Strzępy. Ofiara - Michał Kokoszka - ebook

Strzępy. Ofiara ebook

Michał Kokoszka

0,0

Opis

Świat umarł, ale koszmar trwa. Wśród ruin, krwi i gnijących ciał ludzie stają się równie niebezpieczni jak potwory. Każda decyzja może oznaczać wyrok, a zaufanie bywa śmiertelną pułapką. W świecie, w którym nadzieja gaśnie szybciej niż życie, przetrwanie ma swoją cenę. Nie wszyscy doczekają świtu. Nie każdy powróci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 394

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



STRZĘPY

OFIARA

TOM II.

Michał Kokoszka

Mojej Żonie – najsilniejszej kobiecie jaką znam

PROLOG

1 listopada 2002

Późny wieczór

Gdyby jeszcze ktokolwiek zwracał uwagę na niebo, zauważyłby, że jest rozgwieżdżone jak nigdy dotąd. Gdyby jeszcze… Czasy, jakie nastały, zmusiły jednak nielicznych ocalałych do spoglądania przed siebie, za siebie i przede wszystkim na ręce innych. 

Niebo, obojętne na to wszystko, dawało popis, ukazując tysiące jasnych, rozsianych punktów. Od tamtej czerni aż biło zimną pustką.

Cichy wiatr poruszał delikatnie gołymi koronami drzew, niosąc ze sobą zapach lasu. Wieś wydawała się spokojna. Większość domów lśniła ciemnością; tylko pojedyncze wypuszczały przez okna blade, nieśmiałe światło świec i lamp naftowych.

W jednym z takich domów, w głębokiej, stęchłej piwnicy, wymieszały się zapachy starych ziemniaków, kiszonek, spoconych ludzi i nadchodzącej śmierci.

Grupa ludzi stojących w półkręgu miała na sobie ubrania niepasujące do niczego: sztuczne futra, stare kożuchy, ortalionowe dresy. Każdy z zebranych trzymał w dłoni świecę. Para z ich ust kumulowała się pod szarym, popękanym sufitem, dokładając do zaduchu kolejny składnik: odór wyczekiwania.

Chłodne spojrzenia zebranych kontrastowały z tym jednym, zupełnie innym. Błagalnym i wystraszonym. Nagi mężczyzna siedzący naprzeciw nich na krzywym krześle szukał wzrokiem odpowiedzi, ale znajdował tylko obojętność. Zakneblowane usta i związane kończyny były ostatecznym dowodem jego osaczenia.

Cisza, przerywana jedynie delikatnymi poruszeniami zgromadzonych i stłumionymi pomrukami związanego człowieka, nie trwała długo. Z grupy wystąpiła ku niemu kobieta. Zwyczajna. Z twarzą, na której malował się obraz nadchodzącego zadania. Stanęła między nim a tłumem. Na jej szyi wisiał łańcuszek z krzyżykiem. Wiszący na nim Jezus nie mógł już nikomu pomóc; tak jak cała reszta, był jedynie milczącym świadkiem.

W oczach mężczyzny błysnęło ostrze. W dłoni kobiety pojawiła się brudna stal. Zważyła nóż, na kilka oddechów zawieszając na nim wzrok, po czym odwróciła się w stronę swoich ludzi. Oczekiwanie na ich twarzach było namacalne. Pachniało niecierpliwością.

— Nadszedł czas — jej chrapliwy głos odbił się od ścian piwnicy.

Więzień skurczył się w sobie. Niewyraźny bełkot próbował przebić się przez knebel z jakiejś brudnej szmaty.

Kobieta z nienaturalnym spokojem podeszła do człowieka na krześle. Spojrzała mu prosto w oczy. Lewą ręką delikatnie złapała go za bujną czuprynę ciemnych włosów, po czym powolnym ruchem odchyliła jego głowę do tyłu.

Dla tłumu za jej plecami był to znak.

— O Pani Lasu bądź miłosierna…

— O Pani Lasu bądź zaspokojona…

— O Pani Lasu, odpuść nam…

— O Pani Lasu, przyjmij ofiarę…

Chóralna modlitwa brzmiała złowieszczo, odbijając się od niskiego sufitu. Mężczyzna poczuł nagłe ciepło na udach. Jego ciało zaczęło wibrować w zwierzęcym przerażeniu.

Zimne ostrze przyłożone do krtani spowodowało mimowolny skurcz tkanek. Łzy wielkości grochu spłynęły człowiekowi po policzkach.

Nacięcie było szybkie. Nie zdążył nawet szarpnąć się na krześle. Ciepła krew delikatnie parowała, a jej intensywna czerwień współgrała z tańczącymi, pomarańczowymi płomykami świec. Kobieta wytarła nóż o rękaw, po czym puściła głowę człowieka; ta zawisła luźno, niczym w zepsutej zabawce na sprężynie.

Modlitwa ustała. Z tłumu wystąpiło dwóch innych mężczyzn. Wprawnymi ruchami podeszli do ofiary i odwiązali ją od krzesła. Wzięli nieszczęśnika pod pachy i ruszyli przez rozstępujący się tłum. Tylko dwie osoby odwróciły wzrok. Reszta poczuła błogą ulgę.

Skóra z gołych stóp rwała się płatami, kiedy ofiara była wleczona przez poharatany asfalt drogi prowadzącej od piwnicy w stronę lasu. Tuż za wsią. Kondukt po opuszczeniu domu szedł w głuchym milczeniu. Przewodząca grupie kobieta naciągnęła na głowę ciężki kaptur i złożyła ręce w nabożnym geście. Ludzie za jej plecami szli z głowami spuszczonymi nisko, wpatrzeni w podłoże.

W chwili, gdy niesiony pod pachy mężczyzna zaczął charczeć, a jego świadomość w szybkim tempie ulatywała ze wsi, kobieta gestem zatrzymała pochód. Odwróciła się w jego stronę.

— Wózek! — rozkazała krótko.

Młoda dziewczyna wyrwała się z tłumu i pobiegła w przeciwnym kierunku. Pęd, z jakim ruszyła, zaskoczył płomienie świec w rękach pozostałych ludzi. Tańczyły przez chwilę, niemal przygasając.

Cisza, która po chwili zapanowała, rozrywała swoją bezlitosną siłą strukturę powietrza. Coraz bardziej bezwładne ciało ofiary zaczęło ciążyć mężczyznom, którzy je nieśli. Nie uszło to uwadze liderki.

— Ofiara nie może teraz zbrukać swojego ciała — powiedziała prawie szeptem.

Obaj, pogonieni jej słowami, włożyli resztki sił w to, by utrzymać konającego człowieka w górze. Kobieta skinęła głową na znak aprobaty. Zanim zdążyła ponownie obrócić się w stronę pochodu, do jej uszu dotarł pisk. Młoda dziewczyna uwinęła się w znakomitym tempie; wyłaniając się z ciemności wsi, pchała przed sobą stary wózek inwalidzki. Jedno z kół, nadwyrężone czasem, piszczało niemiłosiernie, drażniąc bębenki zebranych.

Dziewczyna stanęła przy liderce. Pisk ucichł, ale tylko na chwilę. Zadyszana nastolatka szybko wróciła do szeregu, a podtrzymujący ofiarę mężczyźni, nie czekając na polecenie, złożyli nagie, zalane krwią ciało na siedzisku. Jeden z nich odruchowo stanął z tyłu i zaczął pchać wózek przed siebie.

Człowiek na wózku już tylko strzępami sił rejestrował to, co działo się wokół niego. Oczy, których źrenice raz po raz uciekały pod powieki, w tym rwany pokazie slajdów ukazywały mu jedynie własne stopy, ciemną drogę i cień człowieka pchającego wózek. Pisk koła na zmianę z odgłosem kroków docierał do jego uszu z jakiejś ogromnej dali.

Zamazany obraz po bokach sugerował, że droga jest wyznaczonym szlakiem, obsianym zniczami stojącymi niczym martwi żołnierze. Chciał. Tak bardzo chciał, żeby ta podróż – dokądkolwiek prowadziła – dobiegła już końca.

Nie znał tej wsi ani tych ludzi. Nie rozumiał, dlaczego to wszystko się stało. Jeszcze wczoraj był zwykłym wędrowcem, który próbował po prostu przetrwać kolejny dzień. Dziś natomiast zdradziecki los sprawił, że stał się ofiarą ludzi, którzy poprzedniego wieczora chcieli go ugościć i nakarmić. Gdzieś musiał zawieść go instynkt przetrwania. Nie miało już znaczenia, kiedy i jak to się stało.

