Strażniczka berlińskiego zoo - Anna Stuart - ebook + książka

Strażniczka berlińskiego zoo ebook

Stuart Anna

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Inspirowana faktami opowieść o dziecku skrywającym szokujący sekret z czasów wojny

Berlin, 1943. Adelaide i jej nowo narodzona siostrzyczka zostają sierotami podczas nocnego bombardowania. Katharina Heinroth, strażniczka zoo przygarnia dziewczynki. Adelaide próbuje odciąć się od wojennej grozy, opiekując się maleńką siostrą i bawiąc się z małpkami. Katharina podejmuje ryzykowną akcję ratunkową. Niestety nie przebiega ona zgodnie z planem. Wtedy Adelaide składa przybranej matce przysięgę – dochowa sekretu, który na zawsze odmieni jej życie.

Berlin, 2019. Uwagę Bethan przykuwa siedząca obok niej na ławce starsza pani, która przedstawia się jako Ada. Zaczyna snuć opowieść o swoim dzieciństwie. Nagle pada znajome imię… Czy po latach milczenia Ada pomoże Bethan odkryć rodzinną tajemnicę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Mamie – mam nadzieję, że wiesz, jak wiele dla mnie zna­czysz.

Prolog

Katha­rina Hein­roth

Ursula Franke

Gisela Schultz

Sasha Eber­hard

Hra­bina Sylvie

Anke?

Dło­nie Bethan drżały, gdy wodziła wzro­kiem po dziw­nej liście osób – spi­sała ją lata temu matka, co roz­po­zna­wała po dro­gim jej sercu cha­rak­te­rze pisma. U góry listy przy­pięto nie­wielką srebrną broszkę w kształ­cie pulch­nego hipo­po­tama. Ostroż­nie ją odpięła, by zaraz wpiąć w klapę swo­jego płasz­cza. Dłoń jej przy tym drgnęła, przez co ukłuła się szpilką w palec, ale przy­jęła ten ból nie­mal z ulgą. Przy­po­mniał o strasz­nym dniu, w któ­rym natra­fiła na ten dziś pożół­kły już kawa­łek papieru.

Miała wtedy jede­na­ście lat, jej żałoba była świeża i bole­sna. Pogrzeb matki zapa­mię­tała jako okropny; po wszyst­kim miała ochotę wtu­lić się w ramiona taty, szu­ka­jąc w nich ratunku przed zale­wem wiel­kiego żalu – bała się, że smu­tek ją zatopi. Jak na złość po ich domu krę­ciły się tłumy ludzi – piją­cych, zale­wa­ją­cych się łzami i bez końca powta­rza­ją­cych dziew­czynce, jak bar­dzo Jana ją kochała.

Bethan nie potrze­bo­wała tych zapew­nień, odda­łaby wszystko, by móc wciąż, na żywo, doświad­czać miło­ści mamy – która kar­ciła ją za to, że zosta­wia skórki od chleba z kana­pek, która suszyła jej głowę o zada­nia domowe, która zawsze sma­żyła dla niej nale­śniki w sobotni pora­nek. Nie chciała objęć współ­czu­cia – pra­gnęła przy­tu­lić się do mamy, chciała jej łasko­tek. Gdy podano jedze­nie, wymknęła się i wci­snęła pod łóżko rodzi­ców w sypialni na pię­trze. W wieku jede­na­stu lat z tru­dem się tam mie­ściła, ale i tak czuła, że nie znaj­dzie dla sie­bie lep­szego miej­sca. Rów­nie dobrym pomy­słem wydało jej się zabra­nie pod łóżko szka­tułki z maminą biżu­te­rią – jakby był to wehi­kuł czasu.

W pew­nym sen­sie fak­tycz­nie tak było – tyle że szka­tułka prze­nio­sła ją do cudzej prze­szło­ści. Oto tam, pod ład­nymi naszyj­ni­kami i bran­so­let­kami pocho­dzą­cymi ze szczę­śliw­szych cza­sów, leżała broszka z hipo­po­ta­mem. Uro­cze zwie­rzątko przy­kuło jej wzrok od razu, podob­nie jak nie­wielka kartka papieru, na którą teraz patrzyła – wypeł­niona kobie­cymi imio­nami zapi­sa­nymi cha­rak­te­ry­stycz­nym, zaokrą­glo­nym, euro­pej­skim pismem matki.

Bethan wpa­try­wała się w kar­te­lu­szek, aż jej oczy, zaczer­wie­nione od pła­czu, zamgliło coś wię­cej niż smu­tek. Od zawsze fascy­no­wały ją nie­miec­kie korze­nie matki i język, który sta­no­wił ich mały, pry­watny kod poro­zu­mie­nia. Uwiel­biała jeź­dzić do rodziny w Niem­czech, gdzie zatrzy­my­wała się u swo­jej Omy Eriki; bra­ko­wało jej tego, odkąd Oma zmarła trzy lata temu. A teraz ta kartka – żywa suge­stia, że w życiu Jany działy się rze­czy, o któ­rych Bethan nie miała poję­cia; że ist­nieli ludzie, któ­rzy byli dla niej ważni; że tra­piły ją pyta­nia, na które poszu­ki­wała odpo­wie­dzi. Czuła z mamą szcze­gólną więź – i to teraz, gdy wyda­wało się, że wszelka łącz­ność z nią została utra­cona.

Jesz­cze tej samej nocy, kiedy wresz­cie zostali z tatą sami, zapy­tała go o notatkę. Zare­ago­wał z gwał­tow­no­ścią bły­ska­wicy.

– Skąd to, do dia­bła, wzię­łaś, Beth?

Wyrwał jej listę z pal­ców tak nie­spo­dzie­wa­nie, że aż pod­sko­czyła.

– Zna­la­złam przy­pad­kiem. Była w pudełku z biżu­te­rią mamy, a mówi­łeś, że wszystko w jej pudełku jest teraz moje. Czyli ta kartka też.

Ojciec zachar­czał gar­dłowo, ale usi­ło­wał się opa­no­wać.

– Tak, kocha­nie, fak­tycz­nie tak mówi­łem. Ale to głup­stwo. Zwy­kła lista, lista… zaku­pów.

– Kim są te kobiety?

– Nie jestem pewien. Mama spi­sała to jesz­cze w Niem­czech. Myślę, że to kole­żanki z lat mło­do­ści.

– Kole­żanki? Naprawdę tak sądzisz, tato? Była tam jakaś hra­bina, sam zobacz.

Pró­bo­wała ode­brać mu kartkę, ale odsu­nął ją, przy­pad­kiem roz­dzie­ra­jąc róg; bała się kolej­nych ruchów, bo lista mogłaby się cał­kiem podrzeć.

– Pro­szę, tato, oddaj. Chcę ją mieć. Mama to napi­sała.

– To też – odparł, po czym pod­niósł inną kartkę ze sto­lika noc­nego, z rysun­kiem dwóch słoni ze sple­cio­nymi trą­bami. Ten pełen miło­ści liścik od mamy był naj­cen­niej­szym skar­bem Bethan, ale i tak nie chciała odpu­ścić listy.

– Czemu robisz z tego taką tajem­nicę? – zapy­tała z wyrzu­tem.

Ale ojciec nie odpo­wie­dział, odsu­nął się tylko, powta­rza­jąc znów, że to zwy­kłe „głup­stwo”, po czym opu­ścił pokój i zszedł po scho­dach. Usły­szała trzask kosza na śmieci w kuchni. Trzy­ma­jąc srebr­nego hipo­po­tama w mocno zaci­śnię­tej dłoni, leżała i wyobra­żała sobie kar­te­lu­szek gni­jący wśród tore­bek po her­ba­cie i obier­ków po ziem­nia­kach, jed­no­cze­śnie uda­jąc, że nie sły­szy cichego szlo­chu sie­dzą­cego przed tele­wi­zo­rem ojca. Póź­niej, kiedy męż­czy­zna w końcu powlókł się do łóżka, dziew­czynka zbie­gła na dół, otwo­rzyła kosz i prze­grze­bała jego roz­mo­kłą zawar­tość, aż zna­la­zła kartkę – popla­mioną i zawil­got­niałą, ale w cało­ści. Nie lubiła oszu­ki­wać taty, jed­nak była prze­ko­nana, że wbrew jego zapew­nie­niom lista kryła coś waż­nego. Bethan miała wra­że­nie, że to wciąż żywy, utrwa­lony na piśmie kawa­łek mamy – i ucze­piła się tego.

Palce powę­dro­wały do broszki, wodząc po wklę­słych lite­rach na masyw­nych nogach srebr­nego hipo­po­tama: BZ. Wtedy nie miała poję­cia, co ozna­czają – odkryła to dopiero lata póź­niej, gdy wymy­ślono wyszu­ki­warkę Google, która dała jej pod­sta­wowe infor­ma­cje o pierw­szym nazwi­sku na liście: Katha­rina Hein­roth – dyrek­torka Ogrodu Zoo­lo­gicz­nego w Ber­li­nie po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Wyglą­dało na to, że zoo było ważne dla jej matki – a to z kolei spra­wiło, że stało się waż­nym miej­scem także dla Bethan, i to jesz­cze zanim się tam zatrud­niła.

Ostroż­nie wsu­nęła kru­chy kar­te­lu­szek z nazwi­skami do swo­jej skó­rza­nej torby wete­ry­na­ryj­nej. Nad­szedł czas, by udać się do nowego miej­sca pracy, roz­po­cząć nowy roz­dział w swoim życiu i spró­bo­wać roz­wią­zać tajem­nicę listy. Wie­działa, że oba zada­nia będą wyzwa­niem, ale czuła, że wresz­cie jest na nie gotowa.

Rozdział 1

– Wil­kom­men!

Bethan z uśmie­chem wpa­try­wała się w napis na ozdob­nym łuku wspar­tym na dwóch potęż­nych sło­niach z mar­muru. Czy naprawdę tak miało wyglą­dać wej­ście do jej nowego domu? Ota­czał ją gęst­nie­jący tłum odwie­dza­ją­cych; ludzie wska­zy­wali na har­cu­jące w klat­kach małpy po lewej stro­nie i pod­bie­gali do wybiegu pand, zaży­wa­ją­cych relaksu w bam­bu­so­wym zagaj­niku naprze­ciwko wej­ścia. Bethan bez­wied­nie dotknęła broszki z hipo­po­ta­mem; miała ochotę ska­kać z eks­cy­ta­cji.

– Tak się cie­szę, że tu jestem – powie­działa po nie­miecku do Elli, mło­dej lekarki wete­ry­na­rii, która była na tyle miła, że ode­brała ją z lot­ni­ska.

Ella miała dwa­dzie­ścia pięć lat, jedwa­bi­stą skórę o mie­dzia­nym odcie­niu, burzę ciem­nych loków zebra­nych w zadziorny kucyk i uśmiech, który naj­wy­raź­niej ni­gdy nie scho­dził jej z twa­rzy. Buzia Elli się nie zamy­kała – Bethan była jej za to wdzięczna, bo czuła, że prze­cho­dzi przy­spie­szony kurs odświe­ża­jący język. Wło­żyła dużo pracy w to, by nie stra­cić umie­jęt­no­ści poro­zu­mie­wa­nia się po nie­miecku, ale brak mamy i codzien­nych poga­wę­dek spra­wił, że siłą rze­czy jej umie­jęt­no­ści nieco się przy­ku­rzyły. Słu­cha­nie tego języka – nie­gdyś ich sekret­nego „kodu” – w uży­ciu głę­boko ją poru­szało.

