Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Strzępy to mroczna opowieść o świecie, który rozpadł się ciszej, niż ktokolwiek się spodziewał. Wszystko zaczyna się w niewielkim mieście na południu Polski. Jedna noc. Jeden strzał. Jeden bunkier. Grupa nastolatków, przypadkowe spotkanie i coś co nie powinno się stać. To nie jest historia o bohaterach. To historia o przetrwaniu. O strachu, który wgryza się pod skórę. O relacjach wystawionych na próbę. O mieście, które było pierwsze - ale nie ostatnie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 497
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
We wspomnieniach ludzi o nas, zawsze będziemy tylko strzępami...
(fragment dokumentacji miejskiej / wycinek prasowy / raport zbiorczy)
Nysa, lipiec–sierpień 1997
Materiał archiwalny. Do użytku wewnętrznego.
Zgodnie z decyzją Miejskiego Zespołu Kryzysowego z dnia 23 lipca 1997 roku sporządza się niniejsze zestawienie zdarzeń i następstw związanych z gwałtownymi opadami oraz podniesieniem poziomu wód gruntowych na terenie miasta i okolic.
W dniach od 8 do 17 lipca miasto znalazło się pod wpływem długotrwałych, intensywnych opadów. Woda wystąpiła z koryta rzeki, zalewając znaczne obszary dzielnic położonych najniżej. Szczególnie dotknięte zostały tereny przy-parkowe, piwnice budynków mieszkalnych, kanały burzowe oraz nieczynne obiekty infrastrukturalne z okresu przedwojennego.
Według wstępnych szacunków zniszczeniu uległy:
– instalacje elektryczne,
– sieci kanalizacyjne,
– studzienki odpływowe,
– magazyny i składowiska o nieustalonym przeznaczeniu.
Zgłaszano również liczne przypadki wypływania na powierzchnię nieczystości o trudnym do zidentyfikowania pochodzeniu.
Uwaga: w kilku punktach miasta odnotowano intensywny, utrzymujący się zapach rozkładu, niezwiązany bezpośrednio z padliną zwierzęcą.
Służby porządkowe oraz mieszkańcy informowali o zwiększonej obecności gryzoni. Zwierzęta te obserwowano w miejscach dotychczas uznawanych za wolne od ich bytowania: na klatkach schodowych, w parkach, na placach zabaw, w piwnicach domów jednorodzinnych.
Część zgłoszeń dotyczyła nietypowego zachowania zwierząt, jednak brak jednoznacznych danych uniemożliwił sporządzenie osobnego raportu w tej sprawie.
Zapisano, że gryzonie „nie uciekały przed światłem” oraz „poruszały się chaotycznie”. Zgłoszenia te uznano za subiektywne.
W wyniku zalania doszło do przemieszczenia się znacznych ilości osadów dennych, mułu oraz substancji niewiadomego pochodzenia, które po ustąpieniu wody pozostały w glebie, szczelinach chodników oraz zagłębieniach terenu.
Prace porządkowe trwały do końca sierpnia. Z uwagi na skalę zniszczeń oraz konieczność przywrócenia podstawowych funkcji miasta, nie przeprowadzono pełnych badań składu osadów. Część dokumentacji z tego okresu oznaczono jako niekompletną.
Notatka odręczna, bez podpisu:
„Sprawę zamknąć. Priorytet – normalizacja życia mieszkańców.”
W kolejnych tygodniach odnotowano pojedyncze przypadki zachorowań o niespecyficznym przebiegu, które nie zostały powiązane z wydarzeniami powodziowymi. Brak było podstaw do wdrożenia procedur nadzwyczajnych.
Miasto powróciło do funkcjonowania.
Parki zostały oczyszczone.
Ulice umyto.
Piwnice osuszono.
Ziemia wyschła
Nie odnotowano dnia, w którym uznano, że wszystko wróciło do normy.
29 marca 2002
Gdzieś pod Wrocławiem
W ściszonym telewizorze leciała Wielka Gra. Blask kineskopu padał mu na przysypiającą twarz. Teleturnieju i tak nie rozumiał. Nigdy nie rozumiał. Był po prostu świetnym usypiaczem.
Rozwalił się w fotelu z papierosem, którego żar zdążył już przypalić filtr. W pokoju panowała szarówka przeniesiona z zewnątrz przez brudne okna.
Puk.
Puk.
Puk.
Zerwał się z przekleństwem. Żar spadł na brudny polar tuż pod nosem. Znowu zaklął. Poczłapał do drzwi.
Pod nimi leżała kartka.
Schylił się i podstawił ją pod oczy.
Proszę uregulować płatność za wynajem.
Bąknął coś pod nosem i zmiął papier. Nawet nie spojrzał, gdzie go rzucił. I tak zniknie w gąszczu śmieci walających się po podłodze.
Poszedł do kuchni.
Drzwiczki lodówki trzasnęły zbyt mocno, prawie wyskakując z zawiasów. W środku było pusto — poza puszką niedojedzonej makreli. Skrzywił się na jej widok. Nawet głód, który walił go w żołądek, nie był w stanie go do niej zmusić.
Wrócił do pokoju.
Wzrokiem szukał przyjaciela.Znalazł.Był tam, gdzie ostatnio go odłożył.
Na łóżku.
Spojrzał na niego z czymś, co kiedyś mogło być czułością. Teraz było tylko przyzwyczajeniem.
— Czas się porządnie nażreć — mruknął.
Podniósł Glocka 17 z łóżka. Zimny metal był pewny. Wsadził broń za pasek spodni, poprawił ją krótkim ruchem. Plecak leżał obok fotela. Zarzucił go na ramię. W środku coś zastukało — ciężko, głucho. Wiedział co.
Chwycił za klamkę. Nacisnął.I wtedy się zatrzymał.
Odwrócił się powoli, jakby coś jeszcze należało zamknąć. Jakby to miejsce wymagało pożegnania. Rozpiął rozporek bez pośpiechu. Strumień moczu uderzył o drewnianą podłogę. Smród był ostry, gryzący — pasował do wszystkiego, co tu zostało.
Skończył. Splunął w mokrą plamę.
— Sama se płać za wynajem — syknął.
Drzwi trzasnęły za nim twardo. Echo jego kroków poniosło się po klatce schodowej, odbijając się od ścian jak coś, czego nie da się już cofnąć.
Przy wyjściu z bramy prawie staranował dziecko.
Chłopiec dźwigał ciężki plecak, wzrok miał wbity w chodnik.
— Przepraszam — dziecinny głos odbił się od jego pleców i zniknął.
Do uszu nie dotarł.
Za to ręka odruchowo znalazła Glocka.
Nie teraz.
Pokręcił głową, próbując odgonić natrętną myśl. Skręcił w prawo. Chodnikiem wzdłuż odrapanej kamienicy ruszył w stronę sklepu spożywczego.
Zatrzymał się przy swoim zdechlaku— wysłużony Opel Kadett. Koloru wyblakłej nadziei.
— Zaraz wrócę — mruknął.
Poklepał dach auta. Otworzył drzwi i cisnął plecak na fotel pasażera. Kilka pogniecionych puszek wypadło na asfalt z cichym brzękiem.
Powietrze zbliżającego się wieczoru uderzyło w płuca.
Dodało mu energii. Ruszył dalej. Szybciej.
Sklep wynurzył się zza rogu kamienicy. Niski pawilon z szyldem, na który nikt z miejscowych już nie zwracał uwagi. Odruchowo spojrzał nad wejście.
„Sklep Agata”.
Wykrzywił usta obojętnie.
Dwa poszczerbione schodki pokonał jednym krokiem. Nad drzwiami zabrzęczał dzwonek.
W środku pachniało jak w każdym takim miejscu. Chłód posadzki. Czerstwiejące pieczywo. Puste butelki w plastikowych skrzyniach po tanim piwie. Wszystko zlane w jedną, nijaką woń.
Prawie.
Gruby mężczyzna za ladą dorzucał coś od siebie. Kwaśny pot.
Siedział ze wzrokiem wbitym w „Krzyżówki 2000 panoramiczne”. Nawet nie podniósł głowy na nowo przybyłego. Doświadczenie mówiło mu, że to nie pieniądze przyszły do sklepu, tylko coś innego. Coś nie wartego uwagi.
Mężczyzna krążył między półkami, udając zainteresowanie. Pistolet miał już w dłoni, schowany nisko. W końcu podszedł do lady, upewniwszy się wcześniej, że są sami.
— Nie daję na zeszyt — mruknął sprzedawca, wciąż nie podnosząc wzroku.
— Nie szkodzi — odburknął.
Pół sekundy później do powietrza wmieszał się jeszcze jeden zapach.
Śmierć.
Dwie kule weszły w tłustą pierś faceta za ladą. Kilka kropel krwi spadło na krzyżówkę. Jedna trafiła w pole: A, B, AB, 0.
Ani martwy grubas, ani mężczyzna grzebiący już w kasetce kasy nie zwrócili uwagi na ten ironiczny znak.
Zgarnął garścią, co było. Policzy potem. Teraz szybko do Kadetta.
Odwrócił się w stronę wyjścia dokładnie w chwili, gdy dzwonek oznajmił kolejnego klienta.
Glock był gotowy.
Palec na spuście — również.
Chłopiec z plecakiem nie. Wystarczył jeden strzał.
Małe ciało padło przy wejściu. Po chwili przestąpił przez nie i wypadł z Agaty, czym prędzej. Pędził już chodnikiem, chowając pistolet za pasek.
Kilka osób mijanych w biegu zwróciło na niego uwagę. Nikt nie krzyknął. Nikt nie miał powodu.
Dopadł auta. Szarpnął za klamkę. Musiał powtórzyć. Drzwi, jak na złość, nie chciały puścić. W końcu wrzucił się do środka, przerzucając plecak na fotel obok.
Ręczny.Sprzęgło.Jedynka.Gaz.
Silnik zawył jak zdychający pies. Kadett ruszył.
Dwójka.Trójka.
Przyspieszał, przyklejając oczy do szyby. Tłusta od brudu, utrudniała jazdę. Rzucił okiem w lusterko wsteczne.
Nic.
Uśmiechnął się pod nosem.
— Mam czas — mruknął, sięgając po plecak.
Czwórka.
Dopiero teraz zaczął w nim grzebać. Światła. Trójka. Dwójka. Czerwone. Oddech coraz szybszy.
Na pomarańczowym zdążył wyjąć mapę. Rozłożył ją na kolanach przy zielonym. Zanim Opel znów się rozpędził, rzucił na nią okiem.
