koronny ebook

Steve Martini

0,0

Opis

[PK]

 

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Brutalny zbiorowy mord w kampusie uniwersyteckim. Oskarżony zostaje strażnik ochrony. Prokurator Paul Madriani zamierza doprowadzić do wyroku skazującego. Jednak jego kolejne odkrycia odsłaniają przerażającą prawdę. I krąg tajemniczej zmowy, gdzie zacierają się granice pomiędzy zbrodnią a niewinnością, a największe niebezpieczeństwo nadciąga z najmniej oczekiwanej strony... 

[Opis okładkowy]  

 

Cykl: Paul Madriani, t. 2 

  

/Świadek koronnySteve Martini, 1999 rok, ISBN 8371694695, wydanie II, Amber/ 

 

Książka dostępna w zasobach:   
Gminna Biblioteka Publiczna - Kulturoteka w Cegłowie 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 479

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



MARTINI

— Robi się gorąco — mówi. — Przyjdziesz?

12

15

Claude i ja wpatrujemy się w niego.

23

26

28

32

33

35

STEVE MARTINI

ŚWIADEK KORONNY

Powieści Steve’a Martiniego w Wydawnictwie Amber

Formy nacisku Lista

Masa krytyczna Mecenas

Niezbity dowód Sędzia

Z

Świadek koronny

STEVE

MARTINI

— Robi się gorąco — mówi. — Przyjdziesz?

12

15

Claude i ja wpatrujemy się w niego.

23

26

28

32

33

35

STEVE MARTINI

MARTINI

ŚWIADEK KORONNY

Przekład

Maciejka Mazan

&

AMBER

Tytuł oryginału PRIME WITNESS

Redaktorzy serii MAŁGORZATA CEBO-FONIOK ZBIGNIEW FONIOK

Ilustracja na okładce

THE STOCK MARKET/AGENCJA PIĘKNA

Projekt graficzny okładki MAŁGORZATA CEBO-FONIOK

Opracowanie graficzne okładki

STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER

KSIĘGARNIA INTERNETOWA WYDAWNICTWA AMBER

Tu znajdziesz informacje o nowościach i wszystkich naszych książkach! Tu kupisz wszystkie nasze książki! http://www.amber.supermedia.pl

Copyright © 1993 by Steven Paul Martini, Inc. AII rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 1999 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

Dla moich Matek, Rity i Betty, za Ich uwagę, troskę i miłość

Prolog

Są ptakami ciemności — bezszelestnymi, groźnymi i dzikimi. Puchacz potrafi wycelować w oko człowieka w najgłębszym mroku bezksiężycowej nocy. Często atakują.

Wykonanie zadania, za które otrzymał niemal równowartość rocznej pensji, zajmie mu tylko trzy dni. Chociaż ryzyko jest duże, to najłatwiej zarobione pieniądze w jego życiu.

Już piątą noc z rzędu parkuje samochód wśród drzew nie opodal drogi. Wyjmuje Harveya z klatki, rozluźnia rzemyki i zdejmuje kaptur z głowy o potężnym haczykowatym dziobie. Wyciąga ramię, podnosząc nieco pięść w rękawicy, i zatacza nią półkole — sygnał dla ptaka, by wzbił się w niebo. Dwa potężne wachlarze skrzydeł rozpościerają się płynnym ruchem i wielkie ciało wznosi się w powietrze. Porywający widok, ożywiona i bezgłośna doskonałość. Patrzy, jak ptak znika w cieniu drzew, na niebie oświetlonym połówką księżyca.

Harvey, nazwany tak na cześć dwumetrowego niewidzialnego królika ze starego filmu z Jimmym Stewartem, jest niemal niezauważalny — trzykilowa piorunująca skrzydlata śmierć.

Zaczyna nasłuchiwać i po kilku sekundach dobiega go wymowny szelest składanych skrzydeł, jedyny dźwięk, jaki zdradza ptaka. To znak, że Harvey wylądował trzydzieści metrów wyżej, wśród masywnych konarów, na prowizorycznej żerdzi. W miejscu, które pozwala zaatakować pod lepszym kątem.

Zamyka samochód i sprawdza, czy znajduje się na tyle daleko od szosy, by nie zauważył go jakiś natrętny motocyklista albo jeszcze gorzej — miejscowy szeryf patrolujący okolicę. Ale od autostrady dzielą go prawie dwa kilometry, a nikt nigdy nie zapuszcza się na tę zaniedbaną żwirową drogę, zwłaszcza w nocy. Znalazł to miejsce na starej mapie, którą wydębił z biura sędziego okręgowego. Lepiej było nie prosić jej właściciela o dalszą pomoc. Im mniej wie, tym lepiej dla nich obu.

Przedziera się przez zarośla, przez płytki strumień aż do stóp drzew i zaczyna się wspinać. Idziemu szybko dzięki zamontowanemu tu poprzedniej nocy sprzętowi — linom podciągowym i uprzęży ze strzemionami zwanymi drabinkami. Przypina raki do butów i rozpoczyna wspinaczkę.

Sunie bez wysiłku między gałęziami krwistoczerwonego drzewa — trzy metry, cztery, a lina wije się pod nim na ziemi jak nie kończący się wąż. Zrezygnował z wyższych sosen oraz mocniejszego dębu i wybrał sekwoję, bo ma gładką korę i nie wydziela żywicy, która mogłaby zabrudzić liny.

Po czterech minutach, tylko lekko zadyszany, staje na platformie obok Harveya. Ptak przysiadł na konarze parę metrów dalej.

Spogląda na zegarek. Zbliża się północ. Szybkimi ruchami uwalnia się od splątanych lin i zaczyna przygotowania. Zostało mu najwyżej pięć godzin mroku.

Szybko podaje Harveyowi przynętę, wyjąwszy ją z woreczka przytroczonego do pasa, z małej skórzanej sakiewki nabitej lśniącymi metalowymi ćwiekami. Pokarm zawiera krew, strzęp ciała, części organów — pozostałości z zeszłej nocy. Na razie stan liczebny wynosił cztery. Jeśli szczęście mu dopisze, dzisiaj ta liczba się zaokrągli.

Przy Harveyu cały rytuał jest zawsze taki sam — najpierw przynęta, potem lot, następnie śmierć. Jeżeli dziś też tak pójdzie, ptak wróci za kilka minut z krwią na szponach.

Wysyła Harveya w niebo z pewnym namaszczeniem, a później stoi, śmiertelnie spokojny i czujny, zwrócony w stronę nagich bazaltowych skał, wznoszących się trzydzieści metrów na zachód od doliny.

Zawsze odczuwa niepokój, kiedy Harvey lata swobodnie. Ten lęk wywołuje świadomość, że mimo wszystko jest to zwierzę, które pod wpływem jednego płochego mgnienia myśli może zniknąć za horyzontem i nigdy już nie wrócić. Jak uśmiech fortuny do szczęściarza, jak uczucie pięknej pani do kochanka, ten drapieżny ptak wraca do swego właściciela dla jednej jedynej przyczyny — ponieważ odpowiada mu jego towarzystwo. To rodzaj tych związków, w których nie wiadomo, kto jest panem, a kto sługą.

Kiedy on wytęża wzrok, wpatrując się w zachodnią stronę czarnego nocnego nieba, za jego plecami ptak wydaje niesamowity okrzyk, cienki jak głos zaszczutego, zdychającego dzikiego kota. Ponieważ wie, co oznacza ten dźwięk, dreszcz przebiega mu po plecach.

Odwraca się na platformie, usiłując nie stracić równowagi. Jego spojrzenie szybuje w dół, poprzez liściastą kopułę, aż do punktu trzydzieści metrów niżej, za wijącym się strumykiem. Wzrok nieruchomieje mu na ułamek sekundy, kształty zlewają się w oczach, niczym błysk flesza w księżycową noc. A potem pojawia się nad nim Harvey, szybując ociężale. Krew kapie mu ze szponów, a z jednej strony zwisa z nich to, co było celem szaleńczego lotu.

Ptak balansuje ryzykownie na jego pięści w rękawicy, podczas gdy on zmaga się z ostrymi, zaciśniętymi szponami. Wyłuskuje z nich tę rzecz i turla ją na rozpostartej dłoni, osłoniętej rękawicą. Zakrwawiony strzęp o zdeformowanych kształtach przeszywa go szybkim dreszczem strachu. Bez namysłu rzuca go trzydzieści metrów w dół, w nurt strumienia.

To miejsce wydziela subtelną woń śmierci. Gzy i inne bzyczące stworzenia kłębią się w duchocie tego słonecznego południa w Putah Creek. Byłbym tu już przed godziną, gdyby nie chaos na autostradzie, gapiący się kierowcy, turyści nie mający nic przeciwko dodatkowej atrakcji w drodze z Sonoma Valley.

Znajdujemy się siedem kilometrów poniżej tamy, gdzie rzeka zwęża się w strumyk sączący się powoli przez głazy i okruchy żwiru wielkości piłek golfowych. Rodzący się dopiero upał zawisa nad skałami.

Widzę tu ludzi, których rozpoznaję, choć nie znam ich nazwisk. Gliniarzy, których spotykałem przez ostatnie tygodnie w biurze szeryfa w Davenport. Niektórzy brodzą po pachy w chwastach i chaszczach — poliqa nazywa to metodą badania terenu: trzech policjantów oddalonych od siebie na odległość ramienia przeczesuje okolicę w poszukiwaniu czegoś niezwykłego.

Za strumieniem wznosi się masyw, wyrzeźbiony w czarnej lawie przez rzekę. Wyżej na urwisku rośnie gęstwina drzew — dęby i kilka wysokich topoli muskających gałęziami cypel.

Ale obiekt mojego zainteresowania znajduje się po tej stronie strumienia, za żółtą policyjną taśmą ogradzającą kępę niskich drzew. Dostrzegam tam jedną poruszającą się postać, pochyloną nisko i oglądającą ziemię. Ma na sobie granatową kurtkę policyjną z wyraźnymi białymi literami na plecach, inicjałami: DS. Ta kobieta, niska, nieco przysadzista, jest ze stanowego Departamentu Sprawiedliwości.

Wysiadam z samochodu i ruszam w stronę oznaczonego terenu, przestępując kłęby poszarpanego ogrodzenia z drutu kolczastego, zwisającego z rozchybotanych, przegniłych i spękanych słupków. Na ziemi leży niewielki strzaskany metalowy znak z napisem „Wstęp wzbroniony”; rdza przeżarła go niemal na wylot, jakby tkwił tu od lat w kurzu i błocie.

Obchodzę teren poszukiwań, trzymając się w sporym oddaleniu, aż natykam się na ścieżkę biegnącą na przestrzał przez krzaki i zarośla. Wreszcie dostrzegam ich w małej kotlince — leżących na plecach, z rozrzuconymi ramionami, jakby ich ukrzyżowano, zwróconych twarzami do palącego słońca — dwa bielejące nagie ciała o brzuchach pokrytych zakrzepłą rdzawą krwią.

Muchy i inne owady kłębią się tu gęściej niż gdzie indziej, a w powietrzu unosi się odór śmierci.

Ofiara najbliżej mnie, mężczyzna, ma zaciśnięte pięści. Mocno związane sznurem, przybrały siny kolor śmierci. Kończyny trupa są wyprężone tak, że niemal wyłamują się ze stawów, naciągnięte czymś, co wygląda na pokryty plastikiem szpagat, jakiego użyto na miejscu poprzednich zbrodni. Posłużono się metalowymi śledziami namiotowymi, wbijając je w ziemię tak głęboko, że wystają tylko ich zakrzywione czubki. Trochę krwi, nie za dużo, zakrzepło na podbrzuszu denata. Po tym poznaję, że —jak w wypadku wcześniejszych morderstw — tkwi tam piąty gwóźdź, którym przyszpilono ofiarę do ziemi. To on zadał śmiertelny cios.