Teraz pisk koła ucichł. Po dwóch uderzeniach serca umilkły też kroki. Pojawiła się ta głośna, dudniąca w uszach cisza. Zamknął oczy.

W jego ciało uderzył chłód. Był bezlitosny, zupełnie jak tamto cięcie nożem. Zdany już tylko na słuch, rejestrował każdy najmniejszy szmer.

— Przywiązać go do ołtarza — głos kobiety brzmiał całkowicie beznamiętnie.

Poczuł, jak się unosi. Chłód dopadł teraz także jego plecy, gdy nagie ciało zetknęło się z lodowatą powierzchnią.

Znowu poczuł ucisk na dłoniach i stopach. Tym razem jednak jego ciało leżało na czymś twardym i nieustępliwym. „Boże, niech to już się skończy” — to była jedyna świadoma myśl, jaka przemknęła mu przez głowę.

Smak metalu w ustach i kłąb pary przed twarzą były ostatnimi rzeczami, jakie zarejestrował.

Spoczął na ołtarzu. Nie wiedział, że to stary, wygładzony przez setki lat kamień. Nie wiedział też, że wokół leżą kwiaty, znicze i resztki jego poprzedników. Już niczego nie wiedział.

— Odsunąć się! — rozkazu kobiety już nie usłyszał.

Tragarze posłusznie odstąpili od kamienia. Dołączyli do reszty ludzi, zostawiając przed ofiarą tylko liderkę. Kobieta zdjęła z szyi łańcuszek. Pocałowała go, uniosła głowę do gwiazd i szeptem rozpoczęła modlitwę do Pani Lasu. Kiedy skończyła, ponownie wyjęła z kieszeni nóż. Bez celowania, bez wahania, jednym rutynowym ruchem wbiła ostrze prosto w serce mężczyzny.

— Przyjmij naszą ofiarę — szepnęła.

Wyciągnęła stal i złożyła niski pokłon w stronę ściany lasu, po czym wolnym krokiem dołączyła do zgromadzonych. Ludzie stali nieruchomo, niczym posągi napięte do granic wytrzymałości.

Wiatr dmuchnął mocniej, niosąc w głąb kniei świeży zapach śmierci. W tłumie młoda dziewczyna złapała za rękę stojącego obok chłopaka. Oboje zamknęli oczy, starając się, by nikt tego nie zauważył. Nie otworzyli ich nawet wtedy, gdy z ciemności dobiegł dźwięk łamanej gałęzi.

— Idzie… — szepnął ktoś w tłumie, który poruszył się niespokojnie, niczym jeden wielki organizm.

— Cisza! — syknęła kobieta, po czym szybko uklękła, a w ślad za nią reszta zgromadzonych.

Kolejny trzask łamanej gałęzi, a potem ten zapach. Jedyny i niepowtarzalny odór żywej śmierci. Potężny cień wysunął się zza ściany drzew. Chłopak mocniej ścisnął dłoń dziewczyny, robiąc pół kroku w tył.

Cień stanął przed ołtarzem, dysząc i sycząc okrutnie. Gęsta, lepka ślina spłynęła na świeże zwłoki. Ryk, który chwilę później poniósł się ku niebu, był dla zgromadzonych znakiem przyjętej ofiary. Na parę dni we wsi zagości spokój…

R1 MŻAWKA

„Patrz tam!” – te słowa rzucone przez Kubę nie miały sensu. Rozbiły się o ścianę mroku i zgasły. Piotrek kręcił głową jak opętany, dygotał, nie widział żadnego „tam”. Widział tylko śmierć, która napierała na drzwi.

Poczuł szarpnięcie za bark. Brutalne, palące. Kuba pociągnął go w dół, do samej ziemi. Biurko, które przed chwilą z trudem zapchnęli pod klamkę, darło podłogę z hukiem przypominającym krzyk. Płaty starego linoleum zwinęły się pod jego ciężarem jak poparzona skóra, odsłaniając to, co pod spodem.

Szansa. Brudna, rdzawa i ciężka.

Żeliwny krąg włazu tkwił w betonie, obrośnięty dekadami smaru i pyłu. Kolejne pęknięcie drewna za ich plecami brzmiało jak wyrok – barykada puszczała, zgnilce były centymetry od środka. Major wbił palce w wąską szczelinę między metalem a podłogą, nie czując, jak rdza wchodzi mu głęboko pod paznokcie.

Musiało puścić. Teraz albo ich rozszarpią.

Ale nie puszczało.

Kuba zamarł. Sekundy uciekały, a on stał pośrodku dylematu: pomagać przy włazie czy ratować barykadę? Piotrek stękał, jego ciało dygotało z wysiłku. Kuba rzucił się na ziemię. Zapomniał o bólu w nogach, o dłoniach startych do żywego mięsa.

Napięli mięśnie do oporu. Ścięgna jęczały, gotowe pęknąć pod skórą. Żeliwna nadzieja trzymała się swoich zasad – tkwiła w betonie jak przyspawana. W przeciwieństwie do biurka, które właśnie zaczęło się sypać.

— Kurwa... — syknął Piotrek, a lepka ślina pociekła mu po brodzie. — Proszę...

Urwał. Błagania zagłuszył trzask łamanej framugi. Zdechlaki utorowały sobie wejście na obiad. Pierwsza dłoń, pozbawiona dwóch palców, wbiła się w krawędź blatu.

— Dawaj! — wrzasnął Kuba, nie odpuszczając.

Naparli jeszcze raz. Wrzucili w ten ruch wszystko: resztki sił w nogach, ból ramion i nieme modlitwy.

Chóralne zawodzenia głodu i natrętnej, bezmózgiej głupoty zostały zagłuszone gwałtownym wystrzałem. Właz puścił. Powietrze, oszalałe od nagłej zmiany ciśnienia, zagrało jak zerwana struna kontrabasu. Przeleciało ze świstem przez budkę, wysysając tlen prosto z płuc chłopaków.

Dziura stała otworem i odmierzała czas.

Pierwszy zgnilec był już w środku. Pokracznie przedzierał się przez resztki barykady, chcąc dopaść żywy strach, który tak intensywnie parował z ich ciał.

— Ja pierdolę... — to było wszystko, co zdążył wykrztusić Major, zanim runął w ciemność.

Kuba nie czekał ani sekundy. Skoczył za nim, prosto w gardziel kanału. W ostatnim ułamku sekundy poczuł na lewym bucie muśnięcie czegoś śliskiego i zimnego. Zgniła dłoń zacisnęła się na powietrzu tam, gdzie przed chwilą była jego kostka.

Dziki tłum wpadł do środka z impetem. Siła martwej masy była tak wielka, że biurko – ich jedyna tarcza – stało się narzędziem egzekucji. Ciężki blat runął w otchłań włazu, taranując pierwszego zgnilca i niemal przecinając go na pół o krawędź betonu.

Chwilę później biurko wywrócone blatem do dołu uderzyło w otwór. Zatkało dziurę idealnie, z głuchym, ostatecznym mlaśnięciem.

Droga powrotna przestała istnieć.

Piotrek zniósł upadek nadspodziewanie dobrze. Gdzieś w locie, w tych ułamkach sekund między budką a dnem, instynkt kazał mu się spiąć. Chlapnął ciałem o błotnistą maź, a Kuba, wpadający tuż po nim w wąskie gardło smrodu, minął go o milimetry.

Drugi z nich nie miał tyle szczęścia.

Cuchnąca, gęsta breja tylko nieznacznie zamortyzowała uderzenie. Senior zwalił się prosto na kolano. Jęknął żałośnie, a dźwięk odbił się echem od betonowych ścian, brzmiąc jak skomlenie bitego psa. Poczuł, jak ból w kości eksploduje, pulsując w rytm walącego serca.

— Zapalniczka... — To nie był głos chłopaka. To był skowyt rozpaczy wydarty z gardła Kuby.

Kolega wsunął dłoń do kieszeni. Palce namacały śliski plastik. Drżącymi, mokrymi od szlamu rękami uniósł przedmiot przed twarz. Zakręcił krzesiwem. Snop zimnych iskier sypnął mu prosto w oczy, śmiejąc się z jego wysiłku. Spróbował raz jeszcze. To samo.