Szukał. Sam nie wiedząc czego.
Samochód pomógł mu pierwszy.Wskaźnik paliwa kłaniał się nisko.
Jeszcze raz mapa. Coś blisko. Daleko nie zajedzie.
Wreszcie oczy skupiły się na jednym punkcie. Niedaleko.
Wydrapał nazwę pazurem, jakby chciał ją zapamiętać skórą. A może tylko sprawdzić, czy istnieje naprawdę.
Nysa.
29 marca 2002
Nysa
— Władziu!…
Mężczyzna wychodzący ze sklepu z wózkiem zakupowym zawołał w stronę krążącego po parkingu lokalnego żula. Ten go nie słyszał. Był zajęty pozyskiwaniem klientów.
— Władziu! — krzyknął głośniej, zatrzymując się przy wyjściu.
Tym razem poskutkowało.
Menel obrócił się w stronę nawoływania. Kiwnął ręką niechlujnie i z charakterystycznym, półpijackim bełkotem zapytał:
— Co?
Słowo przecisnęło się przez otwór między trzema zębami w dziąsłach.
Ewidentnie rozbawiony widokiem mężczyzna, z uśmiechem wyrażającym społeczną wyższość, zapytał:
— A w pośredniaku byłeś?
Nie czekał na odpowiedź. Chciał się tylko chwilę zabawić. Wyjął zakupy z wózka, odstawił go do rzędu takich samych i zniknął Władkowi z oczu.
Władziu był w pracy.
Parking pod Biedronką przy Celnej znał jak własną kieszeń. Od poniedziałku do niedzieli. Dwanaście godzin na nogach. Często w deszczu, śniegu, mroźnym wietrze. Pogoda nie miała znaczenia, kiedy gardło suszyło.
Dziś jednak było inaczej. Nie zbierał na tanie wino. Zbierał na jedzenie.
I to było najgorsze.
Marcowe niebo nie zdążyło się jeszcze porządnie rozgrzać. Powietrze było chłodne i wciąż trzymało w sobie resztki zimy.
A Władek dreptał po parkingu, zaczepiając kolejnych ludzi.
— Pani szanowna… — bełkotał. — Bułkę pani da…
— Spierdalaj, menelu — prawie odwinęła się w jego stronę torbą.
Nie zrobił uniku. Nawet tego nie zauważył. Już atakował następną osobę.
Młody chłopak był sprytniejszy. Widząc idącego ku sobie kloszarda, zmienił kierunek i popędził bokiem sklepu, między bloki.
Władek tracił nie tyle cierpliwość, co siły.
Lewa noga była opuchnięta. Skóra zeszła w fiolet. Coś z niej nawet śmierdziało. Ale to nie było największym problemem .
Problemem był głód. Taki, który wbija pazury w żołądek i szarpie z całych sił.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio zjadł coś normalnego. Resztki ze śmietników, nadgryzione kanapki od dzieciaków spod szkoły — to było za mało.
Chciał jeść.
Postanowił dać sobie jeszcze godzinę. Na wyczucie. Zegarka nie miał.
Drzwi sklepu ponownie się rozsunęły.
Władek zobaczył wózek wypchany po brzegi. Pchający go człowiek ledwo dawał radę.
Szansa. Zaczął kuśtykać w jego stronę.
— Pomogę, panie szanowny… — złapał za rączkę wózka, ku zaskoczeniu starszego mężczyzny.
— Nie trzeba — odparł tamten, nie kryjąc odrazy na smród. Pchnął wózek szybciej przed siebie.
Władziu był zbyt słaby, żeby podjąć „walkę”. Odprowadził starszego wzrokiem aż do auta.
Polonez. Wymuskany. Jak nowy.
Mężczyzna otworzył bagażnik i zaczął ładować do środka puszki. Setki puszek. Makarony. I coś jeszcze, na co Władek już nie patrzył.
Nie naje się patrzeniem.
Odwrócił wzrok. Szukał dalej. Wśród klientów. Tego jednego, który okaże miłosierdzie.
I jak to zwykle bywa, nikt mu takiego miłosierdzia nie okazał.
Nie wiedział, czy godzina, którą sobie wyznaczył, już minęła. Wiedział jedno — sił ubyło na pewno.
Jeszcze raz, na odchodne, przeczesał wzrokiem parking. Zatrzymał go na samotnej kobiecie, ale zrezygnował. Zawrócił i kołysząc się na boki, poszedł przed siebie.
Kobieta spakowała zakupy do auta. Wsiadła, wycofała i opuściła parking. Dopiero w domu zauważy, że nie wrzuciła jednej torby do samochodu. Tej z wędlinami, pieczywem i wodą mineralną.
Odpuści sobie powrót. W głowie zostanie jej obraz menela kręcącego się po parkingu.
A ten menel właśnie przechodził przez ulicę, by za chwilę wejść w wąski przesmyk między blokami.
Minie szkołę po prawej. Przejdzie przez mały mostek. Potem z lewej minie bazar — rząd szaro-niebieskich szczęk. Wszystkie o tej porze będą już zamknięte, więc pod jedną z nich odda mocz.
Nie, zwykły. Wymieszany z krwią.
Kiedy skończy, ruszy dalej, kuśtykając. Rześkie powietrze nie pomoże. Pojawi się zimno i dreszcze przy przechodzeniu przez jezdnię.
Wejdzie w ulicę ogrodzoną niskimi blokami po obu stronach. Walące prosto w oczy słońce zmusi go do postoju. Oprze się o murek sklepu ogrodniczego. Złapie kilka oddechów. Splunie gęstą flegmą.
Dopiero wtedy podciągnie spodnie i pójdzie dalej, aż do końca ulicy.
Ludzie mijani po drodze będą udawać, że go nie widzą. Niektórzy przejdą na drugi chodnik. On będzie szedł prosto.W końcu dotrze do skrzyżowania.
W prawo mógłby pójść do szpitala. Poprosić o coś na nogę. Nie pójdzie. Boją się takich jak on. Odesłaliby go do przytułku.
Pójdzie więc na wprost. Wejdzie na jezdnię nieostrożnie. Klakson i pisk opon dadzą mu to do zrozumienia. Machnie tylko ręką do wkurzonego kierowcy za szybą.
Przejdzie krótki fragment ulicy z niskimi, szarymi kamienicami. A za nimi…
Za nimi będzie już blisko do celu.
Jeszcze tylko Kaczy Dołek. Niecka wyłożona kocimi łbami, łącząca tę część miasta z parkiem po drugiej stronie. Tu też zrobi przerwę. Pulsująca noga na chwilę odmówi posłuszeństwa.
Przeczeka. Znajdzie peta pod nogami. Odpali. Ściągnie kilka stęchłych buchów.
Potem ruszy dalej.
Wejdzie po drugiej stronie dołu. Skręci w prawo, w park. Tam zaraz zejdzie znów niżej.
I jego podróż dobiegnie końca.
Wejdzie do bunkra.
Po przekroczeniu progu starego, wojennego bunkra uderzyła w niego wilgoć i odór odchodów. Znał ten smród.
Mieszkał tu już parę dni. Wcześniej był most. Jeszcze wcześniej altanka działkowa. Tutaj jakoś się urządził. Zniosło się parę kartonów, trochę szmat. Miał skrzynkę po piwie, na której mógł usiąść, żeby nie ciągnąć zimna z gleby.
Bunkier nie był taki zły. Dwa mniejsze pomieszczenia, do których nie zaglądał. Ściany całe w graffiti — głównie hasła coś brzydkiego o stołecznej drużynie piłkarskiej i że Śląsk Wrocław to pany. Popękane mury, sufit zryty na całej długości. Może dalej też, ale świeczka, którą zapalał, nie pozwalała zobaczyć więcej.
Najważniejsze były drzwi. Zamykały się. Trzymały trochę ciepła i nie wpuszczały zimna z parku.
Usiadł na skrzyni. Wyprostował chorą nogę z jęknięciem. Podwinął nogawkę. Smród uderzył jeszcze mocniej. Gnijące mięso.
Szybko zsunął spodnie do kostki. Zmielił przekleństwo pod nosem. Potarł dłonią brodatą twarz i nie wiedział, co dalej ze sobą zrobić.
Brzuch burczał, domagając się czegokolwiek. Gardło wyschnięte. Trzy zęby aż rwały, żeby coś gryźć. Tylko nie było czego.
Wstał ze skrzyni i podszedł do legowiska z kartonów i szmat. Z trudem usiadł na tym niskim „meblu”. Położył się na plecach i próbował zasnąć.
Po raz pierwszy od dawna w bunkrze było cicho. Ból na chwilę ustąpił i dzięki temu usłyszał dźwięki z zewnątrz. Zwykłe.
Ptaki. Szum drzew. Gdzieś przejechał rower. Zaszczekał pies. Zapiszczał szczur.
Podniósł głowę. Ściągnął brwi.
Szczur nie był na zewnątrz. Był tutaj.
Uniósł ciało i nasłuchiwał. Umysł już miał plan. Po paru minutach zlokalizował źródło dźwięku. Mniejsze pomieszczenie.
Wstał i najciszej, jak potrafił, przeszedł właśnie tam. Świeczka nie sięgała do środka. Nie potrzebował jej.
Pisk był unieruchomiony.
Szczur wplątał się w coś lepkiego. Dla Władka było obojętne, co to jest. Liczyło się tylko to, że nie musi za nim ganiać.
Oparł się jedną ręką o ścianę. Drugą schylił się po łatwą kolację. Odkleił gryzonia z cmoknięciem.
Ścisnął w dłoni z całych sił. Kości strzeliły. Małe łapki przestały wierzgać. Pisk ucichł.
Najpierw przełknął ślinę, jakby wciąż się wahał nad kolejnym krokiem.
Głód był jednak w swojej najlepszej formie.
Zamknął oczy, jakby ciemność wokół wciąż była niewystarczająca.
Przyłożył zwłoki zwierzęcia do ust. Skrzywił twarz natychmiast. Cuchnęło mokrym futrem i gównem. Jak pies po deszczu, który wytarzał się w odchodach. Tylko gorzej.
Gdyby miał cokolwiek w żołądku, wyszłoby teraz z niego z głośnym chlustem. Odciągnął rękę, otworzył usta, próbował złapać oddech.
Głód ścisnął mu kręgosłup. Nie było odwrotu.
Tym razem zrobił to bez zawahania. Wsadził szczura do połowy w usta. Zacisnął resztki zębów. Drugą ręką przytrzymał wystającą część zwłok.