– Bar­dzo się cie­szymy, że dołą­czasz do zespołu – oznaj­miła Ella. – Tyle się dzieje, że nie wia­domo, w co ręce wło­żyć. Mamy okres lęgowy, poro­dowy i ledwo nadą­żamy. W zeszłym tygo­dniu wykluło się pięt­na­ście żół­wi­ków, wczo­raj przy­szły na świat dwa szym­pan­siątka, Reina też będzie rodzić lada dzień.

– Reina?

– Jedna z lwic. Nie przej­muj się, na pewno szybko nauczysz się imion. Chodźmy, zabiorę cię do naszego cen­trum wete­ry­na­ryj­nego i pokażę ci, co i jak.

Kolejka się roz­stą­piła na widok ciem­no­zie­lo­nego uni­formu mło­dej kobiety, która poma­chała do chło­paka z kasy bile­to­wej, po czym ruszyła przed sie­bie, mija­jąc wrzesz­czące pawiany i pew­nie stą­pa­jąc po ścieżce okrą­ża­ją­cej ich kamie­ni­sty wybieg. Posłała im całusa i popro­wa­dziła Ellę na tył, gdzie stał niski, nowo­cze­sny budy­nek. Drogę zagro­dziły im potężne drzwi, ale prze­pustka Elli otwo­rzyła je bez trudu i Bethan, zauwa­żyw­szy, jak kilku odwie­dza­ją­cych zerka na nie z cie­ka­wo­ścią, poczuła przy­pływ dumy. Była pra­cow­nicą zoo, miała dostęp do wszyst­kich zaka­mar­ków nie­do­stęp­nych dla zwy­kłych ludzi – czuła się jak dziecko w skle­pie ze sło­dy­czami. Ta praca oka­zała się speł­nie­niem jej naj­więk­szych marzeń.

– Czy to na pewno dobry pomysł? – spy­tał ją Cal­lum rano, kiedy prze­nio­sła torbę lekar­ską do wspól­nego pokoju, by dopa­ko­wać potrzebne rze­czy.

Zapa­mię­tała go wyraź­nie: sie­dział na łóżku, patrzył na nią ciem­no­brą­zo­wymi oczami, marsz­czył czoło i sku­bał luźną nitkę z poszwy koł­dry z wize­run­kiem dru­żyny Leice­ster City – był to chyba jedyny nale­żący do niego ele­ment wystroju miesz­ka­nia.

– Prze­cież wiesz, jak bar­dzo chcia­łam pra­co­wać w zoo, Cal­lum.

– A co było nie tak z zoo w Twy­cross?

Zamru­gała zdzi­wiona, nie rozu­mie­jąc, dla­czego, do dia­bła, tak długo zwle­kał z wyra­ża­niem wąt­pli­wo­ści.

– Wła­ści­wie nic. Po pro­stu mają mniej­szy dział badaw­czy niż ten w Ber­li­nie. To dla mnie olbrzy­mia szansa, Cal, chyba rozu­miesz. Czy­ta­łeś moją pracę dok­tor­ską o zwie­rzę­tach w nie­woli. Twier­dzi­łeś nawet, że była cie­kawa.

– Bo była. Nie wie­dzia­łem tylko, że aż tak cię… pochło­nie.

– Pochło­nie?

Znów skub­nął nitkę, two­rząc zmarszczkę na frag­men­cie nadruku z twa­rzą pił­ka­rza Jamiego Vardy’ego.

– Jesteś pewna, że cho­dzi tylko o zoo, Beth?

– A o co niby mia­łoby cho­dzić?

– O twoją mamę – powie­dział. – I o tę głu­pią listę, na punk­cie któ­rej masz bzika.

Bethan wcią­gnęła gwał­tow­nie powie­trze.

– Jak śmiesz? To nie jest głu­pia lista i to wcale nie główny powód, dla któ­rego przy­ję­łam tę pracę. Jeśli tego nie widzisz, to może i dobrze, że tro­chę teraz od sie­bie odpocz­niemy.

Chło­pak aż pod­sko­czył.

– Co masz na myśli? Odcho­dzisz ode mnie, Bethan?

Przez chwilę miała ochotę odpo­wie­dzieć „tak”. Nie ukła­dało im się naj­le­piej, odkąd Cal­lum, który pod koniec zeszłego roku skoń­czył trzy­dzie­ści pięć lat, zaczął impre­zo­wać na potęgę, jakby chciał odgo­nić widmo nad­cią­ga­ją­cej sta­ro­ści. Bethan tego nie cier­piała – rok temu zapro­po­no­wała wspólne miesz­ka­nie, by dzie­lić z nim przy­szłość, a nie żeby pie­nią­dze zaosz­czę­dzone na czyn­szu wyda­wał na piwo – ale zna­jomi zapew­niali ją, że to typowy męski kry­zys i że jej kil­ku­ty­go­dniowa nie­obec­ność ustawi mu prio­ry­tety. Żywiła nadzieję, że mieli rację, ale teraz i tak chciała się sku­pić na karie­rze.

W ich stronę szyb­kim kro­kiem zbli­żała się dobrze zbu­do­wana star­sza kobieta i Bethan nachy­liła się, by uści­snąć jej dłoń.

– Cześć, Tanya.

– Bethan, witaj w ber­liń­skim zoo.

– Wspa­niale w końcu tu być. Dzię­kuję, że zapro­si­łaś mnie do zespołu.

Tanya, główna wete­ry­narka zoo, która mie­siąc temu prze­pro­wa­dzała z nią roz­mowę rekru­ta­cyjną online, była wysoka, miała prze­ni­kliwe, szare oczy i długi war­kocz, dużo jaśniej­szy niż włosy Bethan w odcie­niu tru­skaw­ko­wego blond. Potrzą­snęła jej dło­nią z entu­zja­zmem.

– Oka­za­łaś się zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szą kan­dy­datką, była­bym sza­lona, gdy­bym cię nie zatrud­niła. Chodź, opro­wa­dzę cię po naszym kró­le­stwie. Ella, czy mogła­byś…

Ale w tym momen­cie tele­fon Elli zabrzę­czał, a na ekra­nie wyświe­tlił się reali­styczny awa­tar sury­katki. Bethan przy­glą­dała mu się ze zmru­żo­nymi oczami, a Ella par­sk­nęła śmie­chem.

– To nasz wewnętrzny sys­tem powia­do­mień. Sury­katka to mój znak i naj­wy­raź­niej jestem potrzebna w pawi­lo­nie hipo­po­ta­mów. Prze­pra­szam, Tanyo, ale może jed­nak ty opro­wa­dzisz Bethan?

– Oczy­wi­ście – zgo­dziła się Tanya, ale zaraz jej wła­sny tele­fon zapisz­czał, a ekran wyświe­tlił żyrafę. – No pro­szę, mnie też wzy­wają. Trudno, Bethan, ruszamy od razu do akcji!

Bethan szyb­kim kro­kiem podą­żała za kobie­tami, mija­jąc sło­nie poka­zu­jące sztuczki swoim opie­ku­nom i dwa ryjące w ziemi noso­rożce; w końcu dotarły do futu­ry­stycz­nej szkla­nej kopuły. Szły szybko, a Bethan, obcią­żona tor­bami, zaczęła sapać. Pró­bo­wała dotrzy­mać im kroku, gdy prze­dzie­rały się przez tłum zwie­dza­ją­cych i mijały posąg hipo­po­tama – zaska­ku­jąco reali­styczny jak na odlew z brązu – poły­sku­jący w wio­sen­nym słońcu. Było w nim coś zna­jo­mego i Bethan przy­sta­nęła na moment.

– Knaut­schke – wyja­śniła Ella. – Ojciec, dzia­dek i pradzia­dek więk­szo­ści hipo­po­ta­mów w naszym zoo.

– Wciąż żyje?

– Skądże. Uro­dził się w cza­sie wojny. Podobno o mały włos, a by jej nie prze­żył, ale ura­to­wano go w ostat­niej chwili z pło­ną­cego budynku. Tędy.

Sto­jąca nad brze­giem wody opie­kunka zama­chała do nich, a gdy prze­pustka Tanyi otwo­rzyła bramę, Bethan znów poczuła dreszcz eks­cy­ta­cji, że należy do zespołu. Oka­zało się, że dwa młode hipo­po­tamy pobiły się i jeden z nich, Klum­pig, miał brzydką ranę na boku.

– Bez szy­cia się nie obę­dzie – orze­kła Tanya bez chwili waha­nia. – Musimy zabrać go w bar­dziej ustronne miej­sce.

Ski­nęła na gęst­nie­jący za barierą wybiegu tłum, a opie­kunka o imie­niu Sonya pogła­skała czule głowę hipo­po­tama, który patrzył na nią żało­śnie. Bethan na moment wstrzy­mała oddech. Klum­pig był co prawda mło­dym osob­ni­kiem, ale nie nale­żał do ułom­ków – poza tym miał ogromną pasz­czę i dłu­gie zęby. Uspo­ko­iło ją, gdy przy­po­mniała sobie, że jest rośli­no­żercą. To było zupeł­nie coś innego niż lecze­nie psów, kotów i cho­mi­ków, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona w gabi­ne­cie. Pochy­liła się, by dotknąć skó­rza­stego grzbietu zwie­rzę­cia, jakby potrze­bo­wała upew­nić się, że jest praw­dziwy. Za jej ple­cami inny hipo­po­tam ryk­nął tak wście­kle, że aż pod­sko­czyła.

– Nie bój się, mama hipo­po­ta­mica jest za bramą.

Bethan spoj­rzała i zoba­czyła, że reszta hipo­po­ta­mów została odgro­dzona meta­lową barierą prze­bie­ga­jącą przez naziemną część wybiegu i błę­kitny basen. Wkrótce Sonya przy­nio­sła spe­cjalne nosze, na któ­rych udało im się pod­nieść Klum­piga i prze­nieść go do czę­ści sypial­nej, na tyłach pawi­lonu. Z tłumu roz­le­gło się wes­tchnie­nie roz­cza­ro­wa­nia, a Tanya się roze­śmiała.

– Naprawdę myśleli, że wycią­gnę igłę na ich oczach?

– Z pew­no­ścią na to wła­śnie liczyli – odparła Ella. – Prze­pra­szam, Bethan, rzu­ci­ły­śmy cię od razu na głę­boką wodę. Zaraz zoba­czymy, czy znaj­dzie się ktoś, kto będzie mógł cię opro­wa­dzić.

– Nie ma pośpie­chu – odparła Bethan, pod­czas gdy Tanya czy­ściła grubą skórę hipo­po­tama.

– Tak będzie lepiej. Bez urazy, ale im wię­cej się tu nas kręci, tym bar­dziej dener­wuje się matka tego malu­cha – zauwa­żyła, kiwa­jąc głową w stronę basenu, skąd wciąż dobie­gał zwie­rzęcy ryk. – Zawo­łam Maxa.

