Bransoleta z granatów - Aleksander Kuprin - ebook

Bransoleta z granatów ebook

Aleksander Kuprin

0,0
12,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Historia sekretnej miłości prostego urzędnika Zheitkowa do Very Nikołajewnej, żony bardzo bogatego człowieka. Po latach adorowania ukochanej w listach, Zheitkow decyduje się wysłać jej kosztowny prezent - bransoletkę z granatów. Odpowiedzią na jego szczodry gest są odwiedziny męża i brata Very jego domu. Niespodziewani goście zakazują mu dalszych kontaktów z ukochaną, co prowadzi do tragedii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 509

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksander Kuprin

Bransoleta z granatów

Saga

Bransoleta z granatówTytuł oryginałuГранатовыйбраслет PrzełożyłaJózefa Zydlerowa Copyright 1932, 2019 Aleksander Kuprin i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711676981

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OLESIA

Mój sługa, kucharz i towarzysz polowania — gajowy Jarmoła — wszedł do pokoju uginając się pod wiązką drzewa, rzucił ją z hałasem na podłogę i chuchnął w zmarznięte palce.

— Uch, panyczu, jaki wiatr na dworze — powiedział kucając przed drzwiczkami piecyka. — Trzeba dobrze napalić w „grubce”. Zapałeczkę, panyczu.

— A więc nie pójdziemy jutro na zające? Jak myślisz, Jarmoła?

— Nie... nie można... słyszy panycz, jaka zawierucha. Zając teraz leży sobie i ani mru-mru... Jutro nawet śladów nie zobaczymy.

Zrządzeniem losu znalazłem się na całe sześć miesięcy w zapadłej wsi guberni wołyńskiej, na krańcach Polesia, gdzie polowanie było jedyną moją rozrywką i przyjemnością. Muszę przyznać, że gdy zaproponowano mi wyjazd na wieś, nie myślałem wcale, że będę się tak okropnie nudził. Wyjechałem nawet z radością. „Polesie... ustronie... dzika przyroda... prostota obyczajów... pierwotne natury... — myślałem siedząc w wagonie — zupełnie nie znany mi naród o swoistych zwyczajach i oryginalnym języku... i jakie, zapewne, bogactwo poetycznych podań baśni i pieśni!” A właśnie w tym czasie (jeśli już opowiadać wszystko) zdążyłem ogłosić drukiem w pewnej małej gazetce opowiadanie, w którym były dwa morderstwa oraz jedno samobójstwo, i w teorii zdawałem sobie sprawę, że obserwowanie obyczajów jest dla pisarzy rzeczą pożyteczną.

Jednak... albo chłopi z Pieriebrodu odznaczali się wyjątkową mrukliwością, albo ja nie umiałem wziąć się do rzeczy — stosunki nasze ograniczały się wyłącznie do tego, że chłopi na mój widok już z daleka zdejmowali czapki, a przechodząc koło mnie — ponuro mówili „HajBih”, co miało oznaczać: „Boże dopomóż”. Gdy próbowałem wdać się z nimi w pogawędkę, patrzyli na mnie ze zdziwieniem, nie chcieli rozumieć najprostszych pytań i co chwila schylali się do całowania rąk — stary obyczaj, pochodzący jeszcze z czasów pańszczyźnianych.

Wszystkie książki, które wziąłem z sobą, wkrótce przeczytałem od deski do deski. Z nudów — chociaż już z góry wiedziałem, że nie znajdę w tym przyjemności — próbowałem pozawierać znajomości z przedstawicielami miejscowej inteligencji w osobach księdza i „pana organisty”, którzy mieszkali o piętnaście kilometrów ode mnie, a także z miejscowym „uriadnikiem” oraz oficjalistą z sąsiedniego majątku, podoficerem w stanie spoczynku. Usiłowania moje spaliły jednak na panewce.

Z kolei wziąłem się do leczenia mieszkańców Pieriebrodu. Miałem do swej dyspozycji rycynę, karbol, kwas borny i jodynę. Jednak, poza skąpym zasobem wiedzy medycznej, stanęła mi na przeszkodzie całkowita, niemożność stawiania diagnozy, ponieważ symptomy choroby u wszystkich moich pacjentów były zawsze jednakowe: „Boli w krzyżach” — mówili. Albo: „Ani pić, ani jeść nie mogę”.

Przychodzi do mnie na przykład stara baba. Uciera z zakłopotaniem nos wskazującym palcem prawej ręki, wyjmuje zza pazuchy dwa jaja, ukazując mi na chwilę brunatną skórę ciała, i kładzie jaja na stół... Potem zaczyna się chwytanie rąk w celu złożenia na nich pocałunku. Chowam ręce i perswaduję staruszce: „Nie trzeba, babciu... przestań... nie jestem popem... nie wypada mnie całować... Co cię boli?”

— W krzyżach mnie boli, panyczku, akuratnie w samych krzyżach. Już ani pić, ani jeść nie mogę.

— Dawno cię boli?

— A bo ja wiem? — odpowiada baba pytaniem na pytanie. — Pali mnie wciąż bez przestanku. Ani pić, ani jeść nie mogę.

Mimo wysiłków bardziej określonych objawów choroby nie daje się w żaden sposób ustalić.

— Niech się pan nie martwi — poradził mi pewnego razu oficjalista dworski — sami się wyleczą... Zaschnie jak na psie. Ja, muszę panu powiedzieć, mam dla nich tylko jedno lekarstwo — amoniak. Przychodzi do mnie chłop. „Czego chcesz?” — „Chory” — powiada... Natychmiast pakuję mu pod nos buteleczkę z amoniakiem. „Wąchaj!...” — Wącha... — „Jeszcze powąchaj... mocniej...” — Wącha... — „No co, lżej ci?” — „Jakby trochę lżej...” — „No, to idź sobie z Panem Bogiem”.

Poza tym całowanie rąk budziło we mnie uczucie wstrętu. (Byli i tacy, którzy od razu padali do nóg i ze wszystkich sił starali się całować moje buty). Nie był to bynajmniej odruch wdzięcznego serca, lecz po prostu ohydny zwyczaj zaszczepiony w czasach niewolnictwa i przemocy. Zadziwiało mnie tylko, z jaką niewzruszoną powagą oficjalista dworski i „uriadnik” pchają chłopom pod nos swe wielkie, czerwone łapska.

Pozostało mi tylko polowanie. Jednak w końcu stycznia pogoda tak się zepsuła, że polować zupełnie nie było można. We dnie szalał okropny wicher, w nocy śnieg pokrywał się skorupą lodową, po której zając przebiegał nie zostawiając śladów. Siedząc w domu i przysłuchując się zawodzeniom wiatru nudziłem się straszliwie. Nic dziwnego, że skwapliwie oddałem, się tak niewinnej rozrywce jak nauczanie czytania i pisania gajowego Jarmoły.

Zaczęło się to zresztą dosyć oryginalnie. Pewnego razu pisałem list i nagle poczułem, że ktoś stoi za mymi plecami. Odwróciłem się i ujrzałem Jarmołę, który jak zwykle cichuteńko wszedł do pokoju w swych miękkich łapciach.

— Czego chcesz, Jarmoła? — zapytałem.

— Ot, patrzę sobie, jak panycz pisze. Żebym ja tak mógł... Nie, nie... nie tak jak panycz. Choćby tylko familię...

— Na co ci to? — zapytałem zdziwiony.

Trzeba wiedzieć, że Jarmoła uważany był za najbiedniejszego i najbardziej leniwego chłopa w Pieriebrodzie; całą swoją pensję gajowego i dochód z gospodarki przepija; tak marnych wołów jak u niego nie ma w całej okolicy. Moim zdaniem, komu jak komu, ale Jarmole umiejętność czytania i pisania nie mogła się przydać w żadnym wypadku.

Raz jeszcze spytałem z powątpiewaniem:

— Co ci z tego przyjdzie, że będziesz umiał napisać swoje nazwisko?

— A, bo widzi panycz, takie sprawy — odpowiedział Jarmoła wyjątkowo łagodnie — ani jednego piśmiennego nie ma we wsi. Kiedy jaką papirę przyniosą, żeby podpisać, czy w gminie sprawa się zdarzy, czy co... nikt nie może... Sołtys stawia tylko pieczęć, a sam nie wie, co na niej wydrukowane... Przydałoby się wszystkim, żeby choć jeden umiał się podpisać.

Taka dbałość ze strony Jarmoły — znanego kłusownika i beztroskiego włóczęgi, z którego zdaniem ani myślało się liczyć zebranie gromadzkie — taka dbałość o interesy jego rodzimej wioski dziwnie mnie wzruszyła. Pierwszy zaproponowałem mu udzielanie lekcyj. Cóż to była za ciężka praca — te moje próby nauczenia go czytania i pisania ze zrozumieniem. Jarmoła, który znał doskonale każdą ścieżynę w lesie, niemal każde drzewo, nie błądził ani we dnie, ani w nocy w największych gęstwinach i rozróżniał po śladach wszystkie miejscowe wilki, lisy i zające — ten sam Jarmoła w żaden sposób nie mógł sobie uzmysłowić, dlaczego na przykład litery „m” i „a” dają razem „ma”. Zazwyczaj Jarmoła mordował się nad takim problemem przynajmniej dziesięć minut albo i więcej. Na jego ciemnej, suchej twarzy z zapadniętymi oczyma, ledwie widocznej spoza czarnej, szorstkiej brody i sumiastych wąsów, malował się wówczas wyraz najwyższego wysiłku umysłowego.

— Jarmoła, powiedz „ma”. Powiedz po prostu „ma” — nalegałem. — Nie patrz na papier, tylko na mnie, o tak. No, powiedz — „ma”...

Jarmoła wzdychał wtedy głęboko, kładł na stół pałeczkę do wskazywania i mawiał ze smutkiem, lecz stanowczo:

— Nie... nie mogę...

— Dlaczego nie możesz. Przecież to takie łatwe. Powiedz po prostu — „ma”, tak jak ja to mówię.

— Nie... nie mogę, panyczu... zapomniałem...

Wszystkie metody, chwyty i przykłady rozbijały się o tę potworną niepojętność. Jednak pęd Jarmoły do wiedzy bynajmniej nie słabnął.

— Mnie samo nazwisko starczy — prosił nieśmiało — niczego więcej nie trzeba. Tylko nazwisko: Jarmoła Poprużuk — i koniec.

Porzuciwszy ostatecznie myśl o czytaniu i pisaniu ze zrozumieniem, zacząłem uczyć go podpisywać się mechanicznie. Ku memu wielkiemu zdziwieniu sposób ten okazał się dla Jarmoły najbardziej dostępny i już przy końcu drugiego miesiąca nauki prawie opanowaliśmy nazwisko; imię — dla uproszczenia sprawy — postanowiliśmy całkiem pominąć.

Wieczorami, po napaleniu w piecach, Jarmoła z niecierpliwością oczekiwał, aż go zawołam.

— No, Jarmoła, chodź się uczyć — mawiałem zazwyczaj.

Jarmoła boczkiem zbliżał się do stołu, siadał, opierał się na nim łokciami, wsuwał w swe czarne, zgrabiałe, nie zginające się palce pióro i unosząc brwi pytał:

— Pisać?

— Pisz.

Jarmoła dosyć pewnie kreślił pierwszą literę — „P” (litera ta nazywała się u nas „pałka z kółkiem”); potem spoglądał na mnie z niemym pytaniem.

— Dlaczego nie piszesz? Zapomniałeś?

— Zapomniałem... — kiwał głową zafrasowany Jarmoła.

— Widzisz, jaki ty jesteś! No, postaw koło.