— Próbuj... — zmęczony głos kolegi pachniał czystym zwątpieniem. — Musi zapalić...

Kolejny ruch kciuka. Metal o metal. Głucha ciemność nawet nie drgnęła.

— Kurwa jebana — warknął Major.

Wypowiadając przekleństwo, poczuł na języku, jak gęste i ciężkie jest tu powietrze. Nie wdychał go, on je przełykał. Smród amoniaku i starego tłuszczu osiadał mu w gardle jak mokra szmata.

Spróbował jeszcze raz. Tym razem Swaróg był łaskawy. Blady płomień, cienki i niski jak mysi ogon, zatańczył przed ich twarzami. Skulili się odruchowo, idąc wzrokiem za cugiem.

— Jezu… — westchnął Kuba.

W słabym świetle, tuż nad lustrem brei, ziała dziura. Boczna rura. Betonowe jelito, które zdawało się zaciskać na sam widok.

— Nie ma szans… — Głos Piotrka był zbyt silny. Wydech zdmuchnął kruchą nadzieję.

Płomień zgasł, a na ich barkach znów usiadła flegmatyczna ciemność.

Schował zapalniczkę z powrotem do kieszeni, modląc się w duchu, by znów okazała łaskę. Nad nimi odgłosy powoli cichły. Niezadowolone zgnilce zaczęły hibernować, zawieszając martwe ciała w chmurze fetoru, jakby czekały na kolejny impuls do mordu.

Na dole para z ust chłopaków łączyła się w jedno. Z każdym oddechem odbierała im resztki łagodnego tlenu. Wiedzieli, że niebawem zaczną przeżuwać to powietrze – gęste, mokre i ciężkie od amoniaku.

Major kucnął. Podparł się rękami o śliskie ściany, czując pod dłońmi zimny, obślizgły beton.

— Pójdę pierwszy — rzucił w mrok.

Zaczął szukać nosem otworu, który widzieli tylko przez kilka sekund. W absolutnej ciemności nie mógł widzieć, jak Kuba zaciska powieki, jakby chciał odciąć się od tego, co nieuniknione.

— Przecież... — Senior nie wiedział, czy chce zaprotestować, czy tylko odwlec to, co nieuniknione.

Nie dokończył. Kucnął obok. Zaskoczone ruchem kolano kliknęło z niezadowolenia. Gęsty mrok ukrył grymas bólu, który wykrzywił mu twarz.

— To jedyna droga — rzucił kumpel.

Oparł ciężar ciała na łokciach. Wbił nos w otwór. Przed nim ziała dwunastnica kostuchy. Betonowe gardło, zimne i śmierdzące starym szlamem, czekało na ich ciepłe ciała.

Starszy z kumpli wsadził głowę do środka. Odruchowo skurczył barki, czując, jak szorstki beton zdziera mu skórę z pleców przez cienki materiał. Przełknął ślinę. Gęsto klapnęła o dno żołądka.

Przejebane – pomyślał i wpełzł głębiej.

Wąska rura zaciskała się na jego ciele. Była jak pięść trzymająca z całej siły wierzgającego szczura. Beton nie dawał miejsca na oddech, nie dawał miejsca na błąd. Każdy ruch ramion wymagał wypuszczenia powietrza z płuc.

— Złap mnie za buta — rzucił do Kuby.

Głos wewnątrz rury stracił barwę, stał się płaski i stłumiony. Piotrek czuł, jak kolega podąża za nim, wsuwając się w to samo ciemne gardło.

Kuba robił, co mógł, by nie reagować na ból. Ale to kolana i łokcie były teraz jedynymi silnikami ich ciał. Prawą ręką wczepił się w mokrego buta kolegi. Major ruszył w głąb ciemnego przeznaczenia. Pokonywał kolejne centymetry, brodząc w osadach dawnej cywilizacji.

Sapnięcia i szuranie kurtek o ściany długiej trumny wypełniały rurę. To były jedyne odgłosy tej wyprawy. Zimno zalegającej wody wbiło się w dłonie jak igły. Adrenalina mogła nie wystarczyć.

W twardej ciemności stracili poczucie czasu i przestrzeni. Piotrek zacisnął dłonie w pięści. Chciał zmniejszyć powierzchnię, którą chłonęła wilgoć i chłód. Oddychał coraz ciężej. Czuł, że kolega ma ten sam problem. Serce biło bez rytmu. Szarpało nierówno, chcąc opuścić klatkę piersiową i ten tunel.

Po kilku kolejnych centymetrach stanął. Wyłapał przed sobą coś większego niż jego własny strach.

— Co jest? — dobiegło z tyłu.

Piotrek przepchnął przez gardło gulę, która tam zaległa.

— Coś tu jest — szepnął. Wytrzeszczył oczy, ale ciemność była nieprzenikniona.

— Co? — Kuba mimowolnie puścił jego buta.

Zapadła cisza. Gdzieś daleko przed nimi kapała woda. Albo coś gorszego.

— Nie.… wiem... — Głos mu wibrował.

Odważył się wyciągnąć rękę. Powoli. Ostrożnie. Dłoń trafiła na coś miękkiego, mokrego i śliskiego. Szybko cofnął rękę, a potem odruchowo całe ciało. Zapomniał o koledze.

— Kurwa! — Kuba jęknął, gdy kumpel uderzył w niego stopami, wgniatając go w beton.

— Poświeć... — Kolega przypomniał mu o zapalniczce. — Może...

— Nie! — zaprotestował. — Nie śmierdzi, więc to chyba nic takiego...

Bardziej uspokajał własną wyobraźnię niż kumpla. Spiął mięśnie. Ponownie wystawił dłoń przed siebie. Tym razem szybciej wyłapał przeszkodę. Z obrzydzeniem obmacywał powód postoju. Dłoń ślizgała się po mokrej powierzchni, wydając dźwięki przypominające mieszanie widelcem w gęstej galarecie.

— No i co? — Kuba zaczął się niecierpliwić.

Pustka za nim przerażała go bardziej niż to, co przyjaciel miał przed sobą. Nie mógł odwrócić głowy. Czuł się podwójnie bezbronny. Napędzana strachem wyobraźnia dotykała go po plecach zimnymi palcami.

— To chyba... — Piotrek zaczął niepewnie. — Chyba...

Brakowało mu tchu. Nawet nie zauważył, kiedy z jego oczu zaczęły płynąć łzy.

— Kurwa… to chyba ciało… — Sam nie wiedział, dlaczego nie cofnął ręki. Może to zmęczenie. Może przeciwnie – adrenalina. A może pchała go dziwna, chora ciekawość.

— Są tu włosy... — Macał dalej, prostując rękę w łokciu. — I...

Wciągnął więcej powietrza. Każde słowo było jak dźwiganie ciężarów. Płuca paliły.

— Przejdziemy? — Kuba nie chciał być dłużej świadkiem oględzin. Chciał tylko, żeby ten koszmar szedł do przodu, a nie stał w miejscu nad trupem.

Major nie odpowiedział. Dyszał ciężko. Próbował poruszyć się na boki, o pół milimetra w każdą stronę, szukając szczeliny między ciałem a betonem.

— Co jest? — Ciszę znów przerwało pytanie młodszego. Znowu bez odpowiedzi.

Kuba, przerażony nagłą pustką, desperacko machnął ręką przed siebie. Przez kilka sekund trafiał tylko na zimną mazię i beton, aż w końcu palce zacisnęły się na mokrej podeszwie. Przesunął dłoń wyżej, na kostkę Piotrka. Ścisnął ją z całej siły, niemal krusząc kość.

— Aaaa... — jęknął starszy, wydając z siebie w końcu jakiś dźwięk.

— Przejdziemy? — Senior ponowił pytanie, a w jego głosie była już tylko dziecięca bezbronność.

Major na chwilę spuścił głowę, dając ulgę napiętemu karkowi. Czuł, jak pot miesza się z brudną wodą i spływa mu po skroniach.

— Tak..., ale — wycharczał, a każde słowo kosztowało go litr tlenu. — Ale przez to musimy przejść.

Wskazanie brodą w stronę ciemności było bezcelowe, ale Kuba i tak zrozumiał. Musieli stać się taranem.

— To idź — głos Kuby nie brzmiał jak prośba. To był rozkaz wydany przez kogoś, kto stoi nad przepaścią.