Nim Bethan zdą­żyła zapro­te­sto­wać, Ella wycią­gnęła tele­fon, otwo­rzyła apli­ka­cję zoo i wybrała ikonkę zabaw­nego szym­pansa.

– Max, cześć! Mie­li­śmy mały wypa­dek w pawi­lo­nie hipo­po­ta­mów. Masz chwilę, żeby opro­wa­dzić nową wete­ry­narkę? Tę Angielkę, tak.

– Pół-Niemkę – popra­wiła odru­chowo Bethan, ale Ella cią­gnęła dalej.

– Oczy­wi­ście, że możesz opu­ścić sta­no­wi­sko pracy, Max. Dobrze ci zrobi chwila prze­rwy od two­ich uko­cha­nych mał­pi­szo­nów i roz­mowa z kimś tro­chę bar­dziej roz­wi­nię­tym – zażar­to­wała i roze­śmiała się per­li­ście, sły­sząc odpo­wiedź faceta. – Nie ugry­zie cię. Jest miła. I bar­dzo ładna.

– Ella! – zapro­te­sto­wała Bethan. Już czuła się jak star­sza sio­stra mająca do czy­nie­nia z roz­bry­ka­nym młod­szym rodzeń­stwem. – Naprawdę mogę gdzieś pocze­kać, aż skoń­czy­cie.

Ella uci­szyła ją mach­nię­ciem ręki.

– Dzięki, Max – zaświer­go­tała. – Widzimy się za minutę. – Roz­łą­czyła się. – Przyj­dzie po cie­bie. Zostaw torby tutaj i wra­caj pod wej­ście. Tam się spo­tka­cie.

– Ale… – zaczęła Bethan, jed­nak widziała, że Tanya i Sonya pil­nie potrze­bują pomocy Elli, i przy­znała przed sobą, że ona sama tylko im prze­szka­dza.

Nie­śmiało obe­szła basen, bole­śnie świa­doma, że tłum śle­dzi każdy jej ruch. Zna­la­zł­szy się na zewnątrz, oparła dłoń o sze­roki, brą­zowy grzbiet posągu Knaut­sch­kego, by się uspo­koić. Jed­nak gładki dotyk metalu przy­wo­łał wspo­mnie­nie, które zakrę­ciło jej i tak już nad­wy­rę­żo­nymi zmy­słami.

Miała dzie­sięć lat, była w szor­tach oraz ulu­bio­nej koszulce z pin­gwi­nem, a jasne włosy zebrała w dwa kucyki. Na ple­cach nio­sła ple­cak z apa­ra­tem, note­sem i różo­wym ołów­kiem, któ­rym zamie­rzała zapi­sy­wać wszystko, co zoba­czy w zoo. Była z nią mama – i nagle Bethan wyobra­ziła sobie, że naprawdę cofa się w cza­sie. Wycią­gnęła rękę, by dotknąć brzegu błę­kit­nej sukienki Jany. Natra­fiła jed­nak na pustkę i cof­nęła dłoń z obawy, że ktoś weź­mie ją za wariatkę.

„To jest Knaut­schke, Bethie”, usły­szała w gło­wie głos mamy. „To po angiel­sku zna­czy »przy­tu­lak«. Słodki, prawda?” Bethan przy­po­mniała sobie, jak patrzyła w ogromną pasz­czę stwo­rze­nia z brązu i nie była pewna, czy „słodki” to fak­tycz­nie trafne okre­śle­nie. Ale mama wyglą­dała na tak prze­jętą, że ski­nęła głową. „Chcesz usiąść na jego grzbie­cie?” Zanim Bethan zdą­żyła odpo­wie­dzieć, Jana posa­dziła ją na hipo­po­ta­mie. „Wspa­niała sprawa, prawda? Czyż on nie jest cudowny?”

Bethan zamknęła oczy, pró­bu­jąc zatrzy­mać w sobie tam­ten moment, i ode­tchnęła z ulgą, gdy tele­fon wyrwał ją z transu. Pisał tata.

Dotar­łaś bez­piecz­nie, kocha­nie?

Uśmiech­nęła się i wystu­kała odpo­wiedź.

Dotar­łam. I jest super.

Na ekra­nie poja­wiły się ska­czące kro­peczki.

Przy­sy­łaj dużo zdjęć. Nie mogę się docze­kać, aż przy­jadę. Mam bilety na Wiel­ka­noc. Już za tobą tęsk­nię. x

Ja za tobą też, tato. xxxxx

Dodała kilka dodat­ko­wych krzy­ży­ków, na szczę­ście, i wci­snęła „wyślij”. Cal­lum uwa­żał, że jej bli­ska więź z ojcem jest „dzi­waczna”. Ni­gdy nie rozu­miał, dla­czego zaglą­dała do niego co kilka dni i tak czę­sto zapra­szała na obiad. Chło­paka łączyła z Pau­lem miłość do sportu, więc tema­tów do roz­mów im nie bra­ko­wało, ale on i tak twier­dził, że taka więź z ojcem u trzy­dzie­sto­trzy­latki jest co naj­mniej dziwna. Może i miał rację, ale jeśli nawet, było to jej wła­sne „dzi­wac­two” – i bar­dzo jej się podo­bało.

– Bethan Tay­lor?

Bethan drgnęła i pod­nio­sła wzrok na wyso­kiego męż­czy­znę o ciem­nych, dłuż­szych wło­sach i inten­syw­nie nie­bie­skich oczach. Nie­cier­pli­wość miał wpi­saną w każdą linię smu­kłej syl­wetki.

– Tak, to ja. Max?

Ski­nął głową.

– Max Femer, główny opie­kun ssa­ków naczel­nych i zastępca dyrek­tora zoo. Sły­sza­łem, że potrze­bu­jesz prze­wod­nika.

Jego głos był niski i cie­pły, ale męż­czy­zna mówił szybko, ury­wa­nymi zda­niami, jakby nie miał czasu na słowa. Bethan pospie­szyła z odpo­wie­dzią.

– To bar­dzo miłe z two­jej strony, ale domy­ślam się, że jesteś zajęty. Nie chcę zabie­rać two­jego cen­nego czasu.

– Żaden pro­blem. Mam wła­śnie wolne pół godziny przed kar­mie­niem, więc zdą­żymy wszystko obejść, oczy­wi­ście przy zało­że­niu, że się pośpie­szymy.

– Ja naprawdę…

– Przy zało­że­niu, że się pośpie­szymy – powtó­rzył sta­now­czo, a ona zaci­snęła usta i ruszyła w ślad za nim.

Max miał dłu­gie nogi i krok tak samo zde­cy­do­wany jak spo­sób mówie­nia, więc już po chwili Bethan znów z tru­dem łapała oddech. Dzię­ko­wała Bogu, że przy­wio­zła ze sobą buty do bie­ga­nia; naprawdę musiała wró­cić do formy.

– Kanion orłów. – Wska­zał ogro­dzony gęstą siatką teren po pra­wej. – A tutaj miesz­kają nasze niedź­wie­dzie. Wszy­scy kochają te polarne, ale według mnie są prze­re­kla­mo­wane. Wolę bru­natne. Mniej pre­ten­sjo­nalne. Poza tym jak pew­nie wiesz, są sym­bo­lem Ber­lina.

Bethan, pra­wie bie­gła, by dotrzy­mać tempa męż­czyź­nie, i nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć, ale to nie miało zna­cze­nia, bo Max szedł już dalej. Opro­wa­dzał ją po olbrzy­mim zoo w zawrot­nym tem­pie, zgrab­nie wymi­ja­jąc odwie­dza­ją­cych i raz po raz rzu­ca­jąc nazwami zwie­rząt: „pin­gwiny, zebry, bociany, pandy”. Bethan zatrzy­mała się, by przyj­rzeć się tym ostat­nim: cudow­nym biało-czar­nym stwo­rze­niom, leni­wie prze­żu­wa­ją­cym bam­bus pod ele­gancką pagodą w chiń­skim stylu, ale Max tylko mruk­nął z dez­apro­batą. Domy­śliła się, że pandy także uważa za prze­re­kla­mo­wane, i zmu­siła się, by ode­rwać oczy od wybiegu. Miała tu prze­cież spę­dzić rok – będzie miała masę czasu, by nasy­cić oczy pięk­nymi zwie­rzę­tami. Uśmiech­nęła się do sie­bie na tę myśl i pobie­gła za opie­ku­nem.

– A tu miesz­kają małpy.

Zatrzy­mał się tak nie­spo­dzie­wa­nie, że pra­wie na niego wpa­dła. Wycią­gnęła rękę, by nie stra­cić rów­no­wagi, i natra­fiła na zaska­ku­jąco musku­larne plecy. Szybko się cof­nęła.

– Prze­pra­szam.

– Nic się nie stało. – Spoj­rze­nie jego ciem­nych oczu mówiło coś zgoła odmien­nego, ale w tej samej chwili przed ich oczami prze­le­ciał trzy­ma­jący się liny szym­pans i twarz Maxa od razu zła­god­niała. – Binky!

Prze­cią­gnął prze­pustkę, by otwo­rzyć drzwi, i wszedł do środka, roz­kła­da­jąc ramiona. Szym­pan­sica rzu­ciła mu się w obję­cia z rado­snym pohu­ki­wa­niem. Bethan patrzyła na nich jak zacza­ro­wana i nie pomy­ślała nawet, by przy­trzy­mać drzwi, które zatrza­snęły się za męż­czy­zną. Dopiero gdy Binky zaczęła pod­ska­ki­wać, wska­zu­jąc przy tym na Bethan, Max przy­po­mniał sobie o jej obec­no­ści. Bez słowa prze­cią­gnął kartę jesz­cze raz i wsu­nęła się do środka. Binky – cho­ciaż ona – ucie­szyła się na jej widok i wycią­gnęła dło­nie, by wpleść szczu­płe palce w jasne włosy kobiety. Bethan się roze­śmiała, Max – ku jej zasko­cze­niu – także.

– Spodo­ba­łaś się jej.

– Czuję się zaszczy­cona. – Beth ani drgnęła, gdy palce szym­pan­sicy dotarły do jej czaszki i zaczęły deli­kat­nie pocią­gać za włosy u ich nasady. – Co ona robi? – spy­tała.

– Iska cię. Szuka pcheł.

– Mam nadzieję, że niczego nie znaj­dzie!

– Ja też. Zwy­kle „odro­ba­czamy” nowych na dzień dobry, ale zga­duję, że jesz­cze nie prze­szłaś pro­ce­dury.

– Kwe­stia mojej higieny… – zaczęła, po czym dostrze­gła błysk w jego ciem­nych oczach i urwała. – Bar­dzo śmieszne.

Uśmiech­nął się sze­roko.

– Chodź, pomo­żesz nakar­mić towa­rzy­stwo.

Binky dosko­nale znała słowo „kar­mić”; w mgnie­niu oka puściła włosy Bethan i wyko­nała impo­nu­jący sus na drugą stronę klatki, pisz­cząc z eks­cy­ta­cją. Inne małpy zbie­gły się natych­miast w rado­snych pod­sko­kach i fikoł­kach. Bethan patrzyła na nie jak zahip­no­ty­zo­wana. Drgnęła, gdy Max zła­pał ją za rękę i pocią­gnął w bok.