— A — a! Koło, koło! Wiem... — ożywiał się Jarmoła i starannie rysował na papierze figurę bardzo przypominającą swymi zarysami Morze Kaspijskie. Po ukończeniu tego dzieła przez pewien czas w milczeniu podziwiał je, pochylał głowę to w lewo, to w prawo, mrużąc oczy.

— Dlaczego przestałeś? Pisz dalej.

— Poczekaj trochę, panyczu... zaraz.

Rozmyślał jeszcze ze dwie minuty, a potem nieśmiało zapytywał:

— Tak jak pierwsza?

— Tak samo. Pisz.

W ten sposób, powoli, doszliśmy do ostatniej litery — „k”, nazwanej przez nas „pałką z przystawionym do boku daszkiem”.

— A co myślisz, panyczu — mówił czasami Jarmoła spoglądając z miłością i dumą na ukończoną dopiero co pracę — żeby tak mnie pouczyć się jeszcze z pięć albo sześć miesięcy, ja by już dobrze umiał. Jak panycz powiesz?

II

Jarmoła przysiadł na piętach przed drzwiczkami pieca i grzebał w węglach, ja zaś chodziłem po pokoju z kąta w kąt. Ogromny dwór składał się z dwunastu pokoi, z których zajmowałem tylko jeden, dawny salonik. W pozostałych, zamkniętych na klucz pokojach bezwładnie i uroczyście pleśniały nie ruszane nigdy z miejsca stare, obite jedwabiem meble, dziwaczne brązy i portrety z XVIII wieku.

Za ścianami domu wściekał się wicher, jak stary, zziębnięty diabeł. W jego wyciu słychać było dziki śmiech, pisk i jęki. Pod wieczór zadymka rozpętała się na dobre. Jak gdyby czyjeś niewidoczne ręce miotały ze złością w szyby garściami drobnego, suchego śniegu... Las, rosnący opodal, skarżył się i huczał nieustannie, głucho, grożąc komuś z ukrycia...

Wiatr wciskał się do pustych pokojów i wyjących kominów; stary dwór, roztrzęsiony, podziurawiony na wylot, leżący niemal w ruinie, napełniał się nagle dziwnymi głosami, którym przysłuchiwałem się z mimowolną trwogą. Oto ktoś westchnął wyraźnie w białej sali — głęboko, ze smutkiem, jakby mu tchu zabrakło. Oto drgnęły i zaskrzypiały przegniłe deski pod czyimiś dalekimi, ciężkimi i bezdźwięcznymi krokami. Po chwili wydaje mi się, że tuż obok mego pokoju, w korytarzu, ktoś ostrożnie i uparcie naciska klamkę u drzwi, a potem w nagłym przystępie szaleństwa miota, się po całym domu, wściekle szarpiąc wszystkimi drzwiami i okiennicami, lub zaszywa się w komin i piszczy żałośnie, natrętnie i nieustannie, to podnosząc głos do coraz wyższego i cieńszego, jękliwego pisku, to zniżając go do zwierzęcego ryku. Czasami straszny ten gość wdzierał się również i do mego pokoju, przebiegał nagłym, zimnym dreszczem po moich plecach i chybotał płomieniem lampy, rzucającej mgliste światło spod papierowego, opalonego, zielonego abażuru.

Ogarnął mnie dziwny, nieokreślony niepokój. Oto — myślałem sobie — w głuchą, ponurą noc zimową podczas zawieruchy siedzę w zmurszałym domu, na wsi zagubionej w lasach i zaspach śnieżnych, o setki kilometrów od życia miejskiego, od towarzystwa, od śmiechu kobiet, od ludzkiej mowy... Wydawało mi się, że lata całe będzie się wlec ten burzliwy, straszny wieczór — aż do samej śmierci, i że ciągle tak samo zawodzić będzie za oknami wiatr, tak samo mgliście świecić będzie lampa pod nędznym, zielonym abażurem, tak samo niespokojnie chodzić będę tam i z powrotem po swym pokoju, tak samo siedzieć będzie koło pieca milczący, skupiony Jarmoła — dziwaczna i obca mi istota, obojętna na wszystko na świecie: i na to, że jego rodzina nie ma co do garnka włożyć, i na poświsty wiatru, i na mój nieokreślony, nękający smutek. Poczułem nagle nieodparte pragnienie przerwania tej męczącej ciszy, choćby tylko dźwiękiem ludzkiego głosu, i zapytałem:

— Jak myślisz, Jarmoła, dlaczego dzisiaj taki wiatr?

— Wiatr? — odezwał się Jarmoła, leniwie podnosząc głowę. — A bo panycz nie wie?

— Pewnie, że nie wiem. Skądże mogę wiedzieć?

— Naprawdę nie wie? — ożywił się nagle Jarmoła. — To ja panyczowi powiem — ciągnął dalej z tajemniczą nutką w głosie — to ja panyczowi powiem: czy wiedźmaka narodziła się, czy czort wesele sprawia.

— Wiedźmaka — to czarownica po waszemu?

— A tak, tak... czarownica.

Zacząłem skwapliwie nagabywać Jarmołę. „Kto wie — pomyślałem sobie — może teraz uda mi się wyciągnąć z niego jakąś ciekawą historię o czarach, zakopanych skarbach lub wilkołakach?...”

— No, a tu u was, na Polesiu, są wiedźmy? — zapytałem.

— Nie wiem... Może są... — odparł Jarmola z po przednią obojętnością i znowu pochylił się nad piecern. — Starzy ludzie mówią, że były kiedyś... Może i nieprawda...

Od razu ogarnęło mnie uczucie rozczarowania. Charakterystyczną cechą Jarmoły była uporczywa niechęć do rozmowy, dlatego też straciłem wszelką nadzieję, że uda, mi się coś z niego wydobyć na temat, który mnie interesuje. Jednakże, ku memu zdziwieniu, gajowy odezwał się nagle leniwym i niedbałym głosem, zwracając się jak gdyby nie do mnie, lecz do huczącego pieca:

— Była u nas z pięć lat temu taka wiedźma... Tylko że chłopcy ją z sioła przepędzili!

— Dokąd ją przepędzili?

— Dokąd!... Wiadomo, do lasu... Dokąd mogli przepędzić? I chatę jej rozwalili, żeby z tego przeklętego kubła 1 i drzazgi nie zostało... A ją samą wyprowadzili za sioło i dali po karku.

— A za co ją wygnali?

— Dużo szkody narobiła: kłóciła się ze wszystkimi, ziele trujące gotowała, węzełki na życie wiązała... Jeden raz prosiła u naszej mołodycy, żeby jej dała złotówkę. Ta mówi: „Nie mam złotówki, odczep się”. „No dobrze — powiada — popamiętasz to sobie, jak mi złotówki nie chciałaś dać...” I co panycz myśli: od tej pory dziecko mołodycy zaczęło chorować. Chorowało, chorowało i całkiem umarło. Wtenczas to chłopcy i przegnali tę wiedźmakę, żeby jej oczy na wierzch powyłaziły!

— No, a gdzie teraz ta wiedźmaka? — wypytywałem go w dalszym ciągu.

— Wiedźmaka? — Jarmoła swoim zwyczajem z wolna powtórzył pytanie. — A bo ja wiem?

— A czy w Pieriebrodzie nie ma nikogo z jej krewnych?

— Nie, nie ma. Cudza ona była, chyba z kacapów albo z Cyganów... Jeszcze maleńkim chłopczykiem byłem, kiedy przyszła do nas na sioło. I dziewczynka z nią była: córka czy wnuczka... Obie przegnali...

— A czy teraz nikt do nich nie chodzi wróżby posłuchać lub po ziele jakieś?

— Baby latają — pogardliwie rzucił Jarmoła.

— Aha! Więc wiadomo, gdzie mieszka?

— Ja tam nie wiem... Ludzie mówią, że gdzieś koło Bisowego Kuta. Zna panycz to błoto, jak przejść irinowski trakt. Właśnie w tym błocie siedzi, trasca 2 jej mać.

„O jakieś dziesięć kilometrów od tego domu mieszka wiedźma... żywa poleska wiedźma z prawdziwego zdarzenia”. Myśl ta od razu poruszyła mnie i zainteresowała.

— Słuchaj, Jarmoła — zwróciłem się do gajowego — w jaki sposób mógłbym poznać tę wiedźmę?

— Tfu! — splunął z oburzeniem Jarmoła. — Tylko takiego szczęścia panyczowi brakowało.

— Szczęścia czy nieszczęścia, ale pójdę do niej na pewno. Jak tylko się trochę ociepli, od razu ruszam w drogę. Ty mnie, rzecz prosta, zaprowadzisz?

Te ostatnie słowa tak oszołomiły Jarmołę, że aż się zerwał na równe nogi.

— Ja?! — krzyknął z oburzeniem. — Za nic na świecie! Żeby tam nie wiem co, nie pójdę.

— Głupstwa pleciesz, pójdziesz...

— Nie, panyczu, nie pójdę... za nic nie pójdę... Żebym ja?!... — krzyknął w nowym przystępie oburzenia. — Żeby ja poszedł do wiedźmaczanego kubła! Niech Bóg broni. I panyczowi nie radzę.

— Jak sobie chcesz... a ja pójdę. Bardzom ciekaw, jak też ona wygląda.

— Nic ciekawego — burknął Jarmoła i trzasnął ze złością drzwiczkami pieca.

Po upływie godziny, gdy gajowy, zabrawszy samowar ze stołu, wypił herbatę w przedpokoju i zbierał się do domu, zapytałem go jeszcze:

— A jak się nazywa ta wiedźma?

— Manujlicha — opryskliwie i posępnie odpowiedział Jarmoła.

Chociaż gajowy nigdy nie zdradzał swych uczuć, jednak, zdaje się, był do mnie przywiązany; źródłem przywiązania była jednakowa u obu namiętność myśliwska, mój bezpośredni stosunek do niego, pomoc, którą niosłem od czasu do czasu jego wiecznie głodującej rodzinie, a przede wszystkim ta okoliczność, że nigdy nie karciłem go za pijaństwo, czego Jarmoła nie znosił. Dlatego też moje postanowienie ujrzenia wiedźmy wprawiło go w ponury nastrój, który uzewnętrznił się przyśpieszonym sapaniem, kopnięciem z całej siły psa — Rabczyka po wyjściu na ganek. Rabczyk zaskowyczał żałośnie i uskoczył w bok, jednak natychmiast pobiegł za Jarmołą, skomląc bez przerwy.

III

Po dwóch dniach ociepliło się. Pewnego razu, wczesnym rankiem, Jarmoła wszedł do mego pokoju i oświadczył obojętnie:

— Trzeba fuzje oczyścić, panyczu.

— Co się stało? — zapytałem przeciągając się pod kołdrą.

— Zając w nocy silnie chodził: śladów dużo. Pójdziemy na ponowę do dworskiego lasu?

Wiedziałem, że Jarmoła rwie się do polowania i że jedynie ukrywa namiętną żądzę myśliwską pod maską wymuszonej obojętności. Tak było w istocie. W przedpokoju stała już w kącie jego jednorurka, przed którą ani jednemu bekasowi nie udało się umknąć, pomimo że nasada lufy upstrzona była licznymi cynowymi łatami, nałożonymi w miejscach, gdzie rdza i gazy prochowe przeżarły żelazo.

Od razu po wejściu w las trafiliśmy na świeży ślad zajęczy: dwie łapki obok siebie i dwie z tyłu, jedna za drugą. Zając wyszedł na drogę, przebiegł po niej z paręset metrów i ogromnym susem skoczył z drogi do sosnowego młodniaka.

— No, teraz będziemy mu zachodzić — powiedział Jarmoła. — Jak dał stąd łamańca, tak tu i położy się. Niech panycz idzie... — Zamyślił się, miarkując po sobie tylko wiadomych znakach, dokąd mamy się udać...

— Niech panycz idzie do starej karczmy. Ja obejdę go od Zamłynu. Jak tylko go pies wypędzi, krzyknę panyczowi.

W tej samej chwili zniknął, jakby dał nurka w gęstwinę niewysokich zarośli. Natężyłem słuch. Najmniejszy szelest nie zdradził jego kłusowniczego kroku, żadna gałązka nie skrzypnęła pod jego nogami, obutymi w postoły 3 .

Nie śpiesząc się dotarłem do starej karczmy — nie zamieszkanej, zmurszałej chaty — i stanąłem na skraju sosnowego lasu pod potężną, wysokopienną sosną. Było tak cicho, jak bywa tylko w lesie zimą w bezwietrzny dzień. Kiście śniegu, zwisające z gałęzi, pochylały je ku dołowi, nadając im świąteczny i surowy wygląd. Od czasu do czasu spadała z wierzchołka cieniutka gałązka i nadzwyczaj wyraźnie słychać było, jak z lekkim trzaskiem, zawadzała w locie o inne gałązki. Śnieg mienił się różowymi barwami w słońcu i błękitniał w cieniu. Wziął mnie w swe posiadanie cichy czar tego uroczystego, chłodnego milczenia i wydawało mi się że czuję, jak powoli i bezszelestnie przechodzi koło mnie czas...

Nagłe daleko, w samej gęstwinie, rozległo się ujadanie Rabczyka — charakterystyczne ujadanie psa idącego za zwierzyną, cienkie, rozedrgane i nerwowe, przechodzące niemal w skowyt. Jednocześnie usłyszałem głos Jarmoły, który w zapamiętaniu wrzeszczał za, Rabczykiem: „U-byj! U-byj”, pierwszą sylabę — przeciągłym, ostrym falsetem, drugą — urywanym basem (dopiero po upływie długiego czasu dowiedziałem się, że ten poleski okrzyk myśliwski pochodzi od czasownika „ubić”).

Wydawało mi się, sądząc po kierunku, z którego dobiegało ujadanie, że pogoń odbywa się na lewo ode mnie. Przeciąłem spiesznie polankę chcąc zabiec drogę zwierzynie. Nie zrobiłem jednak dwudziestu kroków, gdy duży, szary zając wyskoczył zza pnia i jak gdyby nie śpiesząc się, stuliwszy długie uszy, wysokimi, powolnymi susami przesadził drogę i skrył się w młodniaku. Tuż za nim wyskoczył pędzący Rabczyk. Ujrzawszy mnie machnął z lekka ogonem, chwycił zębami nieco śniegu i pognał znów Za zającem.

Jarmoła wynurzył się naglę z gęstwiny równie cicho, jak przedtem był zniknął.

— Dlaczego panycz nie zaszedł mu drogi? — krzyknął, cmokając z wyrzutem językiem.

— Przecież za daleko było... ze dwieście kroków.

Widząc moje zmieszanie Jarmoła zmiękł.

— To nic... Nie ucieknie nam! Niech panycz idzie na irinowski trakt, zaraz tam wyskoczy.

Poszedłem we wskazanym kierunku i już po dwóch minutach usłyszałem, że pies goni zająca gdzieś opodal.

Porwany zapałem łowieckim, trzymając dubeltówkę przed sobą, pobiegłem na, przełaj przez gęstwinę, łamiąc po drodze gałęzie i nie zwracając uwagi na dotkliwe ich uderzenia. Biegłem tak dość długo i już brakło mi tchu, gdy ujadanie nagle urwało się. Zwolniłem, kroku. Zdawało mi się, że jeśli będę iść wprost przed siebie, to na pewno spotkam się z Jarołą na irinowskim szlaku. Niebawem jednak przekonałem się, że podczas biegu, omijając pnie i krzaki, nie myślałem zupełnie o kierunku i w rezultacie zabłądziłem. Zacząłem wówczas nawoływać Jarmołę. Gajowy nie odpowiadał.

Tymczasem machinalnie szedłem wciąż prosto przed siebie. Las zaczął się nieco przerzedzać, grunt powoli opadał, pojawiły się kępy. Odciski butów na śniegu szybko ciemniały i napełniały się wodą. Kilka razy już zapadałem po kolana. Musiałem przeskakiwać z kępy na kępę; pokrywał je gęsty, brunatny mech, w którym nogi tonęły jak w puszystym dywanie.

Zarośla skończyły się niebawem. Znalazłem się nad obszernym, okrągłym trzęsawiskiem, z lekka przyprószonym śniegiem, spod którego wyglądały pojedyncze kępy. Na przeciwległym krańcu błota, między drzewami, bielały ściany jakiejś chaty. „Irinowska leśniczówka zapewne — pomyślałem. — Trzeba by wstąpić i spytać o drogę”. Przedostanie się do chaty nie było jednak takie łatwe. Co chwila zapadałem po kolana w błoto. Przemoczyłem buty, które przy każdym kroku głośno chlupały, i z wielkim wysiłkiem ciągnąłem nogi za sobą.

Wybrnąłem wreszcie z trzęsawiska i wdrapałem się na mały pagórek, skąd widać było doskonale chatę. Nie była to zresztą chata, raczej chatka na kurzej nóżce — jak w bajce. Nie miała fundamentów, lecz opierała się na palach, widocznie ze względu na powodzie, które zatapiały wiosną cały las irinowski. Jedna ze ścian osiadła z biegiem czasu i dlatego domek jak gdyby okulał i wyglądał smutnie. W oknach brakowało paru szyb; miejsce ich zajęły jakieś brudne szmaty, sterczące na zewnątrz.

Nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. W chacie było bardzo ciemno, a ponieważ przedtem wpatrywałem się długo w śnieg, przed oczyma ujrzałem tylko fioletowe plamy. Przez dobrą chwilę nie mogłem zorientować się, czy ktoś jest w chacie.

— Ej, dobrzy ludzie, czy jest kto w domu? — zapytałem głośno.

Coś poruszyło się koło pieca. Podszedłem bliżej i zobaczyłem staruchę siedzącą na podłodze przed olbrzymią kupą kurzego pierza. Starucha brała po kolei każde pióro do rąk, zdzierała puch i kładła go do koszyka, a trzonki odrzucała na ziemię.

„Przecież to Manujlicha, irinowska wiedźma” — wpadło mi na myśl, gdy przyjrzałem się jej dokładniej. Wszystkie rysy Baby Jagi, znane z baśni ludowej, znalazły tu swe ucieleśnienie: chude, wpadnięte policzki przechodziły u dołu w ostry, długi, zwiędły podbródek, stykający się prawie ze zwisającym w dół nosem; bezzębne, zapadłe usta poruszały się nieustannie, jak gdyby przeżuwając jakiś pokarmi; wyblakłe, niegdyś niebieskie oczy, zimne, okrągłe i wypukłe, o bardzo wąskich, czerwonych powiekach, patrzały na świat jak oczy niezwykłego, złowieszczego ptaka.

— Jak się masz, babciu! — powiedziałem możliwie najuprzejmiej. — Czy nie nazywasz się przypadkiem Manujlicha?

W odpowiedzi z piersi staruchy wydobył się jakiś bełkot i rzężenie, po czym z jej bezzębnych, mamroczących ust wydostały się dziwaczne dźwięki, przypominające chwilami krakanie tracącej oddech starej wrony, to znów przechodzące w ochrypły, urywany falset.

— Kiedyś dobrzy ludzie może i nazywali mnie Manujlichą... A teraz nazywają Zaranką, a wołają cyranką. A ty czego chcesz? — spytała nieżyczliwie, nie przerywając swego jednostajnego zajęcia.

— Widzisz, babciu, zabłądziłem. Czy nie znajdzie się dla mnie trochę mleka?

— Nie ma mleka — ze złością odburknęła starucha. — Wielu was po lesie chodzi... Nie nakarmisz wszystkich, nie napoisz...

— Aleś ty, babciu, niegościnna...

— Twoja prawda, dobrodzieju: całkiem niegościnna jestem, Ptasiego mleka dla was nie trzymamy. Zmęczony jesteś — posiedź sobie, z chaty nikt cię nie wypędza. Wiesz, jak przysłowie powiada: „Daj kurze grzędę — ona: wyżej siądę”. Sam rozumiesz...

Te wyrażenia upewniły mnie od razu, że starucha nie pochodzi z tych stron: na Polesiu nie lubią i nie potrafią ocenić tego daru wymowy, który posiada zawołany gawędziarz — mieszkaniec północnej Rosji, sypiący jak z rękawa ciętymi słówkami i przysłowiami.

Tymczasem starucha, nie odrywając się od pracy, mamrotała coś pod nosem, coraz ciszej wszakże i niewyraźniej. Zrozumiałem z tego zaledwie kilka słów, nie powiązanych ze sobą: „Babka Manujlicha, ot tobie masz... A co za jeden — nie wiadomo... Wierci się taki jak sroka, na miejscu usiedzieć nie może...”

Przysłuchiwałem się temu przez pewien czas w milczeniu i nagła myśl, że mam przed sobą obłąkaną, wzbudziła we mnie strach połączony ze wstrętem.

Tymczasem zdążyłem już rozejrzeć się po izbie. Znaczną jej część zajmował wielki, popękany piec. W kącie, na ścianie, nie było świętych obrazów. Nie było także portretów nie znanych nikomu generałów ani pospolitych myśliwych o zielonych wąsach, w towarzystwie fioletowych psów. Zamiast nich wisiały pęczki zasuszonych ziół, wiązki pomarszczonych korzonków i naczynia kuchenne. Sowy ani czarnego kota nie zauważyłem, natomiast dwa duże, pstre szpaki przypatrywały mi się z pieca ze zdziwieniem i niedowierzaniem.

— Babciu, a wody przynajmniej można się napić? — zapytałem podnosząc głos.

— Tam w kadzi — kiwnęła głową stara.

Woda cuchnęła błotną stęchlizną. Podziękowałem starej (nie zwróciła na to najmniejszej uwagi) i spytałem, jak wydostać się na trakt.

Manujlicha podniosłą nagle głowę, przyjrzała mi się uważnie swymi ptasimi, zimnymi oczami i pośpiesznie wymamrotała:

— Idź, idź... idź, mołojcze, swoją drogą. Nie masz tu nic do roboty... Dobry gość długo nie siedzi z podarkiem... Idź już stąd, ojczulku...

Nic mi innego już nie pozostawało, jak tylko odejść. Zbierałem się już do wyjścia, gdy wtem przyszło mi na myśl, żeby uciec się do ostatecznego środka mogącego udobruchać staruchę. Wyjąłem z kieszeni nową srebrną monetę i pokazałem ją Manujlisze. Nie zawiodłem się. Na widok pieniędzy stara poruszyła się, otworzyła szerzej oczy i wyciągnęła po pieniądz haczykowate, obrzmiałe i drżące palce.

— E, co to, to nie, babciu Manujlicho, za darmo nie dostaniesz — drażniłem się z nią, chowając monetę. — Musisz mi powróżyć.

Brunatna, zmarszczona twarz czarownicy wykrzywiła się z niezadowolenia. Wahała się widocznie i, niezdecydowana, spoglądała na moją pięść, w której zacisnąłem pieniądz. Chciwość jednak zwyciężyła.

— To już lepiej idź sobie — wymamrotała wstając z wysiłkiem z podłogi. Nikomu teraz nie wróżę, gołąbku... Zapomniałam... Zestarzałam się, oczy nie widzą. Chyba że tylko tobie.

Opierając się o ścianę i dygocąc przy każdym kroku całym ciałem, zbliżyła się do stołu, wyjęła steraną talię rozpęczniałych, brudnych kart, potasowała je i położyła przede mną.

— Przełóż no... lewą rączką przełóż... Od serca...

Splunęła na palce i zaczęła mi kłaść kabałę. Karty padały na stół, wydając taki dźwięk, jak gdyby były ulepione z ciasta, i układały się w regularną ośmioramienną gwiazdę. Gdy ostatnia karta upadła zewnętrzną stroną na króla, Manujlicha wyciągnęła do mnie rękę.

— Pozłocić trzeba, jasny panie... Szczęśliwy będziesz, bogaty będziesz... — zaśpiewała jak najprawdziwsza, żebrząca Cyganka.

Dałem jej przygotowany pieniądz. Starucha małpim ruchem schowała go do ust.

— Duży majątek cię czeka po długiej podróży — zaczęła utartą formułą. — Spotkasz damę dzwonkową i będziesz miał przyjemną rozmowę w rządowym domu. W krótkim czasie otrzymasz wiadomość od króla żołędnego. Wypadają ci jakieś kłopoty, a potem znowu otrzymasz niewielkie pieniądze. Będziesz w dużej kompanii, będziesz pijany... Nie na umór, ale zawsze jakaś tam pijatyka. Czeka cię długie życie. Jeżeli nie umrzes w sześćdziesiątym siódmym roku, to...

Nagle przerwała, podniosła głowę i zaczęła nasłuchiwać. I ja nastawiłem uszu. Jakiś świeży i dźwięczny kobiecy głos śpiewał, zbliżając się do chaty. Poznałem od razu słowa melodyjnej ukraińskiej piosenki:

Oj, czy cwit, czy ni cwit

Kałynońku łomyt.

Oj, czy son, czy ne son

Holowońku kłonyt.

— No, idź już sobie, gołąbku, — zakrzątała się z niepokojem starucha odsuwając mnie ręką od stołu. — Po co masz cudze progi obijać. Nic tu po tobie...

Chwyciła nawet za rękaw kurtki i pociągnęła mnie ku drzwiom. Na twarzy malował się wyraz zwierzęcego strachu.

Głos śpiewający piosenkę zamilkł nagle tuż koło chaty, szczęknęła żelazna klamka i w energicznie otwartych drzwiach ukazała się rosła, roześmiana dziewczyna. Ostrożnie podtrzymywała oburącz pasiasty fartuszek, z którego wyglądały trzy maleńkie ptasie główki o czerwonych szyjkach i czarnych, błyszczących oczkach.

— Popatrz, babuniu, znowu zięby przyplątały się do mnie — zawołała ze śmiechem — zobacz, jakie pocieszne... Głodniuteńkie. A właśnie, jak na złość, nie miałam chleba ze sobą.

Ujrzawszy mnie urwała wpół słowa i zarumieniła, się po same uszy. Z wyrazem niezadowolenia ściągnęła wąskie, czarne brwi i spojrzała pytająco na staruchę.

— Widzisz, jakiś pan przyszedł... Pyta o drogę — wyjaśniła starucha, — No, ojczulku — zwróciła się do mnie stanowczym tonem — dość już bąki zbijać. Napiłeś się wody, porozmawiałeś — komu w drogę, temu czas. My tobie nie kompania...

— Słuchaj, moja miła — zwróciłem się do dziewczyny. — Wskaż mi, proszę, drogę na irinowski trakt, bo inaczej na wieki ugrzęznę w waszym błocie.

Na dziewczynę podziałał widocznie ton grzecznej prośby, jakim wypowiedziane zostały te słowa, gdyż usadowiła zięby na piecu obok szpaków, rzuciła na ławę zdjętą przed chwilą świtkę i milcząc wyszła z chaty.

Udałem się za nią.

— Czy wszystkie twoje ptaki są oswojone? — zapytałem doganiając dziewczynę.

— Oswojone — odparła krótko, nie patrząc nawet na mnie. — Widzi pan — powiedziała zatrzymując się u płotu — o, tamtą ścieżkę, między sosnami. Widzi pan?

— Widzę...

— Niech pan idzie nią prosto i prosto. Jak pan dojdzie do pnia dębowego, trzeba skręcić na lewo, a potem prosto już lasem i zaraz będzie irinowski trakt.

Podczas gdy dziewczyna wskazywała mi ręką kierunek, przyglądałem się jej z mimowolnym zachwytem. Nie przypominała ona w niczym miejscowych „diwczat”, których twarze, owinięte w szkaradne chustki, przykrywające u góry czoło, a u dołu usta i podbródek, mają tak jednakowy, wystraszony wyraz. Moja nieznajoma, wysoka brunetka lat dwudziestu — do dwudziestu pięciu, ubrana była swobodnie i z wdziękiem. Obszerna, biała koszula okrywała młodą, zdrową pierś. Swoiste piękno jej twarzy pozostawiało w pamięci niezatarte wrażenie, jednak przyzwyczaić się choćby do niej lub opisać ją było rzeczą trudną. Powab jej tkwił w dużych, błyszczących, ciemnych oczach, którym wąskie, załamane pośrodku brwi nadawały ledwo dostrzegalny wyraz figlarności, naiwności, a zarazem despotyzmu, w smagłoróżowej cerze i w kapryśnym wygięciu warg, z których dolna, nieco pełniejsza, wysuwała się ku przodowi.

— Nie boicie się mieszkać same w takiej głuszy? — spytałem przystając u opłotka.

Dziewczyna obojętnie wzruszyła ramionami.

— A czego się bać? Wilki tu nie przychodzą.

— Czy tylko wilki są straszne na święcie... Śniegiem was może zasypać, pożar może się zdarzyć... Albo jeszcze coś innego. Same tu jesteście, nikt wam nie pomoże.

— I chwała Bogu! — machnęła lekceważąco ręką. — Żęby nam z babcią dali święty spokój, toby lepiej było, a tak...

— A tak, to co?

— Kto za dużo wie, ten prędko się starzeje — przecięła dziewczyna. — A pan kto taki? — spylała niespokojnie.

Domyśliłem się, że starucha i nieznajoma ślicznotka obawiają się jakichś szykan ze strony władzy, i nie omieszkałem jej uspokoić.

— Nie masz się co mnie obawiać. Nie jestem ani wójtem, ani pisarzem, ani z akcyzy, słowem — żadna władza.

— A nie kłamie pan czasem?

— Daję ci słowo honoru, że jestem tu całkiem obcy. Przyjechałem na parę miesięcy, a potem pojadę sobie. Jeśli chcesz, to nawet nie powiem nikomu, że byłem tutaj i widziałem was. Wierzysz mi?

Twarz dziewczyny rozjaśniła się nieco.

No, jeśli pan nie łże, to widocznie prawdę mówi. A pan czy słyszał kiedy o nas, czy sam zaszedł?

— Sam nie wiem, jakby ci tu powiedzieć... Coś tam o was, powiedzmy, słyszałem i nawet chciałem zobaczyć przy okazji, ale dziś trafiłem przypadkowo, zabłądziłem... No, a teraz powiedz mi, dlaczego boicie się ludzi? Krzywdzą was?

Dziewczyna spojrzała na mnie badawczo i z niedowierzaniem. Miałem jednak czyste sumienie i wytrzymałem jej spojrzenie bez drgnienia powiek. Wówczas zaczęła mówić z rosnącym podnieceniem:

— Źle nam się od nich dzieje... Z prostymi ludźmi jeszcze pół biedy, ale za to władza... Przyjedzie uriadnik — ciągnie co się da, przyjedzie stanowy — tak samo. A jeszcze nim weźmie, babkę sponiewiera: ty wiedźmo jedna, krzyczy, diabli pomiocie, katorżnico... Ech, co tu dużo mówić!

— A ciebie nie ruszają? — wyrwało mi się nieostrożne pytanie.

— Nie ruszają... Raz mierniczy jakiś polazł do mnie... Pogłaskać mu się zachciało... To tak go pogłaskałam, że i dziś chyba pamięta.

W tych drwiących, a zarazem dumnych słowach zabrzmiała taka pewność siebie, że pomyślałem mimo woli: „Nie darmo wyrosłaś wśród poleskiej puszczy — nie ma z tobą żartów jak widać”.

— Czy my kogo ruszamy! — ciągnęła nabierając do mnie coraz większego zaufania. — Ludzie nam niepotrzebni. Tylko raz w roku pójdę do miasteczka po mydło i sól... I po herbatę dla babci — żyć bez niej nie może. A tak, to nikogo nie chcemy widzieć.

— Widzę, żeście z babcią naprawdę nieżyczliwe dla ludzi... Czy ja będę mógł przyjść kiedyś na chwilkę?

Dziewczyna uśmiechnęła się i jakoś dziwnie i nieoczekiwanie zmieniła się jej piękna twarz! Poprzednia surowość zniknęła bez śladu, miejsce jej zajął wyraz dziecinnej nieśmiałości.

— Co pan u nas będzie robił? Nudno u nas... Cóż, proszę przychodzić, jeśli z pana naprawdę dobry człowiek, Tylko, ot co... Jeśli pan trafi kiedy do nas, to już lepiej bez strzelby...

— Boisz się?

— Czego mam się bać? Niczego się nie boję — w głosie zabrzmiała znów głęboka pewność swej siły. — Tylko nie lubię tego. Po co zabijać ptaszki albo i zające. Nikogo nie krzywdzą, a żyć chcą tak jak ludzie. Lubię je: takie to, maleńkie, głupie takie... No, ale do widzenia, panie... — poruszyła się nagle — nie wiem nawet, jak panu z imienia... Boję się, że babcia krzyczeć będzie.

Lekko i szybko pobiegła w kierunku chaty, pochylając głowę i przytrzymując rękami włosy od wiatru.

— Poczekaj, poczekaj — krzyknąłem. — Jak się nazywasz? Zawrzyjmy znajomość jak należy.

Dziewczyna przystanęła na chwilkę i odwróciła się ku mnie.

— Alona mi na imię... Po tutejszemu — Olesia.

Zarzuciłem dubeltówkę na ramię i poszedłem we wskazanym kierunku. Wszedłszy na niewielki pagórek, skąd zaczynała się wąska, ledwo widoczna ścieżka leśna, obejrzałem się. Czerwona spódnica Olesi, trzepocząca z lekka na wietrze, widniała jeszcze na ganeczku, odcinając się jaskrawą plamą od oślepiająco białego, jednostajnego tła śniegu. W godzinę po mnie przyszedł do domu Jarmoła. Żywiąc, jak zwykle, niechęć do czczej gadaniny, nie spytał mnie nawet słowem, gdzie i jak zbłądziłem. Rzekł tylko, jak gdyby mimochodem:

— Tam... zająca przyniosłem na kuchnię... Piec będziemy, czy pośle panycz komu?

— A czy wiesz, Jarmoła, gdzie byłem dzisiaj? — zapytałem wyobrażając sobie zawczasu zdziwienie gajowego.

— Dlaczego mam nie wiedzieć? — opryskliwie mruknął. — Wiadomo, do wiedźmaków panycz chodził...

— Skąd wiesz?

— Dlaczego mam nie wiedzieć? Słyszę, że panycz głosu nie podaje, to wróciłem na ślad... Ech, panyczu — dodał ze złością i Wyrzutem. — Brzydko, żeby panycz takimi sprawami się zajmował... Grzech!...

IV

Wiosna owego roku nastąpiła wcześnie, bez kaprysów i — jak zwykle na Polesiu — nieoczekiwanie. Wzdłuż wiejskich ulic spływała burzliwie woda tworząc brunatne strumyki, pieniące się gniewnie u napotkanych kamieni i kręcące porwane prądem wióry i gęsie pierze; w olbrzymich kałużach odbijało się niebo i płynące na nim okrągłe, wirujące jak gdyby, obłoki; ze strzech gęsto spadały dźwięczne krople. Wróble, które stadami oblepiały przydrożne łoziny, krzyczały tak głośno i z takim podnieceniem, że nic nie było słychać w tym rozgardiaszu. Wszędzie czuło się radosną, pośpieszną żądzę życia.

Śnieg stajał i tylko w parowach i cienistych laskach leżał jeszcze brudnymi, kruchymi płatami. Spod śniegu wyglądała obnażona, mokra, ciepła ziemia, która odpoczęła podczas zimy, a teraz nabrzmiewała świeżymi sokami i żądzą nowego macierzyństwa. Nad czarnymi niwami unosił się lekki opar, który przesycał powietrze zapachem odtajałej ziemi — tą świeżą, potężną i upajającą wonią wiosny, którą nawet w mieście można od razu poznać wśród wielu innych zapachów. Wydawało mi się, że jednocześnie z tym aromatem napełnia mą duszę wiosenna tęsknota, słodka i trwożna, pełna niespokojnych oczekiwań i mglistych przeczuć — poetycka tęsknota, która wszystkim kobietom dodaje uroku w oczach mężczyzn i zabarwiona jest zawsze uczuciem żalu po minionych wiosnach. Noce były coraz cieplejsze; w ich gęstym, wilgotnym mroku dawała się wyczuć niewidzialna, gorączkowa, twórcza praca natury...

Podczas tych wiosennych dni nie przestawałem myśleć o Olesi. Lubiłem kłaść się samotnie, przymykać oczy, by skupić się bardziej i wywołać w pamięci jej surowe, to znów figlarne to wreszcie jaśniejące czułym uśmiechem oblicze, jej młode ciało, które wyrosło w bezkresnych obszarach starego lasu jak wysmukla i prężna młoda sosna, jej świeży głos rozbrzmiewający nieoczekiwanie niskimi, aksamitnymi tonami...

„We wszystkich jej ruchach, we wszystkich odezwaniach — myślałem — jest coś szlachetnego (w najlepszym znaczeniu tego dość oklepanego wyrażenia), jakiś wrodzony wytworny umiar...” Pociągał mnie także w Olesi otaczający ją nimb tajemniczości, słuchy o uprawianych przez nią czarodziejskich praktykach, to, że mieszka w leśnym uroczysku, wśród bagien, a zwłaszcza duma i wiara w swe siły, którą wyczułem w nielicznych skierowanych do mnie słowach.

Nic też dziwnego, że gdy tylko obeschły nieco leśne ścieżki, udałem się do chatki na kurzej nóżce. Na wypadek gdyby zaszła konieczność udobruchania gderliwej staruchy, wziąłem z sobą pół funta herbaty i kilka garści cukru w kawałkach.

Zastałem obie kobiety w domu. Stara krzątała się koło buchającego żarem pieca, a Olesia, siedząc na wysokiej ławeczce, przędła len; na odgłos otwieranych drzwi odwróciła się, nic urwała się jej w palcach i wrzeciono potoczyło się po podłodze.

Starucha mierzyła mnie przez chwilę przenikliwym i złym wzrokiem, marszcząc się i zasłaniając twiarz dłonią od gorąca buchającego z pieca.

— Jak się masz, babciu! — powiedziałem donośnym, raźnym głosem. — Nie poznałaś mnie chyba? Pamiętasz, przychodziłem w zeszłym miesiącu i pytalem o drogę? Wróżyłaś mi wtedy.

— Nic nie pamiętam, ojczulku — odburknęła starucha potrząsając z niezadowoleniem głową — nic nie pamiętam. I czegoś ty tu u nas zapomniał — nijak nie rozumiem. My tobie nie kompania. Ludzie z nas prości, zwyczajni... Nie masz tu nic do roboty. Las wielki: miejsca starczy dla wszystkich...

Oszołomiony tak nieuprzejmym przyjęciem, stropiłem się zupełnie i znalazłem się w takiej głupiej sytuacji, kiedy nie wiadomo, co począć: czy zbyć wszystko żartem, czy rozgniewać się, czy też obrócić się na pięcie i odejść bez słowa. Mimo woli spojrzałem bezradnie na Olesię, która uśmiechnęła się lekko, z odcieniem delikatnej ironii, wstała od kołowrotka i podeszła do starej.

— Nie bój się, babciu — powiedziała pojednawczo — to dobry człowiek, nie zrobi nam nic złego. Niech pan siada, jeśli łaska — dodała wskazując mi gestem ławę pod oknem i nie zwracając uwagi na gderanie starej.

Ośmielony okazaną mi życzliwością, postanowiłem uciec się do decydującego argumentu.

— Jakaś ty gniewna, babciu... Gość jeszcze na progu, a ty już przeklinaisz. A ja gościniec tobie przyniosłem — powiedziałem wydostając zawiniątko z torby myśliwskiej.

Stara rzuciła bystrym okiem na zawiniątko, lecz natychmiast odwróciła się znów do pieca.

— Nie potrzeba mi żadnych twoich gościńców — odburknęła grzebiąc ze złością pogrzebaczem w piecu. — Znamy takich gości. Z początku choć do rany przyłóż, a potem... A co tam przyniosłeś? — spytała odwracając się nagle.

Natychmiast wręczyłem jej herbatę i cukier. Ułagodziło to nieco starą, która wprawdzie burcząła dalej pod nosem, jednak w bardziej pojednaw czym tonie.

Olesia zabrała się znów do przędzenia, a ja ulokowalem się koło niej na niskiej, krótkiej i nieco koślawej ławeczce. Olesia lewą ręką snuła szybko białą, miękką jak jedwab kądziel, prawą zaśwpra wiała w ruch wrzeciono, pozwalając mu opadać prawie do samej ziemi, by pochwycić je zręcznie i znów zmusić do obracania się. Robota ta, tak prosta na pierwszy rzut oka, w istocie jednak wymagająca olbrzymiej biegłości i długjoletniej wprawy, szła jej jak z płatka. Wzatrzymał się mimo woli na tych rękach; stwardniałe i popękane od pracy, były jednak drobne i tak kształtne, że mogłaby ich pozazdrościć niejedna panna z dobrego domu.

— A przecie nie powiedział mi pan, żę babcia panu wróżyła — odezwała się Olesia. Widząc, że z niepokojem obejrzałem się, dodała: — To nic, babcia głuchawa, nie dosłyszy. Ona tylko mój głos dobrze rozumie.

— Tak, wróżyła. A co?

— Ja tak sobie... Pytam tylko... A pan wierzy? — spojrzała na mnie ukradkiem.

— W co? W to, co twoja babka wywróżyła mi, czy w ogóle?

— Nie, w ogóle...

— Jakby tu powiedzieć, raczej nie wierzę, a zresztą, kto wie? Bywają, jak mówią, wypadki... Nawet w mądrych książkach o tym piszą. Ale w to, co twoja babka mówiła — wcale nie wierzę. Tak to każda wiejska baba potrafi wróżyć.

Olesia uśmiechnęła się.

— To prawda, źle teraz wróży. Zestarzała się i do tego boi się bardzo. A co panu w kartach wypadło?

— Nic ciekawego. Już nawet nie pamiętam. To, co zwykle: daleka droga, rozmowa w rządowym domu, żołędna dama, sercowe sprawy... Naprawdę, nie pamiętam.

— Tak, tak, zła z niej teraz wróżka. Zapomniała wszystkiego na starość. To już nie dla niej. Boi się zresztą. Chyba że pieniądze zobaczy, to jeszcze powróży.

— Czego się boi?

— Wiadomo czego — władzy się boi... Uriadnik, jak przyjedzie, to zawsze grozi: „Ja, powiada, w każdej chwili mogę cię sprzątnąć. Wiesz, powiada, co takim jak ty za czarodziejstwo się należy? Zesłanie na katorgę, bez terminu, na Wyspę Sokolą”. Jak pan myśli, on prawdę mówi czy kłamie?

— Nie, tak zupełnie to już nie kłamie; za te rzeczy naprawdę grozi jakaś kara, tylko znów nie taka straszna... No, a ty, Olesiu, umiesz wróżyć?

Olesia jak gdyby zmieszała się, trwało to jednak tylko chwilę.

— Wróżę... Ale nie za pieniądze — dodała z pośpiechem.

— To może i mnie położysz kabałę?

— Nie — odpowiedziała cicho i stanowczo, potrząsając głową.

— Dlaczego nie chcesz? Jeśli nie teraz, to kiedyś, w przyszłości... Wydaje mi się dlaczegoś, że powiesz prawdę...

— Nie. Nie będę. Za nic na świecie nie będę.

— Wiesz, Olesiu, że to już nieładnie. Przez wzgląd na naszą znajomość nie możesz odmówić. Dlaczego nie chcesz się zgodzić?

— Dlatego, że już kładłam dla pana karty — drugi raz nie można.

— Nie można? Dlaczego? Nie rozumiem tego...

— Nie, nie można... nie można... — wyszeptała z zabobonnym strachem. — Losu nie można dwa razy doświadczać... Nie godzi się... Los nie lubi, żeby go pytać. Dlatego wszystkie wróżki są nieszczęśliwe.

Chciałem odpowiedzieć Olesi żartem, lecz nie mogłem: w jej słowach było tyle szczerego przekonania, że nawet, gdy wspominając o losie spojrzała z dziwnym lękiem na drzwi, mimowolnie zrobiłem to samo.

— Niech i tak będzie. Jeśli już nie chcesz mi powróżyć, to opowiedz przynajmniej, co ci wyszło w kartach — prosiłem.

Olesia odrzuciła nagle wrzeciono i dotknęła mej ręki.

— Nie... Lepiej nie trzeba — powiedziała wznosząc ku mnie oczy błagalnie i po dziecinnemu. — Niech pan nie prosi... Niedobrze panu wyszło w kartach... Nie trzeba prosić.

Nalegałem w dalszym ciągu. Chociaż nie mogłem zrozumieć, czy jej odmowa i tajemnicze aluzje do losu były tylko wypróbowanym manewrem wróżbiarskim, czy też dziewczyna wierzyła rzeczywiście w to, co mówi, jednak poczułem się jakoś nieswojo i ogarnął mnie dziwny niepokój.

— Niech już będzie — zgodziła się w końcu Olesia. — Tylko proszę pamiętać: jeśli coś się nie spodoba — nie trzeba się obrażać. A wyszło ot co: człowiek z pana słaby, choć dobry, ale dobroć ta nie z serca płynie. Słowa pan dotrzymać nie umie. Nad innymi lubi górą być, ale sam, choć nie chce, musi ich słuchać. Do kieliszka pan zagląda, a także... Jak mówić, to już wszystko po porządku... Do dziewcząt się pali i dużo nieszczęść przez to go w życiu spotka... O pieniądze nie dba i robić ich nie umie — bogatym pan nie będzie... Mówić dalej?...

— Mów, mów! Mów wszystko, co wiesz!

— Dalej wyszlo, że życie będzie pan miał niewe sołe. Nikogo sercem nie pokocha, bo serce ma zimne, leniwe, a kto pana pokocha — nie będzie szczęśliwy. Nigdy się pan nie ożeni, a tak i kawalerem umrze. Wielkich radości w życiu nie będzie miał, a dużo utrapień i zgryzot... Przyjdzie taki czas, że zechce, pan z własnej ręki zginąć... Będzie taka jedna sprawa... Ale odwagi zbraknie. I tak przecierpi... W wielką biedę pan wpadnie, ale pod koniec życia los się odwróci przez: śmierć jakiegoś bliskiego człowieka, i całkiem dla pana niespodziewanie. Tylko na to wszystko długo jeszcze czekać, a ot już, w tym roku... Nie wiem, kiedy akuratnie — karty mówią, że bardzo prędko... Może nawet w tym miesiącu...

— Co się zdarzy w tym roku? — spytałem, gdy Olesia znów utknęła na półsłówku.

— Boję się nawet mówić dalej. Wychodzi panu wielka miłość od damy żołędnej. Nie mogę zgadnąć, czy panna ona, czy zamężna, a tylko wiem, że z czarnymi włosami...

Mimo woli rzuciłem spojrzenie na głowę Olesi.

— Czemu się pan przygląda? — zaczerwieniła się nagle dziewczyna czując wzrok mój na sobie i z kobiecą przenikliwością odgadując myśli. — Tak, takie jak ja — ciągnęła poprawiając machinalnie włosy i rumieniąc się coraz bardziej.

— A więc powiadasz, że wielka miłość żołędna? — zażartowałem.

— Niech pan się nie śmieje, nie trzeba się śmiać — poważnie, niemal srogo zwróciła mi uwagę Olesia. — Szczerą prawdę panu mówię.

— No, dobrze, nie będę już, nie będę. Cóż dalej?

— Dalej... Oj! Źle wychodzi tej damie żołędnej, gorzej niż śmierć. Wstyd wielki przez pana ją czeka, taki, że całe życie pamiętać będzie, długi smutek jej wychodzi... A panu w jej planecie nic złego się nie zdarzy.

— Posłuchaj, Olesiu, a może karty cię oszukały? Po cóż mam robić tyle przykrości żołędnej damie? Jestem człowiekiem spokojnym, skromnym, a ty takie okropności o mnie wygadujesz.

— Tego już nie wiem. Tak i wyszło, że nie sam pan to zrobi — nie z umysłu, znaczy się, a tylko przez pana cała biedą spadnie... Wtedy dopiero moje słowa spełnią się i wspomni pan o mnie.

— I tęgo wszystkiego z kart się dowiedziałaś, Olesiu?

Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, niechętnie i wymijająco:

— Karty... Ja bez kart też mogę się wiele dowiedzieć, choćby z twarzy. Jeśli jakiemu człowiekowi, na przykład, w krótkim czasie zła śmierć sądzona — od razu z twarzy przeczytam; nawet rozmawiać z nim nie potrzebuję.

— Cóż takiego widzisz na jego twarzy?

— Sama nie wiem. Straszno raptem mi się zrobi, jakby to on już nieżywy przede mną stał. Choć babci zapytaj się pan, ona przyświadczy, że nie kłamię. Trofim, młynarz, w pozaprzeszłym roku u siebie we młynie powiesił się, a ja go na dwa dni przedtem widziałam i zaraz babce mówię: „Zobaczysz, babusiu, że Trofim rychłą śmiercią umrze”. Tak i wyszło. A w ostatnie zapusty zaszedł do nas koniokrad Jaszka, prosił babkę, żeby mu powróżyła. Babka położyła karty, zaczęła wróżyć. A on żartuje i pyta się: „Ty mi, babciu, powiedz, jaką śmiercią zginę?” A sam się śmieje. Ja, jak spojrzałam na niego, z miejsca się nie mogę ruszyć: widzę, Jaszka siedzi, a twarz jak u trupa, zielona. Oczy zamknięte, usta czarne... Potem za tydzień słyszymy, że Jaszkę chłopi złapali, kiedy im konie chciał wyprowadzić... Całą noc go bili... Ludzie u nas źli, litości nie mają... W pięty gwoździe mu powbijali, wszystkie żebra kołami połamali, tak że rankiem umarł.

— A dlaczego mu nie powiedziałaś, że czeka go nieszczęście?

— Po co mówić? — zaoponowała Olesia. — Co komu losem sądzone, od tego nie ucieknie. Jaszka tylko martwiłby się nadaremnie pod koniec życia... Mnie samej hadko na duszy, że tak naprzód widzę — patrzeć na siebie nie mogę... Ale co robić? Taki już mój los. Babka, kiedy młodsza była, też śmierć poznawała, i moja matka, i babki matka też — to nie z naszej woli... we krwi to mamy...

Olesia przestała prząść, pochyliła głowę i siedziała położywszy ręce na kolana. W jej oczach, o rozszerzonych źrenicach, wpatrzonych nieruchomo w przestrzeń, malował się jakiś niepojęty strach, poddanie się nadprzyrodzonym siłom i wiedzy tajemnej, w których mocy znajdowała się jej dusza.

V

Tymczasem stara nakryła stół czystym, wyszywanym ręcznikiem i postawiła na nim dymiący garnek.

— Chodź wieczerzać, Olesiu — zawołała wnuczkę i po krótkim, wahaniu dodała: — może i pan z nami posili się... tylko że jedzenie niesmaczne, zup nie gotujemy, po prostu krupniczek połowy...

Nie można powiedzieć, żeby zaproszenie to miało coś wspólnego z naleganiem, ale Olesia poprosiła mnie z taką miłą prostotą i z tak uprzejmym uśmiechem, że chcąc nie chcąc siadłem do stołu. Olesia nalała mi pełny talerz krupniku — a właściwie rosołu na kurze, z kaszą gryczaną, słoniną, kartoflami i cebulą. Ani babka, ani wnuczka nie przeżegnały się siadając do stołu. Podczas kolacji obserwołałem uważnie obie kobiety, ponieważ według mego głębokiego przekonania, które zachowałem po dziś dzień, charakter człowieka nigdy nie uwidacznia się tak wyraźnie, jak podczas jedzenia. Stara połykała krupnik z pośpieszną chciwością, głośno mlaskając i pakując do ust tak wielkie kęsy chleba, że na, jej zwiotczałych policzkach powstawały duże guzy, poruszające się z miejsca na miejsce. Olesia natomiast nawet w sposobie jedzenia przejawiała jakąś wrodzoną delikatność.

W godzinę po kolacji pożegnałem się z gospodyniami chatki na kurzej nóżce.

— Odprowadzę pana trochę, chce pan? — zaproponowała Olesia.

— Cóż ty za odprowadzania wymyśliłaś? — gniewnie mruknęła starucha — Nie możesz usiedzieć na miejscu!

Olesia jednak narzuciła już na głowę czerwoną kaszmirową chustkę i nagle podbiegłszy do babki, uścisnęła ją i głośno pocałowała.

— Babciu kochana, droga, złota... ja tylko na chwilkę i — zaraz z powrotem.

— No, dobrze już, dobrze, frygo jedna — broniła się słabo przed pieszczotami stara. — Niech pan źle o niej nie myśli; jeszcze to takie głupie.

Idąc wąską ścieżką, wyszliśmy na drogę leśną, czarną od błota, wydeptaną kopytami i pokrytą bruzdami kolein napełnionych wodą, w której odbijał się pożar wieczornej zorzy. Szliśmy skrajem drogi, usypanym brunatnymi zeszłorocznymi liśćmi, które nie zdążyły jeszcze obeschnąć po uwolnieniu się od śniegu. W tej martwej żółciźnie gdzieniegdzie tylko podnosiły liliowe główki duże sasanki — najwcześniejsze kwiaty na Polesiu.

— Posłuchaj, Olesiu — zacząłem — chciałbym bardzo zapytać cię o coś, ale boję się, że pogniewasz się na mnie... Powiedz mi, czy to prawda, co ludzie mówią, że twoja babka jest... jakby tu powiedzieć?...

— Czarownica? — spokojnie pomogła mi Olesia.

— Nie... Nie czarownica... — zmieszałem się. — A zresztą tak — czarownica. Dlaczegóż by nie miała znać jakichś ziół, lekarstw czy zamawiań?... Jeśli ci ta rozmowa sprawia przykrość, możesz nie odpowiadać.

— Nie, dlaczego — odparła prosto — nie ma tu nic nieprzyjemnego. Babka naprawdę jest czarownicą, tyle tylko, że już zestarzała się i nie potrafi tego co przedtem.

— A co przedtem umiała? — zaciekawiłem się.

— Różne rzeczy. Leczyć umiała, na zęby pomagała, uroki odczyniała, zamawiała, jak kogo wściekły pies ukąsił czy żmija, skarby odszukiwała... wszystkiego nie przeliczysz.

— Wiesz co, Olesiu... Wybacz mi, ale ja temu wszystkiemu nie wierzę. Powiedz mi otwarcie, przed nikim cię nie wydam: przecież to tylko sztuczki, żeby ludzi okpić.

Olesia wzruszyła ramionami.

— Niech pan myśli, co chce. Pewnie, że babę ze wsi oszukać to nic trudnego, ale pana bym nie oszukiwała.

— A więc wierzysz W czary?

— Jak mogę nie wierzyć? Przecież w naszym rodzie czary... Sama dużo rzeczy umiem.

— Olesiu, moja kochana... Gdybyś tylko wiedziała, jaki jestem tego ciekaw. Naprawdę nic mi nie pokażesz?

— Ależ dlaczego, pokażę, jeśli pan chce — zgodziła się chętnie Olesia. — Teraz pan sobie życzy?

— Tak, jeśli można, teraz.

— A bać się pan nie będzie?

— Co za głupstwa. W nocy tobym się może bał, ale jeszcze jasno na dworze.

— Dobrze. Niech pan da rękę.

Wyciągnąłem posłusznie rękę. Olesia szybko odwinęła rękaw mego palta, wyjęła spinkę z rękawa koszuli, następnie wydobyła ze swej kieszeni mały fiński nożyk i wyciągnęła go ze skórzanej pochwy.

— Co chcesz robić? — spytałem, czując, że ogarnia mnie strach dosyć podłego gatunku.

— Zaraz... Przecież pan powiedział, że nie będzie się bać.

Ręka jej wykonała nagle lekki, niedostrzegalny ruch i poczułem na swej ręce, nieco powyżej tego miejsca, gdzie bada się puls, przenikliwe dotknięcie ostrza. Wzdłuż całej szerokości cięcia ukazała się natychmiast krew, polała się po ręce i zaczęła ciurkiem kapać na ziemię. Ledwo powstrzymałem się od krzyku, i zdaje się, że zbladłem.

— Nie ma się czego bać, nie umrze pan z tego — uśmiechnęła się Olesia.

Ścisnęła mocno moją rękę powyżej rany i pochylając się nad nią, zaczęła prędka coś szeptać. Poczułem; na skórze ciepło jej przerywanego oddechu. Gdy Olesia wyprostowała się i rozluźniła uścisk palców, na miejscu rany widać było tylko zaczerwienione draśnięcie.

— No, co? Starczy? — zapytała z figlarnym uśmiechem, chowając swój nożyk. — Chce pan jeszcze?

— Oczywiście. Tylka, jeśli można prosić, żeby nie było tak straszne i bez rozlewu krwi.

— Co by to panu pokazać? — zamyśliła się Olesia. — No, choćby to: niech pan idzie przede mną drogą... Tylko nie wolno się odwracać.

— A to nie będzie straszne? — spytałem, starając się ukryć pod beztroskim uśmiechem trwożne oczekiwanie nieprzyjemnej niespodzianki.

— Nie, nie... Głupstwo... Niech pan idzie.

Poszedłem przed siebie, bardzo zaciekawiony doświadczeniem, czując za plecami wytężone spojrzenie Olesi. Nie przeszedłem nawet dwudziestu kroków, gdy potknąłem się na równej drodze i upadłem.

— Niech pan idzie dalej! — krzyknęła Olesia. — Nie odwracać się! Do wesela się zagoi... Trzeba się mocniej ziemi trzymać, kiedy pan będzie padać.

Poszedłem, dalej. Jeszcze dziesięć kroków i znów wywróciłem się jak długi.

Olesia roześmiała się głośno i klasnęła w dłonie.

— No, co? Zadowolony pan? — krzyknęła rozbawiona. — Wierzy pan teraz. Nic strasznego się nie stało. Poleciał pan na ziemię, a nie do nieba.

— Jak to zrobiłaś? — spytałem zdziwiony, strzepując z ubrania liście i źdźbła trawy. — Tajemnica?

— Jaka tam znów tajemnica. Z przyjemnością panu opowiem. Boję się tylko, że pan nie zrozumie... Nie potrafię wytłumaczyć...

Rzeczywiście nie zrozumiałem jej całkowicie. Jednakże, jeśli się nie mylę, ciekawa ta sztuczka polegała na tym, że dziewczyna, idąc za mną krok za krokiem i wpatrując się we mnie bez przerwy, starała się jednocześnie naśladować każdy, najmniejszy nawet mój ruch. Jeśli można się tak wy razić, utożsamiała się ze mną. Po przejściu w ten sposób kilku kroków Olesia starała się wyobrazić sobie w pewnej odległości przede mną sznur, przeciągnięty w poprzek drogi na wysokości kilkudziesięciu centymetrów. W chwili gdy moja noga powinna była zetknąć się z owym fikcyjnym sznurem, Olesia wykonywała ruch symulujący upadek i wówczas, według jej słów, najsilniejszy nawet człowiek niezawodnie przewracał się... Dopiero po wielu latach przypomniałem sobie zagmatwane tłuznaczenie Olesi, gdy przeczytałem sprawozdanie profesora Charcot o doświadczeniach przeprowadzonych przez niego z dwiema pacjentkami szpitala Salpêtrière, zawodowymi czarownicami, cierpiącymi na histerię. Byłem, bardzo zdziwiony dowiedziawszy się, że wiejskie czarownice we Francji uciekały się w podobnych wypadkach do tych samych metod, którymi posługiwała się piękna wiedźma poleska.

— O! Ja jeszcze dużo rzeczy umiem — oświadczyła z wielką pewnością siebie Olesia. — Na przykład mogę napędzić panu stracha.

— A to co znowu?

— Zrobię tak, że pan uczuje strach. Siedzi pan sobie wieczorem, na przykład u siebie w pokoju, i nagle ni z tego, ni z owego przyjdzie taki strach, że zadrży pan i nie będzie śmiał się obejrzeć. Tylko muszę wiedzieć, gdzie pan mieszka, i zobaczyć przedtem pański pokój.

— No, to już całkiem proste — wyraziłem powątpiewanie. — Przyjdziesz, postukasz w okno albo krzykniesz coś.

— Nie, wcale nie przyjdę... Będę wtenczas w lesie, nawet z chaty nie wyjdę... Będę tylko siedzieć i myśleć ciągle, że idę sobie ulicą, wchodzę do pańskiego domu... Pan tam siedzi... ot, choćby przy stole... ja skradam się po cichutku z tyłu... pan mnie nie słyszy... chwytam pana rękami za ramię i zaczynam ściskać... coraz silniej, silniej, silniej... a sama patrzę na pana... o tak — proszę spojrzeć...

Marszcząc swe wąskie brwi, spojrzała mi wprost w oczy groźnym i przyciągającym wzrokiem. Źrenice jej rozszerzyły się i pociemniały. Przyszła mi w tej chwili na myśl głowa Meduzy, praca niepamiętam już jakiego malarza, którą widziałem w Galerii Trietiakowskiej w Moskwie. Pod tym uporczywym, dziwnym spojrzeniem owładnął mną strach, lodowaty strach przed siłami nadprzyrodzonymi.

— Dosyć już, Olesiu... starczy — powiedziałem siląc się na uśmiech. — Znacznie bardziej mi się podobasz, kiedy się śmiejsz, masz wtedy taką miłą, dziecinną twarzyczkę

Poszliśmy dalej. Uświadoimiłem sobie nagle, że Olesia w rozmowie ze mną posługuje się niezwykle wyrazistymi, a nawet, jak na prostą dziewczynę, wykwintnymi zwrotami i wyrażeniami.

— Wiesz, Olesiu, co mnie bardzo dziwi W tobie? — powiedziałem. — Wyrosłaś w lesie, żywej duszy nie widziałaś... Czytałaś pewnie niewiele.

— Wcale czytać nie umiem.

— Tym bardziej... A mimo to tak ładnie mówisz, nie gorzej od najprawdziwszej panienki. Powiedz mi, skąd się to u ciebie wzięło? Rozumiesz, o co mi chodzi?

— Tak, rozumiem. To babcia mnie nauczyła... Niech pan nie sądzi o niej z wyglądu. Oj, jaka ona mądra! Jak się do pana przyzwyczai, to może kiedy i rozgada się... Wszystko wie, wszystko na świecie, o co jej nie zapytać. Zestarzała się już co prawda.

— Musiała na dużo rzeczy napatrzyć się w swoim życiu. Skąd pochodzi? Gdzie mieszkała przedtem?

Zdaje się, że pytania te nie podobały się Olesi. Odpowiedziała nie od razu, wymijająco i niechętnie:

— Nie wiem... Zresztą babka nie lubi o tym opowiadać. Jeśli nawet coś powie czasem, to zawsze prosi, żeby zapomnieć i więcej nie wspominać... No, na mnie czas zaczęła się żegnać Olesia — babka będzie się gniewać. Do widzenia... Przepraszam, nie znam pańskiego imienia.

Przedstawiłem się.

— Iwan Timofiejewicz? Teraz już wszystko w porządku. A więc do widzenia, Iwanie Timofiejewiczu! Niech pan nie gardzi naszą chatą, proszę nas odwiedzać!

Wyciągnąłem do niej rękę na pożegnanie i jej drobna, silna dłoń odpowiedziała mi mocnym i przyjacielskim uściskiem.

VI

Od tego dnia stałem się częstym gościem w chatce na kurzej nóżce. Za każdym razem Olesia witała mnie z właściwym jej umiarem i godnością. Zawsze jednak jakiś mimowolny ruch, którym zdradzała zadowolenie na mój widok, pozwalał mi wnioskować, że cieszy się z odwiedzin. Starucha burczała coś tam pod nosem, jak dawniej, jednak nie okazywała mi jawnej niechęci, niewątpliwie dzięki wstawiennictwu wnuczki; duże znaczenie w pozytywnym dla mnie sensie miały prezenty, które przynosiłem od czasu do czasu: to ciepłą chusteczkę, to słoik konfitur, to wreszcie butelkę nalewki wiśniowej. Między mną i Olesią weszło w zwyczaj, jakby w myśl milczącej obustronnej umowy, że odprowadzała mnie do irinowskiego traktu, gdy wracałem do domu. Podczas przechadzki odbywała się zazwyczaj taka ożywiona i ciekawa rozmowa, że staraliśmy się oboje przedłużyć drogę, idąc jak najwolniejszym krokiem skrajem lasu. Po dojściu do irinowskiego traktu odprowadzałem ją z powrotem jakieś pół kilometra, a oprócz tego przed pożegnaniem długo jeszcze rozmawialiśmy pod pachnącym sklepieniem sosnowych gałęzi.

Oleśia oczarowała mnie nie tylko urodą, lecz całą swą osobą, harmonijną, samodzielną, rozmiłowaną w wolności; zadziwiała też rozumem trzeźwym, choć znajdującym się zarazem we władzy odziedzicżonych przesądów, naiwnym po dziecięcemu, a jednocześnie nie pozbawionym figlarnej zalotności, właściwej pięknym kobietom. Bez przerwy wypytywała mnie o najrozmaitsze rzeczy i sprawy, które zaprzątały jej pierwotną, bujną wyobraźnię: państwa i narody, o budowę ziemi i wszechświata, o uczonych ludzi, o wielkie miasta... Wiele rzeczy wydawało się jej czymś zadziwiającym, bajecznym i nieprawdopodobnym. Ponieważ jednak od po czątku naszej znajomości rozmawiałem z nią zawsze poważnym, szczerym i prostym tonem, Olesia wierzyła chętnie i bez zastrzeżeń Wszystkim moim opowiadaniom. Niekiedy, mając trudności z wytłumaczeniem czegoś, nazbyt już moim zdaniem trudnego dla na wpół dzikiego umysłu (czasami były to rzeczy niejasne dla mnie samego), odpowiadałem na jej natarczywe pytania: „Widzisz... Nie będę mógł ci tego powiedzieć... Nie zrozumiesz mnie”.

Olesia zaczynała mnie wówczas błagać:

— Proszę, bardzo proszę, ja postaram się... Niech pan opowiada, jak chce... choćby niezrozumiale...

Olesia zmuszała mnie do używania najbardziej dziwacznych porównań i najzuchwalszych przykładów. Jeśli nie mogłem dobrać odpowiednich wyrażeń, pomagała mi gradem niecierpliwych pytań, jakie zadaje się jąkale, który zaciął się na jednym słowie. I rzeczywiście, jej giętki, ruchliwy umysł i świeża wyobraźnia triumfowały w końcu nad moją nieporadnością pedagogiczną. Z biegiem czasu doszedłem do przekonania, że — wziąwszy pod uwagę jej środowisko i wychowanie (a raczej brak tego ostatniego) — Olesia posiadała zadziwiające zdolności.

Pewnego razu wspomniałem o Petersburgu, Olesia od razu zapałała ciekawością.

— Co to takiego Petersburg? Miasteczko?

— Nie, to nie miasteczko, to największe miasto w Rosji.

Największe? Największe, jakie tylko jest? A większego od niego nie ma? — dokuczała mi naiwnie.

— Nie ma... Tam najwyższa władza mieszka... wielcy panowie... Wszystkie domy murowane, drewnianych nie znajdziesz!

— Zapewne większe od naszego Stiepania? — z przekonaniem spytała Olesia.

— O tak... troszeczkę większe... z tysiąc razy. Są takie domy, że w każdym z nich mieszka dwa razy więcej ludzi niż w całym Stiepaniu.

— Ach, mój Boże. Co to za domy? — prawie ze strachem zapytała Olesia.

Uciekłem się, jak zwykle, do porównania.

— Strasznie wielkie domy. Po pięć, sześć, a nawet po siedem pięter. Widzisz tę sosnę?

— Tę największą? Widzę.

— Właśnie takie wysokie. I od góry do dołu nabite ludźmi. Mieszkają ci ludzie w małych komórkach, jak ptaki w klatkach, po dziesięciu w każdej, powietrza im nie starcza.. A inni mieszkają na samym dole, pod ziemią, w wilgoci i chłodzie; zdarza się, że przez cały rok słońca u siebie nie widzą.

— Ja bym już za nic nie zamieniła swego lasu na wasze miasto — powiedziała Olesia, kręcąc głową. — Nawet jak do Stiepania przyjdę na jarmark, wstręt mnie bierze. Popychają się, krzyczą, przeklinają... Taka mnie tęsknota za lasem ogarnia — że rzuciłabym wszystko i biegła, gdzie oczy poniosą... Bóg z nim, z tym waszym miastem, za nic w świecie nie chciałabym tam mieszkać...

— No, a gdybyś miała męża z miasta? — zapytałem z lekkim uśmiechem.

Olesia zmarszczyła brwi; delikatne jej nozdrza drgnęły.

— Jeszcze czego! — powiedziała z lekceważeniem. — Niepotrzeba mi żadnego męża.

— Tylko teraz tak mówisz, Olesiu. Prawie wszystkie dziewczęta mówią to samo, a w końcu wychołzą za mąż. Poczekaj: spotkasz kogoś, pokochasz, a wtedy nie tylko do miasta, ale na koniec świata z nim pójdziesz.

— Nie, nie... proszę, niech pan nie mówi o tym — niecierpliwie przerwała mi Olesia. — Po co ta cała rozmowa?

— Jakaś ty śmieszna, Olesiu. Czy sądzisz, że nigdy w życiu nie pokochasz mężczyzny? Taka młodą i ładna dziewczyna jak ty? Na nic wszystkie zarzekania się, gdy krew zacznie się burzyć.

— No to co z tego, że pokocham! — rzucając wyzywające spojrzenie powiedziała Olesia. — Nikogo nie będę się pytać...

— A więc wyjdziesz za mąż? — zapytałem chcąc ją podrażnić.

— Pan zdaje się, o cerkwi mówi? — domyśliła się Olesia.

— Rzecz jasna, o cerkwi... Pop zaprowadzi cię przed ołtarz, diakon pieśń weselną zaśpiewa, „wieniec” Włożą ci na głowę...

Olesia przymknęła powieki i uśmiechając się z lekka, potrząsnęła przecząco głową.

— O nie!... Może się panu i nie spodoba, co powiem, ale w naszej rodzinie nikt w cerkwi ślubu nie brał: i matka, i babka bez tego przeżyły... Nam nawet wejść do cerkwi nie wołno...

— I to wszystko przez wasze czary?

— Tak, przez nasze czary — spokojnie i poważnie odpowiedziała Olesia. — Jakże będę śmiała pokazać się w cerkwi, jeżeli od samego urodzenia moja dusza jemu zaprzedana.

— Olesiu... Kochana... Wierz mi, że sama się zwodzisz... Przecież to takie niedorzeczne, takie śmieszne, co mówisz.

Na twarzy Olesi odmalował się zauważony już niegdyś przeze mnie dziwny, ponury wyraz całkowitego podporządkowania się swemu tajemniczemu przeznaczeniu.

— Nie, nie... Pan tego nie może zrozumieć, ale ja to czuję... O tu — przycisnęła mocno rękę do piersi — w duszy czuję. Nasz cały ród przeklęty na wieki wieków. Niech pan sam pomyśli: kto nam pomaga, jeśli nie o n? Czy zwykły człowiek może zrobić to, co ja mogę? Cała nasza siła od n i e g o idzie.

I za każdym razem nasza rozmowa kończyła się w podobny sposób, gdy tylko schodziła na ten niezwykły temat. Na próżno wytaczałem wszystkie dostępne dla Olesi dowody, na próżno opowiadałem jej możliwie najprzystępniej o hipnotyzmie, sugestii, o lekarzach-pisychiatrach i o indyjskich fakirach, na próżno starałem się objaśnić naukowo pewne jej praktyki, na przykład „zamawianie krwi” po prostu zręcznym uciskiem tętnicy — Olesia, która bez zastrzeżeń zgadzała się ze mną we wszystkim, tu uporczywie odrzucała moje dowody i wyjaśnienia...

— No, dobrze, dobrze, o zamawianiu krwi mogę panu uwierzyć, niech już tak będzie — mówiła zaperzając się i podnosząc głos — a skąd się biorą inne rzeczy? Chce pan, to wszystkie myszy i karaluchy w jeden dzień panu z chaty wyprowadzę? Chce pan, w dwa, dni zwykłą wodą najgorszą różę wyleczę, choćby wszyscy pańscy doktorzy nie dali rady? Chce pan, to mogę zrobić tak, że jakiegoś słowa całkiem pan zapomni? A dlaczego sny potrafię tłumaczyć? A dlaczego przyszłość odgaduję?

Sprzeczki te kończyły się z reguły przykrym milczeniem, i obopólnym rozdrażnieniem. Rzeczywiście, ze swym niewielkim zasobem, wiedzy nie mogłem znaleźć wytłumaczenia wielu jej ciemnych praktyk. Nie wiem i nie mogę powiedzieć, czy Olesia znała naprawdę choćby połowę tajemnic, o których mówiła z taką naiwną wiarą, jednak to, czego nieraz byłem świadkiem, utwierdziło mnie w niezłomnym przekonaniu, że posiadała w pewnym stopniu ową nieświadomą, instynktowną, mglistą i zdobytą drogą przypadku, nieznaną wiedzę, która, przekazywana w najgłębszej tajemnicy z pokolenia w pokolenie, zachowuje się wespół z dziwacznymi i śmieszymi wierzeniami ciemnego, zamkniętego w sobie ludu.

Mimo gorących sporów na ten temat, łączące nas więzy przyjaźni zacieśniały się z każdym dniem. O miłości żadne z nas nie wspomniało jeszcze nawet słówkiem, lecz przebywanie razem stało się już potrzebą, i często w chwili milczenia, gdy spojrzenia nasze spotykały się przypadkiem, widziałem, że oczy Olesi wilgotniały i na skroni pulsowała maleńka, niebieska żyłka.

Natomiast moje stosunki z Jarmołą zepsuły się całkowicie. Odwiedziny w chatce na kurzej nóżce i wieczorne przechadzki z Olesią nie były widocznie dla niego tajemnicą: Jarmoła wiedział zawsze z zadziwiającą dokładnością, co się dzieje w jego lesie. Zauważyłem, że od pewnego czasu zaczął mnie unikać. Za każdym razem, gdy wybierałem się do lasu, jego czarne oczy śledziły mnie z wyrzutem i niezadowoleniem, chociaż nigdy nie wyraził głośno swego potępienia. Nasze śmieszne w swej powadze lekcje czytania i pisania, skończyły się raz na zawsze. Nawet jeśli czasami wieczorem wołałem go do nauki, machał tylko ręką.

— Jeszcze co! To próżna sprawa, panyczku — mawiał z leniwym lekceważeniem.

Na polowanie także przestaliśmy chodzić. Gdy zaczynałem rozmowę na ten temat, Jarmoła znajdował zawsze jakiś wykręt: to fuzja się zepsuła, to pies zachorował, to znów sam był zajęty: „Nie ma czasu, panyczku... trzeba dzisiaj pasznię 4 orać” — odpowiadał zazwyczaj Jarmoła na moją propozycję, chociaż wiedziałem doskonale, że wcale nie będzie orać paszni, natomiast spędzi dzień koło szynku w nadziei na czyjś wątpliwy poczęstunek. Ta milcząca, skryta wrogość zaczynała mi już dokuczać i często myślałem o tym, żeby zrezygnować pod jakimkolwiek pretekstem z usług Jarmoły... Powstrzymywało mnie od tego kroku jedynie uczucie litości dla jego licznej żebraczej rodziny, która bez czterorublowej pensji Jarmoły mogłaby umrzeć z głodu.

VII

Pewnego wieczoru, gdy przyszedłem jak zwykle do chatki na kurzej nóżce, uderzył mnie nastrój wielkiego przygnębienia, w jakim znajdowały się jej mieszkanki. Stara siedziała zgarbiona na posłaniu, trzymała się oburącz za głowę i kiwając się na vszystkie strony, mamrotała coś niewyraźnie. Na moje pozdrowienie nie zwróciła najmniejszej uwagi. Olesia przywitała się ze mną przyjaźnie jak zwykle, jednak rozmowa nie kleiła się jakoś. Widać było, że słucha mnie nieuważnie: odpowiadała nie w porę. Jej ładna twarzyczka zachmurzyła się, łatwo dawało się zauważyć, że już od dawna dręczy ją jakieś strapienie.

— Widzę, Olesiu, że wydarzyło się u was coś liedobrego — powiedziałem dotykając ostrożnie jej ręki opartej o ławkę.

Olesia odwróciła się szybko do okna, jak gdyby ujrzała tam coś ciekawego. Usiłowała być spokojna, lecz mimo woli ściągnęła brwi i mocno przygryzła zębami dolną wargę.

— Nie... cóż takiego niezwykłego mogło; się u nas wydarzyć? — odparła głucho. — Wszystko jak było, tak jest.

— Olesiu, dlaczego nie mówisz mi prawdy? To bardzo brzydko z twojej strony... A ja już myślałem, że jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi.

— Ależ, naprawdę, nic się nie stało... Ot, tak... nasze kłopoty... głupstwa...

— Nie, Olesiu, to nie są głupstwa. Spójrz no na siebie — jak ty wyglądasz! Ledwo cię można poznać.

— Tak się panu tylko zdaje.

— Bądź ze mną szczera, Olesiu. Nie wiem, czy będę mógł ci pomóc, ale, być może, dam jakąś radę... Wreszcie będzie ci po prostu lżej, jeśli podzielisz się ze mną zmartwieniem.

— Ale naprawdę, nie warto nawet mówić o tym — przerwała mi ze zniecierpliwieniem Olesia. — Tutaj już nic nam pan nie pomoże.

Wtem do naszej rozmowy przyłączyła się stara z niezwykłą u niej zapalczywością.

— A ty czego się dąsasz, głupia! Rozmawiają z tobą do rzeczy, a ty nosa zadzierasz. Myślisz, że na całym świecie nie ma mądrzejszych, od ciebie. Niech mi już pan pozwoli, żebym całą historię po porządku opowiedziała — zwróciła się do mnie. Okazało się, że nieprzyjemności są znacznie większe, niżby się można, było domyślać ze słów dumnej Olesi. Poprzedniego dnia do chatki na kurzej nóżce przyjechał miejscowy uriadnik.

— Z początku usiadł jak należy i kazał dać wódki — opowiadała Manujlicha — potem jak zaczął, jak zaczął... „Wynoś się z chaty — powiada — ze wszystkimi twoimi betami. Jeżeli jeszcze raz przyjadę — powiada — i ciebie tu zobaczę, to pamiętaj, że etapem stąd wyjedziesz. Z dwoma żołnierzami — powiada, — odeślę cię, jędzo przeklęta, do miejsca urodzenia”. A ja z dalekich stron, panie, z miasta Amczeńska... Teraz tam żywej duszy nie znajdę, co by mnie znała, a i paszporty nasze zupełnie, ale to zupełnie przedawnione, i do tego nie całkiem akuratne. Ach, mój Boże, takie nieszczęście!

— Dlaczego przedtem pozwalał ci tu mieszkać, a teraz dopiero rozmyślił się? — spytałem.

— Zaraz, zaraz... Coś tam pyskował, ale prawdę powiedziawszy, to nie wszystko zrozumiałam. Tu taka sprawa wychodzi: ta chatka, w której mieszkamy, nie nasza — pańska. Dawniej mieszkaliśmy z Olesią we wsi, aż kiedyś...

— Wiem, wiem, babciu, słyszałem o tym... Chłopi się na was zawzięli...

— Aha, o to się rozchodzi. Ja wtedy u starego dziedzica, u pana Abrosimowa, tę chałupę wyprosiłam. A teraz, mówią, kupił ten las nowy dziedzic i jakieś błota chce suszyć, czy co? Tylko dlaczego ja im przeszkadzam?

— Uriadnik mógł łgać jak najęty — zauważyłem. — Zachciało mu się po prostu łapówki i tyle.