Czytałem raporty dotyczące poprzednich zbrodni. Podobno ofiary zawsze giną w tandemie, mężczyzna i kobieta jednocześnie, zamordowani w ten sam sposób. Za każdym razem byli to studenci college’u. Gliny i policyjni psychiatrzy, którzy rozpatrują takie sprawy, powiedzieli mi, że to rytuał, znak rozpoznawczy, który łączą z przynajmniej dwoma innymi podwójnymi zabójstwami. Jednym w południowej części stanu, w Orange, a drugi w Oregonie.

Moje spojrzenie zatrzymuje się na dwóch ciałach rozciągniętych na ziemi dziesięć metrów przede mną. Jestem wstrząśnięty nie tyle widokiem, ile niezaprzeczalnym faktem, że w tym wypadku morderca odstąpił od swojego zwyczaju. Kobieta ma lekką nadwagę, co koroner określi lekarskim eufemizmem „dobrze odżywiona”. Nad czołem mężczyzny piętrzy się prawdziwa grzywa splątanych siwych włosów. Tym razem zabójca nie wybrał młodych, studentów, którzy dotąd stanowili jego łup.

Mężczyzna ma ze sześćdziesiąt lat. Trudno to dokładnie ocenić, zważywszy na rodzaj śmierci. Co do kobiety, choć jej ciało poznaczone jest zmarszczkami i zniekształcone wiekiem, nie mogę snuć żadnych domysłów. Nie widzę jej twarzy. To chyba również znak firmowy zabójcy. Patrząc na ten pożałowania godny widok, zastanawiam się nad kaprysem losu, który mnie tutaj przywiódł.

Już jako dzieciak Mario Feretti był szurniętym sukinsynem, jednym z tych, których życie jest jak świeczka płonąca z obu stron. Od tygodnia coraz bardziej żałuję, że nie odrzuciłem jego prośby. Teraz, kiedy trzeci sort ofiar jeszcze nie ostygł, mój żal pogłębia się z każdą chwilą.

Mario zjawił się u mnie trzy tygodnie temu z opowieścią o swoim łańcuchu nieszczęść. Ma czterdzieści trzy lata i czeka go ciężka operacja serca. Jest żonaty, jego trójka dzieci chodzi do podstawówki. Dwóch członków rady okręgu chce go zwolnić ze stanowiska mianowanego prokuratora okręgowego hrabstwa Davenport. Są to ludzie, dla których nie istnieją żadne granice, żadna przyzwoitość. Według mnie Mario nie uznawał słowa „nie”. Kiedy zjawił się w moim gabinecie, nadal wyglądał jak chłopak, którego pamiętałem z podwórkowych meczów i letnich podróży tratwą po rzece: te same głęboko osadzone dzikie oczy — dwie wielkie oliwki wprawione w wytrzeszczone białka — i wyraz twarzy zdradzający, mimo problemów zdrowotnych, kipiącą w nim wściekłość. Gdy mnie poprosił o czasowe przejęcie stanowiska oskarżyciela okręgowego — tylko na kilka miesięcy, nie więcej, dopóki nie wyjdzie ze szpitala, nie stanie na nogi — nie mogłem mu odmówić. Teraz muszę ponosić konsekwencje.

Odwracam się od leżących na ziemi ciał.

Dziesięć metrów dalej stoi mężczyzna o twarzy jak wyprawiona skóra, w której najwyraźniejszym rysem jest cienki, garbaty nos i czoło pobrużdżone tak głęboko, jakby było spękane. Jest żwawy i drobny. To człowiek, który mnie tu wezwał.

Claude Dusalt waży z jakieś siedemdziesiąt kilo. Ten syn baskijskiego owczarza, imigranta, w dzieciństwie pasał wśród tych wzgórz owce. Przez ostatnie trzydzieści lat żmudnie przemierza te same tereny hrabstwa Davenport jako szef wydziału śledczego.

Kiedy mu się przyglądam, rozmawia ściszonym głosem z policjantami, małą grupką chłonącą instrukqe dotyczące dalszego dochodzenia. Jeden z jego asystentów rozdaje niezbędne do tego celu akcesoria — małe torebki i przezroczyste plastikowe fiolki. Ci nie przeszkoleni funkqonariusze będą zbierać zwykłe rzeczy, takie jak strączki, nasiona i inne części roślin, które mogły przylgnąć do ubrania, a także drobiny ziemi i próchnicy. Jeśli będą mieli szczęście, znajdą podobne ślady na odzieży podejrzanego.

Claude zauważa mnie, ale nie robi żadnego ruchu w moim kierunku, kiwa tylko głową na znak, że mnie dostrzegł. Ciągle w ruchu, znowu jest zajęty prowadzeniem policjanta z kamerą wideo w stronę ogrodzonego żółtą taśmą terenu i ciał.

Dusalt ustawia kamerę pod różnymi kątami, robi zbliżenia zwłok. Części ubrań leżą schludnie zwinięte przy głowie każdej ofiary — spodnie i bluzki złożone równiutko, jakby położyła je tu zakochana w swoich dzieciach matka. I ta dziwna rzecz. Twarz kobiety morderca przykrył jej własnymi majtkami, gumkę zakładając pod brodę. Przez nogawki, pod częścią na krocze opinającą czubek jej głowy, przewlókł biustonosz, przez każdy otwór wysuwając jedną miseczkę, niczym groteskowe mysie uszy.

Stoję tam zamarły, znów zastanawiając się, jak się w to wpakowałem, wracając myślą do mojej wizyty u Maria w szpitalu dziesięć dni temu. Oddychanie sprawiało mu trudność.

— Nie będziesz musiał sam prowadzić sprawy — zapewnił mnie. — Podczas śledztwa tylko patrz im na ręce. Bądź przy wszystkich rewizjach. Rozmawiałem z sędziami —poinformował. — Wszyscy wiedzą.

Powiedział mi, że jest mu już lepiej. Twierdził, że wróci do pracy za trzy miesiące, a więc jest mnóstwo czasu na przygotowanie się do procesu, jeśli do niego dojdzie.

Byłem ciekaw, którą fajkę palił tego dnia Mario. Przypominał śmierć uwędzoną w kuchence mikrofalowej. Zaledwie trzy dni temu wyszedł spod noża chirurga, po ciężkiej operacji, która odsączyła z jego ciała każdą drobinę życia; sprawiła, że wyglądał jak blado-seledynowy duch na tle białych szpitalnych prześcieradeł.

Cienka, przezroczysta plastikowa rurka okalała jego twarz i mierzwiła włosy jak słuchawki walkmana, tyle że dobiegał z niej tylko stłumiony szum sprężonego tlenu, wysyłanego przez dwie małe rurki, umieszczone pod każdym nozdrzem. Widziałem przez nie, jak pochód krwawych pęcherzyków toruje sobie drogę z jego ciała do butelki; rodzaj klepsydry przypominającej mi, że czas, jaki mogę z nim spędzić, jest ograniczony.

Rozmawialiśmy przez chwilę o morderstwach i prowadzonym dochodzeniu. Oddech Maria stał się chrapliwy. Potrząsnął głową w stopniu, na jaki pozwalał mu jego stan.

— Chory — rzekł. Wyciągnął rękę w stronę przycisku, wzywając pielęgniarkę. — Chory.

Przez chwilę zdawało mi się, że mówi o sobie, ale wkrótce zrozumiałem, że nie. Mario Feretti opisywał tego, którym miałem się teraz zająć — tego, którego gazety w tym stanie nazwały „mordercą z Putah Creek”.

— Psychiatrzy się ucieszą. — Jakiś głos wyrywa mnie z zamyślenia. Dobiega spoza moich pleców, zza strumienia.

Odwracam się. To Denny Henderson, drugi pomocnik Dusalta. Spogląda na leżące na ziemi ciała. Henderson ma płowe włosy, pecha i nadwagę. Jest ubrany w białą koszulkę polo, naciągniętą na brzuchu jak na bębnie. Dostrzegam na niej ślady niegdysiejszych posiłków, które zostawiły wsysane nitki spaghetti. Twarz ma całą w dziobach — ofiara młodzieńczego trądziku.

— Denny, jak leci?

Ściska moją dłoń. Mówimy sobie po imieniu, co oznacza, że jestem w gronie błogosławionych. Nie zawsze tak było. W Davenport, gdzie zdarzało mi się czasem przechodzić do obozu wroga, by bronić klienta, Denny Henderson trzymał się ode mnie z daleka.

— Jakieś ślady? — pytam.

Kręci głową.

— Tak jak poprzednim razem. — Patrzy na ciała. — Facet nie popełnia wielu błędów.

Fotograf policyjny robi teraz zdjęcia metalowego ćwieka, przy-gważdżającego prawą pięść mężczyzny. Jedno zbliżenie z małą podziałką i jedno zdjęcie ogólne. Postępuje tak z każdym gwoździem.

— Wcześniej czy później wpadnie — oznajmia Henderson. W jego głosie słychać frustraqę, a to, co mówi, sprawia wrażenie pobożnych życzeń.

Dusalt dostrzega nas i kiwa na Hendersona — chce mu powierzyć parę drobiazgów. Pewnie woli, żeby Denny nie rozmawiał ze mną za długo. Na swój sposób Henderson jest murzynem Claude’a, choć nie widać, żeby się tym martwił.

Wysławszy Denny’ego gdzie indziej, Dusalt zbliża się do mnie.

— Panie Madriani — odzywa się. — Uznałem, że powinien pan tu być. Mam nadzieję, że nie sprawiłem panu zbyt wiele kłopotu.

— Nie — odpowiadam. — Cieszę się, że pan zadzwonił.

Nakładamy maski zwykłej uprzejmości, jakby w tę słoneczną niedzielę nie było nic milszego niż patrzenie z bliska na śmierć.

Potrząsa moją rękę. Jest przy tym oficjalny i sztywny. To jeden z tych chudych mężczyzn o żelaznych mięśniach. A wyraz jego twarzy — znękany i ponury — każę się domyślać, że Claude cierpi na wrzody lub hemoroidy.

— Ponieważ jest pan nowy, uważałem, że dobrze będzie pana wprowadzić.

— Jestem bardzo wdzięczny — zapewniam.

Sprowadzono go tutaj z pikniku, na który pojechał z rodziną. Nie ucieszył się tym, ale twierdzi, że jego rodzina to rozumie. Jeśli to prawda, jest bardziej wyrozumiała niż moja.

— Wiadomo już, kim są? — pytam. Idę w kierunku dwóch ciał.

— Jeszcze nie ustaliliśmy ich tożsamości — mówi. — Sprawdzimy, czy w ubraniach są dokumenty, kiedy zrobimy zdjęcia. — Poliqanci nie dotykają niczego, dopóki nie wykonają precyzyjnych szkiców i fotografii dokumentujących położenie każdego drobiazgu.

— Dziś rano znalazły ich dzieciaki przechodzące koło strumienia — informuje Claude.

Wskazuje dwóch nastolatków — jeden z nich jest właśnie przesłuchiwany, drugi, jakieś pięć metrów dalej, opiera się o wóz policyjny. Ten przesłuchiwany jest czerwony z przejęcia, ten drugi — zielonkawy. Policjanci nie pozwalają im rozmawiać ze sobą, dopóki nie skończą zeznawać. W ten sposób ich relacje będą niezależne od siebie i można je będzie porównać.

— Polowali na przepiórki — ciągnie Claude. — Weszli na teren prywatny. Znaleźli więcej, niż się spodziewali.

Patrzę na ciała.