– Chodźmy, zanim zaczną sza­leć – zarzą­dził.

– Czyli teraz to niby nie sza­leją? – spy­tała z nie­do­wie­rza­niem, ale on już zmie­rzał do bocz­nych drzwi, a ponie­waż wciąż trzy­mał jej dłoń w swo­jej, nie­wiele mogła zro­bić poza podą­że­niem za nim.

Jego uścisk był pewny, a skóra cie­pła i twarda od fizycz­nej pracy; łasko­tała jej wła­sną, aż dziwne mro­wie­nie prze­cho­dziło przez ciało. To pew­nie zmę­cze­nie – prze­ko­ny­wała samą sie­bie – zmę­cze­nie i nad­miar wra­żeń pły­ną­cych z tego egzo­tycz­nego świata, w który została wrzu­cona tak gwał­tow­nie. Max zatrzy­mał się w bocz­nym pomiesz­cze­niu i spoj­rzał na ich złą­czone dło­nie, jakby jego samego zasko­czył ten dotyk.

– Prze­pra­szam – powie­dział, gwał­tow­nie cofa­jąc palce. – Małpy potra­fią być tro­chę nie­okrze­sane wobec nowych osób.

– Nie­okrze­sane?

– Roz­bry­kane – popra­wił się pospiesz­nie. – Roz­ba­wione. Psotne. Chyba wiesz, co mam na myśli.

Max zwró­cił się w stronę mło­dego męż­czy­zny, który wła­śnie wszedł do pomiesz­cze­nia z wia­drami owo­ców, a Bethan w końcu zyskała oka­zję, żeby uważ­nie przyj­rzeć się swo­jemu nie­spo­dzie­wa­nemu prze­wod­ni­kowi po zoo. Opie­kun naczel­nych musiał być ledwo po trzy­dzie­stce, podob­nie jak ona. Biła z niego drżąca ener­gia i wyda­wało się, że nie potrafi ustać w miej­scu. Obser­wo­wała, jak spraw­dza por­cje jedze­nia, jed­nym okiem zer­ka­jąc na zegar odli­cza­jący czas do peł­nej godziny. Z wybiegu docho­dziły zachłanne pohu­ki­wa­nia małp; ludzie gro­ma­dzili się, wska­zu­jąc je pal­cami i śmie­jąc się z ich wybry­ków.

– Ale gwiaz­do­rzą – mruk­nął z uśmie­chem Max, wra­ca­jąc do Beth. – Masz ochotę spró­bo­wać kar­mie­nia?

– Jasne!

– W takim razie chodź za mną. Rzu­caj, jak naj­da­lej potra­fisz, żeby musiały bie­gać po swoje jedze­nie. Dzięki temu kar­mie­nie potrwa dłu­żej, to ukłon w stronę widzów.

Bethan ski­nęła głową i spoj­rzała nie­pew­nie na gąszcz lin i pną­czy zwi­sa­ją­cych na wybiegu, przez które miała celo­wać owo­co­wymi poci­skami; w duchu żało­wała, że w szkole nie przy­kła­dała się bar­dziej na lek­cjach wycho­wa­nia fizycz­nego. Ale szym­pansy już ude­rzały się w piersi z eks­cy­ta­cji, widząc, że ona i Max wcho­dzą na słu­żącą do kar­mie­nia, umiesz­czoną nieco ponad nimi plat­formę – i nie było odwrotu. Chwy­ciła połówkę soczy­stej poma­rań­czy, odchy­liła ramię i cisnęła. Owoc prze­le­ciał aż pod wiel­kie okna i natych­miast rzu­ciły się po niego dwa szym­pansy.

– Nie­zły rzut.

Uśmiech­nęła się, sły­sząc pochwałę, i wzięła kolejny zamach. Tym razem owoc wylą­do­wał na jed­nej z plat­form i kolejne małpy rzu­ciły się po zdo­bycz. Poczuła, jak się roz­luź­nia. Naprawdę dobrze się bawiła. Przez szybę dostrze­gła roz­en­tu­zja­zmo­wane twa­rze obser­wu­ją­cych i na nowo poczuła, w jak uprzy­wi­le­jo­wa­nej zna­la­zła się sytu­acji. Jesz­cze dziś rano sie­działa z Cal­lu­mem w ich miesz­ka­niu w Leice­ster, a teraz stała w słońcu na nie­miec­kiej ziemi, kar­miąc pół­dzi­kie małpy. Rzu­cała raz po raz, z całych sił, aż przy któ­rymś ruchu ręką odkryła, że wia­dro jest puste.

– Och! – wyrwało jej się, a Max par­sk­nął gar­dło­wym śmie­chem.

– Podo­bało ci się?

– Bar­dzo. Dzię­kuję.

On też wyda­wał się teraz bar­dziej odprę­żony; obo­wią­zek został speł­niony.

– Dobra robota. A teraz dokończmy opro­wa­dza­nie i wró­cimy do Tanyi.

– Nie ma pośpie­chu.

– Aha! Czyli wolisz mał­pi­szony od hip­ciów.

– Nie, ja… – W porę ugry­zła się w język. Max mówił w tak suchy spo­sób, że jesz­cze nie łapała, kiedy się z nią dro­czył. – Zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej lubię hipo­po­tamy – odparła, doty­ka­jąc pal­cami broszki. On pokrę­cił głową z uda­waną dez­apro­batą.

– W takim razie odwo­łuję wycieczkę po zoo.

Roze­śmiała się i oddała mu wia­dro.

– Cóż, w takim razie będę musiała popro­sić o pomoc Binky.

– Ocho­czo by się zgo­dziła. Przy­się­gam, ona uważa się za czło­wieka.

– Pra­wie nim jest.

– To prawda. Zde­cy­do­wa­nie bli­żej jej do nas niż brzyd­kiemu, sta­remu hipo­po­ta­mowi.

– Albo prze­re­kla­mo­wa­nemu niedź­wie­dziowi polar­nemu?

Skrzy­wił się.

– Wybacz. My, opie­ku­no­wie, bywamy nieco nado­pie­kuń­czy wobec naszych zwie­rząt. Ale kocham je wszyst­kie, naprawdę, nawet sępy. No, chodźmy już.

Się­gnął do drzwi i wypro­wa­dził ją z pawi­lonu małp w stronę wybiegu dra­pież­ni­ków. Wiel­kie koty były abso­lut­nie wspa­niałe; Bethan tak zapa­trzyła się w musku­larne ruchy prze­cha­dza­ją­cego się po tra­wie tygrysa, że o mało się o coś nie potknęła.

Spoj­rzała pod nogi i z prze­ra­że­niem zauwa­żyła, że potrą­ciła sta­ruszkę: kobieta sie­działa na ławce, zato­piona w obszer­nej pucho­wej kurtce, w czapce z pom­po­nem nacią­gnię­tej na dłu­gie srebrne włosy. Jej nogi okry­wał kra­cia­sty koc, spod któ­rego wysta­wały stopy w sfa­ty­go­wa­nych fio­le­to­wych gla­nach – to o nie nie­mal się potknęła.

– Strasz­nie prze­pra­szam – powie­działa Bethan. Boże, jaka była dzi­siaj nie­zdarna.

Sta­ruszka jed­nak zda­wała się wcale jej nie zauwa­żać. Wpa­try­wała się przed sie­bie i cicho mam­ro­tała pod nosem. Młoda kobieta powtó­rzyła prze­pro­siny i ostroż­nie obe­szła ją dookoła.

– O mało nie zro­bi­łam krzywdy tej bied­nej pani – powie­działa do Maxa.

Spoj­rzał przez ramię.

– Mówisz o Adzie? Jej nic nie ruszy. Jest nie do zdar­cia, jak te stare buty, które ma na nogach.

– Znasz ją?

– Każdy zna Adę. To jej ławka. Zawsze przy­cho­dzi jako jedna z pierw­szych i od razu się do niej kie­ruje. A jeśli ktoś ma czel­ność zająć ją wcze­śniej, Ada staje obok, aż intruz zro­zu­mie alu­zję i ustąpi jej miej­sca. Wtedy roz­siada się z ter­mo­si­kiem oraz kanap­kami i sie­dzi, aż zadzwoni dzwo­nek na zamknię­cie zoo.

– I tak codzien­nie?

– Mniej wię­cej.

– A co ona wła­ści­wie robi?

– Po pro­stu patrzy na świat. I roz­ma­wia z Katha­riną.

– Z kim?

Max wska­zał na pomnik – popier­sie kobiety na bia­łym cokole, jedno z ośmiu usta­wio­nych wśród krze­wów. Bethan pode­szła i odczy­tała napis na tabliczce:

Katha­rina Hein­roth

Zoo­di­rek­to­rin

1945–56

Aż pod­sko­czyła, roz­po­zna­jąc pierw­sze nazwi­sko z listy swo­jej mamy.

– Znam ją! – wykrzyk­nęła.

Max mruk­nął.

– Spo­dzie­wał­bym się tego, zakła­da­jąc, że zro­bi­łaś solidne roze­zna­nie w swoim nowym miej­scu pracy. Była praw­dziwą boha­terką.

W jego gło­sie poja­wiła się nowa nuta i Bethan spoj­rzała na niego nie­spo­koj­nie.

– W jakim sen­sie?

– Pod wszel­kimi moż­li­wymi wzglę­dami. Pra­co­wała na rzecz zoo bez wytchnie­nia. Nie prze­trwa­li­by­śmy wojny, gdyby nie ona, nie mówiąc już o tym, że dziś nie byli­by­śmy pio­nier­skim ośrod­kiem hodowli.

– Rozu­miem. Zoo… ciężko znio­sło wojnę, prawda?

– Ciężko? – Max spoj­rzał na nią. – To był kosz­mar na jawie. Alianci nie­mal doszczęt­nie zrów­nali z zie­mią Ber­lin, a zoo wraz z nim.

– No tak. Prze­pra­szam.

Posłał jej prze­cią­głe spoj­rze­nie; jego oczy pło­nęły nie­bie­skim ogniem, który w jed­nej chwili zgasł – męż­czy­zna się opa­no­wał.

– Bethan, to nie była twoja wina. Zresztą moja też nie. To już prze­szłość, i całe szczę­ście. O pro­szę, zobacz: przy­szła po cie­bie Tanya.

Rze­czy­wi­ście, star­sza wete­ry­narka spie­szyła ku nim z ple­ca­kiem Bethan prze­rzu­co­nym przez ramię.

– Beth! Co ty sobie musisz o mnie myśleć? Strasz­nie cię prze­pra­szam.

– Naprawdę nic się nie stało. Jak miewa się Klum­pig?

– Jest już zszyty i odpo­czywa. Mam nadzieję, że w cicho­ści serca roz­waża sens zadzie­ra­nia z więk­szymi hipo­po­ta­mami! A teraz chodź ze mną, zapro­wa­dzę cię do miesz­ka­nia i znaj­dziemy ci uni­form pra­cow­ni­czy. A potem kawa i cia­sto, ja sta­wiam.