Szarpnął. Ciało pękło.
Żuł z odrazą, z oddechem na granicy wymiotów. Futerko łaskotało podniebienie. Kosteczki chrupały cicho. Wnętrzności przeszły przez gardło jak galareta.
Po chwili wsunął do pyska drugą część. Mielił w gardle długo, ze łzami w oczach.
Kiedy skończył, przejechał językiem po wnętrzu jamy ustnej. Zlizał resztki.
Żołądek wreszcie przestał się domagać.
Władek wrócił do kartonów. Położył się. Zasnął, odhaczając kolejny dzień swojego marnego życia jako zaliczony.
29 marca 2002
Nysa
Z szarych głośników Winamp cicho sączył “In the End”.
Dziewczyna siedziała na łóżku tyłem do biurka. Popołudniowe słońce przecinało jej plecy paskami światła wpadającego przez opuszczone żaluzje.
Trzymała w dłoniach wymiętą książkę. Nie czytała. Nie chciało jej się nawet udawać dłużej, że próbuje.
Myśli krążyły w jednym miejscu. Zawody lekkoatletyczne. Za niecały tydzień.
Komputer wydał nagle inny dźwięk — krótki, suchy, nie do pomylenia z niczym innym.
Dzyń.
Wstała i usiadła przed monitorem. Wybudziła ekran szybkim ruchem myszy.
Kasia84: co robisz?
Palce stuknęły w wypukłe klawisze.
Moniaxx:): zamulam
Chwila ciszy.
Kasia84: wpadniesz jutro?
Odpowiedź przyszła szybko, bez zastanowienia.
Moniaxx:): tak… chyba… nwm jeszcze
Kasia84: no nie daj się prosić
Nie odpisała.
Za drzwiami rozległ się szmer.Zbyt blisko.
Jednym ruchem wyłączyła monitor i odsunęła się od biurka.
Plakat Chester Bennington wisiał na drzwiach.
Cmoknęła go w policzek, jak zawsze.
I wyszła z pokoju.
Matka kręciła się po kuchni w gęstych strugach dymu z papierosa.
Skutecznie zabijały zapach obiadu.
— Siadaj — wypuściła dym pod sufit.
Monika odsunęła krzesło, odganiając ręką szarą zawiesinę sprzed twarzy.
Kuchnia była za mała, żeby zmieścić je tutaj wszystkie naraz.
— Co w szkole? — pytanie nie niosło w sobie ciekawości. Raczej obowiązek.
— Normalnie — mruknęła pod nosem, sięgając po łyżkę.
Z talerza parowała ogórkowa.
— Znowu? — spojrzała na zupę ze znudzeniem.
— Jak nie chcesz, to nie jedz — matka zgasiła peta w doniczce na parapecie.
Monika dmuchnęła na łyżkę i wsunęła ją do ust. Zupa smakowała jak zawsze.
Niczym.
— Mówię, jak nie pasuje, to nie musisz jeść — włosy matki, siwe jak dym, poruszyły się, gdy sięgała po kolejnego papierosa.
— Zaraz wychodzę na nocną zmianę — dodała, bardziej do siebie niż do córki.
Monika tylko skinęła głową.
Zjadła jeszcze kilka łyżek w towarzystwie skwierczącego żaru.
Resztę zupy odstawiła razem z talerzem do zlewu.
— Idę do siebie… muszę czytać lekturę — mruknęła w progu.
Chester zamknął za nią drzwi.
Rzuciła się na łóżko. Gęste, czarne włosy rozlały się po poduszce.
Może chciałaby zasnąć, ale paski światła zza okna drażniły oczy.
Wstała, żeby spuścić żaluzje do końca.
Chwyciła sznurek dokładnie w chwili, gdy Winamp zmienił piosenkę.
Stan Eminema.
Odruchowo zaczęła rapować pod nosem razem z nim.
Sznurka jednak nie pociągnęła.
Za oknem, po drugiej stronie ulicy, dwa piętra niżej, zobaczyła kogoś, na kogo widok wyrwał z niej ciężkie westchnienie.
Policjant właśnie wychodził z komendy. Ten jej policjant.
Wysoki. Dobrze zbudowany.
Od razu wyobraziła sobie, że daje się zamknąć w jego ramionach.
Przytula głowę do twardej piersi.
Wypuściła powietrze.
Obiekt westchnień wsiadł do swojego BMW stojącego przed budynkiem.
Silnik zaryczał tak mocno, że poczuła wibracje na szybie.
Pisk opon. Czarne auto zniknęło sprzed jej oczu.
Dopiero wtedy spuściła żaluzje do końca.
W pokoju zrobiło się prawie ciemno.
Wróciła do komputera. Stuknęła w klawiaturę.
Moniaxx:) — będę jutro
Kasia84 była niewidoczna.
Zminimalizowała komunikator.
Kursor przeleciał po pulpicie. Klik. Klik. Przeglądarka.
Po chwili w oczy uderzyła ją zielono-biała strona. Zalogowała się automatycznie. Swój profil pominęła bez wahania. Zdjęcia nie zmieniała od dawna. Komentarze pod nim były zawsze takie same. Zachwyty. Głównie chłopaków z technikum. Nie interesowały jej.
Ile by dała za jeden komentarz tej właściwej osoby.
Weszła na jego profil. Komisarz Roman Garbacki
Zdjęcie z polowania. Stał wyprostowany jak struna. Dzik u nóg. Las w tle. Mundur.
Dotknęła palcem monitora. Krótko. Jakby się sparzyła.
Po chwili ekran zgasł.
Rzuciła się na łóżko i sięgnęła po książkę. Może tym razem się uda.
29 marca 2002 roku
Nysa
Dzisiaj ich rozwalimy bez mydła — chudy blondyn odbijał piłkę od betonu, idąc pierwszy i ciągnąc za sobą resztę.
— No — odezwał się za jego plecami wysoki, cienki jak przecinek kolega. — Oby szybko, bo zmęczony jestem po szkole.
Pozostała czwórka szła w milczeniu.
Wyszli ze swojej ulicy prosto na stadion przy Sudeckiej.
— Myślicie, że już są? — zapytał najmłodszy z nich, czternastoletni Marcin. Brat „przecinka” zwanego także Majorem ze względu na swoje zainteresowania militariami.
— Mam nadzieję — blondyn nie przestawał odbijać piłki nawet wtedy, gdy przechodzili przez pasy.
Za nimi została ulica. Przed nimi — szeroko otwarta brama stadionu.
Weszli w nią jak do siebie.
Główna płyta po prawej była dla nich nieosiągalna. Ta po lewej — błotniste klepisko z kępami trawy — jak najbardziej.
— Są już — odezwał się idący środkiem pochodu Tomek, szczupły szatyn, wskazując palcem na grupę przeciwnej drużyny kręcącą piłką w ramach rozgrzewki. — Andrzej, ty na bramkę. Jak zwykle.
Wbiegł na boisko. Reszta poleciała zaraz za nim.
Krzysiek już nie odbijał piłki. Z całych sił kopnął ją wysoko w powietrze.
— Dawać, pizdeczki! — wrzasnął w ich stronę Gruby, herszt przeciwnej ekipy. — Ile mamy czekać?
— Sklej japę — odpowiedział krótko ostrzyżony Kuba, który do tej pory milczał. — Ustawimy bramki i możemy grać. Dwa razy po trzydzieści.
Nie pytał. Oznajmiał.
Gruby tylko kiwnął głową i wrócił do swoich.
Chłopaki szybko rozstawili swoją bramkę.
Stanęli w kręgu, łapiąc się za ramiona. Piłka leżała pośrodku.
— Rześko dziś — Krzysiek splunął pod nogi. — Dobrze, będzie się lepiej biegało.
— Dobra, czyli jak zwykle — zaczął Tomek. — Andrzej, ty brama i staraj się chociaż trafiać w piłkę, resztę my ogarniemy.
Zaśmiali się.
— Ja do przodu z Marcinem. Kuba, Krzysiek — środek. Piotrek, ty z tyłu.
Major tylko pokręcił oczami. Niespecjalnie chciało mu się grać, ale lepsze to niż siedzenie na chacie. Poza tym matka kazała mu pilnować brata.
— Gotowi? — zapytał Kuba.
Byli.
Rozeszli się po swojej połowie. Za plecami mieli szumiące topole oddzielające ich klepisko od płyty głównej. Drużyna Grubego, oprócz nich, miała przed sobą blask niskiego słońca.
— Czemu wy z tej strony? — zapytał Gruby, idąc na środek boiska. — Jak się zmienimy po połowie, to słońce nie będzie wam przeszkadzać tak jak nam.
Odwrócił się w stronę swoich.
— Życie… — prychnął Kuba. — Gracie czy stoicie?
Gruby westchnął.
— Dobra, zaczynajcie.
I zaczęli.
Krótkie podania na swojej połowie. Piłka latała jak kwadratowa, odbijała się od nierówności.
Marcin cofnął do Kuby. Ten poleciał bokiem, minął jednego i szykował się do wrzutki na głowę Tomka. Nie wyszło.
Futbolówka podskoczyła mu w ostatniej chwili. Zamachnął się w powietrzu. Stracił równowagę i wyrżnął na plecy.
Przeciwnicy ryknęli śmiechem.
Piotrek już był przy nim. Pociągnął go za ramię, postawił na nogi.
— Żeś wyjebał — zaśmiał się po przyjacielsku.
— Dawaj, dawaj! — Krzysiek darł się ze środka.
Gra ruszyła dalej. Piłka chodziła z jednej strony na drugą. Sporadyczne strzały kończyły się wysoko nad bramkami, niektóre nawet do nich nie dolatywały.
Andrzej póki co był bezrobotny. Stał w bramce i tylko patrzył, jak koledzy biegają.
Czasem zapominał, że w ogóle jest na boisku.
Głowa uciekała mu gdzieś indziej. Tylko on wiedział gdzie.
Przez moment nie wiedział, po której stronie stoi.
Teraz wyrwała go z zamyślenia piłka lecąca z dużą prędkością.
Nie zdążył zareagować.
Po chwili, w ślamazarnych ruchach, wyciągał ją z bramki.
— Kurwa! — wrzasnął Krzysiek ksywka Ribok. — O czym ty myślisz, człowieku?!
— Daj mu spokój — Tomek wszedł między nich. — Zjebaliśmy wszyscy.
Pierwsza połowa skończyła się tak, jak nie powinna.
Drużyna otyłego nastolatka prowadziła, dolewając do pieca wrednymi minami, kiedy zmieniali się stronami.