— Co mówi lekarz? To samo co poprzednio?

Dusalt krzywi się—mina jak ze Starego Świata, masa zmarszczek i wygięte usta — potem kiwa głową.

— Prawdopodobnie — oświadcza, ignorując oczywisty fakt, że ci dwoje na ziemi nie są studentami college’u.

To już trzecie morderstwo w ciągu niespełna dwóch tygodni

w tym prowincjonalnym hrabstwie, w którym sensacją jest zwykle poniedziałkowa lista aresztowanych za jazdę po pijanemu w czasie weekendu.

— Robimy odlew śladu opon. Z tej żwirowanej drogi. Jakiś pojazd parkował tam za krzakami — mówi. — To dość trudne — przyznaje. — Równie dobrze mógł go zostawić ostatniej nocy zabójca, jak i rodzina, która tydzień temu była tu na pikniku. — Wzrusza ramionami. — Mamy też część odcisku buta wewnątrz ogrodzenia.

To mnie trochę ożywia.

— Wygląda, jakby ktoś biegł, dość mała stopa — dodaje. — Przypuszczamy, że to ślad jednego z dzieciaków. Przeraziły się.

— To zrozumiałe — komentuję.

— Chłopcy zostawili wszędzie drobne ślady, jak rozpierzchnięte kurczęta.

Przy wozie patrolowym technik policyjny robi odlew śladów młodych ludzi, żeby porównać go ze znalezionym odciskiem buta.

W krzakach za żółtą taśmą, za płytkim strumieniem, powstaje jakieś poruszenie — tuzin rezerwowych funkcjonariuszy, część oddziałów lokalnych i grupa ratownicza. To im przypadła w udziale czarna robota. Jeden z policjantów przechodzi przez strumień i zbliża się do Claude’a.

— Poruczniku, proszę spojrzeć. — Ciężkie buty mężczyzny umazane są błotem po kostki. Ma na sobie uniform członka ekipy poszukiwawczo-ratowniczej, pomarańczowy kombinezon z pasem i kajdankami na wszelki wypadek. W ręce trzyma plastikową torebkę. Dusalt kładzie ją sobie na otwartą dłoń i przygląda się jej. Mały, pogięty kawałek metalu. Wygląda, jakby oderwał się od jakiejś większej całości. Claude się krzywi.

— Co to? — pyta.

— Fragment raków — wyjaśnia policjant.

Claude wzrusza ramionami, bo nic mu to nie mówi.

— Używa się tego do wspinaczki. Proszę przejść przez strumień i popatrzeć.

Dusalt odwraca się ode mnie, odgradzając mnie ramieniem od podwładnego. Rozmawiają ściszonymi głosami, więc już ich nie słyszę.

Dwaj mężczyźni przechodzą przez strumień, zapominając o mnie.

2 — Świadek koronny

Niepewny, czy powinienem, idę za nimi. Claude odwraca się i patrzy na mnie. Usiłuję odgadnąć z jego zbolałej miny, czy zamierza skopać mi tyłek za to, że zamazuję swoimi śladami teren poszukiwań.

Potem odzywa się:

— Zapomniałem butów. — Na jego twarzy pojawia się głupi uśmiech. Dusalt przyjechał tu, podobnie jak ja, w sedanie swojej rodziny. Jego mundur i ciężkie buty zostały w jednostce. Patrzy na swoje białe, lekkie nike airs po sto dwadzieścia dolców para, i wzrusza ramionami. W błocie po kolana podąża za policjantem na drugi brzeg rzeki. Spoglądam na swoje bostony po dwieście dolców para, które wpadły mi w rękę, kiedy dostałem wiadomość, i myślę sobie, że ostatni będą pierwszymi. Ciekawość ma swoje granice. Usadawiam się, suchy i wyniosły, na brzegu strumienia, rozpatrując swoje położenie.

To, co zaczęło się jako przysługa dla przyjaciela, stało się brzemieniem obciążającym moje życie we wszystkich jego aspektach. Żona jest wściekła — chyba już dojrzała, żeby mnie porzucić — dziecko zaniedbane, moja praktyka prywatna w stolicy oddalonej o trzydzieści kilometrów — w gruzach. A wszystko dlatego, że grzeczność wyświadczona kumplowi zżera mi każdą godzinę czuwania. Dwa dni temu nastąpił druzgocący cios — telefon o trzeciej nad ranem, głos, którego nie znałem, pielęgniarka ze szpitala Dobrego Pasterza. Mario Feretti nie żyje. A teraz sędziowie hrabstwa Davenport związali mnie i zamknęli na czas trwania wojny.

Patrzę, jak Claude i ten drugi przedzierają się przez gęste zarośla do stóp wielkiego drzewa. Już nie słyszę ich głosów. Ale wysoki policjant wskazuje w górę, na drzewo. Przyglądam się, lecz niczego nie widzę. Kilku facetów z ekipy poszukiwawczo-ratowniczej kręci się w okolicy. Po raz pierwszy zauważam, że jest z nimi technik zabezpieczający dowody rzeczowe. Pomagają mu niczym nieśmiałej oblubienicy, zapinając na nim ciężki pas. Technik zaczyna się wykłócać.

— Nie płacicie mi aż tyle... — mówi. Jego głos cichnie. Teraz przekładają mu ten pas między nogami. Dusalt ma pełne ręce roboty, trzyma torbę technika i przemawia do niego po ojcowsku.

Jeden z facetów z ekipy wyciąga rękę i kiedy nią porusza, dostrzegam ją — cienką linkę lśniącą w jasnym południowym słońcu, chwiejącą się niczym pajęcza nić, gładką linę zwisającą z drzewa. Przypinają ją do pasa opinającego talię technika.

Trzech tęższych facetów z ekipy chwyta linę i zaczyna ciągnąć z całych sił. Technik odrywa się od ziemi, mała torba na dowody rzeczowe dynda mu u stóp. Trzech gości przy linie zaczyna śpiewać powolną, ponurą pieśń:

Ciągnij, ciągnij, płyniemy po lepszą pogodę...

Zanim doszli do końca pierwszej linijki, już wszyscy się śmieją.

— Powoli — ostrzega technik. — Spokojnie.

Zachowuje się jak dziecko, które ma skoczyć z wysokiej trampoliny.

— Trzymajcie mocno — upomina Claude.

Kolejna fala chichotów. Technik wisi już sześć metrów nad ziemią i szybko się wznosi. Po trzech sekundach znika ponad liściastym sklepieniem, niczym statek kosmiczny w warstwie chmur. Z mojego miejsca na brzegu strumienia nadal go widzę. Po raz pierwszy rozumiem, czemu nie palił się do tej roboty. Teraz jest już na wysokości piętnastu metrów, zawieszony jedynie na cienkiej linie.

Dusalt ocienia sobie oczy dłonią jak daszkiem. Ale stracił już faceta z oczu. Za-sekundę przeprawia się z powrotem przez strumień, tu gdzie stoję i skąd jest lepszy widok.

Zbliża się do mnie z uśmiechem. W tym makabrycznym podwójnym morderstwie jest jakaś specyficzna żartobliwość, którą zrozumieć może tylko ktoś, kto regularnie ma do czynienia z bólem. Ja zachowuję bezstronność. Moja sympatia jest po stronie biednego technika, który wisi już na wysokości dobrych dwudziestu metrów.

Wreszcie dostrzegam to, w prostej linii nad jego głową — małą drewnianą platformę w rozwidleniu dwóch potężnych gałęzi. Gdyby nie prowadząca do niej lina, byłaby niewidoczna.

Claude przeszedł już przez strumień. Za każdym wilgotnym stąpnięciem usiłuje otrząsnąć błoto i wodę z butów.

Patrzę na technika.

— Co to? — pytam.

— Chyba dla obserwatorów ptaków — wyjaśnia Dusalt. — Lina sprawia wrażenie, jakby wisiała tu od pewnego czasu. Niektórzy z nich są szurnięci — mówi — głupsi niż te ptaki, które obserwują. Ale jeszcze to sprawdzimy.

Technik dotarł do platformy. Trzyma linę jedną ręką, by chronić miłe mu życie, a drugą usiłuje podciągnąć się na podest. Nie udaje się. W ostatecznej rozpaczy puszcza linę i wpada na platformę. Odbija się od drzewa i wypada na zewnątrz, zabezpieczony jedynie uprzężą w pasie. Ześlizguje się w dół. Rozpaczliwie wpija się w linę i odzyskuje równowagę.

Claude śmieje się do siebie.

— Nieźle — zauważa. — Masz wrodzony talent do wspinania się. Daleko zajdziesz.

Zza rzeki dobiega śmiech. Człowiek na drzewie nie jest tym zachwycony.

Echo niesie słowa.

— Sam tu wleź i to zrób!

— Dobrze ci idzie — zachęca go Claude. Znowu śmieje się do siebie.

Po drugiej próbie mężczyzna dociera do platformy. Leży teraz na brzuchu jak śnięty wieloryb, bez ruchu, tuż przy krawędzi. Albo odpoczywa, albo paraliżuje go lęk wysokości.

— Co widzisz? — pyta Dusalt.

Z góry dobiega ciężkie dyszenie, stłumione słowa i wreszcie wyraźne zdanie:

— Jakiegoś pieprzonego dupka w zabłoconych tenisówkach.

Facet nie stracił tak zupełnie poczucia humoru. Ale nie poruszył się ani o centymetr, odkąd znalazł się na platformie. Przywarł do niej jak zaszczuty kot. Zaczynam sądzić, że trzeba go będzie stamtąd ściągnąć. Wspomniawszy jego nędzne poczucie humoru, zaczynam się martwić, Czy nie będą woleli go zestrzelić.

— Mów, co widzisz — rozkazuje Claude. — Zrób to i złaź.

Upływa kilka sekund — nic. Teraz jednak mężczyzna porusza się po platformie. Podniósł się na czworaka, lecz jedną ręką ciągle trzyma linę.

— Masz coś?/— nalega Claude. — Powiedz, co widzisz.

Staje się niecierpliwy. Mija kilka sekund milczenia. Potem przez liście sączą się słowa:

— Krew — informuje technik. — Tu jest krew.

Patrzę na Claude’a Dusalta. Już się nie uśmiecha.

Harry nie golił się od dwóch dni. Wygląda dość kiepsko, ale cieszy się, przynajmniej przez chwilę, na mój widok. I słusznie. Mam podpisany przez sędziego z sądu apelacyjnego rozkaz zwolnienia Harry’ego Hindsa z aresztu.

Harry jest dziś zaproszony na kolację. Pogadamy o tym, jak podzielić moją praktykę, dopóki nie wyrwę się ze sprawy Putah Creek. Nikki wybrała się po zakupy na obiad. Ja poszedłem po Harry’ego.

' — Pieprzony Acosta — mówi. Czcigodny Armando Acosta, sędzia z piekła rodem, kocha się w nas bez wzajemności. Napsuliśmy mu krwi na procesie w sprawie morderstwa Talii Potter. Zdaje się, że Harry nie miał tyle szczęścia co ja. On nie uciekł przed gniewem Acosty. Od tego procesu Świrus mści się na nim. Acosta — zawsze dyplomata—nie przedsięwziąłby czegoś tak oczywistego jak otwarty atak na prawnika, z którym ma prywatne zatargi. Zamiast tego urządza zasadzki na Harry’ego, który brał bardzo niewielki udział w sprawie Potter, i dręczy go na każdym kroku. W wypadku Harry’ego to nietrudne.

— Ten facet to kretyn — oświadcza Harry. — Kompletny szajbus — dodaje. Wypowiadając tych sześć słów, podnosi głos o oktawę.

