44,90 zł
Inspirowana faktami opowieść o dziecku skrywającym szokujący sekret z czasów wojny
Berlin, 1943. Adelaide i jej nowo narodzona siostrzyczka zostają sierotami podczas nocnego bombardowania. Katharina Heinroth, strażniczka zoo przygarnia dziewczynki. Adelaide próbuje odciąć się od wojennej grozy, opiekując się maleńką siostrą i bawiąc się z małpkami. Katharina podejmuje ryzykowną akcję ratunkową. Niestety nie przebiega ona zgodnie z planem. Wtedy Adelaide składa przybranej matce przysięgę – dochowa sekretu, który na zawsze odmieni jej życie.
Berlin, 2019. Uwagę Bethan przykuwa siedząca obok niej na ławce starsza pani, która przedstawia się jako Ada. Zaczyna snuć opowieść o swoim dzieciństwie. Nagle pada znajome imię… Czy po latach milczenia Ada pomoże Bethan odkryć rodzinną tajemnicę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Mamie – mam nadzieję, że wiesz, jak wiele dla mnie znaczysz.
Katharina Heinroth
Ursula Franke
Gisela Schultz
Sasha Eberhard
Hrabina Sylvie
Anke?
Dłonie Bethan drżały, gdy wodziła wzrokiem po dziwnej liście osób – spisała ją lata temu matka, co rozpoznawała po drogim jej sercu charakterze pisma. U góry listy przypięto niewielką srebrną broszkę w kształcie pulchnego hipopotama. Ostrożnie ją odpięła, by zaraz wpiąć w klapę swojego płaszcza. Dłoń jej przy tym drgnęła, przez co ukłuła się szpilką w palec, ale przyjęła ten ból niemal z ulgą. Przypomniał o strasznym dniu, w którym natrafiła na ten dziś pożółkły już kawałek papieru.
Miała wtedy jedenaście lat, jej żałoba była świeża i bolesna. Pogrzeb matki zapamiętała jako okropny; po wszystkim miała ochotę wtulić się w ramiona taty, szukając w nich ratunku przed zalewem wielkiego żalu – bała się, że smutek ją zatopi. Jak na złość po ich domu kręciły się tłumy ludzi – pijących, zalewających się łzami i bez końca powtarzających dziewczynce, jak bardzo Jana ją kochała.
Bethan nie potrzebowała tych zapewnień, oddałaby wszystko, by móc wciąż, na żywo, doświadczać miłości mamy – która karciła ją za to, że zostawia skórki od chleba z kanapek, która suszyła jej głowę o zadania domowe, która zawsze smażyła dla niej naleśniki w sobotni poranek. Nie chciała objęć współczucia – pragnęła przytulić się do mamy, chciała jej łaskotek. Gdy podano jedzenie, wymknęła się i wcisnęła pod łóżko rodziców w sypialni na piętrze. W wieku jedenastu lat z trudem się tam mieściła, ale i tak czuła, że nie znajdzie dla siebie lepszego miejsca. Równie dobrym pomysłem wydało jej się zabranie pod łóżko szkatułki z maminą biżuterią – jakby był to wehikuł czasu.
W pewnym sensie faktycznie tak było – tyle że szkatułka przeniosła ją do cudzej przeszłości. Oto tam, pod ładnymi naszyjnikami i bransoletkami pochodzącymi ze szczęśliwszych czasów, leżała broszka z hipopotamem. Urocze zwierzątko przykuło jej wzrok od razu, podobnie jak niewielka kartka papieru, na którą teraz patrzyła – wypełniona kobiecymi imionami zapisanymi charakterystycznym, zaokrąglonym, europejskim pismem matki.
Bethan wpatrywała się w karteluszek, aż jej oczy, zaczerwienione od płaczu, zamgliło coś więcej niż smutek. Od zawsze fascynowały ją niemieckie korzenie matki i język, który stanowił ich mały, prywatny kod porozumienia. Uwielbiała jeździć do rodziny w Niemczech, gdzie zatrzymywała się u swojej Omy Eriki; brakowało jej tego, odkąd Oma zmarła trzy lata temu. A teraz ta kartka – żywa sugestia, że w życiu Jany działy się rzeczy, o których Bethan nie miała pojęcia; że istnieli ludzie, którzy byli dla niej ważni; że trapiły ją pytania, na które poszukiwała odpowiedzi. Czuła z mamą szczególną więź – i to teraz, gdy wydawało się, że wszelka łączność z nią została utracona.
Jeszcze tej samej nocy, kiedy wreszcie zostali z tatą sami, zapytała go o notatkę. Zareagował z gwałtownością błyskawicy.
– Skąd to, do diabła, wzięłaś, Beth?
Wyrwał jej listę z palców tak niespodziewanie, że aż podskoczyła.
– Znalazłam przypadkiem. Była w pudełku z biżuterią mamy, a mówiłeś, że wszystko w jej pudełku jest teraz moje. Czyli ta kartka też.
Ojciec zacharczał gardłowo, ale usiłował się opanować.
– Tak, kochanie, faktycznie tak mówiłem. Ale to głupstwo. Zwykła lista, lista… zakupów.
– Kim są te kobiety?
– Nie jestem pewien. Mama spisała to jeszcze w Niemczech. Myślę, że to koleżanki z lat młodości.
– Koleżanki? Naprawdę tak sądzisz, tato? Była tam jakaś hrabina, sam zobacz.
Próbowała odebrać mu kartkę, ale odsunął ją, przypadkiem rozdzierając róg; bała się kolejnych ruchów, bo lista mogłaby się całkiem podrzeć.
– Proszę, tato, oddaj. Chcę ją mieć. Mama to napisała.
– To też – odparł, po czym podniósł inną kartkę ze stolika nocnego, z rysunkiem dwóch słoni ze splecionymi trąbami. Ten pełen miłości liścik od mamy był najcenniejszym skarbem Bethan, ale i tak nie chciała odpuścić listy.
– Czemu robisz z tego taką tajemnicę? – zapytała z wyrzutem.
Ale ojciec nie odpowiedział, odsunął się tylko, powtarzając znów, że to zwykłe „głupstwo”, po czym opuścił pokój i zszedł po schodach. Usłyszała trzask kosza na śmieci w kuchni. Trzymając srebrnego hipopotama w mocno zaciśniętej dłoni, leżała i wyobrażała sobie karteluszek gnijący wśród torebek po herbacie i obierków po ziemniakach, jednocześnie udając, że nie słyszy cichego szlochu siedzącego przed telewizorem ojca. Później, kiedy mężczyzna w końcu powlókł się do łóżka, dziewczynka zbiegła na dół, otworzyła kosz i przegrzebała jego rozmokłą zawartość, aż znalazła kartkę – poplamioną i zawilgotniałą, ale w całości. Nie lubiła oszukiwać taty, jednak była przekonana, że wbrew jego zapewnieniom lista kryła coś ważnego. Bethan miała wrażenie, że to wciąż żywy, utrwalony na piśmie kawałek mamy – i uczepiła się tego.
Palce powędrowały do broszki, wodząc po wklęsłych literach na masywnych nogach srebrnego hipopotama: BZ. Wtedy nie miała pojęcia, co oznaczają – odkryła to dopiero lata później, gdy wymyślono wyszukiwarkę Google, która dała jej podstawowe informacje o pierwszym nazwisku na liście: Katharina Heinroth – dyrektorka Ogrodu Zoologicznego w Berlinie po drugiej wojnie światowej. Wyglądało na to, że zoo było ważne dla jej matki – a to z kolei sprawiło, że stało się ważnym miejscem także dla Bethan, i to jeszcze zanim się tam zatrudniła.
Ostrożnie wsunęła kruchy karteluszek z nazwiskami do swojej skórzanej torby weterynaryjnej. Nadszedł czas, by udać się do nowego miejsca pracy, rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu i spróbować rozwiązać tajemnicę listy. Wiedziała, że oba zadania będą wyzwaniem, ale czuła, że wreszcie jest na nie gotowa.
– Wilkommen!
Bethan z uśmiechem wpatrywała się w napis na ozdobnym łuku wspartym na dwóch potężnych słoniach z marmuru. Czy naprawdę tak miało wyglądać wejście do jej nowego domu? Otaczał ją gęstniejący tłum odwiedzających; ludzie wskazywali na harcujące w klatkach małpy po lewej stronie i podbiegali do wybiegu pand, zażywających relaksu w bambusowym zagajniku naprzeciwko wejścia. Bethan bezwiednie dotknęła broszki z hipopotamem; miała ochotę skakać z ekscytacji.
– Tak się cieszę, że tu jestem – powiedziała po niemiecku do Elli, młodej lekarki weterynarii, która była na tyle miła, że odebrała ją z lotniska.
Ella miała dwadzieścia pięć lat, jedwabistą skórę o miedzianym odcieniu, burzę ciemnych loków zebranych w zadziorny kucyk i uśmiech, który najwyraźniej nigdy nie schodził jej z twarzy. Buzia Elli się nie zamykała – Bethan była jej za to wdzięczna, bo czuła, że przechodzi przyspieszony kurs odświeżający język. Włożyła dużo pracy w to, by nie stracić umiejętności porozumiewania się po niemiecku, ale brak mamy i codziennych pogawędek sprawił, że siłą rzeczy jej umiejętności nieco się przykurzyły. Słuchanie tego języka – niegdyś ich sekretnego „kodu” – w użyciu głęboko ją poruszało.