Brzuch Bethan zare­ago­wała na tę infor­ma­cję gło­śnym bur­cze­niem; Tanya zaśmiała się, ujęła dziew­czynę pod ramię i popro­wa­dziła przez ogród zoo­lo­giczny. Minęły Adę, pogrą­żoną w roz­mo­wie z pomni­kiem kobiety z daw­nych lat. Bethan zasta­na­wiała się, co takiego – a wyda­wało się to ważne – sta­ruszka mia­łaby jej do powie­dze­nia. Chciała też dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Zoo­di­rek­to­rin. Na razie jed­nak cze­kał na nią nowy dom – prze­szłość, choć fascy­nu­jąca, musiała pocze­kać.

Rozdział 2

Listo­pad 1943 roku

Katha­rina Hein­roth ostroż­nie naparła drob­nym cia­łem na cięż­kie drzwi schronu prze­ciw­lot­ni­czego i wyszła na zewnątrz w samym środku zoo. A raczej – tego, co pozo­stało z jej uko­cha­nego miej­sca. Rozej­rzała się dookoła, osłu­piała z prze­ra­że­nia. Przez całą noc bomby spa­dały bez ustanku, roz­dzie­ra­jąc powie­trze ze świ­stem i wstrzą­sa­jąc zie­mią, zamie­nia­jąc domy w zie­jące jamy, a ludz­kie życia w proch. Spo­dzie­wała się znisz­czeń, jed­nak widok, który roz­po­ście­rał się przed jej oczami, wstrzą­snął nią do głębi.

Zoo było nie­mal cał­ko­wi­cie zruj­no­wane.

Po chwili inni opie­ku­no­wie i pra­cow­nicy zaczęli wycho­dzić z bun­kra, mru­żąc oczy w ostrym listo­pa­do­wym powie­trzu. Katha­rina zmu­siła się, by ogar­nąć wzro­kiem całość znisz­czeń. Maje­sta­tyczna Brama Słoni legła w gru­zach. Jakimś cudem dwa kamienne sło­nie wciąż klę­czały po obu stro­nach wej­ścia, lecz misterny łuk padł ofiarą wybu­chu, podob­nie jak piękny budy­nek akwa­rium tuż za nim. Usły­szała za sobą zdu­szony okrzyk i odwró­ciła się – Oskar prze­dzie­rał się przez resztki bramy na ulicę.

– Nie!

Pobie­gła za mężem, poty­ka­jąc się na gru­zach, czu­jąc, jak dym gry­zie ją w gar­dło. Po lewej stro­nie bramy malo­wał się widok jak z obrazu Hie­ro­nima Boscha. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła; zakryła usta dło­nią, patrząc, jak Oskar klęka przy cia­łach czte­rech ogrom­nych kro­ko­dyli, które naj­wy­raź­niej siła eks­plo­zji wyrzu­ciła przez dziurę w dachu akwa­rium. Leżały roz­trza­skane na chod­niku niczym ofiary zło­żone bez­li­to­snemu bogu wojny.

Podob­nie jak inne egzo­tyczne zwie­rzęta zamiesz­ku­jące ten budy­nek, kro­ko­dyle były całym życiem jej męża. Katha­rina bez­rad­nie obser­wo­wała, jak Oskar rzuca się na zie­mię obok sta­rej samicy i wąską dło­nią głasz­cze ją raz po raz po prze­trą­co­nym grzbie­cie, jakby samą siłą woli chciał przy­wró­cić jej życie. Jed­nak jej pysk był roz­chy­lony, a potężne zęby już ni­gdy nie miały się zamknąć w śmier­tel­nym uści­sku. Katha­rina pod­bie­gła, by odcią­gnąć męża od zwie­rzę­cia.

– To nie ma sensu, Oskar, ona nie żyje.

Spoj­rzał na nią z roz­pa­czą.

– Ale dla­czego to się dzieje, Kätsche? Dla­czego bom­bar­dują nie­winne zwie­rzęta?

Nie było na to odpo­wie­dzi – tak samo jak na pyta­nie, dla­czego zrzu­cano bomby na nie­win­nych ludzi, któ­rych mar­twe ciała także leżały na ulicy. Nie­da­leko od nich jakaś kobieta tuliła w ramio­nach zwłoki dziecka, zawo­dząc cicho i koły­sząc się wśród dymu, na tle pło­ną­cego domu, zapewne nale­żą­cego kie­dyś do nich. Stra­żacy wal­czyli z ogniem, lecz woda wypły­wa­jąca z uszko­dzo­nej głów­nej rury zale­wała ulicę, roz­my­wa­jąc błoto i utrud­nia­jąc im pracę.

Katha­rina obser­wo­wała, jak ciemna ciecz zbiera się wokół jej stóp oraz setek egzo­tycz­nych ryb, rów­nież wyrzu­co­nych z akwa­rium w momen­cie wybu­chu. Było już dla nich za późno – wszyst­kie zostały uśmier­cone. Zmę­czeni gło­dem Ber­liń­czycy zbie­rali je chci­wie do domu, by zro­bić z nich obiad. Oskar pró­bo­wał powstrzy­mać drobną haus­frau przed wzię­ciem poły­sku­ją­cej płaszczki, lecz Katha­rina poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

– Zostaw, niech weź­mie, przy­naj­mniej komuś się przyda.

– Pew­nie masz rację, meine kindl.

Poczuła, jak jego ciało wiot­czeje w jej obję­ciach, i przy­tu­liła go mocno. Jej serce pękało z bólu razem z jego ser­cem. Katha­rina – dumna naukow­czyni – nie wie­rzyła w roman­tyczną miłość, a przy­naj­mniej dopóki w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat nie poznała Oskara Hein­ro­tha na kon­fe­ren­cji w swoim rodzin­nym Wro­cła­wiu. Męż­czy­zna był od niej star­szy o dwa­dzie­ścia sześć lat, niski i schludny. Miał białą jak śnieg aure­olę wło­sów, cie­płe, mądre oczy i zaraź­liwą pasję do życia. Był samo­ukiem, ale dorów­ny­wał jej inte­lek­tu­al­nie. Ich dys­ku­sje naukowe szybko prze­ro­dziły się w coś wię­cej. Ku rado­ści Katha­riny – i jej skry­wa­nemu zdu­mie­niu – Oskar odwza­jem­nił uczu­cie. Wkrótce potem, w 1933 roku, wyszła za niego i prze­pro­wa­dziła się do Ber­lina. Każdy wspólny dzień utwier­dzał ją w prze­ko­na­niu, że doko­nała wła­ści­wego wyboru.

– Kätsche, spójrz na zoo… Nasze dziecko. Nasze biedne dziecko.

Objęła go moc­niej i razem zaj­rzeli przez znisz­czoną bramę, w głąb zruj­no­wa­nego ogrodu zoo­lo­gicz­nego. Od dnia, gdy dołą­czyła do męża w tym mie­ście, bez reszty oddała się rato­wa­niu i pie­lę­gna­cji zamiesz­ku­ją­cych zoo cudow­nych stwo­rzeń. Brak wła­snych dzieci spra­wił, że zwie­rzęta stały się dla nich jesz­cze waż­niej­sze. Teraz, gdy Katha­rina miała czter­dzie­ści sześć lat, a Oskar dostojne sie­dem­dzie­siąt trzy, wyda­wało się, że będą ich jedyną rodziną. Lecz tak wiele z nich już nie żyło.

– Lew na wol­no­ści!

Krzyk roze­rwał ciszę ulicy. Katha­rina rozej­rzała się z prze­ra­że­niem – w zasięgu wzroku nie było żad­nego członka lwiego stada.

– Tam!

Przy­mru­żyła oczy i doj­rzała zwie­rzę kuś­ty­ka­jące w ich stronę.

– To nie lew! – zawo­łała, pod­bie­ga­jąc do niego. – To dingo!

Zwol­niła kroku, wycią­ga­jąc rękę. Zwie­rzę zachwiało się i utkwiło w niej pełne ulgi spoj­rze­nie mio­do­wych oczu. Katha­rina chwy­ciła je za skoł­tu­nioną sierść na karku.

– Oswo­iła lwa! – roz­legł się histe­ryczny wrzask tłumu, ale ona tylko prze­wró­ciła oczami i spoj­rzała na Oskara.

– Chodź, zabie­rzemy bie­daka do środka, trzeba spraw­dzić, co jesz­cze da się zro­bić.

– Raczej nie­wiele – wes­tchnął Oskar, z bólem spo­glą­da­jąc na ruinę akwa­rium, któ­rym kie­ro­wał z taką dumą przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat. Zdjął pasek, by zro­bić z niego pro­wi­zo­ryczną smycz, i ruszył za żoną.

Zoo było gale­rią znisz­cze­nia. Klatki małp naczel­nych oca­lały, lecz kilka zwie­rząt zostało tra­fio­nych odłam­kami poci­sków. Katha­rina poczuła mdło­ści, gdy zoba­czyła jed­nego z szym­pan­sów leżą­cego w kałuży wła­snej krwi, pod­czas gdy jego towa­rzy­sze potrzą­sali nim, pró­bu­jąc przy­wró­cić do życia. Pongo, goryl srebr­no­grz­biety, walił w kraty z dziką furią, naj­wy­raź­niej gotów mścić się na każ­dym, kto śmiałby zagro­zić jego kró­le­stwu – przy­naj­mniej on żył.

W sadzaw­kach, na swo­jej ulu­bio­nej skale, leżał mar­twy Roland, potężny słoń mor­ski. Nie­opo­dal, wtu­lone w sie­bie, leżały dwa kar­ło­wate hipo­po­tamy – matka Rosa i jej sze­ścio­mie­sięczne młode, Knaut­schke. Krew mie­szała się z ciemną wodą wyle­wa­jącą się z basenu przez sze­ro­kie pęk­nię­cie z jed­nej strony. Opie­kun hipo­po­ta­mów, Wal­ter Knaus, z roz­pa­czą zra­szał wodą ich ciała, by uchro­nić je przed wyschnię­ciem.

– Czy Knaut­schke jest cały? – zawo­łała Katha­rina.

– Nie jest mar­twy – odparł ponuro Wal­ter – ale nie wiem, czy to zna­czy, że ma się dobrze. Musi być mokry, ina­czej jego skóra pęk­nie.

Katha­rina ruszyła dalej, aż dotarła do wybiegu dingo. Z ulgą stwier­dziła, że Robert i Sasha Eber­har­do­wie – opie­ku­no­wie dzi­kich psów, zebr oraz jeleni – oraz ich dzie­się­cio­let­nia córka Ade­la­ide byli cali.

– Co za kosz­mar! – zawo­łała, po czym pode­szła do nich, żeby się przy­tu­lić.

– Serce mi pęka, Kätsche – odparła Sasha. – Ze wszyst­kich okrop­no­ści tej wojny ta jest naj­gor­sza.

Mocno się uści­skały. Sasha była w zaawan­so­wa­nej ciąży, kiedy poja­wiła się w zoo w 1933 roku, zale­d­wie kilka mie­sięcy po Katha­ri­nie. Ponie­waż jej matka miesz­kała w Bawa­rii, popro­siła nową przy­ja­ciółkę, by towa­rzy­szyła jej przy poro­dzie Ade­la­ide. Wspo­mnie­nie chwili, gdy nowo naro­dzone dziecko tra­fiło w ramiona matki, wciąż wywo­ły­wało u Katha­riny łzy wzru­sze­nia – od tam­tego momentu kobiety były sobie nie­zwy­kle bli­skie. Teraz stały razem i obser­wo­wały, jak Oskar wpusz­cza zła­pa­nego dingo na wybieg. Zdez­o­rien­to­wany pies pognał pro­sto do drew­nia­nej budy wyście­ła­nej słomą, a kobiety z rado­ścią usły­szały wycie stada cie­szą­cego się z powrotu towa­rzy­sza – dźwięk ulgi pośród sko­wy­tów bólu tak wielu innych zwie­rząt.