Słyszą go wszyscy obecni w małym pomieszczeniu na posterunku — przeważnie policjanci i ich zatrzymani. W sądzie Harry okazywał tylko odrobinę więcej taktu; to przez te błazeństwa tu wylądował. Siedzący za biurkiem strażnik więzienny, zastępca szeryfa, którego nigdy przedtem nie spotkałem, niewątpliwie notuje to wszystko w pamięci. Za godzinę Acosta dowie się o tej najnowszej potwarzy. Piętnaście lat w zawodzie obrońcy przestępców nie zjednało mu wielu zwolenników wśród pracowników więzienia. Harry bierze małą kopertę zawierającą cały jego dobytek. Ciągnę go w kierunku drzwi, zanim zdąży bardziej narozrabiać.

Od ogłoszenia wyroku w sprawie Potter przez siedem miesięcy udawało mi się trzymać z daleka od sądu Acosty. Aby tego dokonać, musiałem dwa razy złożyć mu oświadczenie pod przysięgą. Prawnicy stanowi uciekają się do tego wybiegu, kiedy chcą odsunąć od sprawy sędziego, nie podając przy tym przyczyny. Nie mogę drażnić Acosty ze względu na ledwie skrywaną niechęć, jaką do mnie żywi. Gdybym to zrobił, rozbudziłbym wściekłość jego braci z sali sądowej. Takie są niepisane prawa tego sanhedrynu, który nazywamy sądem.

Uwieńczona sukcesem obrona Talii Potter była najjaśniejszym punktem mojej kariery, aż do dziś. Talię oskarżono o zamordowanie męża, znanego w mieście prawnika, który podobno zamierzał kandydować do Sądu Najwyższego. Wtedy po raz pierwszy pracowałem z Hindsem.

Harry usiłuje opowiedzieć mi, co się zdarzyło w sądzie, jakby wylanie żalów przed kimś, kto go rozumie, stanowiło jakąś różnicę.

— Wiem —mówię. Próbuję go mitygować, przynajmniej dopóki nie wyjdziemy. Stosunki Harry’ego i Acosty się pogorszyły. Dwie wcześniejsze konfrontacje zaowocowały jedynie surowym upomnieniem i zbesztaniem Harry’ego na oczach klientów.

Z przyczyn, których nie pojmuję — może ze względu na zbytni upór — Hinds odmawia założenia oświadczenia przed sędzią, a Świrus jest tym zachwycony.

Idąc tutaj, wstąpiłem do biura zastępcy Acosty. Nie mógł sobie odmówić przyjemności przedstawienia mi w zatłoczonej windzie swojego wariantu wydarzeń.

— Odszczekiwał się sędziemu — informuje. — Sędzia Acosta po prostu nie miał wyboru.

To wersja człowieka, który dla Acosty robi wszystko, nawet od czasu do czasu poleruje spiczaste noski jego butów.

Przebieg wydarzeń uwieczniono w protokole. Wykorzystałem to, starając się w sądzie apelacyjnym o nakaz zwolnienia. Acosta wyprowadził Harry’ego z równowagi jakimiś bzdurnymi zarzutami w kwestii dowodów. To speqalność Świrusa. Sprzeciwy Harry'ego sąd zbijał i odrzucał. Hinds obdarzył Acostę kilkoma wyszukanymi epitetami. Harry zapewnia, że mówił po cichu, i nazywa je „prywatnymi spostrzeżeniami”, jakby Świrus naruszył jego prywatność, podsłuchując go.

Nie współczuję zanadto Hindsowi. Choć niektóre z jego określeń Acosty są po prostu stwierdzeniem faktu — wiedzą to ci, którzy znają sędziego.

Harry uważa, że Acosta ma bardzo czuły słuch. Na jego nieszczęście również protokólantka nie cierpi na głuchotę. Stąd w protokóle znalazły się co lepsze fragmenty prywatnych przemyśleń Hindsa.

W końcu Harry’emu zasądzono trzysta dolarów grzywny. Nie ma wątpliwości, co było dalej. Hinds sięgnął do kieszeni i wyłuskał ze swojego ozdobnego portfela pięć zmiętych studolarowych banknotów. Podszedł do sędziego i umieścił je obok jego młotka.

Nie musiałem tam być, żeby wiedzieć, iż w oczach Acosty zapłonął ogień. Nie jest jakimś kasjerem, stworzonym do inkasowania pieniędzy. Ale nie mógł sobie darować ostatniego strzału. Patrząc na stosik banknotów, zwrócił się do Harry'ego:

— Liczenia uczyli pana tam gdzie manier, panie Hinds. Powiedziałem: trzysta.

Harry spojrzał na niego i oznajmił:

— Proszę mi to dopisać do rachunku, panie sędzio. Jeszcze nie skończyłem.

Acosta skazał go na trzydzieści dni. Wyrok zbyt surowy, sąd apelacyjny zgodził się z tym w zupełności. Nawet urażenie nietykalnej dumy Świrusa nie usprawiedliwia trzydziestodniowej odsiadki w stołecznych kazamatach.

— Jesteś moim dłużnikiem — oświadczam Harry’emu.

— Coś ci poradzę: zastrzel tego fiuta, a cię uniewinnię — odpowiada. Ma na myśli Acostę.

Cieszę się, że opuściliśmy więzienie. Grożenie sędziemu, nawet w żartach, nie jest dobrze widziane w szeregach policji.

Harry sprawdza teraz swój portfel i przelicza pieniądze, które miał przy sobie, kiedy go zapuszkowali, banknot po banknocie. Oto, jak ufa glinom. Pobyt w więzieniu nie wstrząsnął nim zanadto. Sądzę, że tak jak człowiek z La Manczy, Hinds uznaje ten drobny epizod za część jakiegoś szlachetnego zadania.

Na schodach prowadzących do więzienia jak zwykle kłębi się tłum. Przeważnie krewni i inni bliscy tych w środku. Zastanawiają się, czy szarpnąć się i zapłacić kaucję, czy też uiścić czynsz za następny miesiąc.

Harry i ja przedzieramy się przez tę armię stałych bywalców więzienia i stajemy na chodniku przed budynkiem. Niedaleko zaparkowałem wóz, kierujemy się ku niemu.

Hinds jęczy, że chce wziąć prysznic. Wygląda na to, że jakoś nie miał okazji skorzystać z normalnych w miejscu odosobnienia udogodnień.

— Po tych wszystkich latach wołałem zostać dziewicą — wyjaśnia. Jak większość obrońców, nawet Harry ma swoje wymagania. Bronić tych ludzi — to jedno, a brać z nimi prysznic — to zupełnie co innego.

Proponuję, żebyśmy po drodze wzięli z jego domu świeże ubranie. Wykąpiemy się i ogolimy przed kolacją. Nikki, moja żona, będzie nam wdzięczna za ten pomysł.

Hinds zaczyna się ociągać, aż wreszcie zatrzymuje się przy kiosku z prasą na rogu i dołącza do niewielkiego tłumku, molestującego kioskarza o gazetę. Naciąga mnie na pięćdziesiąt centów. Widać więzienny budżet nie obejmuje wydatków na gazetę codzienną. Harry chce się upewnić, że świat jakoś sobie radził bez niego przez ostatnie czterdzieści osiem godzin.

— Za dziesięć minut muszę zabrać Sarah od opiekunki — informuję.

— Chwileczkę — powstrzymuje mnie Harry. Toruje sobie drogę zupełnie inaczej niż porządnie ustawiający się w kolejce Anglik: zwiesza głowę, a prawe ramię wystawia jak klin. Zachowuje się niczym kret w czasie rui. Zdaje się, że przeszedł dobrą szkołę. Pewnie w więzieniu w kolejce do automatu telefonicznego. Popycha stojącego przed nim mężczyznę. Ten rzuca mu straszne spojrzenie, a potem przenosi je na mnie, jakbym to ja namówił Hindsa do tego.

Ta gapiąca się na mnie twarz coś mi przypomina. Stoimy naprzeciw siebie. Jedna z tych niezręcznych chwil. Postarzał się, ale chyba to samo mógłby powiedzieć o mnie.

Po paskudnie przedłużających się sekundach milczenia odzywa się:

— Pan Madriani. Szmat czasu.

Nie wydaje się szczególnie wrogo usposobiony. Ale coś w jego głosie mówi mi, że gdyby mógł, zepchnąłby mnie prosto pod koła pędzących autobusów.

Stoimy, Harry pochłonięty lekturą. Nie wiem, czy powinienem ich sobie przedstawić. Adrian Chambers i Harry Hinds mogą stanowić mieszankę wybuchową.

— Tak, to już parę lat — potwierdzam.

— Dokładnie dziesięć.

Nie spotkałem Adriana Chambersa, odkąd skazano go za namawianie do krzywoprzysięstwa i wykluczono z grona prawników. Ma czterdzieści parę lat, ale wygląda znacznie starzej. Z włosów, które pamiętam jako brązowe i naturalnie faliste, pozostał tylko siwy wianuszek za uszami. Jest krótko przystrzyżony, w stylu militarnym. W końcu był kiedyś marynarzem. Wokół czoła delikatne cienie, kilka plam wątrobianych czai się pod amebowatą skórą. Kilka razy zdarzyło mi się widzieć jego uśmiech, blady i krzywy. Zawsze sprawiał wrażenie wymuszonego. Nie znaczy to, że facet nie ma poczucia humoru, ale najbardziej bawi go szkodzenie innym. Adrian to sama pogarda, i to skoncentrowana.

Gdybym po tych wszystkich latach minął go na ulicy, pewnie bym go nie poznał, z wyjątkiem dwóch cech, które nigdy się w nim nie zmienią: ciemnych przenikliwych oczu, zimnych jak metal, i twardego, muskularnego ciała — trzymanie formy było obsesją eks-marynarza. Kiedy tak teraz stoimy, mierząc się wzrokiem, przychodzi mi na myśl, że Adrian Chambers zupełnie przypomina Roberta Duvalla w roli Wielkiego Santiniego.

— Słyszałem, że już nie pracujesz w OKP. — Brzmi to tak, jakby o mnie pytał.

— Od pewnego czasu. — Chodzi mu o Okręgową Kancelarię Prawniczą, gdzie przepracowałem ponad dziesięć lat.

— Szkoda. Tak na to czekałem. Na to, że znów spotkam się z tobą w sądzie — oznajmia. — Czekałem na to długo.

— Ciągle tu jestem — odpowiadam. —Tylko po drugiej stronie, przy stoliku obrońcy.

— To nie to samo — stwierdza.

Patrzę na niego zdziwiony. Co za różnica dla byłego prawnika?

— Publiczności wolno przysłuchiwać się rozprawom—mówię. — Przyjdź, usiądź na widowni. Możesz gwizdać, jeśli chcesz. — Uśmiecham się do niego lekko, bo nasza niemiła rozmowa dobiega końca.

Harry znalazł to, czego szukał w gazecie. Sądząc z jego spojrzenia, mógł sobie oszczędzić wysiłku, a mnie pięćdziesięciu centów.

— O, więc ci nie powiedzieli? — dziwi się Chambers.

Czeka na moją reakcję, ale nie daję się podpuścić.

— Znów jestem prawnikiem. Myślałem, że wiesz, że ty wiesz na pewno, byłeś przecież tak bardzo zaangażowany w moją sprawę.

Chyba mój pusty wzrok daje mu pewną satysfakcję — słyszę to po raz pierwszy.

— No tak, już od kilku lat — ciągnie. — Wbrew powszechnej opinii życie po zwolnieniu z funkcji istnieje. Sąd stanowy uznał, że jestem zrehabilitowany.

— Aha. — Mógłbym mu pogratulować, zapewnić, że się cieszę, ale byłoby to kłamstwo. Co gorsza, on o tym wie. Jego podejrzliwość wynika bardziq z nawyku zawodowego niż czegokolwiek innego, nawet mimo czasu spędzonego za kratkami, co leży u podstaw jego niechęci do mnie. Chambers spędził w więzieniu dziewięć miesięcy, wyłącznie dzięki pobłażliwości sędziego. Chociaż popełnił przestępstwo, sąd wziął pod uwagę fakt, że jest prawnikiem, jedną z owieczek, kimś bez kryminalnej przeszłości. Wyjątkowe prawa dla wyjątkowego plemienia. Kogoś, kto nie jest prawnikiem, za to samo czekałaby niezła odsiadka.

— Praktyka już nie ta sama — kontynuuje. — Trochę skromniejsza, mniej ambitna. — Myśli o dawnych czasach, przed sprawą Waltera Henleya, kiedy miał tuzin współpracowników i elegancką kancelarię obok sądu, a także partnera, który zwiał z całym majątkiem, gdy on poszedł do więzienia.

Harry włącza się wreszcie do rozmowy. Staje za mną, Chambers spogląda na niego. Ponieważ Hinds ma wymięty garnitur i zarost, bierze go pewnie za jednego z moich klientów. Na pewno sądzi, że podupadam.

— O, nie czuję żalu —mówi, -r- Wierz mi, nie żywię urazy. Co się stało, to się nie odstanie. Wszystko przemija — dodaje. — No, wiesz.

— Jasne — potakuję.

— Nie płaczmy nad rozlanym mlekiem — wtrąca się Harry. — Wybaczyć i zapomnieć. — Marszczy brwi, usiłując przypomnieć sobie coś więcej. — Porzućcie złość — dorzuca. — Oddalcie urazę. Błogosławieni pokorni i cisi.

Chambers patrzy na niego wzrokiem, w którym maluje się pytanie: Co to za dupek?

Harry wyciąga do niego rękę, nie chcąc dłużej trzymać go w niepewności.

— Harry Hinds — przedstawia się.

Adrian Chambers przygląda się jego ręce, ale jej nie dotyka.

— Wybaczenie koi duszę — oświadcza Harry. — Odsiadka była ciężka? — Wyraźnie go urabia. Widać wyczuwa w nim przyszłego klienta.

— Nie. — Chambers obdarza go spojrzeniem zwykle zarezerwowanym dla czegoś rozjechanego na szosie.

— A twoja?

Hinds zerka na swoją marynarkę, wymiętą i brudną, jaką mógłby nosić bezdomny.

— Och, nie — powiada. — Ja tylko wkurzyłem Świrusa.

Chambers ma dziwny wyraz twarzy. Pewnie usiłuje zgadnąć, z którego szpitala facet zwiał.

— Ale pochwalam pańską postawę. To pierwszy krok na drodze do rehabilitaqi — ciągnie nie zrażony Harry.

— Co mianowicie? — pyta Chambers.

— Szczera skrucha — wyjaśnia Hinds. — Sprawdza się też przy wydawaniu wyroku. Mówię to wszystkim moim klientom.

— Ach tak?

Znając Chambersa, nie mam wątpliwości, że tak jak klienci Harry’ego, potrafi okazywać skruchę na zawołanie. Z'pewnością w ten właśnie sposób odzyskał prawo do wykonywania zawodu.

Adrian Chambers uśmiecha się do mnie ustami napiętymi jak struny bandżo.

— Do zobaczenia wkrótce — mówi. Brzmi to tak, jakby radził mi uważniej się rozglądać, kiedy będę tędy przechodził.

— Nie sądzę. Jestem teraz trochę zajęty, wrobiłem się w dochodzenie poza miastem. — Usiłuję utrącić kiełkującą w nim nadzieję na zemstę.

Patrzy na mnie stalowym spojrzeniem, wciąż się uśmiechając.

— Zobaczymy się — zapowiada. Ostatni pogardliwy rzut oka na Harry’ego i znika w głębi ulicy.

W czasach swojej świetności Chambers prowadził kilka głośnych spraw, przeważnie dotyczących kwestii urzędowych, choć nieobca mu była także bardziej brutalna strona działalności przestępczej. Dziesięć lat temu występował jako obrońca Białych Aniołów, członków aryjskiego bractwa oskarżonych o zamordowanie Murzyna na peryferiach Oak Park. Swoim agresywnym stylem obrony ściągnął na siebie gniew policjantów i prokuratorów miejskich. I wygrał, co według kodeksu Adriana Chambersa jest jedynym liczącym się faktem.

— Fantastyczny facet — stwierdza Harry. — Kurdupel jak Hitler, ale bez jego wdzięku.

— Tak — przyznaję. — Adrian Chambers szybko się zdradza.

Hinds spogląda na mnie

— Wiesz, że kłamie, kiedy tylko zobaczysz, jak porusza ustami. Gdy wreszcie docieramy do domu, Nikki jest tak wściekła, że się do mnie nie odzywa. Spóźniliśmy się do opiekunki dziecka, która zadzwoniła do mojej żony, prosząc ją o zabranie Sarah. Znam Nikki na tyle, by już od progu rozpoznać to spojrzenie; spojrzenie, które wydaje się przewiercać mnie na wylot, jakbym był tylko pustym miejscem w przestrzeni.

— Jak leci, Harry? — Odbiera jego płaszcz.

— Fajnie — odpowiada Hinds. — Bardzo fajnie.

Nikki odwraca się i zostawia mnie samego na werandzie. Harry zerka w moim kierunku ukradkiem, a jego wzrok mówi, że chyba w więzieniu czułby się swobodniej.

— Mmm, pięknie pachnie. — Próbuje nadrabiać miną.

Zapachy z kuchni czuć aż na dworze.

— O tak — potwierdzam.

Nikki rzuca mi jedno ze swoich morderczych spojrzeń i wraca do kuchni. Przynajmniej zauważyła moją obecność. Pierwszy krok na długiej drodze odkupienia.

W ostatnich tygodniach napięcie w domu stało się faktem oczywistym — odkąd podjąłem się zadania w Davenport. Starałem się ułagodzić Nikki, proponując wynajęcie gosposi raz w tygodniu. Usiłowałem nawet przejąć część obowiązków domowych. Moją domeną stało się pranie, prasowanie i składanie. Problemem okazało się jednak wybielanie. Kiedy po jakimś czasie nasza bielizna zaczęła przypominać szare barwy konfederatów, żona odebrała mi moje obowiązki.

Nikki zmizerniała ostatnio, zajmując się pracą i domem, będąc dla Sarah matką i ojcem. Jest bliska załamania, bo ja wziąłem na swoje barki zbyt wielki ciężar.

— Tatuś, tatuś! — Sarah biegnie przez korytarz prosto w moje ramiona. — Zgadnij, co dziś było w szkole? — Ma ciemne, krótko obcięte włosy i migdałowe brązowe oczy koloru mocnej kawy. Parę przejrzystych płowych piegów znaczy grzbiet jej noska, a w spojrzeniu mej córki ciągle igra zdziwienie. Przedszkole to codziennie nowa i ryzykowna przygoda. Popołudniami Sarah jeździ z dziewczyną z liceum na drugi koniec ulicy, a to zaraz po Barbie najfajniejsza rzecz pod słońcem. Teraz bez przerwy opowiada o tych wszystkich pracach domowych, które ma do odrobienia, przybierając przy tym miny osoby dorosłej, co wygląda przekomicznie. Potem wybiega do swojego pokoju, żeby tam z przejęciem pokrywać gryzmołami całe ryzy papieru.

Po raz pierwszy w tym tygodniu wróciłem do domu na tyle wcześnie, by zastać ją jeszcze na nogach.

Teraz, trzymając mnie za palec wskazujący, ciągnie za sobą jak mały holownik.

— Patrz, co zrobiłam, tatusiu. Patrz, co zrobiłam w szkole!

— Chwileczkę — mówię. — Przyjdę do ciebie za sekundę.

Nikki proponuje Harry’emu coś do picia — piwo, wino, wodę sodową.

— Proszę o piwo — decyduje się Hinds.

— Ja mu przyniosę, kochanie. Masz dużo roboty. — Usiłuję wymazać przeszłość, pomagając żonie; łagodna próba jej przebłagania.

Ruchem, którym zakasowałaby każdą miss wyścigów deskorolek, Nikki popycha mnie biodrem obok drzwi lodówki aż do połowy korytarza — wpływ kobiecego środka ciężkości. Bierze butelkę coors z lodówki i zamyka ją z rozmachem. Dwie sekundy później wręcza Harry’emu piwo — pieniące się, w wysokiej szklance o zmrożonych ściankach. W ten sposób daje mi do zrozumienia, że jeśli o nią chodzi, mogę skonać z pragnienia. .

Zatrzymuję się w półmroku korytarza przy telefonie, by pozbierać myśli. To nie jest mój szczęśliwy dzień — najpierw spotkanie z Adrianem Chambersem, teraz to. Biorę z półeczki pod aparatem książkę telefoniczną i szukam na żółtych stronach pod „Adwokaci”.

Ciekawe, gdzie Chambers rozbił swoje namioty. Nie znajduję listy. Spoglądam na datę wydania książki. Wyszła wcześniej, niż Chambers powrócił do zawodu.

Otwieram książkę na białej części i poszukuję jego nazwiska. Widzę pojedynczą reklamę wydrukowaną wyraźnym pismem:

ADRIAN CHAMBERS

A.C. Associates

Spółka z o.o. — konsultanci handlowi

Podejrzewam, że geneza tego „A.C. Associates” zrodziła się w czasach, kiedy Chambers osiadł na mieliźnie życia, bez prawa wykonywania zawodu — wszystko, żeby zarobić.

Zamykam książkę telefoniczną i znów żegluję do kuchni. Nikki patrzy na mnie wzrokiem, który zatrzymałby szarżującego bawołu.

— Może poświęcisz trochę czasu córce — rzuca. — Widziałeś jej zeszyty?

Mierzę się z nią spojrzeniem. Ja też zaczynam się jeżyć. Idę w stronę kanapy i Sarah.

Harry, wyczuwając nadciągającą kłótnię małżeńską, odgrodził się od razu hałasem telewizora, co chwila zmieniając kanały.

Siadam na kanapie w bawialni, a Sarah wyciąga z plastikowego tornistra pomięte kartki; jedna z nich jest piegowata jak dalmatyń-czyk. Rozkładam je i zaczynam rozszyfrowywać rozrzucone bezładnie litery i cyfry — duże, kolorowe i drukowane. Cyferki wyglądają ładnie. Literki sprawiają wrażenie lustrzanych odbić, prawie wszystkie są pisane odwrotnie.

Czytamy je razem. Przy niektórych Sarah się zacina.

— Bardzo dobrze — chwalę. — Dobra robota.

Uśmiecha się do mnie szeroko, jakby radość ją rozsadzała, i zaczyna podskakiwać na paluszkach, kipiąc energią.

— Zaraz tu przyjdzie — informuję Nikki.

Moja żona patrzy na mnie zimnym wzrokiem. Wścieka się już od miesiąca, odkąd zdecydowałem się pomóc Mariowi Ferettiemu i utonąłem w sprawie Putah Creek.

Po procesie Nikki i ja musieliśmy jakoś przetrawić ujawnienie mojego romansu z Talią w czasie gdy pozostawaliśmy w separacji.

Przez długie miesiące rozmawialiśmy o naszym małżeństwie — następstwo wizyt u adwokata. W jego obecności wynegoqowaliśmy zawarcie pewnego kontraktu, który bardziej przypominał pyskówkę na jarmarku niż rozsądną rozmowę. Nikki zgodziła się nie dusić w sobie frustracji, czekając, aż odkryję je w jakimś wieszczym widzeniu — zgodnie z jej wyidealizowaną wizją męskiej wrażliwości. Ja zaś obiecałem, że poczynię kroki, aby wydzielić z mojego życia więcej czasu dla niej i Sarah.

Przez pewien czas ten system nawet działał. Parę razy wyjechaliśmy na weekend, spędziliśmy cztery dni na kempingu w górach. To było nowe życie. Napięcie roztapiało się we mnie jak śnieg w słoneczny dzień. Trwało to prawie trzy miesiące. Wreszcie prawnik w mojej duszy wyzwolił się jak dżinn z lampy — dwie sprawy, jedna po drugiej. Moje najlepsze intencje diabli wzięli.

Po tym wszystkim był telefon od Ferettiego. I tak złamałem warunki naszego kontraktu.

Nikki wywiązała się ze swoich zobowiązań, dobierając mi się do tyłka przy każdej sposobności. Najbardziej złościło ją, że nie zapytałem jej o zdanie w sprawie Maria. O to tu chodziło.

Od tamtej pory jej gniew wciąż narastał. Usiłowałem ułagodzić ją zapewnieniem, że moja rola w tym wszystkim jest tymczasowa, dopóki Feretti nie stanie na nogi. Najwyżej trzy miesiące. Nauczyłem się tego od Maria.

Ale Nikki potrafi przejrzeć na wylot każdą bzdurę, ma w takich wypadkach wzrok jak snajper. Spytała mnie, czy jest to opinia doktora. Musiałem się przyznać, że z nim nie rozmawiałem. Ponownie wszystko wróciło do punktu wyjścia — Nikki krzycząca, szalejąca po domu, na chwilę uspokajająca się i znów ciskająca we mnie z wściekłością zabawkami Sarah.

Potem umarł Mario. Od tego momentu życie stało się piekłem. Już nie śpimy w tym samym pokoju.

Nakrywa do kolaqi, tylko trzy talerze na stole w jadalni, jeden kopiasty dla Harry’ego. Hinds patrzy na mnie. Może rzeczywiście dzisiaj poszczę. Ale Nikki mówi, że Sarah już jadła, oglądając w telewizji film z panem Rogersem.

Odsuwa krzesła. Otwieram wino.

— Kończysz z tym? — pyta Harry.

Ma na myśli moją tymczasową rolę prokuratora w hrabstwie Davenport.

— Jestem w trakcie... — Prawda jest taka, że podpisałem umowę na czas nieograniczony, spodziewając się szybkiego powrotu Ferettiego.

Krzywię się.

— Sytuacja się zmieniła — wyjaśniam. — Mam nadzieję, że hrabstwo to zrozumie. Jutro rano spotkam się z sędzią Ingelem i porozmawiamy o tym.

Derek Ingel jest prezesem sądu hrabstwa Davenport. Ci, którzy go znają, nazywają za plecami „Prusak”. Jak na razie, nie wiem, dlaczego. Teraz trzyma w ręku przyszłość mojej kariery.

Nikki rzuca mi spojrzenie — krótką, gniewną błyskawicę.

— Ma nadzieję, że hrabstwo zrozumie! — odzywa się. — To mi się podoba! A jakby im tak powiedzieć, że twoja żona nie rozumie? A jakby im tak powiedzieć, żeby się odczepili i dali nam spokój? Uwielbiam to. Ha, mój mąż prawnik! Jak trzeba wziąć sprawę jakiegoś obleśnego zboczeńca, jaja mu twardnieją niczym piłki golfowe. Ale kiedy chodzi o rodzinę, o umiejętność zarabiania na życie, o! — wtedy robi się cichutki i z czapką w dłoni całuje sędziego w dupę. Wysoki Sądzie to, Wysoki Sądzie tamto... — Nikki zrywa się od stołu i rusza po coś do kuchni, a jej pełna oburzenia mantra ciągnie za nią jak wściekły pociąg gniewu.

Harry patrzy na mnie ze zmarszczonymi brwiami, jakby dając mi do zrozumienia, że powinienem wziąć żonę na stronę i z nią pogadać. Słyszymy, jak Nikki mamrocze do siebie za ścianą.

Wyjaśniam mu swoje problemy, to, że rada okręgu, która według umowy miała się zająć obsadzeniem miejsca Ferettiego, postawiła mnie w sytuaqi bez wyjścia. Każdy członek ma własnego kandydata. Wygląda na to, że mianowanie kogoś prokuratorem w pewnych prowinqonalnych hrabstwach równa się obraniu go na króla.

— Dlaczego mu nie odmówisz? — Nikki wróciła. — Dlaczego nie powiesz, że to była przysługa dla przyjaciela. Przyjaciel nie żyje i koniec z przysługą. — Rzuca ścierkę na stół, jakbym miał ją ze sobą wziąć i cisnąć na sam środek biurka Ingela.

Śmieję się krótko, bo to mogłoby nieźle wyglądać. To ją jeszcze bardziej rozwściecza.

— Skończyliśmy już z tym — oświadczam. — Sąd podpisał mianowanie. A ja o nie prosiłem.

— Pod wpływem Ferettiego — przypomina mi.

— Porozmawiam jutro z Ingelem — obiecuję. — Zrobię wszystko, żeby się z tego wydostać.

— Jasne — kwituje.

Harry pewnie czuje zbliżający się rozlew krwi. Ze wzroku Nikki wnioskuje chyba, że będzie to moja krew. Wkracza do akcji.

— Ten szeryf, jak on się nazywa?

— Emil Johnson — mówię.

— Wygląda przyzwoicie jak na glinę — stwierdza Harry. W jego ustach to niezwykła pochwała. — Może dzięki niemu zdołasz się z tego wykaraskać. Pogada z kolegami w radzie albo z jakimś sędzią. W końcu to ich człowiek.

— Nie sądzę, żeby mógł mi pomóc — odpowiadam:

— No właśnie — wtrąca się Nikki. — Nawet nie spróbuje.— Tym razem rzuca serwetkę na stół, wstaje i znów wychodzi.

Harry spotkał Emila na pogrzebie Ferettiego. Poszedł ze mną jako podpora moralna. Nikki była zbyt wściekła na Maria za jego śmierć.

Na pogrzebie, stojąc nad trumną razem z rodziną i przyjaciółmi, poczułem mocne klepnięcie w ramię. Odwróciłem się — był to Emil Johnson. Johnson jest prawdziwym mieszkańcem prowincji i na potwierdzenie tego obnosi brzuch piwosza i szeroki uśmiech. Wyborcy sprawili, że pełni swoją funkcję przez pięć kolejnych kadenqi. Bez wątpienia mówi to więcej o tym miejscu niż o Emilu. Przez lata walczył z rosnącym oporem bardziej liberalnych środowisk uniwersyteckich. Jeśli szczęście mu dopisze, dotrwa do następnej kadenqi, chyba że alkohol dostanie go wcześniej.

— Smutny dzień, panie mecenasie. — Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym uczucia; jego twarz przypominała obwisły pysk basseta. — Ojciec dzieciom. — Pokiwał głową na taką niesprawiedliwość losu.

Przedstawiłem go Harry’emu, który na słowo „szeryf’ otarł dłonią pot z czoła, zanim podał ją Emilowi w mocnym uścisku. Johnson jakby tego nie zauważył.

— Tutaj myślę o własnej śmierci. — Emil był szalenie elo-kwentny. Poklepywał się po brzuchu, zwisającym mu nad klamrą paska wielką jak tarcza gladiatora, z biegnącym dokoła napisem „Winchester”. — Mario był dobrym człowiekiem — powiedział. — Będzie nam go brak.

Politykom hrabstwa Davenport będzie go brak przez całe pięć minut. Nie zauważyłem, żeby Johnson ryzykował swoje polityczne znaczenie, które jest dość duże, kryjąc Ferettiego, kiedy tamten leżał w szpitalu. Nasz dobry szeryf zaszył się w krzakach i patrzył, czy członkowie rady rozerwą Maria na strzępy, czy też zastąpią go jednym ze swoich ulubieńców.

— Masz problem — odzywa się Harry, nadal jedząc. — Niedobrze się stało.

Zdaje się, że chodzi mu o moje przejście na stronę oskarżenia.

Potem odwraca się w kierunku kuchni.

— To nie jest tego warte — dodaje. Tym razem ma na myśli narażanie na szwank mojego małżeństwa, zagrożenie mojej rodziny.

— Co robić? — pytam.

Krzywi się, bo nie zna odpowiedzi.

Od samego początku Hinds nie krył się ze swoim zdaniem. Nie chciał, żebym mieszał się do sprawy w Davenport. Kiedy go zapewniłem, że będę się tylko przyglądał, spojrzał na mnie w zadumie.

— To samo Adam obiecał wężowi — skomentował.

Tak jakbym, przechodząc na stronę przeciwną, nawet na krótko, tylko dla celów śledztwa, pogwałcił — przynajmniej w jego oczach — jakąś uświęconą część zasad obrońców i sprowadził klątwę na moją rodzinę.

Dwa lata temu Derek Ingel pracował w czeluściach biura prokuratora generalnego, tonąc we wnioskach apelacyjnych kryminalistów. Znalazł poparcie polityczne w klubie Partii Republikańskiej, wśród ludzi, którzy wierzą, że tylko dobrzy republikanie popierają społeczne ideały i dlatego znajdą się pomiędzy zbawionymi. Z tą chwilą Ingel wzniósł się do prawniczego nieba szybciej niż Eliasz na swoim ognistym rydwanie. Teraz siedzi, zupełnie legalnie, na kilku stołkach w tym hrabstwie, w kancelarii sądu. Nie jest ona szczególnie zasobna — zaproponowano mi twarde drewniane krzesło przed biurkiem Ingela, z którym mam spotkanie.

Uprzedza, że jest bardzo zajęty, dając mi do zrozumienia, iż mam niewiele czasu. Brakuje mu jednego sędziego, jest wolna posada — informuje.

Wśród prawników chodzą słuchy, że Ingel próbuje ściągnąć tu swojego kumpla z prokuratury generalnej. Nieoficjalnie — teraz temu zaprzecza—twierdził, że tylko byli zastępcy prokuratora generalnego mają kwalifikacje, żeby być sędziami w tym stanie. Takie są jego poglądy na kwestie towarzyskie i zawodowe. Jeśli ograniczenie umysłowe jest cnotą, Derek Ingel jest jej świętym patronem.

Szybko odbębniamy obustronne uprzejmości.

Odchyla się na krześle.

— A więc czego pan sobie życzy? — pyta.

Ten człowiek ma wyraz twarzy Calvina Coolidge’a, androida, któremu twórca zapomniał zaprogramować uśmiech. Zaczynam rozumieć, dlaczego zyskał sobie przydomek „Prusak”.

— Chodzi o moją umowę — wyjaśniam. — Moją umowę z hrabstwem.

Kiwa powoli głową, zdejmuje z przegubu zegarek i kładzie go przed sobą na biurku, jakby zamierzał odmierzać czas. Ciekawe, czy w pewnym momencie rozstąpi się podłoga i mnie pochłonie.

— Śmierć Ferettiego — dodaję. — Okoliczność, której nikt z nas nie przewidział.

— Aaa, tak — odpowiada. — To tragedia. — I nic więcej. Pomrukuje, bo nie jest pewny, co właściwie czuję. Utknąłem w grzęzawisku roboty Maria, jedną nogą w mojq prywatnej praktyce, drugą tutaj, o sto kilometrów dalej, a teraz mam wyciągnąć kredki i narysować facetowi rysunek.

Ale Ingel nie jest taki głupi, na jakiego wygląda. Tak naprawdę chce, żebym zaczął się przed nim płaszczyć. Z jego zadowolonej miny wnioskuję, że to właśnie lubi najbardziej w swoim zawodzie. Adwokaci w trzyczęściowych garniturach — na czworakach.

Zaczynam tłumaczyć — prawnik przy pracy — że sytuacja się zmieniła od momentu, gdy podpisałem umowę. Że obie strony wiedzą, iż tylko zastępowałem Ferettiego, który nie żyje. Jak długo trzeba czekać, żeby znaleźć zastępcę?

Siedzi i słucha tego wszystkiego, wyciska z siebie kilka grymasów, by podkreślić, że nie pozostaje obojętny.

— Dobrze by było — podpowiadam — gdybyśmy porozmawiali o moim czasowym udziale w tej sprawie. — Kładę nacisk na słowo „czasowy”. — Gdybyśmy sprecyzowali ten czas...

— Hrabstwo ucierpi, jeśli w środku ważnej sprawy będziemy zmieniać prokuratorów — dodaję. Miałbym ochotę puścić perskie oko i dorzucić: „takiej jak sprawa Putah Creek”, ale on chyba to chwyta. Nie mówi jednak nic, a spojrzenie ma martwe. Ingel jest jak skamielina. Zastanawiam się, po co się tu fatygowałem, skoro mogłem zostać w domu i gadać do siebie.

Kiedy po kilku minutach język zaczyna stawać mi kołkiem, sędzia wreszcie się odzywa:

— A zatem w czym rzecz? Czego konkretnie życzy pan sobie?

— Wydawało mi się, że wyraziłem się jasno. Pragnę zakończyć wykonywanie moich obowiązków w Davenport.

Patrzy na mnie, jakby mi nie wierzył.

Znów dosiadam mojego konika.

— Skoro w sądzie jest wolna posada, wszystkim wyjdzie na dobre znalezienie stałego pracownika.

Krzywi się i kręci głową, niby że może tak, a może nie. Potem odwraca się z krzesłem i ogląda wiszące na ścianie dyplomy i medale.

— Stawia mnie pan w trudnej sytuaqi — oznajmia.

— Jak to?

Odwraca się do mnie.

— Muszę być z panem szczery — mówi. — Nie chciałem pana udziału w tej sprawie.

Świetnie, to daj mi odejść, myślę.

— Jednakże — ciągnie — podpisał pan umowę z hrabstwem. A umowa ta, jak sądzę, jest zawarta na czas nieograniczony.

Czyli że nie określono, po ilu miesiącach czy latach traci moc prawną.

— To prawda. Ale kiedy ją podpisywałem, wszystko było jasne. Obie strony wiedziały, że tylko zastępuję pana Ferettiego. Dopóki nie powróci do zdrowia. Po operaqi — dopowiadam.'

— Lecz w umowie tego nie ma?

— Nie wprost.

— Proszę nie kluczyć — warczy. — Tak czy nie?

— Nie.

— Dobrze. — Odchyla się na krześle, patrzy w sufit. — A teraz życzy pan sobie odejść?

Powinienem potwierdzić, lecz z jego tonu i zachowania wnioskuję, że lepiej się wycofać.

— Proszę o wyznaczenie rozsądnego terminu, w którym hrabstwo zdoła znaleźć zastępstwo. O pomoc ze strony sądu. O coś, co zmusi hrabstwo do szybszego działania zamiast ciągłego zwlekania.

— Co pan uważa za rozsądny termin?

— Miesiąc, sześć tygodni. — Staram się, żeby zabrzmiało to wspaniałomyślnie. Bóg stworzył świat w sześć dni.

— I to wszystko?

Może się uda.

— Tak, wszystko.

— Czy jest coś, co utwierdza pana w przekonaniu, że hrabstwo ociąga się w tej sprawie? W znalezieniu zastępcy Ferettiego?

Krzywię się, jakbym nie chciał podejmować tego tematu.

— No, śmiało — zachęca. Pierwszy uśmiech tego południa. Teraz zaczynam mieć się na baczności.

— Może pan być ze mną szczery — kusi. — Wszystko, co się powie w czterech ścianach tego gabinetu, jest święte.

Mam ochotę oświadczyć, że dorabiam sobie wykonywaniem pokątnych skrobanek. Zamiast tego zaczynam kluczyć.

— Słyszałem plotki — mówię — o pewnych względach budżetowych.

— Co pan słyszał?

— Nic szczególnego.

Patrzy na mnie, jakby mi nie wierzył.

Tak naprawdę wiem coś więcej. Hrabstwo wyciąga ód stanu spory zasiłek, głównie dzięki mojej pensji. Znalezienie stałego współpracownika położyłoby temu kres. Znając lokalne fundusze, domyślam się, że miejscowi grandowie będą usiłowali zostać przy cycku stanowej kasy tak długo, jak się da.

— To nie ma nic wspólnego ze sprawą Putah Creek — stwierdza.

— Nie zaprzeczam, że rozważałem taką możliwość. — Krzywię się.

— Oskarżenie może pociągnąć za sobą przedłużenie dochodzenia — kontynuuję. — Nawet o rok lub dłużej. Hrabstwo lepiej na tym wyjdzie, jeśli znajdzie stałego oskarżyciela, zanim będzie za późno.

— A może boi się pan, że nie podoła temu zadaniu? — Pełen wyższości uśmieszek na wargach. Może zastanawia się, czy starczy mi odwagi. Albo, co bardziej prawdopodobne, podaje w wątpliwość moje zaangażowanie agresywnego prawnika, który był już i oskarżycielem, i obrońcą, a teraz jest znów po właściwej stronie. Jak na sędziego ma spore obciążenie oskarżycielskie. Ingel jest chyba jednym z tych sędziów, którzy nie wierzą w sprawiedliwość dla oskarżonych o przestępstwo kryminalne.

— Nie. To nie to. Podołam tej sprawie — zapewniam. — Ale mam inne zobowiązania. — Ciekawe, czy to brzmi aż tak źle, jak mi się wydaje: prawnik szukający wykrętów.

— Oczywiście — potwierdza. I śle mi spojrzenie w nie skrywany sposób uwłaczające mojej dumie.

Przełykam głośno ślinę. Część mojej godności wraca na swoje miejsce. Może jednak pozwoli mi odejść?

— Mam prywatną praktykę — wyjaśniam. — Moja obecność tutaj miała trwać krótko. Parę miesięcy. W przeciwnym razie nie przyjąłbym tej sprawy.

Nie odzywa się słowem. Wie równie dobrze jak ja, że sprawa Putah Creek, raz zaczęta, będzie jak wojna na Bliskim Wschodzie — znacznie łatwiej się w nią wplątać, niż z niej wyplątać.

— Pewne osoby mówiły mi, że jest pan dobrym prawnikiem — oznajmia.

Robię minę oznaczającą, że mi miło.

— Pańska sława wyprzedziła pana — dodaje.

Teraz próbuje mi to jakoś osłodzić. W mgnieniu oka od Hyde’a do Jekylla. Ten człowiek to żywe srebro, w metamorfozie lepszy niż Lon Chaney.

— Aleja nie mam dobrego zdania o prawnikach, którzy posyłają swoich klientów do więzienia — uzupełnia.

Jakby uszło ze mnie powietrze. Cios z zaskoczenia. Lodowacieję. Wspomina o ciemnym epizodzie z mojej przeszłości, robi aluzje do mojego dawnego romansu z Talią Potter, jeszcze przed jej procesem, kiedy ja i Nikki byliśmy w separacji, stare dzieje. To żadna rewelacja, myślę. Donosiły o tym wszystkie lokalne gazety, mój krzyż, który musiałem dźwigać w czasie sprawy Potter. A sądziłem, że to już skończone, że umarło w upale i oślepiających światłach opinii publicznej. Teraz znowu Ingel wyciąga to na światło dzienne.

Milczę. Siedzę i znoszę go w milczeniu.

— Sędzia Acosta dzwonił ze stolicy — kontynuuje — kiedy przeczytał w prasie, że został pan tu przydzielony jako oskarżyciel specjalny. Jak pan widzi, sędziowie również ze sobą rozmawiają.

Zupełnie jak sklepikarze. Ingel spiknął się ze Świrusem, z Armandem Acostą, meksykańskim odpowiednikiem Władcy Much. Mogłem się spodziewać, że tak będzie.

Acosta przewodniczył w procesie Talii Potter, oskarżonej o zamordowanie męża, ja zaś byłem jej obrońcą. Przedtem, podczas mojej separacji z Nikki i na długo przed procesem, Talia i ja mieliśmy romans. Wskutek tego moja reputacja legła w gruzach, ponieważ mąż Talii, Ben Potter, był moim przyjacielem i dobroczyńcą. Kiedy podjąłem się jej obrony, nie ujawniłem w sądzie wcześniejszego związku z podsądną, jako że nasz romans należał już do przeszłości. Stare dzieje. Ale na moje nieszczęście Świrus i dziennikarze dowiedzieli się o tym podczas procesu. Na rozprawie Acosta o mało mnie nie wypatroszył i nie poćwiartował. I do dziś nie wybaczył mi tego, że wprowadziłem go w błąd.

— Nie był zachwycony tym, że wybraliśmy pana — ciągnie Ingel. — Miał ku temu powody. — Znaczy się Świrus.

— Wobrażam sobie.

Teraz jakoś nie zależy mi na zachwycie Acosty. To, że chciało mu się fatygować aż tutaj, żeby zatruć moją studnię, każę mi się zastanowić, czy mam podstawy do złożenia zażalenia w komisji do spraw działalności sędziowskiej, towarzystwa ścigającego sędziów za Ae administrowanie. Bez wątpienia mój chwilowy udział w tej sprawie studzi nieco jego zapał do obrony Pierwszej Poprawki.

Kiedy protestuję, Ingel stwierdza, że wszystko to ma swoją przyczynę. Chodzi mu o zaangażowanie Świrusa w sprawę spoza jego jurysdykcji.

— Jedna z ofiar — wyjaśnia — studentka Sharon Collins była jego siostrzenicą.

Siedzę z otwartymi ustami.

— Córka jego młodszej siostry—uzupełnia Ingel. Robi mi wykład na temat drzewa genealogicznego rodziny Świrusa. Biedni meksykańscy imigranci, którym się udało, choć siostra nie ma tak dobrych układów jak sędzia, więc on z jej upoważnienia wziął sprawę w swoje ręce i postanowił osobiście dopilnować, by sprawiedliwości stało się zadość.

A to skurczybyk, myślę. I ze wszystkich ludzi na świecie wybrał właśnie mnie.

— Z tego, co zrozumiałem, sędzia Acosta zastępował dziewczynie ojca. Jej rodzice byli rozwiedzeni. To wydarzenie zupełnie go załamało. — Ingel patrzy na mnie, jakby oczekiwał, że muszę z tym wszystkim coś zrobić.

— Przykro mi to słyszeć — mówię. — Zapewne nie jest osamotniony.

Sędzia wpatruje się we mnie.

— Są rodzice innych ofiar, tych innych dzieci — dodaję. Sens moich słów jest jasny. Niech sędzia wraca do szeregu.

Oczy Ingela lodowacieją.

— Musimy mieć coś ekstrapewnego — oświadcza. — Skoro się tu pan prześliznął i podpisał kontrakt, wypełni go pan albo dopilnuję, żeby zasiadł pan na ławie oskarżonych.

— Na jakiej podstawie?

— Opuszczenie klienta. Jeśli się nie mylę, nadal istnieją podstawy oskarżenia. I niech pan nawet nie myśli o tym, żeby odłożyć sprawę Putah Creek do akt, by później ktoś inny się nią zajął. Jeśli wyczuję jakieś krętactwo czy zaniedbanie, załatwię panu wilczy bilet. Do końca życia będzie się pan zajmował pisaniem streszczeń rozpraw dla prawników z innych stanów. Czy wyrażam się jasno?

— Szalenie. Rozumiem, że hrabstwo nie zamierza zaangażować na stałe oskarżyciela do tej sprawy?

Krzywi się. Nawet jeśli wie, nie powie. Podnosi zegarek.

— Jeżeli mogę coś dla pana zrobić, niech pan śmiało prosi. Jego spojrzenie jest zimne jak głaz. Wstaję, odsuwam krzesło.

— Ostatnia rada — dorzuca. — Wiele osób będzie pana obserwować.

— Ze względu na sędziego Acostę?

— Jest tym zainteresowany z powodów osobistych.

Jasne, że jest. I osobiście dobiera mi się do tyłka.

Laboratorium stanowe to wielki budynek, nowoczesna betonowa forteca oddalona od ulicy o długość boiska do piłki nożnej; mieści się za zielonym trawnikiem przeciętym na pół trzymetrowym żelaznym ogrodzeniem, otaczającym całą posiadłość.

Tą instytucją, największą w swoim rodzaju obok laboratorium FBI w Quantico w Wirginii, zarządza stanowy prokurator generalny.

To spotkanie zorganizował Claude Dusalt. Chce jak najwcześniej zapoznać mnie z przebiegiem śledztwa, na wypadek nakazu rewizji. Morderca z Putah Creek przyciąga coraz większą uwagę prasy, a Claude pragnie ruszyć bezzwłocznie przy pierwszej okazji.

Derek Ingel, miejscowy Roy Bean, śledził każdy mój ruch, zainteresowany postępami dochodzenia. Bez wątpienia może powiadomić o nich Świrusa. Na razie udawało mi się utrzymywać go w niewiedzy, boja również w niej tkwiłem. Błogosławiona niewinność.

Wypełniam formularz i dostaję identyfikator od strażnika w dyżurce przy głównym wejściu do laboratorium.

Kilka minut później słyszę stukot obcasów na betonie. Długim korytarzem zbliża się do mnie kobieta. Widzę ją przez pancerne szkło drzwi. Z tej odległości wygląda na sekretarkę. Jej taksujące spojrzenie mówi mi, że to ona będzie moją eskortą. Jest niska, trochę zaniedbana, w wieku powyżej średniego. W jej wyglądzie uderza mnie coś znajomego, ale nie mogę sobie przypomnieć, co to takiego.

— Panie Madriani.

Patrzy na mnie z kamienną twarzą, najwyraźniej pochłonięta czymś innym. Ale po jej tonie poznaję, że nie jest tu pionkiem.

— Kay Sellig — przedstawia się. — Dyrektor prosił, żebym zapoznała pana ze sprawą.

Brązowe oczy schwytane w sieć kilku zmarszczek i przeszywające spojrzenie spod szpakowatej, łatwej do utrzymania grzywki. Nie podaje mi ręki, lecz odgaduje moje myśli.

— Nie tego pan oczekiwał? — mówi. Jest przenikliwa.

— Nie wiem — kłamię.

Nareszcie uśmiech, nie przyjazny, ale wyrażający satysfakcję z prawidłowego odczytania moich myśli.

W zamkniętym światku prawników nazwisko Kay Sellig obrosło legendą, której przeczy stojąca przede mną osoba.

Gawędzimy ze sobą, kiedy prowadzi mnie labiryntem, gmatwaniną małych gabinetów. I gdy tak widzę ją z tyłu, nawiedza mnie uczucie, którego doznałem już wcześniej.

— Pani tam była — stwierdzam. — Nad strumieniem.

Kiwa głową.

— Przeprowadzałam oględziny terenu.

Dziesiątki razy słyszałem nazwisko Kay Sellig, przeważnie podczas żartobliwych przekomarzań w kuluarach sądowych, w historyjkach o potyczkach prawników, za każdym razem ubarwianych nowymi szczegółami. Zawsze dziękowałem losowi za to, że nie było mi dane spotkać tej kobiety w sądzie. W swoim czasie osadziła za ogrodzonymi drutem kolczastym murami Folsom i San Quentin więcej przestępców niż ktokolwiek inny.

Kolejne trzy zakręty, krótki korytarz, wchodzimy do większego pomieszczenia, a ona zwalnia kroku. Domyślam się, że dotarliśmy na miejsce.

Nie różni się ono od szkolnej pracowni chemicznej na którymś z bogatych przedmieść. Tuzin wielkich nierdzewnych metalowych stołów przymocowanych do podłogi kąpie się w świetle fluoroscencyjnych lamp.

— Czy porucznik Dusalt zapoznał już pana ze szczegółami sprawy? — pyta Kay Sellig.

— Spotkaliśmy się raz — wyjaśniam. — Na razie wiem tylko tyle, ile przeczytałem w gazetach, a także w materiałach, które Mario — pan Feretti — zdążył zebrać przed śmiercią.

— Chce pan zadawać pytania, czy mam rozpocząć monolog?

Skoro nie mogę czytać, wolę słuchać. Mówię jej to.

— Świetnie.

Zaczyna swoje impromptu, nie korzystając z żadnych notatek.

— Zabójca nie pozostawia zwykle dokumentów, portfeli i portmonetek. Zabiera je ze sobą. Z wyjątkiem ostatniego morderstwa, nigdy ich nie znajdowaliśmy. Pewnie ma gdzieś swoją kryjówkę, w której je gromadzi. Za każdym razem musimy identyfikować ofiary na podstawie odcisków palców.

Podchodzi do dużej tablicy, jednej z tych na sztalugach z kółkami. Przekręca ją na drugą stronę, o powierzchni z korka. Przypięto do niej lśniące szeregi kolorowych zdjęć. Przedstawiają twarze, głowy i ramiona na stołach z nierdzewnej stali w kostnicy hrabstwa.

— Pierwszy miał dziewiętnaście lat. Jonathan Snider — wskazuje mi go. Nawet po śmierci rysy chłopca zachowały otwartą pewność siebie młodości. — A jego dziewczyna osiemnaście. Nazywała się Julie Park. — Na zdjęciu widać Azjatkę, młodą i ładną. — Znaleziono ich nad Putah Creek dwanaście dni temu. Morderca nie próbował ukryć ciał.

Palec ześlizguje się niżej.

— Następną parę znaleziono cztery dni później. Sharon Collins, dwadzieścia dwa lata, siostrzenica Acosty, i Rodney State, w tym samym wieku. Znów brak dokumentów. Ciała porzucone na ziemi.

Wskazuje na kolejne martwe twarze, tym razem starsze, patrzące na mnie z korkowej tablicy.

— Ostatnią parę widział pan na miejscu zbrodni. Abbott i Karen Scofieldowie.

Głowa kobiety z jednej strony jest ciemną, ziejącą dziurą — groteskowy pusty oczodół, kilka głębokich ran na policzku i brew nad otwartą jamą.

— Z jakiegoś powodu tym razem zostawił ich portfele. Może coś mu przeszkodziło, nie wiemy. Scofield i jego żona byli roz-wiedzeni. On był pracownikiem uniwersytetu, naukowcem. Chyba ornitologiem. — Po raz pierwszy zerka do notatek.

Robię minę, że dla mnie to czysta chińszczyzna.

— Nauka o ptakach — wyjaśnia.

Podchodzi do jednego ze stołów, na którym piętrzą się ubrania. Wyglądałyby jak przyniesione właśnie z pralni, gdyby nie wielkie plamy zaschniętej krwi na białej koszuli i spodniach w jednej ze stert. Są poukładane w wyznaczonych punktach stołu, czekając na umieszczenie w dużych papierowych torbach, ponumerowanych i oznaczonych — część przyszłego łańcucha dowodów rzeczowych.

Zauważam, że zniknęły wszystkie guziki od koszuli. Od Kay Sellig dowiaduję się, że odcięła je na miejscu zbrodni i zabezpieczyła, po czym posłała do laboratorium, żeby zbadano je w oparach rozgrzanego kleju. To ryzykowne przedsięwzięcie, ale może morderca zapomniał o ostrożności i dotknął jakiegoś guzika bez rękawiczek.

Lokalni bonzowie nie muszą się martwić o niedopatrzenia na miejscu zbrodni, bo w osobie Kay Sellig otrzymali prawdziwy dar niebios.

Sellig informuje, że plamy na ubraniach zawdzięczamy tylko sile grawitaqi — krew dopłynęła po ziemi do ładnie poskładanych części ubrań, umieszczonych przy ciałach. Nie było na nich żadnych cięć czy rozdarć, żadnych oznak fizycznej napaści.

— Zawsze powtarza się ten sam schemat — ciągnie. — W chwili śmierci ofiary są nagie.

Znaleźli jeszcze jeden dowód rzeczowy, na miejscu pierwszego przestępstwa. Policja sądzi, że to morderca mógł nieopatrznie zostawić tę wielką plastikową torbę na śmieci. Leżała obok strumienia; prawdopodobnie przywiał ją wiatr. Była pusta, ale na spodzie miała dziurę. Zdaniem Sellig zabójca mógł w niej przynieść gwoździe i linę, narzędzia śmierci. Być może dziurę przebił jeden z gwoździ.

Nie zdążyła zbadać gwoździ i linki użytych do zamordowania Scofieldów. Linka jest chyba taka sama jak w poprzednich wypadkach. Gwoździe znajdują się na dole, w laboratorium.

— Są dowody sugerujące zabójstwo na tle seksualnym?—pytam.

— Nic konkretnego — słyszę. — Lekarz policyjny stwierdził obecność spermy w pochwie tej dziewczyny, Park, ale ktokolwiek ją tam zostawił, w pochwie była też wydzielina, a grupa krwi wskazuje na jej chłopaka. Na owłosieniu łonowym chłopca z kolei znaleziono włosy, które pasują do włosów dziewczyny. — Zamilkła na sekundę, pozwalając mi dojść do oczywistych wniosków.

— Dzieciaki z obozu mówią, że ci dwoje byli parą. Sądzimy, że umówili się tam na randkę na godzinę lub dwie przed zamordowaniem.

— W jaki sposób załatwia pary? To dość ryzykowne, prawda?

— Przypuszczalnie jest uzbrojony, może ma pomocnika, jeszcze nie jesteśmy tego pewni. Wszystkie ofiary zostały zaskoczone w odludnych miejscach, w opuszczonych parkach późno w nocy. W każdym wypadku to oni ostatni opuścili miejsce pracy czy zabawę. Zbrodnie popełniono na pustkowiu, z wyjątkiem ostatniej. Morderstwo Scofieldów było ryzykowne — kontynuuje Kay Sel-lig. — Zabójca podszedł za blisko drogi. — Według niej może to wskazywać na pogłębiające się szaleństwo, jakby niestosowne pragnienie dania ofiarom szansy.

— Ale miał szczęście — dopowiada. — Szukamy motocyklistów, którzy mogli tamtędy przejeżdżać późno w nocy; ludzi, którzy mogli coś zauważyć. Jak na razie jednak, na próżno.

Podobno psycholodzy, którzy poświęcają życie na badanie obłąkanych umysłów, nie wykluczają — mimo braku dowodów na potwierdzenie teorii o seksualnym podłożu zbrodni — możliwości, że morderca cierpi na psychozę seksualną.

— Niektórzy twierdzą, że te metalowe śledzie namiotowe to symbole falliczne. — Zgodnie z tą teorią to, co z nimi robi, jest jego chorym sposobem odbywania stosunku.

Już opracowano psychologiczny portret mordercy. Kiedyś dawałem temu wiarę mniej więcej tak samo jak tarotowi. Teraz się nawróciłem.