Piotrek zrobił trzy krótkie wdechy, trenując płuca do tego, co miało nadejść. Potem wziął jeden potężny. Na zapas. Ochydny zapas gęstego, amoniakalnego powietrza, który musiał mu wystarczyć na czas przejścia przez śmierć.

— Pchaj mnie, jak coś — rzucił. Słowa odbiły się od ścian i wbiły w uszy kolegi.

Kuba przytaknął. Skinął głową, choć sam tego nie widział. Ciemność przestała się z nimi bawić. Teraz zaczynała ich pożerać żywcem.

Zanim Major zrobił pierwszy ruch, zza ich pleców dobiegł potężny, basowy skowyt. Echo niosło go rurą jak metalową rynną. Obaj daliby sobie uciąć ręce, że od tego ryku skruszył się tynk nad ich głowami.

— Co to było? — Kuba na ułamek sekundy obrócił głowę o pół milimetra, szukając wzrokiem czegoś w absolutnej czerni.

— Nie wiem! — warknął kolega.

Strach przed tym, co nadchodziło, był silniejszy niż obrzydzenie do tego, co leżało przed nim. Puścił się naprzód. Złapał oburącz to śliskie „coś” i naparł całym ciężarem ciała. Mlasnęło. Przeszkoda zapadła się pod nim jak nasiąknięta olejem gąbka. Kiedy wsuwał się głębiej, poczuł, jak miękka masa oblepia mu klatkę piersiową.

— Pchnij! — rzucił za siebie, czując, że utyka.

Kuba chwycił go za drugą stopę, spiął mięśnie i pchnął z całej siły. Znów mlasnęło, jakby ktoś rozsmarował butem wielkiego ślimaka na betonie. Piotrek uniósł głowę tyle, ile mógł, by nie utonąć twarzą w szlamie. Reszta jego ciała wchodziła miękko w kule tłuszczu, włosów i resztek wszystkiego, co najgorsze.

Zimny brud właził mu pod ciuchy, oblepiał ciało i wpijał się w pory skóry, choć te były skurczone z zimna do maksimum. Przebijał się przez zator jak noworodek przez błonę, dławiąc się każdą sekundą.

— Pchaj! — zaświszczał.

Wymiociny stały mu już w gardle, paląc przełyk kwasem. Ale Kuba nie pchał. Major przestał czuć nacisk dłoni na stopach. W jednej chwili, uwięziony w tłustej mazi, poczuł na karku lodowaty powiew absolutnej samotności.

— Kuba? — zawołał.

Głos był niemrawy, stłumiony przez gąbczastą masę i pozostał bez odzewu. Ta cisza była jak cios obuchem w brzuch. Strach w końcu pchnął rzygowiny. Wyleciały cienką strużką przez zaciśnięte zęby, prosto w to, przez co właśnie próbował się przebić.

Decyzja była krótka. Musiał się cofnąć. Szurnął kolanami w tył, czując, jak gęsta masa stawia mu opór, jakby nie chciała go wypuścić ze swoich objęć. Wyprostował prawą nogę. Kopał powietrze, szukając w nim twardego punktu, oporu, który byłby ciałem kolegi.

Gdyby nie kanał, gdyby nie wszechobecna obietnica śmierci, wyglądałby jak na absurdalnym treningu. Noga latała w mroku, zahaczając tylko o mokrą pustkę.

— Kurwa... Kuba! — wycharczał.

Cofnął się jeszcze bardziej. Z trudem przelazł z powrotem przez tłusty zator, czując, jak maź odrywa się od jego ubrań z głośnym cmoknięciem. 

Szybko wygrzebał z kieszeni zapalniczkę. Podpierając się na jednej ręce, drugą zaczął desperacko skrobać kciukiem o krzesiwo. Błagam – myśl przebiegła mu przez głowę jak szczur uciekający w boczny kanał.

Pyknęło. Płomień uśmiechnął się do niego pomarańczowymi zębami.

Piotrek spuścił głowę. Patrząc wzdłuż własnego ciała, przez tunel wyznaczony przez klatkę piersiową i nogi wsparte na kolanach, w słabym świetle zobaczył kumpla. Ten leżał płasko na brzuchu z twarzą wykręconą na bok. Śmierdząca woda otulała go ciasno, a pod jego ustami bulgotały rzadkie bańki powietrza.

To była ostatnia rzecz, jaką Major zobaczył. Zapalniczka zgasła, parząc mu palce.

Zapamiętał pozycję kumpla. Cofnął się o kilka centymetrów, czując, jak rura go dławi. Lewa noga szukała głowy przyjaciela. Szurając butem o dno kanału, trafił na miękką tkankę twarzy. Skupił zmysły. Stopa stała się jego jedyną parą oczu.

Starannie wyczuł podbródek. Wsunął pod niego czubek buta i uniósł nieznacznie do góry, wyrywając usta Kuby z objęć ścieków. Nienaturalnie wykręcona noga Piotrka zaczęła drżeć z wysiłku. Prawą starał się sięgnąć dalej, na bok klatki piersiowej. Przy tym manewrze całe jego ciało wibrowało w konwulsjach. Oddech przyspieszył do granic możliwości, serce stukało jak opętane o żebra.

Znalazł punkt oparcia. Zabrał po trochu siły z każdego mięśnia i uderzył w żebra kolegi. Mocno. Zbyt mocno. Lewa stopa nie wytrzymała napięcia i puściła brodę. Głowa Kuby znów chlupnęła w wodę, na szczęście bokiem. Major nie próbował jej podnosić. Nie było czasu. Kopnął kumpla w klatkę raz, drugi, trzeci.

— Dawaj, chuju! — krzyczał bezgłośnie, a w gardle czuł krew. — Nie zostawiaj mnie w tym gównie!

Kopnął jeszcze raz. Tak mocno, że pod podeszwą coś głośno strzeliło.

Woda zabulgotała dokładnie w chwili, gdy szykował się do ostatniego kopnięcia. Zawiesił stopę w połowie drogi. Szukał uszami jakiegokolwiek znaku. Paliło go wszystko. Ręce dygotały z wysiłku, a kwaśny pot zalewał oczy.

Uszy wyłapały kolejne bulgotanie, a zaraz po nim rzężący kaszel. Długi, charczący, brzmiący jak rozdzierane płótno, ale oznaczający życie.

— Ty skurwysynu… — Major spuścił głowę.

Zamknął oczy i dotknął czołem mokrej, brudnej wody. Sapał ciężko w rytm kaszlnięć kumpla. Senior po chwili zgarnął całą flegmę z gardła i splunął soczyście w szlam.

— Sorry... — wykrztusił przez krzywy grymas bólu.

— Sorry? — przyjaciel uniósł głowę z wody, a w jego głosie mieszała się furia z niewyobrażalną ulgą. — Jak stąd wyjdziemy, to cię osobiście zajebię...

Na chwilę w ich wąskim świecie zapanowała cisza. Kuba uspokoił kaszel, Piotrek nerwy. Na chwilę.

— Dasz radę? — zapytał, znów szukając go stopą. Potrzebował potwierdzenia, że ten za nim faktycznie oddycha.

Kuba najpierw odkaszlnął, pozbywając się resztek mazi z gardła. Dopiero potem wysilił się na odpowiedź:

— Dam.

— To łap za buta i spierdalamy stąd.

Czekał, aż palce kumpla zacisną się na przemoczonym traperze. Kiedy poczuł uścisk, znów zmienił dłonie w stopy i zaczął rwać beton.

— Zerzygałem się w to — dodał, wbijając się barkami w kulę tłuszczu.

— Wiem... — kumpel znów splunął. — Dlatego zemdlałem.

Tym razem nie zwymiotował. Nie miał czym. Ślizgał się całym ciałem przez ohydztwo, holując za sobą Kubę jak martwy ciężar. Palce Piotrka wpijały się w tę masę jak w plastelinę, szukając jakiegokolwiek oparcia. Cisnęli się naprzód z głowami uniesionymi do granic możliwości. Jeden za drugim, centymetr po centymetrze, aż w końcu pokonali szlam. Zabrali jego część ze sobą – na ciuchach, dłoniach i w butach.

Gdy opór nagle zniknął, rura wypluła ich w nieco szerszą pustkę.

— Czujesz? — zapytał Major, gdy poczuł, że sufit nad nim nagle się oddalił.

— No... — Kuba skłamał. Nie czuł już zupełnie nic. Był, jak zdrętwiały kawał mięsa.

— Przed nami chyba jakiś kolektor czy chuj wie, jak to się nazywa... — zawiesił głos, chłonąc tę odrobinę większą przestrzeń. — Będzie można wyprostować nogi i...

— Pomyśleć — przerwał mu Kuba.

Zeskoczyli do tuby niżej. Kuba znów zniósł to gorzej; jego kolano przy lądowaniu wydało z siebie tępy trzask, który odbił się echem od betonowych sklepień. W kolektorze woda sięgała im ledwie do kostek, co było niemal luksusem po brodzeniu w mazi. Najważniejsze jednak było to, że mogli wreszcie wyprostować plecy i zaczerpnąć głębszy haust powietrza, które choć wciąż śmierdziało, wydawało się niemal świeże.

— Gdzie jesteś? — Piotrek wystawił rękę przed siebie, panicznie szukając w czerni jakiegokolwiek punktu oparcia.

— Tutaj… opieram się o ścianę — odpowiedź Kuby została przerwana przez ciężki, mokry kaszel.

Obaj dyszeli jak po maratonie. Ciężko, gęsto, w rytm uderzeń serca, które wciąż waliło o żebra.

— Staraj się nie poruszać — szept Majora uderzył o ściany i wrócił do nich jako zniekształcony pomruk. — Za duży hałas.

Piotrek uniósł głowę. Wyczuł podskórnie, jak nad nim delikatnie szumi chłodniejsze powietrze. Jeśli do gałek ocznych nie wdarła mu się właśnie kolejna porcja kanałowej brei, to miał wrażenie, że widzi wysoko nad sobą cienką, niemal nierealną smugę światła. Blady odblask księżyca lub latarni, który przebijał się przez otchłań.

— Może tam uda się wyjść… — zaczął, ale zaraz skarcił się w myślach, pamiętając, że Kuba jest w kompletnej ciemności i nie ma pojęcia, o czym on mówi. Odchrząknął cicho. — Nad nami jest chyba kratka czy coś… Wysoko, ale może…

— Nie dam rady — Kuba szybko uciął temat, kurczowo łapiąc się za rozszarpane bólem kolano.

Po tych słowach do kolektora wpadła cisza. I oparła się wygodnie o beton. Towarzyszyły jej tylko delikatne pluski wody, gwiżdżące echo pustki w rurach, skrzypienie rdzy gdzieś w oddali i pisk szczurów, a nad tym wszystkim – martwy spokój powierzchni.

Piotrek przerwał tę złowieszczą aurę.

— To co teraz?

— Nie wiem… — kaszel osiadał koledze głęboko w płucach, dławiąc każde słowo. — Nie mam już sił…

— Musisz mieć — przyjaciel nie pozwolił mu dokończyć. Głos mu drżał, ale biła z niego desperacka determinacja. — Musimy stąd wyjść.

— Pamiętasz, jak kiedyś… — zaczął Kuba, niemal pieszczotliwie masując strzaskane kolano.

— Kurwa, nie czas teraz na jakieś wspominki! — Piotrek zrezygnował z szeptu. Wściekłość w jego głosie rozbiła się o ściany kolektora, niosąc się w ciemność długim, metalicznym echem. — Idziemy dalej. Tu przy dnie na bank jest kolejna rura.

Poruszył się gwałtownie, wzburzając wodę pod ich stopami. Chlupot brzmiał w tej ciszy jak wystrzał.

— W końcu dotrzemy gdzieś, gdzie będzie można stąd wyleźć — dodał, choć sam nie wiedział, czy próbuje przekonać Kubę, czy uciszyć własną panikę.

W tym momencie cisza na powierzchni przestała być spokojna. Najpierw gdzieś daleko zaczęło się szuranie – dźwięk przypominał rwanie grubego papieru ściernego o chropowaty tynk. Zaraz potem coś upadło ciężko na beton, wydając głuchy, metaliczny odgłos, jakby ktoś z całej siły uderzył rurą o rurę. Echo tego uderzenia przelało się przez kratkę prosto do ich uszu.

— Kurwa mać... — syknął starszy z kumpli, a jego głos ledwo przebił się przez nagłe drżenie szczęki.

Szuranie coraz szybciej zbliżało się do kratki nad ich głowami. Niosło ze sobą zapach, który znali aż za dobrze – mdły, ciężki fetor spleśniałego mięsa.

— No to tędy już na pewno nie wyjdziemy — głos Kuby był wyprany z jakiejkolwiek nadziei. Całkowicie zrezygnowany.

Woda w kolektorze znów zaczęła chlupać, wzburzona gwałtownym ruchem.

— Jest! — Głos Piotrka zabrzmiał niemal triumfalnie. Wymacał kolejną wąską gardziel tuż przy dnie. Szybko się wyprostował i po omacku odnalazł kumpla. Szarpnął go za szmaty, ściągając brutalnie w dół. Manekin nie protestował; pozwolił sobą wywinąć, jakby stracił resztę kości.

— Nic nie gadaj. Nie oddychaj mocno. Oszczędzaj siły i trzymaj się mnie — Piotrek przybliżył twarz tak blisko, że Kuba poczuł jego oddech. Pachniał dokładnie tak samo jak wnętrze kanału. Jak śmierć, która jeszcze chodzi.

Wlazł pierwszy, wbijając się w nową rurę z brutalną precyzją, jak proktolog w pacjenta. Kuba natychmiast przyczepił się na hol, zaciskając palce na mokrych butach kolegi. Pełzali, katując swoje ciała do ostatecznej granicy bólu i godności. W rurze cuchnęło gównem i mokrym futrem szczurów, ale póki co było pusto – żadnych zatorów, żadnych blokad.

Pokonali kilka metrów w głąb ciasnego betonu. Nie mogli słyszeć, jak w pozostawionym za nimi kolektorze szuranie nagle ustaje. Nie widzieli, jak coś na górze zaczyna głośno węszyć, niczym monstrualny pies, wpychając trupi nos między pręty kratki, by wyłapać z kanałowego fetoru zapach ich świeżego strachu.

Mięśnie paliły żywym ogniem. Strudzona konstrukcja szkieletu trzymała się na cienkiej linii, grożąc nagłym zawaleniem. Mimo to Major parł przed siebie, choć czuł, że uścisk na jego stopach staje się coraz słabszy. Jeszcze parę centymetrów i musiał stanąć. Nos, zatopiony w gęstym smrodzie, błagał o coś świeżego, desperacko szukając w rurze każdej cząsteczki tlenu.

— Jesteś ze mną? — rzucił za siebie, a jego głos był tylko chrapliwym powiewem.

Kumpel odpowiedział krótkim, mocniejszym zaciśnięciem palców na stopie. Oszczędzał siły, nie wypowiadając żadnych słów – dokładnie tak, jak ustalili, zanim wpełzli w tę rdzawą kiszkę.

Piotrek zakończył chwilowy postój ciężkim westchnieniem i postawił kolejny krok zmęczoną dłonią. Może metr dalej rura zaczęła schodzić w dół. A może tylko tak mu się wydawało. Niedotleniony mózg stawał się coraz bardziej podatny na błędne interpretacje tego wąskiego świata. Ciemność zaczynała falować, a beton zdawał się mięknąć pod palcami.

Zdewastowany strachem, fetorem i brakiem światła mózg jednak się nie mylił. Rura gwałtownie przeszła w dół, pozwalając chłopakom ześlizgnąć się wprost ku jej wylotowi. Nie zdążyli nawet pomyśleć o krzyku, kiedy betonowa gardziel wypluła ich z drugiej strony prosto w grząskie błoto jakiegoś rowu. Dwa ciała chlupnęły ciężko o lepki, gęsty brud.

Równie szybko przyszła nagroda. Zimne, rześkie nocne powietrze wdarło się w nozdrza jak przeciąg w pusty korytarz. Orzeźwienie było wyczekiwaną ulgą. A wraz z tym chłodem na ich gramolące się w błocie głowy spadły miliardy kropel masywnego deszczu. Szum ulewy trzaskał o bębenki z furią, zagłuszając wszystko inne.

Kiedy wreszcie stanęli na nogach, trzęsąc się z wysiłku, przyjęli ten dar natury z niedowierzaniem na twarzach.

— Kurwa… udało się… — Major próbował przebić się głosem przez szum deszczu. W dziwnej, szarej jasności nocy, która przebijała się przez kłębowisko chmur, wyłapał twarz kumpla. Wciąż gościł na niej grymas bólu, ale teraz przebijała się przez niego także nieśmiała, wstydliwa nadzieja.

— Udało… — westchnął w odpowiedzi Kuba. — Gdzie jesteśmy? — Wolno kręcił głową, szukając w mroku czegokolwiek znajomego.

***

Hania spała wtulona w matkę jak niewinny szczeniak. Oddychała ciężko i to martwiło mnie najbardziej. Ciepło z pieca i ciała mojej żony to było za mało, żeby pomóc małej w walce z chorobą.

Wczoraj, kiedy po lichej kolacji poszła spać, szeptem uzgodniliśmy, że jedynym słusznym wyjściem będzie moje wyjście… w świat. Szukać leków. Czegokolwiek.

Moja mała, sześcioletnia dziewczynka.

Uśmiechnąłem się smutno, patrząc na nią.

Spakowałem do plecaka kilka puszek na drogę. Niewiele. Nie chcę zdradzać się z tym, że ruszam gdzieś dalej. A jeśli Bóg dopomoże, wrócę szybko.

Oby.

Zostawiam je same. Żona da radę. Zawsze dawała. Ale mała… mała może…

Nie chcę nawet o tym myśleć.

Po prostu wyruszam ją uratować. I nic mi w tym nie przeszkodzi.

Podciągnąłem zamek kurtki pod samą szyję, poprawiłem sznurowadła w trepach i jeszcze raz spojrzałem na moje kobiety.

— Wrócę do was — wyszeptałem.

Kilka sekund później byłem już na zewnątrz, gdzie w twarz uderzyła mnie mżawka. Osadzała się na skórze milionami lodowatych igiełek, wchodząc pod kołnierz i przypominając, że świat tam, za progiem, przestał być przyjazny dla kogokolwiek.

R2 SMUGA 

Czas.

Najpierw zwolnił. Gwałtownie. Zderzył się ze ścianą nicości i nie mógł się przez nią przebić. Za chwilę jednak rozciągnął się jak guma, lepki i nienaturalny. Następnie zmienił postać w bańkę. Coś jak bańka z mydlin, w której Monika i Krzysiek tkwili w bezruchu, odcięci od świata zewnętrznym murem ciszy. Dopiero powietrze, które oboje naraz wypuścili z płuc, przebiło tę kruchą barierę. Bańka pękła po cichu. Bez huku, zwyczajnie, w absolutnym milczeniu.

Wtedy czas ruszył z kopyta.

Dziewczyna szarpnęła kolegę za rękaw i nie wypowiadając ani słowa, ruszyła przed siebie. Zostawiała za sobą obraz, którego nigdy nie zapomni. Scenę, która za każdym razem, gdy tylko zamknie oczy, będzie ją nękać i żywić się jej strachem niczym głodna bestia na skrzyżowaniu.

Odgłosy krwawej śmierci zostały za nimi, stłumione przez narastający szum w uszach. Biegli przed siebie, rozdzierając ciemność własnymi ciałami. Każdy krok był uderzeniem serca. Każde uderzenie serca – jedyną siłą napędową dla nóg. Każdy oddech mógł być tym ostatnim.

Pędzili, nie zwracając uwagi na niebo nad głowami, gdzie powoli zaczynał się inny spektakl. Chmury zbiły się w gęstą, siną masę, szykując się, by wyrzygać na miasto ścianę deszczu.

— Nie zwalniaj... — Słowa dziewczyny nie były szeptem ani krzykiem. Były modlitwą rzuconą w mrok.

Nawet nie zauważyli, kiedy wypadli na sam środek ulicy. Mijane, puste domy patrzyły na nich złowieszczo czarnymi oczodołami okien. To nie miało znaczenia. Liczył się tylko dystans.

— Zaraz... — Krzysiek desperacko łapał oddech. — Musimy... się zatrzymać — dokończył, ale nie miał odwagi spojrzeć za siebie. Bał się, że w ciemności zobaczy coś, co sprawi, że jego serce po prostu pęknie.

Monika nie wiedziała, dlaczego mają stanąć ani dokąd tak naprawdę zmierzają. W tym amoku zdała się jednak całkowicie na kolegę. Jej świat skurczył się do rytmu jego kroków i ciężaru pistoletu w dłoni.

Jeszcze parę metrów. Krzysiek szarpnął dziewczynę za ramię, niemal wyrywając ją z biegu.

— Tutaj! — Nie kontrolował siły.

Monika prawie wypuściła Glocka z dłoni, a uderzenie metalu o nasadę kciuka boleśnie przypomniało jej, że w ogóle go trzyma. Skręcili w podwórko po lewej. Krzysiek biegł pewnie, jakby znał tę drogę na pamięć – bo znał, choć dla jego koleżanki każdy metr tego labiryntu był nowym, przerażającym odkryciem. Nie zadawała pytań. Nogi same niosły ją za jego plecami.

— Blaszak jest za domem! — rzucił, gdy dopadli do ściany budynku.

Chropowata elewacja surowo przyjęła ich ciała, kiedy wpadli na nią z impetem, siłą rozpędu. Zimny tynk zdrapał im skórę z dłoni, ale przyniósł upragnione oparcie. Zastygli tam, wciśnięci w mur, słysząc jedynie własne, rwane oddechy i narastający pomruk nieba.

— Jaki… blaszak? — Zdołała ulepić to pytanie w krótkich przerwach między szybkimi, urywanymi wydechami.

Krzysiek spojrzał na nią, ale gęsty mrok nie pozwolił na tę niemą komunikację. Ich oczy spotkały się tylko jako ciemne plamy w szarości nocy.

— Ty nie wiesz… — szepnął pod nosem, uświadamiając sobie, że Monika wypadła z obiegu informacji w tym całym chaosie. — Tam się przenieśliśmy. Z bunkra — dodał głośniej, niemal z pretensją do losu, który wygnał ich z betonowej fortecy.

Po tych słowach skręcili za róg domu. Wtedy go zobaczyli. Cienisty, kanciasty kształt blaszanego garażu majaczył na tle ciemniejszego nieba jak wielki, żelazny grobowiec.

W chwili, gdy stanęli przed drzwiami blaszanego garażu, pierwsze grube krople deszczu zaczęły z hukiem rozbijać się o jego dach. Brzmiało to jak seria z karabinu maszynowego oddana wprost w metal. Krzysiek pociągnął za rygiel – tylko tyle, by mogli prześlizgnąć się do środka. Ukiszony, ciężki zapach starego oleju i smarów uderzył ich w twarze, przynosząc dziwną, niemal fizyczną ulgę. To był zapach ich jedynej szansy. 

Kiedy Monika przeszła głębiej, chłopak zamknął wejście. Metal jęknął cicho, ostatecznie odcinając ich od ciemności podwórka i narastającej furii deszczu.

— Marcin siedzi w aucie — rzucił cicho Krzysiek, a jego głos utonął w nagłym, potężnym ryku ulewy, która na dobre rozszalała się nad blaszakiem.

Monika potrząsnęła głową. Krótko i nerwowo, jak człowiek, który odgania natrętne muchy albo desperacko próbuje sobie coś przypomnieć.

— Byłam tu przecież... — szepnęła sama do siebie.

Adrenalina albo zaczęła puszczać, albo właśnie wrzuciła piąty bieg, pompując w jej żyły czysty strach. W amoku ucieczki jej pamięć musiała działać wybiórczo, ale teraz, w tym dusznym mroku, puzzle wskoczyły na swoje miejsce. Wiedziała już, gdzie jest. Polonez. Zapach starej tapicerki zmieszany ze smarem.

Obeszła auto, przeciskając się przez ciasną przestrzeń między kanciastą karoserią a zimnymi ścianami garażu. Każde muśnięcie kurtki o blachę Poloneza brzmiało jak zgrzyt noża o szkło. Krzysiek wciąż stał przy wejściu, oparty o rygiel, jakby własnym ciałem chciał powstrzymać to, co zostało na zewnątrz.

Dudniący deszcz zagłuszał myśli, a co dopiero słowa. Garaż zamienił się w wielkie, metalowe pudło rezonansowe, w którym każdy ich ruch był tylko marnym dodatkiem do furii natury.

— W aucie nikogo nie ma… — Krzysiek poczuł jej gorący, rwany oddech na policzku.

Przełknął ślinę. Ciężko, jakby w gardle stanęła mu grudka lodu. Kilka długich chwil zajęło mu, zanim te słowa przedarły się przez barierę szoku i dudniącego o dach deszczu. Kiedy jednak zrozumiała ich wagę, sam rzucił się w stronę auta, wlepiając oczy w ciemne wnętrze przez zaparowane od wilgoci okna.

Pociągnął za klamkę tylnych drzwi pasażera. Kliknęło cicho, niemal wstydliwie. Nie potrzebował latarki, by przekonać się na własne oczy, że w środku, na wyblakłej tapicerce, wygodnie rozsiadła się tylko pustka.

— Musi być w kanale... — Głos chłopaka zgubił się gdzieś w mroku tylnej kanapy.

Monika otworzyła drzwi od strony kierowcy. Usiadła ciężko, jakby nagle przybyło jej kilkadziesiąt lat. Lewą rękę oparła na zimnej, plastikowej kierownicy, a prawą, w której wciąż tkwił Glock, położyła bezwładnie na udzie. Odchyliła głowę, opierając ją o zagłówek i wypuściła resztkę powietrza z płuc. Przednia szyba natychmiast pokryła się gęstą parą, odcinając ich od widoku blaszaka, by po trzech sekundach znów stać się czystą, zimną barierą.

— On... — zaczęła, zaciskając powieki.

Krzysiek wślizgnął się za nią, cicho domykając drzwi pasażera. Wewnątrz auta ryk deszczu o dach garażu stał się przytłumiony, pozwalając im wreszcie słyszeć własne głosy.

— Nie żyje... — Pierwsza gorąca łza spłynęła jej po policzku, zostawiając mokry ślad w brudzie.

Puściła pistolet. Świadomie albo zupełnie bezwiednie. Glock zsunął się po jej dżinsach i wylądował z głuchym stuknięciem gdzieś przy pedale hamulca, w błocie naniesionym butami.

— Żyje... — Krzysiek niemal obsesyjnie rozglądał się po wnętrzu auta, jakby Marcin mógł się gdzieś tu ukryć przed ich wzrokiem. — Musiał gdzieś wyjść... — Nie dokończył, bo brakło mu argumentów.

— Tomek... nie żyje — wcisnęła się w jego słowa, brutalnie ucinając wszelkie próby zaklinania rzeczywistości.

— Co? — rzucił, błądząc wzrokiem po wnętrzu auta. Dopiero po kilku długich chwilach jego oczy przestały bezsensownie biegać po elementach deski rozdzielczej i tapicerce. Zmusił płuca do spokojniejszego oddechu. Opadł ciężko, przyklejając plecy do tylnej kanapy.

— Kurwa… — To nie był ani szept, ani westchnienie. To był bezsilny skowyt. — Kurwa… — powtórzył, zaciskając powieki tak mocno, aż poduszkami palców poczuł pulsowanie w skroniach. Opuścił głowę, dotykając brodą klatki piersiowej. Spięte do granic możliwości dłonie w końcu odpuściły, bezwładnie opadając na kolana.

Monika nie kryła już płaczu. Siedząc za kierownicą, pozwalała łzom płynąć swobodnie po brudnych policzkach. Płakała jak dziecko. Bezradne, małe dziecko, z którego nagle uleciała cała wola walki. Po chwili płakali już w duecie. Krzysiek nie miał już siły na wstyd, na zgrywanie twardziela – puścił emocje na wolność. Wokół nich nie było już ciszy ani hałasu. Została tylko nicość rozpaczy, szczelnie zamknięta w blaszanej puszce garażu.

Żałobną atmosferę przeciął huk grzmotu, który przetoczył się gdzieś wysoko nad nimi. Fala uderzeniowa była tak potężna, że blaszany dach garażu zadrżał, a w Polonezie za trzęsły się szyby. Krzysiek odruchowo skurczył się w sobie, kuląc ramiona pod wpływem tego bezwzględnego ryku natury. Monika nawet tego nie zarejestrowała; wciąż patrzyła tępo przed siebie, jakby jej umysł został na tamtym skrzyżowaniu.

— Co teraz? — zapytał, ale jego głos był zbyt cichy, kompletnie zmiażdżony przez bębniący deszcz.

Spróbował powtórzyć, ale ściśnięte struny głosowe ledwo drgnęły, wydając z siebie jedynie suchy charkot. Zebrał w ustach resztki gęstej śliny, przełknął ją z trudem i wychylił się do przodu, pomiędzy przednie fotele. Położył dłoń na jej ramieniu. Była sztywna, zimna. Nie poruszyła się.

— Monika… — Jego głos wreszcie odzyskał jakąś barwę, choć wciąż drżał. — Co teraz? — Ścisnął mocniej jej ramie, desperacko szukając w niej jakiegoś oparcia. Bo jeśli ona też pękła na amen, to byli martwi.

Dopiero drugi grom, który z hukiem rozpruł niebo dokładnie nad nimi, wyrwał Monikę z głębokiego odrętwienia. Drgnęła. Minimalnie, ale Krzysiek poczuł pod dłonią, jak jej spięte mięśnie na moment wiotczeją. Poluzował uścisk.

Obróciła głowę w jego stronę. Mimo panującej w aucie ciemności widział – a raczej wyczuwał – że jej twarz to jedno wielkie pobojowisko rozpaczy i żalu. Nie kryła się już z tym. Pociągnęła nosem, wciągając słoną wydzielinę z głośnym, brzydkim charknięciem. Wierzchem brudnej dłoni przetarła jeszcze bardziej umorusaną twarz, rozmazując łzy i kurz. Chciała zaczerpnąć powietrza, ale jej usta trzęsły się w niekontrolowany sposób.

— Gdzie... — Chciała coś dodać, ale gardło odmówiło posłuszeństwa. Ciało wciąż nie było gotowe, by pozwolić jej mówić.

Kolejny grzmot eksplodował tuż nad blaszakiem. Tym razem to ona skurczyła się w sobie jak mała dziewczynka. Krzysiek wyraźnie to poczuł. Zdjął dłoń z jej ramienia i zaczął desperacko przeciskać się między przednimi fotelami. W tej ciasnej, plastikowej przestrzeni Poloneza zahaczył kolanem o drążek skrzyni biegów, zanim ostatecznie opadł na siedzenie pasażera, tuż obok niej.

— Czemu powiedziałaś, że on nie żyje? — zadał pytanie, którego sam do końca nie rozumiał. Wcisnął się głębiej w fotel pasażera, czując, że nie cofnie już tych słów. Patrzył prosto przed siebie, na zaparowaną szybę i podświadomie zaczynał już rozumieć.

Monika znów pociągnęła nosem. Poruszyła stopą, błądząc bezwiednie po podłodze, aż zahaczyła butem o leżącego w błocie Glocka. Dotknięcie tego zimnego przedmiotu było jak piorun trzaskający prosto o neurony. Przed oczami natychmiast przeleciało jej kilka obrazów sprzed paru chwil. Wszystkie krwawe. Wszystkie potworne. Potrząsnęła gwałtownie głową, zrzucając je z pamięci i spychając na siłę na wewnętrzną półkę z napisem „na później”.

— Nikt... — zaczęła, a jej głos załamał się na ułamek sekundy. — Nikt, kurwa, tego nie mógłby przeżyć.

Spojrzała w jego stronę. Mimo mroku Krzysiek wyraźnie zobaczył w jej oczach potężną dawkę żalu zmieszanego z niemą pretensją.

— Czego? — Odważył się wreszcie skierować głowę w stronę kierowcy. — Nie mógł przeżyć? — dokończył i w tym samym momencie już zrozumiał.

Obrazki z półki „na później” w sobie tylko znany sposób pojawiły się teraz w jego własnej głowie. Krew niczym lodowaty wodospad spłynęła mu do stóp, odcinając całe ciepło z ciała. Nie przełknął śliny, bo w ustach nie było już po niej śladu. Poczuł, jakby w żołądku ktoś rozłożył mu zardzewiały drut kolczasty i z uporem maniaka zaczął go zwijać, szarpiąc i rozrywając resztę narządów.

Monika wypuściła powietrze z płuc. Gdyby nie odgłos zagłuszającego wszystko deszczu, słychać by było, jak to powietrze z impetem trzaska o przednią szybę. Zrozumiała, że on w końcu zrozumiał. Schyliła się ciężko po pistolet. Podniosła go i ustawiła prosto przed swoją twarzą, lewą rękę wciąż opierając na kierownicy. Wpatrywała się w czarny metal, jakby chcąc samym wzrokiem rozerwać go na strzępy.

W jej organizmie właśnie zachodziło gwałtowne przegrupowanie hormonów. Kortyzol bez cackania wyrzucił estrogeny. Minął czas na płacz, przyszedł czas na złość. Nadchodziła, rozsiadła się wygodnie w jej ciele i zaczęła przejmować stery.

— Gdzie jest Marcin? — Pytanie było krótkie i zimne jak Glock, którego trzymała w dłoni.

Nie uzyskała odpowiedzi. Tylko głośną, dudniącą ciszę. Kumpel wciąż przetwarzał w głowie ostatnie wydarzenia, kompletnie odcięty od rzeczywistości. Deszcz, dotychczas tak natarczywy, zdawał się podwoić swoją siłę, jakby za wszelką cenę chciał przebić blachę i przedostać się do środka.

Ona już go nie słyszała. Teraz w jej sercu – albo w tym, co z niego jeszcze zostało – pękło małe, czarne ziarenko. Mroczne. Puściło pędy, które łapczywie szukały żył, by zasiać w nich tylko i wyłącznie czystą furię.

— Gdzie Kuba i Piotrek? — Rzuciła kolejne pytanie i po raz kolejny odpowiedziała jej cisza.

Spięła całe ciało. Szybkim, wyuczonym ruchem odwróciła Glocka w dłoni, chwytając go mocno za lufę. Bez wahania, bez cienia namysłu, z całej siły uderzyła ciężką rękojeścią w szybę bocznych drzwi samochodu. Szkło eksplodowało, rozsypując się po wnętrzu auta i garażu niczym nagła zaraza po świecie.

— Gdzie oni są?! — syknęła. i dopiero wtedy, w akompaniamencie brzęku sypiących się odłamków, Krzysiek wreszcie wrócił do auta.

— Nie wiem… — Jego głos brzmiał jak u nastolatka przechodzącego mutację.

Uderzyła ręką w kierownicę. Zła odpowiedź.

Odłożyła pistolet na udo, a wolną ręką złapała go za szmaty na piersiach, wbijając palce tak mocno, aż zasyczał z bólu. Szarpnęła nim z całej siły. Wciąż było jej mało.

— Mów, kurwa! — Zbliżyła swoją twarz do jego, tak blisko, że poczuł na policzku jej gorący, brudny oddech. Ale to nie oddech był najgorszy. Najgorsze były oczy. Mimo panującego mroku dostrzegł w nich bezlitosną, dziką agresję. Cofnął głowę. Albo cofnęła się sama, odruchowo, sterowana czystym instynktem przetrwania.

— Monika… — spróbował w końcu skleić jakieś logiczne zdanie.

— Nie pamiętasz, jak się mówi?! — Zwiększyła moc uścisku, popychając go tak mocno, że uderzył tyłem głowy w szybę. Krzyknął szeptem.

Puściła go gwałtownie. Błyskawicznie chwyciła pistolet; zimny metal był dla niej jak bezpieczna przystań. Zamrugała szybko kilka razy, próbując odpędzić powracające obrazy. Przejechała językiem po zębach, czując na nich ten paskudny osad zaniedbania. Odwróciła głowę w stronę wybitej przed chwilą szyby.

— Przepraszam — rzuciła, ale w tym słowie nie było ani grama empatii.

Odruchowo położył dłoń na potylicy, masując pulsujący, choć już niemal zapomniany ból.

— Poszli po paliwo… — Splunął pod nogi na gumowy dywanik, chcąc tym gestem maskować własną bezradność. Sam już nie wiedział, w co wierzy. — Żeby Polonez ruszył… Taki był plan… Wiesz… Chcieliśmy was uratować… — Jego oczy znów zaczęły błądzić bez celu po desce rozdzielczej.

— Nas? — przerwała mu, wciąż patrząc przed siebie, przez otwartą przestrzeń rozbitej szyby.

— Co? — zapytał, ale huk deszczu natychmiast zagłuszył jego słowa.

— Nieważne — burknęła. — Nie ma już nas… — W końcu odwróciła głowę w jego stronę. — Każdy jest gdzieś, ale nie tutaj…

Złość jakby trochę z niej uleciała. Krzysiek wyczuł to wyraźnie, ten nagły spadek napięcia w jej głosie. Odważył się wreszcie spojrzeć na Monikę. Jego oczy, nawet w panującym mroku, były przepełnione tępym, bezbrzeżnym smutkiem.

Na chwilę zapanowała cisza. Dosłowna. Deszcz na zewnątrz nagle zaczął odpuszczać, dając odpocząć zmaltretowanej blasze nad ich głowami. Hałas uderzeń przeszedł w miarowe, cichnące kapanie.

— Po co? — zaczęła ciszej. — Po co uciekaliście z bunkra? To, dlatego wszystko się… — Nie dokończyła.

Krzysiek zerwał się gwałtownie, niemal uderzając ramieniem o deskę rozdzielczą.

— Słyszysz? — zapytał, zmuszając uszy do cięższej, rozpaczliwej pracy.

Też nadstawiła uszy, ale nie odnotowała niczego poza naturą nad nimi i martwą naturą wokół nich. Kumpel prawie przykleił twarz do przedniej szyby, siedząc w nienaturalnej, skręconej pozycji.

— Co ty tam słyszysz? — Ton tego pytania był już niemal koleżeński, pozbawiony wcześniejszej jadowitości.

— Na zewnątrz… — Ledwo ruszał ustami, jakby bał się, że najmniejszy szmer go zdradzi. — To chyba Marcin…

Po tych słowach Monika błyskawicznie wystawiła głowę przez ziejącą pustkę w drzwiach auta.

Po kilku uderzeniach serca cofnęła głowę z powrotem do środka. Spojrzała na kolegę. Ten wciąż gapił się w mrok garażu, zesztywniały jak posąg.

— Ej — szturchnęła go łokciem. — Ja nic nie słyszę… I… — Właśnie w tej sekundzie adrenalina zrobiła w jej głowie trochę miejsca na czystą logikę. Słowo „Marcin” nagle głośno zadzwoniło jej w uszach. — Mówiłeś, że Marcin jest tutaj. W tym aucie…

— Ciii… — Przyłożył palec do ust. Odczekał kilka krótkich chwil, nadsłuchując z gwałtownie bijącym sercem. Wciąż patrząc prosto przed siebie, odpowiedział niemal bezgłośnie: — Miał tu na nas czekać… Ale…

— Ale jak zwykle coś musiało się stać — dokończyła za niego, momentalnie markotniejąc i odsuwając rosnącą w niej złość na bok. Ta nagła rezygnacja znowu odebrała jej siły.

— Musimy wyjść na zewnątrz. — Odwrócił się w jej stronę. — Może coś go stąd wypłoszyło i teraz próbuje wrócić…

— Ok. — Wcisnęła Glocka za pasek spodni, wiercąc się na fotelu, by broń dobrze ułożyła się przy ciele. — Tylko skąd pewność, że to on? Bo… ja nic nie słyszę…

Otworzył drzwi. Cicho niczym kot wysunął się z auta. Stojąc na zewnątrz, w chłodnym, wilgotnym blaszaku, wsunął jeszcze na moment głowę z powrotem do wnętrza Poloneza. Monika wciąż siedziała za kierownicą, z dłonią zaciśniętą blisko paska.

— W tym zjebanym świecie… na pewność trzeba sobie zapracować. — Splunął pod nogi. — Idziesz?

— Idę. — Teraz w jej głosie wyczuł to, na co tak bardzo czekał. Wyczuł swoją przyjaciółkę.

Wysiadła z auta, przeszła bokiem wzdłuż zakurzonego nadwozia i stanęła tuż przed maską Poloneza. Krzysiek dołączył do niej pół sekundy później.

— Zbierzmy ekipę do kupy — rzucił bezwiednie i pożałował tych słów tak szybko, jak tylko opuściły jego usta.

Półka z krwawymi obrazkami „na później” otworzyła się w obu głowach jednocześnie, z rytmem uderzenia obuchem.

— Przepraszam… — dodał natychmiast, tym razem z faktycznym, rozdzierającym żalem w głosie.

— Nie teraz. — Monika zacisnęła zęby; nie była gotowa na ponowny płacz, na kolejne pęknięcie. — Idziemy — dokończyła stanowczo, robiąc pierwszy krok w stronę wyjścia z garażu.