Akuszerka w Berlinie - Anna Stuart - ebook + książka

Akuszerka w Berlinie ebook

Stuart Anna

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kontynuacja powieści Akuszerka w Auschwitz

Berlin, 1945 rok. Estera przetrwała piekło Auschwitz. Jednak jej rozpaczliwa podróż dopiero się zaczyna. W obozie urodziła jasnowłosą córeczkę, która została przekazana niemieckiej rodzinie. Teraz, gdy wojna się skończyła, kobieta desperacko pragnie odnaleźć swoje dziecko.

Europa jest pogrążona w chaosie, rozdzielone rodziny poszukują swoich bliskich. W każdym sierocińcu i szpitalu, które odwiedza, Estera przygląda się uważnie twarzyczkom zalanych łzami maluchów. Każdy kosmyk blond włosów i para niebieskich oczu, które widzi, przyprawiają ją o szybsze bicie serca. Czy Estera kiedykolwiek odnajdzie dziecko, którego tatuaż odpowiada jej własnemu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Kate, mojej wspa­nia­łej agentki, bez któ­rej wie­dzy, wytrwa­ło­ści, zro­zu­mie­nia i wspar­cia tkwi­ła­bym w miej­scu. Z podzię­ko­wa­niami i ser­decz­no­ściami od sil­nej kobiety dla dru­giej sil­nej kobiety!

Prolog

AUSCHWITZ-BIR­KE­NAU GRU­DZIEŃ 1943

ESTERA

To cud. Każdy poród, przy któ­rym asy­sto­wała, wyda­wał się jej magiczny, ale dopiero przy wła­snym dziecku w pełni pojęła ten cud. Jak to moż­liwe, że stwo­rzyła tę per­fek­cyjną minia­tu­rową osóbkę? Jak jej wynisz­czo­nemu ciału udało się wydać na świat tę drobną istotkę? Jak wypro­du­ko­wała mleko, by ją nakar­mić? I jak, na litość boską, udaje się jej czy­nić to na­dal tutaj, w tym pie­kle?

Auschwitz-Bir­ke­nau nie jest miej­scem dla dziecka, ale żad­nej matce nie powinno się go odbie­rać.

– Muszę ją ukryć – powta­rza raz po raz, lecz wśród nagich drew­nia­nych pry­czy trudno o kry­jówkę.

W Auschwitz-Bir­ke­nau nie ma dywa­nów, podu­szek, krze­seł. Każda kobieta ma tylko pasiak na grzbie­cie, każdy sien­nik jest wypchany rap­tem garstką słomy, każdy koc jest tak cienki, że nie ogrzeje zzięb­nię­tej koń­czyny. Estera zdo­łała utrzy­mać nie­mowlę przy życiu przez te dwa cenne dni tylko dzięki życz­li­wo­ści innych kobiet, odstę­pu­ją­cych jej wła­sne racje żyw­no­ściowe, bez któ­rych same ledwo mogą prze­żyć. Nawet gdyby ukryła dziecko w naj­głęb­szych zaka­mar­kach bara­ków, i tak byłoby ska­zane na śmierć.

Gła­dzi puszek na gło­wie śpią­cej Fifi. Jest jasny. To też cud. Lubią jasno­włose dzieci. Oni, nazi­ści. Wie, że odbiorą jej córkę, prze­każą „zdro­wej, porząd­nej Niemce” i dzięki temu Fifi prze­żyje. Dzięki temu będzie bez­pieczna.

Ale Estera ją straci.

Czy koniec koń­ców lepiej, żeby dziecko umarło razem z tobą, czy by żyło bez cie­bie?

Obóz sta­wia przed tobą pyta­nia, na które nie spo­sób odpo­wie­dzieć. Estera wie­lo­krot­nie widziała tę udrękę innych kobiet, teraz jed­nak wwierca się ona pod­stęp­nie w jej wła­sne wciąż pul­su­jące łono, jakby ktoś wbi­jał w nie zatruty szty­let. Choć Fifi już tam nie ma, jej istota jest obecna w każ­dej komórce ciała, a kiedy odbiorą córkę, pozo­sta­nie krwa­wiąca, otwarta rana.

A odbiorą ją na pewno. Estera nie zdoła ukryć Fifi przed wszech­wie­dzą­cym, wszech­wi­dzą­cym i wszech­nie­na­wi­dzą­cym okiem naro­do­wego socja­li­zmu, choć jest coś, co może zro­bić.

– Musimy ją ozna­ko­wać.

Sięga po igłę. Nie wolno tatu­ować ramion żydow­skich dzieci, ale Estera może wyryć wła­sny numer pod pachą Fifi, ukry­wa­jąc go w fałd­kach nie­mow­lę­cej skóry. Pew­nego dnia, gdy skoń­czy się to ponure sza­leń­stwo, być może ją odnaj­dzie. Dość płonna to nadzieja, nie­mniej może wystar­czy do prze­trwa­nia tego okrut­nego momentu, gdy ukradną jej naj­droż­szą istotę.

Chwyta za igłę, wkłuwa tusz pod skórę. Oczy nie­mow­lę­cia bły­ska­wicz­nie się otwie­rają pod wpły­wem nagłego bólu, dziew­czynka wydaje okrzyk skargi, ale póź­niej już nie pro­te­stuje. Może jest na to za słaba, a może jakoś rozu­mie.

– No już, już – uspo­kaja Estera. – Zaraz koń­czę. Warto pocier­pieć. W ten spo­sób sta­niesz się naprawdę moja.

Czy na pewno? Przez dwa kolejne dni nie wypusz­cza Fifi z ramion.

– Kocham cię – powta­rza w kółko. – Kocham cię teraz i będę zawsze cię kochać, i ni­gdy nie prze­stanę cię szu­kać.

Fifi mruga do niej nie­bie­skimi oczami.

Czwar­tego dnia od progu baraku docho­dzi okrzyk:

– Samo­chód! Przy­je­chał samo­chód.

A więc już są. Zja­wili się. Esterę prze­szywa ból nie­uchron­nej straty, kobieta przy­tula dziecko do piersi, poca­łun­kiem zamyka mu powieki, żeby nie widziało, jak jego wła­sna matka prze­ka­zuje je w zachłanne ręce wroga.

– Prze­pra­szam, Fifi – mówi Estera z pła­czem. – Bar­dzo, bar­dzo prze­pra­szam.

Otwór drzwiowy prze­sła­niają ciemne mun­dury z zyg­za­ko­wa­tymi emble­ma­tami. Wypie­lę­gno­wane dło­nie wysu­wają się z ręka­wów dosko­nale skro­jo­nego płasz­cza i chwy­tają dziecko niczym dra­pieżny ptak pory­wa­jący szpo­nami ofiarę.

– Nie zrób­cie jej krzywdy – błaga.

– Dla­czego mie­li­by­śmy ją krzyw­dzić? – pyta męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się szy­der­czo. – To porządna córka Rze­szy.

Okrutny rechot, stu­kot cie­płych woj­sko­wych butów i już ich nie ma. Estera osuwa się na pod­łogę i czeka. Ból jest inten­sywny, lecz mimo wszystko ciało nie bro­czy krwią. Byłby to zby­tek łaski. Zamiast tego wszyst­kie komórki zbi­jają się w twarde gru­zły zacie­kłej deter­mi­na­cji. Nie pozwoli, by uszło im to pła­zem; nie pozwoli im być górą.

W sumie lepiej, żeby dziecko żyło. Nadzieja boli naj­bar­dziej, lecz rów­nież daje wielką siłę. Odna­le­zie­nie córeczki staje się dla Estery celem, wyzwa­niem, moto­rem. Odna­le­zie­nie dziecka nadaje sens walce o prze­trwa­nie pośród brudu, zimna i stra­chu Auschwitz.

Część pierwsza

Rozdział 1

STA­LIN­STADT, NIEMCY WSCHOD­NIE CZWAR­TEK, 18 MAJA 1961

OLIVIA

Nie zbu­dziło jej ani wale­nie do drzwi, ani męski głos, opa­no­wany, lecz pod­szyty wyraź­nie wyczu­wal­nym napię­ciem i nie­zno­szący sprze­ciwu, ani sta­now­cza reak­cja matki. Dopiero nie­po­kój ojca wkradł się w jej sen i wycią­gnął ją z łóżka. Był czło­wie­kiem łagod­nym i poko­jo­wym, a tym razem wyda­wał się roz­gnie­wany.

– Idę z nią albo ona tu zostaje.

– Męż­czyzn tam nie wpusz­czają – padła szorstka odpo­wiedź.

Z gwał­tow­nie biją­cym ser­cem Oli­via się­gnęła po szla­frok, lecz zaraz zmie­niła zda­nie; nie staje się przed Stasi w noc­nej bie­liź­nie. Wzięła z krze­sła rzu­cone tam wczo­raj nie­dbale ubra­nie. Matka byłaby zła, gdyby to widziała – miała bzika na punk­cie porządku – ale Oli­via nie miała siły go skła­dać i cho­wać do szu­flad. Zado­wo­lona, że tego nie zro­biła, wcią­gnęła na sie­bie nie­bie­ską bluzkę i czarną spód­nicę Freie Deut­sche Jugend – Wol­nej Mło­dzieży Nie­miec­kiej – nie zawra­ca­jąc sobie głowy weł­nia­nymi raj­sto­pami ani nie­bie­sko-białą chu­stą.

Na dole wciąż trwała roz­mowa, jed­nak męż­czyź­nie wyraź­nie koń­czyła się cier­pli­wość. Oli­via szybko otwo­rzyła drzwi pokoju. W kory­ta­rzu zastała rodzi­ców ramię w ramię przed krę­pym czło­wie­kiem w cięż­kim płasz­czu, sto­ją­cym w progu ich miesz­ka­nia na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, jakby był u sie­bie.

– Stasi to tar­cza i miecz par­tii – mruk­nęła Oli­via pod nosem. Tego uczyli ich w szkole. – Jeśli jest się dobrym socja­li­stą, nie ma się czego oba­wiać ze strony Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego. – Do tej pory w to wie­rzyła, jed­nak widząc ofi­cera w kory­ta­rzu w samym środku nocy, nie mogła ode­pchnąć nie­pro­szo­nego stra­chu, który wsą­czał się w żyły.

– Żona będzie zupeł­nie bez­pieczna… pro­szę pana – oznaj­mił ofi­cer. „Pro­szę pana” dodał po namy­śle, jakby te słowa miały być jakąś gwa­ran­cją.

Matka Oli­vii, Estera, pod­nio­sła wzrok na męża. Wypra­so­wany strój pie­lę­gniarki aż raził bielą w świe­tle uko­śnie wpa­da­ją­cego przez okno bla­sku księ­życa. Wyglą­dała nie­mal jak duch.

– To tylko poród, Fili­pie. Zwy­kłej kobiety.

– Więź­niarki, meine lie­bling – zauwa­żył. – Może być nie­bez­pieczna.

– I dla­tego jest pod pełną strażą – wark­nął ofi­cer Stasi.

Zaczy­nał się zło­ścić, to zaś rze­czy­wi­ście było nie­bez­pieczne, o czym Oli­via dobrze wie­działa.

– To ja pójdę.

Wszy­scy się obej­rzeli. Czuła się obna­żona i poża­ło­wała, że nie poświę­ciła kilku chwil na wło­że­nie raj­stop. Pode­szła szyb­kim kro­kiem, zer­ka­jąc na drzwi pokoju młod­szych braci, by spraw­dzić, czy ich nie obu­dziła. – Pójdę z Mutti.

– Nie musisz, kind­chen – rze­kła Estera.

– Nie muszę, ale pójdę. Bo chcę.

– W porządku – rzekł ofi­cer. – Chodźmy. Nie ma czasu do stra­ce­nia. Kiedy wycho­dzi­łem, darła się wnie­bo­głosy.

