Stoicyzm praktyczny - Grzegorz Żochowski - ebook

Stoicyzm praktyczny ebook

Grzegorz Żochowski

0,0

Opis

Książka proponuje współczesną wersję filozofii stoickiej.

Stoicyzm, któremu czasy antyczne wystawiły majestatyczny pomnik osadzony na filarze zasad, został wzięty za głowę, podniesiony do góry, a pod nogi wsunięto mu świeży, XXI-wieczny fundament. Dzięki temu zabiegowi możemy zostać stoikami ze smartfonem w kieszeni, nie obciążając się archaicznymi wyobrażeniami człowieka i świata. Możemy, o ile mamy dość odwagi, żeby spojrzeć na siebie w prawdzie, oraz siły, żeby zrobić w swoim wewnętrznym ogródku porządek i powyrywać chwasty.

Publikacja pozbawiona jest jakichkolwiek odniesień do historii filozofii. Używa języka potocznego. Stara się doprowadzić do stoickiego modelu, bazując głównie na prawdzie i osobistym wzbogaceniu. Treść zebrana jest w dwa działy: Człowiek i Państwo. Pierwszy opowiada o tym, co jest potrzebne nam samym, żebyśmy zrozumieli własne miejsce w świecie i podejmowali dobre wybory. Drugi opisuje warunki zewnętrzne, które powinny być spełnione, żebyśmy mogli osiągać największą korzyść.

Zaprezentowany system rozumienia rzeczywistości jest filozofią uniwersalną, odpowiednią dla każdego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książkę współtworzyli

Okładka: Justyna Sopuch

Ilustracje: Barbara Sidor

Redakcja i korekta: Marek Trenkler

Wydanie pierwsze

Rok wydania: 2026

www.practical-stoicism.com

Egzemplarz zawiera jedynie próbkę tekstu.

Jeśli Ci się spodoba, poszukaj pełnego wydania.

Wstęp

Stawiam Czytelnika przed nie lada zadaniem. Myślę, że książka – jakkolwiek napisana, jak mi się wydaje, w miarę lekko – jest bardzo wymagająca. Liczę jednak, że tekst trafi na tego właśnie Czytelnika, dla którego był zredagowany. Bezkompromisowego, odważnego… zuchwałego, dla którego prawda jest cenniejsza od wygody.

Wiara w kłamstwo zwodzi na manowce. Taka jest natura fałszu. Poszukiwania zaczynamy więc od prawdy. Ledwie w niej zasmakujemy, zanim zdążymy się zakochać, ta nas zaskoczy. Odkryjemy, że prawda konieczna jest do wolności. Zaraz… nie można być wolnym i oszukanym? Sprawdzimy to, zapewniam. Uprzemy się także na wyprawę po sens życia. Skoro odnaleźliśmy wolność, dlaczego nie skorzystać ze swobody? Powoli, powoli, systematycznie odkryjemy człowieka. Kto wie, czy nie siebie?

Następnie umieścimy owego człowieka w społeczeństwie. Zobaczymy, co wynika dla wspólnoty z cech i właściwości opisanej wcześniej jednostki oraz jaka powinna być wartościowa grupa, żeby każdy miał optymalne warunki do wolności i samorealizacji.

Książka zawiera poglądy pochodzące częściowo z odrębnych nurtów myślowych. Wprowadza również nowe wątki. Uważam to za konieczne, żeby nie wychodzić poza bezpieczny parasol prawdy i zrozumieć współczesność. Staram się odświeżyć klasyczne pojmowanie stoicyzmu – żywię przekonanie, że systemu, dającego nam największe korzyści.

Dzielę publikację na dwie części. Pierwsza opowiada o tym, co jest potrzebne nam samym, żebyśmy zrozumieli własne miejsce w świecie i podejmowali dobre wybory. Druga opisuje warunki zewnętrzne, które powinny być spełnione, żebyśmy mogli osiągać największą korzyść.

Pierwsza przygotowuje do drugiej. Druga część będzie niezrozumiała bez zapoznania z blokiem wcześniejszym.

Życie

Życie mamy tylko jedno. Nie dwa, nie minus jeden, nie ułamek. Równo jedno.

Myśl ta przyda się w dalszej części książki. Pozostawiona w pamięci ułatwi zrozumienie poruszanych kwestii. Ba, żywię przekonanie, że stale pielęgnowana, nawet bez czytania niczego więcej, doprowadziłaby w końcu do podobnych wniosków.

Życie jest tylko jedno. Nie mamy podstaw, żeby filozofie reinkarnacyjne brać na poważnie, a tylko one są względnie popularnym i jako tako spójnym sposobem definiowania człowieka jako bytu wielorazowego. Praktyka, doświadczenie, subiektywna namacalność życia jest dość jednoznaczna. Mamy początek i koniec. Sztuk jeden.

Odrzucam ze względu na praktyczną nieistotność istnienie innych nas, żyjących w światach równoległych. Niech inni „my” robią, co chcą, ale nasza świadomość nie jest związana ani z nimi, ani z teoretycznymi nami z hipotetycznych poprzednich światów. Nic z tych rzeczy nas nie dotyczy. Nie znamy przeszłych uniwersów, nie czujemy innych nas, a że jesteśmy przywiązani do posiadania świadomości, która nie zdradza śladów bytności sprzed urodzenia, konstatacja jest dość prosta. Życie mamy tylko jedno.

(życie mamy tylko jedno)

Wszelkie doświadczenie wskazuje nieubłaganie, że nie dysponujemy drugą szansą. Kilkadziesiąt, przy dużym szczęściu nieco ponad sto lat to maksimum, które przy obecnej nauce i biologii jest w naszej dyspozycji. Bez powtórek. Wobec wszechświata postrzegamy się więc jako pyłek.

W tym świetle wydaje się, że jeżeli pojawimy się i znikniemy, ale nasza bytność nie zostawi żadnego śladu, będziemy zmuszeni uznać bezsens własnego istnienia. Po co uczyliśmy się, jeśli dojdziemy do momentu bezwzględnej nieprzydatności wiedzy? Po co pracowaliśmy, jak wszystek majątek niebawem rozdzielą między siebie inni? Po co budowaliśmy dom, skoro przychodzi szybko chwila, gdy nie będziemy mogli w nim mieszkać? Po co był trud życia?

Kiedy bez względu na poświęcenie i najbardziej nawet wytężony wysiłek nie dostrzeżemy korzyści przekraczających naszą cielesną trwałość, słusznie zadajemy pytanie: po co to wszystko jest? Przemija, ale niczemu nie służy. Przelotny, przypadkowy błysk, nic nie wnoszący do historii, nie odciskający się w świecie. Nasze ciało zamieni się w proch, a ciężka praca w mgłę. Obojętny wiatr rozwieje jedno i drugie bez śladu.

Smutna refleksja odsłania na szczęście pocieszającą stronę medalu. Jeśli coś zrobiliśmy, jeśli na koniec zostawiamy po sobie zmianę, która nie trafi z nami do grobu, jakąś różnicę między wszechświatem z nami i tym, który byłby bez nas – to owa zmiana przekracza ponurą ścianę czasu, czyli przyczynę naszej apatii. Zmiana, którą spowodowaliśmy, daje nam odpowiedź na kluczowe pytanie. Okazuje się naszym sensem życia. Naszym osobistym pomnikiem.

(różnica wersji wszechświata z nami i wersji bez nas to sens życia)

Optymistyczna perspektywa obciążona jest tylko jednym, bezwzględnym, nieubłaganym warunkiem. Sens życia nie może służyć bezpośrednio nam. Jest to obiektywnie niemożliwe. Wszystko, co kierujemy do siebie, przepadnie razem z nami. Nie przedrze się na drugą stronę śmiertelnej bariery. Tylko to, co wychodzi od nas na zewnątrz, ma szansę przetrwać.

(wysiłek skierowany ku sobie przemija)

Załóżmy, że jemy obiad. Robimy to dla siebie i własnych potrzeb. Dążymy do wyrafinowanego smaku dania, żeby było nam przyjemnie. Odczuwamy chwilową ulgę od głodu i uciechę z powodu doznań, których skutki mijają w większości po kilku godzinach, a definitywnie przy ostatnim oddechu. Obiad jest tymczasowy.

Babcia częstująca wnuka własnoręcznie zrobionym rogalikiem przyczynia się do budowania młodego człowieka. Fizycznego (pokarm) i psychicznego (miłość i bezpieczeństwo). Babcia umrze, ale jej dzieło wyrośnie i będzie oddziaływało na świat. To, co spowodował rogalik, stało się jej sensem życia.

Wypleńmy od razu przekonanie, że oceniając wartość poczynań, mamy kierować się wyłącznie miłymi wrażeniami. Pogląd taki ma sporą rzeszę wiernych zwolenników. Skrajna koncentracja na przyjemnościach reprezentowana jest przez hedonizm. Hedonizm to filozofia hołdująca przyjemności. Według niej najlepsze, co możemy zrobić, to dążyć do przyjemnostek, a unikać przykrości. Wyobraźmy sobie idealnego hedonistę, który caluteńkie życie skupiał się na doświadczaniu miłych rzeczy. Koncentrował się na dogadzaniu sobie, swoim zmysłom. Stronił od poświęcenia, bo jest męczące. Nie spędził ani chwili, żeby zastanawiać się nad potrzebami otaczającego go, ułomnego świata, gdyż zaangażowanie mogłoby naruszyć dobrostan.

Cały wysiłek doskonały hedonista zabiera do grobu, gdyż był jedynym podmiotem własnej troski. Kiedy umiera, jego nadrzędny cel, czyli on, rozpada się w proch. Był hedonista, żył, odszedł i nie zostawił ani szczypty osobistej przyjemności, bo każda sekunda miała swoją subiektywną, ulotną, trwającą dany moment, rozkosz. Wszechświat z hedonistą i bez hedonisty nie zmienia się. Sens życia doskonałego hedonisty według zaproponowanej definicji wynosi zero. No i powstaje paradoks. Otóż doskonały hedonista ma przyjemne życie, ale pozbawione sensu. Bez sensu, czyli… nieprzyjemne. W naturze bowiem ludzkiej zaszyta jest refleksja, do czego to wszystko zmierza, jakie jest nasze miejsce, dlaczego żyjemy. Odpowiedź „moje życie nie ma żadnego sensu” jest sprzeczna z założeniem maksymalnej przyjemności, bo jest przygnębiająca. Wynika stąd, że idealnym hedonistą można być skutecznie wyłącznie wówczas, kiedy nie zadajemy sobie pytania o sens życia. Ponieważ pytanie jest immanentnie ludzkie, doskonały hedonizm uda się tylko zwierzętom.

Jeśli chcemy mieć przyjemne życie, nie możemy skupiać się wyłącznie na sobie. Nadając życiu wymiar ponadczasowy, zostawiając po sobie dzieła, które posłużą innym, zaspokajamy własną potrzebę nadania życiu sensu, a więc i mamy narzędzie do maksymalnego szczęścia.

Wiem, wiem, trudno to zaakceptować.

(maksymalne szczęście możliwe jest tylko wtedy, kiedy nie szukamy maksymalnej przyjemności)

Ekscytujące, że mamy wpływ na definiowanie sensu życia. Jesteśmy w stanie ukształtować naszą celowość. Możemy ją sobie wybrać! Jeśli będzie dobra, pozostawimy wdzięczność. Jeśli zła, uznani będziemy za szkodników. Jeżeli nijaka… a, zapomnijmy.

Repertuar możliwości jest przeogromny. Dzięki temu, że jesteśmy, rzeczywistość jest inna. Już to, że istniejemy, jest dla ludzi doświadczeniem ubogacającym. Więcej dzięki nam doświadczają, a więc i uczą się. Nieprawdopodobnym odciskiem naszej dłoni na skale dziejów są dzieci, również ich wychowanie. To, jakimi ich ukształtujemy – przez naukę i przykład. Wszystko, co zrobiliśmy w pracy zawodowej, przecież chyba też komuś służyło. Zasadzone drzewo, wymyślony wynalazek, nakarmiony podróżny, sprzedane narzędzie… Nie chcę wymieniać ogromu wpływu, bo nie zdołam skatalogować każdego aspektu, w jaki oddziałujemy na otoczenie. Chcąc nie chcąc, jesteśmy pożyteczni, aczkolwiek o biernej, niezależnej od naszej woli części sensu życia (czyli naszego wpływu na wszechświat) więcej w tym rozdziale nie wspomnę. Skoro nie jesteśmy w stanie pozbyć się kawałka naszej użyteczności, nie ma po co marnować czasu na nic nie dające analizy. Zajmiemy się częścią aktywną, zależną od nas.

Dotarliśmy do dobrego momentu, żeby przywołać pojęcie celów wolności z wcześniejszych rozdziałów.

Swoboda w realizowaniu celów wolności jest miernikiem wolności. Zarazem – uwaga, ważna chwila – cele wolności mogą być naszym sensem istnienia. Wybieramy, dajmy na to, jako cel wolności powołanie instytucji pomagającej w wychodzeniu z nałogów. Powstaje placówka, zaczyna działać, mury opuszcza pierwszy oswobodzony z kajdan zniewolenia. W świecie bez nas ten człowiek pozostałby w nałogu, w świecie z nami stał się wolny, decydujący o własnym życiu. Godność nieszczęśnika okazała się w tym momencie puzzlem naszego sensu życia. Zmieniliśmy coś. My znikniemy w przeszłości, ale przyszłość stała się dzięki nam lepsza.

Technicznie rzecz biorąc, cele wolności nie muszą wiązać się z planami bycia dobrymi, ale mogą. Nazwałem je dwoma słowami, starając się wprowadzić jako osobny termin, ponieważ są związane z wolnością. To wolność gwarantuje ich uskutecznienie. Zarazem są miernikiem wolności. Jeśli nie jesteśmy wolni, niekoniecznie osiągniemy powodzenie. Ba! Może nigdy o nich nie pomyślimy, a nawet zadziałamy na przekór! Wszak wolności potrzebna jest zarówno swoboda w działaniu, jak i niezakłamana wiedza. Bez wiedzy mamy kulawą orientację w rzeczywistości i ograniczoną zdolność do realizowania wolności.

Gdybyśmy naiwnie wierzyli, że ludzie uzależnieni od narkotyków są szczęśliwsi od nieużywających – narkotyk daje wszak przyjemność – zapewne nigdy nie wpadlibyśmy na pomysł pomocy w rezygnacji z bezlitosnej używki. Niewykluczone, że sami łudzilibyśmy się pozorami radości. Tymczasem prawda jest taka, że narkomania to więzienie. Dopiero połączenie prawdy i możności pozwoliło na powołanie placówki odwykowej.

Zmierzam do tego, że te trzy rzeczy wiążą się nieodłącznie: prawda, wolność, sens życia. Sens życia możemy budować z celów wolności. Nie ziścimy celów wolności bez wolności. Nie ma wolności bez prawdy. Gdy obierzemy cel oparty na kłamstwie, zapewne skaleczymy świat, zamiast zrobić coś dobrego.

Użyjmy jeszcze raz przykładu z ośrodkiem dla uzależnionych. Ulegając kłamstwu, że narkotyki są dobre dla ludzi, czy nie zajęlibyśmy się dystrybucją psychodelików, wierząc, że robimy coś słusznego? Mielibyśmy złudzenie zmiany otoczenia na lepsze, lecz faktycznie wpędzalibyśmy nieświadomych nieszczęśników w życiowe tragedie. Zmarnowalibyśmy życie nie tylko obcym, ale i sobie! Mieliśmy cel wolności bycia dobrymi, ale przez kłamstwo byliśmy faktycznie złymi. Szkodziliśmy. Kiedy odejmiemy rzeczywistość z nami od rzeczywistości bez nas, żeby sprawdzić, jaki był sens naszego życia, jaki wyjdzie wynik?

Szkodnik?

Czy taki był plan?

(brak prawdy deformuje sens życia)

Jeśli piszę, że kłamstwo odbiera nam życie lub że przez kłamstwo tracimy życie, nie mam na myśli poetyckiej przenośni. Stwierdzam, że przez kłamstwo nie osiągamy celów wolności, wręcz działamy wbrew zamierzeniom, nie wiedząc o tym. Chcemy być dobrzy, chcemy coś zrealizować, chcemy konstruować sens życia, ale przez wiarę w kłamstwo jesteśmy w stanie przepalić cały dostępny czas, zostając bez realnych osiągnięć. Bo coś nas zmyliło i postępowaliśmy na przekór zamierzeniu. Tracimy życie, kiedy wierzymy kłamstwom i poddajemy się wypełnianiu cudzych zamierzeń lub złudzeniu przypadkowych miraży.

Są ludzie, którzy nigdy nie wydobywają się z nieprawdy. Dajmy na to, wierzą bezkrytycznie ulubionym politykom, nie podejmując ani odrobiny wysiłku sprawdzenia ich wiarygodności. Karmią się usypiającym, miłym fałszem z nierzetelnych mediów i z uporem nie konfrontują wiadomości z innymi źródłami. Mogą w ten sposób uczynić życie bezwartościowym lub mniej wartościowym. Płyną nurtem, który im pasuje, realizują nieświadomie cudze cele, ale żadnych swoich.

(bezwzględne dociekanie prawdy jest warunkiem nadania życiu prawdziwego sensu)

Życie mamy tylko jedno. Nie opłaca się więc folgować lenistwu i nie poszukiwać prawdy. Nie ma drugiego podejścia. Jeśli za jedynym razem damy się zwieść, zostaniemy z niczym.

Nie opłaca się także być biernym. Człowiek jest szczęśliwszy, jeśli dostrzega sens życia, a tenże mamy władzę wzbogacać samodzielnie obranymi zadaniami.

(aktywność poprawia samopoczucie)

Nie zajmujmy się jednak rzeczami, których nie damy rady zmienić. Mocowanie się z górą, napierając na nią barkiem, również jest receptą na zmarnowanie życia. Jeśli czegoś nie damy rady zmienić, a silimy się, kombinujemy, to jaki bilans będzie miał świat po naszej śmieci? „No, próbowałem, próbowałem, ale nie dało się”. Hmm, także zero?

Czasami bezowocny mozół przynosi dobre efekty, ale praktyczne będzie przyjęcie, że w wyjątkowych sytuacjach, a nie jako reguła. Spotykałem na swej drodze ludzi wierzących na przykład, że mogą zrobić perpetuum mobile. Od lat inwestują czas i środki, nieodmiennie notując jedynie niepowodzenia. Nie tylko w dziedzinie techniki, ale i finansów, i pracy, i rodziny. Rodziny, gdyż, jak mi się wydaje, beznadziejne idée fixe stoi za częścią rozwodów.

Nie mogę co prawda stanowczo stwierdzić, że maszyna do uzyskiwania energii z niczego jest niemożliwa, ale możliwa i łatwa jest odpowiedź na pytanie, czy nikt wcześniej nie próbował czegoś w tym stylu skonstruować. Oraz czy nie testował metody, którą wymyśliłem. Jeśli wiele osób próbowało i żadna nie została miliarderem, co najwyżej bankrutem, to po co powtarzać tę samą ścieżkę?

Niezwykle cenne jest rozpoznanie w porę, że rozwiązanie problemu jest poza naszym zasięgiem. Mamy szansę przekierować wysiłek na pożyteczniejsze zagadnienia. Szkoda czasu na chodzenie wokół rzeczy, na które nie ma się wpływu. Jak nie ma się wpływu, to zajmowanie się nimi nic nie spowoduje. Kiedy nasze staranie nic nie zmieni, to nic nie zmieni. Nie usensowni życia ani niczego innego, a więc po co to robić?

(porzucamy cele nieosiągalne)

Emocje

Pisząc o „emocjach” mam na myśli całe spektrum wewnętrznych poruszeń. Nie przejmuję się poprawną psychologicznie klasyfikacją. Wykorzystam potoczne rozumienie słowa.

Emocje, wrażenia i odczucia mają zdumiewającą zdolność. Są w stanie zmienić nasze widzenie rzeczywistości. I to za każdym razem inaczej! Inaczej postrzegamy tę samą sytuację, kiedy jest słoneczny dzień, poprawiający nam humor, a inaczej, kiedy leje od tygodnia i jesteśmy apatyczni. Inaczej, gdy nam się powodzi, a inaczej, kiedy przytłaczają nas problemy. Inaczej tuż po sukcesie, a inaczej po porażce. Na razie wymieniam bodźce oddziałujące z reguły relatywnie łagodnie, w zderzeniu z którymi nieprzygotowany człowiek ma jeszcze szanse na rozumową korektę. Ale w przypadku chociażby zauważenia postępowania osoby, której nie znosimy, nieprawdopodobnie trudno będzie uwolnić się od obciążającej emocji i oceniać uczciwie. Jeśli to samo zrobi ktoś, kto zalazł nam kiedyś za skórę oraz nasz ulubieniec, nasze reakcje wobec obu mogą pochodzić z dwóch różnych światów, rozdzielonych kosmosem naprędce wymyślanych uzasadnień. Uczucia względem konkretnych osób zaciemniają obraz jak gęsta mgła. Nie widzimy ich prawdziwymi. Strasznie trudno zrezygnować nam z utrwalonych reprezentacji innych ludzi. Nasze umysłowe odruchy szukają za wszelką cenę potwierdzeń raz wyrobionego przekonania.

Widzimy odmiennie, zależnie od stanu emocjonalnego, w jakim jesteśmy. Stan ten jest wywoływany przez masę czynników zewnętrznych i wewnętrznych, na które w większości nie mamy wpływu. Na dodatek jesteśmy przekonani, że rozpoznanie mamy rzetelne. Oj, nie wróży to nic dobrego. Jeśli rzeczywistość jest jakaś konkretna, a widzimy ją każdorazowo inaczej, to co najwyżej raz bezbłędnie. W pozostałych razach lęgną nam się w głowach zdradliwe zjawy.

A przecież zależy nam na prawdzie. Zafałszowań nie chcemy, bo mają zdolność zwodzenia nas na manowce. Tymczasem emocje mogą oszukiwać poznawczo i sprzyjać błędnym spostrzeżeniom, a więc i decyzjom. Ileż było zakochanych par, które dopiero po ustaniu silnych wrażeń odkryły w wybrankach łachudry czy próżniaków. Mało tego. Dochodzą często do wniosku, że oczywiste sygnały wad widoczne były od początku, tylko oni byli ślepi!

Z praktyki wiemy, że odczucia to zawodowi magicy, znający nieprawdopodobne metody odwracania uwagi.

(emocje zawodzą w szukaniu prawdy)

Wyobraźmy sobie, że spotykamy obcą osobę. Zdarzenie ma miejsce w ogrodzie różanym. Wokół brzęczą pszczoły, śpiewają ptaki, barwny koliber na chwilę przykuwa nasz wzrok, słodki zapach kwiatów pieści zmysł powonienia. Wymieniamy kilka słów z nieznajomym i wyrabiamy wstępną, powierzchowną opinię o nim. Powtórzmy eksperyment. Z nieznajomym odbywamy identyczną konwersację. Słowo w słowo, gest w gest, grymas w grymas taką samą. Tym razem jesteśmy na wysypisku śmieci koło hałdy zepsutych ryb. Ostry fetor jest wszechobecny.

Nie jestem pewien, czy – odmalowując dwie sytuacje w umyśle – doświadczyliście różnych wrażeń oraz jak różnych, ale w rzeczywistości w obu przypadkach nasze zdanie o spotkanym człowieku będzie zapewne inne. Jeśli w drugiej scenie poczulibyśmy emocje skłaniające do opuszczenia przykrego miejsca, to bezwiednie obciążymy wrażeniem także rozmówcę i będzie nam się zdawało, że jest współwinny nieprzyjemnych doznań.

W pierwszej scenie doświadczymy wywołanego otoczeniem błogostanu, w drugiej wstrętu. Kiedy będziemy chcieli odpowiedzieć na pytanie „co czuję, przebywając z nieznajomym rozmówcą?”, logicznie zauważymy – ba! zgodnie z prawdą – że odczuwamy przyjemność i nieprzyjemność. Przyczyna odczuć nie ma związku z rozmówcą, ale w tym tkwi zwodniczość odczuć. Nie mając czasu lub samodyscypliny, żeby sprawę przeanalizować i uzmysłowić sobie powód wrażeń, dojdziemy do instynktownego wniosku, czy raczej samoistnie powstanie w nas przeświadczenie, że za samopoczucie odpowiedzialne są cechy drugiej osoby. Że to ona wpływa na nasze emocje.

Zjawisko nielogicznego adresowania odczuć niekoniecznie wystąpi w stu procentach, ale w jakiejś części niemal na pewno. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak byśmy się nie buntowali, że my nie jesteśmy tacy, prawidłowość potwierdzają badania naukowe. Prawdopodobnie ulegniemy nastrojowi i czynnikom pobocznym, oceniając przechodnia. A przecież nie powinniśmy! Człowiek jest wszak identycznie ten sam. Przekazywanie wrażeń między niepowiązanymi zjawiskami nie ma żadnego sensu, ale nic nie poradzimy, tak jesteśmy skonstruowani.

Irytację nieprzyjemnego dnia pracy przynosimy do domu i zachowujemy się całkiem inaczej wobec domowników, chociaż nie mają nic wspólnego ze źródłem frustracji. Emocja spoza domu rzutuje na odbiór współmieszkańców. Wszyscy nas drażnią, chociaż powód rozdrażnienia jest gdzie indziej. Nie damy rady wyrwać się ze szponów odczuć, które nami targają.

Będziemy zachowywali się odwrotnie, gdy mieliśmy przyjemną randkę i w brzuchu latają znieczulające motyle. Wtedy miewamy skłonność do przesadnej życzliwości. Bliscy krzywią się na widok cieknącej z nas słodyczy. I znów – stają się odbiorcą pieszczotliwych zwrotów i zachowań, pomimo że nie mają żadnego związku z przyczyną wewnętrznej lekkości.

Wiedza o wbudowanym w nas mechanizmie emocji używana jest przez fachowców od manipulacji. Przykład: specjaliści od marketingu politycznego nakazują stosowanie rozmaitych zabiegów, żeby kandydata, aspirującego do zwycięstwa w wyborach, żadna kamera nie złapała ze śmietnikiem w tle. Nie tylko śmietnikiem, ale i niczym kojarzącym się nieprzyjemnie. Wyborcy bezwiednie przykre wrażenie przeniosą na osobę, w ogóle nie zauważając pomyłki umysłu, nie zastanawiając się, dlaczego „nie podoba im się” kandydat. Często nie rozumiejąc genezy wystawianej noty.

Pamiętacie jakieś reklamy samochodów, sprzętu ogrodniczego, gaśniczego, toporków, elektronarzędzi z półnagimi kociakami? Obecność panienek nie miała logicznego sensu… ale wywoływała w panach pozytywne emocje. O to chodziło, żeby przyciągnąć uwagę i zaszczepić przyjemne odczucia, licząc na przeniesienie miłych wrażeń na oferowany produkt.

Niepokojące, że o tym samym zdarzeniu, osobie czy rzeczy możemy mieć odmienne opinie, zależnie od czynnika, który nie ma nic wspólnego z przedmiotem oceny. Im bardziej wyraziste i silne emocje nas rozgrzewają, tym trudniej będzie nam o rzetelność. Sugeruję martwić się tym, bo wierząc uczuciom, ryzykujemy popełnianie błędów.

(emocje modyfikują postrzeganie)

Ludzi powinniśmy oceniać po słownictwie, kulturze, zadbaniu, umiejętnościach, wiedzy, odpowiedzialności i innych cechach związanych z człowiekiem, ale nie po otoczeniu, w jakim go widzimy, ani po naszym stanie wewnętrznym, w jakim akurat jesteśmy. Tak samo produkty. Parametry i cechy użytkowe są ważne, a nie trzymanie ich na reklamie przez lubianego aktora. Inwestycje albo lokaty rozpatrujemy po biznesplanie, wskaźnikach liczbowych, arkuszu kalkulacyjnym, a nie wyłącznie po euforii czy strachu, który nam aktualnie towarzyszy. To oprocentowanie bankowe, zasoby, kompetencje i analiza rynku mają wpływ na powodzenie w biznesie, nie stan ducha. Liczy się istota rzeczy, a nie niepowiązane z nią tło.

(oddzielamy istotę rzeczy od tła)

Emocje do erupcji nie potrzebują wiedzy, nie zależą od faktu. Jesteśmy w stanie nie wiedzieć o czymś prawie nic, ale czuć coś w związku z tym i to bardzo jednoznacznego. Mało tego, nierzadko zajmujemy zdecydowaną postawę, kiedy zapoznamy się z bujdą bez sprawdzenia wiarygodności. Wystarczy drobiazg, niepotwierdzona plotka.

Powszechna stygmatyzacja jakiejś grupy społecznej to gwarancja rosnącej łatwości do obciążania jej każdym nieszczęściem. Na przykład Żydzi na przestrzeni dziejów byli niejednokrotnie karani za cudze przestępstwa. Przyczyną była legenda o rytualnym zabijaniu dzieci chrześcijańskich, a później całkowicie zmyślona książka „Protokoły Mędrców Syjonu”, demaskująca rzekomy światowy spisek potomków Abrahama. Emocjonalnie zaprogramowani sędziowie lub uczestnicy linczów mieli od razu wyrobione zdanie. Nie używali zasad dedukcji, którymi posługiwaliby się w przypadku ludzi uznanych za życzliwych.

Tak samo było w hitlerowskich Niemczech. Nie inaczej w Związku Radzieckim względem oskarżonych o szpiegostwo. W Ameryce Północnej wobec czarnoskórych. Piszę o emocjach, ale wrócę na chwilę do potrzeby równości. Gdyby wszystkich traktować identycznie, świat widziałby mniej niesprawiedliwości.

(dystans wobec emocji ratuje przed błędami)

Wspominałem już może o czynnikach, które miewają władzę nad nami? Chociaż słówkiem? Jeśli tak, to przyjrzyjmy się jeszcze dwóm naszym panom. Oto ich imiona: „chce mi się” i „nie chce mi się”. Chodzi o odczucia, a nie świadome „chcę” (mam wolę) i „nie chcę” (postanowienie negatywne). „Chcenia się” nie zależą od naszej woli. Nie umiemy zechcieć jeść albo skutecznie postanowić nie chcieć wyglądać przez okno podczas pracy. Na nic zda się napinanie umysłu. „Chcenie się” i jego przeciwieństwo są poza naszą kontrolą. Pojawiają się same. Tak jakby przychodzą do nas z wizytą i odrobinką terroru. Czegoś nam się nagle zachciewa. Zauważmy, że jeśli nie mamy władzy nad „chceniami się”, które zdolne są do wymuszania na nas działania lub zaniechania, to nie kierujemy w pełni swoim życiem. Człowiek, który realizuje jedynie „a, zachciało mi się tego czy tamtego”, jest bierny wobec własnego istnienia. Gdy dzień mija na uleganiu „zachciało mi się jajecznicy”, „zachciało mi się umyć ręce”, „zachciało mi się coś pooglądać w telewizji”, „zachciało mi się zadzwonić do kogoś i pogadać”, „znów jeść” itd. jest kierowany przez wewnętrzne pobudki, ale nie można powiedzieć, że sam kieruje sobą. Wynika to z faktu, że impulsy motywujące pochodzą spoza woli. Nie wytwarza ich świadomy akt. Poddając się chętkom, poruszamy się pod wpływem sił spoza naszego panowania.

(życie jako spełnianie pobudek „zachciało mi się” jest marionetkowe)

Wiemy, że chcenie spać, pić, jeść, chcenie rzeczy niezbędnych do życia jest nieuniknione. Tymi nie zawracamy sobie głowy, bo nie mamy na nie wpływu. Są nawet pożyteczne, żeby chronić nas przed fizyczną destrukcją. Ale człowiek świadomie kieruje sobą, kiedy wytwarza coś ponad „chcenie się”. Kiedy wolą decyduje o postępowaniu. Nierzadko wbrew odruchowym pragnieniom.

***

Jeśli znamy jakieś spektakularnie złe wybory, to na bank u źródła kryją się emocje. Przykładowo wszystkie bańki spekulacyjne i związane z nimi tragedie są skutkiem zawierzania płytkim odruchom zamiast racjonalnemu myśleniu. Wspomnijmy bodaj najgłośniejszą. Dostarczy nam ona przy okazji kontekstu do pokazania paru ciekawych pobudek działania.

W XVII wieku w Holandii popularność zyskały tulipany jako wyznacznik statusu społecznego. Kto chciał uchodzić za poważną personę, szczycił się tulipanami. Pragnienie popisywania się to element kształtowany przez czynnik subiektywny, niemal odruchowy, niezwiązany wprost z osiągnięciem realnej korzyści. Z jakiegoś powodu czujemy chęć uchodzenia za lepszych, niż jesteśmy i lepszych od innych. Czy coś zyskamy, kiedy na palce nałożymy wielkie sygnety i zamieszkamy w pałacu? Niewykluczone, że tak, ale – patrząc z zewnątrz – pokazywanie się z drogimi przedmiotami nie musi wcale oznaczać majętności. Możemy przecież uginać się pod ciężarem długów. Przez eksponowanie atrybutów bogactwa jesteśmy w stanie kogoś zmylić i narazić na stratę.

Posiadanie znacznego majątku nie wiąże się poza tym w żaden sposób z byciem lepszym. Jeśli odziedziczyliśmy fortunę lub mieliśmy szczęście, największy choćby pałac nie będzie nawet miernikiem talentu. Kto uwierzy w zewnętrzne pozory bogactwa i uzna, że dlatego powinien bardziej nas szanować lub nam ufać, popełni niebezpieczny błąd. Podejmie decyzję, kierując się pozorami, a nie rzeczywistością. Może go to wiele kosztować.

Mądre czy nie, zjawisko pragnienia imponowania występuje. Niepospolite przedmioty uznawane za symbole statusu kosztują nierzadko więcej, niż są obiektywnie warte. Dlaczego sprzedawca miałby nie korzystać na woli kupowania niekoniecznych do życia produktów po zawyżonych cenach (przy okazji zauważmy, że kto ulega wewnętrznej presji na blichtr, traci więcej środków i energii niż ludzie skromni)?

Wróćmy jednak do opowieści z XVII wieku. Nam w tej chwili wystarczy wiedza, że ciągoty do bycia w elicie istnieją i że do ich realizacji używa się posiadania czegoś.

Moda wyższych sfer holenderskich także wpłynęła na podniesienie wartości roślin. Aspirujących do wyższej rangi było wielu, a podaż nie nadążała za zapotrzebowaniem. Nie to jednak doprowadziło do załamania.

Drugi element to żądza zysku. Zauważono, że ceny cebulek rosną, więc zaczęto postrzegać roślinę jako szansę na zarobek. Pojawiła się euforia na punkcie handlu florą. Wrażenie, że gęś znosząca złote jajka jest na wyciągnięcie ręki, skłaniała do skupowania cebulek, aby sprzedać drożej. Skupowanie przez spekulantów jeszcze bardziej windowało ceny. Skoro ceny rosły jeszcze bardziej, to entuzjazm także i obsesja zataczała coraz większe kręgi. Do momentu, kiedy zabrakło kupujących. Wyobrażacie sobie, jaka musiała wybuchnąć panika na wieść, że trend się odwrócił? Wszyscy rzucili się do sprzedaży. Spadek cen był momentalny. Biada temu, kto został z żywym towarem, a nie z gotówką.

Tak samo jest zawsze z bańkami spekulacyjnymi. Musi pojawić się euforia, luzująca rygor rozumu i znieczulająca podczas podejmowania ryzyka. Emocja fałszuje racjonalny osąd w dziedzinie, w której ważne są liczby i chłodny osąd sytuacji. W tym przypadku nie ma jednego oszusta, którego bylibyśmy w stanie oskarżyć o manipulację. Do paleniska kłamstwa dokłada się każdy, kto zaufa wrażeniom, zainwestuje majątek w liche aktywa i podsyci iluzję, że istnieje popyt.

(emocje są złym przewodnikiem)

Dążenie do wyróżnienia się na tle pozostałych ludzi wciąż jest aktualne i chyba zawsze będzie. Współcześnie odpowiednikiem tulipanów stały się markowe ubrania, kosmetyki, gadżety czy określone auta. Nieszczęsną emocję handel wykorzystuje instrumentalnie. Ubraniu lub logo na nim przypisuje cechy „nowoczesności”, bycia na poziomie, „niezależności” (O zgrozo! Stadne uleganie modom jako „niezależność”). Podnoszenie prestiżu oparte na emocjonalnych wrażeniach zwiększa zbyt. Któż nie chciałby wynieść się ponad otoczenie?

Kto uwierzy, kto podda się popędom, nie będzie kierował swoim życiem. Jeśli ulegnie perswazji, że spodnie z nowej kolekcji najlepiej pasują do ducha „nowoczesności”, nie będzie kierował swoim życiem. Stare odłoży do szafy nieznoszone i kupi kolejne, bo tak chcą twórcy kampanii marketingowej. I będzie zawsze postępował w takt narzuconej opowieści. Zawsze będzie zmuszony do kupowania nowych i wciąż nowych rzeczy, marząc o wyimaginowanym awansie. Tylko że to kłamstwo. Wartość człowieka nie zależy od ciuchów.

(wartość człowieka nie zależy od tego, co ma)

Żywa marionetka będzie realizowała plan sprzedawców, myśląc, że dba o siebie. Będzie traciła czas, pieniądze i energię, które wszak mogłaby wykorzystać, żeby życiu nadać autentyczną wartość. Nawet ponadczasową, jeśli skupi się, żeby zrobić coś dla innych.

***

Innym sposobem, żeby nami sterować, są pochlebstwa.

Mam nadzieję, że my wszyscy, ja i Czytelnicy, staramy się odnaleźć w prawdziwym świecie. Nie zależy nam na bajkowych opowiastkach, więc nie możemy pominąć możliwości, że pochlebca ma zamiar wpłynąć na nas i nieszczerą pochwałą uśpić czujność, emocjonalnie zaszantażować, żebyśmy chętniej wykonali jego plan. Pochlebstwa także oddziałują na odczucia, a więc i na naszą decyzyjność.

Wyobraźmy sobie pana Pawła. Dajmy na to, że Paweł amatorsko udziela się w kulturystyce. Na korytarzu w pracy spotyka szefa. „Słyszałem, że dużo pan ćwiczy, ma rekordy na siłowni, że podnoszenie ciężarów to dla pana pestka. Podziwiam. Tak się składa, że w przyszłym tygodniu po pracy przenosimy firmę i szukam chętnych pracowników, którzy pomogą w pakowaniu i rozpakowaniu” – po takiej przemowie odbiorca przekazu stawiany jest na wprost pułapki. Pierwsza część wypowiedzi miała zaprogramować myślenie na tor „jestem podziwiany przez samego dyrektora”, a druga wprowadzała niejednoznacznie wybór: albo zgodzić się i wykazać słuszność pochwały, albo odmówić, a więc niby dać powód do podejrzeń, że nieprzeciętna siła nie ma potwierdzenia. Manipulant wykorzystał emocjonalny chwyt. Chce osiągnąć swój cel i posługuje się trudnym do zauważenia szachrajstwem, mimo że pogłoski o sile Pawła nie są przesadzone.

Jeśli ktoś podziwia tężyznę fizyczną Pawła, to podziwia. Szacunek wobec muskułów nie zależy od zgody na udział w przeprowadzce. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Połączenie obu tematów w jednej wypowiedzi to przykład eksploatacji niezrozumiałych zachowań, do których jesteśmy skłonni pod wpływem emocji. Odczucia tworzą często nielogiczne skróty paramyślowe i wpędzają w bezpodstawne dylematy. Dlatego zasugerujmy panu Pawłowi, żeby rozdzielił wyrazy uznania od prośby. Nie są one ze sobą związane. W przeprowadzce może brać udział każdy. Nawet dla chuchra znajdzie się robota. Siła nie stanowi żelaznego zobowiązania.

Za pierwszą część niegrzecznie będzie nie podziękować. Pawle?

– Dziękuję panu dyrektorowi. To miłe.

Do przeprowadzki wybitna siła jest pomocna, ale nie niezbędna. To, co Paweł zrobi z łatwością, inni wykonają z grymasem na twarzy i zasapią się. Ale też zrobią. Najwyżej do cięższych zadań zbierze się kilka osób. Czy na pewno powała niebios zawali się, jeśli muskularny pracownik odmówi? Pewnie nie. Zresztą – nikt nie jest niezastąpiony. Na pewno znajdzie się więcej niż jeden „paker”.

Świat nie jest doskonały. Nie da się go własnymi siłami uczynić idealnym, więc niewykluczone, że będziemy czasami powodem czyjegoś zawodu. Przykro mi, nie sposób tego uniknąć. Jeśli bierzemy udział w konflikcie wielu zamiarów, może okazać się, że wybierzemy ważniejszy niż firmowa przeprowadzka. Jeśli nie damy rady nie zawodzić innych, nie powinniśmy się tym przejmować. Wszak niezawodzenie jest poza naszym zasięgiem.

(sprawienie zawodu nie jest niezwykłe w realnym świecie)

Pomaganie jest szlachetne i korzystne. Daje satysfakcję zwłaszcza wtedy, gdy posiadane talenty mogą przyczynić się do dobra innych. Na przykład, żeby było im lżej. Niemniej, Pawle, zastanów się, umieść pytanie przełożonego w swojej hierarchii priorytetów i zadań i zadecyduj rozsądnie, nie poddając się łechtaniu komplementami.

– Dlaczego miałbym nie pomóc? Pomogę. Dam radę przełożyć kilka planów.

Pan Paweł podejrzewam, że chyba czytał tę książkę, bo umie się zachować. Zauważcie, że jego szef nie był jedynym, który wywierał na niego presję. Nie uległ też moim wywodom, że był manipulowany. Odruchowo powinien obrazić się na przełożonego, kiedy zdradziłem schemat wykorzystania komplementu. Tak działają impulsy. Ale nie. Odciął się od emocji wywołanej najpierw przez dyrektora, a później przeze mnie.

Dla nas wszystkich ważne jest zapamiętanie, żeby nie dawać się wodzić za nos pierwszym odczuciom. Drugim też nie. Najlepiej żadnym. Lepsze rezultaty daje przemyślenie.

Dość istotne jest odnalezienie osobistego czasu (w sensie długości, mierzonego minutami lub godzinami), po którym, po chwilach uczuciowych wzburzeń i ekscytacji wraca nam rozum i dawanie sobie nieco więcej na zastanowienie.

(spokojnie przemyśliwamy decyzje)

Czas na analizę przydaje się w wielu przypadkach. Epidemią, zwłaszcza zbierającą żniwo wśród osób starszych, są sprzedawcy rozmaitych wyrobów, reklamowanych najczęściej jako prozdrowotne. Seniorzy, z racji większej bezkrytyczności oraz doświadczania chorób, są szczególnie podatni na wykorzystanie. Kluczem do oskubania staruszków jest wywołanie w nich kilku emocji. Odbywa się to na spotkaniach z pokazami. Zresztą podobny schemat używają telewizje sprzedażowe.

Najpierw wzbudza się niepokój. Prowadzący przywołują wspomnienia problemów, żeby w ofierze wywoływać strach. Wskazują chociażby różne przyczyny, mogące powodować choroby. Załóżmy dla przykładu, że brud i zarazki. Następnie dają nadzieję, prezentując rzekome antidotum. Coś, co likwiduje brud. Niech to będzie odkurzacz. Różniący się jakimś drobiazgiem od już posiadanego, by móc uzasadnić, dlaczego powinni zastąpić stary. Utrzymywane jest szybkie tempo prelekcji, żeby nie dopuścić do racjonalnego przemyślenia. W umysłach słuchaczy montowany jest emocjonalny konstrukt: masz przed sobą eliminatora źródła chorób, czyli twoich lęków.

Żeby jeszcze bardziej zadziałać na nieracjonalną część umysłu, handlowcy oferują ograniczoną czasowo lub ilościowo ofertę specjalną: zniżki, dodatki itp. Jest chwila na zakup, tylko tu i teraz, trzeba się pospieszyć.

No i dziadkowie się nabierają. Ponoszą wielokrotną szkodę (sprzęty są niekiedy kilka razy droższe niż konkurencyjne odpowiedniki), bo złamali wszystkie zasady kierowania swoim życiem. Nie weryfikują, czy opowiedziany problem jest rzeczywiście tak straszny. Nie analizują, czy jest sensowny związek między rozwiązaniem problemu a produktem. Nie dają sobie czasu na przemyślenie zakupu. Nie sprawdzają propozycji konkurencji. Nie nabierają podejrzeń wobec wymuszania pośpiechu. Ulegają chwilowym emocjom. Nie potrafią dostrzec wszystkich oszustw, które trzeba popełnić, żeby doprowadzić ludzi do stanu wypełniania woli sprzedawców. Koniec końców wydają grube pieniądze na coś, co nie da im oczekiwanej ulgi, czyli wybierają źle. Sprzedawcy wprowadzili staruszków w wyreżyserowany ciąg emocji, żeby osiągnąć własne cele.

Kiedy targają nami impulsy, rozum znajduje się pod naciskiem i działa gorzej niż na spokojnie. O ile w ogóle ma coś do powiedzenia. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby biedacy dali sobie czas na wygaśnięcie instynktownych odruchów i użyli głowy.

(nie dajemy się zmusić do zbyt szybkiego wybierania)

***

Co już wiemy? Emocje są niestabilne. Pojawiają się, znikają, zmieniają, wzburzają lub cichną. Nie oczekujmy po nich stałości. Zupełnie nie nadają się na fundament czegokolwiek. Bez sensu jest choćby budowanie związku wyłącznie na uczuciach, bo na sto procent za jakiś czas będą inne.

(emocje są zmienne)

Nie kontrolujemy emocji. Nie mamy większego wpływu na to, kiedy, jakie i z jaką siłą uderzą, żeby nas porwać. Codzienne zdarzenia z nagła umieją przestawić nas na odczuwanie wrażeń nieobecnych minutę wcześniej.

(nie kontrolujemy emocji)

Emocje mają niestety wpływ na nasze postępowanie. Trzy wymienione cechy stawiają nas przed dylematem. Czy zgadzamy się, żeby nasze postępowanie było poza kontrolą? Czy nie przeszkadza nam bycie miotanymi jak kukiełka?

Musimy pogodzić się z istnieniem emocjonalnych żywiołów. Będą w nas falować i kipieć. Ale jeśli chcemy kierować sobą, powinniśmy unikać ulegania instynktownym odruchom i przenosić ciężar zarządzania na rozum.

Nie mamy wpływu na emocje, więc czasami zdarzy się, że prawda wyda nam się nieprzyjemna, a kłamstwo przyjemne. Powstanie konflikt. Emocje będą zwodziły nas w kierunku fałszu, czyli odmiennym niż nasz interes. Dajmy na to, odkryjemy, że byliśmy w błędzie, a rację miał ktoś, kogo zaczęliśmy uważać za skończoną gnidę. Nagle rozumiemy, że się myliliśmy. Albo to przyznamy, siebie nazwiemy gnidą i wrócimy na ścieżkę prawdy, albo zacietrzewimy się w kłamstwie, bo jest milsze i łatwiejsze. Wobec zderzenia odruchów i rozsądku bardziej nam się jednak opłaca dystans wobec uczuć.

Zaufanie emocjom będzie katastrofalne, gdy użyjemy ich do oceny postępowania bliźnich i swojego. Proszę, odpowiedzcie, czy przykład persony, który zaraz podam, nie jest Wam świetnie znany. Obstawiam, że zjawisko występuje dość często, więc pewnie spotkaliście kogoś takiego. Może nawet dzielicie z nim nazwisko. I imię.

Otóż jest sobie ktoś, kogo strasznie irytuje plotkarstwo. Nie może znieść nagannej maniery i często krytykuje przykrą cechę. Bez przerwy opowiada, kto, co i na kogo nagadał, pomstując, na czym świat stoi.

Zauważyliście Państwo, że robi to samo?

Jak to możliwe, że wspomniany jegomość jest zły na plotkarzy, ale nie na siebie, mimo że nie odbiega jakością od samodzielnie potępianego szablonu zachowań? Jest to możliwe, ponieważ do siebie nie czuje tego samego, co do innych. U obcych pomówienie go gniewa, ale jak sam rozpowiada fantazje, to już nie. Tam czuje silną falę, a tu nic. W emocji tkwi różnica. Ulega uczuciu zamiast poddawać sądy rozumowi. Dlatego popełnia fatalny błąd. Gdyby przeczekał napływ wrażeń, na chłodno zastanowił się, czy miał do czynienia z plotkarstwem i czy faktycznie jest złe, i orzekł „plotkarstwo to zła cecha”, większa jest szansa, że przyjęty element światopoglądu zastosuje także do siebie. A co będzie, jeżeli myśli o zagadnieniu w chwilach wzburzenia, ale nigdy więcej? Nigdy nie zauważy wady u siebie, bo emocja nie zasygnalizuje problemu. Nie osiągnie prawdy, a więc poniesie szkodę.

(oceniamy na spokojnie)

Osiąganie celów wolności jest wydajniejsze, kiedy nie jesteśmy miotani jak kukiełki, tylko zmierzamy prostą drogą. Prostą drogę wytyczymy, używając wyłącznie rozumu i dystansując się od niestałych, ulotnych wrażeń.

9. Religia

Jedynymi narzędziami służącymi do poznawania świata, które posiadamy, są zmysły oraz rozum. Piszę o względnie godnych zaufania. Nie mamy innych. Tylko to, co zobaczymy, usłyszymy, powąchamy, czego dotkniemy czy posmakujemy, po przekształceniu przez umysł jest w stanie posłużyć jako budulec naszego obrazu rzeczywistości. Jeżeli wiemy coś z książek, to dlatego, że zobaczyliśmy w nich (wzrok), zdekodowaliśmy i zrozumieliśmy (rozum). Lekcje w szkole dostarczają wykładów (słuch), pokazów (wzrok) i zostawiają nam zadanie ułożenia bodźców w spójną całość (rozum). Jakąkolwiek byśmy wzięli na warsztat formę powiększania zasobów wiedzy, zawsze sprowadzimy ją do podstawowych cegiełek.

(poznajemy świat tylko zmysłami i rozumem)

Wszystkie pomocne przyrządy badawcze, z których korzystamy, powstały po to, żeby redukować rzeczywistość do form zrozumiałych dla zmysłów i rozumu. Po to są w nich wskazówki, wyświetlacze, brzęczyki, wibracje, migające światełka, słupki z cieczą, wydruki z wykresami i tabelkami, żeby przystosować tajemnicze zjawiska, które wprost są poza naszym zasięgiem, do skromnych możliwości.

Przykro mi to obwieszczać, ale zarówno o zmysłach, jak i o rozumie wiemy, że są niedoskonałe i nie można im bezwzględnie ufać. Wydawało się Wam kiedyś, że słyszycie pukanie do drzwi, a kiedy pobiegliście otworzyć, nikogo nie było? Tak właśnie. Wydawało się. Znamy wiele sposobów, jak można oszukać posiadane w ciele sensory. Nawet budujemy specjalne parki rozrywki, żeby bawić się ich ośmieszaniem. Uspokajająco nazywamy przykłady słabości „iluzjami”, odcinając się od zaskakujących doświadczeń, w których mamy dowody zawodności narzędzi postrzegania. Spokojnie wracamy do zwykłego życia i łudzimy się, że poza rozrywkową placówką jesteśmy panami sytuacji. Czy tak jest? Zamknijmy jedno oko i sprawdźmy, czy otwartym widzimy wszystko naprzeciw siebie. Widzimy? Na pewno? No to jesteśmy w błędzie. Nie możemy widzieć, bo w oku jest plamka ślepa, która nie zawiera receptorów światła. Wrażenie pełnego postrzegania jest złudzeniem. W prawdziwym obrazie powinna być ciemna dziura, ale umysł łata ją poza naszą kontrolą wspomnieniami i prawdopodobnym tłem. Nawet gdyby odważnie przyjąć, że wzrok pokazuje nam rzeczywistość, to jest ona zawsze częściowo zmyślona.

Wady zmysłów i rozumu są jednak bardziej fundamentalne. Nie mamy niezależnej metody, żeby na 100% sprawdzić, kiedy i w jakim stopniu nasze wrażenia odpowiadają rzeczywistości, a kiedy nam się zdaje. Wszystkie sposoby, jakie wynajdziemy na sprawdzanie zmysłów i rozumu, opierać się wszak muszą na… zmysłach i rozumie. Nie da się niepewnego przyrządu sprawdzić nim samym.

Skoro dysponujemy dowodami, że zmysły i rozum daje się oszukać, skoro nie znamy sposobu weryfikacji, kiedy ulegamy złudzeniu, to znaczy, że nie mamy też podstaw, żeby uznać je za całkowicie pewne. Musimy liczyć się z tym, że wprowadzają nas w błąd.

(zmysły, rozum ani żadne ich połączenie nie są pewnym źródłem wiedzy)

Nie mamy pewnej wiedzy o świecie. Nie mamy pewnej wiedzy o niczym. Nie istnieje i nie może istnieć ludzki system wytłumaczenia rzeczywistości, który nie byłby ufundowany na wierze. Nie mamy do dyspozycji żadnych niewzruszonych fundamentów, na których dałoby się coś kompletnego zbudować.

Metoda naukowa nie odbiega od schematu. Nauka wierzy, że istnieją prawa przyrody oraz że są niezmienne w czasie, w przestrzeni i nie ma incydentów łamiących prawa przyrody. Przyjmując na wiarę owe dogmaty, tłumaczy wszechświat, jakby założenia były prawdziwe, nie prezentując dowodu. Prowokująco zaproponuję naukowcom: „hej, sprawdźcie, czy zjawiska fizyczne nie zmieniały się w czasie istnienia wszechświata”. Na taką zaczepkę naukowcy rozbiegną się po korytarzach i zamkną w laboratoriach, żeby konieczność odpowiedzi spadła na kogoś innego. Pozbywamy się jednego dogmatu i z miejsca rodzi się podejrzenie, że historię świata dałoby się wytłumaczyć na nieskończenie wiele sposobów niesprzecznych z obserwacjami i eksperymentami. Pojawiają się co prawda ciche postulaty, żeby w ten sposób uciec od paru niewytłumaczalnych klasycznie problemów, ale wszyscy boją się ich konsekwencji. Pojedynczy precedens i koniecznie trzeba byłoby zaakceptować, że wszystkie prawa przyrody mogły ewoluować. Na to specjaliści nie chcą pozwolić. Dzięki dogmatom mają z grubsza jeden wariant, choć nigdy nie będą pewni, czy właściwy.

Przyrządy, które wytwarzają, powstają przy założeniu prawdziwości dogmatycznych podstaw. Do projektowania używają rozumu i zmysłów, więc wiadomo – narzędzia też nie są pewne.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie twierdzę, że nauka akumuluje wiedzę błędną. Mówię jedynie, że niepewną. Być może prawdziwą, lecz nigdy nie uda nam się tego udowodnić. Śmiało wygłaszam ową tezę. Kroniki przytakują, że co jakiś czas udaje się obalić taki czy inny filar.

(nauka nie jest pewnym źródłem wiedzy)

Nauka wypracowała efektywny sposób działania. Robi eksperyment, powtarza i jak wyjdzie kilka razy to samo, wpisuje wyniki do podręczników. Pytam naukowca: „jaki jest dowód, że zrobienie doświadczenia ponownie da taki sam rezultat?”. I słyszę naukową odpowiedź profesora: „ale jak to?”. Dowodu nie jest w stanie sformułować, bo założenie powtarzalności jest wierzeniem. Naukowcy wierzą, nie mając dowodu, że każde kolejne przeprowadzenie identycznego eksperymentu da taki sam wynik. Jest to wiara. Wiara jest konieczna do uprawiania nauki.

Widzimy więc, że wiara jest fundamentem naszego życia. Nie da się żyć bez wiary. Wszyscy mamy jakieś wierzenia.

Ludzie nazywający się zuchwale „racjonalistami”, czyli mniemający o sobie, że muszą mieć dowody i nic nie przyjmują na wiarę, wyobrażam sobie, że spędzają czas w następujący sposób. Rano wstają, jedzą śniadanie, myją zęby, idą do pracy, pracują… Chyba zachowują się normalnie i dość typowo. Tak myślę. Raczej nie krzyczą cały czas z przerażenia. Nie słyszałem o takim przypadku. Więc muszą wierzyć. Przecież nie mają dowodu, że za chwilę otoczenie nie zmieni się w płonącą plazmę, nie zniknie grawitacja, a oni sami nie zostaną nową siłą wywróceni na lewą stronę. Nie mają żadnego dowodu, że tak nie będzie. Nie żyją w ciągłym strachu właśnie z powodu głębokiej wiary, wspólnej bodaj nam wszystkim. Wierzymy, że następna chwila będzie podobna do tej, która minęła, że jutro dzień będzie podobny do poprzednich, że powała nieba nie zawali się nam na głowę. Nazwijmy zjawisko „przyzwyczajeniem”, ale obiektywnie mamy do czynienia z wierzeniem.

(nie da się funkcjonować bez wiary)

Nie ma na świecie ludzi, którzy nie są wyznawcami czegoś, zdolnych czytać tę książkę. Osoby niewierzącej w nic szukać możemy w zakładach dla obłąkanych. Absolutnie niewierzący w nic nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Niewiara jest zbyt wyczerpująca.

Jak wspomniałem, nie da się skonstruować poważnego systemu wyjaśniania świata bez nieudowadnialnego fundamentu. Baza zawsze unosi się w powietrzu. Religie nie różnią się pod tym względem od innych konstruktów. Nie możemy wykazać, że są z natury słabsze od nauki. Są niepewne jak wszystko.

(rzetelna religia jest równie niepewna jak rzetelna nauka)

Wierzenia pozwalają nam na zachowanie zdrowych zmysłów i radzenie sobie w codziennym życiu. Są pomocne, nawet gdy nie oferują niewzruszonej podstawy. Musimy niestety nauczyć się żyć na chybotliwej łodzi i akceptować wiarę jako konieczną kotwicę. To dopiero nasza wiara stabilizuje obrany światopogląd i pozwala poruszać się po pokładzie życia. Nie damy rady zmienić zasad wszechświata, więc nie warto z nimi walczyć. Musimy wierzyć.

***

Nie odpowiem na pytanie, czy rację w sprawie religii teistycznych mają teiści, czy ateiści. Za to, skoro nadarza się okazja, wyprostuję językowy fałsz. Nie jest prawdą, że ateiści „nie wierzą w Boga”. Sformułowanie jest nieszczęśliwe i nieodpowiadające prawdzie. Teiści „wierzą w istnienie Boga”, a ateiści „wierzą w nieistnienie Boga”. Jedni i drudzy wierzą. Nie mają niezbitych dowodów, więc muszą wierzyć. Każdy jest wierzący.

13. Oczekiwania

Każde oczekiwanie ma przynajmniej dwa równoprawne rozwiązania: pomyślne i niepomyślne. Co najmniej. Może być ich wszak więcej. Człowiek staje się nieszczęśliwy, jeśli zakłada, że istnieją tylko te wyjścia, których on oczekuje i opiera się przed akceptacją rozczarowania.

Nastawienie na wyłącznie sukces to utopia. Niespełnienie jest równie dopuszczalne jak realizacja. Z jakiego niby powodu mamy prawo zakładać, że wszystko ma się nam udawać? Jest wiele argumentów, a przede wszystkim doświadczenie życiowe, dowodzące czegoś przeciwnego.

(istnieją porażki)

Istnieją czynniki losowe, których nie znamy, kiedy układamy plany. Nie jesteśmy bogami, żeby panować nad całym światem i go kontrolować. A przecież tylko pełna kontrola dawałaby gwarancję powodzenia. Moglibyśmy wówczas korygować zdarzenia, żeby nam nie przeszkadzały, zapobiegać z góry nieprzewidzianym sytuacjom. Nawigować po oceanie nieskończonych scenariuszy.

Rzeczywistość jest jednak inna. Nie damy rady zapewnić idealnych warunków dla własnych zamierzeń, które – choćby nie wiem jak wielkie i zacne – bywają rujnowane przez nawet błahostki. Budzik nie zadzwoni i zaśpimy, jak nie zaśpimy, to pociąg się spóźni, jak się nie spóźni, to wysiadając, potkniemy się na mokrym chodniku i zwichniemy kostkę… Jeśli nieoczekiwane incydenty nie staną nam na drodze, przeszkodą może być wszak także nowa szansa, za którą pójdziemy, porzucając wcześniejsze projekty. Dość prawdopodobne, że sami sobie staniemy na drodze.

Nie żyjemy poza tym na świecie sami, więc musimy brać pod uwagę konflikt interesów. Gdybyśmy nawet potrafili ujarzmić czas, przestrzeń oraz materię i dostosować najmniejsze nawet drobiazgi otoczenia, żeby nam sprzyjały, może okazać się, że inny wszechmocny bóg, dajmy na to – nasz sąsiad, ma zupełnie inne plany. Że jego starania stoją w sprzeczności do naszych. Powodzenie jego i nasze będą się wykluczały. Nie możemy wszyscy wygrać na loterii głównej nagrody.

Zmierzam do tego, że w rozważaniu o oczekiwaniach nie możemy pomijać cudzej wolności i dynamicznego kształtowania otoczenia przez bliźnich, których plany są nie mniej ważne od naszych. Czy nasze oczekiwania nie dotyczą przypadkiem innych ludzi? Że ktoś coś zrobi, że się czymś zajmie, coś dostarczy, jakoś się zachowa, wykona usługę? Na wszelki wypadek zaznaczę, że nie piszę o zasadach biznesu, który ma bardzo dobre reguły współpracy. Nie, mam na myśli w tej chwili życie prywatne.

Zupełnie śmieszna jest sytuacja, kiedy czegoś oczekujemy od innych, nie informując ich o tym i licząc na domyślność. Ale nie tylko to. Jakże wiele razy obserwowałem, że jedna osoba wydaje polecenie innej i spodziewa się, że stanie się tak, jak powiedziała, ale nie zapytawszy drugiej o zdanie! Skąd przychodzi jej do głowy, że to, na co liczy, zostanie spełnione, jeżeli nie prosi o potwierdzenie i go nie dostaje? Inna osoba też ma ułożony harmonogram i listę spraw. Chcemy czegoś od niej? Zapytajmy o możliwość i termin. Świadomość terminu jest ważna, bo ratuje od przedwczesnej irytacji.

Rzucone polecenie bez odzewu to świetna recepta na wpędzanie się samodzielnie w kolekcjonowanie zawodów. Pamiętajmy, że nasze rozczarowanie będzie jedynie skutkiem niczym nieuzasadnionego oczekiwania.

(prosimy innych o potwierdzenie, że są w stanie spełnić nasze życzenie i kiedy)

Życie jest zbyt skomplikowane. Złożoność środowiska, w którym żyjemy, jest nazbyt wielka, byśmy byli w stanie ogarnąć ją rozumiem. Przez wiele lat uczymy się w domu i kolejnych szkołach, kim jesteśmy, gdzie żyjemy i jakie reguły rządzą światem. Co dostajemy na koniec? Edukację uznaję za najbardziej skuteczną, jeśli uczeń z niewzruszoną pewnością stwierdza, że prawie nic nie wie. Gdy ktoś ma przekonanie, że rozumie wszystko, udowadnia tym samym fakt głębokiej niewiedzy.

Świat jest zbyt złożony, a my niedoskonali, żebyśmy dali radę w pełni sterować swoim losem. Jest to skuteczna przeszkoda w zapanowaniu nad wszystkim. Wiele jest w stanie się wydarzyć. Głupi przypadek da radę zniszczyć najlepiej przygotowane zamierzenie.

(doskonałość i wszechwiedza są dla nas nieosiągalne)

Skoro tak, to – jakkolwiek byśmy się przygotowali – mogą nas spotkać nieszczęścia i zawody. Jest to nieuniknione. Tak wygląda rzeczywistość.  Nie liczmy więc zawczasu, że wszystko, co zaplanujemy, to zaczniemy, co zaczniemy, to skończymy, a czego oczekujemy, to dostaniemy. Nie dajmy sobie wmówić, że może być inaczej. Każde kłamstwo jest szkodliwe, a więc również iluzja, że wszystko musi nam się udać.

Inna ułuda, może nawet straszniejsza niż osobiste poczucie niezniszczalności i nieskończonych możliwości, to że niewiele brakuje do świata idealnego. Czyli że nie tylko my mamy blisko do absolutnego szczęścia, ale i wszyscy inni także. Co za nonsens! Ze złego przekonania leczymy się za pomocą lektury dowolnego podręcznika z jakiejkolwiek dziedziny medycyny. Jeśli jest porządnie opracowany, zawiera setki stron, na każdej po kilka chorób. Solidna cegła. No i wszystkie opisane tam ułomności zdrowia mają swoich reprezentantów, nierzadko licznych. Weźmy za przykład cukrzycę, depresję, zawał, uzależnienie. Ktoś jeszcze został, kto nie mieści się w zaledwie czterech punktach? Szczęściarz. Zauważmy, że wspomniałem wyłącznie o zdrowiu, kiedy lista nieszczęść jest o wiele, wiele obszerniejsza: zdarzenia losowe, kataklizmy, niekorzystne prawodawstwo, wojny, głód, incydenty kryminalne, samotność, niezrozumienie itd. itp.

(nieodległy świat idealny to utopia)

Kto dopuszcza wyłącznie myśl o sukcesie, kto jest przekonany, że będzie miał spełnione zachcianki, że wydane polecenia zostaną zrealizowane i to dokładnie tak, jak sobie wyobraża, staje się nieszczęśliwy z powodu rozczarowania. Nie róbmy sobie krzywdy. Wiara, że dostaniemy wszystko, jest kłamstwem. Rzeczywistość jest inna. Nie dostaniemy wszystkiego, co chcielibyśmy, a naszemu życiu będą towarzyszyły klęski.

Nie chodzi o popadanie w apatię. Przeciwnie. Kiedy zetkniemy się z trudnością, pomocna będzie świadomość, że nie wydarzyło się nic zdumiewającego, czego byśmy się nie spodziewali. Przeszkody są normalne i pospolite.

Wybujałe oczekiwania zamykają nas na szczęście. Nie wszystko może się udać, więc taki czy inny zawód jest stuprocentowo pewny. Im większą uwagę przywiązujemy do swoich pragnień i definiujemy własną wartość przez pryzmat oczekiwań i ich urzeczywistnienia, tym mocniejsze policzkowanie zamawiamy.

Skupmy się nie na tym, co możemy dostać, ale co możemy dać, bo nad dawaniem mamy większą kontrolę. Życie nie tylko dla siebie mniej rozczarowuje.

Cywilizacja trwa już dosyć długo i jak na razie nie zapowiada się, żeby gdzieś odnaleziono krainę, w której każdy ma, co chce. Powiedzmy więc sobie zawsze na początku „Nie wiemy, co będzie. Może będzie dobrze, a może źle”. To nas uratuje przed goryczą.

18. Społeczeństwo

Nie żyjemy na świecie sami. Powiedziałbym nawet, że jesteśmy z reguły nieźle zagęszczeni. Cały czas na siebie wpadamy, zderzamy się, patrzymy w oczy, odwracamy oczy, coś komunikujemy, czegoś oczekujemy, wchodzimy w intensywne interakcje. Wiąże się z tym konieczność ustalenia zasad, które pozwolą funkcjonować obok siebie. Wiele od nich zależy. Oprócz skonsolidowania grupy mogą nam, konkretnie nam, zarówno rozwinąć skrzydła, jak i ukraść całą energię albo dosłownie zabić. Dla naszego dobra warto, żeby obowiązywały przepisy, które będą dla nas wszystkich optymalne.

Na warsztat wezmę tylko te aspekty współistnienia, które daje się wydedukować z odkrytych w pierwszej części reguł. Posłużę się spostrzeżeniem, że główną siłą napędową ludzkiej motywacji jest subiektywnie rozumiany osobisty interes. Umocowanie systemu w prawdzie, wolności i równości odwdzięczy się uwolnieniem największego możliwego w danej chwili potencjału jednostek oraz grupy. Organizacja współżycia społecznego zaprojektowana dla ludzi, uwzględniająca właściwe ludziom cechy, ukierunkowana na wzbogacanie możliwości większości, a przede wszystkim oparta na prawdziwych przesłankach, odwdzięczy się wszechstronną korzyścią. Postaram się przedstawić propozycję fundamentalnych założeń, po których oczekuję takiego właśnie rezultatu.

Skupiając się w grupie, dostajemy coś więcej niż sumę każdego z nas z osobna. W społeczności powstają usługi powiększające możliwości członków i gwarantujące bezpieczeństwo. Będę je nazywał usługami powszechnymi. Wymieńmy przykładowe: ustalanie prawa, służba zdrowia, straż pożarna, policja, wojsko, sądownictwo, bankowość, ubezpieczenia, edukacja, sieć komunikacyjna, transport, media, dostawa energii, odbiór nieczystości, zaopatrzenie oraz wiele innych. Zauważmy, że one wszystkie mają potencjał, żeby dawać nam coś pozytywnego.

(bycie w społeczności jest korzystne)

Pojedyncza osoba korzystająca ze wspomnianych dobrodziejstw nie ma z reguły narzędzi skutecznego wpływy na tak duże systemy. Większe przedsięwzięcia, które miałyby w założeniach słuchanie wszystkich, zamarłyby w paraliżu. Natężenie i rozbieżność postulatów obezwładniłyby decyzyjność. W skali działania, która dotyczy większej liczby ludzi, nie można słuchać każdego. Aby sprawnie tworzyć i zarządzać kolosami, ustalone muszą zostać procedury, w jaki sposób pomijać zdanie niektórych. Musi być jakieś wyjście z sytuacji niewyrażania zgody lub zgłaszania odrębnych oczekiwań przez jednostki. Nie jest możliwe zorganizowanie dużej liczby ludzi, żeby każdy miał wszystko, co wymarzy.

(duże systemy nie mogą podporządkowywać się każdemu żądaniu wszystkich zainteresowanych)

Wynika stąd, że jeśli chcemy korzystać z przywileju społeczeństwa, musimy niekiedy godzić się na poświęcenie. Czasami nasza potrzeba będzie zignorowana, gdyż znajdzie się w kolizji ze zdaniem innych partycypantów. Gotowość do ustępstwa jest nieodzownym elementem dobrze działającej wspólnoty. Będziemy szczęściarzami, jeśli trafimy na system, który pasuje nam idealnie i nic nie będzie nas kosztował, ale odradzam nastawianie się na to, żeby nie doznać zawodu.

(korzyść z bycia w grupie wiąże się z ustępstwami)

Jeśli nie odpowiada nam, że społeczeństwo wymaga ponoszenia kosztów, nie wszystko jest stracone. Przenosimy się na pustynię, w głąb amazońskich lasów, do czeluści Syberii, na bezludną wyspę i mamy, co chcemy. Nie jesteśmy niepokojeni przez nikogo. Nikt od nas niczego nie oczekuje i z niczego nie rozlicza. Ale jeśli będą nam przeszkadzały tygrysy, węże lub złamana ręka, przykro mi, ratunek nie przybędzie.

Nie da się skonstruować ustroju, który będzie idealny dla każdego. Zawsze musi być ktoś niezadowolony, choćby przez konfliktowe pary interesów (gorzelnia – policja, reklamodawca – konsument, diler aut – komunikacja publiczna, miłośnicy imprez – miłośnicy ciszy, posiadacze ziemscy – projektanci sieci dróg itp.). Zgrzyty zawsze będą.

(konflikty w grupach są nieuniknione)

Sztuka polega na wdrożeniu zasad, które wytworzą ostatecznie system optymalny. Mam na myśli uwolnienie największej możliwej ludzkiej kreatywności, życiowych szans i zdolności realizacji celów.

Wzmiankowane wcześniej usługi mogą niestety być też ukształtowane jako narzędzia represji, ograniczające swobodę ogółu. Dzieje się tak wówczas, gdy wymagane ustępstwa wykraczają poza niezbędne minimum. Postaram się wskazać sposoby modelowania prawa zabezpieczające przed ryzykiem utraty możliwości życiowych, związanym z narzuceniem niekorzystnych zasad.

Z praktycznej konieczności, żeby sterowanie dużymi strukturami było elastyczne, a koszty zminimalizowane, zarząd nad usługami powszechnymi sprawowany jest przez relatywnie skromne grona. Ludzi tych nazwijmy władzą. Obszar zaś bezpośredniego wpływu władzy – państwem.

22. Biurokracja

Mamy tylko jedno, ograniczone na długość, życie. Czas dostępny dla pojedynczego człowieka to zasób nieodnawialny. Szanujące obywateli państwo powinno wyrażać respekt między innymi przez ułatwianie wykorzystania czasu do realizacji swoich celów i nie marnowanie go na bezproduktywne konieczności. Taki jest priorytet etycznej władzy, wybranej spośród równych członków społeczności.

Podkreślam co jakiś czas etyczność i równość, bo cechy te wprowadzają rygor konkretnego stosunku władz do obywateli. Oczekiwane nastawienie rządzących do pozostałych wynika wprost, w logicznym ciągu przyczyn i skutków, ze spełnienia lub nie obydwu założeń. Nie można nazwać rządów etycznymi i/lub równościowymi, jeśli nie postępują zawsze w duchu ogólnego dobra. Jeżeli prawo zmusza do trwonienia czasu, którego straty da się uniknąć, nie jest ono etyczne, ponieważ nie szanuje wolności samostanowienia jednostki. Zamiast tego ją eksploatuje. Równość z kolei narzuca charakter etyki. Można bowiem wyobrazić sobie etyki dyskryminacyjne. Z nich nie wywiedziemy konieczności wzajemnego szacunku.

(etyczne i równościowe państwo oddaje możliwie najwięcej czasu do dyspozycji obywateli)

Biurokracja jest przykładem częstej choroby państw, ograniczającej postęp, odbierającej swobodę uczestnikom systemu. Im więcej aktywności obwarowanych jest formalnościami, tym mniej każdy z nas zdoła w życiu zrealizować. A przecież naszym celem jest zmiana wszechświata, a nie składanie podpisów.

Wypełnianie urzędowych papierów nie jest bodaj dla nikogo z nas wartościową formą spędzania czasu. Myślę, iż zgodnie przyznamy, że wolelibyśmy uniknąć wizyt w urzędach i wypełniania rubryczek.

Czy jednak jest ktoś mądry, kto wywróży, jakie jest praktyczne minimum biurokracji, żebyśmy mogli je wdrożyć i cieszyć się luksusem swobody przy zachowaniu zaspokojenia potrzeb państwa?

Też tego nie wiem, ale jeszcze raz sięgnijmy do skutecznej metody uzależniania jakości życia od oczekiwanych wyników. Otóż wystarczy uwolnić obywateli od obowiązków formalnych i przerzucić je na urzędników. Nie jesteśmy jedynymi, którzy są w stanie chodzić od okienka do okienka. Wszak możemy upoważnić kogoś innego. Niech biurokraci załatwiają za resztę społeczeństwa ich sprawy. Będzie to jedna z licznych usług oferowanych przez państwo.

Dzwonimy do urzędu i mówimy, że chcemy uzyskać zgodę na wybudowanie lotniska albo przenieśliśmy się do innego mieszkania. Po jakimś czasie pracownik administracji przychodzi do nas i wręcza potrzebny dokument lub informuje w jakikolwiek sposób, że formalności są załatwione i możemy spać spokojnie. Jeśli urząd jest stroną inicjującą i czegoś od nas chce, niech sam to zorganizuje. Nie musimy wcale wiedzieć, że potrzebuje dostarczenia zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami. Dogadajcie się, urzędnicy, między sobą.

Zapewne nie uda się całkiem oswobodzić od papierologii. Tam, gdzie wciąż będziemy potrzebni osobiście, formularze powinny być łatwe, minimalistyczne, pisane zrozumiałym językiem, z jednym podpisem. Niemniej nasz udział to skrajna ostateczność. Wyszkoleni pracownicy organów publicznych zrobią wszystko lepiej, bez wad i błądzenia po korytarzach.

 Biurokraci mają talent, żeby obarczać ludzi ciężarami. Niewątpliwa korzyść z proponowanej usługi polega na tym, że ci, którzy wymyślają biurokrację, sami będą musieli ją obsługiwać. Do poprawy prawodawstwa wykorzystamy samoregulujący konflikt interesów. Nastąpi zasadnicza zmiana podejścia, kiedy twórcy zasad biurokratycznych będą dokładali ciężary na własne barki, nie cudze. W ich interesie będzie od tej chwili mądre przemyślenie i ograniczanie papierkowej roboty. Wewnątrz organów zarządzających formalizmami wytworzy się presja w kierunku hamowania zapędów nadgorliwych władz. Po wdrożeniu usługi załatwiania spraw przez służby państwa zapewne rychło administracja zinformatyzowałaby się i połączyła sieciami między różnymi strukturami, żeby ująć sobie biegania. Reszta społeczeństwa będzie mogła zająć się pracą nad własnymi celami.

(urzędnicy załatwiający formalności urzędowe za obywateli to gwarancja minimalnej biurokracji)

Nie wiem, jakie powinno być praktyczne minimum biurokracji, ale od chwili obarczenia nią urzędników i uwolnienia obywateli szybko zostanie osiągnięte.

28. Jedność

Nie ma żadnych podstaw, żeby przypuszczać, że państwo ma niezniszczalny pancerz ochronny. Zapewne nie zawsze najwyższa władza będzie silna i sprawcza. Krachy ekonomiczne, wojny, epidemie, kataklizmy, przewroty, kryzysy humanitarne, ataki cybernetyczne, wypadki – destrukcyjne zdarzenia na wielką skalę oraz ich skutki należy uwzględniać jako realne i prawdopodobne. Dlatego etyczna władza dąży do osiągnięcia przez członków wspólnoty jak największej zdolności przetrwania na wypadek utraty sprawności centrali.

Każdy z nas ma inne predyspozycje i najlepiej poradzimy sobie, uzupełniając się wzajemnie. Dostarczając innym coś, czego nie mają, a w zamian korzystając z czyjejś życzliwości. Żeby osiągnąć pożyteczne usieciowienie relacji na najniższym poziomie, zawczasu należy wspierać zgodę między ludźmi. Sprzyjać zakładaniu rodzin, wspólnot sąsiedzkich i ułatwiać wszelkie formy zrzeszania się. Podnoszą one odporność podmiotu państwa, czyli obywateli.

W zakresie instytucji pożytecznych mieszczą się także kościoły niemające wśród zasad wrogości wobec innych. Istnienie kościołów jest korzystne dla obywateli.

(silne więzy między ludźmi to większa odporność społeczeństwa)

Kiedy usługi publiczne przestają funkcjonować, niezbędne jest zastąpienie niektórych z nich substytutami, tworzonymi oddolnie. Katalog zadań spadających na społeczeństwo rozrasta się zależnie od rodzaju i rozmiaru katastrofy o ochronę porządku, służbę zdrowia, dystrybucję żywności, wody, paliw, likwidację szkód, podtrzymywanie infrastruktury, organizację komunikacji, opiekę nad sierotami i samotnymi, edukację, zarządzanie ewakuacjami i inne. Pożyteczne w tym celu są istniejące, niezależne od państwa, struktury hierarchiczne. Hierarchiczne, ponieważ klarowny, znany z góry zarząd umożliwia sprawną koordynację wysiłku i nie tracenie czasu na demokratyczne ustalanie strategii.

Nie liczymy, że jednostki poświęcą wszystko dla innych, ale kiedy zabezpieczą własną egzystencję i zauważą, że mają jeszcze zasoby (w tym czas), są w stanie podzielić się nimi. Odporność zżytej społeczności bierze się z poczucia wspólnoty. Dzięki niemu istnieje siła motywująca do altruistycznej aktywności niezależnie od odgórnych nakazów. W grupie ludzi życzliwych udzielenie pomocy i zabezpieczanie interesu grupowego wypływa z wewnętrznej potrzeby, a nie przepisów, nad którymi ktoś musi czuwać. Przyjaźń działa bez nadzoru.

Władza powinna przychylnie podchodzić do każdego sposobu zawiązywania relacji międzyludzkich. Tworzenie struktur to rzecz godna pochwały. Wartością dla społeczeństwa są bogate sieci silnych połączeń i nawiązywanie nowych kontaktów. Spojone emocjonalnymi więzami grupy są bardziej samodzielne.

Zapytacie: jak władza może włączyć się do konstruowania wspólnoty? Po rządzących spodziewamy się przede wszystkim minimalizacji przeszkód prawnych dla inicjatyw konsolidujących. Niemniej dbałość o relacje oznacza też na przykład architekturę przestrzeni publicznych, sprzyjającą kontaktom. Pomocne są strefy wspólnego wypoczynku, rekreacji, szeroko rozumiane giełdy, targi, wydarzenia kulturalne, kulinarne, otwarte konkursy, dostępne przestrzenie spotkań, tablice ogłoszeniowe, łatwo osiągalne i rozbudowane ciągi komunikacyjne. Służą one prowokowaniu nawiązywania znajomości.

Natomiast nie należy zadania władz rozumieć jako finansowanie prywatnych inicjatyw. Wszyscy jesteśmy równi, więc przyjmując dopuszczalność dotacji dla jednej grupy, musimy uznać, że każda grupa deklarująca chęć połączenia się w jeden organizm powinna dostać jakieś pieniądze. Albo wszyscy, albo nikt. Szybko doprowadzi to jednak do nadużyć i pasożytowania na socjalnym przepisie. Taki system łatwo jest oszukać i setkami powoływać do życia stowarzyszenia, robiąc z wyłudzania pieniędzy źródło utrzymania.

Postulat materialnego wspierania organizacji obywatelskich w społeczeństwie równościowym jest utopijny. Nie może być jednocześnie finansowania i równości. Ograniczenie pazerności państwa jest lepszym sposobem. Mniejsze podatki zostawiają więcej możliwości w rękach ogółu. Wzbogaceni obywatele sami będą przeznaczali oszczędności na cele, które uznają za wartościowe. Roztropność w wydatkowaniu też będzie zapewne większa. Wydawaniu własnych pieniędzy towarzyszy silniejsza rozwaga niż przy szafowaniu owocem cudzej pracy.

(obywatele sami finansują swoje inicjatywy)

Dodatkowym argumentem jest utrzymanie niezależności struktur społecznych od władzy. Kiedy dysponenci publicznych pieniędzy będą rozdawać je wybranym organizacjom, posiądą narzędzie wywierania wpływu na obywateli. Wpływ polega na zdolności uzależnienia wypłaty od spełniania dodatkowych warunków, niezwiązanych z istotą działalności. Przeczy to zasadzie wolności.

Pieniądze mogą płynąć z budżetu państwa do indywidualnych społecznych podmiotów na zasadach przetargów czy aukcji odwróconych i równej konkurencji.

Table of Contents

Wstęp

Człowiek

Życie

Emocje

Religia

Oczekiwania

Państwo

Społeczeństwo

Biurokracja

Jedność

Landmarks

Spis treści

Cover