– Bardzo się cieszymy, że dołączasz do zespołu – oznajmiła Ella. – Tyle się dzieje, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. Mamy okres lęgowy, porodowy i ledwo nadążamy. W zeszłym tygodniu wykluło się piętnaście żółwików, wczoraj przyszły na świat dwa szympansiątka, Reina też będzie rodzić lada dzień.
– Reina?
– Jedna z lwic. Nie przejmuj się, na pewno szybko nauczysz się imion. Chodźmy, zabiorę cię do naszego centrum weterynaryjnego i pokażę ci, co i jak.
Kolejka się rozstąpiła na widok ciemnozielonego uniformu młodej kobiety, która pomachała do chłopaka z kasy biletowej, po czym ruszyła przed siebie, mijając wrzeszczące pawiany i pewnie stąpając po ścieżce okrążającej ich kamienisty wybieg. Posłała im całusa i poprowadziła Ellę na tył, gdzie stał niski, nowoczesny budynek. Drogę zagrodziły im potężne drzwi, ale przepustka Elli otworzyła je bez trudu i Bethan, zauważywszy, jak kilku odwiedzających zerka na nie z ciekawością, poczuła przypływ dumy. Była pracownicą zoo, miała dostęp do wszystkich zakamarków niedostępnych dla zwykłych ludzi – czuła się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Ta praca okazała się spełnieniem jej największych marzeń.
– Czy to na pewno dobry pomysł? – spytał ją Callum rano, kiedy przeniosła torbę lekarską do wspólnego pokoju, by dopakować potrzebne rzeczy.
Zapamiętała go wyraźnie: siedział na łóżku, patrzył na nią ciemnobrązowymi oczami, marszczył czoło i skubał luźną nitkę z poszwy kołdry z wizerunkiem drużyny Leicester City – był to chyba jedyny należący do niego element wystroju mieszkania.
– Przecież wiesz, jak bardzo chciałam pracować w zoo, Callum.
– A co było nie tak z zoo w Twycross?
Zamrugała zdziwiona, nie rozumiejąc, dlaczego, do diabła, tak długo zwlekał z wyrażaniem wątpliwości.
– Właściwie nic. Po prostu mają mniejszy dział badawczy niż ten w Berlinie. To dla mnie olbrzymia szansa, Cal, chyba rozumiesz. Czytałeś moją pracę doktorską o zwierzętach w niewoli. Twierdziłeś nawet, że była ciekawa.
– Bo była. Nie wiedziałem tylko, że aż tak cię… pochłonie.
– Pochłonie?
Znów skubnął nitkę, tworząc zmarszczkę na fragmencie nadruku z twarzą piłkarza Jamiego Vardy’ego.
– Jesteś pewna, że chodzi tylko o zoo, Beth?
– A o co niby miałoby chodzić?
– O twoją mamę – powiedział. – I o tę głupią listę, na punkcie której masz bzika.
Bethan wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Jak śmiesz? To nie jest głupia lista i to wcale nie główny powód, dla którego przyjęłam tę pracę. Jeśli tego nie widzisz, to może i dobrze, że trochę teraz od siebie odpoczniemy.
Chłopak aż podskoczył.
– Co masz na myśli? Odchodzisz ode mnie, Bethan?
Przez chwilę miała ochotę odpowiedzieć „tak”. Nie układało im się najlepiej, odkąd Callum, który pod koniec zeszłego roku skończył trzydzieści pięć lat, zaczął imprezować na potęgę, jakby chciał odgonić widmo nadciągającej starości. Bethan tego nie cierpiała – rok temu zaproponowała wspólne mieszkanie, by dzielić z nim przyszłość, a nie żeby pieniądze zaoszczędzone na czynszu wydawał na piwo – ale znajomi zapewniali ją, że to typowy męski kryzys i że jej kilkutygodniowa nieobecność ustawi mu priorytety. Żywiła nadzieję, że mieli rację, ale teraz i tak chciała się skupić na karierze.
W ich stronę szybkim krokiem zbliżała się dobrze zbudowana starsza kobieta i Bethan nachyliła się, by uścisnąć jej dłoń.
– Cześć, Tanya.
– Bethan, witaj w berlińskim zoo.
– Wspaniale w końcu tu być. Dziękuję, że zaprosiłaś mnie do zespołu.
Tanya, główna weterynarka zoo, która miesiąc temu przeprowadzała z nią rozmowę rekrutacyjną online, była wysoka, miała przenikliwe, szare oczy i długi warkocz, dużo jaśniejszy niż włosy Bethan w odcieniu truskawkowego blond. Potrząsnęła jej dłonią z entuzjazmem.
– Okazałaś się zdecydowanie najlepszą kandydatką, byłabym szalona, gdybym cię nie zatrudniła. Chodź, oprowadzę cię po naszym królestwie. Ella, czy mogłabyś…
Ale w tym momencie telefon Elli zabrzęczał, a na ekranie wyświetlił się realistyczny awatar surykatki. Bethan przyglądała mu się ze zmrużonymi oczami, a Ella parsknęła śmiechem.
– To nasz wewnętrzny system powiadomień. Surykatka to mój znak i najwyraźniej jestem potrzebna w pawilonie hipopotamów. Przepraszam, Tanyo, ale może jednak ty oprowadzisz Bethan?
– Oczywiście – zgodziła się Tanya, ale zaraz jej własny telefon zapiszczał, a ekran wyświetlił żyrafę. – No proszę, mnie też wzywają. Trudno, Bethan, ruszamy od razu do akcji!
Bethan szybkim krokiem podążała za kobietami, mijając słonie pokazujące sztuczki swoim opiekunom i dwa ryjące w ziemi nosorożce; w końcu dotarły do futurystycznej szklanej kopuły. Szły szybko, a Bethan, obciążona torbami, zaczęła sapać. Próbowała dotrzymać im kroku, gdy przedzierały się przez tłum zwiedzających i mijały posąg hipopotama – zaskakująco realistyczny jak na odlew z brązu – połyskujący w wiosennym słońcu. Było w nim coś znajomego i Bethan przystanęła na moment.
– Knautschke – wyjaśniła Ella. – Ojciec, dziadek i pradziadek większości hipopotamów w naszym zoo.
– Wciąż żyje?
– Skądże. Urodził się w czasie wojny. Podobno o mały włos, a by jej nie przeżył, ale uratowano go w ostatniej chwili z płonącego budynku. Tędy.
Stojąca nad brzegiem wody opiekunka zamachała do nich, a gdy przepustka Tanyi otworzyła bramę, Bethan znów poczuła dreszcz ekscytacji, że należy do zespołu. Okazało się, że dwa młode hipopotamy pobiły się i jeden z nich, Klumpig, miał brzydką ranę na boku.
– Bez szycia się nie obędzie – orzekła Tanya bez chwili wahania. – Musimy zabrać go w bardziej ustronne miejsce.
Skinęła na gęstniejący za barierą wybiegu tłum, a opiekunka o imieniu Sonya pogłaskała czule głowę hipopotama, który patrzył na nią żałośnie. Bethan na moment wstrzymała oddech. Klumpig był co prawda młodym osobnikiem, ale nie należał do ułomków – poza tym miał ogromną paszczę i długie zęby. Uspokoiło ją, gdy przypomniała sobie, że jest roślinożercą. To było zupełnie coś innego niż leczenie psów, kotów i chomików, do których była przyzwyczajona w gabinecie. Pochyliła się, by dotknąć skórzastego grzbietu zwierzęcia, jakby potrzebowała upewnić się, że jest prawdziwy. Za jej plecami inny hipopotam ryknął tak wściekle, że aż podskoczyła.
– Nie bój się, mama hipopotamica jest za bramą.
Bethan spojrzała i zobaczyła, że reszta hipopotamów została odgrodzona metalową barierą przebiegającą przez naziemną część wybiegu i błękitny basen. Wkrótce Sonya przyniosła specjalne nosze, na których udało im się podnieść Klumpiga i przenieść go do części sypialnej, na tyłach pawilonu. Z tłumu rozległo się westchnienie rozczarowania, a Tanya się roześmiała.
– Naprawdę myśleli, że wyciągnę igłę na ich oczach?
– Z pewnością na to właśnie liczyli – odparła Ella. – Przepraszam, Bethan, rzuciłyśmy cię od razu na głęboką wodę. Zaraz zobaczymy, czy znajdzie się ktoś, kto będzie mógł cię oprowadzić.
– Nie ma pośpiechu – odparła Bethan, podczas gdy Tanya czyściła grubą skórę hipopotama.
– Tak będzie lepiej. Bez urazy, ale im więcej się tu nas kręci, tym bardziej denerwuje się matka tego malucha – zauważyła, kiwając głową w stronę basenu, skąd wciąż dobiegał zwierzęcy ryk. – Zawołam Maxa.
Nim Bethan zdążyła zaprotestować, Ella wyciągnęła telefon, otworzyła aplikację zoo i wybrała ikonkę zabawnego szympansa.
– Max, cześć! Mieliśmy mały wypadek w pawilonie hipopotamów. Masz chwilę, żeby oprowadzić nową weterynarkę? Tę Angielkę, tak.
– Pół-Niemkę – poprawiła odruchowo Bethan, ale Ella ciągnęła dalej.
– Oczywiście, że możesz opuścić stanowisko pracy, Max. Dobrze ci zrobi chwila przerwy od twoich ukochanych małpiszonów i rozmowa z kimś trochę bardziej rozwiniętym – zażartowała i roześmiała się perliście, słysząc odpowiedź faceta. – Nie ugryzie cię. Jest miła. I bardzo ładna.
– Ella! – zaprotestowała Bethan. Już czuła się jak starsza siostra mająca do czynienia z rozbrykanym młodszym rodzeństwem. – Naprawdę mogę gdzieś poczekać, aż skończycie.
Ella uciszyła ją machnięciem ręki.
– Dzięki, Max – zaświergotała. – Widzimy się za minutę. – Rozłączyła się. – Przyjdzie po ciebie. Zostaw torby tutaj i wracaj pod wejście. Tam się spotkacie.
– Ale… – zaczęła Bethan, jednak widziała, że Tanya i Sonya pilnie potrzebują pomocy Elli, i przyznała przed sobą, że ona sama tylko im przeszkadza.
Nieśmiało obeszła basen, boleśnie świadoma, że tłum śledzi każdy jej ruch. Znalazłszy się na zewnątrz, oparła dłoń o szeroki, brązowy grzbiet posągu Knautschkego, by się uspokoić. Jednak gładki dotyk metalu przywołał wspomnienie, które zakręciło jej i tak już nadwyrężonymi zmysłami.
Miała dziesięć lat, była w szortach oraz ulubionej koszulce z pingwinem, a jasne włosy zebrała w dwa kucyki. Na plecach niosła plecak z aparatem, notesem i różowym ołówkiem, którym zamierzała zapisywać wszystko, co zobaczy w zoo. Była z nią mama – i nagle Bethan wyobraziła sobie, że naprawdę cofa się w czasie. Wyciągnęła rękę, by dotknąć brzegu błękitnej sukienki Jany. Natrafiła jednak na pustkę i cofnęła dłoń z obawy, że ktoś weźmie ją za wariatkę.
„To jest Knautschke, Bethie”, usłyszała w głowie głos mamy. „To po angielsku znaczy »przytulak«. Słodki, prawda?” Bethan przypomniała sobie, jak patrzyła w ogromną paszczę stworzenia z brązu i nie była pewna, czy „słodki” to faktycznie trafne określenie. Ale mama wyglądała na tak przejętą, że skinęła głową. „Chcesz usiąść na jego grzbiecie?” Zanim Bethan zdążyła odpowiedzieć, Jana posadziła ją na hipopotamie. „Wspaniała sprawa, prawda? Czyż on nie jest cudowny?”
Bethan zamknęła oczy, próbując zatrzymać w sobie tamten moment, i odetchnęła z ulgą, gdy telefon wyrwał ją z transu. Pisał tata.
Dotarłaś bezpiecznie, kochanie?
Uśmiechnęła się i wystukała odpowiedź.
Dotarłam. I jest super.
Na ekranie pojawiły się skaczące kropeczki.
Przysyłaj dużo zdjęć. Nie mogę się doczekać, aż przyjadę. Mam bilety na Wielkanoc. Już za tobą tęsknię. x
Ja za tobą też, tato. xxxxx
Dodała kilka dodatkowych krzyżyków, na szczęście, i wcisnęła „wyślij”. Callum uważał, że jej bliska więź z ojcem jest „dziwaczna”. Nigdy nie rozumiał, dlaczego zaglądała do niego co kilka dni i tak często zapraszała na obiad. Chłopaka łączyła z Paulem miłość do sportu, więc tematów do rozmów im nie brakowało, ale on i tak twierdził, że taka więź z ojcem u trzydziestotrzylatki jest co najmniej dziwna. Może i miał rację, ale jeśli nawet, było to jej własne „dziwactwo” – i bardzo jej się podobało.
– Bethan Taylor?
Bethan drgnęła i podniosła wzrok na wysokiego mężczyznę o ciemnych, dłuższych włosach i intensywnie niebieskich oczach. Niecierpliwość miał wpisaną w każdą linię smukłej sylwetki.
– Tak, to ja. Max?
Skinął głową.
– Max Femer, główny opiekun ssaków naczelnych i zastępca dyrektora zoo. Słyszałem, że potrzebujesz przewodnika.
Jego głos był niski i ciepły, ale mężczyzna mówił szybko, urywanymi zdaniami, jakby nie miał czasu na słowa. Bethan pospieszyła z odpowiedzią.
– To bardzo miłe z twojej strony, ale domyślam się, że jesteś zajęty. Nie chcę zabierać twojego cennego czasu.
– Żaden problem. Mam właśnie wolne pół godziny przed karmieniem, więc zdążymy wszystko obejść, oczywiście przy założeniu, że się pośpieszymy.
– Ja naprawdę…
– Przy założeniu, że się pośpieszymy – powtórzył stanowczo, a ona zacisnęła usta i ruszyła w ślad za nim.
Max miał długie nogi i krok tak samo zdecydowany jak sposób mówienia, więc już po chwili Bethan znów z trudem łapała oddech. Dziękowała Bogu, że przywiozła ze sobą buty do biegania; naprawdę musiała wrócić do formy.
– Kanion orłów. – Wskazał ogrodzony gęstą siatką teren po prawej. – A tutaj mieszkają nasze niedźwiedzie. Wszyscy kochają te polarne, ale według mnie są przereklamowane. Wolę brunatne. Mniej pretensjonalne. Poza tym jak pewnie wiesz, są symbolem Berlina.
Bethan, prawie biegła, by dotrzymać tempa mężczyźnie, i nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale to nie miało znaczenia, bo Max szedł już dalej. Oprowadzał ją po olbrzymim zoo w zawrotnym tempie, zgrabnie wymijając odwiedzających i raz po raz rzucając nazwami zwierząt: „pingwiny, zebry, bociany, pandy”. Bethan zatrzymała się, by przyjrzeć się tym ostatnim: cudownym biało-czarnym stworzeniom, leniwie przeżuwającym bambus pod elegancką pagodą w chińskim stylu, ale Max tylko mruknął z dezaprobatą. Domyśliła się, że pandy także uważa za przereklamowane, i zmusiła się, by oderwać oczy od wybiegu. Miała tu przecież spędzić rok – będzie miała masę czasu, by nasycić oczy pięknymi zwierzętami. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl i pobiegła za opiekunem.
– A tu mieszkają małpy.
Zatrzymał się tak niespodziewanie, że prawie na niego wpadła. Wyciągnęła rękę, by nie stracić równowagi, i natrafiła na zaskakująco muskularne plecy. Szybko się cofnęła.
– Przepraszam.
– Nic się nie stało. – Spojrzenie jego ciemnych oczu mówiło coś zgoła odmiennego, ale w tej samej chwili przed ich oczami przeleciał trzymający się liny szympans i twarz Maxa od razu złagodniała. – Binky!
Przeciągnął przepustkę, by otworzyć drzwi, i wszedł do środka, rozkładając ramiona. Szympansica rzuciła mu się w objęcia z radosnym pohukiwaniem. Bethan patrzyła na nich jak zaczarowana i nie pomyślała nawet, by przytrzymać drzwi, które zatrzasnęły się za mężczyzną. Dopiero gdy Binky zaczęła podskakiwać, wskazując przy tym na Bethan, Max przypomniał sobie o jej obecności. Bez słowa przeciągnął kartę jeszcze raz i wsunęła się do środka. Binky – chociaż ona – ucieszyła się na jej widok i wyciągnęła dłonie, by wpleść szczupłe palce w jasne włosy kobiety. Bethan się roześmiała, Max – ku jej zaskoczeniu – także.
– Spodobałaś się jej.
– Czuję się zaszczycona. – Beth ani drgnęła, gdy palce szympansicy dotarły do jej czaszki i zaczęły delikatnie pociągać za włosy u ich nasady. – Co ona robi? – spytała.
– Iska cię. Szuka pcheł.
– Mam nadzieję, że niczego nie znajdzie!
– Ja też. Zwykle „odrobaczamy” nowych na dzień dobry, ale zgaduję, że jeszcze nie przeszłaś procedury.
– Kwestia mojej higieny… – zaczęła, po czym dostrzegła błysk w jego ciemnych oczach i urwała. – Bardzo śmieszne.
Uśmiechnął się szeroko.
– Chodź, pomożesz nakarmić towarzystwo.
Binky doskonale znała słowo „karmić”; w mgnieniu oka puściła włosy Bethan i wykonała imponujący sus na drugą stronę klatki, piszcząc z ekscytacją. Inne małpy zbiegły się natychmiast w radosnych podskokach i fikołkach. Bethan patrzyła na nie jak zahipnotyzowana. Drgnęła, gdy Max złapał ją za rękę i pociągnął w bok.
– Chodźmy, zanim zaczną szaleć – zarządził.
– Czyli teraz to niby nie szaleją? – spytała z niedowierzaniem, ale on już zmierzał do bocznych drzwi, a ponieważ wciąż trzymał jej dłoń w swojej, niewiele mogła zrobić poza podążeniem za nim.
Jego uścisk był pewny, a skóra ciepła i twarda od fizycznej pracy; łaskotała jej własną, aż dziwne mrowienie przechodziło przez ciało. To pewnie zmęczenie – przekonywała samą siebie – zmęczenie i nadmiar wrażeń płynących z tego egzotycznego świata, w który została wrzucona tak gwałtownie. Max zatrzymał się w bocznym pomieszczeniu i spojrzał na ich złączone dłonie, jakby jego samego zaskoczył ten dotyk.
– Przepraszam – powiedział, gwałtownie cofając palce. – Małpy potrafią być trochę nieokrzesane wobec nowych osób.
– Nieokrzesane?
– Rozbrykane – poprawił się pospiesznie. – Rozbawione. Psotne. Chyba wiesz, co mam na myśli.
Max zwrócił się w stronę młodego mężczyzny, który właśnie wszedł do pomieszczenia z wiadrami owoców, a Bethan w końcu zyskała okazję, żeby uważnie przyjrzeć się swojemu niespodziewanemu przewodnikowi po zoo. Opiekun naczelnych musiał być ledwo po trzydziestce, podobnie jak ona. Biła z niego drżąca energia i wydawało się, że nie potrafi ustać w miejscu. Obserwowała, jak sprawdza porcje jedzenia, jednym okiem zerkając na zegar odliczający czas do pełnej godziny. Z wybiegu dochodziły zachłanne pohukiwania małp; ludzie gromadzili się, wskazując je palcami i śmiejąc się z ich wybryków.
– Ale gwiazdorzą – mruknął z uśmiechem Max, wracając do Beth. – Masz ochotę spróbować karmienia?
– Jasne!
– W takim razie chodź za mną. Rzucaj, jak najdalej potrafisz, żeby musiały biegać po swoje jedzenie. Dzięki temu karmienie potrwa dłużej, to ukłon w stronę widzów.
Bethan skinęła głową i spojrzała niepewnie na gąszcz lin i pnączy zwisających na wybiegu, przez które miała celować owocowymi pociskami; w duchu żałowała, że w szkole nie przykładała się bardziej na lekcjach wychowania fizycznego. Ale szympansy już uderzały się w piersi z ekscytacji, widząc, że ona i Max wchodzą na służącą do karmienia, umieszczoną nieco ponad nimi platformę – i nie było odwrotu. Chwyciła połówkę soczystej pomarańczy, odchyliła ramię i cisnęła. Owoc przeleciał aż pod wielkie okna i natychmiast rzuciły się po niego dwa szympansy.
– Niezły rzut.
Uśmiechnęła się, słysząc pochwałę, i wzięła kolejny zamach. Tym razem owoc wylądował na jednej z platform i kolejne małpy rzuciły się po zdobycz. Poczuła, jak się rozluźnia. Naprawdę dobrze się bawiła. Przez szybę dostrzegła rozentuzjazmowane twarze obserwujących i na nowo poczuła, w jak uprzywilejowanej znalazła się sytuacji. Jeszcze dziś rano siedziała z Callumem w ich mieszkaniu w Leicester, a teraz stała w słońcu na niemieckiej ziemi, karmiąc półdzikie małpy. Rzucała raz po raz, z całych sił, aż przy którymś ruchu ręką odkryła, że wiadro jest puste.
– Och! – wyrwało jej się, a Max parsknął gardłowym śmiechem.
– Podobało ci się?
– Bardzo. Dziękuję.
On też wydawał się teraz bardziej odprężony; obowiązek został spełniony.
– Dobra robota. A teraz dokończmy oprowadzanie i wrócimy do Tanyi.
– Nie ma pośpiechu.
– Aha! Czyli wolisz małpiszony od hipciów.
– Nie, ja… – W porę ugryzła się w język. Max mówił w tak suchy sposób, że jeszcze nie łapała, kiedy się z nią droczył. – Zdecydowanie najbardziej lubię hipopotamy – odparła, dotykając palcami broszki. On pokręcił głową z udawaną dezaprobatą.
– W takim razie odwołuję wycieczkę po zoo.
Roześmiała się i oddała mu wiadro.
– Cóż, w takim razie będę musiała poprosić o pomoc Binky.
– Ochoczo by się zgodziła. Przysięgam, ona uważa się za człowieka.
– Prawie nim jest.
– To prawda. Zdecydowanie bliżej jej do nas niż brzydkiemu, staremu hipopotamowi.
– Albo przereklamowanemu niedźwiedziowi polarnemu?
Skrzywił się.
– Wybacz. My, opiekunowie, bywamy nieco nadopiekuńczy wobec naszych zwierząt. Ale kocham je wszystkie, naprawdę, nawet sępy. No, chodźmy już.
Sięgnął do drzwi i wyprowadził ją z pawilonu małp w stronę wybiegu drapieżników. Wielkie koty były absolutnie wspaniałe; Bethan tak zapatrzyła się w muskularne ruchy przechadzającego się po trawie tygrysa, że o mało się o coś nie potknęła.
Spojrzała pod nogi i z przerażeniem zauważyła, że potrąciła staruszkę: kobieta siedziała na ławce, zatopiona w obszernej puchowej kurtce, w czapce z pomponem naciągniętej na długie srebrne włosy. Jej nogi okrywał kraciasty koc, spod którego wystawały stopy w sfatygowanych fioletowych glanach – to o nie niemal się potknęła.
– Strasznie przepraszam – powiedziała Bethan. Boże, jaka była dzisiaj niezdarna.
Staruszka jednak zdawała się wcale jej nie zauważać. Wpatrywała się przed siebie i cicho mamrotała pod nosem. Młoda kobieta powtórzyła przeprosiny i ostrożnie obeszła ją dookoła.
– O mało nie zrobiłam krzywdy tej biednej pani – powiedziała do Maxa.
Spojrzał przez ramię.
– Mówisz o Adzie? Jej nic nie ruszy. Jest nie do zdarcia, jak te stare buty, które ma na nogach.
– Znasz ją?
– Każdy zna Adę. To jej ławka. Zawsze przychodzi jako jedna z pierwszych i od razu się do niej kieruje. A jeśli ktoś ma czelność zająć ją wcześniej, Ada staje obok, aż intruz zrozumie aluzję i ustąpi jej miejsca. Wtedy rozsiada się z termosikiem oraz kanapkami i siedzi, aż zadzwoni dzwonek na zamknięcie zoo.
– I tak codziennie?
– Mniej więcej.
– A co ona właściwie robi?
– Po prostu patrzy na świat. I rozmawia z Kathariną.
– Z kim?
Max wskazał na pomnik – popiersie kobiety na białym cokole, jedno z ośmiu ustawionych wśród krzewów. Bethan podeszła i odczytała napis na tabliczce:
Katharina Heinroth
Zoodirektorin
1945–56
Aż podskoczyła, rozpoznając pierwsze nazwisko z listy swojej mamy.
– Znam ją! – wykrzyknęła.
Max mruknął.
– Spodziewałbym się tego, zakładając, że zrobiłaś solidne rozeznanie w swoim nowym miejscu pracy. Była prawdziwą bohaterką.
W jego głosie pojawiła się nowa nuta i Bethan spojrzała na niego niespokojnie.
– W jakim sensie?
– Pod wszelkimi możliwymi względami. Pracowała na rzecz zoo bez wytchnienia. Nie przetrwalibyśmy wojny, gdyby nie ona, nie mówiąc już o tym, że dziś nie bylibyśmy pionierskim ośrodkiem hodowli.
– Rozumiem. Zoo… ciężko zniosło wojnę, prawda?
– Ciężko? – Max spojrzał na nią. – To był koszmar na jawie. Alianci niemal doszczętnie zrównali z ziemią Berlin, a zoo wraz z nim.
– No tak. Przepraszam.
Posłał jej przeciągłe spojrzenie; jego oczy płonęły niebieskim ogniem, który w jednej chwili zgasł – mężczyzna się opanował.
– Bethan, to nie była twoja wina. Zresztą moja też nie. To już przeszłość, i całe szczęście. O proszę, zobacz: przyszła po ciebie Tanya.
Rzeczywiście, starsza weterynarka spieszyła ku nim z plecakiem Bethan przerzuconym przez ramię.
– Beth! Co ty sobie musisz o mnie myśleć? Strasznie cię przepraszam.
– Naprawdę nic się nie stało. Jak miewa się Klumpig?
– Jest już zszyty i odpoczywa. Mam nadzieję, że w cichości serca rozważa sens zadzierania z większymi hipopotamami! A teraz chodź ze mną, zaprowadzę cię do mieszkania i znajdziemy ci uniform pracowniczy. A potem kawa i ciasto, ja stawiam.
Brzuch Bethan zareagowała na tę informację głośnym burczeniem; Tanya zaśmiała się, ujęła dziewczynę pod ramię i poprowadziła przez ogród zoologiczny. Minęły Adę, pogrążoną w rozmowie z pomnikiem kobiety z dawnych lat. Bethan zastanawiała się, co takiego – a wydawało się to ważne – staruszka miałaby jej do powiedzenia. Chciała też dowiedzieć się czegoś więcej o Zoodirektorin. Na razie jednak czekał na nią nowy dom – przeszłość, choć fascynująca, musiała poczekać.
Listopad 1943 roku
Katharina Heinroth ostrożnie naparła drobnym ciałem na ciężkie drzwi schronu przeciwlotniczego i wyszła na zewnątrz w samym środku zoo. A raczej – tego, co pozostało z jej ukochanego miejsca. Rozejrzała się dookoła, osłupiała z przerażenia. Przez całą noc bomby spadały bez ustanku, rozdzierając powietrze ze świstem i wstrząsając ziemią, zamieniając domy w ziejące jamy, a ludzkie życia w proch. Spodziewała się zniszczeń, jednak widok, który rozpościerał się przed jej oczami, wstrząsnął nią do głębi.
Zoo było niemal całkowicie zrujnowane.
Po chwili inni opiekunowie i pracownicy zaczęli wychodzić z bunkra, mrużąc oczy w ostrym listopadowym powietrzu. Katharina zmusiła się, by ogarnąć wzrokiem całość zniszczeń. Majestatyczna Brama Słoni legła w gruzach. Jakimś cudem dwa kamienne słonie wciąż klęczały po obu stronach wejścia, lecz misterny łuk padł ofiarą wybuchu, podobnie jak piękny budynek akwarium tuż za nim. Usłyszała za sobą zduszony okrzyk i odwróciła się – Oskar przedzierał się przez resztki bramy na ulicę.
– Nie!
Pobiegła za mężem, potykając się na gruzach, czując, jak dym gryzie ją w gardło. Po lewej stronie bramy malował się widok jak z obrazu Hieronima Boscha. Żołądek podszedł jej do gardła; zakryła usta dłonią, patrząc, jak Oskar klęka przy ciałach czterech ogromnych krokodyli, które najwyraźniej siła eksplozji wyrzuciła przez dziurę w dachu akwarium. Leżały roztrzaskane na chodniku niczym ofiary złożone bezlitosnemu bogu wojny.
Podobnie jak inne egzotyczne zwierzęta zamieszkujące ten budynek, krokodyle były całym życiem jej męża. Katharina bezradnie obserwowała, jak Oskar rzuca się na ziemię obok starej samicy i wąską dłonią głaszcze ją raz po raz po przetrąconym grzbiecie, jakby samą siłą woli chciał przywrócić jej życie. Jednak jej pysk był rozchylony, a potężne zęby już nigdy nie miały się zamknąć w śmiertelnym uścisku. Katharina podbiegła, by odciągnąć męża od zwierzęcia.
– To nie ma sensu, Oskar, ona nie żyje.
Spojrzał na nią z rozpaczą.
– Ale dlaczego to się dzieje, Kätsche? Dlaczego bombardują niewinne zwierzęta?
Nie było na to odpowiedzi – tak samo jak na pytanie, dlaczego zrzucano bomby na niewinnych ludzi, których martwe ciała także leżały na ulicy. Niedaleko od nich jakaś kobieta tuliła w ramionach zwłoki dziecka, zawodząc cicho i kołysząc się wśród dymu, na tle płonącego domu, zapewne należącego kiedyś do nich. Strażacy walczyli z ogniem, lecz woda wypływająca z uszkodzonej głównej rury zalewała ulicę, rozmywając błoto i utrudniając im pracę.
Katharina obserwowała, jak ciemna ciecz zbiera się wokół jej stóp oraz setek egzotycznych ryb, również wyrzuconych z akwarium w momencie wybuchu. Było już dla nich za późno – wszystkie zostały uśmiercone. Zmęczeni głodem Berlińczycy zbierali je chciwie do domu, by zrobić z nich obiad. Oskar próbował powstrzymać drobną hausfrau przed wzięciem połyskującej płaszczki, lecz Katharina położyła mu dłoń na ramieniu.
– Zostaw, niech weźmie, przynajmniej komuś się przyda.
– Pewnie masz rację, meine kindl.
Poczuła, jak jego ciało wiotczeje w jej objęciach, i przytuliła go mocno. Jej serce pękało z bólu razem z jego sercem. Katharina – dumna naukowczyni – nie wierzyła w romantyczną miłość, a przynajmniej dopóki w wieku trzydziestu pięciu lat nie poznała Oskara Heinrotha na konferencji w swoim rodzinnym Wrocławiu. Mężczyzna był od niej starszy o dwadzieścia sześć lat, niski i schludny. Miał białą jak śnieg aureolę włosów, ciepłe, mądre oczy i zaraźliwą pasję do życia. Był samoukiem, ale dorównywał jej intelektualnie. Ich dyskusje naukowe szybko przerodziły się w coś więcej. Ku radości Kathariny – i jej skrywanemu zdumieniu – Oskar odwzajemnił uczucie. Wkrótce potem, w 1933 roku, wyszła za niego i przeprowadziła się do Berlina. Każdy wspólny dzień utwierdzał ją w przekonaniu, że dokonała właściwego wyboru.
– Kätsche, spójrz na zoo… Nasze dziecko. Nasze biedne dziecko.
Objęła go mocniej i razem zajrzeli przez zniszczoną bramę, w głąb zrujnowanego ogrodu zoologicznego. Od dnia, gdy dołączyła do męża w tym mieście, bez reszty oddała się ratowaniu i pielęgnacji zamieszkujących zoo cudownych stworzeń. Brak własnych dzieci sprawił, że zwierzęta stały się dla nich jeszcze ważniejsze. Teraz, gdy Katharina miała czterdzieści sześć lat, a Oskar dostojne siedemdziesiąt trzy, wydawało się, że będą ich jedyną rodziną. Lecz tak wiele z nich już nie żyło.
– Lew na wolności!
Krzyk rozerwał ciszę ulicy. Katharina rozejrzała się z przerażeniem – w zasięgu wzroku nie było żadnego członka lwiego stada.
– Tam!
Przymrużyła oczy i dojrzała zwierzę kuśtykające w ich stronę.
– To nie lew! – zawołała, podbiegając do niego. – To dingo!
Zwolniła kroku, wyciągając rękę. Zwierzę zachwiało się i utkwiło w niej pełne ulgi spojrzenie miodowych oczu. Katharina chwyciła je za skołtunioną sierść na karku.
– Oswoiła lwa! – rozległ się histeryczny wrzask tłumu, ale ona tylko przewróciła oczami i spojrzała na Oskara.
– Chodź, zabierzemy biedaka do środka, trzeba sprawdzić, co jeszcze da się zrobić.
– Raczej niewiele – westchnął Oskar, z bólem spoglądając na ruinę akwarium, którym kierował z taką dumą przez ostatnie trzydzieści lat. Zdjął pasek, by zrobić z niego prowizoryczną smycz, i ruszył za żoną.
Zoo było galerią zniszczenia. Klatki małp naczelnych ocalały, lecz kilka zwierząt zostało trafionych odłamkami pocisków. Katharina poczuła mdłości, gdy zobaczyła jednego z szympansów leżącego w kałuży własnej krwi, podczas gdy jego towarzysze potrząsali nim, próbując przywrócić do życia. Pongo, goryl srebrnogrzbiety, walił w kraty z dziką furią, najwyraźniej gotów mścić się na każdym, kto śmiałby zagrozić jego królestwu – przynajmniej on żył.
W sadzawkach, na swojej ulubionej skale, leżał martwy Roland, potężny słoń morski. Nieopodal, wtulone w siebie, leżały dwa karłowate hipopotamy – matka Rosa i jej sześciomiesięczne młode, Knautschke. Krew mieszała się z ciemną wodą wylewającą się z basenu przez szerokie pęknięcie z jednej strony. Opiekun hipopotamów, Walter Knaus, z rozpaczą zraszał wodą ich ciała, by uchronić je przed wyschnięciem.
– Czy Knautschke jest cały? – zawołała Katharina.
– Nie jest martwy – odparł ponuro Walter – ale nie wiem, czy to znaczy, że ma się dobrze. Musi być mokry, inaczej jego skóra pęknie.
Katharina ruszyła dalej, aż dotarła do wybiegu dingo. Z ulgą stwierdziła, że Robert i Sasha Eberhardowie – opiekunowie dzikich psów, zebr oraz jeleni – oraz ich dziesięcioletnia córka Adelaide byli cali.
– Co za koszmar! – zawołała, po czym podeszła do nich, żeby się przytulić.
– Serce mi pęka, Kätsche – odparła Sasha. – Ze wszystkich okropności tej wojny ta jest najgorsza.
Mocno się uściskały. Sasha była w zaawansowanej ciąży, kiedy pojawiła się w zoo w 1933 roku, zaledwie kilka miesięcy po Katharinie. Ponieważ jej matka mieszkała w Bawarii, poprosiła nową przyjaciółkę, by towarzyszyła jej przy porodzie Adelaide. Wspomnienie chwili, gdy nowo narodzone dziecko trafiło w ramiona matki, wciąż wywoływało u Kathariny łzy wzruszenia – od tamtego momentu kobiety były sobie niezwykle bliskie. Teraz stały razem i obserwowały, jak Oskar wpuszcza złapanego dingo na wybieg. Zdezorientowany pies pognał prosto do drewnianej budy wyściełanej słomą, a kobiety z radością usłyszały wycie stada cieszącego się z powrotu towarzysza – dźwięk ulgi pośród skowytów bólu tak wielu innych zwierząt.
Opiekunowie krzątali się po całym zoo, próbując naprawiać zniszczone płoty i uspokoić wystraszone zwierzęta. Nie było na co czekać, Oskar i Katharina zostawili więc przyjaciół pracujących nad zabezpieczaniem wybiegu i ruszyli dalej. Żyrafa Reike wychylała długą szyję ponad mur swojego ogrodzenia, wpatrując się w kobietę z pytającą miną: „Co tu się właściwie wydarzyło?” – ale była dość spokojna. W przeciwieństwie do Siama, dostojnego słonia, który raz po raz stawał na tylnych nogach i ryczał z wściekłości w zdradliwe, zadymione niebo. Gdy zbliżyli się do zrujnowanej słoniarni, zrozumieli przyczynę jego zachowania: ciała wszystkich siedmiu samic – członkiń jego haremu – leżały przygniecione stalowymi belkami. Łzy ponownie napłynęły Katharinie do oczu, ale czy cokolwiek pomagały w tej sytuacji? Zdecydowanym ruchem otarła je z policzków i spojrzała w przeciwną stronę, gdzie Ursula i Gisela – dwie najbardziej oddane sprzątaczki zoo – energicznie zamiatały ścieżki, by zrobić przejazd dla wozów mających zabierać ciała.
– Dziękuję wam, dziewczęta – zawołała, podbiegając do nich.
Szczupła Gisela odwróciła się i rzuciła Katharinie w ramiona.
– Och, Kätsche, to potworne! Nasze biedne zwierzęta…
Katharina odwzajemniła uścisk, ciesząc się, że widzi przyjaciółkę całą – zawsze podziwiała jej cichą siłę, przywodzącą skojarzenia z gazelą nie tylko dzięki imieniu. Gisela została sprzątaczką w ogrodzie zoologicznym siedem lat wcześniej, mając zaledwie osiemnaście lat, i od pierwszego dnia rzuciła się w wir pracy. Kochała zwierzęta – wyznała Katharinie, że od zawsze marzyła o studiach przyrodniczych, ale jej ojciec uważał, że edukacja nie jest dla kobiet. Rodzice Kathariny, zapaleni biolodzy, byli bardziej otwarci i pozwolili córce zgłębiać pasję naukową i zdobyć doktorat – jako jednej z zaledwie dwóch kobiet w całym roczniku. Dzięki temu mogła wziąć Giselę pod swoje skrzydła i niejako dokształcać ją w ramach pracy. Dziś ta młoda kobieta była równie biegła w opiece nad zwierzętami jak każdy z doświadczonych opiekunów, a w czasach, gdy tylu mężczyzn zesłano na front, była warta tyle złota, ile sama ważyła – w przenośni. Po bombardowaniu nie wahała się ponownie chwycić za miotłę.
– Starczy tego przytulania. Do roboty, wy dwie! – zawołała z uśmiechem Ursula, szturchając je miotłą. Rozdzieliły się ze śmiechem, w udawanych protestach.
– Mamy jeszcze tyle do zrobienia – westchnęła Katharina, odgarniając włosy z czoła, by lepiej się przyjrzeć rumowisku. Zauważyła pasma siwizny wijące się pośród intensywnie rudych włosów, których barwa zawsze ją wyróżniała. Poczuła nagły przypływ zmęczenia kontrastujący z młodzieńczą energią towarzyszki.
– Damy sobie radę – powiedziała pogodnie Ursula.
– Z nim też? – spytała Gisela, wskazując na ryczącego Siama.
Ursula się skrzywiła.
– Nie wiem, ale musimy spróbować. Nie ma sensu stać wśród gruzów i płakać.
Trudno było się z tym nie zgodzić. Katharina rozejrzała się za miotłą dla siebie, ale nagle tuż przed nią wyrosła Ursula, z szerokim uśmiechem na ładnej twarzy i zalotnie wygiętym, kształtnym ciałem.
– Och! Skąd masz ten wózek, Pierre? Jest przepiękny! – zawołała.
W ich stronę zmierzał Pierre Dubois, pchając jeden ze zdobionych wózków, które w lepszych czasach krążyły po alejkach zoo; sprzedawano z nich ciasta i słodycze.
– Zbyt piękny na tak ponurą robotę – odparł łamaną niemczyzną – ale nie możemy przecież pozwolić, by ciała zwierząt zaczęły się rozkładać. – I ruszył szybkim krokiem, wychodząc naprzeciw swoim dwóm rodakom, którzy wynosili właśnie z pawilonu martwą antylopę. Wspólnymi siłami położyli ją na niebiesko-kremowym wózku; Pierre z wysiłkiem zawrócił pojazd, by odwieźć zwierzę.
– Pomogę ci – zaproponowała Ursula, wciskając swoją miotłę w dłonie Kathariny i podchodząc do niego.
– To nie jest zajęcie dla damy – zaprotestował, ale ona zarzuciła tylko lśniącymi czarnymi włosami i uśmiechnęła się do niego zalotnie.
– Nic z tego, co robimy, nie jest „dla damy” ani „dla dżentelmena”. Po prostu musimy to zrobić i tyle. Pomogę z przyjemnością.
Pierre więcej się nie sprzeciwił – i trudno mu się dziwić. Ursula była żywiołową młodą kobietą, która przybyła do zoo razem ze swoją najlepszą przyjaciółką Giselą. Mąż Giseli, Dieter, walczył na froncie wschodnim; Ursula wciąż pozostawała niezamężna, ale zdecydowanie chciała zmienić ten stan. Ponieważ w stolicy brakowało sprawnych Niemców, jej zainteresowanie szybko skierowało się ku sześciu Francuzom przydzielonym do pracy w zoo w ramach Service du Travail Obligatoire – programu przymusowej pracy.
Tysiące młodych Francuzów sprowadzono do Niemiec w marcu w zamian za zwolnienie jeńców wojennych. Z tego, co Katharina słyszała, tylko nieliczni jeńcy rzeczywiście odzyskali wolność, lecz i tak cieszyła się z tej pomocy. Szóstka Francuzów przydzielonych do berlińskiego zoo okazała się pracowita i życzliwa. Zdecydowanie przyczyniali się do sprawnego funkcjonowania ogrodu zoologicznego, co w wojennej zawierusze nie należało do zadań najłatwiejszych. W zeszłym miesiącu, dzięki działaniom Kathariny i Oskara, przeniesiono ich z obozu po drugiej stronie Berlina do pokoi nad zagrodą zebr. Tym samym stali się oni częścią zoofamilie – i całe szczęście, pomyślała Katharina, patrząc na mężczyzn dźwigających ogromne zwierzęta, jakby były lekkimi królikami.
– Dokąd je zabieracie? – spytała.
– Na godny spoczynek – odpowiedział Pierre z powagą, po czym mrugnął i dodał: – Do kuchni.
– Pierre!
– No co? Przecież to wykwintna dziczyzna, Frau Heinroth. Nakarmi nas wszystkich po królewsku. I połowę Berlina przy okazji. Marcel już ostrzy noże.
Katharina spojrzała na martwą antylopę rozciągniętą na wózku po ciastach i westchnęła. Pierre miał rację – podobnie jak kobiety, które wcześniej zbierały ryby z akwarium na obiad. Mięso to mięso, bez względu na jego egzotyczne pochodzenie – w tych czasach było bezcenne. Nie wątpiła, że Marcel, krzepki francuski rzeźnik, który zwykle zajmował się porcjowaniem mięsa dla drapieżników, poradzi sobie doskonale. Wbrew sobie poczuła, jak burczy jej w brzuchu na myśl o antylopim gulaszu. Głód stał się jej nieodłącznym towarzyszem, a wizja pełnowartościowego posiłku brzmiała niezwykle kusząco.
– Najpierw trzeba nakarmić zwierzęta – zaznaczyła stanowczo.
– Oczywiście – odparł Pierre – ale po tym i nam się coś należy. Po takim dniu jak dziś należy się wszystkim porządny posiłek.
Smutnym gestem wskazał na zniszczone zoo, a Katharina skinęła głową. Myśl o wspólnym obiedzie po ciężkiej pracy przy sprzątaniu dodała jej energii, więc chwyciła miotłę i zaczęła zamiatać, podczas gdy Ursula odeszła z Pierre’em, zamaszyście kołysząc biodrami – tak, by na pewno tego nie przeoczył.
– Ta dziewczyna jest nie do wytrzymania – mruknęła Katharina z uśmiechem.
– Zakochana – odparła Gisela.
– Naprawdę tak myślisz?
– Wystarczy, że ona tak myśli, na jedno wychodzi.
Katharina spojrzała na oddalającą się parę z zainteresowaniem.
– Przecież to Francuz.
Gisela zachichotała.
– Zauważyłam.
– Mam na myśli to, że nie wolno im będzie się pobrać. Związki z cudzoziemcami są zakazane.
Uśmiech spełzł z twarzy Giseli.
– Jeszcze do niedawna zabijanie niewinnych ludzi i zwierząt też było zakazane, a odnoszę wrażenie, że nikt się już tym specjalnie nie interesuje – zauważyła.
Katharinę przeszedł dreszcz.
– Nikt poza Gestapo.
– Dlatego musimy dopilnować, by akurat oni o niczym się nie dowiedzieli.
– O czym nie może się dowiedzieć Gestapo?
Obie kobiety podskoczyły zaskoczone, gdy Lutz Heck, dyrektor zoo, wyszedł ze słoniarni; ryki Siama musiały zagłuszyć jego kroki. Katharina szukała wzrokiem Oskara, ale mąż pomagał drugiemu z Francuzów zająć się ciałem jedynego w zoo czarnego nosorożca.
– O tym, że gotujemy zwierzęta – odparła szybko.
Heck się skrzywił.
– O tym wiedzą od dawna. I pierwsi staną w kolejce po porcję.
– To chyba dobrze dla ciebie – odparła z ironią.
Lutz spojrzał na nią surowo; jego pociągła twarz przypominała pysk dingo, którego uratowała chwilę temu. Zmusiła się do uśmiechu. Heck był zdeklarowanym nazistą, przyjaźnił się z członkami wierchuszki partyjnej z kręgu „Złotych Bażantów”. Pozostawał ścisłym współpracownikiem Göringa, pełniąc obowiązki Reichsjägermeistera – Mistrza Łowieckiego Rzeszy – a część zwierząt zamieszkujących ogród, w tym dwa niedawno narodzone lwiątka, Sultan i Bussy, przybyły z jego podmiejskiej posiadłości w Schorf Moor. Poglądy polityczne Hecka drażniły Katharinę, która nie znosiła ideologii nazistowskiej; z trudem powstrzymywała się od komentarzy.
– Z pewnością dobrze jest otrzymywać wsparcie dla swojej działalności płynące z samego szczytu – powiedziała słodkim głosem.
Lutz zmrużył oczy.
– Prowadzenie zoo to coś więcej niż dbanie o zwierzęta, Katharino – powiedział chłodno. – Odnoszę wrażenie, że to rozumiesz.
Owszem, rozumiała to. Lutz w rzeczywistości był świetnym zarządcą, a do tego autentycznym pasjonatem przyrody, podobnie jak ona i jej mąż. Angażował się w życie zwierząt być może mocniej niż oni, bo osobiście sprowadził wiele z nich do zoo w ramach swoich licznych wypraw. Stanowisko dyrektorskie odziedziczył niejako po ojcu; on i jego brat praktycznie wychowywali się w zoo. Zainicjował rozliczne innowacyjne programy mające na celu upodobnienie wybiegów do naturalnych środowisk, z których pochodzili ich mieszkańcy. Wspierał też rozród gatunków zagrożonych wyginięciem i ich przywracanie naturze. Katharina bez wątpienia podziwiała go za to, jednak niektóre jego zachowania wzbudzały w niej czystą nienawiść.
Przykładowo w 1938 roku rozjuszył ją pomysł, by na Bramie Słoni umieścić napis Juden Unerwünscht – „Żydzi nie są tu mile widziani”. Przynajmniej po bombardowaniu ten smutny zakaz zniknął pod gruzami łuku bramnego, chociaż teraz nie miało to już większego znaczenia. Goebbels ogłosił Berlin „strefą wolną od Żydów” parę miesięcy wcześniej. Wprawdzie Katharina swoimi kanałami dowiadywała się co rusz, że w różnych zakamarkach miasta jeszcze trochę się ich kryje, żyli oni jednak w ciągłym lęku o własne przetrwanie i z pewnością nie decydowaliby się na odwiedzanie ogrodu zoologicznego.
Nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że ten inteligentny mężczyzna, który całe życie poświęcił na wspieranie różnorodności gatunkowej w królestwie zwierząt, mógł działać na rzecz sprowadzania ludzi do wąskiego zestawu akceptowanych cech. Ten zgrzyt powoli niszczył szacunek, jaki żywiła dla przełożonego, co z kolei prowadziło do coraz częstszych spięć, bo rudowłosej kobiecie nie brakowało temperamentu. Oskar pilnował, by nie zapędzała się zbyt daleko – konflikt z nazistami mógł się dla niej skończyć bardzo, bardzo źle – ale w tej chwili go przy niej nie było.
– Göringowi zrobi się przykro, że tyle jego zwierząt zginęło – powiedziała spokojnie.
– Katharino! – syknęła Gisela, ciągnąc ją za rękę. – Chodź zamiatać!
Katharina ani drgnęła.
– Z pewnością – przyznał sucho Heck. – Ale ich cierpienie nie jest jego winą. To Brytyjczycy zrzucali bomby zeszłej nocy.
– Tak, ale tylko dlatego, że…
– Katharino, musimy sprzątać! – przerwała jej Gisela, tym razem ostrzej.
Kobieta wbiła pełne złości spojrzenie w Lutza, ale dała się odciągnąć. Dość miała dziś kłopotów. Zaczęła wściekle wymachiwać miotłą na gruzach słoniarni, a jej serce płonęło gniewem na myśl, ile istot bezsensownie oddało dziś życie. Nawet szympans potrafił zmienić swoje zachowanie, żeby bezpiecznie przetrwać trudny czas. A ludzie – jak się wydawało – wciąż powtarzali te same błędy. Kiedy skończy się ta potworna wojna?
Bethan opadła ciężko na kanapę w swoim mieszkaniu i tęsknie spojrzała w stronę lodówki, z nadzieją, że ta otworzy się sama i poda jej kieliszek wina. Niemiecka myśl techniczna nie była jednak na tyle zaawansowana, więc w końcu podniosła się z wysiłkiem i nalała sobie odrobinę trunku. Z rieslingiem w jednej ręce przeniosła się do okna i upiła spory łyk. Uśmiechnęła się do siebie. Minęły już dwa tygodnie od jej przyjazdu do zoo, ale widok z okna absolutnie jej się nie znudził i podejrzewała, że tak już zostanie.
Przydzielono jej niewielkie, przytulne mieszkanko, położone nad ambulatorium weterynaryjnym; mieszkała na tym sam piętrze co Ella i Max. Z okna widziała skalisty wybieg pawianów i, kawałek dalej, pawilon ukochanych przez Maxa naczelnych. Zapadał zmierzch, a ona patrzyła na szaleństwa pełnych energii szympansów i śmiała się do siebie, obserwując ich harce. Kawałek dalej ze stoickim spokojem pasły się antylopy, a jeszcze dalej dostrzegła czarno-białe pandy skryte pod jaskrawoczerwonym dachem pagody.
Zbliżała się godzina zamknięcia zoo, a ostatni odwiedzający z niechęcią opuszczali teren przez Bramę Słoni; alejki pozostawały cudownie puste. Bethan upiła kolejny łyk wina, smakując jego cierpkie nuty. Zoo szykowało się do odpoczynku. Boże, jak bardzo czuła się zmęczona. Zadowolona, ale wyczerpana. Ostatnie dwa tygodnie były aktywne i tak wiele zdążyła już się nauczyć. Wieczory spędzała z książką, uzupełniając wiedzę na temat nowych dla niej gatunków zwierząt, którymi się tu zajmowała. Miała wrażenie, że jej mózg jest pełny po sam czubek.
Znała już imiona i nazwy gatunkowe większości zwierzęcych mieszkańców zoo, coraz lepiej orientowała się w ich zwyczajach i preferencjach. Stała się ekspertką w obsłudze pistoletu usypiającego, a poprzedniego dnia przeprowadziła swoją pierwszą operację. Rozcinanie ciała tygrysa okazało się najbardziej poruszającym wydarzeniem w jej dotychczasowej karierze, ale zabieg był stosunkowo prosty, zaś wnętrzności drapieżnika w gruncie rzeczy przypominały wnętrzności domowych mruczków – nie licząc skali. Pacjent miał się dobrze, Tanya ją pochwaliła – Beth czuła, że zdecydowanie zasłużyła na odpoczynek. Następnego dnia miała wolne i chciała wykorzystać ten czas na zwiedzanie Berlina. Ale na razie trwał jeszcze piątkowy wieczór.
Z powodu nagłego przypływu energii Bethan zajrzała do lodówki w poszukiwaniu jedzenia. W ogromnym centrum handlowym Bikini Haus, które znajdowało się nieopodal zoo, było sporo sklepów z dobrym jedzeniem, jednak ostatni raz była na zakupach parę dni temu i półki lodówki prezentowały wyłącznie smutny zbiór resztek. Co dało się przygotować z jednej marchewki, paru kiełbasek i jogurtu truskawkowego? Wróciła do wina. Obiecała sobie, że niedługo zrobi zakupy, i chyba po raz pierwszy od przyjazdu poczuła niemiłe ukłucie samotności. Piątkowy wieczór w domu spędziłaby pewnie z Callumem i znajomymi – po pracy poszliby na piwo, a potem na jedzenie albo zamówiliby coś na wynos i obejrzeli w domu jakiś film. Callum przez cały tydzień pisał do niej czułe wiadomości i nagle mocno za nim zatęskniła.
Łyknęła rieslinga, sięgnęła po telefon i wybrała jego numer. Może mogli wypić wspólnego drinka na FaceTimie. Jego projekt był już na ukończeniu i pewnie niedługo uda mu się ją odwiedzić. Odkąd poznali się dwa lata temu na imprezie sylwestrowej organizowanej przez wspólnego znajomego, nie rozstawali się na dłużej niż tydzień. Nic dziwnego, że czuła się nieco dziwnie.
– Beth! Cześć, najdroższa. Jak się masz?
Callum był bez koszulki – na ten widok jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
– Teraz już lepiej, bo patrzę na ciebie. Dobrze wyglądasz.
– Co? Aa. Dzięki – odparł, poklepując się po płaskim brzuchu. – Odkąd nie ma cię w domu, częściej chodzę na siłownię.
– Fajnie, fajnie. Nie mogę się doczekać, aż sprawdzę efekty własnoręcznie.
– Ja też. W sensie, że chciałbym cię dotknąć. Siebie mogę dotykać, kiedy zechcę. Zresztą czasem nie mam wyjścia. – Puścił do niej oko.
– Callum!
– No co? Tęsknię za tobą.
Od razu zmiękła.
– Ja za tobą też. Jak twój projekt?
Odpowiedzi nie zrozumiała, bo chłopak jednocześnie wkładał koszulkę – swoją ulubioną, brązową, podkreślającą głęboki kolor jego oczu.
– No i właśnie dlatego – ciągnął już ubrany – wychodzimy dziś na drinki.
– Bo udało się skończyć?
– Właśnie to powiedziałem.
– Nie słyszałam, co mówi… zresztą, nieważne. Bardzo się cieszę, Callum. Dokąd idziesz?
– Do jakiegoś pubu, z chłopakami. Josh wie coś o nowym mikrobrowarze, może sprawdzimy to miejsce.
– A potem curry?
Parsknął śmiechem.
– Znasz mnie aż za dobrze.
Bethan poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
– Chciałabym móc pójść z tobą, Cal.
– I ja bym sobie tego życzył, kochanie. – Uśmiechnął się ciepło. – Co słychać u lwów?
– Mają się dobrze. Wczoraj przeprowadziłam operację na tygrysie.
– Nieźle. Masz jakieś zdjęcia?
– Ee, nie. Byłam skupiona na działaniu.
– Szkoda. Wszyscy ciągle pytają, gdzie jesteś. Gdybym mógł im pokazać, jak kroisz dzikiego kota, może wtedy by zrozumieli.
– Co mieliby zrozumieć?
– Dlaczego mnie zostawiłaś.
– Przecież to nie tak.
– Wiesz, co mam na myśli.
– Chyba jednak nie. Wyjechałam do pracy. Chciałam, żebyś pojechał ze mną.
– A ja powiedziałem ci, że nie mogę. – Pokręcił głową. – Wiesz co, lepiej skończmy ten temat. Zaraz przyjedzie taksówka, a ja muszę jeszcze przyszykować się do wyjścia.
– Jak dla mnie wyglądasz bardzo dobrze.
Znów puścił do niej oko, a telefon się przesunął, gdy chłopak wstał, by włożyć buty.
– A ty wychodzisz gdzieś dziś, Beth?
– Nie mam z kim.
– Bidulka. Nie martw się, niedługo przyjadę i ruszymy na miasto.
– Może w przyszły weekend?
Skrzywił się.
– Trochę za wcześnie.
– Mówiłeś, że projekt już się skończył.
– Tak, ale mam jeszcze parę spraw do dopięcia. Poza tym, jeśli mam być szczery, Johnno ma bilety na mecz rugby. Zdobycz cenniejsza niż złoto, Beth.
Zrobiło jej się przykro.
– Wierzę – odparła beznamiętnie.
– A robisz coś w jeszcze następny?
– W Wielkanoc? Tata przyjeżdża, mówiłam ci.
Chłopak zesztywniał.
– Och, no tak, skoro tata przyjeżdża…
– Przestań.
– Nie ma o czym mówić. Znam swoje miejsce. Tatuś jest ważniejszy ode mnie.
– A rugby ode mnie.
– U, celna riposta – przyznał i nagle zerknął za siebie. – Domofon dzwoni, Beth. Muszę lecieć.
– W takim momencie? Callum, proszę. Jeszcze chwilę.
– Taksówka czeka, kochana.
– Nie możesz rozmawiać w taksówce?
– Johnno już w niej jest. A wiesz, jakie mamy zasady na temat rozmawiania z dziewczynami podczas męskiego wyjścia na miasto.
– Callum, masz trzydzieści pięć lat. Takie durne zasady chyba już w tym wieku nie obowiązują?
– Ha, chciałbym! – Obraz trząsł się nieznośnie, podczas gdy chłopak zbiegał po schodach, po czym jego twarz wypełniła cały ekran i posłał jej buziaka. – Kocham cię, Beth. Porozmawiamy dłużej jutro, dobrze?
– Okej. Ja też cię kocham, Callum. Baw się…
Ale połączenie zostało zakończone, a on ruszył w wir zabawy w pubach w Leicester bez oglądania się na nią. Powoli odłożyła telefon na stół i wzięła kolejny łyk wina. I co z tego? Mógł sobie wyjść na miasto, czemu nie. Dobrze, że miał znajomych, zainteresowania – nawet jeśli poczuła ból, że najwyraźniej wolał spędzić weekend z drużyną Leicester Tigers zamiast z nią.
„Masz tu swoje tygrysy – przypomniała sobie – i to o wiele lepsze niż te od rugby”. Zwykle nie żywiła co do tego żadnych wątpliwości, ale teraz, mając w perspektywie długi i niewypełniony aktywnościami piątkowy wieczór, było jej nieco trudniej. Pomyślała, że może zamówić coś na wynos i spędzić wieczór nad listą od mamy. Tak się wciągnęła w wir pracy w zoo, że nie myślała o niej, odkąd tu przybyła – nagle poczuła się z tego powodu winna.
– Przepraszam, mamo – wyszeptała, dotykając broszki z hipopotamem, którą już pierwszego dnia przypięła do zielonego mundurka pracowniczego.
Podeszła do plecaka, żeby wyjąć zmięty karteluszek, kiedy rozległo się niespodziewane pukanie do drzwi.
– Beth? To ja, Ella.
– Ella! – Bethan zamaszystym gestem otworzyła drzwi. – Cześć. Wszystko w porządku?
Kątem oka zerknęła na telefon. W aplikacji służącej do komunikacji wewnętrznej w zoo przypisano jej awatar foki – były to jedyne zwierzęta z Wielkiej Brytanii, które mieszkały w ogrodzie – ale foczy pysk z oczami jak koraliki nie ukazał się na ekranie.
– Spokojnie, nic się nie dzieje – zapewniła młodsza dziewczyna. – Nie przyszłam w sprawie zawodowej.
Zarzuciła kręconymi włosami – najwyraźniej po skończonej pracy rozpuszczała swoje nieposkromione loki. Bethan dopiero teraz zauważyła, że Ella zrobiła makijaż, założyła też błyszczący top i obcisłe dżinsy.
– Wychodzisz gdzieś?
Ella uśmiechnęła się figlarnie.
– Wychodzimy. Lepiej się przebierz, Bethan Taylor, bo zabieram cię do Helter Skelter.
– Tego klubu jazzowego?
– Dokładnie. Gra dziś świetny zespół, będzie masa ludzi.
Bethan rozejrzała się niepewnie.
– Nic jeszcze nie jadłam.
– I bardzo dobrze. Mają genialne gumbo. No, ruszaj się, jestem pewna, że spakowałaś jakieś fajne ciuchy.
Nie było wątpliwości co do tego, że Ella nie zamierza odpuścić. Bethan się ożywiła. Jej perspektywy na piątkowy wieczór niespodziewanie stały się o wiele bardziej rozrywkowe. Posłusznie skierowała kroki do sypialni, by poszukać czegoś odpowiedniego na berlińskie życie nocne, o którym tyle słyszała.
Parę godzin później Bethan znów czuła się kompletnie wyczerpana. Tańczyła o wiele zbyt szybko jak na swoje już zmęczone ciało i właściwie ucieszyła się, gdy zespół ogłosił przerwę. Helter Skelter okazał się wspaniałym piwnicznym barem: ceglane ściany, przytłumione światła i artystyczne zdjęcia muzyków na ścianach. Przyszło sporo osób z zoo, Bethan poznała masę nowych ludzi i ich partnerek i partnerów. Tańczyli do upadłego; jej ciało ledwie nadążało, ale w duchu była zachwycona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