W drugiej wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Andrzej przepuścił piłkę jeszcze cztery razy.
Za każdym razem spóźniony. Jakby reagował dzień po fakcie.
— No kurwa… — Ribok dyszał, opierając się o słupek bramki.
Koledzy siedzieli obok, z rękami na kolanach.
— To my mogliśmy wziąć to mydło…
W milczeniu odprowadzili wzrokiem schodzącą z boiska drużynę zwycięzców.
Tamci jeszcze coś pochrząkiwali, coś pokrzykiwali, ale oni udawali, że tego nie słyszą.
Pierwszy odezwał się Marcin.
— Zawsze szło gładko… — zamyślił się.
— Dobra — Tomek wstał. — Nie ma co przeżywać. Idziemy.
— Ej… — Krzysiek odkleił się od słupka. — Ciekawe, kto będzie w tym roku na Dniach Nysy. Zmienił temat tak szybko jak gdyby porażka wcale nie miała miejsca.
— Podobno Peja — odpowiedział Major, który już też podniósł się na nogi.
— Byłoby zajebiście.
Po tych słowach ruszyli w kierunku bramy.
Potem weszli w swoją ulicę i stopniowo znikali — jeden po drugim — w swoich domach.
Ostatni został Kuba. Zatrzymał się przy domu Tomka.
— Co robimy jutro? — zapytał, kiedy kolega był już na podwórku.
— To co zawsze — wzruszył ramionami Riken. — Spróbujemy przetrwać weekend.
Uśmiechnął się i poszedł do siebie.
Kuba zrobił to samo. Kilkadziesiąt metrów dalej wszedł do swojego domu.
Słońce kończyło dzień bez pośpiechu. Ulica pustoszała, chłód wchodził między domy.
Żaden z nich jednak nie wiedział, że więcej już razem nie zagrają.
29 marca 2002
Nysa
Spod budynku komendy miejskiej wyjechał tak, jak lubił. Agresywnie.
Zostawiając za sobą zapach palonej gumy, pisk opon i wściekłe twarze przechodniów.
Skręcił w lewo. Przeleciał całą Armię Krajową.
Na skrzyżowaniu zatrzymał się centymetry przed innym autem — wystarczająco blisko, żeby kierowca zrozumiał aluzję.
Gdy tamten ruszył, on nie czekał.
Wyprzedził go jeszcze na zakręcie w prawo, z pyskiem napiętym od adrenaliny.
Pędził przed siebie, mając w dupie przepisy ruchu drogowego.
W końcu to on decydował, kto dostaje mandat.
Całą trasę do domu ojca przejechał szybciej, niż było to konieczne.
Nie dlatego, że się spieszył. Po prostu tak chciał.
Zatrzymał się pod blokiem na Sudeckiej. Zostawił auto byle jak, blokując wąską drogę pod wieżowcem. Miał to w dupie.
Stanął przed wejściem do klatki. Nacisnął domofon.
— Halo — głos w słuchawce zabrzmiał jak sztuczne ognie.
— To ja — odpowiedział krótko.
Zamek puścił po chwili.
Wszedł do środka i szybkim krokiem dopadł windy. Minął się z kobietą wyprowadzającą psa. Zwierzę zaszczekało na jego widok.
Dla balansu odszczeknął.
Kobieta tylko mocniej pociągnęła smycz.
Wysiadł na ostatnim piętrze.
Jedynym w całym bloku, gdzie klatka schodowa wyglądała tak, jakby nadal mieszkali tu ludzie, a nie zwierzęta.
Winda po chwili zjechała w dół.
— Kurwa… — mruknął.
Nie lubił czekać.
Zastukał do drzwi. Wciąż widniał na nich napis: K+M+B 2002.
Po kilku sekundach zamek zazgrzytał. Otworzył starszy mężczyzna w stroju myśliwskim.
— A ty co? — prychnął. — Na ryby?
— Tak. Na nockę, nad jezioro — odpowiedział chłodno. — Wchodzisz?
— Nie. Nie mam czasu. Masz to, co chciałem?
Ojciec sięgnął do kieszeni. Wyjął niewielką paczuszkę. Zawahał się ułamek sekundy, zanim ją podał.
— Zajebiście.
Syn wyrwał mu ją z ręki.
— Pozdrów mamę.
Odwrócił się na pięcie i ruszył do windy.
Zjechał na parter, po drodze zgarniając nieproszonych pasażerów. Każdy był dla niego tylko wydłużeniem czasu. Każdego traktował jak powietrze.
Przy aucie stał młody chłopak. Z ciekawością zerkał przez szybę na liczniki.
— Ile pali? — zapytał, gdy ten właśnie wsiadał do BMW.
Nigdy się jednak tego nie dowie.
Drzwi trzasnęły. Silnik zamruczał głęboko. Zawrócił w miejscu i ruszył w stronę swojego mieszkania, praktycznie tą samą drogą.
Pod blokiem na Kościuszki zaparkował z gracją. Trzymając paczkę pod ręką, wszedł do klatki. Wszystkie schody na ostatnie piętro musiał pokonać o własnych siłach.
Pod drzwiami wsunął paczkę za pazuchę. Nacisnął klamkę.
W przedpokoju pachniało kolacją.
— Cześć, skarbie — głos żony doleciał z kuchni. — Jak tam?
— Wszystko dobrze.
Zdjął buty i starannie odłożył je na półkę.
— Gdzie dzieciaki?
Cmoknął ją w policzek.
— Ładnie pachnie — dodał potulnie. — Co to?
— Pizza — uśmiechnęła się zalotnie. — Mam nadzieję , że jesteś głodny.
— Jak wilk — odpowiedział z uśmiechem. — Tylko muszę najpierw… wiesz… ten teges.
Skinął brodą w stronę łazienki.
Nic nie powiedziała. Była zajęta kończeniem kolacji.
Zamknął się w małej łazience. Dopiero tu zdjął kurtkę. Wyjął paczkę. Ostrożnie wysunął trzy ampułki zapisane cyrylicą. Drugą ręką wymacał przyklejoną pod umywalką strzykawkę.
— Długo jeszcze? — stłumiony głos żony.
— Chwilka.
Wbił igłę w pierwszą ampułkę, zassał całość. Rozpiął spodnie, opuścił je na tyle, by odsłonić pośladek. Nie zastanawiał się. Ukłucie było szybkie. Ciepło rozeszło się powoli.
Po kilku sekundach spodnie wróciły na miejsce. Strzykawka wylądowała w koszu, przyciśnięta papierem toaletowym. Spuścił wodę — dla pozoru.
Wyszedł do kuchni.
— Pytałem, gdzie dzieciaki.
— Jeszcze pod blokiem — niosła talerze do salonu.
— Późno się robi… może ich zawołam.
— Same wrócą — uśmiechnęła się chytrze. — Mamy chwilę dla siebie…
Zniżyła głos.
— Dziś jestem zmęczony.
Podrapał się po krótko ostrzyżonej głowie.
— Jasne — odpowiedziała chłodno.
Kolację jedli już w milczeniu i w sumie mu to nie przeszkadzało. Dzieci dołączyły gdzieś w połowie pizzy. Wyrwały po kawałku i każde poszło w swoją stronę.
— Odniosę — sięgnął po talerze, kiedy skończyli jeść.
Widział, że jest obrażona. Za jego zmęczenie. Tym lepiej. Da mu spokój na resztę wieczoru i pozwoli zadziałać zastrzykowi.
Wrzucił brudy do zlewu.
— Położę się już! — krzyknął do żony.
Milczała. Foch osiągnął szczyt.
Uśmiechnął się pod nosem. Lepszego wieczoru nie mógł dziś oczekiwać. Zgasił światło w kuchni i poszedł prosto do sypialni.
Rozebrał się do naga. Stanął przed lustrem. Obejrzał swoje ciało. Napiął mięśnie, zmienił pozycję, jak kulturysta. Mógłby nim być. Czuł pod skórą napięcie, które lubił.
Kiedy skończył to przedstawienie, bez namysłu padł na łóżko.
Zasnął szybko.
30 marca 2002
Nysa
Życie dało Władkowi kuksańca już dwa razy.
Pierwszy był wtedy, gdy wchodził w dorosłość i poznał swoją miłość.
Ania. Skromna, małomówna. Nie należała do dusz towarzystwa — tak jak on.
Los złączył ich na krótko.
Przyszedł list. Jeden. Z pieczęcią Wojska Polskiego.
Powołanie było jak brutalne pożegnanie z wolnością.
Dwa lata koszar. Gdzieś na Rubieżach. Jednostka, o której dziś nikt już nawet nie pamięta. Miłość nie przetrwała próby.
Był to początek lat osiemdziesiątych.
Drugi raz życie zakpiło z niego całkiem niedawno.
Dobrze zapowiadający się biznes, w który wszedł z kolegą, rozpadł się szybciej niż domy w Czeczenii.
Sprowadzanie do Polski białych skarpet frotowych nie mogło się nie udać.
A jednak.
Kredyty, których nie był w stanie spłacić, ściągnęły go na samo dno.
Kolega przetrwał. Był sprytniejszy. Albo miał lepsze znajomości.
Władek nigdy już do tego nie wracał myślami.
Z pustymi kieszeniami, bez dachu nad głową, stał się stałym ruchomym elementem miasta. Jednym z wielu.
Ale jedynym, który zapisze się w jego historii.
Trzeci raz nastąpi dziś. Już niebawem.
Obudził się w bunkrze z uczuciem, jakby ktoś wiercił mu w trzewiach metalowym, spiralnym wiertłem.
Głowa pulsowała nie tyle bólem, co czymś bardziej rozgrzanym — jakby zbierała się w niej burza piaskowa.
Spróbował otworzyć oczy. Stawiały opór jak drzwi zardzewiałe na wszystkich zawiasach.
Tylko że zamiast rdzy miał na powiekach zaschniętą pulpę z ropy, łez, potu i Bóg wie czego jeszcze.
Kiedy wzrok w końcu wrócił, podniósł się do pozycji półsiedzącej, jęcząc jak stary tapczan, któremu kazano udawać łóżko.
Zaczerpnął kilka ciężkich oddechów. Wilgotnych. Przesiąkniętych stęchlizną.
W ustach czuł gorzki, metaliczny posmak krwi. Twardym, obolałym językiem zlizał resztki wymiocin oblepiające ostatnie zęby.
Wstał. Chwiejnie.
Ściany zwęziły się wokół niego jak bezlitosne imadło. Miał wrażenie, że chciały go zmiażdżyć.
Poczuł gwałtowne uderzenie gorąca, a zaraz po nim jeszcze mocniejszy chłód.
Pot spłynął mu po skroni.
Nie wiedział, która jest godzina. Jaki dzień. Czy to w ogóle jeszcze jego ciało.
Dotknął nosa. Palce były czerwone.
Krew sączyła się wolno — sama chciała opuścić jego organizm.
Zakrztusił się suchym, chropowatym kaszlem. Musiał podeprzeć się ściany.
W głowie wirowało tak, że puściła treść żołądka pod nogi.
Śmierdziała paskudnie.Krwią.Żółcią.
I czymś jeszcze. Czymś, czego nie znał.
Jak kukła na sznurkach, przesuwając się po ścianie, dotarł do wyjścia z bunkra.
Wystawił ciało za próg.
Biała, gęsta mgła podrażniła mu oczy. Zmrużył je z trudem, cofając się o krok.
Cień był przyjemniejszy w tym nieprzyjemnym momencie.
W końcu wyszedł, przedzierając się przez rozlane w powietrzu mleko.
Szpital.
Gdzieś resztki świadomości pryskały pomysłami jak pleśń na serze.
Na czworakach wspiął się na niski wąwóz. Trawa mokra od rosy zwilżała mu skostniałe palce. Ślizgał się, urywając wspinaczkę.
W końcu wgramolił się na górę, prosto na alejkę.
Kierowany instynktem przetrwania ciągnął w stronę niedalekiego szpitala.
Może sześćset metrów. Może mniej.
Park zalany mgłą świecił pustkami. Tylko ptaki gdzieś w koronach drzew darły się wrednie, paraliżując mu uszy.
Przystanął przy ławeczce. Potrzebował złapać oddech.
Złapał coś innego. Głód. Już nie taki jak wczoraj. Gorszy.Dziki.Pragnący mięsa. Byle jakiego.
Wykrzywił twarz i ruszył chwiejnym krokiem przed siebie.
Wyszedł z parku i dopiero wtedy zorientował się, że nie jest tam, gdzie chciał.
Stał na swojej pierwotnej ścieżce.
Drogę znał. Prowadziła na parking przed sklepem.
Zacisnął usta. Zaraz potem wyrzucił z nich gęstą, pomarańczową flegmę.
Poszedł na swój teren łowiecki.
Po drodze minął kilka przypadkowych osób. Odskakiwali od niego, zanim jeszcze zdążył otworzyć usta.
Przeszedł wzdłuż ulicy z kamienicami po obu stronach.
— Pijaku pierdolony!
Wrzasnął Kierowca, który musiał gwałtownie zatrzymać samochód.
Władek przeszedł przez skrzyżowanie, jak gdyby w ogóle nie istniało.
Po paru metrach gdzieś z boku jakiś pies zaczął na niego warczeć z dziką agresją.
Oczy pokazywały mu tylko fragmenty rzeczywistości.
Dźwięki dochodziły gdzieś z daleka.
Nawet nie zauważył, że mgła zdążyła się już przerzedzić.
Nogi pchał głód, nie własna wola.
Wszedł między bloki, mijając po drodze bazar.
Mnóstwo ludzi, ale każdy tylko prychał z odrazą. Nie widział ich.
A byli przecież na wyciągnięcie ręki.
W końcu dotarł na swój parking.
Głowa latała mu na szyi, zapominając o kręgosłupie. Jak zabawka na sprężynce.
Oczy co jakiś czas chowały się za powiekami, zostawiając tylko białka.
Wtedy właśnie coś w nim warczało.
Oparł się o maskę jakiegoś samochodu.
Moczu już nawet nie kontrolował.
— Niech ktoś wezwie policję — kobiecy głos.
— Są gorsi jak zaraza — męski.
— Powinni to usuwać z miasta. Na siłę do roboty gonić — inna kobieta.
Wszystkie te głosy były. Ale on ich nie słyszał.
Zabrał dłoń z pojazdu. Prawie upadł, tracąc to chwilowe podparcie.
Nogi poniosły go dalej.
Zatrzymał się na mężczyźnie, który właśnie wyszedł z bladozielonego Kadetta.
Władek już nie myślał. Nie analizował. Rozdziawił szczękę.
Trzy zęby wbiły się w dłoń faceta.
— Co ty kurwa robisz?!
Odepchnął go od siebie.
Tym razem Władek nie utrzymał równowagi. Uderzył plecami o beton
i zastygł na kilka chwil.
Paru świadków zajścia tylko wymieniło się spojrzeniami i szybko się rozeszło.
Dla nich to był tylko upadek menela.Nic, co miało znaczenie.
Jakiś starszy człowiek zapytał faceta ugryzionego przez menela:
— Nic się panu nie stało? — troska w głosie była prawdziwa.
— Ugryzł mnie pojeb — nerwy wciąż w nim pulsowały.
— Tacy to oni są… — dziadek chciał pociągnąć rozmowę dalej,
ale mężczyzna zniknął już w środku sklepu.
W tym samym czasie Władek zdążył podnieść ciało. Sprawniej niż ostatnio.
To ugryzienie mu smakowało. Chciałby więcej.
Tylko że światło dnia, rozbijające się o resztki mgły, kazało mu szukać cienia.
Niezauważony przez nikogo, ruszył, ciągnąc jedną nogę za sobą w stronę bunkra.
Dla niego dzień właśnie się skończył.
30 marca 2002 roku
Nysa
CZAT GRUPOWY
Krzysiek (Ribok):
widzicie to mleko za oknem
Tomek (Riken):
mikołaj się chyba spuścił XD
Krzysiek (Ribok):
no hehe a gdzie reszta
Tomek (Riken):
nwm może jeszcze śpią
Kuba (Senior):
jestem jestem a bracia gdzie
Krzysiek (Ribok):
Major pewnie czyści karabin w głowie a Marcin klepie żołnierza po kasku XD
Tomek (Riken):
co wieczorem?
Piotrek (Major):
zamulka jak zwykle
Kuba (Senior):
u mnie na ogródku jakieś alko?
Krzysiek (Ribok):
jak stawiasz to pewnie
Piotrek (Major):
to ja też chętnie XD
Tomek (Riken):
o której bo matka coś wymyśla :/
Krzysiek (Ribok):
18?
Piotrek (Major):
ok
Kuba (Senior):
wy macie bliżej to dajcie znać Andrzejowi
Krzysiek (Ribok):
dobra to do zoba ja spadam
Tomek (Riken):
ja też elo
***
Zakupy zrobił jak automat — bez emocji i bez planu. Jakby lista rzeczy sama wpadła mu do rąk, a nie była efektem jakiejkolwiek decyzji. Pęto kiełbasy. Dwie puszki taniego piwa. Kilka jasnych bułek. Butelka wody. Makaron instant.
Wrzucił wszystko do plastikowej torby jednym ruchem, jak śmieci. Nie zastanawiał się, czy w ogóle jest głodny.
Drażniła go czerwona koszulka kasjerki. Kiedy rzuciła „do widzenia”, nawet na nią nie spojrzał. Szedł już w stronę wyjścia, gdy tuż przed rozsuwanymi drzwiami nagle się zatrzymał.
Odruchowo sięgnął za pasek.
Pusto.
Zaklął pod nosem, przypominając sobie, że Glock został pod fotelem pasażera. Wyszedł przed sklep i rozejrzał się nerwowo. Ręka pulsowała tam, gdzie wbiły się zęby menela. Nikogo nie było. Żadnych gapiów. Tylko ludzie tłukący wózkami o beton i odgłosy samochodów.
Podszedł do swojego Kadetta.
Otworzył drzwi kierowcy, a siatkę z zakupami rzucił na tył auta bez delikatności. Usiadł. Skrzynia biegów kliknęła cicho pod jego dłonią, ale zanim wrzucił jedynkę, jeszcze raz spojrzał na miejsce ugryzienia.
Skóra była sina i opuchnięta, jak gdyby ktoś wstrzyknął w nią truciznę. Ból pulsował głęboko — nie jak stłuczenie, tylko jak coś obcego. Jakby pod skórą pracował rytm, który nie należał do niego.
Odwrócił wzrok. Przekręcił kluczyk.
Silnik zakręcił i zgasł.
Spróbował jeszcze raz. Tym razem odpalił, niechętnie — jak stary pies zmuszony do wstania. Ruszył, starając się oddychać głęboko. Nie wiedział tylko, czy to gorąco rozlewające się po ciele jest atakiem paniki, czy czymś znacznie gorszym.
Nie znał Nysy. Był tu pierwszy raz. Miasto nie miało dla niego ani początku, ani końca — tylko plątaninę ulic, z których każda prowadziła w nieznane.
Wjechał w ulicę Celną powoli. Nie z ostrożności — z narastającej dezorientacji.
Nagle w polu widzenia pojawił się ruch. Gwałtowny. Ostry.
Hamulec w podłogę. Kadett zapiszczał oponami.
Na pasach przebiegała grupka dziewcząt — pięć, może sześć. Stado młodych wilczyc. Rzucały się przez jezdnię w podskokach, z energią jeszcze całkowicie beztroską. Nie oglądały się na boki. Nie zwalniały.
Jedna z nich obejrzała się przez ramię. Spojrzała prosto na niego — nie ze strachem, tylko z urazą. Jakby to ona miała pierwszeństwo. Jakby to samochód wtargnął na pasy.
Po sekundzie już ich nie było. Zniknęły w uliczce między blokami.
Zostało tylko echo kroków.
Zdjął jedną dłoń z kierownicy i przetarł czoło. Pot. Ciężki, lepki. Wsiąkał w koszulę jak olej.
Nie zauważył nawet, kiedy zjechał lekko na pobocze. Dopiero klakson auta z przeciwka wyrwał go z transu. Szarpnięcie kierownicy — powrót na pas.
Zachłysnął się powietrzem.
Miasto przesuwało się przed jego oczami jak film oglądany w półświadomości. Domy falowały, światła rozciągały się w smugi, kontury ludzi zamazywały się i znikały.
Na rondzie zjechał pierwszym zjazdem w Mickiewicza. Droga sama sunęła pod kołami. Po prawej park. Po lewej kolejne domy, gdzieś między nimi zamajaczył mu szyld „Bar Roksana” potem następne rondo. Zjechał drugim zjazdem, prosto przed siebie.
Po jakimś czasie — jak przez mleko — usłyszał szczeknięcie psa. Spojrzał w bok. Młoda dziewczyna odciągała zwierzę od płotu. Pojechał dalej.
I nagle przed maską wyrosła ściana zieleni. Wał jeziora.
Auto zatrzymał. Albo zatrzymało się samo.
Wysiadł.
Powietrze było rześkie, zimne. Weszło głęboko w płuca i przepłukało je od środka.
Oparł się o maskę. Oddychał ciężko, jak po długim biegu. Całe ciało miał mokre. Koszula kleiła się do pleców.
Wyjął ostatniego papierosa. Zapalił. Zaciągnął się tak mocno, że aż zabolało w gardle.
Nikotynę wchłonął jak ratunek — choć palił już jak ktoś, kto tonie.
Wrócił do auta. Wyjął piwo. Pociągnął łyk.
Smak był chory. Metaliczny. Rdzawy.
Wyciągnął się na tylnej kanapie. Zamknął oczy.
Świat zaczął się rozpuszczać.
Mały chłopiec z tornistrem.
Sprzedawca, który nie patrzy.
Pies szarpiący go za gardło, piana oblepiająca wargi.
Cienie ludzi wokół mówią coś bezgłośnie — ich twarze rozciągają się jak w krzywym zwierciadle.
Otworzył oczy gwałtownie.
Światło przygasło. Niebo poszarzało. Chmury zeszły się ciężko. Spojrzał na zegarek.
17:23.
Miał wrażenie, że spał dwie minuty. Spał siedem godzin.
W ustach sucho. Gardło spalone.
Z nosa spływała jeszcze resztka krwi.
Ręka — opuchnięta. Miejscami już nie czuł palców.
I nagle wygrzebał coś z resztek pamięci.
Przed powiekami przemknął szyld:
„Roksana” — Bar.
Papierosy.Piwo.Cokolwiek.
Przerzucił się za kierownicę.
Silnik odmówił współpracy. Po piątej próbie chciał rozwalić deskę rozdzielczą.
Sięgnął po pistolet i wysiadł. Nie wiedział czemu. Ale wiedział po co.
30 marca 2002
Nysa
Poranek zleciał jej szybko i rutynowo.
Obudziła się z policzkiem przyklejonym do książki. Nie zdążyła wczoraj zdjąć ciuchów — zasnęła w nich jak była, w pół zdania, w pół myśli. Po prysznicu, jeszcze w szlafroku, weszła do kuchni.
Nie było dymu. To ją zdziwiło.
Matka o tej porze powinna już odsypiać nockę. Spojrzała na zegarek, wykrzywiła usta. Coś się nie zgadzało, ale na razie odsunęła tę myśl na bok — jak wszystko, co dotyczyło kobiety, która ją urodziła.
Na śniadanie zrobiła sobie tosty francuskie. Zjadła je bez pośpiechu, popijając szklanką kranówki. Wystarczyło. Zbliżające się zawody nie zostawiały miejsca na większy apetyt. Zresztą nigdy nie była żarłokiem.
Odstawiła talerz do zlewu. Szklankę napełniła jeszcze raz i wróciła do pokoju.
Przywitała się z Chesterem — teraz już po kąpieli. Odsłoniła żaluzje.
Zamarła.
Mgła była gęsta. Tak gęsta, że ledwo widziała budynek komendy po drugiej stronie ulicy. Westchnęła cicho, z nadzieją, że do popołudnia — kiedy czarne BMW znów pojawi się pod budynkiem — wszystko się przerzedzi.
Usiadła przed komputerem.
Winamp.
Nasza Klasa.
Zmiana statusu w komunikatorze na „widoczny”.
Spracowane Creative’y odkaszlnęły, po czym wypuściły pierwszą piosenkę tego dnia.
How You Remind Me — Nickelback.
Nachyliła się bliżej monitora. Mokre włosy opadły jej na ramiona. Upiła łyk wody, patrząc na zdjęcie myśliwego.
Z zamyślenia wyrwał ją charakterystyczny brzęczyk komunikatora.
Najechała kursorem na pasek zadań.
Po chwili okienko wypełniło monitor.
Kasia84: długo byłaś na niewidoku :/
Monika: zasnęłam wczoraj z książką, dosłownie xd a co?
Kasia84: aha aha. będziesz dziś? wiesz, ma być Łukasz :)
Monika: daj spokój… w ogóle mnie nie rusza
Kasia84: oj, daj mu chociaż szansę
Monika: nie podoba mi się ;/
Kasia84: ok ok, ty i tak wzdychasz do swojego księcia z BMW xd
Monika: spadaj :[ mów, co tam u ciebie
Kasia84: słuchaj, jaki przypał — dziś byłyśmy z dziewczynami na mieście i wiesz, koło Biedry na Celnej jakiś facet prawie nas rozjechał
Monika: co ty gadasz… jakiś czubek? pijany?
Kasia84: nwm, ale gębę miał jakby seryjnie był nawalony. i gdzie policja ja się pytam xd
Monika: dobrze, że nic wam się nie stało
Kasia84: nom… a szłyśmy właśnie po alko
Monika: jak wpadnę do was potem, to ja bez alko
Kasia84: wtf?!
Monika: nom. długo nie posiedzę i na powrocie chcę jeszcze pobiegać w parku
Kasia84: głupia czy co? po co tak późno biegać? już zapomniałaś o…
Monika: nie zapomniałam, ale nie będę do końca życia unikać tego miejsca
Kasia84: czyli zgłupiałaś całkiem
Monika: o tej porze nikogo już tam nie będzie
Kasia84: NO WŁAŚNIE — wtedy też nikogo nie było
Monika: ok, nieważne. po prostu idę od was później biegać. zawody już niedługo
Kasia84: oki, to czekamy. ja lecę szykować przekąski, buziaki
Monika: papa
Odpaliła przeglądarkę, wcześniej zmieniając status na niewidoczny.
Onet wciąż trąbił o niedawnym zamachu bombowym w Izraelu. Poniżej artykuł o Małyszu, który znowu coś wygrał. Nic, co by ją zatrzymało.
Wstała od biurka i podeszła do szafy. Przeleciała wzrokiem po ubraniach, udając przed samą sobą, że naprawdę się zastanawia. Legginsy. Bluza z kapturem. Wystarczy.
W łazience wysuszyła włosy. Dopiero wtedy dotarło do niej, że w mieszkaniu wciąż nie ma matki. Pierwszy raz coś ją ukłuło w brzuchu. Odruchowo zerknęła na zegarek. Postanowiła, że jeszcze chwilę poczeka — a jeśli nic się nie zmieni, zadzwoni do jej pracy.
Wróciła do pokoju. Usiadła na parapecie i spojrzała na ulicę. Mgła, zgodnie z jej oczekiwaniami, powoli ustępowała. Uśmiechnęła się pod nosem.
Jeszcze trochę — i na parkingu pojawi się czarna bestia.
Poczuła, jak w żołądku coś ją łaskocze. Spojrzała po pokoju. Na łóżku wciąż leżała książka, porzucona jak niedokończona myśl.
Sięgnęła po nią.Na zabicie czasu.
Leżąc na brzuchu, przerzucała kolejne strony, nie rozumiejąc z nich nic. Skupienie uciekało z każdą chwilą, rozrywane myślami o matce i o BMW. Spojrzała na zegarek.
Zerwała się gwałtownie.
Wyszła z pokoju, nie patrząc na Chestera. Telefon stacjonarny wisiał na ścianie tuż przy drzwiach wyjściowych. Przyłożyła słuchawkę do ucha i z pamięci wystukała numer. Po kilku sygnałach odezwał się po drugiej stronie chrapliwy, zmęczony głos kobiety.
Ciężkie „halo”.
Krótka wymiana zdań zakończyła się informacją, że matka Moniki dawno wyszła z pracy. Dziewczyna na siłę zachowała uprzejmość, podziękowała i odłożyła słuchawkę.
Panikę próbowała zepchnąć gdzieś głębiej.
Wróciła na parapet w swoim pokoju dokładnie w chwili, gdy z ulicy dobiegł niski, warkotliwy dźwięk silnika. Przykleiła wzrok do szyby.
W końcu.
Nagroda właśnie wysiadła z auta. Dumny jak paw, przez kilka sekund karmił oczy dziewczyny swoją obecnością. Potem zniknął we wnętrzu komendy.
Po południu miasto żyło jeszcze swoim rytmem. Wieczorem ten rytm miał zostać przerwany.
„Roksana”.
Szyld pamiętający czasy, gdy bony wymieniało się na złotówki.
Kwadratowy klocek baru na rogu Żeromskiego. Dwa wilgotne schodki, jak po niedawnym deszczu. Okna wyklejone do połowy nazwą najtańszego piwa.
Nic z tego nie zwróciło jego uwagi.
Ledwo pamiętał drogę, którą tu przeszedł. Była jak wyjście z kopalni — czarna po bokach, duszna, bez punktów odniesienia.
Otworzył drzwi.
Uderzenie zapachów: dym tytoniowy, pot,
rozlany alkohol.
Mała sala.
Dwa stoliki po prawej. Dwa po lewej. Przy każdym ktoś siedział.
Wszędzie oczy. Wszędzie obserwacja.
Mały ekosystem.
Bar był dla nich jak terytorium wilków.
Każdy znał hierarchię.
Każdy wiedział, kto jest kim.
Każdy znał zapach drugiego.
On był obcy.
Podszedł do lady.
— Piwo i setkę wódki- charczał
Dziewczyna za barem nawet nie uniosła brwi.
— Nie ma.
Splunął na podłogę krwią zmieszaną ze śluzem.
— Piwo. I setkę. Wódki.
— Wyjdź — powiedziała chłodno. Jakby nie pierwszy raz.
Coś w nim pękło. Jak cienka żyłka w oku.
Za plecami usłyszał:
— Pani mówi, żebyś wyszedł.
Odwrócił się.
Nie widział już człowieka. Widział cel.
Ręka ruszyła w stronę paska — ale szybsze były zęby.
Rzucił się na gardło faceta. Wbił je głęboko.
Ten zawył jak konający pies.
Kawał krwawego mięsa spadł na podłogę jak mokra szmata.
Krzyk barmanki przebił hałas. Przypomniał sobie o niej.
Tym razem ręka była szybsza.
Strzał. Prosto w czoło.
Mózg chlusnął na ścianę za osuwającym się ciałem.
Bar eksplodował chaosem.
Krzesła. Kufle. Krzyki. Jedna gęsta kula dźwięku.
Przeskoczył przez ladę. Wypadł tylnym wyjściem.
Za budynkiem wspiął się na płot z nienaturalną lekkością. Spadł na chodnik. Biegł. Na oślep.
Drugi płot. Czyjś ogródek. Ogródek za ogródkiem.
Grabie.Potknięcie.Upadek.
Pistolet wypadł mu z ręki i zniknął w mroku jak porzucona kość. Nie zauważył.
Próbował wstać. Ręce drżały.
Z gardła lała się lepka maź. Wypadło kilka zębów. Kaszel. Mokry. Bulgoczący.
Oczy zachodziły łzami. Albo to nie były łzy.
Jeszcze raz spróbował się podnieść. Nie dał rady.
Dyszał ciężko jak ranny niedźwiedź. Flegma ściekała mu z wargi.
Ciemność zamykała się powoli. Już nie chciał wstawać.
Zastygł w miejscu. Charcząc pod nosem.
30 marca 2002
Nysa
Starannie złożył koszulkę w żółto-czarnych barwach, z numerem osiemnaście na plecach. Dorzucił ją do kupki reszty ciuchów leżących na kanapie, a po chwili całość zniknęła na półce w szafie. Ostatnie zadanie zlecone przez matkę było skończone.
Rozejrzał się po pokoju, w poszukiwaniu czegoś, co jeszcze mogłoby zabić czas. Do umówionej godziny spotkania z kumplami brakowało piętnaście minut.
— Co tak szukasz? — zapytał młodszy brat ze swojego łóżka. Jedenastoletni blondynek z fryzurą na grzybka rysował coś na kartce.
— Nie twoja sprawa, młody — zbył go i usiadł przed komputerem.
— Ej! — krzyknął brat. — Twój czas na granie się skończył, zaraz powiem mamie!
— Nie gram, tylko usiadłem. Zresztą co ja ci się tłumaczę, szczylu — machnął ręką, jakby odganiał muchy.
Rzucił okiem na pulpit. Jedenaście minut.
— Dobra — mruknął, wstając od biurka.
W progu pokoju zatrzymał się jeszcze na moment.
— Jak wrócę, masz spać — zrobił groźną minę.
Tym razem brat nawet na niego nie spojrzał.
W przedpokoju sięgnął z wieszaka kurtkę. Włożył buty, chowając sznurówki do środka.
— Tylko po zmroku nie wracaj — matka wychyliła głowę z kuchni razem z zapachem kiszonej kapusty.
— Znowu bigos jutro? — zapytał znudzony.
— Słyszałeś, co powiedziałam — machnęła przed sobą nożem, którym szatkowała kapustę. — Nie za długo.
— Dobra, dobra — westchnął buntowniczo. — A Ribok i Senior są rok młodsi i nie mają takiego rygoru…
— Wy i te wasze przezwiska — pokręciła głową. — Jak z kryminału.
Reszty już nie usłyszał. Zamknął drzwi z trzaskiem.
Wyszedł na ganek, zbiegł po schodach i dopadł do furtki. Wieczór pachniał zimnym powietrzem i ciszą miasta, które powoli szykowało się do snu. Ulica — rząd starych, poniemieckich domów z czerwonymi dachami, latarnie tylko po jednej stronie chodnika — była pusta.
Kumpli jeszcze nie było.
Naciągnął kaptur na głowę i splunął pod nogi. Tak było modnie. Pogrzebał w kieszeni bluzy, wyjął zmiętego L&M-a. Gdyby nie dom za plecami, już by go odpalił.
Stał tak chwilę w ulicznej ciszy.
Kątem oka zauważył czarnego kota przecinającego drogę. Przewrócił oczami, ciesząc się, że akurat nie szedł w tamtą stronę.
Chwilę później coś jednak zwróciło jego uwagę. Nie był pewien, ale miał wrażenie, że gdzieś niedaleko coś stuknęło. Przytłumione. Obce.
Wzruszył ramionami.
W końcu zaczęli się schodzić. Z domu na wprost wyszedł Ribok, rycerz ortalionu z gębą wykrzywioną w cwanym uśmiechu. Z lewej nadciągnęli bracia. Po paru minutach od prawej strony pojawił się Kuba.
Ekipa była w komplecie. Prawie.
— Gdzie Andrzej? — zapytał Tomek, patrząc na Piotrka, przypominając mu tym spojrzeniem, że miał dać mu znać o spotkaniu.
— Pewnie jeszcze na bramce — zaśmiali się. — A tak serio, to zaraz przylezie, wiesz jak to z nim.
— Dobra — Krzysiek potarł dłonie. — To jaki plan?
Stali na środku ulicy, tworząc luźny krąg. Latarnia nad ich głowami świeciła tak, jakby sama miała już dość.
— Ile macie kasy? — rzucił Kuba.
Od razu wszyscy zaczęli grzebać po kieszeniach. Wyciągnięte dłonie z bilonem błysnęły w świetle lampy. Nie było tego wiele.
— No… — Ribok skrzywił się. — Na trzy piwa może starczy.
— Dobre i tyle — wtrącił Marcin i od razu skrzywił się, masując tył głowy.
— Ty nawet nie myśl, że będziesz pił — starszy brat klepnął go w potylicę.
— Idzie — Kuba skinął brodą w stronę sylwetki nadciągającej od końca ulicy.
Andrzej, kiedy wreszcie doczłapał do reszty, stanął bez słowa.
— Masz jakiś bilon? — zapytał Riken.
— Ee… — mruknął.
— To nie pijesz — palnął Krzysiek i znów się zaśmiał.
— W Teleexpressie mówili… — Andrzej odezwał się nagle.
Wszyscy spojrzeli na niego jednocześnie. Speszył się, jakby nagle zapomniał, po co w ogóle otworzył usta.
— No co mówili? — nacisnął Major.
— Że wczoraj… — jąkał się. — W Oławie… jakiś gościu…
— Skończysz dzisiaj? — Ribok był już wyraźnie zniecierpliwiony.
— Zastrzelił dziecko i sprzedawcę w sklepie — dokończył Andrzej z wyraźnym wysiłkiem.
— No i co z tego? — prychnął Piotrek.
Andrzej tylko wsunął ręce do kieszeni i zrobił z ust prostą, cienką linię.
— Idziemy do sklepu — przerwał ciszę Tomek.
Przegrupowali się i tylko jedna osoba złamała szyk, zostając z tyłu.
— Słyszeliście… — mruknął pod nosem.
Reszta chłopaków, bez większej ochoty, obróciła się w jego stronę.
Andrzej wyjął ręce z kieszeni i jedną wskazał na podwórka za domami.
— Co znowu? — Kuba poczuł, że jeszcze moment, a zacznie żałować, że w ogóle wyszedł z domu.
— Coś hałasuje na ogródkach… — Andrzej już w trakcie zdania żałował, że się odezwał.
— Pewnie koty się pierdolą — Major przyspieszył kroku.
Nie poszli jednak zbyt daleko.
Najpierw zatrzymał ich pomruk policyjnych syren, niosący się po mieście jak niski, niepokojący puls. Chwilę później ulica została wzięta w kleszcze.
Od strony stadionu nadjeżdżały radiowozy. Zatrzymali się i odwrócili w tamtą stronę. Jednocześnie z drugiego końca ulicy wjechały kolejne. Niebieskie światła odbijały się od szyb w domach, migotały po elewacjach. Psy na podwórkach zaczęły szczekać, jeden po drugim. Pierwsi gapie pojawili się w oknach.
— Co się dzieje? — Ribok kręcił się w kółko, zresztą jak pozostali.
Szybko wskoczyli na chodnik, uciekając sprzed maski policyjnego Passata. Samochód zatrzymał się na ich wysokości. Przez opuszczoną szybę wychyliła się głowa policjanta w cywilnych ubraniach.
Chłopcy zamarli.
— Co wy tu robicie? — rzucił bez grzeczności.
Nikt nie odpowiedział. Kolejne radiowozy stawały jeden za drugim. Kilku sąsiadów wyszło już przed domy.
— Widzieliście, żeby ktoś tu biegł? — kontynuował.
Pokręcili głowami. Tylko Andrzej chciał coś powiedzieć, ale strach zamknął mu gardło.
— Jesteście stąd? — zapytał inny gliniarz, wysiadając z auta.
— Nie… nie… — Piotrek się zająknął. — Nikogo…
— Spieprzać do domów. Raz, dwa. — zabrzmiało jak rozkaz.
Chłopcy rozbiegli się do domów, nie dając szansy kolejnemu policjantowi na ich przegonienie. Mundurowi wysypali się z radiowozów i parami ruszyli na podwórka za domami. Dwa psy policyjne szczekały uporczywie, wyrywając się ze smyczy.
Ludzie pochowali się za oknami, obserwując z narastającym niepokojem nagłą sytuację na ich zazwyczaj spokojnej ulicy. Pokrzykiwania policjantów mieszały się ze szczekaniem psów i wyciem niebieskich kogutów, tworząc gęsty, nerwowy chaos.
Major przepuścił brata przed sobą i wpadli razem do mieszkania.
— Szybko. Odpalaj kompa — rzucił starszy.
Sam pognał do kuchni, skąd miał widok na tył domu.
Tam już stali ich rodzice. Piotrek zdawał się ich nie widzieć. Zgasił światło w kuchni.
— Co robisz? — zapytał poddenerwowany ojciec.
— Tak będziemy lepiej widzieć, co się tam dzieje — rzucił krótko.
Zaraz potem przykleili nosy do szyby.
We trójkę patrzyli, jak po ciemnych ogródkach wędrują snopy światła policyjnych latarek. Omiatały drzewa, krzaki, garaże. Ryły trawę i szopy, aż w końcu wszystkie zatrzymały się w jednym punkcie.
W tym samym, nad którym po chwili dwa owczarki zawarczały nisko.
— Coś chyba znaleźli… — szepnął ojciec.
Piotrek jeszcze mocniej naparł na szybę.
— Jakiegoś człowieka… — wyszeptał, zostawiając parę na szkle.
Żaden z nich nie zauważył, kiedy matka wyszła z kuchni.
— Prowadzą go — podniecenie w głosie chłopaka aż kipiało.
Odskoczył od okna i pobiegł do pokoju, gdzie młodszy brat siedział już przed komputerem.
— Włączaj Gadu.
***
Z demonicznego mroku i półsnu, przecinanego pojawiającą się i znikającą świadomością, wyrwało go najpierw światło. Dużo światła. Potem dźwięki.
Z oporem otworzył oczy. Biel. Jednolita, oślepiająca.
Głosy krążyły wokół, daleko, jakby zza grubej ściany. Dopiero uderzenie zimna i coś ciepłego, kapiącego na twarz, przebiło się przez chaos w głowie. Ślina. Nie jego.
Za chwilę, bez udziału własnych mięśni, poczuł, jak ciało odrywa się od mokrej ziemi i gwałtownie wraca do pionu. Głowa była za ciężka. Latała na szyi, jakby kręgosłup był z gumy.
— Kurwo pierdolona… — syknął ktoś nad nim.
Nie widział twarzy. Wciąż tylko światło i dźwięki.
— Wstawaj…
— Skuj go…
— Przeszukaj…
— Ręce z tyłu…
— Do suki…
— Cofnij psa…
Słowa odbijały się od siebie, próbując złożyć w sens. Bez skutku.
Bezwładne stopy szurały po trawie, ziemi, potem po betonie. Wlekli go jak szmacianą lalkę. Poczuł piekący ból pod pachami. Tym razem oczy otworzyły się szerzej.
Światło było teraz po bokach. Powietrze pachniało testosteronem, zimnem, potem i mokrym futrem. Zakręciło mu się w głowie. Zwymiotował. Na siebie. Na buty. Na chodnik.
— Skurwysyn… — męski głos, z boku. Agresywny.
Nagle wszystko ustało. Stopy dotknęły ziemi na pełnej powierzchni. Już nie lewitował. Ale tylko na moment.
— Wrzucamy go do tyłu…
— Siadasz z nim…
— Pilnuj…
Trzask drzwi.
Miękka kanapa pod tyłkiem. Zapach starej tapicerki i broni. Oparł głowę o coś miękkiego. Ulga. Krótka.
I wtedy stracił resztki kontroli.
Mleczna błona zeszła z oczu, odsłaniając rozszerzone źrenice. Twarz wykrzywiła się w dzikiej furii. Coś w środku szeptało mu do ucha.
Złe rzeczy.
Bardzo złe.
Krew. Krew. Krew.
Wybałuszonymi oczami rozejrzał się wokół. Przed nim krata. Czarna, gruba. Za nią światła i sylwetka kierowcy. Miasto migało za szybą — latarnie, domy, ulice, jedna długa smuga.
I wtedy poczuł obok siebie ludzkie ciepło.
Ktoś siedział obok.
Poruszył nosem jak pies, który złapał trop.
Krew.
Obrócił głowę. Rozdziawił szczękę. Z gardła wyrwał się bulgot i wbił zęby w ciało obok siebie.
— Kurwo!! — wrzask bólu.
Radiowóz szarpnął w prawo, potem w lewo.
— Co jest?! — krzyk z przodu.
— Ugryzł mnie!!
Coś uderzyło go w twarz. Coś twardego. Zęby posypały się na podłogę auta jak kamienie. W szczęce zostało ich tylko kilka.
Jeszcze próbował warczeć. Pałka spadła drugi raz. I trzeci.
Zacharczał i osunął się bezwładnie na kanapę.
Szalona jazda radiowozu, pełna wycia kogutów i wrzasków w środku, dobiegła końca.
Auto chaotycznie wjechało na parking przed komisariatem. Za nim kolejne. Każde zatrzymywało się jak rzucony przez dziecko resorak.
Policjanci wysypywali się z samochodów jeden po drugim. Przekrzykiwali się komendami, rozkazami, przekleństwami. W tej części miasta ludzie zdążyli już podejść do okien — ciekawość wypisana na twarzach, jak zawsze.
W progu komisariatu stał postawny mężczyzna. Cywilne ubranie. Krótka fryzura. Broń przy pasku. Wypatrzył od razu właściwy radiowóz.
Zbiegł po schodach i otworzył tylne drzwi. Chwycił bezwładne ciało pod pachy i szarpnął je na zewnątrz jak worek z mięsem.
Z drugiej strony auta wysiadł policjant z opatrunkiem przy szyi. Krew przesiąkała przez bandaż.
— Tobie co? — zapytał krótko, ciągnąc podejrzanego.
— Ugryzł mnie — padła odpowiedź, zdyszana. Walka z bezwładnym ciałem zdążyła go wykończyć.
— Od razu do sieczkarni z nim — rozkazał kierowcy . — Tamtego zabrać pogotowiem.
— Tak… jest… — policjant szarpał się jeszcze z ciężarem.
Po chwili dołączył trzeci mundurowy. We trzech wlekli go do środka budynku.
Ugryziony funkcjonariusz usiadł na masce radiowozu. W tym całym zamieszaniu stał się niewidzialny dla swoich kolegów.
30 marca 2002
Nysa
Czat grupowy
Krzysiek (Ribok): gruba akcja, fest
Tomek (Riken): masakra, ciekawe o co chodzi
Krzysiek (Ribok): pewnie niedługo się dowiemy
Kuba (Senior): słuchajcie… siorka mówi, że w barze u Roksany jakaś strzelanina czy coś
Tomek (Riken): skąd ona to wie?!
Krzysiek (Ribok): a gdzie w ogóle są bracia?
Kuba (Senior): wracała niedawno z miasta, mówi że pełno glin i karetki
Tomek (Riken): to może to jakaś obława?
Piotrek (Major): u nas z ogródka wyprowadzali jakiegoś typa, widziałem z okna
Krzysiek (Ribok): co ty gadasz
Piotrek (Major): no, targali go jak kukłę, psy były
Tomek (Riken): myślisz że to ma coś wspólnego z barem?
Kuba (Senior): na bank
Krzysiek (Ribok): ja pierdolę… to jakiś morderca nam po podwórkach latał :/
Piotrek (Major): teraz czysto, wszyscy poszli, pewnie rano wrócą szukać śladów
Tomek (Riken): możliwe
Piotrek (Major): idę na ogródek, zobaczę z ciekawości co tam
Krzysiek (Ribok): zwariowałeś?
Piotrek (Major): zw
Piotrek, mimo protestów rodziców, wyszedł na ogródek, nie wiedząc, że zrobił właśnie pierwszy krok w stronę miejsca, z którego nie wszyscy wrócą.
***
Z wieży Sony dudniła muzyka tak głośna, że tłumiła nie tylko to, co na zewnątrz, ale i myśli w głowie.
Monika siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami. Próbowała skupić myśli w jednym punkcie, wpatrując się w paczkę chipsów o smaku ketchupu leżącą na stole. Już po wejściu do mieszkania koleżanki zaczęła żałować, że w ogóle tu przyszła.
Wychodząc z domu, zostawiła na lodówce kartkę dla matki. Ta nie wróciła przez cały dzień. Teraz ta myśl wracała uparcie, wypychając na bok całą imprezę.
Jakiś raper z głośników zapewniał, że „damy radę”, ale Monika tego nie słyszała. Ludzie stali, siedzieli, pili, gadali — byli tylko hałasem. Tłem, które nie chciało zniknąć.
Sięgnęła po chipsa i niechcący strąciła plastikowy kubek z czyimś alkoholem.
— Ej! — krzyknął jakiś chłopak. — Uważaj trochę.
Zrobiła przepraszającą minę i wrzuciła do ust chrupka. Już wiedziała, że za chwilę będzie stąd uciekać.
Rozejrzała się za czymś do picia. Na stole nie było nic bezalkoholowego. Wstała i zaczęła przeciskać się przez ludzi w stronę kuchni.
Tam znalazła Kasię. Ta właśnie odkleiła się od ust jakiegoś chłopaka.
— Kasia! — krzyknęła Monika, przekrzykując muzykę.
— Co tam, Monia? — zapytała Kasia, z rozbieganym, szklistym spojrzeniem.
— Będę się zbierać. Dzięki za zapro.
— Już? — Kasia zmarszczyła brwi. — Serio?
Monika skinęła głową.
— Mówiłam, że chcę jeszcze pobiegać.
— Daj spokój, dopiero się rozkręca — Kasia machnęła ręką. — Zostań jeszcze chwilę.
Monika spojrzała na kuchnię. Na oblepione butelki, zlew pełen pogniecionych puszek, resztki przekąsek walające się po podłodze.
— Pójdę już. Serio — nie chciała ustąpić.
— Poczekaj… proszę… — Kasia też nie odpuszczała. — Zaraz przyjdzie Łukasz. — Zrobiła zalotne spojrzenie. — Pogadacie, będzie fajnie.
— Wiesz, że on mnie nie interesuje — Monika wykrzywiła usta.
— Daj mu chociaż szansę — koleżanka przewróciła oczami.
— Idę jeszcze do toalety i spadam — ucięła rozmowę.
Kasia wzruszyła ramionami i już po chwili znowu wpiła się ustami w chłopaka, który z wyraźnym zniecierpliwieniem przysłuchiwał się całej tej wymianie zdań.
Monika wyszła z kuchni. Toaletę znalazła tuż obok. Niestety — o drzwi opierał się nieznany jej brunet.
— Sorry — spróbowała sięgnąć po klamkę.
— Przeliżesz się ze mną, to cię puszczę — zaśmiał się pijacko.
Zmęczona, wkurzona i przede wszystkim zdeterminowana, spięła całe ciało i odepchnęła go barkiem.
— Pojebało cię? — warknął oburzony. — Wystarczyło poprosić.
— Już prosiłam — zamknęła się w środku.
W łazience stanęła przed lustrem. Spojrzała na swoją twarz. Makijażu też już zaczynała żałować. Odkręciła kran z wodą. Kilka chlustów w twarz — i nie było po nim śladu. Wytarła się ręcznikiem. Oparła dłonie o umywalkę.
Co ty tu w ogóle robisz — pomyślała.
Z kieszeni bluzy wyjęła gumkę do włosów. Szybko zebrała je w koński ogon. Załatwiła jeszcze potrzebę, siadając na desce klozetowej.
Wyszła z łazienki.
Po brunecie nie było śladu. Przez moment — ku własnemu zaskoczeniu — poczuła z tego powodu zawód. Miała jeszcze ochotę na krótką, słowną spinę. Żeby się dobić. Żeby się nabuzować przed treningiem w parku.
Blok jej koleżanki od mieszkania Moniki dzielił park. Największy w mieście.
Dwa stawy, pełno krętych krzywych alejek, jeszcze gorszych ławek i cisza, na którą miała nadzieję.
Wyszła przed blok.
Wieczór już z nikim się nie pieścił. Był chłodny i rześki, a w powietrzu pachniało czymś nieznanym. Czymś mokrym.
Zdecydowała, że drogę do samego parku pokona jeszcze pieszo.
Dopiero tam, po krótkiej rozgrzewce, zacznie biec.
30 marca 2002
Nysa