Estera pozwo­liła sobie na uśmie­szek.

– Tak to już jest.

Żołą­dek Oli­vii na­dal skrę­cał się ze stra­chu, uspo­ko­iło ją jed­nak opa­no­wa­nie matki. Wsu­nęła bose stopy w szkolne obu­wie. Męż­czy­zna spoj­rzał na bluzkę FDJ i ski­nąw­szy z apro­batą głową, wziął od Filipa płaszcz i pomógł jej go wło­żyć.

– Dzię­kuję.

– Uwa­żaj­cie na sie­bie – rzu­cił Filip, cału­jąc obie na poże­gna­nie.

Wciąż wyda­wał się zanie­po­ko­jony, Oli­via nato­miast poczuła się teraz pew­niej. Nic im nie grozi, po pro­stu poma­gają pań­stwu i tak należy postę­po­wać; nara­sta­jąca eks­cy­ta­cja wzięła górę nad lękiem. Asy­sto­wała już z matką przy poro­dach, parę razy nawet w nocy, ale ni­gdy nie towa­rzy­szyła temu taka dra­ma­tur­gia. Oj, będzie co opo­wia­dać jutro w szkole!

Wysoko na nie­bie nad Sta­lin­stadt księ­życ rzu­cał sre­brzy­sty blask na nowe, ide­alne socja­li­styczne mia­sto. Syme­tryczne rzędy blo­ków miesz­kal­nych wyróż­niały się solid­nymi bry­łami, dym ze sta­lowni, dla któ­rej obsługi wybu­do­wano osie­dle, wił się w górę, jakby przy­cią­gany księ­życowym świa­tłem. Dwie żółte plamy samo­cho­do­wych reflek­to­rów oświe­tlały usta­wiony przed ich blo­kiem pomnik przy­jaźni nie­miecko-sowiec­kiej i Oli­via odru­chowo zasa­lu­to­wała, ale gdy ujrzała cze­ka­jącą fur­go­netkę, znów stru­chlało jej serce.

– Pro­szę wsia­dać.

Ofi­cer otwo­rzył szare drzwi. Oli­via się cof­nęła. Wszy­scy znali te pojazdy i nikt nie chciał się w nich zna­leźć.

– Nie…

– Wsia­dać!

Męż­czy­zna dosłow­nie wepchnął je do cia­snego wnę­trza.

– Czy my…? – wyją­kała, lecz prze­rwało jej trza­śnię­cie drzwiami.

– Nic nam nie grozi – powie­działa cicho matka. – Usiądź i posta­raj się nie mar­twić.

Fur­go­netka była podzie­lona na pięć mikro­sko­pij­nych cel, w każ­dej twarda ławka i uchwyt na kaj­danki. Na szczę­ście nie były zamknięte, widziała więc matkę sie­dzącą w jed­nej z nich, wypro­sto­waną, ze sta­ran­nie złą­czo­nymi sto­pami i torbą medyczną na kola­nach. Z łomo­czą­cym ser­cem Oli­via pró­bo­wała usa­do­wić się w sąsied­niej, ale prze­ra­sta­jąc matkę nie­mal o głowę, ledwo się tam mie­ściła. Była „gru­bo­ko­ści­sta” – wielka kukułka w gnieź­dzie drob­niut­kiego wró­bla – ale dzięki temu mogła przy­naj­mniej przy­trzy­my­wać nogami otwarte drzwi i mieć matkę w zasięgu wzroku.

– Dokąd jedziemy? – zapy­tała.

– Wkrótce się dowiemy, kochana.

Dziew­czyna nie­chęt­nie ski­nęła głową. Nikt w Niem­czech Wschod­nich nie wie­dział wię­cej, niż potrzeba. Tak było naj­le­piej. Pań­stwo miało wszystko pod kon­trolą, a zada­nie jed­nostki pole­gało na wypeł­nia­niu narzu­co­nych zadań. „Wszy­scy jeste­śmy – przy­po­mi­nała sobie Oli­via – ele­men­tami wiel­kiej ukła­danki życia spo­łecz­nego. Będzie dzia­łać, jeśli wpa­su­jemy się w prze­zna­czone nam miej­sce”. Tak czy ina­czej byłoby miło wie­dzieć, czy spę­dzą w tej budzą­cej grozę fur­go­netce ileś minut, godzin czy…

– Oj!

Wyrwał się jej cichy okrzyk, samo­chód gwał­tow­nie bowiem zaha­mo­wał i sta­nął. Usły­szały szczęk otwie­ra­nej bramy, auto szarp­nęło i ruszyło naprzód, po czym brama się zamknęła.

Estera wzięła Oli­vię za rękę.

– Nic nam nie grozi – powtó­rzyła.

Oli­vii trudno było w to uwie­rzyć, ponie­waż wypchnięto je z samo­chodu do pustego bia­łego garażu, a następ­nie pro­wa­dzono wąskim, jaskrawo oświe­tlo­nym kory­ta­rzem wię­zie­nia Stasi. Po obu stro­nach bie­gły rzędy cięż­kich meta­lo­wych drzwi z wiel­kimi zam­kami i gru­bymi kra­tami w małych okien­kach.

– Nie patrz – szep­nęła Estera.

Oli­via nie mogła oprzeć się poku­sie. Migały jej przed oczami postaci męż­czyzn i kobiet, w więk­szo­ści zwi­nięte w pozy­cji embrio­nal­nej na wąskich, twar­dych pry­czach pozba­wio­nych nawet koca. Ofi­cer je popę­dzał, zapusz­czali się coraz głę­biej w ten budzący prze­strach budy­nek, a Oli­via musiała przy­wo­łać całe zaufa­nie żywione do matki, by dalej podą­żać za nią do pie­kła.

– To tu! – Ofi­cer pod­niósł rękę, gdy do kory­ta­rza prze­nik­nął słaby odgłos wycia. – Tylko posłu­chaj­cie. Czy trzeba robić aż taki cyrk?

– Zaraz się prze­ko­namy – odparła Estera. – Mogą być kom­pli­ka­cje.

Ofi­cer się wzdry­gnął. Zatrzy­maw­szy się pod żela­znymi drzwiami, trzy­krot­nie zastu­kał. Otwo­rzyła mu kobieta w sza­ro­zie­lo­nym mun­du­rze Volks­po­li­zei, z bole­snym gry­ma­sem na twa­rzy.

– Położna – przed­sta­wił ofi­cer i lekko pchnął Esterę do środka.

– Naresz­cie! – Vopo, tak bowiem powszech­nie nazy­wano Volks­po­li­zei, chwy­ciła Esterę za ramię. – Ona ma jakiś pro­blem, na pewno.

Oli­via weszła za matką do cia­snego pomiesz­cze­nia i o mało nie krzyk­nęła z prze­ra­że­nia. Więź­niarka była chuda, z pew­no­ścią nie­wiele star­sza od sie­dem­na­sto­let­niej Oli­vii, wyglą­dała jak cień kobiety z ogrom­nym brzu­chem i krótko ostrzy­żo­nymi, zdu­mie­wa­jąco zie­lo­nymi wło­sami. Wiła się z bólu, szar­pała kaj­dan­kami, któ­rymi była przy­kuta do rury, jakby chciała wspiąć się na nagą ścianę.

– Zde­cy­do­wa­nie ma pro­blem – zgo­dziła się Estera, pod­cho­dząc ener­gicz­nym kro­kiem. – Ta bie­daczka musi mieć swo­bodę ruchów.

– Wyklu­czone – odparła vopo. – Nie wolno jej roz­kuć. Może być nie­bez­pieczna.

– A czy na taką wygląda?

– No… nie…

Vopo zer­k­nęła na drzwi, ale ofi­cera już tam nie było. Gdy minął skurcz i rodząca osu­nęła się po ścia­nie na pod­łogę, usły­szały odda­la­jący się kory­ta­rzem stu­kot jego ele­ganc­kich butów.

– Wygląda pani na kom­pe­tentną kobietę – stwier­dziła rze­czowo Estera – a moja córka ma krzepę. Pora­dzimy sobie.

Vopo prze­nio­sła wzrok z Oli­vii na więź­niarkę.

– No dobrze, ale jeśli zrobi się z tego pro­blem, to na pani odpo­wie­dzial­ność.

– Oczy­wi­ście.

Vopo roz­kuła kaj­danki, młoda kobieta upa­dła na zie­mię. Estera do niej pode­szła, dając Oli­vii znak, by pomo­gła zapro­wa­dzić rodzącą na pry­mi­tywną pry­czę.

Nagle kobieta otwo­rzyła oczy i sko­ło­wana zapy­tała:

– Czy ja umar­łam?

Estera się do niej uśmiech­nęła.

– Wprost prze­ciw­nie, moja droga, wkrótce uro­dzisz dziecko. Jak ci na imię?

– Clau­dia.

– No, Clau­dio, chwilkę odpocz­nijmy, a potem… Och, zdaje się, że mamy kolejny skurcz. – Clau­dia skrę­cała się z bólu, ale Estera mocno ją przy­trzy­mała i zaj­rzała głę­boko w jej prze­ra­żone oczy. – Oddy­chaj, Clau­dio, o, w ten spo­sób: wdech przez nos, wydech przez usta. Dobrze. Zsyn­chro­ni­zuj oddech z bólem, moja droga. Twoje ciało otwiera się, żeby uwol­nić dziecko. Oddy­chaj, o, wła­śnie tak, dosko­nale.

Oli­via się odsu­nęła, sta­ra­jąc się powstrzy­mać głu­pie łzy, gdy widziała, jak matka działa cuda, bo Clau­dia po kolej­nym skur­czu roz­luź­niła się na pry­czy.

– Wspa­niale – rzu­ciła lek­kim tonem Estera. – Zobaczmy, na jakim jeste­śmy eta­pie, dobrze? Och, zna­ko­mi­cie, Clau­dio, już bar­dzo bli­sko. Dla­tego tak boli; dzi­dziuś szy­kuje się do wyj­ścia. Jeśli mnie posłu­chasz, wkrótce będzie po wszyst­kim i maleń­stwo znaj­dzie się w two­ich ramio­nach.

Clau­dia zdo­była się na blady uśmiech.

– Szkoda, że nie ma tu Franka.

– To twój mąż?

Ski­nęła głową.

– Miał być przy mnie. Wiem, że to nie­kon­wen­cjo­nalne, ale sam tego chciał, powie­dział, że prze­cież powi­nien mnie wspie­rać, że to… – Urwała ze szlo­chem, po chwili kolejny skurcz wstrzą­snął jej chu­dym cia­łem i nie była w sta­nie mówić, sku­piła się na oddy­cha­niu.

Oli­via zer­k­nęła na vopo, która wyco­fała się do drzwi, a potem znów na Clau­dię.

– Jak tu tra­fi­łaś? – zapy­tała szep­tem.

Clau­dia sła­bym gestem wska­zała włosy, pocią­ga­jąc za zie­lone koń­cówki.

– Jestem wichrzy­cielką.

Oli­vię zatkało. Nie­ustan­nie prze­strze­gano ich przed zgub­nymi skut­kami buntu prze­ciwko opie­kuń­czemu pań­stwu, ale ni­gdy nie spo­tkała kogoś, kto rze­czy­wi­ście się bun­to­wał.

– Serio?

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

– Na to wygląda. Zafar­bo­wa­łam się dla zabawy. Moje ciu­chy wyglą­dały jak szmaty, pomy­śla­łam więc…

Oli­via zmarsz­czyła czoło.

– Musia­łaś też coś zbroić. Prze­cież…

– Oli­vio! – napo­mniała ostro Estera. – To nie jest odpo­wiedni moment na poli­tyczne dys­ku­sje.

Drgnęła.

– Tak, mamo. Prze­pra­szam. – Pochy­liła się bli­żej. – Ale tu jest okrop­nie, dla­tego…

– Tu nie jest okrop­nie.

Ostry jak brzy­twa ton natych­miast przy­wo­łał ją do porządku. Matka była taka spo­kojna, fachowa i czuła, że Oli­via cza­sem zapo­mi­nała, przez co prze­szła.

– Prze­pra­szam – powtó­rzyła.

Estera lekko pokrę­ciła głową, jakby odci­nała się od prze­szło­ści, i uśmiech­nęła się do córki.

– Nie ma za co prze­pra­szać, kochana. A teraz, pro­szę, przy­nieś wodę. I ręcz­nik. Jest już główka!

Oli­via, zado­wo­lona, że może uciec, pobie­gła po potrzebne rze­czy, a następ­nie usta­wiła się przy gło­wie Clau­dii. Dzieci są cudow­nym darem, wie­działa o tym. Obo­wiąz­kiem każ­dej kobiety jest mieć ich jak naj­wię­cej, by zastą­piły pole­głych na woj­nie, i kiedy nadej­dzie czas, ona też wypełni swoją powin­ność. Nie była tylko pewna, czy chce wie­dzieć o tym aż tyle z takim wyprze­dze­niem.

Clau­dia wcze­piła się pal­cami w zie­lone włosy i wrzesz­czała, jakby ją roz­ry­wano, a Estera spo­koj­nie maso­wała jej lędź­wie i zapew­niała, że dosko­nale sobie radzi.

– Jest! Clau­dio, dziecko jest tuż-tuż. Jesz­cze tylko jedno par­cie.

I nagle wraz z rykiem Clau­dii w celi poja­wiło się nowe życie.

– Chło­piec – oznaj­miła Estera, gdy roz­legł się dono­śny krzyk. – Uro­dzi­łaś chłopca, Clau­dio. Masz syna.

Pew­nie trzy­mała bobasa w rękach. Oli­via nie­śmiało pode­szła bli­żej. Był taki duży. Jak Clau­dia tego doko­nała? Estera wycią­gnęła do córki ramiona z maleń­stwem.

– Ja…? – Rzu­ciła okiem na vopo, ale kobieta stała przy drzwiach i roz­ma­wiała przez kratę w okienku.

– Pro­szę cię – pona­gliła Estera. – Muszę prze­ciąć pępo­winę.

Wło­żyła nowo­rodka w ramiona Oli­vii. Był tro­chę śli­ski, ale skórę miał mię­ciutką, a kiedy zaczął wierz­gać nóż­kami, dziew­czyna poczuła, jak prze­peł­nia ją podziw.

– Jest śliczny.

– Prawda? – Estera prze­cięła pul­su­jącą pępo­winę i ski­nęła głową. – Możesz go teraz podać jego Mutti.

Clau­dia pod­no­siła się do pozy­cji sie­dzą­cej, bóle wyraź­nie mijały. Przy­gar­nęła synka i obsy­pała go poca­łun­kami.

– Mój chłop­czyk. Mój susse chłop­czyk.

Dziecko stu­liło usta, a gdy Clau­dia roz­pięła bluzkę, łako­mie przy­ssało się do piersi. Naj­pierw się skrzy­wiła, lecz zaraz umo­ściła się wygod­niej, piesz­cząc pal­cami puszek na maleń­kiej główce. Chłop­czyk zakwi­lił z zado­wo­le­nia, zła­pał matkę za palec i odru­chowo zaci­snął na nim paluszki.

Oli­via wyco­fała się w kąt cia­snej celi, chcąc zapew­nić Clau­dii i dziecku odro­binę pry­wat­no­ści, ale nie mogła ode­rwać od nich oczu.

– U cie­bie wyglą­dało to tak samo? – szep­nęła do matki zaję­tej spraw­dza­niem łoży­ska. Estera zady­go­tała, Oli­via popa­trzyła na nią zasko­czona. – To zna­czy z chłop­cami, z Mor­dym i Benem.

– A, rozu­miem. Tak. Oczy­wi­ście. Te pierw­sze chwile z dziec­kiem są nie­zwy­kle cenne.

Wyglą­dała na wytrą­coną z rów­no­wagi. Oli­via przy­glą­dała się jej z zacie­ka­wie­niem, ale Estera umknęła wzro­kiem i ponow­nie pode­szła do pry­czy.

– Dobrze się spi­sa­łaś, Clau­dio.

Młoda matka ode­rwała wzrok od synka.

– Dzię­kuję. Bar­dzo pani dzię­kuję. Bez pani nie dała­bym rady.

– Skądże! Dziecko wie­działo, co robić, prawda?

Z uśmie­chem ski­nęła głową.

– Dam mu na imię…

Prze­rwało jej trza­śnię­cie drzwiami. Wszyst­kie jak jeden mąż spoj­rzały w tamtą stronę. Ofi­cer Stasi wkro­czył do celi.

– Chło­piec – skon­sta­to­wał ze wzro­kiem utkwio­nym w nie­mow­lę­ciu. – Dosko­nale. – Wyrwał go z ramion Clau­dii tak szybko i zde­cy­do­wa­nie, że nie zdą­żyła zare­ago­wać. – Dopil­nuję, aby tra­fił do dobrego domu.

– Co? – wykrztu­siła młoda matka. Męż­czy­zna zmie­rzał już do wyj­ścia. Zerwała się z łóżka, nie zwa­ża­jąc na krew spły­wa­jącą po chu­dych nogach, i ucze­piła się jego ramie­nia. – Co to zna­czy? Co pan robi? To moje dziecko!

– Już nie – padła chłodna odpo­wiedź. Oli­via ze zgrozą patrzyła na ofi­cera i nowo­rodka przy­po­mi­na­ją­cego wier­cący się różowy tobo­łek na czar­nym tle płasz­cza. – Jesteś ele­men­tem wywro­to­wym, zagro­że­niem dla pań­stwa – cią­gnął. – Komuś takiemu nie możemy powie­rzyć wycho­wa­nia dziecka. Trafi do porząd­nego, socja­li­stycz­nego domu.

– Nie jestem wywro­tow­cem, przy­się­gam – szlo­chała Clau­dia, osu­nąw­szy się na kolana. – Zafar­bo­wa­łam włosy dla zabawy. To nic nie zna­czy. Należę do FDJ, zło­ży­łam przy­sięgę. Dobrze go wycho­wam, obie­cuję.

– Nie­stety, nie możemy ci zaufać. – Ofi­cer wzru­szył ramio­nami, jakby odbie­rał jej tabliczkę cze­ko­lady, a nie życie, które z taki tru­dem wydała na świat.

– Pro­szę – pła­kała Clau­dia.

Lecz on odwró­cił się do drzwi, igno­ru­jąc jej cier­pie­nie.

I wtedy wkro­czyła Estera.

– Nie – powie­działa. Wszy­scy zamarli. Choć była drobną kobietą, jej głos wypeł­nił całą celę. – Nie może pan tego zro­bić. Nie może pan ode­brać matce dziecka.

– Nie? – Zmru­żył oczy.

– To okru­cień­stwo, repre­sje. Czyli to, prze­ciwko czemu wal­czy­li­śmy.

– Jak pani śnie?! – wark­nął.

Estera nie prze­jęła się groźbą w jego gło­sie, całe jej ciało dygo­tało z emo­cji.

– Już to kie­dyś widzia­łam. Widzia­łam, jak wyry­wano nie­mow­lęta z mat­czy­nych ramion. Widzia­łam, jakie to sieje spu­sto­sze­nie, jak wielki spra­wia ból. Nazi­ści odbie­rali mat­kom dzieci. Sądzi­łam, że jeste­śmy od nich lepsi. Sądzi­łam, że socja­lizm polega na wspól­nym budo­wa­niu przy­szło­ści. Sądzi­łam, że ceni rodzinę, spo­łe­czeń­stwo, wspólne war­to­ści.

– Ow­szem, a ta kobieta, ta wichrzy­cielka, nie podziela naszych war­to­ści.

– Ale jest matką tego chłopca. To dziecko wyszło z jej ciała.

– Które sta­nowi narzę­dzie w rękach pań­stwa. Nie zamie­rzamy być okrutni. Zapew­nimy chłopcu bez­pie­czeń­stwo i opiekę.

– Ale nie jej opiekę.

– Ponie­waż nie jest tego warta.

– Prze­cież…

– Sio­stro! Wyko­nała sio­stra swoje zada­nie, teraz kolej na mnie. Jeśli ta kobieta dowie­dzie swo­jej lojal­no­ści, może uro­dzić kolejne dziecko.

– To nie to samo! – wyrwało się z ust prze­peł­nio­nej bólem Estery.

Ofi­cer się wzdry­gnął.

– Może pani też jest wichrzy­cielką, sio­stro Paster­nak?

– Nie! – Tym razem ode­zwała się Oli­via. – Moja matka jest lojalna, dobra i uczciwa.

– I niech tak pozo­sta­nie, w prze­ciw­nym razie będzie­cie miały kolejną oka­zję do oglą­da­nia tego budynku od środka.

Z tymi słowy wyszedł, zabie­ra­jąc ze sobą bez­i­mienne dziecko. Estera osu­nęła się razem z Clau­dią na pod­łogę i razem zapła­kały.

Fur­go­netka wyrzu­ciła je przy Alte Laden­strasse, gdy pierw­sze smugi świa­tła padały uko­śnie na Sta­lin­stadt. Oli­via wygra­mo­liła się z pojazdu i ni­gdy dotąd nie poczuła tak wiel­kiej ulgi na widok domu. Ofi­cer szorstko podzię­ko­wał i bły­ska­wicz­nie odje­chał.

– Przy­kro mi, że musia­łaś to oglą­dać, Liv. Ale jestem ci bar­dzo wdzięczna za pomoc.

– A ja się cie­szę, że nie musia­łaś jechać tam sama, Mutti.

Estera gorzko się zaśmiała.

– Widzia­łam gor­sze miej­sca, skar­bie, o wiele, wiele gor­sze.

Matka zawsze scho­dziła na ten temat. Oli­via wie­działa dla­czego: kiedy Estera była w jej wieku, została posłana „w tamto miej­sce”. Pobyt tam ukształ­to­wał ją na resztę życia, tej jed­nak nocy ujaw­niło się coś nowego, jakaś stud­nia bólu jesz­cze głęb­sza niż ta znana do tej pory.

Estera smutno się uśmiech­nęła.

– Zdaje się, że nad­szedł czas.

Oli­vii serce pod­sko­czyło do gar­dła.

– Czas na co, Mutti?

– Czas na prawdę, całą prawdę. – Wzięła dziew­czynę za rękę i pocią­gnęła na ławkę przed pomni­kiem. – Mia­łam zamiar zacze­kać z tym do czasu two­ich osiem­na­stych uro­dzin, kind­chen, ale wygląda na to, że Bóg ma inne plany. – Głę­boko wes­tchnęła. – Wiesz, że uro­dzi­łaś się w „tam­tym miej­scu”? Wiesz, że twoja matka umarła, że cię zabrano i że odna­leź­li­śmy cię w sie­ro­cińcu i przy­wieź­li­śmy do nas do domu?

Oli­via ski­nęła głową. Z adop­cji nie robiono żad­nej tajem­nicy i chciała teraz powie­dzieć Este­rze, jak bar­dzo jest wdzięczna, jak bar­dzo się cie­szy, że przy­gar­nęli ją do rodziny, ale słowa uwię­zły w gar­dle, ponie­waż po raz pierw­szy zro­zu­miała, że nie zna całej histo­rii.

Estera gło­śno prze­łknęła ślinę.

– Było jesz­cze jedno dziecko, zabrano je tak samo jak cie­bie, tylko że matka tam­tej dziew­czynki żyła. Matką… tą matką byłam ja.

Oli­via poczuła, jak Estera zaci­ska palce wokół jej dłoni, podob­nie jak tam­ten chłop­czyk kur­czowo ści­skał palec Clau­dii przez te krót­kie chwile, kiedy pozwo­lono im być razem.

– Masz sio­strę, Oli­vio – cią­gnęła matka łamią­cym się gło­sem. – Nie udało się nam jej odna­leźć, ale ona gdzieś jest, módlmy się, by tak było.

Oli­via utkwiła wzrok w Este­rze; rzadko widy­wała u niej roz­pacz, ale teraz była ona widoczna jak na dłoni.

– Masz córkę?

– Drugą córkę – spro­sto­wała łagod­nie. – I tak, ode­brano mi ją w Auschwitz-Bir­ke­nau, kiedy miała zale­d­wie kilka dni.

– I ni­gdy jej nie odna­leź­li­ście?

– Ni­gdy.

Estera spu­ściła wzrok, ner­wowo sku­biąc wyima­gi­no­waną nitkę wysta­jącą z nie­ska­zi­tel­nego stroju aku­szerki.

– Na­dal szu­ka­cie?

Przez dłuż­szą chwilę Estera nie odry­wała oczu od dłoni, a potem nagle spoj­rzała córce pro­sto w twarz.

– Prze­sta­li­śmy.

– Prze­sta­li­ście szu­kać wła­snego dziecka? – W oczach matki poja­wił się taki żal, że Oli­vii natych­miast zro­biło się przy­kro. – To zna­czy na pewno mie­li­ście swoje powody. Nie wąt­pię…

– Prze­sta­li­śmy – prze­rwała Estera. – Mie­li­śmy powody. A w zasa­dzie jeden główny powód. Czy postą­pi­li­śmy słusz­nie? Nie wiem. To była naj­trud­niej­sza decy­zja w moim życiu. Kwe­stio­nuję ją każ­dego dnia, dzień w dzień. W każ­dym razie zaprze­sta­li­śmy.

Oli­via otwo­rzyła usta, chciała zapy­tać o powód, ale coś w prze­peł­nio­nym bólem spoj­rze­niu matki odwio­dło ją od tego zamiaru.

– Jutro – obie­cała Estera. – Jutro opo­wiem ci wię­cej. A teraz spró­bujmy cho­ciaż tro­chę się prze­spać.

Przy­tak­nęła i dała się zapro­wa­dzić do domu, lecz przy­jemne miesz­ka­nie znie­nacka stało się mniej przy­tulne, łóżko nie tak bez­pieczne jak dotych­czas. Leżała, patrząc, jak słońce wscho­dzi nad świa­tem, po któ­rym gdzieś stą­pała pra­wo­wita córka jej kocha­nych rodzi­ców.

Rozdział 2

CAFE ADLER, BER­LIN ZACHODNI PIĄ­TEK, 19 MAJA 1961

KIRSTEN

– Mogę zapro­po­no­wać pączka? Mamy naj­lep­sze w Ber­li­nie.

Kir­sten posłała mło­demu męż­czyź­nie swój naj­pięk­niej­szy uśmiech. Spoj­rzał na witrynę ze sło­dy­czami, wyraź­nie sku­szony dwoma pozo­sta­łymi na pate­rze pącz­kami.

– Dru­giego mogę sprze­dać za połowę ceny, jeśli kupisz oba.

– Wtedy będę musiał zjeść dwa – odparł, uno­sząc brew.

Był uro­czy. Może nie do końca w jej typie – tro­chę za szczu­pły i za poważny – ale zde­cy­do­wa­nie uro­czy.

– Nie masz kogo poczę­sto­wać? – spy­tała, zer­ka­jąc spod blond grzywki i mając nadzieję, że loki, które ukła­dała rano całe wieki, na­dal się trzy­mają.

– Nikogo na tyle wyjąt­ko­wego, by był wart naj­lep­szych pącz­ków w całym Ber­li­nie.

Zachi­cho­tała.

– W takim razie będziesz musiał zjeść je sam.

– Albo poczę­sto­wać cie­bie.

Na moment sta­nęło jej serce. Musiał mieć dwa­dzie­ścia kilka lat, przy­szedł w towa­rzy­stwie grupki świet­nie wyglą­da­ją­cych osób z poli­tech­niki.

– Nie wolno mi jeść pod­czas pracy – odparła, wydy­ma­jąc usta z leciutką kokie­te­rią.

– Mogę zacho­wać je na póź­niej.

– No cóż…

– Prze­suń się, Kir­sty – rzu­ciła wesoło Sasha, druga kel­nerka, prze­ci­ska­jąc się obok niej. – Ktoś tu musi pra­co­wać.

Po czym zdjęła z patery oba pączki. Kir­sten mogła jedy­nie bez­rad­nie patrzeć, jak kole­żanka podaje je star­szej kobie­cie z dwoj­giem maru­dzą­cych dzieci ucze­pio­nych jej spód­nicy.

Uro­czy chło­pak osten­ta­cyj­nie wes­tchnął.

– A więc oszczę­dzono nam obojgu pokusy – skon­sta­to­wał.

– Nie była­bym taka pewna – pal­nęła.

Roze­śmiał się, ona zaś zro­biła się czer­wona jak burak. Ależ z niej idiotka! Chło­pak pochy­lił się nad kon­tu­arem i powie­dział:

– I może słusz­nie. Mam na imię Die­ter. Die­ter Wohl­fahrt.

– Kir­sten – wydu­kała.

– Wiem.

– Skąd?

Wska­zał na pla­kietkę z imie­niem, więc jesz­cze bar­dziej spie­kła raka. Weź­mie ją za jakąś naiwną uczen­nicę… i będzie miał rację.

– Kir­sten Meyer – dodała pospiesz­nie. – Popro­szę jedną markę.

– Dzię­kuję. Pączki zosta­wimy sobie na następny raz. – Poło­żył monetę na kon­tu­arze, wziął kawę i odwró­cił się w stronę przy­ja­ciół, ale zanim odszedł, obej­rzał się i rzu­cił: – A tak na mar­gi­ne­sie, podoba mi się twoja sukienka. Jest taka… zupeł­nie inna.

Nim zdą­żyła wymy­ślić odpo­wiedź, wró­cił do hała­śli­wych zna­jo­mych przy oknie. Jakaś dziew­czyna demon­stra­cyj­nie zro­biła mu miej­sce na ławce we wnęce okien­nej, a on wci­snął się obok niej. Kir­sten cmok­nęła, zła na sie­bie. Dla­czego przy­stojny, bły­sko­tliwy stu­dent Die­ter miałby mar­no­wać czas na sie­dem­na­sto­let­nią kel­nerkę szy­jącą sobie wła­sno­ręcz­nie sukienki? Po pro­stu był dla niej uprzejmy.

Siląc się na naj­pięk­niej­szy uśmiech, zaczęła obsłu­gi­wać następ­nego klienta i sta­rała się nie zer­kać zbyt czę­sto na sto­lik pod oknem, choć przy­cho­dziło jej to z tru­dem. Dziew­czyna sie­dząca obok Die­tera była bar­dzo ładna, miała lśniące kasz­ta­nowe włosy i modne ciu­chy. Kir­sten obser­wo­wała ją z zazdro­ścią, podzi­wia­jąc Levisy ide­al­nie leżące na kształt­nej syl­wetce. Wiele by dała za takie dżinsy, ale to marze­nie ścię­tej głowy, nie mogła sobie na nie pozwo­lić.

Spodo­bała mu się sukienka, przy­po­mniała sobie, spo­glą­da­jąc na mate­riał w czer­woną kratkę i tra­pe­zowy krój, nad któ­rym ślę­czała godzi­nami, kopiu­jąc go ze zdjęć w maga­zy­nie „Twen”. Była zado­wo­lona z efektu, ale zda­wała sobie sprawę, że kiecka nie ma skle­po­wego sznytu ani pre­stiżu takiej marki jak Levi’s.

Bieda jest do bani, pomy­ślała z roz­draż­nie­niem, lecz zaraz się zre­flek­to­wała. Matka ciężko pra­co­wała, by niczego im z bra­tem nie bra­ko­wało, a chcieć wię­cej to pod­łość. Kie­dyś byli zamożni i gdyby ów stan trwał, żyłoby się o wiele łatwiej. Miała zdję­cie z wcze­snego dzie­ciń­stwa, jak stoi z rodzi­cami na progu oka­za­łego domu w dziel­nicy Char­lot­ten­burg, ale to było w cza­sie wojny. Póź­niej ojciec znik­nął, a wraz z nim dom.

Tak wiele dzieci w szkole stra­ciło ojców na woj­nie, że Kir­sten ni­gdy nie odczu­wała jego braku, czuła się nato­miast poszko­do­wana z powodu utraty domu. Odzie­dzi­czyli przy­tulne miesz­ka­nie po dziad­kach przy Ber­nau­er­strasse, po dru­giej stro­nie ulicy od owdo­wia­łej Tante Gret­chen, powinna się więc cie­szyć, ale trudno było się nie zasta­na­wiać, jakim cudem Gret­chen zacho­wała swoje miesz­ka­nie, dużo więk­sze i ele­gant­sze niż to, które zaj­mo­wali oni. Mężo­wie obu sióstr wal­czyli za Niemcy, tylko że jeden naj­wy­raź­niej się wyróż­niał, a drugi…

Jeśli w ogóle zdo­by­wała się na odwagę, by zapy­tać, co się stało z ojcem, Lotti wybu­chała zło­ścią, mówiąc, że Jan jest „dla niej mar­twy”, nie chciała o nim mówić. Ni­gdy nie powie­działa wprost, że nie żyje, lecz dla Kir­sten spro­wa­dzało się to do tego samego. Jej brat Uli stwier­dził, że musiał być faszy­stą i stra­cił cały mają­tek za „wyzna­wa­nie nie­na­wist­nych ide­olo­gii”, co w sumie ukła­dało się w logiczną całość, Kir­sten nie miała jed­nak ochoty zanadto się w to zagłę­biać.

– Ruszaj się, Kir­sten, klienci cze­kają!

Pod­sko­czyła.

– Prze­pra­szam, Frau Mun­ster.

Sze­fowa była sym­pa­tyczną kobietą, ale surową, lepiej jej nie dener­wo­wać. Trzeba sku­pić się na pracy.

Przez resztę zmiany Kir­sten z pro­mien­nym uśmie­chem, któ­rego od niej ocze­ki­wano, parzyła kawę, poda­wała ciastka i sprzą­tała ze sto­li­ków naczy­nia. Wie­czór się roz­krę­cał, grupka stu­den­tów prze­rzu­ciła się z kawy na sznaps i coraz gło­śniej doka­zy­wała. Kir­sten mogłaby przy­siąc, że Die­ter na nią zer­kał, a kiedy pode­szła do ich sto­lika, by zebrać brudne kie­liszki, rzu­cił się na pomoc.

– Przy następ­nej kolejce powin­naś do nas dołą­czyć – zasu­ge­ro­wał.

Ni­gdy by się nie zdo­była na taką odwagę, poza tym z szafy gra­ją­cej popły­nęła pio­senka Mar­leny Die­trich i dziew­czyna o błysz­czą­cych wło­sach wstała i zaczęła śpie­wać. Kir­sten pośpiesz­nie się wyco­fała.

Dziew­czyna miała zmy­słowy, aksa­mitny głos. Gdy skoń­czyła śpie­wać, cała kawiar­nia kla­skała, stu­denci pokrzy­ki­wali: „Brawo, Astrid”. Sasha prze­wró­ciła oczami i skwi­to­wała: „Oczy­wi­ście ta prze­klęta dziew­czyna potrafi w dodatku śpie­wać”. Choć Kir­sten tro­chę popra­wił się humor, była zado­wo­lona, gdy wska­zówki zegara zbli­żyły się do godziny zamknię­cia lokalu i mogła zacząć wycie­rać stoły. Prze­su­wała się w stronę sto­lika Die­tera i jego przy­ja­ciół, gdy nagle do kawiarni wszedł jej młod­szy brat Uli i w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie potknął się o wła­sne tycz­ko­wate pięt­na­sto­let­nie nogi aku­rat przed grupką stu­den­tów.

Ryk­nęli śmie­chem, Uli pozbie­rał się z pod­łogi, pur­pu­rowy na twa­rzy.

– Cześć, Kir­sten – powie­dział o wiele za gło­śno. – Mutti mnie po cie­bie przy­słała.

Kir­sten o mało nie umarła. Zaswę­działa ją bli­zna pod pachą, oparła się jed­nak potrze­bie podra­pa­nia się. Była to pamiątka po opa­rze­niu gorącą patel­nią we wcze­snym dzie­ciń­stwie i zawsze tak jakby się zaogniała, gdy Kir­sten robiło się gorąco. Jesz­cze tylko bra­kuje, żeby zaczęła dra­pać się jak małpa.

– Uwa­żaj, Kir­sten – zawo­łała Astrid. – Bo zaraz sama roz­ło­żysz się tu jak długa.

– Lepiej, żeby leżała na ple­cach – rzu­cił któ­ryś z mło­dych męż­czyzn.

– Cicho bądź, Jen­sen! – wark­nął Die­ter, za co Kir­sten powinna być mu wdzięczna, ale z powodu ogrom­nego zaże­no­wa­nia w ogóle nie zwró­ciła na to uwagi. Nie mogliby już sobie stąd pójść?

Ode­tchnęła z ulgą, gdy Frau Mun­ster skrzy­żo­wała ramiona i suro­wym tonem oznaj­miła, że zamyka kawiar­nię. Gru­powo opu­ścili lokal, śmie­jąc się i zasta­na­wia­jąc, gdzie by tu pójść potań­czyć, a Kir­sten po raz kolejny sta­rała się stłu­mić w sobie żal, że jej jedy­nym part­ne­rem do tańca jest cuch­nąca stara szmata na kiju.

– Prze­pra­szam, że naro­bi­łem ci obcia­chu – powie­dział Uli, gdy szli do sta­cji U-Bahnu.

– Nie ma sprawy. To tylko głupi stu­denci.

Brat zaofe­ro­wał jej ramię niczym doro­sły męż­czy­zna, a Kir­sten po chwili waha­nia je przy­jęła. Był piąt­kowy wie­czór, cen­trum Ber­lina tęt­niło życiem, ludzie wybie­rali się do restau­ra­cji, kina albo, tak jak Astrid i Die­ter, zmie­rzali do któ­rejś z licz­nych sal tanecz­nych, wyra­sta­ją­cych jak grzyby po desz­czu w mie­ście leczą­cym rany po nie­szczę­ściach wojny. W wielu miej­scach na­dal były dziury po zbom­bar­do­wa­nych budyn­kach, na tych oca­la­łych wid­niały ślady po poci­skach, ale cały czas wzno­szono nowe, a boomowi gospo­dar­czemu towa­rzy­szyła chęć korzy­sta­nia z życia.

Kir­sten rozej­rzała się wokół, z przy­jem­no­ścią patrząc na bawiące się mia­sto. Ber­lin był miej­scem sprzecz­no­ści, podzie­lo­nym poli­tycz­nie na dwie czę­ści, lecz funk­cjo­nu­ją­cym jako całość. Gdy po woj­nie Niemcy zostały podzie­lone pod kon­trolą zwy­cięz­ców, Rosja­nie zajęli wschod­nią część kraju, Bry­tyj­czycy, Ame­ry­ka­nie i Fran­cuzi zachod­nią. Zapa­dła żela­zna kur­tyna, linia dru­tów kol­cza­stych patro­lo­wana przez war­tow­ni­ków pil­nu­ją­cych, by nikt się przez nią nie prze­do­stał. Rosja­nie powoli i pod­stęp­nie przej­mo­wali kon­trolę nad wszyst­kimi pań­stwami bloku wschod­niego, włą­cza­jąc w to Nie­miecką Repu­blikę Demo­kra­tyczną.

Jedy­nym wyjąt­kiem było to wspa­niałe mia­sto, Ber­lin. Sto­licę Hitlera uznano za spe­cjalny przy­pa­dek i choć leżała głę­boko w Niem­czech Wschod­nich, ją także podzie­lono na dwie czę­ści. Ber­lin Zachodni łączyły z Europą Zachod­nią wyty­czone linie kole­jowe oraz sieć dróg, Ber­lin Wschodni oddzie­lała od Zachod­niego jedy­nie nomi­nalna gra­nica prze­bie­ga­jąca wzdłuż daw­nych podzia­łów admi­ni­stra­cyj­nych. Na przy­kład ulica Kir­sten, Ber­nau­er­strasse, leżała na gra­nicy dwóch dziel­nic mia­sta. Miesz­kańcy jed­nej strony znaj­do­wali się w stre­fie alian­tów, ci po prze­ciw­nej, z Tante Gret­chen włącz­nie – w sowiec­kiej, ale nikt spe­cjal­nie się tym nie przej­mo­wał.

W rezul­ta­cie ci, któ­rym nie podo­bało się życie na Wscho­dzie, mogli poje­chać do Ber­lina, swo­bod­nie prze­miesz­czać się po mie­ście i zła­pać pociąg do wol­no­ści. Wła­dze pró­bo­wały ukró­cić ten pro­ce­der, zatrzy­my­wać każ­dego z podej­rza­nie dużym baga­żem i odsy­łać z powro­tem, ale bez solid­nej gra­nicy nie mogły wię­cej wskó­rać, a chyba nikt nie będzie na tyle sza­lony, żeby budo­wać ją przez śro­dek mia­sta? Ber­liń­czycy żyli zatem po swo­jemu, krą­żyli pomię­dzy stre­fami, wybie­ra­jąc roz­świe­tlone rock-and-rol­lowe bary Zachodu albo zady­mione, bar­dziej sier­miężne na Wscho­dzie, wedle upodo­ba­nia. Wyda­wało się, że tego cie­płego majo­wego wie­czoru całe mia­sto wyle­gło na ulice.

– Może wysko­czymy gdzieś na Coca-Colę, Uli? – zasu­ge­ro­wała Kir­sten pod wpły­wem nagłego impulsu.

Chło­pak wyglą­dał na zasko­czo­nego.

– A Mutti nie będzie się mar­twić?

Kir­sten wes­tchnęła.

– Pew­nie będzie. No dobrze, chodźmy. Zna­czy do domu.

Skrę­ciła na schody do sta­cji U-Bahnu i muzyka oraz gwar ulicy natych­miast przy­ci­chły.

– Ale mogli­by­śmy wysko­czyć, skoro masz ochotę – rzekł Uli. – Nie mam nic prze­ciw.

– W porządku, Uli. Zresztą i tak padam z nóg.

Spoj­rzał na nią z tro­ską. Kir­sten czule ści­snęła mu ramię. Brat nie­ustan­nie się zamar­twiał, sta­no­wił jej prze­ci­wień­stwo pod tak wie­loma wzglę­dami. Ona była typową blon­dynką o nie­bie­skich oczach, on miał ciem­no­brą­zowe włosy i oczy w kolo­rze kory dębu. Był też od niej szczu­plej­szy, zwłasz­cza od czasu skoku pokwi­ta­nio­wego, przy­pusz­czała, że za rok czy dwa wyprzy­stoj­nieje, ale na razie przy­po­mi­nał nie­zgrabną tyczkę. Za to bar­dzo kochaną.

– Jakim chcesz być dzi­siaj zwie­rzę­ciem? – zapy­tała, gdy na sta­cję wje­chał pociąg metra.

Z wdzięcz­no­ścią wyszcze­rzył zęby. Wymy­ślili tę zabawę w dzie­ciń­stwie, matka regu­lar­nie zabie­rała ich wtedy do ber­liń­skiego zoo. Było ich ulu­bio­nym miej­scem w całym mie­ście, godzi­nami bie­gali przed klat­kami małp albo przy­ci­skali nosy do szyby pięk­nego pawi­lonu dla hipo­po­ta­mów. Zain­spi­ro­wani zacho­wa­niem zwie­rząt bawili się w „jakim chcesz być zwie­rza­kiem”, uda­jąc żyrafę, gdy utknęli pośród tłumu, hipo­po­tama, spę­dza­jąc dzień nad jed­nym z licz­nych ber­liń­skich jezior, a na placu zabaw małpę. Raz pod­czas nie­dziel­nego obiadu Uli chwy­cił z tale­rza resztkę kur­czaka i oznaj­mił, że chce być sępem, ale Lotti wyrwała mu mięso, mówiąc, że „w Niem­czech mają dość sępów i żeby sobie daro­wał”, więc już ni­gdy wię­cej tego nie zro­bił.

– Chciał­bym być gorzy­kiem.

– Pta­kiem? Dla­czego?

– Bo one pięk­nie tań­czą i mógł­bym zapro­sić cię na par­kiet.

Roze­śmiała się.

– Możemy zatań­czyć w domu.

– Tak! – oży­wił się Uli. – Może Mutti wyj­mie gra­mo­fon i puścimy jakąś starą płytę dziadka.

– Świetny plan.

Obda­rzyła brata kolej­nym uśmie­chem, pró­bu­jąc nie wyobra­żać sobie, jak Die­ter z Astrid oraz resztą przy­ja­ciół tań­czą do naj­now­szych prze­bo­jów w Wanne albo Eden Saloon.

– A ty kim będziesz?

– Słu­cham?

– No jakim zwie­rzę­ciem, ty ciemna maso?

– A, jasne. Ekhm… lwem mor­skim, bo mogła­bym pobie­rać opłaty od ludzi, któ­rzy przy­cho­dzi­liby oglą­dać moje popisy.

Uli zmru­żył oczy.

– Po co?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Dla pie­nię­dzy. Nie chciał­byś być bogaty, Uli?

– Pew­nie bym chciał.

– Kie­dyś byli­śmy zamożni. Wiesz, pod­czas wojny.

– No dobra, zga­dza się, ale to było nazi­stow­skie bogac­two zdo­byte na cier­pie­niu innych.

– Ciii! – Zawsty­dzona przy­sło­niła mu usta.

– Nie zna­czy, że my jeste­śmy tacy sami – wymam­ro­tał zza jej dłoni.

– Wiem! Mimo wszystko… chyba nie chcesz o tym trą­bić na lewo i prawo, co? Jeśli to w ogóle prawda.

– Jasne, że prawda – syk­nął. – Widzia­łaś mun­dur Vati na zdję­ciu.

– Tak, ale wtedy wszy­scy nosili mun­dury. Trwała wojna.

– Nie z tru­pią czaszką.

– Z czym?

– Przyj­rzyj się jego czapce, kiedy wró­cimy do domu. Jest na niej tru­pia czaszka i skrzy­żo­wane pisz­czele. Sym­bol SS.

– Tak?

– Czy ty naprawdę nie masz o niczym poję­cia?

Zmarsz­czyła nos.

– Nie chcę o tym wie­dzieć. Było, minęło i powin­ni­śmy o tym zapo­mnieć. Dzi­siej­sze Niemcy to prze­mysł, sport i… i…

– Ogrody zoo­lo­giczne?

Sta­rał się ją roz­ba­wić, zda­wała sobie z tego sprawę, ale prze­cież sam wysko­czył z tym cho­ler­nym SS. Kir­sten nie wie­działa na ten temat zbyt wiele – nie uczyli o tym w szkole – ale była pewna, że ci, któ­rzy zarzą­dzali get­tami i obo­zami kon­cen­tra­cyj­nymi, nale­żeli do ści­słej elity Hitlera. Ode­chciało się jej tań­czyć. Nie miała nawet ochoty na kakao, które będzie cze­kało na nią w domu, ani na opo­wia­da­nie Lotti, co się działo w pracy; marzyła jedy­nie o poło­że­niu się do łóżka i zaśnię­ciu.

– Nasz przy­sta­nek, Kir­sty. Jeste­śmy pra­wie w domu.

Wciąż rzu­cał jej zatro­skane spoj­rze­nia. Sta­rała się nie stra­cić do niego cier­pli­wo­ści pod­czas krót­kiej drogi ze sta­cji do ich miesz­ka­nia przy Ber­nau­er­strasse sto sześć. Pra­gnąc ukryć się we wła­snym pokoju i wyobra­żać sobie, że Die­ter prosi ją do tańca, wbie­gła po scho­dach na pierw­sze pię­tro i weszła do pomiesz­cze­nia z uczu­ciem ulgi, które szybko się roz­pro­szyło na dźwięk gło­sów.

– Mutti ma gości? – zapy­tała brata.

– Nic mi o tym nie wia­domo. Może przy­szła Tante Gret­chen?

Zatrzy­mali się, nasłu­chu­jąc, a potem spoj­rzeli na sie­bie z nie­po­ko­jem. Głos był głę­boki, ochry­pły i zde­cy­do­wa­nie męski.

– Mutti? – zawo­łała Kir­sten, nie­pew­nie kła­dąc rękę na klamce.

– Kir­sten? Czy to jest Kir­sten? – Drzwi otwo­rzyły się na oścież, uka­zu­jąc postaw­nego, jasno­wło­sego męż­czy­znę w nie­dba­łej koszuli opi­na­ją­cej musku­larne ramiona. – No pro­szę… – dodał, roz­po­ście­ra­jąc je sze­roko. – Patrz­cie, wasz ojciec wró­cił do domu!

Rozdział 3

LADEN­STRASSE 4G, STA­LIN­STADT

OLIVIA

Oli­via prze­krę­ciła klucz w zamku i zgrab­nie wśli­znęła się do miesz­ka­nia. Poczuła zapach świeżo pie­czo­nego chleba sza­ba­so­wego i rosołu z kury, sły­szała cichy szmer gło­sów rodzi­ców gotu­ją­cych razem w kuchni. Zna­jomi zawsze się dzi­wili, że jej ojciec gotuje. Nie­któ­rzy pozwa­lali sobie nawet na lek­ce­wa­żące komen­ta­rze, dopóki nie poru­szono tej kwe­stii w kla­sie i nie okrzyk­nięto taty socja­li­stycz­nym boha­te­rem.

– W Nie­miec­kiej Repu­blice Demo­kra­tycz­nej – rze­kła nauczy­cielka – wszy­scy towa­rzy­sze są równi. Przy­pi­sy­wa­nie płciom okre­ślo­nych ról to zachod­nia forma opre­sji, powstrzy­mu­jąca połowę siły robo­czej przed wytwa­rza­niem wspól­nego dobra naro­do­wego.

To zamknęło wszyst­kim usta, ale prawda była sub­tel­niej­sza. Filip wyja­śnił, że nauczył się goto­wać na początku mał­żeń­stwa, ponie­waż jako Żyd miał zakaz pracy pod nazi­stow­ską oku­pa­cją. I to kucha­rze­nie cał­kiem mu się spodo­bało. Cza­sem żar­to­wał, że jest w tym lep­szy od Estery, która za każ­dym razem ripo­sto­wała, że chęt­nie prze­każe mu wszyst­kie kuchenne obo­wiązki. Oli­vii sma­ko­wały potrawy obojga rodzi­ców, ale naj­bar­dziej lubiła, kiedy goto­wali wspól­nie. Przy­sta­nęła w kory­ta­rzu, chło­nąc bez­pieczną atmos­ferę domu.

Miała za sobą dziwny dzień. W szkole czuła się zmę­czona, bo spę­dziła na nogach połowę nocy, a jesz­cze bar­dziej drę­czyło ją to, co usły­szała od matki. W rezul­ta­cie nie opo­wie­działa kole­żan­kom o fur­go­netce ani wię­zie­niu, ani o ode­bra­niu dziecka zie­lo­no­wło­sej matce. Chciała jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu i dowie­dzieć się wię­cej na temat tam­tej dru­giej dziew­czynki uro­dzo­nej w tym samym pie­kle, co ona.

Od zawsze wie­działa, że przy­szła na świat w Auschwitz, a póź­niej została adop­to­wana. Estera i Filip nie robili z tego tajem­nicy, opo­wie­dzieli jej o bio­lo­gicz­nym ojcu zastrze­lo­nym przez nazi­stów, o matce Zofii, która umarła ze zgry­zoty po ode­bra­niu jej zale­d­wie dwu­dnio­wej Oli­vii, o ciotce posła­nej pro­sto do gazu, po któ­rej dostała imię. Opo­wie­dzieli o cudzie odna­le­zie­nia jej w sie­ro­cińcu po nume­rze – pięć­dzie­siąt osiem tysięcy trzy­dzie­ści – który Estera wyta­tu­owała jej pod pachą i który pozo­stał tam do dziś.

Wie­lo­krot­nie zapew­niali, że z wielką rado­ścią przy­jęli ją do swo­jej rodziny, i nie miała powodu w to wąt­pić. Nawet kiedy uro­dzili się Mor­de­chaj, a potem Ben – pra­wo­wici, bio­lo­giczni syno­wie – czuła się pewna ich miło­ści i chyba też sta­tusu jedy­nej córki. A tym­cza­sem ist­niała ta druga. Z pew­no­ścią cały czas jej szu­kali. Nie­wąt­pli­wie, to jedyne racjo­nalne zacho­wa­nie. Oli­via w pełni to rozu­miała i nie była na tyle głu­pia, by myśleć, że przez to kochają ją mniej. Mimo wszystko doznała szoku, dowia­du­jąc się, że wcale nie jest jedyną córką.

– Oli­via? To ty? – Estera wyszła z kuchni w far­tuszku, z zaru­mie­nio­nymi policz­kami przy­pró­szo­nymi mąką. Pod­bie­gła i zła­pała ją za ręce. – Cie­szę się, że już jesteś. Czyli na sza­bas rodzina w kom­ple­cie.

Zaak­cen­to­wała owo „w kom­ple­cie”, jakby czy­tała w jej myślach i pra­gnęła ją uspo­koić. Oli­wia uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią.

– Chłopcy są w domu?

Estera wska­zała pokój dzienny, gdzie Mor­de­chaj i Ben sie­dzieli na pod­ło­dze przy kloc­kach mec­cano. W dro­dze do domu Oli­via mijała grupkę chłop­ców bawią­cych się w berka przed pomni­kiem i wie­działa, że jej bra­cia, dzie­się­cio­la­tek i dwu­na­sto­la­tek, też chcie­liby tam być, ale w domu Paster­na­ków piąt­kowe wie­czory były święte. Chłopcy wesoło poma­chali jej na powi­ta­nie.

Rodzina nie ukry­wała swo­jego żydow­skiego pocho­dze­nia, ale i nie obno­siła się publicz­nie ze swoją wiarą. W NRD nie było to niczym nie­zwy­kłym. Chrze­ści­ja­nie także się nie wychy­lali w kraju, gdzie reli­gię uwa­żano za zbędne odwra­ca­nie uwagi od spraw pań­stwa. Oli­vii to odpo­wia­dało. Lubiła prak­ty­ko­wać reli­gijne rytu­ały w domo­wym zaci­szu. Lubiła, jak w piątki ojciec i bra­cia zakła­dali jar­mułki pięk­nie hafto­wane przez Filipa. Lubiła zapa­lać z matką sza­ba­sowe świece i nale­wać wino do kidu­szo­wych kie­lisz­ków, lubiła, jak wszy­scy sia­dali i łamali się chle­bem.

– Dla­czego nie mamy syna­gogi? – zapy­tał nie­dawno Ben pod­czas czy­ta­nia Tory.

– Mamy – odparła Estera. – Jest tutaj, w naszym domu i ser­cach.

Poważ­nie ski­nął głową.

– Zbu­do­wa­łaś ją sobie w „tam­tym miej­scu”.

– Tak. Zbu­do­wa­łam ją w sercu, gdzie mógł ją widzieć tylko Bóg. Stoi tam na­dal, w moim sercu i w waszych ser­cach.

Kon­cep­cja była uro­cza i bli­ska Oli­vii, wyda­wało się jed­nak, że skrywa coś wię­cej. Gdyby rodzice nie byli Żydami, praw­do­po­dob­nie na­dal miesz­ka­liby w Łodzi, tam gdzie dora­stali. Matka nie byłaby ska­zana na Auschwitz, a ojciec na pola śmierci w Chełm­nie. Na­dal roz­ma­wia­liby w ojczy­stym języku i cho­dzi­liby do praw­dzi­wej, muro­wa­nej syna­gogi. Ale po woj­nie Polacy nie palili się do przy­ję­cia garstki oca­la­łych Żydów. Zastra­szali ich i prze­śla­do­wali, a gdy latem tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego szó­stego roku w pogro­mie kie­lec­kim, zale­d­wie dwie godziny drogi na połu­dnie od Łodzi, zamor­do­wano czter­dzie­stu nie­win­nych wyznaw­ców reli­gii moj­że­szo­wej, Estera z Fili­pem posta­no­wili wyje­chać z ojczy­zny.

Roz­ma­wiali z Oli­vią o bole­snej iro­nii, że koniec koń­ców osie­dli nie gdzie indziej, tylko w Niem­czech. Po ukoń­cze­niu przez Esterę szkoły położ­nych prze­pro­wa­dzili się z Ber­lina do Sta­lin­stadt, tuż pod sto­licą. Było to cał­ko­wi­cie nowe mia­sto wznie­sione wedle nowych idei i przy trójce małych dzieci sko­rzy­stali z oka­zji do roz­po­czę­cia wszyst­kiego od nowa, nawet zmie­nili córce imię z pol­skiej Oli­wii na nie­miecką Oli­vię. Estera stała się roz­chwy­ty­waną położną, Filip kie­ro­wał dzia­łem odzieży dam­skiej w pań­stwo­wym skle­pie tek­styl­nym, wyko­rzy­stu­jąc swój talent kra­wiecki do „prze­ró­bek”, które ku rado­ści szczę­śli­wych miesz­ka­nek Sta­lin­stadt popra­wiały krój i styl stan­dar­do­wych ubio­rów sprze­da­wa­nych w Kon­su­mach. Żyło się im dobrze, twier­dzili upar­cie.

– Chcesz się prze­brać przed kola­cją? – zapy­tała Estera.

– A ty? – odpo­wie­działa ze śmie­chem Oli­via, wska­zu­jąc pie­lę­gniar­ski uni­form matki.

Estera spoj­rzała na sie­bie i pokrę­ciła głową.

– Kom­plet­nie zapo­mnia­łam. Chodź, obie się wystro­imy.

Wło­że­nie odświęt­nych sukie­nek i dołą­cze­nie do cze­ka­ją­cych już przy stole panów nie zajęło im dużo czasu. Wszy­scy powstali, skło­nili głowy, Filip odmó­wił kidusz, a potem podano jedze­nie i zaczęły się swo­bodne poga­wędki. Mor­de­chaja wybrano do dru­żyny sza­cho­wej, a Ben zdo­był nagrodę w kon­kur­sie nauko­wym. Ponie­waż Filip dostał całego kur­czaka od wdzięcz­nej klientki, zachwy­co­nej hafto­waną lamówką na zwy­kłej podomce, rosół był aro­ma­tyczny i naprawdę wyśmie­nity.

Oli­via podzie­liła się nowiną, że popro­szono ją, by została kapi­ta­nem dru­żyny teni­so­wej na zawo­dach mło­dzie­żo­wych w przy­szłym tygo­dniu, a rodzina, choć mocno zdu­miona jej spor­to­wymi zain­te­re­so­wa­niami, entu­zja­stycz­nie wznio­sła za nią toast. Podzię­ko­wała i prze­łknęła nie­po­kój wywo­łany tą wyraźną odręb­no­ścią. Cisnęło się jej na usta pyta­nie, w czym jest dobra ich rodzona córka. Czy ma tak deli­katną budowę ciała jak rodzice i chłopcy? Czy chce, jak Estera, zostać położną? A może…

Opa­no­wała się. To głu­pie. Ma szczę­ście, że tra­fiła do tak cudow­nej rodziny, a że numer ukryty pod jej pachą nie zga­dza się z tym na przed­ra­mie­niu matki? Co z tego? Wybrali ją, kochali i był to wielki dar losu.

Mimo wszystko pra­gnęła wie­dzieć wię­cej.

Gdy skoń­czyli jeść i uprząt­nęli tale­rze, Filip wyjął skarb: tabliczkę cze­ko­lady. Sie­dzieli w ostat­nich pro­mie­niach wpa­da­ją­cego uko­śnie słońca, delek­tu­jąc się tym trud­nym do dosta­nia sma­ko­ły­kiem.

– Opo­wiedz nam coś, Mutti – popro­sił Ben, wier­cąc się mię­dzy rodzi­cami na kana­pie.

– Tak! Opo­wiedz.

Mor­de­chaj natych­miast wstał, sado­wiąc się ocho­czo u nóg Estery, ale Oli­via ner­wowo się poru­szyła. Ni­gdy nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego bra­cia tak lubią opo­wie­ści matki. To nie były zwy­kłe bajki na dobra­noc; nie wystę­po­wały w nich ani wróżki, ani cza­row­nice, ani smoki. A może wystę­po­wały – tylko nie baśniowe, ale bar­dzo praw­dziwe.

– Dla­czego to robisz? – zapy­tała kie­dyś matkę. – Dla­czego nie­ustan­nie opo­wia­dasz nam o „tam­tym miej­scu”? Nie lepiej byłoby zapo­mnieć?

– Lepiej – zgo­dziła się Estera – tylko że to nie­moż­liwe. W ten spo­sób dzielę prze­szłość na nie­mal zno­śne frag­menty i kolejno je otwie­ram. Gdy­bym pró­bo­wała ją od sie­bie ode­pchnąć, wspo­mnie­nia wcią­gnę­łyby mnie jak bagno. Tylko tak mogę trzy­mać je pod kon­trolą. Poza tym musi­cie oczy­wi­ście wie­dzieć, wszy­scy, bez wyjątku, do czego zdolna jest ludz­kość. Musi­cie zawsze mieć się na bacz­no­ści.

Oli­via nie była pewna, czy chłopcy trak­to­wali te opo­wie­ści jak prze­strogę – bar­dziej jako peł­no­krwi­sty hor­ror, rów­nie odle­gły jak smoki i cza­row­nice – z wyjąt­kiem tych momen­tów, kiedy zaglą­dali matce w oczy i widzieli w nich ból. Tego nie baga­te­li­zo­wało żadne z nich.

– Opo­wiedz nam o cho­ince – popro­sił Mor­de­chaj.

Este­rze zadrżał oddech. Uśmiech­nęła się do syna.

– Ty to umiesz wybie­rać, Mordy. – Posłała Oli­vii wymowne spoj­rze­nie ponad jego głową. Dziew­czyna poczuła, jak sza­ba­sowa kola­cja pod­jeż­dża jej do gar­dła. Chwy­ciła obu­rącz poduszkę i się w nią wtu­liła, jakby mogło ją to ochro­nić przed tym, co nastąpi. – Na pewno?

– Na pewno.

Ben dołą­czył do brata na pod­ło­dze. Sie­dzieli przed Esterą ze skrzy­żo­wa­nymi nogami niczym ucznio­wie przed rabi­nem.

– No dobrze. Było Boże Naro­dze­nie, czter­dzie­sty trzeci rok, sam śro­dek wojny, a ja prze­by­wa­łam w „tam­tym miej­scu” od ośmiu mie­sięcy. Oli­via uro­dziła się trzy mie­siące przed świę­tami i tra­fiła… cóż, tam, gdzie tra­fiła, zanim jakaś dobra dusza nie umie­ściła jej w sie­ro­cińcu, gdzie ją odna­leź­li­śmy z bożym bło­go­sła­wień­stwem.

Chłopcy poru­szyli się zasko­czeni. Był to nowy szcze­gół tej opo­wie­ści. Oli­via uznała, że matka dodała go, by przy­go­to­wać ją na dal­sze rewe­la­cje. Spoj­rzeli zain­try­go­wani na adop­to­waną sio­strę, ale tak naprawdę to nie ona ich inte­re­so­wała.

– Opo­wiedz o cho­ince – nale­gał Ben.

Estera uśmiech­nęła się do Oli­vii, po czym prze­nio­sła wzrok na dwie pod­eks­cy­to­wane twa­rze u jej stóp.

– Irma Grese kazała nam wyjść po ciemku na śnieg.

– Straż­niczka z batem?

– Wszyst­kie miały baty, Ben, ale ta uży­wała go naj­chęt­niej, zga­dza się. Oznaj­miła, że obo­zowe wła­dze przy­go­to­wały dla nas nie­spo­dziankę, i kiedy wyszły­śmy na prze­ni­kliwy ziąb, rze­czy­wi­ście zoba­czy­ły­śmy ogromną jodłę na środku obozu oraz straż­niczki zapa­la­jące świeczki na gałąz­kach, jak­by­śmy nagle zna­la­zły się w jakimś przy­tul­nym nie­miec­kim mia­steczku. Przez krótką chwilę myśla­ły­śmy, że pod mun­du­rami SS naprawdę kryją się jakieś serca, lecz sro­dze się pomy­li­ły­śmy. Tuż potem zerwały prze­ście­ra­dła, a naszym oczom uka­zała się uło­żona pod cho­inką maka­bryczna sterta nagich zwłok, z czer­wo­nymi wstąż­kami zawią­za­nymi na tych spo­czy­wa­ją­cych na samej górze. Wciąż myślę cza­sem o ludziach, któ­rzy wią­zali wstążki na mar­twych koń­czy­nach, dokła­da­jąc sta­rań, by kokardy wyglą­dały per­fek­cyjne i by jesz­cze moc­niej nas pognę­bić. – Zakasz­lała i bar­dziej wark­nęła, niż powie­działa: – Mówię o ludziach, ale to nie byli ludzie, tylko potwory.

Filip oto­czył ją ramie­niem i nawet chłopcy sie­dzieli cicho jak tru­sie, pamię­ta­jąc, że to nie jest zmy­ślona histo­ria, lecz prawda – prawda, któ­rej doświad­czyła ich matka. Estera ponow­nie odkaszl­nęła, po czym wysoko unio­sła głowę.

– I wtedy Anna, wasza bab­cia Anna, zaczęła śpie­wać.

Oli­via zamknęła oczy, pró­bu­jąc wyobra­zić sobie miłą star­szą panią, która była w Auschwitz naj­lep­szą przy­ja­ciółką jej matki i została ich zastęp­czą bab­cią.

– Zain­to­no­wała Cichą noc – cią­gnęła Estera. – Po kolei do niej dołą­cza­ły­śmy, wszyst­kie, nawet Żydówki. Nie zna­ły­śmy słów, lecz nie miało to zna­cze­nia, ponie­waż melo­dia była piękna i kiedy ją nuci­ły­śmy, choć trwało to krótko, znów były­śmy ludźmi, nie zwie­rzę­tami wygrze­bu­ją­cymi resztki chleba ze śniegu i błota, tylko ludźmi, któ­rzy czują, kochają i się trosz­czą. Z tego nas nie ogra­bili, choć usil­nie się sta­rali, i w końcu miłość zwy­cię­żyła.

Filip mocno przy­tu­lił żonę. Oli­via zauwa­żyła, jak mama ociera łzę, i znów ogar­nął ją strach. Estera rzadko pła­kała, nawet przy obo­zo­wych wspo­mnie­niach. Trzy­mała emo­cje na wodzy i zawsze koń­czyła tymi samymi sło­wami: miłość zwy­cię­żyła. Teraz jed­nak zda­wało się, że miłość rów­nież prze­grała. Estera mię­to­siła w pal­cach mate­riał sukienki, a Filip wstał, by zago­nić chłop­ców do łóżek.

– Oj, Vati, musimy już iść?

– Musi­cie. Jutro wybie­ramy się na ryby, pamię­ta­cie?

– Tak! – Ben zerwał się z miej­sca. – Zło­wię rybę i przy­wiozę ją dla cie­bie, Mutti.

– Ja zło­wię więk­szą – oznaj­mił Mor­de­chaj, sze­roko roz­po­ście­ra­jąc ramiona, by zade­mon­stro­wać roz­miary ryby, któ­rej z pew­no­ścią nie uda mu się zła­pać.

– I wszy­scy się podzie­limy – rzekł sta­now­czo Filip. – A teraz zmy­kaj­cie do łóżek.

Podrep­tali do swo­jego pokoju, roz­pra­wia­jąc po dro­dze o węd­kach i sie­ciach. Nagle Oli­via została z matką sam na sam.

– Chodź, usiądź tutaj, kind­chen. – Estera pokle­pała sofę. – Mordy wybrał dziś naj­gor­szą moż­liwą histo­rię. Jakby wie­dział.

– Co wie­dział? – zapy­tała Oli­via idio­tycz­nie ści­szo­nym gło­sem, ale matka naj­wy­raź­niej nie zauwa­żyła.

– Tam­tej Wigi­lii zaczę­łam rodzić.

– Moją… moją sio­strę?

– Tak. Fifi.

Fifi. Oli­via prze­te­sto­wała to imię na wde­chu i poczuła, jak w nią zapada. Fifi. Filipa. No tak… po ojcu.

– Opo­wiedz – szep­nęła.

Estera ści­snęła jej dłoń.

– Wody ode­szły mi na tam­tym placu, w śniegu. Uniósł się obłok pary, straż­niczki nie zauwa­żyły tylko dla­tego, że wcze­śniej wypiły wino, a potem trium­fo­wały, że udał się im ten zwy­rod­niały świą­teczny „poda­ru­nek”. Anna i Naomi, moja grecka przy­ja­ciółka, zapro­wa­dziły mnie do baraku. Poród odby­wał się w nocy. Nie wyszłam na poranny apel. Zwy­kle rów­na­łoby się to natych­mia­sto­wej karze śmierci, ale Fifi wybrała odpo­wiedni dzień, tamte świ­nie były zbyt zajęte świą­tecznym obżar­stwem, by zawra­cać sobie tym głowę. Uro­dziła się po kilku godzi­nach. Przez chwilę po raz pierw­szy poczu­łam się w „tam­tym miej­scu” szczę­śliwa. Naprawdę szczę­śliwa. Inne kobiety były dla mnie bar­dzo życz­liwe, przy­no­siły mi swój chleb, mar­ga­rynę, buraki, choć Bóg świad­kiem, że same nie miały dość, żeby prze­żyć, a co dopiero wykar­mić dziecko. W moich pier­siach poja­wiło się mleko i przez całe cztery dni mia­łam ją przy sobie, mogłam się nią opie­ko­wać. To była magia. A potem przy­szli.

– Kto przy­szedł?

– Ofi­ce­ro­wie SS, ci sami, któ­rzy wcze­śniej zabrali cie­bie. Wysoko posta­wieni w struk­tu­rach „tam­tego miej­sca”, jeź­dzili… jeź­dzili ele­ganc­kim autem i zabie­rali dzieci. Wyry­wali je mat­kom, tak jak wczo­raj w nocy zro­bił to ofi­cer Stasi z córeczką Clau­dii. Tak nie powinno być, prawda, Oli­vio? To nie w porządku. Nie można odbie­rać kobie­cie dziecka.

– Oczy­wi­ście, że nie – przy­znała Oli­via, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­szczę­sną Clau­dię, pła­czącą i bła­ga­jącą na kola­nach o litość, jakby wraz z dziec­kiem wyrwano jej kawał duszy. – Jak się nazy­wali?

– Meyer i Wolf. Wolf to kobieta. Wyobraź sobie! Kobieta, a mimo to odbie­rała nam dzieci. Zasta­na­wiam się cza­sem, czy kie­dy­kol­wiek sama została matką, a jeśli tak, czy pomy­ślała o tym, co nam zro­biła.

– Na pewno wsa­dzili ją do wię­zie­nia?

– Może tak, może nie. Zdzi­wi­ła­byś się, jak nie­wielu z nich zostało ska­za­nych. Nie­któ­rzy dali nogę, przy­brali nową toż­sa­mość, ucie­kli z kraju. Nawet ci, któ­rych poj­mano, wcale nie skoń­czyli aż tak źle. Z wyjąt­kiem tych z samej wier­chuszki. Ci pomniejsi odsia­dy­wali rok czy dwa i wycho­dzili na wol­ność, hasa­jąc po całych Niem­czech, jak gdyby ni­gdy nic. Cie­szę się, że miesz­kamy po stro­nie wschod­niej, bo żaden faszy­sta nie chciałby żyć pod komu­ni­stycz­nym jarz­mem. Odpo­wiada im rola sytych kapi­ta­li­stów, pod­czas gdy miliony ludzi wal­czą o poskła­da­nie w całość swo­jego znisz­czo­nego życia.

– Jed­nym z ele­men­tów tej ukła­danki jest Fifi?

Filip wró­cił do pokoju i poło­żył Oli­vii dłoń na ramie­niu.

– Wiesz, że kochamy cię jak rodzoną córkę, prawda, Liv?

Przez twarz Estery prze­mknęło prze­ra­że­nie.

– Oczy­wi­ście – zapew­niła. – Abso­lut­nie. Odna­le­zie­nie cie­bie było cudem i Fifi nie ma tu nic do rze­czy. Pro­szę, nie myśl, że…

Oli­via ści­snęła jej rękę.

– Nie myślę. Kocham was oboje i mia­łam wiel­kie szczę­ście, że sta­łam się czę­ścią waszej rodziny.

– Nie tak wiel­kie jak my, mając cie­bie. Po pro­stu…

Este­rze zabra­kło słów, więc Filip dokoń­czył za nią.

– Po pro­stu byłoby wspa­niale mieć was obie.

– Pró­bo­wa­li­ście ją odszu­kać?

– Oczy­wi­ście – potwier­dził, sia­da­jąc po dru­giej stro­nie. Było im tam odro­binę cia­sno, ale Oli­vii podo­bała się ta bli­skość. – Latami pró­bo­wa­li­śmy każ­dej moż­li­wej ścieżki: szu­ka­li­śmy przez syna­gogi i sie­ro­cińce w całej Pol­sce i Niem­czech, przez komi­tet pomocy Żydom oraz roz­ma­ite organy pań­stwowe. W pierw­szych latach po woj­nie aktyw­nie dzia­łał Czer­wony Krzyż, przy ONZ funk­cjo­no­wał wydział do spraw pomocy i odbu­dowy ze spe­cjalną komórką do poszu­ki­wa­nia dzieci. W ten spo­sób dotar­li­śmy do cie­bie. Pomo­gły tatu­aże, które Mutti robiła nowo­rod­kom pod pachami, udało się odna­leźć kil­koro dzieci, ale…

– Ale żadne z nich nie było Fifi – dokoń­czyła Estera. – Aż wresz­cie pew­nego razu myśle­li­śmy, że na nią tra­fi­li­śmy. Myśle­li­śmy…

– Poja­wił się raport o nie­mow­lę­ciu – wtrą­cił Filip, mocno trzy­ma­jąc żonę za rękę. – A w zasa­dzie dziecku. Był rok tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąty.

– Pięć lat po woj­nie?

– Tak. I sie­dem po two­ich naro­dzi­nach. I… i naro­dzi­nach Fifi. Nie tra­ci­li­śmy nadziei.

– I co potem?

– Nie­ważne. – Głos Estery zabrzmiał ostro i sta­now­czo, nie tole­ro­wał żad­nego sprze­ciwu. – To nie­istotne, Oli­vio. Pomimo wszel­kich prze­szkód odna­leź­li­śmy się z Fili­pem, odna­leź­li­śmy cie­bie, a potem uro­dzili się jesz­cze Mordy i Ben. Dosta­li­śmy od losu bar­dzo wiele, zwłasz­cza w porów­na­niu z więk­szo­ścią osób, które zna­li­śmy… wcze­śniej. Wystar­czy.

Ton głosu Estery jasno dał do zro­zu­mie­nia, że temat jest zamknięty, lecz łzy w jej oczach mówiły coś innego. Two­rzyli szczę­śliwą rodzinę, Oli­via o tym wie­działa, a jed­nak to nie wystar­czy, widziała to wyraź­nie i pra­gnęła dowie­dzieć się wię­cej o zagi­nio­nej córce, tak jej dopo­móż Bóg.

Rozdział 4

BER­LIN WSCHODNI CZER­WIEC 1950

ESTERA

– Ktoś o panią pyta, sio­stro Paster­nak.

Estera pod­nosi wzrok. Zmywa z rąk krew po ode­bra­niu porodu i jest sko­nana. Poród był poślad­kowy, musiała wyko­rzy­stać wszyst­kie nowo nabyte umie­jęt­no­ści, ale zarówno nowo­ro­dek, jak i matka mają się dobrze, a Estera marzy tylko o poło­że­niu się do łóżka.

– Nie jestem jedyną położną w Ber­li­nie.

– Ale naj­lep­szą.

Uśmie­cha się z wdzięcz­no­ścią do kobiety, roz­pro­mie­nio­nej Oma. Ta sym­pa­tia jest zro­zu­miała po cięż­kiej nocy, jed­nak rola położ­nej już się skoń­czyła.

– Zresztą to chyba nie w spra­wie porodu.

Estera czuje ukłu­cie w sercu. Jedyne wia­do­mo­ści, które nie wiążą się z asy­stą przy poro­dzie, to te o odna­le­zio­nych dzie­ciach, ale z pew­no­ścią nie cho­dzi o Fifi. Za późno. Od ponad roku nie natknięto się na żadne dziecko z tatu­ażem.

Z początku, kiedy prze­pro­wa­dzili się z Fili­pem do cha­osu powo­jen­nego Ber­lina, regu­lar­nie tra­fiano na dzieci z nume­rami pod pachą. Za każ­dym razem Esterę prze­peł­niała cudowna, a zara­zem bole­sna nadzieja, nie­odmien­nie koń­cząca się ujaw­nie­niem nie­wła­ści­wych cyfr. Z upły­wem lat odnaj­dy­wano nie­mow­lęta, póź­niej już małe brzdące, a wresz­cie żwawe dzieci w wieku przed­szkol­nym i łączono je z oca­la­łymi człon­kami rodzin, ale ni­gdy nie zlo­ka­li­zo­wano numeru czter­dzie­ści jeden tysięcy czte­ry­sta.

– To kobieta – mówi Oma i nic w tym dziw­nego.

Nawet teraz, pięć lat po woj­nie, na jed­nego męż­czy­znę przy­pa­dają w Ber­li­nie cztery kobiety. Panów jest wystar­cza­jąco dużo, by mogły rodzić się nowe dzieci – nie­któ­rzy przy­kuś­ty­kali z wojny i wyli­zali się z ran, inni z chłop­ców stali się męż­czy­znami – ale to głów­nie kobiety opie­kują się sobą nawza­jem. A Estera opie­kuje się kobie­tami.

Prze­pro­wadzka do Ber­lina była pomy­słem Anny. Estera żar­li­wie pro­te­sto­wała, ale sto­lica Hitlera stała się mia­stem oku­po­wa­nym i rzą­dzo­nym przez alian­tów, i jak na iro­nię, jed­nym z naj­bez­piecz­niej­szych miejsc dla ludzi, któ­rych Führer pra­gnął zetrzeć z powierzchni ziemi.

– Mam zna­jomą w szpi­talu w stre­fie radziec­kiej – powie­działa Anna. – Ona cię wyszkoli. Zaj­mie się tobą.

– Nie tak dosko­nale jak ty.

– I nie z taką roz­ko­szą. Tak bar­dzo pra­gnę­łam, byś szko­liła się pod moim okiem, Estero, ale nie­zba­dane są wyroki boskie.

– Może dla­tego, że Łódź ma już jedną fan­ta­styczną położną?

– A może dla­tego, że Ber­lin takiej potrze­buje? Ponoć nie bra­kuje tam cią­żo­wych brzu­chów.

Nie bra­ko­wało. Wszy­scy rzu­cili się do pło­dze­nia dzieci – rado­snych, ślicz­nych, nie­win­nych, nie­ska­la­nych wojną i pięt­nem nazi­zmu, Estera miała zatem ręce pełne roboty. A jesz­cze bar­dziej elek­try­zo­wały ją reje­stry i raporty dostępne w sto­licy daw­nej Rze­szy, agen­cje i orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne poszu­ku­jące zagi­nio­nych.

Raz na kilka tygo­dni docie­rała wia­do­mość o poten­cjal­nym odna­le­zie­niu Fifi, która naj­pierw pod­no­siła Esterę i Filipa na duchu, a póź­niej nie­odmien­nie przy­gnę­biała. To też ją wykań­czało. Ostat­nio Filip prze­bą­ki­wał o wyjeź­dzie ze sto­licy. Przy­niósł do domu ulotkę o nowym mie­ście budo­wa­nym pod Ber­li­nem, Sta­lin­stadt: czy­stym, jasnym, gdzie rodziny będą mogły wieść dobre, socja­li­styczne życie. Kusząca per­spek­tywa, Estera jed­nak czuła, że jeśli ma odna­leźć Fifi, to tutaj, w Ber­li­nie. Nadzieja ni­gdy nie umiera.

Sta­ran­nie wyciera ręce.

– Co to za kobieta?

– Ele­gancka, w kostiu­mie. Szy­kowne buty, ame­ry­kań­ski akcent.

Este­rze łomo­cze serce. Bez­po­śred­nio po woj­nie czę­sto wła­śnie Ame­ry­kanki, sza­cowne matrony wie­dzione szla­chet­nymi inten­cjami, przy­jeż­dżały do Europy, by „doło­żyć swoją cegiełkę” i znaj­do­wać domy set­kom zagi­nio­nych dzieci, od któ­rych roiło się w znisz­czo­nej sto­licy Nie­miec. Trak­to­wały te euro­pej­skie eska­pady jak poszu­ki­wa­nie skar­bów. Zda­niem Estery wła­śnie tak było – i jest – lecz dla niej samej i dla wielu innych matek ów skarb jest wart wię­cej niż któ­ra­kol­wiek z tych nie­wy­da­rzo­nych kobiet może sobie wyobra­zić.

Więk­szość z nich wró­ciła już za Atlan­tyk do swo­ich kier­ma­szów cha­ry­ta­tyw­nych i balów dobro­czyn­nych. Sie­rot też zostało nie­wiele – połą­czyły się z rodzi­nami albo tra­fiły do adop­cji i roz­je­chały się po Anglii, Izra­elu i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ukła­dają sobie życie na nowo i wspa­niale, ale w życiu Estery wciąż pozo­staje wyrwa.

– Czeka na zewnątrz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki