Sulamitka - Aleksander Kuprin - ebook

Sulamitka ebook

Aleksander Kuprin

0,0
4,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Opowiadanie, które A. Kuprin napisał w imię poszukiwań wartości nieprzemijających, wspólnych dla wszystkich pokoleń, aż od starożytności.

Opis narodzin niezwykłej miłości izraelskiego króla Salomona i młodziutkej Sulamitki. Podczas jej siedmiodniowego pobytu w pałacu król przeżywa uczucia dotąd nieznane, prawdziwsze niż wszystkie te, których doświadczał przedtem. Utwór ten miał być peryfrazą przypisywanej Salomonowi "Pieśni nad pieśniami".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 79

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksander Kuprin

Sulamitka

SAGA Egmont

Sulamitka

Copyright © 2018 i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711676998

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Przyłóż mię jako pieczęć do serca twego, jako pieczęć do ramienia twego; bo mocna jest jak śmierć miłość, twarda jak otchłań zazdrość: pochodnie jej — pochodnie ognia i płomieni.

Pieśń nad pieśniami

1

Król Salomon nie osiągnął jeszcze wieku średniego — czterdziestu pięciu lat — a już wieść o jego mądrości i urodzie, wspaniałości jego życia i przepychu dworu rozeszła się daleko poza granice Palestyny. W Asyrii i Fenicji, w Górnym i Dolnym Egipcie, od starożytnego Taurus do Jemenu i od Ismar do Persepolis, na wybrzeżu Morza Czarnego i na wyspach Śródziemnego — z podziwem wymawiano jego imię, jako że nie miał sobie równego przez wszystkie dni swego żywota.

W roku 480 po wyjściu Izraela z Egiptu, w czwartym roku swego panowania, w miesiącu zyja, podjął król dzieło wzniesienia wielkiej świątyni Pańskiej na górze Moria oraz budowę pałacu w Jerozolimie. Osiemdziesiąt tysięcy kamieniarzy i siedemdziesiąt tysięcy nosicieli pracowało nieprzerwanie w górach i na przedmieściach grodu, zaś dziesięć tysięcy drwali spośród ogólnej liczby trzydziestu ośmiu tysięcy udawało się kolejno do Libanu, gdzie spędzali cały miesiąc na tak ciężkiej pracy, że musieli po niej odpoczywać przez dwa miesiące. Tysiące ludzi wiązało ścięte drzewa w tratwy, a setki żeglarzy spławiały je morzem do Jaffy, gdzie je obrabiali Tyryjczycy, mistrzowie w tokarce i stolarce. Jedynie przy wznoszeniu piramid Chefrena, Chufu i Mykerinosa w Gizeh użyto tak ogromnej liczby robotników.

Trzy tysiące sześciuset nadzorców pilnowało robót, a nadzorców doglądał Azariasz, syn Natana, człowiek okrutny i nieznużony, o którym chodziły słuchy, że nigdy nie sypia, trawiony ogniem wewnętrznej nieuleczalnej choroby. Natomiast wszystkie plany pałacu i świątyni, rysunki kolumn, wyrocznicy i morza miedzianego, szkice okien, ornamenty ścian i tronów były dziełem budowniczego Hirama-Awii z Sydonu, syna brązownika z pokolenia Neftalego.

Po siedmiu latach, w miesiącu bul, stanęła świątynia Pańska, a po latach trzynastu — pałac królewski. W zamian za cedrowe kłody z Libanu, za deski cyprysowe i oliwne, za drewno peugowe, sittim i tharsis, za ociosane i oszlifowane olbrzymie kamienie, za szkarłat, purpurę i przetykany złotem bisior, za błękitne wełniane tkaniny, za kość słoniową i czerwone skóry baranie, za żelazo, onyks i mnóstwo marmuru, za klejnoty, za złote łańcuchy, kapitele, sznury, szczypce, siatki, tace, lampy, kwiaty i świeczniki, za złote zawiasy do drzwi i złote gwoździe, każdy o wadze sześćdziesięciu syklów, za złotolite czasze i misy, za filigranowe i mozaikowe ornamenty, za ryte i kute w kamieniu wizerunki lwów, cherubinów, wołów, palm, ananasów — ofiarował Salomon Hiramowi, królowi Tyru, imiennikowi budowniczego, dwadzieścia miast i osad w krainie galilejskiej, a Hiram uznał dar ten za nędzny wobec niesłychanego przepychu, z jakim dźwignione zostały Przybytek Pański, pałac Salomonowy i pałacyk w Mello dla małżonki królewskiej, pięknej Astis, córki egipskiego faraona Sussakima. Drzewo sandałowe zaś, którego później użyto na poręcze i schody galeryjek, na instrumenty muzyczne i na oprawy do świętych ksiąg, otrzymał w darze Salomon od królowej Saby, mądrej i pięknej Balkis, wraz z taką ilością kadzidła, olejków aromatycznych i drogich wonności, jakiej nie znał jeszcze do tej pory Izrael.

Z roku na rok zwiększała się fortuna króla. Trzy razy w roku powracały do portu jego okręty: „Tharsis”, pływający po Morzu Śródziemnym, i „Hiram”, pływający po Morzu Czerwonym. Przywoziły z Afryki kość słoniową, koczkodany, pawie i antylopy; bogato zdobione rydwany z Egiptu, żywe tygrysy i lwy, a nadto skóry zwierząt i futra z Mezopotamii, konie śnieżnej białości z Koi, parwaimski złoty piasek wartości sześciuset sześćdziesięciu talentów rocznie, drzewo pachnące, dąb i drzewo jodłowe z krainy Ofir, barwiste kobierce aszurskie i kałachskie o przedziwnych wzorach — dary przyjacielskie od króla Tiglatpilesara; kunsztowną mozaikę z Niniwy, Nimrudu i Sargonu; przecudne wzorzyste tkaniny z Chattuar; złotolite kubki z Tyru; z Sydonu — kolorowe szkło, z Punt zaś koło Bab-el-Mandeb owe rzadkie pachnidła — nard, aloes, trzcinę wonną, cynamon, szafran, ambrę, piżmo, stakte, galban, mirrę i kadzidło, dla których zdobycia faraonowie egipscy niejednokrotnie wszczynali krwawe wojny.

Srebro za czasów Salomona spadło do ceny zwykłego kamienia, drzewo cedrowe zaś stało się nie droższe od zwykłych sykomorów rosnących w polu.

Król wybudował kamienne łaźnie wyłożone porfirem, marmurowe baseny, niosące ochłodę fontanny — wodę do nich przeprowadzono z górskich strumieni wpadających do Cedronu — a wokół pałacu założył ogrody i gaje oraz winnicę w Baal-Hamon.

Miał Salomon czterdzieści tysięcy żłobów dla mułów i koni do wozów oraz dwanaście tysięcy żłobów dla koni jezdnych; jęczmień i siano dla koni przywożono codziennie z prowincji. Dziesięć wołów tuczonych i dwadzieścia wołów z pastwiska, trzydzieści korców mąki pszenicznej i sześćdziesiąt innej, sto batów wina rozmaitego, trzysta owiec, nie licząc ptactwa tuczonego, jeleni, saren, suhaków — wszystko to przez ręce dwunastu szafarzy wędrowało codziennie na stół Salomona, a także na stół jego dworu, świty i straży przybocznej. Sześćdziesięciu żołnierzy spośród pięciuset najsilniejszych i najodważniejszych w całym wojsku trzymało na zmianę straż w wewnętrznych komnatach pałacu. Pięćset tarcz złotą łuską pokrytych kazał sporządzić król dla tych strażników.

2

Czegokolwiek pożądały oczy króla — nie odmawiał im niczego, ani nie wzbraniał sercu swemu używać wszelkiej rozkoszy. Miał król siedemset żon i trzysta nałożnic, nie licząc niewolnic i tancerek. A wszystkie miłował Salomon, albowiem Bóg dał mu tak niepożytą siłę miłosną, jakiej nie posiadają zwyczajni ludzie. Kochał białolice, czarnookie, pąsowouste Hetytki za ich jaskrawą, choć ulotną urodę, która tak wcześnie i pięknie rozkwita i tak samo szybko więdnie jak kwiat narcyza; smagłe, wysokie, płomienne Filistynki o szorstkich, krętych włosach, noszące złote, podzwaniające manele na przegubach rąk, złote obręcze na ramionach, a na obydwu kostkach nóg — szerokie bransolety, złączone cienkim łańcuszkiem; małe, delikatne Amorytki, giętkie, nieskazitelnej budowy — ich wierność i oddanie w miłości stały się przysłowiowe; kobiety z Asyrii, przedłużające farbą oczy i wypalające modre gwiazdy na czole i na policzkach; uczone, wesołe i cięte w mowie córy Sydonu, umiejące ładnie śpiewać, tańczyć i grać na harfach, lutniach i fletach przy wtórze bębna; żółtookie Egipcjanki, niestrudzone w miłości i szalone w zazdrości; chutliwe Babilonki o ciałach gładkich pod szatą jak marmur, jako że specjalną maścią usuwały zeń włosy; dziewczęta z Baktrii, farbujące włosy i paznokcie na szkarłatny kolor i noszące szarawary; milczące, nieśmiałe Moabitki, których bujne piersi były chłodne w najgorętsze letnie noce; beztroskie, rozrzutne Ammonitki o włosach ognistych i ciałach takiej białości, że świeciły w mroku; kruche niebieskookie niewiasty o lnianych włosach i delikatnym zapachu skóry, które przywożono z północy, przez Baalbek, a których mowy nie rozumiał nikt z mieszkańców Palestyny. Prócz tego kochał król wiele cór Judei i Izraela.

Dzielił też łoże z Balkis-Makedą, królową Saby, górującą nad wszystkimi niewiastami świata urodą, bogactwem i sztuką miłosną o nieskończonych odcieniach; z Sunamitką Abisag, co rozgrzewała starość króla Dawida — tą łagodną, pokorną pięknością, dla której wydał swego starszego brata Adoniasza na śmierć z rąk Banajasza, syna Jojady.

I z ubogą dziewczyną z winnicy imieniem Sulamit, jedyną wśród wszystkich kobiet, którą ukochał całym swoim sercem.

Lektykę uczynił sobie Salomon z przedniego drzewa libańskiego, ze srebrnymi filarami, złotymi poręczami w kształcie leżących lwów oraz namiotem ze szkarłatowej tyrskiej tkaniny. Wnętrze namiotu było ozdobione złotym haftem i drogimi kamieniami — czułymi upominkami od niewiast i panien jerozolimskich. I gdy smukli czarni niewolnicy w dni uroczystych świąt nosili w niej Salomona wśród ludu, zaprawdę piękny był król niby lilia Saronu!

Blade miał lica, usta niby pąsowa wstęga; kręte włosy czarne jak skrzydło kruka, a w nich błyszczała siwizna, oznaka mądrości, podobna srebrnym nitkom górskich strumieni spadających z wysokości ciemnych skał Hermonu; siwizna iskrzyła się również w jego czarnej brodzie, utrefionej, wedle zwyczaju asyryjskich królów, w równe drobne rzędy.

Oczy król miał ciemne jak najciemniejszy agat, jak niebo letnią bezksiężycową nocą, rzęsy zaś, strzeliście okalające je od góry do dołu, przywodziły na myśl czarne promienie wokół gwiazd czarnych. I nie było człowieka na świecie, co by mógł wytrzymać wzrok Salomona nie spuszczając oczu. Błyskawice zaś gniewu w oczach króla powalały ludzi na ziemię.

Atoli zdarzały się chwile serdecznej uciechy, kiedy król był upojony miłością lub winem albo rozkoszą władzy, bądź cieszył się rozumnym, pięknym słowem, celnie przez kogoś rzuconym. Wtedy jego długie rzęsy łagodnie opadały do połowy oka, rzucając modrawy cień na jasne oblicze, a w oczach zapalały się, niczym iskry w czarnych brylantach, ciepłe ogniki łagodnego, delikatnego uśmiechu; ci, którzy ten uśmiech widzieli, gotowi byli oddać zań ciało i duszę, tak nieopisanie był piękny. Samo imię króla Salomona, wypowiedziane na głos, niepokoiło serca kobiet niczym aromat rozlanej mirry, nasuwający wspomnienie nocy miłosnych.

Ręce król miał delikatne, białe, ciepłe i piękne, jak ręce niewiasty, ale kryły w sobie taki nadmiar sił żywotnych, że nałożone na czoło chorych usuwały ból głowy, drgawki, czarną melancholię i bezsenność. Na wskazującym palcu lewej ręki nosił Salomon gemmę z czerwonego jak krew asteryksu, rzucającą sześć promieni barwy perłowej. Wiele setek lat liczył sobie ten pierścień, a na wewnętrznej stronie kamienia wyryty był napis w języku dawnego, nie istniejącego już ludu: „Wszystko mija”.

Tak wielka była potęga duszy Salomonowej, że ulegały jej nawet zwierzęta; lwy i tygrysy czołgały się u stóp króla, pocierały pyski o jego kolana, lizały mu ręce szorstkimi językami, gdy wchodził do ich pomieszczeń. I on, lubujący się w połyskliwych migotaniach szlachetnych kamieni, w aromacie wonnej ambry egipskiej, w delikatnych muśnięciach zwiewnych tkanin, w rozkosznej muzyce, w subtelnym smaku płomiennie skrzącego się wina, mieniącego się w rżniętym pucharze niniwskim — lubił także głaskać groźne grzywy lwów, aksamitne grzbiety czarnych panter, miękkie łapy młodych cętkowanych lampartów, lubił słuchać ryku dzikich bestii, patrzeć na ich silne, piękne ruchy, chłonąć dziką woń ich gorącego oddechu.

Tak opisuje króla Salomona Jozafat, syn Achiluda, dziejopis jego czasów.