Opie­ku­no­wie krzą­tali się po całym zoo, pró­bu­jąc napra­wiać znisz­czone płoty i uspo­koić wystra­szone zwie­rzęta. Nie było na co cze­kać, Oskar i Katha­rina zosta­wili więc przy­ja­ciół pra­cu­ją­cych nad zabez­pie­cza­niem wybiegu i ruszyli dalej. Żyrafa Reike wychy­lała długą szyję ponad mur swo­jego ogro­dze­nia, wpa­tru­jąc się w kobietę z pyta­jącą miną: „Co tu się wła­ści­wie wyda­rzyło?” – ale była dość spo­kojna. W prze­ci­wień­stwie do Siama, dostoj­nego sło­nia, który raz po raz sta­wał na tyl­nych nogach i ryczał z wście­kło­ści w zdra­dliwe, zady­mione niebo. Gdy zbli­żyli się do zruj­no­wa­nej sło­niarni, zro­zu­mieli przy­czynę jego zacho­wa­nia: ciała wszyst­kich sied­miu samic – człon­kiń jego haremu – leżały przy­gnie­cione sta­lo­wymi bel­kami. Łzy ponow­nie napły­nęły Katha­ri­nie do oczu, ale czy cokol­wiek poma­gały w tej sytu­acji? Zde­cy­do­wa­nym ruchem otarła je z policz­ków i spoj­rzała w prze­ciwną stronę, gdzie Ursula i Gisela – dwie naj­bar­dziej oddane sprzą­taczki zoo – ener­gicz­nie zamia­tały ścieżki, by zro­bić prze­jazd dla wozów mają­cych zabie­rać ciała.

– Dzię­kuję wam, dziew­częta – zawo­łała, pod­bie­ga­jąc do nich.

Szczu­pła Gisela odwró­ciła się i rzu­ciła Katha­ri­nie w ramiona.

– Och, Kätsche, to potworne! Nasze biedne zwie­rzęta…

Katha­rina odwza­jem­niła uścisk, cie­sząc się, że widzi przy­ja­ciółkę całą – zawsze podzi­wiała jej cichą siłę, przy­wo­dzącą sko­ja­rze­nia z gazelą nie tylko dzięki imie­niu. Gisela została sprzą­taczką w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym sie­dem lat wcze­śniej, mając zale­d­wie osiem­na­ście lat, i od pierw­szego dnia rzu­ciła się w wir pracy. Kochała zwie­rzęta – wyznała Katha­ri­nie, że od zawsze marzyła o stu­diach przy­rod­ni­czych, ale jej ojciec uwa­żał, że edu­ka­cja nie jest dla kobiet. Rodzice Katha­riny, zapa­leni bio­lo­dzy, byli bar­dziej otwarci i pozwo­lili córce zgłę­biać pasję naukową i zdo­być dok­to­rat – jako jed­nej z zale­d­wie dwóch kobiet w całym rocz­niku. Dzięki temu mogła wziąć Giselę pod swoje skrzy­dła i nie­jako dokształ­cać ją w ramach pracy. Dziś ta młoda kobieta była rów­nie bie­gła w opiece nad zwie­rzętami jak każdy z doświad­czo­nych opie­ku­nów, a w cza­sach, gdy tylu męż­czyzn zesłano na front, była warta tyle złota, ile sama ważyła – w prze­no­śni. Po bom­bar­do­wa­niu nie wahała się ponow­nie chwy­cić za mio­tłę.

– Star­czy tego przy­tu­la­nia. Do roboty, wy dwie! – zawo­łała z uśmie­chem Ursula, sztur­cha­jąc je mio­tłą. Roz­dzie­liły się ze śmie­chem, w uda­wa­nych pro­te­stach.

– Mamy jesz­cze tyle do zro­bie­nia – wes­tchnęła Katha­rina, odgar­nia­jąc włosy z czoła, by lepiej się przyj­rzeć rumo­wi­sku. Zauwa­żyła pasma siwi­zny wijące się pośród inten­syw­nie rudych wło­sów, któ­rych barwa zawsze ją wyróż­niała. Poczuła nagły przy­pływ zmę­cze­nia kon­tra­stu­jący z mło­dzień­czą ener­gią towa­rzyszki.

– Damy sobie radę – powie­działa pogod­nie Ursula.

– Z nim też? – spy­tała Gisela, wska­zu­jąc na ryczą­cego Siama.

Ursula się skrzy­wiła.

– Nie wiem, ale musimy spró­bo­wać. Nie ma sensu stać wśród gru­zów i pła­kać.

Trudno było się z tym nie zgo­dzić. Katha­rina rozej­rzała się za mio­tłą dla sie­bie, ale nagle tuż przed nią wyro­sła Ursula, z sze­ro­kim uśmie­chem na ład­nej twa­rzy i zalot­nie wygię­tym, kształt­nym cia­łem.

– Och! Skąd masz ten wózek, Pierre? Jest prze­piękny! – zawo­łała.

W ich stronę zmie­rzał Pierre Dubois, pcha­jąc jeden ze zdo­bio­nych wóz­ków, które w lep­szych cza­sach krą­żyły po alej­kach zoo; sprze­da­wano z nich cia­sta i sło­dy­cze.

– Zbyt piękny na tak ponurą robotę – odparł łamaną niem­czy­zną – ale nie możemy prze­cież pozwo­lić, by ciała zwie­rząt zaczęły się roz­kła­dać. – I ruszył szyb­kim kro­kiem, wycho­dząc naprze­ciw swoim dwóm roda­kom, któ­rzy wyno­sili wła­śnie z pawi­lonu mar­twą anty­lopę. Wspól­nymi siłami poło­żyli ją na nie­bie­sko-kre­mo­wym wózku; Pierre z wysił­kiem zawró­cił pojazd, by odwieźć zwie­rzę.

– Pomogę ci – zapro­po­no­wała Ursula, wci­ska­jąc swoją mio­tłę w dło­nie Katha­riny i pod­cho­dząc do niego.

– To nie jest zaję­cie dla damy – zapro­te­sto­wał, ale ona zarzu­ciła tylko lśnią­cymi czar­nymi wło­sami i uśmiech­nęła się do niego zalot­nie.

– Nic z tego, co robimy, nie jest „dla damy” ani „dla dżen­tel­mena”. Po pro­stu musimy to zro­bić i tyle. Pomogę z przy­jem­no­ścią.

Pierre wię­cej się nie sprze­ci­wił – i trudno mu się dzi­wić. Ursula była żywio­łową młodą kobietą, która przy­była do zoo razem ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką Giselą. Mąż Giseli, Die­ter, wal­czył na fron­cie wschod­nim; Ursula wciąż pozo­sta­wała nie­za­mężna, ale zde­cy­do­wa­nie chciała zmie­nić ten stan. Ponie­waż w sto­licy bra­ko­wało spraw­nych Niem­ców, jej zain­te­re­so­wa­nie szybko skie­ro­wało się ku sze­ściu Fran­cu­zom przy­dzie­lo­nym do pracy w zoo w ramach Service du Tra­vail Obli­ga­to­ire – pro­gramu przy­mu­so­wej pracy.

Tysiące mło­dych Fran­cu­zów spro­wa­dzono do Nie­miec w marcu w zamian za zwol­nie­nie jeń­ców wojen­nych. Z tego, co Katha­rina sły­szała, tylko nie­liczni jeńcy rze­czy­wi­ście odzy­skali wol­ność, lecz i tak cie­szyła się z tej pomocy. Szóstka Fran­cu­zów przy­dzie­lo­nych do ber­liń­skiego zoo oka­zała się pra­co­wita i życz­liwa. Zde­cy­do­wa­nie przy­czy­niali się do spraw­nego funk­cjo­no­wa­nia ogrodu zoo­lo­gicz­nego, co w wojen­nej zawie­ru­sze nie nale­żało do zadań naj­ła­twiej­szych. W zeszłym mie­siącu, dzięki dzia­ła­niom Katha­riny i Oskara, prze­nie­siono ich z obozu po dru­giej stro­nie Ber­lina do pokoi nad zagrodą zebr. Tym samym stali się oni czę­ścią zoo­fa­mi­lie – i całe szczę­ście, pomy­ślała Katha­rina, patrząc na męż­czyzn dźwi­ga­ją­cych ogromne zwie­rzęta, jakby były lek­kimi kró­li­kami.

– Dokąd je zabie­ra­cie? – spy­tała.

– Na godny spo­czy­nek – odpo­wie­dział Pierre z powagą, po czym mru­gnął i dodał: – Do kuchni.

– Pierre!

– No co? Prze­cież to wykwintna dzi­czy­zna, Frau Hein­roth. Nakarmi nas wszyst­kich po kró­lew­sku. I połowę Ber­lina przy oka­zji. Mar­cel już ostrzy noże.

Katha­rina spoj­rzała na mar­twą anty­lopę roz­cią­gniętą na wózku po cia­stach i wes­tchnęła. Pierre miał rację – podob­nie jak kobiety, które wcze­śniej zbie­rały ryby z akwa­rium na obiad. Mięso to mięso, bez względu na jego egzo­tyczne pocho­dze­nie – w tych cza­sach było bez­cenne. Nie wąt­piła, że Mar­cel, krzepki fran­cu­ski rzeź­nik, który zwy­kle zaj­mo­wał się por­cjo­wa­niem mięsa dla dra­pież­ni­ków, pora­dzi sobie dosko­nale. Wbrew sobie poczuła, jak bur­czy jej w brzu­chu na myśl o anty­lo­pim gula­szu. Głód stał się jej nie­od­łącz­nym towa­rzy­szem, a wizja peł­no­war­to­ścio­wego posiłku brzmiała niezwy­kle kusząco.

– Naj­pierw trzeba nakar­mić zwie­rzęta – zazna­czyła sta­now­czo.

– Oczy­wi­ście – odparł Pierre – ale po tym i nam się coś należy. Po takim dniu jak dziś należy się wszyst­kim porządny posi­łek.

Smut­nym gestem wska­zał na znisz­czone zoo, a Katha­rina ski­nęła głową. Myśl o wspól­nym obie­dzie po cięż­kiej pracy przy sprzą­ta­niu dodała jej ener­gii, więc chwy­ciła mio­tłę i zaczęła zamia­tać, pod­czas gdy Ursula ode­szła z Pierre’em, zama­szy­ście koły­sząc bio­drami – tak, by na pewno tego nie prze­oczył.

– Ta dziew­czyna jest nie do wytrzy­ma­nia – mruk­nęła Katha­rina z uśmie­chem.

– Zako­chana – odparła Gisela.

– Naprawdę tak myślisz?

– Wystar­czy, że ona tak myśli, na jedno wycho­dzi.

Katha­rina spoj­rzała na odda­la­jącą się parę z zain­te­re­so­wa­niem.

– Prze­cież to Fran­cuz.

Gisela zachi­cho­tała.

– Zauwa­ży­łam.

– Mam na myśli to, że nie wolno im będzie się pobrać. Związki z cudzo­ziem­cami są zaka­zane.

Uśmiech spełzł z twa­rzy Giseli.

– Jesz­cze do nie­dawna zabi­ja­nie nie­win­nych ludzi i zwie­rząt też było zaka­zane, a odno­szę wra­że­nie, że nikt się już tym spe­cjal­nie nie inte­re­suje – zauwa­żyła.

Katha­rinę prze­szedł dreszcz.

– Nikt poza Gestapo.

– Dla­tego musimy dopil­no­wać, by aku­rat oni o niczym się nie dowie­dzieli.

– O czym nie może się dowie­dzieć Gestapo?

Obie kobiety pod­sko­czyły zasko­czone, gdy Lutz Heck, dyrek­tor zoo, wyszedł ze sło­niarni; ryki Siama musiały zagłu­szyć jego kroki. Katha­rina szu­kała wzro­kiem Oskara, ale mąż poma­gał dru­giemu z Fran­cu­zów zająć się cia­łem jedy­nego w zoo czar­nego noso­rożca.

– O tym, że gotu­jemy zwie­rzęta – odparła szybko.

Heck się skrzy­wił.

– O tym wie­dzą od dawna. I pierwsi staną w kolejce po por­cję.

– To chyba dobrze dla cie­bie – odparła z iro­nią.

Lutz spoj­rzał na nią surowo; jego pocią­gła twarz przy­po­mi­nała pysk dingo, któ­rego ura­to­wała chwilę temu. Zmu­siła się do uśmie­chu. Heck był zde­kla­ro­wa­nym nazi­stą, przy­jaź­nił się z człon­kami wier­chuszki par­tyj­nej z kręgu „Zło­tych Bażan­tów”. Pozo­sta­wał ści­słym współ­pra­cow­ni­kiem Göringa, peł­niąc obo­wiązki Reichsjägermeistera – Mistrza Łowiec­kiego Rze­szy – a część zwie­rząt zamiesz­ku­ją­cych ogród, w tym dwa nie­dawno naro­dzone lwiątka, Sul­tan i Bussy, przy­były z jego pod­miej­skiej posia­dło­ści w Schorf Moor. Poglądy poli­tyczne Hecka draż­niły Katha­rinę, która nie zno­siła ide­olo­gii nazi­stow­skiej; z tru­dem powstrzy­my­wała się od komen­ta­rzy.

– Z pew­no­ścią dobrze jest otrzy­my­wać wspar­cie dla swo­jej dzia­łal­no­ści pły­nące z samego szczytu – powie­działa słod­kim gło­sem.

Lutz zmru­żył oczy.

– Pro­wa­dze­nie zoo to coś wię­cej niż dba­nie o zwie­rzęta, Katha­rino – powie­dział chłodno. – Odno­szę wra­że­nie, że to rozu­miesz.

Ow­szem, rozu­miała to. Lutz w rze­czy­wi­sto­ści był świet­nym zarządcą, a do tego auten­tycz­nym pasjo­na­tem przy­rody, podob­nie jak ona i jej mąż. Anga­żo­wał się w życie zwie­rząt być może moc­niej niż oni, bo oso­bi­ście spro­wa­dził wiele z nich do zoo w ramach swo­ich licz­nych wypraw. Sta­no­wi­sko dyrek­tor­skie odzie­dzi­czył nie­jako po ojcu; on i jego brat prak­tycz­nie wycho­wy­wali się w zoo. Zaini­cjo­wał roz­liczne inno­wa­cyjne pro­gramy mające na celu upodob­nienie wybie­gów do natu­ral­nych śro­do­wisk, z któ­rych pocho­dzili ich miesz­kańcy. Wspie­rał też roz­ród gatun­ków zagro­żo­nych wygi­nię­ciem i ich przy­wra­ca­nie natu­rze. Katha­rina bez wąt­pie­nia podzi­wiała go za to, jed­nak nie­które jego zacho­wa­nia wzbu­dzały w niej czy­stą nie­na­wiść.

Przy­kła­dowo w 1938 roku roz­ju­szył ją pomysł, by na Bra­mie Słoni umie­ścić napis Juden Unerwünscht – „Żydzi nie są tu mile widziani”. Przy­naj­mniej po bom­bar­do­wa­niu ten smutny zakaz znik­nął pod gru­zami łuku bram­nego, cho­ciaż teraz nie miało to już więk­szego zna­cze­nia. Goeb­bels ogło­sił Ber­lin „strefą wolną od Żydów” parę mie­sięcy wcze­śniej. Wpraw­dzie Katha­rina swo­imi kana­łami dowia­dy­wała się co rusz, że w róż­nych zaka­mar­kach mia­sta jesz­cze tro­chę się ich kryje, żyli oni jed­nak w cią­głym lęku o wła­sne prze­trwa­nie i z pew­no­ścią nie decy­do­wa­liby się na odwie­dza­nie ogrodu zoo­lo­gicz­nego.

Nie mogła zro­zu­mieć, jak to moż­liwe, że ten inte­li­gentny męż­czy­zna, który całe życie poświę­cił na wspie­ra­nie róż­no­rod­no­ści gatun­ko­wej w kró­le­stwie zwie­rząt, mógł dzia­łać na rzecz spro­wa­dza­nia ludzi do wąskiego zestawu akcep­to­wa­nych cech. Ten zgrzyt powoli nisz­czył sza­cu­nek, jaki żywiła dla prze­ło­żo­nego, co z kolei pro­wa­dziło do coraz częst­szych spięć, bo rudo­wło­sej kobie­cie nie bra­ko­wało tem­pe­ra­mentu. Oskar pil­no­wał, by nie zapę­dzała się zbyt daleko – kon­flikt z nazi­stami mógł się dla niej skoń­czyć bar­dzo, bar­dzo źle – ale w tej chwili go przy niej nie było.

– Göringowi zrobi się przy­kro, że tyle jego zwie­rząt zgi­nęło – powie­działa spo­koj­nie.

– Katha­rino! – syk­nęła Gisela, cią­gnąc ją za rękę. – Chodź zamia­tać!

Katha­rina ani drgnęła.

– Z pew­no­ścią – przy­znał sucho Heck. – Ale ich cier­pie­nie nie jest jego winą. To Bry­tyj­czycy zrzu­cali bomby zeszłej nocy.

– Tak, ale tylko dla­tego, że…

– Katha­rino, musimy sprzą­tać! – prze­rwała jej Gisela, tym razem ostrzej.

Kobieta wbiła pełne zło­ści spoj­rze­nie w Lutza, ale dała się odcią­gnąć. Dość miała dziś kło­po­tów. Zaczęła wście­kle wyma­chi­wać mio­tłą na gru­zach sło­niarni, a jej serce pło­nęło gnie­wem na myśl, ile istot bez­sen­sow­nie oddało dziś życie. Nawet szym­pans potra­fił zmie­nić swoje zacho­wa­nie, żeby bez­piecz­nie prze­trwać trudny czas. A ludzie – jak się wyda­wało – wciąż powta­rzali te same błędy. Kiedy skoń­czy się ta potworna wojna?

Rozdział 3

Bethan opa­dła ciężko na kanapę w swoim miesz­ka­niu i tęsk­nie spoj­rzała w stronę lodówki, z nadzieją, że ta otwo­rzy się sama i poda jej kie­li­szek wina. Nie­miecka myśl tech­niczna nie była jed­nak na tyle zaawan­so­wana, więc w końcu pod­nio­sła się z wysił­kiem i nalała sobie odro­binę trunku. Z rie­slin­giem w jed­nej ręce prze­nio­sła się do okna i upiła spory łyk. Uśmiech­nęła się do sie­bie. Minęły już dwa tygo­dnie od jej przy­jazdu do zoo, ale widok z okna abso­lut­nie jej się nie znu­dził i podej­rze­wała, że tak już zosta­nie.

Przy­dzie­lono jej nie­wiel­kie, przy­tulne miesz­kanko, poło­żone nad ambu­la­to­rium wete­ry­na­ryj­nym; miesz­kała na tym sam pię­trze co Ella i Max. Z okna widziała ska­li­sty wybieg pawia­nów i, kawa­łek dalej, pawi­lon uko­cha­nych przez Maxa naczel­nych. Zapa­dał zmierzch, a ona patrzyła na sza­leń­stwa peł­nych ener­gii szym­pan­sów i śmiała się do sie­bie, obser­wu­jąc ich harce. Kawa­łek dalej ze sto­ic­kim spo­ko­jem pasły się anty­lopy, a jesz­cze dalej dostrze­gła czarno-białe pandy skryte pod jaskra­wo­czer­wo­nym dachem pagody.

Zbli­żała się godzina zamknię­cia zoo, a ostatni odwie­dza­jący z nie­chę­cią opusz­czali teren przez Bramę Słoni; alejki pozo­sta­wały cudow­nie puste. Bethan upiła kolejny łyk wina, sma­ku­jąc jego cierp­kie nuty. Zoo szy­ko­wało się do odpo­czynku. Boże, jak bar­dzo czuła się zmę­czona. Zado­wo­lona, ale wyczer­pana. Ostat­nie dwa tygo­dnie były aktywne i tak wiele zdą­żyła już się nauczyć. Wie­czory spę­dzała z książką, uzu­peł­nia­jąc wie­dzę na temat nowych dla niej gatun­ków zwie­rząt, któ­rymi się tu zaj­mo­wała. Miała wra­że­nie, że jej mózg jest pełny po sam czu­bek.

Znała już imiona i nazwy gatun­kowe więk­szo­ści zwie­rzę­cych miesz­kań­ców zoo, coraz lepiej orien­to­wała się w ich zwy­cza­jach i pre­fe­ren­cjach. Stała się eks­pertką w obsłu­dze pisto­letu usy­pia­ją­cego, a poprzed­niego dnia prze­pro­wa­dziła swoją pierw­szą ope­ra­cję. Roz­ci­na­nie ciała tygrysa oka­zało się naj­bar­dziej poru­sza­ją­cym wyda­rze­niem w jej dotych­cza­so­wej karie­rze, ale zabieg był sto­sun­kowo pro­sty, zaś wnętrz­no­ści dra­pież­nika w grun­cie rze­czy przy­po­mi­nały wnętrz­no­ści domo­wych mrucz­ków – nie licząc skali. Pacjent miał się dobrze, Tanya ją pochwa­liła – Beth czuła, że zde­cy­do­wa­nie zasłu­żyła na odpo­czy­nek. Następ­nego dnia miała wolne i chciała wyko­rzy­stać ten czas na zwie­dza­nie Ber­lina. Ale na razie trwał jesz­cze piąt­kowy wie­czór.

Z powodu nagłego przy­pływu ener­gii Bethan zaj­rzała do lodówki w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. W ogrom­nym cen­trum han­dlo­wym Bikini Haus, które znaj­do­wało się nie­opo­dal zoo, było sporo skle­pów z dobrym jedze­niem, jed­nak ostatni raz była na zaku­pach parę dni temu i półki lodówki pre­zen­to­wały wyłącz­nie smutny zbiór resz­tek. Co dało się przy­go­to­wać z jed­nej mar­chewki, paru kieł­ba­sek i jogurtu tru­skaw­ko­wego? Wró­ciła do wina. Obie­cała sobie, że nie­długo zrobi zakupy, i chyba po raz pierw­szy od przy­jazdu poczuła nie­miłe ukłu­cie samot­no­ści. Piąt­kowy wie­czór w domu spę­dzi­łaby pew­nie z Cal­lu­mem i zna­jo­mymi – po pracy poszliby na piwo, a potem na jedze­nie albo zamó­wi­liby coś na wynos i obej­rzeli w domu jakiś film. Cal­lum przez cały tydzień pisał do niej czułe wia­do­mo­ści i nagle mocno za nim zatę­sk­niła.

Łyk­nęła rie­slinga, się­gnęła po tele­fon i wybrała jego numer. Może mogli wypić wspól­nego drinka na Face­Ti­mie. Jego pro­jekt był już na ukoń­cze­niu i pew­nie nie­długo uda mu się ją odwie­dzić. Odkąd poznali się dwa lata temu na impre­zie syl­we­stro­wej orga­ni­zo­wa­nej przez wspól­nego zna­jo­mego, nie roz­sta­wali się na dłu­żej niż tydzień. Nic dziw­nego, że czuła się nieco dziw­nie.

– Beth! Cześć, naj­droż­sza. Jak się masz?

Cal­lum był bez koszulki – na ten widok jej ciało prze­szedł przy­jemny dreszcz.

– Teraz już lepiej, bo patrzę na cie­bie. Dobrze wyglą­dasz.

– Co? Aa. Dzięki – odparł, pokle­pu­jąc się po pła­skim brzu­chu. – Odkąd nie ma cię w domu, czę­ściej cho­dzę na siłow­nię.

– Faj­nie, faj­nie. Nie mogę się docze­kać, aż spraw­dzę efekty wła­sno­ręcz­nie.

– Ja też. W sen­sie, że chciał­bym cię dotknąć. Sie­bie mogę doty­kać, kiedy zechcę. Zresztą cza­sem nie mam wyj­ścia. – Puścił do niej oko.

– Cal­lum!

– No co? Tęsk­nię za tobą.

Od razu zmię­kła.

– Ja za tobą też. Jak twój pro­jekt?

Odpo­wie­dzi nie zro­zu­miała, bo chło­pak jed­no­cze­śnie wkła­dał koszulkę – swoją ulu­bioną, brą­zową, pod­kre­śla­jącą głę­boki kolor jego oczu.

– No i wła­śnie dla­tego – cią­gnął już ubrany – wycho­dzimy dziś na drinki.

– Bo udało się skoń­czyć?

– Wła­śnie to powie­dzia­łem.

– Nie sły­sza­łam, co mówi… zresztą, nie­ważne. Bar­dzo się cie­szę, Cal­lum. Dokąd idziesz?

– Do jakie­goś pubu, z chło­pa­kami. Josh wie coś o nowym mikro­bro­wa­rze, może spraw­dzimy to miej­sce.

– A potem curry?

Par­sk­nął śmie­chem.

– Znasz mnie aż za dobrze.

Bethan poczuła, jak do oczu napły­wają jej łzy.

– Chcia­ła­bym móc pójść z tobą, Cal.

– I ja bym sobie tego życzył, kocha­nie. – Uśmiech­nął się cie­pło. – Co sły­chać u lwów?

– Mają się dobrze. Wczo­raj prze­pro­wa­dzi­łam ope­ra­cję na tygry­sie.

– Nie­źle. Masz jakieś zdję­cia?

– Ee, nie. Byłam sku­piona na dzia­ła­niu.

– Szkoda. Wszy­scy cią­gle pytają, gdzie jesteś. Gdy­bym mógł im poka­zać, jak kro­isz dzi­kiego kota, może wtedy by zro­zu­mieli.

– Co mie­liby zro­zu­mieć?

– Dla­czego mnie zosta­wi­łaś.

– Prze­cież to nie tak.

– Wiesz, co mam na myśli.

– Chyba jed­nak nie. Wyje­cha­łam do pracy. Chcia­łam, żebyś poje­chał ze mną.

– A ja powie­dzia­łem ci, że nie mogę. – Pokrę­cił głową. – Wiesz co, lepiej skończmy ten temat. Zaraz przy­je­dzie tak­sówka, a ja muszę jesz­cze przy­szy­ko­wać się do wyj­ścia.

– Jak dla mnie wyglą­dasz bar­dzo dobrze.

Znów puścił do niej oko, a tele­fon się prze­su­nął, gdy chło­pak wstał, by wło­żyć buty.

– A ty wycho­dzisz gdzieś dziś, Beth?

– Nie mam z kim.

– Bidulka. Nie martw się, nie­długo przy­jadę i ruszymy na mia­sto.

– Może w przy­szły week­end?

Skrzy­wił się.

– Tro­chę za wcze­śnie.

– Mówi­łeś, że pro­jekt już się skoń­czył.

– Tak, ale mam jesz­cze parę spraw do dopię­cia. Poza tym, jeśli mam być szczery, Johnno ma bilety na mecz rugby. Zdo­bycz cen­niej­sza niż złoto, Beth.

Zro­biło jej się przy­kro.

– Wie­rzę – odparła bez­na­mięt­nie.

– A robisz coś w jesz­cze następny?

– W Wiel­ka­noc? Tata przy­jeż­dża, mówi­łam ci.

Chło­pak zesztyw­niał.

– Och, no tak, skoro tata przy­jeż­dża…

– Prze­stań.

– Nie ma o czym mówić. Znam swoje miej­sce. Tatuś jest waż­niej­szy ode mnie.

– A rugby ode mnie.

– U, celna ripo­sta – przy­znał i nagle zer­k­nął za sie­bie. – Domo­fon dzwoni, Beth. Muszę lecieć.

– W takim momen­cie? Cal­lum, pro­szę. Jesz­cze chwilę.

– Tak­sówka czeka, kochana.

– Nie możesz roz­ma­wiać w tak­sówce?

– Johnno już w niej jest. A wiesz, jakie mamy zasady na temat roz­ma­wia­nia z dziew­czy­nami pod­czas męskiego wyj­ścia na mia­sto.

– Cal­lum, masz trzy­dzie­ści pięć lat. Takie durne zasady chyba już w tym wieku nie obo­wią­zują?

– Ha, chciał­bym! – Obraz trząsł się nie­zno­śnie, pod­czas gdy chło­pak zbie­gał po scho­dach, po czym jego twarz wypeł­niła cały ekran i posłał jej buziaka. – Kocham cię, Beth. Poroz­ma­wiamy dłu­żej jutro, dobrze?

– Okej. Ja też cię kocham, Cal­lum. Baw się…

Ale połą­cze­nie zostało zakoń­czone, a on ruszył w wir zabawy w pubach w Leice­ster bez oglą­da­nia się na nią. Powoli odło­żyła tele­fon na stół i wzięła kolejny łyk wina. I co z tego? Mógł sobie wyjść na mia­sto, czemu nie. Dobrze, że miał zna­jo­mych, zain­te­re­so­wa­nia – nawet jeśli poczuła ból, że naj­wy­raź­niej wolał spę­dzić week­end z dru­żyną Leice­ster Tigers zamiast z nią.

„Masz tu swoje tygrysy – przy­po­mniała sobie – i to o wiele lep­sze niż te od rugby”. Zwy­kle nie żywiła co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści, ale teraz, mając w per­spek­ty­wie długi i nie­wy­peł­niony aktyw­no­ściami piąt­kowy wie­czór, było jej nieco trud­niej. Pomy­ślała, że może zamó­wić coś na wynos i spę­dzić wie­czór nad listą od mamy. Tak się wcią­gnęła w wir pracy w zoo, że nie myślała o niej, odkąd tu przy­była – nagle poczuła się z tego powodu winna.

– Prze­pra­szam, mamo – wyszep­tała, doty­ka­jąc broszki z hipo­po­ta­mem, którą już pierw­szego dnia przy­pięła do zie­lo­nego mun­durka pra­cow­ni­czego.

Pode­szła do ple­caka, żeby wyjąć zmięty kar­te­lu­szek, kiedy roz­le­gło się nie­spo­dzie­wane puka­nie do drzwi.

– Beth? To ja, Ella.

– Ella! – Bethan zama­szy­stym gestem otwo­rzyła drzwi. – Cześć. Wszystko w porządku?

Kątem oka zer­k­nęła na tele­fon. W apli­ka­cji słu­żą­cej do komu­ni­ka­cji wewnętrz­nej w zoo przy­pi­sano jej awa­tar foki – były to jedyne zwie­rzęta z Wiel­kiej Bry­ta­nii, które miesz­kały w ogro­dzie – ale foczy pysk z oczami jak kora­liki nie uka­zał się na ekra­nie.

– Spo­koj­nie, nic się nie dzieje – zapew­niła młod­sza dziew­czyna. – Nie przy­szłam w spra­wie zawo­do­wej.

Zarzu­ciła krę­co­nymi wło­sami – naj­wy­raź­niej po skoń­czo­nej pracy roz­pusz­czała swoje nie­po­skro­mione loki. Bethan dopiero teraz zauwa­żyła, że Ella zro­biła maki­jaż, zało­żyła też błysz­czący top i obci­słe dżinsy.

– Wycho­dzisz gdzieś?

Ella uśmiech­nęła się figlar­nie.

– Wycho­dzimy. Lepiej się prze­bierz, Bethan Tay­lor, bo zabie­ram cię do Hel­ter Skel­ter.

– Tego klubu jaz­zo­wego?

– Dokład­nie. Gra dziś świetny zespół, będzie masa ludzi.

Bethan rozej­rzała się nie­pew­nie.

– Nic jesz­cze nie jadłam.

– I bar­dzo dobrze. Mają genialne gumbo. No, ruszaj się, jestem pewna, że spa­ko­wa­łaś jakieś fajne ciu­chy.

Nie było wąt­pli­wo­ści co do tego, że Ella nie zamie­rza odpu­ścić. Bethan się oży­wiła. Jej per­spek­tywy na piąt­kowy wie­czór nie­spo­dzie­wa­nie stały się o wiele bar­dziej roz­ryw­kowe. Posłusz­nie skie­ro­wała kroki do sypialni, by poszu­kać cze­goś odpo­wied­niego na ber­liń­skie życie nocne, o któ­rym tyle sły­szała.

Parę godzin póź­niej Bethan znów czuła się kom­plet­nie wyczer­pana. Tań­czyła o wiele zbyt szybko jak na swoje już zmę­czone ciało i wła­ści­wie ucie­szyła się, gdy zespół ogło­sił prze­rwę. Hel­ter Skel­ter oka­zał się wspa­nia­łym piw­nicz­nym barem: ceglane ściany, przy­tłu­mione świa­tła i arty­styczne zdję­cia muzy­ków na ścia­nach. Przy­szło sporo osób z zoo, Bethan poznała masę nowych ludzi i ich part­ne­rek i part­ne­rów. Tań­czyli do upa­dłego; jej ciało led­wie nadą­żało, ale w duchu była zachwy­cona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki