Akuszerka w Berlinie - Anna Stuart - ebook + audiobook + książka

Akuszerka w Berlinie ebook i audiobook

Stuart Anna

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kontynuacja powieści Akuszerka w Auschwitz

Berlin, 1945 rok. Estera przetrwała piekło Auschwitz. Jednak jej rozpaczliwa podróż dopiero się zaczyna. W obozie urodziła jasnowłosą córeczkę, która została przekazana niemieckiej rodzinie. Teraz, gdy wojna się skończyła, kobieta desperacko pragnie odnaleźć swoje dziecko.

Europa jest pogrążona w chaosie, rozdzielone rodziny poszukują swoich bliskich. W każdym sierocińcu i szpitalu, które odwiedza, Estera przygląda się uważnie twarzyczkom zalanych łzami maluchów. Każdy kosmyk blond włosów i para niebieskich oczu, które widzi, przyprawiają ją o szybsze bicie serca. Czy Estera kiedykolwiek odnajdzie dziecko, którego tatuaż odpowiada jej własnemu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 416

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 45 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MagdaT89

Nie oderwiesz się od lektury

"Nadzieja boli najbardziej, lecz również daje wielką siłę" Estera przetrwała Auschwitz. Jednak wyjście poza mury tego zapomnianego przez Boga miejsca jej koszmar się nie kończy. Kobieta w Auschwitz urodziła córeczkę. Jasnowłosą dziewczynkę, która po czterech dniach została jej odebrana i przekazana niemieckiej rodzinie. Po wojnie Estera rozpoczyna poszukiwania dziewczynki. Dla wszystkich to czas nadziei, że rozdzielone rodziny się odnajdą. I taką samą nadzieję ma Estera, że pewnego dnia w sierocińcu trafi na małą Fifi, która ma pod pachą wytatuowany numer, odpowiadający ten, który jej został przydzielony w piekle. Czy to wydarzy się kiedykolwiek? Jako mama nie jestem w stanie wyobrazić sobie bólu, jaki musi przechodzić kobieta, której odbiera się dziecko. Mój mózg nie jest w stanie dopuścić do mnie takich obrazów. Dlatego czytając zarówno Akuszerkę w Auschwitz jak i Akuszerkę w Berlinie ściskało mi się serce. I przerażało zarówno odbieranie dzieci jak i ich poszukiwania. Kiedy Es...
00



Dedykacja

Dla Kate, mojej wspa­nia­łej agentki, bez któ­rej wie­dzy, wytrwa­ło­ści, zro­zu­mie­nia i wspar­cia tkwi­ła­bym w miej­scu. Z podzię­ko­wa­niami i ser­decz­no­ściami od sil­nej kobiety dla dru­giej sil­nej kobiety!

Prolog

AUSCHWITZ-BIR­KE­NAU GRU­DZIEŃ 1943

ESTERA

To cud. Każdy poród, przy któ­rym asy­sto­wała, wyda­wał się jej magiczny, ale dopiero przy wła­snym dziecku w pełni pojęła ten cud. Jak to moż­liwe, że stwo­rzyła tę per­fek­cyjną minia­tu­rową osóbkę? Jak jej wynisz­czo­nemu ciału udało się wydać na świat tę drobną istotkę? Jak wypro­du­ko­wała mleko, by ją nakar­mić? I jak, na litość boską, udaje się jej czy­nić to na­dal tutaj, w tym pie­kle?

Auschwitz-Bir­ke­nau nie jest miej­scem dla dziecka, ale żad­nej matce nie powinno się go odbie­rać.

– Muszę ją ukryć – powta­rza raz po raz, lecz wśród nagich drew­nia­nych pry­czy trudno o kry­jówkę.

W Auschwitz-Bir­ke­nau nie ma dywa­nów, podu­szek, krze­seł. Każda kobieta ma tylko pasiak na grzbie­cie, każdy sien­nik jest wypchany rap­tem garstką słomy, każdy koc jest tak cienki, że nie ogrzeje zzięb­nię­tej koń­czyny. Estera zdo­łała utrzy­mać nie­mowlę przy życiu przez te dwa cenne dni tylko dzięki życz­li­wo­ści innych kobiet, odstę­pu­ją­cych jej wła­sne racje żyw­no­ściowe, bez któ­rych same ledwo mogą prze­żyć. Nawet gdyby ukryła dziecko w naj­głęb­szych zaka­mar­kach bara­ków, i tak byłoby ska­zane na śmierć.

Gła­dzi puszek na gło­wie śpią­cej Fifi. Jest jasny. To też cud. Lubią jasno­włose dzieci. Oni, nazi­ści. Wie, że odbiorą jej córkę, prze­każą „zdro­wej, porząd­nej Niemce” i dzięki temu Fifi prze­żyje. Dzięki temu będzie bez­pieczna.

Ale Estera ją straci.

Czy koniec koń­ców lepiej, żeby dziecko umarło razem z tobą, czy by żyło bez cie­bie?

Obóz sta­wia przed tobą pyta­nia, na które nie spo­sób odpo­wie­dzieć. Estera wie­lo­krot­nie widziała tę udrękę innych kobiet, teraz jed­nak wwierca się ona pod­stęp­nie w jej wła­sne wciąż pul­su­jące łono, jakby ktoś wbi­jał w nie zatruty szty­let. Choć Fifi już tam nie ma, jej istota jest obecna w każ­dej komórce ciała, a kiedy odbiorą córkę, pozo­sta­nie krwa­wiąca, otwarta rana.

A odbiorą ją na pewno. Estera nie zdoła ukryć Fifi przed wszech­wie­dzą­cym, wszech­wi­dzą­cym i wszech­nie­na­wi­dzą­cym okiem naro­do­wego socja­li­zmu, choć jest coś, co może zro­bić.

– Musimy ją ozna­ko­wać.

Sięga po igłę. Nie wolno tatu­ować ramion żydow­skich dzieci, ale Estera może wyryć wła­sny numer pod pachą Fifi, ukry­wa­jąc go w fałd­kach nie­mow­lę­cej skóry. Pew­nego dnia, gdy skoń­czy się to ponure sza­leń­stwo, być może ją odnaj­dzie. Dość płonna to nadzieja, nie­mniej może wystar­czy do prze­trwa­nia tego okrut­nego momentu, gdy ukradną jej naj­droż­szą istotę.

Chwyta za igłę, wkłuwa tusz pod skórę. Oczy nie­mow­lę­cia bły­ska­wicz­nie się otwie­rają pod wpły­wem nagłego bólu, dziew­czynka wydaje okrzyk skargi, ale póź­niej już nie pro­te­stuje. Może jest na to za słaba, a może jakoś rozu­mie.

– No już, już – uspo­kaja Estera. – Zaraz koń­czę. Warto pocier­pieć. W ten spo­sób sta­niesz się naprawdę moja.

Czy na pewno? Przez dwa kolejne dni nie wypusz­cza Fifi z ramion.

– Kocham cię – powta­rza w kółko. – Kocham cię teraz i będę zawsze cię kochać, i ni­gdy nie prze­stanę cię szu­kać.

Fifi mruga do niej nie­bie­skimi oczami.

Czwar­tego dnia od progu baraku docho­dzi okrzyk:

– Samo­chód! Przy­je­chał samo­chód.

A więc już są. Zja­wili się. Esterę prze­szywa ból nie­uchron­nej straty, kobieta przy­tula dziecko do piersi, poca­łun­kiem zamyka mu powieki, żeby nie widziało, jak jego wła­sna matka prze­ka­zuje je w zachłanne ręce wroga.

– Prze­pra­szam, Fifi – mówi Estera z pła­czem. – Bar­dzo, bar­dzo prze­pra­szam.

Otwór drzwiowy prze­sła­niają ciemne mun­dury z zyg­za­ko­wa­tymi emble­ma­tami. Wypie­lę­gno­wane dło­nie wysu­wają się z ręka­wów dosko­nale skro­jo­nego płasz­cza i chwy­tają dziecko niczym dra­pieżny ptak pory­wa­jący szpo­nami ofiarę.

– Nie zrób­cie jej krzywdy – błaga.

– Dla­czego mie­li­by­śmy ją krzyw­dzić? – pyta męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się szy­der­czo. – To porządna córka Rze­szy.

Okrutny rechot, stu­kot cie­płych woj­sko­wych butów i już ich nie ma. Estera osuwa się na pod­łogę i czeka. Ból jest inten­sywny, lecz mimo wszystko ciało nie bro­czy krwią. Byłby to zby­tek łaski. Zamiast tego wszyst­kie komórki zbi­jają się w twarde gru­zły zacie­kłej deter­mi­na­cji. Nie pozwoli, by uszło im to pła­zem; nie pozwoli im być górą.

W sumie lepiej, żeby dziecko żyło. Nadzieja boli naj­bar­dziej, lecz rów­nież daje wielką siłę. Odna­le­zie­nie córeczki staje się dla Estery celem, wyzwa­niem, moto­rem. Odna­le­zie­nie dziecka nadaje sens walce o prze­trwa­nie pośród brudu, zimna i stra­chu Auschwitz.

Część pierwsza

Rozdział 1

STA­LIN­STADT, NIEMCY WSCHOD­NIE CZWAR­TEK, 18 MAJA 1961

OLIVIA

Nie zbu­dziło jej ani wale­nie do drzwi, ani męski głos, opa­no­wany, lecz pod­szyty wyraź­nie wyczu­wal­nym napię­ciem i nie­zno­szący sprze­ciwu, ani sta­now­cza reak­cja matki. Dopiero nie­po­kój ojca wkradł się w jej sen i wycią­gnął ją z łóżka. Był czło­wie­kiem łagod­nym i poko­jo­wym, a tym razem wyda­wał się roz­gnie­wany.

– Idę z nią albo ona tu zostaje.

– Męż­czyzn tam nie wpusz­czają – padła szorstka odpo­wiedź.

Z gwał­tow­nie biją­cym ser­cem Oli­via się­gnęła po szla­frok, lecz zaraz zmie­niła zda­nie; nie staje się przed Stasi w noc­nej bie­liź­nie. Wzięła z krze­sła rzu­cone tam wczo­raj nie­dbale ubra­nie. Matka byłaby zła, gdyby to widziała – miała bzika na punk­cie porządku – ale Oli­via nie miała siły go skła­dać i cho­wać do szu­flad. Zado­wo­lona, że tego nie zro­biła, wcią­gnęła na sie­bie nie­bie­ską bluzkę i czarną spód­nicę Freie Deut­sche Jugend – Wol­nej Mło­dzieży Nie­miec­kiej – nie zawra­ca­jąc sobie głowy weł­nia­nymi raj­sto­pami ani nie­bie­sko-białą chu­stą.

Na dole wciąż trwała roz­mowa, jed­nak męż­czyź­nie wyraź­nie koń­czyła się cier­pli­wość. Oli­via szybko otwo­rzyła drzwi pokoju. W kory­ta­rzu zastała rodzi­ców ramię w ramię przed krę­pym czło­wie­kiem w cięż­kim płasz­czu, sto­ją­cym w progu ich miesz­ka­nia na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, jakby był u sie­bie.

– Stasi to tar­cza i miecz par­tii – mruk­nęła Oli­via pod nosem. Tego uczyli ich w szkole. – Jeśli jest się dobrym socja­li­stą, nie ma się czego oba­wiać ze strony Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego. – Do tej pory w to wie­rzyła, jed­nak widząc ofi­cera w kory­ta­rzu w samym środku nocy, nie mogła ode­pchnąć nie­pro­szo­nego stra­chu, który wsą­czał się w żyły.

– Żona będzie zupeł­nie bez­pieczna… pro­szę pana – oznaj­mił ofi­cer. „Pro­szę pana” dodał po namy­śle, jakby te słowa miały być jakąś gwa­ran­cją.

Matka Oli­vii, Estera, pod­nio­sła wzrok na męża. Wypra­so­wany strój pie­lę­gniarki aż raził bielą w świe­tle uko­śnie wpa­da­ją­cego przez okno bla­sku księ­życa. Wyglą­dała nie­mal jak duch.

– To tylko poród, Fili­pie. Zwy­kłej kobiety.

– Więź­niarki, meine lie­bling – zauwa­żył. – Może być nie­bez­pieczna.

– I dla­tego jest pod pełną strażą – wark­nął ofi­cer Stasi.

Zaczy­nał się zło­ścić, to zaś rze­czy­wi­ście było nie­bez­pieczne, o czym Oli­via dobrze wie­działa.

– To ja pójdę.

Wszy­scy się obej­rzeli. Czuła się obna­żona i poża­ło­wała, że nie poświę­ciła kilku chwil na wło­że­nie raj­stop. Pode­szła szyb­kim kro­kiem, zer­ka­jąc na drzwi pokoju młod­szych braci, by spraw­dzić, czy ich nie obu­dziła. – Pójdę z Mutti.

– Nie musisz, kind­chen – rze­kła Estera.

– Nie muszę, ale pójdę. Bo chcę.

– W porządku – rzekł ofi­cer. – Chodźmy. Nie ma czasu do stra­ce­nia. Kiedy wycho­dzi­łem, darła się wnie­bo­głosy.

Estera pozwo­liła sobie na uśmie­szek.

– Tak to już jest.

Żołą­dek Oli­vii na­dal skrę­cał się ze stra­chu, uspo­ko­iło ją jed­nak opa­no­wa­nie matki. Wsu­nęła bose stopy w szkolne obu­wie. Męż­czy­zna spoj­rzał na bluzkę FDJ i ski­nąw­szy z apro­batą głową, wziął od Filipa płaszcz i pomógł jej go wło­żyć.

– Dzię­kuję.

– Uwa­żaj­cie na sie­bie – rzu­cił Filip, cału­jąc obie na poże­gna­nie.

Wciąż wyda­wał się zanie­po­ko­jony, Oli­via nato­miast poczuła się teraz pew­niej. Nic im nie grozi, po pro­stu poma­gają pań­stwu i tak należy postę­po­wać; nara­sta­jąca eks­cy­ta­cja wzięła górę nad lękiem. Asy­sto­wała już z matką przy poro­dach, parę razy nawet w nocy, ale ni­gdy nie towa­rzy­szyła temu taka dra­ma­tur­gia. Oj, będzie co opo­wia­dać jutro w szkole!

Wysoko na nie­bie nad Sta­lin­stadt księ­życ rzu­cał sre­brzy­sty blask na nowe, ide­alne socja­li­styczne mia­sto. Syme­tryczne rzędy blo­ków miesz­kal­nych wyróż­niały się solid­nymi bry­łami, dym ze sta­lowni, dla któ­rej obsługi wybu­do­wano osie­dle, wił się w górę, jakby przy­cią­gany księ­życowym świa­tłem. Dwie żółte plamy samo­cho­do­wych reflek­to­rów oświe­tlały usta­wiony przed ich blo­kiem pomnik przy­jaźni nie­miecko-sowiec­kiej i Oli­via odru­chowo zasa­lu­to­wała, ale gdy ujrzała cze­ka­jącą fur­go­netkę, znów stru­chlało jej serce.

– Pro­szę wsia­dać.

Ofi­cer otwo­rzył szare drzwi. Oli­via się cof­nęła. Wszy­scy znali te pojazdy i nikt nie chciał się w nich zna­leźć.

– Nie…

– Wsia­dać!

Męż­czy­zna dosłow­nie wepchnął je do cia­snego wnę­trza.

– Czy my…? – wyją­kała, lecz prze­rwało jej trza­śnię­cie drzwiami.

– Nic nam nie grozi – powie­działa cicho matka. – Usiądź i posta­raj się nie mar­twić.

Fur­go­netka była podzie­lona na pięć mikro­sko­pij­nych cel, w każ­dej twarda ławka i uchwyt na kaj­danki. Na szczę­ście nie były zamknięte, widziała więc matkę sie­dzącą w jed­nej z nich, wypro­sto­waną, ze sta­ran­nie złą­czo­nymi sto­pami i torbą medyczną na kola­nach. Z łomo­czą­cym ser­cem Oli­via pró­bo­wała usa­do­wić się w sąsied­niej, ale prze­ra­sta­jąc matkę nie­mal o głowę, ledwo się tam mie­ściła. Była „gru­bo­ko­ści­sta” – wielka kukułka w gnieź­dzie drob­niut­kiego wró­bla – ale dzięki temu mogła przy­naj­mniej przy­trzy­my­wać nogami otwarte drzwi i mieć matkę w zasięgu wzroku.

– Dokąd jedziemy? – zapy­tała.

– Wkrótce się dowiemy, kochana.

Dziew­czyna nie­chęt­nie ski­nęła głową. Nikt w Niem­czech Wschod­nich nie wie­dział wię­cej, niż potrzeba. Tak było naj­le­piej. Pań­stwo miało wszystko pod kon­trolą, a zada­nie jed­nostki pole­gało na wypeł­nia­niu narzu­co­nych zadań. „Wszy­scy jeste­śmy – przy­po­mi­nała sobie Oli­via – ele­men­tami wiel­kiej ukła­danki życia spo­łecz­nego. Będzie dzia­łać, jeśli wpa­su­jemy się w prze­zna­czone nam miej­sce”. Tak czy ina­czej byłoby miło wie­dzieć, czy spę­dzą w tej budzą­cej grozę fur­go­netce ileś minut, godzin czy…

– Oj!

Wyrwał się jej cichy okrzyk, samo­chód gwał­tow­nie bowiem zaha­mo­wał i sta­nął. Usły­szały szczęk otwie­ra­nej bramy, auto szarp­nęło i ruszyło naprzód, po czym brama się zamknęła.

Estera wzięła Oli­vię za rękę.

– Nic nam nie grozi – powtó­rzyła.

Oli­vii trudno było w to uwie­rzyć, ponie­waż wypchnięto je z samo­chodu do pustego bia­łego garażu, a następ­nie pro­wa­dzono wąskim, jaskrawo oświe­tlo­nym kory­ta­rzem wię­zie­nia Stasi. Po obu stro­nach bie­gły rzędy cięż­kich meta­lo­wych drzwi z wiel­kimi zam­kami i gru­bymi kra­tami w małych okien­kach.

– Nie patrz – szep­nęła Estera.

Oli­via nie mogła oprzeć się poku­sie. Migały jej przed oczami postaci męż­czyzn i kobiet, w więk­szo­ści zwi­nięte w pozy­cji embrio­nal­nej na wąskich, twar­dych pry­czach pozba­wio­nych nawet koca. Ofi­cer je popę­dzał, zapusz­czali się coraz głę­biej w ten budzący prze­strach budy­nek, a Oli­via musiała przy­wo­łać całe zaufa­nie żywione do matki, by dalej podą­żać za nią do pie­kła.

– To tu! – Ofi­cer pod­niósł rękę, gdy do kory­ta­rza prze­nik­nął słaby odgłos wycia. – Tylko posłu­chaj­cie. Czy trzeba robić aż taki cyrk?

– Zaraz się prze­ko­namy – odparła Estera. – Mogą być kom­pli­ka­cje.

Ofi­cer się wzdry­gnął. Zatrzy­maw­szy się pod żela­znymi drzwiami, trzy­krot­nie zastu­kał. Otwo­rzyła mu kobieta w sza­ro­zie­lo­nym mun­du­rze Volks­po­li­zei, z bole­snym gry­ma­sem na twa­rzy.

– Położna – przed­sta­wił ofi­cer i lekko pchnął Esterę do środka.

– Naresz­cie! – Vopo, tak bowiem powszech­nie nazy­wano Volks­po­li­zei, chwy­ciła Esterę za ramię. – Ona ma jakiś pro­blem, na pewno.

Oli­via weszła za matką do cia­snego pomiesz­cze­nia i o mało nie krzyk­nęła z prze­ra­że­nia. Więź­niarka była chuda, z pew­no­ścią nie­wiele star­sza od sie­dem­na­sto­let­niej Oli­vii, wyglą­dała jak cień kobiety z ogrom­nym brzu­chem i krótko ostrzy­żo­nymi, zdu­mie­wa­jąco zie­lo­nymi wło­sami. Wiła się z bólu, szar­pała kaj­dan­kami, któ­rymi była przy­kuta do rury, jakby chciała wspiąć się na nagą ścianę.

– Zde­cy­do­wa­nie ma pro­blem – zgo­dziła się Estera, pod­cho­dząc ener­gicz­nym kro­kiem. – Ta bie­daczka musi mieć swo­bodę ruchów.

– Wyklu­czone – odparła vopo. – Nie wolno jej roz­kuć. Może być nie­bez­pieczna.

– A czy na taką wygląda?

– No… nie…

Vopo zer­k­nęła na drzwi, ale ofi­cera już tam nie było. Gdy minął skurcz i rodząca osu­nęła się po ścia­nie na pod­łogę, usły­szały odda­la­jący się kory­ta­rzem stu­kot jego ele­ganc­kich butów.

– Wygląda pani na kom­pe­tentną kobietę – stwier­dziła rze­czowo Estera – a moja córka ma krzepę. Pora­dzimy sobie.

Vopo prze­nio­sła wzrok z Oli­vii na więź­niarkę.

– No dobrze, ale jeśli zrobi się z tego pro­blem, to na pani odpo­wie­dzial­ność.

– Oczy­wi­ście.

Vopo roz­kuła kaj­danki, młoda kobieta upa­dła na zie­mię. Estera do niej pode­szła, dając Oli­vii znak, by pomo­gła zapro­wa­dzić rodzącą na pry­mi­tywną pry­czę.

Nagle kobieta otwo­rzyła oczy i sko­ło­wana zapy­tała:

– Czy ja umar­łam?

Estera się do niej uśmiech­nęła.

– Wprost prze­ciw­nie, moja droga, wkrótce uro­dzisz dziecko. Jak ci na imię?

– Clau­dia.

– No, Clau­dio, chwilkę odpocz­nijmy, a potem… Och, zdaje się, że mamy kolejny skurcz. – Clau­dia skrę­cała się z bólu, ale Estera mocno ją przy­trzy­mała i zaj­rzała głę­boko w jej prze­ra­żone oczy. – Oddy­chaj, Clau­dio, o, w ten spo­sób: wdech przez nos, wydech przez usta. Dobrze. Zsyn­chro­ni­zuj oddech z bólem, moja droga. Twoje ciało otwiera się, żeby uwol­nić dziecko. Oddy­chaj, o, wła­śnie tak, dosko­nale.

Oli­via się odsu­nęła, sta­ra­jąc się powstrzy­mać głu­pie łzy, gdy widziała, jak matka działa cuda, bo Clau­dia po kolej­nym skur­czu roz­luź­niła się na pry­czy.

– Wspa­niale – rzu­ciła lek­kim tonem Estera. – Zobaczmy, na jakim jeste­śmy eta­pie, dobrze? Och, zna­ko­mi­cie, Clau­dio, już bar­dzo bli­sko. Dla­tego tak boli; dzi­dziuś szy­kuje się do wyj­ścia. Jeśli mnie posłu­chasz, wkrótce będzie po wszyst­kim i maleń­stwo znaj­dzie się w two­ich ramio­nach.

Clau­dia zdo­była się na blady uśmiech.

– Szkoda, że nie ma tu Franka.

– To twój mąż?

Ski­nęła głową.

– Miał być przy mnie. Wiem, że to nie­kon­wen­cjo­nalne, ale sam tego chciał, powie­dział, że prze­cież powi­nien mnie wspie­rać, że to… – Urwała ze szlo­chem, po chwili kolejny skurcz wstrzą­snął jej chu­dym cia­łem i nie była w sta­nie mówić, sku­piła się na oddy­cha­niu.

Oli­via zer­k­nęła na vopo, która wyco­fała się do drzwi, a potem znów na Clau­dię.

– Jak tu tra­fi­łaś? – zapy­tała szep­tem.

Clau­dia sła­bym gestem wska­zała włosy, pocią­ga­jąc za zie­lone koń­cówki.

– Jestem wichrzy­cielką.

Oli­vię zatkało. Nie­ustan­nie prze­strze­gano ich przed zgub­nymi skut­kami buntu prze­ciwko opie­kuń­czemu pań­stwu, ale ni­gdy nie spo­tkała kogoś, kto rze­czy­wi­ście się bun­to­wał.

– Serio?

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

– Na to wygląda. Zafar­bo­wa­łam się dla zabawy. Moje ciu­chy wyglą­dały jak szmaty, pomy­śla­łam więc…

Oli­via zmarsz­czyła czoło.

– Musia­łaś też coś zbroić. Prze­cież…

– Oli­vio! – napo­mniała ostro Estera. – To nie jest odpo­wiedni moment na poli­tyczne dys­ku­sje.

Drgnęła.

– Tak, mamo. Prze­pra­szam. – Pochy­liła się bli­żej. – Ale tu jest okrop­nie, dla­tego…

– Tu nie jest okrop­nie.

Ostry jak brzy­twa ton natych­miast przy­wo­łał ją do porządku. Matka była taka spo­kojna, fachowa i czuła, że Oli­via cza­sem zapo­mi­nała, przez co prze­szła.

– Prze­pra­szam – powtó­rzyła.

Estera lekko pokrę­ciła głową, jakby odci­nała się od prze­szło­ści, i uśmiech­nęła się do córki.

– Nie ma za co prze­pra­szać, kochana. A teraz, pro­szę, przy­nieś wodę. I ręcz­nik. Jest już główka!

Oli­via, zado­wo­lona, że może uciec, pobie­gła po potrzebne rze­czy, a następ­nie usta­wiła się przy gło­wie Clau­dii. Dzieci są cudow­nym darem, wie­działa o tym. Obo­wiąz­kiem każ­dej kobiety jest mieć ich jak naj­wię­cej, by zastą­piły pole­głych na woj­nie, i kiedy nadej­dzie czas, ona też wypełni swoją powin­ność. Nie była tylko pewna, czy chce wie­dzieć o tym aż tyle z takim wyprze­dze­niem.

Clau­dia wcze­piła się pal­cami w zie­lone włosy i wrzesz­czała, jakby ją roz­ry­wano, a Estera spo­koj­nie maso­wała jej lędź­wie i zapew­niała, że dosko­nale sobie radzi.

– Jest! Clau­dio, dziecko jest tuż-tuż. Jesz­cze tylko jedno par­cie.

I nagle wraz z rykiem Clau­dii w celi poja­wiło się nowe życie.

– Chło­piec – oznaj­miła Estera, gdy roz­legł się dono­śny krzyk. – Uro­dzi­łaś chłopca, Clau­dio. Masz syna.

Pew­nie trzy­mała bobasa w rękach. Oli­via nie­śmiało pode­szła bli­żej. Był taki duży. Jak Clau­dia tego doko­nała? Estera wycią­gnęła do córki ramiona z maleń­stwem.

– Ja…? – Rzu­ciła okiem na vopo, ale kobieta stała przy drzwiach i roz­ma­wiała przez kratę w okienku.

– Pro­szę cię – pona­gliła Estera. – Muszę prze­ciąć pępo­winę.

Wło­żyła nowo­rodka w ramiona Oli­vii. Był tro­chę śli­ski, ale skórę miał mię­ciutką, a kiedy zaczął wierz­gać nóż­kami, dziew­czyna poczuła, jak prze­peł­nia ją podziw.

– Jest śliczny.

– Prawda? – Estera prze­cięła pul­su­jącą pępo­winę i ski­nęła głową. – Możesz go teraz podać jego Mutti.

Clau­dia pod­no­siła się do pozy­cji sie­dzą­cej, bóle wyraź­nie mijały. Przy­gar­nęła synka i obsy­pała go poca­łun­kami.

– Mój chłop­czyk. Mój susse chłop­czyk.

Dziecko stu­liło usta, a gdy Clau­dia roz­pięła bluzkę, łako­mie przy­ssało się do piersi. Naj­pierw się skrzy­wiła, lecz zaraz umo­ściła się wygod­niej, piesz­cząc pal­cami puszek na maleń­kiej główce. Chłop­czyk zakwi­lił z zado­wo­le­nia, zła­pał matkę za palec i odru­chowo zaci­snął na nim paluszki.

Oli­via wyco­fała się w kąt cia­snej celi, chcąc zapew­nić Clau­dii i dziecku odro­binę pry­wat­no­ści, ale nie mogła ode­rwać od nich oczu.

– U cie­bie wyglą­dało to tak samo? – szep­nęła do matki zaję­tej spraw­dza­niem łoży­ska. Estera zady­go­tała, Oli­via popa­trzyła na nią zasko­czona. – To zna­czy z chłop­cami, z Mor­dym i Benem.

– A, rozu­miem. Tak. Oczy­wi­ście. Te pierw­sze chwile z dziec­kiem są nie­zwy­kle cenne.

Wyglą­dała na wytrą­coną z rów­no­wagi. Oli­via przy­glą­dała się jej z zacie­ka­wie­niem, ale Estera umknęła wzro­kiem i ponow­nie pode­szła do pry­czy.

– Dobrze się spi­sa­łaś, Clau­dio.

Młoda matka ode­rwała wzrok od synka.

– Dzię­kuję. Bar­dzo pani dzię­kuję. Bez pani nie dała­bym rady.

– Skądże! Dziecko wie­działo, co robić, prawda?

Z uśmie­chem ski­nęła głową.

– Dam mu na imię…

Prze­rwało jej trza­śnię­cie drzwiami. Wszyst­kie jak jeden mąż spoj­rzały w tamtą stronę. Ofi­cer Stasi wkro­czył do celi.

– Chło­piec – skon­sta­to­wał ze wzro­kiem utkwio­nym w nie­mow­lę­ciu. – Dosko­nale. – Wyrwał go z ramion Clau­dii tak szybko i zde­cy­do­wa­nie, że nie zdą­żyła zare­ago­wać. – Dopil­nuję, aby tra­fił do dobrego domu.

– Co? – wykrztu­siła młoda matka. Męż­czy­zna zmie­rzał już do wyj­ścia. Zerwała się z łóżka, nie zwa­ża­jąc na krew spły­wa­jącą po chu­dych nogach, i ucze­piła się jego ramie­nia. – Co to zna­czy? Co pan robi? To moje dziecko!

– Już nie – padła chłodna odpo­wiedź. Oli­via ze zgrozą patrzyła na ofi­cera i nowo­rodka przy­po­mi­na­ją­cego wier­cący się różowy tobo­łek na czar­nym tle płasz­cza. – Jesteś ele­men­tem wywro­to­wym, zagro­że­niem dla pań­stwa – cią­gnął. – Komuś takiemu nie możemy powie­rzyć wycho­wa­nia dziecka. Trafi do porząd­nego, socja­li­stycz­nego domu.

– Nie jestem wywro­tow­cem, przy­się­gam – szlo­chała Clau­dia, osu­nąw­szy się na kolana. – Zafar­bo­wa­łam włosy dla zabawy. To nic nie zna­czy. Należę do FDJ, zło­ży­łam przy­sięgę. Dobrze go wycho­wam, obie­cuję.

– Nie­stety, nie możemy ci zaufać. – Ofi­cer wzru­szył ramio­nami, jakby odbie­rał jej tabliczkę cze­ko­lady, a nie życie, które z taki tru­dem wydała na świat.

– Pro­szę – pła­kała Clau­dia.

Lecz on odwró­cił się do drzwi, igno­ru­jąc jej cier­pie­nie.

I wtedy wkro­czyła Estera.

– Nie – powie­działa. Wszy­scy zamarli. Choć była drobną kobietą, jej głos wypeł­nił całą celę. – Nie może pan tego zro­bić. Nie może pan ode­brać matce dziecka.

– Nie? – Zmru­żył oczy.

– To okru­cień­stwo, repre­sje. Czyli to, prze­ciwko czemu wal­czy­li­śmy.

– Jak pani śnie?! – wark­nął.

Estera nie prze­jęła się groźbą w jego gło­sie, całe jej ciało dygo­tało z emo­cji.

– Już to kie­dyś widzia­łam. Widzia­łam, jak wyry­wano nie­mow­lęta z mat­czy­nych ramion. Widzia­łam, jakie to sieje spu­sto­sze­nie, jak wielki spra­wia ból. Nazi­ści odbie­rali mat­kom dzieci. Sądzi­łam, że jeste­śmy od nich lepsi. Sądzi­łam, że socja­lizm polega na wspól­nym budo­wa­niu przy­szło­ści. Sądzi­łam, że ceni rodzinę, spo­łe­czeń­stwo, wspólne war­to­ści.

– Ow­szem, a ta kobieta, ta wichrzy­cielka, nie podziela naszych war­to­ści.

– Ale jest matką tego chłopca. To dziecko wyszło z jej ciała.

– Które sta­nowi narzę­dzie w rękach pań­stwa. Nie zamie­rzamy być okrutni. Zapew­nimy chłopcu bez­pie­czeń­stwo i opiekę.

– Ale nie jej opiekę.

– Ponie­waż nie jest tego warta.

– Prze­cież…

– Sio­stro! Wyko­nała sio­stra swoje zada­nie, teraz kolej na mnie. Jeśli ta kobieta dowie­dzie swo­jej lojal­no­ści, może uro­dzić kolejne dziecko.

– To nie to samo! – wyrwało się z ust prze­peł­nio­nej bólem Estery.

Ofi­cer się wzdry­gnął.

– Może pani też jest wichrzy­cielką, sio­stro Paster­nak?

– Nie! – Tym razem ode­zwała się Oli­via. – Moja matka jest lojalna, dobra i uczciwa.

– I niech tak pozo­sta­nie, w prze­ciw­nym razie będzie­cie miały kolejną oka­zję do oglą­da­nia tego budynku od środka.

Z tymi słowy wyszedł, zabie­ra­jąc ze sobą bez­i­mienne dziecko. Estera osu­nęła się razem z Clau­dią na pod­łogę i razem zapła­kały.

Fur­go­netka wyrzu­ciła je przy Alte Laden­strasse, gdy pierw­sze smugi świa­tła padały uko­śnie na Sta­lin­stadt. Oli­via wygra­mo­liła się z pojazdu i ni­gdy dotąd nie poczuła tak wiel­kiej ulgi na widok domu. Ofi­cer szorstko podzię­ko­wał i bły­ska­wicz­nie odje­chał.

– Przy­kro mi, że musia­łaś to oglą­dać, Liv. Ale jestem ci bar­dzo wdzięczna za pomoc.

– A ja się cie­szę, że nie musia­łaś jechać tam sama, Mutti.

Estera gorzko się zaśmiała.

– Widzia­łam gor­sze miej­sca, skar­bie, o wiele, wiele gor­sze.

Matka zawsze scho­dziła na ten temat. Oli­via wie­działa dla­czego: kiedy Estera była w jej wieku, została posłana „w tamto miej­sce”. Pobyt tam ukształ­to­wał ją na resztę życia, tej jed­nak nocy ujaw­niło się coś nowego, jakaś stud­nia bólu jesz­cze głęb­sza niż ta znana do tej pory.

Estera smutno się uśmiech­nęła.

– Zdaje się, że nad­szedł czas.

Oli­vii serce pod­sko­czyło do gar­dła.

– Czas na co, Mutti?

– Czas na prawdę, całą prawdę. – Wzięła dziew­czynę za rękę i pocią­gnęła na ławkę przed pomni­kiem. – Mia­łam zamiar zacze­kać z tym do czasu two­ich osiem­na­stych uro­dzin, kind­chen, ale wygląda na to, że Bóg ma inne plany. – Głę­boko wes­tchnęła. – Wiesz, że uro­dzi­łaś się w „tam­tym miej­scu”? Wiesz, że twoja matka umarła, że cię zabrano i że odna­leź­li­śmy cię w sie­ro­cińcu i przy­wieź­li­śmy do nas do domu?

Oli­via ski­nęła głową. Z adop­cji nie robiono żad­nej tajem­nicy i chciała teraz powie­dzieć Este­rze, jak bar­dzo jest wdzięczna, jak bar­dzo się cie­szy, że przy­gar­nęli ją do rodziny, ale słowa uwię­zły w gar­dle, ponie­waż po raz pierw­szy zro­zu­miała, że nie zna całej histo­rii.

Estera gło­śno prze­łknęła ślinę.

– Było jesz­cze jedno dziecko, zabrano je tak samo jak cie­bie, tylko że matka tam­tej dziew­czynki żyła. Matką… tą matką byłam ja.

Oli­via poczuła, jak Estera zaci­ska palce wokół jej dłoni, podob­nie jak tam­ten chłop­czyk kur­czowo ści­skał palec Clau­dii przez te krót­kie chwile, kiedy pozwo­lono im być razem.

– Masz sio­strę, Oli­vio – cią­gnęła matka łamią­cym się gło­sem. – Nie udało się nam jej odna­leźć, ale ona gdzieś jest, módlmy się, by tak było.

Oli­via utkwiła wzrok w Este­rze; rzadko widy­wała u niej roz­pacz, ale teraz była ona widoczna jak na dłoni.

– Masz córkę?

– Drugą córkę – spro­sto­wała łagod­nie. – I tak, ode­brano mi ją w Auschwitz-Bir­ke­nau, kiedy miała zale­d­wie kilka dni.

– I ni­gdy jej nie odna­leź­li­ście?

– Ni­gdy.

Estera spu­ściła wzrok, ner­wowo sku­biąc wyima­gi­no­waną nitkę wysta­jącą z nie­ska­zi­tel­nego stroju aku­szerki.

– Na­dal szu­ka­cie?

Przez dłuż­szą chwilę Estera nie odry­wała oczu od dłoni, a potem nagle spoj­rzała córce pro­sto w twarz.

– Prze­sta­li­śmy.

– Prze­sta­li­ście szu­kać wła­snego dziecka? – W oczach matki poja­wił się taki żal, że Oli­vii natych­miast zro­biło się przy­kro. – To zna­czy na pewno mie­li­ście swoje powody. Nie wąt­pię…

– Prze­sta­li­śmy – prze­rwała Estera. – Mie­li­śmy powody. A w zasa­dzie jeden główny powód. Czy postą­pi­li­śmy słusz­nie? Nie wiem. To była naj­trud­niej­sza decy­zja w moim życiu. Kwe­stio­nuję ją każ­dego dnia, dzień w dzień. W każ­dym razie zaprze­sta­li­śmy.

Oli­via otwo­rzyła usta, chciała zapy­tać o powód, ale coś w prze­peł­nio­nym bólem spoj­rze­niu matki odwio­dło ją od tego zamiaru.

– Jutro – obie­cała Estera. – Jutro opo­wiem ci wię­cej. A teraz spró­bujmy cho­ciaż tro­chę się prze­spać.

Przy­tak­nęła i dała się zapro­wa­dzić do domu, lecz przy­jemne miesz­ka­nie znie­nacka stało się mniej przy­tulne, łóżko nie tak bez­pieczne jak dotych­czas. Leżała, patrząc, jak słońce wscho­dzi nad świa­tem, po któ­rym gdzieś stą­pała pra­wo­wita córka jej kocha­nych rodzi­ców.

Rozdział 2

CAFE ADLER, BER­LIN ZACHODNI PIĄ­TEK, 19 MAJA 1961

KIRSTEN

– Mogę zapro­po­no­wać pączka? Mamy naj­lep­sze w Ber­li­nie.

Kir­sten posłała mło­demu męż­czyź­nie swój naj­pięk­niej­szy uśmiech. Spoj­rzał na witrynę ze sło­dy­czami, wyraź­nie sku­szony dwoma pozo­sta­łymi na pate­rze pącz­kami.

– Dru­giego mogę sprze­dać za połowę ceny, jeśli kupisz oba.

– Wtedy będę musiał zjeść dwa – odparł, uno­sząc brew.

Był uro­czy. Może nie do końca w jej typie – tro­chę za szczu­pły i za poważny – ale zde­cy­do­wa­nie uro­czy.

– Nie masz kogo poczę­sto­wać? – spy­tała, zer­ka­jąc spod blond grzywki i mając nadzieję, że loki, które ukła­dała rano całe wieki, na­dal się trzy­mają.

– Nikogo na tyle wyjąt­ko­wego, by był wart naj­lep­szych pącz­ków w całym Ber­li­nie.

Zachi­cho­tała.

– W takim razie będziesz musiał zjeść je sam.

– Albo poczę­sto­wać cie­bie.

Na moment sta­nęło jej serce. Musiał mieć dwa­dzie­ścia kilka lat, przy­szedł w towa­rzy­stwie grupki świet­nie wyglą­da­ją­cych osób z poli­tech­niki.

– Nie wolno mi jeść pod­czas pracy – odparła, wydy­ma­jąc usta z leciutką kokie­te­rią.

– Mogę zacho­wać je na póź­niej.

– No cóż…

– Prze­suń się, Kir­sty – rzu­ciła wesoło Sasha, druga kel­nerka, prze­ci­ska­jąc się obok niej. – Ktoś tu musi pra­co­wać.

Po czym zdjęła z patery oba pączki. Kir­sten mogła jedy­nie bez­rad­nie patrzeć, jak kole­żanka podaje je star­szej kobie­cie z dwoj­giem maru­dzą­cych dzieci ucze­pio­nych jej spód­nicy.

Uro­czy chło­pak osten­ta­cyj­nie wes­tchnął.

– A więc oszczę­dzono nam obojgu pokusy – skon­sta­to­wał.

– Nie była­bym taka pewna – pal­nęła.

Roze­śmiał się, ona zaś zro­biła się czer­wona jak burak. Ależ z niej idiotka! Chło­pak pochy­lił się nad kon­tu­arem i powie­dział:

– I może słusz­nie. Mam na imię Die­ter. Die­ter Wohl­fahrt.

– Kir­sten – wydu­kała.

– Wiem.

– Skąd?

Wska­zał na pla­kietkę z imie­niem, więc jesz­cze bar­dziej spie­kła raka. Weź­mie ją za jakąś naiwną uczen­nicę… i będzie miał rację.

– Kir­sten Meyer – dodała pospiesz­nie. – Popro­szę jedną markę.

– Dzię­kuję. Pączki zosta­wimy sobie na następny raz. – Poło­żył monetę na kon­tu­arze, wziął kawę i odwró­cił się w stronę przy­ja­ciół, ale zanim odszedł, obej­rzał się i rzu­cił: – A tak na mar­gi­ne­sie, podoba mi się twoja sukienka. Jest taka… zupeł­nie inna.

Nim zdą­żyła wymy­ślić odpo­wiedź, wró­cił do hała­śli­wych zna­jo­mych przy oknie. Jakaś dziew­czyna demon­stra­cyj­nie zro­biła mu miej­sce na ławce we wnęce okien­nej, a on wci­snął się obok niej. Kir­sten cmok­nęła, zła na sie­bie. Dla­czego przy­stojny, bły­sko­tliwy stu­dent Die­ter miałby mar­no­wać czas na sie­dem­na­sto­let­nią kel­nerkę szy­jącą sobie wła­sno­ręcz­nie sukienki? Po pro­stu był dla niej uprzejmy.

Siląc się na naj­pięk­niej­szy uśmiech, zaczęła obsłu­gi­wać następ­nego klienta i sta­rała się nie zer­kać zbyt czę­sto na sto­lik pod oknem, choć przy­cho­dziło jej to z tru­dem. Dziew­czyna sie­dząca obok Die­tera była bar­dzo ładna, miała lśniące kasz­ta­nowe włosy i modne ciu­chy. Kir­sten obser­wo­wała ją z zazdro­ścią, podzi­wia­jąc Levisy ide­al­nie leżące na kształt­nej syl­wetce. Wiele by dała za takie dżinsy, ale to marze­nie ścię­tej głowy, nie mogła sobie na nie pozwo­lić.

Spodo­bała mu się sukienka, przy­po­mniała sobie, spo­glą­da­jąc na mate­riał w czer­woną kratkę i tra­pe­zowy krój, nad któ­rym ślę­czała godzi­nami, kopiu­jąc go ze zdjęć w maga­zy­nie „Twen”. Była zado­wo­lona z efektu, ale zda­wała sobie sprawę, że kiecka nie ma skle­po­wego sznytu ani pre­stiżu takiej marki jak Levi’s.

Bieda jest do bani, pomy­ślała z roz­draż­nie­niem, lecz zaraz się zre­flek­to­wała. Matka ciężko pra­co­wała, by niczego im z bra­tem nie bra­ko­wało, a chcieć wię­cej to pod­łość. Kie­dyś byli zamożni i gdyby ów stan trwał, żyłoby się o wiele łatwiej. Miała zdję­cie z wcze­snego dzie­ciń­stwa, jak stoi z rodzi­cami na progu oka­za­łego domu w dziel­nicy Char­lot­ten­burg, ale to było w cza­sie wojny. Póź­niej ojciec znik­nął, a wraz z nim dom.

Tak wiele dzieci w szkole stra­ciło ojców na woj­nie, że Kir­sten ni­gdy nie odczu­wała jego braku, czuła się nato­miast poszko­do­wana z powodu utraty domu. Odzie­dzi­czyli przy­tulne miesz­ka­nie po dziad­kach przy Ber­nau­er­strasse, po dru­giej stro­nie ulicy od owdo­wia­łej Tante Gret­chen, powinna się więc cie­szyć, ale trudno było się nie zasta­na­wiać, jakim cudem Gret­chen zacho­wała swoje miesz­ka­nie, dużo więk­sze i ele­gant­sze niż to, które zaj­mo­wali oni. Mężo­wie obu sióstr wal­czyli za Niemcy, tylko że jeden naj­wy­raź­niej się wyróż­niał, a drugi…

Jeśli w ogóle zdo­by­wała się na odwagę, by zapy­tać, co się stało z ojcem, Lotti wybu­chała zło­ścią, mówiąc, że Jan jest „dla niej mar­twy”, nie chciała o nim mówić. Ni­gdy nie powie­działa wprost, że nie żyje, lecz dla Kir­sten spro­wa­dzało się to do tego samego. Jej brat Uli stwier­dził, że musiał być faszy­stą i stra­cił cały mają­tek za „wyzna­wa­nie nie­na­wist­nych ide­olo­gii”, co w sumie ukła­dało się w logiczną całość, Kir­sten nie miała jed­nak ochoty zanadto się w to zagłę­biać.

– Ruszaj się, Kir­sten, klienci cze­kają!

Pod­sko­czyła.

– Prze­pra­szam, Frau Mun­ster.

Sze­fowa była sym­pa­tyczną kobietą, ale surową, lepiej jej nie dener­wo­wać. Trzeba sku­pić się na pracy.

Przez resztę zmiany Kir­sten z pro­mien­nym uśmie­chem, któ­rego od niej ocze­ki­wano, parzyła kawę, poda­wała ciastka i sprzą­tała ze sto­li­ków naczy­nia. Wie­czór się roz­krę­cał, grupka stu­den­tów prze­rzu­ciła się z kawy na sznaps i coraz gło­śniej doka­zy­wała. Kir­sten mogłaby przy­siąc, że Die­ter na nią zer­kał, a kiedy pode­szła do ich sto­lika, by zebrać brudne kie­liszki, rzu­cił się na pomoc.

– Przy następ­nej kolejce powin­naś do nas dołą­czyć – zasu­ge­ro­wał.

Ni­gdy by się nie zdo­była na taką odwagę, poza tym z szafy gra­ją­cej popły­nęła pio­senka Mar­leny Die­trich i dziew­czyna o błysz­czą­cych wło­sach wstała i zaczęła śpie­wać. Kir­sten pośpiesz­nie się wyco­fała.

Dziew­czyna miała zmy­słowy, aksa­mitny głos. Gdy skoń­czyła śpie­wać, cała kawiar­nia kla­skała, stu­denci pokrzy­ki­wali: „Brawo, Astrid”. Sasha prze­wró­ciła oczami i skwi­to­wała: „Oczy­wi­ście ta prze­klęta dziew­czyna potrafi w dodatku śpie­wać”. Choć Kir­sten tro­chę popra­wił się humor, była zado­wo­lona, gdy wska­zówki zegara zbli­żyły się do godziny zamknię­cia lokalu i mogła zacząć wycie­rać stoły. Prze­su­wała się w stronę sto­lika Die­tera i jego przy­ja­ciół, gdy nagle do kawiarni wszedł jej młod­szy brat Uli i w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie potknął się o wła­sne tycz­ko­wate pięt­na­sto­let­nie nogi aku­rat przed grupką stu­den­tów.

Ryk­nęli śmie­chem, Uli pozbie­rał się z pod­łogi, pur­pu­rowy na twa­rzy.

– Cześć, Kir­sten – powie­dział o wiele za gło­śno. – Mutti mnie po cie­bie przy­słała.

Kir­sten o mało nie umarła. Zaswę­działa ją bli­zna pod pachą, oparła się jed­nak potrze­bie podra­pa­nia się. Była to pamiątka po opa­rze­niu gorącą patel­nią we wcze­snym dzie­ciń­stwie i zawsze tak jakby się zaogniała, gdy Kir­sten robiło się gorąco. Jesz­cze tylko bra­kuje, żeby zaczęła dra­pać się jak małpa.

– Uwa­żaj, Kir­sten – zawo­łała Astrid. – Bo zaraz sama roz­ło­żysz się tu jak długa.

– Lepiej, żeby leżała na ple­cach – rzu­cił któ­ryś z mło­dych męż­czyzn.

– Cicho bądź, Jen­sen! – wark­nął Die­ter, za co Kir­sten powinna być mu wdzięczna, ale z powodu ogrom­nego zaże­no­wa­nia w ogóle nie zwró­ciła na to uwagi. Nie mogliby już sobie stąd pójść?

Ode­tchnęła z ulgą, gdy Frau Mun­ster skrzy­żo­wała ramiona i suro­wym tonem oznaj­miła, że zamyka kawiar­nię. Gru­powo opu­ścili lokal, śmie­jąc się i zasta­na­wia­jąc, gdzie by tu pójść potań­czyć, a Kir­sten po raz kolejny sta­rała się stłu­mić w sobie żal, że jej jedy­nym part­ne­rem do tańca jest cuch­nąca stara szmata na kiju.

– Prze­pra­szam, że naro­bi­łem ci obcia­chu – powie­dział Uli, gdy szli do sta­cji U-Bahnu.

– Nie ma sprawy. To tylko głupi stu­denci.

Brat zaofe­ro­wał jej ramię niczym doro­sły męż­czy­zna, a Kir­sten po chwili waha­nia je przy­jęła. Był piąt­kowy wie­czór, cen­trum Ber­lina tęt­niło życiem, ludzie wybie­rali się do restau­ra­cji, kina albo, tak jak Astrid i Die­ter, zmie­rzali do któ­rejś z licz­nych sal tanecz­nych, wyra­sta­ją­cych jak grzyby po desz­czu w mie­ście leczą­cym rany po nie­szczę­ściach wojny. W wielu miej­scach na­dal były dziury po zbom­bar­do­wa­nych budyn­kach, na tych oca­la­łych wid­niały ślady po poci­skach, ale cały czas wzno­szono nowe, a boomowi gospo­dar­czemu towa­rzy­szyła chęć korzy­sta­nia z życia.

Kir­sten rozej­rzała się wokół, z przy­jem­no­ścią patrząc na bawiące się mia­sto. Ber­lin był miej­scem sprzecz­no­ści, podzie­lo­nym poli­tycz­nie na dwie czę­ści, lecz funk­cjo­nu­ją­cym jako całość. Gdy po woj­nie Niemcy zostały podzie­lone pod kon­trolą zwy­cięz­ców, Rosja­nie zajęli wschod­nią część kraju, Bry­tyj­czycy, Ame­ry­ka­nie i Fran­cuzi zachod­nią. Zapa­dła żela­zna kur­tyna, linia dru­tów kol­cza­stych patro­lo­wana przez war­tow­ni­ków pil­nu­ją­cych, by nikt się przez nią nie prze­do­stał. Rosja­nie powoli i pod­stęp­nie przej­mo­wali kon­trolę nad wszyst­kimi pań­stwami bloku wschod­niego, włą­cza­jąc w to Nie­miecką Repu­blikę Demo­kra­tyczną.

Jedy­nym wyjąt­kiem było to wspa­niałe mia­sto, Ber­lin. Sto­licę Hitlera uznano za spe­cjalny przy­pa­dek i choć leżała głę­boko w Niem­czech Wschod­nich, ją także podzie­lono na dwie czę­ści. Ber­lin Zachodni łączyły z Europą Zachod­nią wyty­czone linie kole­jowe oraz sieć dróg, Ber­lin Wschodni oddzie­lała od Zachod­niego jedy­nie nomi­nalna gra­nica prze­bie­ga­jąca wzdłuż daw­nych podzia­łów admi­ni­stra­cyj­nych. Na przy­kład ulica Kir­sten, Ber­nau­er­strasse, leżała na gra­nicy dwóch dziel­nic mia­sta. Miesz­kańcy jed­nej strony znaj­do­wali się w stre­fie alian­tów, ci po prze­ciw­nej, z Tante Gret­chen włącz­nie – w sowiec­kiej, ale nikt spe­cjal­nie się tym nie przej­mo­wał.

W rezul­ta­cie ci, któ­rym nie podo­bało się życie na Wscho­dzie, mogli poje­chać do Ber­lina, swo­bod­nie prze­miesz­czać się po mie­ście i zła­pać pociąg do wol­no­ści. Wła­dze pró­bo­wały ukró­cić ten pro­ce­der, zatrzy­my­wać każ­dego z podej­rza­nie dużym baga­żem i odsy­łać z powro­tem, ale bez solid­nej gra­nicy nie mogły wię­cej wskó­rać, a chyba nikt nie będzie na tyle sza­lony, żeby budo­wać ją przez śro­dek mia­sta? Ber­liń­czycy żyli zatem po swo­jemu, krą­żyli pomię­dzy stre­fami, wybie­ra­jąc roz­świe­tlone rock-and-rol­lowe bary Zachodu albo zady­mione, bar­dziej sier­miężne na Wscho­dzie, wedle upodo­ba­nia. Wyda­wało się, że tego cie­płego majo­wego wie­czoru całe mia­sto wyle­gło na ulice.

– Może wysko­czymy gdzieś na Coca-Colę, Uli? – zasu­ge­ro­wała Kir­sten pod wpły­wem nagłego impulsu.

Chło­pak wyglą­dał na zasko­czo­nego.

– A Mutti nie będzie się mar­twić?

Kir­sten wes­tchnęła.

– Pew­nie będzie. No dobrze, chodźmy. Zna­czy do domu.

Skrę­ciła na schody do sta­cji U-Bahnu i muzyka oraz gwar ulicy natych­miast przy­ci­chły.

– Ale mogli­by­śmy wysko­czyć, skoro masz ochotę – rzekł Uli. – Nie mam nic prze­ciw.

– W porządku, Uli. Zresztą i tak padam z nóg.

Spoj­rzał na nią z tro­ską. Kir­sten czule ści­snęła mu ramię. Brat nie­ustan­nie się zamar­twiał, sta­no­wił jej prze­ci­wień­stwo pod tak wie­loma wzglę­dami. Ona była typową blon­dynką o nie­bie­skich oczach, on miał ciem­no­brą­zowe włosy i oczy w kolo­rze kory dębu. Był też od niej szczu­plej­szy, zwłasz­cza od czasu skoku pokwi­ta­nio­wego, przy­pusz­czała, że za rok czy dwa wyprzy­stoj­nieje, ale na razie przy­po­mi­nał nie­zgrabną tyczkę. Za to bar­dzo kochaną.

– Jakim chcesz być dzi­siaj zwie­rzę­ciem? – zapy­tała, gdy na sta­cję wje­chał pociąg metra.

Z wdzięcz­no­ścią wyszcze­rzył zęby. Wymy­ślili tę zabawę w dzie­ciń­stwie, matka regu­lar­nie zabie­rała ich wtedy do ber­liń­skiego zoo. Było ich ulu­bio­nym miej­scem w całym mie­ście, godzi­nami bie­gali przed klat­kami małp albo przy­ci­skali nosy do szyby pięk­nego pawi­lonu dla hipo­po­ta­mów. Zain­spi­ro­wani zacho­wa­niem zwie­rząt bawili się w „jakim chcesz być zwie­rza­kiem”, uda­jąc żyrafę, gdy utknęli pośród tłumu, hipo­po­tama, spę­dza­jąc dzień nad jed­nym z licz­nych ber­liń­skich jezior, a na placu zabaw małpę. Raz pod­czas nie­dziel­nego obiadu Uli chwy­cił z tale­rza resztkę kur­czaka i oznaj­mił, że chce być sępem, ale Lotti wyrwała mu mięso, mówiąc, że „w Niem­czech mają dość sępów i żeby sobie daro­wał”, więc już ni­gdy wię­cej tego nie zro­bił.

– Chciał­bym być gorzy­kiem.

– Pta­kiem? Dla­czego?

– Bo one pięk­nie tań­czą i mógł­bym zapro­sić cię na par­kiet.

Roze­śmiała się.

– Możemy zatań­czyć w domu.

– Tak! – oży­wił się Uli. – Może Mutti wyj­mie gra­mo­fon i puścimy jakąś starą płytę dziadka.

– Świetny plan.

Obda­rzyła brata kolej­nym uśmie­chem, pró­bu­jąc nie wyobra­żać sobie, jak Die­ter z Astrid oraz resztą przy­ja­ciół tań­czą do naj­now­szych prze­bo­jów w Wanne albo Eden Saloon.

– A ty kim będziesz?

– Słu­cham?

– No jakim zwie­rzę­ciem, ty ciemna maso?

– A, jasne. Ekhm… lwem mor­skim, bo mogła­bym pobie­rać opłaty od ludzi, któ­rzy przy­cho­dzi­liby oglą­dać moje popisy.

Uli zmru­żył oczy.

– Po co?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Dla pie­nię­dzy. Nie chciał­byś być bogaty, Uli?

– Pew­nie bym chciał.

– Kie­dyś byli­śmy zamożni. Wiesz, pod­czas wojny.

– No dobra, zga­dza się, ale to było nazi­stow­skie bogac­two zdo­byte na cier­pie­niu innych.

– Ciii! – Zawsty­dzona przy­sło­niła mu usta.

– Nie zna­czy, że my jeste­śmy tacy sami – wymam­ro­tał zza jej dłoni.

– Wiem! Mimo wszystko… chyba nie chcesz o tym trą­bić na lewo i prawo, co? Jeśli to w ogóle prawda.

– Jasne, że prawda – syk­nął. – Widzia­łaś mun­dur Vati na zdję­ciu.

– Tak, ale wtedy wszy­scy nosili mun­dury. Trwała wojna.

– Nie z tru­pią czaszką.

– Z czym?

– Przyj­rzyj się jego czapce, kiedy wró­cimy do domu. Jest na niej tru­pia czaszka i skrzy­żo­wane pisz­czele. Sym­bol SS.

– Tak?

– Czy ty naprawdę nie masz o niczym poję­cia?

Zmarsz­czyła nos.

– Nie chcę o tym wie­dzieć. Było, minęło i powin­ni­śmy o tym zapo­mnieć. Dzi­siej­sze Niemcy to prze­mysł, sport i… i…

– Ogrody zoo­lo­giczne?

Sta­rał się ją roz­ba­wić, zda­wała sobie z tego sprawę, ale prze­cież sam wysko­czył z tym cho­ler­nym SS. Kir­sten nie wie­działa na ten temat zbyt wiele – nie uczyli o tym w szkole – ale była pewna, że ci, któ­rzy zarzą­dzali get­tami i obo­zami kon­cen­tra­cyj­nymi, nale­żeli do ści­słej elity Hitlera. Ode­chciało się jej tań­czyć. Nie miała nawet ochoty na kakao, które będzie cze­kało na nią w domu, ani na opo­wia­da­nie Lotti, co się działo w pracy; marzyła jedy­nie o poło­że­niu się do łóżka i zaśnię­ciu.

– Nasz przy­sta­nek, Kir­sty. Jeste­śmy pra­wie w domu.

Wciąż rzu­cał jej zatro­skane spoj­rze­nia. Sta­rała się nie stra­cić do niego cier­pli­wo­ści pod­czas krót­kiej drogi ze sta­cji do ich miesz­ka­nia przy Ber­nau­er­strasse sto sześć. Pra­gnąc ukryć się we wła­snym pokoju i wyobra­żać sobie, że Die­ter prosi ją do tańca, wbie­gła po scho­dach na pierw­sze pię­tro i weszła do pomiesz­cze­nia z uczu­ciem ulgi, które szybko się roz­pro­szyło na dźwięk gło­sów.

– Mutti ma gości? – zapy­tała brata.

– Nic mi o tym nie wia­domo. Może przy­szła Tante Gret­chen?

Zatrzy­mali się, nasłu­chu­jąc, a potem spoj­rzeli na sie­bie z nie­po­ko­jem. Głos był głę­boki, ochry­pły i zde­cy­do­wa­nie męski.

– Mutti? – zawo­łała Kir­sten, nie­pew­nie kła­dąc rękę na klamce.

– Kir­sten? Czy to jest Kir­sten? – Drzwi otwo­rzyły się na oścież, uka­zu­jąc postaw­nego, jasno­wło­sego męż­czy­znę w nie­dba­łej koszuli opi­na­ją­cej musku­larne ramiona. – No pro­szę… – dodał, roz­po­ście­ra­jąc je sze­roko. – Patrz­cie, wasz ojciec wró­cił do domu!

Rozdział 3

LADEN­STRASSE 4G, STA­LIN­STADT

OLIVIA

Oli­via prze­krę­ciła klucz w zamku i zgrab­nie wśli­znęła się do miesz­ka­nia. Poczuła zapach świeżo pie­czo­nego chleba sza­ba­so­wego i rosołu z kury, sły­szała cichy szmer gło­sów rodzi­ców gotu­ją­cych razem w kuchni. Zna­jomi zawsze się dzi­wili, że jej ojciec gotuje. Nie­któ­rzy pozwa­lali sobie nawet na lek­ce­wa­żące komen­ta­rze, dopóki nie poru­szono tej kwe­stii w kla­sie i nie okrzyk­nięto taty socja­li­stycz­nym boha­te­rem.

– W Nie­miec­kiej Repu­blice Demo­kra­tycz­nej – rze­kła nauczy­cielka – wszy­scy towa­rzy­sze są równi. Przy­pi­sy­wa­nie płciom okre­ślo­nych ról to zachod­nia forma opre­sji, powstrzy­mu­jąca połowę siły robo­czej przed wytwa­rza­niem wspól­nego dobra naro­do­wego.

To zamknęło wszyst­kim usta, ale prawda była sub­tel­niej­sza. Filip wyja­śnił, że nauczył się goto­wać na początku mał­żeń­stwa, ponie­waż jako Żyd miał zakaz pracy pod nazi­stow­ską oku­pa­cją. I to kucha­rze­nie cał­kiem mu się spodo­bało. Cza­sem żar­to­wał, że jest w tym lep­szy od Estery, która za każ­dym razem ripo­sto­wała, że chęt­nie prze­każe mu wszyst­kie kuchenne obo­wiązki. Oli­vii sma­ko­wały potrawy obojga rodzi­ców, ale naj­bar­dziej lubiła, kiedy goto­wali wspól­nie. Przy­sta­nęła w kory­ta­rzu, chło­nąc bez­pieczną atmos­ferę domu.

Miała za sobą dziwny dzień. W szkole czuła się zmę­czona, bo spę­dziła na nogach połowę nocy, a jesz­cze bar­dziej drę­czyło ją to, co usły­szała od matki. W rezul­ta­cie nie opo­wie­działa kole­żan­kom o fur­go­netce ani wię­zie­niu, ani o ode­bra­niu dziecka zie­lo­no­wło­sej matce. Chciała jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu i dowie­dzieć się wię­cej na temat tam­tej dru­giej dziew­czynki uro­dzo­nej w tym samym pie­kle, co ona.

Od zawsze wie­działa, że przy­szła na świat w Auschwitz, a póź­niej została adop­to­wana. Estera i Filip nie robili z tego tajem­nicy, opo­wie­dzieli jej o bio­lo­gicz­nym ojcu zastrze­lo­nym przez nazi­stów, o matce Zofii, która umarła ze zgry­zoty po ode­bra­niu jej zale­d­wie dwu­dnio­wej Oli­vii, o ciotce posła­nej pro­sto do gazu, po któ­rej dostała imię. Opo­wie­dzieli o cudzie odna­le­zie­nia jej w sie­ro­cińcu po nume­rze – pięć­dzie­siąt osiem tysięcy trzy­dzie­ści – który Estera wyta­tu­owała jej pod pachą i który pozo­stał tam do dziś.

Wie­lo­krot­nie zapew­niali, że z wielką rado­ścią przy­jęli ją do swo­jej rodziny, i nie miała powodu w to wąt­pić. Nawet kiedy uro­dzili się Mor­de­chaj, a potem Ben – pra­wo­wici, bio­lo­giczni syno­wie – czuła się pewna ich miło­ści i chyba też sta­tusu jedy­nej córki. A tym­cza­sem ist­niała ta druga. Z pew­no­ścią cały czas jej szu­kali. Nie­wąt­pli­wie, to jedyne racjo­nalne zacho­wa­nie. Oli­via w pełni to rozu­miała i nie była na tyle głu­pia, by myśleć, że przez to kochają ją mniej. Mimo wszystko doznała szoku, dowia­du­jąc się, że wcale nie jest jedyną córką.

– Oli­via? To ty? – Estera wyszła z kuchni w far­tuszku, z zaru­mie­nio­nymi policz­kami przy­pró­szo­nymi mąką. Pod­bie­gła i zła­pała ją za ręce. – Cie­szę się, że już jesteś. Czyli na sza­bas rodzina w kom­ple­cie.

Zaak­cen­to­wała owo „w kom­ple­cie”, jakby czy­tała w jej myślach i pra­gnęła ją uspo­koić. Oli­wia uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią.

– Chłopcy są w domu?

Estera wska­zała pokój dzienny, gdzie Mor­de­chaj i Ben sie­dzieli na pod­ło­dze przy kloc­kach mec­cano. W dro­dze do domu Oli­via mijała grupkę chłop­ców bawią­cych się w berka przed pomni­kiem i wie­działa, że jej bra­cia, dzie­się­cio­la­tek i dwu­na­sto­la­tek, też chcie­liby tam być, ale w domu Paster­na­ków piąt­kowe wie­czory były święte. Chłopcy wesoło poma­chali jej na powi­ta­nie.

Rodzina nie ukry­wała swo­jego żydow­skiego pocho­dze­nia, ale i nie obno­siła się publicz­nie ze swoją wiarą. W NRD nie było to niczym nie­zwy­kłym. Chrze­ści­ja­nie także się nie wychy­lali w kraju, gdzie reli­gię uwa­żano za zbędne odwra­ca­nie uwagi od spraw pań­stwa. Oli­vii to odpo­wia­dało. Lubiła prak­ty­ko­wać reli­gijne rytu­ały w domo­wym zaci­szu. Lubiła, jak w piątki ojciec i bra­cia zakła­dali jar­mułki pięk­nie hafto­wane przez Filipa. Lubiła zapa­lać z matką sza­ba­sowe świece i nale­wać wino do kidu­szo­wych kie­lisz­ków, lubiła, jak wszy­scy sia­dali i łamali się chle­bem.

– Dla­czego nie mamy syna­gogi? – zapy­tał nie­dawno Ben pod­czas czy­ta­nia Tory.

– Mamy – odparła Estera. – Jest tutaj, w naszym domu i ser­cach.

Poważ­nie ski­nął głową.

– Zbu­do­wa­łaś ją sobie w „tam­tym miej­scu”.

– Tak. Zbu­do­wa­łam ją w sercu, gdzie mógł ją widzieć tylko Bóg. Stoi tam na­dal, w moim sercu i w waszych ser­cach.

Kon­cep­cja była uro­cza i bli­ska Oli­vii, wyda­wało się jed­nak, że skrywa coś wię­cej. Gdyby rodzice nie byli Żydami, praw­do­po­dob­nie na­dal miesz­ka­liby w Łodzi, tam gdzie dora­stali. Matka nie byłaby ska­zana na Auschwitz, a ojciec na pola śmierci w Chełm­nie. Na­dal roz­ma­wia­liby w ojczy­stym języku i cho­dzi­liby do praw­dzi­wej, muro­wa­nej syna­gogi. Ale po woj­nie Polacy nie palili się do przy­ję­cia garstki oca­la­łych Żydów. Zastra­szali ich i prze­śla­do­wali, a gdy latem tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego szó­stego roku w pogro­mie kie­lec­kim, zale­d­wie dwie godziny drogi na połu­dnie od Łodzi, zamor­do­wano czter­dzie­stu nie­win­nych wyznaw­ców reli­gii moj­że­szo­wej, Estera z Fili­pem posta­no­wili wyje­chać z ojczy­zny.

Roz­ma­wiali z Oli­vią o bole­snej iro­nii, że koniec koń­ców osie­dli nie gdzie indziej, tylko w Niem­czech. Po ukoń­cze­niu przez Esterę szkoły położ­nych prze­pro­wa­dzili się z Ber­lina do Sta­lin­stadt, tuż pod sto­licą. Było to cał­ko­wi­cie nowe mia­sto wznie­sione wedle nowych idei i przy trójce małych dzieci sko­rzy­stali z oka­zji do roz­po­czę­cia wszyst­kiego od nowa, nawet zmie­nili córce imię z pol­skiej Oli­wii na nie­miecką Oli­vię. Estera stała się roz­chwy­ty­waną położną, Filip kie­ro­wał dzia­łem odzieży dam­skiej w pań­stwo­wym skle­pie tek­styl­nym, wyko­rzy­stu­jąc swój talent kra­wiecki do „prze­ró­bek”, które ku rado­ści szczę­śli­wych miesz­ka­nek Sta­lin­stadt popra­wiały krój i styl stan­dar­do­wych ubio­rów sprze­da­wa­nych w Kon­su­mach. Żyło się im dobrze, twier­dzili upar­cie.

– Chcesz się prze­brać przed kola­cją? – zapy­tała Estera.

– A ty? – odpo­wie­działa ze śmie­chem Oli­via, wska­zu­jąc pie­lę­gniar­ski uni­form matki.

Estera spoj­rzała na sie­bie i pokrę­ciła głową.

– Kom­plet­nie zapo­mnia­łam. Chodź, obie się wystro­imy.

Wło­że­nie odświęt­nych sukie­nek i dołą­cze­nie do cze­ka­ją­cych już przy stole panów nie zajęło im dużo czasu. Wszy­scy powstali, skło­nili głowy, Filip odmó­wił kidusz, a potem podano jedze­nie i zaczęły się swo­bodne poga­wędki. Mor­de­chaja wybrano do dru­żyny sza­cho­wej, a Ben zdo­był nagrodę w kon­kur­sie nauko­wym. Ponie­waż Filip dostał całego kur­czaka od wdzięcz­nej klientki, zachwy­co­nej hafto­waną lamówką na zwy­kłej podomce, rosół był aro­ma­tyczny i naprawdę wyśmie­nity.

Oli­via podzie­liła się nowiną, że popro­szono ją, by została kapi­ta­nem dru­żyny teni­so­wej na zawo­dach mło­dzie­żo­wych w przy­szłym tygo­dniu, a rodzina, choć mocno zdu­miona jej spor­to­wymi zain­te­re­so­wa­niami, entu­zja­stycz­nie wznio­sła za nią toast. Podzię­ko­wała i prze­łknęła nie­po­kój wywo­łany tą wyraźną odręb­no­ścią. Cisnęło się jej na usta pyta­nie, w czym jest dobra ich rodzona córka. Czy ma tak deli­katną budowę ciała jak rodzice i chłopcy? Czy chce, jak Estera, zostać położną? A może…

Opa­no­wała się. To głu­pie. Ma szczę­ście, że tra­fiła do tak cudow­nej rodziny, a że numer ukryty pod jej pachą nie zga­dza się z tym na przed­ra­mie­niu matki? Co z tego? Wybrali ją, kochali i był to wielki dar losu.

Mimo wszystko pra­gnęła wie­dzieć wię­cej.

Gdy skoń­czyli jeść i uprząt­nęli tale­rze, Filip wyjął skarb: tabliczkę cze­ko­lady. Sie­dzieli w ostat­nich pro­mie­niach wpa­da­ją­cego uko­śnie słońca, delek­tu­jąc się tym trud­nym do dosta­nia sma­ko­ły­kiem.

– Opo­wiedz nam coś, Mutti – popro­sił Ben, wier­cąc się mię­dzy rodzi­cami na kana­pie.

– Tak! Opo­wiedz.

Mor­de­chaj natych­miast wstał, sado­wiąc się ocho­czo u nóg Estery, ale Oli­via ner­wowo się poru­szyła. Ni­gdy nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego bra­cia tak lubią opo­wie­ści matki. To nie były zwy­kłe bajki na dobra­noc; nie wystę­po­wały w nich ani wróżki, ani cza­row­nice, ani smoki. A może wystę­po­wały – tylko nie baśniowe, ale bar­dzo praw­dziwe.

– Dla­czego to robisz? – zapy­tała kie­dyś matkę. – Dla­czego nie­ustan­nie opo­wia­dasz nam o „tam­tym miej­scu”? Nie lepiej byłoby zapo­mnieć?

– Lepiej – zgo­dziła się Estera – tylko że to nie­moż­liwe. W ten spo­sób dzielę prze­szłość na nie­mal zno­śne frag­menty i kolejno je otwie­ram. Gdy­bym pró­bo­wała ją od sie­bie ode­pchnąć, wspo­mnie­nia wcią­gnę­łyby mnie jak bagno. Tylko tak mogę trzy­mać je pod kon­trolą. Poza tym musi­cie oczy­wi­ście wie­dzieć, wszy­scy, bez wyjątku, do czego zdolna jest ludz­kość. Musi­cie zawsze mieć się na bacz­no­ści.

Oli­via nie była pewna, czy chłopcy trak­to­wali te opo­wie­ści jak prze­strogę – bar­dziej jako peł­no­krwi­sty hor­ror, rów­nie odle­gły jak smoki i cza­row­nice – z wyjąt­kiem tych momen­tów, kiedy zaglą­dali matce w oczy i widzieli w nich ból. Tego nie baga­te­li­zo­wało żadne z nich.

– Opo­wiedz nam o cho­ince – popro­sił Mor­de­chaj.

Este­rze zadrżał oddech. Uśmiech­nęła się do syna.

– Ty to umiesz wybie­rać, Mordy. – Posłała Oli­vii wymowne spoj­rze­nie ponad jego głową. Dziew­czyna poczuła, jak sza­ba­sowa kola­cja pod­jeż­dża jej do gar­dła. Chwy­ciła obu­rącz poduszkę i się w nią wtu­liła, jakby mogło ją to ochro­nić przed tym, co nastąpi. – Na pewno?

– Na pewno.

Ben dołą­czył do brata na pod­ło­dze. Sie­dzieli przed Esterą ze skrzy­żo­wa­nymi nogami niczym ucznio­wie przed rabi­nem.

– No dobrze. Było Boże Naro­dze­nie, czter­dzie­sty trzeci rok, sam śro­dek wojny, a ja prze­by­wa­łam w „tam­tym miej­scu” od ośmiu mie­sięcy. Oli­via uro­dziła się trzy mie­siące przed świę­tami i tra­fiła… cóż, tam, gdzie tra­fiła, zanim jakaś dobra dusza nie umie­ściła jej w sie­ro­cińcu, gdzie ją odna­leź­li­śmy z bożym bło­go­sła­wień­stwem.

Chłopcy poru­szyli się zasko­czeni. Był to nowy szcze­gół tej opo­wie­ści. Oli­via uznała, że matka dodała go, by przy­go­to­wać ją na dal­sze rewe­la­cje. Spoj­rzeli zain­try­go­wani na adop­to­waną sio­strę, ale tak naprawdę to nie ona ich inte­re­so­wała.

– Opo­wiedz o cho­ince – nale­gał Ben.

Estera uśmiech­nęła się do Oli­vii, po czym prze­nio­sła wzrok na dwie pod­eks­cy­to­wane twa­rze u jej stóp.

– Irma Grese kazała nam wyjść po ciemku na śnieg.

– Straż­niczka z batem?

– Wszyst­kie miały baty, Ben, ale ta uży­wała go naj­chęt­niej, zga­dza się. Oznaj­miła, że obo­zowe wła­dze przy­go­to­wały dla nas nie­spo­dziankę, i kiedy wyszły­śmy na prze­ni­kliwy ziąb, rze­czy­wi­ście zoba­czy­ły­śmy ogromną jodłę na środku obozu oraz straż­niczki zapa­la­jące świeczki na gałąz­kach, jak­by­śmy nagle zna­la­zły się w jakimś przy­tul­nym nie­miec­kim mia­steczku. Przez krótką chwilę myśla­ły­śmy, że pod mun­du­rami SS naprawdę kryją się jakieś serca, lecz sro­dze się pomy­li­ły­śmy. Tuż potem zerwały prze­ście­ra­dła, a naszym oczom uka­zała się uło­żona pod cho­inką maka­bryczna sterta nagich zwłok, z czer­wo­nymi wstąż­kami zawią­za­nymi na tych spo­czy­wa­ją­cych na samej górze. Wciąż myślę cza­sem o ludziach, któ­rzy wią­zali wstążki na mar­twych koń­czy­nach, dokła­da­jąc sta­rań, by kokardy wyglą­dały per­fek­cyjne i by jesz­cze moc­niej nas pognę­bić. – Zakasz­lała i bar­dziej wark­nęła, niż powie­działa: – Mówię o ludziach, ale to nie byli ludzie, tylko potwory.

Filip oto­czył ją ramie­niem i nawet chłopcy sie­dzieli cicho jak tru­sie, pamię­ta­jąc, że to nie jest zmy­ślona histo­ria, lecz prawda – prawda, któ­rej doświad­czyła ich matka. Estera ponow­nie odkaszl­nęła, po czym wysoko unio­sła głowę.

– I wtedy Anna, wasza bab­cia Anna, zaczęła śpie­wać.

Oli­via zamknęła oczy, pró­bu­jąc wyobra­zić sobie miłą star­szą panią, która była w Auschwitz naj­lep­szą przy­ja­ciółką jej matki i została ich zastęp­czą bab­cią.

– Zain­to­no­wała Cichą noc – cią­gnęła Estera. – Po kolei do niej dołą­cza­ły­śmy, wszyst­kie, nawet Żydówki. Nie zna­ły­śmy słów, lecz nie miało to zna­cze­nia, ponie­waż melo­dia była piękna i kiedy ją nuci­ły­śmy, choć trwało to krótko, znów były­śmy ludźmi, nie zwie­rzę­tami wygrze­bu­ją­cymi resztki chleba ze śniegu i błota, tylko ludźmi, któ­rzy czują, kochają i się trosz­czą. Z tego nas nie ogra­bili, choć usil­nie się sta­rali, i w końcu miłość zwy­cię­żyła.

Filip mocno przy­tu­lił żonę. Oli­via zauwa­żyła, jak mama ociera łzę, i znów ogar­nął ją strach. Estera rzadko pła­kała, nawet przy obo­zo­wych wspo­mnie­niach. Trzy­mała emo­cje na wodzy i zawsze koń­czyła tymi samymi sło­wami: miłość zwy­cię­żyła. Teraz jed­nak zda­wało się, że miłość rów­nież prze­grała. Estera mię­to­siła w pal­cach mate­riał sukienki, a Filip wstał, by zago­nić chłop­ców do łóżek.

– Oj, Vati, musimy już iść?

– Musi­cie. Jutro wybie­ramy się na ryby, pamię­ta­cie?

– Tak! – Ben zerwał się z miej­sca. – Zło­wię rybę i przy­wiozę ją dla cie­bie, Mutti.

– Ja zło­wię więk­szą – oznaj­mił Mor­de­chaj, sze­roko roz­po­ście­ra­jąc ramiona, by zade­mon­stro­wać roz­miary ryby, któ­rej z pew­no­ścią nie uda mu się zła­pać.

– I wszy­scy się podzie­limy – rzekł sta­now­czo Filip. – A teraz zmy­kaj­cie do łóżek.

Podrep­tali do swo­jego pokoju, roz­pra­wia­jąc po dro­dze o węd­kach i sie­ciach. Nagle Oli­via została z matką sam na sam.

– Chodź, usiądź tutaj, kind­chen. – Estera pokle­pała sofę. – Mordy wybrał dziś naj­gor­szą moż­liwą histo­rię. Jakby wie­dział.

– Co wie­dział? – zapy­tała Oli­via idio­tycz­nie ści­szo­nym gło­sem, ale matka naj­wy­raź­niej nie zauwa­żyła.

– Tam­tej Wigi­lii zaczę­łam rodzić.

– Moją… moją sio­strę?

– Tak. Fifi.

Fifi. Oli­via prze­te­sto­wała to imię na wde­chu i poczuła, jak w nią zapada. Fifi. Filipa. No tak… po ojcu.

– Opo­wiedz – szep­nęła.

Estera ści­snęła jej dłoń.

– Wody ode­szły mi na tam­tym placu, w śniegu. Uniósł się obłok pary, straż­niczki nie zauwa­żyły tylko dla­tego, że wcze­śniej wypiły wino, a potem trium­fo­wały, że udał się im ten zwy­rod­niały świą­teczny „poda­ru­nek”. Anna i Naomi, moja grecka przy­ja­ciółka, zapro­wa­dziły mnie do baraku. Poród odby­wał się w nocy. Nie wyszłam na poranny apel. Zwy­kle rów­na­łoby się to natych­mia­sto­wej karze śmierci, ale Fifi wybrała odpo­wiedni dzień, tamte świ­nie były zbyt zajęte świą­tecznym obżar­stwem, by zawra­cać sobie tym głowę. Uro­dziła się po kilku godzi­nach. Przez chwilę po raz pierw­szy poczu­łam się w „tam­tym miej­scu” szczę­śliwa. Naprawdę szczę­śliwa. Inne kobiety były dla mnie bar­dzo życz­liwe, przy­no­siły mi swój chleb, mar­ga­rynę, buraki, choć Bóg świad­kiem, że same nie miały dość, żeby prze­żyć, a co dopiero wykar­mić dziecko. W moich pier­siach poja­wiło się mleko i przez całe cztery dni mia­łam ją przy sobie, mogłam się nią opie­ko­wać. To była magia. A potem przy­szli.

– Kto przy­szedł?

– Ofi­ce­ro­wie SS, ci sami, któ­rzy wcze­śniej zabrali cie­bie. Wysoko posta­wieni w struk­tu­rach „tam­tego miej­sca”, jeź­dzili… jeź­dzili ele­ganc­kim autem i zabie­rali dzieci. Wyry­wali je mat­kom, tak jak wczo­raj w nocy zro­bił to ofi­cer Stasi z córeczką Clau­dii. Tak nie powinno być, prawda, Oli­vio? To nie w porządku. Nie można odbie­rać kobie­cie dziecka.

– Oczy­wi­ście, że nie – przy­znała Oli­via, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­szczę­sną Clau­dię, pła­czącą i bła­ga­jącą na kola­nach o litość, jakby wraz z dziec­kiem wyrwano jej kawał duszy. – Jak się nazy­wali?

– Meyer i Wolf. Wolf to kobieta. Wyobraź sobie! Kobieta, a mimo to odbie­rała nam dzieci. Zasta­na­wiam się cza­sem, czy kie­dy­kol­wiek sama została matką, a jeśli tak, czy pomy­ślała o tym, co nam zro­biła.

– Na pewno wsa­dzili ją do wię­zie­nia?

– Może tak, może nie. Zdzi­wi­ła­byś się, jak nie­wielu z nich zostało ska­za­nych. Nie­któ­rzy dali nogę, przy­brali nową toż­sa­mość, ucie­kli z kraju. Nawet ci, któ­rych poj­mano, wcale nie skoń­czyli aż tak źle. Z wyjąt­kiem tych z samej wier­chuszki. Ci pomniejsi odsia­dy­wali rok czy dwa i wycho­dzili na wol­ność, hasa­jąc po całych Niem­czech, jak gdyby ni­gdy nic. Cie­szę się, że miesz­kamy po stro­nie wschod­niej, bo żaden faszy­sta nie chciałby żyć pod komu­ni­stycz­nym jarz­mem. Odpo­wiada im rola sytych kapi­ta­li­stów, pod­czas gdy miliony ludzi wal­czą o poskła­da­nie w całość swo­jego znisz­czo­nego życia.

– Jed­nym z ele­men­tów tej ukła­danki jest Fifi?

Filip wró­cił do pokoju i poło­żył Oli­vii dłoń na ramie­niu.

– Wiesz, że kochamy cię jak rodzoną córkę, prawda, Liv?

Przez twarz Estery prze­mknęło prze­ra­że­nie.

– Oczy­wi­ście – zapew­niła. – Abso­lut­nie. Odna­le­zie­nie cie­bie było cudem i Fifi nie ma tu nic do rze­czy. Pro­szę, nie myśl, że…

Oli­via ści­snęła jej rękę.

– Nie myślę. Kocham was oboje i mia­łam wiel­kie szczę­ście, że sta­łam się czę­ścią waszej rodziny.

– Nie tak wiel­kie jak my, mając cie­bie. Po pro­stu…

Este­rze zabra­kło słów, więc Filip dokoń­czył za nią.

– Po pro­stu byłoby wspa­niale mieć was obie.

– Pró­bo­wa­li­ście ją odszu­kać?

– Oczy­wi­ście – potwier­dził, sia­da­jąc po dru­giej stro­nie. Było im tam odro­binę cia­sno, ale Oli­vii podo­bała się ta bli­skość. – Latami pró­bo­wa­li­śmy każ­dej moż­li­wej ścieżki: szu­ka­li­śmy przez syna­gogi i sie­ro­cińce w całej Pol­sce i Niem­czech, przez komi­tet pomocy Żydom oraz roz­ma­ite organy pań­stwowe. W pierw­szych latach po woj­nie aktyw­nie dzia­łał Czer­wony Krzyż, przy ONZ funk­cjo­no­wał wydział do spraw pomocy i odbu­dowy ze spe­cjalną komórką do poszu­ki­wa­nia dzieci. W ten spo­sób dotar­li­śmy do cie­bie. Pomo­gły tatu­aże, które Mutti robiła nowo­rod­kom pod pachami, udało się odna­leźć kil­koro dzieci, ale…

– Ale żadne z nich nie było Fifi – dokoń­czyła Estera. – Aż wresz­cie pew­nego razu myśle­li­śmy, że na nią tra­fi­li­śmy. Myśle­li­śmy…

– Poja­wił się raport o nie­mow­lę­ciu – wtrą­cił Filip, mocno trzy­ma­jąc żonę za rękę. – A w zasa­dzie dziecku. Był rok tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąty.

– Pięć lat po woj­nie?

– Tak. I sie­dem po two­ich naro­dzi­nach. I… i naro­dzi­nach Fifi. Nie tra­ci­li­śmy nadziei.

– I co potem?

– Nie­ważne. – Głos Estery zabrzmiał ostro i sta­now­czo, nie tole­ro­wał żad­nego sprze­ciwu. – To nie­istotne, Oli­vio. Pomimo wszel­kich prze­szkód odna­leź­li­śmy się z Fili­pem, odna­leź­li­śmy cie­bie, a potem uro­dzili się jesz­cze Mordy i Ben. Dosta­li­śmy od losu bar­dzo wiele, zwłasz­cza w porów­na­niu z więk­szo­ścią osób, które zna­li­śmy… wcze­śniej. Wystar­czy.

Ton głosu Estery jasno dał do zro­zu­mie­nia, że temat jest zamknięty, lecz łzy w jej oczach mówiły coś innego. Two­rzyli szczę­śliwą rodzinę, Oli­via o tym wie­działa, a jed­nak to nie wystar­czy, widziała to wyraź­nie i pra­gnęła dowie­dzieć się wię­cej o zagi­nio­nej córce, tak jej dopo­móż Bóg.

Rozdział 4

BER­LIN WSCHODNI CZER­WIEC 1950

ESTERA

– Ktoś o panią pyta, sio­stro Paster­nak.

Estera pod­nosi wzrok. Zmywa z rąk krew po ode­bra­niu porodu i jest sko­nana. Poród był poślad­kowy, musiała wyko­rzy­stać wszyst­kie nowo nabyte umie­jęt­no­ści, ale zarówno nowo­ro­dek, jak i matka mają się dobrze, a Estera marzy tylko o poło­że­niu się do łóżka.

– Nie jestem jedyną położną w Ber­li­nie.

– Ale naj­lep­szą.

Uśmie­cha się z wdzięcz­no­ścią do kobiety, roz­pro­mie­nio­nej Oma. Ta sym­pa­tia jest zro­zu­miała po cięż­kiej nocy, jed­nak rola położ­nej już się skoń­czyła.

– Zresztą to chyba nie w spra­wie porodu.

Estera czuje ukłu­cie w sercu. Jedyne wia­do­mo­ści, które nie wiążą się z asy­stą przy poro­dzie, to te o odna­le­zio­nych dzie­ciach, ale z pew­no­ścią nie cho­dzi o Fifi. Za późno. Od ponad roku nie natknięto się na żadne dziecko z tatu­ażem.

Z początku, kiedy prze­pro­wa­dzili się z Fili­pem do cha­osu powo­jen­nego Ber­lina, regu­lar­nie tra­fiano na dzieci z nume­rami pod pachą. Za każ­dym razem Esterę prze­peł­niała cudowna, a zara­zem bole­sna nadzieja, nie­odmien­nie koń­cząca się ujaw­nie­niem nie­wła­ści­wych cyfr. Z upły­wem lat odnaj­dy­wano nie­mow­lęta, póź­niej już małe brzdące, a wresz­cie żwawe dzieci w wieku przed­szkol­nym i łączono je z oca­la­łymi człon­kami rodzin, ale ni­gdy nie zlo­ka­li­zo­wano numeru czter­dzie­ści jeden tysięcy czte­ry­sta.

– To kobieta – mówi Oma i nic w tym dziw­nego.

Nawet teraz, pięć lat po woj­nie, na jed­nego męż­czy­znę przy­pa­dają w Ber­li­nie cztery kobiety. Panów jest wystar­cza­jąco dużo, by mogły rodzić się nowe dzieci – nie­któ­rzy przy­kuś­ty­kali z wojny i wyli­zali się z ran, inni z chłop­ców stali się męż­czy­znami – ale to głów­nie kobiety opie­kują się sobą nawza­jem. A Estera opie­kuje się kobie­tami.

Prze­pro­wadzka do Ber­lina była pomy­słem Anny. Estera żar­li­wie pro­te­sto­wała, ale sto­lica Hitlera stała się mia­stem oku­po­wa­nym i rzą­dzo­nym przez alian­tów, i jak na iro­nię, jed­nym z naj­bez­piecz­niej­szych miejsc dla ludzi, któ­rych Führer pra­gnął zetrzeć z powierzchni ziemi.

– Mam zna­jomą w szpi­talu w stre­fie radziec­kiej – powie­działa Anna. – Ona cię wyszkoli. Zaj­mie się tobą.

– Nie tak dosko­nale jak ty.

– I nie z taką roz­ko­szą. Tak bar­dzo pra­gnę­łam, byś szko­liła się pod moim okiem, Estero, ale nie­zba­dane są wyroki boskie.

– Może dla­tego, że Łódź ma już jedną fan­ta­styczną położną?

– A może dla­tego, że Ber­lin takiej potrze­buje? Ponoć nie bra­kuje tam cią­żo­wych brzu­chów.

Nie bra­ko­wało. Wszy­scy rzu­cili się do pło­dze­nia dzieci – rado­snych, ślicz­nych, nie­win­nych, nie­ska­la­nych wojną i pięt­nem nazi­zmu, Estera miała zatem ręce pełne roboty. A jesz­cze bar­dziej elek­try­zo­wały ją reje­stry i raporty dostępne w sto­licy daw­nej Rze­szy, agen­cje i orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne poszu­ku­jące zagi­nio­nych.

Raz na kilka tygo­dni docie­rała wia­do­mość o poten­cjal­nym odna­le­zie­niu Fifi, która naj­pierw pod­no­siła Esterę i Filipa na duchu, a póź­niej nie­odmien­nie przy­gnę­biała. To też ją wykań­czało. Ostat­nio Filip prze­bą­ki­wał o wyjeź­dzie ze sto­licy. Przy­niósł do domu ulotkę o nowym mie­ście budo­wa­nym pod Ber­li­nem, Sta­lin­stadt: czy­stym, jasnym, gdzie rodziny będą mogły wieść dobre, socja­li­styczne życie. Kusząca per­spek­tywa, Estera jed­nak czuła, że jeśli ma odna­leźć Fifi, to tutaj, w Ber­li­nie. Nadzieja ni­gdy nie umiera.

Sta­ran­nie wyciera ręce.

– Co to za kobieta?

– Ele­gancka, w kostiu­mie. Szy­kowne buty, ame­ry­kań­ski akcent.

Este­rze łomo­cze serce. Bez­po­śred­nio po woj­nie czę­sto wła­śnie Ame­ry­kanki, sza­cowne matrony wie­dzione szla­chet­nymi inten­cjami, przy­jeż­dżały do Europy, by „doło­żyć swoją cegiełkę” i znaj­do­wać domy set­kom zagi­nio­nych dzieci, od któ­rych roiło się w znisz­czo­nej sto­licy Nie­miec. Trak­to­wały te euro­pej­skie eska­pady jak poszu­ki­wa­nie skar­bów. Zda­niem Estery wła­śnie tak było – i jest – lecz dla niej samej i dla wielu innych matek ów skarb jest wart wię­cej niż któ­ra­kol­wiek z tych nie­wy­da­rzo­nych kobiet może sobie wyobra­zić.

Więk­szość z nich wró­ciła już za Atlan­tyk do swo­ich kier­ma­szów cha­ry­ta­tyw­nych i balów dobro­czyn­nych. Sie­rot też zostało nie­wiele – połą­czyły się z rodzi­nami albo tra­fiły do adop­cji i roz­je­chały się po Anglii, Izra­elu i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ukła­dają sobie życie na nowo i wspa­niale, ale w życiu Estery wciąż pozo­staje wyrwa.

– Czeka na zewnątrz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki